Ekskursje w dyskursie
sobota, 07 kwietnia 2018
Dziadzio Spielberg

UWAGA: notka będzie zawierała umiarkowane spojlery do filmu i książki „[Ready] Player One”. Jeśli ci to przeszkadza, wracaj do lat 90., złotej dekady spojlerofobii.

Jak książką byłem zachwycony - tak film przyniósł mi rozczarowanie. Spielberg wywalił metaforę współczesnego kapitalizmu, wrzucił za to walki w CGI, wtórne i płaskie w porównaniu choćby do stareńkiego „Avatara”.

Drobny przykład - w książce pojawia się motyw odpracowywania długu wobec korporacji. W filmie przerobiono go tak gruntownie, że ginie cała metafora.

W książce ta praca przymusowa polega na zatrudnieniu w call-center. To dobrze rezonuje z lękami współczesnego korpoludka, który najbardziej się boi nie tyle deklasacji do klasy niższej/ludowej, co do najniższego segmentu klasy średniej.

Książkowe call-center działa w VR, ale zachowuje upiorność pracy w tym zawodzie. Trzeba ciągle prowadzić te same rozmowy, z nadzorcą sprawdzającym, czy trzymamy się korporacyjnych standardów uprzejmości.

W filmie to jest przymusowa praca fizyczna W WIRTUALU! Czy kogoś z czytających te słowa ta wizja jest w stanie przestraszyć?

Ostatnie dwie dekady w popkulturze przyniosły wysyp dystopii, thrillerów i dystopijnych thrillerów o świecie korporacji - w których nie ma osobowego villaina, bo jest nim korporacja jako taka. „Paranoja” Findera, „Siły rynku” Morgana, „Supersmutna, ale prawdziwa historia miłosna” Shteyngarta, „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” Mitchella, plus oczywiście filmy i seriale - „Margin Call”, „Avatar”, „Black Mirror”...

Spielberg to wszystko po prostu przegapił. Wyrzucił książkowe wątki, sprowadzając wszystko do jednego karykaturalnego korpovillaina, który jest bardziej śmieszny niż straszny (Ben Mendelsohn).

Całe zło korporacji OASIS w filmie sprowadzone jest do dawnej kłótni między założycielami. Happy end - chyba to nie jest spojler, że film Spielberga skończy się obrzydliwie przesłodzonym happy endem? - polega na tym, że bohaterowi udaje się po latach zakończyć tę kłótnię i zrealizować testament charyzmatycznego założyciela korporacji, Jamesa Hallidaya (Mark Rylance, ucharakteryzowany nie do poznania).

Powieściowy Halliday wydawał mi się inkarnacją stereotypu „villaina przekonanego że czyni dobro”, jak Rorschach, Dwie Twarze czy religijnie motywowani seryjni zabójcy. My w generacji X dobrze wiemy, że „charyzmatyczni przywódcy” nieuchronnie podążają trajektorią Harveya Denta, „albo zginiesz jako bohater, albo zmienisz się w łotra”.

Filmowy Halliday jest dobrotliwym nerdem, który chciał po prostu dać wszystkim darmową grę, ale wbrew jego intencjom zamieniło się to w korporację. Jest kimś takim, kim Mark Zuckerberg kiedyś wydawał się Jasiowi Kapeli.

Nie kupuję filmowego happy endu. Korporacyjnego zła nie wyeliminujemy przez samą tylko zmianę zarządu (a mniej więcej tak to wygląda w filmie, ze odkąd na czele OASIS staną sympatyczni idealiści, wszystko będzie spoko).

W istocie to jest właśnie opowieść mojego pokolenia, że grupa sympatycznych rebeliantów zakłada w garażu startupa albo nielegalną organizację, wypowiadają walkę opresorom, obalają ich i po przejęciu władzy sami stają się opresorami. To przecież historia Apple’a, Microsoftu, Google’a, Facebooka, Wolnego Oprogramowania i „Solidarności”.

My już wiemy, że postęp musi się wiązać z upodmiotowianiem obywateli, a więc z kontrolą społeczną, a więc z regulacjami. Tymczasem dla pokolenia Spielberga wszelkie regulacje nadal są złe, niczego się nie nauczyli, dalej toczą te same walki co 50 lat temu, z niedobrymi rodzicami, którzy im nie pozwalali palić skrętów.

Wyciąwszy składową antykorporacyjną, Spielberg zapełnił lukę banalną lekcję dziadków z pokolenia baby-boomersów, że „dzieciaki, nie siedźcie tak dużo w sieci”. To przesłanie wraca w filmie kilkakrotnie, w tym w happy endzie.

Tymczasem w książce oni siedzą w OASIS, bo nie mają innego wyboru. Bo OASIS zmonopolizowało edukację (do szkoły można chodzić tylko albo tam, albo wcale), płatności, media, telekomunikację...

W filmie ktoś mówi do kogoś „zapomnieliśmy, jak fajnie jest na świeżym powietrzu”. W powieści narrator mówi, że pod wpływem dewastacji środowiska na zewnątrz nie jest fajnie. Kwestii monopolistycznego przymusu w filmie nie ma.

Cóż, z artystami bywa czasem tak jak z Harveyem Dentem. Albo umrzesz jako geniusz, albo będziesz żył dość długo, żeby stać się starym nudziarzem.

poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Filozofia Porażki

W Dwutygodniku ciekawy blok tekstów o filozofii przegrywu. Polecam zwłaszcza tekst znanego szczecińskiego prozaika.

Lansowałem przegrywizm zanim to się zrobiło mainstreamowe. To się dla mnie zaczęło na początku lat 90., kiedy większość moich rówieśników oszalała na punkcie pogoni za sukcesem. Sukces kochali chyba wtedy nawet bardziej, niż papieża i Korwina.

Wrył mi się w pamięć teleturniej „Klub Yuppies”, w którym młodziutki Krzysztof Ibisz wrzeszczał, że ktoś przechodzi do następnego etapu konkursu z zaangażowaniem emocjonalnym przypominającym sprzedawcę magicznych garnków dla seniorów.

Postanowiłem wtedy nie odnosić tak pojmowanego sukcesu. Za swój życiowy drogowskaz a rebours przyjąłem monolog Aleka Baldwina z filmu „Glengarry Glen Ross” z 1992. Polecam ten film millenialsom, bo on chyba przeszedł na tyle bez echa - mimo genialnej obsady: Spacey, Alda, Harris, Baldwin, Pacino, Lemmon! - że część pewnie do dzisiaj żyje w błogiej nieznajomości.

Większość mojego pokolenia identyfikowała się z villainami z tych filmów. Z Gordonem Gekko z „Wall Street”, z Benem Afflekiem z „Boiler Room”. Jakieś ćwierć wieku temu postanowiłem, że machnę oburęcznym fakulcem w generalnym kierunku tej większości.

Trochę to wyszło samo z siebie. Kiedy masz małe dzieci, które musisz o siedemnastej odebrać z przedszkola, nie bardzo możesz uczestniczyć w życiu ludzi sukcesu.

Dużo o tym mogę powiedzieć, bo miałem w swoim towarzyskim bąbelku wielu ludzi, którzy odnieśli sukces. Sukces był czymś naturalnym i oczywistym dla Warszawiaka z mojego pokolenia.

Gdy ktoś z moich znajomych się załapał na bycie jurorem w fajansiarskim teleturnieju albo ważnym menadżerem na wyżynach jakiegoś korpo, to już wiedziałęm, że widzimy się po raz ostatni, choćbyśmy przez wiele lat siedzieliśmy biurko w biurko. Po prostu nagle dramatycznie rozminą nam się rozkłady dobowe i nawet gdybyśmy bardzo chcieli się spotkać, to będzie niemożliwe (może wtorek? nie, ja wtedy nurkuję w Morzu Czerwonym, a środa? - no niestety, ja z kolei mam wtedy wywiadówkę).

Ku mojemu gigantycznemu zaskoczeniu, na rok przed 50. urodzinami odniosłem swój pierwszy (i zapewne ostatni) zawodowy sukces, a raczej jego namiastkę, bo to nadal zaledwie cień jurorowania albo menadżerowania. Moja ósma czy dziesiąta (w zależności jak liczyć e-booki, itd) książka odniosła pierwszy w mojej tzw. karierze sukces sprzedażowy.

Naraża mnie to na docinki kolegów, którzy twierdzą, że straciłem prawo do uważania siebie za „człowieka porażki”. Traktuję to jako tymczasową niedogodnosć, bo w tej okrutnej branży każdy jest tak dobry, jak jego ostatni projekt, więc pewnie moje następne książki będą się zapewne sprzedawać po staremu i skończy się ta anomalia.

Unikanie sukcesu w kapitalizmie było dla mnie zawsze herbertowską sprawą smaku. Kto wie gdyby mnie lepiej i piękniej kuszono? Ale ta korporacyjna retoryka jest aż nazbyt parciana łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy składnia pozbawiona urody koniunktiwu (wszyscy byliśmy na tym korpozebraniu!).

Mniej więcej wiem, co powinienem robić - a na pewno wiem, czego powinienem unikać - żeby odnieść Sukces. Ot, choćby zachowywać na tych zebraniach swoje wątpliwości dla siebie, bo żaden menadżer nie lubi podwładnych operującym koniunktiwem.

Od prawie 30 lat wiem też, jakie w Polsce trzeba mieć poglądy polityczne, żeby zrobić prawdziwą karierę. Trzeba albo się podczepić pod postkomuchów, albo po jedną z dwóch odmian postsolidaruchów - liberalną lub klerykalną.

Komo bliższe tradycje demokratycznego socjalizmu - ten miał przegwizdane w 1989 i ma przegwizdane nadal. Nikt o mnie nie pomyśli podczas rozdawania stołków w państwowych spółkach ani publicznych mediach. Nie będę Kają Godek (chlip chlip).

Kilkanaście lat temu kłóciłem się z moim kolegą z sąsiedniego biurka, który właśnie miał odfrunąć w rejony Prawdziwego Sukcesu jako juror w teleturnieju. Uważałem, że popełnia błąd (dalej tak uważam!), szukałem uzasadnienia.

Wyszło mi takie: kapitalizm to okrutny system, ale większość z nas potrafi znaleźć dla siebie jakąś umiejętność, za którą ludzie Sukcesu nam zapłącą. Ja i mój kolega, potrafiliśmy jedno, wystukać im tekst na (parę/naście/set) tysięcy znaków, za który nam zapłacą parę(dziesiąt) (stów/tysiaków).

Rządy będą się zmieniać, korporacje medialne będą rozkwitać i upadać - ale ktoś zawsze ode mnie kupi trochę kątętu. Mi to wystarcza. Mojemu koledze nie, więc pognał za Sukcesem.

Nie zazdroszczę mu.