Ekskursje w dyskursie
środa, 19 lipca 2017
Drodzy pisowcy...

Wiem, że czasem zaglądacie skrycie na mojego bloga, więc znów chciałbym zwrócić się do tych z was, którzy mają jakieś wątpliwości. Czyli do wszystkich, bo przecież każdy człowiek czasem ma wątpliwości, najwyżej się nie przyznaje.

Słuchajcie, bo to jest tak, że ja oczywiście zgadzam się, że sądownictwo w Polsce źle działa. Mam z nim (na szczęście) rzadki kontakt, ale za każdym razem szokuje mnie, jak powoli to wszystko działa.

Ten powrót do świata analogu! Odczytywanie czegoś z papieru, żeby ktoś inny to ręcznie zaprotokołował! To jakby polskie sądy były ostatnią enklawą zeszłego stulecia. Aż dziwne, że papierosów nie wolno palić.

Na to wszystko są konkretne rozwiązania. Primo: cyfryzacja. Secundo: częstsze stosowanie terminów prekluzyjnych (że sąd mówi, że decyzja/wyrok zapadnie tego-a-tego dnia, i jak strona/oskarżony się nie wyrobi, to jego/jej problem - żeby nie można było w nieskończoność przewlekać na „chorobę pełnomocnika”). Tertio: upragmatycznienie kpk/kpc/kpa...

Nie upieram się, że sam bym umiał to zrobić. Ale chwileczkę, czy cokolwiek o tym mowa w pisowskich projektach? Oczywiście, nie.

Nie usłyszeliśmy ANI SŁOWA na temat konkretnych rozwiązań. Tylko tradycyjną propagandę, że sądy złe, bo postkomunistyczne i cała władza w ręce Ziobry.

Przecież to tak, jakbyśmy mieli samochód, co do którego wszyscy się zgadzamy, że jest z katastrofalnym stanie. Każda opona inna, a wszystkie łyse. Luz w kierownicy, tańczy przy hamowaniu, dymi z rury, siadł amortyzator, olej zmieniony nie wiadomo kiedy, przegląd zaległy od lat, żadnej szansy na przejście go na legalu.

Ale co na to PiS? Zamiast przygotować remont generalny, to mówi: zabierzmy kierowcy kluczyki.

To niesłuszny kierowca, jest resortowym dzieckiem, bo żona stryja ciotki szwagra była w PZPR. Miał dość czasu na zrobienie remontu, skoro go nie zrobił, to dajmy teraz odzyskane kluczyki totalnie niepostkomunistycznemu Piotrowiczowi.

Przecież CAŁA ta niby-reforma sprowadza się do tego, kto ma sądownictwem rządzić. Usłyszeliście od Ziobry, Kaczyńskiego, posła sprawozdawcy, kogokolwiek, cokolwiek o rozwiązaniach konstruktywnych?

Coś o tej cyfryzacji może? A może o zmianie kodeksów postępowania?

No właśnie. Cała wasza nadzieja w tym, że jak PiS przejmie kontrolę nad tym samochodem, to wreszcie zrobi zaległy remont.

Chciałbym ją podzielać, serio. Ale nie widzę podstaw. Te dwa lata pokazały, że PiS jest dobry wyłącznie w rozwałce.

Potrafi, owszem, przejąć władzę nad jakąś instytucją - a następnie sparaliżować jej działalność. Świetnie to widać w działce, którą obserwuję zawodowo, czyli w kulturze.

PiS przejął tutaj prawie wszystkie instytucje - Instytut Książki, Instytut Mickiewicza, Narodowy Instytut Audiowizualny, Narodowe Centrum Kultury, teatry, media publiczne. Ich ludzie rządzą wszystkim, trzymają łapę na wszystkich pieniądzach.

I co? I gdzie te pisowskie sukcesy filmowe, telewizyjne, teatralne, literackie, festiwalowe? Chyba nawet zwolennik tej partii musi zauważyć, że pisowska kultura to nadal tylko Pietrzak, Rosiewicz i babcia Zdzicha z telenoweli.

Co innego przejąć władzę nad jakąś instytucją - to każdy głupi potrafi! - a co innego zdziałać w niej coś konstruktywnego. To się PiSowi nie udaje (z chwalebnym wyjątkiem 500+).

Zniszczyć gimnazja owszem, potrafili. Ale chyba nawet zwolennicy PiS nie spodziewają się, że szkoły od tego będą lepiej działać?

Niszczenie komisji lotniczej poszło świetnie. Ale chyba nawet zwolennicy PiS nie oczekują po Macierewiczu tzw. „prawdy o Smoleńsku” (ani, he he, lepszego kontraktu na helikoptery)?

Podobnie sądy nie zaczną lepiej działać od samego objęcia przez Ziobrę ręcznego sterowania. Owszem, drogi zwolenniku PiS, jeśli pechowo w twój samochód walnie kolumna BOR, ekspresowo zostaniesz skazany. Nie jesteś chyba aż tak naiwny, żeby wierzyć, że żałosne „ale ja na was głosowałem!” wystarczy jako linia obrony?

We wszystkich innych sprawach, mniej istotnych dla Ziobry, sądy będą działać równie opieszale. To będzie dalej ten sam zdezelowany samochód, tyle że z innym kierowcą.

Niech będzie, że dotąd sądy były w rękach „kasty”. Ale teraz będą w rękach jednej osoby. Moim skromnym zdaniem, historia wyraźnie pokazała, że to gorsze rozwiązanie.

piątek, 14 lipca 2017
Czekanie na buldogi

Grzegorz Górny na łamach „wpotylice” zadał ostatnio bardzo ciekawe pytanie: dlaczego Salazarowi i Franco nie udało się zbudować nic trwałego. Faktycznie, prawicowe dyktatury w Hiszpanii i Portugalii rozpadły się zaraz po śmierci przywódców.

Ludzie reżimu, zwłaszcza ci z wiadomego resortu, wprawdzie zachowali część majątku i wpływów, oraz generalną bezkarność, no bo to jest niestety normalka w transformacji demokratycznej. Wycofali się jednak z czynnej polityki, działali (a właściwie nadal działają) z ukrycia.

Neofrankizm czy neosalazaryzm nie funkcjonują jako opcja, na którą można zagłosować w wyborach. Tamtejsze spektrum polityczne to raj dla bywalców niniejszego bloga - najskrajniejsza prawica to odpowiednik PO, jest silny odpowiednik Razem i liczące się partie na lewo od Razem.

Dyktatura, która wydawała się nie do ruszenia jeszcze powiedzmy w roku 1969 (nie wytykając palcami, są wśród nas ludzie, którzy byli już wtedy na świecie), rozpadła się jak domek z kart kilka lat później. Jest w tym dla nas pociecha - marna, zgoda, ale z taką opozycją lepszej nie będzie.

Szczególnie ciekawy wydaje mi się przypadek Salazara, bo jego koncepcja Nowego Państwa (Estado Novo) pod wieloma względami przypomina doktrynę kaczyzmu (oczywiście, minus kolonie). Przede wszystkim w odróżnieniu od Franco (a w podobieństwie do Kaczyńskiego), Salazar nie kreował się na człowieka numer jeden. Pozwalał też na coś w rodzaju wyborów i coś w rodzaju opozycji.

W faszystowskiej Portugalii formalnie człowiekiem numer jeden był prezydent. W każdej chwili (w teorii) mógł odwołać Salazara (jako premiera).

Żaden tego nie zrobił przez przeszło 30 lat, bo jednocześnie Salazar był ich zwierzchnikiem jako prezes Unii Narodowej (União Nacional). Wszyscy byli mniej lub bardziej potulnymi „panami Adrianami”, jak ten nasz poczciwina.

Do 1958 prezydenta wybierano w powszechnych wyborach. Opozycja mogła w nich teoretycznie startować, ale miała ograniczone możliwości prowadzenia kampanii i żadnej kontroli nad liczeniem głosów, była to więc farsa jak w Rosji czy na Białorusi.

W tymże roku jednak niespodziewanie duży wynik miał kandydat opozycji, generał Humberto Delgado. Oficjalnie dostał 25% głosów, można tylko spekulować, ile dostał naprawdę.

Salazar się przestraszył i odtąd już „pana Adriana” namaszczał mu parlament. Delgado został zaś w Hiszpanii zamordowany wraz sekretarką.

Brutalność tego mordu (co im zaszkodziła sekretarka?) sprawiła, że nawet bratni reżim frankistowski nie pomógł Portugalczykom w zacieraniu śladów. Agent tajnej policji PIDE został zaocznie skazany w Hiszpanii za morderstwo (dożył spokojnej starości w RPA).

Mord na Delgado - który do niedawna sam był zwolennikiem reżimu - był bodajże najbardziej spektakularnym przejawem walk buldogów pod dywanem. Jedność reżimu zawsze jest pozorna.

Wobec indolencji Petru i Schetyny to dla nas jedyna pociecha. Prędzej czy później oni rzucą się sobie do gardeł.

A najpóźniej będzie to zapewne tak jak w Hiszpanii i Portugalii, kiedy Wódz - jedyne spoiwo reżimu - wycofa się z polityki i wyznaczy Następcę. Ale może to też nastąpić wcześniej.

PiS na swoją zgubę tworzy niestabilny system, w którym dwaj ludzie: marszałek Sejmu i minister sprawiedliwości, mają nieproporcjonalnie wielką władzę. Formalnie na czele państwa stoją premier i prezydent, ale zamieniony w maszynkę do głosowania Sejm może w każdej chwili zmienić premiera, lub „skrócić kadencję” prezydenta.

Co wtedy zrobi „pan Adrian”? Odwoła się do sądu? Ale przecież sądy właśnie zamieniono w maszynkę do zatwierdzania decyzji ministra sprawiedliwości. I on sam się do tego przyczyni(ł).

Ten domek z kart runie, kiedy zabraknie karty centralnej: Wódz, Legendary Creature. A zwykła biologia sprawi, że to nie będzie mogło trwać tak długo jak w Hiszpanii i Portugalii.

Górnemu żal Franco i Salazara, bo podjęli najbardziej udaną w XX wieku próbę stworzenia katolickiego reżimu. Ale Chrystus dostatecznie jasno wyjaśnił, że jego królestwo nie jest z tego świata. Taki reżim musi być budowany na kłamstwie

Sojusz tronu z ołtarzem zawsze będzie „pałacem zbudowanym na piasku”. Będzie „drzewem złym, które owoców dobrych wydawać nie może”.

Już niedługo jesień. Zobaczymy, co nam spadnie z tej jabłoni.

piątek, 07 lipca 2017
Geopolityka trójmorza

Lubię historyczne książki i mapy, więc w pewnym sensie interesuję się geopolityką. Acz nie w sensie prawicowym, bo tam geopolityka polega raczej na oglądaniu tzw. „filmów dokumentalnych na youtube”.

Może w takich filmach fajnie wygląda koncepcja „trójmorza”. Ale historia każe mi w nią wątpić.

Większość krajów Europy Środkowej pojawiła się na mapie po pierwszej wojnie światowej (część początkowo jako federacje, rozpadające się dekady później). Zdrowy chłopski rozum sugerowałby im współpracę, skoro od początku są wciśnięte między Niemcy a Rosję.

Przez te sto lat te kraje były pogrążone w ciągłych konfliktach wewnętrznych i zewnętrznych, w których ciągle Rosja i/lub Niemcy były uważane za mniejsze zło. Polska i Litwa na przykład formalnie były w stanie wojny do roku 1939, a kiedy ta nadeszła, Litwa wolała działać ze Stalinem przeciwko nam.

Nic się od tego czasu zasadniczo nie zmieniło. Nasi potężni sąsiedzi każdemu z nas mają więcej do zaoferowania od pozostałych krajów Trójmorza.

Polski przedsiębiorca przecież nie zrezygnuje z niemieckiego rynku zbytu i nie będzie sobie szukać klientów w Rumunii tylko dlatego, że taki sojusz ładnie wyglądałby na mapie. Orban z kolei nie zrezygnuje z rosyjskiego gazu tylko dlatego, że Duda się ładnie uśmiechnie.

Trójmorze (podobnie jak podobne konstrukcje - Wyszehrad, Międzymorze, wspólnota jagiellońska itd.) jest inherentnie niestabilne. Więcej mamy interesów sprzecznych niż wspólnych, i tak jest od 1918.

Przykład budowy stabilnej wspólnoty mogą nam dać państwa wciśnięte między Niemcy a Francję. Napisałem kiedyś esej nanoszący historię Unii Europejskiej na szersze tło różnych planów na zaprowadzenie stabilnego ładu w Europie, podejmowanych od czasu Karola Wielkiego.

Jak wiadomo, w 843 roku traktatem w Verdun podzielono jego imperium na trzy części. Miało to zapobiec już wtedy trwającym walkom między wnukami cesarza - a jak pokazała historia, tylko pogorszyło sprawę.

Dwie części dały początek Niemcom i Francji. Trzecia, dziedzictwo Lothara, była pogrążona w wiecznej niestabilności - aż do roku 1957.

Na 11 oficjalnych ojców-założycieli Unii, aż 9 pochodzi z dawnego dziedzictwa Lothara. Nie sądzę, żeby to był przypadek. Priorytetem dla nich było to, żeby już się nie powtórzyło to, co widzieli podczas dwóch wojen światowych, ktore (z ich punktu widzenia) były kolejną odsłoną walki spadkobierców dziedzictwo Karola Wielkiego.

Byli ludźmi wykształconymi, więc znali skutki poprzednich prób jednoczenia - cezaropapizmu, pokoju westfalskiego, kongresu wiedeńskiego. Wszystkie miały przynieść wieczny pokój, a przynosiły tylko kolejne wojny.

Te próby miotały się od jednej skrajności do drugiej. Były próby jednoczenia Europy wokół jednej ideologii, np. chrześcijaństwa czy bonapartyzmu. Były też próby zaprowadzanie pokoju opartego o cyniczną grę interesów poszczególnych suwerenów (gdy PiS dziś mówi o „wtrącaniu się w suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie nawiązuje do pokoju westfalskiego).

Ojcowie założyciele chcieli uniknąć tych skrajności. Wspólnota od początku odwołuje się do wspólnych wartości (np. praw człowieka), ale jednocześnie jest zaprojektowana elastycznie, żeby te wartości można było negocjować i modyfikować.

Dzięki temu jest w stanie pokojowo rozstrzygać konflikty. Przy wszystkich narzekaniach na biurokrację i powolny proces decyzyjny pamiętajmy, że alternatywą były (i nadal są) okopy i płonące miasta. Wystarczy spojrzeć na Donieck.

Nie widzę dla krajów leżących w paśmie dawnego frontu wschodniego pierwszej wojny światowej innej realistycznej recepty na pokojowe współistnienie niż ta, którą zastosowały kraje leżące w paśmie dawnego frontu zachodniego. Unia częściowo oparta o wspólne wartości, częściowo o interesy i poddająca negocjacjom jedno i drugie.

Gdyby nie było tamtej, powinniśmy założyć własną. Ale skoro tamta na zachód od nas już powstała - powinniśmy po prostu pogłębiać integrację z nią.

Alternatywę dla Zachodu tak naprawdę mamy tylko jedną: Rosję. Historia pokazuje, że samodzielne państwo w tym regionie może przetrwać 20, może 30 lat. Potem je połkną ci albo tamci. Taka tu geopolityka.

Tylko że jak już nas połknie Rosja, to tam nie będzie negocjacji. Tam będzie „morda w kubeł, ruki pa szwam”. Do tego nas prowadzą ci, którzy nas chcą oderwać od Zachodu.

niedziela, 02 lipca 2017
Druga kadencja PiS

Mój bąbelek soszialmediowy jest pełen kpin z sobotniego przemówienia prezesa - że będzie odbudowywać zamki, że będzie rewitalizować inteligencję (co robił Mikołaj, Wilq?). Nikt jednak nie mówi pozytywnie o platformianej kontr-imprezie.

Wniosek jest dla mnie jednoznaczny. Już tylko interwencja mitycznej zakonnicy w ciąży może odebrać PiS-owi drugą kadencję.

Platforma nie ma pomysłu na przyciągnięcie wyborców. Hasła „nie dla PiS” są hasłami negatywnymi.

Ale tak konkretnie, panie Schetyna, to co mi pan ma do zaoferowania? W czym moje życie stanie się lepsze, kiedy pan dojdzie do władzy?

Że pan „rozliczy odpowiedzialnych za okłamywanie Polaków”? Może pan zacznie te rozliczenia od tego, co było złe za rządów PO? Jeśli będziecie „stać murem za Hanką”, skończycie jak KOD, zbyt długo „stojący murem za Mateuszem”.

PiS wysłał tymczasem swoim wyborcom dwa konkretne powody do głosowania na siebie. I potrafię zrozumieć wyborcę, na którego to działa.

Pierwszy to obietnica „nie wpuścimy uchodźców, dzięku temu będzie bezpieczniej”. Nie działa na mnie z powodów, które tu już wielokrotnie przedstawiałem.

Strach przed uchodźcami wykreowano sztucznie, przy pomocy fejkowych niusów o „strefach szariatu” i „Szwecji na krawędzi wojny domowej”. Dostatecznie dużo podróżuję po Europie żeby wiedzieć, że to bzdura. Ale rozumiem, że kto Londyn czy Berlin zna głównie z TVPiS, da się na to nabrać.

Michał Sutowski w mojej audycji zwrócił jednak uwagę na to, że Platforma od początku nie miała na to dobrej riposty. Nie demaskowali bzdur, pośrednio legitymizowali je - przedstawiając za swój sukces wynegocjowanie z Unią minimalnej puli do relokacji (a więc przyznawali, że jest coś na rzeczy).

Poważniejsza jest druga obietnica, która - przyznam - na mnie już działa. To słowa Morawieckiego, że z samego uszczelnienia VAT udało się sfinansować 500+ - ergo, dopóki rządzi PiS, bogacze też będą płacić podatki.

Jeśli PO ma na to jakąś ripostę, to ja jej nie znam. Mam wrażenie, że w sobotę się do tego w ogóle nie odnieśli, umacniając wrażenie, że karuzela VAT się kręciła za cichym przyzwoleniem poprzedniego rządu (tak jak przekręty reprywatyzacyjne działy się za cichym przyzwoleniem platformianego ratusza, platformianego ministerstwa i środowiska prawniczego, które właśnie chce bronić swojej niezależności).

Być może moje wrażenie jest mylne. In fact, bardzo chciałbym, żeby tak było. Serdecznie zapraszam swoich znajomych sympatyzujących z PO, żeby nadrobili tę lukę w komentarzach na blogu i przedstawili proplatformiany punkt widzenia na te kwestie.

Oczywiście, ta obietnica też nie sprawi, że zagłosuję na PiS. Wiecie, na kogo będę głosować. Ale dopóki PO się nie odniesie do tych kwestii, nie chcę na nich głosować w żadnym wariancie, także w wariancie „zjednoczona opozycja”.

Obrona konstytucji? Tak. Obrona pluralizmu w mediach publicznych? Tak. Obrona orientacji proeuropejskiej? Tak.

Ale obrona przekręciarzy podatkowych? Obrona odpowiedzialnych za dziwne decyzje reprywatyzacyjne? Obrona biznesmeneli, którzy nie płacą swoim pracownikom? HELL NO.

Opozycja sama się wmanewrowała w sytuację, w której jej twarzami stali się Mateusz K., Rafał B., Jerzy M i Hanna G-W. Jej szyldem - restauracja „Ksiądz S. i przyjaciele”.

Na wszystkie inicjatywy Platformy i Nowoczesnej PiS będzie więc mieć zabójczo skuteczną ripostę: „krzyczą, bo tęskno im do optymalizacji podatkowych i reprywatyzacyjnego eldorado”. Szach mat, pozamiatane.

Nie lubię PiS, ale jeszcze bardziej nie lubię przekręciarzy i wyzyskiwaczy. Jeśli czyjś pomysł na biznes polega na niepłaceniu pensji pracownikom albo podatków fiskusowi, nie jest dla mnie „mniejszym złem”.

Chciałbym to zakończyć jakimś optymistycznym akcentem, ale nie umiem. Szykuję się melancholijnie na drugą kadencję PiS. Może coś optymistycznego mają do powiedzenia PT Komcionauci?