Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 18 lutego 2019
Silvergate

Afera taśmowa rozwija się fajnie. Reżim nie nadąża z produkowaniem kolejnych usprawiedliwień - najpierw „nie było faktur”, potem „nie było umowy”, teraz „nie ma dowodów”.

Na każdym etapie odsłania się kolejna porcja brudów pod dywanem. Okazuje się, że najbliższymi współpracownikami Kaczyńskiego są TW „Ryszard” i jakiś przedziwny „ksiądz zaginiony”.

Na tym się raczej nie skończy, bo PiS znalazł się w sytuacji, w której nawet genialny strateg nie znajdzie dobrego wyjścia. Kto ma dla niego jakiś dobry pomysł, niech zdradzi w komciu.

Wyobraźmy sobie wariant najprostszy, metodę na „nie mamy pańskiego płaszcza”. Czyli: PiS wszystkiemu zaprzecza, kontrolowana przez ministra Ziobrę prokuratura nawet nie wzywa Kaczyńskiego na przesłuchanie, sprawa zostaje umorzona.

W takim razie proces przenosi się do Austrii/Strasburga. Nasz austriacki biznesmen ma teraz argumenty na uzasadnienie tezy, że Polsce nie może liczyć na uczciwy proces.

Nie wiem, czy tak będzie, ale wiem, czego na pewno nie będzie. Bardzo proszę, wyśmiewajcie moje słowa w przyszłości, jeśli się pomylę.

Nie będzie czegoś takiego, jak pisowska wygrana w austriackim sądzie (albo po prostu unijnym). Łagodnie mówiąc, na meczach wyjazdowych PiS radzi sobie raczej tak sobie.

Dlaczego? Moi szanowni prawicowi lurkerzy zapewne interpretują to tak, że świat się uwziął na PiS, w jednej wielkiej konspiracji izraelsko-irańsko-amerykańsko-norwesko-brukselskiej.

Ja interpretuję to tak, że Kaczyński nie rozumie świata. Jest nieuleczalnie prowincjonalny, jak ci wszyscy naiwniacy wierzący w „strefy szariatu w Szwecji”.

Niezależnie od interpretacji, zgodzimy się chyba co do jednego. W interesie PiS leży to, żeby ta sprawa nie wyszła poza Polskę.

Co za tym idzie: polska prokuratura musi działać bezstronnie, albo przynajmniej przekonująco to udawać. To w tej sytuacji oznacza teraz przesłuchanie Kaczyńskiego.

I nawet załóżmy, że nie uda się udowodnić koperty z gotówką dla księdza. Sam nie mogę w nią uwierzyć - ksiądz domagający się „marności” w łapówce? Tego nie było od czasu Borgiów!

Prezes wszystkich prezesów i tak będzie więc teraz odpowiedzieć na niewygodne dla niego pytania. Na przykład: w jakiej roli występował w tych negocjacjach.

Jako szeregowy poseł? Jako szef partii? Jako przedstawiciel fundacji? Jako biznesmen?

Każda z tych odpowiedzi prowadzi do jakiejś nieprawidłowości. A jednocześnie grozić mu będzie odpowiedzialność za fałszywe zeznania. Jasne, w tej kadencji nie ma się czego obawiać... ale ta się właśnie kończy.

Przypominam, że posłowi zawodowemu nie wolno prowadzić działalności gospodarczej. Żadnemu zaś posłowi nie wolno prowadzić działalności gospodarczej z udziałem skarbu państwa (dajmy na to, na preferencyjny kredyt od państwowego banku).

Jak Kaczyński się w to wpakował? Swoje wieżowce planował na początku kadencji. Liczył wtedy na karierę drugiego Orbana.

Wspomnijmy tamte czasy. Let’s party like it’s 2016!

Komisja Amber Gold miała zniszczyć Tuska. Komisja Jakiego miała zatopić Gronkiewicz.
Macierewicz miał wzmocnić armię zakupem misiokopterów (lepszych i tańszych od caracali!) i wykryć tupol na trotylewie i zwrowadzić sprak. Deforma oświaty miała przejść bezproblemowo, opozycyjne media miały być zrepolonizowane, a Unia miała mieć za dużo problemów, żeby blokować przechwycenie sądownictwa.

W efekcie PiS miał przechwycić samorządy, a potem zyskać w Sejmie większość konstytucyjną. To się nie wydarzyło i nie wydarzy: w samorządach stracili wszystkie miejskie miasta, a w Sejmie mogą liczyć najwyżej znów na kruchą większość, być może w kłopotliwej koalicji z Kukizem/Korwinem.

W 2020 mogą też stracić prezydencki długoPiS. Ergo: drugim Orbanem Kaczyński już nie zostanie. Znowu zawiedli go prawie wszyscy współpracownicy.

Tymczasem tylko w kapitalizmie Orbana czy Putina nikt nie zadaje kłopotliwych pytań o dziwne interesy, które wódz robi z udziałem swojego kuzyna, państwowego banku, kucharza czy trenera judo. Bo nie ma opozycyjnych mediów ani niezależnych sędziów.

Swoich wieżowców Kaczyński nie mógł budować normalnie, wolnorynkowo, z komercyjnym kredytem. Wtedy musiałby np. swój deweloperski biznes wpisać do oświadczenia majątkowego...

Grill dopiero się rozpala, ale danie zapowiada się smakowicie.

poniedziałek, 11 lutego 2019
Fyre!

I'm on Fyre

Drogie komentatorki, drodzy komentatorzy, ogłaszam film „Fyre: The Greatest Party That Never Happened” kanoniczną pozycją. Każdy, kto z jakiegokolwiek powodu zagląda na tego bloga będzie się dobrze bawił przy oglądaniu.

Film opowiada o próbie zorganizowania „luksusowego festiwalu muzycznego” w 2017 przez Billy’ego McFarlanda, którego dziś (w świetle wyroków) można nazwać oszustem, wtedy zaś za to groził proces. McFarland był wtedy przedsiębiorcą, człowiekiem sukcesu, wygłaszaczem motywacyjnych spiczów.

Hejtowałbym go już tylko za to. Nawet gdyby festiwal Fyre okazał się sukcesem (w istocie wtedy hejtowałbym go jeszcze bardziej).

Ogólnie nienawidzę opowieści, że sukces jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy ciężko pracować i nie jeść tostów z avocado. Zdradzę wam sekret sukcesu: trzeba mieć dzianych rodziców

A już szczególnie nienawistną nienawiścią darzę instagramowych influencerów, wrzucających zdjęcia, jak zjeżdżają na nartach z lodowca albo jak są z partnerem na Malediwach #mega!. Kto się tak pokazuje tego ja nie szanuję (joła).

Uważam, że to nie jest nawet po prostu głupie, jak żółte karteczki Pawlikowskiej. To jest społecznie szkodliwe.

99% populacji nie może dołączyć do górnego 1% populacji. Niby tautologia, ale młodym ludziom wmawia się, że oni też mogą trafić do tego 1%, między Lewandowską a Chodakowską, wystarczy wyjść ze strefy komfortu.

Póki McFarland nie trafił za kratki, snuł podobną opowieść. Oto dwudziestoparolatek, który bez dyplomu trafia do Nowego Jorku i udaje mu się założyć jednorożcowego startupa. Zobaczcie, to ja w moim maserati #mega!

Jednorożec McFarlanda monetyzował te marzenia, była to bowiem firma Magnises, oferująca millenialsom elitarną kartę kredytową, która była z prawdziwego metalu, więc jej premiumowość czuło się na dotyk i nawet na dźwięk (brzdęk!).

Do promocji McFarland zatrudnił przygłupiastego hiphopera i odkrył, że proces wynajmowania gwiazd jest upierdliwy. Wymyślił startupa, mającego być „uberem wynajmowania gwiazd”.

Idea była prosta. Jesteś fxui bogaty i stać cię, żeby Ja Rule zarapował ci hepi bersdej? Kliknij na Ja Rule, przesuń palcem żeby zapłacić.

Taka aplikacja mogłaby mieć sens. Niestety McFarland wymyślił, że w celach promocji zorganizuje luksusowy festiwal muzyczny, na prywatnej wyspie na Bahamach, pełen okazji do zrobienia sobie selfika z hasztagiem #mega!

Goście zapłacili fortunę. Po przybyciu okazało się, że nie ma festiwalu i nie ma samolotów mogących ich zabrać z powrotem. Spędzili piekło w przeciekających namiotach, gdzie mokły ich kosztowne ciuchy i cyfrowe gadżety, nie było jedzenia, nie było prądu, nie było k... niczego.

Nikt ich nie żałował - gdy krzywda spotyka palanta w ciuchach za 3k, Bóg głaszcze kotka. Szkoda ludzi z klasy średniej, których McFarland zrujnował swoimi mrzonkami - tych restauratorów, którym nie zapłacił albo ludzi pracujących w dobrej wierze nad aplikacją Fyre.

Z filmu wyłania się obraz McFarlanda jako toksycznego szefa, który wszelką krytykej sprowadzał do prostej alternatywy, zaczerpniętą z motiwejszyningowo kołczingowych pierdoletingów: „czy szukasz problemów czy szukasz rozwiązań? Jeśli nie szukasz rozwiązań, won z mojej firmy”.

W efekcie ego ludzie faktycznie szukali rozwiązań, zamiast powiedzieć szefowi: „tego się nie da zrobić”. Paradoksalnie prowadzili tym siebie do bezrobocia, a McFarlanda za kratki.

Nie płynie z tego prosta lekcja życiowa. Sam należę do ludzi, którzy zbyt szybko mówią, że coś jest nie do zrobienia. Po latach współpracy ze sobą nauczyłem się, że rzadko bo rzadko, ale pesymiści też się czasem mylą (#nano!).

Mimo to twierdzę, że aspirowanie do górnego 1% nie ma sensu. Przeciętny Człowieku, nie będziesz miał Ferrari. Nie będziesz latać własnym samolotem na prywatną wyspę. Chyba, że to odziedziczyłeś to po przodkach (ale wtedy zamiast komciać na blogaskach, noblesa se obliż).

Co ma sens - to dążenie do poziomu akceptowalnej porażki. Nieźle można żyć będąc kimś drugorzędnym. Walić Bahamy, we Włoszech też jest fajnie. Albo i w Krynicy, w zależności jak ustawimy sobie suwaczek.

Kapitalizm dobrze działał, dopóki zaspokajał potrzeby w miarę szerokiej rzeszy średniaków. Coca-Cola, Ford czy Apple miały sens dzięki ofercie dla Johna Smitha.

System zaspokajający potrzeby 1%, to już nie kapitalizm. Ani demokracja. Im więcej McFarlandów za kratkami, tym lepiej (#mega! #jeszcze #jeden!).

poniedziałek, 04 lutego 2019
Luźne tezy o Biedroniu

Jak mniemam, wszyscy szanowni komcionauci mają jakąś opinię na temat inicjatywy Biedronia. Doceniam, że jeszcze nie ruszył szał offtopicznych komentarzy. Proponuję ewentualną debatę prowadzić pod tą wystukaną na kolanie blogonotką.

Tezy mam luźne, właściwie przy żadnej się nie upieram, może ktoś mnie do czegoś przekona, bardzo proszę. Tak naprawdę nawet pisowcom nie zabraniam tu pisać, zabraniam tylko pisać mętnie, chamsko i nie na temat (niestety, pisowcy zazwyczaj mają problem z dyscypliną intelektualną, ale to już nie moja wina).

A oto i tezy:

1. Partią mojego pierwszego wyboru pozostaje „Razem” i ewentualna koalicja, w której ta partia weźmie udział. Za najważniejszy element programu lewicowego/progresywnego uważam sprawy pracownicze.
Biedroń w ogóle nie poruszył tego tematu (a mówił o kilku sprawach rangi duperelnej, w rodzaju darmowego internetu). Na stronie partii figuruje propozycja, która nie ma sensu (urlop przy umowie o dzieło? czy oni tam w ogóle rozumieją, do czego służy ta umowa?).

To znaczy, że dla niego to po prostu nieistotne. A to znaczy, że to nie są roboty, których szukam.

2. Uwzględniając powyższe, nie wykluczam głosowania na Biedronia, zwłaszcza w okolicznościach typu „druga tura wyborów prezydenckich”. Uważam, że polska polityka rozpaczliwie potrzebuje uwolnienia się od zapachu naftaliny.

To bardzo cenna metafora Ewy Kopacz, ale nie jestem pewien, czy przemyślała jej bogactwo znaczeniowe. Naftalina bucha z ekranu telewizora nie tylko gdy pojawiają się tam weterani „zakonu PC”. Polska polityka jest ciągle w rękach tych samych ludzi, którzy podzielili się wpływami w latach 1988-1991. Kiedyś Niesiołowski, Kaczyński i Wałęsa byli w jednym obozie, potem się przetasowali, ale  czas już ich wszystkich (WSZYSTKICH!) zastąpić kimś innym.

3. Teza, że Biedroń osłabia opozycję, jest dla mnie absurdem. Kto twierdzi, że to wynika z ordynacji - ten nie rozumie ordynacji (tradycyjny caveat: nie kłóć się ze mną o system d’Hondta, jeśli nie umiesz go matematycznie opisać).

Sekretem niedawnych triumfów populistycznej prawicy było nie tyle pozyskiwanie centrum, co zniechęcanie najsłabiej zmotywowanych przeciwników. Tych, którym wprawdzie nie podobał się Trump, ale Clinton też niespecjalnie. Albo: Kopacz i Komorowski.

Pomysły typu „zjednoczona opozycja” odtworzą tę sytuację. Część Antypisu zostanie w domu, bo po prostu nie będzie mogła znieść myśli o głosowaniu na Kazza Marcinkiewicza albo Leszka Millera.

Biedroń zmobilizuje tą część elektoratu antypisowskiego, która na „zjednoczoną opozycję” by nie zagłosowała. Lepiej wprowadzić do Sejmu jeszcze jedno ugrupowanie antypisowskie, niż snuć mrzonki o powszechnym poparciu kilku niesympatycznych naftalinersów.

4. W eurowyborach stawką i tak nie jest jeszcze obalenie Kaczyńskiego. To dobry moment na eksperymenty, na konsolidację środowiska, na zaprezentowanie własnego programu. Dlatego ucieszyłbym się z koalicji wiosenno-alizarynowej, ale nie zmartwię się bardzo jej brakiem. Ci się konsolidują, tamci się konsolidują - normalka („co robił Mikołaj, Wilq...?”).

5. Za samą złość, którą Biedroń wzbudził w liberalnym establishmencie, ma już u mnie ogromnego plusa. To mogło utopić jego projekt na samym początku: gdyby przedstawiciele elit 3RP go zaczęli hołubić i wychwalać w tych swoich programikach z serii „publicysta jedzie samochodem i nagle dosiada się ksiądz Sowa”.

Zareagowali hejtem, i bardzo dobrze. Polskie elity wciąż zapominają, jak potężny mają elektorat negatywny. Im goręcej kogoś zwalczają, tym bardziej rośnie on w siłę. Sami wsadzili Biedronia na falę wznoszącą - ciekawe jak daleko na niej zaserfuje.


niedziela, 03 lutego 2019
Jak RSW likwidowano

Pewien przemiły młody człowiek, którego część komentatorów może kojarzyć pod nickiem ^ols, skomentował towergate m.in. następującymi zdaniami:

uwłaszczenie na majątku społecznym było ustalone przy okrągłym stole - państwowa prasa została wtedy podzielona pomiędzy różne środowiska (...) założyciele Agory byli aktywnymi politykami, posłami, ministrami (...) Kaczyński planował monetyzację będąc w głębokiej opozycji, ministrów wtedy nie miał

Zakładam, że w dobrej woli wierzył w to, co napisał. A więc edukacyjnie przybliżę okoliczności transformacji.

Nie było takich ustaleń przy okrągłym stole, bo komuniści byli przy nim przekonani, że jeszcze nie oddają władzy. Wolne wybory miały być dopiero w 1993.

Władze PRL zgodziły się na wydawanie 1 opozycyjnej gazety i 1 opozycyjnego tygodnika, oraz na uwolnienie 35% mandatów w Sejmie. Nikt się wtedy nie spodziewał, że w całości zdobędą je kandydaci Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, co uruchomi lawinę wydarzeń.

Założyciele Agory byli wtedy inteligenckimi gołodupcami. Gdyby ktoś im wtedy powiedział „zaprawdę powiadam wam, nim ten rok przeminie, jeden z was ministrem zostanie”, zabiliby go śmiechem.

Nadzieję na reelekcję w 1993 komuniści wiązali z filarami władzy, od których odstąpić nie zamierzali. Był to prezydent o dyktatorskich uprawnieniach (Jaruzelski) oraz kontrola nad prawie wszystkimi mediami.

Z kilkoma sławnymi wyjątkami (typu „Tygodnik Powszechny”), prawie wszystkie czasopisma w PRL należały do wydawnictwa RSW (od gazet ogólnopolskich po miesięczniki hobbystyczne). To z kolei niemal w całości należało do PZPR.

Partii komunistycznej nie wypadało prowadzić działalności gospodarczej, więc posługiwała się przedziwną formułą „spółdzielni osób prawnych” (praktycznie jednoosobowej). Coś jak te dzisiejsze fundacje komandytowe.

Komuniści stracili władzę dużo wcześniej, niż planowali (sierpień 1989). Dyktatorskim prezydentem został Lech Wałęsa (grudzień 1990). Wolne wybory odbyły się w październiku 1991.

W marcu 1990 Sejm przyjął ustawę o likwidacji RSW. Posłowie z PZPR (zwłaszcza Izabela Sierakowska) gorąco protestowali, nazywając ją „zamachem na pluralizm”. Poseł Adam Michnik zaproponował jej swój stary powielacz (polecam poczytać stenogram).

Przyjęta w tych warunkach ustawa musiała jednak być kompromisowa - zostawiać postkomunistom jakieś furtki. Jedną z nich była możliwość przejęcia tytułu przez dziennikarską spółdzielnię pracy. Poseł Juliusz Braun otwarcie mówił, że mogą z tego skorzystać redakcje sympatyzujące z PZPR/SdRP, a że było ich sporo, ta partia będzie na „w gruncie rzeczy uprzywilejowanej pozycji”.

Mało mówiono w tej debacie o potrzebach czytelników. A przecież wiele czasopism wydawanych przez RSW cieszyło się naprawdę sporą popularnością.

To nie jest tak, że wszyscy się od razu rzucili na „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Solidarność”. Przede wszystkim przez dłuższy czas do kiosków poza Warszawą trafiała de facto wczorajsza „Wyborcza” - i ze względu na ówczesne ograniczenia techniczne, to była bolączka całej tzw. prasy ogólnokrajowej.

Przypuszczam, że to inspirowało Stanisława Lema w opowiadaniu o komputerze dziennikarskim, który nie znając wyniku meczu, z którego ma napisać „relację”, wypełniał przestrzeń „frazesami o dzielnej postawie obu drużyn”. Tak wyglądała ogólnopolska gazeta w Krakowie.

Stąd nieustająca popularność tych wszystkich „Gazet Krakowskich” i „Wieczorów Wybrzeża”. Tam przynajmniej wczorajszy mecz relacjonował ktoś, kto znał wynik.

„Gazeta Wyborcza” musiała na każdym z tych rynków stoczyć walkę z lokalnym liderem. Nie wszędzie się to udało do dzisiaj.

W Warszawie wyjątkowo popularne były: popołudniówka „Express Wieczorny” (na jej weekendowe trzeba było się zapisywać u zaprzyjaźnionego kioskarza) i „Życie Warszawy”, które miało monopol na ogłoszenia drobne typu „sprzedam pralkę” czy „wyrób kapeluszy”.

Uważano wtedy te gazety za najbardziej smakowite kąski w całym torcie. W kolejce po „Express” ustawiło się wiele instytucji (m.in. Region Mazowsze „S” i PPS - partia, która tę gazetę wiele lat wcześniej założył).

W „Życiu Warszawy” na samym początku zmieniono naczelnego, na bliskiego współpracownika premiera Mazowieckiego, intelektualistę Kazimierza Woycickiego. To posunięcie miało dalekosiężne skutki, których wtedy nikt nie mógł przewidzieć.

Nim komisja likwidacyjna zakończyła pracę, zmienił się rząd (styczeń 1991). Rząd Bieleckiego, podobnie jak rząd Mazowieckiego, nie miał pełnego mandatu demokratycznego - powołał go ten sam niedemokratyczny sejm kontraktowy, ktory nie zmienił składu. Zmieniła się tylko osoba prezydenta.

W Polsce nie było wtedy demokracji, tylko transformacyjny autorytaryzm. To grzech pierworodny III RP: wiele decyzji, których skutki odczuwamy do dziś, podejmowano bez demokratycznego mandatu (z planem Balcerowicza na czele).

Nie podoba mi się to, ale nie wiem, co tu można było zrobić lepiej/inaczej. Gdyby wcześniej zrobić wybory - byłyby prowadzone przy postkomunistycznej kontroli nad mediami!

Nowy rząd zmienił skład komisji likwidacyjnej, finalne decyzje podejmowano więc w kwietniu 1991 w składzie: Kazimierz Strzyczkowski (prawnik akademicki), Jan Bijak („Polityka”), Andrzej Grajewski („Gość Niedzielny”), Alfred Klein (prawnik; wycofał się w trakcie), Krzysztof Koziełł-Poklewski („Prawo i życie”), Maciej Szumowski („Gazeta Krakowska”), Donald Tusk („Gazeta Gdańska”).

71 tytułów przekazali spółdzielniom, pozostałe prywatyzowali drogą przetargu ofertowego, w którym cena była tylko jednym z kryteriów. Pozostałymi była wola zespołu dziennikarskiego oraz poparcie organizacji społecznych.

„Gazeta Wyborcza” nie bez ironii wyliczała co dziwniejsze organizacje, deklarujące swoje poparcie dla tego czy innego oferenta (Polski Związek Wędkarski, Tarnowskie Stowarzyszenie Radiestetów, Polski Związek Filatelistów, biskup Gocłowski, regiony NSZZ „S”...). Grubą Bertą było poparcie Lecha Wałęsy, który poparł m.in. przekazanie „Expressu” fundacji powiązanej z bliskim mu (wówczas) Porozumieniem Centrum.

Wbrew pozorom, komisja wcale nie faworyzowała partii politycznych. Najhojniej obdarowała KPN - zapomnianą dziś, przedziwną partię neopiłsudczyków, którzy głośno wtedy krzyczeli, że są prześladowani, bo nie było ich przy Okrągłym Stole.

Dostali dwa atrakcyjne tytuły - „Razem” i „Motor”. Wszystko zarżnęli, nie zbudowali na tej bazie niczego trwałego.

Poza tym zdarzały się oferty quasi-partyjne. Na przykład: „Gazetę Krakowską” przekazano dziennikarzom sympatyzującym z krakowską Unią Demokratyczną, a „Dziennik Łódzki” sympatykom ZChN. Oba tytuły szybko się jednak usamodzielniły.

Spotkałem się w kilku miejscach z wersją, że „Życie Warszawy” przekazano liberałom z KLD. To jakieś nieporozumienie.

Rzeczywiście, była taka oferta - ze strony Krajowej Izby Gospodarczej (powiązanej z KLD) i Roberta Maxwella, szemranego magnata medialnego, który pół roku później zginął w tajemniczych okolicznościach.

W połowie kwietnia 1991 tę ofertę odrzucili pracownicy w wewnętrznym referendum (nigdy przedtem ani nigdy potem pracownicy gazet nie mieli tak dużo do gadania!). Stosunkiem głosów 94:81 wybrali ofertę spółki Życie Press, firmowanej przez Wóycickiego i jego zastępcę, wybitnego eksperta od dryblingów, wolejów i dośrodkowań, komentatora sportowego Tomasza Wołka - który w tym duecie grał pierwsze skrzypce.

Komisja likwidacyjna uznała decyzję pracowników. Głosy dziennikarzy rozłożyły się inaczej (64:59 na rzecz Maxwella i KLD), część zespołu odeszła i założyła konkurencyjne „Życie Codzienne”.

To był początek końca „Życia Warszawy”. W spółce „Życie Press” mniejszościowe udziały miała tajemnicza włoska firma STI oraz Wielkopolski Bank Kredytowy (dziś: Santander), który udzielił na ten zakup 40 mld starych złotych pożyczki. Kredyt był wysoko oprocentowany (to czasy hiperinflacji!), „Życie” było więc ciągle na minusie.

W 1993 WBK odsprzedał swoje udziały Włochom (teraz mieli już 55%). Okazało się, że to tak naprawdę jeden Włoch, niejaki Nicola Grauso. Nic więcej na ten temat nie odważę się napisać.

Przemiły ^ols myli się pisząc, że Kaczyńscy byli wtedy w opozycji. Byli wtedy u szczytu swoich dwudziestowiecznych wpływów - z którego wkrótce zlecą, ale przetrwają wiele lat chudych właśnie dzięki zgromadzonemu wtedy tłuszczykowi.

Najcenniejszym asem w ich talii kart był minister budownictwa Adam Glapiński. Był działaczem KLD i PC jednocześnie - to wtedy nie było sprzeczne, w tych czasach Donald Tusk był w jednym wałęsowskim obozie z Jarosławem Kaczyńskim.

Czasy były jednak tak dziwne, że Glapiński w pewnym momencie zwrócił się do „Solidarności” w Ursusie, z notorycznym Wrzodakiem na czele, żeby ci demonstrowali przeciwko rządowi, w którym ten zasiadał (!), żeby wywierać nacisk na jak najszybsze przyjęcie ustawy, mającej przyśpieszyć budowę mieszkań.

Postawił na swoim, ustawę przyjęto w październiku 1991. A w niej znalazło się jedno zdanie, za sprawą którego otoczenie Kaczyńskiego uwłaszczyło się na swoich nieruchomościach.

Gdyby mieli ministra zdrowia, poszliby w farmację. Gdyby ministra sportu - w budowę stadionów. A że mieli ministra budownictwa, poszli w deweloperkę.

Czy to wszystko było legalne? Prawo lat 90. było tak dziurawe, że wcale bym się nie zdziwił. Ale wysuwany zwykle przez sympatyków PiS argument „gdyby coś znaleźli, to by wyciągnęli” może być też stosowany wobec innych liderów biznesu tej epoki - Kulczyka, Krauzego, Gudzowatego.

Odczuwanym do dzisiaj skutkiem likwidacji RSW jest dominacja zagranicznego kapitału w prasie lokalnej. Bo co miała zrobić taka biedna, niedoinwestowana spółdzielnia dziennikarzy „Tygodnika Wąchockiego”? Znaleźć inwestora, przecież raczej nie polskiego.

W 1995 prasoznawca Zbigniew Bajka przeanalizował 1400 polskich gazet i czasopism i ustalił, że 65% nakładu oraz 70% tytułów jest w rękach firm z udziałem zachodniego kapitału. W samych ogólnopolskich wyglądało to wtedy tak: „Rzeczpospolita” - 49%, „Nowa Europa” - 80%, „Sztandar Młodych” - 70%, „Express Wieczorny” - 80%, „Życie Warszawy” - 97%, „Gazeta Wyborcza” - 12,5%. Do „Super Expressu” właśnie wchodzili wtedy Szwedzi.

Czy to było do uniknięcia? Wątpię.

Gdyby w ustawie umieścić zakaz przyjmowania zagranicznych wspólników, redakcje obchodziłyby to kombinejszynami typu „100% polskie wydawnictwo, które ma 5% udziałów w agencji reklamowej razem z koncernem Hersant”. A gdyby i tego zakazać, polskie gazety by umarły, wypierane przez nowe tytuły takie jak „Fakt”.

Czytelnicy mieli wtedy dość czarno-białych gazet drukowanych na kiepskim papierze w dziewiętnastowiecznej technologii. Chcieli koloru, offsetu, ładnych zdjęć.

Dziennikarze też tego chcieli, a do tego: podwyżek. To w praktyce oznaczało szukanie inwestora: niemieckiego, szwedzkiego, austriackiego, francuskiego, szwajcarskiego...

To się musiało tak skończyć.

To chyba najdłuższa notka w dziejach bloga! Kto dojechał do końca, niech w komciu napisze „REFERNAZOR”, by uzyskać mą przychylność.

Korzystałem z artykułów z „GW”: „Referendum w Życiu Warszawy”, 17.4.1991; „Krajobraz po likwidacji”, 30.4.1991; „Życie Warszawy na kredyt”, 27.7.1993; „Prasa i kapitały”, 24.1.1995; „Taśmy Kaczyńskiego”, 31.1.2019