Ekskursje w dyskursie
czwartek, 13 grudnia 2018
O co chodzi Unii Europejskiej?

Zgodnie z tradycją blogaska, tytułowe pytanie proponuję rozważać w szerokim kontekście historycznym, w oderwaniu od bieżączki. Pretekst do zadania może być bieżący, kontekst nie.

Tym kontekstem niech będzie dwanaście stuleci prób zaprowadzenia pokoju w Europie. Od czasu Karolingów co kilkadziesiąt lat w rożnych miastach spotykają się dyplomaci i możnowładcy, rysują kreski na mapach i spisują coraz dłuższe traktaty - na prożno.

Z wszystkich tych prób, Unia Europejska jest najbardziej udaną. To jest fakt bezsporny - 61 lat po jej zainicjowaniu traktatem rzymskim (1957), nadal nie było wojny między sygnatariuszami. Czy można to powiedzieć o jakiejkolwiek takiej inicjatywie od czasu traktatu z Verdun (843)?

Tym traktatem spadkobiercy Karola Wielkiego dzielili między siebie imperium, które zaczęło się rozpadać jeszcze za życia jego założyciela. Karol scalił wcześniej istniejące królestwa Neustrii i Austrazji (bardzo lubię ich nazwy, bo brzmią jak coś z fantasy), z których potem przez wiele etapów pośrednich powstaną Francja i Niemcy.

Traktat dzielił imperium między trzech wnuków Karola Wielkiego. Ambitnemu Lotarowi przypadł wąski pasek od dzisiejszego Beneluksu po Włochy. Zgodnie z traktatem, władca tej części (Lotaryngii) z automatu był cesarzem.

Wiadomo, czym się to musiało skończyć - permanentną wojną Neustrii z Austrazją o kontrolę nad Lotaryngią. I w zasadzie tak można podsumować historię Europy Zachodniej do 1945.

Profesja „cesarza rzymskiego” była zawodem podwyższonego ryzyka, bo samo przyjęcie tego tytułu gwarantowało wrogość Bizancjum, Neustrii, Austrazji, papieża, włoskich magnatów, i wuj wie kogo. Ostatnim był nieszczęsny Berengar I, na którym ten tytuł wygasł w 924.

Wznowił go w 962 Otton Wielki, syn Henryka Ptasznika (znanego nam z gry „Return to Castle Wolfenstein”), który prowadził mieszaną politykę wobec Słowian, czasem z nimi wojując, czasem uznając za lenników. Historię Europy Wschodniej można do dzisiaj podsumować jako „Tysiąc lat Hassliebe Słowian i Niemców”.

Tak się zaczęła kolejna idea zjednoczeniowa - cezaropapizmu. Europa Zachodnia teoretycznie stała się rzeczpospolitą chrześcijan, „Res Publica Christiana” - w której wszyscy uznają w sprawach duchowych prymat papieża, a w sprawach politycznych cesarza (elekcyjnego).

W praktyce to nie zadziałało. Papieże ciągle borykali się z antypapieżami, a cesarze z pretendentami.

Ludzie średniowiecza ciągle jednak mieli nadzieję, że uniwersalizm cezaropapieski w końcu jakoś zadziała i zapobiegnie wojnom. Wracała na kolejnych soborach, np. w Konstancji (1414-1418), m.in. za sprawą słynnego udziału Pawła Włodkowica.

Ostatecznie te nadzieje przekreślił trolling tysiąclecia w postaci 95 tez Lutra (1515). Katolicy i protestanci przez pewien czas testowali nowy pomysł na pokój w Europie: wymordowanie tych drugich. Nie udało się, mimo usilnych starań.

Stąd kolejny pomysł: pokoje augsburski (1555) i westfalski (1648), wprowadzające zasady „cuius regio eius religio”. Stawiały dotychczasowy uniwersalizm na głowie (gdy PiS się powołuje na „suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie odwołuje się do ładu westfalskiego).

Zastąpienie światopoglądowej wspólnoty cyniczną grą interesów doprowadziło do tzw. „kadryla dyplomatycznego”. Państwa zrywały i zawiązywały „odwieczne sojusze” z dowolnego powodu, mordując się o byle co.

To się skończyło razem z Napoleonem, pierwszym władcą Neustrii od IX stulecia, który sięgnął po tytuł cesarza. Spróbował zjednoczyć Europę pod hasłem Praw Człowieka i Obywatela. I prawie mu się udało... ale jednak prawie.

Kongres Wiedeński w 1815 ustanowił Święte Przymierze, mające przynieść Europie pokój pod hasłami kontrrewolucji i legitymizmu. Ludzie tego nienawidzili i od 1830 obalali ten system w kolejnych powstaniach i rewolucjach (w tym: w Polsce). Ostatecznie szlag go trafił po Wiośnie Ludów.

Po wojnie francusko-pruskiej wytworzył się system, który przyniósł Europie 40 lat pokoju. Trochę przypominał zimną wojnę. Niemcy, Włochy i Austro-Węgry stworzyły blok militarny, którego przeciwwagą była równie silna Ententa.

To była beczka z prochem, która w końcu eksplodowała. Kończący ją Traktat Wersalski teoretycznie miał przynieść pokój (znów na bazie wspólnych wartości), ale okazał się fatalnie skonstruowany. Kolejna eksplozja była jeszcze gorsza.

Potem nadeszła zimna wojna, znów oparta na równowadze wrogich bloków - ale jednocześnie w 1957 ruszyła inicjatywa pokojowo-zjednoczeniowa, którą dziś pan Adrian hejtuje za zakaz sprzedaży żarówek. Otóż nawet gdyby jego krytyka była słuszna (a nie jest), lepszy zakaz żarówek od wojny.

Unia Europejska ma oficjalną listę 11 „ojców założycieli”. Na tej liście aż 9 pochodzi z królestwa Lotara. To nie jest przypadek.

Idea unijna polega na przekreśleniu westfalskiej suwerenności (tak drogiej Kaczyńskiemu). Po prostu jest aż nadto dowodów, że to nie jest sposób na pokój.

Jest też wiele dowodów na to, że wojny handlowe mogą być równie okrutne i krwawe, jak wojny ideologicze. Brak wojen handlowych wymaga zaś wspólnych regulacji.

Europejskie normy dotyczące żarówek czy bananów mogą szokować pana Adriana, bo to nieuk. Ale podobne normy działały jeszcze w średniowieczu, że przypomnę choćby słynny Reinheitsgebot (czyli normę unifikującą skład piwa w całym cesarstwie).

Z pewnością da się wymyślić coś lepszego od obecnej Unii. Tak jak wielu Ojców Założycieli jestem federalistą: docelowo marzę o Stanach Zjednoczonych Europy.

Moja teza brzmi jednak tak: to najlepsze, co w tej kwestii wymyślono od czasu Pax Romana. Ergo, może nie najlepsze z rozwiązań wymarzonych, ale najlepsze z realnie wypróbowanych.

Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do jego przestawienia - acz debiutantów tradycyjnie namawiam, żeby przedtem przejrzeli inne dyskusje.

sobota, 08 grudnia 2018
Faszyzm z Krzemowej Doliny

Jest taka piosenka, stawiająca jedno z najważniejszych pytań popkultury: „Who put the bop in the bop shoo bop”. Tego się nigdy nie dowiemy, natomiast łatwo odpowiedzieć na pytanie - „kto umieścił krzem w Krzemowej Dolinie”.

Był to William Shockley, który w 1956 założył w Mountain View firmę Shockley Semiconductor. Krzemowa Dolina rozwija się przez podział. Gdyby narysować drzewo genealogiczne firm takich, jak Apple, Motorola, Intel, Facebook czy Google, będą się wszystkie wywodzić z Shockley Semiconductor.

Shockley był jednym z współwynalazców tranzystora - za co dostał Nagrodę Nobla (do podziału z Brattainem i Bardeenem). Zasadniczego wynalazku dokonał w Bell Labs, na drugim końcu kontynentu, w New Jersey.

Firmę założył w pobliżu Palo Alto, bo tam mieszkała jego starzejąca się matka. Gdyby matka zmarła wcześniej, być może Shockley zostałby w New Jersey i zamiast Krzemowej Doliny mielibyśmy Krzemowe Wybrzeże.

Możemy Shockleya spokojnie nazwać Ojcem Założycielem Krzemowej Doliny. Równocześnie jest on jednak - i tu się robi ciekawie - ojcem założycielem alt.right.

Krzemową Dolinę stać na najlepszych pijarowców, wykreowała więc pozytywny image miejsca, w którym spotykają się postępowe geeki. Dlatego gdy wychodzi z nich seksizm, rasizm czy randroidyzm, w mediach lecą komentarze typu „co poszło źle, skąd się to wzięło”.

Skrajnie prawicowe poglądy przyjechały do Krzemowej Doliny razem z krzemem. Są niczym „shoo” dla krzemowego „bop” w harmonijnym „bop shoo bop” Elona Muska i Petera Thiela.

Shockley był związany z ekstremistyczną organizacją Pioneer Fund, założonej w latach 1930. dla sprzeciwiania się Ameryce Nowego Ładu. Jej celem było przywrócenie XIX-wiecznego kapitalizmu, z systemem przywilejów dla najbogatszych białych ludzi i zniewolenia dla całej reszty.

Forsowany przez nich światopogląd streściłbym tak: przywileje bogaczy są zasłużone, bo dorobili się bogactwa dzięki swemu IQ. Biedni powinni uznawać ich władzę we własnym interesie, bo sami spieprzą władzę nawet jak ją dostaną.

Powszechna edukacja nie ma sensu, bo inteligencja jest dziedziczna. Biednych najlepiej sterylizować, dla poprawy gatunku.

A poza tym skoro kobiety są genetycznie głupsze od mężczyzn, a czarni od białych, należy przywrócić XIX-wieczne zasady. Odebrać kobietom prawo głosu, utrzymać dominację białej rasy.

Shockley uważał siebie za geniusza, który zasługuje na bogactwo i przywileje. Rzeczywiście był bardzo zdolnym fizykiem, ale jego kariera wyglądała dziwnie.

Odszedł z Bell Labs, bo się pokłócił ze swoim zespołem. Chciał założyć firmę, która zdominuje światowy rynek półprzewodników.

Znalazł sobie zdolnych młodych podwładnych, ale jego faszystowski styl zarządzania (możecie sobie wyobrazić ten koszmar - szef, który wierzy w ideolo Ayn Rand!) sprawił, że odeszli. Shockley nazwał ich „zdradziecką ósemką”, oni tę nazwę przyjęli z dumą.

To oni - a nie on - założyli wielkie firmy (w tej ósemce był Gordon Moore, ten od „prawa Moore’a”). Biznes Shockleya się bez nich rozsypał.

Jako noblista bez trudu zyskał etat na Stanfordzie. Resztę kariery spędził jako szalony profesor, który przynosi coraz większy wstyd uczelni, ale nie można go zwolnić.

Shockley uważał siebie za geniusza, ale jego kariera pokazuje, że umiejętności społeczne miał poniżej przeciętnego afroamerykańskiego barbera z Oakland. Co to może nie umiałby rozpisać kwantowo ruchu elektronów w półprzewodniku, ale umiał utrzymać lojalnych klientów i pracowników.

Przez wiele lat rekrutacja do Google’a była ukierunkowana na szukanie geniuszy, kandydatom kazano więc rozwiązywać testy i zagadki. Po latach firma, która przykłada Big Data do wszystkiego, przyłożyła to do siebie samej i odkryła, że te testy nie miały sensu. Nie przekładały się na późniejsze osiągnięcia pracownika.

Dziś rekrutacja premiuje umiejętność pracy w zespole. To przecież najważniejszy skill - czy to w korpo, czy na uczelni, czy na boisku.

Duch Williama Shockleya do dziś straszy w mrocznych zakątkach serwerowni w Krzemowej Dolinie. Pamiętajmy więc, że gdy cyberoligarchowie (albo finansowane przez nich NGO’sy) obiecują nam „uczynienie świata lepszym miejscem” - to niekoniecznie oznacza miejsce lepsze dla ludzi takich jak ja czy ty.

Chodzi o „lepsze dla białych miliarderów, przekonanych że im się wszystko po prostu należy”.