Ekskursje w dyskursie
czwartek, 21 września 2017
Wiedzmin na Weselu

W zeszłym roku uczestniczyłem na Euroconie w dyskusji z Sapkowskim. Trochę się bałem, że Sapkowski zrobi skandal, starałem się więc rozbrajać potencjalne miny.

Gdy padło pytanie o związki polskiej fantastyki z polską klasyką, wyrwałem się do odpowiedzi. Sapkowskiemu „zarzuciłem”, że na potęgę korzysta z dorobku klasyków, zwłaszcza z Wyspiańskiego i Sienkiewicza.

„Guilty as charged”, odpowiedział. Skandalu nie było (uff).

Byłem teraz w Gdyni na wiedźmińskim musicalu. Najbardziej wpadająca w ucho piosenka to „Dziki gon”. Graczom przypominam, że upiorny rycerz zapowiadający krwawą wojnę zwiduje się Poecie w „Weselu”.

Rzekłbym - jest jego „tworem F”. Bo „Wesele” jest jak stacja Solaris, każdemu zwiduje się mieszkaniec jego podświadomości.

Dialog Marysi z Widmem można przypisać Kelvinowi i Harey, tyle że z genderową przewrotką. „Mus mnie woła, mus mnie woła, raz dokoła...” / „Stój, ach stój!”.

Niniejszą blogonotkę proszę potraktować jako mój wkład w akcję „narodowego czytania Wesela”. Pochwalam ją tym bardziej, że Wyspiański jest raczej „nasz” niż „ich”.

Podobnie jak w przypadku Żeromskiego uważam, że szkolni poloniści robią „Weselu” krzywdę, nie analizując go jako komedii. Dramat romantyczny? Twoja stara.

Gdybym był zylionerem, zasponsorowałbym wystawienie „Wesela” jako mieszczańskiej tragifarsy. Chętnie z całą plejadą gwiazd polskiej komedii romantycznej, z Żakiem, Kotem, Karolakiem, Kwiatkowską, Gąsiorowską i Dygant.

To są utalentowani aktorzy, grają w szmirach dlatego, że za mało jest dobrych produkcji. Wierzę, że daliby czadu w „Weselu”.

Jest to utwór genialny, a więc: ponadczasowy. Oczywiście, dzieje się w konkretnym czasie i miejscu, ale problemy głównych bohaterów są takie jak nasze.

Przynajmniej moje. Dziennikarz z „Wesela”, c'est moi.

Jak każdy korpoludek, skarży się na wypalenie („martwą duszę”, hasztag #toonas) Czuje, że jego praca to zawodowa błazenada.

Jego „tworem F” jest więc Stańczyk. Dziennikarz mówi do niego: „błazeństwem ja z tobą zbratan, byłem ci duszą poswatan / nim dusza stała się trup”. Ileż razy snułem z koleżeństwem redaktorstwem podobne skargi przy kieliszku!

Na bankiecie jednym... było to w Krakowie, gdzieś koło Wawelu, moje narzekania przerwał jakiś dziwny facet w śmiesznej czapce i powiedział: „Acan jako spowiedź czyni, spowiedź, widzę, cudzych grzechów; Acan się zalewa łzami, dusza krwawi, serce krwawi; ale znać z Acana mowy, że jest - tak przeciętnie zdrowy. Jutro humor się poprawi...”

Z Radczynią Dziennikarz rozmawia tak: „Pańska praca: rzecz serio, a pan takim przekreśla ją gestem, tak ją wspomina niemile...” / „Rzeczy serio nie ma;  wszystko jest prowizoryczne: przekonania, opinie, twierdzenia” / „Jednak Prawda — ?” / „Nawet Prawdy cienia!”.

Podoba mi się też parodia feministki Racheli, która marzy o „wolnej miłości” - „a jest panna modern, całkiem (...) była w Wiedniu na operze / w domu sama sobie pierze”. Ale najwięcej się dostaje prawicy.

„Pan się narodowo bałamuci, to już było” / „Jeszcze wróci”. Czuję to ze Stuhrem i Szycem!

Pan Młody jest szlachcicem-narodowcem. Ciąży na nim zdrada arystokracji - jego „tworem F” jest hetman Branicki, skazany na męki piekielne za Targowicę („Pali pieniążek moskieski?”).

Czepiec epatuje rubasznym cynizmem. Jak w przypadku Leppera czy Wałęsy, początkowo budzi tym nawet sympatię, np. kiedy mówi, że na żonę najlepsza jest kobieta prosta („wiela scynścia, niskie kosta”). Potem wyłazą z niego demony antysemityzmu, chciwości i mizogynizmu.

Opowiada, jak agitując w wyborach za kandydatem PSL, pobił działacza Partii Socyalno-Demokratycznej, którego opisuje jako „tego Żyda”: „po co sie bestyjo darła, a to tak z całygo garła; było, jak go huknę w pysk, myślołem juz, że sie stocył, on sie ino krwiom zamrocył, a nie upod, bo był ścisk” (czuję to z Andrzejem Grabowskim!).

Wyspiański parodiuje też siebie - młodopolskiego poetę-pijaka. Wiedźmińscy gracze znajdą w „Weselu” pierwowzór Jaskra.

Jego alter ego zalicza nieudaną próbę poderwania druhny („Pódzies pon, patrzcie go, ledwo przysed, juz by kcioł” / „Cało flaszkę bestia schloł”). Nim padnie, wygłosi jeszcze swoje opus magnum, dwuwiersz - „Chopin gdyby jeszcze żył... toby pił” (czuję to z Karolakiem!).

„Panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” / „Chciałem, chciałem... Raz byłem, to nie zastałem”. Cytat deczko fejkowy, bo to kwestie wypowiadane w różnych scenach, ale podkreśla, że refrenem „Wesela”, który wciąż wraca, raz do koła, aż do wielkiego finału z czapką i sznurem, jest zbiorowa porażka wynikająca z „braku chęci chcenia”.

„To tak w każdym z nas coś woła: jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna” / „A wszystko bajka wierutna”. To już prawdziwy cytat.

To o nas, prawda?

poniedziałek, 18 września 2017
Smutny dowcip o opozycji

Jest taki dowcip teologiczny z długą, siwą brodą. Przepraszam PT komcionautów, którzy go z pewnością znają.

Oto pewien głęboko wierzący człowiek staje w obliczu powodzi. Jego sąsiedzi usłuchali wezwań do ewakuacji, ale on zostaje w domu, bo ufa Bogu.

Już mu zalało ogród, woda się wlewa do parteru. Ale on trwa. Gdy przez opustoszałą okolicę przejeżdża ostatni oddział wojska- odmawia ewakuacji, bo ufa Bogu.

Woda mu już zalewa piętro, a obok przepływają jacyś ludzie w motorówce. „Skacz do nas” - wołają. Ale on im odkrzykuje z dachu, że nie zamierza uciekać, bo ufa Bogu.

Woda się dalej podnosi. Już zalewa dach. A tu nagle helikopter! Ratownicy opuszczają się na linach. Facet ich odpędza. Zostaje, bo ufa Bogu.

Zalało cały dach. Facet klęczy w wodzie i woła ku niebiosom - „panie, ufam ci, że nie pozwolisz mi tu zginąć”.

I nagle staje się cud. Rozstępują się chmury, rozbłyskuje nieziemska światłość, słychać chóry anielskie. I rozlega się gromkie: „Ty kretynie, wysłałem ci wojsko, motorówkę i nawet pieprzony helikopter. Mam cię dosyć, radź sobie sam”.

Babum-pss! Raz jeszcze przepraszam za suchara, który - tak poza tym - wyraża mój światopogląd.

Jestem jak wiadomo agnostykiem (ateistą według definicji Dawkinsa). Tak naprawdę uważam, że wszystkim rządzi przypadek.

Gdybym jakimś cudem się nawrócił, to bym po prostu zaczął ten przypadek nazywać Bogiem czy Opatrznością. Wychodziłoby na to samo.

Bez względu na etykietkę uważam, że odpowiedzialność za to, jak reagujemy na życiowe wyzwania i okazje, które zsyła nam Los slash Bóg, spoczywa na nas. Nie wolno siedzieć biernie i czekać na cud.

Otóż uważam, że opozycja od dłuższego czasu zachowuje się jak bohater tego dowcipu. Wierzy, że kiedyś kiedyś PiS-owi zacznie spadać - i biernie czeka na tę chwilę. A wspierający ją publicyści zachowują się jak Świadkowie Jehowy, zapowiadający rychły koniec świata (co roku przekładany na później).

I ciągle to samo zdumienie, że PiSowi jeszcze nie spada. A jak ma im spadać, jak za opozycję ma Schetynę i Petru?

Zwolennicy PiS czują, że PiS reprezentuje ich interesy. Przeciwnicy PiS czują, że są przeciwnikami PiS. Platformy i Nowoczesnej nie lubią, bo i za co ich lubić.

Kompletnie mnie załamali w ten piątek. Los/Bóg/Opatrzność/Spaghetti Monster zesłali im dwie cudowne okazje, żeby przyciągnąć do siebie nas - lemingów o poglądach między lewicą a centrum. Obie koncertowo zmarnowali.

Narodowe Siły Zbrojne nie zasługują na gloryfikowanie przez demokratyczny Sejm. Znam argument „nie wszyscy narodowcy to faszyści” i akurat tutaj mamy proste kryterium.

Ruch narodowy był głęboko podzielony już w latach 30. Utworzenie konspiracyjnego państwa podziemnego zmusiło ich do zajęcia jednoznacznego stanowiska - za albo przeciw. Podobnie zresztą było na lewicy.

Większość przedwojennej PPS uczestniczyła w ramach państwa podziemnego pod kryptonimem Koło (mniejszość wybrała Moskwę lub poszukiwanie „trzeciej drogi”). Podobny podział mieli narodowcy - część działała w ramach tych samych organizacji pod kryptonimem Kwadrat. Reszta.. reszta założyła NSZ.

NSZ było przeciw demokracji. Byli jawnymi antysemitami. Po wojnie chcieli totalitarny ustrój, w którym legalna byłaby tylko jedna partia, decydująca o wszystkim.

Że posłom PiS się takie coś podoba - nie dziwota. Hańba jednak posłom Platformy i Nowoczesnej, że się do tego przyłączyli. Nie ułatwi im to, oj nie ułatwi, dalszego udawania „obrońców demokracji”.

Prawdziwym obrońcą demokracji jest Adam Bodnar, najlepszy rzecznik praw obywatelskich, jakiego dotąd mieliśmy. Nie czeka, aż ludzie zgłoszą do niego problemy - proaktywnie jeździ po Polsce i sam o te problemy pyta.

PiS nieprzypadkowo zaczął likwidowanie sądownictwa od ataków na Rzeplińskiego i Gersdorf, bo to łatwe cele. Nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby ich przedstawić jako wyalienowane elity, sami się kilkakrotnie pięknie podłożyli.

Bodnara trudniej atakować i łatwiej bronić, dlatego PiS na razie unikał tej bitwy. I w kluczowym momencie robi opozycja? Przyłącza się do pisowskiego bojkotu wystąpienia rzecznika.

Los zesłał im dwie okazje do podjęcia walki na łatwym terenie. Mogli się sprzeciwić gloryfikowaniu faszyzmu, mogli wystąpić w obronie demokraty. Jedno i drugie zrobili na odwrót.

Jeśli o mnie chodzi, mam ich dosyć. Niech wreszcie zatoną.

niedziela, 10 września 2017
Małe FAQ o książce

Pewne pytania ciągle wracają w wywiadach, recenzjach i na spotkaniach, stąd blogonotka z FAQ związanym z moją książką.

Skąd pomysł? Uwielbiam to pytanie, choć go nie rozumiem.

Przecież to nie jest tak, że najpierw się wpada na pomysł, potem się pisze, a na końcu szuka wydawcy. Może tak jest w jakiejś dziennikarskiej ekstraklasie, ale taki średniaczek-szaraczek jak ja po prostu pisze to, co u niego zamówiono. Wszystkie moje książki wymyślił (i zamówił) ktoś inny.

W tym przypadku jest to Łukasz Najder z wydawnictwa Czarne, za co bardzo mu dziękuję. Sam bym w życiu nie pomyślał, że jest rynkowe zapotrzebowanie na taką książkę.

Dlaczego tak dużo o Holokauście? Na warszawskiej premierze doszło nawet do sporu między współpanelistami, Maciejem Maleńczukiem i Agnieszką Gajewską. Ten pierwszy pomniejszał znaczenie tożsamości żydowskiej Lema, ta druga dowodziła, że to klucz do interpretacji wielu jego książek.

Jak słowo daję, sam bym bardzo chciał przyznać rację Maleńczukowi. Jeszcze z pięć lat temu sam to sobie wyobrażałem mniej więcej tak, że rodzina Lemów spolonizowała się ze dwa pokolenia wcześniej, od początku mieli mocne aryjskie papiery i Holokaust ich bezpośrednio nie dotknął.

Jednak dotknął. Owszem, przeżyli, ale też przeżyli piekło. Te doświadczenia ukształtowały Lema nie tylko jako pisarza, ale także jako człowieka.

Pomijanie tego przy interpretacji jego utworów wydaje mi się teraz nieodpowiedzialne. Sam tak kiedyś robiłem - zgoda. Ale to jedna z tych sytuacji, w których risercz zmusza do porzucenia początkowych założeń (dlatego właśnie nie wolno pisać książek na zasadzie „Wszyscy Pamiętamy Jak Było”).

Dlaczego nie opisałem wszystkich znanych mi dokumentów? Powiedziałem to w kilku wywiadach, wywołując komentarze typu „skandal, dziennikarz ma obowiązek ujawnić wszystko co wie”.

To postulat o tyle bezsensowny, że gdyby książkę napisać na zasadzie „core dump” - wyrzucamy wszystkie posiadane informacje! - byłaby bardzo gruba i bardzo nudna. Proces pisania tak jak każdy proces twórczy, polega głównie na selekcji.

Na razie nikt (chyba) nie ma dość informacji, żeby dokładnie odtworzyć kalendarium Stanisława Lema z lat 1941-1944. Za dużo białych plam.

Pojedyncze dokumenty rzucają snop światła na kilka wyrywkowych faktów. To za mało, żeby na tej podstawie zrekonstruować całość, ale jednocześnie to światło ujawnia nam osoby trzecie, które z różnych powodów wolały zachować anonimowość.

Etyka nakazuje mi to uszanować - o ile nie zachodziłyby jakieś wyższe racje. Moim zdaniem, w tym przypadku nie zachodzą (i chętnie wrócę do tej dyskusji, jeśli kiedyś te wszystkie dokumenty wyjdą na jaw).

To nie są wielkie sekrety. Przykładem jest pomoc, jaki Lemom okazała rodzina Kołodziejów. Przez wiele lat o tym nie mówiono, choć mogliby napisać międzynarodowy bestseller pt. „Jak uratowaliśmy Lemom życie”. Gdybym od ich wnuka usłyszał, że on też sobie nie życzy pisania o tych sprawach - oczywiście bym to uszanował i ukrywał się za ogólnikami, jak w innych kwestiach.

Dlaczego nie napisałem o Lemie tak bezkompromisowo, jak Domosławski o Kapuścińskim? To zarzut sformułowany przez Marka Oramusa w „Rzeczpospolitej”, ale od innych osób też słyszałem, że mam „zbyt fanowskie podejście”.

Guilty as charged - no pewnie, że mam. I sam się zastanawiałem, co zrobię, jak podczas riserczu odkryję jakiś straszny grzech Lema.

Znalazłem (i opisałem) tylko drobne grzeszki - że przeklinał, że pochopnie oceniał ludzi, że był nerwusem i awanturnikiem. Kto jest wolny od tych grzechów i może pierwszy rzucić kamieniem? Może Oramus, ale na pewno nie ja.

Kapuściński pogrążył się tym, że regularnie występował w roli dziennikarskiego autorytetu. Z tej pozycji wygłaszał uwagi w rodzaju „reporterom nie wolno zmyślać”. Prawdopodobnie była to strategia obrony przez ucieczkę do przodu - chciał stworzyć sytuację, w której dyskusja o jego zmyśleniach byłaby niemożliwa.

Lem nigdy nie wypowiadał się jako autorytet od science-fiction. Myślę, że stąd zresztą właśnie niechęć do niego w pokoleniu Oramusa.

Pielgrzymowali do niego jak w filmach kung-fu młody pasikonik do sensei. A tu mistrz nie tylko nie chciał ich trenować, tylko wręcz mówił, że kung-fu nie ma sensu, dla samoobrony lepiej kupić rewolwer, wtedy przynajmniej się ma szansę na Nagrodę Colta.

„Robienie Domosławskiego” byłoby wyważaniem otwartych drzwi. Kapuściński lubił odgrywać rolę nieomylnego geniusza reportażu, a Lem sam „Powrotowi z gwiazd” zarzucał „gówniarstwo”, a „Niezwyciężonego” nazywał „banialuką napisaną na szybko dla pieniędzy”.

Co tu demaskować?