Ekskursje w dyskursie
czwartek, 11 maja 2017
O uchodźcach pragmatycznie

Polska granica

Generalnie nie uważam siebie za idealistę. Opowiadam się za lewicową polityką społeczną z powodu czystego pragmatyzmu: uważam po prostu, że w opiekuńczym społeczeństwie redystrybucji lepiej się żyje.

Podobnie pragmatycznie podchodzę do kwestii uchodźców. Decydujące dla mnie nie są argumenty moralno-etyczne, choć ich nie kwestionuję.

Do 2003 roku mogliśmy mówić, że Polska nie odpowiada za skutki zachodniego imperializmu. To nie my 100 lat temu rysowaliśmy kreski na mapach, tworząc sztuczne państwa takie, jak Irak, Syria, Liban czy Kuwejt.

Straciliśmy tę linię obrony razem z udziałem w inwazji na Irak. Jak to wtedy celnie podsumował Jacques Chirac, zmarnowaliśmy świetną okazję, żeby siedzieć cicho.

Przed 2003 rokiem Irakiem i Syrią rządziły reżimy paskudne, ale przynajmniej świeckie. Nie wspierały Al-Kaidy, tępiły islamskich fundamentalistów.

Niszcząc Irak, zdestabilizowaliśmy region. To nasza wina, że na ruinach Iraku wyrosło Państwo Islamskie. I to nasza wina, że zajęło też fragment Syrii - bo przecież od początku było wiadomo, że destabilizacja Iraku rozleje się na cały region.

Jasne, wina za hańbę iracką spada przede wszystkim na Busha i Blaira. Ale Miller i Kwaśniewski podczepili się pod to, niczym odpadek przyklejony do okrętu, który woła „płyniemy!”. Z ich winy straciliśmy moralne prawo by twierdzić, że nie mamy z tym nic wspólnego.

Ale jako rzekłem, nie kwestie moralne tu dla mnie decydują. Przejdźmy do zimnego pragmatyzmu: co możemy zrobić?

Mieliśmy dotąd dużo szczęścia. Polska nie leży na żadnym dużym szlaku migracyjnym.

Nie ma w tym żadnego sukcesu naszych polityków - choć ci lubią mówić, że pilnują naszych granic. Gdyby nagle na naszej wschodniej granicy pojawiły się tłumy uchodźców, jak na granicy węgiersko-serbskiej kilka lat temu, będziemy bezradni. A to w gruncie rzeczy kwestia złośliwego kaprysu Putina i Łukaszenki.

Na razie więc problem mają inne kraje Unii, nie my. Unia nas w związku z tym wzywa do solidarnej pomocy - albo weźmiemy do siebie część uchodźców, albo mamy płacić na utrzymanie obozów w innych krajach Unii.

Co na to pragmatyzm? Odpowiedź naszych polityków, „nie interesują nas wasze problemy z uchodźcami”, nie jest pragmatyczna, tylko krótkowzroczna.

Jasne, chwilowo większy problem mają kraje na głównych szlakach - bałkańskim i północnym. Ale my w każdej chwili sami możemy wylądować na głównym szlaku.

To nie muszą być uchodźcy z Syrii. W każdej chwili konflikt na Ukrainie może ulec eskalacji. Albo przenieść się na Białoruś. W takiej sytuacji na załączonym zdjęciu nagle pojawią się tłumy desperatów.

Co my wtedy powiemy? Powiemy „Unio, pomóż” - bo przecież miliony uciekinerów z płonących miast będą, pragmatycznie mówiąc, katastrofą humanitarną instant.

A Unia wtedy powie „a wy nam pomogliście?”. I będzie szach-mat, prawaku. Solidarność europejska to dla nas właśnie kwestia pragmatyzmu, nie idealizmu.

A co z pomysłem, żeby „pomagać im na miejscu”? To się nigdy w historii nie udawało, więc nie wierzę, że uda się teraz.

Wojna domowa powoduje, że konwoje humanitarne nie są w stanie dotrzeć do większości potrzebujących. Podobnie było całkiem niedawno w Europie podczas wojny na Bałkanach - wtedy też Europę zalały miliony uchodźców, witano ich niechętnie i próbowano „pomagać na miejscu”, co się kończyło Srebrenicą.

Nie da się zrobić takiego programu „pomocy na miejscu”, żeby znacząco zmniejszyć falę migracji. I nie da się jej też powstrzymać metodami administracyjnymi.

Historia prób powstrzymywania migracji to generalnie historia porażek. Ameryka jest pełna nieudokumentowanych przybyszów z Meksyku, a Polska z Ukrainy.

Sam mam znajomych, którzy w latach 80. wyjechali na wycieczkę niby-to-turystyczną, żeby w Wiedniu czy Kopenhadze od razu poprosić o status uchodźcy z komunistycznej Polski. Dostali go, razem z pieniędzmi na dobry początek (dlatego znów uważam, że nie mamy moralnego prawa... ale ja teraz nie o moralności).

Ludzi szukających lepszego życia nie da się zatrzymać płotem, murem, zasiekami. Dadzą w łapę, sfałszują dokumenty, przepłyną nocą wpław.

Jeśli więc ktoś proponuje, żebyśmy sobie wybierali i przebierali, że nie chcemy Syryjczyków, ale weźmiemy Ukraińców, ten proponuje rzeczy niemożliwe. Tak naprawdę nie mamy alternatywy „brać uchodźców czy nie”. Możemy tylko ten proces cywilizować - i to dyktuje pragmatyzm.

czwartek, 04 maja 2017
Liberalne śnieżynki

Przez Stany wojażując, przekartkowałem se w księgarni książkę dwóch prawicowych publicystów, Billa O’Reilly i Bruce’a Feirsteina, „Old School: Life in the Sane Lane”. Chcę znać ich argumenty, ale nie zależy mi na tym aż tak bardzo, żebym miał im dać zarobić.

Szczególnie interesowało mnie modne ostatnio pojęcie „liberal snowflake”, czyli „lewicowej śnieżynki”. Prawica spod znaku alt.right używa go na określenie lewicy. Ale o co im chodzi?

Miałem nadzieję, że w tej książce mi to wyjaśnią. Niby wyjaśnili, ale to wyjaśnienie tylko zostawia mi jeszcze więcej pytań.

Książka jest niby-to-satyryczna, ale tak po prawicowemu, na poziomie Studia Yayo. Pojęcie jest „wyjaśnione” przy pomocy licznych tabelek, w których świat „starej szkoły” jest przeciwstawiany światu „liberalnych śnieżynek”.

Wygląda to mniej więcej tak, że po stronie „starej szkoły” widnieje motto „nie ma darmowego lunchu”, a po stronie „śnieżynek” pytanie „kiedy dostanę swój darmowy lunch i czy są u was wegańskie wtorki”. Wybrałem stosunkowo najdowcipniejszy przykład, reszta jest jeszcze bardziej toporna, bazująca na najprostszym przeciwstawieniu „my mamy rację, a oni nie”.

Poza tabelkami są tam osobiste wspomnienia obu autorów, jak mieli Ciężko W Życiu, a dzisiejsza młodzież, to by chciała mieć „darmowe wykształcenie takie jak to proponuje Bernie Sanders”.

Nie wiem, dlaczego to ma być wina akurat młodzieży - jeśli czyjakolwiek w ogóle, to chyba Sandersa właśnie? Czy on też jest „snowflake”? Ale przecież on też miał Ciężko W Życiu? Niestety, książka jest pełna takich non sequiturów, autorzy się nad nimi nie pochylają, z jednego absurdu przechodzą do następnego.

Następny wygląda tak: młodzieży, nie domagaj się darmowych studiów. Zrób tak jak O’Reilly, który urodził się w roboczej rodzinie w Long Island i zarobił na studia malując domy! (jeśli ktoś uważa, że źle to rekonstruuję, poproszę o poprawki - w odróżnieniu od nich, ja ich przynajmniej próbuję zrozumieć, zanim ich zhejtuję).

Tutaj sam mógłbym ułożyć tabelkę, „prawicowa publicystyka vs lewicowa publicystyka”. Prawicowa wygląda tak: „poradź ludziom, żeby w roku 2017 zrobili to, co działało 50 lat temu, nie sprawdzając, czy to w ogóle może zadziałać dzisiaj”.

Sensowność porady O’Reillego i Feirsteina zależy przecież od stosunku „przeciętnego czesnego” do „przeciętnego wynagrodzenia za godzinę niewykwalifikowanej pracy fizycznej”. Strzelam, że ten parametr znacznie wzrósł od lat 50. Czy autorzy to sprawdzili?

Ja też nie. Ale ja nie piszę książki, piszę blogonotkę. Gdybym pisał książkę, w której od takiego parametru zależałoby moje rozumowanie, policzyłbym to na kilka sposobów, nawet gdyby to była książka satyryczna (satyra nie oznacza licencji na pieprzenie bez sensu).

Żeby było śmieszniej, akurat o tym, w jaki sposób to właśnie inwestycje znienawidzonego przez O’Reilly’ego Wielkiego Rządu, „Big Government”, dały szansę chłopakowi z robotniczej rodziny na Long Island, można by napisać niezłą książkę. Ja jej nie napiszę, bo takich jest już sporo.
Long Island sto lat temu wyglądała tak, jak w „Wielkim Gatsbym”. Garstka superbogaczy plus tłumy superbiedaków, mieszkających w Dolinie Popiołów.

Przekształcenie Long Island w niekończące się przedmieścia, zamieszkane ludzi żyjących na poziomie klasy średniej (i mogących posłać dzieci do uniwersytetu), wzięło się z wielkich inwestycji, finansowanych głównie przez rząd federalny (czasem też przez stan i/lub miasto Nowy Jork).

To przede wszystkim most Triborough, zasypanie Doliny Popiołów, sieć autostrad (przede wszystkim Long Island Expressway) i nacjonalizacja LIRR. Gdyby to wszystko zostawić wolnemu rynkowi, młody O’Reilly nie miałby tam domów do malowania.

I to jest dla mnie centralny non sequitur prawicy, który sprawia, że wydaje mi się, że na Trumpa (czy Korwina) może głosować tylko ktoś, kto nie umie myśleć logicznie. Prawica odtwarza nierówności z „Wielkiego Gatsby’ego”, a więc: świat wielkich różnic i niewielkiej mobilności.

To ma oczywiście sens, jeśli jesteś bogaty jak Peter Thiel albo bracia Koch. Ale jeśli nie należysz do jednego promila (bo już nawet nie procenta!) najbogatszych, ten świat będzie dla Ciebie gorszy od świata państwowych autostrad i darmowych uczelni.

Logiczne, prawda?