Ekskursje w dyskursie
czwartek, 18 października 2018
Heros korpoludków

Zmęczony dysputą teologiczną, znów napiszę coś o popkulturze. Tym razem o Jo Nesbo, bo odczuwam niedosyt pisania o nim zawodowo.

Postaram się nie spojlerować, bo chcę przemówić do tych, którzy się zastanawiają, czy warto zaczynać przygodę z Jedenastoma Grubymi Cegłami. Ale mile widziana będzie Kompetentna Dysputa z udziałem tych, co je znają.

Otóż warto - bo nordycki thriller to jak niegyś szwajcarski zegarek. Kraj pochodzenia to znak jakości. A Jo Nesbo w tym gatunku to mistrz nad mistrze. Jak on pisze thriller, nie ma wuja w fiordzie.

Mistrzostwo wypracowywał stopniowo. W cyklu o Harrym Hole dwa pierwsze tomy są przeciętne, dopiero od trzeciego widać geniusz.

Przeciętne jak na nordycki kryminał - a więc nadal dobre, w końcu gdyby się źle sprzedały, nie byłoby zamówień na następne. Czytanie od początku jest więc jedną z opcji.

Przemawia za nią to, że te powieści są podatne na spojlery. W TYCH POWIEŚCIACH KAŻDY MOŻE ZGINĄĆ.

Tu nie ma takiej licencji jak w innych kryminałach, że - dajmy na to - sympatyczny sidekick albo odwieczny antagonista musi dożyć następnego tomu. U Conan Doyle’a śmierć doktora Watsona czy inspektora Lestrade'a byłaby nie do pomyślenia.

Jo Nesbo by ich nie tylko zabił, ale jeszcze rozegrał to fabularnie. Przez trzy tomy Holmes by szukał zabójcy Lestrade’a i odkryłby, że to Watson (itd.)

Kilka powieści zmierza w kierunku, którego logicznym zakończeniem byłaby śmierć Harry’ego. Już to, że nadal żyje, jest spojlerem. Sama lista bohaterów jedenastego tomu spojluje poprzednie dziesięć.

Ja zacząłem od „Pierwszego śniegu” (2007). To siódma powieść o Harrym Hole i najlepsza w całym cyklu, jeśli chodzi o klasyczny thriller o seryjnym mordercy.

Mówiąc krótko, NAPRAWDĘ SIĘ BAŁEM. To nie byle co, wytrącić ze zblazowania takiego wypalonego krytyka jak ja.

Powieść niestety ma kiepską adaptację. Jeśli ktoś oglądał film, to nie zdziwi mnie jego reakcja typu „nie rozumiem, o co tyle szumu”. A z kolei wszystko ma tak zaspojlowane, że nie wiem, czy teraz ma sens czytanie książki.

Najwybitniejszy literacko wydaje mi się tom trzeci „Czerwone gardło” (2000), ale ten jest z kolei najbardziej odległy od konwencjonalnego thrillera. Narracja toczy się się równolegle we współczesnej Norwegii (gdzie Harry Hole śledzi neonazistów planujących zamach terrorystyczny) i podczas drugiej wojny światowej, wśród ochotników Waffen SS na froncie wschodnim.

W dużej części jest to więc panoramiczna powieść wojenna, której akcja przenosi się spod obleganego Leningradu, przez wojenny Wiedeń do bombardowanego Hamburga. Narracji wojennej towarzyszy pewna zagadka, która łączy się ze współczesnym śledztwem, a w finale Wszystko Się Wyjaśnia.

Dwie pierwsze powieści pisane było z zastosowaniem narratora w trzeciej osobie, ale jednak subiektywnego (wiedzącego tyle, ile wie Harry). W „Czerwonym gardle” pisarz po raz pierwszy użył narratora wszechwiedzącego, który celowo zwodzi czytelnika.

Te narracyjne gry stały się specjalnością prozy Jo Nesbo. Dzięki nim może pokazywać sceny samych zbrodni, z punktu widzenia ofiary lub sprawcy.

Te sceny najsilniej zapadają w pamięć. Po pewnym czasie z trudem sobie przypominasz, kto właściwie był zabójcą, ale dokładnie pamiętasz ostatnie minuty życia jakiegoś nieszczęsnego Svena Umlautssona, plastycznie opisywane przez kilkadziesiąt stron.

Przyjemność z czytania literatury sensacyjnej częściowo polega na tym, że pozwala nam względnie bezpiecznie rozważać najważniejsze pytanie, jakie w ogóle możemy sobie zadać (i dlatego go unikamy): jak będą wyglądały moje ostatnie minuty.

Szpital? Własne łóżko? Kartonowe pudło pod mostem? Koziołkujący samochód? Ruiny bombardowanego miasta?

Wiadomo jedno: nie padniemy ofiarą seryjnego mordercy, który planuje zbrodnie tak, żeby się układały na mapie Oslo w pentagram (tom piąty, 2003). Zawsze-ć to jakaś pociecha.

Z różnych wypowiedzi Jo Nesbo wynika, że swojego wypalonego detektywa wymyślił w Australii (tam się dzieje akcja pierwszego tomu, „Człowiek nietoperz”, 1997), do której wyjechał odpocząć od zawrotnych sukcesów, które odnosił jako finansista i gwiazdor muzyki pop. Wydawca zamówił autobiografię, a dostał thriller.

Jeśli to prawda, to powieści o Harrym są jakby tęsknym listem miłosnym do pozycji klasowej na naszym ulubionym szczebelku MMC, z którego Jo Nesbo odfrunął hen hen, ku wyżynom celebryctwa ok. 35 roku życia. Ale tęsknił, bo do niewątpliwych zalet MMC należy to, że możesz spokojnie sączyć piwo U Schroedera i żadna cholera nie będzie ci robić zdjęć.

Już od pierwszego tomu zwrotne momenty często dzieją się na zebraniach albo podczas ploteczek przy służbowym ekspresie z kawą. W jednej z powieści ten ekspres zresztą... ale miało nie być spojlerów.

Od drugiego tomu („Karaluchy”, 1998) antagonistami Harry’ego są nie tylko przestępcy, ale także karierowicze z rządu i z policji: utrudniający mu śledztwo i manipulujący nim dla swoich celów. Detektyw nie umie lub nie chce grać w ich grę, jego interesuje tylko złapanie zabójcy.

Harry Hole jest więc spełnieniem marzeń każdego korpoludka. Czy to w cztery oczy, czy to na zebraniu, zawsze potrafi szefowi szczerze wypalić, co o tym wszystkim myśli, zupełnie nie dbając o karierę.

Ta więc powinna się skończyć już w pierwszym tomie - i w pewnym sensie tak jest. Na początku widzimy Harry’ego odsuniętego od śledztw i zesłanego do Australii, żeby tam zniknął ludziom z oczu i wykonał papierkową robotę związaną z transportem zwłok norweskiej obywatelki.

Dziesięć tomów później widzimy Harry’ego od dawna poza policją, ale nakłonionego szantażem do rozwikłania śledztwa, z którym policja nie może sobie poradzić. Nie liczyłem, ale książki, w których Harry Hole prowadzi rutynowe śledztwo w ramach regularnych obowiązków, są chyba w mniejszości - zazwyczaj go przekupują/zmuszają/okłamują, a on coś i tak robi po swojemu.

Głównym karierowym problemem Harry’ego jest nawet już nie jego wieczna niesubordynacja, ale alkoholizm (właściwie za to go wywalili na samym początku). Przez większość książek jest tzw. niepijącym alkoholikiem, ale zazwyczaj mamy choć jedną scenę, w której Harry pęknie i popłynie.

Czekamy na te sceny tak, jak w „Panu Samochodziku” na kolejną demonstrację możliwości wehikułu. Zazwyczaj są epickie, przy czym nie ma tu w ogóle „glamoryzacji” nałogu, przeciwnie, cały czas wszechwiedzący narrator podkreśla, że Harry bardzo przy tym cierpi.

Za nas wszystkich, siedzących cicho na zebraniach.

niedziela, 07 października 2018
Kler (uwaga, spojlery)

Gajos w Bentleyu

Niniejsza notka przeznaczona jest tylko dla osób, które albo już widziały „Kler”, albo nie zamierzają oglądać. To złożony thriller, w którym kolejne elementy układanki wskakują na miejsce na długo po wyjściu z kina, dlatego należy unikać spojlerów.

Trailer intencjonalnie wprowadza widza w błąd. Tym, których zniechęcił do oglądania (sam do nich należałem!), jednak proponuję zobaczyć. Ostatnie słowo przed przejściem do ostrych spojlerów: to wcale nie jest film antykościelny.

Widziałem w paru miejscach opinię, że Janusz Gajos powtarza swoją rolę Wielkiego Złego z „Człowieka z żelaza” czy „Psów”. Tak może się wydawać gdy się widziało tylko trailer, ale...

[dalszy ciąg to już spojler].

Arcybiskup Mordowicz nie jest złym człowiekiem. Z pewnością ma inne kryteria „dobra” i „zła” niż ja czy moi PT komcionauci, ale byłbym dupa nie postmodernista, gdybym tylko z tego powodu uważał go za złego.

On jest szczery, gdy mówi, że najważniejsze dla niego jest dobro Kościoła - które rozumie m.in. jako wyciszanie wszystkich afer mogących zagrozić wizerunkowi KK. W imię tego dobra jest gotów zrobić dużo, ale nie wszystko.

Finałowy plot twist pokazuje nam, że za najgorsze rzeczy, które odchodzą w otoczeniu Mordowicza, odpowiada ktoś inny. Biskup jest mistrzem zakulisowych deali, ale nie jest złodziejem, molestatorem ani szantażystą.

Działa raczej przez klasyczny lobbying i PR. W finale mamy scenę, w której jego ekipie udało się zatuszować pewną wielką aferę. Wszyscy przybijają sobie piątki, niczym w kancelarii prawnej po wygraniu sprawy, albo w startupie po pozyskaniu wielkiego inwestora.

Gdyby Mordowicz robił to samo, ale w imię jakiejś bliskiej nam sprawy (czy to sformowania socjaldemokratycznego rządu, czy to ukończenia Half Life 3), bardzo byśmy go lubili. I wybaczylibyśmy mu dosadny język (no cóż, to jest, k..., język elit), a także to, że poszedł na kilka wątpliwych skrótów.

Wielkie chwilie z dziejów lewicy i rucho związkowego - rząd Attlee, New Deal, „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” - wyglądały z grubsza podobnie. „Wy nas poprzecie w tym i owym, to my wam zagwarantujemy tamto i siamto”.

Używając metafory rolplejowej, Mordowicz jest „neutral good”. Ma silne poczucie dobra i zła (znów: niekoniecznie takie same jak my), jest gotów walczyć metodami, które niekoniecznie są przesadnie „lawful”. Ale na pewno nie jest „evil”.

Wbrew temu, co sugeruje trailer, Mordowicz jest postacią drugoplanową. Na pierwszym planie jest trójka zaprzyjaźnionych księży. Jak bym ich klasyfikował w rolplejowej metaforze?

JESZCZE GRUBSZY SPOJLER

Otóż moim zdaniem nikt tu nie jest true evil. Ten najgorszy z najgorszych, odpowiadający za większość ekranowego zła, jest „chaotic neutral”.

Jest pozbawionym empatii psychopatą. Nawet nie to, że inaczej rozumie dobro i zło, w ogóle nie rozumie takiego kryterium.

Nie ma żadnych widocznych przejawów sumienia. Wszystko jest dla niego kwestią transakcji.
Uważa, że nawet najgorsza zbrodnia powinna mu ujść na sucho, jeśli tu podrzuci plik banknotów, tam komuś załatwi leczenie, a zgwałconemu dziecku da konsolę do gier. I co gorsza: faktycznie mu wszystko uchodzi na sucho („Kler 2” byłby o jego karierze w Watykanie).

Pozostali dwaj bohaterowie są moim zdaniem „neutral good” (Kukuła, taki mini-Mordowicz) i „lawful good” (Trybus). Trybus byłby idealnym księdzem, gdyby nie idiotyzm celibatu.

Jest za bardzo „lawful”, żeby to rozwiązać jak inni księża, którzy mają konkubinę gdzieś na boku, a parafia z jakiegoś powodu to akceptuje. Woli odejść.

Ze strony prawicowców, którzy nie widzieli filmu, mieliśmy falę wypowiedzi typu „znam fajnego księdza, dlaczego Smarzowski takich nie pokazał”. Otóż pokazuje fajnych, ale pokazuje też mechanizmy, promujące kariery niefajnych.

Celibat powoduje selekcję negatywną do zawodu, a nieprzejrzyste mechanizmy promują awans ludzi takich jak Lisowski. To oni kontrolują tą maszynerię, nawet jeśli decyzje sygnuje jakiś Mordowicz.

O tym problemie wiadomo od dawna. Piszą o tym od dawna także osoby sprzyjające Kościołowi, z prawej i z centrowej. Mówił też o tym były ksiądz Charamsa, medialna gwiazda sprzed kilku sezonów (w otoczeniu Mordowicza jeden z księży tak dokładnie kopiuje jego manieryzmy, jakby go udawał w „Uchu Prezesa”).

Szeroko pojęci „Lisowscy” to wspólny problem wierzących i niewierzących. Bardziej nawet wierzących, bo się z nimi częściej stykają - ale w nas rykoszetem uderza grabież majątku publicznego i dewastacja praworządności, dokonywana przez prokuratorów chroniących pedofili w sutannach („to było tylko ciumkanie”, etc.).

Jak wierzący tego wreszcie nie ogarną, będziemy musieli to w końcu posprzątać za nich.