Ekskursje w dyskursie
czwartek, 31 sierpnia 2006
Currently playing (4)
Co jak co, ale mieszać to my potrafimy. Produkcje didżejskiego duetu El Barto & Liam B trzymają zacny światowy poziom i nie musimy się za nie wstydzić tak jak za żenady z Eurowizji. Polecam z ich dorobku zwłaszcza znakomitego mashupa „Zapłać za to, co zrobiła twoja papuga”, składającego się głównie z „Pod papugami” Czesława Niemena i hiphopowego klasyka „Paid in Full” duetu Eric B. & Rakim.
Po ten ostatni utwór często sięgają mashupowi artyści, bo to genialna sekcja rytmiczna po prostu dla czegokolwiek. Polscy didżeje narażają się więc na porównanie z tym, jak ten sam utwór wykorzystali inni mistrzowie mieszania - choćby Party Ben, didżej-rezydent klubu Bootie w San Francisco, Mekki miłośników mashupów. On też wykorzystał „Paid in Full” tworząc sympatycznego mashupa „I Paid For My Doorbell” (drugim składnikiem jest piosenka White Stripes).
Ale właśnie to porównanie wypada zdecydowanie na korzyść Polaków. Party Ben zmieszał „Paid in Full” z utworem White Stripes, dostając utwór zabawny, miły w słuchaniu... ale to już wszystko. El Barto i Liam B nałożyli tymczasem tę sekcję rytmiczną na „Pod Papugami” Niemena, zyskując coś więcej niż tylko zabawną mieszankę.
Wyszedł utwór z jednej strony bardzo nowoczesny, z drugiej zaś sięgający głęboko w kulturowe korzenie. Zmysłowy głos Niemena śpiewającego o kolorowej słodyczy w szkle (przed dziewczętami zresztą) przypomina, jak stare jest marzenie o Doskonałej Knajpie. Wsamplowany głos spikera ze stalinowskiej kroniki filmowej potępiającej wystawę sztuki nowoczesnej („Popatrzcie, do jakiego zwyrodnienia doszły te dzieła artystów!”) pokazuje zaś jak stare jest pragnienie, by zabronić ludziom się bawić.
Wszystko razem przypomina więc, że w naszym dzisiejszym Kulturkampfie gramy wciąż te same role, „zwolenników zabawy” i „zwolenników czystości ideowo-moralnej”. Między PRL a Rzeczpospolitymi o różnych numerkach zmieniają się tylko dekoracje.
środa, 30 sierpnia 2006
Konserwatywne zombiaki
W „Heraldzie” ciekawy artykuł o holenderskiej polityce wobec lekkich narkotyków (sorki, linka nie będzie bo Herald chyba nie ma wszystkich tekstów online; jakby ktoś próbował guglać, autor John Thierney, numer z 29 sierpnia). Badania są jednoznaczne - mimo swobodnej dostępności marihuany, w Holandii zażywa jej mniejszy odsetek populacji niż w USA. Co więcej, mniejsze jest ryzyko, że ktoś, kto raz spróbował popadnie w uzależnienie.
Autor ironicznie przypomina prognozy amerykańskich polityków twierdzących, że przekształci to Holandię w „kraj uzależnionych zombie”. Liberalna polityka trwa już tam tak długo, że powinna już wyrosnąć cała generacja zombiaków - tymczasem jedynym ubocznym skutkiem jest kwitnąca marihuanowa turystyka. W coffee shopach przesiadują głównie turyści, nie holenderskie nastolatki. Zyskuje fiskus, zyskuje przemysł turystyczny, traci mafia, która nie zarobi na nielegalnym towarze.
Administracja Busha wprowadziła tymczasem politykę kompletnej paranoi (zakazane jest nawet używanie marihuany jako leku tam, gdzie to jest medycznie uzasadnione). Trudno o lepszą ilustrację tego, jak bezsensowne są konserwatywne zakazy. Konserwatyście w gruncie rzeczy wcale nie zależy na tym, żeby skutecznie walczyć z narkomanią (albo, z innej beczki, ograniczać liczbę dokonywanych aborcji czy rozwodów). Do szczęścia wystarczy mu sam zakaz. Mafia narkotykowa powinna zawsze głosować na tych, którzy propounują zakazy i zaostrzenia - „to co nielegalne jest bardziej opłacalne”.

poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Pan Edward walczy o IV RP
To wstyd, ale dopiero teraz w youtube obejrzałem występ Pana Edwarda. Materiał jest tak genialny, że warto go przypominać - nie ma chyba lepszego podsumowania tego, jak wygląda rozmowa z kaczystą. Dodatkowym smaczkiem jest końcowa uwaga prowadzącego, porównującego Pana Edwarda do nakręconej kataryny :-)
niedziela, 27 sierpnia 2006
Oh, those Russians!
"Jak już zauważyliśmy, Rasputin nie jest najbardziej oczywistym tematem na dyskotekową piosenkę (...) Można by o tym dysonansie pisać całe doktoraty, ale podsumujmy to na użytek tego tekstu jako OMGWTFLOL (...) Ale najdziwniejszy moment nadchodzi pośrodku piosenki, kiedy bez uprzedzenia podkład odlatuje w Morricone’a, wyłazi jakiś narąbany facet i oznajmia głosem Waltera Cronkite: But when his drinking and his lusting and his hunger for power became known to more and more people, the demands to do something about this outrageous man became louder and louder!”
Już nie pamiętam, za czym guglałem gdy się dokopałem do eseju jakiegoś dżentelmena na temat dyskotekowej klasyki - „Rasputina” Boney M. Dżentelmen myli się w wielu punktach - to nie był zespół belgijski tylko niemiecki; to co on bierze za bałałajkę jest w rzeczywistości turecką gitarą nazywającą się bodajże saz; Cronkite pisał się przez C.
Generalnie jednak facet ma rację - to jest jeden z najdziwniejszych kawałków dyskotekowych. Gdyby zwrócił uwagę na problem sazu/bałałajki zauważyłby kolejny paraodks - to, co w tym utworze większość słuchaczy bezrefleksyjnie do dzisiaj bierze za wstawki z rosyjskiej muzyki ludowej, jest tak naprawdę turecką muzyką ludową, do której bardziej od kazaczoka pasowałby taniec brzucha.
Speaking of which: dla mnie pijacka imitacja Cronkite’a to i drobiazg wobec fragmentu tekstu tej piosenki, od ćwierćwiecza gwarantującego uśmiech na mojej twarzy: „but the kazatschok he danced really wunderbar”. OMGWTFLOL indeed.
Proszę łaskawie zauważyć, że nie opisałem tej notki jako kolejny odcinek cyklu „Currently Playing” - jeszcze sierpień, a ja takie rzeczy w zasadzie puszczam tylko w sylwestra i to kiedy Nowy Rok liczy sobie już jakieś parę godzin. Z moich skromnych doświadczeń didżeja-amatora wynika, że nic tak nie zapełnia densflora pijanymi trzydziestoparolatkami o trzeciej w nocy jak Boney M. No, może tylko Sex Pistols.
sobota, 26 sierpnia 2006
"Myslalem, ze to turysta"
Karol G. skazany za napad na naczelnego rabina Polski tłumaczył się tym, że wziął go za amerykańskiego turystę, a „część diaspory podważa dobre imię Polski, sugerując rasizm”. A on przecież, jak zapewniał, nie jest rasistą. Nie, w ogóle nim nie jest, on po prostu nienawidzi Żydów za to, że ośmielają się sugerować, że on nienawidzi Żydów.
Ta urocza konstrukcja myślowa obecna jest w wypowiedziach wielu antysemickich świrów choćby na tutejszych portalowych forach - ileż mamy tu tekstów typu „rzydzi do gazu za to rze oskarrzajom polskiem o antysmityzm”. Jest w tym jakaś pociecha - współczesny antysemita, homofob czy szowinista przynajmniej wstydzi się swojej postawy i wymyśla dla niej takie absurdalne usprawiedliwienia. Lepiej żeby takich świrów nie było w ogóle, ale przecież kilkadziesiąt lat temu działali całkiem bezwstydnie. Zawsze to jakiś postęp - wszak hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie.
piątek, 25 sierpnia 2006
Arnold w areszcie
Furda tam wygłupy Macierewicza! Dla weteranów usenetowych wojen flejmowych wiadomością tygodnia jest aresztowanie Arnolda B., wrocławskiego biznesmena, który w sieci występował pod pseudonimami będącymi nazwami jego kolejnych firm (m.in. Astec SA).
Przyznam ze wstydem, że parokrotnie sam się dałem wciągnąć Arnoldowi w dyskusję na grupie pl.rec.film - m.in. zaskoczony jego deklaracją, jakoby kręcenie filmów w stylu skandynawskiej „Dogmy” było technicznie niemożliwe, próbowałem nieśmiało powiedzieć, że te filmy jednak istnieją (Arnold ich nie oglądał, ale wiedział, że to niemożliwe).
Dozgonną sławę Arnold zyskał jednak rozpętując w 2000 roku najbardziej idiotyczny flame-war w dziejach polskiego Usenetu.
Zaczęło się od tego, że ktoś zrobił mu ordynarny dowcip publikując rzekome „przeprosiny Arnolda”, w których jako Arnold B. przepraszał za dotychczasową działalność internetową i usprawiedliwiał ją m.in. komplikacjami w libido. Taki post pojawił się na grupie pl.soc.seks, której Arnold był stałym bywalcem.
Zamiast sprawę przemilczeć, Arnold pojawił się na grupie pl.news.admin z żądaniem „NATYCHMIASTOWEGO skasowania” tego listu. Kiedy różni mądrzy ludzie zaczęli mu tłumaczyć niestosowność tego żądania (skasować coś z Usenetu to jak skasować coś z BitTorrenta), Arnold powołał się na ustawę o ochronie danych osobowych, zaczął straszyć swoim prawnikiem i groził, że wszyscy administratorzy Usenetu znajdą się tam, gdzie w końcu sam trafił po 6 latach.
Osiągnął w końcu efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego - zamiast ukryć tamtą obraźliwą wypowiedź, zagwarantował jej miejsce w Top Ten najsłynniejszych postów w polskim Usenecie (a propos: ktoś kiedyś układał taką listę?). Wystarczy wrzucić w groups.google zapytanie typu „Arnold przetwarzanie osobowych” by znaleźć setki odniesień na najrozmaitszych grupach i forach. Gdy ktoś porusza dziś w Usenecie temat ochrony danych osobowych, po prostu musi się pojawić Teh Obligatory Arnold Joke.
Choć Arnold się wtedy potężnie wygłupił, odegrał jednak też pozytywną rolę edukacyjną - zmusił wielu ludzi do zapoznania się z treścią ustawy choćby dla odnalezienia błędu w jego rozumowaniu. Trolle też mają swoje miejsce w ekosystemie.
czwartek, 24 sierpnia 2006
"Roze Montreux"


Starość zaczyna się w dniu, w którym po raz pierwszy zaczynasz przeszukiwać zasoby Youtube pod kątem nostalgii. Dzisiejszą notkę mogą sobie odpuścić wszyscy młodzieńcy, bowiem będzie dotyczyło kultowej pozycji dla starszych panów w moim wieku - odcinka „Movies” komediowego tria „The Goodies”. Nie wszyscy moi rówieśnicy kojarzą sam tytuł, zapamiętaliśmy to głównie jako „Róże Montreux” - peerelowska telewizja pokazała tylko ten jeden odcinek w ramach przeglądu laureatów festiwalu rozrywki telewizyjnej w Montreux.
W podobny sposób poznaliśmy wtedy pojedynczy odcinek Monty Pythona („Ministerstwo Głupich Kroków”) - dopiero ćwierć wieku później oglądając resztę. O ile mi wiadomo „The Goodies” nigdy nie mieli jednak normalnej emisji w naszej telewizji, jedyną szansą na zapoznanie się z resztą ich twórczości jest więc dwupłytowe wydanie DVD. Niestety, nie ma na nim akurat właśnie tego odcinka, tak szczególnie bliskiego memu pokoleniu, ale przynajmniej groteskowa końcowa sekwencja jest do obejrzenia w Youtube.
„The Goodies” było autorskim programem trzech komików - Graeme Gordon grał szalonego naukowca, Tim Brooke-Taylor konserwatywnego dżentelmena a Bill Oddie lewicowego kontestatora. Razem chcieli Czynić Dobro, ale że każdy z nich ciągnął w inną stronę, wychodziło to bardzo zabawnie.
W tym odcinku „The Goodies” przejmują zbankrutowane studio filmowe dla uratowania brytyjskiej kinematografii. Najpierw wyrzucają z pracy wszystkich reżyserów po obejrzeniu próbek ich najnowszych filmów („Śmierć w Bognor” Viscontiego pokazuje faceta, który przez dwie godziny chodzi po plaży, by się wreszcie wykopyrtnąć). Potem wyrzucają aktorów gdy Tim zdarł sobie gardło reżyserując przygłuchego faceta, który nie reagował na krzyk „ACTION!”. Na nic się nie zdają wynalazki Graema takie jak kieszonkowa kamera filmowa (ogromna kamera z wielkim statywem, do której trzeba po prostu mieć odpowiednią kieszeń).
Zaczynają kręcić własną produkcję - „Makbeta”, ale prorodzinnego, wolnego od przemocy i czarnej magii. Wychodzi im film „Macbeth Meets Truffaut The Wonder Dog”. Też klapa. Skłóceni The Goodies zaczynają kręcić własne filmy - Bill maluje całe studio na czarno-biało, bo chce zrobić niemą komedię („trzeba uważać, żeby nie kichnąć - nic dziwnego, że w końcu przeszli na kolor”), Graeme kręci western („to studio jest za małe na nas trzech”!) a Tim historyczny epos z Rzymianami, Mojżeszem, Przykazaniami i tym wszystkim.
Co im z tego wyszło, można zobaczyć w finałowej sekwencji...
środa, 23 sierpnia 2006
Marcinkiewicz walczy o Wartosci
Co o Polsce sobie myśli mój kolega po fachu odbierający w jakimś normalnym kraju taką oto depeszę Associated Press?

WARSAW, Poland (AP) _ A white scarf was discretely added over an artist's depiction of a mermaid with an exposed breast on a poster advertising the 2006 Miss World contest, after officials in Warsaw's conservative administration deemed it too suggestive, the artist's agent said Wednesday. (...) Tadeusz Deszkiewicz, head of Warsaw city hall's promotion bureau, told The Associated Press that there is *no doubt that Olbinski's original version was strongly erotic and we did not want to attach such aspect to the Miss World contest.* (...) Warsaw's acting mayor is former Prime Minister Kazimierz Marcinkiewicz, whose Law and Justice party espouses conservative moral values such as no sex outside marriage and strict controls on abortion.
Dezyderata i Deteriorata
Zmarł jeden z założycieli amerykańskiego pisma „National Lampoon”, które w Polsce kojarzymy głównie z serią filmów tworzonych przez jego humorystów. Pismo to symbolizuje pewien rodzaj autoironicznej satyry, który do dzisiaj nie przyjął się w naszym dyskursie publicznym. Całkiem serio broniłbym tezy, że brak zdolności do śmiania się z siebie samego jest naszym największym niedostatkiem - gdyby jakaś wróżka mogła zaszczepić w Polsce autoironię na poziomie normalnego kraju, gmachem na Wiejskiej wstrząsnęłaby salwa oczyszczającego śmiechu, po czym byłoby już jak w normalnym kraju. No co, pomarzyć jeszcze chyba wolno?
Dobrą ilustracją różnic w poziomie autoironii między nami a takim na przykład USA jest stosunek do pompatycznego wiersza „Desiderata”, który w 1927 roku napisał pewien prowincjonalny prawnik. W 1971 roku w formie melorecytacji ów poemat wykonał telewizyjny prezenter Les Crane i płyta stała się bestsellerem w kategorii „spoken word” - wszystkim przez chwilę wydawało się, że ten poemat zawiera jakąś niebywale głębinowatą głębię filozoficzną.
Ale tylko przez chwilę. „National Lampoon” odpowiedział w 1972 roku kapitalną parodią „Deteriorata”: „You are a fluke of the universe. You have no right to be here. Whether you can hear it or not, the universe is laughing behind your back (...) Avoid quiet and passive persons, unless you are in need of sleep. Rotate your tires. Know what to kiss - and when. And reflect that whatever misfortune may be your lot, it could only be worse in Milwaukee”.
Sam Les Crane przyznaje dzisiaj, że nie może słuchać oryginalnego utworu bez chichotu i że woli parodię „National Lampoon”. Dziś w Ameryce parodia jest bardziej znana od pierwowzoru. Tylko w Bolandzie zauroczenie rzekomą głębią przetrwało do XXI wieku.
Spoczywaj w pokoju, Robercie. Chociaż jako cyniczny egoista najbardziej chciałbym, żebyś zamiast tego zreinkarnował się w naszym kraju...
wtorek, 22 sierpnia 2006
Czy wierzysz w Web2.0?
To pewnie tylko moja tradycyjna buzzwordofobia, ale nie wierzę w Web2.0. Kojarzy mi się to z kolesiami, którzy pozują na wielkich guru od internetu, ale tak naprawdę nie mają nic ciekawego do powiedzenia (ładne egzemplum na blogu św. Mikołaja). Okazuje się, że można takim kolesiem zostać w trzy kliki. Jest ładny generator logo do nowych przedsięwzięć Web2.0 - wystarczy wpisać nazwę (nie obsługują polskich literek, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że tak jest ładnie) oraz generator opisu jego działalności, czyli klasycznego "bulszitu Web2.0". Otóż moje nowe przedsięwzięcie ma za zadanie: "reinvent podcasting communities, integrate semantic ad delivery" oraz "remix peer-to-peer blogospheres". Łał, brzmi tak poważnie, że sam jestem pod wrażeniem. Drżyj Mediacafe, konkurencja nadchodzi :-)
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Symulator prawicowego oszołoma
Goście z huffingtonpost zrobili zabawny symulator amerykańskiego prawicowego oszołoma - fleszowy programik pokazuje stronę nytimes.com tak jak ją widzi tamtejszy odpowiednik naszego mohera. Wystarczy najechać wskaźnikiem myszki na nagłówek typu "Pytania dotyczące amerykańskiego programu śledzenia obywateli" i zamienia się on na "Chodźcie nas pozabijać, towarzysze terroryści!". Pyszne :-).
Przydałoby się zrobienie dokładnie tego samego z gazetą.pl - fleszowy programik pokazywałby jak tutaj wszystko widzi jakiś nasz rodzimy wingnut. Nagłówki zamieniałyby się na "Wszyscy jesteśmy w Układzie" albo "Popieramy kapepowskich towarzyszy Rokitę i Tuska", a wszędzie losowo pojawiałyby się hasła "MALESZKA MALESZKA MA LESZKA NA GOLASA"?
sobota, 19 sierpnia 2006
Czerwony Wieden


W Wiedniu obejrzałem jeden z najpiękniejszych socjalistycznych projektów w dziejach. Polityka austriacka „od zawsze” przebiega według takiego mniej więcej schematu, że Wiedniem rządzi lewica a resztą kraju prawica. W pierwszej republice (1918-1934) skutkowało to pełzającą wojną domową, która w końcu doprowadziła do końca republiki i wiedeńskiej utopii.
Zanim to nastąpiło, socjalistycznym władzom udało się rozwiązać mieszkaniowe problemy proletariatu w imponującym stylu - na bogaczy nałożono specjalny podatek na budowę mieszkań (Wohnbausteuer). Podatek skonstruowało tak, by dotykał tylko osób korzystającej z luksusów takich jak utrzymywanie prywatnego konia czy kupno futra - po prostu ilekroć w Grand Hotelu strzelał korek od szampana, do miejskiej kasy wpadał brzęczący miedziak na budowę mieszkań dla ubogich. Ain’t it cool?
Dzięki temu powstały piękne budowle takie jak Karl-Marx-Hof (na zdjęciu powyżej) lub Reumann-Hof (zdjęcia daję jako linka, bo to ciężki plik a chciałem pokazać zbliżenie detalu w dużej rozdziałce; kurczę, ten budynek ma 80 lat, u nas takie kafelki przetrwałyby maksimum dwa miesiące!). Projektujący je architekci byli najczęściej uczniami Otto Wagnera, było to więc wcielenie socjalistycznej utopii w stylu secesyjnym - coś jakby Gustaw Klimt namalował piersiastą traktorzystkę.
Budynki te projektowano jako fortece, socjaliści szykowali się bowiem do wojny domowej z chadekami. Kiedy ta wojna w końcu wybuchnęła w 1934 okazało się jednak, że to nie miało sensu - kontrolowana przez prawicę armia zamiast te fortece z mozołem szturmować, zaczęła po prostu do nich napierniczać z artylerii, więc socjaliści poddali się po czterech dniach by nie mnożyć ofiar (zginęło kilkaset osób, kilka tysięcy raniono). W Austrii nastała dyktatura klerofaszystowska, którą przetrwała do Anschlussu w 1938.
W muzeum widziałem zdjęcie Grand Hotelu w chwili Anschlussu - na przywitanie niemieckich wojsk wywieszono z okien gigantyczną flagę ze swastyką. Szampan pewnie faktycznie na jakiś czas staniał...
piątek, 18 sierpnia 2006
Zakladki 2: Electric Boogaloo
Bawię się w to dopiero trzeci tydzień, ale już zacząłem zaglądać na cudze blogi z innym podejściem - kiedyś zaglądałem tylko gdy mnie kierował jakiś inny link, teraz już są takie, na które zaglądam regularnie po prostu by sprawdzić „co słychać”. Czas więc też chyba na uzupełnienie zakładek.
Blisko mi ideowo do bloga Meta-Krisa, ale nie powstrzymam się przed krytyczną uwagą. „Polemika z dyskursem” to rzecz z definicji niemożliwa. Dyskurs to znaki określające nasze postrzeganie świata, a więc wszelkie polemiki możliwe są tylko w ramach jednego dyskursu.
Typowy przykład konfliktu dyskursów to „aborcja” versus „mordowanie nienarodzonych”. Nie jest możliwe polemiczne wykazanie wyższości jednego dyskursu nad drugim - do tego obie strony musiałyby najpierw uzgodnić jakiś meta-dyskurs na gruncie którego toczyłaby się ta polemika; jak jednak dogadają się co do meta-dyskursu to się dogadają w ogóle, więc tak czy siak zamiast polemiki będzie konsensus.
Możliwe jest najwyżej, po pierwsze, krytyczne badanie dyskursu (na przykład poprzez urządzanie sobie w nim różnych wycieczek aka ekskursji), po drugie, kreowanie i lansowanie kontr-dyskursu, czego fantastycznie skutecznym przykładem jest ofensywa dyskursu moherowo-kaczystowskiego (bez względu na mój osobisty stosunek do tegoż, bondowski kapelusz do samej ziemi wobec skuteczności operacji).
Jako wielbiciel tracenia czasu na bezsensowne rozrywki przy komputerze oczywiście wykonałem też instrukcję z bloga Libre Examen:

1. Weź do ręki najbliższą książkę.
2. Otwórz ją na 123. stronie.
3. Znajdź piąte zdanie.
4. Opublikuj je na swoim blogu razem z tą instrukcją.
5. Nie szukaj najfajniejszej książki jaką można znaleźć. Użyj tej, która faktycznie leży najbliżej Ciebie.

W moim przypadku zdradzi to jednak tylko sekret totalnego pieprznika jaki mam w książkach, działającego jak typowy informatyczny stos (Last In First Out), gdyż owe zdanie brzmi:

BASIL: He’s drunk.

(Książką było „The Complete Fawlty Towers”, a cytat pochodzi z odcinka piątego „Gourmet Night”, premiera 17 października 1975, BBC2).
czwartek, 17 sierpnia 2006
En lecture (3)
Pisałem niedawno o renesansie muzyki do kotleta. Najfajniejsza jest jednak muzyka do sushi. Od pewnego czasu układam sobie plejlistę do Nieistniejącego Lokalu Moich Marzeń i sporo miejsca zajmują tam wykonawcy stylu zwanego Shibuya-Kei, od modnego zakątka w Tokio.
Shibuya-Kei to muzyka szokująco eklektyczna, łącząca różne tradycje zachodniego popu - przede wszystkim stare francuskie „ye-ye”, ale też właściwie wszystko co długonosi barbarzyńcy wymyślili przez ostatnie parędziesiąt lat - trochę Sinatry, trochę Kraftwerku, trochę Gilberto. Wszystko wykonane tak, że zachodniemu słuchaczowi opada szczęka ze zdumienia, bo już sam nie wie co tu jest na serio a co dla jaj.
I o to chodzi, bo przecież taka właśnie muzyka powinna rozbrzmiewać w barze piękniejszym od oczu szatana. Słuchając Shibuya-Kei wystarczy zamknąć oczy i już można się przenieść do takiego idealnego lokalu, w którym przy sąsiednim stoliku O-Ren Ishii i Sophie Fatale omawiają sprawy jakuzy, przy następnym Bill Murray pociesza Scarlett Johanssen, szef zaibatsu dobija targu umowę z szefem keiretsu, a ich kogal bawią się w kosupure.
Shibuya-Kei wymyślili Japończycy - Pizzicato Five, Fantastic Plastic Machine, Takako Minekawa, ale pod ten styl podczepiają się też Europejczycy, jak Momus, Dmitri from Paris czy Stereo Total. Zaczęło się więc od japońskiej kopii zachodniej popkultury a skończyło na zachodniej kopii japońskiej kopii (miłośnicy fantastyki, komiksu animacji znają oczywiście inne przykłady podobnych sytuacji).
Moją najnajnajnajukochańszą piosenką Shibuya-Kei jest utwór „Nikon 2” symbolizujący ten przekładaniec. Momus (właść. Nick Currie) napisał go dla Kahimi Karie, imitując piosenki pisane przez Serge Gainsbourga dla Jane Birkin, odwołując się przy tym do tego, że Karie była zawodowym fotografem i faktycznie robiła zdjęcia Gainsbourgowi. Wyszła więc szkocka imitacja japońskiej imitacji francuskiej imitacji anglosaskiego rocka, śpiewana po francusku głosem szepczącej dziewczynki - can you get better than that?
Tekst utworu jest komiczny i rozczulający - tak jak teksty klasycznych piosenek „ye-ye”, choćby „Tous Les Garcons Et Les Filles” Francoise Hardy. Opowiada o fotografce romansującej z pewnym niewiernym żigolo, która swoim Nikonem 2 utrwala wszystkie jego zdrady by kiedyś je opublikować w prasie, w ramach zemsty za swe „łzy płynące pod przyciemnianymi szkłami”. Cudo! Kelner, następne Suntory poproszę...
środa, 16 sierpnia 2006
Wczesne dedlajny Dziennika :-)
Wczesne dedlajny u naszych drogich kolegów prowadzą ich czasem do zabawnych sytuacji, w których jakąś imprezę odwołano, ale "relacja" z niej już poszła do druku. Ładnie wypunktowała to "Rzeczpospolita":

Poniedziałkowy "Dziennik" na stronach warszawskich informuje: "W Ossowie tłumy obejrzały rekonstrukcję bitwy 1920 roku". Rekonstrukcja była przekonująca, co na łamach "Dziennika" potwierdza mieszkanka Warszawy Anna J. (z dwójką synów): "Dzięki takim inscenizacjom możemy pokazywać naszym dzieciom, jak to było. To taka aktywna i widowiskowa lekcja historii".

I fajnie, tyle że impreza się jednak nie odbyła :-)
 
1 , 2 , 3