Ekskursje w dyskursie
czwartek, 19 maja 2016
Bizantyjski audyt

Może jestem przesadnym optymistą, ale wydaje mi się, że „audyt”, szykowany przez PiS na propagandową bombę, okazał się zmokłym kapiszonem. Wziąłem to słowo w cudzysłów, bo słowo „audyt” rezerwuję dla drobiazgowych rozliczeń, przeprowadzanych z zachowaniem ustalonych procedur, zakończonych wreszcie pisemnym raportem - tymczasem tutaj mieliśmy tylko klasyczną „śmierdziuchę”, pełną niejasnych insynuacji, ubogą w konkrety.

Powód do optymizmu widzę głównie w tym, że to nie chwyciło. Przeglądam prawicową blogosferę - i tym razem nie widziałem fali kaczystów z entuzjazmem powtarzających „przekaz dnia” z Nowogrodzkiej. Mało kogo to obeszło, nawet w kwestii tzw. „inwigilacji blogerów” (o czym za chwilę).

Podobnie było podczas poprzedniego takiego głupkowatego happeningu, gdy ówczesny komendant głowny policji próbował oczerniać swojego poprzednika, demonstrując rzekomy „bizantyjski przepych”: czyli prysznic, rozkładaną kanapę z ikei i zestaw do telekonferencji.

Skończyło się pośmiewiskiem, podobnie jak superkrótka kariera owego komendanta - to dygresja, ale to jest dopiero żałosne, że mamy się czuć bezpieczniej dzięki specustawom nadającym służbom dyktatorskie uprawnienia, a tymczasem oni mają nawet problem z nieumoczonymi kandydatami na kierownicze stanowiska w nich.

Prawicowych blogerów niespecjalnie nawet wzmożyła zagadkowa i niekonkretna (jak zawsze) wzmianka o inwigilowaniu blogerów serwisu Salon24. Kiedyś wzbudziłoby to w tym serwisie wielką chryję, teraz ograniczyło się do niemrawych debat na kilku blogaskach.

Pamiętam „obrońców krzyża” w Salonie24 - i pewnie pamiętają ich też niedobitki wciąż wierne temu serwisowi. Jego dzisiejszy opłakany stan to w dużej mierze ich zasługa.

Rozłamy zdarzały się tam już wcześniej (przypomnę „blogmedia” i „tekstowisko”), ale po katastrofie smoleńskiej to się mnożyło jak komórki HeLa. Uaktywnili się strasznie dziwni ludzie, snujący coraz dziwniejsze teorie spiskowe - w których najdziwniejszą z dziwnych była „hipoteza dwóch miejsc”.

Odeszli i zaczęli szaleć w odpryskowym serwisie „Nowy Ekran”, który szybko przestał istnieć. Część wróciła do Salonu, część kontynuowała w kolejnych serwisach odpryskowych, ale wielu prawicowych blogerów do dziś się nienawidzi z powodu tamtych rozłamów.

Tamci najwięksi radykałowie oskarżali PiS o próbę ukrycia prawdziwego zamachu. Nazywali polityków PiS „maskirowką” i atakowali ich prymitywnymi środkami, np. przekręcając nazwiska.

Co się dziwić, w prawicowej blogosferze a dowód na zamach uznano w pewnym momencie to, że nazwiska Komorowskiego, Arabskiego i Tuska układają się w skrót „KAT”. Dowód przedziwny, ale w sumie równie dobry jak „piii-fiuu” czy Gmyz o trotylu.

W tym środowisku zupełnie serio rozważano sięgnięcie po nielegalne środki w walce z „maskirowką”. Jeden z blogerów (który potem chyba zniknął?) proponował na przykład „obywatelskie ekshumacje”.

Ciężko będzie dziś to znaleźć, bo większość tych blogów już nie istnieje. Przestały istnieć całe platformy, a na tych co zostały, swój dorobek wykasowali sami blogerzy z powodu kolejnej kłótni czy rozłamu. Zapewne najbogatszym repozytorium ówczesnego wariactwa krzyżowo-smoleńskiego jest szyderczy blog Dlaczego Nie Napalm.

Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że najwięksi rozrabiacy w tym środowisku byli inspirowani przez Rosję. Niezależnie od tego uważam, że blogerzy nawołujący do przestępstwa (typu „obywatelskie ekshumacje”) powinni być na dyskretnym oku służb. Zdaje się, że ten pogląd podziela choć część niedobitków na Salonie24, stąd niewielkie zainteresowanie tą kwestią.

Nie jestem aż takim optymistą, by twierdzić, że PiS już zaczął przegrywać, czy coś w tym guście - ale wygląda na to, że ich Blitzkrieg wytracił impet. Rok temu byli w stanie „przekonywać nieprzekonanych”. Już to stracili.

Może gdyby ten „audyt” zawierał jakieś sensowne, udokumentowane oskarżenia, byłoby jak rok temu. Ale dotarli tylko do swoich zdeklarowanych zwolenników, reszta będzie się teraz chichrać z kłamstw o złotym mercedesie.

piątek, 29 stycznia 2016
Sumliński: czemu kłamał?

Kiedy „Newsweek” zaczął ujawniać plagiaty w książce „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, Wojciech Sumliński odpowiedział blogonotką pod tytułem „W odpowiedzi Newsweekowi: do zobaczenia w sądzie”. Nigdy jednak nie wywiązał się z obietnicy pozwania „Newsweeka” za ten artykuł i za następne.

Szkoda. Polska może byłaby lepszym krajem, gdyby wprowadzono ustawowy zakaz kłamliwego zapowiadania wniesienia sprawy do sądu. Zapowiedziałeś to publicznie - no to faktycznie składaj pozew albo płać karę.

„Do zobaczenia w sądzie!” to w Polsce standardowa replika kłamcy przyłamanego na kłamstwie. To nic nie kosztuje, a może ktoś uwierzy w niewinność kłamcy.

Kiedyś obiecywałem sobie, że będę to monitorować i po paru latach ogłoszę listę fałszywych zapowiedzi procesu. Nigdy się za to nie zabrałem. No to powiedzmy, że zaczniemy od Sumlińskiego, który nie pójdzie z tym do sądu, bo jego sprawa wygląda beznadziejnie.

A dlaczego jego nikt nie pozwał? W Psychiatryku24 często pojawia się to jako argument, że przecież „gdyby kłamał, to by go pozwali”.
Otóż to nie jest takie proste. Polskie prawo generalnie jest przychylne kłamcom, plagiatorom, paszkwilantom. Sumliński zbudował z tego wygodny model biznesowy.

Znam z pierwszej ręki sprawę jego plagiatu tekstu Ewy Winnickiej. Gdy Ewa zadzwoniła do niego z pretensjami, ten wyjechał jej z płaczem, że ma ciężką sytuację i żeby się zlitowała. Więc się zlitowała (ale gdyby się nie zlitowała, niewiele by mu mogła zrobić - sąd by w najlepszym wypadku zasądził symboliczne zadośćuczynienie).

A dlaczego na kłamstwa nie zareagował Komorowski ani jego otoczenie? Pewnie jakoś zareagować powinni i można by to uwzględnić w wielotomowym dziele, zatytułowanym „Rzeczy, które sztab Komorowskiego powinien był zrobić, a jednak nie zrobił”.
Inna sprawa, że trudno wymyślić sensowną reakcję. Właśnie dlatego, że Sumliński tak bezczelnie kłamał - trudno o punkt zaczepienia..

Sumliński zapewne celowo przekręcał imiona czy nazwiska, opisując rzeczywiste postacie. Lichocki jest u niego Lichodzkim, Tobiasz Tobiszem, Jerzy Sutor Krzysztofem Sutorem. Sumliński regularnie spotyka się ze swoimi anonimowymi autorami w miejscach, które ewidentnie nie istnieją, jak „restauracja w Dziekanowie Leśnym” (i ja bym jej nigdy nie odkrył? droid, please...).

Te wszystkie nieścisłości pozwalają mu z jednej strony kłamać, że „wszystko co opisałem wydarzyło się naprawdę”, a z drugiej w razie ewentualnego procesu wszystkiego się wyprzeć. Gdyby Komorowski naprawdę poszedł z tym do sądu, usłyszałby, że to tylko proza political fiction.

I wtedy w najlepszym wypadku Komorowski wywalczyłby jakieś przeprosiny i wycofanie nakładu. Po czym Sumliński zremiksowałby swój bełkot i wydał od nowa pod zmienionym tytułem, a swoim zwolennikom przedstawiłby się jako męczennik zaszczuty przez komunistyczne sądy.

Przypuszczam jednak, że komentatorzy przeceniają wpływ tej książki na wybory prezydenckie. Nie wierzę, żeby Sumliński rzeczywiście odebrał Komorowskiemu wyborców. Nie wierzę, żeby ta książka mogła przekonać nieprzekonanego.

Ludzie, którzy twierdzą, że ją przeczytali i pod jej wpływem zmienili zdanie o Komorowskim - kłamią. Już wcześniej mieli do Komorowskiego jakieś uprzedzenia i wieść o istnieniu takiej książki ich utwierdziła w przekonaniu.

A i tak w większości jej nie przeczytali. Kupić - owszem. Ale żeby to przeczytać, trzeba być zawodowym recenzentem, który liczy na wierszówkę.

Przebiłem się przez „Operację Chusta” Terlikowskiego. Fedrowałem w „Dolinie nicości” Wildsteina. A jednak w kategorii prawicowej grafomanii Sumliński zaskoczył nawet mnie.

On po prostu nigdy się nie nauczył elementarnych zasad kompozycji. Skleja swoje książki z fragmentów, które do siebie nie pasują, więc czytelnika odrzucają ciągłe skoki nastroju. Chwilami jest absurdalnie szczególancki, a potem nagle przyśpiesza narrację. Robi błędy językowe na poziomie humoru zeszytów, typu „wydobycie od niego informacji było trudne jak wyciąganie łososia z bagna”.
Każdy jako-tako oczytany człowiek od razu zauważy, że ma do czynienia z grafomańskim mitomanem.

Kariera Sumlińskiego na polskiej prawicy to jeszcze jeden dowód na to, że prawicę w Polsce jednoczy nade wszystko jedno: niski poziom oczytania.

wtorek, 25 listopada 2014
Sfałszowane wybory !!!

Zabawnym fenomenem (blogo-foro)sfery zawsze byli emigranci, próbowali wyobrazić sobie Polskę na podstawie tego, co wyczytali w portalozie i w wypowiedziach podobnych sobie blogo-foronautów. Dogorywający Salon24 jest bodajże ostatnim miejscem, w którym można jeszcze śledzić to zjawisko.

Teraz emigranci są przekonani, że w Polsce sfałszowano wybory samorządowe. Oczekują więc zaraz wyjdą jakieś tłumy demonstrantów.

Te tłumy, jak wiadomo, nigdy nie wychodzą. Wychodzi najwyżej jakaś niewielka grupka „obrońców krzyża”, która rozstawia swój biwak pośrodku szlaku knajpianego. I potem emigranci się oburzają, że skąd tam nocą pijani ludzie.

Skoro więc nie ma tłumu na ulicach to znaczy, że naród jest ogłupiony przez media. Mniej więcej tak to wygląda w typowym blogoforokomciu emigranta.

Media tymczasem owszem, odgrywają tutaj negatywną rolę, ale odwrotną - podkręcają problemy w poszukiwaniu klikalności. Stąd się wzięły wyolbrzymione plotki o możliwym wpływie niesprawnego programu komputerowego na wynik wyborów.

Wszyscy słyszeli, że „w Szczecinie wygrał kandydat, którego nie było na liście”, bo to jest klikalne i wiralne. Wiadomo, że social media maveni będą wrzucać takie wrzutki na swoje fejsy i twittery, bo też i po to portale je produkują.

A naprawdę było tak, że komisja w Szczecinie owszem, dostała najpierw błędny wynik, a potem go poprawiła. Nigdy nie było takiej możliwości, żeby błąd programu wpłynął na wyniki wyborów, bo zadaniem programu nie było zastąpienia liczenia głosów w komisjach, tylko agregacja wyników w skali ogólnokrajowej.

Awaria programu odpowiada więc za to, że z opóźnieniem dostaliśmy ładne infografiki dla mediów. Ale nie mogła wpłynąć na rozdział stanowisk w radzie gminnej w Myciskach Niżnych. Ani Wyżnych. Ani gdziekolwiek bądź.

Czy twierdzę, że nic się nie stało? Jasne, że się stało i oczekuję dymisji w PKW i KBW. Które zresztą już się posypały.

Czy nie dziwi mnie dobry wynik PSL? Nie.

Polska wieś przeskoczyła w polsku dwóch dekad dwa stulecia. Poznikały chatki kryte strzechą i furmanki sunące po polnych drogach.

Wszędzie już tylko asfalt, kostka bauma, blachodachówka i nowiuteńki traktor zaparkowany przed garażem otwieranym na pilota. I unijne logo na tablicy informującej, co w gminie zrobiono z brukelskiego dofinansu.

Nadzieja, że polska wieś poprze jakąś siłę antyunijną czy antydemokratyczną - jest naiwna. Nikt nie zyskał na transformacji i integracji tyle, co wieś.

A komu to zawdzięczają? W ich (często trafnym) przekonaniu - przede wszystkim PSL. No to dziwicie się, że wolą tę partię od PO-PiSu (razem wziętego?).

A jednocześnie w kraju, w którym „wieśniak” to ciągle obelga, nie dziwię się, że część ludzi może nie chcieć się przyznać ankieterowi do głosowania na PSL. Tak tłumaczę rozbieżność exit polls i rzeczywistych wyników.

Czy nie dziwi mnie wysoki odsetek głosów nieważnych? Też nie. W większości to są puste kartki. Czyli głosy „przeciw wszystkim”.

Za sprawą zaszłości z przeszłości, mamy obsesję na punkcie tego, żeby nasza ordynacja była demokratyczna aż do bólu. Nie mogliśmy się zdecydować, czy głosować na ludzi czy na partie, więc mamy ordynację, która to łączy.

Stąd nasze (nie)sławne „wyborcze książeczki”, na których trzeba zagłosować na jednego kandydata spośród kilkuset. To nie ma sensu, zwłaszcza w wyborach z natury upartyjnionych, jak głosowanie do sejmików wojewódzkich.

Spośród kandydatów na mojej karto-książeczce do sejmiku wojewódzkiego nie znałem literalnie nikogo. Myślę, że podobnie miała większość komcionautów.

Dlatego wcale mnie to nie dziwi, że osoba mająca zdecydowane preferencje co do kandydata na prezydenta miasta czy na radnego, jednocześnie nie miała zdania w wyborach do sejmiku wojewódzkiego. I po prostu wrzuciła czystą kartkę.

Procedurę wyborczą należy więc uprościć. Moim zdaniem, w wyborach do sejmiku (i być moze rady powiatu) można sobie odpuścić to „głosowanie na osoby”. Zostawmy partie/komitety, żeby wyborcza kartka znów mogła być kartką.

To pewnie propozycja zbyt radykalna i nie przejdzie, więc w takim razie przynajmniej przeróbmy wzór książeczko-karty zgodnie z sensownym postulatem, żeby pierwsza strona z zasady musiała zawierać spis treści i instrukcję. Ale znów, czy to powód do demonstrowania?

czwartek, 07 listopada 2013
Miasto zasłoniętych firanek

Gorąco polecam znakomity wywiad z moim redakcyjnym kolegą w „Dużym Formacie” na temat książki (jeszcze nie czytałem, ale zapowiada się świetnie) o sprawie Krollopa. Niesamowity jest zwłaszcza ten fragment:

Filip Bajon, reżyser filmowy, napisał we wspomnieniach, że Poznań to miasto "zasłoniętych firanek". To, co dzieje się za nimi, pozostać ma w ukryciu. Na zewnątrz jest nieustanna lekcja "chodzenia w nieskazitelnych gorsetach". Przecież nawet prokuratorzy po czterech miesiącach śledztwa w sprawie Kroloppa się poddali. Nie byli w stanie przebić się przez barierę wstydu, upokorzenia albo mechanizmu obronnego polegającego na bagatelizowaniu molestowania.

To jest oczywiście rewers tego ideału mieszczańskiej rodziny, która wszystkie swoje sprawy załatwia we własnym gronie, unikając obcych, którzy są z definicji niebezpieczni, bo to jak nie ateista z bluźnierstwem to feminazistka z genderem. To przecież to samo, co w tym tekście:

Stanowiącą centrum "Jeżycjady" wyspę rodziny Borejków, epigonów formacji inteligenckiej, otacza ocean przemocy, kłamstwa i głupoty. Społeczeństwo degeneruje się pod wpływem pogoni za forsą i kultury masowej. Zapomina o prawdziwych wartościach (...) Odtrąceni i zranieni inteligenci skupiają się na życiu domowym. Pielęgnują swoją enklawę wyższej kultury i więzi rodzinno-przyjacielskie.

Krollop wobec swoich ofiar odgrywał właśnie kogoś takiego. Mecenasa wyższej kultury. Strażnika inteligenckich wartości. Elitę. Bycie przyjętym do jego chóru nobilitowało tak, jak bycie zaakceptowanym do roli absztyfikanta którejś z kolei panny Borejkówny przez patriarchę rodu.

Jako zwolennik lewicowo liberalnej relatywistycznie moralnej poprawnie politycznej cywilizacji śmierci jestem też, naturalnie, zaprzysięgłym wrogiem rodziny. A właściwie jej modelu wyobrażonego jako twierdza na wrogim terytorium czy mafia zjednoczona omertą.

To w takich rodzinach właśnie skargi dzieci na Krollopa uciszano, bagatelizowano, ośmieszano. Tak jak ksiądz z Piotrkowa trywializuje dziś „dziesięciolatki, które same się wpychają dorosłym do łóżka”.

Linkuję tekst z Frondy, bo słuszny. Ta sama Fronda pisała jednak nieprawdę na temat rzekomej pedofilii Cohn-Bendita, naprostujmy więc to przy okazji, bo w prawicowej blogosferze to się wciąż pojawia w wersji „dlaczego Cohn-Bendit nie jest ścigany za swoje czyny”.

Nie jest ścigany, bo nie wiadomo, czy w ogóle jakiekolwiek popełnił. W 1982 roku w telewizyjnym talk show „Apostrophes” podpuszczał 70-letniego Paula Gutha opowieściami o swoich orgiach seksualno-narkotycznych.

Przyznał, że przed nagraniem spożył „un petit gateau au hasch” i jest właśnie pod wpływem. Jego haszyszowy monolog jest bełkotliwy i ufam, że tylko dlatego w różnych dostępnych w youtube wersjach „z napisami” tak dużo jest błędów w tłumaczeniu.

W każdym razie, nie jest tak, że Cohn-Bendit przyznał się tam do jakichś konkretnych czynów, tylko snuł fantazje: „Quand une petite fille de 5 ans commence à vous déshabiller, c'est fantastique, c'est un jeu érotico-maniaque...”.

To jest oczywiście obrzydliwe, ale tu nie ma wyznania, jest fantazja. „Vous me troublez” („Pan mnie niepokoi”), odpowiada Guth, na co najarany Cohn-Bendit odpowiada: „oh, non pas tant que ça car vous vous y attendiez” („och, nie tak bardzo, bo tego pan oczekiwał” [EDIT: patrz komcie]). Widziałem napisy, w których tu mylono gramatykę i robiono z tego „nie spodziewał się pan tego”.

Przytaczam wersje za „L’Express”, gazetą, której nie można posądzać o chęć krycia Cohn-Bendita. Przeciwnie, ciągle biją pianę wokół podobnie idiotycznych fragmentów jego książki z lat 70.

Dziennikarze dziś o to nie pytają Cohn-Bendita - skarży się Terlikowski. Ależ pytają, a on odpowiada, że książka była pomyślana jako antymieszczańska prowokacja i dziś uważa, że była nieakceptowalna („unerträgliche”) i nie powinna była być tak napisana („so nicht geschrieben werden dürfen”).

Co tu można dodać nowego? Jeszcze raz zapytać Cohn-Bendita, czy uważa, że należy występować w telewizji na haju i jakich jeszcze niemieckich, francuskich lub angielskich przymiotników użyłby na potępienie swojej książki z lat 70.?

Nawiasem mówiąc - to też nieprawda, że archiwa z tego okresu utajniono. Są dostępne dla dziennikarzy. Jeśli ktoś tam znajdzie dowody przestępstw Cohn-Bendita, nie będę miał dla niego współczucia tak, jak nie mam go dla Polańskiego.

Ale ponieważ ten temat ciągle wraca w mediach niemieckich, francuskich i angielskich podejrzewam, że co było do odgrzebania - już odgrzebano. Zostało podkręcanie napisów do talk show z lat 80.

niedziela, 20 października 2013
Prawda o Smoleńsku

Prawicowi blogerzy i publicyści mają zrozumiały problem z autokompromitacją profesora Rońdy, który beztrosko przyznał, że kłamał mówiąc o rzekomym dokumencie, świadczącym o tym, że Tupolew nie zszedł poniżej wysokości stu metrów.

Że kłamał, to było oczywiste od początku - każdy człowiek, który mówi, że ma jakiś tajny dokument na potwierdzenie swoich słów, ale nie może go pokazać, kłamie (bo gdyby NAPRAWDĘ go miał, w ogóle nie wypowiadałby się publicznie, jak np. osoby zobowiązane do tego tajemnicą firmy, tajemnicą śledztwa czy tajemnicą państwową). Dla mnie w jego wypowiedzi kluczowy jest inny fragment, w którym akurat mówił prawdę.

„Oni niestety zeszli poniżej 100 metrów (...) byli gdzieś na wysokości pomiędzy 50 a 60 metrów”, powiedział prof. Rońda w TV TRWAM. Ponieważ w tych wszystkich teoriach spiskowych goniliśmy już dużo fałszywych króliczków, przypomnę, że te słowa są bardzo ważne, bo do nich się sprowadza całe wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej.

Dlaczego nie wierzę w spiskowe wyjaśnienia? Nie dlatego, że ufam Rosjanom. Nie wierzę po prostu dlatego, że kiedy widzimy zwłoki przebite szpadą, już nie ma sensu się zastanawiać, czy ktoś denata przy okazji nie otruł.

Bez zezwolenia wieży kontrolnej, z pogwałceniem procedur bezpieczeństwa, pilot zszedł w gęstej mgle poniżej stu metrów. To jest ta szpada, która wystarczająco wyjaśnia nam całą tę zagadkę.

Pilot nie powinien tego robić w warunkach zerowej widoczności. Przecież często zdarzają się drzewa, słupy wysokiego napięcia, budynki, kominy itd., wysokie na kilkadziesiąt metrów. Jeśli nie widać ziemi, można się czuć w miarę bezpiecznie na wysokości 800 metrów, w błogim przekonaniu, że o ile nie jesteśmy w pobliżu Dubaju, nie grozi nam zahaczenie o iglicę wieżowca Burj Khalifa.

Ale na wysokość 50 metrów w warunkach zerowej widoczności zejdzie tylko kamikadze. Niestety, wygląda na to, że w 36 specpułku tolerowano takie ryzykowne zachowania. To się kiedyś musiało tak skończyć.

Zejście tak nisko było ewidentnym błędem pilota. Ten błąd skazał wszystkich na pokładzie na śmierć. Rosjanie mogli potem odpalić ładunek trotylowo-nitroglicerynowo-gmyzogenowy. Mogli ostrzelać tupolewa pociskami termobarycznymi na sztuczny hel, a na koniec szczepionkami wywołującymi autyzm.

To już nie miało żadnego znaczenia. Kto leci 50 metrów we mgle, ten ryzykuje zahaczenie o linię wysokiego napięcia albo o drzewa. Co się zresztą wydarzyło.

Próbując zaklinać rzeczywistość, PiS i jego „eksperci” fiksują się na rzekomej „pancernej brzozie”. Tymczasem to była tylko jedna z wielu przeszkód, o które walnął samolot w końcowej fazie kontrolowanego lotu ku ziemi. Nawet gdyby tej brzozy tam w ogóle nie było, tupolew już był wtedy nie do uratowania.

To była prawdziwa przyczyna katastrofy. Nie brzoza, nie naprowadzenie, nie stan lotniska.
Tak jak w wypadku samochodowym to kierowca jest winny tego, że samochód walnął o drzewo i sąd odrzuci jego tłumaczenia, że go źle pokierowały znaki a drogę źle odśnieżyli - tak samo winnym rozbicia sprawnego statku powietrznego zawsze jest pilot.

W sytuacjach takich, jak zderzenie amerykańskiego i holenderskiego samolotu na hiszpańskim lotnisku to normalne, że wszystkie strony usiłują wybielać swoich ludzi - w końcu od tego zależy, kto wypłaci odszkodowanie. Ale na końcu zawsze głównym winowajcą jest pilot. Nawet jeśli wykazano ewidentne błędy kontrolera.

Po prostu to pilot podejmuje decyzje - lądujemy czy odchodzimy, a jeśli tak, to w której sekundzie. W tym wypadku po prostu kapitan Protasiuk podjął decyzję kilka sekund za późno. Zdarza się.

wtorek, 08 października 2013
Dietetyka smoleńska

Gdzieś w połowie października Salon24 zwykł był obchodzić urodziny. Czas zaprzeszły, bo oldskulowe urodziny według formuły „spotykamy się wszyscy na piwie jako wielka blogerska rodzina” obchodzili po raz ostatni w 2011.

Potem sobie odpuścili, bo tamta formuła już wtedy była martwa, tylko jeszcze zrobiła parę kroków z rozpędu, jak ruski gangster w filmie sensacyjnym. Janke, Łyżeczka, Cień Azraela, Sosenka, Nicpoń (ej ty łobuziaku, ty!), Leski, Warzecha, Rybitzky, Fym, Łazarz, Major, Jarecki i Gniewomir raczej by już się nie spotkali dzisiaj na jednej imprezie.

Hassliebe, które czuję do tego serwisu, wynika choćby ze wspólnoty kalendarzowej. Mój blog ma tylko kilka miesięcy więcej. Siódme urodziny Salonu24 automatycznie uświadamiają mi więc, jak długo ja już te ekskursje po dyskursie uskuteczniam.

Jednocześnie za każdym razem mam powody, by sobie gratulować obrania innej filozofii blogowania - która lepiej wytrzymała próbę czasu. Jak wiedzą moi blogobywalcy, nie wierzyłem w internetowe „wolność, równość, braterstwo”, w utopię „mediów obywatelskich”, w hasło „w internecie wszyscy jesteśmy twórcami”.

To ostatnie hasło jest szalenie popularne i do dzisiaj usłyszymy je w okolicach imprez pod szyldem „kultura 2.0”. Ale przecież nie ma sensu - od samego uzyskania adresu IP mamy nagle dostawać przypływu weny? Gdyby to było takie proste, twórcy by nosili tak ze dwadzieścia modemów w torbie.

Mirosław Filiciak w ostatniej książce przyznaje, że z badań postaw internautów wyłania się coś przeciwnego. Margines coś próbuje tworzyć, reszcie wystarcza bezmózga konsumpcja - oglądanie na yotubie debilnych filmików, retweetowanie trombnięć o updacie statusu na fejsie oraz szerowanie kontentu z okrzykiem „łoo” i przygarścią emotykonek.

I jeśli coś w tym jest zdumiewające, to tylko to, że ktoś tym jest zdumiony. Ludzie nie lubią tworzyć, kropka.

Gdy zakładałem bloga, nie zamierzałem uczestniczyć w oddolnym ruchu mediów obywatelskich - a takie utopijne założenie towarzyszyło Salonowi24. Kiedyś musiałem wyjaśniać blogobywalcom, że fundamentalnie nie wierzę w symetrię relacji gospodarz/komcionauta. Od pewnego czasu już nie muszę, bo zostali ci, do których to dotarło (przynajmniej na poziomie operacyjnym).

Założyciele Salonu24 zdawali się wierzyć w tę utopię. Tak jak joemonster miał przed kwejkiem formułę kury znoszącej złote jajka, ale to przegapił i zarżnął ją na rosół - tak samo Igor Janke i Radosław Krawczyk na wiele lat przed Lisem i Machałą zastosowali formułę Arianny Huffington, „przemieszajmy celebrytów i normalsów”, nie rozumiejąc jej istoty.

Pokazuje to odświeżona pierwsza strona Salonu, na której znalazły się główki dawnych salonowych blogerów-celebrytów. Większości ludzi na tych zdjęciach już na Salonie nie ma. Węglarczyk? Wildstein? Chrabota?

Poszli sobie, a Salon nie potrafił ich zatrzymać. Nic dziwnego, wariatów nawołujących do zabicia Węglarczyka trzeba było ubić od razu i po cichu, a nie hołubić - a Salon miał wieloletnią tradycję dopieszczania ekstremistów.

Dopieszczano ich zapewne dlatego, że pasowali do ideologii „obywatelskości” - byli tacy oddolni, tacy autentyczni, tacy szczerzy. Nie to, co korporacyjny Węglarczyk.

Ale tak się nie robi tego biznesu. Dziwaczną polityką moderacyjną Janke i Krawczyk wypłoszyli celebrytów i zostały im same eksperty smoleńskie. Kura Huffington znosi teraz złote jaja komuś innemu.

Jednego im nie odmówię: stworzyli coś trwałego. Przekonują się o tym ciągle blogerzy, którzy odchodzą z salonu. Ogłaszają z hukiem „mam dosyć! odchodzę! obrażono mnie tu!”. I wracają po miesiącu z podkulonym ogonem, bo odkrywają, że na ich nowego blogaska gdzie indziej pies z kulawą nogą nie zagląda.

Mimo wszystkich błędów, Jankemu i Krawczykowi nie da się odmówić tego, że stworzyli coś o solidnej formule. Tyle, że ta formuła nie ma perspektyw, gdy już okazało się, że przyszłością Web 2.0 nie są blogi, tylko społecznościówki.

Nowym pomysłem ma być przyciągnięcie autorki, która zwalcza chemię w diecie, nie znając chemii ani dietetyki. Tak, to genialna metoda na wyprowadzenie Salonu z otchłani, w którą wrzucili ją smoleńscy eksperci i odkrywcy nowych cząstek elementarnych (metodą profesora Bazijewa).

Rozwijając alternatywną chemię, Salon sprawi, że już nikt nie będzie sobie mógł przypomnieć, skąd właściwie wzięła się łatka „psychiatryka”, którą przylepili mu szyderczy prześmiewcy.

niedziela, 27 stycznia 2013
Zabójcze sekundy

Skargi niepokornych publicystów na to, że nie zaproszono ich na „tajny” pokaz odcinka serialu National Geographic budzą politowanie dziennikarzy zajmujących się telewizją. Tak się składa, że mi też się zdarza czasem pisać o jakimś serialu.

Praktycznie się nie zdarza robienie uroczystych pokazów premierowego odcinka, na które zapraszani są wszyscy. Może z wyjątkiem telewizji publicznej i jej telenowel, którymi i tak się nie interesuję.

Typowy scenariusz wygląda tak - jeśli wiesz, że jakaś telewizja nadaje serial, o którym chciałbyś coś napisać, dzwonisz lub mailujesz do odpowiedniego pijarowca. Ich nie jest tak wielu, w skali Polski to jest maksimum dziesięć osób. Każda z nich opiekuje się jakimiś swoimi kanałami.

Dzwonisz (lub mailujesz) i mówisz (lub piszesz), że jestem dziennikarzem takim a takim, chcę do tytułu takiego a takiego napisać coś o „Homeland”. Albo o „Breaking Bad”. Albo o „Niskozatrudnionych”. I w zależności od polityki danego kanału, dostaniesz płytkę, linka albo zaproszenie do siedziby na projekcję (częste przed prapremierą).

To jest absolutny elementarz mojego zawodu. Jeśli ktoś nie umie nawet tego, to kury mu szczać prowadzać, nie zajmować się dziennikarstwem.

Tym bardziej, że to nie jest jakaś wiedza tajemna. Człowiek stawiający dopiero pierwsze kroki w zawodzie poradzi sobie zwyczajnie sprawdzając, do kogo należy dany kanał (np. „National Geographic? Fox International Poland!”), a potem sprawdzając, kto się opiekuje pijarem. Minuta guglania.

Uwielbiam serial „Katastrofa w przestworzach”. To, że takie fajne rzeczy są na NatGeo (i, oddając sprawiedliwość, ich arcykonkurencie Discovery) sprawiło zresztą, że przestałem oglądać telewizje ogólnotematyczne. Niby dlaczego mam oglądać jakiegoś Lisa z Pałasińskim, jeśli zawsze coś ciekawego leci na tematycznych.

Moje ulubione odcinki - będę tu raczej banalny - to oczywiście ten specjalny o Teneryfie, także ten o JAL 123. Ten pierwszy, bo to największa i najciekawsza katastrofa lotnicza ever. Ten drugi - bo najbardziej makabryczny, pasażerowie mieli mnóstwo czasu na uświadomienie sobie, że wszyscy zginą.

Ale lubię też ten o Aloha Airlines 243 ze względu na krzepiącą wymowę. Tam też wszyscy mieli mnóstwo czasu na uświadomienie sobie, że zginą, ale jednak prawie wszyscy przeżyli, z wyjątkiem biednej stewardessy Clarabelle Lansing, cześć Jej pamięci.

Śledząc absurdalne wypowiedzi prawicowych blogerów i publicystów, ich argumenty typu „to niemożliwe, żeby wypadek z tak małej wysokości spowodował takie uszkodzenia” (prawdę mówiąc, to mój ulubiony - bo znacznie lepiej obnaża ich głupotę niż te wszystkie wysokoenergetyczne trotyle typu C4) zauważyłem, że dla większości z nich Smoleńsk był pierwszym wypadkiem lotniczym prześledzonym z uwagą.

Dlatego szokują ich rzeczy, które nie szokują mnie. Czy to możliwe, żeby pilot rozbił sprawny samolot na własne życzenie?

Brzmi szokująco. A jednak wypadki typu CFIT zdarzają się relatywnie coraz częściej - nie dlatego, że piloci są coraz gorsi tylko dlatego, że samoloty są coraz lepsze. Po prostu wypadki i tak będą się zdarzać, jak nie od tego, to od tamtego.

Jak niemal zawsze, nie było jednego czynnika. Zła pogoda, złe wyszkolenie załogi, zła praktyka ignorowania TAWS przez pilotów wojskowych - to wszystko z osobna by nie było zabójcze. Zabrakło sekund.

Tak samo było na Teneryfie. Tam też splotło się wiele czynników, a na koniec zabrakło sekund i metrów. Gdyby nie one, kapitan Van Zanten nie przeszedłby do historii jako sprawca największej kastastrofy lotniczej, tylko najwyżej dostałby lekki ochrzan za nieodpowiedzialne zachowanie.

To dla mnie najważniejsza prywatna lekcja, którą wyciągnąłem z tego serialu już dawno temu. Cmentarze są pełne kierowców, którym zabrakło sekund. Dlatego nie należy jeździć na granicy sterowności - poza kontrolowanymi warunkami w rodzaju odcinka specjalnego na rajdzie.

Kiedyś wszyscy do nich dołączymy, to pewne. Ale ja chcę do nich dołączyć jako ktoś, kto zeżarł za dużo niezdrowych pyszności. A nie jako ktoś, komu zabrakło sekund do odzyskania sterowności.

sobota, 08 grudnia 2012
Sędzia Dredd w Smoleńsku

Zamachu dokonala Loza Numer Piec

So here I am - prześmiewca triumfujący, że miał rację. Odpowiedź Białego Domu na petycję Solidarnych 2010 o powołanie międzynarodowej komisji do zbadania „zamachu” smoleńskiego powinna być zimnym prysznicem, trzeźwiącym szaleńców od helu i trotylu.

Oczywiście, nie będzie. Że to się tak skończy, to było oczywiste od samego początku. Miesiąc temu napisałem o tym felieton, porównując tę petycję do innej, zabawniejszej, o zastąpienie niewydolnego systemu sprawiedliwości przez oddziały sędziów-egzekutorów jeżdżących na motocyklach (uwaga, piano).

Zasadniczy problem z katastrofą smoleńską jest taki, że tam na zdrowy rozum nie ma czego badać. Wbrew procedurom pilot zszedł zbyt nisko i zbyt późno zrozumiał własny błąd. Zabrakło zaledwie kilku metrów, ale to wystarczyło, żeby samolot zaczął uderzać o drzewa-samosiejki.

Niezgrana, niewyszkolona załoga nie zdążyła mu w tym przeszkodzić - i to akurat normalne, to nie pierwsza katastrofa lotnicza dokonana w ten sposób. Załoga patrzy na kamikadze za sterami i chce wierzyć, że ten człowiek wie, co robi. A zanim ktoś rzuci zbawczą „jezu, jezu (nieczyt.)”, robi jest już za późno.

Jedno, w czym zawsze PIS był dobry, a Platforma beznadziejna, to pijar. Tak jak udało się im najpierw wmówić, że Platforma gorzej buduje autostrady, tak samo teraz udało im się przez samo tylko powtarzenie w kółko kilku tych samych bzdur wmówić, że są tu jakieś niejasności (bo trotyl, bo wrak, bo symulacja, bo ktoś się przejęzyczył).

Tylko że ten pijar wprawdzie niestety wystarcza na te 20-30 procent elektoratu, ale z natury rzeczy nie działa poza granicami kraju. Nie ma więc co liczyć na to, że jakaś „międzynarodowa komisja” ulegnie urokowi Macierewicza.

Postulat powołania międzynarodowej komisji nigdy nie miał sensu. Po pierwsze - nie wiadomo, jakie byłyby podstawy prawne jej działania. Tak naprawdę to „po pierwsze” już wystarczy, ale załóżmy, że znaleziono by jakieś rozwiązanie tego problemu.

Wtedy mamy po drugie: jeśli statek powietrzny był sterowny, winę za katastrofę ponosi jego dowódca. Można mieć uzasadniony żal do administracji danego lotniska, że to lotnisko było w złym stanie - o czym świadczą choćby drzewa-samosiejki w korytarzu podejścia - ale to i tak będzie przede wszystkim wina dowódcy, że podjął decyzję o lądowaniu tutaj, a nie na lotnisku zapasowym.

Wszystkie komisje dojdą więc do podobnych wniosków, różniących się najwyżej drugorzędnymi detalami. Jedna powie, że zidentyfikowała czyjś głos w kokpicie a druga, że dla niej pozostaje niezidentyfikowany. Jedna więcej ciężaru przeniesie na zaniedbania obsługi naziemnej, inna mniej, ale żadna nie obciąży jej winą za spowodowanie wypadku. Tak jak żaden ubezpieczyciel nie powie, że winę za wypadek samochodowy ponoszą drogowcy, którzy nie odśnieżyli drogi na czas.

Podczas zbierania podpisów pod petycją sekta smoleńska znów dawała popisy komicznego zaangażowania, z Ewą Stankiewicz na czele. Wklejam ku pamięci fragment ówczesnej dyskusji na ten temat z Salonu24.

Kiedy wtedy rozsądni ludzie mówili tym szaleńcom, czym się skończy ich idiotyczna petycja, oni szli w zaparte, jak na załączonym obrazku. Bo może NATO ma zdjęcia satelitarne. Bo może Binienda projektował Dreamlinera. Bo może Gmyz zna się na spektrometrii.

Oczywiście, to nie jest tak, że oni teraz się przyznają, że się znów wygłupili. A skąd, będą się wygłupiać dalej, bo teraz Macierewicz wyciągnie z Rosji jakiegoś producenta trotylu. No ale nie bloguję po to, żeby zmieniać świat na lepsze, tylko żeby się chichrać z tych, którzy zmieniają go na gorsze.

środa, 28 listopada 2012
Regulamin zabijania

O aberracyjnych wypowiedziach prawicowych publicystów pisałem, zanim to się zrobiło mainstreamowe. Panikę moralną wokół wypowiedzi Brauna i Nicponia obserwuję bez entuzjazmu - miło, że ktoś to wreszcie zauważył, ale jak zwykle z panikami moralnymi, nie wyjdzie z tego nic sensownego.

Media trochę się poekscytują, politycy uchwalą ustawę, która przyniesie więcej szkody niż pożytku - a potem sensacją będzie coś innego. A w zasadniczej sprawie nic się nie zmieni.

Jak już wielokrotnie pisałem, jestem przeciwnikiem prawnych zakazów „mowy nienawiści”. Podoba mi się amerykańska wykładnia wolności słowa, zgodnie z którą dozwolona jest każda wypowiedź, która nie grozi „imminent lawless action”, czyli bezprawnym działaniem, któremu odpowiednie organy nie będą w stanie zapobiec.

Nie wolno więc zawołać „wieszajmy czarnuchów” w uzbrojonym tłumie pełnym rasistów. Wolno jednak wznieść taki apel na przykład w telewizji - i tę wykładnię Sąd Najwyższy przyjął właśnie uniewinniając działaczy Ku-Klux-Klanu od zarzutów postawionych im za podobne wypowiedzi przed kamerami.

Ta wykładnia pierwszej poprawki zakłada, że wolność słowa jest tak ważną wartością, że dla jej zachowania społeczeństwo musi się pogodzić z tym, że od czasu do czasu ktoś chlapnie publicznie coś głupiego czy plugawego. A odpowiednie organa powinny działać tak, żeby w tym uzbrojonym tłumie rasistów co drugi okazał się agentem w cywilu.

Zamiast tego mądrego podejścia, będziemy mieć kolejną głupią ustawę. Gdy trwa panika moralna, nie da się pisać mądrych ustaw - pośpiech to fatalny legislator, zwłaszcza gdy rzetelną dyskusję zagłusza chór oburzonych.

Zwalczaniem mowy nienawiści powinni się zajmować ci, którzy mają wpływ na medialny dyskurs. Na selekcję materiałów dopuszczanych do publikacji. Na wybór gości zapraszanych do studia. A choćby i na komentarze na blogu.

Mój blog to jedyny zakątek dyskursu, nad którym sprawuję kontrolę. Komentarze i komentatorzy, którzy nawołują do przemocy z jakichkolwiek pobudek, prawicowych czy lewicowych, wylatują u mnie szybkim i zamaszystym kopenwdupenem.

Tak powinno być wszędzie. Ale nie jest. To, że Braun nie tylko nie wycofuje się ze swoich słów, ale prawica masowo bierze go w obronę, nie dziwi mnie. Widziałem już wielokrotnie, od lat obserwując Salon24 i blogowiska odpryskowe.

W czerwcu 2008 kpiłem u siebie z notki współwłaściela Salonu24 Radosława Krawczyka, który ogłosił: „Dwa konta zostały czasowo zablokowane za nawoływanie do zabicia [Bartosza] Węglarczyka. Po przesłaniu deklaracji o przestrzeganiu regulaminu konta zostaną odblokowane”.

Ponieważ oni ciągle coś tam przerabiają, a przy tej okazji stare wpisy lecą w kosmos, nie da się już dotrzeć do oryginalnej notki). Da się znaleźć ślady protestów, jakie wywołała ta decyzja wśród innych prawicowych blogerów.

Proszę zwrócić uwagę na idiotyczność zdania „po przesłaniu deklaracji o przestrzeganiu regulaminu konta zostaną odblokowane”. Za nawoływanie do zabicia kogokolwiek powinno się wylecieć na zawsze.

Na prawicy niestety nigdy nie było (i nadal nie ma) powszechnej świadomości, że takie wypowiedzi należy tępić. Niezależnie od tego, kto kogo chce zabijać z jakich pobudek. Rzadkie i nieśmiałe głosy potępienia kontrowane są typowymi teoriami spiskowymi, że zacytuję kolejną blogerkę Salonu24, która pyta: „Kto sprowokował te krwiożercze wypowiedzi w internecie ? Po co ?” #prawicowainterpunkcja.

Urojona symetria, którą teraz zasłania się prawica („a wy chwalicie Palikota i Niesiołowskiego”) to brednia. Ja na pewno nigdy nie chwaliłem Niesiołowskiego, o Palikocie też wypowiadam się bez entuzjazmu. Nie kojarzę też pochwalnych tekstów na cześć wyżej wymienionych w „Gazecie Wyborczej” (dawajcie kontrprzykłady).

Za to cytatów, w których prawicowi publicyści - ci udający wyważonych i umiarkowanych - miziają się z nawołującymi do zabijania (o ile będą zabijać zgodnie z regulaminem), znajdziemy mnóstwo. Moje ulubione to nawet nie ten Krawczyk powyżej, tylko Igor Janke proszący słynnego Nicponia o złagodzenie wypowiedzi o mordowaniu lewaków.

„Nicek - pliz, nie klnij, bo musze stosowac równe standardy”. „NICPOŃŃ!!! Wyrzuć te k...., bo nie moge tego dać na sg [stronę główną serwisu - przyp. WO]”.

Miejmy zatem nadzieję, że Braun dalsze apele o zabijanie dziennikarzy wygłaszać będzie bez „tych k...”, bo w przeciwnym wypadku Igor Janke poczułby dyskomfort. Przecież musi stosować prawicowe standardy - jak już zabijać Węglarczyka, to zgodnie z regulaminem.

środa, 21 listopada 2012
Drzewo złe

Dzień, w którym portal odkrył istnienie Nicponia skłania mnie do reaktywowania rubryczki #psychwatch. Nicpoń, ach, Nicpoń - to był kiedyś filar prawicowej platformy blogowej, zwanej jakże niesprawiedliwie „Psychiatrykiem24” przez lewicowo-liberalną relatywistycznie moralną cywilizację śmierci.

Czym był Salon24, to może być trudno zrozumieć dzisiejszej młodzieży. Reklamowano to jako „niezależne forum publicystów”, na którym prosty bloger może dyskutować jak równy z równym z samą Kazią Szczuką albo i wręcz prawdziwym Bartoszem Węglarczykiem.

Mnie też do tego zapraszali - tę rolę wziął na siebie Robert Leszczyński, który też tam przez pewien czas blogował - ale ja od początku nie miałem złudzeń. Wiedziałem, że jeśli coś rozkręcają prawicowi publicyści, to musi z tego wyjść prawicowe szambo. Drzewo złe owoców dobrych wydawać nie może.

Kazia Szczuka, Paweł Wroński, Bartosz Węglarczyk, Robert Leszczyński potrzebowali trochę dłuższego czasu, by się o tym przekonać. Najdłużej wytrzymał chyba profesor Sadurski, ale i jemu już przeszło.

Od samego początku Nicpoń miał w Salonie24 status blogera nie do ruszenia. Jego wypociny promowano nagłaśnianiem na stronie głównej. Sami czołowi macherzy Salonu, Igor Janke i Krzysztof Leski, opisywali swoją towarzyską zażyłość z Nicponiem, jakieś zjazdy na grillu i piwku.

Rozpieszczony Nicpoń coraz bardziej przeginał, ale to nie oni go wyrzucili. To on się pewnego dnia obraził, że jeszcze za mało go noszą na rękach i sobie poszedł. Oto ostatnie echa procesu pożegnalnego (wrzesień 2010 - no, trochę to trwało).

Psychiatrycznej karierze Nicponia nie zagroziło nawet gdy inny ówczesny filar Salonu24, Galopujący Major nagłośnił udział tegoż w piramidach finansowych. Jak to w Psychiatryku, wyszło z tego trochę smrodu, ale nic konkretnego się nie zmieniło.

Pięknie się dziś czyta blogonotkę niejakiego Parakaleina, opisującego zjazd pacjentów u Nicponia (z „z Artkiem, Free, Rybim, Igłą, Jankesem”). Artek to Artur Bazak, Free to Free Your Mind, Rybi to prawicowy blogger Rybbitzky, Igła to późniejszy współzałożyciel Tekstowiska, Jankes to oczywiście redaktor gospodarz. Do dyskusji włączył się nawet Krzysztof Leski, brat-łata całej prawicowej menażerii.

To maj 2007. Tysiącletnia IV RP ma już tylko dwa miesiące, choć gdy wtedy to piszę u siebie na blogu, spotykam się z oporem wierzących w Geniusz Prezesa, który na pewno ma w zanadrzu jakiś sposób na wybrnięcie z kryzysu koalicyjnego.

Lubię wspominać ten upadek w ponure listopadowe wieczory. I kto miał wtedy rację - ten, kto chciał u nich otwierać bloga i dyskutować z nimi czy ten, kto wszystkie galby z katarynami od początku kosił równo z trawą?

wtorek, 26 czerwca 2012
Hipoteza dwóch Fymów

Pisałem dwa miesiące temu o fenomenie ruchu h2m - najskrajniejszym odłamie tropicieli smoleńskich teorii spiskowych, który wyznaje „hipotezę dwóch miejsc”. Zgodnie z tą hipotezą, w Smoleńsku przeprowadzono tylko makabryczną inscenizację, tak naprawdę zaś zamach przeprowadzono gdzie indziej.
Mimo surrealizmu, ta hipoteza znalazła wielu wyznawców. Też zyskała poparcie prawdziwych profesorów. Entuzjazm zwolenników h2m wzbudziło poparcie, jakiego sam Jacek Trznadel udzielił głównemu orędownikowi h2m, śledczemu blogerowi Fymowi. Zwolennicy h2m napisali nawet list do Ojca Dyrektora, by nagłośnił ich odkrycia na swojej antenie.
Najnowsze ustalenia śledczego blogera Fyma (tak to się u nich nazywa - nie „pomysł”, nie „hipoteza” nawet, tylko „ustalenia”) spowodowały jednak spore zamieszanie. Administracja serwisu Salon24 zablokowała jego bloga (wciąż czynny jest mirror na blogspocie), a dla całej prawicowej blogosfery to temat numer jeden przez ostatnie parę dni.
Co takiego „ustalił” Fym? W najnowszej wersji jego „śledztwa” okazało się, że cały ten makabryczny spisek zaaranżowali wspólnie Tusk z Kaczyńskim, żeby uchronić Polskę przed jeszcze gorszym losem, który szykowała jej Rosja. Fym w blogonotce skierowanej do prezydenta Obamy żartobliwie opisał nagrodę, która mu się należy od USA za rozpracowanie tego spisku.
To było trochę za dużo nawet dla prawicowych blogerów. A ci, przypominam, wierzyli już w teorię, zgodnie z którą „Wyleciały zapewne cztery samoloty [z Okęcia] - najpierw dwa jaki-40, potem znowu jak-40 i tupolew” (to słowa Fyma z wywiadu, który popełnił z nim jeden z jego wyznawców).
Co się stało z Fymem? - zastanawiają się prawicowi blogerzy. Przeważa wśród nich na razie h2f, czyli Hipoteza Dwóch Fymów. Zapewne Fyma dopadł Seryjny Samobójca, ten sam, który zamordował Petelickiego, Leppera i Hudefaka, który „wypowiadał się na tematy smoleńskie”, a więc dopisywany jest do listy „tajemniczych samobójstw”, która krąży po serwisach dla #dziecisieci.
Mroczne siły, zapewne WSI, GRU, niewykluczone że także Lesław Maleszka albo przynajmniej Jan Osiecki, przechwyciły blogokonta Fyma, żeby pisząc oczywiste głupoty, kompromitować obywatelskie śledztwa smoleńskie. W tej sytuacji zwolennicy Fyma ogłaszają zamiar prowadzenia bloga Fyma bez Fyma (tzn. bez tego fałszywego, który nadal wrzuca notkę za notką na swojego drugiego bloga).
W takich sytuacjach człowiek taki jak ja, który od początku zagląda na Salon24 wyłącznie w intencji pośmiania się z głupot, jakie tam wypisują, zaczyna mieć wątpliwości etyczne. Fym jest ewidentnie chorym człowiekiem, ale przecież nie on jeden i nie od wczoraj. Ksywka „Psychiatryk24” nie wzięła się z niczego.
Grafomani to łatwe ofiary. To na nich zbudowane są biznesowe plany tych wszystkich idiotycznych konkursów na „blogera roku”. Wygrywa je przecież ten, komu tak bardzo zależy na wygranej, że aż wyśle tysiące płatnych esemesów (albo namówi do tego nieszczęśników takich jak on).
Grafoman pójdzie w ogień za tym, kto go skomplementuje w stylu „ach, jaki z ciebie zdolny analityk”, „jaka z ciebie wybitna blogerka śledcza”, „jesteś najlepszym pisarzem w Polsce, tylko nie masz znajomości w wydawnictwach”.
Od sześciu lat w Salonie24 najbardziej lubię rojenia o potężnych fenomenach społecznych, które w wyobraźni autorów wyrastają z ich blogów. I nie chcę wytykać palcami, ale w nakręcaniu takich „zdolnych analityków” w ich urojeniach mają swój udział zawodowcy, po których można by oczekiwać więcej.
Blogowanie jest jak hazard czy alkohol. Powinni dawać nalepki ostrzegawcze, „enjoy responsibly” albo „gdy to przestaje już być zabawą, dzwoń pod 800-UZALEŻNIENIA” jak w kasynach czy na flaszkach. Gdy człowiek zaczyna wierzyć, że „uczestniczy w blogerskim śledztwie” albo „uprawia dziennikarstwo obywatelskie”, już z nim jest niedobrze, już powinien odstawić.
Igor Janke swój pomysł na biznes zbudował na takich naiwniakach. To jak barman, który dolewa komuś, po kim widać, że to już nie jest dla niego dobra zabawa.
Następnego dnia po zamknięciu bloga Fyma pierwszą stronę Salonu24 otwierał kolejny obywatelski bloger śledczy, swoimi „ustaleniami” w sprawie zabójstwa Petelickiego. Zaraz pewnie wymyślą hipotezę dwóch generałów.
No cóż, będzie klikalność, a więc reklamodawcy zabulą za cepeemy. Ale proszę mi się nie dziwić, że się brzydzę etyką internetowych mediów. Zwłaszcza obywatelskich.

sobota, 05 maja 2012
Wyklęty lud smoleński

Poszukiwaczom prawicowych aberracji internetowych polecam piękny dokument, „List -apel blogerów Salonu 24 do Radia Maryja” (interpunkcja oryginału, jesteśmy wszak na prawicy). Znaleźć w nim możemy przystępne wyłożenie popularnej wśród blogowych radykałów doktryny h2m.
Jej zwolennicy unikają wykładania jej wprost, bo czują się podwójnie zaszczuci: oczywiście przede wszystkim przez nas, cywilizacjośmierciowy politycznie poprawny Układ, ale także przez rzekomych swoich, przez lud smoleński.
Zaszczucie sprawia, że zwolennicy h2m krążą po obrzeżach prawicowych foro-blogowisk, posługując się slangiem trudnym do rozgryzienia dla niewtajemniczonego. Boją się, że gdy będą zbyt szczerze wyjaśniać, o co im chodzi, zabanują ich na tych ostatnich prawicowych forach, na których jeszcze mają aktywne konta - muszą więc być ostrożni.
W liście do Ojca Dyrektora chcą go przeciągnąć na swoją stronę, bo część z nich wierzy, że dostęp do Radia Maryja i TV Trwam pozwoliłby im przekonać całe społeczeństwo. Gdyby tylko mogli wszystkim pokazać to, co oni sami widzą, wpatrując się w rozpikselowane zdjęcia!
Skoro go chcą przeciągnąć - muszą przemówić otwartym tekstem, bez szyfrów. Oto więc credo h2m („hipotezy dwóch miejsc”): „jak wszystko wskazuje, okolice lotniska Siewierny, okazywane jako miejsce katastrofy samolotu TU154 z Delegacją, są miejscem fikcyjnym. Nie było tam samolotu z Delegacją, a szczątki były układane w sposób sztuczny. Które następnie ewentualnie zostały wysadzone kontrolowanym wybuchem”.
Tam, gdzie my z Układu widzimy katastrofę a lud smoleński widzi zamach, tam zwolennicy h2m widzą „inscenizację smoleńską”. Prezydencki tupolew według nich nigdy nie doleciał do Smoleńska (a nawet nigdy nie wystartował z Okęcia).
Co się więc stało z polską delegacją? Zwolennicy h2m mają różne wersje, które kiedyś ten ruch w końcu rozsadzą w ramach klasycznego prawicowego mnożenia przez podział. Jedni uważają, że zabito ją gdzie indziej, inni że jest więziona w łagrze, a inni piszą: „Niektorzy do dzisiaj zyja . I to nie jak niektorzy mysla w lagrach , tylko jak paczek w masle!!!!!” (pisownia oryginału).
Dla głównego nurtu kaczyzmu h2m jest problemem taktycznym i strategicznym. Taktycznym, bo z zwolennicy h2m atakują śledczego Macierewicza i redaktora Sakiewicza, oskarżając ich o ukrywanie prawdy o inscenizacji przez pisanie o rzekomych wybuchach w nieistniejącym samolocie.
Strategicznym - bo na dalszą metę zwolennicy h2m ośmieszają samą metodę tropienia zamachu smoleńskiego przez doszukiwanie się sprzeczności w oficjalnych materiałach. Dowody przecież mają tak samo solidne (albo - z naszego punktu widzenia - tak samo słabe) jak Zespół Macierewicza. Nawet też mają swojego profesora.
Co więcej, zgodnie z zasadą, że im bardziej szalona teoria spiskowa, tym lepiej wszystko tłumaczy, hipoteza h2m jest wolna od logicznych luk teorii zamachu. Na przykład: skoro Błasik to najwybitniejszy dowódca lotniczy w historii, dlaczego mimo strasznej lekcji Mirosławca dopuścił do tego, żeby cała wierchuszka znowu wsiadła do jednego samolotu? Albo: skoro Protasiuk to tak świetny pilot, to czemu w ogóle lądował w nieodpowiednich warunkach?
Na te pytania Macierewicz i Sakiewicz nie mają dobrych odpowiedzi. A ponieważ wersje samego prezesa Kaczyńskiego miotają się od „dali prezydentowi gorszą załogę” po obronę „godności polskich pilotów, którzy zostali oskarżeni bezpodstawnie”, zapewne będą unikać jednoznacznych deklaracji, bo łaska prezesa na narowistym koniu jeździ.
Zwolennicy h2m te wątpliwości wyjaśniają znakomicie: Protasiuk nie lądował, bo nie startował. A nie startował, bo Błasik nie pozwolił, by cała wierchuszka wsiadła do jednego tupolewa. Ich wszystkich porwano wcześniej i gdzie indziej, rzekomi naoczni świadkowie z Okęcia i Smoleńska to po prostu tłum agentów.
Absurdalne? Naturalnie, ale dokładnie tak samo, jak teorie ludu smoleńskiego o sztucznej mgle i dwóch wybuchach. Z czego co bardziej cyniczni prawicowi publicyści, którzy ze Smoleńska zrobili sobie kolejną maszynkę do drukowania pieniędzy, zdają sobie sprawę - dlatego h2m będą tępić.
Ojciec Dyrektor zawsze wiedział, gdzie leżą konfitury, nie wierzę więc, by prawicowych blogerów zaszczycił odpowiedzią, choćby negatywną. Szkoda, bo hipotetyczny „h2m show” w TV Trwam przyćmiłby sławą samego mięsnego jeża.

środa, 02 listopada 2011
Katarynie trzeba przystępnie wyjaśnić

Personalne napięcia w PiS sprawiły, że już nawet obywatelska blogerka śledcza Kataryna ogłosiła „niewytłumaczalność tego co się dzieje w PiSie, i z PiSem” i zaapelowała, żeby „ktoś jej to przystępnie wytłumaczył”, bo - jak trafnie zauważyła - „może jest mało bystra”.
Uwielbiam przystępnie tłumaczyć! Otóż, droga Kataryno, problem w tym, że pewna wizja Jarosława Kaczyńskiego, którą od 6 lat odrzucasz, jako pozbawioną podstaw karykaturę kreowaną przez wrogie mu media - po prostu jest prawdziwa. Wszystko staje się zrozumiałe, jeśli patrzysz na niego jako na mściwego podejrzliwca - a nie jako na tego dobrotliwego, rozmiłowanego w Ojczyźnie i Lustracji staruszka, jaki wyłaniał się z żałosnych panegiryków różnych Karnowskich.
Dla mnie kluczem do zrozumienia Kaczyńskiego zawsze był wywiad, jaki zrobiła z nim moja znakomita koleżanka Teresa Torańska, opublikowany w 1994 w jej zbiorze „My”. Wywiad robiony był w chwili, w której Kaczyński był najbardziej znienawidzonym politykiem w Polsce.
Dzięki jego intrygom Wałęsa został prezydentem - ale ponieważ Kaczyński się z Wałęsą pokłócił, zaczął go oskarżać o współpracę z SB. Dzięki jego intrygom Olszewski został premierem - ale ponieważ nigdy nie udało się stworzyć trwałej popierającej jego rząd koalicji w Sejmie, rozsypało się to jak domek z kart mimo próby szantażu lustracyjnego last minute.
Kaczyński w tym wywiadzie demonstruje całą swoją psychikę. Chwali się pistoletem, który ma „na różnych chuliganów, prześladowców”. Wyjaśnia, że nie ma nic przeciwko temu, że jego działalność finansują m.in. pieniądze postkomunistycznej nomenklatury. A przede wszystkim wyjaśnia, za co nie lubi Michnika i Kuronia.
„W 1977 r. po raz pierwszy zaproszono mnie na duże zebranie KOR-u (...) [Kuroń] już wieszał swoją skórzaną marynarkę na moim krześle. Ja jednak spokojnie na nim usiadłem i miejsca Kuroniowi nie ustąpiłem. Po jakimś czasie poszedłem do Jacka do domu i on piętnaście minut trzymał mnie bez krzesła. Zapamiętał i się zemścił”.
Już w 1977 roku Kaczyński był człowiekiem, który nie wierzył w przypadki - jeśli ktoś próbował zająć „jego” krzesło, to na pewno po to, by go upokorzyć. A jeśli ktoś zapomniał mu powiedzieć „siadaj, Jarek” - to na pewno po to, by się zemścić. Takie zaburzenia z wiekiem raczej się nie poprawiają.
Ty byłaś dotąd przekonana, droga Kataryno, że my tutaj w Układzie, Szarej Sieci, Michnikowszczyźnie i Cywilizacji Śmierci malujemy taki obraz Kaczyńskiego, bo się go bardzo boimy (bo on jest za lustracją, więc ujawni tajne powiązania Maleszki z Majestic 12).
Czy jesteś w stanie czysto hipotetycznie rozważyć, że jednak jest odwrotnie: że my go nie lubimy dlatego, że ten obraz jest prawdziwy (a nie, że malujemy fałszywy obraz z powodu niechęci wynikającej skądinąd)? Pewnie nie. I dlatego właśnie „jesteś za mało bystra”, żeby zrozumieć logikę wydarzeń w PiS.
Nawet jeśli Kaczyński znów się znajdzie poza parlamentem, on i jego otoczenie świetnie sobie dadzą radę jako Grupa Trzymająca Nieruchomość. W ten sposób przetrwali poprzednie chude lata.
To znaczy, że ścisłe kierownictwo PiS tak naprawdę nie jest zainteresowane wygrywaniem wyborów. Jak przypadkiem jakieś wygrają, to robią wszystko, żeby tę władzę szybciutko utracić.
Bo władza to same problemy, a ci ludzie wiedzą, że mogą spokojnie doczekać tłustej emerytury, jeśli tylko nigdy nie urażą przeczulonej dumy osobistej Prezesa np. siadając bez pozwolenia.
Ba, prawicowy publicysta, o ile tylko nigdy nie napisze żadnej analizy kwestionujący dogmat o Przegenialnej Genialności Geniuszu Genialnego Stratega, może liczyć na immunizację przed upadkiem prasy papierowej - bo Grupę Trzymającą Nieruchomość zawsze będzie stać na wydawanie jakiegoś kolejnego „Nowego Państwa”.
To powoduje, że prawica ciągle będzie tracić ludzi, którym rola „wiecznych opozycjonistów” nie odpowiada. Ale ci ludzie niewiele zdziałają, bo już Bruce Lee wiedział, że żadne nunczako nie pomoże w walce z przeciwnikiem wymachującym workiem banknotów.
Chociaż więc wiem, kto wygra w tym pojedynku, życzę obu stronom krzepy, by jak najbardziej poraniły przeciwnika. Bo ja, droga Kataryno, nie zmieniłem zdania o PiS i prezesie Kaczyńskim od czasów, gdy Ty na nich głosowałaś. Najwyraźniej moje niezmienne zdanie o PiS i prezesie Kaczyńskim od lat lepiej pasuje do rzeczywistości.

środa, 26 października 2011
Współczynnik konwersji

Tyle się dzieje, że nie zdążyłem jeszcze napisać notki podsumowującej wynik wyborów. Skoro Sakiewicz podsumowuje dopiero dzisiaj, to może ja też mogę, wszak z pewnością nie odebrałem Kaczyńskiemu tylu głosów co on.
Wynik wyborów oczywiście mnie cieszy. Cieszę się, że mój głos na PO przyczynił się do wypchnięcia poza Sejm Andrzeja Smirnowa, jednego z aborcyjnej piętnastki, a za to wprowadził zwolenniczkę liberalizacji prawa narkotykowego.
Cieszę się także z sukcesu Palikota. Nie głosowałem na niego, jestem pełen złych przeczuć co do jego czterdziestki, ale cieszy mnie to, że radykalny antyklerykalizm wreszcie wszedł do mainstreamu (a posłanka trans i poseł gej budują pozytywny obraz Polski w Europie).
Jak zwykle w wyborach, najbardziej mnie jednak cieszą porażki: zagłada PJN, koniec kariery Napieralskiego i rychły rozpad PiS na ziobrystów i kaczystów. Kto wie, może w następnych wyobrach to zjednoczona centrolewica zgarnie czterdzieści procent, a rozproszone prawice po kilkanaście?
Trzy porażki cieszą mnie szczególnie, bo odpowiedzialni za nie politycy budowali swoje wyborcze nadzieje na pewnej wizji Internetu. Wizji tak bardzo sprzecznej z moją, że miałem uczucie, że albo to ja kompletnie nic z Internetu nie rozumiem, albo jednak oni. Wyszło na moje.
Najpierw zdradzę swoje rozumienie Internetu. Otóż uważam, że w tym medium tak zwany współczynnik konwersji jest w praktyce równy zeru. Tak naprawdę on nie jest zerowy tylko bardzo malutki, ale jest jak wartość fizyczna typu masa neutrina. Dla większości rozważań nawet nie ma sensu się zastanawiać, czy to naprawdę zero, czy tylko w przybliżeniu.
Gdy patrzę na swoje statystyki ruchu na blogu, nie mam mocarstwowych ambicji typu „ach, gdyby mi płacili jeden grosz tygodniowo, miałbym z tego pensję”. Albo: „ach, gdyby mnie poparli w wyborach, miałbym poselskie apanaże”. Wiem, że gdybym próbował monetyzować ruch na blogu, wynik wyszedłby z przemnożenia przez współczynnik konwersji. Czyli, zero.
Niewydarzony politolog dr niehab Migalski uważał siebie za specjalistę od internetu i wydawało mu się, że jeśli będzie robił wokół siebie w internecie maksimum szumu - codziennie wrzucał coś na twittera i do psychiatryka, a jutuba zaśmiecał idiotycznymi filmikami, przełoży się to na sukces jego ugrupowania.
Napieralski otoczył się specjalistami od internetu tej samej klasy. Grzegorz jestem i lubię surfować, oto mój profil na Fejsie i dzienna wrzutka na twittera, a to nasze debilne filmiki. I w efekcie najgorszy wynik SLD w historii ugrupowania.
Trzeciego przykładu nie chcę wymieniać z nazwiska, bo tutaj w tle być może jest jakaś prawdziwa rodzinna tragedia. Zatem: nic osobistego, ale nie mogę tego nie skomentować, choćby dla ostrzeżenia innych, którzy wpadną na podobny pomysł.
Dwóch blogerów mojego ulubionego serwisu Salon24 wpadło w folie a deux. Jeden uwierzył, że zostanie magnatem wydawniczym przez publikowanie „książek” drugiego (de facto kolekcji blogonotek). Przyczynił się do tego m.in. sukces w tym żenującym konkursie, w którym MRW co roku usiłuje wygrać skuter.
Jeden z nich, by poświęcić się blogowaniu na pełny etat, rzucił regularną pracę i teraz codziennie bloguje o ciężkiej sytuacji finansowej swojej rodziny. Liczył zapewne na to, że odkuje się jako poseł PiS, ale jego pomysł na kampanię wyborczą był taki sam, jak Migalskiego i Napieralskiego: codzienna wrzutka na bloga, a na blogu jest tak duży ruch, że to wystarczy.
Nie wystarczyło. W swoim okręgu miał najniższy wynik na liście PiS, zaledwie czterysta parę głosów. Czyli w praktyce jakby zero, bo tak to działa z tym smutnym współczynnikiem konwersji.
Łatwo mi szydzić z Migalskiego i Napieralskiego, bo niezależnie od ich porażki, ja i tak nigdy w życiu nie będę zarabiał tyle co oni. Głodująca rodzina blogera, który uwierzył w to, że coś wynika z tych idiotycznych konkursów, to oczywiście temat, z którego nie będę żartować, ale trzeba ostrzec innych.
Blogging is for teh lulz. Gdyby dało się z tego wyżyć na znośnym poziomie, nie zajmowałbym się niczym innym. Gdyby notki na blogu mogły zmieniać rzeczywistość, żaden kretyn nie odważyłby się filmu „Horrible Bosses” wprowadzić na ekrany jako „Szefowie wrogowie” (AAAAAA!).
Jeśli blogowanie Cię bawi, rób to. Mnie bawi, więc robię to. Ale wszystkim, którzy liczą na to, że z blogowania wynika coś bardziej serio, przypominam o współczynniku konwersji równym, w praktyce, zero.

czwartek, 18 sierpnia 2011
Kampania w internecie

A tym razem szlag mnie trafił na Platformę Obywatelską, a konkretnie na bloga posłanki Agi Pomaski. Posłanka krytykując PiS za sposób zbierania podpisów pod listami wyborczymi, beztrosko pisze „listy kandydatów Platformy Obywatelskiej można znaleźć na stronie www.platforma.org”.
Nie wiem, jak głęboko je na tej stronie ukryto, ale ja się za słabo znam na internecie, żeby to odszukać (OK, wiem, że jako dziennikarz mogę zadzwonić do rzecznika albo przetrzepać stronę guglem, ale to nie powinno tak wyglądać).
Strona „www.platforma.org” wita czymś takim:

Moze obejrzysz spota?
Zgaduję, że listę kandydatów znajdę klikając na „przejdź na stronę Platformy Obywatelskiej”. To na jakiej stronie jestem teraz, na slashdocie? No dobrze, klikam. Widzę takie coś:

Ale moze jednak obejrzysz?
Który z tych linków ma mi pokazać listę kandydatów? Po raz kolejny jestem zachęcany do oglądania „spotów, reportaży, wywiadów, fleszy”, którymi kompletnie nie jestem zainteresowany.
Internetowe spoty wyborcze oglądam tylko jeśli to absolutna żenada, jak „Song o Naczasie” albo „Ratuszyńska Razem” i wyłącznie w celach szyderczych. Mam szczerą nadzieję, że Platforma nie wyprodukowała żadnego takiego spotu, jaki chciałbym dobrowolnie obejrzeć.
Który z linków na tej stronie ma mnie doprowadzić do listy kandydatów? „O nas”? Nope, tu jakieś wodolejstwo, że „naszym niezmiennym celem pozostaje poprawa jakości życia każdej polskiej rodziny”. Kiedyś naprawdę z czystej przekory zagłosuję na partię, która by się odważyła przyznać, że „naszym celem jest poprawa jakości życia tylko niektórych polskich rodzin”.
Kolejna zakładka: „Aktualności”? Też nie. „Mamy własną telewizję” - super, ale comnietowogle. „Pytamy – czy PiS się czegoś wstydzi?” - ja tu naprawdę nie zajrzałem po to, żeby czytać o PiS. „Święto Wojska Polskiego” - no to dopiero fascynująca „aktualność”.
Multimedia”? No tak, znowu chcecie, żebym oglądał „spoty, reportaże, wywiady, flesze”. Thanks but no thanks.
No to może „KW PO”? Pod tą zakładką najprędzej spodziewałbym się listy kandydatów - o ile KW to Komitet Wyborczy, nie Kliment Woroszyłow. Ale też gucio - mam tu tylko „Rejestr kredytów bankowych”, ponadto „brak wpisów”:
Brak wpisow
Ludzie Platformy”? Pięknie, dostaję spis obecnych władz. A co z listą kandydatów? Też nie tutaj. I jeszcze rubryka „Inne strony”: „POgłos”, „Instytut Obywatelski”, „Klub Parlamentarny PO”, „Archiwalna strona PO”. Żadna z nich nie rokuje.
Z desperacji klikam na „wszystkie tablice” - nie wiem co to, więc może to to? Otwierają mi się feedy twitterów polityków PO. I po raz kolejny śmieję się z ludzi, którzy przedstawiają się najpierw nazwiskiem, potem imieniem.
Lista kandydatów PO jest jak Prosiaczek z „Kubusia Puchatka”. Im bardziej zaglądam, tym bardziej jej nie ma. To kolejny przykład partii, która „kampanię w internecie” rozumie jako robienie spotów, których nikt normalny nie ogląda i „bycie na fejsie i twitterze”.
Posłanka Aga Pomaska miała trafną intuicję: lista kandydatów rzeczywiście powinna być czymś, co łatwo i szybko powinno być do odnalezienia na głównej stronie partii politycznej. Może dajcie jej kierowanie kampanią w internecie, skoro ma lepsze pomysły od tego gościa od „spotów, wywiadów, reportaży”?


UPDATE: dzięki czujności komcionautów już wiem, że to było tuż nad rubryką „Inne strony”. Wystarczyło się domyślić, że to jest PDF opisany jako „Załącznik do Uchwały Rady Krajowej nr 1/25/2011”.

UPDATE DO UPDATE: uf, zmienili opis załącznika, już jest jako „lista kanydatów” (za jakiś czas ktoś poprawi litrówkę, ale już nie będę updatować :-)). Tak czy siak cieszę się, że strona dzięki mnie jest trochę lepsza, idę guglać życiorysy kobiet wyszperanych w tym PDF.

 
1 , 2 , 3