Ekskursje w dyskursie
środa, 18 lipca 2018
Niechęć do elit

Skąd niechęć wobec elit? Nie będę się bawić w medialnego eksperta od społeczeństwa, spróbuję opowiedzieć, skąd się bierze moja.

Moja niechęć jest zarezerwowana właściwie wyłącznie do elit politycznych i biznesowych. A więc - niestety - tych, od których należy nasza codzienność.

Nie mam problemu z elitami intelektualnymi. Jestem w dziennikarskim raju, kiedy jakiś profesor przybliża mi (a przy okazji czytelnikom/słuchaczom) tajniki swojej specjalizacji.

Nie lubię tylko intelektualistów czysto medialnych, których dorobek mierzony jest czasem antenowym, a nie publikacjami. Ale ich zwalcza samo środowisko akademickie, czego przezabawną ilustracją są kariery dr nhab Migalskiego czy mgr ndr Goliszewskiego.

Nie mam też problemu z elitami kulturalnymi. Mam swoją prywatną listę sympatii i antypatii, niekoniecznie zbieżną z różnymi nagrodami i rankingami, ale i też nie na tyle rozbieżną, żebym powiedział, że te nagrody to oszustwo.

Przejdźmy do polityków. Szacunek czuję do nielicznych, niezależnie od ekipy. Niewielu spełnia kryterium Engelkinga („czy chciałbym z kimś zjeść kolację”).

W każdym rządzie jest ze dwóch, trzech ministrów „merytorycznych”, fachowców od swojej działki. Wprowadzenie 500+ to był legislacyjny majstersztyk, za ktory szanuję Rafalską. Grabarczyk zidentyfikował wąskie gardła w kilkudziesięciu aktach prawnych, zmienił je - i dzięki temu podróż samochodem przez Polskę już nie jest horrorem takim jak 10 lat temu.

Z nimi owszem, chętnie bym sobie pogadał. Ale nie wierzę w ciekawą rozmowę z Dudą, Schetyną, Szydło, Petru czy Czarzastym. Ci ludzie wydają mi się być ekspertami wyłącznie w intrygach personalnych i walce o stołki. Nikogo w tym świecie nie znam osobiście, więc opisuję tylko swoje wyobrażenie budowane na podstawie ich publicznych wypowiedzi.

Z zachodnimi politykami tak nie jest. Nawet jeśli są zupełnie nie z mojej bajki, jak Sarkozy czy Cameron, to z zaciekawieniem przeczytałbym np. wywiady z nimi o ich ulubionych płytach, książkach czy filmach. Oni tam zresztą chętnie takich udzielają.

Ale na hasło „ulubione płyty prezydenta Dudy”, beka sama mi się zaczyna toczyć. Bajobongo - zgadłem?

Może to jest źródło wizerunkowych wtop Trzaskowskiego: jego pijarowcy chcą go wtłoczyć w ten uniwersalny schemat „swojego chłopa”. Jedyny jaki znają (fama głosi, że to sprawdzona ekipa po Komorowskim).

A on akurat mógłby zabłysnąć po zachodniemu. Autorska plejlista Trzaskowskiego? SŁUCHAŁBYM! Wywiad z Trzaskowskim o Rembrandcie? CZYTAŁBYM! (bez żadnej ironii).

Z elitami biznesowymi mam tak samo, tylko jeszcze bardziej. Tutaj wyjątek mam tylko dla gamedevu, bo w tej branży nawet na czele spółek notowanych na giełdzie nadal stoją ludzie autentycznie zakochani w grach, więc tematów do wspólnej rozmowy by nie zabrakło.

Lubię książki non-fiction, więc czytam dużo biografii biznesmenów i historii ich spółek. Zachodnich i polskich.

Różnica jest jeszcze bardziej uderzająca, niż w przypadku polityki. Na Zachodzie nawet jeśli za kimś nie przepadam, to znów, nie bałbym się „kryterium kolacji”, a z listą książek czy płyt polecanych przez Muska czy Zuckerberga zapoznałbym się z uwagą.

Opowieści o tamtych liderach biznesu przekuwane są w fascynujące książki, a w filmach grają ich Eisenberg czy Fassbender. Tymczasem typowy polski biznesmen, którego obraz wyłania się z tekstów Sroczyńskiego, Kwaśniewskiego czy Matysa, to raczej materiał dla Pazury czy Rewińskiego.

I to nie dlatego, że dziennikarze specjalnie ich tak przedstawiają. Michał Matys, że rzucę insajderską anegdotą na marginesie jego książki „Grube ryby” (którą gorąco zresztą polecam), początkowo podchodził do nich z sercem na dłoni.

Im więcej się o nich dowiadywał, tym bardziej tracił sympatię. Trudno polubić prezesa spółki technologicznej, którego główną innowacją był pomysł fikcyjnego przewożenia komputerów w te i nazad przez granicę, żeby se VAT odliczyć.

Gdyby miał polecić muzykę, to pewnie wymieni Pendereckiego (bo wie, że wypada) i Kozidrak (bo zna). O czym z kimś takim można gadać?

Moja niechęć do polskich elit biznesowo-politycznych bierze się więc po prostu z - eufemistycznie mówiąc - niezbyt pochlebnego mniemania o ich kompetencjach intelektualno-kulturowych. To nie jest nowe zjawisko, podobnie postrzegał (i karykaturalnie sportretował) Dołęga-Mostowicz elity II RP.

A skąd Wasza?

piątek, 27 kwietnia 2018
Elity na grodzonych osiedlach

To już osiem lat, gdy krytykowałem na blogu tekst Adama Leszczyńskiego o zamkniętych osiedlach, w którym Leszczyński pisał, że ludzie chcą na takich mieszkać, bo im się to kojarzy z „prestiżem”. Apelowałem wtedy, żeby sprawdził ceny stołecznych nieruchomości, a łacno się przekona, że w tym mieście trzeba potężnie dopłacić do BRAKU ogrodzenia.

Nabywcy nie wybierają ich z pragnienia prestiżu, tylko z (realatywnej) biedy. Wszyscy byśmy woleli mieszkać a to w willi w Konstancinie, a to w kamienicy na starym Mokotowie, ale cóż począć, kiedy ktoś ma zdolność tylko na grodzone osiedle w Białołęce.

Niestety, ten błąd kojarzenia zamkniętego osiedla z bogactwem ciągle powraca, między innymi w ostatniej debacie uruchomionej przez portal gazeta.pl. Co gorsza, pojawia się tam też błąd mylenia klasy średniej z elitami - no po kim jak po kim, ale po Sroczyńskim bym jednak oczekiwał, że czytał Gdulę, więc to odróżnia.

Więc jeszcze raz: elity mieszkają w rezydencjach. Osiedla i kamienice, grodzone lub nie, to domena różnych segmentów klasy średniej.

Uporczywe mylenie jednego z drugim to element propagandy systemu kapitalistycznego (czyli jak mawiamy w marksizmie: nadbudowy). Gdula lapidarnie nazwał to „robieniem klasy średniej przez klasę wyższą w bambuko”.

Ludzie, którzy wysyłają swoje dzieci do prywatnych szkół, w których czesne wynosi 11.000 MIESIĘCZNIE (to ulubiony przykład Gduli, odwołujący się do szkoły istniejącej w rzeczywistości) mówią do lemingów „razem tworzymy elitę”. I część lemingów niestety to łyka.

Dopóki to będzie trwać - trwać będzie robienie klasy średniej w bambuko. Albo też, jak to opisałem na swoim blogasku, „blejmowanie wiktima”.

W ten sposób, dajmy na to, za winnych kryzysu w mediach uznajemy dziennikarzy - a nie tych, którzy tymi mediami zarządzali i zarządzają. Winnymi problemów służby zdrowia są lekarze, a nie ministerstwo - i tak dalej.

Publicyści portalu domagają się od klasy średniej, żeby wzięła trochę większy kredyt i dopłaciła do mieszkania w jakiejś zacnej kamienicy na starym Mokotowie, starych Bielanach czy starej Ochocie, gdzieś gdzie się będzie mieszkać z lokatorami komunalnymi, a to żeby „polskie elity przestały być ślepe”.

Elity się od tego nie zmienią - będą mieszkać dalej tam, gdzie przedtem. W swej prywatnej miejscowości Chobielin-Dwór. Albo w willi na Ikara, bo z tą równością w PRL więcej mitu niż prawdy.

I dalej będą ślepe na „zmiany nastrojów społecznych”, bo zawsze takie były. Elity PRL do wieczora 4 czerwca 1989 zamartwiały się tym, co to będzie, jeśli ustaleń Okrągłego Stołu nie da się wypełnić z powodu zbyt dobrego wyniku PZPR w wyborach.

Elity sanacyjne dopiero we wrześniu 1939 zrozumiały, że kierowały domkiem z kart. Elity endeckie były autentycznie zaskoczone w maju 1926, że społeczeństwo nie stanęło masowo w ich obronie - i tak dalej.

Historia byłaby bardzo nudna, gdyby elity dysponowały jakimś niezawodnym hyperczujnikiem do wyczuwania nastrojów. Na szczęście od czasu do czasu są zaskoczone jak PiS protestami.

Mam dobrą wiadomość dla publicystów portalu - względna homogenność nowego osiedla utrzymuje się przez dekadę, dwie. Potem wszystko i tak się samo miesza.

Nabywcy na rynku pierwotnym z natury rzeczy są homogenni, bo selekcjonuje ich niewidzialna ręka rynku - zazwyczaj jak określimy warunki tak, że „młode rodziny ze zdolnością kredytową na tyle a tyle”, to wyjdzie nam grupa ludzi mniej więcej tak samo ubranych, jeżdżących mniej więcej takimi samymi pojazdami, pracujących w mniej więcej takich samych instytucjach.

Po dwudziestu paru latach jednak na tym osiedku nabywcy z rynku wtórnego będą się mieszać z tymi, którzy mają mieszkanie po rodzicach albo po byłym małżonku. I będziecie mieli tą waszą wymarzoną różnorodność.

Podobnie przecież było w tych wyidealizowanych starych kamienicach. W przedwojennej Warszawie budowano całe kwartały dla ludzi wykonujących ten sam zawód, jak „Żoliborz Dziennikarski” czy „Żoliborz Urzędniczy”. A i w powojennej - starzy warszawiacy wiedzieli, że to jest osiedle dla wojskowych, a tamto dla ubeków.

W tej sprawie nawet nie bardzo jest więc o czym debatować, bo w ogóle nie istnieje problem zasługujący na dyskusję. Można tylko bezsensownie nabijać odsłony reklamowe, żeby elity sobie wypłaciły premię i dywidendę.

poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Filozofia Porażki

W Dwutygodniku ciekawy blok tekstów o filozofii przegrywu. Polecam zwłaszcza tekst znanego szczecińskiego prozaika.

Lansowałem przegrywizm zanim to się zrobiło mainstreamowe. To się dla mnie zaczęło na początku lat 90., kiedy większość moich rówieśników oszalała na punkcie pogoni za sukcesem. Sukces kochali chyba wtedy nawet bardziej, niż papieża i Korwina.

Wrył mi się w pamięć teleturniej „Klub Yuppies”, w którym młodziutki Krzysztof Ibisz wrzeszczał, że ktoś przechodzi do następnego etapu konkursu z zaangażowaniem emocjonalnym przypominającym sprzedawcę magicznych garnków dla seniorów.

Postanowiłem wtedy nie odnosić tak pojmowanego sukcesu. Za swój życiowy drogowskaz a rebours przyjąłem monolog Aleka Baldwina z filmu „Glengarry Glen Ross” z 1992. Polecam ten film millenialsom, bo on chyba przeszedł na tyle bez echa - mimo genialnej obsady: Spacey, Alda, Harris, Baldwin, Pacino, Lemmon! - że część pewnie do dzisiaj żyje w błogiej nieznajomości.

Większość mojego pokolenia identyfikowała się z villainami z tych filmów. Z Gordonem Gekko z „Wall Street”, z Benem Afflekiem z „Boiler Room”. Jakieś ćwierć wieku temu postanowiłem, że machnę oburęcznym fakulcem w generalnym kierunku tej większości.

Trochę to wyszło samo z siebie. Kiedy masz małe dzieci, które musisz o siedemnastej odebrać z przedszkola, nie bardzo możesz uczestniczyć w życiu ludzi sukcesu.

Dużo o tym mogę powiedzieć, bo miałem w swoim towarzyskim bąbelku wielu ludzi, którzy odnieśli sukces. Sukces był czymś naturalnym i oczywistym dla Warszawiaka z mojego pokolenia.

Gdy ktoś z moich znajomych się załapał na bycie jurorem w fajansiarskim teleturnieju albo ważnym menadżerem na wyżynach jakiegoś korpo, to już wiedziałęm, że widzimy się po raz ostatni, choćbyśmy przez wiele lat siedzieliśmy biurko w biurko. Po prostu nagle dramatycznie rozminą nam się rozkłady dobowe i nawet gdybyśmy bardzo chcieli się spotkać, to będzie niemożliwe (może wtorek? nie, ja wtedy nurkuję w Morzu Czerwonym, a środa? - no niestety, ja z kolei mam wtedy wywiadówkę).

Ku mojemu gigantycznemu zaskoczeniu, na rok przed 50. urodzinami odniosłem swój pierwszy (i zapewne ostatni) zawodowy sukces, a raczej jego namiastkę, bo to nadal zaledwie cień jurorowania albo menadżerowania. Moja ósma czy dziesiąta (w zależności jak liczyć e-booki, itd) książka odniosła pierwszy w mojej tzw. karierze sukces sprzedażowy.

Naraża mnie to na docinki kolegów, którzy twierdzą, że straciłem prawo do uważania siebie za „człowieka porażki”. Traktuję to jako tymczasową niedogodnosć, bo w tej okrutnej branży każdy jest tak dobry, jak jego ostatni projekt, więc pewnie moje następne książki będą się zapewne sprzedawać po staremu i skończy się ta anomalia.

Unikanie sukcesu w kapitalizmie było dla mnie zawsze herbertowską sprawą smaku. Kto wie gdyby mnie lepiej i piękniej kuszono? Ale ta korporacyjna retoryka jest aż nazbyt parciana łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy składnia pozbawiona urody koniunktiwu (wszyscy byliśmy na tym korpozebraniu!).

Mniej więcej wiem, co powinienem robić - a na pewno wiem, czego powinienem unikać - żeby odnieść Sukces. Ot, choćby zachowywać na tych zebraniach swoje wątpliwości dla siebie, bo żaden menadżer nie lubi podwładnych operującym koniunktiwem.

Od prawie 30 lat wiem też, jakie w Polsce trzeba mieć poglądy polityczne, żeby zrobić prawdziwą karierę. Trzeba albo się podczepić pod postkomuchów, albo po jedną z dwóch odmian postsolidaruchów - liberalną lub klerykalną.

Komo bliższe tradycje demokratycznego socjalizmu - ten miał przegwizdane w 1989 i ma przegwizdane nadal. Nikt o mnie nie pomyśli podczas rozdawania stołków w państwowych spółkach ani publicznych mediach. Nie będę Kają Godek (chlip chlip).

Kilkanaście lat temu kłóciłem się z moim kolegą z sąsiedniego biurka, który właśnie miał odfrunąć w rejony Prawdziwego Sukcesu jako juror w teleturnieju. Uważałem, że popełnia błąd (dalej tak uważam!), szukałem uzasadnienia.

Wyszło mi takie: kapitalizm to okrutny system, ale większość z nas potrafi znaleźć dla siebie jakąś umiejętność, za którą ludzie Sukcesu nam zapłącą. Ja i mój kolega, potrafiliśmy jedno, wystukać im tekst na (parę/naście/set) tysięcy znaków, za który nam zapłacą parę(dziesiąt) (stów/tysiaków).

Rządy będą się zmieniać, korporacje medialne będą rozkwitać i upadać - ale ktoś zawsze ode mnie kupi trochę kątętu. Mi to wystarcza. Mojemu koledze nie, więc pognał za Sukcesem.

Nie zazdroszczę mu.

środa, 07 lutego 2018
Wodzu prowadź!

Wodzu prowadz!

Polityka zagraniczna II Rzeczpospolitej w jej ostatnich latach była samobójczo błędna. Poniekąd dlatego zresztą były to ostatnie lata.

Polska leżała między dwoma potężnymi, śmiertelnymi wrogami - Trzecią Rzeszą i Związkiem Radzieckim. Wobec obu stosowała wówczas politykę ugodową - minister Beck zabiegał o podpisywanie (a potem przedłużanie) traktatów o nieagresji, jakby radośnie nieświadomy tego, że dla Hitlera i Stalina to są świstki papieru.

Ostrą politykę Polska prowadziła wobec swoich słabszych sąsiadów - Litwy i Czechosłowacji. I nie przeczę, że za te konflikty w dużej mierze odpowiadali sami sąsiedzi (zwłaszcza Litwa), po prostu zwracam uwagę, że zaognianie tych relacji było błędem czysto pragmatycznym.

Straszną cenę Polska miała za to zapłacić już za chwilę, a w jakimś sensie płaci do dziś. Wszystkie próby budowania „Międzymorza”, „Wyszehradu” czy „polityki jagiellońskiej” rozbijają się o ten drobiazg, że nasi sąsiedzi nam po prostu nie ufają.

Litwa, Czechy, Słowacja ani Ukraina wcale się nie palą do roli młodszych partnerów w sojuszu kierowanym przez Polskę. Nazwy tych sojuszów nawiązują do zamierzchłych czasów, bo dramatycznie brak nam przykładów współpracy z XX wieku. Było na to kilka okazji w latach 1930. ale je zmarnowano.

Polska wtedy tak jak dzisiaj, toczyła swoją politykę zagraniczną głównie na użytek wewnętrzny. W 1935 odbyły się pierwsze wybory według nowej, dyktatorskiej ordynacji. Obywatele nie mogli już sami zgłaszać kandydatów, wyznaczały ich „zgromadznia okręgowe” zdominowane przez sanację.

Jak to w dyktaturze, przedmiotem gry wyborczej stała się więc sama frekwencja. Wypadła tak źle dla sanacji, że opóźniono publikację wyników. W skali kraju 46%, w Warszawie - 29%. To był bojkot. W tym samym roku zmarł Piłsudski, nie zostawiając namaszczonego następcy.

Walka delfinów doprowadziła do licytacji na to, kto będzie mówić ostrzej. Liczne przemówienia Becka z tego okresu, te o honorze i nieustępowaniu ani na metr, wygłaszano na potrzeby polityki krajowej, a nie międzynarodowej.

Teoretycznie na ministra wyznaczył go jeszcze Piłsudski, więc był nie do ruszenia. Praktycznie zaraz by go ruszyli, gdyby zaczął wchodzić w inteligenckie dywagacje o opłacalności tego czy tamtego.

W marcu 1938 na granicy polsko-litewskiej zginął polski pogranicznik. Rząd Polski wystosował ultimatum, w którym domagał się normalizacji stosunków dyplomatycznych pod groźbą zastosowaia „innych środków”. Litwa ustąpiła, Beck odtrąbił sukces.

Na świecie przyjęto to wrogo. Polskie ultimatum wobec Litwy miało miejsce 5 dni po Anschlussie i trudno się dziwić, że to się kojarzyło. Poza tym to nie miało sensu - nie da się poprawić stosunków przy pomocy ultimatum.

Wyjaśnieniem jest znów polityka wewnętrzna. Ostra linia wobec Litwy wywołała serię quasi-spontanicznych demonstracji poparcia dla rządu.

To stąd hasło „wodzu, prowadź nas na Kowno!”, które pamiętamy z komedii „Zezowate szczęście” (na zdjęciu). Piszczyk idzie w niej na granicy dwóch pochodów - prorządowego („na Kowno!”) i oenerowskiego („Żydzi na Madagaskar!”).

Beck i marszałek Śmigły-Rydz zobaczyli, że dopóki wydają sąsiadom ultimata - mogą liczyć na masowe demonstracje. A to umocni ich pozycję w walce z rywalami.

Kiedy świat ze zgrozą obserwował, jak Zachód rozbiera Czechosłowację podczas konferencji monachijskiej, dzień później rząd wystosował kolejne ultimatum. Dzięki niemu 2 października 1938 obszar Polski powiększył się o 802 kilometry kwadratowe.

Było to nam potrzebne jak piąte koło u wozu, zwłaszcza że i tak cieszyliśmy się tym przez rok. Na Zachodzie wzmocniło to antypolskie sentymenty - wszyscy lubili Czechosłowację, Polskę jakoś mało kto. Ciekawe dlaczego.

Wybory z listopada 1938 były jednak sukcesem frekwencyjnym (67%!). I o to chodziło, nie o Cieszyn.

Kiedy Polacy cieszyli się z potęgi swojej armii, przed którą sąsiedzi ustępują bez walki (silni! zwarci! gotowi!, etc.), Beck i Rydz mieli już inny problem. 24 października Ribbentrop poufnie powiadomił berlińskiego ambasadora Polski, Józefa Lipskiego, że Niemcy uzależniają przedłużenie paktu o nieagresji od spełnienia przez Polskę kilku warunków, między innymi zgody na budowę eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej.

Zegar zaczął tykać.

niedziela, 03 grudnia 2017
Technokraci i populiści

Gdy myślę o dzisiejszej polityce, dostaję trzęsiączki wzdłużnej, więc zamiast tego pociągnę wątek zasygnalizowany jakiś czas temu w komentarzach. O dwojgu polityków, którzy przeszli do historii ze względu na swój spór - a ja mam taki problem, że kibicuję obojgu.

To Robert Moses i Jane Jacobs, potężny technokrata i miejska aktywistka. W latach 60. stoczyli walkę o serce Nowego Jorku.

Jacobs postawiła na swoim: Robert Moses nie dokończył wielkiego planu oplecenia Nowego Jorku przelotówkami. Nie powstała autostrada przecinająca Dolny Manhattan.

Na mapie aż się prosi o pociągnięcie kreski między tunelem Hollanda a Mostem Williamsburskim. Brak tej kreski powoduje permamentny stojący korek w tym rejonie.

Z kolei pociągnięcie tej kreski zniszczyłoby klimat ikonicznych dzielnic Manhatanu jak SoHo, Village, Chelsea, Little Italy, Chinatown czy Bowery. Zniknęłoby miasto, które kojarzymy z wczesnych komedii Woody Allena, filmów Scorsese czy piosenek Cohena i Simona & Garfunkela.

Nie byłoby klubu CBGB, „The Factory” Warhola, Stonewall i YMCA z piosenki Village People. Częściowo zresztą o to chodziło, bo były to wtedy zaniedbane rudery, które miano wyburzać zgodnie z powojenną doktryną „urban renewal”.

W tej doktrynie za ideał krajobrazu miejskiego uważano przestronne place, parki, centra handlowe, arterie i wieżowce. Dziewiętnastowieczne przeżytki, w rodzaju kamienic ze sklepikami na parterze, piwnicznych klubów czy dworców kolejowych, raczej wyburzano niż modernizowano.

Jak wiadomo, ponieważ Stalin z jakiegoś powodu uważał Amerykę za wzorzec przyszłości, miasta Europy wschodniej po wojnie odbudowywano więc w duchu lokalnego wariantu „urban renewal”. A ponieważ dopiero teraz mamy środki na realizację planów sprzed 50 lat, to często - świadomie lub nie - odtwarzamy dziś w naszych miastach wizje z lat 30.

I teraz: nie jestem tak do końca przeciw. Nie idealizuję kamienic z podwórzem-studnią. Jestem dość stary, żeby pamiętać, jakie to było parszywe, zanim nie nabrało gentryfikacyjnego uroku.

Robert Moses mnie fascynuje, bo był politykiem, który potrafił załatwiać sprawę od początku do końca. Przez 30-40 lat swojej wszechwładzy zmienił Nowy Jork nie do poznania.

Mieszkaniec aglomeracji codziennie styka się z jakąś inwestycją infrastrukturalną Mosesa. Przekracza rzekę „jego” mostem, podróżuje „jego” autostradą, ogląda mecz na „jego” stadionie.

Zrobiłem sobie kiedyś samochodową wycieczkę po jednej z „jego” inwestycji - Jones Beach. W latach 20. miasto osuszyło oceaniczne bagnisko (co z dzisiejszego punktu widzenia było zbrodnią ekologiczną), tworząc długą, sztuczną piaszczystą plażę.

To prezent od miasta dla obywateli. Każdy może skorzystać, prawie za darmo - dojeżdżając na plażę specjalnie wybudowanymi w tym celu proto-autostradami (tzw. parkways).

Musi to zrobić samochodem. Moses nienawidził zbiorkomu, celowo zaprojektował wszystko tak, żeby autobusy się nie mieściły.

Oczywiście, w samej formule „prezent miasta dla mieszkańców” zawarte jest zło technokratyzmu. „Miasto” jawi się w niej jako własność elit, które mieszkańców nie zamierzają pytać o zdanie (przypuszczam, że mieszkańcom Nowego Jorku bardziej by się przydała np. rozbudowa Long Island Rail Road).

Jane Jacobs zmobilizowała do walki z Mosesem swoich sąsiadów. Nigdy nie stała na czele jakiejś siły politycznej - zaraz po wygranej walce wyemigrowała do Kanady.

Moses symbolizował politykę typu „elity obywatelom”. Jacobs - „sąsiedzi sąsiadom”. Czuję miętę do obu modeli.

Model „oddolny” podoba mi się z powodów ogólnoideowych, ale sąsiedzi sąsiadom mogą najwyżej pomóc uporządkować skwerek. Wielkie cywilizacyjne projekty XX wieku: program Apollo, autostrady, powszechna opieka zdrowotna, Unia Europejska itd., po prostu nie mogłyby powstać oddolnie i organicznie.

Fascynują mnie więc politycy tacy, jak Eisenhower, Kennedy, Erlander, Kekkonnen, Adenauer czy De Gaulle, którzy potrafili takie wizje wprowadzić w życie. Z drugiej strony, fascynują mnie też przypadki „buntu gospodyń domowych”.

Największą słabością dzisiejszej demokracji (nie tylko w Polsce) jest to, że łączą wady OBU modeli. Nie mamy dziś polityków z wizją. Kto z tych szarych biurokratów w Brukseli i Strasburgu mógłby się porównywać do Adenauera czy De Gaulle’a?

Współczesny populizm też nie jest oddolny i organiczny. Kaczyński, Kukiz, Trump, Farage czy Orban nie działają na zasadzie „mobilizowania sąsiadów”. Mieszkają w odizolowanych rezydencjach, nie mieszają się z plebsem.

Niechaj więc wróci jakikolwiek model dwudziestowiecznej demokracji. Albo Moses, albo Jacobs. A najlepiej - oboje...

poniedziałek, 09 października 2017
Propaganda sukcesu

Niniejszym ogłaszam, że nowe książki Wosia („To nie jest kraj dla pracowników”) i Fejfera („Zawód”) są na tym blogu de rigueur. Wypada znać przynajmniej podstawowe tezy, mile widziana lektura całości.

Obie traktują o asymetrii w relacjach pracy z kapitałem. Dopełniają się, bo Wosia jest o ogólnych procesach, a Fejfera o ludziach, których te procesy dotknęły.

Czyli gatunkowo: Woś to publicystyka, Fejfer to reportaż. Notkę skupię na książce Fejfera - nie żeby Wosiowi czegoś brakowało (poświęciłem mu zresztą jeden z Piąteczków!), po prostu prywatnie uważam reportaż za Króla Form Dziennikarskich.

Na Fejfera zwróciłem uwagę jeszcze gdy nie wiedziałem, jak się nazywa. Byłem jednym z wczesnych fanów jego „Magazynu Porażka” - fejsbukowej parodii czasopism o sukcesie.

„Magazyn Porażka” serwował fikcyjne opowieści o ludziach porażki, trafnie parodiujące bełkot historii o ludziach sukcesu. „Rzucili pracę w korpo, żeby hodować topinambur i podróżować dookoła świata z małym dzieckiem”.

„Magazyn Porażka” dopowiadał dalszy ciąg tych historii, nasuwający się każdemu inteligentnemu człowikowi. „Topinambur zgnił, dziecko się pochorowało, rozwiedli się, ona wróciła z dzieckiem do mamy, a on poszedł w dragi, ostatnio widziano go w areszcie w Montevideo”.

„Zawód” Fejfera to właściwie to samo, ale na serio. To dziesięć reportaży o ludziach porażki.

Jak wiadomo, w polskich redakcjach nie ma instytucji „fact checkingu”. W stopce tej książki nie ma nawet redaktora.

Niektóre opowieści łatwo zweryfikować, na przykład historię współpracującej m.in. z serwisem gazeta.pl „dziennikarki Dominiki”. Niektóre, jak opowieść o Ance, która została prostytutką, mogą być zmyślone i nigdy się tego nie dowiemy. Jak z tą całą Polską Szkołą Reportażu - si non e' vero...

Nawet w wymarzonej socjaldemokratycznej Polsce, z premierem Zandbergiem i prezydentką Zawiszą, ludziom zdarzać się będą porażki. Bo choroba, bo rozwód, bo ciąża, bo Samo Życie.

Część bohaterów Fejfera wygląda na skazanych na reprodukcję porażek swoich rodziców. Najciekawsze są historie takich, jak Maria - bohaterka reportażu „Studencki Nobel” - która jako dwudziestolatka wydawała się wręcz skazana na sukces.

Wykończyło ich właśnie marzenie o sukcesie. Fejfer przeplata opowieść o Marii cytatami z przygłupiastych mówców motywacyjnych i ich „wyjdź ze strefy komfortu! ferrari na ciebie czeka! kto ci ukradł marzenia! czemu nie ciśniesz!”.

Młodzi ludzie słyszą to na każdym kroku. Media wciskają im opowieści o ludziach sukcesu, z których morał zazwyczaj jest taki, że każdy tak mógł, ty też! Mój ulubiony przykład to „Sebastian Kulczyk zdradza receptę na sukces”.

To wytwarza fałszywe wrażenie, że do sukcesu wystarczy tylko konsekwentnie „cisnąć”. Moja prywatna rada - rada kogoś, kto na starcie nie miał żadnych koneksji - jest taka, że w życiu trzeba wiedzieć właśnie kiedy PRZESTAĆ cisnąć, przegrupować się i wznowić natarcie zupełnie gdzie indziej.

To klasyczna zasada strategicznej ekonomii sił von Clausewitza. Atakować należy tam, gdzie się opłaca. Napieranie na rympał kończy się Stalingradem.

Maria jest dziś osaczona jak armia von Paulusa. Uparła się, że skoro studiowała psychologię, to musi pracować w tym zawodzie i już. Więc tkwi w call-center.

Nie obwiniam o to jej. Ten przekaz młodym ludziom wysyłają media, bo przy opowieściach o ludziach sukcesu można sprzedawać świetne reklamy, a i sami ludzie sukcesu je kupują w pakiecie z pochlebstwami na swój temat - „innowacyjny biznesmen radzi, jak dobrać wino do startupa”.

Wysyła go także szkoła. Jest w niej przedmiot „przedsiębiorczość”. Dzieciom wciskane jest tam przekonanie, że wszyscy powinni Zauszyć Firmę. W ten sposób z naszych podatków kapitalizm szkoli sobie tanią siłę roboczą.

Książka Fejfera jest na to dobrą odtrutką. Powinien ją przeczytać każdy młody człowiek. Ale zrozumienie problemów millenialsów przyda się też nam, starym zgredom, którym udało się jako tako ustawić.

Młody człowieku, pamiętaj: nie napieraj jak von Paulus za mirażem sukcesu, bo życie ci zrobi operację Uranus (uranus, eh heh heh). Nie wychodź ze strefy komfortu, o ile nie będziesz miał konkretnej oferty w innej, lepszej strefie komfortu.

Nie licz na to, że pracodawca doceni twoją pracowitość, lojalność i entuzjazm. Bądź stereotypowym „roszczeniowym milenialsem” z medialnych narzekań.

Autorzy tych narzekań nie są twoimi przyjaciółmi, oni chcą cię po prostu wykorzystać. Nie daj im się.

czwartek, 31 sierpnia 2017
Niech żyje dziennikarstwo partyjne

W najnowszym „Tygodniku Powszechnym” Dariusz Rosiak napisał esej, którego streszczeniem jest sam tytuł „Dziennikarz nie wiecuje”. Cenię sobie cnotę zwięzłości, nie rozumiem więc sensu pisania przez cztery strony tego, co się da wyrazić w trzech słowach.

Rosiak jej sobie nie ceni. Przez większość tekstu wyraża tę samą tezę, trochę innymi słowami. „Rezygnacja z utrzymania fundamentalnych standardów - wśród których brak partyjnego zaangażowania (...) są najważniejszymi, spycha nas w stronę państwa bez mediów”, „Obrona [zwalnianych dziennikarzy] jest prawdopodobnie jedynym powodem, dla którego dziennikarzowi wolno wyjść na ulicę”.

Et patati, et patata, ta myśl wraca jeszcze na kilka sposobów. Jak widać, Rosiak uważa bezpartyjność i niezaangażowanie za jeden z „fundamentalnych standardów”.

Kult dziennikarstwa niezaangażowanego i bezstronnego jest przedziwnym fenomenem III RP, prawdopodobnie wynikającym z tego, że większość ludzi uprawiających ten zawód nie interesuje się jego historią (zresztą, w ogóle większość ludzi nie interesuje się historią i pozwala sobie wciskać dowolny bałach, choćby z serii „Hitler był lewakiem”).

Rosiak powołuje się na przykład legendarnej bezstronności BBC, a także mediów amerykańskich i - dorzuconych tu nie wiadomo dlaczego - francuskich. Może zacznę od francuskich, bo ten przykład jest najdziwaczniejszy.

Czołowe francuskie gazety mają wyraźny profil polityczny. „Le Figaro” należy do powiązanego z centroprawicą biznesmena Serge’a Dassault. „Liberation” założyli Jean-Paul Sartre i Serge July (eks-maoista), żeby nowa lewica też miała swój dziennik, skoro stara ma „Le Monde”.

Francuskie gazety w wyborach regularnie opowiadają się za tym czy tamtym kandydatem prezydenckim (albo tą czy tamtą partią). Profil polityczny mają też programy radiowe i telewizyjne. Francuskie media są generalnie upolitycznione nie mniej od polskich - może nawet bardziej, bo tam mniej jest Rosiaków, którzy przeciw temu protestują.

BBC kiedyś było bezstronne z oczywistego powodu, ciotka Beeb miała nadany królewskim przywilejem monopol na radio i telewizję. Stąd fenomen „rozgłośni pirackich” i anglojęzycznego radia luksemburg - to była próba monetyzacji reklam radiowych z pominięciem monopolu BBC.

Bezstronność nie oznaczała jednak, jak to sobie wyobraża Rosiak, wymuszonej bezpartyjności jako „fundamentalnego standardu”. George Orwell był działaczem ILP (Independent Labour Party), a przecież współpracował z BBC. Nieco nowszym przykładem jest Sue Townsend, zawsze żarliwie wspierająca opcje lewicowe (zazwyczaj z pozycji „na lewo od Labour”).

Bezstronność oznaczała po prostu, że w BBC wypowiadali się zwolennicy różnych opcji, bo skoro rozgłośnia miała monopol, nie można było powiedzieć „a to sobie załóżcie własną stację”. To uzasadnienie bezstronności zanika z demonopolizacją i postępem technicznym.

Dobrze to widać na przykładzie USA. Tam nigdy nie było monopolu, ale ponieważ eter był ograniczony, w 1949 FCC uzależniało koncesję od tzw. „fairness doctrine”, zobowiązującą do przedstawiania sprawy z różnych punktów widzenia.

Ten wymóg stracił sens razem z telewizją kablową, radiem satelitarnym i cyfryzacją. Stąd w ostatnim ćwierćwieczu wysyp programów jawnie jednostronnych.

Ale nawet w złotych czasach „fairness doctrine” dziennikarze nie byli apolityczni. Przynajmniej nie ci przechodzący do historii.

Case in study: Norman Mailer. Popełnił chyba wszystkie grzechy z listy Rosiaka.

Był zarejestrowanym Demokratą. Uczestniczył w prawyborach, uczestniczył w kampaniach poszczególnych kandydatów. Uczestniczył w demonstracjach ulicznych, aresztowano go za protesty przeciwko wojnie w Wietnamie.

A tak poza tym pisał relacje z tych demonstracji i tych prawyborów. Dostawał za to różne nagrody, w tym tę ufundowaną przez Josepha Pulitzera (skądinąd działacza najpierw republikańskiego, potem demokratycznego).

Mógłbym mnożyć przykłady najwybitniejszych postaci z historii dziennikarstwa, które łączyły ten zawód z działalnością partyjną. Mieczysław Niedziałkowski, Jean Jaures, Egon Erwin Kisch...

Cenię sobie cnotę zwięzłości, więc powiem tylko, że gdyby media stosowały się do wykoncypowanych przez Rosiaka „fundamentalnych standardów”, nie byłoby w nich miejsca dla dziennikarzy klasy Orwella czy Mailera. Ostałby się ino Rosiak. 

piątek, 21 kwietnia 2017
Prośba o 1%

Adam to mój przyjaciel z dzieciństwa. Tak jak ja, należy do pokolenia niepowtarzalnych szans i niewyobrażalnych pokus. Kto z nas naprawdę chciał być bardzo bogaty, ten dziś jest. Adam świadomie i konsekwentnie odmawiał udziału w wyścigu szczurów.

Dwadzieścia parę lat temu, kiedy ja stawiałem pierwsze kroki w mediach, on został pielęgniarzem, bo chciał żyć dla dobra innych. Pracował w szpitalu na porodówce, miał więc mojego pierworodnego na rękach prędzej niż ja (to on mi go podał).

Kiedy na spotkaniach towarzyskich mówiliśmy o typowych problemach lemingów - raty kredytów, modele samochodów, gdzie w tym roku na wakacje, on reprezentował stoickie podejście. Wakacje zawsze w tym samym miejscu (Kąty Rybackie). Po co samochód, skoro Warszawa ma świetny transport publiczny. Imponował mi tym, często mówiłem, że nas wszystkich przeżyje.

Może jeszcze przeżyje, ale na razie ma najpoważniejszy problem z nas. Od lat pod jego czaszką narastała torbiel, która w końcu pękła, uszkadzając mózg. Prawdopodobnie od dawna cierpiał na migrenę, co ukrywał przed wszystkimi. Stoicyzm!

Adam ma sprawny hardware - rusza rękami i nogami, działają wszystkie zmysły, ale software mu wyczyściło. Nie całkiem: na przykład działają mu odruchu grzecznościowe, a więc wita się przez podanie ręki, zasłania usta gdy ziewa, reaguje na różne polecenia głosowe, ale tak poza tym czeka go długa rehabilitacja, zanim da się z nim pogadać o czołgach (był fanatykiem World of Tanks, takim jak z pasty o fanatyku).

Rehabilitacja kosztuje. Jego żona też jest pielęgniarką. Nie mieli większych oszczędności. Pomagamy im w swoim zakresie. Walka się toczy między innymi o to, żeby jego syn mógł skończyć studia, bo jak bieda ich przyciśnie, będzie musiał rzucić naukę, żeby zarabiać na rehabilitację ojca. Co byłoby w tym wszystkim straszliwą niesprawiedliwością...

Mój 1% idzie dla cioci Siwej, bo już to deklarowałem. Dzięki niej zresztą poznałem tę fundację. Na Adama wpłacę i tak. Ale gdyby ktoś szukał pomysłu na swój 1%, oto dane:

 

Fundacja Neuropozytywni, KRS 0000419065

Cel szczegółowy: Adam Piotr Dębiński 16 (ta szesnastka jest bardzo ważna).

 

Dziękuję każdemu.

wtorek, 18 kwietnia 2017
Testosteron

Uwaga: polecanka książkowa. Każdego bywalca tego bloga powinno interesować skrzyżowanie popularyzacji nauki z propagandą lewicowo-liberalnej cywilizacji śmierci. Idealnie spotykają się w nowej książce Cordelii Fine, „Testosterone Rex”.

Tytuł odnosi się do pewnego mitu, który jest wielki i potężny, każdy o nim słyszał. Ale z naukowego punktu widzenia jest martwy jak tyranozaur.

W Polsce ten mit spopularyzowały zwłaszcza komedie romantycznych Koneckiego i Saramonowicza. Chodzi mniej więcej o to, że mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus, bo mężczyźni mają Pewien Specjalny Hormon, za sprawą którego rywalizują, polują na mamuty i zajmują stanowiska kierownicze.

Poza wersją popkulturową, to ma jeszcze wersję popnaukową. Zazwyczaj lansują ją entuzjaści psychologii ewolucyjnej: w wersji psychoewo podobno potwierdza to Nauka swoją naukowością.

Już chyba z 10 lat temu Lisa Wade swoją metaanalizę tekstów o różnicach między tak zwanym „mózgiem męskim” i „mózgiem kobiecym” podsumowała bon motem, że nauka daje najwyżej podstawy do tezy, że mężczyźni są z Dakoty Południowej, a kobiety z Dakoty Północnej. Owszem, są jakieś tam różnice, ale tak malutkie, że nawet nie wiadomo, na ile w ogóle nie są szumem statystycznym. Tak naprawdę samce i samice homo sapiens są do siebie wręcz zdumiewająco podobne, nawet na tle innych naczelnych (nie mówiąc już o innych kręgowcach).

Kiedy prawica skanduje „chłopak, dziewczyna, normalna rodzina”, odwołuje się do pewnego ideału „normalności”, który badacze nazywają „rodziną nuklearną”. To stosunkowo nowy model, które pojawiło się dopiero razem z rewolucją przemysłową.

W innych kulturach, ale także w naszej kulturze 400 lat temu, panowały inne modele. Małżeństwa aranżowane, małżeństwa na próbę, prawo pierwszej nocy, poliandria, poligamia, matriarchat - i każda z tych kultur uważa swój model za „naturalny”, a inne za wynaturzenia.

Różnorodność modeli prokreacji w różnych grupach homo sapiens jest tak duża, jak gdzie indziej między gatunkami. Ludzkie niemowlę przychodząc na świat, nie wie, czy urodziło się w patriarchacie czy w matriarchacie, ale w procesie socjalizacji przeważnie uczy się dostosować do danego zestawu norm - tę zdolność Cordelia Fine uważa za naszą najciekawszą cechę.

Wynika z tego ciekawy wniosek dla feministek i feministów. Postulaty przekształcania społeczeństwa w kierunku większej równości nie są postulatami zastąpienia „czymś sztucznym” „czegoś naturalnego”. Wszystkie te modele są równie sztuczne i zarazem równie naturalne, bo unikalną istotą ludzkiej natury jest łatwość dostosowania do nowego modelu. A poza tym wszystko już gdzieś kiedyś było.

To książka stronnicza. Nie robię z tego zarzutu, stwierdzam fakt. Kto szuka bezstronnych metaanaliz, ten może sięgnąć choćby po inne prace tej samej autorki.

Polemiczny zadzior sprawia za to, że tę książkę się świetnie czyta. Autorka w rozdziale wstępnym opisuje na przykład różne warianty mitu o testosteronie, opatrując je swoim komentarzem.

I tak cytuje psychologa Gijsberta Stroeta z Glasgow, który niski odsetek kobiet w matematyce i inżynierii wyjaśniał tym, że „w epoce kamiennej mężczyźni polowali, a kobiety opiekowały się dziećmi”.

„Praca żadnego ze znanych mi matematyków ani inżynierów nie kojarzy mi się z jaskiniowcem goniącym z włócznią dziką świnię, ale może w Glasgow sprawy wyglądają inaczej” - odpowiada Cordelia Fine.

Co do meritum, jej tezy w skrócie wyglądają tak. Badania, na które powołują się zwolennicy psychologii ewolucyjnej, przeważnie mają słabe podstawy metodologiczne - badano niewielką grupę, w dodatku jednolitą pod względem etnospołecznym (jak wiadomo, psychologia to nauka polegająca na badaniu studentów psychologii).

Im rzetelniejsze badanie (większa próbka, większe zróżnicowanie badanych itd.), tym mniej widać różnic między płciami. Problem polega na tym, że w patriarchalnej kulturze badania potwierdzające stereotypy będą częściej powtarzane w debacie publicznej, bo wszyscy lubimy czytać to, co potwierdza nasze przesądy i uprzedzenia.

Żeby jednak ten problem w ogóle zrozumieć, trzeba znać takie pojęcia, jak „metaanaliza”, albo z grubsza orientować się w statystycznej analizie danych. To oczywiście na dzień dobry odsiewa wszystkich polskich prawicowych publicystów, dlatego nie liczyłbym na rzetelną debatę w naszym pięknym języku ojczystym.

środa, 15 lutego 2017
Szosa na Zaleszczyki

Lubię taki smutny szmonces, który już tu być może opowiadałem, że pan Żółtko przychodzi do biura podróży i szuka kraju do emigracji. Sprzedawca pokazuje mu mapę Europy, ale pan Żółtko kręci nosem. Wszędzie prześladują Żydów.

Sprzedawca w końcu podsuwa mu globus. Pan Żółtko patrzy, patrzy i w końcu pyta „a nie masz pan innego globusa”?

Pod poprzednią notką kolega Wurman poruszył bardzo istotną kwestię. Że jeśli ktoś rozważa emigrację, to chyba nadszedł już czas.

To od lat jest ważne pytanie dla mieszkańców tego nieszczęsnego skrawka Europy położonego wzdłuż uskoku tektonicznego linii Ribbentrop-Mołotow. Wielu ludzi zginęło tu tylko dlatego, że odwlekali decyzję o emigracji, mimo że #byłyznaki.

Przypuszczam, że Stanisław Lem miał żal do ojca o to, że zostali we Lwowie - zamiast jak kuzyn Hemar pognać szosą na Zaleszczyki, póki jeszcze się dało. Doskonale te zaszyfrowane aluzje odczytała Agnieszka Gajewska, piszę też o tym w swojej książce.

Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem postawę Samuela Lema. Łatwo myśleć o emigracji, kiedy się nie ma nic do stracenia, ale drobnomieszczanin w średnim wieku przeważnie już ma jakąś tam pozycję, jakąś tam nieruchomość, jakieś tam więzi rodzinne.

Rzucić to wszystko i wylądować gdzieś w roli gołodupca? To nie jest łatwa decyzja. A poza tym: dokąd emigrować? Globus wygląda coraz gorzej.

Załóżmy, że priorytetem jest to, żeby mieszkać w kraju przyjaznym dla średniej klasy średniej. A więc: obyczajowa tolerancja, swobody obywatelskie, w miarę swobodna możliwość spacerowania po zmroku.

Ciągle jeszcze tak można mówić o Unii Europejskiej, nawet o Polsce (pomijając pojedyncze no-go zones, takie jak blokowiska mojego dzieciństwa). W coraz mniejszym stopniu można tak mówić o Stanach.

Wszędzie jednak będzie coraz gorzej. Trump jest nie mniej przerażający od Kaczyńskiego. We Francji na horyzoncie prezydentura Le Pen. W Niemczech - wygrana AfD.
Nowa Zelandia i Kanada wydają nam się liberalnymi rajami podobno tylko dlatego, że tam nie bywamy. Australia nawet nigdy się nim nie wydawała.

Są oczywiście te wszystkie sympatyczne enklawy na Pacyfiku czy Karaibach, ale jak się zacznie - czyli na przykład kiedy Trump sprowokuje wojnę z Chinami - skończą jak Singapur w 1942. Tam dopiero będzie rzeź!

Afrykę skreślam w całości jako kontynent. Amerykę Łacińską kiedyś też skreślałem, ale na tle ogólnego całokształtu nie wygląda tak źle.

Przepraszam, drodzy komcionauci, ja nie przedstawię swojej odpowiedzi. Ja po prostu niestety zostaję. Zakończę więc blogonotkę klasycznym pytaniem social media mavena sprzed 10 lat, ale ja je zadam szczerze - A WY JAK MYŚLICIE?

niedziela, 25 września 2016
Medium przygnębiająco publiczne

Mam nadzieję, że nie mam znajomych broniących tzw. „eksperymentu społecznego”, którym w portalu Medium Publiczne chwalił się redaktor naczelny tego serwisu, Rafał Betlejewski. To było tak obrzydliwe, że nie wyobrażam sobie obrony (caveat komciur!).

Spory toczące się w moim społecznościowym bąbelku wyglądają jednak mniej więcej tak: czy ocena Betlejewskiego przekłada się na ocenę samego Medium Publicznego? Moi znajomi czekali dziś na reakcję „rady fundakcji”, która miała nastąpić „koło południa”.

Nie doczekali się. Zamiast tego, pokazała się niby-polemika prof. Moniki Płatek, łagodna niczym bryza w St Tropez:

Mam nadzieję, że TTV i Rafał Betlejewski odszuka ludzi, których poddano poniżającemu i nieludzkiemu traktowaniu. Nie wystarczy przeproszenie. Trzeba to naprawić. Poszukajcie z kamerą szansy dla nich w Radomiu. Znajdźcie dobre prace; zacznijcie zmieniać otoczenie (...) Ludzie popełniają pomyłki. TTV i Rafał Betlejewski popełnili błąd. Nie wiem dlaczego Rafał Betlejewski nie pokazał ‘fucka’ wiem, że stać go, by to naprawić. Wróćcie do nas z reportażem o pracy, którą znaleźli Wasi bohaterowie – dobrej i zgodnej z prawem, nawet gdybyście mieli założyć filię TTV w Radomiu i wszystkich ich tam na godnych warunkach zatrudnić

To takie dobrotoliwe grożenie paluszkiem. Ej ti ti, lafałku niedobli. Cała ta polemika zasługuje tylko na powtarzanie w kółko: a zakład, że nie?

Nie naprawią. Nie poszukają. Nie założą. O co zakład?

To nie jest pierwszy taki wybryk Betlejewskiego. Nie wiedzieć czemu, on zawsze znajdzie sobie kolejne medium, w którym go przyjmą z niezasłużonymi honorami.

Należę do grupy dziennikarzy, którzy wołają do różnych środowisk o samooczyszczenie. Dopóki prawnicy nie będą widzieć żadnego problemu w nieetycznych zachowaniach swoich luminarzy („ta stusześdziesięcioletnia pani tu weszła w tym kożuchu i w nim wychodzi, a ja jestem jej pełnomocnikiem w reprywatyzacji”), dopóty wyborcy z radością będą przyklaskiwać rozprawie Kaczyńskiego z sędziami, adwokatami i prokuratorami. Dopóki lekarze zachowywać się będą jak klub samopoparcia, dopóty Ziobro będzie idolem.

To samo dotyczy nas, mediów. Nie możemy tolerować Betlejewskich. Nie możemy im wybaczać takich numerów.

Tekst Moniki Płatek opatrzony jest, ma się rozumieć, linkiem: „Przeczytaj tekst Betlejewskiego”. Po nim ukazał się następujący tekst Betlejewskiego, z tekstem „Może zobaczcie ten program? Ciekaw jestem, czy osądzicie mnie tak surowo jak w swoich komentarzach”.

To wszystko (niby-polemika Płatek, łże-przeprosiny Betlejewskiego) dalej służy napędzania klikalności i oglądalności jego programu. Między innymi dlatego ja już nie przytaczam tu żadnych linków do Medium Publicznego.

Skoro się nie odcięli od tego plugastwa, to biorą na siebie odpowiedzialność. A skoro tak, to mam nadzieję, że jakaś kancelaria prawna wystąpi pro bono w imieniu poszkodowanych i wytoczy pozew o naruszenie dóbr osobistych przeciwko TTV, Medium Publicznemu i Betlejewskiemu personalnie.

To nieprawda, że Medium Publiczne nie ma żadnego majątku. Niniejszym deklaruję, że jeśli ta domena trafi na aukcję, zapłącę stówę za samo kupienie jej celem zawieszenia tam niniejszej blogonotki - jeśli wpływy trafią na zadośćuczynienie dla ofiar „eksperymentu”. Ale jestem pewien, że ktoś tę stówę przelicytuje.

Dlaczego? Bo szczególnie wkurza mnie dopisek samego Betlejewskiego:

Ani sam eksperyment, ani program Betlejewski Prowokacje nie ma nic wspólnego z Medium Publicznym. Opisuję tu swoje doświadczenia jako prowadzący program w TTV a nie redaktor naczelny #MP. Proszę tych dwóch spraw nie mylić.

Let me get this straight. Redaktor naczelny serwisu tak po prostu zamieścił w tym serwisie swój tekst. I nie należy, ach nie należy, oceniać tego serwisu po tym, jakie teksty zamieszcza w nim jego redaktor naczelny

Do znajomych, którzy tam się produkują, mam jedno pytanie: po co. Po prostu, po co.

Czy wy nie macie za dużo lat, żeby się nabierać na hasło „ja tu tylko jestem redaktorem naczelnym, ja za nic nie odpowiadam, proszę mnie nie łączyć z serwisem, którym kieruję”?

poniedziałek, 05 września 2016
Wiwat różnorodność!

Kiedy pisałem, że interesuje mnie stanowisko prawicy w kwestii uchodźców, byłem szczery - choć oczywiście zabanowałem prawicowych komcionautów, którzy przypełźli ze swoim bełkotliwym rasizmem. W Polsce prawicowość łączy się z książkowstrętem - banowałem ich za brak argumentów, nie za poglądy.

Żeby je poznać, wydałem w końcu w w londyńskiej księgarni dziesięć funtów. Oto zapowiadana notka na temat „Diversity Illusion” Eda Westa.

Najbardziej - obviously! - podoba mi się ten fragment, w którym West potwierdza to, co ja pisałem w notce o uchodźcach. Nie było czegoś takiego, jak w majaczeniu polskiej prawicy: że lewackie rządy Zachodu sprowadziły migrantów z innych kontynentów kierując się jakąś utopijną ideologią.

W przypadku Wysp Brytyjskich zaczęło się od tego, że Kanada 1 stycznia 1947 wprowadziła własne obywatelstwo. Zmusiło to Brytyjczyków do prawnego zdefiniowania swojego (przedtem formalnie wszyscy byli w jednym Commonwealth).

Ustawa o obywatelstwie z 1948 przyjmowała definicję tak szeroką, że mogli się na nią załapać mieszkańcy kolonii. To nie było intencjonalne (West to szerzej argumentuje, ja już tylko przytaczam za nim).

Kiedy pierwsi migranci w Jamajki przypłynęli 24 maja 1948 na pokładzie MS Windrush, pojawiały w parlamencie się głosy krytyczne, ale Arthur Creech Jones, sekretarz do spraw kolonii odpowiedział: „ci ludzie mają brytyjskie paszporty, więc nie można ich nie wpuścić - ale nie wytrzymają tutaj jednej zimy”.

Masowa migracja była niezamierzonym skutkiem ubocznym decyzji podejmowanych z innych przyczyn, w innym celu. I mogę się też zgodzić, że w czasach New Labour doszedł dodatkowy czynnik: nadzieja na roztapianie elektoratu torysów. Oślizgły cynik taki jak Alastair Campbell z pewnością uwzględniał to w rachubach.

Skoro nie było czegoś takiego, jak „ideologia imigracji”, to z czym polemizuje West? Z przekonaniem, że różnorodność (diversity) sama w sobie jest dobra.

To prawda. Rzeczywiście, ja też jestem o tym przekonany i staram się to na różny sposób wcielać w życie.

Tematy moich „Piąteczków” są takie, że do prawie każdej audycji pasowaliby mi jako goście Bendyk, Śmiałkowski, Lipszyc i Krzyżaniak (w różnych konfiguracjach). Czyli starsi panowie z brzuszkami, tacy jak ja.

Staram się jednak, żeby - poza tą zacną grupą - przychodzili do mnie goście z trochę innej bajki, bo jestem głęboko przekonany, że brak różnorodności kończy się monotonią. Są audycje radiowe, w których od razu słychać, że wszyscy w studiu się dobrze znają, są z tego samego pokolenia, pochodzą z tej samej grupy społecznej. Efektem jest NUUUUUUUDA.

Mówiąc tak, wpadam w rozumowanie, z którego West szydzi jako z „ideologii sushizmu”. Faktycznie, nie jestem tu bez winy, w pierwszym odruchu często jako zaletę wieloetniczności wymieniam knajpy z kimchi czy yakitori.

Nuda jeszcze nie jest najgorsza, twierdzi West i rzuca celnym argumentem, że zwolennicy „różnorodności” wcale nie chcą w praktyce mieszkać w dzielnicach miast, które sami nazywają „vibrant” (eufemizm na wieloetniczność), tylko w monoetnicznych przedmieściach. Jego książka jest głosem protestu przeciwko zaniedbywaniu problemów ludzi, którzy mieszkają w takiej „wibrującej” dzielnicy, a właśnie marzy im się zaciszny domek na osiedlu ze szlabanem.

Akceptuję ten argument. Wcale nie uważam, że władze powinny ignorować protesty mieszkańców „wibrujących” dzielnic. W sporach typu „integracja czy wielokulturowosć” jestem za integracją - uważam, że dalekosiężnym celem nie powinno być pielęgnowanie przez przybyszów własnej odrębności, tylko stopniowe asymilowanie ich w społeczeństwie duńskim czy francuskim.

To za mało na książkę, więc West rozwija swoją krytykę „różnorodności” na wielu płaszczyznach. I tutaj go ciągle przyłapuję na nonsequiturach.

Parę razy West porusza tematy, na których się jako tako znam. Twierdzi na przykład, że idea swobody przemieszczania się jest sztucznym tworem, który pojawił się po drugiej wojnie światowej w reakcji na nazizm.

Jest odwrotnie: idea jest stara jak świat, ograniczenia pojawiły się sztucznie po pierwszej wojnie światowej - do dziś nie odzyskaliśmy takiej swobody, jak w 1913. Szerzej opisuję to w felietonie.

Odrzucając argument, że „różnorodność” przyczyniła się do rozkwitu amerykańskiej popkultury twierdzi, że chociaż nie można zaprzeczyć, że dochodziło do wzajemnej wymiany inspiracji w wielokącie jazz/blues/rock/hiphop, to jednak dochodziło do niej bez bezpośredniego kontaktu - przez radio i przez płyty winylowe. To także nieprawda.

Czytałem o tym dużo książek, napisałem ze dwie. Sporo też tego na blogu, np. tu i tu. Otóż te relacje wymagały ciągłego bezpośredniego kontaktu.

W udramatyzowany sposób pokazuje to serial „Vinyl” (opowiadający historię fikcyjną, ale nieoderwaną od rzeczywistości). Delta Missisipi i biegnąca aż do kanadyjskiej granicy droga 61 była miejscem, na którym ciągle spotykali się muzycy o różnych odcieniach skóry, a także Żydzi (Dylan!) i Romowie (Django!).

Uczyli się nawzajem riffów i kręcenia biodrami, częstowali się skrętami i odpisywali od siebie teksty. Tak powstała kultura, która podbiła cały świat.

Przyłapawszy Westa na ściemie w sprawach, na których się znam, bardzo nieufnie podchodzę do reszty jego argumentów. Tym bardziej, że mam na nie potężny kontrargument, w postaci kraju, o którym West chyba nigdy nie słyszał: Polski.

West obwinia imigrację o wzrost nietolerancji (bo tak naprawdę zaczynasz nienawidzieć Obcego dopiero jak jest twoim sąsiadem), przestępczości (bo styk kultur generuje ekscesy), spadek spoistości społecznej (bo weź tu się spajaj z Obcym) a nawet wyborcze sukcesy neoliberałów (bo podatki to można ewentualnie płacić na swoich, nie na Obcych).

Gdyby nie imigracja, Anglia mogłaby się stać jakimś utopijnym rajem egalitaryzmu, jak w powojennych wizjach Labour Party. I dałbym się może Westowi nabrać, gdyby nie Polska.

Polska dowodzi, że może istnieć antysemityzm bez Żydów i islamofobia bez muzułmanów. Spytaj się Typowego Seby w koszulce „red is bad”, czy nienawidzi Żydów i „ciapatych” - odpowie że tak. Spytaj, czy jakichś zna osobiście - odpowie że nie.

Ze spoistością jest u nas fatalnie, neoliberałowie rządzą nieprzerwanie od 1989. Z przestępczością też niewesoło. A w dodatku niestety nie mamy takiej obfitości etnicznych knajp, jak w Londynie - ani takiej popkultury, jak w Ameryce.

Polska to potężny argument za różnorodnością. Typowy Seba ma na koszulce husarów - to właśnie staropolskie multikulti. Podobnie jak Kopernik, Szopen i Mickiewicz. Krajem jednolitym etnicznie staliśmy się z winy Stalina i Hitlera. I czy naprawdę mamy dzięki temu lepszą spoistość społeczną?

poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Dziesięć lat wsród kurdli i ośmiołów

Pierwszy sierpnia to dla mnie osobista rocznica (jeśli ktoś chce poznać mój lewacki punkt widzenia na Powstanie Warszawskie, oto link do starej notki; nie będę się powtarzać). Dziesięć lat temu zacząłem blogować, pozwolę sobie więc dzisiaj na odrobinę nostalgii.

To była ta zupełnie pierwsza notka - wyjaśniająca, dlaczego chcę mieć zielono na czarnym. Wszystko to już jest deczko nieaktualne, wersja mobilna i tzw. „nowy blox” i tak olewają kustomowe ustawienia.

Usilne ich lansowanie przez Agorę sugeruje, że - in the immortal words of Colargol - już najwyższy czas opuścić ten las. Blogi umierają, wszystko przechwyciły Twitter z Fejsem.

Myślałem nawet, że dziesiąta rocznica będzie fajnym momentem na Pożegnanie z Czytelnikami. Ale blogów się tak raczej nie zamyka. Po prostu człowiek w pewnym momencie odkrywa, jak parę lat temu zrobił to pewien wybitny szczeciński prozaik, że już mu się nie chce...

EDIT: holi muddafakkin krap, blog MRW się poruszył 10 dni temu! It's alive!

No więc jednak jeszcze nie dziś. Sorki. Acz dużo tu zależy od tego, ile czego mi się będzie chcieć w nadchodzących miesiącach.

Zdecydowałem się na blogowanie za poprzedniego Kaczyńskiego. Czułem się wtedy równie bezsilny, jak dziś. To mnie motywowało: „przynajmniej ich na blogu obśmieję!”.

Wtedy również prawica była potęgą w Internecie, zwłaszcza na forach i blogach Agory. Najstarsi komcionauci pamiętają te obawy, że kiedyś mojego bloga w końcu odkryją Galba i Kataryna i się tu zalęgną w komentarzach.

Też się tego bałem, więc nieustannie czuwałem z plonkownicą. I zgrabny kopenwdupen, którym ich oboje stąd wykatapultowałem, do dzisiaj uważam za jeden z najfajniejszych momentów z dziejów bloga.

Poza tym - pojadę banałem - strasznie dużo się wydarzyło w moim życiu. Kiedy zaczynałem, miałem jedną rozgrzebaną książkę i właściwie już od pierwszej notki najbardziej nie mogłem się doczekać tej najważniejszej (wtedy dla mnie), która okazała się mieć tylko jedno zdanie!

Tysiąc lat później nie byłbym w stanie tak z marszu powiedzieć, ile tych książek już napisałem. To ciągle jeszcze (chyba) da się policzyć na palcach, ale musiałbym liczyć. Plus zapytać, czy liczą się akcje typu Book Rage.

Najbardziej w tych książkach żal mi Błędu Życiowego, za sprawą którego z Dobrze Się Zapowiadającego Autora Książek Podrożniczych przekwalifikowałem się na autora kolejnych tomów z serii „Zagrzebany w kwerendzie”. Nawet jak dostałem zamówienie na powieść, to jak ostatni idiota wymyśliłem se pomysł wymagający intensywnego riserczu.

Dziesięć lat temu czułem się może nie aż od razu młody, ale przynajmniej spoglądałem w przyszłość z optymizmem. Wydawało mi się, że najciekawsze jeszcze przede mną.

Przez te dziesięć lat faktycznie dużo się wydarzyło. W życiu bym na przykład w 2006 nie przewidział, że w 2012 zostanę działaczem związkowym Acz to jest mniej ekscytujące, niż sobie wyobrażacie: polega głównie na pisaniu pism typu „zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia...”. A największe sukcesy to wyszarpanie paru tysięcy dla paruset osób oraz paru stów dla paru tysięcy osób.

O tym, co mnie czeka przez następne 10 lat, myślę już wyłącznie ze strachem. Zero nadziei. Lepiej już było.

I ten osobisty, egzystencjalny pesymizm przekłada się na moje postrzeganie spraw publicznych. W 2006 wszystko było takie proste - Unia jako najwspanialsze imperium w dziejach Europy, NATO jako sojusz, któremu nikt nie podskoczy!

Niech Cthulhu ma nas w swojej opiece wobec tego, co mi i Wam szykują nadchodzące lata.

czwartek, 10 września 2015
Zwyczajni ludzie z drągami

W ramach pewnego riserczu czytam ostatnio dużo o przebiegu Holokaustu na wschód od linii Ribbentrop-Mołotow. W pierwszych dniach planu Barbarossa wzdłuż całego tego pasa ziemi miały miejsce pogromy żydowskie, które Niemcy chętnie dokumentowali, robiąc zdjęcia i kręcąc filmy.

Te filmy są naprawdę przerażające, jeśli ktoś tego nie oglądał, to serdecznie odradzam. Uderzyło mnie w nich coś, czego nie widać z książek - że uczestnikami tych pogromów są po prostu tak zwani zwyczajni ludzie.

Lwów jeszcze dwa lata wcześniej był przecież normalnym, tętniącym życiem miastem. Matematycy w kawiarniach rozwiązywali tam na serwetkach równania. Lekarze dokonywali pionierskich operacji. Poeci uwodzili poetessy.

Miasto uniknęło większych zniszczeń w 1939 i w 1941. Na tych zdjęciach ulice wyglądają normalnie. I ludzie też wyglądają normalnie - są ogoleni, dobrze ubrani, czasem nawet pod krawatem. Ot, zwyczajni mieszkańcy zwyczajnego miasta.

I ci zwyczajni ludzie mordują drągami, łomami, kamieniami swoich sąsiadów. Dla rozrywki z kobiet zdzierają przedtem ubrania. Ich ofiary próbują przemówić oprawcom do sumienia, błagają o litość, gestykulują - odpowiedzią są kolejne ciosy.

Chcielibyśmy o takich ludziach mówić „wyrostki”, „zwyrodnialcy”, „margines społeczny”. Podświadomie wyobrażamy ich sobie jako tłum statystów z filmu „Pokłosie”, niechlujnych i obskurnych.

Ale nie, to zacni mieszczanie. Dwa lata wcześniej zapewne gdy mijali się na promenadzie ze swoimi przyszłymi ofiarami, wymieniali uprzejme skinienie kapelusza.

Jak człowiek może się zmienić w taką bestię? Myślę, że przedsmak daje nam obecna pyskusja na temat uchodźców, kiedy nagle zwyczajni ludzie o zwyczajnych profilach jadą tekstami otwarcie nazistowskimi.

„Nie jesteśmy żadnymi rasistami, martwimy się tylko o przyszłość naszych rodzin, dla których ta kolonizująca nasz dzicz stanowi oczywiste zagrożenie” - oburzają się i uzasadniają tezę o zagrożeniu: że oto tajemniczy Bulonis Kamil ujawnił przemilczany przez wszystkie media atak uchodźców na autokar, a tutaj znowu kanapki leżą w koszu.

Otóż dokładnie to samo powiedzieliby ci zwyczajni ludzie z drągami, uchwyceni przez kronikę Wehrmachtu. I to samo powiedzieliby (a nawet mówią) bohaterowie książki Katarzyny Surmiak o Ku-Klux-Klanie: "My się tylko bronimy! To my jesteśmy ofiarami!”

Bezpośrednim powodem pogromu w Lwowie było ujawnienie morderstwa popełnionego przez NKWD na więźniach m.in. Brygidek. Skoro NKWD, to znaczy że Żydzi - a to, że osoby pochodzenia żydowskiego również były na liście ofiar miało dla uczestników pogromu dokładnie takie same znaczenie, jak dla polskich ksenofobów to, że ofiarami ISIS padają głównie muzułmanie.

Podstawą nowożytnego antysemityzmu była „Protokoły Mędrców Syjonu” - carska fałszywka, mająca w naiwnym czytelniku wyrazić przeświadczenie, że istnieje jakiś Tajny Ośrodek Władzy Żydowskiej, którego polecenia spełniają wszyscy, od ortodoksów w chałatach po tych (pozornie!) zasymilizowanych Leśmianów i Tuwimów.

Internet znakomicie ułatwia tworzenie takich fejków, więc już po fejsie latają niezliczone teksty typu „europejski muzułmanin mówi, jak jest: to inwazja !!!”. I faktycznie, coraz więcej ludzi wierzy w to, że istnieje jakiś Tajny Sztab ds Kolonizowania Świata Przez Islam, którego polecenia spełniają wszyscy muzułmanie od Indonezji po Maroko.

Co tkwiło w głowie lwowskiego mieszczanina, zatłukującego drągiem swojego sąsiada Henryka Heschelesa (brata Mariana Hemara)? Moim zdaniem, tkwiło tam irracjonalne przekonanie, że Hescheles w jakiś mistyczny sposób ponosi współodpowiedzialność za zbrodnie Stalina.

To samo jest w głowie polskiego mieszczanina, cieszącego się ze śmierci imigrantów, którzy się udusili w ciężarówce. Przekonanie, że oni są współodpowiedzialni za zbrodnie ISIS, bo to pewnie też muzułmanie, a więc wszyscy razem wykonują rozkazy Tajnego Sztabu ds Inwazji.

Latające po fejsie dowody na inwazję, typu „Bulonis Kamil mówi jak jest, a poza tym w Szwecji jest najwięcej gwałtów”, są dokładnie tej samej klasy, jakimi antysemita uzasadniałby współodpowiedzialność rodziny Hemara za zbrodnie Stalina. Bo „prawdziwe nazwisko”, bo „nasze kamienice”, bo „protokoły Syjonu”.

Kiedyś porównywałem Internet do „wielkiego zderzacza głupoty”, bo działa jak akcelerator, rozpędzający mitomańskie produkty Bulonisów Kamilów i zderzające je z równie kretyńskimi „listami od anonimowego muzułmanina”. Chciwość korporacji, które na tych bzdurach zarabiają, wszystkich nas w końcu załatwi.

środa, 05 sierpnia 2015
Polecam poczytać Miecika

Sezon na słoneczniki” Igora Miecika to pierwsza książka reporterska, jaką czytałem o konflikcie ukraińskim. To może sprawiać, że inne reportaże oceniam stronniczo, bo czasami tak bywa, że bez względu na to, co potem inni pisali o Angoli, najlepszy i tak się wydaje Kapuściński.

Mogę też być stronniczy, bo to autor „Gazety Wyborczej”, ale powiedzmy sobie szczerze, jakie jeszcze gazety zatrudniają bona fide reporterów. Te pojedyncze nazwiska z „Newsweeka” czy „Polityki” to przecież i tak będą moi koledzy z korpo.

Zaliczywszy więc już full disclosure o możliwych konfliktach interesów: polecam poczytać Miecika każdemu, kto szuka książki wyjaśniającej, o co w ogóle chodzi z tą całą Ukrainą. Zaletą tej książki jest to, że narracja nie zaczyna się tam od wczoraj.

Nie jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto patrzy na zrujnowane lotnisko czy zielone ludziki terroryzujące małe miasteczko i zastanawia się, jak mogło do tego dojść. Odwrotnie: jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto obserwował te mechanizmy od dawna i nie zaskoczyło go to, że w końcu wymknęły się spod kontroli.

Matka Miecika miała dwie siostry. Wszystkie przyszły na świat w Donbasie, ale jedna wyrosła na Rosjankę, druga na Ukrainkę. Matka zaś dostała zezwolenie na przeniesienie się do PRL; stąd Miecik.

Gdy czytam o tych przerażających miejscach typu Słowiańsk czy Kramatorsk, nie mogę się powstrzymać przed pytaniem, dlaczego tam w ogóle ktoś mieszka. Czy czytam powieść Serhija Żadana czy jakiś polski reportaż, wyobrażam sobie te miejsca jako piekło, z którego warto uciekać na każdy sposób.

Chyba już lepiej pracować na czarno w Polsce niż na legalu w Doniecku. W Polsce słabo, ale jednak płacą, w Doniecku od lat pensja jest pojęciem abstrakcyjnym.

Miecik wyjaśnia to dwojako. Po pierwsze: owszem, znaczna część uciekła. Jego książka ma strukturę wyprawy do jądra ciemności, miasteczka Konstantynówka, przedstawionego tu jako typowe wyludnione miasto-widmo Donbasu.

W dzieciństwie Miecik jeździł tam na wakacje, do babci. Wtedy Konstantynówka wydawała mu się całkiem normalna. Przed wyjazdem mama dała mu klucze do mieszkania po swojej siostrze. Nadaje to całej książce ciekawą, osobistą kompozycję: narrator jedzie przez wojenną Ukrainę w poszukiwaniu własnych korzeni. A skąd jego rodzina wzięła się w Donbasie? A no właśnie stąd, że nikt tam nie chciał mieszkać.

Jego dziadek do 1941 cieszył się dostatnim, inteligenckim życiem jako dyrektor szkoły w Kałudze. Zmobilizowany na początku Barbarossy, dostał się do niemieckiej niewoli.

Uwolniono go, ale w stalinizmie samo dostanie się do niewoli traktowano jak zdradę. Dziadka skierowano do oddziału karnego, został ciężko ranny. Po wojnie w swojej dawnej szkole mógł pracować już tylko jako woźny.

Chyba że... chyba że zgodziłby się przyjąć pracę w jednym z tych miejsc, w których nikt nie chce mieszkać. Workuta, Norylsk, Donbas?

Do wyboru, do koloru (skażeń w powietrza). Dziadek wybrał Konstantynowkę, której kolorem są rdzawe związki żelaza z okołokopalnianych hałd. I stąd cel podróży Miecika.

Nie jechał przez Ukrainę jako dziennikarz z Polski. Przeważnie ukrywał tożsamość. Jako osoba praktycznie dwujęzyczna, udawał „swojego”, który długo przebywał w Rosji i dlatego podłapał dziwny akcent.

Przez to jego książka jest wyjątkowo interesująca, bo pokazuje Ukrainę nie jako kraj egzotyczny i niepojęty, tylko przeciwnie, jako aż nadto zrozumiały. U nich wszystko było prawie takie jak u nas, tylko proporcje inne.

Mamy w Polsce tendencję do retoryki typu „Polska w ruinie”. Sam miewam do tego skłonność - może nie napiszę czegoś w stylu „rządzą nami aferzyści”, ale pewnie zalajkuję coś takiego na fejsie.

Z reportaży Miecika wyłania się obraz kraju bardzo podobnego do naszego, który jednak po prostu w klasie politycznej miał więcej Sławków Nowaków, a mniej Mazowieckich. W biznesie miał więcej prywatyzacyjnych oligarchów i czyścicieli kamienic, a mniej entrepreneurów budujących firmę od zera.

Polska w „Psach” Pasikowskiego wygląda jak Ukraina. Ćwierć wieku temu w przyszłość spoglądaliśmy ze strachem.

Mój ulubiony przykład to wizje Polski w XXI wieku z ówczesnej fantastyki. Od Sapkowskiego po Ziemkiewicza wyglądało to bardzo podobnie: lej po bombie, powtórka z września, powtórka z rozbiorów.

Że nie staliśmy się Ukrainą, to nie brzmi jak jakieś wielkie osiągnięcie. Tego się nie da wyryć na spiżowym pomniku. Ale jednak książka Miecika zmusza, by to docenić. Było całkiem blisko...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13