Ekskursje w dyskursie
środa, 15 lutego 2017
Szosa na Zaleszczyki

Lubię taki smutny szmonces, który już tu być może opowiadałem, że pan Żółtko przychodzi do biura podróży i szuka kraju do emigracji. Sprzedawca pokazuje mu mapę Europy, ale pan Żółtko kręci nosem. Wszędzie prześladują Żydów.

Sprzedawca w końcu podsuwa mu globus. Pan Żółtko patrzy, patrzy i w końcu pyta „a nie masz pan innego globusa”?

Pod poprzednią notką kolega Wurman poruszył bardzo istotną kwestię. Że jeśli ktoś rozważa emigrację, to chyba nadszedł już czas.

To od lat jest ważne pytanie dla mieszkańców tego nieszczęsnego skrawka Europy położonego wzdłuż uskoku tektonicznego linii Ribbentrop-Mołotow. Wielu ludzi zginęło tu tylko dlatego, że odwlekali decyzję o emigracji, mimo że #byłyznaki.

Przypuszczam, że Stanisław Lem miał żal do ojca o to, że zostali we Lwowie - zamiast jak kuzyn Hemar pognać szosą na Zaleszczyki, póki jeszcze się dało. Doskonale te zaszyfrowane aluzje odczytała Agnieszka Gajewska, piszę też o tym w swojej książce.

Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem postawę Samuela Lema. Łatwo myśleć o emigracji, kiedy się nie ma nic do stracenia, ale drobnomieszczanin w średnim wieku przeważnie już ma jakąś tam pozycję, jakąś tam nieruchomość, jakieś tam więzi rodzinne.

Rzucić to wszystko i wylądować gdzieś w roli gołodupca? To nie jest łatwa decyzja. A poza tym: dokąd emigrować? Globus wygląda coraz gorzej.

Załóżmy, że priorytetem jest to, żeby mieszkać w kraju przyjaznym dla średniej klasy średniej. A więc: obyczajowa tolerancja, swobody obywatelskie, w miarę swobodna możliwość spacerowania po zmroku.

Ciągle jeszcze tak można mówić o Unii Europejskiej, nawet o Polsce (pomijając pojedyncze no-go zones, takie jak blokowiska mojego dzieciństwa). W coraz mniejszym stopniu można tak mówić o Stanach.

Wszędzie jednak będzie coraz gorzej. Trump jest nie mniej przerażający od Kaczyńskiego. We Francji na horyzoncie prezydentura Le Pen. W Niemczech - wygrana AfD.
Nowa Zelandia i Kanada wydają nam się liberalnymi rajami podobno tylko dlatego, że tam nie bywamy. Australia nawet nigdy się nim nie wydawała.

Są oczywiście te wszystkie sympatyczne enklawy na Pacyfiku czy Karaibach, ale jak się zacznie - czyli na przykład kiedy Trump sprowokuje wojnę z Chinami - skończą jak Singapur w 1942. Tam dopiero będzie rzeź!

Afrykę skreślam w całości jako kontynent. Amerykę Łacińską kiedyś też skreślałem, ale na tle ogólnego całokształtu nie wygląda tak źle.

Przepraszam, drodzy komcionauci, ja nie przedstawię swojej odpowiedzi. Ja po prostu niestety zostaję. Zakończę więc blogonotkę klasycznym pytaniem social media mavena sprzed 10 lat, ale ja je zadam szczerze - A WY JAK MYŚLICIE?

niedziela, 25 września 2016
Medium przygnębiająco publiczne

Mam nadzieję, że nie mam znajomych broniących tzw. „eksperymentu społecznego”, którym w portalu Medium Publiczne chwalił się redaktor naczelny tego serwisu, Rafał Betlejewski. To było tak obrzydliwe, że nie wyobrażam sobie obrony (caveat komciur!).

Spory toczące się w moim społecznościowym bąbelku wyglądają jednak mniej więcej tak: czy ocena Betlejewskiego przekłada się na ocenę samego Medium Publicznego? Moi znajomi czekali dziś na reakcję „rady fundakcji”, która miała nastąpić „koło południa”.

Nie doczekali się. Zamiast tego, pokazała się niby-polemika prof. Moniki Płatek, łagodna niczym bryza w St Tropez:

Mam nadzieję, że TTV i Rafał Betlejewski odszuka ludzi, których poddano poniżającemu i nieludzkiemu traktowaniu. Nie wystarczy przeproszenie. Trzeba to naprawić. Poszukajcie z kamerą szansy dla nich w Radomiu. Znajdźcie dobre prace; zacznijcie zmieniać otoczenie (...) Ludzie popełniają pomyłki. TTV i Rafał Betlejewski popełnili błąd. Nie wiem dlaczego Rafał Betlejewski nie pokazał ‘fucka’ wiem, że stać go, by to naprawić. Wróćcie do nas z reportażem o pracy, którą znaleźli Wasi bohaterowie – dobrej i zgodnej z prawem, nawet gdybyście mieli założyć filię TTV w Radomiu i wszystkich ich tam na godnych warunkach zatrudnić

To takie dobrotoliwe grożenie paluszkiem. Ej ti ti, lafałku niedobli. Cała ta polemika zasługuje tylko na powtarzanie w kółko: a zakład, że nie?

Nie naprawią. Nie poszukają. Nie założą. O co zakład?

To nie jest pierwszy taki wybryk Betlejewskiego. Nie wiedzieć czemu, on zawsze znajdzie sobie kolejne medium, w którym go przyjmą z niezasłużonymi honorami.

Należę do grupy dziennikarzy, którzy wołają do różnych środowisk o samooczyszczenie. Dopóki prawnicy nie będą widzieć żadnego problemu w nieetycznych zachowaniach swoich luminarzy („ta stusześdziesięcioletnia pani tu weszła w tym kożuchu i w nim wychodzi, a ja jestem jej pełnomocnikiem w reprywatyzacji”), dopóty wyborcy z radością będą przyklaskiwać rozprawie Kaczyńskiego z sędziami, adwokatami i prokuratorami. Dopóki lekarze zachowywać się będą jak klub samopoparcia, dopóty Ziobro będzie idolem.

To samo dotyczy nas, mediów. Nie możemy tolerować Betlejewskich. Nie możemy im wybaczać takich numerów.

Tekst Moniki Płatek opatrzony jest, ma się rozumieć, linkiem: „Przeczytaj tekst Betlejewskiego”. Po nim ukazał się następujący tekst Betlejewskiego, z tekstem „Może zobaczcie ten program? Ciekaw jestem, czy osądzicie mnie tak surowo jak w swoich komentarzach”.

To wszystko (niby-polemika Płatek, łże-przeprosiny Betlejewskiego) dalej służy napędzania klikalności i oglądalności jego programu. Między innymi dlatego ja już nie przytaczam tu żadnych linków do Medium Publicznego.

Skoro się nie odcięli od tego plugastwa, to biorą na siebie odpowiedzialność. A skoro tak, to mam nadzieję, że jakaś kancelaria prawna wystąpi pro bono w imieniu poszkodowanych i wytoczy pozew o naruszenie dóbr osobistych przeciwko TTV, Medium Publicznemu i Betlejewskiemu personalnie.

To nieprawda, że Medium Publiczne nie ma żadnego majątku. Niniejszym deklaruję, że jeśli ta domena trafi na aukcję, zapłącę stówę za samo kupienie jej celem zawieszenia tam niniejszej blogonotki - jeśli wpływy trafią na zadośćuczynienie dla ofiar „eksperymentu”. Ale jestem pewien, że ktoś tę stówę przelicytuje.

Dlaczego? Bo szczególnie wkurza mnie dopisek samego Betlejewskiego:

Ani sam eksperyment, ani program Betlejewski Prowokacje nie ma nic wspólnego z Medium Publicznym. Opisuję tu swoje doświadczenia jako prowadzący program w TTV a nie redaktor naczelny #MP. Proszę tych dwóch spraw nie mylić.

Let me get this straight. Redaktor naczelny serwisu tak po prostu zamieścił w tym serwisie swój tekst. I nie należy, ach nie należy, oceniać tego serwisu po tym, jakie teksty zamieszcza w nim jego redaktor naczelny

Do znajomych, którzy tam się produkują, mam jedno pytanie: po co. Po prostu, po co.

Czy wy nie macie za dużo lat, żeby się nabierać na hasło „ja tu tylko jestem redaktorem naczelnym, ja za nic nie odpowiadam, proszę mnie nie łączyć z serwisem, którym kieruję”?

poniedziałek, 05 września 2016
Wiwat różnorodność!

Kiedy pisałem, że interesuje mnie stanowisko prawicy w kwestii uchodźców, byłem szczery - choć oczywiście zabanowałem prawicowych komcionautów, którzy przypełźli ze swoim bełkotliwym rasizmem. W Polsce prawicowość łączy się z książkowstrętem - banowałem ich za brak argumentów, nie za poglądy.

Żeby je poznać, wydałem w końcu w w londyńskiej księgarni dziesięć funtów. Oto zapowiadana notka na temat „Diversity Illusion” Eda Westa.

Najbardziej - obviously! - podoba mi się ten fragment, w którym West potwierdza to, co ja pisałem w notce o uchodźcach. Nie było czegoś takiego, jak w majaczeniu polskiej prawicy: że lewackie rządy Zachodu sprowadziły migrantów z innych kontynentów kierując się jakąś utopijną ideologią.

W przypadku Wysp Brytyjskich zaczęło się od tego, że Kanada 1 stycznia 1947 wprowadziła własne obywatelstwo. Zmusiło to Brytyjczyków do prawnego zdefiniowania swojego (przedtem formalnie wszyscy byli w jednym Commonwealth).

Ustawa o obywatelstwie z 1948 przyjmowała definicję tak szeroką, że mogli się na nią załapać mieszkańcy kolonii. To nie było intencjonalne (West to szerzej argumentuje, ja już tylko przytaczam za nim).

Kiedy pierwsi migranci w Jamajki przypłynęli 24 maja 1948 na pokładzie MS Windrush, pojawiały w parlamencie się głosy krytyczne, ale Arthur Creech Jones, sekretarz do spraw kolonii odpowiedział: „ci ludzie mają brytyjskie paszporty, więc nie można ich nie wpuścić - ale nie wytrzymają tutaj jednej zimy”.

Masowa migracja była niezamierzonym skutkiem ubocznym decyzji podejmowanych z innych przyczyn, w innym celu. I mogę się też zgodzić, że w czasach New Labour doszedł dodatkowy czynnik: nadzieja na roztapianie elektoratu torysów. Oślizgły cynik taki jak Alastair Campbell z pewnością uwzględniał to w rachubach.

Skoro nie było czegoś takiego, jak „ideologia imigracji”, to z czym polemizuje West? Z przekonaniem, że różnorodność (diversity) sama w sobie jest dobra.

To prawda. Rzeczywiście, ja też jestem o tym przekonany i staram się to na różny sposób wcielać w życie.

Tematy moich „Piąteczków” są takie, że do prawie każdej audycji pasowaliby mi jako goście Bendyk, Śmiałkowski, Lipszyc i Krzyżaniak (w różnych konfiguracjach). Czyli starsi panowie z brzuszkami, tacy jak ja.

Staram się jednak, żeby - poza tą zacną grupą - przychodzili do mnie goście z trochę innej bajki, bo jestem głęboko przekonany, że brak różnorodności kończy się monotonią. Są audycje radiowe, w których od razu słychać, że wszyscy w studiu się dobrze znają, są z tego samego pokolenia, pochodzą z tej samej grupy społecznej. Efektem jest NUUUUUUUDA.

Mówiąc tak, wpadam w rozumowanie, z którego West szydzi jako z „ideologii sushizmu”. Faktycznie, nie jestem tu bez winy, w pierwszym odruchu często jako zaletę wieloetniczności wymieniam knajpy z kimchi czy yakitori.

Nuda jeszcze nie jest najgorsza, twierdzi West i rzuca celnym argumentem, że zwolennicy „różnorodności” wcale nie chcą w praktyce mieszkać w dzielnicach miast, które sami nazywają „vibrant” (eufemizm na wieloetniczność), tylko w monoetnicznych przedmieściach. Jego książka jest głosem protestu przeciwko zaniedbywaniu problemów ludzi, którzy mieszkają w takiej „wibrującej” dzielnicy, a właśnie marzy im się zaciszny domek na osiedlu ze szlabanem.

Akceptuję ten argument. Wcale nie uważam, że władze powinny ignorować protesty mieszkańców „wibrujących” dzielnic. W sporach typu „integracja czy wielokulturowosć” jestem za integracją - uważam, że dalekosiężnym celem nie powinno być pielęgnowanie przez przybyszów własnej odrębności, tylko stopniowe asymilowanie ich w społeczeństwie duńskim czy francuskim.

To za mało na książkę, więc West rozwija swoją krytykę „różnorodności” na wielu płaszczyznach. I tutaj go ciągle przyłapuję na nonsequiturach.

Parę razy West porusza tematy, na których się jako tako znam. Twierdzi na przykład, że idea swobody przemieszczania się jest sztucznym tworem, który pojawił się po drugiej wojnie światowej w reakcji na nazizm.

Jest odwrotnie: idea jest stara jak świat, ograniczenia pojawiły się sztucznie po pierwszej wojnie światowej - do dziś nie odzyskaliśmy takiej swobody, jak w 1913. Szerzej opisuję to w felietonie.

Odrzucając argument, że „różnorodność” przyczyniła się do rozkwitu amerykańskiej popkultury twierdzi, że chociaż nie można zaprzeczyć, że dochodziło do wzajemnej wymiany inspiracji w wielokącie jazz/blues/rock/hiphop, to jednak dochodziło do niej bez bezpośredniego kontaktu - przez radio i przez płyty winylowe. To także nieprawda.

Czytałem o tym dużo książek, napisałem ze dwie. Sporo też tego na blogu, np. tu i tu. Otóż te relacje wymagały ciągłego bezpośredniego kontaktu.

W udramatyzowany sposób pokazuje to serial „Vinyl” (opowiadający historię fikcyjną, ale nieoderwaną od rzeczywistości). Delta Missisipi i biegnąca aż do kanadyjskiej granicy droga 61 była miejscem, na którym ciągle spotykali się muzycy o różnych odcieniach skóry, a także Żydzi (Dylan!) i Romowie (Django!).

Uczyli się nawzajem riffów i kręcenia biodrami, częstowali się skrętami i odpisywali od siebie teksty. Tak powstała kultura, która podbiła cały świat.

Przyłapawszy Westa na ściemie w sprawach, na których się znam, bardzo nieufnie podchodzę do reszty jego argumentów. Tym bardziej, że mam na nie potężny kontrargument, w postaci kraju, o którym West chyba nigdy nie słyszał: Polski.

West obwinia imigrację o wzrost nietolerancji (bo tak naprawdę zaczynasz nienawidzieć Obcego dopiero jak jest twoim sąsiadem), przestępczości (bo styk kultur generuje ekscesy), spadek spoistości społecznej (bo weź tu się spajaj z Obcym) a nawet wyborcze sukcesy neoliberałów (bo podatki to można ewentualnie płacić na swoich, nie na Obcych).

Gdyby nie imigracja, Anglia mogłaby się stać jakimś utopijnym rajem egalitaryzmu, jak w powojennych wizjach Labour Party. I dałbym się może Westowi nabrać, gdyby nie Polska.

Polska dowodzi, że może istnieć antysemityzm bez Żydów i islamofobia bez muzułmanów. Spytaj się Typowego Seby w koszulce „red is bad”, czy nienawidzi Żydów i „ciapatych” - odpowie że tak. Spytaj, czy jakichś zna osobiście - odpowie że nie.

Ze spoistością jest u nas fatalnie, neoliberałowie rządzą nieprzerwanie od 1989. Z przestępczością też niewesoło. A w dodatku niestety nie mamy takiej obfitości etnicznych knajp, jak w Londynie - ani takiej popkultury, jak w Ameryce.

Polska to potężny argument za różnorodnością. Typowy Seba ma na koszulce husarów - to właśnie staropolskie multikulti. Podobnie jak Kopernik, Szopen i Mickiewicz. Krajem jednolitym etnicznie staliśmy się z winy Stalina i Hitlera. I czy naprawdę mamy dzięki temu lepszą spoistość społeczną?

poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Dziesięć lat wsród kurdli i ośmiołów

Pierwszy sierpnia to dla mnie osobista rocznica (jeśli ktoś chce poznać mój lewacki punkt widzenia na Powstanie Warszawskie, oto link do starej notki; nie będę się powtarzać). Dziesięć lat temu zacząłem blogować, pozwolę sobie więc dzisiaj na odrobinę nostalgii.

To była ta zupełnie pierwsza notka - wyjaśniająca, dlaczego chcę mieć zielono na czarnym. Wszystko to już jest deczko nieaktualne, wersja mobilna i tzw. „nowy blox” i tak olewają kustomowe ustawienia.

Usilne ich lansowanie przez Agorę sugeruje, że - in the immortal words of Colargol - już najwyższy czas opuścić ten las. Blogi umierają, wszystko przechwyciły Twitter z Fejsem.

Myślałem nawet, że dziesiąta rocznica będzie fajnym momentem na Pożegnanie z Czytelnikami. Ale blogów się tak raczej nie zamyka. Po prostu człowiek w pewnym momencie odkrywa, jak parę lat temu zrobił to pewien wybitny szczeciński prozaik, że już mu się nie chce...

EDIT: holi muddafakkin krap, blog MRW się poruszył 10 dni temu! It's alive!

No więc jednak jeszcze nie dziś. Sorki. Acz dużo tu zależy od tego, ile czego mi się będzie chcieć w nadchodzących miesiącach.

Zdecydowałem się na blogowanie za poprzedniego Kaczyńskiego. Czułem się wtedy równie bezsilny, jak dziś. To mnie motywowało: „przynajmniej ich na blogu obśmieję!”.

Wtedy również prawica była potęgą w Internecie, zwłaszcza na forach i blogach Agory. Najstarsi komcionauci pamiętają te obawy, że kiedyś mojego bloga w końcu odkryją Galba i Kataryna i się tu zalęgną w komentarzach.

Też się tego bałem, więc nieustannie czuwałem z plonkownicą. I zgrabny kopenwdupen, którym ich oboje stąd wykatapultowałem, do dzisiaj uważam za jeden z najfajniejszych momentów z dziejów bloga.

Poza tym - pojadę banałem - strasznie dużo się wydarzyło w moim życiu. Kiedy zaczynałem, miałem jedną rozgrzebaną książkę i właściwie już od pierwszej notki najbardziej nie mogłem się doczekać tej najważniejszej (wtedy dla mnie), która okazała się mieć tylko jedno zdanie!

Tysiąc lat później nie byłbym w stanie tak z marszu powiedzieć, ile tych książek już napisałem. To ciągle jeszcze (chyba) da się policzyć na palcach, ale musiałbym liczyć. Plus zapytać, czy liczą się akcje typu Book Rage.

Najbardziej w tych książkach żal mi Błędu Życiowego, za sprawą którego z Dobrze Się Zapowiadającego Autora Książek Podrożniczych przekwalifikowałem się na autora kolejnych tomów z serii „Zagrzebany w kwerendzie”. Nawet jak dostałem zamówienie na powieść, to jak ostatni idiota wymyśliłem se pomysł wymagający intensywnego riserczu.

Dziesięć lat temu czułem się może nie aż od razu młody, ale przynajmniej spoglądałem w przyszłość z optymizmem. Wydawało mi się, że najciekawsze jeszcze przede mną.

Przez te dziesięć lat faktycznie dużo się wydarzyło. W życiu bym na przykład w 2006 nie przewidział, że w 2012 zostanę działaczem związkowym Acz to jest mniej ekscytujące, niż sobie wyobrażacie: polega głównie na pisaniu pism typu „zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia...”. A największe sukcesy to wyszarpanie paru tysięcy dla paruset osób oraz paru stów dla paru tysięcy osób.

O tym, co mnie czeka przez następne 10 lat, myślę już wyłącznie ze strachem. Zero nadziei. Lepiej już było.

I ten osobisty, egzystencjalny pesymizm przekłada się na moje postrzeganie spraw publicznych. W 2006 wszystko było takie proste - Unia jako najwspanialsze imperium w dziejach Europy, NATO jako sojusz, któremu nikt nie podskoczy!

Niech Cthulhu ma nas w swojej opiece wobec tego, co mi i Wam szykują nadchodzące lata.

czwartek, 10 września 2015
Zwyczajni ludzie z drągami

W ramach pewnego riserczu czytam ostatnio dużo o przebiegu Holokaustu na wschód od linii Ribbentrop-Mołotow. W pierwszych dniach planu Barbarossa wzdłuż całego tego pasa ziemi miały miejsce pogromy żydowskie, które Niemcy chętnie dokumentowali, robiąc zdjęcia i kręcąc filmy.

Te filmy są naprawdę przerażające, jeśli ktoś tego nie oglądał, to serdecznie odradzam. Uderzyło mnie w nich coś, czego nie widać z książek - że uczestnikami tych pogromów są po prostu tak zwani zwyczajni ludzie.

Lwów jeszcze dwa lata wcześniej był przecież normalnym, tętniącym życiem miastem. Matematycy w kawiarniach rozwiązywali tam na serwetkach równania. Lekarze dokonywali pionierskich operacji. Poeci uwodzili poetessy.

Miasto uniknęło większych zniszczeń w 1939 i w 1941. Na tych zdjęciach ulice wyglądają normalnie. I ludzie też wyglądają normalnie - są ogoleni, dobrze ubrani, czasem nawet pod krawatem. Ot, zwyczajni mieszkańcy zwyczajnego miasta.

I ci zwyczajni ludzie mordują drągami, łomami, kamieniami swoich sąsiadów. Dla rozrywki z kobiet zdzierają przedtem ubrania. Ich ofiary próbują przemówić oprawcom do sumienia, błagają o litość, gestykulują - odpowiedzią są kolejne ciosy.

Chcielibyśmy o takich ludziach mówić „wyrostki”, „zwyrodnialcy”, „margines społeczny”. Podświadomie wyobrażamy ich sobie jako tłum statystów z filmu „Pokłosie”, niechlujnych i obskurnych.

Ale nie, to zacni mieszczanie. Dwa lata wcześniej zapewne gdy mijali się na promenadzie ze swoimi przyszłymi ofiarami, wymieniali uprzejme skinienie kapelusza.

Jak człowiek może się zmienić w taką bestię? Myślę, że przedsmak daje nam obecna pyskusja na temat uchodźców, kiedy nagle zwyczajni ludzie o zwyczajnych profilach jadą tekstami otwarcie nazistowskimi.

„Nie jesteśmy żadnymi rasistami, martwimy się tylko o przyszłość naszych rodzin, dla których ta kolonizująca nasz dzicz stanowi oczywiste zagrożenie” - oburzają się i uzasadniają tezę o zagrożeniu: że oto tajemniczy Bulonis Kamil ujawnił przemilczany przez wszystkie media atak uchodźców na autokar, a tutaj znowu kanapki leżą w koszu.

Otóż dokładnie to samo powiedzieliby ci zwyczajni ludzie z drągami, uchwyceni przez kronikę Wehrmachtu. I to samo powiedzieliby (a nawet mówią) bohaterowie książki Katarzyny Surmiak o Ku-Klux-Klanie: "My się tylko bronimy! To my jesteśmy ofiarami!”

Bezpośrednim powodem pogromu w Lwowie było ujawnienie morderstwa popełnionego przez NKWD na więźniach m.in. Brygidek. Skoro NKWD, to znaczy że Żydzi - a to, że osoby pochodzenia żydowskiego również były na liście ofiar miało dla uczestników pogromu dokładnie takie same znaczenie, jak dla polskich ksenofobów to, że ofiarami ISIS padają głównie muzułmanie.

Podstawą nowożytnego antysemityzmu była „Protokoły Mędrców Syjonu” - carska fałszywka, mająca w naiwnym czytelniku wyrazić przeświadczenie, że istnieje jakiś Tajny Ośrodek Władzy Żydowskiej, którego polecenia spełniają wszyscy, od ortodoksów w chałatach po tych (pozornie!) zasymilizowanych Leśmianów i Tuwimów.

Internet znakomicie ułatwia tworzenie takich fejków, więc już po fejsie latają niezliczone teksty typu „europejski muzułmanin mówi, jak jest: to inwazja !!!”. I faktycznie, coraz więcej ludzi wierzy w to, że istnieje jakiś Tajny Sztab ds Kolonizowania Świata Przez Islam, którego polecenia spełniają wszyscy muzułmanie od Indonezji po Maroko.

Co tkwiło w głowie lwowskiego mieszczanina, zatłukującego drągiem swojego sąsiada Henryka Heschelesa (brata Mariana Hemara)? Moim zdaniem, tkwiło tam irracjonalne przekonanie, że Hescheles w jakiś mistyczny sposób ponosi współodpowiedzialność za zbrodnie Stalina.

To samo jest w głowie polskiego mieszczanina, cieszącego się ze śmierci imigrantów, którzy się udusili w ciężarówce. Przekonanie, że oni są współodpowiedzialni za zbrodnie ISIS, bo to pewnie też muzułmanie, a więc wszyscy razem wykonują rozkazy Tajnego Sztabu ds Inwazji.

Latające po fejsie dowody na inwazję, typu „Bulonis Kamil mówi jak jest, a poza tym w Szwecji jest najwięcej gwałtów”, są dokładnie tej samej klasy, jakimi antysemita uzasadniałby współodpowiedzialność rodziny Hemara za zbrodnie Stalina. Bo „prawdziwe nazwisko”, bo „nasze kamienice”, bo „protokoły Syjonu”.

Kiedyś porównywałem Internet do „wielkiego zderzacza głupoty”, bo działa jak akcelerator, rozpędzający mitomańskie produkty Bulonisów Kamilów i zderzające je z równie kretyńskimi „listami od anonimowego muzułmanina”. Chciwość korporacji, które na tych bzdurach zarabiają, wszystkich nas w końcu załatwi.

środa, 05 sierpnia 2015
Polecam poczytać Miecika

Sezon na słoneczniki” Igora Miecika to pierwsza książka reporterska, jaką czytałem o konflikcie ukraińskim. To może sprawiać, że inne reportaże oceniam stronniczo, bo czasami tak bywa, że bez względu na to, co potem inni pisali o Angoli, najlepszy i tak się wydaje Kapuściński.

Mogę też być stronniczy, bo to autor „Gazety Wyborczej”, ale powiedzmy sobie szczerze, jakie jeszcze gazety zatrudniają bona fide reporterów. Te pojedyncze nazwiska z „Newsweeka” czy „Polityki” to przecież i tak będą moi koledzy z korpo.

Zaliczywszy więc już full disclosure o możliwych konfliktach interesów: polecam poczytać Miecika każdemu, kto szuka książki wyjaśniającej, o co w ogóle chodzi z tą całą Ukrainą. Zaletą tej książki jest to, że narracja nie zaczyna się tam od wczoraj.

Nie jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto patrzy na zrujnowane lotnisko czy zielone ludziki terroryzujące małe miasteczko i zastanawia się, jak mogło do tego dojść. Odwrotnie: jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto obserwował te mechanizmy od dawna i nie zaskoczyło go to, że w końcu wymknęły się spod kontroli.

Matka Miecika miała dwie siostry. Wszystkie przyszły na świat w Donbasie, ale jedna wyrosła na Rosjankę, druga na Ukrainkę. Matka zaś dostała zezwolenie na przeniesienie się do PRL; stąd Miecik.

Gdy czytam o tych przerażających miejscach typu Słowiańsk czy Kramatorsk, nie mogę się powstrzymać przed pytaniem, dlaczego tam w ogóle ktoś mieszka. Czy czytam powieść Serhija Żadana czy jakiś polski reportaż, wyobrażam sobie te miejsca jako piekło, z którego warto uciekać na każdy sposób.

Chyba już lepiej pracować na czarno w Polsce niż na legalu w Doniecku. W Polsce słabo, ale jednak płacą, w Doniecku od lat pensja jest pojęciem abstrakcyjnym.

Miecik wyjaśnia to dwojako. Po pierwsze: owszem, znaczna część uciekła. Jego książka ma strukturę wyprawy do jądra ciemności, miasteczka Konstantynówka, przedstawionego tu jako typowe wyludnione miasto-widmo Donbasu.

W dzieciństwie Miecik jeździł tam na wakacje, do babci. Wtedy Konstantynówka wydawała mu się całkiem normalna. Przed wyjazdem mama dała mu klucze do mieszkania po swojej siostrze. Nadaje to całej książce ciekawą, osobistą kompozycję: narrator jedzie przez wojenną Ukrainę w poszukiwaniu własnych korzeni. A skąd jego rodzina wzięła się w Donbasie? A no właśnie stąd, że nikt tam nie chciał mieszkać.

Jego dziadek do 1941 cieszył się dostatnim, inteligenckim życiem jako dyrektor szkoły w Kałudze. Zmobilizowany na początku Barbarossy, dostał się do niemieckiej niewoli.

Uwolniono go, ale w stalinizmie samo dostanie się do niewoli traktowano jak zdradę. Dziadka skierowano do oddziału karnego, został ciężko ranny. Po wojnie w swojej dawnej szkole mógł pracować już tylko jako woźny.

Chyba że... chyba że zgodziłby się przyjąć pracę w jednym z tych miejsc, w których nikt nie chce mieszkać. Workuta, Norylsk, Donbas?

Do wyboru, do koloru (skażeń w powietrza). Dziadek wybrał Konstantynowkę, której kolorem są rdzawe związki żelaza z okołokopalnianych hałd. I stąd cel podróży Miecika.

Nie jechał przez Ukrainę jako dziennikarz z Polski. Przeważnie ukrywał tożsamość. Jako osoba praktycznie dwujęzyczna, udawał „swojego”, który długo przebywał w Rosji i dlatego podłapał dziwny akcent.

Przez to jego książka jest wyjątkowo interesująca, bo pokazuje Ukrainę nie jako kraj egzotyczny i niepojęty, tylko przeciwnie, jako aż nadto zrozumiały. U nich wszystko było prawie takie jak u nas, tylko proporcje inne.

Mamy w Polsce tendencję do retoryki typu „Polska w ruinie”. Sam miewam do tego skłonność - może nie napiszę czegoś w stylu „rządzą nami aferzyści”, ale pewnie zalajkuję coś takiego na fejsie.

Z reportaży Miecika wyłania się obraz kraju bardzo podobnego do naszego, który jednak po prostu w klasie politycznej miał więcej Sławków Nowaków, a mniej Mazowieckich. W biznesie miał więcej prywatyzacyjnych oligarchów i czyścicieli kamienic, a mniej entrepreneurów budujących firmę od zera.

Polska w „Psach” Pasikowskiego wygląda jak Ukraina. Ćwierć wieku temu w przyszłość spoglądaliśmy ze strachem.

Mój ulubiony przykład to wizje Polski w XXI wieku z ówczesnej fantastyki. Od Sapkowskiego po Ziemkiewicza wyglądało to bardzo podobnie: lej po bombie, powtórka z września, powtórka z rozbiorów.

Że nie staliśmy się Ukrainą, to nie brzmi jak jakieś wielkie osiągnięcie. Tego się nie da wyryć na spiżowym pomniku. Ale jednak książka Miecika zmusza, by to docenić. Było całkiem blisko...

poniedziałek, 15 czerwca 2015
Państwo jak korporacja

Nowoczesna.pl for the win

Na marginesie rozmowy z Marcinem Celińskim z „Liberte” u Cezarego Łasiczki odniosę się na blogu do popularnego w dyskursie liberalnym hasła, żeby państwo było zarządzane sprawnie jak korporacja. Taki pomysł podobał się mojemu rozmówcy, ale widywałem go wcześniej w różnych miejscach.

Korporacje mogą się kojarzyć ze sprawnym działaniem tylko tym, którzy obserwują je z zewnątrz. Jeśli ktoś jest kontrprzykładem, tzn. zgadza się z Celińskim, ale przepracował parę lat w jakimś korpo, naprawdę chętnie przeczytam jego komentarz.

Od środka korporacja wygląda jak jeden wielki pierdolnik, w którym nic nie działa tak, jak powinno. Świetnie opisuje to popkultura, od komiksów o Dilbercie, przez „Avatar”, po powieść Mitchella „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” (o najstarszej korporacji świata, Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej).

Wolę się odwoływać do obrazów popkulturowych, bo oczywiście nie będę opowiadać anegdot z własnego doświadczenia. Ale popularność tych utworów wśród męczenników openspejsa doprawdy nie bierze się z naszego przekonania, że „Dilbert” jest oderwany od życia.

Inherentną wewnętrzną niesprawność strukturalną korporacji ilustruje to, co nazywam metaforycznie „korpo-fu”, a wy wszyscy to znacie, bracia i siostry w kubikach, a może i macie na to jakąś fajniejszą nazwę (poproszę!). To pakiet doświadczeń, niezbędnych do openspejsowego survivalu.

Ile go trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto zobaczy bezradność nowicjusza, który coś usiłuje załatwić zgodnie z procedurami. Czekaj tatka latka! Korpo-fu polega na wiedzy, do kogo się zgłosić, żeby te procedury przyśpieszyć.

Będę wdzięczny PT komcionautom za wskazanie jakiejś książkowej analizy tego zjawiska, bo fascynuje mnie prywatnie, ale nigdy poważniej go nie badałem. Korporacje wymyślają sobie wewnętrzne struktury - piony, działy, segmenty - i teoretycznie uczestniczą w tym jacyś zawodowcy od zarządzania.

A jednak to, co ci zawodowcy wymyślą, natychmiast okazuje się niesprawne. Korporacja próbująca działać zgodnie z wewnętrznymi procedurami i regulaminami nie przetrwa jednego dnia. To wszystko nie wali się tylko dzięki temu, że pracownicy tworzą między sobą nieformalne sieci powiązań, działające w poprzek oficjalnych struktur i często wbrew oficjalnym procedurom.

Oczywiście, w końcu i tak się wszystko wali. Chyba jeszcze żadna korporacja nie przetrwała więcej niż 200 lat. Majątek upadłej VOC znacjonalizowano w 1796, ale potem z kolei upadło państwo, które dokonało nacjonalizacji, więc trudno podać konkretną końcową datę.

Łatwiej znajdziemy państwo, które - mimo wszystkich problemów - zachowuje ciągłość organizacyjną przez więcej niż 200 lat. Dlatego nie wierzę w ogólną wyższość organizacyjną korporacji nad państwem.

Nie wierzę też w propozycje szczegółowe. Marcin Celiński w tej rozmowie przytoczył przykład banków, które sprawnie potrafią zorganizować bankowość online - a tymczasem państwo nie umie zorganizować wyborów online.

Celiński mógł znaleźć lepszą chwilę na rzucenie taką tezą, niż dni żenującej wtopy Plus Banku. Ale nie w tym tkwi problem.

Bank ma pełne prawo skupiać się tylko na tych klientach, z którymi wiąże nadzieję na zarobek - i zlewać pozostałych ciepłym parabolicznym. Państwo nie.

Państwo nie może się kierować wyłącznie rachunkiem ekonomicznym. Są obywatele, do których państwo będzie wyłącznie dopłacać (nieuleczalnie chory, nieresocjalizowalny przestępca). Mają takie same prawa jak reszta, państwu nie wolno ich wykluczać.

Korporacje potrafią tak naprawdę tylko jedno: maksymalizować zysk udziałowców. Nawet z tym bywa krucho, ale cała reszta dla korporacji jest produktem ubocznym. Z państwem jest odwrotnie, najważniejsze dla niego jest to, czego nie da się łatwo wyrazić ekonomicznie.

Celiński w radiu argumentował, że państwo można uznać w takim razie za szczególny przypadek korporacji, która nie kieruje się zyskiem, tylko dobrem obywateli. To dla mnie rozumowanie na zasadzie „wagon kolejowy to szczególny przypadek otwieracza do piwa” (wszak można kapsel odbić od bufora).

Skoro podobieństw jest mniej niż różnic, darujmy sobie przerabianie otwieracza na wagon. Ja chcę państwa sprawnego jak nordycka socjaldemokracja, a nie sprawnego inaczej jak Plus Bank.

niedziela, 08 lutego 2015
IQ Murzynów

Słuchałem niedawno w TOK FM rozmowy z Janem Cieńskim, w której oburzyło mnie akurat nie to, z czego portaloza zrobiła clickbaita, tylko wcześniejszy fragment o wolności słowa. Jak wiecie, jestem jej bardzo daleko idącym zwolennikiem (aż do poziomu amerykańskiego Brandenburg vs Ohio, mówiąc w skrócie).

Omawiając ograniczenia w wolności słowa na amerykańskich uniwersytetach Cieński wspomniał o „książce pewnego profesora, który porównywał wyniki testów IQ Białych i Murzynów” i którego zakrzyczano, „że nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”, a „on argumentował, że wszystko powinno być badane przez uniwersytety, nawet jeśli wyniki są niekomfortowe”.

Każdemu się może zdarzyć coś chlapnąć w programie na żywo, więc nie chodzi mi teraz o personalne czepialstwo - ale o to, że takie mity pomagają budować ideologię „prawicy czerwonej pigułki”, o której niedawno strzeliłem felieton.

Kiedy w 1994 wyszła książka „The Bell Curve”, byłem redaktorem pisma naukowego. Pod prestekstem doskonalenia warsztatu namiętnie czytałem anglojęzyczną prasę naukową, przede wszystkim tygodnik „Nature”.

Na jego łamach toczyła się fascynująca dyskusja na temat tej książki. Zdaje się, że tak starego archiwum „Nature” nie ma online, więc teraz ja odwołam się do swoich wspomnień - czytałem to jednak z większą uwagą niż Cieński, skoro na przykład pamiętam nazwiska obu autorów (nie zlali mi się w jednego apokryficznego „profesora, który argumentował”).

Nie pamiętam zarzutów „nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”. Może „Nature” po prostu odrzucało takie listy do redakcji, jako nic nie wnoszące.

Pamiętam natomiast dużo konkretnych warsztatowych zarzutów, składających się na klasyczny peer review. Czytając je, przy okazji sam się bardzo dużo dowiedziałem o testach na inteligencję i o ich analizie statystycznej.

Obaj autorzy wyszli w tej książki poza swoją dziedzinę. Jeden z nich był wprawdzie psychologiem, ale behawioralnym. Richard Herrnstein zrobił karierę na obserwowaniu gołębi ze swoim szefem, B.F. Skinnerem.

Dorobek tej szkoły spotkał się z krytyką, bo nie wiadomo, czy zachowanie zwierząt pozwala na wnioskowanie o zachowaniu ludzi. Behawioryści tak zakładali, a potem się bardzo cieszyli, że udowodnili własne założenia. Dla mnie to coś na zasadzie „gdy trzymasz młotek, wszystko wygląda jak gwóźdź”.

Jego współautor Charles Murray w ogóle nie był psychologiem. Był konserwatywnym politologiem (najwyraźniej niczym Marek „Niehab” Migalski uznał, że wprawdzie się na niczym nie zna, ale ma poglądy, to chociaż się spróbuje doktoryzować ze swoich poglądów).

Wśród specjalistów obaj skompromitowali się więc niezrozumieniem tego, co tak naprawdę mierzą testy na IQ. I nie chodzi tu nawet o wyświechtaną formułę, że mierzą umiejętność rozwiązywania testów na IQ.

Nie rozumieli czegoś jeszcze ważniejszego. Ja to zrozumiałem dopiero pod wpływem tamtej debaty (hej, miałem 25 lat, to okres formacyjnych lektur!). Wrzucę tutaj, może kogoś to też oświeci.

Wyniki testów na IQ układają się w krzywą dzwonową, zgodnie z rozkładem naturalnym, a pośrodku jest zawsze 100. To nie jest przypadek, tylko odwrotnie: te testy tak się standaryzuje, żeby tak wyszło.

Innymi słowy, zawsze średnia to będzie 100 i zawsze dostaniemy rozkład normalny. Ktoś, kto powie, że inteligencja ma rozkład normalny, będzie się mylić. Tak naprawdę testy się układa z takim założeniem (zasadniczo niedowodliwym).

Najciekawsze jest to, że od wielu dekad w większości krajów IQ przez cały czas powolutku rośnie, dlatego testy się regularnie rekalibruje. Dzisiejsza stówka to niegdysiejsze sto dziesięć.

O tych drobiazgach trzeba pamiętać, kiedy się porównuje wyniki testów w różnych krajach, z różnych lat. Herrnsteinowi i Murrayowi wykazano tego typu błędy w ich analizie danych, czym się ośmieszyli przed środowiskiem.

Zarzut nie brzmiał więc „nie powinniście wchodzić w ten temat” tylko „z takim zrozumieniem statystyki gołębie szczać prowadzać, a nie wchodzić w ten temat”. I śmiem twierdzić, że podobnie jest w każdym przypadku, z którego potem buduje się redpillowe legendy o naukowcu, któremu zabroniono czegoś badać.

Ideologia redpill odwołuje się do naiwnej wiary w mit Zaszczutego Dysydenta. Naukowiec, który ujawnił, że szczepionki wywołują autyzm albo że nie ma globalnego ocieplenia, traktowany jest w niej jako prorok niosący Prawdę - a krytyczny peer review jako „zaszczucie przez system”.

Prywatnie uważam więc, że wolność badawcza uniwersytetu nie powinna być w ogóle ograniczana prawnie. Powinna być natomiast ograniczana wartością poznawczą - pewne tematy są już tak dokładnie wyjaśnione, że tu nie da się powiedzieć nic nowego.

Nie jestem więc za ograniczającym badania zakazem „kłamstwa oświęcimskiego”, ale co tu można jeszcze nowego badać, po procesie Irving kontra Lipstadt? Nie mam nic przeciwko kwestionowaniu globalnego ocieplenia, ale tylko pod warunkiem znalezienia nowych argumentów, których jeszcze nie obalono w dotychczasowej debacie.

I tak dalej.

środa, 24 grudnia 2014
Pomóżmy Ukrainie!

Drodzy blogobywalcy - jak sięgnę pamięcią, nie zanudzałem was chyba jeszcze żadnym apelem o wsparcie akcji charytatywnej. Zawsze musi być jakiś pierwszy raz.

Z jakiegoś powodu tragedia Ukrainy porusza mną bardziej od wszystkich nieszczęść ostatnich lat, którymi Wam głowy nie zawracałem. Może to po prostu dlatego, że to nasi najbliżsi sąsiedzi.

A może też dlatego, że w 1989 startowaliśmy z tego samego poziomu. Kiedy czytam książki Serhija Żadana nie odbieram ich jako opowieści o jakimś dalekim, egzotycznym kraju - tylko jako opowieści o mojej własnej młodości.

Polska przez te ćwierć wieku dokonała ogromnego postępu. Jasne, nie wszyscy z niego korzystamy w jednakowym stopniu, ale wszyscy korzystamy. Kto uważa, że nie korzysta wcale, niech spojrzy na Ukrainę.

Ukraińcy mieli jeszcze gorszych polityków niż my. Wiem, trudno w to uwierzyć, gdy się spogląda na posłankę P. lub posła N., ale nie ma głupszych słów od „gorzej być nie może”, bo zawsze może. Na Ukrainie gorzej niż u nas było przez ćwierć wieku.

Z winy głupoty swoich polityków ludzie spędzą tam więc zimę w miastach, które zrujnowała ta bezsensowna wojna. Nie mając dokąd ani jak uciekać. Bez prądu, bez wody bieżącej, bez jedzenia.

Pokażmy im, że od jednego sąsiada jadą do nich ciężarówki z pomocą, a od drugiego zielone ludziki z rosyjskim uzbrojeniem, które można kupić w każdym sklepie. Pokażmy im, że jeden kraj potrafił się rozwinąć, a drugi tylko przechlać bonanzę z chwilowo zwyżkujących cen ropy.

Polska Akcja Humanitarna przyjmuje różne formy płatności, więc nie ma to tamto, że komuś się nie chce logować w banku a ktoś inny nie ma przy sobie karty. Proponuję przelać coś, co każdy z nas uważa za typową cenę flaszki (dla jednego dycha, dla drugiego dwie stówy) - i zamiast obalenia flaszki, wznieść toast za Ukraińców wodą z kranu.

Bo to przecież też warto celebrować, że my w naszych miastach mamy zdatną do picia wodę w kranach. A oni często nie mają po prostu żadnej.

czwartek, 21 sierpnia 2014
Zmiany, zmiany

W sierpniu wypada rocznica mojego blogowania, w tym roku już ósma. Dziesiątą już jakoś wypadałoby uczcić, ale pewnie znów zapomnę. W każdym razie, sierpniowy ranking od czapy poświęcę autotematycznie zagadnieniom, które z największą regularnością się tu pojawiały od 2006.

Zacznę od dróg. W 2006 moja frustracja jako kierowcy sięgała zenitu. Czwarta Rzeczpospolita oznaczała zamrożenie programu drogowego - już gotowe do podpisania projekty umów wyrzucono do kosza, nowych nie było.

Premier Kazimierz Marcinkiewicz nie podpisał ani jednej nowej umowy na budowę autostrady - jako pierwszy taki premier od czasu Jana Olszewskiego. Potem zaś jako prezydent Warszawy zablokował budowę A2 do stolicy, proponując odsunięcie autostrady do Góry Kalwarii.

Ale by się nam świetnie jeździło, gdybyśmy do najbliższego wjazdu na A2 tłukli się drogą wojewódzką 724 przez Konstancin! To odsunięcie było realizacją obietnicy, którą poprzednik Marcinkiewicza w stołecznym ratuszu, Lech Kaczyński złożył swoim wyborcom - że zrobi wszystko, żeby zablokować autostradę w Warszawie.

Mam sfatygowaną mapę samochodową Europy z 2006, towarzyszkę wielu wypraw. A4 ciągnie się na niej od Krakowa po Krzyżową. A2 to droga Konin-Nowy Tomyśl (jedno i drugie traktowałem wtedy jako wielki postęp w porównaniu do lat 90.!). A1 w ogóle nie ma, tzn. jest ten pipsztyczek przy Piotrkowie, zbudowany w stanie wojennym.

Z jaką zazdrością wtedy patrzyłem na drogi czeskie czy słowackie! Teraz to się odwróciło. Od tego czasu postęp u naszych południowych sąsiadów dokonał się marginalny, za to u nas - inny kraj.

Z mapą z 2006 dalej spokojnie można jeździć po Czechachczy Słowacji, ale po Polsce to nie ma sensu. Za dużo nowych dróg. Przy wszystkim, co złego można powiedzieć po Platformie, to jednak pierwsza partia w dziejach Polski, która obiecywała budowę, a nie blokowanie autostrad. Zarówno PiS jak PO swoje obietnice spełniły.

Oczywiście, to nigdy nie dotrze do szajbusów z prawicowej blogsfery, którym poświęciłem szalenie niepolitycznie poprawny tag „PsychWatch”. Tylko czy oni jeszcze mają jakieś znaczenie?

Dawno nie używałem tego tagu, ostatni raz - ho ho! - w listopadzie 2013. Ale co tam jeszcze watchać?

Sam #Psychiatryk24 jest fenomenem dlatego, że nadal istnieje. Ale wszyscy ci odpryskowcy, którzy odchodzili od Igora Janke, bo chcieli mieć własne serwisy - Jarecki, Nicpoń, Melsztyński, Krzysztopa, Leski, Fym, Łazarz - kończyli smutno. Albo pokornie wracali na łono Salonu24, albo wegetowali z blogaskami, na które nie zaglądał pies z kulawą nogą.

A przecież kiedyś ci ludzie byli potęgą. Gdy zakładałem bloga, straszono mnie, że tu przyjdą „Galba i Kataryna”. Galby chyba nie ma już wcale, a Kataryna ma niszowego niepublicznego twittera.

Wtedy mówiono, że ludzie tacy jak Igor Janke zrewolucjonizują polskie media. Rewolucję świsnęły im sprzed nosa blogaski lajfstajlowe i blogowiska udające serwisy redakcyjne, jak natemat i jego klony.

Prawicową blogosferę zabiła katastrofa smoleńska. Rzucili się na nią jak kot na kocimiętkę. A co jeden, to musiał wymyślić teorię bardziej zwariowaną od poprzedników - żeby zaistnieć.

Fatalną przysługę wyrządzili im Cezary Gmyz i „eksperci” z zespołem Macierewicza. Żeby przelicytować nawet ich, trzeba było wymyślać coś tak szalonego, jak „hipoteza dwóch miejsc”. W efekcie prawicowa blogosfera jest dziś smutnym miejscem, w którym już każdy każdego uważa za „ruskiego agenta”, bo zdążyli się kiedyś śmiertelnie poprztykać o teorię, że tupolewy były dwa (i trzeci malutki).

Po trzecie - kwestie państwo-kościół. Tu też widziałbym jakiś postęp, choć już nie tak duży, jak w kwestii budowy dróg czy rozpadu prawicowej blogosfery.

Kiedy zaczynałem blogować, Giertych był wicepremierem a Wojciech Wierzejski jego zastępcą we władzach partii rządzącej. Palikot był wydawcą ultraklerykalnego tygodnika „Ozon”, który zasłynął głownie z okładki „zakaz pedałowania” i wylansowania Tomasza Terlikowskiego (ciekawe, czy obaj panowie dziś się kumplują?). Cezary Michalski, Jan Wróbel i Robert Krasowski robili konserwatywną rewolucję za pieniądze Ringer Axel Springer.

Dziś Wierzejski przepadł jak śliwka w zbiorniku asenizacyjnym. Palikot, Giertych i Michalski zaś robią wszystko, żebyśmy zapomnieli już o tym, co wyprawiali osiem lat temu.

Potrzebujemy ludzi-chorągiewek, żeby wiedzieć, gdzie wieje wiatr. A ciągle wieje w słusznym kierunku, wystarczy spojrzeć na Giertycha.

sobota, 02 sierpnia 2014
Syndrom Kucbergera

Rodzicom dobrze znana jest faza korwinizmu, przez którą dzieci przechodzą gdzieś między przedszkolem a wczesną podstawówką. W tej fazie dziecko krzyczy „to moje cukierki! nie poczęstuję ich!” i tupie nóżką z zaciekłością, której nie powstydziłby się Jego Ekscelencja Włodzimierz Putin.

Zadaniem rodzica (a jeśli rodzic zawiedzie, to szkoły podstawowej) jest oduczenie dziecka tej postawy i przekazanie dziecku elementarnej prawdy życiowej, że często właściwą odpowiedzią na odwieczny dylemat „zjeść ciastko czy mieć ciastko” jest: nie mieć i nie zjeść tylko oddać do wspólnej puli. Bo wspólna zabawa z innymi dziećmi, w wyniku której, tak bywa, zjedzą ci wszystkie ciastka, i tak będzie fajniejsza od ukrycia się w krzakach i żarcia ich tam wszystkich aż do wyrzygu.

W Polsce trochę zawiedli rodzice. Swój etat mam po facecie, który pracował przy polskiej produkcji serialu „Tata, a Marcin powiedział”.

To była polska wersja niemieckiego „Papa, Charly hat gesagt…”. Niemiecki pierwowzór był o rodzinie z wyższej klasy średniej, w której dziecko ciągle przynosi ze szkoły lewackie dekonstrukcje mitu o merytokracji, w który wierzy jego ojciec.

„W Polsce nikt by tego nie oglądał”, powiedział mi ów facet, „za to w Polsce widzów szokuje to, że ojciec rozmawia z własnym synem, więc rozwinęliśmy to w tym kierunku”. To mi się wydaje wyjaśniać, jak dzisiejszych korwinistów wychowywano w latach 90. („ej, chodźcie przed telewizor, ale jaja, Fronczewski rozmawia z dzieckiem”!).

Szkoła też w większości zawiodła, bo nikt jej nie kazał uczyć socjalizacji, kazano jej za to uczyć „nauki o przedsiębiorczości”. W efekcie więc mamy ogólnokrajowy deficyt umiejętności pracy zespołowej.

Dziecięcy korwinizm wydaje mi się nieszkodliwą i naturalną fazą w rozwoju. W normalnych warunkach dziecko wyrośnie z niego tak samo, jak kiedyś przestanie wierzyć w wróżkę zębuszkę.

Każdy musi kiedyś zrozumieć, że nie jest primadonną. A nawet jak przypadkowo nią jest, taką bona fide primadonną z Metropolitan Opera (w której nawiasem mówiąc trwa właśnie akcja strajkowa), to se dużo może śpiewać bez wsparcia tego tłumu ludzi niebędących primadonnami, ale pozwalających primadonnie być primadonną - dźwiękowców, oświetleniowców, gościa grającego królewskiego posłańca i facetów, którzy zbudowali makiety piramid.

W historii tego bloga ktoś kiedyś z aprobatą powoływał się na tego przygłupiastego architekta z powieści Ayn Rand, „Źródło”, który chce ignorować powszechne konwencje i budować po swojemu. W prawdziwym życiu nie ma miejsca dla takich architektów.

Tylko w powieści Ayn Rand taki architekt odnajdzie w końcu inwestora (ma się rozumieć, self-made miliardera) i postawi mu gigantycznego fallusa. W prawdziwym życiu taka inwestycja też wymaga umiejętności gry zespołowej, choćby w sensie dobrego życia z samorządowcami.

Nie idealizuję tej umiejętności jako takiej. Pewnie, że najprostszy przykład zespołu to sitwa. Wiem tylko jedno, że primadonna, która nie będzie się umiała dogadać z dźwiękowcem, prędzej czy później się sprzęgnie albo zaniknie.

To jest jeden z powodów, dla których cenię sobie wszystkich, którzy próbują załatać tę lukę i przekazać naszym zatrzymanym w rozwoju dzieciom urok pracy w zespole. Nawet jeśli nie są bohaterami z mojej bajki, cieszę się, że walczą z tym deficytem.

Odrzucam więc neoliberalną filozofię, która przyświeca Owsiakowi. Nie podobają mi się nacjonalistyczne aspekty harcerstwa (a Baden-Powell wydaje mi się być na granicy zbrodniarza wojennego, Wielka Brytania w wojnie burskiej to byli zdecydowanie „bad guys”).

Ale doceniam pozytywny wpływ wychowawczy tych inicjatyw. Nastolatki wyrosną z tego ideolo tak jak się wyrasta z wróżki zębuszki. Ale rozkoszny smak niezjedzonego ciastka zapamiętają na całe życie.

poniedziałek, 07 lipca 2014
Manifest pasywistyczny

W ramach upadku blogowania, wrócę do nieformalnego cyklu, który miał dotąd trzy odcinki - w poszukiwaniu Absolutu (może być Finlandia). Wyrażam w nim swoje Fundamenty Światopoglądowe, czyli Ogólną Filozofię Życiową.

Zawsze czytam takie rzeczy na blogach z zażenowaniem, no bo w końcu co ciekawego może o tym napisać prosty bloger. Ale z drugiej strony, typowe funkcje blogowe typu „internetowy pamiętniczek” już dawno pożarły social media. Gdzie filozofować, jak nie na blogasku?

Opisałem już swoje poglądy epistemologiczne, etyczne i nawet eschatologiczne. Dziś czas na moją antropologię.

Swoje spojrzenie na Naturę Lucka na własny użytek nazywam „pasywizmem”. Wymyślanie własnych określeń oczywiście dyskwalifikuje filozofa-amatora, ale ja nie klasyfikuję siebie nawet w takiej kategorii. Hej, ja tylko prowadzę blogaska.

Ludzie badający Naturę Lucka mniej lub bardziej zawodowo są z natury rzeczy aktywistami. To znaczy - ludźmi, którzy lubią działać, którym zorganizowanie sympozjum czy wzięcie udziału w dyskusji panelowej sprawia autentyczną, nieskrywaną przyjemność.

Do tego stopnia, że są gotowi to robić za darmo albo za te symboliczne punkty, którymi ocenia się dorobek naukowy. Nauka z samej swojej organizacyjnej natury przyciąga ludzi, których to kręci a odstrasza ludzi, których to nie kręci, nienawidzą organizowania czegokolwiek, a za udział w panelu oczekują honorarium.

Jako pasywista twierdzę, że w ten sposób wpadamy jednak w pułapkę błędu poznawczego znanego jako „fałszywy konsensus”. Większość ludzi ma skłonność do zakładania, że większość ludzi podziela ich poglądy.

Mój pasywizm oczywiście też może mieć źródło w podobnym błędzie. Ja jestem bowiem przekonany, że większość ludzi nie lubi być aktywna.

Podejrzewam, że większość aktywistów nie jest z kolei świadoma, że robią taki błąd poznawczy. Skoro im aktywność i kreatywność sprawia przyjemność, zakładają, że każdy tak ma.

Wiele radykalnych utopii politycznych zawiera na przykład milczące założenie, że jeśli ludziom damy możliwość decydowania o swoich sprawach na codzień np. w jakiejś formie demokracji bezpośredniej, to będą chcieli z niej skorzystać. Dlatego właśnie tak mówią, „damy możliwość”, bo są przekonani, że ludzie tego chcą, ale nie mają takiej możliwości.

Utopia anarchosyndykalistyczna czy trockistowska, w której o zakładzie pracy decyduje sama załoga na wiecach, ma swój oczywisty urok - ale przecież większość ludzi po fajrancie wolałaby wrócić do domu, oglądać coś głupiego w telewizji i pić piwo. Większość ludzi woli czas wolny spędzać pasywnie.

Tutaj widzę też źródło fiaska utopii cyberoptymistów, których proroctwa internetu radykalnie rozminęły się z rzeczywistością. Jarosław Lipszyc do dzisiaj jest przekonany, że większość internautów chce być twórcami, trzeba więc reformować prawo autorskie tak, żeby im to umożliwić. Ja uważam, że większość internautów jest zadowolona z pasywnej konsumpcji treści serwowanych im przez cyberkorpy - w postaci portalozy, w postaci debilnych filmików na Youtubie, w postaci bieda-kontentu społecznościowego z serwisów typu Bezużyteczna Wiedza czy Kwejk.

Pytanie „a co jeśli ludzie NIE CHCĄ być aktywni, NIE CHCĄ brać swoich spraw w swoje ręce, NIE CHCĄ decydować sami o sobie, NIE CHCĄ tworzyć treści” zdumiewająco rzadko padają w traktatach politycznych czy socjologicznych. Nie ma tego w cyberutopiach Jenkinsa, Moglena czy Aigraina, ale nie ma tego też pismach Brzozowskiego czy Róży Luksemburg.

Przypuszczam, że to dlatego, że Ebena Moglena i Różę Luksemburg sporo może różnić, ale oboje nie potrafiliby  zgrokować tego, że ktoś może zwyczajnie woleć walnąć się leniwie na kanapie i pozwolić, żeby ważne decyzje podejmował ktoś inny. Nie potrafią sobie wyobrazić kogoś takiego jak ja.

Mój argument na poparcie tezy, że takich jak ja jest większość, jest prosty - modele biznesowe czy polityczne odwołujące się do pasywności zawsze wygrywają. Facebook pochłonął blogi, Lego z oferty „klocki pozwalające na wszystko” przeszło do oferty „klocki pozwalające zrobić to co na pudełku”, a najpopularniejsze urządzenia do łączenia się z internetem to dziś czarne skrzynki, w których nie wolno nam grzebać, bo dobrowolnie porzuciliśmy konfigurowalne do bólu beige-boksy.

Tyle tylko, że o ile łatwo o opisy aktywizmu - aktywiści lubią opisywać samych siebie jeszcze bardziej niż działać - pasywizm pozostaje milczącą stroną ludzkości. Może i dałoby się zrobić wspaniałe sympozjum „Bierność przez stulecia”, dyskusję panelową „Pasywizm a podmiotowość” albo i napisać manifest pasywistyczny. Ale kto by to miał zorganizować...

sobota, 24 maja 2014
Polska, panstwo nordyckie

Skoro trwa cisza wyborcza, majowy ranking od czapy zrobię apolityczny. Ćwierć wieku polskiej wolności to także ćwierć wieku opowieści o tym, jak to nordycki model się nie sprawdził, zaraz zbankrutuje, a w dodatku zaraz tam będą rządzić Arabowie.

Dla mnie to się nawet zaczęło trochę wcześniej, bo krytyczne teksty o Szwecji i okolicach ukazywały się już w prasie drugoobiegowej. Lata 80. to zresztą rzeczywiście okres gospodarczych problemów w krajach nordyckich (w każdym z innego powodu).

Od dłuższego czasu jednak kraje nordyckie okupują czołówkę wszystkich możliwych rankingów. Najniższa korupcja? Najlepsze warunki do robienia biznesu? Najszczęśliwsi ludzie? Najlepsza edukacja? Kolejność jest różna, ale czołówka to niemal zawsze Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia i Islandia.

MIT PIERWSZY to bezpośrednie dziecko kryzysowych komentarzy z lat 80. Brzmi: „najpierw kapitaliści budują dobrobyt, żeby potem socjaldemokraci mieli co przejadać, aż się skończy - i właśnie się kończy”.

Mit ten wynika, oczywiście, z nieznajomości historii. W Danii socjaldemokracja po raz pierwszy objęła władzę w 1924, w Szwecji w 1920. Kraje nordyckie nie były wtedy uważane za oazę dobrobytu, przeciwnie, ludzie za chlebem uciekali do Niemiec, do Stanów, do Wielkiej Brytanii.

Świadomość tego, że szwedzki dobrobyt budowali ludzie pamiętający nędzę lat 20. i kryzys lat 30., trochę wyjaśnia patologie, demaskowane przez dziennikarzy takich jak Maciej Zaremba.
Per Albin Hansson i Tage Erlander za priorytet uważali to, żeby każdy miał co jeść i gdzie mieszkać. Szukali najprostszych rozwiązań, często bardzo okrutnych według dzisiejszych kryteriów - jak sterylizacja marginesu czy przesiedlenia ludności do blokowisk.

Oburzamy się dzisiaj, czytając o tych praktykach, bo podświadomie zakładamy, że robiła to wszystko bogata Szwecja, którą stać było na bardziej humanitarne rozwiązania. A szwedzka socjaldemokracja zdemoralizowana nadmiarem kasy, budująca niepotrzebnie „milion mieszkań” tylko dlatego, że to ładnie brzmi jako hasło - to się zaczyna dopiero za Palmego (i zaraz zresztą kończy, bo wchodzimy w  załamanie lat 80.).

 

MIT DRUGI każe tłumaczyć ten dobrobyt jakimiś specjalnymi źródłami bogactwa, przypisanymi tylko krajom nordyckim. Że Szwecja ma rudy żelaza i była neutralna. Że Norwegia i Dania mają ropę. Że Islandia ma energię geotermalną.

Wszystko to prawda, tylko że ropę z Morza Północnego zaczęto eksploatować na początku lat 70, w drugiej wojnie światowej nie wszyskim było dane pozostać neutralnym, my też mamy rudy i kopalnie, ale u nas o tym się mówi per „deficytowe huty i kopalnie”, a poza tym, co właściwie ma Finlandia? Lasy i bagna? My też mamy lasy i bagna.

Wygląda na to, że kraje nordyckie jakoś potrafią gospodarczo wykorzystać to, co jest do wykorzystania - tak, żeby na tym jak największa część społeczeństwa miała coś dla siebie. Sposoby są różne, np. Norwegowie znacjonalizowali wydobycie ropy i gazu, a Duńczycy dali koncesję dynastii Maersk, do której należy w ogóle kawał dunskiej gospodarki, ale płacą podatki, więc są OK, podobnie jak szwedzcy oligarchowie.

Ale wychodząc z nędzy na początku XX wieku kraje, które składają się głównie z bagien, lasów, jałowych skał i lodowców, wszystkie sto lat później okupują czołowe miejsca w rankingach. Może by to przemyśleć i u nas, zamiast bezmyślnie klepać te same neoliberalne pierdolety o krzywych Laffera i skapywaniu bogactwa?

Ależ nie, odpowiada MIT TRZECI. Kraje skandynawskie mogą mieć ten model dlatego, że mają Specjalny Charakter Narodowy, zupełnie inny, niż my.

Mit jest oczywiście absurdalny dla kogoś, kto choćby troszkę sobie tam popodróżował, bo na przykład rubaszni Duńczycy mają zupełnie inny charakter, niż introwertyczni Szwedzi Nie mówiąc o Finach (przypominam, że Paszczaki w Muminkach to karykatura Finów widzianych oczami szwedzkiej mniejszości).

Można argumentować, że Islandię, Danię, Szwecję, Norwegię i Finlandię więcej dzieli niż łączy. Islandię założyli ludzie, którzy chcieli się odciąć od Skandynawii i gotowi byli na straszne wyzwania, żeby tego dokonać. Znaczna część Finów nie uważa siebie za Skandynawów.

Czy nas rzeczywiście kulturowo więcej dzieli z państwami nordyckimi, niż np. Finlandię z Islandią? Przyzwyczailiśmy się tak myśleć, ale przecież w centrum Warszawy stoi pomnik króla ze szwedzkiej dynastii, byliśmy też ważną stroną w Wielkiej Wojnie Północnej, która ukształtowała dzisiejszą Skandynawię.

Mamy lasy, mamy bagna, mamy porty na Bałtyku. I huty. I kopalnie. To wszystko, czego trzeba, żeby zacząć budować nordycki dobrobyt!

wtorek, 22 kwietnia 2014
Ognie Centralii

Centralia

Niniejsza notka dedykowana jest komcionaucie Awal, który w niezwykły sposób potrafi łączyć wnikliwą wiedzę o budżecie partycypacyjnym w Kraśniku z rzucaniem tekstów przypominających mi Tytusa de Zoo i jego pytanie rzucone od niechcenia pod koniec księgi geograficznej, „panowie, ten Bałtyk to właściwie jezioro czy ocean?”.

Tak odebrałem jego uwagę, że „Tylko w przypadku strefy postsowieckiej można mówić, że koszty industrializacji przerosły zyski - a to ze względu na niewydolny model tej industrializacji, który pozostawił po sobie niekonkurencyjny przemysł w zdewastowanym środowisku”. Stalin był większym fanem Ameryki niż sam Lech Wałęsa, więc swoją wizję industrializacji wzorował na industrializacji amerykańskiej.

W Stanach „niekonkurencyjny przemysł w zdewastowanym środowisku” można zwiedzać podróżując po tak zwanym Pasie Rdzy (Rust Belt), który zaczyna się zaraz po wyjechaniu tunelem z Nowego Jorku. Już Newark ma takie pejzaże postindustrialnej dewastacji, że robią wrażenie nawet na kimś, kto zna Łódź czy Katowice.

Sercem Pasa Rdzy jest zagłębie węglowe w Pensylwanii. Czytelnicy mojego bloga znają moje zamiłowanie do wyludnionych miast i opuszczonych budowli. Korzystając z okazji zahaczyłem po drodze o słynne wyludnione miasto Centralia, PA.

Jak kawał Pensylwanii, miasto leży na bogatych złożach węgla, które na niewielką skalę nadal są eksploatowane na zachód od Centrali. W samej Centralii w 1962 roku wybuchł jednak podziemny pożar, którego nigdy nie udało się ugasić.

Lokalne kopalnie trzeba było zamknąć. Mieszkańców nie ewakuowano, sami zaczęli wyjeżdżać. Zwłaszcza po tym, jak w 1981 ziemia się nagle rozstąpiła pod 12-letnim chłopcem (którego na szczęście wyciągnął starszy brat).

Chevrolet Impala

Większość Centralii pochłonęła dzisiaj łąka i drzewa-samosiejki, między którymi nadal biegną szerokie, asfaltowe ulice. Przy ulicach nadal stoją tabliczki z nazwą, sieć ulic można obejrzeć na Google Maps (na zdjęciu: Park Street).

Przez miasto przechodzi stanowa droga Highway 61 (nie mylić z drogą federalną o tym samym numerku, wielką magistralą Północ-Południe, unieśmiertelnioną m.in. przez Boba Dylana). Katastrofa wymagała zmianę jej biegu tak, żeby droga nie biegła przez obszar zagrożony częstym występowaniem toksycznego smogu.

Bez GPS-a można przejechać nowym śladem PA-61 tak, że nawet się nie zauważy zmiany trasy (aczkolwiek nadal stoi tabliczka ostrzegająca przed częstym występowaniem mgły). Starą drogę odcięto wałem ziemnym - można zostawić przed nim samochód i pieszo przespacerować.

Lost Highway 61

Jak widać na zdjęciach, niepotrzebna droga to dziś wielka galeria graffiti. Wizja miasta pochłoniętego przez ziemię, ze starą drogą odciętą wałem ziemnym, inspiruje jednak wyobraźnię pisarzy i filmowców.

Na Centralii wzorowano filmowe Silent Hill (i to jedna z nielicznych dobrych rzeczy, jakie o tym filmie można powiedzieć - że fajny mieli pomysł na miasto). Ciocia Wiki wylicza jednak też inne filmy i książki, których nie mam przyjemności znać.

Pensylwania to dobre miejsce do rozważania nad energetyką węglową. Znaczy, Śląsk też się nada, ale w Pensylwanii mają tańsze steki.

Dla XIX-wiecznych baronów-rabusiów gospodarka węglowa oczywiście była bardzo opłacalna i dorobili się na nich fortun. Ale to było możliwe tylko dlatego, że skutki dewastacji środowiska wyceniali na $0,00.

Demokratyczny kraj po prostu nie może tego tak traktować. Jeżeli policzymy całościowy koszt kilowatogodziny uzyskanej z węgla, te dodatkowe czynniki zwiększają cenę czterokrotnie (wobec gołych kosztów wydobycia i transportu).

Tutaj zresztą fundamentalnie rozjeżdżam się z Zielonymi (proszę nie myśleć, że sam zzieleniałem, po prostu brak mi u nas porządnej czerwieni). Nie ma alternatywy dla energetyki jądrowej, kropka. Nawet wliczając jakąś Fukushimę raz od wielkiego dzwonu, i tak jest lepsza dla środowiska od systematycznej dewastacji przez wydobycie i spalanie węgla.

Pas Rdzy to memento pokazujące, że także w krajach kapitalistycznych przemysł może stać się „niekonkurencyjny” w ciągu życia jednej generacji. I zostawić dziedzictwo zdewastowanego środowiska, z którym nie będą się w stanie uporać następne generacje.

Ogień Centralii płonie już przeszło pół wieku. I nikt nie wie, jak długo będzie jeszcze płonąć. Według cioci Wiki to może być nawet 250 lat.

niedziela, 30 marca 2014
Wszystkie kalendarze świata

Gdybym miał wymienić najważniejszą różnicę między blogowaniem a dziennikarstwem powiedziałbym, że blogować można w pojedynkę, a dziennikarstwo wymaga przynajmniej dwóch osób - autora i redaktora. Różnica nie jest oczywista dla czytelnika, bo redaktor zwykle pozostaje niewidzialny, ale odczuwa ją sam autor.

Na blogaska człowiek rzuca sobie co chce. Teksty dziennikarskie albo ktoś u niego zamawia (tak jest najfajniej, bo jak zamówili - to zapłacą), albo trzeba je zaproponować i sprzedać. A potem, zdarza się, smakować gorycz porażki, kiedy tekst odrzucą.

Marcowy ranking od czapy poświęcę odrzuconym tekstom z antologii „Killed. Great Journalism Too Hot to Print”. Antologia ma kilka wielkich nazwisk, otwiera ją tekst Orwella o głupocie brytyjskiego kolonializmu odrzucony przez Observera w 1942 (bo godził w morale wojenne) oraz tekst Betty Friedan o młodych absolwentkach, którego odrzucenie w 1958 doprowadziło ją do napisania „Feminine Mystique”.

Rurka
Z największą przyjemnością przeczytałem jednak odrzucony przez Vanity Fair tekst P.J. O’Rourke’a z 1984, „A Ramble Through Lebanon”. Doskonale rozumiem powody, dla których Tina Brown z Vanity Fair go odrzuciła - tekst był próbą napisania poważnego reportażu przez autora specjalizującego się w satyrze.

O’Rourke pojechał na wariata do kraju zniszczonego przez wojnę domową, szukając atrakcji turystycznych opisanych w podręcznikach - i opisując, co tam jest teraz, z wisielczym humorem typu „Stary budynek ambasady amerykańskiej jest w takim samym stanie, jak nasza bliskowschodnia polityka zagraniczna” albo „Ruiny Holiday Inn to radość dla oka. Kto nie marzył kiedyś o wysadzeniu jednego z nich w powietrze?”.

O’Rourke starał się zwiedzić wszystkie strefy kraju, wliczając w to okupowaną przez Izrael. „Zapłaciłem ze swoich podatków za twój karabin, więc może wycelowałbyś go teraz w kogoś innego” - myśli spotykając izraelskich żołnierzy, ale nie mówi tego na głos. Na głos woła „jestem AMERYKANINEM!”.

Tekst się czyta świetnie, ale ogólna wymowa jest niesmaczna. Przeczytałem go z wielką przyjemnością, ale nie puściłbym go do druku. Dzisiaj dziennikarze mają od takich rzeczy blogaski, w 1984 mogli najwyżej wydać to w książce (O’Rourke opublikował w zbiorze swoich tekstów podróżniczych „Holidays In Hell”).

Hatfield
U zarania blogowania pisałem o asymetrii w populacji świrów na polskiej prawicy i lewicy. W 2006 praktycznie każda osoba pieprznięta w czaszeczkę na punkcie teorii spiskowych lądowała w Polsce na prawicy.

Dziś się to już mocno wyrównało dzięki najnowszej fali lewicowej śmieciowej publicystyki. W Stanach było wtedy odwrotnie.

Lewica była skłonna uwierzyć w absolutnie wszystko, co stawiało Busha w złym świetle. Tak jakby fakty o Bushu były za mało wymowne i trzeba je było jeszcze doprawić bajkami o „kontrolowanym wyburzeniu”.

W 1999 roku mało znany autor James Hatfield wyskoczył w książce „Fortunate Son” z rewelacją: G.W. Bush ma kryminalną przeszłość, był aresztowany za posiadanie kokainy w 1972, ale dzięki wpływom ojca sprawę zatuszowano. Sprawa okazała się być wyssana z palca, a sam Hatfield popełnił w 2001 roku samobójstwo.

Czy to na pewno było samobójstwo? Czy na pewno Hatfield wymyślił swoje źródła? „Rolling Stone” zamówił u Marka Shone’a śledczy tekst o tej aferze.

Tekst się redakcji nie spodobał. To reportaż o socjopatycznym oszuście, budującym karierę na nieustannym kłamstwie - który zabrnął w tym tak daleko, że już kłamstwa nie wystarczały. I wtedy się zabił.

Fakty są bezlitosne, a jednak wyssane z palca rewelacje Hatfielda do dzisiaj krążą wśród amerykańskiej lewicy. Cóż, podobny tekst można by w Polsce napisać o Lepperze, a jednak wszystkie kalendarze świata nie sprawią, że red. red. Gdula i Kurkiewicz uwierzą, że Lepper mówiąc o „talibach w Klewkach” nie mógł „ujawniać więzienia w Szymanach”.
Pod tym względem jesteśmy już Ameryką.

Robert Fisk
Spory wokół książki Domosławskiego o Kapuścińskim przywołały kiedyś odwieczny problem prawa dziennikarza do opowiadania się po jakiejś stronie. Tu wrzucamy tradycyjną porcję bajeczek o tym, jak to w Ameryce, panie, byłoby to nie do pomyślenia.

Robert Fisk w 2002 roku napisał dla „Harper’s” świetny tekst o tym, jak amerykańscy dziennikarze ocipieli po 11 września na punkcie demonstrowania swojego poparcia. Fotografowali się w mundurze, nawet z karabinem.

Przyjęli stronniczy język, w którym palestyńskie dzieciaki z kamieniami są „terrorystami”, ale Ariel Sharon jest tylko „wojownikiem”. Izraleczycy giną w „zamachach”, Palestyńczycy w „strzelaninie”.
Fisk cytuje Waltera Isaacsona, dziś znanego głównie z biografii Steve’a Jobsa, a wtedy szefa CNN. Poinstruował on swoich dziennikarzy, żeby nie mówili zbyt dużo o cywilnych ofiarach w Afganistanie, bo to „pomaga talibom”.

Pamiętam tamte czasy. W Polsce było podobnie. Kto miał wątpliwości w kwestii inwazji na Irak, zachowywał je dla siebie. Polskie media też ogarnął wtedy powszechny proamerykański wycipingiel. Wodzu, prowadź nas na Bagdad!

Dlatego tekst Fiska polecałbym do dzisiaj wszystkim studentom dziennikarstwa.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13