Ekskursje w dyskursie
środa, 04 lipca 2018
Towarzystwo Plaskiej Ziemi

W komentarzach pod notką o kandydaturze Śpiewaka pojawiła się ciekawa dygresja, która jednak zamarła razem z całą dyskusją. Kilku komentatorów, zwłaszcza niejaki Różowyguzik, domagało się uruchomienia lewicowego kanału na jutubie, atoli bowiem - jak twierdził - „wyjście z bańki na jutubie jest bardzo proste”.

Otóż nie jest nie tyle proste, co wręcz niemożliwe. Wyjaśnienie nieporozumienia wymaga ode mnie przybliżenia pewnego pojęcia z medialnego żargonu: tym pojęciem jest „ruch natywny”.
Pojęcie pojawiło się razem z internetem, bo w klasycznych mediach nie miałoby sensu. W klasycznych mediach był niemal wyłącznie taki.

Blog pod tym względem przypomina klasyczne media. Niemal wszyscy, moi drodzy komcionauci, jesteście mym ruchem natywnym. Jesteście tu, bo chcieliście tu zajrzeć.

Ale wszyscy z pewnością choć raz dla kogoś byliście ruchem nie-natywnym. To było wtedy, kiedy mieliście otwartą jakąś stronę w przeglądarce, i nie mogliście sobie przypomnieć, skąd się na tej stronie wzięliście, przecież dobrowolnie tak sami z siebie w życiu byście w taki badziew nie kliknęli.

W ten badziew wciągnął was system rekomendacji, przekierowań, clickbaitów, mający napędzać komuś odsłony. Otóż wracając do youtube’a: bez tego systemu nie zrobi się tam kariery. Ruch natywny tam z kolei jest mniejszością.

Legendarny sukces filmu z psem przebierającym S.A. Wardęgę za pająka nie wziął się przecież z ruchu natywnego, tj. z tego, że akurat nagle internauci masowo wpisali do wyszukiwarki „filmy o przebranych pająkach”. Wziął się z tego, że Youtube masowo polecił ten film w swoich rekomendacjach. Więc ludzie bezmyślnie kliknęli, bo przecież na tym polega tak zwana wolność w internecie, że internauci posłusznie klikają na rozkaz cyberkorpów.

Żeby zrobić jutubową karierę, trzeba być lubianym przez algorytm rekomendacji. Ale kogo on lubi?
Serwis żyjący z reklam chce jak najdłużej przytrzymać przy sobie odbiorców, bo wtedy najwięcej zarobi na sprzedawaniu ich uwagi. W medialnym żargonie wyrażamy to parametrem „bounce rate” (szybkość odchodzenia odbiorców).

Jeśli w Youtubie odkryjesz teorię spiskową, zgodnie z którą „oni” ukrywają „prawdę” na temat płaskiej ziemi, imperium lechickiego, chemtrailsów, kontrolowanego wyburzenia WTC, szczepionek wywołujacych autyzm, trotylu na tupolewie - zarwiesz całą noc. Dlatego rekomendacje promują treści tego typu.

Guillaume Chaslot, informatyk, który sam pracował nad tym algorytmem, przeprowadził serię eksperymentów, mających ujawnić opinii publicznej, jak działa Youtube. Zadawał serwisowi pytania typu „czy ziemia jest płaska”, „czy papież jest antychrystem” albo „czy pizzagate to prawda”. Youtube w odpowiedzi rekomenduje filmy promujące odpowiedź twierdzącą.

Youtube ma w tej chwili potężny bias „prospiskowy”. Szanse ma tam tylko lewica równie pieprznięta, jak nasza prawica smoleńska - w dużym stopniu za sprawą YT, w USA spora część lewicy wierzy w „kontrolowane wyburzenie WTC”.

To działa tak: jeśli ten serwis wie, że nie lubisz Busha (Komorowskiego), zakłada, że dasz się nabrać na dowolną bzdurę przedstawiającą Busha (Komorowskiego) w złym świetle. A choćby i w fantasmagorie o kontrolowanym wyburzeniu (niebezpiecznych związkach z WSI).

Znając historię wyszukiwań czy treść poczty z Gmaila (Google twierdzi, że tego nie łączy - nie wierzę im, bo wierzę tylko w to, co można zweryfikować), zna też słabe punkty. Każdemu z nas potrafi wcisnąć jakąś bzdurę.

Oni sami są przerażeni mechanizmem, który wykreowali. Większość Krzemowej Doliny była za Clinton, widać to choćby po ich datkach. Ale w pogoni za optymalizacją „bounce rate”, zbudowali machinę, która zapewniła zwycięstwo Trumpowi (a także Brexitowi i Dudzie).

Cały czas zmieniają te algorytmy, by eliminować chłam z polecanek. W lutym 2018 S. A. Wardęga płakał, że padł ofiarą zmian, już go Youtube nie rekomenduje. Groził zakończeniem kariery (obiecanki cacanki).

Może kiedyś zmienią je tak, że teza „ziemia jest płaska” przegra z tezą „ziemia jest okrągła”. Wtedy, owszem, będzie można promować lewicowy zdrowy rozsądek na Youtube.

Dziś jednak człowiek ma taki wybór. Albo napisze, czym naprawdę jest tak zwana „ustawa 447”, którą straszą promowani przez YT zawodowi kłamcy - a wtedy będzie to samotny głos na niszowym blogasku. Albo dołączy do Towarzystwa Płaskiej Ziemi.

piątek, 19 stycznia 2018
Wellman kontra Piekara

Jest taki blogasek nienawisc.pl, który - mimo obciachowej nazwy - obserwuję zazwyczaj życzliwie (choćby już za samą ekscentryczność decyzji o założeniu bloga w 2017). Swoją misję autor opisuje tak:

Co cię wkurza? Na co się nie zgadzasz? To jest miejsce, w którym możesz o tym powiedzieć.

Otóż drogi autorze, wkurza mnie i budzi moją niezgodę mylenie prawa cywilnego z prawem karnym. To się nagminnie zdarza ludziom skądinąd rozsądnym i prawdopodobnie wynika z luki w edukacji: nikt szkolnej dziatwy nie uczy, jakie sprawy załatwia się w jakiej instytucji.

Większość tekstów typu „zobaczcie jaki niesprawiedliwy jest ten wyrok sądu” bierze się właśnie z braku takiego przedmiotu szkolnego. Sądząc po najnowszej notce, przydałoby się to też autorowi rzeczonego blogaska.

Poświęcił ją temu, że pisarz fantasy Jacek Piekara poskarżył się na Twitterze, że musi zapłacić „prawie pół miliona złotych” za swoją chamską odzywkę pod adresem Doroty Wellman. I zderza to z wyrokami na dwudziestoparolatków, którzy za znęcanie się nad trójmiejskim nastolatkiem dostali tylko od 4 do 6 lat więzienia.

Jego zdaniem - to za mało. I buduje z tego tezę, że sąd był surowszy dla Piekary, bo Wellman to celebrytka, a ofiarą Gdańszczan był bezdomny.

Po pierwsze - nie jestem przekonany, że 5 lat więzienia to mało. Moim zdaniem, raczej dużo.

Ile autor bloga chciałby im za to dać? 10 lat? To ile by im dał za spowodowanie trwałego uszkodzenia na zdrowiu, 20? To ile w takim razie za zabójstwo?

Każdy wyrok jest zbyt łagodny. Zwłaszcza z perspektywy anonimowego blogera albo tabloidowego dziennikarza. Sędzia w procesie karnym nie może jej przyjmować - powinien wziąć pod uwagę wiele okoliczności, których zazwyczaj nie poznajemy w tabloidowych relacjach, bo są nudne.

Sędzia w procesie cywilnym robi jeszcze co innego. Od początku do końca jego podstawowym zadaniem jest doprowadzenie obu stron do ugody, jeśli ta tylko jest możliwa (Art. 10 KPC).

Tutaj była możliwa: Dorocie Wellman chodziło o to, żeby Jacek Piekara usunął obraźliwego tweeta i przeprosił za niego. Mógł to zrobić całkowicie za darmo.

Nie przyjął ugody, infantylnie tłumacząc się, że nie mieszka tam, gdzie jest zameldowany, więc nie czyta przychodzącej na ten adres korespondencji. Dla sądu to nie jest (i nie powinno być) argumentem.

Nie chcielibyśmy żyć w kraju, w którym można uzyskać immunitet po prostu poprzez nieodbieranie poleconych. Autor blogaska nienawisc.pl też by tego nie chciał.

Skoro Piekara nie przeprosił za friko na Twitterze, sąd nakazał mu przeprosiny w mediach. Nie wiem, czy będą kosztować aż pół bańki.

Prawicowcem przeważnie się zostaje z powodu problemów z matematyką (to widać np. po ich niezrozumieniu podatku progresywnego). Może Piekara wynegocjuje to sobie taniej, może załatwi całkiem za darmo.

Jego problem. Trzeba było jednak odbierać te polecone.

A na ile wyceniacie te wszystkie chamskie odzywki pod adresem Pawłowicz czy Kaczyńskiego - pyta autor blogaska. I tu właśnie demonstruje niezrozumienie prawa cywilnego.

Prawo cywilne służy rozstrzygania sporów między osobami fizycznymi i prawnymi. „Firma A zaszkodziła firmie B”, „pan X zaszkodził panu Y”, „Firma A zaszkodziła panu Y”.

Nie ma tu jakiegoś jednolitego taryfikatora, w każdym przypadku pan Y lub firma B musi to sobie sama wycenić. Czasem zadośćuczynienie może być darmowe (przeprosiny na Twitterze), czasem finansowe.

Co najważniejsze: wszystko zależy od tego, czy pan Y lub firma B w ogóle zechcą pójść do sądu. Wszyscy, którzy obrażają Pawłowicz czy Kaczyńskiego w podobny sposób, narażają się na podobny wyrok. Nie będę ich jakoś przesadnie żałować (zwłaszcza, jeśli sami siebie wkopią żałosnym manewrem na „nieodbieranie poleconych”).

Tyle prawo cywilne. Prawo karne dla odróżnienia z kolei zajmuje się czynami, których zabrania państwo bez względu na opinię panów X i Y oraz firm A i B.

Można sobie wyobrazić państwo, które ma tylko prawo karne, albo tylko prawo cywilne. To pierwsze byłoby dystopią totalitarną, to drugie libertariańską.

Ale przede wszystkim trzeba je odróżniać i serio uważam, że dzieciom się to powinno tłumaczyć w podstawówce. Potem można by to rozszerzyć o prawo pracy, prawo administracyjne, prawo rodzinne, prawo konstytucyjne...

niedziela, 31 grudnia 2017
Smorgasbords have no bottom

Najlepszy polityczny ebook roku jest do ściągnięcia za darmo z serwera nowojorskiego sądu (linka wynorała twitteronautka Sarah Mei, w moim bąbelku rozpropagował go MRW).

Książka stanowi dowód w sprawie („Exhibit B”), którą słynny prawicowy troll Milo Yiannopoulos wytoczył swojemu niedoszłemu wydawcy, oficynie Simon & Schuster. Za tę niedoszłość właśnie.

Yiannopoulos twierdzi, że wydawnictwo odrzuciło tekst bez merytorycznych postaw. Wydawnictwo broni się, ujawniając materiał z poprawkami i komentarzami redaktora, Mitchella Iversa.

Te komentarze czyta się genialnie. Tytuł notki zaczerpnąłem z jednego z nich.

Milo porównał coś do szwedzkiego stołu („smorgasbord”), a potem dodał „na dnie którego kłębią się”. „Szwedzki stół nie ma dna. Nie wyszła ci ta metafora” - skomentował redaktor.

Nietrafiona metafora jest jak rozładowanie akumulatora w samochodzie. Może się zdarzyć każdemu. Niektóre uwagi Iversa są uniwersalne i każdy autor powinien je sobie wpisać do sztambucha.

Kiedy Milo nagle sam przyznaje, że pewna jego analogia nie do końca się sprawdza, redaktor pisze: „jeśli jakaś analogia nie działa, nie używaj jej”. Gdzie indziej pisze, że nie umie czegoś wyjaśnić. Redaktor na to: „na tym polega twoja praca, za to wziąłeś zaliczkę. THINK HARDER”.

Wyjątkowo zabawny jest fragment, w którym Yiannopoulos opowiada o tym, jak w szkole pilnie studiował Szekspira, dzięki czemu może teraz przytoczyć świetny cytat z „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”. Redaktor poprawia mu jednak źródło cytatu na „Henryka IV”.

Gdy Yiannopoulos próbuje udawać erudytę, deklaruje, że nadszedł „czas profesora Milo” (sic). Streszcza filozofię Nietzschego i Gramsciego, ale widać, że obu zna tylko na poziomie internetowych buzzwordów. Nie przytacza dosłownych cytatów, ogranicza się do swoich omówień. Tak można pisać blogonotki albo felietony, ale nie książki.

Książka z kontrowersyjną tezą wymaga dwóch rzeczy: autor powinien tę tezę klarownie sformułować i przekonująco uzasadnić. Yiannopoulos nie potrafi ani jednego, ani drugiego.

Redaktor sugeruje mu, że centralna teza powinna brzmieć tak: „nie jestem pospolitym trollem, chodzi mi o obronę wolności słowa, zagrożonej przez polityczną poprawność”. Radzi mu powołanie się na tradycje „komików takich jak Lenny Bruce”.

Faktycznie, kilkakrotnie w tekście Yiannopoulos twierdzi, że nie chodzi mu o prowokacje dla samych prowokacji ani złośliwość dla samej złośliwości. Tylko że jeszcze częściej temu zaprzecza.

„Milo lubi się kąpać w łzach swoich wrogów!” - woła. „Ta metafora już była”, komentuje redaktor.

„Niejasne, nieśmieszne, wytnij”, „nadużywanie zwrotów typu 'dwulicowe podstępne zdziry' osłabia twoją tezę”, „to nie jest miejsce na dowcipy o czarnych penisach”, „głupi sposób na zakończenie strasznego rozdziału” czy słynne już „DELETE UGH” - to już nie są rutynowe komentarze.

Yiannopoulos jest gejem o żydowskich korzeniach, dlatego dla prawicy pełni rolę listka figowego - „jacy z nas antysemici, skoro do nas dołączył”. Na podobnej zasadzie co jakiś czas u nas jakiś meszuge robi coming out na prawicy.

Trudno się wtedy oprzeć wrażeniu, że głównym motorem takiej „gejoprawicowości” jest problem z samoakceptacją. Yiannopoulos co krok ogłasza, że nie ma z nią problemu (i bombastycznie woła, że jest mądry, piękny i bardzo szczęśliwy).

Już ta obsesja, z jaką to podkreśla, jest trochę podejrzana. A jeszcze dziwniejsze jest to, że w innych miejscach temu przeczy: Yiannopoulos porównuje na przykład siebie do Kurta Cobaina, który stworzył wielkie rzeczy, bo nienawidził sam siebie.

Milo jest przykładem patologii, o której pisałem w poprzeniej notce. Świetnie się sprawdzał na Twitterze czy Youtubie - tam, gdzie wystarcza czysty hejt i zawsze się można schować za usprawiedliwieniem, że w 140 znakach nie da się przedstawić całej tezy z pełną argumentacją.

W książce tego usprawiedliwienia nie ma. W tym medium Yiannopoulos się więc kompromituje. Gdy ma szansę wyjaśnić, o co walczy, kogo przed kim broni - plącze się w przeczenie samemu sobie.

Feministkom ma do zarzucenia głównie to, że są lesbijkami („przestań używać tego jako obelgi” - pisze redaktor), że są brzydkie i grube („takie argumenty ośmieszają twoją tezę!”) i że nienawidzą mężczyzn. Co ilustruje kilkoma aktami feministycznego trollingu w internecie („czym to się różni od twojego trollingu?” - pyta redaktor).

Gejom proponuje powrót do szafy i rozmnażanie się dla dobra społeczeństwa, bo są geniuszami. „Nie ma dowodów, że geniusz się dziedziczy - co osiągnęli potomkowie Szekspira” - pisze redaktor. W rozdziale o gejach pojawia się inny słynny komentarz: „jeśli chcesz głosić takie tezy, potrzebujesz intelektualnego rygoru”.

To go oczywiście przerasta. Dlatego w końcu wydał książkę własnym sumptem - z mizernym rezultatem.

To dla nas jakaś pociecha, droga lewico: przeciw sobie mamy głupków takich, jak Milo Yiannopoulos. Owszem, bogatych jak on, ustosunkowanych jak on, popularnych jak on - ale jednak równie niezdolnych do koherentnej argumentacji jak on.

Z tą myślą życzę wam SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2018!

środa, 22 listopada 2017
Zabić wszystkie normiki

Panie, panowie i osoby niebinarne - niniejszym ogłaszam kolejną lekturę obowiązkową w ekskursyjnym klubie książki. To „Kill All Normies” Angeli Nagle.

To analiza Gamergate, narodzin alt-right, wzlotu i upadku ruchu Anonimowych. Nagle wyjaśnia, jak to się stało, że żaba Pepe i goryl Harambe stały się maskotkami neonazistów. I tego, jak amerykańska prawica logicznie łączy rygoryzm obyczajowy z poparciem dla polityków molestujących nieletnie..

Angela Nagle śledziła za nas najparszywsze pokłady internetu: fora na reddicie, 4chan i 8chan. To, co się tam dzieje, docierało do mnie zawsze za pośrednictwem znajomych takich, jak pewien szczeciński prozaik czy pewien śląski tłumacz, bo mam alergię na niemoderowany internet (wiadomo!).

Wystarczały pojedyncze zabawne obrazki, które stamtąd wyciągali nasi znajomi. Lolkotki i demotki, to wszystko przyszło stamtąd.

Dawno nic nie wyciągali, bo i ich to zaczęło brzydzić. Punktem granicznym było gamergate, afera tak absurdalna, że streszczanie jej normalnym ludziom do dziś budzi wielkie oczy.

Kto ma ochotę - proszę, o to Michał R. Wiśniewski raportuje prosto z frontu, bo jeszcze w 2014. W streszczeniu streszczenia, forumowi gracze oburzeni tym, że feministki ośmielają się zauważać seksistowskie stereotypy w grach wideo, ruszyli z pochodniami w antykobiecej krucjacie.

Nie - antyfeministycznej. Antykobiecej właśnie. Niemoderowany internet jest pełen forów dla mężczyzn, którzy fantazjują o mszczeniu się na kobietach za to, że ich nie chciały.

Te fantazje prowadzą do prawdziwych aktów przemocy, takich z prawdziwymi trupami. W 2014 22-letni Elliot Rodger, nakręcony przez podobnych sobie frustratów, ogłosił wojnę przeciw kobietom („War on Women”) i ruszył zabijać przypadkowe ofiary w żeńskim akademiku w Santa Barbara.

Nie udało mu się do niego dostać, więc skończył atakując głównie mężczyzn. Zabił sześć osób, ranił kilkanaście, po czym popełnił samobójstwo uciekając przed policją. Zostawił po sobie manifest antykobiecy, opublikowany - a gdzież by indziej? - na YouTube.

Rodger to skrajny przykład zinstytucjonalizowanego mizogynizmu, który w internecie funkcjonuje pod zbiorczym hasłem MGTOW: „mężczyźni idący własną drogą”. Zwolennicy MGOTW wyznają albo całkowite wyzbycie się kobiet, albo traktowanie ich instrumentalnie, np. w postaci quasi-religijnej wiary w przepisy typu „jak poderwać dowolną”.

Nagle opisuje tych mężczyzn jako ofiary rewolucji obyczajowej lat 60. Chcieliby uprawiać seks z takimi kobietami wyzwolonymi, jakie znają z pornografii: zawsze gotowymi, zawsze umalowanymi, wiecznie młodymi.

Ale z drugiej strony, nie chcą, żeby te same kobiety były „wyzwolone” w sensie feministycznym. Chcą, żeby były potulnymi kurami domowymi, jak sprzed rewolucji lat 60.

To rozdarcie prowadzi ich w skrajnej sytuacji do antykobiecej przemocy (jak Elliota Rodgera), a w bardziej umiarkowanej do uwielbienia postaci takich jak Trump. Który jednocześnie obiecuje cofnięcie zegara obyczajowego (i przywrócenie kobiecej podległości), ale z drugiej przechwala się, jak to dzięki swojej pozycji może bezkarnie złapać dowolną kobietę za krocze.

Podobne rozdarcie Nagle widzi po lewej stronie sporu, której bastionem stał się z kolei serwis Tumblr. Słuszne skądinąd hasło ochrony mniejszości przed dyskryminacją wyeskalowało tam do tworzenia sztucznych mniejszości (np. orientacji seksualnych w rodzaju „expecgender” - „gender zmieniający się w zależności od otoczenia”) i hejtowania większości tylko za to, że nią jest.

Obiektem zgodnej nienawiści redditowej prawicy i tumblerowej lewicy są według Nagle tytułowe „normiki” - czyli ludzie, którzy prowadzą właśnie takie mniej więcej życie, jak sprzed obyczajowej rewolucji. Rodzina, praca, dom na kredyt, dzieci, dwa psy i kot.

Rzecz jasna, w dzisiejszych czasach takie życie jest coraz bardziej niedostępne. „Normiki” budzą zawiść, a więc i nienawiść, internetowej prawicy i lewicy.

Słabość książki Nagle widzę w budowaniu na siłę symetrii. Przemoc związana z MGOTW przynosi konkretne ofiary, nawet śmiertelne.

Gdy zaś Nagle opisuje aberracje internetowej lewicy, pokazuje najwyżej na upierdliwy trolling. Nie ma (na szczęście) lewicowych odpowiedników Elliota Rodgera.

Z tym zastrzeżeniem jednak książkę polecam. Bez zrozumienia tych internetowych fenomenów nie zrozumiemy dzisiejszej polityki. A lepiej je rozumieć czytając książkę, niż samemu siedząc w tych miejscach (brrrr).

środa, 02 listopada 2016
I ty dostaniesz bana

Rzadko zgadzam się z Jarosławem Lipszycem. Kwestia wolności słowa to jeden z tych wyjątków, dlatego z aprobatą linkuję jego komentarz w „Tygodniku Powszechnym”.

Nie ma się co cieszyć z chwilowych problemów, które na Facebooku mieli narodowcy. To były  czasowe bany, zapewne tylko na 24 godziny.

Jeśli kogoś Facebook potraktował ostrzej, ban zostanie zdjęty dzięki interwencji prawicowej minister cyfryzacji. Pamiętajcie, że ona będzie bronić pisowców, narodowców czy koalicjantów od Kukiza, ale nigdy nie będzie bronić was - moi drodzy znajomi o poglądach na lewo od PiS.

Dlatego z zasady nie cieszę się z niczyich banów, nawet banów nakładanych na tych, z którymi się ideowo nie zgadzam. OK, byłem teraz nieszczery, miałem sporo Chichrenfreude z licznych banów Jana Kapeli, bo nie mogę mu wybaczyć infantylnego cyberoptymizmu, który jeszcze parę lat temu lansowano w „Krytyce Politycznej”.

Dziś już chyba do największych niegdysiejszych entuzjastów „robienia rewolucji przy pomocy Facebooka i Twittera” dotarło, że to są monopolityczne korporacje, zainteresowane tylko przynoszeniem hajsu udziałowcom. Hejt przynosi im hajs i zły pijar.

Z hajsu nie zrezygnują, więc będą w celach pijarowychsymulować jakieś działania antyhejterskie, ale te będą zawsze chaotyczne. Ofiarą będą padać przypadkowe osoby.

Jeśli więc „New Yorker” i wszyscy administratorzy jego fanpejdża dostaną bana za opublikowanie rysunku Adama i Ewy z rysunkowymi sutkami - Facebook cofnie bana, bo interweniować będzie Conde Nast. A z Conde Nastem Facebook chce żyć dobrze.

Jeśli bana dostanie norweska gazeta „Aftenposten” za ikoniczne zdjęcie nagiego dziecka podczas wojny w Wietnamie (i wszyscy szerujący to zdjęcie w solidarności z redakcją), to Facebook bana w końcu zdejmie, bo w obronie „Aftenposten” wystąpiła premier Erna Solberg. A Facebook chce żyć w zgodzie z premier(k)ami.

Od strony prawnej cyberkorpy chronione są przywilejami, które dają im międzynarodowe traktaty o tak zwanym wolnym handlu, które są de facto traktatami o przywilejach korporacji. W sądzie polski obywatel może im nafiukać, naskoczyć, cmoknąć w pompkę i generalnie poskarżyć się na mail@berdychev.ua.

Ale z drugiej strony, cyberkorpy nie chcą mieć wrogów u instytucji takich jak Conde Nast czy rząd polski czy norweski. Co stwarza sytuację, która na dalszą metę jest groźna dla szarego obywatela, ale korzystna dla elit.

Elity korporacyjne i polityczne zawsze sobie jakoś poradzą. Nie zawsze ich interesy muszą być tożsame, ale dla jednych i drugich ta sytuacja jest w gruncie rzeczy wygodna.

Dzięki przywilejom dla cyberkorpów Facebook jest superarbitrem w kwestii tego, jakie poglądy mogą, a jakie nie mogą być wyrażane w Internecie. Rządom i innym korporacjom pozostaje przywilej mniej istotny, ale też cenny: wszyscy się teraz dzielimy na tych, w których obronie wystąpu rząd lub jakaś korporacja - i całą resztę.

Dlatego z przywilejami cyberkorpów nikt nic w dajcym się przewidzieć czasie nie zrobi. Na dalszą metę to jest korzystne dla wszystkich, którzy coś mają do gadania. Czyli w uproszczeniu do górnego 1%.

Niekorzystne to wszystko jest dla nas, 99% społeczeństwa. Ale najśmieszniejsze jest to, że sami się na to zgodziliśmy - 10 lat temu były głosy ostrzegawcze, że to wszystko idzie w takim kierunku, ale je powszechnie olano.

Dlatego właśnie cieszą mnie tylko bany zaliczane przez tych, którzy zakrzykiwali ówczesne pojedyncze głosy protestu.

niedziela, 31 maja 2015
Hibernatus

Na kongresie partii „Razem” wpadłem w małą dygresję, którą tu rozwinę jako majowy ranking od czapy. Wbrew popularnej opinii uważam, że wcale nie żyjemy w czasach przyśpieszonego rozwoju. Odwrotnie, uważam, że żyjemy w czasach stagnacji.

Ranking poświęcę więc technologiom, które mają wpływ na nasze życie - a które mają mniej więcej tyle lat, co ja. Czyli dużo.
Unix
To dotyczy nawet naszej najulubieńszej technologii cyfrowej. Wbrew pozorom, zasady działania iPhone’a byłoby łatwo wytłumaczyć komuś, kto w 1969 roku trzymał rękę na pulsie ówczesnych nowinek technicznych (czyli np. Lemowi - stąd w ogóle moja fascynacja tym tematem).

Powiedziałbym, że iPhone w środku ma mikroprocesor, takie coś, co założony w 1968 roku Intel próbuje już zrobić, mieszcząc architekturę PDP-11 na układzie scalonym (wymyślonym przez Bell Labs). Pracuje pod kontrolą systemu UNIX (też wymyślonego przez Bell Labs), na który nałożono GUI taki, jak w 1968 pokazał Douglas Englebart - tylko nie z myszką (której używamy do obsługi większych komputerów), ale z ekranem dotykowym, tak jak ówczesne „pióro świetlne”.

Internet? Tak, to ta sama sieć, co ją właśnie DARPA uruchamia w Kalifornii. Tyle, że działa na telefonach komórkowych, których prototyp (oraz „radiotelefony”) też zna

Hibernatusa z 1969 trochę by zdziwiło „gorilla glass” i bateria litowa, ale nie ma tu nic, czego by się nie dało mu wytłumaczyć odwołując się do znanych mu pojęć. Przeciwnie, myślę, że byłby rozczarowany, jak daleko temu do startrekowego komunikatora.
Audi
A gdybym owego przybysza z 1969 zabrał do typowego samochodu z 2015, na przykład do volkswagena passata, nic by go pod maską nie zdziwiło. Powiedziałbym mu, że to wersja rozwojowa doskonale znanego mu Audi 80, z podobnymi rozwiązaniami: silnik i napęd z przodu, chłodzenie cieczą, wtrysk i elektroniczny zapłon.

I znów, z kolei hibernatus z 1919 w roku 1969 mało co by rozpoznał pod maską ówczesnego Audi 80. Szukałby gaźnika, stalowych linek obsługujących hamulce, mechanicznego zapłonu. Powodzenia w tłumaczeniu mu pojęcia „elektroniczny”!
747
Zabrałbym go oczywiście w jakąś dalszą podróż. Ale by się zdziwił, gdybyśmy nadal lecieli doskonale mu znanym z jego epoki Boeingiem 747!

W Dreamlinerze może i by się chwilę bawił ściemnianiem okienka, ale szybko by zaczął narzekać - to już cały postęp? Nie udało się skrócić czasu podróży ani zmienić nic z innych rzeczy ważnych dla pasażera, tylko zamiast rolety jest przyciemniacz ciekłokrystaliczny (tak, będzie wiedział, co to).

A gdzie loty naddźwiękowe? Gdzie Concorde? Ze wstydem będziemy mu tłumaczyć, że już nie lata. Szybko nas oskarży, że wstrzymaliśmy postęp. I będzie miał rację.

Za jego czasów państwo brało korporacje za mordę i wymuszało na nich szukanie nowych technologii. Dlatego wtedy AT&T wymyślało układy scalone, UNIX i język C. Dziś wymyśla innowacyjne taryfy.

Podobnie linie lotnicze. Po co im innowacyjność, skoro kasę mają w optymalizowaniu siatek połączeń - co jest bezpośrednim skutkiem deregulacji lotów pasażerskich?

Korporacje nie przywrócą postępu technicznego. To może zrobić tylko państwo, jeśli wróci do roli regulatora-dzierżymordy, którą pełniło w latach 60.

Fot. Wikipedia - (1) Peter Hammer, (2) Subarufreak, (3) Eduard Marmet, CC-BY-SA

piątek, 01 maja 2015
Rewolucja z drukarki 3D

Jan Sowa swojej książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” porusza mój ulubiony temat druku 3D. Nie mogę się do tego nie odnieść.

„Nie chcę wchodzić zbytnio w szczegóły techniczne, nie są one bowiem istotne. Interesuje mnie rola tego typu urządzeń w kształtowaniu nowej konfiguracji sił wytwórczych” - pisze Sowa.

Sformułowania typu „nie chcę wchodzić w szczegóły” zwykle oznaczają „nie chciało mi się tego sprawdzić”. Gdyby Sowa dokładniej obadał temat, wychodząc poza portalowe michałki z serii „wydrukowali pistolet!”, prysnęłyby jego mrzonki o „nowej konfiguracji”.

„W połączeniu ze skanerem przestrzennym drukarka 3D pozwala stworzyć bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” - ekscytuje się Sowa i twierdzi, że dzięki takim drukarkom można wytwarzać „przedmioty oraz maszyny, które do tej pory mogły powstawać wyłącznie w produkcji wielkoprzemysłowej”.

Technologię pozwalającą stworzyć „bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” ludzkość zna od dobrych kilkuset lat i nie wymaga ona „produkcji wielkoprzemysłowej”. Nazywa się to „odlewem”.

Większość portalowych michałków o druku 3D - że pistolet, że części zamienne, że „proteza za sto pięćdziesiąt dolarów - można zrobić narzędziami znanymi od dziesięcioleci. Odlew, wtrysk, obróbka skrawaniem.

Portaloza nie kieruje się merytoryczną wartością niusa, tylko klikalnością. Drukarki 3D są klikalne jak majtki Dody czy bitcoiny.

Sowa pisze, że drukarka 3D - ponieważ można na niej „wydrukować” części do zrobienia innej drukarki 3D - jest czymś nowym jako „urządzenia zdolne do samoreplikacji”. Otóż tak samo jest z tradycyjną obrabiarką. Na czym je robią w fabryce obrabiarek? Na obrabiarkach!

Problem w tym, że gdyby dać Sowie w prezencie komplet części do złożenia obrabiarki czy drukarki 3D, nic z tego nie wyjdzie. Proszę, oto losowa instrukcja montażu z serwisu RepRap. Powodzenia!

O ile pojęcie „obróbka skrawaniem” zdradza, że mówimy o czymś, co wymaga kierunkowego wykształcenia, „drukarka 3D” ewokuje wizję urządzenia przyjaznego użytkownikowi. Ściągamy sobie z internetu plik z przepisem na „ekspres do kawy” albo „pistolet”, klikamy na „drukuj” - i gotowa maszyna wychodzi z podajnika.

Niestety, to tak nie działa. Niedawno portal lubujący się w takich michałkach postanowił przetestować drukarkę 3D. Swoją drogą to zabawne, ze po paru latach trzaskania tekstów o cudowności tej technologii, dopiero teraz to sprawdzili w praktyce.

„W ciągu najbliższych dni opublikujemy serię tekstów poświęconych drukowi 3D” - obiecała autorka „Teraz drukujemy Pałac Kultury. Jutro - królika z czekolady!”. Nie było serii, nie było „królika z czekolady”.

Nawet Pałac Kultury był nieudany („drukarka musiała się w pewnym momencie pogubić na tych niewielkich elementach”). A próby „druku” z czekolady były tak nieudane, że ne nadawały się na artykuł. Autorka tylko wrzuciła na fejsa smutne zdjęcie bezkształtnej brei z tekstem „Jak na razie drukowanie czekoladą wygląda przygnębiająco. Zapewne coś robimy źle”.

Dlatego tak mnie bawią nadzieje Sowy, że drukarki 3D zrewolucjonizują Trzeci Świat. „Nam, uprzywilejowanym mieszkańcom tej planety, kupującym potrzebne urządzenia po prostu w sklepie” - twierdzi - nie przychodzi do głowy, jak wielkie znaczenie będzie tam mieć „możliwość wydruowania części zamiennych, na przykład do pompy wodnej”.

Otóż ta możliwość jest już teraz. Te części zamienne przeważnie prościej i taniej jest wyprodukować na tokarce czy wtryskarce.

Dziwne, że Sowa nie pamięta, że ćwierć wieku temu sam żył w taim kraju. W PRL potrzebnych urządzeń „nie można było kupić w sklepie”, nie mówiąc już o materiałach eksploatacyjnych. Problem przetrwał niestety do lat 90.

Nie było drukarek 3D, a jednak kombinowaliśmy z dorabianiem części zamiennych. Sam 20 lat temu montowałem nadkole odlane z fiberglasu (bo było znacznie tańsze od oryginalnego elementu, „wyprodukowanego przemysłowo”). Na wsi powszechnym widokiem były przedziwne wehikuły-samoróbki.

Sowa sobie wyobraża fabrykę jako miejsce magiczne, gdzie w cudowny sposób pojawiają się przedmioty, które dopiero od niedawna - dzięki magii druku 3D - można otrzymywać chałupniczo. Po marksiście oczekiwałbym więcej zrozumienia dla procesu produkcji.

Prawie wszystko, co można produkować przemysłowo - można też produkować rzemieślniczo. Wyjątki są nieliczne i ani jeden nie pojawia się w tekście Sowy - nie jest to ani pistolet, ani proteza, ani „część do pompy”.

Tylko że chałupniczo zrobiony samochód będzie kosztować tyle, co Ferrari. Dlatego tak się opłaca robić tylko Ferrari.

Złudne są nadzieje, że drukarki 3D zdemokratyzują produkcję. Prawie wszystko w ten sposób wyjdzie drożej (znów, są nieliczne wyjątki, ale nie te, o których pisze Sowa). Pistolet i część do pompy lepiej będzie wyprodukować na klasycznej obrabiarce.

W PRL musieliśmy tak kompinować, bo czas pracy wykwalifikowanego pracownika wyceniano na okrągłe zero rubla transferowego. Wtedy kardiochirurg sam musiał układać posadzkę w klinice, którą kierował.

Rewolucja polegająca na rzemieślniczej - chałupniczej produkcji części zamiennych już się wydarzyła. Polską klasę średnią tworzyli ludzie, którzy tak dokonali pierwotnej akumulacji kapitału. Facet z wtryskarką, warsztat z tokarką, szwagier ze spawarką. Pan Zdzisiu od ogłoszenia drobnego „AAAAAby fachowca”.

Znam ich. To moi sąsiedzi z warsiaskich suburbiów. Ale nie tylko dlatego uważam, że Sowa powinien się im bliżej przyjrzeć. Wyjaśni mu to kilka rzeczy: między innymi to, dlaczego klasa średnia nie głosuje na lewicę oraz skąd prawicowy hejt na lemingi (które z punktu widzenia pana Zdzisia są bezpowrotnie utraconą klientelą, bo z królestwa szpachli skoczyli do królestwa nówkosztukowości).

Co będzie, gdyby do Burkina Faso przywieźć drukarkę 3D, żeby zapoczątkować wymarzoną przez Sowę rewolucję? To samo, co gdyby supernowoczesny kombajn dać w prezencie PGR-owi.

Nawet jeśli znajdzie się ktoś dość kompetentny, by to w końcu uruchomić, zabawa się skończy gdy się wyczerpią materiały eksploatacyjne: sznurek w przypadku kombajnu, filament w przypadku drukarki 3D. Prisajzli bikoz tam nie można będzie tego po prostu „kupić w sklepie”.

Czy kiedyś pojawią się drukarki 3D, działające zaraz po wyjęciu z pudełka, nadające się do obsługi przez laika? Wątpię. Gdzie mówimy o produkcji fizycznie istniejących przedmiotów, pojawiają się problemy takie jak kalibracja czy konserwacja.

To, co można „wydrukować” na drukarkach 3D skierowanych na rynek konsumencki, „wpada w kategorię <<pierdółki>>”, jak zauważyła cytowana autorka. Drukarki o większych możliwościach są z kolei kosmicznie drogie (podobnie zresztą jest z tradycyjnymi obrabiarkami - co innego tokarka w warsztacie w technikum, co innego instalowana na zamówienie w fabryce).

Portaloza zwykle dodaje przy tym „ale na pewno coś wynajdą i będzie taniej i lepiej”. To naiwne rozumowanie, odwołujące się do założenia, że każdej technologii towarzyszy nieustanny, wykładniczy wzrost - jak w przypadku „prawa Moore’a”.

Tak naprawdę to „prawo Moore’a” jest anomalią (zresztą ta anomalia na naszych oczach właśnie się kończy). W drukarkach 2D od kilkunastu lat nie ma już istotnego postępu.

I to jest typowa sytuacja: każda technologia w końcu wali o szklany sufit, który wyznaczają prawa fizyki. I za sto lat nie zrobią silnika spalinowego o wydajności większej niż pozwala prawo Carnota.

Ledwie polska lewica zajarzyła jaką ściemą są twitterowe rewolucje i demokracja na facebooku, już goni za kolejną mrzonką tego typu. Jakbyśmy ciągle marzyli, że Krzemowa Dolina rozwiąże nasze problemy ze zbieraniem podpisów w wyborach.

Revolution? There’s no app for that. And never will be.

piątek, 19 grudnia 2014
Androidziarze, chodźcie się bić!

„World of Tanks Blitz” - gra, od której się ostatnio zrobiłem uzależniony, wyszła właśnie na Androida. Poświęciłem jej kiedyś „ranking od czapy”.

W grudniu zamiast rankingu zrobię więc małe wprowadzenie dla naszych nowych kolegów z Androidem. To będą nie tyle „często zadawane pytania”, co po prostu pytania dla początkujących. Może ktoś się skusi?

Co to jest „WOT Blitz” i czy można w to grać bez znajomości innych wersji gry?

To mobilna wersja multiplayera, który popularność zyskał na desktopach. Ja w wersję komputerową nie grałem prawie w ogóle, uzależniłem się dopiero od mobilnej. Jestem więc żywym dowodem na to, że jedna nie jest potrzebna do drugiej (zdaje się, że jest nawet wprost przeciwnie - po prostu do jednej z wersji gracz się w końcu przyzwyczaja i w drugiej wszystko go wtedy drażni).

Co w tej grze uzależnia?

Z punktu widzenia faceta w wieku średnim - dwie rzeczy. Raz, że pokolenie wychowane na „Czterech pancernych” i „Złocie dla zuchwałych” ma fetysz na punkcie pojazdów z drugiej światówki. Guslik ładujący „odłamkowym” działa nam silniej na wyobraźnię od komunikatu „counterterrorists win”.

Po drugie - mniej tu zależy od refleksu. Czołg to nie karabin, nie można zrobić przeciwnikowi błyskawicznego hedszota. Wieżyczka się obraca POWOOOOLI, poruszamy się po mapie z dostojnym chrzęstem gąsienic.

Dobra, to na czym polega sama gra?

Dziwaczny oddział, złożony z siedmiu pojazdów pancernych toczy bój spotkaniowy z drugim takim oddziałem. Celem jest zniszczenie wszystkich wrogich pojazdów lub utrzymanie bazy w centrum mapy przez 100 sekund.

Nie ma indywidualnych zwycięstw - oczywiście, na koniec można sobie porównywać statystyki w tabeli i ktoś z tej siódemki będzie najlepszy, a ktoś najgorszy, ale wygrywa lub przegrywa cały zespół. Bywa to wkurzające, bo zdarza się przegrać z cudzej winy, ale zdarzają się też bardzo przyjemne akty kooperacji (typu „ty go z tej, ja go z tamtej”).

Skoro gra jest za darmo, to gdzie jest haczyk?

Nie ma haczyka! Bardzo fajne w WOT jest to, że można się świetnie bawić, nigdy nie wydawszy ani grosza prawdziwej waluty. Płatności w WOT można podzielić na dwa rodzaje - jeden obejmuje środki, które „zarabiamy” grając. To są kredyty (szare monety”) i punkty doświadczenia (XP).

Drugi to złote monety, które można kupić tylko czerdżują prawdziwą kartę na prawdziwe euro (lub peeleny). Gra oferuje mechanizmy przeliczania złotych monet na szare monety lub na punkty XP, ale nie ma podobnego mechanizmu działającego w drugą stronę.

To dlaczego ludzie wydają prawdziwe pieniądze?

Konto gracza może być standardowe - albo „premium”. W tym drugim przypadku kredyty i ikspeki naliczane są nieco hojniej, a poza tym znikają komunikaty, które (dość łagodnie zresztą) namawiają do wykupienia konta premium. Kupić je można tylko za złote monety.

Jeśli do przyjemności grania dojdzie ci pasja kolekcjonerska, w pewnym momencie zacznie brakować ci miejsca w garażu na kolejne czołgi. Miejsce można dokupić tylko za złote monety.

Są też czołgi premium, które można dostać tylko za złote monety (choć raz twórcy gry dali wszystkim w prezencie premiumowego Stuart po prostu z okazji rocznicy). To są najczęściej jakieś odrzucone prototypy albo pojazdy, które wzięły udział tylko w jednej bitwie.

Paradoksalnie, czołgi premium wcale nie są lepsze od standardowych. Stuart to, jak wiadomo, szajs, którego nikt nie chciał (Amerykanie oddali go w ramach Lend Lease Rosjanom i Anglikom, którzy też w miarę możliwości wycofywali je z frontu). KW-5 i Loewe historycznie odrzucono na rzecz sensowniejszych projektów i na polu bitwy czujemy dlaczego.

Czemu więc ludzie kupują złe czołgi? Po pierwsze - kolekcja. Po drugie, wygrane bitwy z ich udziałem dają nam trochę więcej kasy od tych wygranych standardowymi.

Po trzecie, fajnie się nimi jeździ. KW-5 ma beznadziejną broń, kiepskie opancerzenie i fatalną manewrowość. Ale to jest 100 ton, którymi można tego lepiej uzbrojonego przeciwnika rozwalić taranując albo (my personal favorite) spychając go w przepaść.

Proponuję pojeździć najpierw za darmo, a kasę wydać tylko gdy gra wciągnie. A wciąga, oj wciąga!

piątek, 17 października 2014
Bezpieczny Linux

A tymczasem z racji ciągłego biegania po różnych iwentach związanych z internetem usłyszałem jeszcze jeden mit, który teraz dopiszę jako suplement do poprzedniej blogonotki. Mit ten zapiszę w postaci dialogu podobnego do rozmowy, która miała miejsce w realu.

AKTYWISTA: Używam wyłącznie Linuksa i otwartego oprogramowania, bo w nim nie może być backdoorów. Nawet gdyby jakiś był, to zaraz go odkryją i załatają.
JA: Yeah, right, tak jak odkryli dziurę w bashu.
AKTYWISTA: Co to jest bash?

W kręgach z serii „Tarkowski cytujący Lipszyca cytującego Doctorowa” można zdumiewająco często napotkać na ludzi, którzy nabożną wiarę w Wolne Oprogramowanie łączą z brakiem zrozumienia jak to działa. Nic dziwnego, bo większość z nich to po prostu (c)humaniści - jak choćby mój ulubiony felietonista technologiczny.

Jeśli ktoś jest z wykształcenia kulturoznawcą, z centralnej fantazji poetą a z zawodu rozliczaczem grantów, to szanse, że odróżni kod źródłowy od wynikowego są żadne. Nie będzie umiał zdefiniować żadnego z tych pojęć (inna sprawa, że #dziecisieci w ogóle mało co potrafią zdefiniować, potrafią najwyżej bezmyślnie przekleić hasło z plwiki).

Mogę jednocześnie odgadnąć psychologiczny mechanizm stojący za ich magiczną wiarą w Linuksa. Opisywałem to w notce „Manifest pasywistyczny”.

W liberalnej teorii mityczny „trzeci sektor” ma być wyrazem społeczeństwa obywatelskiego. W teorii to powinny być ugrupowania oddolnie tworzone przez obywateli, utrzymujące się z ich składek.

W praktyce trzeci sektor żyje głównie kosztem pierwszych dwóch. Fundacje i NGO’sy żyją albo z partnerstwa z biznesem, albo z dofinansu ze środków publicznych, albo umiejętnie surfują między jednym a drugim.

Rzuca to nieustanną wątpliwość, czy nie zachodzi tu konflikt interesów. Czy dofinansowywany przez państwo NGO’s faktycznie może temu państwu „patrzeć na ręce”? Czy z dofinansu od Google’a można walczyć o prawo do prywatności?

Im większa niepewność konkretnego aktywisty w jego własny aktywizm, tym gorętsza wiara, że z jakimś innym NGO’sem jest inaczej. Gdzieś tam musi przecież istnieć ten prawdziwie mityczny obywatelski Trzeci Sektor - może nie tu, może nie tam, ale może w jakimś zupełnie innym miejscu?

Helou, nie ma go. Obywatelsko oddolne organizacje w Polsce to te, których neoliberalny Trzeci Sektor nie lubi - Kościół i związki zawodowe. Nie są cool, nie da się nimi chwalić w szarlocie przy tartej bułce.

Stąd nadzieja, że chociaż Linux jest produktem prawdziwie oddolnego ruchu hackerów, zdolnych studentów i cyberaktywistów. Zmieniajmy świat na lepsze instalujac Linuksa na laptopie, nawet jeśli od tego szlag trafi nam połączenie z komórką. Wolność wymaga poświęceń.

No więc chłopaki, dziewczyny i osoby trans. Linux jest tak samo oddolny i obywatelski, jak wasze NGO’sy.

Rozwojem Linuksa kieruje Fundacja Linuksa. To jest skład jej zarządu. Kogo tam widzimy? Przedstawicieli świata korporacji.

Czy to takie dziwne? Fundacja Linuksa, jak każda, zależy od wpłatodawców. Im więcej wpłacisz, tym więcej masz do gadania. Szary obywatel raczej nie ma szans wpłacać po pół megabaksa rocznie, jak tzw. „platynowe członki” (IBM, Samsung czy Hewlett-Packard).

Szary obywatel może oczywiście wpłacić na fundację, ale będzie miał na jej działania wpływ adekwatny do tej stówencji peelenów, z której wyskoczył. Czyli: ŻODYN.

Mit „zdolnego studenta, który przegląda kod źródłowy” to taki sam mit cyberaktywizmu, jak ta „rewolucjonistka z Macbookiem w Starbucksie”, z której się już parokrotnie chichrałem. To nie jest takie proste, przegryźć się przez kod źródłowy pod kątem reakcji programu np. na buffer overflow.

Linux od dawna nie jest już rozwijany przez „zdolnych studentów” i „cyberaktywistów”, tylko przez etatowych pracowników albo Fundacji Linuksa, albo korporacji będących „platynowymi członkami”. Co za tym idzie, w Linuksie rozwijane jest to, na czym zależy korporacjom.

A zwykły, szary użytkownik? Gdyby komukolwiek na nim zależało w tym ustroju, nazywalibyśmy go zwykłoszaryzmem, nie kapitalizmem.


poniedziałek, 06 października 2014
Internetowe bulszity

Mam taki zapieprz w przemyśle nienawiści, że niestety zaniedbuję blogaska. Ze zgrozą odkryłem, że nie było wrześniowego rankingu od czapy! Październik jeszcze młody, więc może nadrobię.

Zapieprz częściowo wiąże się z tym, że ciągle gdzieś coś mówię o internecie. I ciągle mam do czynienia z tymi samymi mitami, które niby już trylion razy obśmiali lepsi ode mnie, ale to ciągle wyłazi zza grobu, niczym Pan Spinacz w Microsoft Office 98.

Zrobię więc ranking bulszitów o internecie, ilustrowany stockowymi obrazkami, bo po wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej jestem zafascynowany tematem „estetyka stocków a portaloza”.

https://www.flickr.com/photos/aliestelle/3724030360/ CC-BY-SA

Mit numer jeden to rzekome korzenie wolności, które podobno były „u podstaw” Internetu. Wracał tutaj w komciach na blogu - mieliśmy nawet komcionautę, który argumentował to tym, że znał ludzi podłączających do Internetu Polskę i dobrze wie, że im chodziło o Wolność.

Może i chodziło, ale przecież Internet był już wtedy pełnoletni. Przypomnijmy, że Internet ma tyle lat co ja. Czyli dużo.

Zaczął się jako projekt wojskowy - więc nie było mowy o wolności. Potem go oddano naukowcom - i też nie było żadnej wolności, była państwowa instytucja (National Science Foundation).

W 1995 Al Gore kierował prywatyzacją tego, co wtedy nazywano NSFNet. Można go więc uznać za twórcę internetu komercyjnego. W którym, helou, też nigdy nie chodziło o żadną wolność, tylko o władzę amerykańskich korporacji.

Od początku taki był plan. Cyberkorpy, jak Google czy Facebook, nie przejęły Internetu podstępem czy znienacka - Al Gore zaplanował taki przebieg komercjalizacji i takie ramy prawne, żeby amerykańskie korporacje zawsze kontrolowały sieć.

Wszyscy więc obrońcy „wolności w Internecie” tak naprawdę bronią cyberpunkowej dystopii. Kto nie skacze, ten przeciw dyktaturze Tyrella!

Public Domain

„Internet nie zna granic”. Milion razy widziałem już komunikat z serii „ten materiał nie jest dostępny w twoim kraju”, a jednak nie dalej jak przedwczoraj usłyszałem tę brednię z ust „eksperta cyfryzacji” z Centrum Cyfrowego Project Polska.

Amerykanie władzę nad Internetem przekazali ICANN, typowej w tych kręgach pozarządowej organizacji wewnątrzrządowej. Pierwszą szefową ICANN była Esther Dyson, nominowana przez prezydenta Busha.

ICANN do dzisiaj jest zależne od amerykańskiego rządu, działa według prawa Kalifornii. Nie mam nic przeciwko prawu Kalifornii, z tym drobiazgiem, że nie głosuję na jej władze, więc nie podoba mi się to, że inne państwo decyduje o tym, jak się komunikuję z innymi polskimi obywatelami.

Nie popieram reżimu chińskiego czy rosyjskiego, ale nie dziwię się tym krajom, że oddzielają się od amerykańskiego internetu coraz wyraźniejszymi wariantami jakiegoś „Great Firewall of China”. Skoro Amerykanie chcą mieć wszystko, to prędzej czy później wylądują z niczym.

Na razie więc zamiast „internetu bez granic” widzimy postępującą bałkanizację - już teraz inne treści widzi w Internecie Duńczyk, inne Niemiec a inne Polak. „Zniesienia granic” nie ma nawet wewnątrz Unii Europejskiej, a co dopiero w skali globalnej.

https://www.flickr.com/photos/inju/290701877/sizes/o/ CC-BY-SA

„Internet pozwala obywatelom patrzeć władzy na ręce”. Och tak, to kapitalne, że możemy czytać projekty ustaw w RCL. Ale dlaczego znowu w sekrecie negocjowane jest kolejne międzynarodowe porozumienie TTIP, które prawdopodobnie będzie mieć wpływ na swobody obywatelskie?

Ach tak, „tajemnica handlowa”. Podobnie jak algorytmy Google’a i polityka moderacji Facebooka.
Internet umocnił tylko asymetrię w dostępie do informacji. Władza państwowa i korporacyjna wie o nas wszystko, może nas śledzić w czasie rzeczywistym - z kim się spotykamy, co kupujemy, o czym piszemy maile.

Za to wszystkie naprawdę ważne pytania odbijają się z donośnym „ZONK!” od żelaznego muru z napisem „tajemnica”. Internet pozwala władzy patrzeć nam na ręce i wszystkie inne części ciała. My najwyżej możemy zobaczyć rękę władzy pokazującą nam fakulca.

środa, 23 lipca 2014
Now Playing (165)

Odczuwam ostatnio nostalgię za latami zerowymi. Ach, jakie wszystko było proste, kiedy cyberkorpy były fajne (z wyjątkiem oczywiście Microsoftu, tego „ostatniego monopolisty”), giełda rosła, dziennikarzy zasypywały propozycje pracy, a co do sensu ataku na Irak można było się jeszcze spierać, bo ten bezsens nie był jeszcze tak krwawo oczywisty.

Na soundtrack do nostalgii polecam oczywiście elektro/shoegazing. Sam w każdym razie ostatnio wróciłem do Ladytrona, którego parokrotnie już chwaliłem na tym blogu (hej, ten blog pochodzi z lat zerowych).

Moją ulubioną płytą z tego zespołu jest „Velocifero”, a z niego ulubionym utworem jest „Versus”. W ogóle bardzo lubię to słowo, dowiedziałem się o jego istnieniu jako nastolatek grając w grę „Spy vs Spy” (niestety, w odciętej od świata komunistycznej Polsce najpierw się poznawało grę na podstawie komiksu, a dopiero potem komiks).

Tekst buduje opowieśćć wokół tego słowa, które jest tu niemalże rzeczownikiem. Albo wręcz osobą. W każdym razie, urządzeniem narracyjnym, który prowadzi nas przez jakąś niemalże fabułę.

Zaczyna się od definicji szybkości („Distance versus time”), prowadzi przez jakąś smutną historię miłosną („versus curses in your eyes”), kończy się zaś na stwierdzeniem podmiotu lirycznego, że jego/jej główny problem to „me versus me”.

Opowieść jest uniwersalna genderowo, bo do eterycznego głosu Helen Marnie dołącza chwilami Daniel Hunt. Zdaje się, że autor tekstu zresztą.

A jak wasza nostalgia za latami zerowymi? Też ją odczuwacie, czy to coś specyficznie dziennikarskiego?

czwartek, 17 lipca 2014
World of Świrs

To były lata 80. Kolega z liceum miał tatę-biznesmena, który świetnie prosperował za późnego PRL, ale nie odnalazł się we wczesnej 3RP (długa i smutna historia).

Jako syn prywaciarza, kolega opływał w symbole dostatku takie jak biała czekolada czy oryginalne gry komputerowe. Wśród nich - legendarne „Kampfgruppe” legendarnej firmy SSI. Rolnicy mogą ją znać z jej późniejszego remake’u na pecety, „Steel Panthers”.

Przedtem niespecjalnie interesowałem się militariami. Grałem już w pierwsze najprostsze gry strategiczne, ale tam się przesuwało prostokąciki, w najlepszym wypadku - heksy, które miały najwyżej jakieś umowne „punkty siły”.

W „Kampfgruppe” dowodzenie było na poziomie taktycznym, a więc nie tylko istotna była różnica między ciężkim oddziałem rozpoznania a lekkim oddziałem pancernym, ale też która jednostka patrzy w jakim kierunku i przede wszystkim: jaki ma sprzęt.

Przedtem wiedziałem o drugiej wojnie światowej z grubsza tyle, co z „Czterech pancernych”. Że były jakieś T-34, jakieś tygrysy i jakieś pantery. Dopiero instrukcja obsługi „Kampfgruppe” otworzyła dla mnie świat tych wszystkich zonderkraftfarcojgów i ich ausfiringów. Zawierała sylwetki tych pojazdów wraz z krótkim, treściwym opisem.

Gdy teraz gram w „World of Tanks”, przypominam sobie tamtą instrukcję. I tamte multiplayery - wielokrotnie z owym kolegą całe noce spędzaliśmy na atakowaniu i bronieniu tych wszystkich Stalingradów.

 

Lipcowy ranking od czapy poświęcę więc pojazdom bojowym z drugiej światówki. Wśród których moim numerem jeden zawsze był StuG III Ausf. G. W grach, w których można sobie coś wybrać, to zwykle mój pierwszy wybór.

Bywalcy bloga mogą zauważyć mój szacunek do wszystkiego, co jest prostym i skromnym rozwiązaniem problemu - i awersję do gwiazdorzenia. Ubocznym skutkiem szaleństwa Hitlera była jego gigantomania.

Strach pomyśleć, co Trzecia Rzesza mogłaby osiągnąć, gdyby jej wojskami dowodził ktoś kompetentny. Hitler ciągle zatwierdzał projekty pojazdów bojowych, które miały być największymi, najcięższymi, najlepiej uzbrojonymi i opancerzonymi na całym froncie. I to zwykle były zmarnowane pieniądze, jak Elefant czy Jagdtiger.

StuG III był tani, bo to nawet nie jest czołg, tylko działo samobieżne. Jednocześnie był zdumiewająco uniwersalny, zaprojektowano go jako broń ofensywną (stąd nazwa - Sturmgeschütz), ale okazał się być świetny w defensywie. Tego drugiego Hitler od 1942 potrzebował bardziej, ale kierował przemysł zbrojeniowy w realizację swoich coraz bardziej oderwanych od frontowej sytuacji fantazji.

Stalin też miał skłonność do gigantomanii, ale w tym też był sprawniejszy. Jak chcę w takich grach pojeździć czymś większym i cięższym, biorę ISU-152.

Jeśli uda się czymś takim zakampić w jakimś zakamarku chroniącym tył pojazdu (w World of Tanks kampienie jest czymś naturalnym, przecież po to się w ogóle robi niszczyciele czołgów), ISU-152 będzie nie do ruszenia. Powiedziałbym, że pojedynek między zakampionym ISU-152 a trzema panterami byłby wyrównany.

 

Z wszystkich fantazji kompensacyjnych o alternatywnej historii, w której „silni, zwarci i gotowi” nie rozsypują się jak domek z kart w kampanii wrześniowej, lubię fantazję o „małej entencie”. Gdyby tak udało się stworzyć sojusz wojskowy obejmujący Mitteleuropę, dalibyśmy radę nawet obu tym świrom razem wziętym!

Oczywiście - wiem, że to nigdy nie było realne. Za dużo było antagonizmów między tymi państwami (z jakim zażenowaniem czyta się dziś propagandowy reportaż Melchiora Wańkowicza z zajętego Zaolzia...), za mało bezpośrednich wspólnych interesów.

Poza tym druga wojna światowa była wojną infrastruktur. Pytanie „ile kto ma dywizji” było równie istotne na „jak szybko te dywizje może przerzucić z jednego końca kraju na drugi”. A dobrego połączenia Warszawa-Dubrownik czy Praga-Konstanca nie ma nawet dzisiaj (a co dopiero wtedy).
Pz-38(t) byłby zapewne głównym czołgiem takiej zjednoczonej armii Mitteleuropy. W każdym razie, gdy z niego strzelam do czołgów niemieckich i radzieckich, lubię fantazjować, że bronię Małej Ententy przed tymi dwoma psychopatami.

piątek, 09 maja 2014
Sukces rebeliantów

Dopadła mnie zemsta karmiczna. Jak wiedzą znajomi, którzy ze mną dyskutują o grach - nieprzychylnie wyrażam się o modelu „Free To Play”.

Oskarżam go o psucie szlachetnej sztuki projektowania gier. Kiedyś grę kupowaliśmy jako skończone dzieło sztuki, które najwyżej rozwijaliśmy o dodatkowe poziomy, plansze czy scenariusze, ale generalnie już to coś, co przyszło w tym pierwszym pudełku, musiało być grywalne.

Free To Play prowadzi do sytuacji, w których ten pierwszy, darmowy pakiet pełni funkcję „pierwszej działki na zachętę”, do której potem tak czy inaczej jesteśmy przymuszeni do dokupywania elementów wspierających mechanikę gry. W tym modelu nie ma miejsca dla geniuszy od projektowania konkretnych poziomów, jak American McGee.

A właściwie - miejsce niby jest, ale podrzędne. Ważniejszy staje się producent, który wymusza rozwiązania typu „a ten poziom będzie nie do przejścia, jeśli się nie dokupi Mighty Eagle”. A więc McGee nie mógłby zabłysnąć poziomem prostym do przejścia, jak się wpadnie na pomysł (jak „The Crusher”).

Karma - a właściwie znajomy z gamedevu, który sam się specjalizuje w f2p - podsunął mi grę, która jest karą dla takich jak ja. To „Faster Than Light”, idealna gra dla oldskulowców, skrzyżowanie „Frontiera” z rogalikami.

Akcja dzieje się w świecie z grubsza space operowym. Główny bohater dowodzi okrętem bojowym jakiejś podupadającej Federacji, podbijanej przez Rebelię.

Losy Federacji zależą od tego, czy dotrzemy na czas do Ósmego Sektora i rozwalimy bossa, czyli The Rebel Flagship, który tam właśnie rozwala główną bazę Federacji.

Boss jest wredny, bo niestety trzeba go pokonać trzy razy. Zamiast umrzeć jak grzeczny pokonany przeciwnik, teleportuje się i wraca w innym konfigu.

Na razie mój rekord to rozwalenie drugiego bossa, ale te dwie walki mnie tak wykańczają, że trzeci przychodzi i jednym pstryczkiem. JAK TO CHOLERSTWO PRZEJŚĆ DO KOŃCA.

Ii nie mówcie mi, że wystarczy wyguglać, bo tyle to i ja wiem; ale wiem też, że nie wystarczy, bo to rogalik. Na nic porada „trzeba mieć to czy tamto”, jak po prostu ci się nie wygeneruje iwent dający takie artefakty.

I oczywiście gdyby to była gra typu Free To Play, teraz bym wydał duże pieniądze na okręt bojowy, który nawet ironicznie mógłby się nazywać Mighty Eagle. Ba, wydałbym je nawet na złom (w tej grze złom jest walutą), żeby sobie odpowiednio dokonfigurować jakiegoś zwykłego Kestrela czy Torusa.

Ale nie można. Mam czego chciałem. Za osiem euro zamknięta całość - i nie ma zmiłuj. Nie ma też cheata. Można tylko heksem edytować sejwy (ale przecież też nie na iPadzie).

Od strony fabularnej gra dekonstruuje motyw space opery. Ze szczątków dostępnych informacji wygląda na to, że ta Federacja była dosyć wredna i właściwie zasługuje na upadek.

Słyszymy to czasem od mijanych NPC. I samemu możemy się o tym przekonać na przykładzie własnej załogi.

Oszczędzanie jej życia ma sens tylko jeśli się chce zdobyć acziwmenta „No Redshirts Here”. Ale poza tym to nie ma sensu (tym bardziej, że można ich klonować).

„Humans are common and uninteresting” - tak opisany jest nasz gatunek w tej grze. A tylko my mamy właściwie ten dziwny fetysz na punkcie życia jednostki ludzkiej. Inne rasy, z którymi się stykamy w FTL, traktują hive-mind jako stan naturalny.

Dla mojego pokolenia fandomistów ten problem najlepiej wyraziło opowiadanie „Myśleć jak dinozaury” Kelly’ego. Ludzie nie pasują do space opery. Każdy space operowy świat będzie z założenia antyludzki, ludzie mogą w nim zaistnieć tylko za cenę wyrzeczenia się człowieczeństwa.

Może to i dobrze, że ta cholerna Federacja zawsze przegrywa.

niedziela, 04 maja 2014
Bill Gates i jego stara

Nie lubię, kiedy mój blog się zamienia w dział łączności z czytelnikami „Gazety Wyborczej”, ale nic nie poradzę, dyskusja pod poprzednią notką uległa hajdżakowaniu przez komentarze do majówkowego artykułu. Proponuję przenieść to tutaj, bo na bloksie źle się prowadzi rozmowę po przekroczeniu setnego komcia.

Bill Gates był korporacyjny villainem de choix mojego pokolenia (choć oczywiście dzisiaj wydaje się poczciwiną na tle Zuckerberga czy Bezosa). Bardzo mnie to ucieszyło, że McQuaig i Brooks poświęcają cały rozdział książki na wykazanie, że Gates nie doszedł do swoich miliardów własnym wysiłkiem.

Oczywiście, to nie są nowe rzeczy dla kogoś, kto się interesuje historią Krzemowej Doliny. Sam wokół tej zagadki, dlaczego właściwie IBM wybrał ofertę Gatesa zamiast oferty Kildalla, osnułem ze dwa opowiadanka sajens-fikszyn (najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie to oczywiście to z mamuśką, ale ze względu na późniejszą śmierć Kildalla można odlecieć w superfajoskie teorie spiskowe).

Mit merytokracji jednak obserwuję w swoim najbliższym otoczeniu. „Ale oni przecież to bogactwo zawdzięczają zdolnościom” - uwierzcie mi lub nie, ale wielu warszawskich dziennikarzy do dzisiaj szczerze w to wierzy.

Zdolności kończą się gdzieś na poziomie wyższej klasy średniej. Zdolności mogą kogoś doprowadzić do poziomu, dajmy na to, Steve'a Wozniaka.

Bycie w klasie wyższej wymaga jednak albo urodzenia się w klasie wyższej (pierwszy milion najlepiej odziedziczyć), albo wbicia noża w plecy przyjacielowi. Mimo to cyberoligarchowie ciągle budzą irracjonalną sympatię nawet u ludzi deklarujących powierzchownie rozumianą lewicowość.

Nowoczesną lewicową politykę trzeba zacząć od rozbijania mitu merytokracji. Pasożyty z klasy wyższej należy po prostu opodatkować, nie przejmując się ich pierdoletami, że to ich „zniechęca”.

A niech się zniechęcą. Nie ma sprawy. To nie jest tak, że oni są jacyś szczególnie mądrzy ani nawet szczególnie ważny. Od bycia mądrymi mają inżynierów, projektantów, informatyków.

Oni są tylko prezesami i członkami rad i zarządów. Fajnie to jest pokazane w filmie „Margin Call”. Co się dzieje w tym banku, to rozumieją Spacey, Bettany i Quinto.

Ale to nie oni są ważni i bogaci - ważni i bogaci są Irons, Baker i Demi Moore. Z całej matematyki stojącej za operacjami banku rozumieją tylko tyle, ile Quinto i Bettany im przystępnie wyjaśnią w popularnonaukowym spiczu, kiedy już ważni i bogaci zaproszą ich na spotkanie zarządu.

Świat będzie lepszym miejscem, jeśli symboliczne postacie, które grają w tym filmie Irons i Baker, się zniechęcą. W istocie jednego z drugim dobrze byłoby po prostu pogonić do jakiejś uczciwej roboty.

Zniechęcać ich oczywiście należy ostrą progresją podatkową oraz  opodatkowaniem majątku i transakcji finansowych (na przykład tak, jak to proponuje Piketty). To nieprawda, że „uciekną do rajów podatkowych”.

Raje podatkowe istnieją dlatego, że zachodnie demokracje na to pozwalają. Nie wystarczy, że jakiś archipelag Hula-Gula jednostronnie ogłosi siebie rajem podatkowym.

Żeby nim faktycznie się stał, zamożne kraje pierwszego świata muszą podpisać z nim umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania (które za Shaxsonem lubię nazywać „umowami o podwójnym unikaniu opodatkowania). Współczesne raje podatkowe stworzono sztucznie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, często z historycznych przyczyn, które już dzisiaj są nieaktualne (jak np. finansowanie wojny w Wietnamie, praprzyczyna „holenderskiej kanapki”).

Jasne, że oligarchowie nie poddadzą się bez walki. Bardzo możliwe, że my - jako klasa średnia - tę walkę przegramy. Ale to nie znaczy, że mamy uwierzyć w ich bajki o „merytokracji”. Ja przynajmniej zamierzam w tej walce przegrać mówiąc o tych gościach szczerze, co o nich myślę.

sobota, 15 lutego 2014
W Internecie wszyscy są akwizytorami

Kultura 2.0

Mam nadzieję, że cyberpesymizm zaczyna wreszcie zapuszczać korzenie tam, gdzie dotąd głoszono hasła „internet nie jest zagrożeniem, lecz szansą”. Czyżby udało się zdobyć nawet mury fortecy Centrum Cyfrowego Project Polska?

Podstawy do tej nadziei widzę w blogowym wpisie dr Aleksandra Tarkowskiego, socjologa Internetu. Zawarł w nim postulat: „Chciałbym, żeby w cenniku Piano obok ceny usługi była wyliczona wartość danych o mnie, które serwis zbierze”.

Od uświadomienia sobie tego, że rzeczywista cena usługi w Internecie to „x + dane osobowe” jest już tylko krok do uświadomienia sobie, że to obowiązuje także wtedy, gdy x=0. Otwartyści, jeszcze jeden wysiłek, jeśli chcecie zrozumieć jak działa Internet!

Od dawna powtarzam, że w Internecie nie ma „wolności”, „równości”, „otwartości”. Dominującym modelem biznesowym jest „darmowość w zamian za inwigilację”.

Trawestując linuksiarskie powiedzonko, model „free as in free speech, not as in free beer” przegrał w czasach Usenetu łupanego. Wygrał model „free as in: sign here to confirm that you waive your rights to freedom of speech and privacy - and then enjoy your complimentary beer, cheers!”.

W swojej książce próbuję pokazać historię tego modelu. Moim zdaniem, nawet nie jest tak, jak sugerowali to wcześni cyberentuzjaści, że ten model jest jakimś naturalnym wyborem antropomorfizowanej informatyki („information wants to be complimentary”).

Ten stan sztucznie wytworzono przy pomocy przywilejów prawnych dla cyberkorpów, które USA narzuciły całemu światu przy okazji WIPO. Skasować te przywileje, a od razu okaże się, że „information wants to be expensive”. I to mi się wydaje lepszym rozwiązaniem od psucia prawa autorskiego tylko po to, żeby lepiej pasowało do tego chorego modelu.

Ja nie lubię tego modelu. Ja jestem raczej za przykręceniem śruby cyberkorpom. Chcę, żeby cenę „x+prywatność” europarlament zamienił na cenę „x+0”. Tak, żeby cyberkorpom po prostu i zwyczajnie zakazać w cholerę handlu danymi osobowymi.

Ubocznym skutkiem będzie oczywiście to, że samo x zapewne nie będzie wtedy mogło być zerowe. Fajn baj mi.

Wyszukiwarka, której płacę miesięczny abonament w zamian za nieszpiegowanie? Wchodzę w to. A raczej: wszedłbym, gdybym miał taką możliwość. Nie mam jej nie dlatego, że „ludzie tego nie chcą”, tylko dlatego, że na razie w myśl dyktatu USA prawo faworyzuje inwigilację.

Cieszę się, że do Tarkowskiego dotarło wreszcie, że w świecie komercyjnego Internetu linkowanie nie jest czymś niewinnym, bo zamienia linkującego w akwizytora kliknięć. Oczywiście, nie mogę się powstrzymać przed pytaniem: dude, odkryłeś to w 2014? Gdzie byłeś 10-15 lat temu, kiedy ten proces się dokonywał?

Dla „socjologa Internetu” odkrycie, że „linki tracą tym samym niewinność”, to jak dla literaturoznawcy odkrycie, że mówi prozą. I to nie jest kwestia paywalla, bo w formule „x + inwigilacja”, inwigilacja nie znika gdy x=0.

Dostarczyciel darmowych treści też jest akwizytorem. Blogonocię ilustruję skrinem z bloga Kultura 2.0 widzianego z punktu widzenia nakładki Ghostery.

Na blogu Kultura 2.0, jak to na blogu, x=0. Ale kogo widzimy po stronie inwigilacji! Starzy znajomi, gugiel z fejsem, a na dobitkę oczywiście Gemius, bo to Polska, mieszkam w Polsce.

Szanowny panie doktorze, za późno już na martwienie się o „niewinność linkowania” i wynikającą z jej braku rolę akwizytora. Od wielu lat występuje Pan w roli akwizytora kliknięć dla Gugla, Fejsa, polskiego Gemiusa i czeskiego BBElements. Z tego co widzę, nadal nieświadomie.

Myślał Pan, że „w Internecie wszyscy są twórcami”. A tak naprawdę w Internecie wszyscy są akwizytorami dla kompleksu reklamowo-marketingowo-inwigilacyjnego.

Nie minął rok od manifestu, który ogłosiliście z ministrem Ostrowskim o tym, jak to Internet totalnie absolutnie w żadnym wypadku wewogle nie jest żadnym tam zagrożeniem, jest tylko i wyłącznie szansą dla „rozwoju kultury i wiedzy”. Może jednak czas na przemyślenie, jak to właściwie jest z tymi szansami i tymi zagrożeniami?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10