Ekskursje w dyskursie
środa, 02 listopada 2016
I ty dostaniesz bana

Rzadko zgadzam się z Jarosławem Lipszycem. Kwestia wolności słowa to jeden z tych wyjątków, dlatego z aprobatą linkuję jego komentarz w „Tygodniku Powszechnym”.

Nie ma się co cieszyć z chwilowych problemów, które na Facebooku mieli narodowcy. To były  czasowe bany, zapewne tylko na 24 godziny.

Jeśli kogoś Facebook potraktował ostrzej, ban zostanie zdjęty dzięki interwencji prawicowej minister cyfryzacji. Pamiętajcie, że ona będzie bronić pisowców, narodowców czy koalicjantów od Kukiza, ale nigdy nie będzie bronić was - moi drodzy znajomi o poglądach na lewo od PiS.

Dlatego z zasady nie cieszę się z niczyich banów, nawet banów nakładanych na tych, z którymi się ideowo nie zgadzam. OK, byłem teraz nieszczery, miałem sporo Chichrenfreude z licznych banów Jana Kapeli, bo nie mogę mu wybaczyć infantylnego cyberoptymizmu, który jeszcze parę lat temu lansowano w „Krytyce Politycznej”.

Dziś już chyba do największych niegdysiejszych entuzjastów „robienia rewolucji przy pomocy Facebooka i Twittera” dotarło, że to są monopolityczne korporacje, zainteresowane tylko przynoszeniem hajsu udziałowcom. Hejt przynosi im hajs i zły pijar.

Z hajsu nie zrezygnują, więc będą w celach pijarowychsymulować jakieś działania antyhejterskie, ale te będą zawsze chaotyczne. Ofiarą będą padać przypadkowe osoby.

Jeśli więc „New Yorker” i wszyscy administratorzy jego fanpejdża dostaną bana za opublikowanie rysunku Adama i Ewy z rysunkowymi sutkami - Facebook cofnie bana, bo interweniować będzie Conde Nast. A z Conde Nastem Facebook chce żyć dobrze.

Jeśli bana dostanie norweska gazeta „Aftenposten” za ikoniczne zdjęcie nagiego dziecka podczas wojny w Wietnamie (i wszyscy szerujący to zdjęcie w solidarności z redakcją), to Facebook bana w końcu zdejmie, bo w obronie „Aftenposten” wystąpiła premier Erna Solberg. A Facebook chce żyć w zgodzie z premier(k)ami.

Od strony prawnej cyberkorpy chronione są przywilejami, które dają im międzynarodowe traktaty o tak zwanym wolnym handlu, które są de facto traktatami o przywilejach korporacji. W sądzie polski obywatel może im nafiukać, naskoczyć, cmoknąć w pompkę i generalnie poskarżyć się na mail@berdychev.ua.

Ale z drugiej strony, cyberkorpy nie chcą mieć wrogów u instytucji takich jak Conde Nast czy rząd polski czy norweski. Co stwarza sytuację, która na dalszą metę jest groźna dla szarego obywatela, ale korzystna dla elit.

Elity korporacyjne i polityczne zawsze sobie jakoś poradzą. Nie zawsze ich interesy muszą być tożsame, ale dla jednych i drugich ta sytuacja jest w gruncie rzeczy wygodna.

Dzięki przywilejom dla cyberkorpów Facebook jest superarbitrem w kwestii tego, jakie poglądy mogą, a jakie nie mogą być wyrażane w Internecie. Rządom i innym korporacjom pozostaje przywilej mniej istotny, ale też cenny: wszyscy się teraz dzielimy na tych, w których obronie wystąpu rząd lub jakaś korporacja - i całą resztę.

Dlatego z przywilejami cyberkorpów nikt nic w dajcym się przewidzieć czasie nie zrobi. Na dalszą metę to jest korzystne dla wszystkich, którzy coś mają do gadania. Czyli w uproszczeniu do górnego 1%.

Niekorzystne to wszystko jest dla nas, 99% społeczeństwa. Ale najśmieszniejsze jest to, że sami się na to zgodziliśmy - 10 lat temu były głosy ostrzegawcze, że to wszystko idzie w takim kierunku, ale je powszechnie olano.

Dlatego właśnie cieszą mnie tylko bany zaliczane przez tych, którzy zakrzykiwali ówczesne pojedyncze głosy protestu.

niedziela, 31 maja 2015
Hibernatus

Na kongresie partii „Razem” wpadłem w małą dygresję, którą tu rozwinę jako majowy ranking od czapy. Wbrew popularnej opinii uważam, że wcale nie żyjemy w czasach przyśpieszonego rozwoju. Odwrotnie, uważam, że żyjemy w czasach stagnacji.

Ranking poświęcę więc technologiom, które mają wpływ na nasze życie - a które mają mniej więcej tyle lat, co ja. Czyli dużo.
Unix
To dotyczy nawet naszej najulubieńszej technologii cyfrowej. Wbrew pozorom, zasady działania iPhone’a byłoby łatwo wytłumaczyć komuś, kto w 1969 roku trzymał rękę na pulsie ówczesnych nowinek technicznych (czyli np. Lemowi - stąd w ogóle moja fascynacja tym tematem).

Powiedziałbym, że iPhone w środku ma mikroprocesor, takie coś, co założony w 1968 roku Intel próbuje już zrobić, mieszcząc architekturę PDP-11 na układzie scalonym (wymyślonym przez Bell Labs). Pracuje pod kontrolą systemu UNIX (też wymyślonego przez Bell Labs), na który nałożono GUI taki, jak w 1968 pokazał Douglas Englebart - tylko nie z myszką (której używamy do obsługi większych komputerów), ale z ekranem dotykowym, tak jak ówczesne „pióro świetlne”.

Internet? Tak, to ta sama sieć, co ją właśnie DARPA uruchamia w Kalifornii. Tyle, że działa na telefonach komórkowych, których prototyp (oraz „radiotelefony”) też zna

Hibernatusa z 1969 trochę by zdziwiło „gorilla glass” i bateria litowa, ale nie ma tu nic, czego by się nie dało mu wytłumaczyć odwołując się do znanych mu pojęć. Przeciwnie, myślę, że byłby rozczarowany, jak daleko temu do startrekowego komunikatora.
Audi
A gdybym owego przybysza z 1969 zabrał do typowego samochodu z 2015, na przykład do volkswagena passata, nic by go pod maską nie zdziwiło. Powiedziałbym mu, że to wersja rozwojowa doskonale znanego mu Audi 80, z podobnymi rozwiązaniami: silnik i napęd z przodu, chłodzenie cieczą, wtrysk i elektroniczny zapłon.

I znów, z kolei hibernatus z 1919 w roku 1969 mało co by rozpoznał pod maską ówczesnego Audi 80. Szukałby gaźnika, stalowych linek obsługujących hamulce, mechanicznego zapłonu. Powodzenia w tłumaczeniu mu pojęcia „elektroniczny”!
747
Zabrałbym go oczywiście w jakąś dalszą podróż. Ale by się zdziwił, gdybyśmy nadal lecieli doskonale mu znanym z jego epoki Boeingiem 747!

W Dreamlinerze może i by się chwilę bawił ściemnianiem okienka, ale szybko by zaczął narzekać - to już cały postęp? Nie udało się skrócić czasu podróży ani zmienić nic z innych rzeczy ważnych dla pasażera, tylko zamiast rolety jest przyciemniacz ciekłokrystaliczny (tak, będzie wiedział, co to).

A gdzie loty naddźwiękowe? Gdzie Concorde? Ze wstydem będziemy mu tłumaczyć, że już nie lata. Szybko nas oskarży, że wstrzymaliśmy postęp. I będzie miał rację.

Za jego czasów państwo brało korporacje za mordę i wymuszało na nich szukanie nowych technologii. Dlatego wtedy AT&T wymyślało układy scalone, UNIX i język C. Dziś wymyśla innowacyjne taryfy.

Podobnie linie lotnicze. Po co im innowacyjność, skoro kasę mają w optymalizowaniu siatek połączeń - co jest bezpośrednim skutkiem deregulacji lotów pasażerskich?

Korporacje nie przywrócą postępu technicznego. To może zrobić tylko państwo, jeśli wróci do roli regulatora-dzierżymordy, którą pełniło w latach 60.

Fot. Wikipedia - (1) Peter Hammer, (2) Subarufreak, (3) Eduard Marmet, CC-BY-SA

piątek, 01 maja 2015
Rewolucja z drukarki 3D

Jan Sowa swojej książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” porusza mój ulubiony temat druku 3D. Nie mogę się do tego nie odnieść.

„Nie chcę wchodzić zbytnio w szczegóły techniczne, nie są one bowiem istotne. Interesuje mnie rola tego typu urządzeń w kształtowaniu nowej konfiguracji sił wytwórczych” - pisze Sowa.

Sformułowania typu „nie chcę wchodzić w szczegóły” zwykle oznaczają „nie chciało mi się tego sprawdzić”. Gdyby Sowa dokładniej obadał temat, wychodząc poza portalowe michałki z serii „wydrukowali pistolet!”, prysnęłyby jego mrzonki o „nowej konfiguracji”.

„W połączeniu ze skanerem przestrzennym drukarka 3D pozwala stworzyć bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” - ekscytuje się Sowa i twierdzi, że dzięki takim drukarkom można wytwarzać „przedmioty oraz maszyny, które do tej pory mogły powstawać wyłącznie w produkcji wielkoprzemysłowej”.

Technologię pozwalającą stworzyć „bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” ludzkość zna od dobrych kilkuset lat i nie wymaga ona „produkcji wielkoprzemysłowej”. Nazywa się to „odlewem”.

Większość portalowych michałków o druku 3D - że pistolet, że części zamienne, że „proteza za sto pięćdziesiąt dolarów - można zrobić narzędziami znanymi od dziesięcioleci. Odlew, wtrysk, obróbka skrawaniem.

Portaloza nie kieruje się merytoryczną wartością niusa, tylko klikalnością. Drukarki 3D są klikalne jak majtki Dody czy bitcoiny.

Sowa pisze, że drukarka 3D - ponieważ można na niej „wydrukować” części do zrobienia innej drukarki 3D - jest czymś nowym jako „urządzenia zdolne do samoreplikacji”. Otóż tak samo jest z tradycyjną obrabiarką. Na czym je robią w fabryce obrabiarek? Na obrabiarkach!

Problem w tym, że gdyby dać Sowie w prezencie komplet części do złożenia obrabiarki czy drukarki 3D, nic z tego nie wyjdzie. Proszę, oto losowa instrukcja montażu z serwisu RepRap. Powodzenia!

O ile pojęcie „obróbka skrawaniem” zdradza, że mówimy o czymś, co wymaga kierunkowego wykształcenia, „drukarka 3D” ewokuje wizję urządzenia przyjaznego użytkownikowi. Ściągamy sobie z internetu plik z przepisem na „ekspres do kawy” albo „pistolet”, klikamy na „drukuj” - i gotowa maszyna wychodzi z podajnika.

Niestety, to tak nie działa. Niedawno portal lubujący się w takich michałkach postanowił przetestować drukarkę 3D. Swoją drogą to zabawne, ze po paru latach trzaskania tekstów o cudowności tej technologii, dopiero teraz to sprawdzili w praktyce.

„W ciągu najbliższych dni opublikujemy serię tekstów poświęconych drukowi 3D” - obiecała autorka „Teraz drukujemy Pałac Kultury. Jutro - królika z czekolady!”. Nie było serii, nie było „królika z czekolady”.

Nawet Pałac Kultury był nieudany („drukarka musiała się w pewnym momencie pogubić na tych niewielkich elementach”). A próby „druku” z czekolady były tak nieudane, że ne nadawały się na artykuł. Autorka tylko wrzuciła na fejsa smutne zdjęcie bezkształtnej brei z tekstem „Jak na razie drukowanie czekoladą wygląda przygnębiająco. Zapewne coś robimy źle”.

Dlatego tak mnie bawią nadzieje Sowy, że drukarki 3D zrewolucjonizują Trzeci Świat. „Nam, uprzywilejowanym mieszkańcom tej planety, kupującym potrzebne urządzenia po prostu w sklepie” - twierdzi - nie przychodzi do głowy, jak wielkie znaczenie będzie tam mieć „możliwość wydruowania części zamiennych, na przykład do pompy wodnej”.

Otóż ta możliwość jest już teraz. Te części zamienne przeważnie prościej i taniej jest wyprodukować na tokarce czy wtryskarce.

Dziwne, że Sowa nie pamięta, że ćwierć wieku temu sam żył w taim kraju. W PRL potrzebnych urządzeń „nie można było kupić w sklepie”, nie mówiąc już o materiałach eksploatacyjnych. Problem przetrwał niestety do lat 90.

Nie było drukarek 3D, a jednak kombinowaliśmy z dorabianiem części zamiennych. Sam 20 lat temu montowałem nadkole odlane z fiberglasu (bo było znacznie tańsze od oryginalnego elementu, „wyprodukowanego przemysłowo”). Na wsi powszechnym widokiem były przedziwne wehikuły-samoróbki.

Sowa sobie wyobraża fabrykę jako miejsce magiczne, gdzie w cudowny sposób pojawiają się przedmioty, które dopiero od niedawna - dzięki magii druku 3D - można otrzymywać chałupniczo. Po marksiście oczekiwałbym więcej zrozumienia dla procesu produkcji.

Prawie wszystko, co można produkować przemysłowo - można też produkować rzemieślniczo. Wyjątki są nieliczne i ani jeden nie pojawia się w tekście Sowy - nie jest to ani pistolet, ani proteza, ani „część do pompy”.

Tylko że chałupniczo zrobiony samochód będzie kosztować tyle, co Ferrari. Dlatego tak się opłaca robić tylko Ferrari.

Złudne są nadzieje, że drukarki 3D zdemokratyzują produkcję. Prawie wszystko w ten sposób wyjdzie drożej (znów, są nieliczne wyjątki, ale nie te, o których pisze Sowa). Pistolet i część do pompy lepiej będzie wyprodukować na klasycznej obrabiarce.

W PRL musieliśmy tak kompinować, bo czas pracy wykwalifikowanego pracownika wyceniano na okrągłe zero rubla transferowego. Wtedy kardiochirurg sam musiał układać posadzkę w klinice, którą kierował.

Rewolucja polegająca na rzemieślniczej - chałupniczej produkcji części zamiennych już się wydarzyła. Polską klasę średnią tworzyli ludzie, którzy tak dokonali pierwotnej akumulacji kapitału. Facet z wtryskarką, warsztat z tokarką, szwagier ze spawarką. Pan Zdzisiu od ogłoszenia drobnego „AAAAAby fachowca”.

Znam ich. To moi sąsiedzi z warsiaskich suburbiów. Ale nie tylko dlatego uważam, że Sowa powinien się im bliżej przyjrzeć. Wyjaśni mu to kilka rzeczy: między innymi to, dlaczego klasa średnia nie głosuje na lewicę oraz skąd prawicowy hejt na lemingi (które z punktu widzenia pana Zdzisia są bezpowrotnie utraconą klientelą, bo z królestwa szpachli skoczyli do królestwa nówkosztukowości).

Co będzie, gdyby do Burkina Faso przywieźć drukarkę 3D, żeby zapoczątkować wymarzoną przez Sowę rewolucję? To samo, co gdyby supernowoczesny kombajn dać w prezencie PGR-owi.

Nawet jeśli znajdzie się ktoś dość kompetentny, by to w końcu uruchomić, zabawa się skończy gdy się wyczerpią materiały eksploatacyjne: sznurek w przypadku kombajnu, filament w przypadku drukarki 3D. Prisajzli bikoz tam nie można będzie tego po prostu „kupić w sklepie”.

Czy kiedyś pojawią się drukarki 3D, działające zaraz po wyjęciu z pudełka, nadające się do obsługi przez laika? Wątpię. Gdzie mówimy o produkcji fizycznie istniejących przedmiotów, pojawiają się problemy takie jak kalibracja czy konserwacja.

To, co można „wydrukować” na drukarkach 3D skierowanych na rynek konsumencki, „wpada w kategorię <<pierdółki>>”, jak zauważyła cytowana autorka. Drukarki o większych możliwościach są z kolei kosmicznie drogie (podobnie zresztą jest z tradycyjnymi obrabiarkami - co innego tokarka w warsztacie w technikum, co innego instalowana na zamówienie w fabryce).

Portaloza zwykle dodaje przy tym „ale na pewno coś wynajdą i będzie taniej i lepiej”. To naiwne rozumowanie, odwołujące się do założenia, że każdej technologii towarzyszy nieustanny, wykładniczy wzrost - jak w przypadku „prawa Moore’a”.

Tak naprawdę to „prawo Moore’a” jest anomalią (zresztą ta anomalia na naszych oczach właśnie się kończy). W drukarkach 2D od kilkunastu lat nie ma już istotnego postępu.

I to jest typowa sytuacja: każda technologia w końcu wali o szklany sufit, który wyznaczają prawa fizyki. I za sto lat nie zrobią silnika spalinowego o wydajności większej niż pozwala prawo Carnota.

Ledwie polska lewica zajarzyła jaką ściemą są twitterowe rewolucje i demokracja na facebooku, już goni za kolejną mrzonką tego typu. Jakbyśmy ciągle marzyli, że Krzemowa Dolina rozwiąże nasze problemy ze zbieraniem podpisów w wyborach.

Revolution? There’s no app for that. And never will be.

piątek, 19 grudnia 2014
Androidziarze, chodźcie się bić!

„World of Tanks Blitz” - gra, od której się ostatnio zrobiłem uzależniony, wyszła właśnie na Androida. Poświęciłem jej kiedyś „ranking od czapy”.

W grudniu zamiast rankingu zrobię więc małe wprowadzenie dla naszych nowych kolegów z Androidem. To będą nie tyle „często zadawane pytania”, co po prostu pytania dla początkujących. Może ktoś się skusi?

Co to jest „WOT Blitz” i czy można w to grać bez znajomości innych wersji gry?

To mobilna wersja multiplayera, który popularność zyskał na desktopach. Ja w wersję komputerową nie grałem prawie w ogóle, uzależniłem się dopiero od mobilnej. Jestem więc żywym dowodem na to, że jedna nie jest potrzebna do drugiej (zdaje się, że jest nawet wprost przeciwnie - po prostu do jednej z wersji gracz się w końcu przyzwyczaja i w drugiej wszystko go wtedy drażni).

Co w tej grze uzależnia?

Z punktu widzenia faceta w wieku średnim - dwie rzeczy. Raz, że pokolenie wychowane na „Czterech pancernych” i „Złocie dla zuchwałych” ma fetysz na punkcie pojazdów z drugiej światówki. Guslik ładujący „odłamkowym” działa nam silniej na wyobraźnię od komunikatu „counterterrorists win”.

Po drugie - mniej tu zależy od refleksu. Czołg to nie karabin, nie można zrobić przeciwnikowi błyskawicznego hedszota. Wieżyczka się obraca POWOOOOLI, poruszamy się po mapie z dostojnym chrzęstem gąsienic.

Dobra, to na czym polega sama gra?

Dziwaczny oddział, złożony z siedmiu pojazdów pancernych toczy bój spotkaniowy z drugim takim oddziałem. Celem jest zniszczenie wszystkich wrogich pojazdów lub utrzymanie bazy w centrum mapy przez 100 sekund.

Nie ma indywidualnych zwycięstw - oczywiście, na koniec można sobie porównywać statystyki w tabeli i ktoś z tej siódemki będzie najlepszy, a ktoś najgorszy, ale wygrywa lub przegrywa cały zespół. Bywa to wkurzające, bo zdarza się przegrać z cudzej winy, ale zdarzają się też bardzo przyjemne akty kooperacji (typu „ty go z tej, ja go z tamtej”).

Skoro gra jest za darmo, to gdzie jest haczyk?

Nie ma haczyka! Bardzo fajne w WOT jest to, że można się świetnie bawić, nigdy nie wydawszy ani grosza prawdziwej waluty. Płatności w WOT można podzielić na dwa rodzaje - jeden obejmuje środki, które „zarabiamy” grając. To są kredyty (szare monety”) i punkty doświadczenia (XP).

Drugi to złote monety, które można kupić tylko czerdżują prawdziwą kartę na prawdziwe euro (lub peeleny). Gra oferuje mechanizmy przeliczania złotych monet na szare monety lub na punkty XP, ale nie ma podobnego mechanizmu działającego w drugą stronę.

To dlaczego ludzie wydają prawdziwe pieniądze?

Konto gracza może być standardowe - albo „premium”. W tym drugim przypadku kredyty i ikspeki naliczane są nieco hojniej, a poza tym znikają komunikaty, które (dość łagodnie zresztą) namawiają do wykupienia konta premium. Kupić je można tylko za złote monety.

Jeśli do przyjemności grania dojdzie ci pasja kolekcjonerska, w pewnym momencie zacznie brakować ci miejsca w garażu na kolejne czołgi. Miejsce można dokupić tylko za złote monety.

Są też czołgi premium, które można dostać tylko za złote monety (choć raz twórcy gry dali wszystkim w prezencie premiumowego Stuart po prostu z okazji rocznicy). To są najczęściej jakieś odrzucone prototypy albo pojazdy, które wzięły udział tylko w jednej bitwie.

Paradoksalnie, czołgi premium wcale nie są lepsze od standardowych. Stuart to, jak wiadomo, szajs, którego nikt nie chciał (Amerykanie oddali go w ramach Lend Lease Rosjanom i Anglikom, którzy też w miarę możliwości wycofywali je z frontu). KW-5 i Loewe historycznie odrzucono na rzecz sensowniejszych projektów i na polu bitwy czujemy dlaczego.

Czemu więc ludzie kupują złe czołgi? Po pierwsze - kolekcja. Po drugie, wygrane bitwy z ich udziałem dają nam trochę więcej kasy od tych wygranych standardowymi.

Po trzecie, fajnie się nimi jeździ. KW-5 ma beznadziejną broń, kiepskie opancerzenie i fatalną manewrowość. Ale to jest 100 ton, którymi można tego lepiej uzbrojonego przeciwnika rozwalić taranując albo (my personal favorite) spychając go w przepaść.

Proponuję pojeździć najpierw za darmo, a kasę wydać tylko gdy gra wciągnie. A wciąga, oj wciąga!

piątek, 17 października 2014
Bezpieczny Linux

A tymczasem z racji ciągłego biegania po różnych iwentach związanych z internetem usłyszałem jeszcze jeden mit, który teraz dopiszę jako suplement do poprzedniej blogonotki. Mit ten zapiszę w postaci dialogu podobnego do rozmowy, która miała miejsce w realu.

AKTYWISTA: Używam wyłącznie Linuksa i otwartego oprogramowania, bo w nim nie może być backdoorów. Nawet gdyby jakiś był, to zaraz go odkryją i załatają.
JA: Yeah, right, tak jak odkryli dziurę w bashu.
AKTYWISTA: Co to jest bash?

W kręgach z serii „Tarkowski cytujący Lipszyca cytującego Doctorowa” można zdumiewająco często napotkać na ludzi, którzy nabożną wiarę w Wolne Oprogramowanie łączą z brakiem zrozumienia jak to działa. Nic dziwnego, bo większość z nich to po prostu (c)humaniści - jak choćby mój ulubiony felietonista technologiczny.

Jeśli ktoś jest z wykształcenia kulturoznawcą, z centralnej fantazji poetą a z zawodu rozliczaczem grantów, to szanse, że odróżni kod źródłowy od wynikowego są żadne. Nie będzie umiał zdefiniować żadnego z tych pojęć (inna sprawa, że #dziecisieci w ogóle mało co potrafią zdefiniować, potrafią najwyżej bezmyślnie przekleić hasło z plwiki).

Mogę jednocześnie odgadnąć psychologiczny mechanizm stojący za ich magiczną wiarą w Linuksa. Opisywałem to w notce „Manifest pasywistyczny”.

W liberalnej teorii mityczny „trzeci sektor” ma być wyrazem społeczeństwa obywatelskiego. W teorii to powinny być ugrupowania oddolnie tworzone przez obywateli, utrzymujące się z ich składek.

W praktyce trzeci sektor żyje głównie kosztem pierwszych dwóch. Fundacje i NGO’sy żyją albo z partnerstwa z biznesem, albo z dofinansu ze środków publicznych, albo umiejętnie surfują między jednym a drugim.

Rzuca to nieustanną wątpliwość, czy nie zachodzi tu konflikt interesów. Czy dofinansowywany przez państwo NGO’s faktycznie może temu państwu „patrzeć na ręce”? Czy z dofinansu od Google’a można walczyć o prawo do prywatności?

Im większa niepewność konkretnego aktywisty w jego własny aktywizm, tym gorętsza wiara, że z jakimś innym NGO’sem jest inaczej. Gdzieś tam musi przecież istnieć ten prawdziwie mityczny obywatelski Trzeci Sektor - może nie tu, może nie tam, ale może w jakimś zupełnie innym miejscu?

Helou, nie ma go. Obywatelsko oddolne organizacje w Polsce to te, których neoliberalny Trzeci Sektor nie lubi - Kościół i związki zawodowe. Nie są cool, nie da się nimi chwalić w szarlocie przy tartej bułce.

Stąd nadzieja, że chociaż Linux jest produktem prawdziwie oddolnego ruchu hackerów, zdolnych studentów i cyberaktywistów. Zmieniajmy świat na lepsze instalujac Linuksa na laptopie, nawet jeśli od tego szlag trafi nam połączenie z komórką. Wolność wymaga poświęceń.

No więc chłopaki, dziewczyny i osoby trans. Linux jest tak samo oddolny i obywatelski, jak wasze NGO’sy.

Rozwojem Linuksa kieruje Fundacja Linuksa. To jest skład jej zarządu. Kogo tam widzimy? Przedstawicieli świata korporacji.

Czy to takie dziwne? Fundacja Linuksa, jak każda, zależy od wpłatodawców. Im więcej wpłacisz, tym więcej masz do gadania. Szary obywatel raczej nie ma szans wpłacać po pół megabaksa rocznie, jak tzw. „platynowe członki” (IBM, Samsung czy Hewlett-Packard).

Szary obywatel może oczywiście wpłacić na fundację, ale będzie miał na jej działania wpływ adekwatny do tej stówencji peelenów, z której wyskoczył. Czyli: ŻODYN.

Mit „zdolnego studenta, który przegląda kod źródłowy” to taki sam mit cyberaktywizmu, jak ta „rewolucjonistka z Macbookiem w Starbucksie”, z której się już parokrotnie chichrałem. To nie jest takie proste, przegryźć się przez kod źródłowy pod kątem reakcji programu np. na buffer overflow.

Linux od dawna nie jest już rozwijany przez „zdolnych studentów” i „cyberaktywistów”, tylko przez etatowych pracowników albo Fundacji Linuksa, albo korporacji będących „platynowymi członkami”. Co za tym idzie, w Linuksie rozwijane jest to, na czym zależy korporacjom.

A zwykły, szary użytkownik? Gdyby komukolwiek na nim zależało w tym ustroju, nazywalibyśmy go zwykłoszaryzmem, nie kapitalizmem.


poniedziałek, 06 października 2014
Internetowe bulszity

Mam taki zapieprz w przemyśle nienawiści, że niestety zaniedbuję blogaska. Ze zgrozą odkryłem, że nie było wrześniowego rankingu od czapy! Październik jeszcze młody, więc może nadrobię.

Zapieprz częściowo wiąże się z tym, że ciągle gdzieś coś mówię o internecie. I ciągle mam do czynienia z tymi samymi mitami, które niby już trylion razy obśmiali lepsi ode mnie, ale to ciągle wyłazi zza grobu, niczym Pan Spinacz w Microsoft Office 98.

Zrobię więc ranking bulszitów o internecie, ilustrowany stockowymi obrazkami, bo po wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej jestem zafascynowany tematem „estetyka stocków a portaloza”.

https://www.flickr.com/photos/aliestelle/3724030360/ CC-BY-SA

Mit numer jeden to rzekome korzenie wolności, które podobno były „u podstaw” Internetu. Wracał tutaj w komciach na blogu - mieliśmy nawet komcionautę, który argumentował to tym, że znał ludzi podłączających do Internetu Polskę i dobrze wie, że im chodziło o Wolność.

Może i chodziło, ale przecież Internet był już wtedy pełnoletni. Przypomnijmy, że Internet ma tyle lat co ja. Czyli dużo.

Zaczął się jako projekt wojskowy - więc nie było mowy o wolności. Potem go oddano naukowcom - i też nie było żadnej wolności, była państwowa instytucja (National Science Foundation).

W 1995 Al Gore kierował prywatyzacją tego, co wtedy nazywano NSFNet. Można go więc uznać za twórcę internetu komercyjnego. W którym, helou, też nigdy nie chodziło o żadną wolność, tylko o władzę amerykańskich korporacji.

Od początku taki był plan. Cyberkorpy, jak Google czy Facebook, nie przejęły Internetu podstępem czy znienacka - Al Gore zaplanował taki przebieg komercjalizacji i takie ramy prawne, żeby amerykańskie korporacje zawsze kontrolowały sieć.

Wszyscy więc obrońcy „wolności w Internecie” tak naprawdę bronią cyberpunkowej dystopii. Kto nie skacze, ten przeciw dyktaturze Tyrella!

Public Domain

„Internet nie zna granic”. Milion razy widziałem już komunikat z serii „ten materiał nie jest dostępny w twoim kraju”, a jednak nie dalej jak przedwczoraj usłyszałem tę brednię z ust „eksperta cyfryzacji” z Centrum Cyfrowego Project Polska.

Amerykanie władzę nad Internetem przekazali ICANN, typowej w tych kręgach pozarządowej organizacji wewnątrzrządowej. Pierwszą szefową ICANN była Esther Dyson, nominowana przez prezydenta Busha.

ICANN do dzisiaj jest zależne od amerykańskiego rządu, działa według prawa Kalifornii. Nie mam nic przeciwko prawu Kalifornii, z tym drobiazgiem, że nie głosuję na jej władze, więc nie podoba mi się to, że inne państwo decyduje o tym, jak się komunikuję z innymi polskimi obywatelami.

Nie popieram reżimu chińskiego czy rosyjskiego, ale nie dziwię się tym krajom, że oddzielają się od amerykańskiego internetu coraz wyraźniejszymi wariantami jakiegoś „Great Firewall of China”. Skoro Amerykanie chcą mieć wszystko, to prędzej czy później wylądują z niczym.

Na razie więc zamiast „internetu bez granic” widzimy postępującą bałkanizację - już teraz inne treści widzi w Internecie Duńczyk, inne Niemiec a inne Polak. „Zniesienia granic” nie ma nawet wewnątrz Unii Europejskiej, a co dopiero w skali globalnej.

https://www.flickr.com/photos/inju/290701877/sizes/o/ CC-BY-SA

„Internet pozwala obywatelom patrzeć władzy na ręce”. Och tak, to kapitalne, że możemy czytać projekty ustaw w RCL. Ale dlaczego znowu w sekrecie negocjowane jest kolejne międzynarodowe porozumienie TTIP, które prawdopodobnie będzie mieć wpływ na swobody obywatelskie?

Ach tak, „tajemnica handlowa”. Podobnie jak algorytmy Google’a i polityka moderacji Facebooka.
Internet umocnił tylko asymetrię w dostępie do informacji. Władza państwowa i korporacyjna wie o nas wszystko, może nas śledzić w czasie rzeczywistym - z kim się spotykamy, co kupujemy, o czym piszemy maile.

Za to wszystkie naprawdę ważne pytania odbijają się z donośnym „ZONK!” od żelaznego muru z napisem „tajemnica”. Internet pozwala władzy patrzeć nam na ręce i wszystkie inne części ciała. My najwyżej możemy zobaczyć rękę władzy pokazującą nam fakulca.

środa, 23 lipca 2014
Now Playing (165)

Odczuwam ostatnio nostalgię za latami zerowymi. Ach, jakie wszystko było proste, kiedy cyberkorpy były fajne (z wyjątkiem oczywiście Microsoftu, tego „ostatniego monopolisty”), giełda rosła, dziennikarzy zasypywały propozycje pracy, a co do sensu ataku na Irak można było się jeszcze spierać, bo ten bezsens nie był jeszcze tak krwawo oczywisty.

Na soundtrack do nostalgii polecam oczywiście elektro/shoegazing. Sam w każdym razie ostatnio wróciłem do Ladytrona, którego parokrotnie już chwaliłem na tym blogu (hej, ten blog pochodzi z lat zerowych).

Moją ulubioną płytą z tego zespołu jest „Velocifero”, a z niego ulubionym utworem jest „Versus”. W ogóle bardzo lubię to słowo, dowiedziałem się o jego istnieniu jako nastolatek grając w grę „Spy vs Spy” (niestety, w odciętej od świata komunistycznej Polsce najpierw się poznawało grę na podstawie komiksu, a dopiero potem komiks).

Tekst buduje opowieśćć wokół tego słowa, które jest tu niemalże rzeczownikiem. Albo wręcz osobą. W każdym razie, urządzeniem narracyjnym, który prowadzi nas przez jakąś niemalże fabułę.

Zaczyna się od definicji szybkości („Distance versus time”), prowadzi przez jakąś smutną historię miłosną („versus curses in your eyes”), kończy się zaś na stwierdzeniem podmiotu lirycznego, że jego/jej główny problem to „me versus me”.

Opowieść jest uniwersalna genderowo, bo do eterycznego głosu Helen Marnie dołącza chwilami Daniel Hunt. Zdaje się, że autor tekstu zresztą.

A jak wasza nostalgia za latami zerowymi? Też ją odczuwacie, czy to coś specyficznie dziennikarskiego?

czwartek, 17 lipca 2014
World of Świrs

To były lata 80. Kolega z liceum miał tatę-biznesmena, który świetnie prosperował za późnego PRL, ale nie odnalazł się we wczesnej 3RP (długa i smutna historia).

Jako syn prywaciarza, kolega opływał w symbole dostatku takie jak biała czekolada czy oryginalne gry komputerowe. Wśród nich - legendarne „Kampfgruppe” legendarnej firmy SSI. Rolnicy mogą ją znać z jej późniejszego remake’u na pecety, „Steel Panthers”.

Przedtem niespecjalnie interesowałem się militariami. Grałem już w pierwsze najprostsze gry strategiczne, ale tam się przesuwało prostokąciki, w najlepszym wypadku - heksy, które miały najwyżej jakieś umowne „punkty siły”.

W „Kampfgruppe” dowodzenie było na poziomie taktycznym, a więc nie tylko istotna była różnica między ciężkim oddziałem rozpoznania a lekkim oddziałem pancernym, ale też która jednostka patrzy w jakim kierunku i przede wszystkim: jaki ma sprzęt.

Przedtem wiedziałem o drugiej wojnie światowej z grubsza tyle, co z „Czterech pancernych”. Że były jakieś T-34, jakieś tygrysy i jakieś pantery. Dopiero instrukcja obsługi „Kampfgruppe” otworzyła dla mnie świat tych wszystkich zonderkraftfarcojgów i ich ausfiringów. Zawierała sylwetki tych pojazdów wraz z krótkim, treściwym opisem.

Gdy teraz gram w „World of Tanks”, przypominam sobie tamtą instrukcję. I tamte multiplayery - wielokrotnie z owym kolegą całe noce spędzaliśmy na atakowaniu i bronieniu tych wszystkich Stalingradów.

 

Lipcowy ranking od czapy poświęcę więc pojazdom bojowym z drugiej światówki. Wśród których moim numerem jeden zawsze był StuG III Ausf. G. W grach, w których można sobie coś wybrać, to zwykle mój pierwszy wybór.

Bywalcy bloga mogą zauważyć mój szacunek do wszystkiego, co jest prostym i skromnym rozwiązaniem problemu - i awersję do gwiazdorzenia. Ubocznym skutkiem szaleństwa Hitlera była jego gigantomania.

Strach pomyśleć, co Trzecia Rzesza mogłaby osiągnąć, gdyby jej wojskami dowodził ktoś kompetentny. Hitler ciągle zatwierdzał projekty pojazdów bojowych, które miały być największymi, najcięższymi, najlepiej uzbrojonymi i opancerzonymi na całym froncie. I to zwykle były zmarnowane pieniądze, jak Elefant czy Jagdtiger.

StuG III był tani, bo to nawet nie jest czołg, tylko działo samobieżne. Jednocześnie był zdumiewająco uniwersalny, zaprojektowano go jako broń ofensywną (stąd nazwa - Sturmgeschütz), ale okazał się być świetny w defensywie. Tego drugiego Hitler od 1942 potrzebował bardziej, ale kierował przemysł zbrojeniowy w realizację swoich coraz bardziej oderwanych od frontowej sytuacji fantazji.

Stalin też miał skłonność do gigantomanii, ale w tym też był sprawniejszy. Jak chcę w takich grach pojeździć czymś większym i cięższym, biorę ISU-152.

Jeśli uda się czymś takim zakampić w jakimś zakamarku chroniącym tył pojazdu (w World of Tanks kampienie jest czymś naturalnym, przecież po to się w ogóle robi niszczyciele czołgów), ISU-152 będzie nie do ruszenia. Powiedziałbym, że pojedynek między zakampionym ISU-152 a trzema panterami byłby wyrównany.

 

Z wszystkich fantazji kompensacyjnych o alternatywnej historii, w której „silni, zwarci i gotowi” nie rozsypują się jak domek z kart w kampanii wrześniowej, lubię fantazję o „małej entencie”. Gdyby tak udało się stworzyć sojusz wojskowy obejmujący Mitteleuropę, dalibyśmy radę nawet obu tym świrom razem wziętym!

Oczywiście - wiem, że to nigdy nie było realne. Za dużo było antagonizmów między tymi państwami (z jakim zażenowaniem czyta się dziś propagandowy reportaż Melchiora Wańkowicza z zajętego Zaolzia...), za mało bezpośrednich wspólnych interesów.

Poza tym druga wojna światowa była wojną infrastruktur. Pytanie „ile kto ma dywizji” było równie istotne na „jak szybko te dywizje może przerzucić z jednego końca kraju na drugi”. A dobrego połączenia Warszawa-Dubrownik czy Praga-Konstanca nie ma nawet dzisiaj (a co dopiero wtedy).
Pz-38(t) byłby zapewne głównym czołgiem takiej zjednoczonej armii Mitteleuropy. W każdym razie, gdy z niego strzelam do czołgów niemieckich i radzieckich, lubię fantazjować, że bronię Małej Ententy przed tymi dwoma psychopatami.

piątek, 09 maja 2014
Sukces rebeliantów

Dopadła mnie zemsta karmiczna. Jak wiedzą znajomi, którzy ze mną dyskutują o grach - nieprzychylnie wyrażam się o modelu „Free To Play”.

Oskarżam go o psucie szlachetnej sztuki projektowania gier. Kiedyś grę kupowaliśmy jako skończone dzieło sztuki, które najwyżej rozwijaliśmy o dodatkowe poziomy, plansze czy scenariusze, ale generalnie już to coś, co przyszło w tym pierwszym pudełku, musiało być grywalne.

Free To Play prowadzi do sytuacji, w których ten pierwszy, darmowy pakiet pełni funkcję „pierwszej działki na zachętę”, do której potem tak czy inaczej jesteśmy przymuszeni do dokupywania elementów wspierających mechanikę gry. W tym modelu nie ma miejsca dla geniuszy od projektowania konkretnych poziomów, jak American McGee.

A właściwie - miejsce niby jest, ale podrzędne. Ważniejszy staje się producent, który wymusza rozwiązania typu „a ten poziom będzie nie do przejścia, jeśli się nie dokupi Mighty Eagle”. A więc McGee nie mógłby zabłysnąć poziomem prostym do przejścia, jak się wpadnie na pomysł (jak „The Crusher”).

Karma - a właściwie znajomy z gamedevu, który sam się specjalizuje w f2p - podsunął mi grę, która jest karą dla takich jak ja. To „Faster Than Light”, idealna gra dla oldskulowców, skrzyżowanie „Frontiera” z rogalikami.

Akcja dzieje się w świecie z grubsza space operowym. Główny bohater dowodzi okrętem bojowym jakiejś podupadającej Federacji, podbijanej przez Rebelię.

Losy Federacji zależą od tego, czy dotrzemy na czas do Ósmego Sektora i rozwalimy bossa, czyli The Rebel Flagship, który tam właśnie rozwala główną bazę Federacji.

Boss jest wredny, bo niestety trzeba go pokonać trzy razy. Zamiast umrzeć jak grzeczny pokonany przeciwnik, teleportuje się i wraca w innym konfigu.

Na razie mój rekord to rozwalenie drugiego bossa, ale te dwie walki mnie tak wykańczają, że trzeci przychodzi i jednym pstryczkiem. JAK TO CHOLERSTWO PRZEJŚĆ DO KOŃCA.

Ii nie mówcie mi, że wystarczy wyguglać, bo tyle to i ja wiem; ale wiem też, że nie wystarczy, bo to rogalik. Na nic porada „trzeba mieć to czy tamto”, jak po prostu ci się nie wygeneruje iwent dający takie artefakty.

I oczywiście gdyby to była gra typu Free To Play, teraz bym wydał duże pieniądze na okręt bojowy, który nawet ironicznie mógłby się nazywać Mighty Eagle. Ba, wydałbym je nawet na złom (w tej grze złom jest walutą), żeby sobie odpowiednio dokonfigurować jakiegoś zwykłego Kestrela czy Torusa.

Ale nie można. Mam czego chciałem. Za osiem euro zamknięta całość - i nie ma zmiłuj. Nie ma też cheata. Można tylko heksem edytować sejwy (ale przecież też nie na iPadzie).

Od strony fabularnej gra dekonstruuje motyw space opery. Ze szczątków dostępnych informacji wygląda na to, że ta Federacja była dosyć wredna i właściwie zasługuje na upadek.

Słyszymy to czasem od mijanych NPC. I samemu możemy się o tym przekonać na przykładzie własnej załogi.

Oszczędzanie jej życia ma sens tylko jeśli się chce zdobyć acziwmenta „No Redshirts Here”. Ale poza tym to nie ma sensu (tym bardziej, że można ich klonować).

„Humans are common and uninteresting” - tak opisany jest nasz gatunek w tej grze. A tylko my mamy właściwie ten dziwny fetysz na punkcie życia jednostki ludzkiej. Inne rasy, z którymi się stykamy w FTL, traktują hive-mind jako stan naturalny.

Dla mojego pokolenia fandomistów ten problem najlepiej wyraziło opowiadanie „Myśleć jak dinozaury” Kelly’ego. Ludzie nie pasują do space opery. Każdy space operowy świat będzie z założenia antyludzki, ludzie mogą w nim zaistnieć tylko za cenę wyrzeczenia się człowieczeństwa.

Może to i dobrze, że ta cholerna Federacja zawsze przegrywa.

niedziela, 04 maja 2014
Bill Gates i jego stara

Nie lubię, kiedy mój blog się zamienia w dział łączności z czytelnikami „Gazety Wyborczej”, ale nic nie poradzę, dyskusja pod poprzednią notką uległa hajdżakowaniu przez komentarze do majówkowego artykułu. Proponuję przenieść to tutaj, bo na bloksie źle się prowadzi rozmowę po przekroczeniu setnego komcia.

Bill Gates był korporacyjny villainem de choix mojego pokolenia (choć oczywiście dzisiaj wydaje się poczciwiną na tle Zuckerberga czy Bezosa). Bardzo mnie to ucieszyło, że McQuaig i Brooks poświęcają cały rozdział książki na wykazanie, że Gates nie doszedł do swoich miliardów własnym wysiłkiem.

Oczywiście, to nie są nowe rzeczy dla kogoś, kto się interesuje historią Krzemowej Doliny. Sam wokół tej zagadki, dlaczego właściwie IBM wybrał ofertę Gatesa zamiast oferty Kildalla, osnułem ze dwa opowiadanka sajens-fikszyn (najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie to oczywiście to z mamuśką, ale ze względu na późniejszą śmierć Kildalla można odlecieć w superfajoskie teorie spiskowe).

Mit merytokracji jednak obserwuję w swoim najbliższym otoczeniu. „Ale oni przecież to bogactwo zawdzięczają zdolnościom” - uwierzcie mi lub nie, ale wielu warszawskich dziennikarzy do dzisiaj szczerze w to wierzy.

Zdolności kończą się gdzieś na poziomie wyższej klasy średniej. Zdolności mogą kogoś doprowadzić do poziomu, dajmy na to, Steve'a Wozniaka.

Bycie w klasie wyższej wymaga jednak albo urodzenia się w klasie wyższej (pierwszy milion najlepiej odziedziczyć), albo wbicia noża w plecy przyjacielowi. Mimo to cyberoligarchowie ciągle budzą irracjonalną sympatię nawet u ludzi deklarujących powierzchownie rozumianą lewicowość.

Nowoczesną lewicową politykę trzeba zacząć od rozbijania mitu merytokracji. Pasożyty z klasy wyższej należy po prostu opodatkować, nie przejmując się ich pierdoletami, że to ich „zniechęca”.

A niech się zniechęcą. Nie ma sprawy. To nie jest tak, że oni są jacyś szczególnie mądrzy ani nawet szczególnie ważny. Od bycia mądrymi mają inżynierów, projektantów, informatyków.

Oni są tylko prezesami i członkami rad i zarządów. Fajnie to jest pokazane w filmie „Margin Call”. Co się dzieje w tym banku, to rozumieją Spacey, Bettany i Quinto.

Ale to nie oni są ważni i bogaci - ważni i bogaci są Irons, Baker i Demi Moore. Z całej matematyki stojącej za operacjami banku rozumieją tylko tyle, ile Quinto i Bettany im przystępnie wyjaśnią w popularnonaukowym spiczu, kiedy już ważni i bogaci zaproszą ich na spotkanie zarządu.

Świat będzie lepszym miejscem, jeśli symboliczne postacie, które grają w tym filmie Irons i Baker, się zniechęcą. W istocie jednego z drugim dobrze byłoby po prostu pogonić do jakiejś uczciwej roboty.

Zniechęcać ich oczywiście należy ostrą progresją podatkową oraz  opodatkowaniem majątku i transakcji finansowych (na przykład tak, jak to proponuje Piketty). To nieprawda, że „uciekną do rajów podatkowych”.

Raje podatkowe istnieją dlatego, że zachodnie demokracje na to pozwalają. Nie wystarczy, że jakiś archipelag Hula-Gula jednostronnie ogłosi siebie rajem podatkowym.

Żeby nim faktycznie się stał, zamożne kraje pierwszego świata muszą podpisać z nim umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania (które za Shaxsonem lubię nazywać „umowami o podwójnym unikaniu opodatkowania). Współczesne raje podatkowe stworzono sztucznie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, często z historycznych przyczyn, które już dzisiaj są nieaktualne (jak np. finansowanie wojny w Wietnamie, praprzyczyna „holenderskiej kanapki”).

Jasne, że oligarchowie nie poddadzą się bez walki. Bardzo możliwe, że my - jako klasa średnia - tę walkę przegramy. Ale to nie znaczy, że mamy uwierzyć w ich bajki o „merytokracji”. Ja przynajmniej zamierzam w tej walce przegrać mówiąc o tych gościach szczerze, co o nich myślę.

sobota, 15 lutego 2014
W Internecie wszyscy są akwizytorami

Kultura 2.0

Mam nadzieję, że cyberpesymizm zaczyna wreszcie zapuszczać korzenie tam, gdzie dotąd głoszono hasła „internet nie jest zagrożeniem, lecz szansą”. Czyżby udało się zdobyć nawet mury fortecy Centrum Cyfrowego Project Polska?

Podstawy do tej nadziei widzę w blogowym wpisie dr Aleksandra Tarkowskiego, socjologa Internetu. Zawarł w nim postulat: „Chciałbym, żeby w cenniku Piano obok ceny usługi była wyliczona wartość danych o mnie, które serwis zbierze”.

Od uświadomienia sobie tego, że rzeczywista cena usługi w Internecie to „x + dane osobowe” jest już tylko krok do uświadomienia sobie, że to obowiązuje także wtedy, gdy x=0. Otwartyści, jeszcze jeden wysiłek, jeśli chcecie zrozumieć jak działa Internet!

Od dawna powtarzam, że w Internecie nie ma „wolności”, „równości”, „otwartości”. Dominującym modelem biznesowym jest „darmowość w zamian za inwigilację”.

Trawestując linuksiarskie powiedzonko, model „free as in free speech, not as in free beer” przegrał w czasach Usenetu łupanego. Wygrał model „free as in: sign here to confirm that you waive your rights to freedom of speech and privacy - and then enjoy your complimentary beer, cheers!”.

W swojej książce próbuję pokazać historię tego modelu. Moim zdaniem, nawet nie jest tak, jak sugerowali to wcześni cyberentuzjaści, że ten model jest jakimś naturalnym wyborem antropomorfizowanej informatyki („information wants to be complimentary”).

Ten stan sztucznie wytworzono przy pomocy przywilejów prawnych dla cyberkorpów, które USA narzuciły całemu światu przy okazji WIPO. Skasować te przywileje, a od razu okaże się, że „information wants to be expensive”. I to mi się wydaje lepszym rozwiązaniem od psucia prawa autorskiego tylko po to, żeby lepiej pasowało do tego chorego modelu.

Ja nie lubię tego modelu. Ja jestem raczej za przykręceniem śruby cyberkorpom. Chcę, żeby cenę „x+prywatność” europarlament zamienił na cenę „x+0”. Tak, żeby cyberkorpom po prostu i zwyczajnie zakazać w cholerę handlu danymi osobowymi.

Ubocznym skutkiem będzie oczywiście to, że samo x zapewne nie będzie wtedy mogło być zerowe. Fajn baj mi.

Wyszukiwarka, której płacę miesięczny abonament w zamian za nieszpiegowanie? Wchodzę w to. A raczej: wszedłbym, gdybym miał taką możliwość. Nie mam jej nie dlatego, że „ludzie tego nie chcą”, tylko dlatego, że na razie w myśl dyktatu USA prawo faworyzuje inwigilację.

Cieszę się, że do Tarkowskiego dotarło wreszcie, że w świecie komercyjnego Internetu linkowanie nie jest czymś niewinnym, bo zamienia linkującego w akwizytora kliknięć. Oczywiście, nie mogę się powstrzymać przed pytaniem: dude, odkryłeś to w 2014? Gdzie byłeś 10-15 lat temu, kiedy ten proces się dokonywał?

Dla „socjologa Internetu” odkrycie, że „linki tracą tym samym niewinność”, to jak dla literaturoznawcy odkrycie, że mówi prozą. I to nie jest kwestia paywalla, bo w formule „x + inwigilacja”, inwigilacja nie znika gdy x=0.

Dostarczyciel darmowych treści też jest akwizytorem. Blogonocię ilustruję skrinem z bloga Kultura 2.0 widzianego z punktu widzenia nakładki Ghostery.

Na blogu Kultura 2.0, jak to na blogu, x=0. Ale kogo widzimy po stronie inwigilacji! Starzy znajomi, gugiel z fejsem, a na dobitkę oczywiście Gemius, bo to Polska, mieszkam w Polsce.

Szanowny panie doktorze, za późno już na martwienie się o „niewinność linkowania” i wynikającą z jej braku rolę akwizytora. Od wielu lat występuje Pan w roli akwizytora kliknięć dla Gugla, Fejsa, polskiego Gemiusa i czeskiego BBElements. Z tego co widzę, nadal nieświadomie.

Myślał Pan, że „w Internecie wszyscy są twórcami”. A tak naprawdę w Internecie wszyscy są akwizytorami dla kompleksu reklamowo-marketingowo-inwigilacyjnego.

Nie minął rok od manifestu, który ogłosiliście z ministrem Ostrowskim o tym, jak to Internet totalnie absolutnie w żadnym wypadku wewogle nie jest żadnym tam zagrożeniem, jest tylko i wyłącznie szansą dla „rozwoju kultury i wiedzy”. Może jednak czas na przemyślenie, jak to właściwie jest z tymi szansami i tymi zagrożeniami?

sobota, 30 listopada 2013
Katedra, bazar i knajpa

Zabijanie blogów przez Fejsa polega także i na tym, że nie mogę się zabrać za pisanie blogonotki promującej mój wywiad z Ebenem Moglenem w „Świątecznej”, bo padam z wycieńczenia, flejmując o tym wywiadzie na pięciu wallach. Jakoś to wreszcie wygasło, więc zabieram się za notkę.

Mieliśmy na blipie i blogu dużo flejmów na temat sztuki wywiadu, więc teraz się do nich odniosę na tym konkretnie przykładzie. Otóż: nie zgadzam się z Moglenem.

Uważam, że ze zbytnim optymizmem podchodzi do Natury Ludzkiej. Bardzo szybko w wywiadzie doszliśmy do momentu, w którym było już wiadomo, że to jest między nami fundamentalna różnica światopoglądowa.

Ja nie wierzę w ludzką potrzebę aktywności. Kiedyś, kiedy jeszcze mi się chciało gadać z tego typu ludźmi, flejmowałem na pcoa na temat nietrafności metafory Erika Raymonda z katedrą i bazarem. Moim zdaniem, większość użytkowników komputerów wybiera nie katedrę i nie bazar, tylko restaurację.

Chcemy zamówić plat du jour albo coś a la carte, albo - jeśli takie mamy wymagania budżetowo-gastronomiczne, zestaw numer trzy z powiększonymi frytkami. Wszystko jedno.

Przede wszystkim nie chcemy się z tym sami pieprzyć i wolimy, żeby ktoś za nas to żarcie przyrządził, a potem pozmywał i posprzątał. Płacimy za przywilej bierności.

Wybierając menu du jour tak naprawdę płacimy często za to, że ktoś za nas dokonał wyboru. W restauracjach z miszlenowymi gwiazdkami wybór konsumenta często jest ograniczony i właśnie za to dopłacamy kilkadziesiąt euro (za które taniej byśmy się najedli w bezpretensjonalnym bistro za rogiem).

Moje podejście wobec utopii Ebena Moglena nie jest więc wbrew pozorom takie, że ja mu życzę porażki. Pesymista ma w życiu dwie radości - jedną, że się na koniec okaże, że miał rację i drugą, jeszcze większą, że się okaże, że nie miał.

Moje podejście jest takie, że ta utopia, tak jak - szerzej - cała utopia Wolnego Oprogramowania, bazuje na fundamentalnie błędnym rozumieniu ludzkich potrzeb. Ludzkie potrzeby lepiej rozumieli Steve Jobs i Bill Gates. Obaj trochę inne, ale z perspektywy Moglena i Stallmana przecież bardzo podobne.

Wracając do ogólnej teorii wywiadu - choć się nie zgadzam z Moglenem, przecież chciałem, żeby mógł wyrazić swoje stanowisko. Wywiad, w którym wywiadujący błyszczy na tle wywiadowanego, to błąd warsztatowy wywiadującego.

Dlatego chociaż ta rozmowa przeciągnęła się przez przeszło godzinę, spisując - i skracając - dbałem, żeby Moglen miał w każdym sporze ostatnie słowo. Bo jak mu będę chciał polemicznie przywalić, mogę to zrobić gdzie indziej. Nie po to jest wywiad.

Takie skracanie może się komuś wydawać manipulacją, ale prawda jest dużo prostsza. Każda rozmowa zaczyna w pewnym momencie krążyć w kółko („zapętliłeś się!” - woła wtedy dzieciosiecio, radośnie nieświadome tego, że same się zapętliło).

Skorzystam z okazji i wrzucę fragment, który wyleciał przy skracaniu - bo uważny czytelnik zauważy, że te same argumenty i kontrargumenty już wcześniej padły, ale zwięźlej. Wrzucę po prostu dla ich literackiej barwności (uważny czytelnik zauważy też, gdzie on był):

Eben Moglen: Co by pan powiedział spotkawszy Vaclava Havla w latach 80. - żeby zarzucił wszelkie działania, bo reżim będzie wieczny?

Jors Truli: Powiedziałbym mu, że rewolucji nie dokonują artyści, więc nie pozostaje mu nic, jak czekać na robotników. Którzy w końcu zaczną masowo strajkować, bo ten system nie umiał już nawet wyprodukować kiełbasy.

Więc chce mi pan powiedzieć, że komunizm obalono nie dla wolności, tylko dla kiełbasy?

Są w tej sprawie różne szkoły, ale do tej mi najbliżej. Traktując kiełbasę jako symbol ogólnej gospodarczej niewydolności. Kapitalizm, czego by o nim nie mówić, produkuje dość kiełbasy, żeby wszystkich wykarmić.

I tu pan nie ma racji. Z perspektywy ludzi w pańskim wieku tego tak wyraźnie nie widać, ale ja rozmawiam dużo z młodymi ludźmi. Są w desperacji. Mamy już całe pokolenie desperatów, którzy nie widzą szansy na znalezienie pracy przed trzydziestką. To są ludzie, których nie stać na tę kiełbasę. Obecny system nie umie ich wykarmić.

czwartek, 03 października 2013
Enemy unknown

Nepritel neznany

Przeszedłem nowego „XCOMa” (jak widać ze skrina - na iPadzie) akurat kiedy świat ze zdziwieniem obserwował, jak Ameryka nie chce atakować Syrii. I nie mogłem się powstrzymać przed wspomnieniem oryginalnego „UFO - Enemy Unknown” z 1994.

Gdy wtedy w to grałem, świat za oczywiste uważał to, że problemy takie jak rozwalenie asteroidy zagrażającej Ziemi albo wrzucenie wirusa z powerbooka 5300 na statek Obcych, to zadanie Ameryki. W wolnych chwilach Ameryka zaś powinna się zajmować drobniejszymi zadaniami, jak interweniowanie w Kuwejcie, Kosowie czy na Haiti.

W tę dekadę przecież wjechaliśmy hummerem Stormin’ Normana wśród dymiących wraków irackiej Gwardii Republikańskiej. Ameryka wydawała się niepokonana.

To był wtedy dominujący przekaz w popkulturze. Terroryści w „Patriot Games” wydawali się tak bezradni i bezbronni wobec wspieranej militarnymi gadżetami potęgi Jacka Ryana, że aż ich było szkoda. Zwłaszcza, że jednego z nich grał Sean Bean.

Wprawdzie Ameryka zaliczyła wtedy wpadkę z „Black Hawk Down”, ale to się wydawało nieznacznym glitchem. Wynikającym nie tyle ze słabości niepokonanej Ameryki (Stormin’ Norman, ffs!), co z ograniczeń misji ONZ. Gdyby tylko Amerykę uwolnić z krępujących ograniczeń tej przestarzałej instytucji, jest skazana na zwycięstwo!

Wyjaśniam to przyszłym pokoleniom, które będą miały fundamentalny problem ze zrozumieniem, jak w ogóle można było się wpakować w Irak i Afganistan. Po prostu jeszcze koło 2003 ludzie naprawdę wierzyli w niepokonaną siłę Ameryki. Nawet ludzie, których ta siła martwiła.

Jak bardzo inaczej to wygląda 10 lat później! Śmierć Toma Clancy to symboliczny koniec ery Jacka Ryana. Amerykanie nie chcą interwencji w Syrii, bo się boją, że to się skończy drugim Irakiem.

To widać także w tych grach. W obu wprawdzie XCOM jest organizacją międzynarodową, ale w pierwszym nie ulegało wątpliwości, że kierują nią Amerykanie, w końcu na początku gry byli głównym płatnikiem.

W pierwszej grze graczowi groziło, że jakiś kraj zostanie skutecznie zinfiltrowany przez UFO i podpisze z najeźdźcami pakt. W nowej odpowiednikiem tej sytuacji jest panika, przekraczająca poziom krytyczny i sprawiająca, że jakiś kraj występuje z XCOM.

To znowu ciekawa zmiana optyki. Kraj, który kolaboruje z wrogiem, sam się stawał wrogiem. Sekretność działań XCOM wydawała się naturalnym przedłużeniem zimnowojennej paranoi.
Trudniej wyjaśnić sekretność XCOM we współczesnej grze. Skoro naszym celem jest ograniczanie paniki, czy nie pomagałyby w tym publiczne komunikaty typu „nasi naukowcy rozkminili spluwy na plazmę”?

Tylko że oczywiście gdy pominiemy sekretność, gra nie ma sensu, bo wtedy trudno wyjaśnić, dlaczego mimo postępów w rozbudowie XCOM, do walki z ufokami ciągle wysyłana jest najwyżej sześcioosobowa grupa jednym samolotem transportowym. A inni żołnierze stoją, patrzą i się dziwują, że jeszcze nigdy nie widzieli takiego sprzętu.

Cóż, podstawy mechaniki walki zaczerpnięto jeszcze z ośmio- i szesnastobitowych gier „Rebelstar” i „Laser SquadJuliana Gollopa (na cześć którego nazwano w nowej grze ostatni wynalazek, jakim jest „komora Gollopa”). A więc właśnie z czasów zimnej wojny.

Żyjemy zaś dzisiaj w epoce problemów, których nie da się rozwiązać desantem elitarnego oddziału komandosów. Choćby i ze spluwam na plazmę.

sobota, 31 sierpnia 2013
Pokolenie kanału 36

W filmie „Jobs” najbardziej wzruszyła mnie scena, w której Steve Wozniak pokazuje Jobsowi swój budowany w domu terminal, który można podłączyć do telewizora. Chwila dłubania i nagle na ekranie pojawia się zrzut dostępnych znaków.

Tyle ostatnio było o tych pokoleniach oznaczanych literkami i cyferkami, że chciałbym zadeklarować przynależność do pokolenia 36. To pokolenie ludzi, którzy podłączali coś do telewizora przez koaksjalną wtyczkę antenową i dłubali pokrętłem strojenia, aż z białego szumu niespodziewanie wyłoni się OBRAZ.

Telewizory, których używaliśmy, nie miały innych wejść. Jeszcze na początku lat 70. nie byłoby czego do nich podłączyć. Jedynym źródłem sygnału była przecież antena - podłączona raz na zawsze wtyczką, która często dodatkowo była wyposażona w nakrętkę do bindowania na szoner, co by droselklapa nie ryksztosowała.

Nagle zaczęły się pojawiać dodatkowe urządzenia, które chcieliśmy do tego telewizora podłączyć. A to „gra telewizyjna”, czyli piracki klon „Ponga”. A to magnetowid. A to wreszcie - gasp! - ośmiobitowy komputer.

Producenci tych urządzeń rzadko kiedy mogli oczekiwać, że nabywca będzie miał do nich dedykowany monitor. „To działa ze zwykłym telewizorem?” - pyta zresztą zachwycony Jobs, od razu rozumiejąc, że to był właśnie selling point.

Nawiasem mówiąc, ten terminal, który widzimy w filmie, był owocem poprzedniego nieudanego startupa, w który zamieszany był Wozniak. Alex Kamradt odgrywał w nim rolę Jobsa.

Kamradt zaproponował Wozowi 12 tysięcy dolarów gotówką (50 tysięcy na dzisiejsze) i 30% w przyszłej firmie, jeśli ten skonstruuje domowe urządzenie pozwalające się łączyć z komputerami typu mainframe. Była to więc próba zrobienia czegoś dokładnie odwrotnego wobec komputera osobistego.

Kamradt nie był Jobsem. Zabrakło mu energii do rozkręcania tej firmy. Skończyło się na jednym prototypie, który przeszedł do historii właściwie tylko dzięki temu, że zachwycony Jobs podpuścił Wozniaka, żeby to rozbudował - „a teraz to samo, ale z komputerem w środku”.

W Europie Zachodniej kanał 36 UHF nie był używany przez telewizję, dlatego pierwsze konsole, magnetowidy i ośmiobitowce dostępne w Polsce via komisy, peweksy i szary import, podłączaliśmy właśnie w ten sposób. Był z tym dramat, bo wszytkie te urządzenia rywalizowały o to samo gniazdko, którego w dodatku nie zaprojektowano z myślą o częstej zamianie wtyczki.

Gniazdka i/lub wtyczki się rozwalały od ciągłego przełączania. Co więcej, ponieważ to wszystko było analogowe, kanał 36 na jednym urządzeniu nie musiał być tym samym na drugim (to nie były cyfrowo określone sloty, tylko arbitralnie wyznaczone częstotliwości według formuły F = 303.25 + (8 * kanał) MHz.

W połowie lat 70. cywilizacja śmierci z siedzibą w Brukseli opracowała standard, który po raz pierwszy wdrożono we Francji, stąd popularna nazwa SCART - od Stowarzyszenia Konstruktorów Urządzeń Radiowych i Telewizyjnych, Syndicat des Constructeurs d'Appareils Radiorécepteurs et Téléviseurs. Zwana była także eurowtykiem. Od 1980 cywilizacjośmierciowe telewizory miały to wejście w standardzie.

To była rewolucja! Ponieważ odpadała faza modulacji/demodulacji, obraz był dużo ostrzejszy. Telewizory ze SCART „wiedziały”, że dostają stamtąd sygnał, więc potrafiły się same przełączyć. Zresztą potrafią do dzisiaj, bo ten standard okazał się zdumiewająco żywotny.

Oczywiście problem był taki, że nie wszystkie urządzenia miały wyjście SCART. Nie wszystkie miały też wejście. Dlatego domowa instalacja circa 1985 zawierała, na przykład, telewizor, wideo, komputer i dekoder satelitarny, wszystko pospinane nawzajem tak, że tylko Jedna Osoba W Rodzinie wiedziała, w jakim ustawieniu coś można nagrać na wideo, a w jakim można oglądać MTV.

Film mnie wzruszył bo uświadomiłem sobie, że tylko my z Pokolenia 36 widzieliśmy wszystkie etapy rewolucji komputerów osobistych. Od ośmiobitowców podłączanych na wykałaczkę (prędzej czy później obluzowane gniazdko można było uratować tylko w ten sposób), po smartfony w kieszeni.

I to jednak niesamowite, że na każdym etapie tej rewolucji jakąś bardzo istotną rolę odgrywał Steve Jobs!

piątek, 14 czerwca 2013
Internet nie jest zagrożeniem

Socjolog internetu, Dr Alek Tarkowski

Czołowy socjolog internetu dr Aleksander Tarkowski zarzucił mi na Facebooku „dowolne ucięcie cytatu w pół zdania”, gdy kpiłem z manifestu, który ogłosił był wraz z Igorem Ostrowskim z okazji Kongresu Wolności w zeszły weekend.

W manifeście tym powtórzono nonsensowną tezę „Wszyscy jesteśmy twórcami”, którą wyśmiewałem na blogu dwa miesiące temu. Sam pomysł, że samo tylko podłączenie do internetu czyni kogoś twórcą, jest absurdalny - mogło się tak wydawać 10 lat temu, gdy tylko fantazjowano o tym, jak będzie wyglądała cyberkultura epoki powszechnego dostępu do sieci. Dziś wystarczy być na fejsie by widzieć, że to bzdura.

Najbardziej rozbawiła mnie jednak ta koincydencja - autorzy manifestu ogłosili na Kongresie Wolności, że „Internet nie jest zagrożeniem, ale niespotykaną dotąd szansą” akurat w momencie, w którym Edward Snowden udowodnił, jak potwornym jest zagrożeniem dla wolności.

Tarkowski zarzucił mi, że „dowolnie ucinam cytaty w pół zdania”, bo rzekomo sens cytatu się zmienia, jeśli dopowiemy, że nie jest zagrożeniem, ale niespotykaną dotąd szansą „rozwoju kultury i wiedzy”. Bo inwigilacja ma się do rozwoju kultury i wiedzy jak piernik do wiatraka, twierdzi Tarkowski.

Gdyby ten manifest ogłoszono z okazji Kongresu Kobiet, Kongresu Futurologów albo chociaż Kongresu Narodowców, można by od biedy mówić, że kwestia wolności nie jest a propos. No ale na Kongresie Wolności ważne jest chyba pytanie, czy aby Internet nie jest dla niej zagrożeniem?

Nie zgadzam się jednak już z samym założeniem, że powszechna inwigilacja ma się do „rozwoju kultury i wiedzy” jak piernik do wiatraka. Podejrzewam, że akurat wolność jednostki ma bezpośredni związek z jej kreatywnością.

Internet jest zagrożeniem także dla rozwoju „kultury i wiedzy”, ponieważ jest też zagrożeniem dla samych fundamentów społeczeństwa obywatelskiego. Zmierzamy w stronę cyberdyktatury, w której nie będzie możliwe już nawet to, co ciągle jeszcze jest możliwe w „Roku 1984” - pisanie dziennika przez Winstona Smitha w tajemnicy przed Wielkim Bratem.

Wymuszana przez cyberkorpy i wygodna dla wywiadu przymusowa przesiadka na chmurę oznacza przecież właśnie to - że niczego nie możesz napisać w tajemnicy. Jak to wpłynie na kreatywność? Jak to wpłynie na rozwój kultury i wiedzy?

Ja oczywiście też tego nie wiem, ale jeśli ktoś twierdzi, że powszechna inwigilacja nie jest zagrożeniem dla „kultury i wiedzy”, a wyłącznie „niespotykaną szansą” - yep, przykleję mu łatkę „głupiego cyber-entuzjasty”.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9