Ekskursje w dyskursie
sobota, 09 czerwca 2018
Zimna wojna

zimna1

„Zimną wojną” Pawlikowskiego byłem zachwycony, podobnie jak wcześniej „Idą”. Skoro na mojego bloga zaglądają pisowcy, postanowiłem zamiast blogorecenzji napisać im blogowyjaśnienie, dlaczego te filmy dostają międzynarodowe nagrody (a „Smoleńsk” jakoś nie).

Można oczywiście odpowiedzieć, że przyczyną jest polityka. I że to antypolskie lobby (itd. itp.). Ale nawet wtedy pozostaje jednak pytanie, dlaczego to lobby lansuje akurat te filmy, a innych nie. Zwłaszcza, że „Zimna wojna” nie jest jakoś przesadnie antypolska. Zdecydowanie gorzej są w niej pokazani Francuzi.

Zacznę od tego, że Pawlikowski opowiada światu o złożonej polskiej historii językiem bliskim zachodniej (euroamerykańskiej) wielkomiejskiej klasy średniej. Nie stosuje strategii Piesiewicza/Kieślowskiego, żeby snuć bajeczki o egzotycznej krainie za Żelazną Kurtyną, w której wszyscy są tacy uduchowieni, nieostrzy i piwnicopodbaranowi.

Pawlikowski pokazuje dramaty doskonale zrozumiałe dla współczesnego korpoludka. Miłość, kariera, trudności z pogodzeniem jednego z drugim, szukanie własnej drogi w życiu, borykanie się z traumami z przeszłości.

Na początku „Zimnej wojny” widzimy casting młodych talentów do fikcyjnego ludowego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”). Wygląda to mniej więcej jak zaplecze współczesnego talent show, młodzi ludzie trochę sobie pomagają, a trochę jednak rywalizują bo wiedzą, że nie starczy miejsca dla każdego.

Kiedy zespół odniesie już sukces, jego założyciele zostają wezwani przed oblicze Ministra. Gra go Adam Ferency, minister nie ma nazwiska, ale to ewidentnie alter ego Sokorskiego.

Minister składa zespołowi propozycję nie do odrzucenia. Że te wszystkie ludowe pieśni i tańce są super, ale on by jeszcze chciał ludową pieśń o Stalinie. Jakby się takowa znalazła, to on to wynagrodzi.

Na fejsbuku Aleksego Uchańskiego wytworzył się taki running joke, komentarz „wszyscy byliśmy na tym zebraniu”, którym są opatrywane historie z dziejów wojen i dyktatur, trochę jakby przypominające korpoświat. Otóż na tym zebraniu z Ministrem też wszyscy byliśmy.

Powiedzmy, robiliśmy coś we współpracy z zewnętrznym partnerem i jemu się owszem, wszystko spodobało, ale ma jeszcze jedną uwagę. Że o tutaj by się przydał jego wielki logotyp, centralnie umieszczony, żeby się rzucał w oczy.

A że to wszystko wywraca do góry nogami cały projekt, który mu przed chwilą prezentowaliśmy? Cóż, to jak z ludową pieśnią kurpiowską „Stalinie, mój Stalinie, kocham cię nynie”. Co z tego że bzdura, skoro odpowiednio to nam wynagrodzą.

Oczywiście, dalszym ciągiem życia korporacyjnego jest to, co bohaterka Joanny Kulig robi pod koniec swojej (fikcyjnej) kariery. Wykonuje z estrady „Bajobongo” dla zachwyconej publiczności, a potem schodzi i mówi „przepraszam, muszę się wyrzygać”. Wszyscy pracowaliśmy przy tym projekcie!

Tak jak „Idę” swoją urodą tworzyła Agata Trzebuchowska, tak „Zimną wojnę” swoją charyzmą buduje Joanna Kulig. Bez ich obu te filmy dostałyby najwyżej wyróżnienie za muzykę.

Kulig kradnie show. I do tego filmu to pasuje, bo jej postać od początku charakteryzowana jest tak, że „ma w sobie to coś”. Nie mogło być do tego lepszej aktorki, z „Idy” też przecież najsilniej zapada w pamięć piosenka śpiewana przez Kulig. Aktorzy z taką charyzmą zdarzają się raz na pokolenie.

Zetknąłem się z zarzutem, że Kulig „gasi” Tomasza Kota. Ale przecież tak ma być w fabule. To opowieść o tragicznej miłości, która połączyła kolesia z klasy średniej z niesamowicie utalentowaną dziewczyną z klasy ludowej.

Nie mogą bez siebie żyć, ale ze sobą też nie bardzo. Bo on jest po inteligencku poukładany, jak mu przy nagraniu mówią, że fortepian ma wejść później - to wchodzi później. A ona raczej zerwie sesję.

Śpiewa sercem, a nie głową. Jak jej ktoś wejdzie w drogę, potrafi pchnąć nożem. Jej postać to wcielenie archetypu „gwiazdy z ludu”. Możemy sobie pod nią podłożyć a to Janis Joplin, a to Sida Viciousa.

Podsumowując, „Zimna wojna” to [tragi]komedia romantyczna, zbudowana z uniwersalnych archetypów. I ze świetną muzyką.
Tak jak „Idę” można interpretować jako teledysk jazzowy z wyjątkowo długim intro i outtro, tak „Zimną wojnę” można interpretować jak mockumentary o kulisach nagrania pewnej (fikcyjnej) genialnej płyty jazzowej.

Te tematy są uniwersalne. I tak się podbija świat, panie i panowie...

środa, 30 maja 2018
Solo

Dawno nie pisałem na blogu o popkulturze, bo samo hasło „blog popkulturowy” zaczęło mi się kojarzyć z wujowym kontentem, który mi czasem wpada na fejsie do feeda z winy znajomych, którzy nie mogą się powstrzymać przed odpowiedzią na dowolne „a wy jak myślicie”.

Ale nowy pełnometrażowy film o „Gwiezdnych Wojnach” to wystarczająco ważny powód. A wy jak myślicie?

Otóż mi się podobało. I polecam wszystkim tym, którzy - tak jak ja - nie mają serca do rozszerzonego uniwersum, nie znają filmów animowanych, komiksów, gier itd. To nie jest wymagane.

„Solo” znakomicie broni się jako film standalone. Ba, nawet nie trzeba znać pozostałych filmów pełnometrażowych.

Znajomość jest o tyle wskazana, że różne kultowe cytaty, typu „I did the Kessel run in 12 parsecs”, „I love you / I know” czy „I have a bad feeling about this”, tutaj są podrzucone w zabawnej, przewrotnej wersji. Ale nawet jak się nie zauważy nawiązania, i tak brzmią fajnie (zwłaszcza wyjaśnienie zagadki tych „parseków”).

Z wszystkich „Gwiezdnych wojen”, ten film najbardziej przypomina western. Łatwo byłoby tę fabułę przerobić na historię o rewolwerowcach przewożących nitroglicerynę w czasach wojny secesyjnej i włączających się w bitwę z syndykatem zbrodni, terroryzującym górnicze miasteczko.

Spotkałem się z zarzutem, że Alden Ehrenreich, aktor grający tytułowego bohatera, za bardzo próbuje być Harrisonem Fordem. Nie zgadzam się.

Ford 40 lat temu był naturszczykiem, to była jego pierwsza duża rola. I to zresztą tradycja „Gwiezdnych wojen”, że główną rolę gra zwykle jakiś totalny Hudefak, wspierany dzielnie zawodowymi aktorami drugoplanowymi, którzy grają wspaniale, acz zazwyczaj robiąc tylko jedną minę (jak Alec Guinness).

Ehrenreich naturszczykiem nie jest, wprost przeciwnie. Jeśli bym cokolwiek mu zarzucił, to właśnie że w odróżnieniu od Forda za bardzo gra.

Miny ma różne i zazwyczaj skopiowane od innych aktorów. W najgorszych chwilach przypomina Jacka Blacka, w najlepszych Jacka Nicholsona. Harrisona Forda - raczej nie.

Ale to jakoś dziwacznie pasuje do tej fabuły. Ta jest wyjątko idiotyczna nawet jak na „Gwiezdne wojny”. Bohaterów niebywale często ratuje Niezwykły Zbieg Okoliczności aka Deus Ex Machina.

Nie raziło mnie to, bo od razu zacząłem sobie to wyobrażać tak, że Han Solo spisał pamiętniki (albo ktoś nagrał jego gwiezdne opowieści z kantyny na Tatooine). I to jest ekranizacja tych pamiętników czy przechwałek, w których każdą igłę przerobiono na eskadrę galaktycznych wideł.

Nadekspresyjna gra Ehrenreicha pasuje do takiej munchauseniady. W całym pakiecie - jakoś to kupuję.

Jeśli chodzi o kwestię „doświadczonych aktorów, którzy cały czas robią tę samą minę”, to najlepszy film z serii „Gwiezdne wojny”. No offense, sir Alec: Woody Harrelson, Paul Bettany, Donald Glover, Emilia Clarke i Thandie Newton po prostu lepiej wiedzieli, co mają zrobić, a pan przecierał pionierskie szlaki.

Szczególnie zachwycający jest Glover jako Lando Carlissian. Jego akurat widzimy w scenie pisania (właściwie nagrywania) pamiętników. Totalnie pójdę do kina na ewentualnego spinoffa „kroniki Lando”, jeśli będzie go grać Glover.

OK, jeśli nie, to pewnie też. Ale mniej entuzjastycznie.

A wy jak myślicie?

sobota, 07 kwietnia 2018
Dziadzio Spielberg

UWAGA: notka będzie zawierała umiarkowane spojlery do filmu i książki „[Ready] Player One”. Jeśli ci to przeszkadza, wracaj do lat 90., złotej dekady spojlerofobii.

Jak książką byłem zachwycony - tak film przyniósł mi rozczarowanie. Spielberg wywalił metaforę współczesnego kapitalizmu, wrzucił za to walki w CGI, wtórne i płaskie w porównaniu choćby do stareńkiego „Avatara”.

Drobny przykład - w książce pojawia się motyw odpracowywania długu wobec korporacji. W filmie przerobiono go tak gruntownie, że ginie cała metafora.

W książce ta praca przymusowa polega na zatrudnieniu w call-center. To dobrze rezonuje z lękami współczesnego korpoludka, który najbardziej się boi nie tyle deklasacji do klasy niższej/ludowej, co do najniższego segmentu klasy średniej.

Książkowe call-center działa w VR, ale zachowuje upiorność pracy w tym zawodzie. Trzeba ciągle prowadzić te same rozmowy, z nadzorcą sprawdzającym, czy trzymamy się korporacyjnych standardów uprzejmości.

W filmie to jest przymusowa praca fizyczna W WIRTUALU! Czy kogoś z czytających te słowa ta wizja jest w stanie przestraszyć?

Ostatnie dwie dekady w popkulturze przyniosły wysyp dystopii, thrillerów i dystopijnych thrillerów o świecie korporacji - w których nie ma osobowego villaina, bo jest nim korporacja jako taka. „Paranoja” Findera, „Siły rynku” Morgana, „Supersmutna, ale prawdziwa historia miłosna” Shteyngarta, „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” Mitchella, plus oczywiście filmy i seriale - „Margin Call”, „Avatar”, „Black Mirror”...

Spielberg to wszystko po prostu przegapił. Wyrzucił książkowe wątki, sprowadzając wszystko do jednego karykaturalnego korpovillaina, który jest bardziej śmieszny niż straszny (Ben Mendelsohn).

Całe zło korporacji OASIS w filmie sprowadzone jest do dawnej kłótni między założycielami. Happy end - chyba to nie jest spojler, że film Spielberga skończy się obrzydliwie przesłodzonym happy endem? - polega na tym, że bohaterowi udaje się po latach zakończyć tę kłótnię i zrealizować testament charyzmatycznego założyciela korporacji, Jamesa Hallidaya (Mark Rylance, ucharakteryzowany nie do poznania).

Powieściowy Halliday wydawał mi się inkarnacją stereotypu „villaina przekonanego że czyni dobro”, jak Rorschach, Dwie Twarze czy religijnie motywowani seryjni zabójcy. My w generacji X dobrze wiemy, że „charyzmatyczni przywódcy” nieuchronnie podążają trajektorią Harveya Denta, „albo zginiesz jako bohater, albo zmienisz się w łotra”.

Filmowy Halliday jest dobrotliwym nerdem, który chciał po prostu dać wszystkim darmową grę, ale wbrew jego intencjom zamieniło się to w korporację. Jest kimś takim, kim Mark Zuckerberg kiedyś wydawał się Jasiowi Kapeli.

Nie kupuję filmowego happy endu. Korporacyjnego zła nie wyeliminujemy przez samą tylko zmianę zarządu (a mniej więcej tak to wygląda w filmie, ze odkąd na czele OASIS staną sympatyczni idealiści, wszystko będzie spoko).

W istocie to jest właśnie opowieść mojego pokolenia, że grupa sympatycznych rebeliantów zakłada w garażu startupa albo nielegalną organizację, wypowiadają walkę opresorom, obalają ich i po przejęciu władzy sami stają się opresorami. To przecież historia Apple’a, Microsoftu, Google’a, Facebooka, Wolnego Oprogramowania i „Solidarności”.

My już wiemy, że postęp musi się wiązać z upodmiotowianiem obywateli, a więc z kontrolą społeczną, a więc z regulacjami. Tymczasem dla pokolenia Spielberga wszelkie regulacje nadal są złe, niczego się nie nauczyli, dalej toczą te same walki co 50 lat temu, z niedobrymi rodzicami, którzy im nie pozwalali palić skrętów.

Wyciąwszy składową antykorporacyjną, Spielberg zapełnił lukę banalną lekcję dziadków z pokolenia baby-boomersów, że „dzieciaki, nie siedźcie tak dużo w sieci”. To przesłanie wraca w filmie kilkakrotnie, w tym w happy endzie.

Tymczasem w książce oni siedzą w OASIS, bo nie mają innego wyboru. Bo OASIS zmonopolizowało edukację (do szkoły można chodzić tylko albo tam, albo wcale), płatności, media, telekomunikację...

W filmie ktoś mówi do kogoś „zapomnieliśmy, jak fajnie jest na świeżym powietrzu”. W powieści narrator mówi, że pod wpływem dewastacji środowiska na zewnątrz nie jest fajnie. Kwestii monopolistycznego przymusu w filmie nie ma.

Cóż, z artystami bywa czasem tak jak z Harveyem Dentem. Albo umrzesz jako geniusz, albo będziesz żył dość długo, żeby stać się starym nudziarzem.

czwartek, 21 grudnia 2017
Wielkie Powieści Amerykańskie

Z okazji zbliżających się świąt zreanimuję zarzuconą jakiś czas temu formułę rankingu od czapy, rekomendując PT blogonautom trzy Wielkie Powieści Amerykańskie. Może szukacie pomysłu na książkowy prezent, a może zacnych cegieł na zimowy urlop - z tymi trzema pozycjami nie popełnicie błędu.

Niksy

A więc przede wszystkim: „Niksy” („The Nix”) Nathana Hilla. Prorocza wizja Ameryki, w której wybory wygrywa ktoś przypominający Trumpa (acz powieść napisano w 2014).

To panoramiczny portret amerykańskich pokoleń. Główny bohater jest spóźnionym Gen Xem, który wyrusza na klasyczny genxowy quest - rozliczenia się z zagadkami z własnej przeszłości i z rodzicami z pokolenia baby boomersów.

Na drugim planie pojawiają się millenialsi, rysowani jakby trochę grubszą kreską. I to jest mój pierwszy zarzut wobec tej powieści, acz ciekaw byłbym opinii samych PT millenialsów.

Gdybym sam był millenialsem, okropnie by mnie wkurzali ludzie z Gen X, tacy jak choćby Jors Truli. Millenialsi marzą (tak to sobie w każdym razie wyobrażam) o rzeczach, które nam przychodziły stosunkowo bez wysiłku - jak umowa o pracę czy zaliczka na napisanie debiutanckiej książki.

Dlatego my mamy więcej czasu na snucie freudowskich gdybań takich, jak główny bohater powieści - porzucony w dzieciństwie przez matkę z niewiadomych przyczyn. Ich wyjaśnienie wymaga cofnięcia się aż do drugiej wojny światowej (która, jak wiadomo, definiuje z kolei pokoleniowy konflikt między „great generation” a „baby boomersami”).

Choć to raczej smutna historia, czyta się lekko. Narracja pełna ironii i czarnego humoru pozwala zbudować dystans do problemów bohaterów (np. jeden z nich stosuje „dietę plejsto”).

Tylko w happy endzie dystans znika i zastępuje go słodycz. To mój drugi zarzut - pisarz zdradza nam tam jej przesłanie, a brzmi mianowicie tak, że czasem kluczem do szczęścia jest uświadomienie sobie, że jesteśmy tylko drugoplanową postacią w historii o kimś innym.

„Dude, you just went full Coelho. You never go full Coelho”, mruknąłem do siebie. Ale byłem to skłonny wybaczyć, bo świetnie się bawiłem przez poprzednie 600 stron.

Dlugi marsz


„Długi marsz w połowie meczu” to antyteza „Niksów”. Też mamy tu ironię i czarny humor, ale wreszcie mamy w centrum problemy millenialsów (takich, jakimi ich sobie wyobrażam) - czyli życie w świecie, który poprzednie pokolenia ogołociły z zasobów.

Gdy się zachwycałem tą powieścią w „GW”, porównywałem ją do „Paragrafu 22” - podobne jest poczucie humoru, podobny jest złośliwy portret Amerykańskiego Stylu Życia, podobny jest zabieg wykorzystania armii jako Uniwersalnej Metafory.

Tym razem chodzi o wojnę w Iraku, ale tak samo jak w tamtej powieści, definiującym momentem dla przemiany głównego bohatera jest śmierć towarzysza broni - Yossariana przemieniła śmierć Snowdena, Billy’ego odmieniła śmierć niejakiego sierżanta Grzyba.

Trumpa tu nie ma, ale jest portret tej Ameryki, która go wybrała. Nakreślony złośliwie, ale jednak z empatią.

Krotka historia

Krótką historię siedmiu zabójstw” dodaję tu trochę na siłę, ale w rankingach od czapy zawsze były trzy pozycje. Poza tym, przydomek „od czapy” zobowiązuje.

Choć znaczna część akcji dzieje się na Jamajce, to jednak sporo w Nowym Jorku i na Florydzie. W „Niksach” mamy zaś wyprawę do Norwegii - z niej pochodzi dziwaczny tytuł powieści, a „Długi marsz” jest w dużym stopniu o Iraku. Nie jest to więc aż tak bardzo od czapy, jak by się mogło wydawać.

Powieść może się spodobać miłośnikom serialu „Narcos” - oraz Boba Marleya, bo fabuła krąży wokół zamachu na życie muzyka, który naprawdę miał miejsce w 1978. Nigdy nie wyjaśniono, o co chodziło.

Powieść nawiązuje do teorii spiskowe, zgodnie z którą zamach był ubocznym skutkiem intrygi uruchomionej przez CIA. Mamy więc kilka malowniczych postaci rodem z The Land of the Free.

A wśród nich: moją ulubioną - amerykańskiego dziennikarza, który jest dość sprytny, żeby rozgryźć zagadkę zamachu. Ale nie dość sprytny, żeby dodać dwa do dwóch i zrozumieć, co wynika z tego, że jest jedynym żyjącym facetem, który zna ten sekret...

Życzę blogonautom i fejsofollowersom wszystkiego najlepszego z okazji zimowego święta solarnego!

czwartek, 21 września 2017
Wiedzmin na Weselu

W zeszłym roku uczestniczyłem na Euroconie w dyskusji z Sapkowskim. Trochę się bałem, że Sapkowski zrobi skandal, starałem się więc rozbrajać potencjalne miny.

Gdy padło pytanie o związki polskiej fantastyki z polską klasyką, wyrwałem się do odpowiedzi. Sapkowskiemu „zarzuciłem”, że na potęgę korzysta z dorobku klasyków, zwłaszcza z Wyspiańskiego i Sienkiewicza.

„Guilty as charged”, odpowiedział. Skandalu nie było (uff).

Byłem teraz w Gdyni na wiedźmińskim musicalu. Najbardziej wpadająca w ucho piosenka to „Dziki gon”. Graczom przypominam, że upiorny rycerz zapowiadający krwawą wojnę zwiduje się Poecie w „Weselu”.

Rzekłbym - jest jego „tworem F”. Bo „Wesele” jest jak stacja Solaris, każdemu zwiduje się mieszkaniec jego podświadomości.

Dialog Marysi z Widmem można przypisać Kelvinowi i Harey, tyle że z genderową przewrotką. „Mus mnie woła, mus mnie woła, raz dokoła...” / „Stój, ach stój!”.

Niniejszą blogonotkę proszę potraktować jako mój wkład w akcję „narodowego czytania Wesela”. Pochwalam ją tym bardziej, że Wyspiański jest raczej „nasz” niż „ich”.

Podobnie jak w przypadku Żeromskiego uważam, że szkolni poloniści robią „Weselu” krzywdę, nie analizując go jako komedii. Dramat romantyczny? Twoja stara.

Gdybym był zylionerem, zasponsorowałbym wystawienie „Wesela” jako mieszczańskiej tragifarsy. Chętnie z całą plejadą gwiazd polskiej komedii romantycznej, z Żakiem, Kotem, Karolakiem, Kwiatkowską, Gąsiorowską i Dygant.

To są utalentowani aktorzy, grają w szmirach dlatego, że za mało jest dobrych produkcji. Wierzę, że daliby czadu w „Weselu”.

Jest to utwór genialny, a więc: ponadczasowy. Oczywiście, dzieje się w konkretnym czasie i miejscu, ale problemy głównych bohaterów są takie jak nasze.

Przynajmniej moje. Dziennikarz z „Wesela”, c'est moi.

Jak każdy korpoludek, skarży się na wypalenie („martwą duszę”, hasztag #toonas) Czuje, że jego praca to zawodowa błazenada.

Jego „tworem F” jest więc Stańczyk. Dziennikarz mówi do niego: „błazeństwem ja z tobą zbratan, byłem ci duszą poswatan / nim dusza stała się trup”. Ileż razy snułem z koleżeństwem redaktorstwem podobne skargi przy kieliszku!

Na bankiecie jednym... było to w Krakowie, gdzieś koło Wawelu, moje narzekania przerwał jakiś dziwny facet w śmiesznej czapce i powiedział: „Acan jako spowiedź czyni, spowiedź, widzę, cudzych grzechów; Acan się zalewa łzami, dusza krwawi, serce krwawi; ale znać z Acana mowy, że jest - tak przeciętnie zdrowy. Jutro humor się poprawi...”

Z Radczynią Dziennikarz rozmawia tak: „Pańska praca: rzecz serio, a pan takim przekreśla ją gestem, tak ją wspomina niemile...” / „Rzeczy serio nie ma;  wszystko jest prowizoryczne: przekonania, opinie, twierdzenia” / „Jednak Prawda — ?” / „Nawet Prawdy cienia!”.

Podoba mi się też parodia feministki Racheli, która marzy o „wolnej miłości” - „a jest panna modern, całkiem (...) była w Wiedniu na operze / w domu sama sobie pierze”. Ale najwięcej się dostaje prawicy.

„Pan się narodowo bałamuci, to już było” / „Jeszcze wróci”. Czuję to ze Stuhrem i Szycem!

Pan Młody jest szlachcicem-narodowcem. Ciąży na nim zdrada arystokracji - jego „tworem F” jest hetman Branicki, skazany na męki piekielne za Targowicę („Pali pieniążek moskieski?”).

Czepiec epatuje rubasznym cynizmem. Jak w przypadku Leppera czy Wałęsy, początkowo budzi tym nawet sympatię, np. kiedy mówi, że na żonę najlepsza jest kobieta prosta („wiela scynścia, niskie kosta”). Potem wyłazą z niego demony antysemityzmu, chciwości i mizogynizmu.

Opowiada, jak agitując w wyborach za kandydatem PSL, pobił działacza Partii Socyalno-Demokratycznej, którego opisuje jako „tego Żyda”: „po co sie bestyjo darła, a to tak z całygo garła; było, jak go huknę w pysk, myślołem juz, że sie stocył, on sie ino krwiom zamrocył, a nie upod, bo był ścisk” (czuję to z Andrzejem Grabowskim!).

Wyspiański parodiuje też siebie - młodopolskiego poetę-pijaka. Wiedźmińscy gracze znajdą w „Weselu” pierwowzór Jaskra.

Jego alter ego zalicza nieudaną próbę poderwania druhny („Pódzies pon, patrzcie go, ledwo przysed, juz by kcioł” / „Cało flaszkę bestia schloł”). Nim padnie, wygłosi jeszcze swoje opus magnum, dwuwiersz - „Chopin gdyby jeszcze żył... toby pił” (czuję to z Karolakiem!).

„Panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” / „Chciałem, chciałem... Raz byłem, to nie zastałem”. Cytat deczko fejkowy, bo to kwestie wypowiadane w różnych scenach, ale podkreśla, że refrenem „Wesela”, który wciąż wraca, raz do koła, aż do wielkiego finału z czapką i sznurem, jest zbiorowa porażka wynikająca z „braku chęci chcenia”.

„To tak w każdym z nas coś woła: jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna” / „A wszystko bajka wierutna”. To już prawdziwy cytat.

To o nas, prawda?

niedziela, 11 czerwca 2017
13 powodów

Dawno na blogu nic nie było o popkulturze, więc napiszę o serialu „13 powodów” - o którym pewnie bym napisał felieton, gdybym nadal pisywał felietony. Wydaje mi się być serialem, o którym każdy blogobywalec Powinien Mieć Swoje Zdanie.

Szczególnie polecam go widzom, którzy - tak jak ja - czuli się osieroceni po „Wielkich kłamstewkach”. Może kiedyś Kidman i Witherspoon wyprodukują coś równie dobrego, kto wie, ale na razie muszą nam wystarczyć „Powody”.

Ogólna formuła jest podobna: a więc primo, znakomity soundtrack. Secundo, idylliczne kalifornijskie miasteczko, otoczone pięknymi okolicznościami przyrody pejzaże (w „Kłamstewkach” zatoka Monterey, w „Powodach” północna część zatoki San Francisco).

Ludzie w większości raczej zamożni. W „Kłamstewkach” głównie UMC/UC, w „Powodach” raczej MMC/UMC.

Większość żyje w rodzinach, które na zewnątrz wyglądają pocztówkowo. Ale od środka, ha! Dramaty i skandale.

Prawie wszystko w „Powodach” jest lekko słabsze niż w „Kłamstewkach”. To nie jest dramat, raczej powiedziałbym, że to coś na zasadzie różnicy „pięć gwiazdek” / „cztery gwiazdki”.

Jest jednak jeden aspekt, w ktorym „Powody” deklasują wszystkie seriale i w ogóle całą współczesną popkulturę. To role młodych debiutantów.

Dramaty w „Kłamstewkach” dzieją się przede wszystkim wśród ludzi raczej w moim wieku, albo i jeszcze starszych. Dzieci są tłem. W „Powodach” jest odwrotnie.

Dla kogoś, kto ceni sobie dobre aktorstwo, ten serial to pozycja obowiązkowa. Bo że sławny aktor gra ciekawie, to nie jest aż taka znowu rewelacja. Ale to prawdziwa radość, obserwować aktorską tour de force ludzi, których pierwszy raz widzimy na ekranie.

Jak wiadomo, tego serialu nie da się zaspojlować, bo o czym to będzie, dowiadujemy się w pierwszej minucie. Hannah (Katherine Langford) to uczennica liceum, która popełniła samobójstwo.

Pozornie nie miała żadnego powodu. Szczęśliwa rodzina, dobre wyniki w nauce, miała przyjaciółki i przyjaciół, chodziła na imprezy.

Zostawiła dziwny list pożegnalny, w postaci staroświeckich kaset magnetofonowych. Opisała na nich tytułowe powody - każdy związany z inną osobą. Stąd leitmotif tego serialu: „welcome to your tape”.

Główny bohater Clay (Dylan Minnette) odtwarza ostatni tydzień z życia Hannah. I na swojej taśmie poznaje swój powód: ach, co wam będę spojlować, ale to się zrobiło oczywiste w czwartym odcinku (dla mnie - pewnie ktoś o lepszej pozycji na spektrum autyzmu zajarzył wcześniej).

Bohaterowie mają 17/18 lat, grają ich aktorzy mający 20-22. Zwróciłem na to uwagę, bo z racji mojej sytuacji jestem w miarę wyczulony na różnicę między studentem a licealistą, ale to się chyba nie rzuca w oczy.

Jest tutaj kilka scen (np. rozmowa Claya z matką na policyjnym parkingu), w których debiutant(ka) swoją ekspresją gasi profesjonalist(k)ę. Miło patrzeć!

Debiutantom trochę to ułatwia fabuła. Ich motywacje mamy dokładnie wyjaśnione. Motywacje dorosłych są mgliste.

Wiemy, że do tragedii by nie doszło, gdyby ten rodzic albo tamten nauczyciel trochę bardziej się zainteresował tym, co się dzieje z uczniem, synem, córką, kolegą syna, koleżanką córki, itd. Nie interesują się.

Przeważnie nie wiemy czemu, ale odpowiedź byłaby taka banalna - Samo życie.

Motywy młodzieży są ciekawiej zarysowane. Należą do pokolenia Z, czyli następców millenialsów.

Są pokazani jako pokolenie, które nie wierzy w awans społeczny. Justin (Brandon Flynn) i Bryce (Justin Prentice), dwaj chłopcy, którzy skrzywdzili Hannę, reprezentują dwa ekstrema drabiny społecznej.

Justin, nieślubny syn narkomanki, jest na progu bezdomności. Bryce z kolei jest skazany na odziedziczenie sukcesu po swoim tacie. Obaj nie czują się z tym komfortowo (co świetnie odgrywają młodzi aotkrzy), ale obaj nawet nie dopuszczają takiej myśli, że to się może zmienić.

W pokoleniu Z teoretycznie panuje pełna tolerancja. „To XXI wiek, można bezpiecznie wyjść szafy”, pada w nim takie hasło.

Ale sztywna drabina społeczna się z tym kłóci. Wszystkim wyznacza role - kto może być gejem, a kto nie może. Do czego Meksykanin się nadaje, a do czego nie.

Wszyscy są więc tolerowani tylko pod warunkiem, że dokładnie odgrywają swoje role. A jeśli nie, to nie ma przebacz, nawet jeśli są biali, klasośredniowi i heteronormatywni.

Jak Clay. Czy Hannah...

piątek, 24 lutego 2017
Kontrowersyjny spektakl

Jest sobie taki kontrowersyjny spektakl, który dzieli moich znajomych na zwolenników i przeciwników. Jestem w obozie entuzjastów, wypowiem się więc w jego obronie (zapraszając jak zwykle do dyskusji).

Chodzi mi oczywiście o „La La Land”. Jedni zachwyceni (jak ja), inni marudzą, że zakończenie słabe.

Łagodnie spojlerując: to nie jest musical o miłości, to jest musical o marzeniach. Od początku wiemy, że są główną motywacją bohaterów (piosenki „Another Day of Sun”, „Someone in the Crowd” i „The Fools Who Dream”) i jedynym, co mają wspólnego. Nie łączy ich miłość, o czym explicite jest „A Lovely Night”.

Spoljerując nadal łagodnie, oboje spełnią swoje marzenia, choć jakby nie do końca w stu procentach. Ostatnia sekwencja muzyczno-taneczna jest więc meta-marzeniem o tym, jak fajnie by było, gdyby te marzenia spełniły im się jeszcze lepiej.

Myślę, że rozczarowanie części widzów bierze się z podświadomego oczekiwania, że w finale zobaczymy wielkie wesele w stylu Bollywood. A to po prostu nie jest ten rodzaj musicalu.

Los Angeles doskonale nadaje się na scenerię opowieści o marzeniach, bo za sprawą geografii w tym mieście łatwo je wizualizować. Przemysłowa produkcja marzeń stanowi też istotny element lokalnej gospodarki.

Z większości miejsc w tym mieście widać wzgórza zwieńczone napisem HOLLYWOOD. Marzenia w LA sprowadzają się więc do geografii: chodzi o to, żeby dorobić się willi na tych wzgórzach (albo w pobliżu). Najlepiej pracując w Branży, ale bywają filmy o analogicznych marzeniach muzyka, architekta czy policjanta.

Marzenia to temat paradoksalny, bo większość z nas nie marzyła w młodości o tym, co robimy w dorosłości. Mało kto marzy o biurku w korpo, nie mówiąc już o kasie w hipermarkecie.

Stąd paradoks, na który zapewne zwróciłby uwagę kosmita, gdybyśmy próbowali wytłumaczyć mu nasze społeczeństwo. Powiemy mu zapewne z dumą, że żyjemy w demokracji, co oznacza m.in., że możemy robić ze swoim życiem co chcemy. A potem nie będziemy umieli wyjaśnić, dlaczego 90% nienawidzi tego co robi.

Bardzo lubię wiersz Andrzeja Bursy o dnie piekła. Ten o ludziach, którzy mówią „miałem piekielny dzień, muszę się wyrwać z tego piekła” i „obmyślają ucieczkę na inny odcinek po nowe nieznane przykrości”.

Oczywiście, u nas w klasie średniej to nie jest piekło. Raczej czyściec, w którym pod koniec dnia snujemy „Private Investigations”. Przy szklance whisky pytamy: „Kiedy zaczął się wić kręty, pochyły szlak / gdzie był pierwszy nasz krok w rozpadlinę bez dna”.

Jak już pisałem przy inych okazjach (m.in. „Idy” i „Przypadku”), uwielbiam opowieści o „punkcie bez powrotu”. Tym ostatnim momencie w życiu, w którym mogliśmy jeszcze zdecydować, czy będziemy chemikiem czy dziennikarzem, komuchem czy solidaruchem, zakonnicą czy ateistką.

Często decyzję podejmuje za nas jakiś czynnik zewnętrzny. Czasem coś złego (choroba, śmierć rodzica, stan wojenny), czasem coś dobrego (spadek, załapanie się na prestiżowe stypendium, strzała Amora). Czasem coś kompletnie losowego (spotkanie z nieznajomym, artykuł przeczytany w gazecie).

Ten moment zwykle ma miejsce tuż przed trzydziestką. Czyli kiedy się ma tyle lat, ile w tym filmie Emma Stone.

Ryan Gosling gra kogoś, kto ten moment ma już za sobą. Już jego obecne marzenie jest planem B.

Nie znamy szczegółów planu A, ale z rozmowy z siostrą wiemy, że wszystko szlag trafił w związku z przekrętem typu szanghajskiego. To sugeruje, że Gossling podpisał z kimś niekorzystną dla siebie umowę. W zawodach kreatywnych oznacza to umowę, w której artysta - nieświadomy tego co podpisuje - oddał komuś wszystkie prawa do swojego dzieła.

Zdarza się najlepszym. Dwudziestosześcioletni Walt Disney w ten sposób stracił prawa do swojej pierwszej postaci, Królika Oswalda. Myszka Miki i Kaczor Donald byli jego planem B.

Emma Stone ten punkt ma jeszcze przed sobą. Gosling o tym wie i dlatego jego postać zachowuje się z emocjonalnym chłodem, który drażnił niektórych recenzentów - on już po prostu wie, jak ten film się skończy. Emma Stone jeszcze nie.

Gosling też, zauważmy, szybciej od Stone widzi nadejście tego momentu w jej życiu. I jako pierwszy wyciąga prawidłowe wnioski.

A miłość? Jakie znaczenie ma uczucie dwojga ludzi na tym zwariowanym świecie, mówi Humphrey Bogart w finale innego filmu, który też nie kończy się weselem, a też jest piękny.

niedziela, 05 lutego 2017
Kalifat w Bawarii

Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowiada o rodzinie z niemieckiej wyższej klasy średniej, która z bardzo skomplikowanych powodów przygarnia pod swój dach uchodźcę z Nigerii imieniem Diallo.

Hartmannowie i bez tego mają dużo problemów. Pojawienie się Diallo katalizuje różne konflikty, co prowadzi do wybuchowej (i bardzo zabawnej) Wielkiej Katastrofy.
Problemy Hartmannów z punktu widzenia Diallo wydają się niezrozumiałe, by nie rzec idiotyczne.

Nieświadomie łamie rozmaite tabu, poruszając tematy, o których w tej rodzinie się nie rozmawia dla uniknięcia awantury. Potrafi na przykład zapytać Hartmannównę „ty już stara, dlaczego ty jeszcze nie masz dzieci?” albo wytknąć jej mamie, że za dużo pije.

Jeśli potraktować tę rodzinę jako metaforę Niemiec Jako Takich (a film zdaje się sugerować taką interpretację), to zasadniczy problem wszystkich Hartmannów jest w tym, że nie robią w życiu tego, na co mieliby ochotę. Wspomniana córka na przykład nie ma pomysłu na dorosłe życie, ciągle zaczyna kolejne studia, nieustannie przyciąga niewłaściwych facetów.

Młody Hartmann to jej przeciwieństwo. Zapatrzony w tatę, robi wielką karierę. Tak się w niej zaprzedał, że w końcu rozwalił własną rodzinę.

Ma już tyle pieniędzy, że nie wiadomo, po co mu kolejne. Podobno to wszystko dla dobra jego dziecka, ale na razie dziecko uważa go z tego powodu za dupka (i zasadniczo ma rację).

Stary Hartmann jest zamożnym ortopedą, który już dawno powinien przejść na emeryturę, ale nie robi tego, bo  jest pracoholikiem. W odróżnieniu od syna przynajmniej jeszcze nie zniszczył tym swojego małżeństwa, ale jest na bardzo dobrej drodze.

Hartmannowa z kolei czuje się niepotrzebna. Dzieci się wyprowadziły, męża nigdy nie ma w domu. Stąd jej nieporadny niby-aktywizm, którym usiłuje zapełnić pustkę w życiu.

Diallo nie ma takich problemów, bo całą jego rodzinę wymordowali islamiści. Martwi go co innego: trwa postępowanie w sprawie przyznania mu azylu. Póki nie zapadnie decyzja, powinien unikać kłopotów. Zwłaszcza z policją.

Wydawałoby się, że u Hartmannów uda mu się przeczekać z dala od wszelkich problemów. Ale jak to w komediach, wszystko idzie na opak.

Pisałem niedawno felieton, zainspirowany książką Angusa Fletchera „Comic Democracies. From Ancient Athens to the American Republic” o związku komedii z demokracją. Tradycje komedii ulegają zerwaniu razem z upadkami republik rzymskich i greckich i odradzają się dopiero w renesansowych republikach miejskich.

Fletcher twierdzi, że w większości greckich komedii stawka jest podobna jak w przypadku tragedii. Atenom grozi rozgniewanie bogów, dotąd traktujących to miasto przychylnie i fabuła krąży wokół prób ich udobruchania.

Grecka komedia rozwijała się, kiedy los ateńskiej demokracji był już przesądzony. Wyprawa przeciwko Syrakuzom zakończyła się katastrofą, triumf Sparty był już tylko kwestią czasu. Komedie były wołaniem o opamiętanie - daremnym, jak zwykle.

Trochę podobnie jest w tym filmie. Ma strukturę tradycyjnej farsy obyczajowej, ale co chwila pojawiają się tam pytania o przyszłość Niemiec, które jakby znów traciły przychylność losu.

Pod domem Hartmannów pojawia się pikieta neonazistów, za chwilę zaatakuje ich Antifa. Maluczko, a zaciszna podmiejska uliczka zapoczątkuje wojnę domową w Niemczech.

Niektóre sceny są bardzo zabawne, jak koszmarny sen o szariacie w Niemczech. Zaczyna się tak, że główna bohaterka idzie do swojej ulubionej piekarni i tam osoby zakutane w hidżaby witają ją słowami „salam alejkum, Frau Hartmann”.

Przerażona wybiega na ulicę, a ta się zamieniła w orientalny bazar. Zamiast wypasionych beemek i audików, jeżdżą po niej pickupy z uzbrojonymi brodaczami. A nad małomiasteczkową architekturą dominuje wielki meczet!

Miałem wrażenie, że film obśmiewa wszystkie postawy. Od naiwnej poprawnej polityczności po paradoksy szowinizmu (największym wrogiem imigrantów jest tu imigrantka z Polski, która uważa, że „my Niemcy nie powinniśmy wpuszczać obcych”).

Mam wrażenie, że film nie narzuca żadnej swojej jedynie słusznej odpowiedzi. Jak to w farsach bywa, wszystko kończy się nieprawdopodobnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, prowadzącym do happy endu. Ale zostajemy ze smutną świadomością, że w prawdziwym życiu tak nie ma...

wtorek, 24 stycznia 2017
Casteilcorbon nie istnieje

W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą udało mi się zidentyfikować przy pomocy facebookowych znajomych, a jeden z nich (tu głębokie ukłony) nawet mi ją podarował.

„I don’t know why this book isn’t still famous” - powiedział Michael Rosen w wywiadzie dla „Guardiana”. Wyguglałem ten wywiad w dość rozpaczliwej próbie dowiedzenia się CZEGOKOLWIEK o książce lub jej tajemniczym autorze.

Wy też spróbujcie. Moje próby prowadzą głównie do odkrycia, że nikt nic nie wie, choć dwukrotnie (w 1959 i w 1987) w Wiekiej Brytanii adaptowano tę powieść na serial telewizyjny.

Nakłady są wyczerpane (we wszystkich językach). Cena angielskiego hardcovera pod wpływem wywiadu z Rosenem wzrosła do 67 funtów. Mój polski hardcover oczywiście nie jest na sprzedaż!

Akcja powieści dzieje się na początku lat 50. (zapewne w czasach współczesnych autorowi) w fikcyjnym miasteczku Casteilcorbon położonym w rejonie Roussillon, zwanym przez separatystów „Katalonią Północną”. Stąd zresztą mnie naszło na te wspomnienia, bo wakacje spędzałem mniej więcej w pobliżu.

Roussillon jest częścią Francji od traktatu pirenejskiego z 1659. Jak wiadomo, w traktacie był błąd, z powodu którego pobliskie miasto Llivia do dzisiaj stanowi hiszpańską eksklawę, otoczoną zewsząd przez Francję. Kiedyś swoją drogą chciałbym poczytać, jak to działało za czasów Franco.

Miejsce ma znaczenie dla akcji. W średniowieczu ten teren przechodził z rąk do rąk, po czym zostało tam (naprawdę!) wiele wspaniałych zamczysk, na które tubylcy zdają się nie zwracać większej uwagi. Za to turyści fotografują to wszystko jak podupceni.

Powieściowe miasteczko rozrosło się wokół jednego z takich zamków. Jego nazwa to zniekształcone katalońskie „Zamek Kruków”. Autor opisuje historię tej miejscowości tak drobiazgowo, że musiał się wzorować na jakimś prawdziwym mieście.

W tej fortecy barykaduje się grupa trzynastoletnich chłopców, niesprawiedliwie oskarżonych przez swojego nauczyciela o kradzież miodu z jego ula. Jak to w kryminale, prawdziwego sprawcę kradzieży widzimy na samym początku, ale nie zwracamy na niego uwagi - gdy sprawa się wyjaśnia w finale, byłem jednak zaskoczony. I jako dziecko, i jako pięćdziesięciolatek.

Dopiero jako dorosły mogłem w pełni docenić gorzką ironię autora, który dziecięcą zabawę w szlachetnych rycerzy zderza z hipokryzją i zepsuciem świata dorosłych. Największym łajdakiem wśród dorosłych okazuje się dziennikarz lokalnej gazety „Echo Perpignan” (a zarazem jej naczelny, wydawca i jedyny pracownik), który jako pierwszy spoza miasteczka dowiaduje się o tej aferze.

Jako dziecko nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz byłem przekonany, że autor ironicznie w tej postaci portretuje samego siebie. Dopiero jako dorosły zachwyciłem się też przedziwną inwokacją, od której książka się zaczyna.

Autor zwraca się w niej do przyjaciela, z którym planowali to napisać wspólnie, gdy razem mieszkali „między Rodanem a Saoną” (czyli: w Lyonie). Chcieli „odnaleźć w niej zapał lat naszych szkolnych, a może ównież ową wiarę w naszą przyszłość pisarską - wiarę, której wyzbywaliśmy się stopniowo, po trochu, jak Jaś i Małgosia znaczący kamyczkami leśne drożki”.

Z niewyjaśnionych przyczyn Gil Buhet musiał to w końcu napisać sam. „Już na pierwszym postoju dałeś mi znak, żebym odbywał sam dalszą drogę”. Chciałbym coś więcej przeczytać o biografii obu pisarzy, ale to rzeczy nieznane guglowi. Help, hilfe, oskur?

Jako dziecko po raz pierwszy zetknąłem się w tej książce z fenomenem francuskiej wielokulturowości. Nie ma tu jeszcze Arabów, ale są uchodźcy z pobliskiej Hiszpanii. Wykolejeni, zalkoholizowani, pozostawieni własnemu losowi i obwiniani przez otoczenie za swoją nędzę - jak to uchodźcy.

Choć bohaterowie rozumieją się nawzajem, mówią do siebie różnymi językami. Polska tłumaczka Maria Leśniewska pozostawiła wtręty katalońskie w oryginale (acz wyjaśniła je w przypisach).

Pamiętam jednak swoje zdumienie jako dziecka, że we Francji pod tym względem jest inaczej niż w Polsce. Zastanawiałem się: jak to jest, żyć w kraju, w którym współistnieją różne języki?

Do dzisiaj, gdy w podróży natknę się na napis w jakimś odjechanym języku romańskim - weneckim, langwedockim, prowansalskim - z dziecinną ekscytacją, która doprawdy nie przystoi starszemu panu, próbuję go zrozumieć. To przez sentyment do tej książki, która ogólnie na kryzys wieku średniego działa kojąco, jak zimne piwo na kaca.

piątek, 23 grudnia 2016
Rebelia w ponurym nastroju

Tak naprawdę, to ta notka miała być przedwczoraj, ale polityka sprawiła, że musiałem Skomentować Na Bieżąco. Zresztą ta też będzie polityczna, bo teraz wszystko jest polityczne (niestety zresztą).

Nie mogę jednak nie dosypać swoich trzech groszy do nowych „Gwiezdnych wojen”. To chyba najbardziej kontrowersyjny odcinek w dziejach, reakcje rozrzucone są od zachwytu po potępienie.

Misiępodobało. Nawet bardzo podobało. Kto wie, czy nie uznam tego w końcu za najlepszy odcinek całej sagi!

Jestem już tak stary, że zdarzało mi się parę razy uczestniczyć w flejmach/adwokacjach „Star Wars” vs „Star Trek”. Opowiadałem się po stronie „Gwiezdnych wojen” argumentując, że od samego początku ta saga porusza najważniejsze pytania o demokrację i jej kryzys(y), podczas gdy polityka w „Star Treku” jest zazwyczaj infantylnie optymistyczna.

Nie dla każdego to kryterium jest ważne. Dla mnie tak, co z kolei uzasadniam tym, że jeśli za złej władzy dojdzie do odkrycia dilithium, to też będzie złe.

„Rogue One” - nie będę używał polskiego tytułu, mam wrażenie, że wymyślono go tylko żeby pasował długością do makiety - to doskonały portret złej władzy. Dyrektor Orson Krennic to najbardziej dla mnie przekonujący villain z wszystkich dotychczasowych w całej sadze.

Jeśli mieliście kiedyś, tak jak ja, fazę na czytanie książek typu „Eichmann w Jerozolimie”, doskonale zna Krennika. To nie jest takie zimne, skoncentrowane zło, jak Heinrich Himmler, to po prostu człowiek doskonale dostosowujący się do warunków.

Prywatnie zapewne jest bardzo sympatyczny. Wygląda na to, że kiedyś łączyła go przyjaźń z Galenem Erso. Pewnie odwiedzili razem niejeden bar na Coruscant, bo Krennic to bodajże pierwsza od czasów Hana Solo w tej sadze postać robiąca wrażenie fajnego kompana na wieczorną popijawę.

Gdyby Republika trwała dalej, Krennic piąłby się powoli po szczeblach kariery w korpusie inżynieryjnym. W upadku Republiki zobaczył szansę na przyśpieszenie tej wspinaczki.

Twórcy „Rogue One” myśleli oczywiście o współczesnych widzach przerażonych Trumpem i Brexitem. Ale ten film doskonale pasuje też jako komentarz do polskich wydarzeń.

Że establishment galaktycznej republiki był skorumpowany i nieudolny, to wiemy od ho ho, właściwie od Epizodu Pierwszego. Można zrozumieć pragnienie prostego Gunganina, żeby wreszcie ktoś to wszystko wziął za skrzela i wprowadził dobrą zmianę.

Krennic pokazuje, jak wygląda dalszy krok. Niekoniecznie tak, że wylezie nam zza kadru dyszące archetypalne zło i zacznie coś marudzić metalicznym głosem.

Na początek po prostu tak, że ludzi przestaje się już zachęcać do pracy i współpracy bodźcami pozytywnymi („dołącz do nas, mamy ciastka”), a zaczyna negatywnymi („dołącz do nas, bo wymordujemy ci rodzinę”). W jakimś momencie dyrektor Krennic przestał już motywować swoich inżynierów premiami i perksami, a zaczął blasterem.

To jest oczywiście droga, z której nie ma odwrotu. I to jest jednocześnie zalążek przyszłego upadku.

„Rogue One” pokazuje nam jednak galaktyczną dobrą zmianę w fazie wznoszącej. Kanclerz Palpatine jeszcze ciągle ma wysokie notowania. Nikt nie tęskni za Jedi i ich dziwacznymi przesądami.

Buntownicy są nieliczni i mają kryzys morale. Stopniowo się wykruszają, bo widzą, że Imperium jest nie do zatrzymania.

Ich liderzy są równie mało porywający, jak Schetyna czy Kijowski. Ci fajni liderzy, których kojarzymy z poprzedniej części sagi, dopiero się wyłonią - na razie na czele rebelii stoją skompromitowane postacie poprzedniego establishmentu.

I znów: twórcy zapewne myśleli tutaj głównie o tych, którzy głosowali na Clinton jako na „mniejsze zło”. Wstrzelili się idealnie w nastroje weteranów ruchu #occupy, o czym świadczy sukces kasowy.

Ale gorąco polecam ten film także i w Polsce. Tylko raz jeszcze powtórzę ostrzeżenie, które zamieściłem już na fejsie: że jest wersja z dubbingiem to nie znaczy, że to jest film dla dzieci. Jest bardziej ponury od „Imperium kontratakuje”. Mi to odpowiada, ale ośmiolatek będzie płakać.

 

PS. Uprasza się o rotowanie spojlerów!

środa, 13 lipca 2016
Brexitowe postapo

Brexit się być może źle skończy dla nas wszystkich - ale na pewno źle się skończy dla Brytyjczyków. Mają słabą pozycję w negocjacjach warunków wyjścia, im bardziej zależy na dostępie do naszego rynku, niż reszcie Europy - więc słono zabulą za nieodpowiedzialność chłopaczków z dobrych szkół przyzwyczajonych do bezkarności od małego, bo nigdy nie mieli takich problemów, jakich nie rozwiązałby portfel tatusia.

Przyszłość Wysp widzę czarno. Popkultura na szczęście zostawiła nam wiele dystopijnych wizji wysp brytyjskich; poświęcam im więc niniejszy ranking od czapy.

„Ludzkie dzieci” Cuarona są de best of de best. Londyn, 2027. Ludzkość dotknęła tajemnicza choroba, za sprawą której przestały się rodzić dzieci.

Spowodowało to globalny krach gospodarczy, bo aż trudno wyliczyć, ile pekabu zawdzięczamy tylko temu, że bierzemy pod uwagę przyszłe pokolenia. W takim scenariuszu np. nieruchomości od razu lecą na pysk; a więc także deweloperka, a więc także banki, itd.

Wielka Brytania próbuje zachować resztki normalności poprzez „splendid isolation”. Uchodźcy jednak próbują się przedstać ze zniszczonej przez wojnę Europy. Zamykani są w obozach i traktowani jak zwierzęta.

W tym piekle pojawia się nadzieja - w postaci ciężarnej kobiety. Ale że ona sama jest uchodźcą, Brytyjczycy ją prędzej zabiją niż uratują ludzkość...

Bardzo to wyszło prorocze. A kręcono w prawdziwym Londynie, który tylko troszeczkę dobrudzono i dotrzecioświatowano!

Oczywiście, nie byłoby „Ludzkich dzieci” bez matki wszystkich londyńskich dystopii: „Mechanicznej pomarańczy”. Do dzisiaj o pewnego rodzaju architekturze mówię z przekąsem „Municipal Flat Block 18A, Linear North” - tam mieszka upiorny główny bohater filmu.

Zgadzam się z krytykami, którzy zarzucali Kubrickowi, że zdradził go jego własny talent. Zrobił film wybitny, ale niemoralny. Więcej współczucia okazuje Aleksowi niż jego ofiarom.

Z tymi wszystkimi zastrzeżeniami: jako dystopijna wizja przyszłości film nic nie stracił na wartości. Niestety zresztą.

Widać tam karykaturę brytyjskiej lewicy i prawicy. Obie mają w gruncie rzeczy gdzieś ludzi takich jak Alex, traktują go jako kartę przetargową w swoich przepychankach.

Widać też coś, co teraz pewnie tam wróci - skutki brytyjskiej doktryny suwerenności parlamentarnej, zgodnie z którą każda ustawa jest z definicji zgodna z prawem. Tak nie jest w USA, tak nie jest w (większości) krajów europejskich i tak nie jest przede wszystkim w Unii jako takiej.

Lata doświadczeń pokazały nam, że demokracja bez równowagi władz i sądownictwa konstytucyjnego niezależnego od parlamentarnej większości, może się zmienić w coś tak strasznego, jak w „Mechanicznej pomarańczy” (w której formalnie nadal odbywają się wybory). Po Brexicie znów nic nie będzie ograniczać suwerena...

I znów: bez „Pomarańczy” nie byłoby „Szpitala Britania”, satyry na początki thatcheryzmu. Podobno film był taką porażką kasową, że zniszczył karierę Lindsaya Andersona. No coż, mam dziwny gust, ale akurat lubię go NAJBARDZIEJ z całej jego trylogii o McDowellu.
We wszystkich tych filmach podoba mi się w nim zderzenie tej całej anachronicznej „brytyjskości” (o której mówiła niedawno w Dużym Formacie pewna wkurzająca damuleńka z klasy wyższej), z wyzwaniami nowoczesnej cywilizacji.

Tu sztuczna inteligencja, tam kurs dygania przed królową matką. Śpiewają „Auld Lang Syne” i odpalają supernowoczesne metody policyjnej opresji - coś jakby Stasi śpiewało „Odę do Radości”.

To będzie teraz bardzo nieprzyjemny kraj. Trzymam kciuki za Szkotów w zjednoczonej Europie!

piątek, 26 lutego 2016
Ubecki ranking

Skoro ubecy stali się ostateczną wyrocznią w kwestii zawiłości naszej historii, lutowy ranking od czapy poświęcę najwspanialszym kreacjom oficerów UB i SB w polskim kinie. Numero uno jest dla mnie oczywisty: Nie masz, ach nie masz ubeka nad kapitana Wirskiego w „Człowieku z żelaza” (Andrzej Seweryn).

Wirski

Wielu ludzi błędnie zakłada, że „Człowiek z żelaza” kończy się dobrze (albo że głównym bohaterem jest Lech Wałęsa; nie jest, pojawia się w tle w roli samego siebie, podobnie jak Walentynowicz czy Borowczak, którzy odgrywali przecież nie mniej istotną rolę w sierpniowym strajku). Otóż kończy się źle. Przegapili to nawet w oficjalnym streszczeniu w serwisie filmpolski.pl!

Główny wątek fabuły to prowokacja, którą Wirski montuje razem z obleśnym partyjnym aparatczykiem Badowskim (Franciszek Trzeciak). Chodzi o skompromitowanie jednego ze strajkujących stoczniowców, Tomczyka. To postać fikcyjna, acz luźno wzorowana na Borusewiczu (Jerzy Radziwiłłowicz).

Wirski i Badowski chcą, żeby upadły dziennikarz Winkel (Marian Opania) sporządził kompromitujący reportaż, tak zwaną (wówczas) „śmierdziuchę”. Podstawą reportażu ma być teczka Tomczyka, którą Opani wręcza Wirski.

Teczka przedstawia Tomczyka jako zdegenerowanego psychopatę. Jako widzowie możemy jednak zrobić to, czego nie możemy zrobić z żadną ubecką teczką w rzeczywistości - obejrzeć we flashbackach, jak coś wyglądało naprawdę, a jak SB to przedstawiło w swoich zafałszywanych papierach.

Gdyby mogło tak być teraz, że przy każdym świstku z teczki Kiszczaka pokazują nam się prawdziwe okoliczności jego powstania! Ale w życiu to równie niemożliwe, jak wyciągnięcie MacLuhana zza kadru.

W finale więc wprawdzie Winkel się w końcu buntuje i zrywa współpracę z Wirskim, ale to nie ma znaczenia. SB będzie miała swoją śmierdziuchę z nim albo bez niego.

Dzidek (Bogusław Linda), symboliczny wahający się polski inteligent, wierzy w ich wersję i wierzy, że to Winkel jest kłamcą. „Ale ja ci to wszystko mogę wytłumaczyć” - bełkocze przerażony Winkel. „Ten pan nam już wszystko wytłumaczył” - odpowiada Dzidek. Już jest ich, cały na wieki, już nic sobie nie da wyjaśnić. Samo życie!

Maurer

Lubię myśleć, że kreacje Lindy w wczesnych filmach Pasikowskiego to kontynuacja kreacji Lindy w „Przypadku” i „Człowieku z żelaza” - sympatycznego ale pochopnego inteligenta, którym strasznie łatwo jest manipulować. Porucznik Arek i Franz Maurer mają jakieś ogólnikowo nakreślone „backstory”: że kiedyś Kochali i się Nacięli, kiedyś byli Idealistami, a teraz już Wiedzą O Co Chodzi.

To backstory pasuje do kogoś takiego jak Dzidek albo Witek z „Przypadku”. Pomijając przecież ten cały samolot - zapewne w każdym wariancie Witka czeka życiowe rozczarowanie. Rozczaruje go albo partia, albo opozycja, albo miłość, bo Witek robi wrażenie człowieka, który jako trzydziestolatek nie umie się pogodzić z życiową prawdą, że „takie jest selawi”.

A jak już się pogodzi koło czterdziestki, to kosztem przeistoczenia się w tego wypalonego cynika. I dopiero w tej kreacji zresztą zrobił wreszcie zasłużoną karierę, bo wypalony cynik to idealny „gieroj naszego wriemieni” Trzeciej Rzeczpospolitej.

Siwy/Kapielowy

Porządny ubek powinien przede wszystkim przerażać. Z Franzem Maurerem lepiej nie zadzierać, ale nie robi wrażenie skondensowanego zła. Wirski już bardziej, ale jednak ma jakieś ludzkie cechy, wydaje się osobą, z którą dałoby się pogadać (choć tu nawet nie wystarcza zasada „lepiej z nim nie zadzierać”, bo nigdy nie wiadomo, kiedy on zadrze z tobą).

Nikt, naprawdę nikt (zapraszam do kontrprzykładów!) nie przerażał w roli ubeka tak jak Janusz Gajos. Brr! Jest straszny w „Przesłuchaniu” i jest straszny w „Psach”. Tu też lubię sobie wyobrażać, że ta druga postać jest kontynuacją tej pierwszej (chociaż oczywiście wiek się nie zgadza).

Seweryn zresztą też w „Uwikłaniu” Bromskiego gra jakby tę samą postać, co w „Człowieku z żelaza” - jego Prezes jest jakby kontynuacją Wirskiego. Co prowadzi do smutnego wniosku, że jesteśmy w tym kraju zatrzaśnięci w pułapce wiecznej sequelozy, w której te same postacie ciągle odgrywają ten sam dramat.

niedziela, 08 listopada 2015
My name is Kotek. Wlaz Kotek.

Bond to Bond. Do kina pójść po prostu trzeba. Ale szczerze mówiąc, „SPECTRE” oglądałem z narastającym poirytowaniem.

Scenariusz wydaje mi się fundamentalnie niedopracowany. Bond, jak wiadomo, jest jak planeta - świeci światłem odbitym. A prawdziwy, mroczny blask rzucają villain i henchmeni.

Czymże kreacja Rogera Moore’a bez Mayday i Nick Nacka. Czymże urok Seana Connery bez Goldfingera i duetu „Mr Kidd & Mr Wint”.

Dobry bondowski henchman (czyli zabójca wysyłany na Bonda w drugim akcie przez villaina, wciąż jeszcze przekonanego, że jest niepokonany) przechodzi do historii popkultury. Już nic nie pamiętamy z filmu, ale pamiętamy „tego faceta z zabójczym melonikiem” albo „tego faceta ze stalowym zgryzem”.

Henchmana ze „SPECTRE” zapominamy nim się skończy film. Jest szokująco bezbarwny. A villain?
Christoph Waltz jest w tym filmie jak operowa diva, którą zdeprawowany zylioner wynajął do zaśpiewania „Wlazkotka”. I diva owszem, daje z siebie wszystko. Ale im bardziej stara się włożyć jakieś emocje w arię o kotku, który mruga, tym bardziej widać, że to ejnt faken nessun dorma.

Na czym polega jego diaboliczny plan? Na stworzeniu globalnej sieci cyberinwigilacji.

Tak, dobrze słyszycie. Mam wrażenie, że wymyślili to jakieś 5 lat temu, na dobre przed Snowdenem. I nikt 2 lata temu nie zauważył, że intryga deczko się znieświeżyła.

A może zauważył, ale wszystkie gwiazdy już miały zaklepany brak poprawek do scenariusza. Łot ewa, kiedy już się dowiadujemy, co knują w tym filmie źli ludzie, słyszymy echo Doktora Evil, który się domaga okupu w wysokości „one million dollars” (and sharks with lasers!).

Waltz i tak ma lepiej, niż Monica Bellucci. Jej scena z Bondem przypomina filmy softporno z lat 70.
Spotykają się w besensownie nielogicznych okolicznościach. Po dialogu tak pozbawionym emocji, jakby pisał go sam Marek Piestrak, nagle się na siebie rzucają w niewygodnej pozycji i zaczynają dyszeć jak „Sapcio i Pufcio z wizytą u cioci”.

Radośnie przy tym ignorują fakt, że oboje się powinni gdzieś śpieszyć. I oboje nie mają też żadnego powodu, by odczuwać jakiś romantyczny nastrój włoskiego wieczoru. Dokładnie tak samo, jak w filmach z lat 70. ten roznosiciel pizzy, który przecież ma jeszcze do dostarczenia dwie kapricziozy i pepperoni, które jednak teraz stygną w jego skuterze, bo on tak po prostu pobiegł do sypialni wzywany przez dwie cycatki - i ani on się nie martwi, że go wywalą z roboty, ani te cycatki nie biorą pod uwagę, że obcy facet może im zajumać portfele, kiedy one się zaczną na jego oczach obmacywać.

A co najgorsze - ta scena nie wnosi absolutnie nic do fabuły. To jak niespodziewany pokaz nagości w filmie „Nad Niemnem”. Po prostu nagle robimy przerwę w pogoni za organizacją SPECTRE, żeby pokazać scenę erotyczną z Moniką Belucci.

OK, do tego każdy pretekst jest dobry, ale ja zapłaciłem za bilet na Bonda! A Bond - to sarkastyczne onelinery (i nie mówcie, że w Bondach z Craigiem ich nigdy nie ma, bo kto powiedział „yes, considerably” pociągając za spust albo „do I look like I give a damn?” barmanowi pytającemu, jak ma przyrządzić vodka martini?). To ratowanie świata przed straszliwymi szaleńcami. To innuendo z Moneypenny. To product placement naturalnie wpleciony w narrację.

OK, trochę tego było. Aktorzy dają z siebie wszystko. Ralph Fiennes, Andrew Scott i Ben Whishaw kradną show, wkładając w swoje „wlazkotki” mnóstwo ekspresji. Efekty specjalne też są fajne, ale bądźmy szczerzy, kogo dzisiaj w kinie kręcą efekty specjalne.

Kurczę, po „Casino Royale” i „Skyfall” naprawdę myślałem, że kiedyś napiszę, że miałem przyjemność żyć w czasach najlepszych Bondów ever. Po tym... po tym zatęskniłem za czasami Daltona.

Ale nie obwiniam o to Craiga (którego niezmiennie kocham) tylko scenariusz, ulepiony z materiału, którego nawet Auric Goldfinger by nie obrócił w złoto.

piątek, 30 października 2015
Wot durak!

Od rozważań o polskiej polityce warto odskoczyć do rozważań o polityce gdzie indziej - bo prowadzi to do pocieszającego wniosku, że tam jest jeszcze gorzej. W takiej Rosji na przykład.

„Durak” to kolejny krytyczny portret rosyjskiego państwa i społeczeństwa. Pod wieloma względami przypomina „Lewiatana”, głównego rywala „Idy” do Oscara.

Oba filmy dobrze świadczą przynajmniej o wolności słowa w rosyjskiej kinematografii - nie jest z nią źle. Ale tak poza tym wyłania się z nich obraz kraju, od którego najlepiej po prostu uciekać, bo nic się tam nie da naprawić.

W „Duraku” dość łopatologicznie przedstawia to metafora budynku, symbolizującego Rosję. To katastrofa budowlana, której nie sposób wyremontować, bo same fundamenty źle położono jeszcze pół wieku temu.

Mieszkańców trzeba jak najszybciej ewakuować. Ale nie ma dokąd. W mieście stoją wprawdzie nowowybudowane apartamentowce pełne pustych mieszkań, ale oligarchowie  wykupili je jako lokatę kapitału jeszcze zanim ruszyła budowa.

To wszystko nie może się więc dobrze skończyć tym bardziej, że kiedy budynek się zawali, zawalą się także lokalne układy i układziki. Ktoś przecież podpisał się pod przeglądem przeciwpożarowym, ktoś przecież wydał na lewo kasę, którą oficjalnie przeznaczano na remont generalny (w rzeczywistości - nieprzeprowadzony, bo niemożliwy do przeprowadzenia).

W „Lewiatanie” przynajmniej od czasu do czasu gdzieś w tle są jakieś ładne widoczki. W „Duraku” od pierwszego kadru do ostatniego, wszystko jest niesamowicie wręcz paskudne.

Upiorne miasto nie jest nigdy nazwane w samym filmie. Z ciekawości wyguglałem, gdzie to kręcono: niektóre wnętrza w Moskwie, ale straszliwe plenery (z owym budynkiem włącznie) w Tule.

Niezbyt daleko. Ale jakoś mnie nie ciągnie.

Prawdę mówiąc, w ogóle oba te filmy jakoś mnie jednak odrzucają. Nie umiem sympatyzować z głównymi, pozytywnymi bohaterami.

W „Lewiatanie” to przynajmniej jakoś tam było psychologicznie uzasadnione. Główny bohater tamtego filmu faktycznie miał trudny charakter i widzimy, jak przez to sam brnie w pułapkę, która się wokół niego zatrzaśnie.

Ale o co chodzi tytułowemu „Durakowi”? Jest tak strasznie bezkompromisowo uczciwy, że nie lubiłbym takiego typka w realnym życiu.

Na Zachód od Bugu mamy określenie na drobiazgowego przestrzegania każdego przepisu. Nazywa się to „strajk włoski” (Włosi, nawiasem mówiąc, nazywają to z kolei „białym strajkiem”).

W obu tych filmach, paradoksalnie, najsympatyczniejsze wydają się postacie negatywne. Skorumpowani urzędnicy, rozrywkowi oligarchowie, sarkastyczni cynicy.

Kiedy w tych filmach kobiety robią wyrzuty bohaterom pozytywnym („przez ten twój upór twoja rodzina żyje w nędzy!”), ja stoję po stronie tych kobiet. To one mają racje, a nie duracy w rolach głównych.

Nie wiem, może to jakaś bariera kulturowa, przez którą nie umiem zrozumieć Co Poeta Chciał Przez To. Tytuł „Duraka” to, jak rozumiem, sarkazm, bo twórca chciał gloryfikować szlachetną postawę głównego bohatera.

Ja to oglądam i myślę - masz chłopie tak wspaniały fach, którego ci z całego serca zazdroszczę jako drugorzędny felietonista. Jesteś hydraulikiem, złotą rączką, co to każdą rurę potrafi odetkać. W Warszawie żyłbyś jak król. Jeśli zamiast tego wolisz klepać biedę w tym bezimiennym miasteczku... nastajaszczyj z tiebia durak.

środa, 30 września 2015
Sceny-symbole i kadry-obrazy

Z okazji książki o ostatnich 10 latach polskiego filmu wróciłem do filmów z czasów mojej młodości. U zarania blogaska zrobiłem ranking najgorszych polskich filmów z lat 80. Teraz więc trochę przewrotnie - filmy najlepsze, acz jakby zapomniane.

koluszki

„Bal na dworcu w Koluszkach” podsumowuje to, co najlepsze i najgorsze w polskim kinie tamtej epoki. Mam do niego ogromny sentyment, bo z tego co pamiętam, w kinie 25 lat temu bawiłem się świetnie. Acz dziś już nie wyszło to tak dobrze.

Przez wiele lat problemem polskiego kina było przesunięcie z prozy w poezję. Każda postać musiała być Personifikacją. Każda scena Symbolem. Każdy kadr Obrazem.

Prowadziło to do rzeczy wielkich, ale czasem też do grafomanii. Ten drugi przypadek opisywałem w blogonotce sprzed prawie 10 lat.

Szczególnie irytujące to się robiło pod koniec dekady, kiedy mówienie ezopowymi aluzjami już nie wystarczało. Już chcieliśmy, żeby walić prosto z mostu z grubej rury. Inna sprawa, że następna dekada gruborurowej poetyki Pasikowskiego i Żamojdy wcale nie była taka fajna i dopiero teraz kino złapało Złoty Środek.

Dzisiaj „Bal na dworcu w Koszulkach” zrobiono by inaczej. Można by nawet gdybać, jak by to nakręcił Smarzowski, jak Palkowski, a jak Komasa. Wyjściowy pomysł mógłby pasować każdemu z nich.
Zima stulecia, sylwester 1978/1979. Śnieg zasypał tory, zabrakło prądu, pociąg dalej nie pojedzie. Wściekli pasażerowie chcąc nie chcąc stają się uczestnikami dworcowej imprezy.

A że są bohaterami polskiego filmu z lat 80., to każdy z nich jest Symbolem Czegoś Tam, a razem tworzą Przekrój Społeczeństwa. Momentami to bardzo fajnie wychodzi, ale cieszę się, że dziś filmy kręci się inaczej.

jork


Krzysztof Krauze uważał swój debiut „Nowy Jork, czwarta rano” za porażkę. Z czym się nie zgadzam, bo znów, w kinie bawiłem się świetnie.

Ale mogę się domyślić, że dla Krauzego - jednego z prekursorów nowego języka polskiego kina - to był pierwszy i ostatni krok w świecie peerelowskiej filmowej poezji. Bo w tym filmie znowu każdy ktoś coś symbolizuje, osobliwie Henryk Bista, który doskonale się odnajdywał w takich charakterystycznych postaciach drugoplanowych.

prom

„Ostatni prom” to znowu film zawieszony między estetyką dawną a nową. Z jednej strony, kręcony był już po politycznym przełomie, z poczuciem, że wszystko można. Z drugiej: jak wszystko można, to znaczy, że Przekrój Społeczeństwa możemy poszerzyć o sympatycznych solidarnościowców i wrednych ubeków, nazywając wreszcie rzecz po imieniu (ale dalej krążąc po symbolach i aluzjach).

Znowu więc mamy tutaj postacie-symbole i sceny-obrazy. Tak ikoniczne, jak Polacy wskakujący do morza z promu, który zawraca do kraju w związku ze stanej wojennym. Wyławia ich niemiecka straż przybrzeżna - zamiast im powiedzieć „won z powrotem, wy migranci ekonomiczni”. Choćby z tego powodu więc warto to sobie przypomnieć...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15