Ekskursje w dyskursie
wtorek, 13 listopada 2018
Metafora leminga

Skrin z serialu

W moim bąbelku panują skrajnie przeciwstawne opinie na temat nowego serialu HBO „Ślepnąc od świateł” - jedni zachwyceni, drudzy zniesmaczeni. Nie może zabraknąć mojego głosu w tej debacie - tym bardziej, że chyba rozumiem powody tej rozbieżności.

Zacznę od tego co dobre. Od strony czysto produkcyjnej to serial zrobiony z największym rozmachem w III RP, kasuje nawet najkosztowniejsze superprodukcje PRL.

Efekty specjalne są na poziomie średniej hollywoodzkiej, zwłaszcza pokazana już w pierwszym odcinku sekwencja snu głównego bohatera, w którym Warszawę pochłania biblijny potop. Potem świetnie też zrealizowane jest coś, czego pozornie w ogóle nie da się zrobić (acz uważny widz zauważy tricki montażowe), czyli wielki pożar w centrum Warszawy.

Bardzo dobra jest też ścieżka dźwiękowa, w obu znaczeniach. W różnych scenach brzmią fragmenty utworów klasyki polskiego rocka - Maanam, Lombard, Kult, Siekiera, Breakout, dobrane ze smakiem i a propos. Jest też dużo fajnej elektroniki i do kompletu „Nokturny” w wykonaniu Maseckiego.

Dobre jest też udźwiękowienie - wieloletnia pięta Achillesowa polskiego kina. Tutaj efekty dźwiękowe są na poziomie zachodnim.

Kto ma surrounda, ten parę razy podskoczy od tego, co mu zabrzmi za plecami. Z pietyzmem zrealizowano też odgłosy, dajmy na to, łamania ludziom kości albo wbijania szydła do ucha, bo - zapomniałem dodać - to thriller gangsterski.

I tak przechodzimy do wad. Kuba, główny bohater (debiut Kamila Nożyńskiego) jest handlarzem kokainą, specjalizującym się w obsłudze elit: celebryci, politycy, bananowa młodzież.

Jako drobnomieszczanin - już go nie lubię. To nie jemu kibicuję, tylko antypatycznemu prokuratorowi (Michał Czernecki - gra esesmana w filmie dokumentalnym Borysa Lankosza o Lemie). Chcę, żeby zapuszkował tego dealera razem z wszystkimi jego kumplami i kumpelami.

Jeśli już robimy film/serial o przestępcy, potrzebujemy jakiegoś redeeming factor, czegoś pokazującego lepszą stronę jego oblicza (roślinka Leona Zawodowca). Kuba go nie ma. Z odcinka na odcinek życzyłem mu coraz gorzej.

Serial pokazuje go jako człowieka o ponadprzeciętnej inteligencji, który w mig podejmuje chłodne i racjonalne decyzje. W takim razie, dlaczego w ogóle wybrał karierę dilera dragów? Na co właściwie liczył?

Dojechałem do ostatniego odcinka głównie z nadzieją, że zobaczymy jakieś wyjaśnienie (jak w „Better Call Saul”). Otóż żadnego nie ma. Nie mówcie mi, że to spojler, to przyjacielskie ostrzeżenie.

Raz na kwadrans zdarza się scena znakomita (teledysk „rapera Pioruna”, monolog Więckiewicza o depresji, monolog Pazury o ciężkim życiu celebryty). Ale reszta to typowy polski snuj - bohater snuje się po mieście, bohaterowi coś się śni, bohater o czymś marzy, panorama miasta, panorama niemiasta. Boo-ring.

Domyślam się, że bohater ma być metaforą warszawskiego leminga. Zgodnie ze stereotypem, wszyscy w tym mieście robimy coś, czego nie lubimy i karmimy się marzeniem, żeby rzucić to i wyjechać (główny bohater marzy o Argentynie).

Jeśli metaforą, to nietrafną. W Warszawie trzyma nas Ogólna Przyjemność Życia: knajpy, sklepy, kultura, wiele możliwości zarobku. I bliskość lotniska, z którego zawsze można się do tego Buenos przefrunąć.

Ja nie mogę bez tego żyć, bardzo by mi tego brakowało po przeprowadzce do Mycisk Niżnych. I tak bym stamtąd ciągle jeździł do najbliszego dużego miasta.

Kuba z tego nie korzysta. Lubi muzykę, kolekcjonuje winyle, ale to akurat można wszędzie. Po co mu więc to wszystko? Nie dowiadujemy się.

Sytuacji nie ułatwia to, że grający go debiutant ma charyzmę manekina. To pasuje do pierwszego odcinka, w którym jego rola polega na rzucaniu monosylabami z pokerową twarzą. Ale potem, gdy ma grać jakieś uczucia, po prostu nie daje rady (podobnie jak inni naturszczycy w obsadzie).

Na początku w jego ręce trafia torba z kokainą niewiadomego pochodzenia. Wszyscy wiemy z popkultury czym to się kończy: tropem takiej torby idzie jakiś Anton Chigurh (którego tutaj gra Jan Frycz, jak zwykle przegenialny).

Główny bohater niby ma jakieś opory, ale jednak zaczyna handlować trefnym towarem. Nawet gdybym go polubił, to i tak bym nie żałował, sam się wpakował w kłopoty na własną prośbę.

Podobno to serial z kluczem, w którym sparodiowano jakieś prawdziwe postacie z warszawskich elit. Ja rozpoznałem tylko pierwowzór celebryty, granego przez Cezarego Pazurę, ale nie czytam Pudelka, więc reszty nie kojarzę. Ktoś coś?

czwartek, 18 października 2018
Heros korpoludków

Zmęczony dysputą teologiczną, znów napiszę coś o popkulturze. Tym razem o Jo Nesbo, bo odczuwam niedosyt pisania o nim zawodowo.

Postaram się nie spojlerować, bo chcę przemówić do tych, którzy się zastanawiają, czy warto zaczynać przygodę z Jedenastoma Grubymi Cegłami. Ale mile widziana będzie Kompetentna Dysputa z udziałem tych, co je znają.

Otóż warto - bo nordycki thriller to jak niegyś szwajcarski zegarek. Kraj pochodzenia to znak jakości. A Jo Nesbo w tym gatunku to mistrz nad mistrze. Jak on pisze thriller, nie ma wuja w fiordzie.

Mistrzostwo wypracowywał stopniowo. W cyklu o Harrym Hole dwa pierwsze tomy są przeciętne, dopiero od trzeciego widać geniusz.

Przeciętne jak na nordycki kryminał - a więc nadal dobre, w końcu gdyby się źle sprzedały, nie byłoby zamówień na następne. Czytanie od początku jest więc jedną z opcji.

Przemawia za nią to, że te powieści są podatne na spojlery. W TYCH POWIEŚCIACH KAŻDY MOŻE ZGINĄĆ.

Tu nie ma takiej licencji jak w innych kryminałach, że - dajmy na to - sympatyczny sidekick albo odwieczny antagonista musi dożyć następnego tomu. U Conan Doyle’a śmierć doktora Watsona czy inspektora Lestrade'a byłaby nie do pomyślenia.

Jo Nesbo by ich nie tylko zabił, ale jeszcze rozegrał to fabularnie. Przez trzy tomy Holmes by szukał zabójcy Lestrade’a i odkryłby, że to Watson (itd.)

Kilka powieści zmierza w kierunku, którego logicznym zakończeniem byłaby śmierć Harry’ego. Już to, że nadal żyje, jest spojlerem. Sama lista bohaterów jedenastego tomu spojluje poprzednie dziesięć.

Ja zacząłem od „Pierwszego śniegu” (2007). To siódma powieść o Harrym Hole i najlepsza w całym cyklu, jeśli chodzi o klasyczny thriller o seryjnym mordercy.

Mówiąc krótko, NAPRAWDĘ SIĘ BAŁEM. To nie byle co, wytrącić ze zblazowania takiego wypalonego krytyka jak ja.

Powieść niestety ma kiepską adaptację. Jeśli ktoś oglądał film, to nie zdziwi mnie jego reakcja typu „nie rozumiem, o co tyle szumu”. A z kolei wszystko ma tak zaspojlowane, że nie wiem, czy teraz ma sens czytanie książki.

Najwybitniejszy literacko wydaje mi się tom trzeci „Czerwone gardło” (2000), ale ten jest z kolei najbardziej odległy od konwencjonalnego thrillera. Narracja toczy się się równolegle we współczesnej Norwegii (gdzie Harry Hole śledzi neonazistów planujących zamach terrorystyczny) i podczas drugiej wojny światowej, wśród ochotników Waffen SS na froncie wschodnim.

W dużej części jest to więc panoramiczna powieść wojenna, której akcja przenosi się spod obleganego Leningradu, przez wojenny Wiedeń do bombardowanego Hamburga. Narracji wojennej towarzyszy pewna zagadka, która łączy się ze współczesnym śledztwem, a w finale Wszystko Się Wyjaśnia.

Dwie pierwsze powieści pisane było z zastosowaniem narratora w trzeciej osobie, ale jednak subiektywnego (wiedzącego tyle, ile wie Harry). W „Czerwonym gardle” pisarz po raz pierwszy użył narratora wszechwiedzącego, który celowo zwodzi czytelnika.

Te narracyjne gry stały się specjalnością prozy Jo Nesbo. Dzięki nim może pokazywać sceny samych zbrodni, z punktu widzenia ofiary lub sprawcy.

Te sceny najsilniej zapadają w pamięć. Po pewnym czasie z trudem sobie przypominasz, kto właściwie był zabójcą, ale dokładnie pamiętasz ostatnie minuty życia jakiegoś nieszczęsnego Svena Umlautssona, plastycznie opisywane przez kilkadziesiąt stron.

Przyjemność z czytania literatury sensacyjnej częściowo polega na tym, że pozwala nam względnie bezpiecznie rozważać najważniejsze pytanie, jakie w ogóle możemy sobie zadać (i dlatego go unikamy): jak będą wyglądały moje ostatnie minuty.

Szpital? Własne łóżko? Kartonowe pudło pod mostem? Koziołkujący samochód? Ruiny bombardowanego miasta?

Wiadomo jedno: nie padniemy ofiarą seryjnego mordercy, który planuje zbrodnie tak, żeby się układały na mapie Oslo w pentagram (tom piąty, 2003). Zawsze-ć to jakaś pociecha.

Z różnych wypowiedzi Jo Nesbo wynika, że swojego wypalonego detektywa wymyślił w Australii (tam się dzieje akcja pierwszego tomu, „Człowiek nietoperz”, 1997), do której wyjechał odpocząć od zawrotnych sukcesów, które odnosił jako finansista i gwiazdor muzyki pop. Wydawca zamówił autobiografię, a dostał thriller.

Jeśli to prawda, to powieści o Harrym są jakby tęsknym listem miłosnym do pozycji klasowej na naszym ulubionym szczebelku MMC, z którego Jo Nesbo odfrunął hen hen, ku wyżynom celebryctwa ok. 35 roku życia. Ale tęsknił, bo do niewątpliwych zalet MMC należy to, że możesz spokojnie sączyć piwo U Schroedera i żadna cholera nie będzie ci robić zdjęć.

Już od pierwszego tomu zwrotne momenty często dzieją się na zebraniach albo podczas ploteczek przy służbowym ekspresie z kawą. W jednej z powieści ten ekspres zresztą... ale miało nie być spojlerów.

Od drugiego tomu („Karaluchy”, 1998) antagonistami Harry’ego są nie tylko przestępcy, ale także karierowicze z rządu i z policji: utrudniający mu śledztwo i manipulujący nim dla swoich celów. Detektyw nie umie lub nie chce grać w ich grę, jego interesuje tylko złapanie zabójcy.

Harry Hole jest więc spełnieniem marzeń każdego korpoludka. Czy to w cztery oczy, czy to na zebraniu, zawsze potrafi szefowi szczerze wypalić, co o tym wszystkim myśli, zupełnie nie dbając o karierę.

Ta więc powinna się skończyć już w pierwszym tomie - i w pewnym sensie tak jest. Na początku widzimy Harry’ego odsuniętego od śledztw i zesłanego do Australii, żeby tam zniknął ludziom z oczu i wykonał papierkową robotę związaną z transportem zwłok norweskiej obywatelki.

Dziesięć tomów później widzimy Harry’ego od dawna poza policją, ale nakłonionego szantażem do rozwikłania śledztwa, z którym policja nie może sobie poradzić. Nie liczyłem, ale książki, w których Harry Hole prowadzi rutynowe śledztwo w ramach regularnych obowiązków, są chyba w mniejszości - zazwyczaj go przekupują/zmuszają/okłamują, a on coś i tak robi po swojemu.

Głównym karierowym problemem Harry’ego jest nawet już nie jego wieczna niesubordynacja, ale alkoholizm (właściwie za to go wywalili na samym początku). Przez większość książek jest tzw. niepijącym alkoholikiem, ale zazwyczaj mamy choć jedną scenę, w której Harry pęknie i popłynie.

Czekamy na te sceny tak, jak w „Panu Samochodziku” na kolejną demonstrację możliwości wehikułu. Zazwyczaj są epickie, przy czym nie ma tu w ogóle „glamoryzacji” nałogu, przeciwnie, cały czas wszechwiedzący narrator podkreśla, że Harry bardzo przy tym cierpi.

Za nas wszystkich, siedzących cicho na zebraniach.

niedziela, 07 października 2018
Kler (uwaga, spojlery)

Gajos w Bentleyu

Niniejsza notka przeznaczona jest tylko dla osób, które albo już widziały „Kler”, albo nie zamierzają oglądać. To złożony thriller, w którym kolejne elementy układanki wskakują na miejsce na długo po wyjściu z kina, dlatego należy unikać spojlerów.

Trailer intencjonalnie wprowadza widza w błąd. Tym, których zniechęcił do oglądania (sam do nich należałem!), jednak proponuję zobaczyć. Ostatnie słowo przed przejściem do ostrych spojlerów: to wcale nie jest film antykościelny.

Widziałem w paru miejscach opinię, że Janusz Gajos powtarza swoją rolę Wielkiego Złego z „Człowieka z żelaza” czy „Psów”. Tak może się wydawać gdy się widziało tylko trailer, ale...

[dalszy ciąg to już spojler].

Arcybiskup Mordowicz nie jest złym człowiekiem. Z pewnością ma inne kryteria „dobra” i „zła” niż ja czy moi PT komcionauci, ale byłbym dupa nie postmodernista, gdybym tylko z tego powodu uważał go za złego.

On jest szczery, gdy mówi, że najważniejsze dla niego jest dobro Kościoła - które rozumie m.in. jako wyciszanie wszystkich afer mogących zagrozić wizerunkowi KK. W imię tego dobra jest gotów zrobić dużo, ale nie wszystko.

Finałowy plot twist pokazuje nam, że za najgorsze rzeczy, które odchodzą w otoczeniu Mordowicza, odpowiada ktoś inny. Biskup jest mistrzem zakulisowych deali, ale nie jest złodziejem, molestatorem ani szantażystą.

Działa raczej przez klasyczny lobbying i PR. W finale mamy scenę, w której jego ekipie udało się zatuszować pewną wielką aferę. Wszyscy przybijają sobie piątki, niczym w kancelarii prawnej po wygraniu sprawy, albo w startupie po pozyskaniu wielkiego inwestora.

Gdyby Mordowicz robił to samo, ale w imię jakiejś bliskiej nam sprawy (czy to sformowania socjaldemokratycznego rządu, czy to ukończenia Half Life 3), bardzo byśmy go lubili. I wybaczylibyśmy mu dosadny język (no cóż, to jest, k..., język elit), a także to, że poszedł na kilka wątpliwych skrótów.

Wielkie chwilie z dziejów lewicy i rucho związkowego - rząd Attlee, New Deal, „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” - wyglądały z grubsza podobnie. „Wy nas poprzecie w tym i owym, to my wam zagwarantujemy tamto i siamto”.

Używając metafory rolplejowej, Mordowicz jest „neutral good”. Ma silne poczucie dobra i zła (znów: niekoniecznie takie same jak my), jest gotów walczyć metodami, które niekoniecznie są przesadnie „lawful”. Ale na pewno nie jest „evil”.

Wbrew temu, co sugeruje trailer, Mordowicz jest postacią drugoplanową. Na pierwszym planie jest trójka zaprzyjaźnionych księży. Jak bym ich klasyfikował w rolplejowej metaforze?

JESZCZE GRUBSZY SPOJLER

Otóż moim zdaniem nikt tu nie jest true evil. Ten najgorszy z najgorszych, odpowiadający za większość ekranowego zła, jest „chaotic neutral”.

Jest pozbawionym empatii psychopatą. Nawet nie to, że inaczej rozumie dobro i zło, w ogóle nie rozumie takiego kryterium.

Nie ma żadnych widocznych przejawów sumienia. Wszystko jest dla niego kwestią transakcji.
Uważa, że nawet najgorsza zbrodnia powinna mu ujść na sucho, jeśli tu podrzuci plik banknotów, tam komuś załatwi leczenie, a zgwałconemu dziecku da konsolę do gier. I co gorsza: faktycznie mu wszystko uchodzi na sucho („Kler 2” byłby o jego karierze w Watykanie).

Pozostali dwaj bohaterowie są moim zdaniem „neutral good” (Kukuła, taki mini-Mordowicz) i „lawful good” (Trybus). Trybus byłby idealnym księdzem, gdyby nie idiotyzm celibatu.

Jest za bardzo „lawful”, żeby to rozwiązać jak inni księża, którzy mają konkubinę gdzieś na boku, a parafia z jakiegoś powodu to akceptuje. Woli odejść.

Ze strony prawicowców, którzy nie widzieli filmu, mieliśmy falę wypowiedzi typu „znam fajnego księdza, dlaczego Smarzowski takich nie pokazał”. Otóż pokazuje fajnych, ale pokazuje też mechanizmy, promujące kariery niefajnych.

Celibat powoduje selekcję negatywną do zawodu, a nieprzejrzyste mechanizmy promują awans ludzi takich jak Lisowski. To oni kontrolują tą maszynerię, nawet jeśli decyzje sygnuje jakiś Mordowicz.

O tym problemie wiadomo od dawna. Piszą o tym od dawna także osoby sprzyjające Kościołowi, z prawej i z centrowej. Mówił też o tym były ksiądz Charamsa, medialna gwiazda sprzed kilku sezonów (w otoczeniu Mordowicza jeden z księży tak dokładnie kopiuje jego manieryzmy, jakby go udawał w „Uchu Prezesa”).

Szeroko pojęci „Lisowscy” to wspólny problem wierzących i niewierzących. Bardziej nawet wierzących, bo się z nimi częściej stykają - ale w nas rykoszetem uderza grabież majątku publicznego i dewastacja praworządności, dokonywana przez prokuratorów chroniących pedofili w sutannach („to było tylko ciumkanie”, etc.).

Jak wierzący tego wreszcie nie ogarną, będziemy musieli to w końcu posprzątać za nich.

czwartek, 13 września 2018
Amerykański sen w Albuquerque

Dawno nie było na blogu nic o popkulturze, bo fejs to świetny format do bieżących rozmów o serialach, grach, muzyce, książkach itd. I tylko o polityce wolę tutaj.

Pod pretekstem kolejnego sezonu serialu „Better Call Saul” - prequela do genialnego „Breaking Bad”, zrobię wyjątek. Oba seriale analizowano pod wieloma kątami (sam mistrz Dukaj trzasnął essay o „BB” jako moralitecie!), a mnie fascynuje w nich temat amerykańskiego snu.

Fascynuje mnie po prostu sam ten sen (stąd choćby różne moje projekty książkowe). Nie miałem wprawdzie fazy „nastoletniego korwinizmu”, ale jako dziecko byłem zafascynowany amerykańskim stylem życia takim, jak go rozumiałem piąte przez dziesiąte z filmów i seriali pokazywanych w TVP z lat 70.

Część była w miarę aktualna („Pogoda dla bogaczy”), część już wtedy archiwalna (komedie romantyczne z Doris Day). Wyłonił mi się z tego obraz kraju, w którym Każdy Ma Szansę.

To ważny element ówczesnej amerykańskiej automitologii: że ich kraj to „land of opportunity”. Każdy ma tam nie tylko szansę, ale i drugą szansę (jeśli poprzednią zmarnował przez błędy młodości).

Prawdziwość tego mitu zdawały się potwierdzać opowieści krewnych, którzy tam wyemigrowali. Czasem przyjeżdżali, wyglądając i pachnąc jak przedstawiciele wyższej cywilizacji, częstując nas, dzieciaki, gumą Wrigley i batonikami Hershey.

Pokazywali zdjęcia swoich domów (!), przed którymi parkowali swoje samochody (!!) piękniejsze niż oczy szatana. Dodawali przy tym (zapewne zgodnie z prawdą), że wszystkiego dorobili się od zera.

Dziś oczywiście wiem, że społeczny optymizm bijący i z relacji wujków z USA, i z musicali z Frankiem Sinatrą, brał się z powojennego boomu. A i wtedy zapewne lepiej było od zera dorabiać się w Europie, z jej siatką bezpieczeństwa, zapewniającej REALNĄ drugą szansę.

Wydaje mi się, że najważniejszą zmianą w Ameryce po upadku Lehman Brothers było uświadomienie sobie, że amerykański sen już nie działa. A może nigdy nie działał. To uczucie jest wspólne dla elektoratów Trumpa i Sandersa.

„Breaking Bad” był wtedy między pierwszym a drugim sezonem. Pierwszy wyglądał trochę jak czarna komedia, a dziwne powiązania Waltera White’a z zagadkową firmą chemiczną, którą kiedyś współzakładał („Gray Matter”) sugerowały, że to wszystko może pójść w kierunku „Archiwum X”.

Dopiero w drugim poznajemy mecenasa Goodmana, firmy Pollos Hermanos i Madrigal GmbH, Gusa i Mike’a, wyliczenia dotyczące finansów Walta, rozmach działania kartelu z Juarez. Poznajemy geopolityczny kontekst czarnego rynku w Albuquerque.

Zwolennik Trumpa powie, że to seriale o potrzebie oddzielenia Ameryki murem od kartelu z Juarez oraz o odtworzeniu amerykańskiego snu z lat 50. Zwolennik Sandersa, że „BB” jest o potrzebie darmowej opieki medycznej, a „BCS” o potrzebie darmowej edukacji.

Serial jednak wymyka się prostym interpretacjom (uwaga, umiarkowane spojlery!). Kartel z Juarez ulega totalnej anihilacji, ale jego miejsce zajmują tylko jeszcze potworniejsi przestępcy - bo popyt na narkotyki zawsze wytworzy jakąś podaż, nie można tego zwalczyć, można tylko próbować cywilizować.

Parodią systemu wartości Ameryki z lat 50. są wypowiedzi Hanka Schradera, szwagra Waltera White’a. Schrader to postać w zasadzie sympatyczna, ale jednocześnie rasista i seksista. Powrót do tamtej „złotej ery” oznaczałby powrót do dawnej dyskryminacji, bo to wszystko jest w jednym pakiecie.

Seriale nie pasują też do pozytywnej utopii lewicowej. Od piątego odcinka wiemy, że problem Waltera White’a nie leży w samym tylko braku pieniędzy, te mógłby dostać od swojego dawnego wspólnika, ale nie chce. To kwestia dumy, woli być królem podziemia niż giermkiem na legalu.

Podobnie z karierą Jamesa McGilla w „BCS”. Serial się jeszcze nie skończył, więc kiedy piszę te słowa, jeszcze nie wiemy, jaki to Grande Finale Piątego Sezonu ostatecznie przekształci go z „chaotic neutral” w mafijnego consigliere.

Ale już widać, że Jimmy też mógłby zrealizować amerykański sen, gdyby nie jego patologiczna duma i ciągoty do autodestrukcji. On przecież nawet zrealizował amerykański sen: miał narożne biuro, osobistego asystenta i zarobki adekwatne do stanowiska, ale sam to wszystko niszczył.

Niektóre lewicowe utopie odwołują się do przekonania, że człowiek jest z natury dobry. Ja w to nie wierzę. Wierzę w rezydentne zło w naszej naturze. I socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze uważam po prostu za najlepsze rozwiązanie na trzymanie tego zła pod kontrolą.

Mit „amerykańskiego snu”, o karierze od pucybuta do milionera, może przemawiać do dziecka. Ale nastolatek powinien z tego wyrosnąć.

sobota, 09 czerwca 2018
Zimna wojna

zimna1

„Zimną wojną” Pawlikowskiego byłem zachwycony, podobnie jak wcześniej „Idą”. Skoro na mojego bloga zaglądają pisowcy, postanowiłem zamiast blogorecenzji napisać im blogowyjaśnienie, dlaczego te filmy dostają międzynarodowe nagrody (a „Smoleńsk” jakoś nie).

Można oczywiście odpowiedzieć, że przyczyną jest polityka. I że to antypolskie lobby (itd. itp.). Ale nawet wtedy pozostaje jednak pytanie, dlaczego to lobby lansuje akurat te filmy, a innych nie. Zwłaszcza, że „Zimna wojna” nie jest jakoś przesadnie antypolska. Zdecydowanie gorzej są w niej pokazani Francuzi.

Zacznę od tego, że Pawlikowski opowiada światu o złożonej polskiej historii językiem bliskim zachodniej (euroamerykańskiej) wielkomiejskiej klasy średniej. Nie stosuje strategii Piesiewicza/Kieślowskiego, żeby snuć bajeczki o egzotycznej krainie za Żelazną Kurtyną, w której wszyscy są tacy uduchowieni, nieostrzy i piwnicopodbaranowi.

Pawlikowski pokazuje dramaty doskonale zrozumiałe dla współczesnego korpoludka. Miłość, kariera, trudności z pogodzeniem jednego z drugim, szukanie własnej drogi w życiu, borykanie się z traumami z przeszłości.

Na początku „Zimnej wojny” widzimy casting młodych talentów do fikcyjnego ludowego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”). Wygląda to mniej więcej jak zaplecze współczesnego talent show, młodzi ludzie trochę sobie pomagają, a trochę jednak rywalizują bo wiedzą, że nie starczy miejsca dla każdego.

Kiedy zespół odniesie już sukces, jego założyciele zostają wezwani przed oblicze Ministra. Gra go Adam Ferency, minister nie ma nazwiska, ale to ewidentnie alter ego Sokorskiego.

Minister składa zespołowi propozycję nie do odrzucenia. Że te wszystkie ludowe pieśni i tańce są super, ale on by jeszcze chciał ludową pieśń o Stalinie. Jakby się takowa znalazła, to on to wynagrodzi.

Na fejsbuku Aleksego Uchańskiego wytworzył się taki running joke, komentarz „wszyscy byliśmy na tym zebraniu”, którym są opatrywane historie z dziejów wojen i dyktatur, trochę jakby przypominające korpoświat. Otóż na tym zebraniu z Ministrem też wszyscy byliśmy.

Powiedzmy, robiliśmy coś we współpracy z zewnętrznym partnerem i jemu się owszem, wszystko spodobało, ale ma jeszcze jedną uwagę. Że o tutaj by się przydał jego wielki logotyp, centralnie umieszczony, żeby się rzucał w oczy.

A że to wszystko wywraca do góry nogami cały projekt, który mu przed chwilą prezentowaliśmy? Cóż, to jak z ludową pieśnią kurpiowską „Stalinie, mój Stalinie, kocham cię nynie”. Co z tego że bzdura, skoro odpowiednio to nam wynagrodzą.

Oczywiście, dalszym ciągiem życia korporacyjnego jest to, co bohaterka Joanny Kulig robi pod koniec swojej (fikcyjnej) kariery. Wykonuje z estrady „Bajobongo” dla zachwyconej publiczności, a potem schodzi i mówi „przepraszam, muszę się wyrzygać”. Wszyscy pracowaliśmy przy tym projekcie!

Tak jak „Idę” swoją urodą tworzyła Agata Trzebuchowska, tak „Zimną wojnę” swoją charyzmą buduje Joanna Kulig. Bez ich obu te filmy dostałyby najwyżej wyróżnienie za muzykę.

Kulig kradnie show. I do tego filmu to pasuje, bo jej postać od początku charakteryzowana jest tak, że „ma w sobie to coś”. Nie mogło być do tego lepszej aktorki, z „Idy” też przecież najsilniej zapada w pamięć piosenka śpiewana przez Kulig. Aktorzy z taką charyzmą zdarzają się raz na pokolenie.

Zetknąłem się z zarzutem, że Kulig „gasi” Tomasza Kota. Ale przecież tak ma być w fabule. To opowieść o tragicznej miłości, która połączyła kolesia z klasy średniej z niesamowicie utalentowaną dziewczyną z klasy ludowej.

Nie mogą bez siebie żyć, ale ze sobą też nie bardzo. Bo on jest po inteligencku poukładany, jak mu przy nagraniu mówią, że fortepian ma wejść później - to wchodzi później. A ona raczej zerwie sesję.

Śpiewa sercem, a nie głową. Jak jej ktoś wejdzie w drogę, potrafi pchnąć nożem. Jej postać to wcielenie archetypu „gwiazdy z ludu”. Możemy sobie pod nią podłożyć a to Janis Joplin, a to Sida Viciousa.

Podsumowując, „Zimna wojna” to [tragi]komedia romantyczna, zbudowana z uniwersalnych archetypów. I ze świetną muzyką.
Tak jak „Idę” można interpretować jako teledysk jazzowy z wyjątkowo długim intro i outtro, tak „Zimną wojnę” można interpretować jak mockumentary o kulisach nagrania pewnej (fikcyjnej) genialnej płyty jazzowej.

Te tematy są uniwersalne. I tak się podbija świat, panie i panowie...

środa, 30 maja 2018
Solo

Dawno nie pisałem na blogu o popkulturze, bo samo hasło „blog popkulturowy” zaczęło mi się kojarzyć z wujowym kontentem, który mi czasem wpada na fejsie do feeda z winy znajomych, którzy nie mogą się powstrzymać przed odpowiedzią na dowolne „a wy jak myślicie”.

Ale nowy pełnometrażowy film o „Gwiezdnych Wojnach” to wystarczająco ważny powód. A wy jak myślicie?

Otóż mi się podobało. I polecam wszystkim tym, którzy - tak jak ja - nie mają serca do rozszerzonego uniwersum, nie znają filmów animowanych, komiksów, gier itd. To nie jest wymagane.

„Solo” znakomicie broni się jako film standalone. Ba, nawet nie trzeba znać pozostałych filmów pełnometrażowych.

Znajomość jest o tyle wskazana, że różne kultowe cytaty, typu „I did the Kessel run in 12 parsecs”, „I love you / I know” czy „I have a bad feeling about this”, tutaj są podrzucone w zabawnej, przewrotnej wersji. Ale nawet jak się nie zauważy nawiązania, i tak brzmią fajnie (zwłaszcza wyjaśnienie zagadki tych „parseków”).

Z wszystkich „Gwiezdnych wojen”, ten film najbardziej przypomina western. Łatwo byłoby tę fabułę przerobić na historię o rewolwerowcach przewożących nitroglicerynę w czasach wojny secesyjnej i włączających się w bitwę z syndykatem zbrodni, terroryzującym górnicze miasteczko.

Spotkałem się z zarzutem, że Alden Ehrenreich, aktor grający tytułowego bohatera, za bardzo próbuje być Harrisonem Fordem. Nie zgadzam się.

Ford 40 lat temu był naturszczykiem, to była jego pierwsza duża rola. I to zresztą tradycja „Gwiezdnych wojen”, że główną rolę gra zwykle jakiś totalny Hudefak, wspierany dzielnie zawodowymi aktorami drugoplanowymi, którzy grają wspaniale, acz zazwyczaj robiąc tylko jedną minę (jak Alec Guinness).

Ehrenreich naturszczykiem nie jest, wprost przeciwnie. Jeśli bym cokolwiek mu zarzucił, to właśnie że w odróżnieniu od Forda za bardzo gra.

Miny ma różne i zazwyczaj skopiowane od innych aktorów. W najgorszych chwilach przypomina Jacka Blacka, w najlepszych Jacka Nicholsona. Harrisona Forda - raczej nie.

Ale to jakoś dziwacznie pasuje do tej fabuły. Ta jest wyjątko idiotyczna nawet jak na „Gwiezdne wojny”. Bohaterów niebywale często ratuje Niezwykły Zbieg Okoliczności aka Deus Ex Machina.

Nie raziło mnie to, bo od razu zacząłem sobie to wyobrażać tak, że Han Solo spisał pamiętniki (albo ktoś nagrał jego gwiezdne opowieści z kantyny na Tatooine). I to jest ekranizacja tych pamiętników czy przechwałek, w których każdą igłę przerobiono na eskadrę galaktycznych wideł.

Nadekspresyjna gra Ehrenreicha pasuje do takiej munchauseniady. W całym pakiecie - jakoś to kupuję.

Jeśli chodzi o kwestię „doświadczonych aktorów, którzy cały czas robią tę samą minę”, to najlepszy film z serii „Gwiezdne wojny”. No offense, sir Alec: Woody Harrelson, Paul Bettany, Donald Glover, Emilia Clarke i Thandie Newton po prostu lepiej wiedzieli, co mają zrobić, a pan przecierał pionierskie szlaki.

Szczególnie zachwycający jest Glover jako Lando Carlissian. Jego akurat widzimy w scenie pisania (właściwie nagrywania) pamiętników. Totalnie pójdę do kina na ewentualnego spinoffa „kroniki Lando”, jeśli będzie go grać Glover.

OK, jeśli nie, to pewnie też. Ale mniej entuzjastycznie.

A wy jak myślicie?

sobota, 07 kwietnia 2018
Dziadzio Spielberg

UWAGA: notka będzie zawierała umiarkowane spojlery do filmu i książki „[Ready] Player One”. Jeśli ci to przeszkadza, wracaj do lat 90., złotej dekady spojlerofobii.

Jak książką byłem zachwycony - tak film przyniósł mi rozczarowanie. Spielberg wywalił metaforę współczesnego kapitalizmu, wrzucił za to walki w CGI, wtórne i płaskie w porównaniu choćby do stareńkiego „Avatara”.

Drobny przykład - w książce pojawia się motyw odpracowywania długu wobec korporacji. W filmie przerobiono go tak gruntownie, że ginie cała metafora.

W książce ta praca przymusowa polega na zatrudnieniu w call-center. To dobrze rezonuje z lękami współczesnego korpoludka, który najbardziej się boi nie tyle deklasacji do klasy niższej/ludowej, co do najniższego segmentu klasy średniej.

Książkowe call-center działa w VR, ale zachowuje upiorność pracy w tym zawodzie. Trzeba ciągle prowadzić te same rozmowy, z nadzorcą sprawdzającym, czy trzymamy się korporacyjnych standardów uprzejmości.

W filmie to jest przymusowa praca fizyczna W WIRTUALU! Czy kogoś z czytających te słowa ta wizja jest w stanie przestraszyć?

Ostatnie dwie dekady w popkulturze przyniosły wysyp dystopii, thrillerów i dystopijnych thrillerów o świecie korporacji - w których nie ma osobowego villaina, bo jest nim korporacja jako taka. „Paranoja” Findera, „Siły rynku” Morgana, „Supersmutna, ale prawdziwa historia miłosna” Shteyngarta, „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” Mitchella, plus oczywiście filmy i seriale - „Margin Call”, „Avatar”, „Black Mirror”...

Spielberg to wszystko po prostu przegapił. Wyrzucił książkowe wątki, sprowadzając wszystko do jednego karykaturalnego korpovillaina, który jest bardziej śmieszny niż straszny (Ben Mendelsohn).

Całe zło korporacji OASIS w filmie sprowadzone jest do dawnej kłótni między założycielami. Happy end - chyba to nie jest spojler, że film Spielberga skończy się obrzydliwie przesłodzonym happy endem? - polega na tym, że bohaterowi udaje się po latach zakończyć tę kłótnię i zrealizować testament charyzmatycznego założyciela korporacji, Jamesa Hallidaya (Mark Rylance, ucharakteryzowany nie do poznania).

Powieściowy Halliday wydawał mi się inkarnacją stereotypu „villaina przekonanego że czyni dobro”, jak Rorschach, Dwie Twarze czy religijnie motywowani seryjni zabójcy. My w generacji X dobrze wiemy, że „charyzmatyczni przywódcy” nieuchronnie podążają trajektorią Harveya Denta, „albo zginiesz jako bohater, albo zmienisz się w łotra”.

Filmowy Halliday jest dobrotliwym nerdem, który chciał po prostu dać wszystkim darmową grę, ale wbrew jego intencjom zamieniło się to w korporację. Jest kimś takim, kim Mark Zuckerberg kiedyś wydawał się Jasiowi Kapeli.

Nie kupuję filmowego happy endu. Korporacyjnego zła nie wyeliminujemy przez samą tylko zmianę zarządu (a mniej więcej tak to wygląda w filmie, ze odkąd na czele OASIS staną sympatyczni idealiści, wszystko będzie spoko).

W istocie to jest właśnie opowieść mojego pokolenia, że grupa sympatycznych rebeliantów zakłada w garażu startupa albo nielegalną organizację, wypowiadają walkę opresorom, obalają ich i po przejęciu władzy sami stają się opresorami. To przecież historia Apple’a, Microsoftu, Google’a, Facebooka, Wolnego Oprogramowania i „Solidarności”.

My już wiemy, że postęp musi się wiązać z upodmiotowianiem obywateli, a więc z kontrolą społeczną, a więc z regulacjami. Tymczasem dla pokolenia Spielberga wszelkie regulacje nadal są złe, niczego się nie nauczyli, dalej toczą te same walki co 50 lat temu, z niedobrymi rodzicami, którzy im nie pozwalali palić skrętów.

Wyciąwszy składową antykorporacyjną, Spielberg zapełnił lukę banalną lekcję dziadków z pokolenia baby-boomersów, że „dzieciaki, nie siedźcie tak dużo w sieci”. To przesłanie wraca w filmie kilkakrotnie, w tym w happy endzie.

Tymczasem w książce oni siedzą w OASIS, bo nie mają innego wyboru. Bo OASIS zmonopolizowało edukację (do szkoły można chodzić tylko albo tam, albo wcale), płatności, media, telekomunikację...

W filmie ktoś mówi do kogoś „zapomnieliśmy, jak fajnie jest na świeżym powietrzu”. W powieści narrator mówi, że pod wpływem dewastacji środowiska na zewnątrz nie jest fajnie. Kwestii monopolistycznego przymusu w filmie nie ma.

Cóż, z artystami bywa czasem tak jak z Harveyem Dentem. Albo umrzesz jako geniusz, albo będziesz żył dość długo, żeby stać się starym nudziarzem.

czwartek, 21 grudnia 2017
Wielkie Powieści Amerykańskie

Z okazji zbliżających się świąt zreanimuję zarzuconą jakiś czas temu formułę rankingu od czapy, rekomendując PT blogonautom trzy Wielkie Powieści Amerykańskie. Może szukacie pomysłu na książkowy prezent, a może zacnych cegieł na zimowy urlop - z tymi trzema pozycjami nie popełnicie błędu.

Niksy

A więc przede wszystkim: „Niksy” („The Nix”) Nathana Hilla. Prorocza wizja Ameryki, w której wybory wygrywa ktoś przypominający Trumpa (acz powieść napisano w 2014).

To panoramiczny portret amerykańskich pokoleń. Główny bohater jest spóźnionym Gen Xem, który wyrusza na klasyczny genxowy quest - rozliczenia się z zagadkami z własnej przeszłości i z rodzicami z pokolenia baby boomersów.

Na drugim planie pojawiają się millenialsi, rysowani jakby trochę grubszą kreską. I to jest mój pierwszy zarzut wobec tej powieści, acz ciekaw byłbym opinii samych PT millenialsów.

Gdybym sam był millenialsem, okropnie by mnie wkurzali ludzie z Gen X, tacy jak choćby Jors Truli. Millenialsi marzą (tak to sobie w każdym razie wyobrażam) o rzeczach, które nam przychodziły stosunkowo bez wysiłku - jak umowa o pracę czy zaliczka na napisanie debiutanckiej książki.

Dlatego my mamy więcej czasu na snucie freudowskich gdybań takich, jak główny bohater powieści - porzucony w dzieciństwie przez matkę z niewiadomych przyczyn. Ich wyjaśnienie wymaga cofnięcia się aż do drugiej wojny światowej (która, jak wiadomo, definiuje z kolei pokoleniowy konflikt między „great generation” a „baby boomersami”).

Choć to raczej smutna historia, czyta się lekko. Narracja pełna ironii i czarnego humoru pozwala zbudować dystans do problemów bohaterów (np. jeden z nich stosuje „dietę plejsto”).

Tylko w happy endzie dystans znika i zastępuje go słodycz. To mój drugi zarzut - pisarz zdradza nam tam jej przesłanie, a brzmi mianowicie tak, że czasem kluczem do szczęścia jest uświadomienie sobie, że jesteśmy tylko drugoplanową postacią w historii o kimś innym.

„Dude, you just went full Coelho. You never go full Coelho”, mruknąłem do siebie. Ale byłem to skłonny wybaczyć, bo świetnie się bawiłem przez poprzednie 600 stron.

Dlugi marsz


„Długi marsz w połowie meczu” to antyteza „Niksów”. Też mamy tu ironię i czarny humor, ale wreszcie mamy w centrum problemy millenialsów (takich, jakimi ich sobie wyobrażam) - czyli życie w świecie, który poprzednie pokolenia ogołociły z zasobów.

Gdy się zachwycałem tą powieścią w „GW”, porównywałem ją do „Paragrafu 22” - podobne jest poczucie humoru, podobny jest złośliwy portret Amerykańskiego Stylu Życia, podobny jest zabieg wykorzystania armii jako Uniwersalnej Metafory.

Tym razem chodzi o wojnę w Iraku, ale tak samo jak w tamtej powieści, definiującym momentem dla przemiany głównego bohatera jest śmierć towarzysza broni - Yossariana przemieniła śmierć Snowdena, Billy’ego odmieniła śmierć niejakiego sierżanta Grzyba.

Trumpa tu nie ma, ale jest portret tej Ameryki, która go wybrała. Nakreślony złośliwie, ale jednak z empatią.

Krotka historia

Krótką historię siedmiu zabójstw” dodaję tu trochę na siłę, ale w rankingach od czapy zawsze były trzy pozycje. Poza tym, przydomek „od czapy” zobowiązuje.

Choć znaczna część akcji dzieje się na Jamajce, to jednak sporo w Nowym Jorku i na Florydzie. W „Niksach” mamy zaś wyprawę do Norwegii - z niej pochodzi dziwaczny tytuł powieści, a „Długi marsz” jest w dużym stopniu o Iraku. Nie jest to więc aż tak bardzo od czapy, jak by się mogło wydawać.

Powieść może się spodobać miłośnikom serialu „Narcos” - oraz Boba Marleya, bo fabuła krąży wokół zamachu na życie muzyka, który naprawdę miał miejsce w 1978. Nigdy nie wyjaśniono, o co chodziło.

Powieść nawiązuje do teorii spiskowe, zgodnie z którą zamach był ubocznym skutkiem intrygi uruchomionej przez CIA. Mamy więc kilka malowniczych postaci rodem z The Land of the Free.

A wśród nich: moją ulubioną - amerykańskiego dziennikarza, który jest dość sprytny, żeby rozgryźć zagadkę zamachu. Ale nie dość sprytny, żeby dodać dwa do dwóch i zrozumieć, co wynika z tego, że jest jedynym żyjącym facetem, który zna ten sekret...

Życzę blogonautom i fejsofollowersom wszystkiego najlepszego z okazji zimowego święta solarnego!

czwartek, 21 września 2017
Wiedzmin na Weselu

W zeszłym roku uczestniczyłem na Euroconie w dyskusji z Sapkowskim. Trochę się bałem, że Sapkowski zrobi skandal, starałem się więc rozbrajać potencjalne miny.

Gdy padło pytanie o związki polskiej fantastyki z polską klasyką, wyrwałem się do odpowiedzi. Sapkowskiemu „zarzuciłem”, że na potęgę korzysta z dorobku klasyków, zwłaszcza z Wyspiańskiego i Sienkiewicza.

„Guilty as charged”, odpowiedział. Skandalu nie było (uff).

Byłem teraz w Gdyni na wiedźmińskim musicalu. Najbardziej wpadająca w ucho piosenka to „Dziki gon”. Graczom przypominam, że upiorny rycerz zapowiadający krwawą wojnę zwiduje się Poecie w „Weselu”.

Rzekłbym - jest jego „tworem F”. Bo „Wesele” jest jak stacja Solaris, każdemu zwiduje się mieszkaniec jego podświadomości.

Dialog Marysi z Widmem można przypisać Kelvinowi i Harey, tyle że z genderową przewrotką. „Mus mnie woła, mus mnie woła, raz dokoła...” / „Stój, ach stój!”.

Niniejszą blogonotkę proszę potraktować jako mój wkład w akcję „narodowego czytania Wesela”. Pochwalam ją tym bardziej, że Wyspiański jest raczej „nasz” niż „ich”.

Podobnie jak w przypadku Żeromskiego uważam, że szkolni poloniści robią „Weselu” krzywdę, nie analizując go jako komedii. Dramat romantyczny? Twoja stara.

Gdybym był zylionerem, zasponsorowałbym wystawienie „Wesela” jako mieszczańskiej tragifarsy. Chętnie z całą plejadą gwiazd polskiej komedii romantycznej, z Żakiem, Kotem, Karolakiem, Kwiatkowską, Gąsiorowską i Dygant.

To są utalentowani aktorzy, grają w szmirach dlatego, że za mało jest dobrych produkcji. Wierzę, że daliby czadu w „Weselu”.

Jest to utwór genialny, a więc: ponadczasowy. Oczywiście, dzieje się w konkretnym czasie i miejscu, ale problemy głównych bohaterów są takie jak nasze.

Przynajmniej moje. Dziennikarz z „Wesela”, c'est moi.

Jak każdy korpoludek, skarży się na wypalenie („martwą duszę”, hasztag #toonas) Czuje, że jego praca to zawodowa błazenada.

Jego „tworem F” jest więc Stańczyk. Dziennikarz mówi do niego: „błazeństwem ja z tobą zbratan, byłem ci duszą poswatan / nim dusza stała się trup”. Ileż razy snułem z koleżeństwem redaktorstwem podobne skargi przy kieliszku!

Na bankiecie jednym... było to w Krakowie, gdzieś koło Wawelu, moje narzekania przerwał jakiś dziwny facet w śmiesznej czapce i powiedział: „Acan jako spowiedź czyni, spowiedź, widzę, cudzych grzechów; Acan się zalewa łzami, dusza krwawi, serce krwawi; ale znać z Acana mowy, że jest - tak przeciętnie zdrowy. Jutro humor się poprawi...”

Z Radczynią Dziennikarz rozmawia tak: „Pańska praca: rzecz serio, a pan takim przekreśla ją gestem, tak ją wspomina niemile...” / „Rzeczy serio nie ma;  wszystko jest prowizoryczne: przekonania, opinie, twierdzenia” / „Jednak Prawda — ?” / „Nawet Prawdy cienia!”.

Podoba mi się też parodia feministki Racheli, która marzy o „wolnej miłości” - „a jest panna modern, całkiem (...) była w Wiedniu na operze / w domu sama sobie pierze”. Ale najwięcej się dostaje prawicy.

„Pan się narodowo bałamuci, to już było” / „Jeszcze wróci”. Czuję to ze Stuhrem i Szycem!

Pan Młody jest szlachcicem-narodowcem. Ciąży na nim zdrada arystokracji - jego „tworem F” jest hetman Branicki, skazany na męki piekielne za Targowicę („Pali pieniążek moskieski?”).

Czepiec epatuje rubasznym cynizmem. Jak w przypadku Leppera czy Wałęsy, początkowo budzi tym nawet sympatię, np. kiedy mówi, że na żonę najlepsza jest kobieta prosta („wiela scynścia, niskie kosta”). Potem wyłazą z niego demony antysemityzmu, chciwości i mizogynizmu.

Opowiada, jak agitując w wyborach za kandydatem PSL, pobił działacza Partii Socyalno-Demokratycznej, którego opisuje jako „tego Żyda”: „po co sie bestyjo darła, a to tak z całygo garła; było, jak go huknę w pysk, myślołem juz, że sie stocył, on sie ino krwiom zamrocył, a nie upod, bo był ścisk” (czuję to z Andrzejem Grabowskim!).

Wyspiański parodiuje też siebie - młodopolskiego poetę-pijaka. Wiedźmińscy gracze znajdą w „Weselu” pierwowzór Jaskra.

Jego alter ego zalicza nieudaną próbę poderwania druhny („Pódzies pon, patrzcie go, ledwo przysed, juz by kcioł” / „Cało flaszkę bestia schloł”). Nim padnie, wygłosi jeszcze swoje opus magnum, dwuwiersz - „Chopin gdyby jeszcze żył... toby pił” (czuję to z Karolakiem!).

„Panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” / „Chciałem, chciałem... Raz byłem, to nie zastałem”. Cytat deczko fejkowy, bo to kwestie wypowiadane w różnych scenach, ale podkreśla, że refrenem „Wesela”, który wciąż wraca, raz do koła, aż do wielkiego finału z czapką i sznurem, jest zbiorowa porażka wynikająca z „braku chęci chcenia”.

„To tak w każdym z nas coś woła: jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna” / „A wszystko bajka wierutna”. To już prawdziwy cytat.

To o nas, prawda?

niedziela, 11 czerwca 2017
13 powodów

Dawno na blogu nic nie było o popkulturze, więc napiszę o serialu „13 powodów” - o którym pewnie bym napisał felieton, gdybym nadal pisywał felietony. Wydaje mi się być serialem, o którym każdy blogobywalec Powinien Mieć Swoje Zdanie.

Szczególnie polecam go widzom, którzy - tak jak ja - czuli się osieroceni po „Wielkich kłamstewkach”. Może kiedyś Kidman i Witherspoon wyprodukują coś równie dobrego, kto wie, ale na razie muszą nam wystarczyć „Powody”.

Ogólna formuła jest podobna: a więc primo, znakomity soundtrack. Secundo, idylliczne kalifornijskie miasteczko, otoczone pięknymi okolicznościami przyrody pejzaże (w „Kłamstewkach” zatoka Monterey, w „Powodach” północna część zatoki San Francisco).

Ludzie w większości raczej zamożni. W „Kłamstewkach” głównie UMC/UC, w „Powodach” raczej MMC/UMC.

Większość żyje w rodzinach, które na zewnątrz wyglądają pocztówkowo. Ale od środka, ha! Dramaty i skandale.

Prawie wszystko w „Powodach” jest lekko słabsze niż w „Kłamstewkach”. To nie jest dramat, raczej powiedziałbym, że to coś na zasadzie różnicy „pięć gwiazdek” / „cztery gwiazdki”.

Jest jednak jeden aspekt, w ktorym „Powody” deklasują wszystkie seriale i w ogóle całą współczesną popkulturę. To role młodych debiutantów.

Dramaty w „Kłamstewkach” dzieją się przede wszystkim wśród ludzi raczej w moim wieku, albo i jeszcze starszych. Dzieci są tłem. W „Powodach” jest odwrotnie.

Dla kogoś, kto ceni sobie dobre aktorstwo, ten serial to pozycja obowiązkowa. Bo że sławny aktor gra ciekawie, to nie jest aż taka znowu rewelacja. Ale to prawdziwa radość, obserwować aktorską tour de force ludzi, których pierwszy raz widzimy na ekranie.

Jak wiadomo, tego serialu nie da się zaspojlować, bo o czym to będzie, dowiadujemy się w pierwszej minucie. Hannah (Katherine Langford) to uczennica liceum, która popełniła samobójstwo.

Pozornie nie miała żadnego powodu. Szczęśliwa rodzina, dobre wyniki w nauce, miała przyjaciółki i przyjaciół, chodziła na imprezy.

Zostawiła dziwny list pożegnalny, w postaci staroświeckich kaset magnetofonowych. Opisała na nich tytułowe powody - każdy związany z inną osobą. Stąd leitmotif tego serialu: „welcome to your tape”.

Główny bohater Clay (Dylan Minnette) odtwarza ostatni tydzień z życia Hannah. I na swojej taśmie poznaje swój powód: ach, co wam będę spojlować, ale to się zrobiło oczywiste w czwartym odcinku (dla mnie - pewnie ktoś o lepszej pozycji na spektrum autyzmu zajarzył wcześniej).

Bohaterowie mają 17/18 lat, grają ich aktorzy mający 20-22. Zwróciłem na to uwagę, bo z racji mojej sytuacji jestem w miarę wyczulony na różnicę między studentem a licealistą, ale to się chyba nie rzuca w oczy.

Jest tutaj kilka scen (np. rozmowa Claya z matką na policyjnym parkingu), w których debiutant(ka) swoją ekspresją gasi profesjonalist(k)ę. Miło patrzeć!

Debiutantom trochę to ułatwia fabuła. Ich motywacje mamy dokładnie wyjaśnione. Motywacje dorosłych są mgliste.

Wiemy, że do tragedii by nie doszło, gdyby ten rodzic albo tamten nauczyciel trochę bardziej się zainteresował tym, co się dzieje z uczniem, synem, córką, kolegą syna, koleżanką córki, itd. Nie interesują się.

Przeważnie nie wiemy czemu, ale odpowiedź byłaby taka banalna - Samo życie.

Motywy młodzieży są ciekawiej zarysowane. Należą do pokolenia Z, czyli następców millenialsów.

Są pokazani jako pokolenie, które nie wierzy w awans społeczny. Justin (Brandon Flynn) i Bryce (Justin Prentice), dwaj chłopcy, którzy skrzywdzili Hannę, reprezentują dwa ekstrema drabiny społecznej.

Justin, nieślubny syn narkomanki, jest na progu bezdomności. Bryce z kolei jest skazany na odziedziczenie sukcesu po swoim tacie. Obaj nie czują się z tym komfortowo (co świetnie odgrywają młodzi aotkrzy), ale obaj nawet nie dopuszczają takiej myśli, że to się może zmienić.

W pokoleniu Z teoretycznie panuje pełna tolerancja. „To XXI wiek, można bezpiecznie wyjść szafy”, pada w nim takie hasło.

Ale sztywna drabina społeczna się z tym kłóci. Wszystkim wyznacza role - kto może być gejem, a kto nie może. Do czego Meksykanin się nadaje, a do czego nie.

Wszyscy są więc tolerowani tylko pod warunkiem, że dokładnie odgrywają swoje role. A jeśli nie, to nie ma przebacz, nawet jeśli są biali, klasośredniowi i heteronormatywni.

Jak Clay. Czy Hannah...

piątek, 24 lutego 2017
Kontrowersyjny spektakl

Jest sobie taki kontrowersyjny spektakl, który dzieli moich znajomych na zwolenników i przeciwników. Jestem w obozie entuzjastów, wypowiem się więc w jego obronie (zapraszając jak zwykle do dyskusji).

Chodzi mi oczywiście o „La La Land”. Jedni zachwyceni (jak ja), inni marudzą, że zakończenie słabe.

Łagodnie spojlerując: to nie jest musical o miłości, to jest musical o marzeniach. Od początku wiemy, że są główną motywacją bohaterów (piosenki „Another Day of Sun”, „Someone in the Crowd” i „The Fools Who Dream”) i jedynym, co mają wspólnego. Nie łączy ich miłość, o czym explicite jest „A Lovely Night”.

Spoljerując nadal łagodnie, oboje spełnią swoje marzenia, choć jakby nie do końca w stu procentach. Ostatnia sekwencja muzyczno-taneczna jest więc meta-marzeniem o tym, jak fajnie by było, gdyby te marzenia spełniły im się jeszcze lepiej.

Myślę, że rozczarowanie części widzów bierze się z podświadomego oczekiwania, że w finale zobaczymy wielkie wesele w stylu Bollywood. A to po prostu nie jest ten rodzaj musicalu.

Los Angeles doskonale nadaje się na scenerię opowieści o marzeniach, bo za sprawą geografii w tym mieście łatwo je wizualizować. Przemysłowa produkcja marzeń stanowi też istotny element lokalnej gospodarki.

Z większości miejsc w tym mieście widać wzgórza zwieńczone napisem HOLLYWOOD. Marzenia w LA sprowadzają się więc do geografii: chodzi o to, żeby dorobić się willi na tych wzgórzach (albo w pobliżu). Najlepiej pracując w Branży, ale bywają filmy o analogicznych marzeniach muzyka, architekta czy policjanta.

Marzenia to temat paradoksalny, bo większość z nas nie marzyła w młodości o tym, co robimy w dorosłości. Mało kto marzy o biurku w korpo, nie mówiąc już o kasie w hipermarkecie.

Stąd paradoks, na który zapewne zwróciłby uwagę kosmita, gdybyśmy próbowali wytłumaczyć mu nasze społeczeństwo. Powiemy mu zapewne z dumą, że żyjemy w demokracji, co oznacza m.in., że możemy robić ze swoim życiem co chcemy. A potem nie będziemy umieli wyjaśnić, dlaczego 90% nienawidzi tego co robi.

Bardzo lubię wiersz Andrzeja Bursy o dnie piekła. Ten o ludziach, którzy mówią „miałem piekielny dzień, muszę się wyrwać z tego piekła” i „obmyślają ucieczkę na inny odcinek po nowe nieznane przykrości”.

Oczywiście, u nas w klasie średniej to nie jest piekło. Raczej czyściec, w którym pod koniec dnia snujemy „Private Investigations”. Przy szklance whisky pytamy: „Kiedy zaczął się wić kręty, pochyły szlak / gdzie był pierwszy nasz krok w rozpadlinę bez dna”.

Jak już pisałem przy inych okazjach (m.in. „Idy” i „Przypadku”), uwielbiam opowieści o „punkcie bez powrotu”. Tym ostatnim momencie w życiu, w którym mogliśmy jeszcze zdecydować, czy będziemy chemikiem czy dziennikarzem, komuchem czy solidaruchem, zakonnicą czy ateistką.

Często decyzję podejmuje za nas jakiś czynnik zewnętrzny. Czasem coś złego (choroba, śmierć rodzica, stan wojenny), czasem coś dobrego (spadek, załapanie się na prestiżowe stypendium, strzała Amora). Czasem coś kompletnie losowego (spotkanie z nieznajomym, artykuł przeczytany w gazecie).

Ten moment zwykle ma miejsce tuż przed trzydziestką. Czyli kiedy się ma tyle lat, ile w tym filmie Emma Stone.

Ryan Gosling gra kogoś, kto ten moment ma już za sobą. Już jego obecne marzenie jest planem B.

Nie znamy szczegółów planu A, ale z rozmowy z siostrą wiemy, że wszystko szlag trafił w związku z przekrętem typu szanghajskiego. To sugeruje, że Gossling podpisał z kimś niekorzystną dla siebie umowę. W zawodach kreatywnych oznacza to umowę, w której artysta - nieświadomy tego co podpisuje - oddał komuś wszystkie prawa do swojego dzieła.

Zdarza się najlepszym. Dwudziestosześcioletni Walt Disney w ten sposób stracił prawa do swojej pierwszej postaci, Królika Oswalda. Myszka Miki i Kaczor Donald byli jego planem B.

Emma Stone ten punkt ma jeszcze przed sobą. Gosling o tym wie i dlatego jego postać zachowuje się z emocjonalnym chłodem, który drażnił niektórych recenzentów - on już po prostu wie, jak ten film się skończy. Emma Stone jeszcze nie.

Gosling też, zauważmy, szybciej od Stone widzi nadejście tego momentu w jej życiu. I jako pierwszy wyciąga prawidłowe wnioski.

A miłość? Jakie znaczenie ma uczucie dwojga ludzi na tym zwariowanym świecie, mówi Humphrey Bogart w finale innego filmu, który też nie kończy się weselem, a też jest piękny.

niedziela, 05 lutego 2017
Kalifat w Bawarii

Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowiada o rodzinie z niemieckiej wyższej klasy średniej, która z bardzo skomplikowanych powodów przygarnia pod swój dach uchodźcę z Nigerii imieniem Diallo.

Hartmannowie i bez tego mają dużo problemów. Pojawienie się Diallo katalizuje różne konflikty, co prowadzi do wybuchowej (i bardzo zabawnej) Wielkiej Katastrofy.
Problemy Hartmannów z punktu widzenia Diallo wydają się niezrozumiałe, by nie rzec idiotyczne.

Nieświadomie łamie rozmaite tabu, poruszając tematy, o których w tej rodzinie się nie rozmawia dla uniknięcia awantury. Potrafi na przykład zapytać Hartmannównę „ty już stara, dlaczego ty jeszcze nie masz dzieci?” albo wytknąć jej mamie, że za dużo pije.

Jeśli potraktować tę rodzinę jako metaforę Niemiec Jako Takich (a film zdaje się sugerować taką interpretację), to zasadniczy problem wszystkich Hartmannów jest w tym, że nie robią w życiu tego, na co mieliby ochotę. Wspomniana córka na przykład nie ma pomysłu na dorosłe życie, ciągle zaczyna kolejne studia, nieustannie przyciąga niewłaściwych facetów.

Młody Hartmann to jej przeciwieństwo. Zapatrzony w tatę, robi wielką karierę. Tak się w niej zaprzedał, że w końcu rozwalił własną rodzinę.

Ma już tyle pieniędzy, że nie wiadomo, po co mu kolejne. Podobno to wszystko dla dobra jego dziecka, ale na razie dziecko uważa go z tego powodu za dupka (i zasadniczo ma rację).

Stary Hartmann jest zamożnym ortopedą, który już dawno powinien przejść na emeryturę, ale nie robi tego, bo  jest pracoholikiem. W odróżnieniu od syna przynajmniej jeszcze nie zniszczył tym swojego małżeństwa, ale jest na bardzo dobrej drodze.

Hartmannowa z kolei czuje się niepotrzebna. Dzieci się wyprowadziły, męża nigdy nie ma w domu. Stąd jej nieporadny niby-aktywizm, którym usiłuje zapełnić pustkę w życiu.

Diallo nie ma takich problemów, bo całą jego rodzinę wymordowali islamiści. Martwi go co innego: trwa postępowanie w sprawie przyznania mu azylu. Póki nie zapadnie decyzja, powinien unikać kłopotów. Zwłaszcza z policją.

Wydawałoby się, że u Hartmannów uda mu się przeczekać z dala od wszelkich problemów. Ale jak to w komediach, wszystko idzie na opak.

Pisałem niedawno felieton, zainspirowany książką Angusa Fletchera „Comic Democracies. From Ancient Athens to the American Republic” o związku komedii z demokracją. Tradycje komedii ulegają zerwaniu razem z upadkami republik rzymskich i greckich i odradzają się dopiero w renesansowych republikach miejskich.

Fletcher twierdzi, że w większości greckich komedii stawka jest podobna jak w przypadku tragedii. Atenom grozi rozgniewanie bogów, dotąd traktujących to miasto przychylnie i fabuła krąży wokół prób ich udobruchania.

Grecka komedia rozwijała się, kiedy los ateńskiej demokracji był już przesądzony. Wyprawa przeciwko Syrakuzom zakończyła się katastrofą, triumf Sparty był już tylko kwestią czasu. Komedie były wołaniem o opamiętanie - daremnym, jak zwykle.

Trochę podobnie jest w tym filmie. Ma strukturę tradycyjnej farsy obyczajowej, ale co chwila pojawiają się tam pytania o przyszłość Niemiec, które jakby znów traciły przychylność losu.

Pod domem Hartmannów pojawia się pikieta neonazistów, za chwilę zaatakuje ich Antifa. Maluczko, a zaciszna podmiejska uliczka zapoczątkuje wojnę domową w Niemczech.

Niektóre sceny są bardzo zabawne, jak koszmarny sen o szariacie w Niemczech. Zaczyna się tak, że główna bohaterka idzie do swojej ulubionej piekarni i tam osoby zakutane w hidżaby witają ją słowami „salam alejkum, Frau Hartmann”.

Przerażona wybiega na ulicę, a ta się zamieniła w orientalny bazar. Zamiast wypasionych beemek i audików, jeżdżą po niej pickupy z uzbrojonymi brodaczami. A nad małomiasteczkową architekturą dominuje wielki meczet!

Miałem wrażenie, że film obśmiewa wszystkie postawy. Od naiwnej poprawnej polityczności po paradoksy szowinizmu (największym wrogiem imigrantów jest tu imigrantka z Polski, która uważa, że „my Niemcy nie powinniśmy wpuszczać obcych”).

Mam wrażenie, że film nie narzuca żadnej swojej jedynie słusznej odpowiedzi. Jak to w farsach bywa, wszystko kończy się nieprawdopodobnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, prowadzącym do happy endu. Ale zostajemy ze smutną świadomością, że w prawdziwym życiu tak nie ma...

wtorek, 24 stycznia 2017
Casteilcorbon nie istnieje

W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą udało mi się zidentyfikować przy pomocy facebookowych znajomych, a jeden z nich (tu głębokie ukłony) nawet mi ją podarował.

„I don’t know why this book isn’t still famous” - powiedział Michael Rosen w wywiadzie dla „Guardiana”. Wyguglałem ten wywiad w dość rozpaczliwej próbie dowiedzenia się CZEGOKOLWIEK o książce lub jej tajemniczym autorze.

Wy też spróbujcie. Moje próby prowadzą głównie do odkrycia, że nikt nic nie wie, choć dwukrotnie (w 1959 i w 1987) w Wiekiej Brytanii adaptowano tę powieść na serial telewizyjny.

Nakłady są wyczerpane (we wszystkich językach). Cena angielskiego hardcovera pod wpływem wywiadu z Rosenem wzrosła do 67 funtów. Mój polski hardcover oczywiście nie jest na sprzedaż!

Akcja powieści dzieje się na początku lat 50. (zapewne w czasach współczesnych autorowi) w fikcyjnym miasteczku Casteilcorbon położonym w rejonie Roussillon, zwanym przez separatystów „Katalonią Północną”. Stąd zresztą mnie naszło na te wspomnienia, bo wakacje spędzałem mniej więcej w pobliżu.

Roussillon jest częścią Francji od traktatu pirenejskiego z 1659. Jak wiadomo, w traktacie był błąd, z powodu którego pobliskie miasto Llivia do dzisiaj stanowi hiszpańską eksklawę, otoczoną zewsząd przez Francję. Kiedyś swoją drogą chciałbym poczytać, jak to działało za czasów Franco.

Miejsce ma znaczenie dla akcji. W średniowieczu ten teren przechodził z rąk do rąk, po czym zostało tam (naprawdę!) wiele wspaniałych zamczysk, na które tubylcy zdają się nie zwracać większej uwagi. Za to turyści fotografują to wszystko jak podupceni.

Powieściowe miasteczko rozrosło się wokół jednego z takich zamków. Jego nazwa to zniekształcone katalońskie „Zamek Kruków”. Autor opisuje historię tej miejscowości tak drobiazgowo, że musiał się wzorować na jakimś prawdziwym mieście.

W tej fortecy barykaduje się grupa trzynastoletnich chłopców, niesprawiedliwie oskarżonych przez swojego nauczyciela o kradzież miodu z jego ula. Jak to w kryminale, prawdziwego sprawcę kradzieży widzimy na samym początku, ale nie zwracamy na niego uwagi - gdy sprawa się wyjaśnia w finale, byłem jednak zaskoczony. I jako dziecko, i jako pięćdziesięciolatek.

Dopiero jako dorosły mogłem w pełni docenić gorzką ironię autora, który dziecięcą zabawę w szlachetnych rycerzy zderza z hipokryzją i zepsuciem świata dorosłych. Największym łajdakiem wśród dorosłych okazuje się dziennikarz lokalnej gazety „Echo Perpignan” (a zarazem jej naczelny, wydawca i jedyny pracownik), który jako pierwszy spoza miasteczka dowiaduje się o tej aferze.

Jako dziecko nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz byłem przekonany, że autor ironicznie w tej postaci portretuje samego siebie. Dopiero jako dorosły zachwyciłem się też przedziwną inwokacją, od której książka się zaczyna.

Autor zwraca się w niej do przyjaciela, z którym planowali to napisać wspólnie, gdy razem mieszkali „między Rodanem a Saoną” (czyli: w Lyonie). Chcieli „odnaleźć w niej zapał lat naszych szkolnych, a może ównież ową wiarę w naszą przyszłość pisarską - wiarę, której wyzbywaliśmy się stopniowo, po trochu, jak Jaś i Małgosia znaczący kamyczkami leśne drożki”.

Z niewyjaśnionych przyczyn Gil Buhet musiał to w końcu napisać sam. „Już na pierwszym postoju dałeś mi znak, żebym odbywał sam dalszą drogę”. Chciałbym coś więcej przeczytać o biografii obu pisarzy, ale to rzeczy nieznane guglowi. Help, hilfe, oskur?

Jako dziecko po raz pierwszy zetknąłem się w tej książce z fenomenem francuskiej wielokulturowości. Nie ma tu jeszcze Arabów, ale są uchodźcy z pobliskiej Hiszpanii. Wykolejeni, zalkoholizowani, pozostawieni własnemu losowi i obwiniani przez otoczenie za swoją nędzę - jak to uchodźcy.

Choć bohaterowie rozumieją się nawzajem, mówią do siebie różnymi językami. Polska tłumaczka Maria Leśniewska pozostawiła wtręty katalońskie w oryginale (acz wyjaśniła je w przypisach).

Pamiętam jednak swoje zdumienie jako dziecka, że we Francji pod tym względem jest inaczej niż w Polsce. Zastanawiałem się: jak to jest, żyć w kraju, w którym współistnieją różne języki?

Do dzisiaj, gdy w podróży natknę się na napis w jakimś odjechanym języku romańskim - weneckim, langwedockim, prowansalskim - z dziecinną ekscytacją, która doprawdy nie przystoi starszemu panu, próbuję go zrozumieć. To przez sentyment do tej książki, która ogólnie na kryzys wieku średniego działa kojąco, jak zimne piwo na kaca.

piątek, 23 grudnia 2016
Rebelia w ponurym nastroju

Tak naprawdę, to ta notka miała być przedwczoraj, ale polityka sprawiła, że musiałem Skomentować Na Bieżąco. Zresztą ta też będzie polityczna, bo teraz wszystko jest polityczne (niestety zresztą).

Nie mogę jednak nie dosypać swoich trzech groszy do nowych „Gwiezdnych wojen”. To chyba najbardziej kontrowersyjny odcinek w dziejach, reakcje rozrzucone są od zachwytu po potępienie.

Misiępodobało. Nawet bardzo podobało. Kto wie, czy nie uznam tego w końcu za najlepszy odcinek całej sagi!

Jestem już tak stary, że zdarzało mi się parę razy uczestniczyć w flejmach/adwokacjach „Star Wars” vs „Star Trek”. Opowiadałem się po stronie „Gwiezdnych wojen” argumentując, że od samego początku ta saga porusza najważniejsze pytania o demokrację i jej kryzys(y), podczas gdy polityka w „Star Treku” jest zazwyczaj infantylnie optymistyczna.

Nie dla każdego to kryterium jest ważne. Dla mnie tak, co z kolei uzasadniam tym, że jeśli za złej władzy dojdzie do odkrycia dilithium, to też będzie złe.

„Rogue One” - nie będę używał polskiego tytułu, mam wrażenie, że wymyślono go tylko żeby pasował długością do makiety - to doskonały portret złej władzy. Dyrektor Orson Krennic to najbardziej dla mnie przekonujący villain z wszystkich dotychczasowych w całej sadze.

Jeśli mieliście kiedyś, tak jak ja, fazę na czytanie książek typu „Eichmann w Jerozolimie”, doskonale zna Krennika. To nie jest takie zimne, skoncentrowane zło, jak Heinrich Himmler, to po prostu człowiek doskonale dostosowujący się do warunków.

Prywatnie zapewne jest bardzo sympatyczny. Wygląda na to, że kiedyś łączyła go przyjaźń z Galenem Erso. Pewnie odwiedzili razem niejeden bar na Coruscant, bo Krennic to bodajże pierwsza od czasów Hana Solo w tej sadze postać robiąca wrażenie fajnego kompana na wieczorną popijawę.

Gdyby Republika trwała dalej, Krennic piąłby się powoli po szczeblach kariery w korpusie inżynieryjnym. W upadku Republiki zobaczył szansę na przyśpieszenie tej wspinaczki.

Twórcy „Rogue One” myśleli oczywiście o współczesnych widzach przerażonych Trumpem i Brexitem. Ale ten film doskonale pasuje też jako komentarz do polskich wydarzeń.

Że establishment galaktycznej republiki był skorumpowany i nieudolny, to wiemy od ho ho, właściwie od Epizodu Pierwszego. Można zrozumieć pragnienie prostego Gunganina, żeby wreszcie ktoś to wszystko wziął za skrzela i wprowadził dobrą zmianę.

Krennic pokazuje, jak wygląda dalszy krok. Niekoniecznie tak, że wylezie nam zza kadru dyszące archetypalne zło i zacznie coś marudzić metalicznym głosem.

Na początek po prostu tak, że ludzi przestaje się już zachęcać do pracy i współpracy bodźcami pozytywnymi („dołącz do nas, mamy ciastka”), a zaczyna negatywnymi („dołącz do nas, bo wymordujemy ci rodzinę”). W jakimś momencie dyrektor Krennic przestał już motywować swoich inżynierów premiami i perksami, a zaczął blasterem.

To jest oczywiście droga, z której nie ma odwrotu. I to jest jednocześnie zalążek przyszłego upadku.

„Rogue One” pokazuje nam jednak galaktyczną dobrą zmianę w fazie wznoszącej. Kanclerz Palpatine jeszcze ciągle ma wysokie notowania. Nikt nie tęskni za Jedi i ich dziwacznymi przesądami.

Buntownicy są nieliczni i mają kryzys morale. Stopniowo się wykruszają, bo widzą, że Imperium jest nie do zatrzymania.

Ich liderzy są równie mało porywający, jak Schetyna czy Kijowski. Ci fajni liderzy, których kojarzymy z poprzedniej części sagi, dopiero się wyłonią - na razie na czele rebelii stoją skompromitowane postacie poprzedniego establishmentu.

I znów: twórcy zapewne myśleli tutaj głównie o tych, którzy głosowali na Clinton jako na „mniejsze zło”. Wstrzelili się idealnie w nastroje weteranów ruchu #occupy, o czym świadczy sukces kasowy.

Ale gorąco polecam ten film także i w Polsce. Tylko raz jeszcze powtórzę ostrzeżenie, które zamieściłem już na fejsie: że jest wersja z dubbingiem to nie znaczy, że to jest film dla dzieci. Jest bardziej ponury od „Imperium kontratakuje”. Mi to odpowiada, ale ośmiolatek będzie płakać.

 

PS. Uprasza się o rotowanie spojlerów!

środa, 13 lipca 2016
Brexitowe postapo

Brexit się być może źle skończy dla nas wszystkich - ale na pewno źle się skończy dla Brytyjczyków. Mają słabą pozycję w negocjacjach warunków wyjścia, im bardziej zależy na dostępie do naszego rynku, niż reszcie Europy - więc słono zabulą za nieodpowiedzialność chłopaczków z dobrych szkół przyzwyczajonych do bezkarności od małego, bo nigdy nie mieli takich problemów, jakich nie rozwiązałby portfel tatusia.

Przyszłość Wysp widzę czarno. Popkultura na szczęście zostawiła nam wiele dystopijnych wizji wysp brytyjskich; poświęcam im więc niniejszy ranking od czapy.

„Ludzkie dzieci” Cuarona są de best of de best. Londyn, 2027. Ludzkość dotknęła tajemnicza choroba, za sprawą której przestały się rodzić dzieci.

Spowodowało to globalny krach gospodarczy, bo aż trudno wyliczyć, ile pekabu zawdzięczamy tylko temu, że bierzemy pod uwagę przyszłe pokolenia. W takim scenariuszu np. nieruchomości od razu lecą na pysk; a więc także deweloperka, a więc także banki, itd.

Wielka Brytania próbuje zachować resztki normalności poprzez „splendid isolation”. Uchodźcy jednak próbują się przedstać ze zniszczonej przez wojnę Europy. Zamykani są w obozach i traktowani jak zwierzęta.

W tym piekle pojawia się nadzieja - w postaci ciężarnej kobiety. Ale że ona sama jest uchodźcą, Brytyjczycy ją prędzej zabiją niż uratują ludzkość...

Bardzo to wyszło prorocze. A kręcono w prawdziwym Londynie, który tylko troszeczkę dobrudzono i dotrzecioświatowano!

Oczywiście, nie byłoby „Ludzkich dzieci” bez matki wszystkich londyńskich dystopii: „Mechanicznej pomarańczy”. Do dzisiaj o pewnego rodzaju architekturze mówię z przekąsem „Municipal Flat Block 18A, Linear North” - tam mieszka upiorny główny bohater filmu.

Zgadzam się z krytykami, którzy zarzucali Kubrickowi, że zdradził go jego własny talent. Zrobił film wybitny, ale niemoralny. Więcej współczucia okazuje Aleksowi niż jego ofiarom.

Z tymi wszystkimi zastrzeżeniami: jako dystopijna wizja przyszłości film nic nie stracił na wartości. Niestety zresztą.

Widać tam karykaturę brytyjskiej lewicy i prawicy. Obie mają w gruncie rzeczy gdzieś ludzi takich jak Alex, traktują go jako kartę przetargową w swoich przepychankach.

Widać też coś, co teraz pewnie tam wróci - skutki brytyjskiej doktryny suwerenności parlamentarnej, zgodnie z którą każda ustawa jest z definicji zgodna z prawem. Tak nie jest w USA, tak nie jest w (większości) krajów europejskich i tak nie jest przede wszystkim w Unii jako takiej.

Lata doświadczeń pokazały nam, że demokracja bez równowagi władz i sądownictwa konstytucyjnego niezależnego od parlamentarnej większości, może się zmienić w coś tak strasznego, jak w „Mechanicznej pomarańczy” (w której formalnie nadal odbywają się wybory). Po Brexicie znów nic nie będzie ograniczać suwerena...

I znów: bez „Pomarańczy” nie byłoby „Szpitala Britania”, satyry na początki thatcheryzmu. Podobno film był taką porażką kasową, że zniszczył karierę Lindsaya Andersona. No coż, mam dziwny gust, ale akurat lubię go NAJBARDZIEJ z całej jego trylogii o McDowellu.
We wszystkich tych filmach podoba mi się w nim zderzenie tej całej anachronicznej „brytyjskości” (o której mówiła niedawno w Dużym Formacie pewna wkurzająca damuleńka z klasy wyższej), z wyzwaniami nowoczesnej cywilizacji.

Tu sztuczna inteligencja, tam kurs dygania przed królową matką. Śpiewają „Auld Lang Syne” i odpalają supernowoczesne metody policyjnej opresji - coś jakby Stasi śpiewało „Odę do Radości”.

To będzie teraz bardzo nieprzyjemny kraj. Trzymam kciuki za Szkotów w zjednoczonej Europie!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15