Ekskursje w dyskursie
niedziela, 05 lutego 2017
Kalifat w Bawarii

Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowiada o rodzinie z niemieckiej wyższej klasy średniej, która z bardzo skomplikowanych powodów przygarnia pod swój dach uchodźcę z Nigerii imieniem Diallo.

Hartmannowie i bez tego mają dużo problemów. Pojawienie się Diallo katalizuje różne konflikty, co prowadzi do wybuchowej (i bardzo zabawnej) Wielkiej Katastrofy.
Problemy Hartmannów z punktu widzenia Diallo wydają się niezrozumiałe, by nie rzec idiotyczne.

Nieświadomie łamie rozmaite tabu, poruszając tematy, o których w tej rodzinie się nie rozmawia dla uniknięcia awantury. Potrafi na przykład zapytać Hartmannównę „ty już stara, dlaczego ty jeszcze nie masz dzieci?” albo wytknąć jej mamie, że za dużo pije.

Jeśli potraktować tę rodzinę jako metaforę Niemiec Jako Takich (a film zdaje się sugerować taką interpretację), to zasadniczy problem wszystkich Hartmannów jest w tym, że nie robią w życiu tego, na co mieliby ochotę. Wspomniana córka na przykład nie ma pomysłu na dorosłe życie, ciągle zaczyna kolejne studia, nieustannie przyciąga niewłaściwych facetów.

Młody Hartmann to jej przeciwieństwo. Zapatrzony w tatę, robi wielką karierę. Tak się w niej zaprzedał, że w końcu rozwalił własną rodzinę.

Ma już tyle pieniędzy, że nie wiadomo, po co mu kolejne. Podobno to wszystko dla dobra jego dziecka, ale na razie dziecko uważa go z tego powodu za dupka (i zasadniczo ma rację).

Stary Hartmann jest zamożnym ortopedą, który już dawno powinien przejść na emeryturę, ale nie robi tego, bo  jest pracoholikiem. W odróżnieniu od syna przynajmniej jeszcze nie zniszczył tym swojego małżeństwa, ale jest na bardzo dobrej drodze.

Hartmannowa z kolei czuje się niepotrzebna. Dzieci się wyprowadziły, męża nigdy nie ma w domu. Stąd jej nieporadny niby-aktywizm, którym usiłuje zapełnić pustkę w życiu.

Diallo nie ma takich problemów, bo całą jego rodzinę wymordowali islamiści. Martwi go co innego: trwa postępowanie w sprawie przyznania mu azylu. Póki nie zapadnie decyzja, powinien unikać kłopotów. Zwłaszcza z policją.

Wydawałoby się, że u Hartmannów uda mu się przeczekać z dala od wszelkich problemów. Ale jak to w komediach, wszystko idzie na opak.

Pisałem niedawno felieton, zainspirowany książką Angusa Fletchera „Comic Democracies. From Ancient Athens to the American Republic” o związku komedii z demokracją. Tradycje komedii ulegają zerwaniu razem z upadkami republik rzymskich i greckich i odradzają się dopiero w renesansowych republikach miejskich.

Fletcher twierdzi, że w większości greckich komedii stawka jest podobna jak w przypadku tragedii. Atenom grozi rozgniewanie bogów, dotąd traktujących to miasto przychylnie i fabuła krąży wokół prób ich udobruchania.

Grecka komedia rozwijała się, kiedy los ateńskiej demokracji był już przesądzony. Wyprawa przeciwko Syrakuzom zakończyła się katastrofą, triumf Sparty był już tylko kwestią czasu. Komedie były wołaniem o opamiętanie - daremnym, jak zwykle.

Trochę podobnie jest w tym filmie. Ma strukturę tradycyjnej farsy obyczajowej, ale co chwila pojawiają się tam pytania o przyszłość Niemiec, które jakby znów traciły przychylność losu.

Pod domem Hartmannów pojawia się pikieta neonazistów, za chwilę zaatakuje ich Antifa. Maluczko, a zaciszna podmiejska uliczka zapoczątkuje wojnę domową w Niemczech.

Niektóre sceny są bardzo zabawne, jak koszmarny sen o szariacie w Niemczech. Zaczyna się tak, że główna bohaterka idzie do swojej ulubionej piekarni i tam osoby zakutane w hidżaby witają ją słowami „salam alejkum, Frau Hartmann”.

Przerażona wybiega na ulicę, a ta się zamieniła w orientalny bazar. Zamiast wypasionych beemek i audików, jeżdżą po niej pickupy z uzbrojonymi brodaczami. A nad małomiasteczkową architekturą dominuje wielki meczet!

Miałem wrażenie, że film obśmiewa wszystkie postawy. Od naiwnej poprawnej polityczności po paradoksy szowinizmu (największym wrogiem imigrantów jest tu imigrantka z Polski, która uważa, że „my Niemcy nie powinniśmy wpuszczać obcych”).

Mam wrażenie, że film nie narzuca żadnej swojej jedynie słusznej odpowiedzi. Jak to w farsach bywa, wszystko kończy się nieprawdopodobnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, prowadzącym do happy endu. Ale zostajemy ze smutną świadomością, że w prawdziwym życiu tak nie ma...

wtorek, 24 stycznia 2017
Casteilcorbon nie istnieje

W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą udało mi się zidentyfikować przy pomocy facebookowych znajomych, a jeden z nich (tu głębokie ukłony) nawet mi ją podarował.

„I don’t know why this book isn’t still famous” - powiedział Michael Rosen w wywiadzie dla „Guardiana”. Wyguglałem ten wywiad w dość rozpaczliwej próbie dowiedzenia się CZEGOKOLWIEK o książce lub jej tajemniczym autorze.

Wy też spróbujcie. Moje próby prowadzą głównie do odkrycia, że nikt nic nie wie, choć dwukrotnie (w 1959 i w 1987) w Wiekiej Brytanii adaptowano tę powieść na serial telewizyjny.

Nakłady są wyczerpane (we wszystkich językach). Cena angielskiego hardcovera pod wpływem wywiadu z Rosenem wzrosła do 67 funtów. Mój polski hardcover oczywiście nie jest na sprzedaż!

Akcja powieści dzieje się na początku lat 50. (zapewne w czasach współczesnych autorowi) w fikcyjnym miasteczku Casteilcorbon położonym w rejonie Roussillon, zwanym przez separatystów „Katalonią Północną”. Stąd zresztą mnie naszło na te wspomnienia, bo wakacje spędzałem mniej więcej w pobliżu.

Roussillon jest częścią Francji od traktatu pirenejskiego z 1659. Jak wiadomo, w traktacie był błąd, z powodu którego pobliskie miasto Llivia do dzisiaj stanowi hiszpańską eksklawę, otoczoną zewsząd przez Francję. Kiedyś swoją drogą chciałbym poczytać, jak to działało za czasów Franco.

Miejsce ma znaczenie dla akcji. W średniowieczu ten teren przechodził z rąk do rąk, po czym zostało tam (naprawdę!) wiele wspaniałych zamczysk, na które tubylcy zdają się nie zwracać większej uwagi. Za to turyści fotografują to wszystko jak podupceni.

Powieściowe miasteczko rozrosło się wokół jednego z takich zamków. Jego nazwa to zniekształcone katalońskie „Zamek Kruków”. Autor opisuje historię tej miejscowości tak drobiazgowo, że musiał się wzorować na jakimś prawdziwym mieście.

W tej fortecy barykaduje się grupa trzynastoletnich chłopców, niesprawiedliwie oskarżonych przez swojego nauczyciela o kradzież miodu z jego ula. Jak to w kryminale, prawdziwego sprawcę kradzieży widzimy na samym początku, ale nie zwracamy na niego uwagi - gdy sprawa się wyjaśnia w finale, byłem jednak zaskoczony. I jako dziecko, i jako pięćdziesięciolatek.

Dopiero jako dorosły mogłem w pełni docenić gorzką ironię autora, który dziecięcą zabawę w szlachetnych rycerzy zderza z hipokryzją i zepsuciem świata dorosłych. Największym łajdakiem wśród dorosłych okazuje się dziennikarz lokalnej gazety „Echo Perpignan” (a zarazem jej naczelny, wydawca i jedyny pracownik), który jako pierwszy spoza miasteczka dowiaduje się o tej aferze.

Jako dziecko nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz byłem przekonany, że autor ironicznie w tej postaci portretuje samego siebie. Dopiero jako dorosły zachwyciłem się też przedziwną inwokacją, od której książka się zaczyna.

Autor zwraca się w niej do przyjaciela, z którym planowali to napisać wspólnie, gdy razem mieszkali „między Rodanem a Saoną” (czyli: w Lyonie). Chcieli „odnaleźć w niej zapał lat naszych szkolnych, a może ównież ową wiarę w naszą przyszłość pisarską - wiarę, której wyzbywaliśmy się stopniowo, po trochu, jak Jaś i Małgosia znaczący kamyczkami leśne drożki”.

Z niewyjaśnionych przyczyn Gil Buhet musiał to w końcu napisać sam. „Już na pierwszym postoju dałeś mi znak, żebym odbywał sam dalszą drogę”. Chciałbym coś więcej przeczytać o biografii obu pisarzy, ale to rzeczy nieznane guglowi. Help, hilfe, oskur?

Jako dziecko po raz pierwszy zetknąłem się w tej książce z fenomenem francuskiej wielokulturowości. Nie ma tu jeszcze Arabów, ale są uchodźcy z pobliskiej Hiszpanii. Wykolejeni, zalkoholizowani, pozostawieni własnemu losowi i obwiniani przez otoczenie za swoją nędzę - jak to uchodźcy.

Choć bohaterowie rozumieją się nawzajem, mówią do siebie różnymi językami. Polska tłumaczka Maria Leśniewska pozostawiła wtręty katalońskie w oryginale (acz wyjaśniła je w przypisach).

Pamiętam jednak swoje zdumienie jako dziecka, że we Francji pod tym względem jest inaczej niż w Polsce. Zastanawiałem się: jak to jest, żyć w kraju, w którym współistnieją różne języki?

Do dzisiaj, gdy w podróży natknę się na napis w jakimś odjechanym języku romańskim - weneckim, langwedockim, prowansalskim - z dziecinną ekscytacją, która doprawdy nie przystoi starszemu panu, próbuję go zrozumieć. To przez sentyment do tej książki, która ogólnie na kryzys wieku średniego działa kojąco, jak zimne piwo na kaca.

piątek, 23 grudnia 2016
Rebelia w ponurym nastroju

Tak naprawdę, to ta notka miała być przedwczoraj, ale polityka sprawiła, że musiałem Skomentować Na Bieżąco. Zresztą ta też będzie polityczna, bo teraz wszystko jest polityczne (niestety zresztą).

Nie mogę jednak nie dosypać swoich trzech groszy do nowych „Gwiezdnych wojen”. To chyba najbardziej kontrowersyjny odcinek w dziejach, reakcje rozrzucone są od zachwytu po potępienie.

Misiępodobało. Nawet bardzo podobało. Kto wie, czy nie uznam tego w końcu za najlepszy odcinek całej sagi!

Jestem już tak stary, że zdarzało mi się parę razy uczestniczyć w flejmach/adwokacjach „Star Wars” vs „Star Trek”. Opowiadałem się po stronie „Gwiezdnych wojen” argumentując, że od samego początku ta saga porusza najważniejsze pytania o demokrację i jej kryzys(y), podczas gdy polityka w „Star Treku” jest zazwyczaj infantylnie optymistyczna.

Nie dla każdego to kryterium jest ważne. Dla mnie tak, co z kolei uzasadniam tym, że jeśli za złej władzy dojdzie do odkrycia dilithium, to też będzie złe.

„Rogue One” - nie będę używał polskiego tytułu, mam wrażenie, że wymyślono go tylko żeby pasował długością do makiety - to doskonały portret złej władzy. Dyrektor Orson Krennic to najbardziej dla mnie przekonujący villain z wszystkich dotychczasowych w całej sadze.

Jeśli mieliście kiedyś, tak jak ja, fazę na czytanie książek typu „Eichmann w Jerozolimie”, doskonale zna Krennika. To nie jest takie zimne, skoncentrowane zło, jak Heinrich Himmler, to po prostu człowiek doskonale dostosowujący się do warunków.

Prywatnie zapewne jest bardzo sympatyczny. Wygląda na to, że kiedyś łączyła go przyjaźń z Galenem Erso. Pewnie odwiedzili razem niejeden bar na Coruscant, bo Krennic to bodajże pierwsza od czasów Hana Solo w tej sadze postać robiąca wrażenie fajnego kompana na wieczorną popijawę.

Gdyby Republika trwała dalej, Krennic piąłby się powoli po szczeblach kariery w korpusie inżynieryjnym. W upadku Republiki zobaczył szansę na przyśpieszenie tej wspinaczki.

Twórcy „Rogue One” myśleli oczywiście o współczesnych widzach przerażonych Trumpem i Brexitem. Ale ten film doskonale pasuje też jako komentarz do polskich wydarzeń.

Że establishment galaktycznej republiki był skorumpowany i nieudolny, to wiemy od ho ho, właściwie od Epizodu Pierwszego. Można zrozumieć pragnienie prostego Gunganina, żeby wreszcie ktoś to wszystko wziął za skrzela i wprowadził dobrą zmianę.

Krennic pokazuje, jak wygląda dalszy krok. Niekoniecznie tak, że wylezie nam zza kadru dyszące archetypalne zło i zacznie coś marudzić metalicznym głosem.

Na początek po prostu tak, że ludzi przestaje się już zachęcać do pracy i współpracy bodźcami pozytywnymi („dołącz do nas, mamy ciastka”), a zaczyna negatywnymi („dołącz do nas, bo wymordujemy ci rodzinę”). W jakimś momencie dyrektor Krennic przestał już motywować swoich inżynierów premiami i perksami, a zaczął blasterem.

To jest oczywiście droga, z której nie ma odwrotu. I to jest jednocześnie zalążek przyszłego upadku.

„Rogue One” pokazuje nam jednak galaktyczną dobrą zmianę w fazie wznoszącej. Kanclerz Palpatine jeszcze ciągle ma wysokie notowania. Nikt nie tęskni za Jedi i ich dziwacznymi przesądami.

Buntownicy są nieliczni i mają kryzys morale. Stopniowo się wykruszają, bo widzą, że Imperium jest nie do zatrzymania.

Ich liderzy są równie mało porywający, jak Schetyna czy Kijowski. Ci fajni liderzy, których kojarzymy z poprzedniej części sagi, dopiero się wyłonią - na razie na czele rebelii stoją skompromitowane postacie poprzedniego establishmentu.

I znów: twórcy zapewne myśleli tutaj głównie o tych, którzy głosowali na Clinton jako na „mniejsze zło”. Wstrzelili się idealnie w nastroje weteranów ruchu #occupy, o czym świadczy sukces kasowy.

Ale gorąco polecam ten film także i w Polsce. Tylko raz jeszcze powtórzę ostrzeżenie, które zamieściłem już na fejsie: że jest wersja z dubbingiem to nie znaczy, że to jest film dla dzieci. Jest bardziej ponury od „Imperium kontratakuje”. Mi to odpowiada, ale ośmiolatek będzie płakać.

 

PS. Uprasza się o rotowanie spojlerów!

środa, 13 lipca 2016
Brexitowe postapo

Brexit się być może źle skończy dla nas wszystkich - ale na pewno źle się skończy dla Brytyjczyków. Mają słabą pozycję w negocjacjach warunków wyjścia, im bardziej zależy na dostępie do naszego rynku, niż reszcie Europy - więc słono zabulą za nieodpowiedzialność chłopaczków z dobrych szkół przyzwyczajonych do bezkarności od małego, bo nigdy nie mieli takich problemów, jakich nie rozwiązałby portfel tatusia.

Przyszłość Wysp widzę czarno. Popkultura na szczęście zostawiła nam wiele dystopijnych wizji wysp brytyjskich; poświęcam im więc niniejszy ranking od czapy.

„Ludzkie dzieci” Cuarona są de best of de best. Londyn, 2027. Ludzkość dotknęła tajemnicza choroba, za sprawą której przestały się rodzić dzieci.

Spowodowało to globalny krach gospodarczy, bo aż trudno wyliczyć, ile pekabu zawdzięczamy tylko temu, że bierzemy pod uwagę przyszłe pokolenia. W takim scenariuszu np. nieruchomości od razu lecą na pysk; a więc także deweloperka, a więc także banki, itd.

Wielka Brytania próbuje zachować resztki normalności poprzez „splendid isolation”. Uchodźcy jednak próbują się przedstać ze zniszczonej przez wojnę Europy. Zamykani są w obozach i traktowani jak zwierzęta.

W tym piekle pojawia się nadzieja - w postaci ciężarnej kobiety. Ale że ona sama jest uchodźcą, Brytyjczycy ją prędzej zabiją niż uratują ludzkość...

Bardzo to wyszło prorocze. A kręcono w prawdziwym Londynie, który tylko troszeczkę dobrudzono i dotrzecioświatowano!

Oczywiście, nie byłoby „Ludzkich dzieci” bez matki wszystkich londyńskich dystopii: „Mechanicznej pomarańczy”. Do dzisiaj o pewnego rodzaju architekturze mówię z przekąsem „Municipal Flat Block 18A, Linear North” - tam mieszka upiorny główny bohater filmu.

Zgadzam się z krytykami, którzy zarzucali Kubrickowi, że zdradził go jego własny talent. Zrobił film wybitny, ale niemoralny. Więcej współczucia okazuje Aleksowi niż jego ofiarom.

Z tymi wszystkimi zastrzeżeniami: jako dystopijna wizja przyszłości film nic nie stracił na wartości. Niestety zresztą.

Widać tam karykaturę brytyjskiej lewicy i prawicy. Obie mają w gruncie rzeczy gdzieś ludzi takich jak Alex, traktują go jako kartę przetargową w swoich przepychankach.

Widać też coś, co teraz pewnie tam wróci - skutki brytyjskiej doktryny suwerenności parlamentarnej, zgodnie z którą każda ustawa jest z definicji zgodna z prawem. Tak nie jest w USA, tak nie jest w (większości) krajów europejskich i tak nie jest przede wszystkim w Unii jako takiej.

Lata doświadczeń pokazały nam, że demokracja bez równowagi władz i sądownictwa konstytucyjnego niezależnego od parlamentarnej większości, może się zmienić w coś tak strasznego, jak w „Mechanicznej pomarańczy” (w której formalnie nadal odbywają się wybory). Po Brexicie znów nic nie będzie ograniczać suwerena...

I znów: bez „Pomarańczy” nie byłoby „Szpitala Britania”, satyry na początki thatcheryzmu. Podobno film był taką porażką kasową, że zniszczył karierę Lindsaya Andersona. No coż, mam dziwny gust, ale akurat lubię go NAJBARDZIEJ z całej jego trylogii o McDowellu.
We wszystkich tych filmach podoba mi się w nim zderzenie tej całej anachronicznej „brytyjskości” (o której mówiła niedawno w Dużym Formacie pewna wkurzająca damuleńka z klasy wyższej), z wyzwaniami nowoczesnej cywilizacji.

Tu sztuczna inteligencja, tam kurs dygania przed królową matką. Śpiewają „Auld Lang Syne” i odpalają supernowoczesne metody policyjnej opresji - coś jakby Stasi śpiewało „Odę do Radości”.

To będzie teraz bardzo nieprzyjemny kraj. Trzymam kciuki za Szkotów w zjednoczonej Europie!

piątek, 26 lutego 2016
Ubecki ranking

Skoro ubecy stali się ostateczną wyrocznią w kwestii zawiłości naszej historii, lutowy ranking od czapy poświęcę najwspanialszym kreacjom oficerów UB i SB w polskim kinie. Numero uno jest dla mnie oczywisty: Nie masz, ach nie masz ubeka nad kapitana Wirskiego w „Człowieku z żelaza” (Andrzej Seweryn).

Wirski

Wielu ludzi błędnie zakłada, że „Człowiek z żelaza” kończy się dobrze (albo że głównym bohaterem jest Lech Wałęsa; nie jest, pojawia się w tle w roli samego siebie, podobnie jak Walentynowicz czy Borowczak, którzy odgrywali przecież nie mniej istotną rolę w sierpniowym strajku). Otóż kończy się źle. Przegapili to nawet w oficjalnym streszczeniu w serwisie filmpolski.pl!

Główny wątek fabuły to prowokacja, którą Wirski montuje razem z obleśnym partyjnym aparatczykiem Badowskim (Franciszek Trzeciak). Chodzi o skompromitowanie jednego ze strajkujących stoczniowców, Tomczyka. To postać fikcyjna, acz luźno wzorowana na Borusewiczu (Jerzy Radziwiłłowicz).

Wirski i Badowski chcą, żeby upadły dziennikarz Winkel (Marian Opania) sporządził kompromitujący reportaż, tak zwaną (wówczas) „śmierdziuchę”. Podstawą reportażu ma być teczka Tomczyka, którą Opani wręcza Wirski.

Teczka przedstawia Tomczyka jako zdegenerowanego psychopatę. Jako widzowie możemy jednak zrobić to, czego nie możemy zrobić z żadną ubecką teczką w rzeczywistości - obejrzeć we flashbackach, jak coś wyglądało naprawdę, a jak SB to przedstawiło w swoich zafałszywanych papierach.

Gdyby mogło tak być teraz, że przy każdym świstku z teczki Kiszczaka pokazują nam się prawdziwe okoliczności jego powstania! Ale w życiu to równie niemożliwe, jak wyciągnięcie MacLuhana zza kadru.

W finale więc wprawdzie Winkel się w końcu buntuje i zrywa współpracę z Wirskim, ale to nie ma znaczenia. SB będzie miała swoją śmierdziuchę z nim albo bez niego.

Dzidek (Bogusław Linda), symboliczny wahający się polski inteligent, wierzy w ich wersję i wierzy, że to Winkel jest kłamcą. „Ale ja ci to wszystko mogę wytłumaczyć” - bełkocze przerażony Winkel. „Ten pan nam już wszystko wytłumaczył” - odpowiada Dzidek. Już jest ich, cały na wieki, już nic sobie nie da wyjaśnić. Samo życie!

Maurer

Lubię myśleć, że kreacje Lindy w wczesnych filmach Pasikowskiego to kontynuacja kreacji Lindy w „Przypadku” i „Człowieku z żelaza” - sympatycznego ale pochopnego inteligenta, którym strasznie łatwo jest manipulować. Porucznik Arek i Franz Maurer mają jakieś ogólnikowo nakreślone „backstory”: że kiedyś Kochali i się Nacięli, kiedyś byli Idealistami, a teraz już Wiedzą O Co Chodzi.

To backstory pasuje do kogoś takiego jak Dzidek albo Witek z „Przypadku”. Pomijając przecież ten cały samolot - zapewne w każdym wariancie Witka czeka życiowe rozczarowanie. Rozczaruje go albo partia, albo opozycja, albo miłość, bo Witek robi wrażenie człowieka, który jako trzydziestolatek nie umie się pogodzić z życiową prawdą, że „takie jest selawi”.

A jak już się pogodzi koło czterdziestki, to kosztem przeistoczenia się w tego wypalonego cynika. I dopiero w tej kreacji zresztą zrobił wreszcie zasłużoną karierę, bo wypalony cynik to idealny „gieroj naszego wriemieni” Trzeciej Rzeczpospolitej.

Siwy/Kapielowy

Porządny ubek powinien przede wszystkim przerażać. Z Franzem Maurerem lepiej nie zadzierać, ale nie robi wrażenie skondensowanego zła. Wirski już bardziej, ale jednak ma jakieś ludzkie cechy, wydaje się osobą, z którą dałoby się pogadać (choć tu nawet nie wystarcza zasada „lepiej z nim nie zadzierać”, bo nigdy nie wiadomo, kiedy on zadrze z tobą).

Nikt, naprawdę nikt (zapraszam do kontrprzykładów!) nie przerażał w roli ubeka tak jak Janusz Gajos. Brr! Jest straszny w „Przesłuchaniu” i jest straszny w „Psach”. Tu też lubię sobie wyobrażać, że ta druga postać jest kontynuacją tej pierwszej (chociaż oczywiście wiek się nie zgadza).

Seweryn zresztą też w „Uwikłaniu” Bromskiego gra jakby tę samą postać, co w „Człowieku z żelaza” - jego Prezes jest jakby kontynuacją Wirskiego. Co prowadzi do smutnego wniosku, że jesteśmy w tym kraju zatrzaśnięci w pułapce wiecznej sequelozy, w której te same postacie ciągle odgrywają ten sam dramat.

niedziela, 08 listopada 2015
My name is Kotek. Wlaz Kotek.

Bond to Bond. Do kina pójść po prostu trzeba. Ale szczerze mówiąc, „SPECTRE” oglądałem z narastającym poirytowaniem.

Scenariusz wydaje mi się fundamentalnie niedopracowany. Bond, jak wiadomo, jest jak planeta - świeci światłem odbitym. A prawdziwy, mroczny blask rzucają villain i henchmeni.

Czymże kreacja Rogera Moore’a bez Mayday i Nick Nacka. Czymże urok Seana Connery bez Goldfingera i duetu „Mr Kidd & Mr Wint”.

Dobry bondowski henchman (czyli zabójca wysyłany na Bonda w drugim akcie przez villaina, wciąż jeszcze przekonanego, że jest niepokonany) przechodzi do historii popkultury. Już nic nie pamiętamy z filmu, ale pamiętamy „tego faceta z zabójczym melonikiem” albo „tego faceta ze stalowym zgryzem”.

Henchmana ze „SPECTRE” zapominamy nim się skończy film. Jest szokująco bezbarwny. A villain?
Christoph Waltz jest w tym filmie jak operowa diva, którą zdeprawowany zylioner wynajął do zaśpiewania „Wlazkotka”. I diva owszem, daje z siebie wszystko. Ale im bardziej stara się włożyć jakieś emocje w arię o kotku, który mruga, tym bardziej widać, że to ejnt faken nessun dorma.

Na czym polega jego diaboliczny plan? Na stworzeniu globalnej sieci cyberinwigilacji.

Tak, dobrze słyszycie. Mam wrażenie, że wymyślili to jakieś 5 lat temu, na dobre przed Snowdenem. I nikt 2 lata temu nie zauważył, że intryga deczko się znieświeżyła.

A może zauważył, ale wszystkie gwiazdy już miały zaklepany brak poprawek do scenariusza. Łot ewa, kiedy już się dowiadujemy, co knują w tym filmie źli ludzie, słyszymy echo Doktora Evil, który się domaga okupu w wysokości „one million dollars” (and sharks with lasers!).

Waltz i tak ma lepiej, niż Monica Bellucci. Jej scena z Bondem przypomina filmy softporno z lat 70.
Spotykają się w besensownie nielogicznych okolicznościach. Po dialogu tak pozbawionym emocji, jakby pisał go sam Marek Piestrak, nagle się na siebie rzucają w niewygodnej pozycji i zaczynają dyszeć jak „Sapcio i Pufcio z wizytą u cioci”.

Radośnie przy tym ignorują fakt, że oboje się powinni gdzieś śpieszyć. I oboje nie mają też żadnego powodu, by odczuwać jakiś romantyczny nastrój włoskiego wieczoru. Dokładnie tak samo, jak w filmach z lat 70. ten roznosiciel pizzy, który przecież ma jeszcze do dostarczenia dwie kapricziozy i pepperoni, które jednak teraz stygną w jego skuterze, bo on tak po prostu pobiegł do sypialni wzywany przez dwie cycatki - i ani on się nie martwi, że go wywalą z roboty, ani te cycatki nie biorą pod uwagę, że obcy facet może im zajumać portfele, kiedy one się zaczną na jego oczach obmacywać.

A co najgorsze - ta scena nie wnosi absolutnie nic do fabuły. To jak niespodziewany pokaz nagości w filmie „Nad Niemnem”. Po prostu nagle robimy przerwę w pogoni za organizacją SPECTRE, żeby pokazać scenę erotyczną z Moniką Belucci.

OK, do tego każdy pretekst jest dobry, ale ja zapłaciłem za bilet na Bonda! A Bond - to sarkastyczne onelinery (i nie mówcie, że w Bondach z Craigiem ich nigdy nie ma, bo kto powiedział „yes, considerably” pociągając za spust albo „do I look like I give a damn?” barmanowi pytającemu, jak ma przyrządzić vodka martini?). To ratowanie świata przed straszliwymi szaleńcami. To innuendo z Moneypenny. To product placement naturalnie wpleciony w narrację.

OK, trochę tego było. Aktorzy dają z siebie wszystko. Ralph Fiennes, Andrew Scott i Ben Whishaw kradną show, wkładając w swoje „wlazkotki” mnóstwo ekspresji. Efekty specjalne też są fajne, ale bądźmy szczerzy, kogo dzisiaj w kinie kręcą efekty specjalne.

Kurczę, po „Casino Royale” i „Skyfall” naprawdę myślałem, że kiedyś napiszę, że miałem przyjemność żyć w czasach najlepszych Bondów ever. Po tym... po tym zatęskniłem za czasami Daltona.

Ale nie obwiniam o to Craiga (którego niezmiennie kocham) tylko scenariusz, ulepiony z materiału, którego nawet Auric Goldfinger by nie obrócił w złoto.

piątek, 30 października 2015
Wot durak!

Od rozważań o polskiej polityce warto odskoczyć do rozważań o polityce gdzie indziej - bo prowadzi to do pocieszającego wniosku, że tam jest jeszcze gorzej. W takiej Rosji na przykład.

„Durak” to kolejny krytyczny portret rosyjskiego państwa i społeczeństwa. Pod wieloma względami przypomina „Lewiatana”, głównego rywala „Idy” do Oscara.

Oba filmy dobrze świadczą przynajmniej o wolności słowa w rosyjskiej kinematografii - nie jest z nią źle. Ale tak poza tym wyłania się z nich obraz kraju, od którego najlepiej po prostu uciekać, bo nic się tam nie da naprawić.

W „Duraku” dość łopatologicznie przedstawia to metafora budynku, symbolizującego Rosję. To katastrofa budowlana, której nie sposób wyremontować, bo same fundamenty źle położono jeszcze pół wieku temu.

Mieszkańców trzeba jak najszybciej ewakuować. Ale nie ma dokąd. W mieście stoją wprawdzie nowowybudowane apartamentowce pełne pustych mieszkań, ale oligarchowie  wykupili je jako lokatę kapitału jeszcze zanim ruszyła budowa.

To wszystko nie może się więc dobrze skończyć tym bardziej, że kiedy budynek się zawali, zawalą się także lokalne układy i układziki. Ktoś przecież podpisał się pod przeglądem przeciwpożarowym, ktoś przecież wydał na lewo kasę, którą oficjalnie przeznaczano na remont generalny (w rzeczywistości - nieprzeprowadzony, bo niemożliwy do przeprowadzenia).

W „Lewiatanie” przynajmniej od czasu do czasu gdzieś w tle są jakieś ładne widoczki. W „Duraku” od pierwszego kadru do ostatniego, wszystko jest niesamowicie wręcz paskudne.

Upiorne miasto nie jest nigdy nazwane w samym filmie. Z ciekawości wyguglałem, gdzie to kręcono: niektóre wnętrza w Moskwie, ale straszliwe plenery (z owym budynkiem włącznie) w Tule.

Niezbyt daleko. Ale jakoś mnie nie ciągnie.

Prawdę mówiąc, w ogóle oba te filmy jakoś mnie jednak odrzucają. Nie umiem sympatyzować z głównymi, pozytywnymi bohaterami.

W „Lewiatanie” to przynajmniej jakoś tam było psychologicznie uzasadnione. Główny bohater tamtego filmu faktycznie miał trudny charakter i widzimy, jak przez to sam brnie w pułapkę, która się wokół niego zatrzaśnie.

Ale o co chodzi tytułowemu „Durakowi”? Jest tak strasznie bezkompromisowo uczciwy, że nie lubiłbym takiego typka w realnym życiu.

Na Zachód od Bugu mamy określenie na drobiazgowego przestrzegania każdego przepisu. Nazywa się to „strajk włoski” (Włosi, nawiasem mówiąc, nazywają to z kolei „białym strajkiem”).

W obu tych filmach, paradoksalnie, najsympatyczniejsze wydają się postacie negatywne. Skorumpowani urzędnicy, rozrywkowi oligarchowie, sarkastyczni cynicy.

Kiedy w tych filmach kobiety robią wyrzuty bohaterom pozytywnym („przez ten twój upór twoja rodzina żyje w nędzy!”), ja stoję po stronie tych kobiet. To one mają racje, a nie duracy w rolach głównych.

Nie wiem, może to jakaś bariera kulturowa, przez którą nie umiem zrozumieć Co Poeta Chciał Przez To. Tytuł „Duraka” to, jak rozumiem, sarkazm, bo twórca chciał gloryfikować szlachetną postawę głównego bohatera.

Ja to oglądam i myślę - masz chłopie tak wspaniały fach, którego ci z całego serca zazdroszczę jako drugorzędny felietonista. Jesteś hydraulikiem, złotą rączką, co to każdą rurę potrafi odetkać. W Warszawie żyłbyś jak król. Jeśli zamiast tego wolisz klepać biedę w tym bezimiennym miasteczku... nastajaszczyj z tiebia durak.

środa, 30 września 2015
Sceny-symbole i kadry-obrazy

Z okazji książki o ostatnich 10 latach polskiego filmu wróciłem do filmów z czasów mojej młodości. U zarania blogaska zrobiłem ranking najgorszych polskich filmów z lat 80. Teraz więc trochę przewrotnie - filmy najlepsze, acz jakby zapomniane.

koluszki

„Bal na dworcu w Koluszkach” podsumowuje to, co najlepsze i najgorsze w polskim kinie tamtej epoki. Mam do niego ogromny sentyment, bo z tego co pamiętam, w kinie 25 lat temu bawiłem się świetnie. Acz dziś już nie wyszło to tak dobrze.

Przez wiele lat problemem polskiego kina było przesunięcie z prozy w poezję. Każda postać musiała być Personifikacją. Każda scena Symbolem. Każdy kadr Obrazem.

Prowadziło to do rzeczy wielkich, ale czasem też do grafomanii. Ten drugi przypadek opisywałem w blogonotce sprzed prawie 10 lat.

Szczególnie irytujące to się robiło pod koniec dekady, kiedy mówienie ezopowymi aluzjami już nie wystarczało. Już chcieliśmy, żeby walić prosto z mostu z grubej rury. Inna sprawa, że następna dekada gruborurowej poetyki Pasikowskiego i Żamojdy wcale nie była taka fajna i dopiero teraz kino złapało Złoty Środek.

Dzisiaj „Bal na dworcu w Koszulkach” zrobiono by inaczej. Można by nawet gdybać, jak by to nakręcił Smarzowski, jak Palkowski, a jak Komasa. Wyjściowy pomysł mógłby pasować każdemu z nich.
Zima stulecia, sylwester 1978/1979. Śnieg zasypał tory, zabrakło prądu, pociąg dalej nie pojedzie. Wściekli pasażerowie chcąc nie chcąc stają się uczestnikami dworcowej imprezy.

A że są bohaterami polskiego filmu z lat 80., to każdy z nich jest Symbolem Czegoś Tam, a razem tworzą Przekrój Społeczeństwa. Momentami to bardzo fajnie wychodzi, ale cieszę się, że dziś filmy kręci się inaczej.

jork


Krzysztof Krauze uważał swój debiut „Nowy Jork, czwarta rano” za porażkę. Z czym się nie zgadzam, bo znów, w kinie bawiłem się świetnie.

Ale mogę się domyślić, że dla Krauzego - jednego z prekursorów nowego języka polskiego kina - to był pierwszy i ostatni krok w świecie peerelowskiej filmowej poezji. Bo w tym filmie znowu każdy ktoś coś symbolizuje, osobliwie Henryk Bista, który doskonale się odnajdywał w takich charakterystycznych postaciach drugoplanowych.

prom

„Ostatni prom” to znowu film zawieszony między estetyką dawną a nową. Z jednej strony, kręcony był już po politycznym przełomie, z poczuciem, że wszystko można. Z drugiej: jak wszystko można, to znaczy, że Przekrój Społeczeństwa możemy poszerzyć o sympatycznych solidarnościowców i wrednych ubeków, nazywając wreszcie rzecz po imieniu (ale dalej krążąc po symbolach i aluzjach).

Znowu więc mamy tutaj postacie-symbole i sceny-obrazy. Tak ikoniczne, jak Polacy wskakujący do morza z promu, który zawraca do kraju w związku ze stanej wojennym. Wyławia ich niemiecka straż przybrzeżna - zamiast im powiedzieć „won z powrotem, wy migranci ekonomiczni”. Choćby z tego powodu więc warto to sobie przypomnieć...

sobota, 26 września 2015
Irackie kredyty

Obejrzałem wreszcie „Karbalę” i śpieszę z odpowiedzią na dwa pytania, które zapewne najbardziej nurtują PT Komcionautów. Pierwsze dotyczy (ewentualnego) militaryzmu, drugie realizacyjnej tandety, dotąd dręczącej polskie filmy wojenne.

Może zacznę od drugiego. Choćby dlatego, że daje mi to naturalny pretekst do zawołania „hej, wydałem nową książkę!”.

W książce „10 lat emocji. Polskie kino 2005-2015” staram się opisać, jak PISF ucywilizował relacje w polskim kinie, dając szansę fachowcom od różnych okołofilmowych rzeczy takich jak trupy czy wraki na doskonalenie warsztatu, żeby ich trupy wyglądały należycie trupio, a wraki adekwatnie wrakowato. W książce opisuję to szczegółowo na przykładzie trupów w „Bogach”, ale zasada jest uniwersalna.

Człowiek potrzebuje poczucia minimum stabilizacji życiowej, żeby móc rozwijać tego typu umiejętności. W zawodach okołofilmowych nie było szans na taką stabilizację przed 2005, dlatego trupem był statysta, który miał leżeć i się nie ruszać.

A więc: nie mógł do niego podejść Tomasz Kot i zrobić od niechcenia sekcję, jak w „Bogach”. Że już nie wspomnę, że Bartłomiej Topa nie może puścić w niego serii z kałacha.

To samo z wrakami. To samo z ruinami. To samo z ranami postrzałowymi. Żeby te rzeczy wyglądały przekonująco, trzeba zawołać fachowca. A fachowiec to niejako z definicji ktoś, kto miał czas na zgromadzenie kwalifikacji.

„Karbala” była kręcona głównie w Warszawie, o czym wiedziałem, bo przeczytałem wcześniej wywiad w „Gazecie”, ale... po kwadransie przestałem o tym myśleć. Bo jest prawda czasu i prawda ekranu, ale ta druga jest tylko wtedy, gdy film robią fachowcy (o! i to jest słuszna koncepcja!).

Paździerza więc nie ma. A co z militaryzmem? Też go nie ma!

Chyba każdy z grona PT stałych komentatorów zna to uczucie „guilty pleasure”, towarzyszące oglądaniu filmów wyprodukowanych przez Jerry’ego Bruckheimera. Lubimy te efekty, lubimy te rozpierdziuchy, ale niedobrze nam się robi na widok tego łopoczącego gwieździstego sztandaru w finale.

Nie wiem, na ile w „Karbali” to zrobili specjalnie, ale scenę z postrzępioną, osmoloną, ostrzelaną polską flagę odebrałem jako świadomą parodię tego motywu. Nie wiem, ale się domyślam, bo zaraz potem jest kluczowa rozmowa z Amerykanami, że „tej bitwy nigdy nie było”.

Zresztą, co tu się domyślać. „No brainer”, jak mawia nasz Wielki Brat. Amerykanie pokazani są w tym filmie jako głupcy, zdemoralizowani technologiczną przewagą. Wydaje im się, że skoro mają te wszystkie wihajstry i dynksy, Irakijczycy mogą im naskoczyć. To pierwszy rok wojny, wielkie rozczarowanie dopiero przed nimi.

Polacy wszystko mają przestarzałe i mało wartościowe bojowo. Hej, przecież przyjechaliśmy tu na misję stabilizacyjną! Po co amunicja, przecież nie będzie do kogo strzelać!

Kiedy jeszcze Amerykanie lekceważą zagrożenie, Polacy już zaczynają przerabiać swoje rzęchowate Honkery na wozy bojowe. To jest kapitalna scena - ta szlifierka, tnąca metalowe płyty, te kamizelki kuloodporne mocowane do drzwi taśmą.

„Nikt nas nie szkolił na takie sytuacje!” - mówi tuż przed kulminacją główny bohater, kapitan Kalicki (Bartłomiej Topa). Ale właśnie dlatego potem następuje kulminacja - improwizowane i skuteczne działanie.

Żołnierze z tak zwanego „normalnego kraju” pewnie by się na coś takiego nie zdobyli. Holendrów też nikt „nie szkolił” na Srebrenicę, Belgów na Kigali a Amerykanów na Mogadiszu. Najprościej zamachać białą flagą, tego pewnie uczą na pierwszym roku w West Point.

Z całym szacunkiem dla talentu Topy, show kradnie mu aktor drugoplanowy - Leszek Lichota, mistrzowski w roli kaprala Maleńczuka, archetypalnego „statego wiarusa”. Maleńczuk swoje wie, niejedno widział, niejedną kurwą rzucił.

Scena, w której ciężko ranny i śmiertelnie zmęczony, jednak rzuca smutnym „no kurwa...” i oddaje decydującą serię, dzięki której ten film jednak ma coś w rodzaju happy endu, wejdzie do historii polskiego kina na równi z „człowieku, po coś uciekał?” mistrza Wajdy. I znów nie wiem, na ile to świadome, ale widzę tu nawiązanie do szkoły polskiej sprzed pół wieku.

Ta wojna przecież nie miała sensu i film nie udaje, że było inaczej. Tak wracamy do punktu pierwszego - czy tu jest militaryzm?

Nie. Jest, owszem, hołd dla ludzi, którzy tam pojechali. Po co? A po to, po co my wszyscy wykuwamy pekab, każdy po swojemu. Bo kredyty się same nie spłacą. Czy potrzebujemy innej motywacji?

Sama wojna w Iraku spotyka się tu z miażdżącą krytyką. Reżyser nie bawi się w aluzje, na które byli skazani twórcy „szkoły polskiej”. Przekaz jest prosty: Ameryka to kolejny Wielki Brat, który robi nas w konia tak samo, jak poprzedni.Tu nie ma militaryzmu, w takim samym sensie, w jakim film „Dzień kobiet” nie ma hipermarketyzmu. Bohaterowie „Karbali” pojechali na wojnę, bo mieli kredyty do spłacenia. Jak my wszyscy.

niedziela, 10 maja 2015
Optymizm Petera Thiela

Peter Thiel, choć i tak uważam go (i jemu podobnych) za chciwego socjopatę, powiedział w zeszłym roku coś, z czym się w gruncie rzeczy zgadzam. Poskarżył się na brak porządnego science-fiction o podboju kosmosu - zamiast tego, mamy jedną za drugą dystopię o ponurej przyszłości, którą nam zgotuje dyktatura Petera Thiela (i jemu podobnych).

Zgadzam się z tymi dystopiami. Uważam, że przyszłość będzie wyglądać jak w powieściach „Ready Player One” i „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna”. Ale bez względu na to, co myślę o przyszłości - brakuje mi oldskulowo optymistycznej science-fiction.

Dlatego „Marsjanin” Andy’ego Weira to była dla mnie miłość od pierwszej strony. Tam jest wszystko to, czego mi od tak dawna brakuje.

To jakby z „Instersellara” i „Grawitacji” wyciąć pieprzenie o miłości i osobistych problemach bohaterów - co tam dręczyło tą całą Bullock? trauma po rozwodzie? trauma po porodzie? hudefakkejrs! - a zostawić tylko śluzy, skafandry i ogólną poezję zawartą w słowach typu „Roger that, mission control, activating manual override”.

Jeśli ktoś jakimś cudem nigdy o tej powieści nie słyszał, blurbowe podsumowanie: Mark Watney uczestniczy w trzeciej załogowej wyprawie na Marsa. Wyprawę przerwał wypadek.

Podczas burzy piaskowej Watney został uznany za zmarłego, reszta zaś ewakuowała się w trybie awaryjnym. Watney musi znaleźć sposób na przeżycie - a sytuacja wygląda tym bardziej beznadziejnie, że na Ziemi nikt nie wie, że przeżył.

Autor podobno włożył dużo wysiłku w to, żeby powieść była maksymalnie realistyczna od strony naukowej. Jeśli są jakieś nieścisłości, są poza moim obszarem kompetencji, więc mnie kupił (może ktoś z komcionautów coś wynorał?).

Jest oczywiście jedna fundamentalna nielogiczność, która mnie walnęła na samym początku, gdy bohater tęskni do rodziny - ofkors! - i wzdycha, że „dałby wszystko, żeby móc ją powiadomić, że żyje”. Następny akapit zarotuję ze względu na spojlery.

„Hxłnqnw xnzvravr zbefrz, mvą” - bq enmh cbzlśynłrz ceml grw fpravr. Cbgrz obungre j xbńph anjvąmhwr łąpmabść m mvrzvą v qbcvreb m Ubhfgba qbjvnqhwr fvę, żr pnłl pmnf tb bofrejhwą. Qbcvreb jgrql mnpmlan hxłnqnć xnzvravr zbefrz. Zrfmhtr!

Poza tym oczywiście nie wierzę w żadną załogową wyprawę na Marsa. Gdy Ameryka zaczynała program Apollo, górna stawka podatku dochodowego wynosiła 91%. Nic dziwnego, że mieli z czego budować autostrady i rakiety kosmiczne.

Teraz górna stawka to 39.6%. To nie wystarczy nawet na bieżące remontowanie tych autostrad, które zbudował Eisenhower. Wszystko po to, żeby Peter Thiel sobie mógł kupić fafnasty odrzutowiec. Jak tęskno za dawną glorią NASA, niech się wysmarka w studolarówki.

Główny bohater jest postacią nieznośnie stereotypową, takim typowym all-american hero o kwadratowej szczęce. Zdecydowanie bliżej Kirka niż Picarda. W filmie ma go grać Matt Damon i już mi się robi niedobrze na myśl, jak Damon zinterpretuje niektóre teksty Watneya, które brzmią czerstwo nawet na papierze.

Wszyscy w NASA są nieznośnie stereotypowymi nerdami, z wyjątkiem rzeczniczki prasowej, która z kolei ciągle teatralnie wzdycha, że otaczają ją same nerdy. To już prowadzi do nieintencjonalnego komizmu.

W NASA jeden z pomysłów na uratowanie Watneya zyskuje nazwę kodową „Projekt Elrond”. Rzeczniczce oczywiście ta nazwa nic nie mówi, a gdy jej to ktoś wyjaśni, woła, że „nikt z was nie miał dziewczyny w liceum”.

„Władca Pierścieni” jako sekretna kultura nerdowska, znana tylko nielicznym w tajemniczonym i gwarantująca, że licealista nie getnie lajda? Andy Weir spędził ostatnie 30 lat w śpiączce? Witamy na planecie Ziemia, gdy kina robią walentynkowe promocje „Władcy Pierścieni”, „Gwiezdnych wojen” i „Star Treka”.

Nawet ten running joke o „nerdach z NASA” jestem gotów autorowi wybaczyć, bo można go odebrać jako właśnie nawiązanie do kultury geekowskiej sprzed 30 lat, kiedy jeszcze była czymś fajnym. A nie mizogyniczną walką z „etyką w dziennikarstwie growym”.

Ta manifestacyjna oldskulowość powieści prowadzi do paradoksalnego skutku. Pustynny Mars wydaje się gościnniejszą planetą niż Ziemia, bo przynajmniej gdy człowiekowi grozi śmierć głodowa na Marsie, to jest wielki dramat i cały świat się bardzo przejmuje. A na Ziemi to business as usual, przecież fafnasty odrzutowiec Thiela sam się nie sfinansuje.

sobota, 28 lutego 2015
Czarno-białe snuje

Z okazji triumfu „Idy” lutowy ranking od czapy postanowiłem poświęcić polskim filmom, których reżyserów nie było stać na kolorową taśmę. Czyli polskim czarno białym snujom, takim jak „Ida”.

Choć te rankingi są tak subiektywne, że aż od czapy - to jednak nawet mi zadrżałaby klawiatura, gdyby na pierwszym miejscu było coś innego, niż „Rękopis znaleziony w Saragossie”. To po prostu jeden z najlepszych filmów „tak w ogóle”, a więc na pewno także podzbioru „najlepszych polskich czarno białych”.

Wojciech Has wyczarował w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej siedemnastowieczną Hiszpanię, pełną sił nadprzyrodzonych - żywych wisielców, kabalistów i mauretańskich widm. Co tu dużo gadać, jeśli ktoś nie widział tego filmu, to po prostu powinien.

Mam ogromny sentyment do filmu Jerzego Skolimowskiego „Bariera”. Jego znajomość jest trochę bardziej hipsta, bo po 1968 Skolimowski znalazł się na indeksie. Jego „Ręce do góry” w ogóle trafiły na półkę, a „Bariery” już nie pokazywano.

To obowiązkowa pozycja dla miłośnika dziwnych miejsc w Warszawie (np. możemy w nim zobaczyć skocznię narciarską na Mokotowie z czasów jej świetności). Ja lubię ten film, bo podobnie jak Ida, traktuje o moim ulubionym temacie - dwudziestoparolatka podejmującego Ważne Życiowe Decyzje.

Dialogi należą do najbardziej poetyckich w polskim kinie, że zacytuję moją ulubioną rozmowę głównego bohatera (Jan Nowicki) z oberkelnerem (Ryszard Pietruski):
- Za pięćdziesiąt mówię „panie radco”, za sto „szefie”, dwieście „prezesie”, „minister” u mnie pięćset kosztuje.
- To poproszę za sto.
- Tak jest, szefie.

Bardzo też lubię „Pociąg” Kawalerowicza - kameralną tragikomedię antyromantyczną. Główni bohaterowie (Lucyna Winnicka i Leon Niemczyk) są już poza taką fazą życia, w której wierzy się w nagłe porywy uczuć.

Cokolwiek się między nimi wykluje, nie będzie mieć znaczenia. Dlatego to wykluwanie się tak ciekawie ogląda.

Reszta pasażerów przeżywa jednak swoje dramaty, większe i mniejsze, straszne i zabawne. Wśród nich - Staszek, niewydarzony amant głównej bohaterki, swoim autodestrukcyjnym zachowaniem w jakiś przerażający sposób przepowiadający śmierć grającego go aktora (Zbigniew Cybulski).

„Nóż w wodzie” Polańskiego tylko jako honorejbl menszyn, bo każdy to przecież oglądał ze sto razy...

czwartek, 29 stycznia 2015
Je suis Charlie (la suite)

Masakra w Charlie Hebdo spowodowała, że przypomniałem sobie, jak bardzo zawsze lubiłem frankofońskie komiksy. Stąd styczniowy ranking od czapy.
Partia polowan
Wzorem superdoskonałości w tej materii zawsze było dla mnie „Partie de Chasse” duetu Enki Bilal / Pierre Christin (1983). Polski tytuł „Polowanie” nie do końca oddaje dubl antandr oryginału - w tym wypadku akurat pasowałoby też pozornie błędne tłumaczenie „Partia polowań”.

Komiks jest graficzną metaforą partii komunistycznej. Na początku lat 80. w zamkniętym ośrodku wypoczynkowym spotykają się na polowaniu działacze komunistyczni. Bohaterowie są fikcyjni, ale każdy z nich symbolizuje jakąś prawdziwą biografię ówczesnych komunistów.

Czewczenko, „stary bolszewik”, symbolizuje kogoś, kto przetrwał wszystkie czystki i ciągle siedzi w Politbiurze, trochę jak Susłow (1902-1982). Gospodarz polowania, Tadeusz Boczek to polski komunista, odsunięty na boczny tor.

Günther Schütz, reprezentant NRD, to chłodny technokrata, dla którego komunizm to tylko kwestia sprawnego zarządzania. Wasyl Stojanow (Bułgaria) to partyzant, kiedyś o mało co nie stracony za titoizm - i tak dalej.

Nagle na polowaniu ginie ktoś ktoś typowany na nowego numer jeden. Kto go zastąpi? Śmierć wywołuje u bohaterów autorefleksję - jak to u Bilala, rzeczywistość miesza się ze snem. Życiowy dorobek bohaterów okazuje się bezsensownym polowaniem na przypadkowe ofiary.

Po 1990 kolejne wydania (w tym polskie) uzupełniano o epilog, pokazujący koniec „partii polowań”.
Kurczak
Poulet aux prunes” („Kurczak ze śliwkami”) Marjane Satrapi (2004) to jeden z powodów, dla których tak bardzo mnie śmieszą hiperpoprawni lewicowcy, którzy potępiają „Charlie Hebdo” za obrażanie uczuć muzułmanów. Wyobrażają sobie, że muzułmanie we Francji to tylko zastraszeni biedni imigranci wykładający chemię w supermarkecie.

No jednak nie. To także na przykład Satrapi, która nie wypiera się swoich korzeni. W jej komiksach często rozmawia się o Bogu czy cytuje poezję Omara Chajjama. Jednym z bohaterów „Kurczaka” jest demoniczny anioł Azrael.

Infantylna wizja islamu jako czegoś w rodzaju rozkapryszonego dziecka, któremu wszystko trzeba wybaczać, bo jak nie dostanie zabawki to zrobi bałagan w swoim pokoju, płynie z orientalizmu rzekomych postępowców.

„Kurczak ze śliwkami” nie jest komiksem politycznym, ale jest opowieścią o depresji, w której Iran pogrążył się po zamachu stanu z 1953 roku. Anglo-amerykański wywiad pomógł wtedy obalić demokratycznego, świeckiego i liberalnego premiera Mossadegha, zamieniając Iran w groteskową dyktaturę szacha Reza Pahlaviego.

Nadzieje wielu zwyczajnych ludzi na normalne życie zostały wtedy podeptane. Tak jak w naszych czasach w Syrii i w Iraku.

Zachód ma za sobą kilkadziesiąt lat zdradzania sił prodemokratycznych w świecie islamu, bo ważniejsze są zawsze interesy British Petroleum albo Halliburtona. To tu jest źródło problemu, a nie karykatury Proroka...
Mgla na moscie
Gdy zdjąłem z półki swój egzemplarz „Brouillard au pont de Tolbiac” („Mgła na moście Tolbiac”), znalazłem swoją zakładkę sprzed ćwierć wieku: bilet ZTM „dwukrotnego kasowania” na sumę 2 x 3000 złotych. Dwukrotnie skasowany, ówczesnym „dziurkowym systemem”.

Kupiłem ten komiks na pamiątkę po studenckiej wyprawie do Paryża. Spaliśmy pokotem na podłodze w mieszkaniu pewnego Araba, który nocą zmywał naczynia w restauracji, umowa była więc taka, że gdy rano wraca z pracy - my mamy zniknąć na cały dzień. Pasowało nam, bo płaciliśmy za ten nocleg ulubioną studencką cenę. Rien de rien.

Pamiątkowa wartość bierze się z tego, że akcja komiksu działa się w dzielnicy, w której mieszkaliśmy - dzielnicy trzynastej (Les Gobelins). „Mgła” to adaptacja powieści kryminalnej Leo Maleta (1956), który wymyślił prywatnego detektywa Nestora Burmy, byłego (?) anarchistę o melancholijno-cynicznym poczuciu humoru, który w każdym tomie prowadzi śledztwo w innej dzielnicy.

Trzynasta 60 lat temu była zdominowana przez repatriantów (to lepsze słowo niż „imigranci”) z Algerii. Dziś raczej z Indochin, tak czy siak, to dzielnica bardzo multi-kulti.

Tyle że we Francji człon „kulti” jest traktowany bardzo serio. We Francji bestsellerami są komiksy o Iranie, Wybrzeżu Kości Słoniowej czy Polsce.

Amerykanie nie potrafią opowiadać o innych kulturach, potrafią najwyżej opowiadać o „Amerykaninie w innej kulturze” (w Paryżu, w Tokio, w Manili). Dlatego z kolei wszystko na co ich stać, to głupkowata tabuizacja. Niech żyje Francja!

niedziela, 28 grudnia 2014
Punkt bez powrotu

Nie ustają dyskusje na temat „Idy”, pozwolę sobie więc wrzucić swoje trzy eurocenty. Przeczytałem krytyczne recenzje, w których filmowi zarzuca się cechy, za sprawą których mi się podobał. Jestem wdzięczny Pawlikowskiemu, że zamiast zaspokajać potrzeby różnych nudziarzy, nakręcił coś dla mnie.

Oczekuję po filmie rozrywki. Odrzuca mnie od kina, które składa (z założenia moim zdaniem fałszywą) obietnicę Borykania Się z Najważniejszymi Faken Problemami Świata.

Borykać się na serio to można najwyżej próbować w eseju. Film fabularny się do tego nie nadaje.
Pełnometrażowy film musi przede wszystkim zmieścić się w określonym formacie. Scenariusz musi być podzielony na akty, role pierwszoplanowe oddzielone od drugoplanowych, fabuła musi być rozpięta na łuku „story arc”.

Tarantino może się wydawać realistyczny bo ma wartkie dialogi i wybuchowe efekty, ale to wszystko sztuczne jak teatr antyczny. Nie widzimy masek i koturnów, bo od małego Disney z Dreamworksem przyzwyczajają nas do tej konwencji.

Zarzuty najczęściej sprowadzają się więc do tego, że „Ida” nie podejmuje na serio tematu o Złożonych Relacjach Polsko Żydowskich, jest pozbawiona duchowości, postacie są stereotypowe i brakuje wyraźnego zajęcia stanowiska. Zgadzam się z tym i dlatego właśnie mi się podobało!

Z „Idą” miałem tak jak z „Rewersem”. Wołami trzeba było mnie zaciągać, bo na poziomie streszczenia mnie wszystko odrzucało. Agata Buzek dręczona przez ubeckich oprawców, Krystyna Janda w roli matki Polki cierpiętnicy, no po prostu zadzieram kiecę i lecę.

„Rewers” wzbudził mój zachwyt tym, że stalinizm jest w nim tylko stereotypowym tłem do zupełnie innej fabuły, zaczerpniętej z klasyki popkultury. To przeniesiona w polskie lata 50. historia opowiadana przedtem wielokrotnie przez najlepszych (najwięcej sentymentu mam do wersji z Peterem Lorre, by tak rzecz bezspojlerowo).

„Ida” na początku sugeruje, że fabuła pójdzie w stronę klasycznego polsko-rosyjskiego snuja metafizycznego, ale szybko okazuje się być stylowym road movie. I jak w klasycznym road movie, prawdziwym celem podróży okazuje się poznanie siebie samego, a nie pokonanie drogi z punktu A do punktu B.

Podróż Idy przypomina mi podróż Anduli z „Miłości blondynki” Formana (bo też i w ogóle cały film ma więcej wspólnego z czeską Nową Falą niż polskim kinem religianckim). Obie dziewczyny stoją na progu dorosłości i obie wyruszają w największą podróż swojego dotychczasowego (i zapewne także przyszłego) życia.

I obie - przepraszam za spojler, ale poprzedni recenzenci się nie obcyndalali, to i ja nie muszę - w finale podejmują taką samą decyzję. O powrocie z punktu B do punktu A prim. Jedna wraca do zakonu, druga do fabryki butów.

Ten zakon jest metaforą, tak samo jak ta fabryka. Oczekiwanie po „Idzie” prawd duchowych jest dla mnie równie meszuge, jak oczekiwanie od Formana prawd obuwniczych.

Wejście w dorosłość polega na odrzucenie dziecinnych marzeń. Wszyscy mamy w życiu taki Punkt Bez Powrotu, w którym dostajemy nieodwołalny wyrok od Tiary Przydziału: ten do korpo, ta do zakonu, ten do biznesu, ta do fabryki butów.

Nie można się przygotować na ten moment, bo przychodzi nagle, jak w „Przypadku” Kieślowskiego. Jedno jest pewne, po latach te nasze infantylne wyobrażenia o dorosłym życiu, które snuliśmy przed Punktem Bez Powrotu, będziemy wspominać już tylko dla beki, jak narrator „I twoją matkę też” Cuarona (filmu drogi o podobnym przesłaniu).

Chcemy pokazać uspriawiedliwienie, coś pościemniać (na tym mniej więcej polegają Centralne Fantazje hipsterów). W szkole to działało!

Ale Tiara Przydziału ma gdzieś nasze zaświadczenia o dysleksji i zwolnienia z wuefu. Ugramy tym najwyżej jeszcze gorszy wyrok, tyle że parę lat później.

Tak, ja też wiem, że według Paolo Coelho i Beaty Pawlikowskiej nigdy nie jest za późno i wystarczy chcieć. Cóż, oni akurat od Tiary Przydziału dostali monetyzację pocieszycielskich pierdoletów.

O tym jest dla mnie właśnie „Ida”. O tym, że Wielkie Wydarzenia Historii nie dotyczą nas bezpośrednio, bo to nie my w nich bierzemy udział, tylko wszyscy ci Wałęsowie i Mazowieccy.

Ale za ich sprawą lądujemy w korpo, w zakonie albo w fabryce butów. Bez prawa do powrotu.

poniedziałek, 22 września 2014
Chatka w gąszczu stereotypów

Z opóźnieniem obejrzałem film „The Cabin in the Woods”, który tak mi się sposobał, że niniejszym polecam blogobywalcom tego allegrowicza. Trailery ukrywają, że film jest tyleż horrorem, co komedią - ale nie w sensie jawnej parodii, jak w serii „Straszny film”, już raczej w sensie „Krzyku”.

Podsumowałbym to jako „TV Tropes - The Movie”. Hasło tego filmu na TV Tropes to w końcu niemalże spis treści całego serwisu.

Fabuła to skrzyżowanie „Evil Dead”, „Piątku trzynastego”, „Wzgórze mają oczy” i „Teksańskiej masakry”. Grupa studentów jedzie na szalony weekend do leśnej chatki na odludziu.

Po drodze zatrzymują się na tankowanie. Dziwny pracownik stacji spluwa znacząco i spogląda spode łba, gdy się dowiaduje, dokąd jadą, aluzyjnie dając do zrozumienia, że nie spodziewa się, że stamtąd wrócą.

Wiemy co się stanie, bo już widzieliśmy te poprzednie filmy. Od klasycznego „teen slashera” film odróżnia wątek, którego prawie w ogóle nie widać w trailerach.

Straszny los studentom zgotuje jakaś dziwna organizacja, która w ogóle nie przypomina typowej mrocznej sekty czcicieli zła z tego typu horrorów. Film zaczyna się nie tyle od studentów, co od dwóch znudzonych pracowników korporacji, którzy przy automacie z kawą rozmawiają o sprawach osobistych.

Właśnie - korporacji? Urzędu? Cholera wie. To się nie wyjaśnia, ale wiemy, że to hierarchiczna instytucja, w której stażyści narzekają, że nie nalicza im się nadgodzin, a poszczególne piony uczestniczą w puli zakładów o to, jakie mroczne siły zła wykończą naszych biednych studentów.

Lekki spojler: jltenł qmvnł xbafrejnpwv, bofgnjvnwąp „MBZOVR ERQARPX GBEGHER SNZVYL”.
O co chodzi tej instytucji, dowiadujemy się w finale. W filmie złożonym ze stereotypów nie mogło zabraknąć Finałowego Spiczu Evil Overlorda.

Ten motyw zachwycił mnie jednak na dwóch poziomach. Na poziomie struktury narracyjnej - jako metanarracyjna refleksja na temat kompozycji typowego horroru.

Przecież wiemy, że studenci zginą (przynajmniej większość z nich). Zastanawiamy się tylko, co ich zabije (w piwnicy odnajdą Necronomicon? przyjdą sadystyczne rednecki? jeden z nich okaże się seryjnym mordercą?).

Sposób rozumiwania twórcy i odbiorcy tego typu widowiska przypomina trochę właśnie działanie takiej rutynowej, biurokratycznej instytucji. Znudzony Richard Jenkins przesuwa w odpowiednim momencie wajchę z napisem „RELEASE THE KRAKEN”.

Na szerszym poziomie wydaje mi się to zabawną refleksją cywilizacyjną. Tak przecież wygląda nowoczesne zło.

Za sprawą popkultury i kultury mainstreamowej wierzymy, że największym złem jest ludobójczy szaleniec. Hitler, Stalin albo Szalony Naukowiec z filmu science-fiction.

Podpierając się autorytetem Hannah Arendt („Eichmann w Jerozolimie”) i Stanisława Lema („Podróż jedenasta”) powiem, że największym zbrodniarzem jest „podstarzały, zaschły mężczyzna w szarym ubraniu, z bufiastymi zarękawkami, jakich używają biurowi urzędnicy”, który siedzi „za biurkiem, zawalonym papierami, strona po stronie wypełniając zadrukowane formularze”.

Te formularze mogą zawierać plany sprzedażowe Oberösterreichische Elektrobau AG, a mogą transporty do obozów zagłady. Jemu to zajedno.

Dzisiaj oczywiście to wszystko wygląda nowocześniej. Nie ma już bufiastych zarękawków, jest automat z kawą, stół pingpongowy i hamak dla relaksu. A formularze to dzisiaj tabelki w Excelu. Ale zasada ta sama.

Richard Jenkins z „The Cabin in the Woods” to najbardziej przerażający filmowy villain, jakiego ostatnio widziałem w horrorach. Nie dlatego, że wymachuje piłą łańcuchową tylko właśnie dlatego, że jest miły, uśmiechnięty i bardzo zaangażowany w swoją pracę.

czwartek, 13 lutego 2014
Los Angeles, 2019

Los Angeles, 2013

Los Angeles, 2019. Dla miłośnika science-fiction to wyjątkowy czas i miejsce. Ja już leniwie planuję podróż-pielgrzymkę do Bradbury Building (na zdjęciu dach, TEN DACH, zaznaczony strzałeczką).

Ciekawe, czy w 2019 będę jeszcze dziennikarzem? Czy będę jeszcze blogerem? Ze względu na #upadekwszystkiego ciągle sobie zadaję takie pytania.

I może dlatego właśnie film „Ona” wydaje mi się niebezpośrednią polemiką z „Blade Runnerem”. To będzie notka bezspojlerowa, bo skupiona na ubocznym wątku tego filmu, jakim jest wizja Los Angeles przyszłości.

Podobieństwa są intrygujące. W obu filmach Los Angeles jest pełne wieżowców, których jeszcze nie ma (trochę ich jest, ale niewiele ponad to, co na załączonej fotce). Skyline Los Angeles z „Onej” zapada w pamięć tak samo jak z „Blade Runnera”.

Oba filmy traktują o samotności - w „Blade Runnerze” mamy samotnych ludzi (ahem, nie wnikajmy) w futurystycznym Los Angeles, Tyrella z własną piramidą, Deckarda z małym mieszkankiem i J.F. Sebastiana, który ma do dyspozycji cały Bradbury Building, bo kto mógł, ten już wyemigrował na pozaziemskie kolonie, w Los Angeles zostali tylko Chińczycy i nieudacznicy.

Oba traktują też o sztucznej inteligencji i o tym, jak ta sztuczna inteligencja próbuje zrozumieć ludzi. Obserwuje ich, imituje ich zachowania, próbuje zrozumieć.

W obu w rozmowie między człowiekiem a sztuczną inteligencją pada prośba „opowiedz mi o swojej matce”, aczkolwiek rozmowa przebiega odwrotnie. Bo też i „Ona” jest jakby rewersem „Blade Runnera”.

Los Angeles w „Onej” jest piękne, wysprzątane i zadbane. Zawsze jest ładna pogoda - do tego stopnia, że bohater kasuje bez czytania wiadomość od newslettera z prognozą pogody (wyobrażenie IT w tym filmie jest mocno nieżyciowe - newsletter z prognozą pogody? there’s an app for that!).

W prawdziwym Los Angeles budowa metra na zachód jest od kilkudziesięciu lat blokowana przez wpływowych mieszkańców bogatych dzielnic, które nie chcą się czuć zbyt dobrze połączone z South Central czy, lajk, Doliną. Ich stać na taksówki, a czym dojeżdżają ich meksykańscy ogrodnicy, to im już zwisa.

W filmie „Ona” metro tymczasem dociera do samego oceanu. Działa tak dobrze, że główny bohater w ogóle nie odczuwa potrzeby posiadania samochodu.

Chodzi po Los Angeles na piechotę (!), dalsze dystanse pokonując metrem. Nawet do wynajętego domku na odludziu jedzie pociągiem. Film sugeruje, że w Ameryce za kilkadziesiąt lat wreszcie ruszy odpowiednik europejskiego TGV.

Los Angeles przyszłości stworzono miksując zdjęcia z prawdziwego Los Angeles i z Szanghaju. Geografia filmu jest pełna sprzeczności - z okna mieszkania głównego bohatera widać budynki, które rzeczywiście istnieją, ale nie pasują do nazwy osiedla „Beverly Wilshire” (chyba, że założyć, że osiedle o takiej nazwie będzie dostatecznie daleko od Beverly Drive, żeby bohater miał za oknem One Wilshire).

Prawdziwe Los Angeles jest miastem, w którym na większości terytorium w ogóle nie widać białych ludzi. Chowają się w kilku enklawach klasy średniej i wyższej, przede wszystkim na zachodzie aglomeracji.

„Blade Runner” ekstrapolował tą tendencję pokazując miasto, w którym biała klasa średnia barykaduje się odizolowanych budynkach. W „Onej” odwrotnie, całe Los Angeles wydaje się być w klasie średniej. Bezdomni i bezrobotni zniknęli.

Pojawia się oczywiście pytanie - gdzie? Jak Los Angeles dokonało Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Skid Row?

Focia przedstawia Downtown LA o wschodzie słońca (tradycyjny jetlagowy atak bezsenności), widziane od północy. W nocy te ulice, których siatkę widzimy na pierwszym planie (Main i Los Angeles versus trzecia gdzieś do piątej), należą do bezdomnych.

Trzecia ulica oficjalnie uważana jest za północną granicę Skid Row. W nocy w tej dzielnicy wyrasta koczowisko, improwizowane shanty town, w którym bezdomni budują przemyślne konstrukcje z kartonów i wszystkich odpadów, jakie wpadły im w ręce. W dzień znikają, ale zostają po nich ślady.

Kapitalizm taki, jakim go znamy, nie jest w stanie rozwiązać tego problemu. W „Onej” go rozwiązano. Jak? Czy zmienił się ustrój, czy jeszcze coś innego? Sterylność futurystycznego Los Angeles w tym filmie budzi niepokój przez to, że brak wyraźnej odpowiedzi na to pytanie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14