Ekskursje w dyskursie
wtorek, 15 stycznia 2019
Nienawiść (duet)

Pytanie „kto zatruł polski dyskurs nienawiścią” wydaje mi się tyleż jałowe, co niebezpieczne społecznie. Takie pytania prowadzą nas do tradycyjnego bałkańskiego „nie mam nic do Chorwatów, ale chcę pomścić dziadka, zamęczonego przez ustaszów”, a więc dawaj, generujmy kolejne powody do zemsty.

Moim zdaniem, nikt nie zaczął, bo nienawiść jest w polityce stałym elementem. Oś nienawiści „PiS” / „Antypis” narastała w pierwszej dekadzie XXI wieku równolegle do zaniku osi nienawiści „postkomuna” / „postsolidarność”.

Ta druga osłabła tak bardzo, że nagle osoby związane z SLD są teraz mile widziane w mediach pisowskich. I w ogóle Czarzasty zdaje się już przeszkadzać już tylko garstce lewaków.

Gdyby w 2010 ktoś powiedział braciom Karnowskim, że zaprawdę powiadam, nie przeminie jeszcze ta dekada, a Aleksandra Jakubowska będzie u was stałą felietonistką, to by się zapluli w oburzeniu, że potwarz, oszczerstwo, ostateczne przekroczenie wszelkich granic. „Nasza mocna odpowiedź!” (etc.).

Mam czytelników, którzy nie pamiętają lat 90. z racji przywileju późnego urodzenia. Mogą się dziwować, „a za co można było nienawidzieć obozu postolidarnościowego”.

Otóż przede wszystkim za Balcerowicza. Jak już parę razy pisałem, w 1991 uczestniczyłem jako wolontariusz w przegranej kampanii Piotra Ikonowicza w Radomiu, łaziłem od mieszkania do mieszkania i nasłuchałem się wielu ludzkich tragedii.

Ci ludzie nienawidzili (a) obozu politycznego, który obwiniali o swoją kondycję (b) mediów i autorytetów, które ich obrażały, mówiąc im, że sami są sobie winni, bo są „homosowietikusami” lubo też „roszczeniowo-populistycznym elementem antyreformatorskim”.

Rozumiałem ich nienawiść. Rozumiałem też jej drugą składową, związaną z zaniepokojeniem rosnącymi świeckimi wpływami kościoła. W latach 90. tylko postkomuniści od czasu do czasu wyrażali sprzeciw.

Nieśmiało, na pół gwizdka (stąd niestety konkordat!) - ale tylko oni. Dlatego aż do 2011 jeśli głosowałem, to na lewicę, co w praktyce niemal zawsze oznaczało postkomunistów.

W latach 90. wiele było takich dni, że jak człowiek szedł spać, to nie wiedział w jakim ustroju się obudzi. Tym bardziej, że demokracja była młoda, a większość dekady przejechaliśmy na prowizorium konstytucyjnym.

Dziś w wielu sprawach możemy się odwołać do doświadczzenia. Wtedy nie było wiadomo co będzie, gdy prezydent i premier będą z wrogich obozów, albo gdy upadnie rząd, albo gdy prezydent spotka się z generałami celem namawiania ich do wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi (Lech Wałęsa, 29 września 1994).

Podczas wyborów w 1995 prezydencki minister Andrzej Milczanowski oskarżył premiera Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Zarzuty okazały się bzdurą, ale dopiero po wyborach.

Mimo tego brudnego chwytu, Kwaśniewski jednak wygrał. Obóz solidarnościowy probował to zablokować w sądzie pod błahym pretekstem, że Kwaśniewski przypisał sobie wykształcenie wyższe, choć nie obronił dyplomu.

Przez kilka strasznych tygodni nie wiedzieliśmy, czy premier jest rosyjskim szpiegiem i kto wygrał wybory. Cud, że wtedy nikt nie zginął, bo poziom nienawiści był podobny.

Potem solidaruchy jeszcze podkręciły bębenek, gdy w 1997 Tomasz Wołek opublikował serię tekstów Jacka Łęskiego i Rafała Kasprowa, oskarżających o agenturalność Kwaśniewskiego (też bezpodstawnie). Teraz Wołek i Łęski są, zdaje się, po przeciwnych biegunach osi nienawiści, wtedy byli w jednym.

Ja to zawsze oglądam z pozycji rozbitka, co to nigdzie nie jest „u siebie”, bo najbardziej to bym chciał głosować na lewicę nordycką. SLD i PO to dla mnie tylko mniejsze zło.

Nienawiść w polityce jest jak bieguny magnetyczne. Nie można pokroić magnesu tak, żeby mieć tylko jeden biegun - dostaniemy dwa magnesy, oba z północnym i południowym.

Oś nienawiści komuchy/solidaruchy wygasła razem z komuchami. Wtedy solidaruchy podzieliły się na Pis i Antypis.

Jeśli jeden z tych obozów wygra tę walkę - natychmiast sam się podzieli na dwa zwalczające się obozy. PiS to od dawna kilka wrogich obozów, które scala tylko osoba Prezessimusa, a w Antypisie już ruszyła walka Team Biedroń vs Team Schetyna.

I tak w polityce było zawsze. Brytyjską politykę dzieli oś labour/torysi, kiedyś wigowie/torysi. Amerykańską dziś Trump/Clinton, kiedyś Jefferson/Hamilton.

I to nie jest tak, że kiedyś się łagodniej kłócili. Obóz Jeffersona zarzucał obozowi Hamiltona szpiegowanie na rzecz Wielkiej Brytanii, a tamci się rewanżowali oskarżeniem o agenturalność francuską. Zaowocowało to słynnym pojedynkiem, w którym trzeci wiceprezydent USA zastrzelił pierwszego sekretarza skarbu USA (jest o tym musical).

Czy coś możemy zrobić, jako ludzie pióra? Ja mam ciągle tę samą poradę: to naturalne, że się dzielimy na obozy polityczne i „ci drudzy” będą dla nas: głupkami, chamami, nieogarami itd. (w parlamencie II Rzeczpospolitej nie takie słowa fruwały; a co się działo w I Rzeczpospolitej, polecam poczytać Paska).

Nikomu jednak nie wolno życzyć śmierci ani cieszyć się z niej. Osobiście zawsze wycinam takie komentarze u siebie (a bywały, np. po Smoleńsku).

Jeśli od „głupców” chcemy przejść do zarzutów pachnących prokuratorem (złodzieje, szpiedzy, zdrajcy itd.), powinniśmy to robić wyłącznie na podstawie solidnych dowodów i pod adresem konkretnych osób (a nie: całego obozu). Niby drobiazg, ale już u nas w Antypisie widziałem sporo publicystyki, nazywającej np. PiS „organizacją przestępczą”.

Bóg (a raczej Zuckerberg) mi świadkiem, że protestuję przeciw takim wypowiedziom. Zwalczam też krążące w Antypisie pomysły powoływania „trybunałów obywatelskich”, które miałyby na pisowcach przeprowadzić samosąd, bo „Trybunał Stanu (...) jest ciałem de facto martwym” (jak argumentował prof. Sadurski w swoim nieśmiesznym żarcie).

Otóż nawet jeśli złota rybka Antypisu spełni nam trzy życzenia: dymisja prezydenta, dymisja rządu i samorozwiązanie PiSu, i tak będziemy musieli żyć z trzydziestoma paroma procentami rodaków, którzy mają pisowskie poglądy. Ich głosy zagospodaruje jakiś PiS-bis - i wrócimy do punktu wyjścia.

Różni poeci pisali o nienawiści. Jak wiecie - lubię rockową poezję. A konkretnie piosenkę „Hatred (A Duet)” zespołu The Kinks, z której sobie zrobię puentę:

Hate's the only thing we have in common
There's no escape, we'll always be this way
So we might as well just learn to live together
'Cause we're gonna be this way till our dying day


Trzymajcie się ciepło, wszyscy (hejterzy też; że im wytnę komentarze to nie znaczy, że im źle życzę).

środa, 09 stycznia 2019
W eurowyborach zagłosuję na...

To będzie blogonotka o polityce, ten temat przyciąga debiutantów zamieszczających tu swój pierwszy komentarz (przynajmniej pierwszy pod daną ksywką), więc tradycyjny caveat. Przed debiutem warto pośledzić poprzednie dyskusje i liczyć z tym, że komentarze niespełniające pewnych określanych przeze mnie norm, wylatują.

Tu w szczególności wylatywać będą te, w których komentator będzie się powoływał na mitycznego „dhonta” (bonus za błędną pisownię), jeśli wyczuję, że nie umie matematycznie zdefiniować tej metody. Generalnie nie pisz (don’t!) „d’Hondt”, jeśli nie umiałbyś odróżnić tej ordynacji od konkurencyjnej Sainte-Lague na podstawie samego opisu metody.

By dalej nie przedłużać, przejdźmy do meritum. Ogłoszenie przez lewicę społeczną wspólnego startu w eurowyborach rozwiązuje wszystkie moje rozterki.

Już mnie nie interesuje, co Biedroń w lutym, a co Czarzasty, a co Schetyna z Nowacką. Głosuję zgodnie ze swoim światopoglądem: na podniesienie podatków tłustym misiom, radykalną laicyzację, wtrącanie się państwa w gospodarkę, rozdawnictwo socjalne, populizm i roszczeniowe związki zawodowe.

Jeśli partia Biedronia dołączy do tej listy, to super. Jeśli Czarzasty zadeklaruje chęć, to trochę mniej super, acz mógłbym zagłosować na koalicję, w której SLD nie będzie głównym rozgrywającym, tylko jednym z wielu podmiotów.

Ale to wszystko nie ma znaczenia. Biedroń nie dołączy, a dla SLD naturalną opcją będzie dołączenie do Zjednoczonej Opozycji. Błogosławieństwo na drogę [machu-machu rąsią].

A teraz kilka odpowiedzi na przewidywalne komentarze:

Czy nie chcę obalenia rządu PiS? Chcę, ale to i tak nie nastąpi w eurowyborach. Nawet jeśli PiS przerżnie w nich koncertowo, rządzić będzie co najmniej do parlamentarnych.

Oczywiście, porażka w eurowyborach osłabi ich morale przed decydującą rozgrywką, tylko że to będzie tak jak w wyborach samorządowych. Wszystkie partie powiedzą, że odniosły sukces w eurowyborach.

PiS samorządowe teoretycznie też wygrał, a jednak nie było widać radości na ich konwencji. Teraz będzie zapewne podobnie.

Czy nie boję się Zmarnowania Głosu? Nie, bo głos to nie jest cenna inwestycja, która ma przynieść dywidendy. Realnie od pojedynczego wyborcy niewiele zależy.

To udział w rytuale, obrzędy religijne dla zwolenników demokracji. Kościoły żyją dzięki temu, że mają masy wiernych, ale nie zauważają dojścia czy odejścia pojedynczego wiernego. Odejdź, zostań, dołącz kierując się głosem serca, ale nie rób sobie złudzeń, że od tego zależy przetrwanie danego wyznania (o ile nie jesteś, powiedzmy, Medyceuszem).

Jest jeden gwarantowany sposób na zmarnowanie głosu. To głosowanie przeciwko własnemu światopoglądowi. Nie zamierzam tego robić.

A co najważniejsze, eurowybory mają najniższą frekwencję (24% w 2014 wobec 51% w parlamentarnych z 2015). Niska mobilizacja działa na niekorzyść partii rządzącej i na korzyść partii dziwnych, offowych, radykalnych - w eurowyborach łatwiej przekroczyć 5%.

Pojawiające się tu i ówdzie apele o jedność opozycji obrażają mnie jako wyborcę. Że sympatyzuję z partią Razem, to nie znaczy, że Zandberg z Zawiszą mogą mnie przehandlować niczym dziewiętnastowieczny obszarnik, sprzedający wieś z „duszami”.

Nie zamierzam być przedmiotem transakcji typu „my wnosimy trzy procent, wy siedem procent, dzielimy się tak”. To mnie obraża. Traktowanie tak mojego głosu to najlepszy sposób, żeby go stracić.

Zamiast wyklinać wyborców innych partii, przywódcy Platformy Obywatelskiej powinni popracować nad przedstawieniem wyborcom propozycji wychodzącej poza „żeby znów było jak dawniej”. Na razie tego nie widać, a co gorsza, pojawiają się pomysły typu „Komorowski jako lokomotywa wyborcza”.

Nawet przeciwnicy PiS nie chcą, żeby było jak dawniej. Większości ludzi poprawiła się stopa życiowa w porównaniu z 2015 (będę ciekaw kontr-narracji czytelników, którym się pogorszyła).

Nie twierdzę, że to zasługa PiS - twierdzę, że to nie ma znaczenia. Przeciętny Polak nie wzdycha z nostalgią „ech, żeby znów było za Tuska”. Odczuwają ją, być może, przedstawiciele elit („ech, Zdzisiek był wtedy ministrem, a Czesiek wojewodą...”), ale nie Jan Kowalski, co pokazują liczne sondaże.

Panie i Panowie z Platformy, nie myślcie, jak pognębić Biedronia czy Zandberga. Myślcie, jak odzyskać Kowalskiego. Czego wam życzę w nowym roku.

niedziela, 06 stycznia 2019
Zapaterisación continua!

Nie masz w Rzeczpospolitey mniejszości srodzej prześladowanej niżli rzymscy katolicy. Tę prostą prawdę ponad wszelką wątpliwość wykazały pióra tak znakomite jak Terlikowski, Lisicki czy Pospieszalski. Byłem trochę zaskoczony, gdy swoje trzy grosze postanowił dołożyć do tego Jerzy Sosnowski, który obiegł ostatnio media ze swoją skargą na ateistów, którzy go prześladują za wiarę.

Zarzuty Sosnowskiego są tyleż emocjonalne, co niekonkretne. Nie wiadomo, których konkretnie ateistów ma na myśli (w miarę konkretnie wskazuje tylko Jacka Dehnela).

Czy ma na myśli także mnie? Tego wprost nie mówi, ale odniosłem takie wrażenie.

Najbliżej konkretu Sosnowski jest wtedy, gdy określa jaka forma ateizmu jest dla niego akceptowalna. Otóż może łaskawie dopuścić istnienie „ateistów argumentujących jak Iwan Karamazow”.

To bardzo interesujący wyjątek. Iwan Karamazow jest postacią fikcyjną, wymyśloną przez Dostojewskiego w jednym celu: jego światopogląd ma ulec w finale spektakularnej kompromitacji.

Iwan Karamazow jest dla chrześcijanina wygodnym workiem treningowym. Jego argumentacja jest groteskowo niespójna. Tak naprawdę nawet nie jest ateistą, najsłynniejszy rozdział tej powieści to „Wielki Inkwizytor”, w którym Iwan przedstawia Aloszy swój poemat o Chrystusie (helou?) i spiera się z nim o to, jaki jest Bóg (HELOU?).

Nigdy nie będę „ateistą argumentującym jak Iwan Karamazow”, bo - o ile mi wiadomo - nie jestem postacią literacką napisaną przez mistycyzującego chrześcijanina. Dosyć już tej dostojewszczyzny, użyję metafory odwołującej się do gier komputerowych.

Występują w nich postacie niegrywalne - „non player characters”, swojsko zwane enpecami. Dobrze skonstruowane enpece możemy bardzo lubić, ale ich zadanie jest proste: mamy je albo zabić, czasem uratować, czasem ominąć.

Nie wolno im prowadzić samodzielnej gry. W końcu to nie one płacą.

Człowiek, który się za bardzo przyzwyczaił do grania w fabularne single playery, czasami odczuwa dyskomfort w multiplayerach. Poniekąd sam kimś takim jestem, więc doskonale rozumiem Sosnowskiego.

Jak fajnie jest walczyć z Iwanem Karamazowem! W finale Katarzyna Iwanowna wyrywa mu serce, toż to babality!

Mimowolnie Jerzy Sosnowski pokazał słabość publicystyki katolickiej w Polsce. Od dziesięcioleci grają na cheacie. Papież im dał IDDQD, konkordat im dał IDKFA, przechwycenie mediów daje im NOCLIP.

Ateiści tacy jak Urban, Hartman czy Palikot doskonale się do tego nadawali. Ich głupkowaty ateizm jest samo-deprecjonujący, łatwiej ich ośmieszyć od Karamazowa.

Są jako ten NPC, który chodzi w kółko według algorytmu, więc tak łatwo go zajść od tyłu. Z ateistą takim jak Dehnel to już nie jest takie proste. Nie można zanajfować nooba, w każdym razie, bez obrazy, nie na tym skillu.

Sosnowski ciska te swoje najpotężniejsze bronie, które kiedyś dostał dzięki cheatowi. Odpala „PORÓWNAM WAS WSZYSTKICH DO PRL”. Dodaje combo „I Z TEGO WYCHODZI MI ŻE JESTECIE GORSI OD PRL” (kopipasta verbafuckingatim z jego tekstu: "Komuniści, jak się okazuje, byli lepiej wyedukowani od dzisiejszych nowych ateistów...").

Kastuje spella „Zasługi Kościoła dla Narodu!”. Ładuje działa ekstrapenetracyjną amunicją JP2!

I nic! „Puff” zmokłego kapiszona. Ateiści nie chcą paść na kolana i się rozpłakać na łonie Katarzyny Iwanownej.

Ateista w Polsce z konieczności musiał się stać weteranem multiplejerów. Gdybyśmy się przejmowali tym, że ktoś nas obraża za nasze poglądy - musielibyśmy oszaleć albo wejść w jakiś ketman. I pewnie wielu tak zrobiło.

Kiedyś ogłosiłem na blogu początek zapateryzacji. Młodzież może nie kojarzyć tego pojęcia, chodzi o premiera Hiszpanii z lat 2004-2011, który zerwał ze starymi kompromisami państwo-kościół i zapoczątkował otwartą laicyzację.

Laicyzacja oznacza koniec single playera z cheatem. GAME OVER. To se ne vrati. Deal with this.

Jerzy, witaj w świecie moim, w świecie Jacka Dehnela, w świecie innych moich przyjaciół. Nasz światopogląd obrażany jest codziennie w prime-time, na pierwszych stronach gazet, przez tzw. Autorytety. Przyzwyczailiśmy się, ty też dasz radę, jesteś dużym chłopcem.

Może chciałbyś, żeby nikt nikogo nie obrażał? Świetny pomysł! A gdyby tak, na początek, powstrzymać się przed porównywaniem oponentów do funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu?

czwartek, 13 grudnia 2018
O co chodzi Unii Europejskiej?

Zgodnie z tradycją blogaska, tytułowe pytanie proponuję rozważać w szerokim kontekście historycznym, w oderwaniu od bieżączki. Pretekst do zadania może być bieżący, kontekst nie.

Tym kontekstem niech będzie dwanaście stuleci prób zaprowadzenia pokoju w Europie. Od czasu Karolingów co kilkadziesiąt lat w rożnych miastach spotykają się dyplomaci i możnowładcy, rysują kreski na mapach i spisują coraz dłuższe traktaty - na prożno.

Z wszystkich tych prób, Unia Europejska jest najbardziej udaną. To jest fakt bezsporny - 61 lat po jej zainicjowaniu traktatem rzymskim (1957), nadal nie było wojny między sygnatariuszami. Czy można to powiedzieć o jakiejkolwiek takiej inicjatywie od czasu traktatu z Verdun (843)?

Tym traktatem spadkobiercy Karola Wielkiego dzielili między siebie imperium, które zaczęło się rozpadać jeszcze za życia jego założyciela. Karol scalił wcześniej istniejące królestwa Neustrii i Austrazji (bardzo lubię ich nazwy, bo brzmią jak coś z fantasy), z których potem przez wiele etapów pośrednich powstaną Francja i Niemcy.

Traktat dzielił imperium między trzech wnuków Karola Wielkiego. Ambitnemu Lotarowi przypadł wąski pasek od dzisiejszego Beneluksu po Włochy. Zgodnie z traktatem, władca tej części (Lotaryngii) z automatu był cesarzem.

Wiadomo, czym się to musiało skończyć - permanentną wojną Neustrii z Austrazją o kontrolę nad Lotaryngią. I w zasadzie tak można podsumować historię Europy Zachodniej do 1945.

Profesja „cesarza rzymskiego” była zawodem podwyższonego ryzyka, bo samo przyjęcie tego tytułu gwarantowało wrogość Bizancjum, Neustrii, Austrazji, papieża, włoskich magnatów, i wuj wie kogo. Ostatnim był nieszczęsny Berengar I, na którym ten tytuł wygasł w 924.

Wznowił go w 962 Otton Wielki, syn Henryka Ptasznika (znanego nam z gry „Return to Castle Wolfenstein”), który prowadził mieszaną politykę wobec Słowian, czasem z nimi wojując, czasem uznając za lenników. Historię Europy Wschodniej można do dzisiaj podsumować jako „Tysiąc lat Hassliebe Słowian i Niemców”.

Tak się zaczęła kolejna idea zjednoczeniowa - cezaropapizmu. Europa Zachodnia teoretycznie stała się rzeczpospolitą chrześcijan, „Res Publica Christiana” - w której wszyscy uznają w sprawach duchowych prymat papieża, a w sprawach politycznych cesarza (elekcyjnego).

W praktyce to nie zadziałało. Papieże ciągle borykali się z antypapieżami, a cesarze z pretendentami.

Ludzie średniowiecza ciągle jednak mieli nadzieję, że uniwersalizm cezaropapieski w końcu jakoś zadziała i zapobiegnie wojnom. Wracała na kolejnych soborach, np. w Konstancji (1414-1418), m.in. za sprawą słynnego udziału Pawła Włodkowica.

Ostatecznie te nadzieje przekreślił trolling tysiąclecia w postaci 95 tez Lutra (1515). Katolicy i protestanci przez pewien czas testowali nowy pomysł na pokój w Europie: wymordowanie tych drugich. Nie udało się, mimo usilnych starań.

Stąd kolejny pomysł: pokoje augsburski (1555) i westfalski (1648), wprowadzające zasady „cuius regio eius religio”. Stawiały dotychczasowy uniwersalizm na głowie (gdy PiS się powołuje na „suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie odwołuje się do ładu westfalskiego).

Zastąpienie światopoglądowej wspólnoty cyniczną grą interesów doprowadziło do tzw. „kadryla dyplomatycznego”. Państwa zrywały i zawiązywały „odwieczne sojusze” z dowolnego powodu, mordując się o byle co.

To się skończyło razem z Napoleonem, pierwszym władcą Neustrii od IX stulecia, który sięgnął po tytuł cesarza. Spróbował zjednoczyć Europę pod hasłem Praw Człowieka i Obywatela. I prawie mu się udało... ale jednak prawie.

Kongres Wiedeński w 1815 ustanowił Święte Przymierze, mające przynieść Europie pokój pod hasłami kontrrewolucji i legitymizmu. Ludzie tego nienawidzili i od 1830 obalali ten system w kolejnych powstaniach i rewolucjach (w tym: w Polsce). Ostatecznie szlag go trafił po Wiośnie Ludów.

Po wojnie francusko-pruskiej wytworzył się system, który przyniósł Europie 40 lat pokoju. Trochę przypominał zimną wojnę. Niemcy, Włochy i Austro-Węgry stworzyły blok militarny, którego przeciwwagą była równie silna Ententa.

To była beczka z prochem, która w końcu eksplodowała. Kończący ją Traktat Wersalski teoretycznie miał przynieść pokój (znów na bazie wspólnych wartości), ale okazał się fatalnie skonstruowany. Kolejna eksplozja była jeszcze gorsza.

Potem nadeszła zimna wojna, znów oparta na równowadze wrogich bloków - ale jednocześnie w 1957 ruszyła inicjatywa pokojowo-zjednoczeniowa, którą dziś pan Adrian hejtuje za zakaz sprzedaży żarówek. Otóż nawet gdyby jego krytyka była słuszna (a nie jest), lepszy zakaz żarówek od wojny.

Unia Europejska ma oficjalną listę 11 „ojców założycieli”. Na tej liście aż 9 pochodzi z królestwa Lotara. To nie jest przypadek.

Idea unijna polega na przekreśleniu westfalskiej suwerenności (tak drogiej Kaczyńskiemu). Po prostu jest aż nadto dowodów, że to nie jest sposób na pokój.

Jest też wiele dowodów na to, że wojny handlowe mogą być równie okrutne i krwawe, jak wojny ideologicze. Brak wojen handlowych wymaga zaś wspólnych regulacji.

Europejskie normy dotyczące żarówek czy bananów mogą szokować pana Adriana, bo to nieuk. Ale podobne normy działały jeszcze w średniowieczu, że przypomnę choćby słynny Reinheitsgebot (czyli normę unifikującą skład piwa w całym cesarstwie).

Z pewnością da się wymyślić coś lepszego od obecnej Unii. Tak jak wielu Ojców Założycieli jestem federalistą: docelowo marzę o Stanach Zjednoczonych Europy.

Moja teza brzmi jednak tak: to najlepsze, co w tej kwestii wymyślono od czasu Pax Romana. Ergo, może nie najlepsze z rozwiązań wymarzonych, ale najlepsze z realnie wypróbowanych.

Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do jego przestawienia - acz debiutantów tradycyjnie namawiam, żeby przedtem przejrzeli inne dyskusje.

piątek, 09 listopada 2018
Notka o Niepodległości

Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu - czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? - więc niestety, znowu o polityce.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy fajną akcję „Bohaterowie naszej niepodległości”, do której się włączyłem, opisując Lidię Ciołkoszową (w wywiadzie z prof. Andrzejem Friszkę), Maurycego Allerhanda, oraz, ahem, swojego dziadka, który wprawdzie nie jest postacią historyczną, ale dla mnie jest bohaterem.

Ponieważ to była akcja specjalna, teksty nie są za paywallem. Zapraszam do czytania i komentowania (do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic).

Mam zero sympatii do zadymiarzy z faszystowskimi transparentami, ale uważam, że jest co świętować. Lewica woli wcześniejszą rocznicę rządu lubelskiego, ale dopiero 11 listopada wszystkie ośrodki władzy abdykowały na rzecz Naczelnika Państwa.

To ważne, bo w powietrzu wisiała wojna domowa „białych” z „czerwonymi”, która naprawdę wybuchła w Finlandii. W tej wojnie ważnym graczem byłyby wojska niemieckie, które już nie miały centralnego dowództwa, ale nadal były regionalną potęgą.

Trzeba było z nimi pokątnie negocjować warunki ewakuacji przez terytorium odradzającej się Polski. Stety lub niestety, droga Berlin-Moskwa prowadzi przez Warszawę.

Tutaj ojcowie niepodległości wykazali się klasycznym „soft power”. Niemcy uważali Polaków za partnerów wiarygodnych i poukładanych, dlatego chętnie oddawali nam kontrolę nad takimi węzłami komunikacyjnymi jak Grodno - o które walczyli także Litwini i ze dwa rządy białoruskie.

Sukces polskiego listopada często bagatelizowany jest hasłem „inne też zyskały niepodległość, bo koniunktura”. Otóż to prawda, że wysyp nowych państw w tym regionie był ubocznym skutkiem niemieckiego planu Ober-Ost (i kapitulacji Niemiec)

Mogły jednak powstawać w różnych konfiguracjach, bo natychmiast rzuciły się do wzajemnej walki o granice. Polska na przykład nie musiała powstać jako Polska, mogłaby powstać jako osobne księstwo poznańskie, królestwo polskie (na bazie kongresówki) i rzeczpospolita krakowska (bo w takiej konfiguracji Lwów by pozostał ukraiński).

Samo scalenie ziem rozbiorowych było niewyobrażalnym osiągnięciem (na co staram się zwrócić uwagę tekstem o Allerhandzie). Po wiośnie ludów w wielu miejscach Europy pojawiało się takie hasło, „hej, jesteśmy jednym narodem, przedzielonym bezsensownymi granicami, zjednoczmy się”. Wychodziło to zazwyczaj tak sobie.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza Polską do dzisiaj z takich unii przetrwały tylko Niemcy i Włochy. Przy czym we Włoszech cały czas hasło „podzielmy się, zjednoczenie było pomyłką” obecne jest w głównym nurcie polityki.

Kolejna różnica: w Polsce zjednoczenie było dobrowolne. W Niemczech dokonało się drogą podboju przez Prusy, we Włoszech przez Piemont.

Podzielona Polska słabiej by sobie radziła w wojnach granicznych, nie miałaby Śląska, Wilna ani Lwowa. Obawiam się, że w 1920 nie dałaby rady bolszewikom.

Powie ktoś - co z tego, a mi tam obojętne, w jakim kraju żyję. Szczepan Twardoch uwielbia takie deklaracje.

Odpowiem eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie kogoś, kto 100 lat temu mieszka w miejscowości, którą nowa granica przetnie na pół. Ma tydzień na podjęcie decyzji.
Załóżmy, że nie może tej miejscowości opuścić dobrowolnie, bo oczywiście najmądrzejsza będzie emigracja do USA). Wybór sprowadza się do: Polska czy jakiś jej sąsiad?

W większości przypadków Polska będzie lepszym wyborem po prostu jako Fajniejszy Kraj (TM). Nie dotyczy to może Czechosłowacji, Najfajniejszego Kraju Regionu (acz nie zapominajmy, że to trochę symulakrum z prozy Hrabala).

No i wolnego miasta Gdańska. Wolne miasta są fajne, bo są wolne i miejskie.

Ale poza tym - Litwa? Od 1926 miała prawdziwy faszyzm (nie pieszczotki jak w sanacji, full totalitaryzm). W Rumunii demokracji nie było nawet w teorii.

W Niemczech nasz bohater będzie miał nazizm już w 1932 (bo Prusy). A w ZSRR albo zostanie zamorzony głodem w ramach stalinowskiego ludobójstwa Ukrainy, albo zamęczony w ramach operacji polskiej NKWD.

Stalin, jako wielki językoznawca, bardzo prosto rozstrzygał dylematy ludzi takich jak Twardoch. Bruno Jasieński też twierdził, że nie jest polskim inteligentem. Nie pomogło.

Nawet więc jeśli ktoś neguje jakikolwiek patriotyzm (to nie ja; kocham Polskę, kocham Warszawę), musi obiektywnie przyznać, że Polska to całkiem fajny kraj (jak na ten region Europy). Oby takim pozostał.

wtorek, 06 listopada 2018
Pisowcy - oszukano was

Jak wiecie, podglądam was na waszych blogowiskach i z satysfakcją zauważyłem, że także do was dotarło, że komisja ds. Amber Gold zakończyła swoją działalność blamażem. Obiecywano wam, że Tusk wyląduje za kratkami, że znajdą się niepodważalne dowody na roztaczanie nad aferzystami parasola ochronnego... a skończyło się niejasnym zarzutem, że nie sterował ręcznie prokuraturą i służbami (do czego Tusk się akurat przyznaje).

Ufam, że co inteligentniejsi z Was już widzą tu szerszą prawidłowość. Nie wierzycie też już, że Macierewicz sprowadzi wrak i znajdzie dowody na zamach. Dociera do Was, że konflikt z Unią o Sąd Najwyższy jest nie do wygrania.

Z powerpointowych fantazji Morawieckiego nabijacie się tak jak my, tylko że my robimy to publicznie. Postukał młotkiem w zardzewiałe żelastwo, które NAWET NIE BYŁO STĘPKĄ, i w tym stylu ma przekopać lotnisko, zbudować mierzeję i podbić świat elektrycznymi samochodami. No przecież nawet wy jesteście na to zbyt inteligentni.

Jest mi was szkoda, bo jesteście okłamywani od dawna. Obserwowałem to u siebie na blogu, kiedy jeszcze pozwalałem wam tu w miarę swobodnie komentować.

Przychodziliście z głowami nabitymi prawicowymi narracjami o spiskach, zdradach i układach. Przekonywaliście mnie tutaj, że Platforma nie buduje autostrad, że w Paryżu i Sztokholmie są strefy szariatu, że Gmyz znalazł trotyl itd.

Zauważyłem już dawno, że spokojne tłumaczenie faktów - na przykład merytoryczna rozmowa o autostradach - wywołuje u was agresję. Dlatego większość was zabanowałem, bo niepotrzebne mi są tutaj przepychanki jak na Twitterze, interesuje mnie tylko merytoryczna rozmowa typu „czy POW będą otwierać od razu w całości, czy fragmentami (ktoś coś?)”.

Wasza agresja jest psychologicznie zrozumiała. Nikt nie chce się dowiedzieć, że był naiwny, że dał się nabrać. No ale może to jest dobry moment, żebyście to sobie przemyśleli?
Przypomnę wam kilka punktów.

1. NIE WIERZYLIŚCIE W AUTOSTRADY PLATFORMY. Pamiętam superkretyński tekst niejakiego Wiktora Świetlika w „wpolityce” i debilny wywiad Antoniego Krauze dla któregoś prawicowego tygodnika, obaj dowodzili, że platformiane inwestycje są pozorne („takie wykopki jak za Gierka” - Krauze). Był też zbiorowy wycipingiel, kiedy Komorowski zapowiedział rozpoczęcie budowy tysiąca kilometrów (po latach widać, że zbudowali dużo więcej).
Chyba wy też już parę razy zdążyliście się przejechać A1, A2, A4, S3, S7, S8? I co, był jakiś dysonansik poznawczy, czy gładko przeszliście do następnej wersji:

2. BUDOWALI, ALE NAJDROŻEJ NA ŚWIECIE (W UNII)
Z niejakim posłem Abramowiczem zdążyłem się nawet o to spierać na fejsie, na wallu wspólnego znajomego. Poseł twierdził, że w Czechach autostrady budują za milion dolarów za kilometr.
Podałem mu kilka przykładowych czeskich kontraktów, a potem zaproponowałem wymianę dolarów na korony po takim kursie. Gdyby sam wierzył w swoje słowa, zrobiłby interes życia - ale jakoś nie chciał.

PiS buduje autostrady w takich samych cenach, jak Platforma. Argument „najdrożej na świecie” nigdy nie miał uzasadnienia, a argument „najdrożej w Unii” miał pozorne, jeśli się przeliczyło na średnie zarobki (w przeliczeniu na zarobki WSZYSTKO było u nas najdroższe w Unii).

3. W SMOLEŃSKU BYŁ ZAMACH, A RZĄD ODDAŁ ŚLEDZTWO ROSJI
Nie oddał - bo skoro wypadek był w Rosji, to i śledztwo było rosyjskie. Na tym polega suwerenność. Państwo może ewentualnie łaskawie się zgodzić na dopuszczenie innych śledczych, ale nie można go do tego zmusić. Tak samo byłoby z wypadkiem rosyjskiego samolotu w Polsce.

Zespół Macierewicza i prawicowi blogerzy wymyślali coraz dziwaczniejsze hipotezy, że zestrzelili, podłożyli bombę, rozpylili sztuczną mgłę itd., ale najlepiej do faktów pasuje proste wyjaśnienie, że to był klasyczny CFIT jakich wiele. Zdezorientowany, słabo wyszkolony pilot podjął błędną decyzję, zszedł poniżej bezpiecznego pułapu przy zerowej widoczności.

4. STREFY SZARIATU W SZTOKHOLMIE!
Mało podróżujecie, więc wierzycie w takie bzdury. Strefy, o których mówi szwedzka policja to strefy, w których gangi  zaznaczają swoją obecność np. robiąc grafiti. Według szwedzkich kryteriów prawie cała Polska byłaby taką strefą, bo prawie wszędzie mamy napisy typu „HWDP”.

5. WSZYSTKIM STERUJE UKŁAD Z MAGDALENKI (WSI, itd.)
Skoro tak, to dlaczego PiS nie przedstawił dowodów, ani przez te 3 lata, ani przedtem (2005-2007)? Ten Układ jest tak potężny, że nawet Kaczyński się go boi? To dlaczego ciągle obiecuje jego rozbicie?

Może go po prostu w ogóle nie ma? Za to, owszem, co jakiś czas zdarza się afera typu Amber Gold czy GetBack. Zawsze sie będzie zdarzać, w USA czy w Niemczech też się od czasu do czasu zdarza. Smutne, ale nieuchronne.

To na razie tyle. Przemyślcie to sobie. I jeśli jesteście w stanie grzecznie i merytorycznie skomentować, to nie wytnę.

środa, 31 października 2018
Lokomotywy cichy gwizd

O nadchodzących wyborach do europarlamentu kilka rzeczy można stwierdzić z pewnością, o innych można wiarygodnie pospekulować - temu poświęcę niniejszą notkę.

Po pierwsze, frekwencja będzie rzędu maks. 30%. Poprzednio to się układało tak: 20,9 - 24,5 - 23,8. Ta krzywa już raczej nie wystrzeli do sufitu.

Po drugie, przy tak niskiej frekwencji, wynik jest bardziej funkcją zmobilizowania danej grupy wyborców niż rozkładu preferencji. I to dla Antypisu dobra wiadomość, bo spodziewam się słabszej mobilizacji elektoratu pisowskiego.

Czemu? Bo po 2a, PiS tradycyjnie traktuje europarlament jako miejsce luksusowej zsyłki dla polityków, którzy się skompromitowali na odcinku krajowym, ale z racji zasług czy wpływów Kaczyński nie może ich tak po prostu wywalić.

Jedynkami na listach będą więc „lokomotywy” takie, jak Szydło czy Jaki. Tu nie będzie entuzjastycznej kampanii, raczej coś na zasadzie „a niech już jedzie do tego Strasburga, przynajmniej przestanie grasować na polskich drogach”.

Po naszej stronie będzie więcej wigoru i energii, bo tak poza tym w ogóle my jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do Unii Europejskiej, a oni są w rozkroku między pełnym Polexitem a bredzeniem o walce z islamistycznymi żarówkami o reparacje wojenne. U nas na listach  będą autentyczni fachowcy od Unii, pojawią się może jakieś nowe talenty (Trzaskowski przecież tak właśnie zadebiutował w polityce).

Zaś po 2b, oba te obozy mają swoich hardkorowców i każualowców. Twarde jądro PiS to ludzie, którzy popierają tę partię bezwarunkowo we wszystkim, dostosowują się do każdego przekazu dnia.

Hardkorowcy PiSu naprawdę wierzą, że hen hen, kiedyś kiedyś, gdzieś między paruzją a kalendami greckimi, Morawiecki dostarczy elektryczne samochody, CPL im Solidarności Baranów, i przekopie stępkę. Macierewicz odzyska wrak, znajdzie trotyl z gmyzogenu i zakupi helikoptery lepsze od caracali. Reforma Ziobry przyniesie jakikolwiek pozytywny skutek i coś się usprawni w sądach - i tak dalej.

Reszta to każualowcy, którzy prywatnie też w to nie wierzą, ale jednak popierają na zasadzie Mniejszego Zła. Ja przecież sam mam taki każualowy stosunek do PO.

To nie jest partia moich marzeń, ale byłem jej wdzięczny za tysiące kilometrów nowoczesnych dróg. Podróż do Wrocławia kiedyś była horrorem, teraz combo A2/A1/S8 to czysta przyjemność. I nigdy nie zapomnę, komu to zawdzięczam: ministrowi Cezaremu Grabarczykowi.

Mimo to jednak nigdy nie głosowałem na PO w eurowyborach. W 2014 oddałem głos protestu na Zielonych, którzy nie mieli szans, bo nawet nie zarejestrowali list w całym kraju - po prostu to była jedyna opcja lewicowa.

W 2009 w eurowyborach startowała koalicja, która na papierze wyglądała całkiej fajnie. Nazywała się „Centrolewica” i składała się z niedobitków Partii Demokratycznej i różnych nieeseldowskich środowisk lewicowych.

W moim okręgu (obwarzanek podwarszawski) jedynką na liście jednak był Marek Czarnecki, wystawiony przez PD. Poprzednio był europosłem z Samoobrony (!), a przedtem działał w AWS, Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym i Porozumieniu Chrześcijańskich-Demokratów.

W następnych wyborach startował (również bez powodzenia) z Polski Razem Gowina. Nie zdziwię się, jak w tych wyborach będzie lokomotywą liście PiS (lokomotywy cichy gwizd, łu łu, i wagoonów jednostaajny rytm, telep telep...)

W czyjej pustej czaszeczce pojawił się pomysł uczynienia go jedynką centrolewicowego ugrupowania - nigdy się już pewnie nie dowiem. Centrolewica zebrała 2,4% głosów i przepadła jak słupek wbity przez Kaczyńskiego.

Samo istnienie takich koalicji prowadzi mnie do - po trzecie - wniosku, że eurowybory są dobrym sandboksem do testowania nowych inicjatyw. Różne egzotyczne inicjatywy lewicowe i prawicowe niespodziewanie przeskakiwały próg - w 2004 efemeryczna Socjaldemokracja PL wprowadziła 3 europosłów, w 2014 największy sukces w dziejach miał Korwin (7%!).

A nawet te niewydarzone, jak wspomniana Centrolewica czy przedziwne ugrupowanie „Europa Plus” (Kalisz, Siwiec, Palikot, Piskorski, Celiński... brrr!), dostało 3,6%. Słowem, jeśli Biedroń chce pokazać nowe ugrupowanie, to - cytując O’Ren Ishii - teraz jest właściwy moment.

Prekampania zaczyna się świetnie dla Antypisu. PiS czekają w najbliższych dniach dwie kompromitacje - porażka Ziobry w konflikcie z TSUE i krępujące pytanie, na co właściwie techniczny minister Gliński wydał te 200 mln, na race dla kiboli?

Sami siebie będą o to grillować. Oby aż do maja!

poniedziałek, 22 października 2018
Powyborczo

Cisza wyborcza sprawiła, że nie mogłem napisać notki o tym, co uważam za najważniejsze polityczne wydarzenie ostatnich dni - może nawet ważniejsze od samych wyborów. Czyli oczywiście o pierwszym z serii wyroków TSUE w sprawie pisowskiej reformy Sądu Najwyższego.

Z mnóstwem satysfakcji obserwowałem w piątek paniczną miotaninę komentatorów w Psychiatryku24. Próbowali się pocieszać na różne żałosne sposoby, np. „Wiceprzewodniczący TSUE, to jeszcze nie Trybunał” („Julian Olech”) albo „W sumie z tego politycznego, bo zaraz przed wyborami niby wyroku, w dodatku nieoficjalnie opublikowanego, można wywnioskować pozytywną dla Polski informację ONI SIĘ NAS BOJĄ!” („amigo166”).

Nikt się was nie boi. Unia wam zrobiła klepu-klepu jak z Benny Hilla, prof. Gersdorf wróciła do kierowania Sądem Najwyższym, wasz minister już zapowiedział zmianę ustawy.

A to dopiero początek, bo nawet wasza rządowa propaganda podkreślała, że to tylko postanowienie wstępne. Tym gorzej dla was, następne będą jeszcze gorsze.

Jeśli będziecie dalej fikać, Unia w końcu nałoży wam jedną ze swoich ulubionych kar, w stylu „milion euro dziennie”. I co wtedy, odmówicie zapłaty? Potrącą sobie z tego, co nam przelewają.

Nie możecie tego wygrać. Dlaczego: to dokładnie opisywałem z kolejnych notkach z serii „drodzy pisowcy”.

Jesteście jak ofiara nieuczciwego adwokata, który wkręca swojego klienta w proces niemożliwy do wygrania. Dla adwokata to oczywiście żaden problem, bo liczy sobie za kolejne pisma, ale klient pójdzie z torbami. I nic nie wygra.

Najpierw (jeszcze w 2015!) miało być tak, że Waszczykowski zaprosi Komisję Wenecką i wszystko jej wytłumaczy. Zaprosił, tłumaczył, nie przekonał.

Potem (w 2017) było tak, że Morawiecki zna angielski, więc pojedzie do Brukseli i im tam wszystko wytłumaczy ich językiem. Prawicowi publicyści i blogerzy naprawdę w to wierzyli, archiwa znajdziecie w Psychiatryku.

Potem Ziobro, pezetpeerowski prokurator Piotrowicz i mgr Przyłębska wyszukiwali uzasadnień. A że polska konstytucja mówi tak, a że Niemcy kiedyś zrobiły siak. To też nic nie dało, bo nie mogło dać.

Tak jak z ustawą o IPN, nie pozostaje wam nic innego, niż skapitulować. A im później to zrobicie, tym gorzej dla was, bo to wszystko prawdopodobnie już miało wpływ na wynik wyborów, a jeszcze większy będzie mieć w wyborach nadchodzących.

Co do nich, zrobiłem się umiarkowanym optymistą. PiS już teraz, sądząc z wyborów do sejmików, nie byłby w stanie rządzić samodzielnie. A spalił sobie wszystkie opcje koalicyjne.

Jasne, z wyjątkiem Kukiza. Ale czy jego ugrupowanie dotrwa do wyborow w 2019?

Wątpię. Już się rozsypuje. Kukiz będzie jak Palikot, Tymiński czy Partia Przyjaciół Piwa, gwiazdą jednego przeboju.

Możliwe więc, że z przyszłorocznych wyborów wyłoni się Sejm, w którym PiS będzie największym klubem - ale bez większości. Władzę więc obejmie jakaś koalicja typu KO + PSL + jakaś forma lewicy.

No właśnie, lewica... Tutaj już oczywiście nie mam powodu do radości, może poza symbolicznym faktem, że w Warszawie na podium stanął jednak Śpiewak.

Poza tym jednak oczywiście wszystkie formy lewicy dostały łomot. Tym bardziej upokarzający, że gdyby zsumować głosy, wyjdzie jakieś 10% (przynajmniej w Warszawie).

Koalicja nie jest magicznym rozwiązaniem. Razem gdzie się dało, wchodziło w koalicje. I wszystko co z tego ma, to koszulka „Wygra Warszawa”.

Nie pomogły przedziwne fejki, wypuszczane także przez komcionautów na moim blogu, jak to Śpiewak podobno potajemnie sprzyja PiS, a nawet ma wystartować jako wiceprezydent u Jakiego. Nie będę jednego z drugim pokazywać palcami, ale można to sobie znaleźć pod notką z czerwca.

Cóż, było, minęło. Teraz jeśli gdzieś jest nadzieja, to tylko w Biedroniu. Oby nie skończyło się tym, że na lewicy dojdzie po prostu jeszcze jedna lista, która zgarnie kolejne 3,5%.

sobota, 22 września 2018
Polemika z Wosiem

Tekst Wosia o potrzebie zbliżenia lewicy i PiS wydał mi się tak głupi, że aż niewart polemiki. Jego jedynym pozytywnym skutkiem wydawało mi się sprowokowanie do polemiki Śpiewaka (co zabawne, ci, którzy się domagali od Śpiewaka jasnej deklaracji, że wyklucza współpracę z PiS i wrzucali jako #sprawdzoneinfo niby-przecieki, że będzie startował jako wiceprezydent u Jakiego, w ogóle tą deklarację przeoczyli).

Skoro ten tekst sprowokował te wszystkie ruchy kadrowe, które również nie wydają mi się przesadnie mądre (nie wierzę, że mediom liberalnym wyjdzie na dobre taka wymuszona jednomyślność), to jednak zapolemizuję.

Otóż PiS jest partią wodzowską, więc dopóki Jarosław Kaczyński stoi na jej czele, nie ma „rozmów z PiS”, są rozmowy z prezesem. Metafora „Ucha Prezesa” wydaje mi się zasadniczo trafna, PiS to nie jest grupa ludzi zjednoczonych jakimś wspólnym spojrzeniem na sprawy kraju, to jest grupa pokornych minionków Prezesa.

To się może bardzo radykalnie zmienić, gdy Prezes odejdzie na emeryturę. Nie wiadomo, czy to będzie za rok czy za dziesięć lat, więc póki co, nie ma o czym debatować.

Wiadomo natomiast, że przez 30 lat kariery politycznej Kaczyński zademonstrował, że potrafi działać tylko na zasadzie „aut Caesar, aut nihil”. Nie umie działać w zespole w innej roli niż rola wodza.

W jego świecie nie ma równorzędnych partnerów czy cenionych współpracowników. Wszyscy dzielą się dla niego na wrogów i wasali. Woś więc proponuje lewicy złożenie lennego hołdu Kaczyńskiemu.

Przez te 30 lat parokrotnie wyrażano nadzieję, że Kaczyński się zmienił. Kto je miał, ten się zawsze mylił.

Kaczyński się nie zmienia i nie zmieni, a zatem łatwo odpowiedzieć na pytanie, które Woś zadał w jednym z wywiadów. A co jeśli w 2020 PiS wygra wybory, ale będzie mu brakowało mandatów do sejmowej większości, a jednocześnie lewica wprowadzi kilkudziesięciu posłów.

Czy warto będzie poprzeć Kaczyńskiego, w zamian za jakieś socjalne postulaty? Nie, bo to będzie powtórka z lat 2005-2007, Kaczyński będzie udawał, że zawiązuje koalicję, ale jednocześnie inicjował prowokacje przeciwko ministrom własnego rządu.

Ten rząd będzie tak pochłonięty wewnętrznymi intrygami, że nic nie zdziała. Ani nie spełni tych socjalnych postulatów, ani żadnych innych. Jak rząd z lat 2005-2007.

Powyższe rozważania staną się oczywiście nieaktualne, gdy prezes odejdzie na emeryturę. Pozostaje jednak jeszcze strategiczna odpowiedź na tezy Wosia, już niezależna od zmian kadrowych w PiS.

Woś nie jest pierwszy z pomysłem, że skoro lud kocha batiuszkę cara, to lewica powinna wraz z nim wznosić pokorne suplikacje do Najjaśniejszego Pana. „Prawicowa lewica” czy „żółte związki” to jest koncepcja starsza od popa Hapona, można się z tym cofnąć co najmniej do bonapartyzmu.

Historia mówi, że to nie działa. Przykłady wielkich reform społecznych, które przyniosły ludowi realne korzyści, to przykłady lewicowe lub przynajmniej centrowe - kraje nordyckie, New Deal, ordoliberalizm.

Lud potrzebuje przede wszystkim podmiotowości. Socjalny ochłap w rodzaju 500+ mniej znaczy od stabilności zatrudnienia czy możliwości samorozwoju. Te zaś wymagają silnych związków i prawa pracy, które odgrywały kluczową rolę w powyższych przykładach udanych reform.

Wszystkie wcielenia prawicy łączy jedno: reprezentują klasę wyższą. Dlatego ze strony PiS można się spodziewać nowych zasiłków, ale nie likwidacji śmieciówek. Jeśli się mylę, to obiecuję Notkę Pochwalną; pesymiści lubią się mylić w prognozach.

PiS nawet specjalnie tego nie ukrywa, że celem deformy edukacji jest utrudnienie mobilności społecznej. Im to odpowiada, że bogaci poślą swoje dzieci do szkół tzw. „społecznych”, a biedota będzie skazana na teatr okrucieństwa minister Zalewskiej.

Obietnice „prawicy z programem socjalnym” nie działały w Hiszpanii Franco i Portugalii Salazara, nie zadziałają też w Polsce Kaczyńskiego. Kaczyński szykuje bogactwo dla swoich wasali, w tych wszystkich spółkach i fundacjach, i biedę dla całej reszty.

A że umowy są ważniejsze od zasiłków, o tym świadczą odmienne losy zwalnianych ostatnio dziennikarzy. Śmieciówkowca można zwolnić mailem, jak tego biedaka z Biełsatu. Etatowca można tylko przesunąć do innych zadań. Dlatego lepiej mieć etat niż pięć stów plus.

sobota, 08 września 2018
Notka o Biedroniu

Teksty z serii „co powinna zrobić lewica” wydają mi bezprzedmiotowe jak rozważania o taktyce mundialowej, kiedy jeszcze nie wiadomo nawet, kto przejdzie eliminacje. W tej metaforze są nimi nadchodzące wybory samorządowe.

To po nich zostaną rozdane karty gry o wybory parlamentarne w 2019, a dopiero jak je dostaniemy, nadejdzie czas na licytację i wista. Niedobrze, metafory w sąsiednich akapitach są jak grzyby w barszczu, muszę się odtąd ograniczać.

Jak będzie wyglądało głosowanie do sejmików i czy po przełożeniu na symulowane wybory do Sejmu, wyjdzie z nich samodzielna większość dla PiS? Czy PiS przejmie władzę w jakimkolwiek mieście wojewódzkim? Czy głosy na SLD i Razem rozłożą się raczej jak „6:2” czy „4:3”? Kto zajmie trzecie miejsce w Warszawie? Czy lewica w jakimkolwiek mieście obejmie władzę?

Dopóki nie znamy odpowiedzi, nie ma o czym mówić. A przecież poznamy za miesiąc.

Niezależnie od tych pytań, jedno tylko wiem na pewno. Nie podoba mi się pomysł „wspólnej listy całej opozycji”, którym ekscytuje się prawe skrzydło mojego bąbelka.

Gdyby jakimś cudem taka lista powstała, ja będę głosować na cokolwiek na lewo od niej. Już kiedyś głosowałem na tej zasadzie na Zielonych, którzy dostali coś koło 0,2%. No i super, i tak wolałem Erbel od HGW.

Nie przekonują mnie argumenty, że to potrzebne do obrony demokracji. Nie lekceważę autorytarnych zapędów PiS, ale sama struktura polskiego państwa utrudnia orbanizację.

Nie lubię ani Dudy, ani Morawieckiego, więc nie kibicuję żadnemu z nich podczas przepychanek typu „jak oni mi podłożyli świnię podczas mojego wyjazdu do Australii, to ja im się zemszczę wetem”. A raczej: kibicuję im obu, niech zadają sobie jak najsilniejsze ciosy.

Cieszy mnie sama ta przepychanka, bo to pozostaje ostatnie już z systemu zabezpieczenie z konstytucyjnego systemu „checks and balances”. Nawet jeśli ta sama partia wyhaczy prezydenta i premiera, sama natura obu stanowisk wbija klin między nich.

Duda prywatnie może sobie być większym zamordystą od Morawieckiego (pewnie zresztą jest), ale już parę razy ratował nas przed pomysłami typu zmiana ordynacji wyborczej. Nie z miłości do demokracji, we własnym interesie.

Nie wierzę więc w „polski faszyzm”, najwyżej w „drugą sanację”. Wtedy też nie było „jednego frontu opozycyjnego”, tylko centrolew i centropraw (Front Morges). I pojedyncze miasta rządzone przez socjalistów, jak Łódź, Radom czy Sosnowiec.

Z powyższymi zastrzeżeniami, przejdę do najbardziej palącego dziś pytania. Co z Biedroniem?

Może na niego kiedyś zagłosuję, może nie. Wydaje się naturalnym kandydatem na wybory prezydenckie 2020, ale po drodze będą jeszcze parlamentarne, które znów przemeblują scenę. Kto wie, co się z nich wyłoni.

A na kogo będę głosować w parlamentarnych, a wcześniej w eurowyborach? To zależy od tego, co będzie z partią Razem po wyborach samorządowych.

Jeśli zrobi jakiś Centrolew z Biedroniem, proszę bardzo. Jeśli Biedroń zrobi go z SLD, pomijając Razem, to nie bardzo. W wielki lewicowy obóz, łączący Biedronia, Razem i SLD, na razie nie wierzę, ale wybory samorządowe mogą tu dużo zmienić.

Prywatnie Biedroń budzi we mnie mniej entuzjazmu od Razem. Razem postrzegam jako partię „ludzi mniej więcej takich jak ja”, którzy mówią moim językiem, oglądają te same seriale, mogliby być moimi kolegami z pracy (czasem nawet są/byli).

Biedronia postrzegam jako kogoś z establishmentu, a to - jak wiecie - nie jest dla mnie komplement. Nie umiem go sobie wyobrazić jako kolegi z pracy, kogoś zajmującego równorzędne stanowisko. Za to bez trudu wyobrażam go sobie jako kogoś ważnego z korpowierchuszki, kto mi wydaje polecenia.

Domyślam się, że etykieta „partii wielkomiejskich korpoludków” prawdopodobnie szkodzi razemitom. Nie mam pojęcia. Nie znam się na marketingu, politycznym ani jakimkolwiek.

Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby 90% gospodyń domowych wybrało jakiś proszek do prania, albo na kogoś zagłosowało. Może image korpomenadżera to klucz do serc mitycznej klasy ludowej? Duda i Morawiecki też taki mają.

O rety, zwłaszcza Morawiecki! Wszyscy pracowaliśmy pod takim dżokejem powerpointa. Który się potem okazał klaunem excela, ale miało już nie być metafor.

W każdym razie, do mojego nie jest. Oczywiście, rozumiem, że korporacje potrzebują menedżerów, a polityka liderów. Więc nie wykluczam, że zagłosuję (zwłaszcza w jakiejś drugiej turze!), ale entuzjazmu z mojej strony raczej nie będzie.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dorota Wellman kontra roszczeniowa młodzież

Najważniejsze pytanie dla mojego pokolenia, zaraz po „jaki samochód?” oraz „gdzie w tym roku na wakacje?”, to dlaczego pokolenie milenialsów nie chce dołączyć do naszych protestów. Teraz w wyjątkowo zabawny sposób zadała je Dorota Wellman.

Wydaje mi się, że rozumiem oba pokolenia. Sprobuję więc jednym wytłumaczyć racje drugich.

Wydarzeniem definiującym różnice między nami (mną czy Dorotą Wellman) a milenialsami było ogarnięcie rynku pracy przez korporacje. W mediach to się dokonało mniej więcej między 1999 (wejście Agory na giełdę) a 2004 (debiut Faktu).

W innych branżach kluczowe daty są podobne. Bo w szerszej perspektywie to wszystko było kwestią wejścia do Unii.

Co za tym idzie, sytuacja kogoś zaczynającego pracę w 1995 i w 2005 była radykalnie odmienna. Różnica jest większa niż np. między 2008 a 2018.

Rówieśnicy moi czy Doroty Wellman zaczynali pracę w firmach, które dzisiaj nazywalibyśmy „turkusowymi”. Nie było sztywnej hierarchii, łatwo było awansować. W 1990 cała Polska była startupem.

Mieliśmy poczucie sprawczości. Czuliśmy, że możemy podążać za swoimi marzeniami, realizować swoje projekty. I wielu z nas się to udało.

Płacono nam grosze, ale płacono od samego początku. W wielu branżach siłą rozpędu jeszcze obowiązywały układy zbiorowe zawarte za PRL. Także w mediach.

Młodszy od nas kolega zaczynający pracę w 2008, zwykle lądował na bezpłatnym stażu. Potem go brali na śmieciówkę i obiecywali, że jesienią może się zwolni etat.

Z jesieni robi się wiosna, z niej następna jesień, a jednocześnie nie wiedzieć czemu (w korpo wszystko jest tajemnicą, z wyjątkiem komunikatów giełdowych!) te etaty się znajdowały dla innych.

Nasz młody człowiek tracił poczucie sprawczości. Umacniała to polska szkoła zarządzania upokorzeniem. „Na twoje miejsce mam pięciu chętnych”, „Jeszcze nie zdecydowałem, czy ci zapłacę za ten miesiąc”, „Nasza branża to mały świat, mogę załatwić, że nikt cię nie zatrudni” - to przecież polska korpoklasyka.

Na Zachodzie też mają korporacje, ale za sprawą różnych lubrykantów fisting niewidzialną ręką rynku jest mniej bolesny. Tam korporacje stosują motywacje pozytywne: jasna ścieżka rozwoju, opcje na akcje, różne perksy.

Ludzi się tam nie gnoi tak jak w Polsce. To stały punkt opowieści rodaków na saksach: że nie tylko pieniądze większe, ale i nareszcie nie czują się traktowani jak zesłaniec w kolonii karnej.

Na stronie „Wiesławiec deluxe” był żart o polskich ścieżkach rozwoju. Pracownik HR do aplikanta: „na początek straci pan zdolność odbioru dzieł kultury, a po pięciu latach już będzie się pan śmiać z kolegami, kiedy będziecie sobie przy wódce pokazywać na telefonach memy o piłkarzach”.

I nie mówię tutaj o pracownikach Amazona, mówię o korpoludkach z klasy średniej, siedzących w nowoczesnych biurowcach. Pracujących nawet w tej samej branży, co ja czy Wellman, tylko pechowo młodszych o 10-20 lat.

Jeśli kiedykolwiek odczuwali wolność, sprawczość, podmiotowość itd., to tylko w życiu prywatnym. Można ich więc zmobilizować hasłami typu „aborcja”, ale tych tematów opozycja unika, bo po co drażnić xiędza dobrodzieja.

Tekst Wellman brzmi dla milenialsów jak dalszy ciąg polskiej szkoły motywowania negatywnego. Oż wy, roszczeniowe nieroby, na co czekacie, aż wam Netflixa wyłączą? Ruchy, ruchy, PiS się sam nie obali!

Opozycja tak przemawia do społeczeństwa od lat. Dlatego zresztą dziś jest opozycją.

Komorowski zaprezentował się w kampanii jak toksyczny szef, który nawet się nie stara, żeby go lubiono. Zero uśmiechu, wieczny foch. „Mam pięciu wyborców na twoje miejsce!”.

Jak przekonać młodzież do naszych racji? Na dalszą metę potrzebujemy innego programu szkolnego, w którym zamiast wiedzy o społeczeństwie będzie wychowanie obywatelskie.

Na razie szkoła uczy demokracji tak, jak się uczy przekroju żaby, „kto kogo może odwołać”. A powinna wyrabiać postawę „jestem świadom swoich praw i umiem ich bronić (np. w sądzie)”. To się powinno z kolei wiązać ze zmianą rynku pracy, żeby te prawa szanował.

To oczywiście zadanie na lata. Na krótką metę mam taką propozycję - zwrócić się o pomoc do grup rekonstruktorskich, odtwarzających pojedynki rycerskie. Przydzielić każdemu opozycyjnemu politykowi, dziennikarzowi, celebrycie lub innemu autorytetowi rycerza w pełnym rynsztunku, żeby za każdym razem, gdy opozycjonista zacznie połajankę z serii „wy roszczeniowa hołoto...!”, rycerz walił go gumowym kurczakiem bez łeb.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018
Kim był Andrzej Lepper

W lewicowym bąbelku - burza o Leppera. Mam nadzieję, że ci, którzy chcą mu dorabiać pozytywną legendę, po prostu nie pamiętają faktów.

Ten legendarny Lepper, w odróżnieniu od prawdziwego, miał być przywódcą ludowym, który pochodził z samego ludu, a więc przez to „prawdziwym”. Podobno to on pierwszy wyartykułował gniew przeciwko neoliberalizmowi i za to go zmiażdżyli wrogowie.

Tyle legenda, teraz fakty. Z okazji pięcioletniej rocznicy śmierci, Jarosław Tomasiewicz napisał Lepperowi laurkę w „Nowym Obywatelu”. Trzymajmy się tego, co w tej laurce.

Według niej, Lepper został w 1978 kierownikiem PGR. Od 1980 miał własne gospodarstwo na 63 ha - tyle pisze Tomasiewicz.

Ja jeszcze dodam na podstawie innych źródeł, że miał 2 kombajny, 6 przyczep i 3 traktory. W 1990 powiększył areał o kolejne 50 ha.

Że ktoś nie umie mówić po polsku, to jeszcze nie czyni go przedstawicielem ludu. Dla mnie to biografia typowego Janusza biznesu.

Nawet trzymając się tylko tego, o czym pisał Tomasiewicz: Lepper już w latach 80. był bogatszy niż wówczas ja czy kogokolwiek z moich szanownych komcionautów lub naszych nie mniej szanownych przodków. Chciałbym być z takiego „ludu”!

Jeśli ktoś jest panem na 113 hektarach, nie jest już rolnikiem, jest obszarnikiem. Latyfundystą. Przecież nie potrzebował 6 traktorów po to, żeby samemu nimi jeździć.

W 1990 Lepper chcąc się przestawić na przemysłową produkcję mączki ziemniaczanej, bierze kredyt. Inwestycja była nietrafiona, kredyt był niespłacalny.

Normalny biznesmen w takiej sytuacji ogłasza upadłość - i albo rozkręca nowy biznes, albo w ogóle daje sobie spokój z biznesem. Ale Lepper w 1992 zamiast tego zakłada ugrupowanie, reprezentujące przedsiębiorców takich jak on. O swoje nietrafione inwestycje oskarżają Balcerowicza.

Trzeba nie pamiętać tamtych czasów, by uważać, że Lepper był jakimś pionierem w krytyce Balcerowicza. Protesty trwały od samego początku reform.

W 1990 wszyscy czynni politycy byli przeciw rządowi Mazowieckiego - z wyjątkiem tych, którzy sami byli w rządzie. Najgłośniejszym krytykiem rządu (i Balcerowicza) był Lech Wałęsa, który od tego zaczął swoją kampanię prezydencką.

W tamtych wyborach jedyny kandydat popierający Balcerowicza nie przeszedł do drugiej tury. Wybieraliśmy w niej między jednym przeciwnikiem Balcerowicza a drugim.

Lepper nie był też pierwszym przywódcą poszkodowanych rolników. Słynną blokadę drogi pod Mławą z czerwca 1990 organizowali Roman Bartoszcze, Gabriel Janowski i Jacek Soska.

Ten protest obrósł legendą „szarży transporterów opancerzonych”. Czy ludzi, którzy w to wierzą, nie zastanawia brak ofiar śmiertelnych?

Nic się nikomu nie stało, bo nie było żadnej szarży. Drogę odblokowano pokojowo, w wyniku negocjacji między policją a protestującymi, w nocy z 15 na 16 czerwca.

Czy policja powinna była mieć aż tyle uzbrojenia? Protestujący też nie byli całkiem niegroźni, mieli ze sobą kosy - niby tylko nawiązanie do historycznego rekwizytu, ale dla mnie to także dzisiaj byłoby uzasadnienie, żeby wezwać antyterrorystów.

Lepper pojawia się stosunkowo późno. I nie jako krytyk kapitalizmu.

Początkowo był po prostu nacjonalistą i antysemitą. Na wiecach z lat 1993-1998 mówił, że polska bieda bierze się z ucisku „wrogich Polakom nacji”, zazwyczaj wymieniał niemiecką i żydowską (polecam cytaty z jego wypowiedzi w prasie lokalnej z tamtego okresu).

Sam kapitalizm dla Leppera był OK, dopóki sam Lepper czerpał profity, wraz ze swoimi kolegami. Ich lista ciągle się zmieniała. Ten zarządca komisaryczny, którego jego banda pobiła w 1994, również był jego dawnym współpracownikiem. Lepper nie był w stanie z nikim współpracować na dłużej, dlatego nie zbudował żadnej trwałej struktury.

Za Millera był wicemarszałkiem Sejmu. Za Kaczyńskiego był wicepremierem. Mimo to nie zostawił po sobie żadnego dorobku, żadnej ustawy. Nie zapisał się literalnie niczym trwałym w polskiej polityce - w laurce Tomasiewicza brak konkretnych przykładów, bo ich nie ma.

Pośrednio pozytywny wpływ miał taki, że seksafera w Samoobronie uświadomiła ludziom, że linia obrony „skoro nie odeszła z pracy, to znaczy, że się na to wszystko zgadzała” nie chroni molestatorów. Jedyne, co dobrego Lepper zrobił dobrego dla społeczeństwa, to że w 2007 wreszcie wypadł z polityki (choć Kukiz przejął pałeczkę).


sobota, 28 lipca 2018
Czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny?

Gdyby jakiś pisowiec miał ochotę na kolejną notkę (tak z rozpędu), proponuję mu chwilę refleksji nad tytułowym pytaniem. W bonusie odpowiem, dlaczego w 1989 utrzymano ciągłość ustrojową z PRL, zamiast ogłosić powrót do konstytucji kwietniowej.

Rzecz w tym, że prawo reguluje wiele aspektów życia codziennego, o których często nie myślimy w kontekście „walka o sądy”. Stąd jeden z najgłupszych cytatów III RP, „niczego o mnie nie ma w konstytucji”.

My tu gadu-gadu, a ktoś tam gdzieś się komuś oświadcza. Równocześnie ktoś inny mówi „z nami koniec, chcę rozwodu”. Jeszcze inny wytargował korzystną cenę za używany samochód, a następny właśnie został zwolniony z pracy.

Wszystkich tych ludzi łączy jedno. Chcą podpisać jakiś dokument zgodnie z taką czy inną ustawą. Ogłoszenie przerwania ciągłości prawnej będzie dla nich dramatem.

Nie będzie wiadomo, na podstawie jakich przepisów mają związek małżeński zawiązać lub rozwiązać. Jak zarejestrować i wyrejestrować samochód. Jak wyliczyć odprawę należną zwalnianemu. I tak dalej.

Dlatego nawet w podczas rewolucji czy zamachu stanu, nowe władze rzadko ogłaszają całkowitą likwidację wszystkich instytucji ancien regime’u. Stąd fenomen „dziwnych praw” obowiązujących w różnych krajach od głębokiego średniowiecza. Przykłady państw, w których doknano radykalnego zerwania (Kambodża, Irak, Rosja) nie są specjalnie zachęcające.

Nie zrobiono tego nigdy w Polsce. III RP zachowała ciągłość prawną z PRL, PRL z II RP, II RP z zaborami. W 1918 również przecież nie ogłoszono przywrócenia I Rzeczpospolitej, tylko kontynuowano prawo państw zaborczych (jego ostatnie relikty zniesiono dopiero w PRL; np. Kodeks Napoleona formalnie obowiązywał na terenie dawnej kongresówki do 1946).

Dobrze to pokazuje historia Sądu Najwyższego. Powołano go w marionetkowym Królestwie Polskim, które w 1916 proklamowali Niemcy i Austriacy.

Zaborcy (mówiąc ściślej, wtedy już okupanci) nie dogadali się między sobą co do tego, kto ma być „królem” tego państewka. „Rządziła” nim więc Rada Regencyjna, która stworzyła kilka instytucji, działających do dziś. Wśród nich Sąd Najwyższy.

Pierwszym I prezesem SN był Stanisław Srzednicki, kandydat kompromisowy, bo mianowali go zaborcy zachodni, ale był najwyższym rangą polskim sędzią w zaborze rosyjskim. Po zdobyciu niepodległości Piłsudski mógł go wywalić (jako Naczelnik Państwa mógł teoretycznie wszystko). Ale nie zrobił tego.

Niepodległość niepodległością, ale ktoś się wtedy przecież na przykład wtedy kolejny rok procesował z sąsiadem o miedzę. Nie pokochałby wolnej Polski, gdyby ta mu całą sprawę zresetowała do zera.

Ostatnim I prezesem w niepodległej Polsce był Leon Supiński. Po wojnie komuniści chcieli zachować pozory ciągłości, wzięli go więc do swojego Sądu Najwyższego, tym razem jako II prezesa. Wkrótce wypchnęli go w stan spoczynku.

Pierwszym komunistycznym I Prezesem SN był Wacław Barcikowski (od 1945 do 1956). Był znanym przed wojną prokuratorem i adwokatem. Cóż, kolaboranci wśród elit się znajdą nawet za Stalina.

Ostatnim I Prezesem komunistycznego Sądu Najwyższego był prof. Adam Łopatka. Rada Państwa powołała go w 1987 na 5-letnią kadencję (teoretycznie do maja 1992).

Rząd Mazowieckiego  przeprowadził jednak w Sejmie ustawę, która skracała tę kadencję. W maju 1990 wyrzucono wszystkich 109 sędziów SN.

Dlaczego dziś to skandal, a wtedy nie? Bo w czasach PRL sędziowie nie byli nieusuwalni. Peerelowskich sędziów wyrzucono zgodnie z peerelowskim prawem. Dopiero ich następcy mieli być nieusuwalni (jak się okazało, tylko na 28 lat).

Wbrew temu, co dziś twierdzi kacza propaganda, sędziowie przeszli czystkę. Zaakceptowano tylko 22 z tych 109, przepadł sam prof. Łopatka. Jego następcą został prof. Adam Strzembosz, pierwszy I prezes SN w wolnej Polsce.

Jeśli ktoś uwierzył w „Michnikowszczyznę” Ziemkiewicza, to pewnie wydaje mu się, że „Gazeta Wyborcza” broniła peerelowskich sędziów. Przypominam, że Ziemkiewicz napisał tę książkę na podstawie tego, co mu się wydawało, że zapamiętał - a nie kwerendy w archiwach.

Polecam artykuł „Samo-sąd” z 30 maja 1990, w którym Wanda Falkowska opisywała tę czystkę i uzasadniała ją tym, że „niektóre uchwały SN były po prostu haniebne”, przytaczając m.in. przykład politycznego wyroku z 27 czerwca 1988.

Reasumując, czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny? W pewnym sensie tak. Ale w takim samym, w jakim w II RP był postzaborczy. A nawet mniejszym, bo w 1918 nie było czystki.

czwartek, 26 lipca 2018
Drodzy pisowcy (po wyroku)

Trochę czasu minęło, kiedy do Was pisałem. Zauważyłem, że piszę do was głównie w sprawie Waszych reform sądownictwa, bo sądy to nasz wspólny problem.

Nawet, jeśli ktoś przeżyje całe życie bez styczności z prawem karnym (czego sobie i wam życzę), to pozostaje prawo cywilne, rodzinne, gospodarcze itd. Te wszystkie hipoteki, spadki, weksle, sądy pracy, notariusze i komornicy.

To nie działa dobrze. Gazeta, w której pracuję, miała dużo tekstów krytykujących np. powolne procedury czy samowole komorników.

Gdy szukamy ostatnich rzeczy, które łączą nas, jako Polaków - wyborców PiS i wyborców anty-PiS - to jedną z nich właśnie jest strach, że jeśli pójdziemy z czymś do sądu, to ugrzęźniemy tam na wiele lat, choćby sprawa była ewidentna.

Na początku Waszych reform ostrzegałem, że nic nie wskazuje na to, że Ziobro, Jaki i Piotrowicz coś w tej materii poprawią. Użyłem metafory motoryzacyjnej, że polskie sądownictwo jest jak rozklekotany samochód.

PiS zamiast naprawiać, zmienia kierowcę. Od tego ten sztrucel szybciej nie pojedzie.

Minęło dwa i pół roku. Czy coś się poprawiło? Znacie kogoś, kto wielbi ministra Ziobrę, że dzięki jego znakomitym reformom wszystko teraz szybciej działa?

Pytam ze szczerej ciekawości. Chętnie bym taką relację usłyszał. Choć przypuszczam, że gdyby była choć jedna taka osoba w całej Polsce, już by o niej zrobili materiał w TVPiS.

Ostatni wyrok TSUE w sprawie odmowy ekstradycji Artura C. sprawił, że nasz problem tymczasem zrobił się jeszcze gorszy. Koło odpadło od naszego sztrucla.

Prawicowi blogerzy zbywają to żarcikiem, który prawdopodobnie jest „przekazem dnia”, bo pojawił się nagle w różnych miejscach. Że to dobra wiadomość, bo przestępcy będą się teraz przenosić z Polski do Irlandii, a więc u nas będzie bezpieczniej, ha ha.

Na ten wyrok powoływać się będą nie tylko dealerzy narkotyków - także przestępcy gospodarczy. Aferzyści od następnego Amber Gold po prostu kupią sobie pałace po czeskiej stronie Cieszyna i będą bezkarni.

Spójrzcie na to z punktu widzenia tego waszego „wstawania z kolan”. Do 2018 roku polskie sądy były w Unii Europejskiej równe niemieckim czy francuskim. Od wczoraj są oficjalnie uznane za sądy gorszego sortu.

To nie będzie się ograniczać tylko do ekstradycji przestępców. To dotknie także innych sądów - cywilnych, rodzinnych, gospodarczych.

Wyobraźcie sobie konflikt między przedsiębiorcą polskim a jego niemieckim konkurentem. Albo rozwód Polaka z Niemką i sprawę o opiekę nad dziećmi i podział majątku. Albo proces polskiego pracownika z niemieckim pracodawcą.

Zamiast „niemieckiego” mógłbym wstawić „czeskiego” czy „francuskiego”, ale Wy macie jakąś szczególną fiksację na punkcie Niemiec. Otóż w Niemczech nasze wyroki teraz też będą podważane, podobnie jak w Czechach czy Francji.

To o tyle zabawne, że jeszcze przed chwilą snuliście fantazje na temat karania obcokrajowców za mówienie „polskie obozy zagłady”. To zawsze było głupie, ale skoro od wczoraj polskie wyroki nie będą respektowane na drugim brzegu Odry, to teraz ta głupota powinna być oczywista nawet dla Was.

Nie zwracam się do Was jakoś szczególnie przymilnie, bo ani Was nie lubię, ani nie chcę, żebyście mnie polubili. Ale ten problem z sądami jest i Wasz, i nasz. Skoro już jest źle, to moglibyście chociaż nie pogarszać.

Ziobro, Jaki i Piotrowicz już kilka razy obiecywali, że wszystko raz-dwa załatwią, tylko trzeba pośpiesznie przepchnąć jakąś ustawę. I za każdym razem było tylko jeszcze gorzej. Chyba już nawet Wy nie wierzycie, że tym razem jakimś cudem wreszcie im się udało?

Ministra Rafalska też musiała pokonać wiele przeszkód, żeby wprowadzić 500+. Ale wprowadziła, zamiast przedstawiać kolejne wymówki. Za to ją szanuję.

Minister Grabarczyk musiał zmienić wiele aktów prawnych, żeby wreszcie ruszyła budowa autostrad. Ale zmienił. I ruszyła. Za to go szanuję.

Są politycy, którzy rozwiązują problemy. I są politycy, którzy wymyślają wymówki.

Wasza ekipa od sądów należy do trzeciej kategorii, wzmacniaczy problemów. Zastali sądownictwo w złym stanie, udało im się je pogorszyć. Ich jedynym sukcesem, póki co, jest poupychanie znajomych na różnych wysokopłatnych fuchach.

Powinniście coś z nimi zrobić. Co? A to już, dla odmiany, wyłącznie Wasz problem.

wtorek, 12 czerwca 2018
Razem ze Spiewakiem

Wreszcie będziemy mieć spór polityczny w naszym bąbelku. Na miejscu zaglądających tu pisowców już bym szykował popcorn! A osoby mające poglądy inne niż ja uprzedzam, by nie zniżały się do poziomu Tomasza Lisa oraz Soku z Buraka, bo wytnę i zabanuję.

Od początku zakładałem, że w wyborach na prezydenta Warszawy zagłosuję na Śpiewaka lub Zandberga. Gdyby startowali przeciw sobie, oczywiście wybrałbym Zandberga, ale z rozpaczą, bo to by oznaczało przekreślenie szansy na podiumowe, trzecie miejsce.

Już przynajmniej wiadomo tyle, że nie będą startować przeciw sobie, tylko w ramach porozumienia wszystkich akceptowalnych dla mnie opcji (Zieloni i Nowacka do nich należą).

Zatem jest szansa na trzecie miejsce. SLD może kogoś wystawi, może nie wystawi, mój przyjaciel Łajdefak Szudajgiwedamn obserwuje to z wielkim zainteresowaniem.

Część mojego bąbelka społecznego Śpiewaka otwarcie nienawidzi. Ja nie kibicuję mu tak ultrasowsko, jak partii Razem, ale wobec tego, na ile mniejszych zeł (złów?) już głosowałem, na ich tle Śpiewak jest więcej niż OK.

Zarzuty wobec Śpiewaka dotyczą głównie formy, a nie treści, więc zacznę od nich. „Źle mu z oczu patrzy” (sic), „nie budzi zaufania”, „zachowuje się jak wariat”, „niepotrzebnie zraża do siebie ludzi”.

Mam deja vu, bo tak samo mówiono 25 lat temu o Ikonowiczu. Zgodzimy się chyba co do tego, że historia przyznała mu rację w sprawie warszawskiej reprywatyzacji (moim zdaniem, także w kilku innych; ale trzymajmy się stolycy).

Miał rację walcząc w Sejmie o ustawę o wygaśnięciu roszczeń reprywatyzacyjnych. Miał rację walcząc z Blidą o ochronę lokatorów. Kiedy tę walkę przegrał, miał rację blokując eksmisje (zanim to się zrobiło mainstreamowe).

Otóż do tej walki zawsze potrzeba było kogoś, kto zachowuje się trochę jak wariat. To walka z potężnym przeciwnikiem, którego stać na najlepszych prawników. Ba, kwiat palestry okazał się umoczony w warszawskie przekręty i miał materialne zainteresowanie w zachowaniu status quo.

Śpiewak ma u mnie ogromny szacunek za to, że się tych ludzi nie bał. Wytoczyli mu kilkadziesiąt procesów, wygrywa jeden po drugim (acz nie zawsze w pierwszej instancji).

Doświadczenie życiowe mówi mi, że te dwie zalety nie idą w parze - odwaga by robić takie rzeczy i temperament doskonale poukładanego krawaciarza.

Wybaczam mu więc wszystko, co się sprowadza do formy. A zaliczam tu także i to, że kiedy Kukiz ogłosił swoje poparcie, Śpiewak bąknął grzecznościowe frazesy w podziękowaniu, co sokizburaka rozdmuchują do „ogłoszenia współpracy”.

Taki idealny kandydat moich marzeń, z których identyfikowałbym się stuprocentowo, odpowiedziałby oczywiście Kukizowi, żeby ten się wypchał ze swoim poparciem. Idealni kandydaci moich marzeń mają jednak problem z wyjściem z 3%.

Tyle o formie. A co z meritum? Zapraszam do stawiania w komciach merytorycznych zarzutów Śpiewakowi (ale przypominam, że twitter Lisa to nie jest dka mnie wiarygodne źródło).

Zazwyczaj spotykam się z takim, że pokłócił się ze stowarzyszeniem „Miasto Jest Nasze”, które sam zakładał, co dowodzi jego niedoświadczenia i konfliktowości. To jest poważny zarzut, ale jeśli w ogóle ma się spełnić marzenie o przełamaniu duopolu PO-PiS (a marzę o tym bardzo), musimy dopuszczać do polityki ludzi nowych, ergo niedoświadczonych. W Razem też przecież są głównie tacy.

Drugi znany mi zarzut jest taki, że w swojej kampanii przeciw mafii reprywatyzacyjnej rzuca oskarżeniami pochopnie, na przykład sugerując, że ktoś mógł być umoczony w jakiś przekręt tylko dlatego, że jego podpis figuruje pod dokumentem kluczowym dla owego przekrętu.

To typowa linia obrony warszawskiego establishmentu - „to nie ja, to moi współphacownicy”. Nie przekonuje mnie.

Nawet jeśli w jakiejś sprawie winy (w sensie prawnokarnym) nie ponosi Ważny Dyrektor, tylko mniej ważny wicedyrektor, w dodatku jeszcze pochodzący z poprzedniego rozdania stołków, to pozostaje kwestia odpowiedzialności moralnej i politycznej. Szychy z ratusza powinny się posypywać popiołem za to, że to wszystko się działo na ich wachcie - a nie zasypywać Śpiewaka procesami.

Współpraca Razem ze Śpiewakiem bardzo mnie więc cieszy, a obecność Zielonych i Nowackiej traktuję jako dodatkowy bonus. Mam wrażenie, że to najbardziej przeszkadza tym komentatorom, którzy lansują suchara „razem jak zwykle osobno”. Ich zadowoliłoby chyba tylko samorozwiązanie lewicy i jej przekształcenie w Klub Sympatyków Platformy Obywatelskiej im. Jana Pawła Balcerowicza.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29