Ekskursje w dyskursie
środa, 26 lipca 2017
To my, buldogi

No i proszę - na rozpoczęcie walki delfinów nie musieliśmy czekać nawet dwóch tygodni. Atak furii Kaczyńskiego w Sejmie potencjalni następcy tronu zinterpretowali jako okazanie słabości i huzia!

Nikomu w tym sporze nie kibicuję. A raczej kibicuję wszystkim stronom. Będę je zagrzewać okrzykami „LUTUJ GO MOCNIEJ, LUTUJ!”.

Pan Adrian się nagle obudził jako obrońca praworządności. Rychło w czas.

Przyczynił się swoim podpisem do zniszczenia niezależności Trybunału Konstytucyjnego, do destrukcji edukacji, do zawłaszczenia mediów publicznych, do niszczenia lasów, do harców Macierewicza, do bezkarności Kamińskiego. Niczego mu z tej listy nie wybaczę.

Ale nie da się ukryć, że miałem mnóstwo radości, czytając Psychiatryk24 i komcie na Wpotylicę. Na prawicy pożar w kurniku.

Ich prezydent natychmiast stał się dla nich „PADalcem” i „PADliną”. Dla wiceministra Jakiego jest już „cieniasem, który wymięka”.

Zaraz powyciągają na niego jakieś haki, zaraz się dowiemy, że ma niesłuszne pochodzenie. Nie będę go bronić. LUTUJCIE GO MOCNIEJ, LUTUJCIE!

Ale im mocniej oni będą walić w niego, tym silniej on im się będzie odwijać. A może im dużo zaszkodzić, oj dużo.

Cała ta destrukcyjna machina dotąd działała przecież tylko dzięki temu, że prezydencka marionetka podpisze wszystko, co jej podsuną. A jakby co, to każdego ułaskawi.

W odróżnieniu od pani Beci, którą jednym ruchem palca prezessimus może w każdej chwili odesłać na tą wieś, z której ją innym ruchem palca wyciągnął - pan Adrian jest nie do ruszenia. Nic mu nie mogą - a on im wiele. LUTUJ ICH MOCNIEJ, LUTUJ!

Przypominałem jakiś czas temu, że wystarczy utrata pięciu posłów, a PiS już nie ma bezwzględnej większości. To się może wydarzyć jeszcze w tym roku.

Kaczyński ma ostatnie chwile na to, żeby jeszcze uratować swój obóz przed kolejną klęską. Mógłby wyciągnąć rękę, wymusić na Ziobrze i Dudzie pojednanie przed kamerami, poskromić zbuntowane buldogi.

Ale on tego nie umie zrobić. Nigdy nie umiał. Jego poprzednie rządy zniszczyła rywalizacja między przystawkami - i tak samo będzie teraz.

Konflikt prezydenta z rządem to tak naprawdę konflikt dwóch przystawek: Gowina i Ziobry. Obaj mają swoje mikropartyjki, wyrzucenie z rządu jednego z nich grozi odpadnięciem przystawki (a więc: utratą większości).

Kaczyński nie umie łagodzić konfliktów. Umie tylko zrobić awanturę, dostać furii, zapluć się wściekłością, naubliżać. I nie wątpię, że budynek na Nowogrodzkiej trzęsie się od paru dni od podobnych wybuchów, tym razem już bez kamer.

Co najmniej dwukrotnie był u władzy (kiedy wywalczył prezydenturę dla Wałęsy i wygrał wybory w 2005). I za każdym razem tracił ją w ten sposób. Za bardzo lubi pomiatać ludźmi, a ludzie znoszą to tylko do czasu.

Jesienią ludzie poczują na własnej skórze skutki deformy edukacji. Dla wielu rodzin dodatkowe koszty, związane z wydłużeniem dojazdów albo koniecznością wynajęcia opiekunki, skonsumują 500+.

Coraz realniejsze są unijne sankcje. I tylko skromny żelazny elektorat uwierzy, że to wina Unii, a nie PiSu, olewającego kolejne sygnały ostrzegawcze.

Orban was nie uratuje, drodzy pisowcy. To polityk obrotowy, wchodzi w sojusz z tym, kto mu potrząśnie sakiewką. Moskwa i Bruksela mają sakiewki, Polska ma tylko Sakiewicza. Jak przyjdzie co do czego, głosowanie znów będzie wyglądało 27:1.

A w grudniu skończą się księgowe sztuczki Morawieckiego i poznamy prawdę o tym cudownym „uszczelnianiu VAT”. I sondaże polecą. A w 2018 wybory samorządowe...

I znów przed prawicowym zamordyzmem uratuje nas indolencja prawicy, bo na opozycję tradycyjnie nie ma co liczyć.

środa, 19 lipca 2017
Drodzy pisowcy...

Wiem, że czasem zaglądacie skrycie na mojego bloga, więc znów chciałbym zwrócić się do tych z was, którzy mają jakieś wątpliwości. Czyli do wszystkich, bo przecież każdy człowiek czasem ma wątpliwości, najwyżej się nie przyznaje.

Słuchajcie, bo to jest tak, że ja oczywiście zgadzam się, że sądownictwo w Polsce źle działa. Mam z nim (na szczęście) rzadki kontakt, ale za każdym razem szokuje mnie, jak powoli to wszystko działa.

Ten powrót do świata analogu! Odczytywanie czegoś z papieru, żeby ktoś inny to ręcznie zaprotokołował! To jakby polskie sądy były ostatnią enklawą zeszłego stulecia. Aż dziwne, że papierosów nie wolno palić.

Na to wszystko są konkretne rozwiązania. Primo: cyfryzacja. Secundo: częstsze stosowanie terminów prekluzyjnych (że sąd mówi, że decyzja/wyrok zapadnie tego-a-tego dnia, i jak strona/oskarżony się nie wyrobi, to jego/jej problem - żeby nie można było w nieskończoność przewlekać na „chorobę pełnomocnika”). Tertio: upragmatycznienie kpk/kpc/kpa...

Nie upieram się, że sam bym umiał to zrobić. Ale chwileczkę, czy cokolwiek o tym mowa w pisowskich projektach? Oczywiście, nie.

Nie usłyszeliśmy ANI SŁOWA na temat konkretnych rozwiązań. Tylko tradycyjną propagandę, że sądy złe, bo postkomunistyczne i cała władza w ręce Ziobry.

Przecież to tak, jakbyśmy mieli samochód, co do którego wszyscy się zgadzamy, że jest z katastrofalnym stanie. Każda opona inna, a wszystkie łyse. Luz w kierownicy, tańczy przy hamowaniu, dymi z rury, siadł amortyzator, olej zmieniony nie wiadomo kiedy, przegląd zaległy od lat, żadnej szansy na przejście go na legalu.

Ale co na to PiS? Zamiast przygotować remont generalny, to mówi: zabierzmy kierowcy kluczyki.

To niesłuszny kierowca, jest resortowym dzieckiem, bo żona stryja ciotki szwagra była w PZPR. Miał dość czasu na zrobienie remontu, skoro go nie zrobił, to dajmy teraz odzyskane kluczyki totalnie niepostkomunistycznemu Piotrowiczowi.

Przecież CAŁA ta niby-reforma sprowadza się do tego, kto ma sądownictwem rządzić. Usłyszeliście od Ziobry, Kaczyńskiego, posła sprawozdawcy, kogokolwiek, cokolwiek o rozwiązaniach konstruktywnych?

Coś o tej cyfryzacji może? A może o zmianie kodeksów postępowania?

No właśnie. Cała wasza nadzieja w tym, że jak PiS przejmie kontrolę nad tym samochodem, to wreszcie zrobi zaległy remont.

Chciałbym ją podzielać, serio. Ale nie widzę podstaw. Te dwa lata pokazały, że PiS jest dobry wyłącznie w rozwałce.

Potrafi, owszem, przejąć władzę nad jakąś instytucją - a następnie sparaliżować jej działalność. Świetnie to widać w działce, którą obserwuję zawodowo, czyli w kulturze.

PiS przejął tutaj prawie wszystkie instytucje - Instytut Książki, Instytut Mickiewicza, Narodowy Instytut Audiowizualny, Narodowe Centrum Kultury, teatry, media publiczne. Ich ludzie rządzą wszystkim, trzymają łapę na wszystkich pieniądzach.

I co? I gdzie te pisowskie sukcesy filmowe, telewizyjne, teatralne, literackie, festiwalowe? Chyba nawet zwolennik tej partii musi zauważyć, że pisowska kultura to nadal tylko Pietrzak, Rosiewicz i babcia Zdzicha z telenoweli.

Co innego przejąć władzę nad jakąś instytucją - to każdy głupi potrafi! - a co innego zdziałać w niej coś konstruktywnego. To się PiSowi nie udaje (z chwalebnym wyjątkiem 500+).

Zniszczyć gimnazja owszem, potrafili. Ale chyba nawet zwolennicy PiS nie spodziewają się, że szkoły od tego będą lepiej działać?

Niszczenie komisji lotniczej poszło świetnie. Ale chyba nawet zwolennicy PiS nie oczekują po Macierewiczu tzw. „prawdy o Smoleńsku” (ani, he he, lepszego kontraktu na helikoptery)?

Podobnie sądy nie zaczną lepiej działać od samego objęcia przez Ziobrę ręcznego sterowania. Owszem, drogi zwolenniku PiS, jeśli pechowo w twój samochód walnie kolumna BOR, ekspresowo zostaniesz skazany. Nie jesteś chyba aż tak naiwny, żeby wierzyć, że żałosne „ale ja na was głosowałem!” wystarczy jako linia obrony?

We wszystkich innych sprawach, mniej istotnych dla Ziobry, sądy będą działać równie opieszale. To będzie dalej ten sam zdezelowany samochód, tyle że z innym kierowcą.

Niech będzie, że dotąd sądy były w rękach „kasty”. Ale teraz będą w rękach jednej osoby. Moim skromnym zdaniem, historia wyraźnie pokazała, że to gorsze rozwiązanie.

piątek, 07 lipca 2017
Geopolityka trójmorza

Lubię historyczne książki i mapy, więc w pewnym sensie interesuję się geopolityką. Acz nie w sensie prawicowym, bo tam geopolityka polega raczej na oglądaniu tzw. „filmów dokumentalnych na youtube”.

Może w takich filmach fajnie wygląda koncepcja „trójmorza”. Ale historia każe mi w nią wątpić.

Większość krajów Europy Środkowej pojawiła się na mapie po pierwszej wojnie światowej (część początkowo jako federacje, rozpadające się dekady później). Zdrowy chłopski rozum sugerowałby im współpracę, skoro od początku są wciśnięte między Niemcy a Rosję.

Przez te sto lat te kraje były pogrążone w ciągłych konfliktach wewnętrznych i zewnętrznych, w których ciągle Rosja i/lub Niemcy były uważane za mniejsze zło. Polska i Litwa na przykład formalnie były w stanie wojny do roku 1939, a kiedy ta nadeszła, Litwa wolała działać ze Stalinem przeciwko nam.

Nic się od tego czasu zasadniczo nie zmieniło. Nasi potężni sąsiedzi każdemu z nas mają więcej do zaoferowania od pozostałych krajów Trójmorza.

Polski przedsiębiorca przecież nie zrezygnuje z niemieckiego rynku zbytu i nie będzie sobie szukać klientów w Rumunii tylko dlatego, że taki sojusz ładnie wyglądałby na mapie. Orban z kolei nie zrezygnuje z rosyjskiego gazu tylko dlatego, że Duda się ładnie uśmiechnie.

Trójmorze (podobnie jak podobne konstrukcje - Wyszehrad, Międzymorze, wspólnota jagiellońska itd.) jest inherentnie niestabilne. Więcej mamy interesów sprzecznych niż wspólnych, i tak jest od 1918.

Przykład budowy stabilnej wspólnoty mogą nam dać państwa wciśnięte między Niemcy a Francję. Napisałem kiedyś esej nanoszący historię Unii Europejskiej na szersze tło różnych planów na zaprowadzenie stabilnego ładu w Europie, podejmowanych od czasu Karola Wielkiego.

Jak wiadomo, w 843 roku traktatem w Verdun podzielono jego imperium na trzy części. Miało to zapobiec już wtedy trwającym walkom między wnukami cesarza - a jak pokazała historia, tylko pogorszyło sprawę.

Dwie części dały początek Niemcom i Francji. Trzecia, dziedzictwo Lothara, była pogrążona w wiecznej niestabilności - aż do roku 1957.

Na 11 oficjalnych ojców-założycieli Unii, aż 9 pochodzi z dawnego dziedzictwa Lothara. Nie sądzę, żeby to był przypadek. Priorytetem dla nich było to, żeby już się nie powtórzyło to, co widzieli podczas dwóch wojen światowych, ktore (z ich punktu widzenia) były kolejną odsłoną walki spadkobierców dziedzictwo Karola Wielkiego.

Byli ludźmi wykształconymi, więc znali skutki poprzednich prób jednoczenia - cezaropapizmu, pokoju westfalskiego, kongresu wiedeńskiego. Wszystkie miały przynieść wieczny pokój, a przynosiły tylko kolejne wojny.

Te próby miotały się od jednej skrajności do drugiej. Były próby jednoczenia Europy wokół jednej ideologii, np. chrześcijaństwa czy bonapartyzmu. Były też próby zaprowadzanie pokoju opartego o cyniczną grę interesów poszczególnych suwerenów (gdy PiS dziś mówi o „wtrącaniu się w suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie nawiązuje do pokoju westfalskiego).

Ojcowie założyciele chcieli uniknąć tych skrajności. Wspólnota od początku odwołuje się do wspólnych wartości (np. praw człowieka), ale jednocześnie jest zaprojektowana elastycznie, żeby te wartości można było negocjować i modyfikować.

Dzięki temu jest w stanie pokojowo rozstrzygać konflikty. Przy wszystkich narzekaniach na biurokrację i powolny proces decyzyjny pamiętajmy, że alternatywą były (i nadal są) okopy i płonące miasta. Wystarczy spojrzeć na Donieck.

Nie widzę dla krajów leżących w paśmie dawnego frontu wschodniego pierwszej wojny światowej innej realistycznej recepty na pokojowe współistnienie niż ta, którą zastosowały kraje leżące w paśmie dawnego frontu zachodniego. Unia częściowo oparta o wspólne wartości, częściowo o interesy i poddająca negocjacjom jedno i drugie.

Gdyby nie było tamtej, powinniśmy założyć własną. Ale skoro tamta na zachód od nas już powstała - powinniśmy po prostu pogłębiać integrację z nią.

Alternatywę dla Zachodu tak naprawdę mamy tylko jedną: Rosję. Historia pokazuje, że samodzielne państwo w tym regionie może przetrwać 20, może 30 lat. Potem je połkną ci albo tamci. Taka tu geopolityka.

Tylko że jak już nas połknie Rosja, to tam nie będzie negocjacji. Tam będzie „morda w kubeł, ruki pa szwam”. Do tego nas prowadzą ci, którzy nas chcą oderwać od Zachodu.

niedziela, 02 lipca 2017
Druga kadencja PiS

Mój bąbelek soszialmediowy jest pełen kpin z sobotniego przemówienia prezesa - że będzie odbudowywać zamki, że będzie rewitalizować inteligencję (co robił Mikołaj, Wilq?). Nikt jednak nie mówi pozytywnie o platformianej kontr-imprezie.

Wniosek jest dla mnie jednoznaczny. Już tylko interwencja mitycznej zakonnicy w ciąży może odebrać PiS-owi drugą kadencję.

Platforma nie ma pomysłu na przyciągnięcie wyborców. Hasła „nie dla PiS” są hasłami negatywnymi.

Ale tak konkretnie, panie Schetyna, to co mi pan ma do zaoferowania? W czym moje życie stanie się lepsze, kiedy pan dojdzie do władzy?

Że pan „rozliczy odpowiedzialnych za okłamywanie Polaków”? Może pan zacznie te rozliczenia od tego, co było złe za rządów PO? Jeśli będziecie „stać murem za Hanką”, skończycie jak KOD, zbyt długo „stojący murem za Mateuszem”.

PiS wysłał tymczasem swoim wyborcom dwa konkretne powody do głosowania na siebie. I potrafię zrozumieć wyborcę, na którego to działa.

Pierwszy to obietnica „nie wpuścimy uchodźców, dzięku temu będzie bezpieczniej”. Nie działa na mnie z powodów, które tu już wielokrotnie przedstawiałem.

Strach przed uchodźcami wykreowano sztucznie, przy pomocy fejkowych niusów o „strefach szariatu” i „Szwecji na krawędzi wojny domowej”. Dostatecznie dużo podróżuję po Europie żeby wiedzieć, że to bzdura. Ale rozumiem, że kto Londyn czy Berlin zna głównie z TVPiS, da się na to nabrać.

Michał Sutowski w mojej audycji zwrócił jednak uwagę na to, że Platforma od początku nie miała na to dobrej riposty. Nie demaskowali bzdur, pośrednio legitymizowali je - przedstawiając za swój sukces wynegocjowanie z Unią minimalnej puli do relokacji (a więc przyznawali, że jest coś na rzeczy).

Poważniejsza jest druga obietnica, która - przyznam - na mnie już działa. To słowa Morawieckiego, że z samego uszczelnienia VAT udało się sfinansować 500+ - ergo, dopóki rządzi PiS, bogacze też będą płacić podatki.

Jeśli PO ma na to jakąś ripostę, to ja jej nie znam. Mam wrażenie, że w sobotę się do tego w ogóle nie odnieśli, umacniając wrażenie, że karuzela VAT się kręciła za cichym przyzwoleniem poprzedniego rządu (tak jak przekręty reprywatyzacyjne działy się za cichym przyzwoleniem platformianego ratusza, platformianego ministerstwa i środowiska prawniczego, które właśnie chce bronić swojej niezależności).

Być może moje wrażenie jest mylne. In fact, bardzo chciałbym, żeby tak było. Serdecznie zapraszam swoich znajomych sympatyzujących z PO, żeby nadrobili tę lukę w komentarzach na blogu i przedstawili proplatformiany punkt widzenia na te kwestie.

Oczywiście, ta obietnica też nie sprawi, że zagłosuję na PiS. Wiecie, na kogo będę głosować. Ale dopóki PO się nie odniesie do tych kwestii, nie chcę na nich głosować w żadnym wariancie, także w wariancie „zjednoczona opozycja”.

Obrona konstytucji? Tak. Obrona pluralizmu w mediach publicznych? Tak. Obrona orientacji proeuropejskiej? Tak.

Ale obrona przekręciarzy podatkowych? Obrona odpowiedzialnych za dziwne decyzje reprywatyzacyjne? Obrona biznesmeneli, którzy nie płacą swoim pracownikom? HELL NO.

Opozycja sama się wmanewrowała w sytuację, w której jej twarzami stali się Mateusz K., Rafał B., Jerzy M i Hanna G-W. Jej szyldem - restauracja „Ksiądz S. i przyjaciele”.

Na wszystkie inicjatywy Platformy i Nowoczesnej PiS będzie więc mieć zabójczo skuteczną ripostę: „krzyczą, bo tęskno im do optymalizacji podatkowych i reprywatyzacyjnego eldorado”. Szach mat, pozamiatane.

Nie lubię PiS, ale jeszcze bardziej nie lubię przekręciarzy i wyzyskiwaczy. Jeśli czyjś pomysł na biznes polega na niepłaceniu pensji pracownikom albo podatków fiskusowi, nie jest dla mnie „mniejszym złem”.

Chciałbym to zakończyć jakimś optymistycznym akcentem, ale nie umiem. Szykuję się melancholijnie na drugą kadencję PiS. Może coś optymistycznego mają do powiedzenia PT Komcionauci?

wtorek, 06 czerwca 2017
Powrót do Obrzydłówka

Weszło mi ostatnio w zwyczaj pisanie notek-sequeli. Trudno.

W dyskusji pod poprzednią notką parokrotnie padało pytanie „ale jak dotrzeć z lewicowym przekazem do ofiar zlasowania mózgu popisową propagandą”. Otóż mamy fascynujący przykład sukcesu sprzed 120 lat.

Pisałem o nim wielokrotnie, więc przepraszam tych, którzy już to słyszeli. Książki zawierające wykład lewicowego systemu wartości (o których marzy komcionauta Awal), już ktoś napisał. Niestety, był to Stefan Żeromski.

Z jakiegoś trudnego dziś do zrozumienia powodu nasi praprzodkowie czytali to z wypiekami na twarzy, dyskutowali o tym na przyjęciach i w korespondencji. Jedni się oburzali, inni ruszyli budować na Żoliborzu „szklane domy”.

Nas to ani nie oburza, ani nie zachwyca, tylko nudzi. Dlaczego to jest i co to mówi o zmianie percepcji literatury, to temat przerastający moje kompetencje (i rozmiary blogonotki). Skupię się na polityce.

Żeromski sympatyzował z PPS. Napisał dla niej hymn prozą - „Sen o szpadzie”. Do moich najsłodszych wspomnień z idealistycznej młodości należy kongres, na który przyszedł Wojciech Siemion, żeby nam to wyrecytować. Z pamięci (i za friko, dla idei).

O potędze prozy Żeromskiego świadczy to, że jeśli dziś ktoś w pierwszym odruchu ma przedstawić pozytywistyczne ideały, są duże szanse, że powoła się na „Siłaczkę”. Napisaną jako PARODIA pozytywizmu - ale ta parodia okazała się bardziej żywotnym memem od pierwowzoru.

Problemy, przed którymi dziś stoimy, przypominają ostatnią dekadę XIX wieku. Z jednej strony, findesieclowy strach przed ostatecznym upadkiem cywilizacji Zachodu, z drugiej - smutek, że ta cywilizacja do nas nie zdążyła dotrzeć.

Frustrująca nas dychotomia PO/PiS trochę się przedkłada na frustrującą naszych przodków dychotomię pozytywizm („zausz firmę”!)/„romantyzm” („huzarzy wyklęci”). Mało kto miał ochotę na kolejne romantyczne powstanie (choć Rosjanie podobno spodziewali się go w latach 1890.), ale w połowie dekady, kiedy Żeromski pisał „Siłaczkę” i „Doktora Piotra” pozytywizm był już bankrutem.

Spróbujmy streścić te nowele ludzkim językiem. „Siłaczka” opowiada o lekarzu, który kierując się pozytywistycznymi ideałami trafił do miasteczka zwanego Obrzydłówkiem, którym rządzi klika plebana, pocztmistrza, sędziego i aptekarza.

Gdy w miasteczku nie było lekarza, wszystkich leczył aptekarz - altmedem, czyli ówczesnymi odpowiednikami „witaminy B17” i „vilcacory”. Lekarz zagroził interesom, więc „nieznani sprawcy” zaczęli wybijać szyby w gabinecie, a pleban zaczął rozpuszczać plotki, że lekarz jest satanistą.

W sąsiedniej wiosce umiera kobieta, w której bohater podkochiwał się jako student. Próbując ją uratować, przypomina sobie swoje dawne (pozytywistyczne) ideały.

Ale równocześnie uświadamia sobie, że za chwilę może skończyć tak jak ona. Próba ratunku się nie udaje z trywialnego powodu (nieodśnieżona droga, lekarstwo nie może dotrzeć na czas).

Bohater wybiera życie. Wchodzi w skorumpowany układ i dobrze na tym wychodzi finansowo. Z idealizmu mu zostało tyle, że namówił elitę Obrzydłówka na przesiadkę na papierosy z filtrem (mniej szkodzą!).

To można przełożyć na współczesne realia, podobnie jak „Doktora Piotra”. To opowieść o zubożałym szlachcicu, który wszedł w interesy z przekręciarzem, niejakim „panem Bijakowskim”, żeby opłacić ukochanemu Piotrusiowi studia w Anglii.

Syn wraca - i uświadamia sobie, że jego wykształcenie sfinansowano z nieuczciwych źródeł. Zrywa z ojcem i odchodzi mówiąc, że będzie teraz całe życie odpracowywać „ten dług gorzki i straszny”.

Czy nie możemy sobie wyobrazić podobnego buntu współczesnego chłopaka, który sobie uświadomi, że jego wykształcenie opłacono z czyszczenia kamienic z wkładki mięsnej?

Podobnie „Ludzie bezdomni” NIE są opowieścią o lekarzu, który tak sam z siebie chce leczyć ubogich, bo ma taki faken kaprys. On na początku próbuje zrobić coś w rodzaju kariery, ale szybko sobie uświadamia, że droga do prawdziwego hajsu prowadzi przez krzywe deale, konformizm i wazeliniarstwo.

Bohater nie ma na to ochoty tym bardziej, że zakochał się akurat w takiej dziewczynie, przy której to byłby randkowy nonstarter („co robisz zawodowo?” - „podlizuję się wpływowym ludziom”).

Wbrew swoim pierwotnym ambicjom doktor Judym zostaje więc w końcu, ahem, doktorem Judymem. I to akurat dałoby się opowiedzieć językiem współczesnej komedii romantycznej.

Częściowo za obrzydzenie Żeromskiego odpowiada szkoła, która na siłę robiła z niego proroka PRL. To wymagało interpretacji na opak - np. to, że Baryka w finale dołącza do komunistów NIE jest pochwałą komunizmu, tylko dramatem, który dziś wyglądałby tak: „oburzony reprywatyzacyjnymi przekrętami, młody leming dołącza do ONR”.

Co za tym idzie, szkoła interpretowała Żeromskiego jako surowego moralistę, który nigdy nie żartuje. A przecież jeden żart Żeromskiego wszyscy powtarzamy do dzisiaj, nawet nie wiedząc, kto go wylansował („Słoń a sprawa polska”).

Żeromski umiał pisać „normalnie”, o tym świadczą jego dzienniki. Stety lub niestety, prozę celowo pisał językiem udziwnionym.

O tyle „stety”, że to 120 lat temu było skuteczne. Udało mu się uderzyć w Obrzydłówek tak, żeby mieszkańcy Obrzydłówka powiedzieli „nasz ci on”! Mówi jak jest!

To chyba najlepszy w dziejach Polski przypadek skutecznej lewicowej propagandy kulturalnej. Serią książek udało się narzucić nowy język rozmowy o Polsce - zakwestionować i mesjanistyczne bredotki, i jednocześnie kult kapitalistycznego dorobkiewiczostwa.

O tyle „niestety”, że dzisiejsza lewica musi wymyślić inny język. Żeromski może być dla nas najwyżej przykładem, że to nie jest niemożliwe.

poniedziałek, 29 maja 2017
Trzy fakty o uchodźcach

Przykro mi, że znów piszę o uchodźcach, ale mam to nieprzyjemne uczucie, że na moich oczach dzieje się coś, co w historii widzieliśmy wielokrotnie. Dla doraźnych korzyści politycy straszą urojonym zagrożeniem i podsycają w ludziach strach i nienawiść, co dalekosiężnie będzie mieć skutki, które im się zapewne wymkną spod kontroli.

Powtórzmy więc podstawowy fakt: zagrożenie zamachami terrorystycznymi jest marginalne. To widać z każdej statystyki - czy porównamy czasy współczesne do lat 70., czy porównamy realną skalę różnych zagrożeń (np. prawdopodobieństwo śmierci przy przechodzeniu przez jezdnię do prawdopodobieństwa śmierci w zamachu).

Propaganda premier Szydło i prawicowych mediów przemawia do ludzi, którzy nie znają historii ani nie rozumieją matematyki, więc nie potrafią tego samodzielnie ocenić. Cynicznie wykorzystują ludzką niewiedzę - historia pokazuje, że tak właśnie upadały republiki.

Zatem drugi fakt: to nie uchodźcy wywołują zamachy. Za każdym razem okazuje się, że zamachowcem jest ktoś mieszkający na Zachodzie od wielu lat, zazwyczaj  przedstawiciel drugiego pokolenia migrantów.

Drugie pokolenie migrantów zawsze wydawało z siebie ludzi dokonujących niezwykłe czyny. Największych zbrodniarzy i największych geniuszy. Założycieli Cosa Nostry i spółek giełdowych, laureatów Nobla i terrorystów.

Drugie pokolenie migrantów to Al Capone, Steve Wozniak, bracia Warner i bracia Carnajew. Straszenie drugim pokoleniem imigrantów będzie miało - już ma! - uboczny skutek w postaci podbudzania nienawiści do Polaków w Stanach czy w Europie.

Przecież przeciw polskim rodzinom można używać tych samych argumentów. Że się nie integrują, że się wolno uczą języka, że są fanatycznie religijni, że mają przemoc w rodzinie, że odrzucają demokratyczne wartości.

Tak zresztą wielokrotnie było w historii. Kiedy Leon Czołgosz (typowy terrorysta z drugiego pokolenia) zabił prezydenta McKinleya, bezpośrednim skutkiem były prześladowania Amerykanów pochodzenia wschodnioeuropejskiego.

Strasząc urojonym zagrożeniem, nasz rząd ściąga realne zagrożenie na Polaków za granicą oraz w kraju. Nic dobrego dla nas nie wyjdzie z samoizolacji w Europie, a dla nich nic dobrego z hasła „bić imigrantów” - bo będą bić właśnie ich.

Fakt trzeci. Rozumiem argument „byłem w Londynie/Berlinie/Sztokholmie/Paryżu i są tam dzielnice, W Których Jest Strasznie”, ale nam to nie grozi. Z dwóch przyczyn.

Po pierwsze - Polska nie jest krajem tak fajnym ani tak bogatym, żeby być magnesem dla migrantów. Nawet dla Ukraińców jesteśmy tylko namiastką Europy, do której się łatwiej dostać ze względów wizowych (które właśnie przestają dla nich mieć znaczenie).

Nie będziemy mieć inwazji imigrantów na Warszawę. Muzułmanie przyjeżdżają do Londynu z tego samego powodu, co Polacy - bo w Londynie się lepiej żyje, mieszka, uczy i pracuje.
Bogactwo Londynu (Berlina, Paryża itd.) zostało zbudowane głównie w latach 50. i 60., kiedy kraje zachodnie doznały okresu bezprecendensowego wzrostu. Francuzi poetycko nazywają okres 1945-1975 mianem „trzydziestu wspaniałych”. Nigdy nie było tak dobrze, ani przedtem, ani potem.

Ma to chyba jakiś związek z tym, że akurat w tym okresie kraje zachodnie były wyjątkowo otwarte na imigrantów. Aktywnie ich zapraszały.

Jeśli miały kolonie, chętnie rozdawały paszporty (brytyjskie czy francuskie) tym mieszkańcom kolonii, którzy przyjadą na Wyspy, pracować w szpitalach i na budowach. Jeśli nie miały, zapraszały Gastarbeiterów w specjalnych programach (jak Niemcy).

Wygląda na to, że imigranci mieli swój wkład w budowie tego bogactwa. Założenie, że nie mieli żadnego, prowadziłoby do wniosku, że to Strasznie Dziwny Zbieg Okoliczności, że akurat wszyscy na Zachodzie przypadkowo zbudowali go tak.

Nie zbudujemy polskiego dobrobytu jako kraj zamknięty, zapyziały i zaściankowy. Rząd proponuje nam heroiczną obronę zapyziałości - i pewnie mu się uda, bo namawianie Polaka do zaściankowości jest jak namawianie Amerykanina do wejścia w dobry biznes. Nie trzeba namawiać!

Dlatego bądźcie spokojni, rodacy. Nie będziemy mieli nigdy sytuacji jak w „złych dzielnicach” Paryża czy Londynu, bo nie będziemy mieli także tych dobrych dzielnic.

Tu nigdy nie będzie San Francisco, na zawsze zostanie ściernisko. Nie odniesiemy sukcesów Zachodu, więc przynajmniej nie będziemy płacić ich ceny...

czwartek, 11 maja 2017
O uchodźcach pragmatycznie

Polska granica

Generalnie nie uważam siebie za idealistę. Opowiadam się za lewicową polityką społeczną z powodu czystego pragmatyzmu: uważam po prostu, że w opiekuńczym społeczeństwie redystrybucji lepiej się żyje.

Podobnie pragmatycznie podchodzę do kwestii uchodźców. Decydujące dla mnie nie są argumenty moralno-etyczne, choć ich nie kwestionuję.

Do 2003 roku mogliśmy mówić, że Polska nie odpowiada za skutki zachodniego imperializmu. To nie my 100 lat temu rysowaliśmy kreski na mapach, tworząc sztuczne państwa takie, jak Irak, Syria, Liban czy Kuwejt.

Straciliśmy tę linię obrony razem z udziałem w inwazji na Irak. Jak to wtedy celnie podsumował Jacques Chirac, zmarnowaliśmy świetną okazję, żeby siedzieć cicho.

Przed 2003 rokiem Irakiem i Syrią rządziły reżimy paskudne, ale przynajmniej świeckie. Nie wspierały Al-Kaidy, tępiły islamskich fundamentalistów.

Niszcząc Irak, zdestabilizowaliśmy region. To nasza wina, że na ruinach Iraku wyrosło Państwo Islamskie. I to nasza wina, że zajęło też fragment Syrii - bo przecież od początku było wiadomo, że destabilizacja Iraku rozleje się na cały region.

Jasne, wina za hańbę iracką spada przede wszystkim na Busha i Blaira. Ale Miller i Kwaśniewski podczepili się pod to, niczym odpadek przyklejony do okrętu, który woła „płyniemy!”. Z ich winy straciliśmy moralne prawo by twierdzić, że nie mamy z tym nic wspólnego.

Ale jako rzekłem, nie kwestie moralne tu dla mnie decydują. Przejdźmy do zimnego pragmatyzmu: co możemy zrobić?

Mieliśmy dotąd dużo szczęścia. Polska nie leży na żadnym dużym szlaku migracyjnym.

Nie ma w tym żadnego sukcesu naszych polityków - choć ci lubią mówić, że pilnują naszych granic. Gdyby nagle na naszej wschodniej granicy pojawiły się tłumy uchodźców, jak na granicy węgiersko-serbskiej kilka lat temu, będziemy bezradni. A to w gruncie rzeczy kwestia złośliwego kaprysu Putina i Łukaszenki.

Na razie więc problem mają inne kraje Unii, nie my. Unia nas w związku z tym wzywa do solidarnej pomocy - albo weźmiemy do siebie część uchodźców, albo mamy płacić na utrzymanie obozów w innych krajach Unii.

Co na to pragmatyzm? Odpowiedź naszych polityków, „nie interesują nas wasze problemy z uchodźcami”, nie jest pragmatyczna, tylko krótkowzroczna.

Jasne, chwilowo większy problem mają kraje na głównych szlakach - bałkańskim i północnym. Ale my w każdej chwili sami możemy wylądować na głównym szlaku.

To nie muszą być uchodźcy z Syrii. W każdej chwili konflikt na Ukrainie może ulec eskalacji. Albo przenieść się na Białoruś. W takiej sytuacji na załączonym zdjęciu nagle pojawią się tłumy desperatów.

Co my wtedy powiemy? Powiemy „Unio, pomóż” - bo przecież miliony uciekinerów z płonących miast będą, pragmatycznie mówiąc, katastrofą humanitarną instant.

A Unia wtedy powie „a wy nam pomogliście?”. I będzie szach-mat, prawaku. Solidarność europejska to dla nas właśnie kwestia pragmatyzmu, nie idealizmu.

A co z pomysłem, żeby „pomagać im na miejscu”? To się nigdy w historii nie udawało, więc nie wierzę, że uda się teraz.

Wojna domowa powoduje, że konwoje humanitarne nie są w stanie dotrzeć do większości potrzebujących. Podobnie było całkiem niedawno w Europie podczas wojny na Bałkanach - wtedy też Europę zalały miliony uchodźców, witano ich niechętnie i próbowano „pomagać na miejscu”, co się kończyło Srebrenicą.

Nie da się zrobić takiego programu „pomocy na miejscu”, żeby znacząco zmniejszyć falę migracji. I nie da się jej też powstrzymać metodami administracyjnymi.

Historia prób powstrzymywania migracji to generalnie historia porażek. Ameryka jest pełna nieudokumentowanych przybyszów z Meksyku, a Polska z Ukrainy.

Sam mam znajomych, którzy w latach 80. wyjechali na wycieczkę niby-to-turystyczną, żeby w Wiedniu czy Kopenhadze od razu poprosić o status uchodźcy z komunistycznej Polski. Dostali go, razem z pieniędzmi na dobry początek (dlatego znów uważam, że nie mamy moralnego prawa... ale ja teraz nie o moralności).

Ludzi szukających lepszego życia nie da się zatrzymać płotem, murem, zasiekami. Dadzą w łapę, sfałszują dokumenty, przepłyną nocą wpław.

Jeśli więc ktoś proponuje, żebyśmy sobie wybierali i przebierali, że nie chcemy Syryjczyków, ale weźmiemy Ukraińców, ten proponuje rzeczy niemożliwe. Tak naprawdę nie mamy alternatywy „brać uchodźców czy nie”. Możemy tylko ten proces cywilizować - i to dyktuje pragmatyzm.

czwartek, 04 maja 2017
Liberalne śnieżynki

Przez Stany wojażując, przekartkowałem se w księgarni książkę dwóch prawicowych publicystów, Billa O’Reilly i Bruce’a Feirsteina, „Old School: Life in the Sane Lane”. Chcę znać ich argumenty, ale nie zależy mi na tym aż tak bardzo, żebym miał im dać zarobić.

Szczególnie interesowało mnie modne ostatnio pojęcie „liberal snowflake”, czyli „lewicowej śnieżynki”. Prawica spod znaku alt.right używa go na określenie lewicy. Ale o co im chodzi?

Miałem nadzieję, że w tej książce mi to wyjaśnią. Niby wyjaśnili, ale to wyjaśnienie tylko zostawia mi jeszcze więcej pytań.

Książka jest niby-to-satyryczna, ale tak po prawicowemu, na poziomie Studia Yayo. Pojęcie jest „wyjaśnione” przy pomocy licznych tabelek, w których świat „starej szkoły” jest przeciwstawiany światu „liberalnych śnieżynek”.

Wygląda to mniej więcej tak, że po stronie „starej szkoły” widnieje motto „nie ma darmowego lunchu”, a po stronie „śnieżynek” pytanie „kiedy dostanę swój darmowy lunch i czy są u was wegańskie wtorki”. Wybrałem stosunkowo najdowcipniejszy przykład, reszta jest jeszcze bardziej toporna, bazująca na najprostszym przeciwstawieniu „my mamy rację, a oni nie”.

Poza tabelkami są tam osobiste wspomnienia obu autorów, jak mieli Ciężko W Życiu, a dzisiejsza młodzież, to by chciała mieć „darmowe wykształcenie takie jak to proponuje Bernie Sanders”.

Nie wiem, dlaczego to ma być wina akurat młodzieży - jeśli czyjakolwiek w ogóle, to chyba Sandersa właśnie? Czy on też jest „snowflake”? Ale przecież on też miał Ciężko W Życiu? Niestety, książka jest pełna takich non sequiturów, autorzy się nad nimi nie pochylają, z jednego absurdu przechodzą do następnego.

Następny wygląda tak: młodzieży, nie domagaj się darmowych studiów. Zrób tak jak O’Reilly, który urodził się w roboczej rodzinie w Long Island i zarobił na studia malując domy! (jeśli ktoś uważa, że źle to rekonstruuję, poproszę o poprawki - w odróżnieniu od nich, ja ich przynajmniej próbuję zrozumieć, zanim ich zhejtuję).

Tutaj sam mógłbym ułożyć tabelkę, „prawicowa publicystyka vs lewicowa publicystyka”. Prawicowa wygląda tak: „poradź ludziom, żeby w roku 2017 zrobili to, co działało 50 lat temu, nie sprawdzając, czy to w ogóle może zadziałać dzisiaj”.

Sensowność porady O’Reillego i Feirsteina zależy przecież od stosunku „przeciętnego czesnego” do „przeciętnego wynagrodzenia za godzinę niewykwalifikowanej pracy fizycznej”. Strzelam, że ten parametr znacznie wzrósł od lat 50. Czy autorzy to sprawdzili?

Ja też nie. Ale ja nie piszę książki, piszę blogonotkę. Gdybym pisał książkę, w której od takiego parametru zależałoby moje rozumowanie, policzyłbym to na kilka sposobów, nawet gdyby to była książka satyryczna (satyra nie oznacza licencji na pieprzenie bez sensu).

Żeby było śmieszniej, akurat o tym, w jaki sposób to właśnie inwestycje znienawidzonego przez O’Reilly’ego Wielkiego Rządu, „Big Government”, dały szansę chłopakowi z robotniczej rodziny na Long Island, można by napisać niezłą książkę. Ja jej nie napiszę, bo takich jest już sporo.
Long Island sto lat temu wyglądała tak, jak w „Wielkim Gatsbym”. Garstka superbogaczy plus tłumy superbiedaków, mieszkających w Dolinie Popiołów.

Przekształcenie Long Island w niekończące się przedmieścia, zamieszkane ludzi żyjących na poziomie klasy średniej (i mogących posłać dzieci do uniwersytetu), wzięło się z wielkich inwestycji, finansowanych głównie przez rząd federalny (czasem też przez stan i/lub miasto Nowy Jork).

To przede wszystkim most Triborough, zasypanie Doliny Popiołów, sieć autostrad (przede wszystkim Long Island Expressway) i nacjonalizacja LIRR. Gdyby to wszystko zostawić wolnemu rynkowi, młody O’Reilly nie miałby tam domów do malowania.

I to jest dla mnie centralny non sequitur prawicy, który sprawia, że wydaje mi się, że na Trumpa (czy Korwina) może głosować tylko ktoś, kto nie umie myśleć logicznie. Prawica odtwarza nierówności z „Wielkiego Gatsby’ego”, a więc: świat wielkich różnic i niewielkiej mobilności.

To ma oczywiście sens, jeśli jesteś bogaty jak Peter Thiel albo bracia Koch. Ale jeśli nie należysz do jednego promila (bo już nawet nie procenta!) najbogatszych, ten świat będzie dla Ciebie gorszy od świata państwowych autostrad i darmowych uczelni.

Logiczne, prawda?

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Nadzieja w Norwegach

Fot. Wikipedia / Mic from Reading - Berkshire, United Kingdom - Las Vegas, Nevada - USA / CC - BY - SA

Szerokim echem w moim lewicowym bąbelku soszialmediowym odbiła się wiadomość, że norweski fundusz emerytalny zamierza wycofywać się z inwestowania w firmy, których zarządy zarabiają zbyt dużo. Pensjonsfond to w dzisiejszych czasach najpoważniejsza nadzieja na reformowanie kapitalizmu.

Fundusz jest w tej chwili największym giełdowym inwestorem świata. Należy do niego jeden procent Wszystkiego (wyprzedza go tylko emirat Abu Dhabi).

W odróżnieniu od funduszów inwestycyjnych należących do prywatnych inwestorów lub trzecioświatowych dyktatur, Pensjonsfond musi się kierować etyką. Demokratyczne społeczeństwo Norwegii lata temu uznało, że nie chce się bogacić w sposób nieetyczny, więc fundusz nie inwestuje np. w firmy tytoniowe czy zbrojeniowe.

Utrata norweskich petrokoron dla każdej notowanej na giełdzie spółki jest złą wiadomością, dlatego nikt nie chce wylądować na czarnej liście Pensjonsfond. Wyśrubowane norweskie etyczne kryteria wymuszają więc na przykład na zachodnioeuropejskich firmach odzieżowych, żeby chociaż udawały, że ograniczają wyzysk pracowników w Trzecim Świecie.

Nadmierne zarobki zarządów korporacji są problemem, który dziś dostrzegają nawet co bardziej rozgarnięci neoliberałowie. My na lewicy oczywiście widzimy go od dawna (jeśli chodzi konkretnie o mnie, dostrzegam go od kiedy 22 lata temu pożyczyłem od Ikonowicza „The State Were’In” Willa Huttona).

Mój ulubiony przykład to Charlie Wilson, prezes General Motors ze złotej ery amerykańskiej motoryzacji. Był najlepiej zarabiającym prezesem świata w latach 50. Zarabiał 600 tysięcy dolarów rocznie.

Współcześni prezesi General Motors zarabiają po kilkanaście milionów. To znacznie więcej nawet po uwzględnieniu inflacji.

Charlie Wilson kierował koncernem zatrudniającym najlepiej wynagradzanych robotników świata przy produkcji samochodów takich jak cadillac eldorado czy buick roadmaster. Jego współcześni następcy zatrudniają sprekaryzowany proletariat w Meksyku przy produkcji gavna, na które splunąć hadko.

W „The Wall Street Journal” przeczytałem komentarz Paula J. Daviesa, który przyznaje rację Norwegom. Davies obala typowe argumenty neoliberałów, że „prezesi muszą dobrze zarabiać, bo uciekną do konkurencji” albo „należy im się, bo przynoszą wartość akcjonariuszom”.

Typowym zjawiskiem jest benchmarking, czyli wiązanie zarobków prezesa z zarobkami innych prezesów - a więc czy firma stoi, czy firma leży, bonus prezesowi się należy. Davies cytuje badania, z których wynika, że firmy, których zarządy zarabiają powyżej mediany, mają średnio gorsze wyniki od tych, których prezesi zarabiają mniej. Mnie to nie dziwi.

Wszyscy teraz się ekscytują tekstem z Wirtualnych Mediów o premiach, które zarząd Agory sobie wypłacił za dobre wyniki. Smutno mi, bo mam wrażenie, że tylko ja czytam te raporty giełdowe. Przecież to było ogłoszone już jesienią 2016!

Otóż jakby przeczytać je wszystkie od samego początku, można zauważyć, że obecny zarząd i tak jest oszczędny na tle swoich poprzedników. Jak wygląda na tym przykładzie zależność wynagrodzenia zarządu od kondycji spółki, proszę sobie we własnym zakresie przeanalizować (mam swoje przemyślenia, ale nie wyrażę ich publicznie).

Historia kapitalizmu pokazuje, że pieniądze są kiepskim motywatorem. Sprawdzają się na szczeblu chudopachołków takich jak ja czy wy, moi drodzy komentatorzy, ale nie na szczeblu zarządu korporacji.

Powyżej pewnego progu zarobki przestają się przekładać na poziom życia. Na naszym liczy się każdy tysiąc, ale na ich poziomie milion fte czy wefte już nie zmienia niczego w namacalny sposób.

Oni walczą o te miliony już dla sportu. Są dla nich miernikiem osobistego sukcesu, jak punkty w grze.

Dla firmy lepiej jest, gdy jej prezes gra w inną grę - i zapewne dlatego tacy prezesi mają lepsze wyniki. Charlie Wilson był dumny z tego, że zarówno produkty jego koncernu, jak i warunki pracy w nim, budzą podziw na całym świecie.

Tą dumą mógł się nacieszyć do syta, ale jego pensja była przycinana zgodnie z ówczesną górną stawką podatku dochodowego - 91%. Gdy dziś proponuje się powrót do tych stawek, słyszymy często kontrargument, że to odstraszy zdolnych menadżerów.

Jeśli odstraszy tych, którzy grają w pieniądze - to super. Z biznesu odejdą ludzie tacy jak Martin Shkreli. Zwolnią miejsce dla takich jak Charlie Wilson. To będzie z pożytkiem i dla konsumentów, i dla pracowników, a więc w dalszej kolejności także dla inwestorów.

niedziela, 08 stycznia 2017
Rączka w rączkach

Rok temu napisałem blogonotkę, w której wyjaśniałem, dlaczego chodzę na (niektóre) demonstracje KOD. Nie dlatego, że namówił mnie do tego jakiś „charyzmatyczny lider” - ale dlatego, że sprawa wydaje mi się ważna, POMIMO mojej niechęci do pompowanych przez media „liderów”.

Media tak pompowały i pompowały („przerywamy rozmowę z Ryszardem Petru, żeby nadać oświadczenie Mateusza Kijowskiego”), aż się pompa zepsuła. I zostały z urwaną rączką w rączkach.

Bez względu na intencje mediów - to od początku był głupi pomysł. „Lidera opozycji” nie może wyznaczać areopag publicystów w poranku TOK FM.

Takowy mógłby się wyłonić organicznie, oddolnie, w demokratycznym procesie. Próba sztucznego przyśpieszenia tego procesu skończy się wykreowaniem człowieka-wydmuszki - jak na załączonym obrazku.

Głównym problemem liberalnej demokracji w Polsce od początku jest niedemokratyczny liberalizm. Polski liberał jest wprawdzie gotów za demokrację oddać co najmniej życie, ale w praktyce jej nie lubi.

W wyborach głosuje wszak przypadkowe, niedojrzałe społeczeństwo. Które niekoniecznie chce głosować na Autorytety. Strach pomyśleć, może wybierze nawet jakiegoś Populistycznego Roszczeniowca?

Ryngraf dla Pinocheta będzie po wsze czasy hańbić Tomasza Wołka i Miśka Kamińskiego. Ale to nie był wtedy odosobniony epizod. Pinocheta jako światłego dyktatora, który może i stosował ostre metody, ale przynajmniej także prywatyzował i deregulował, wielbiło wtedy wielu - Cezary Michalski, Marek Jurek, Jan Wróbel, Grzegorz Górny.

Część tych ludzi dziś jest za PiS, część za PO. Ale to był wspólny problem PO-PiSu (który prywatnie od początku odrzucam jako taki).
Podstawowym aksjomatem demokratycznego państwa jest to, że stanowi wspólnotę, którą obywatele powołują w swoim interesie. „We the People, in Order to establish Justice, domestic Tranquility, common defence, general Welfare, and Blessings of Liberty, do establish this Constitution”.

Preambułę konstytucji USA trochę tu skróciłem, ale nawet bez tych skrótów jest jednoznaczna w swojej wymowie. W odróżnieniu od polskiej preambuły - „my, polska klasa polityczna, działająca w interesie jawnych lobbystów, oraz czerpiąca dochody z innych źródeł...”.

To nie jest problem, który zaczął się dopiero za rządów PiS. Od kiedy Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie wygrał w 1989 wybory, by po kilku miesiącach przestać być Komitetem Obywatelskim, a także porzucić zwycięski program wyborczy (w którym nie było nic o planie Balcerowicza, przeciwnie, jego wczesną wersję wprowadzał rząd Rakowskiego, jako plan Wilczka-Sekuły) - nie wiemy, komu i do czego służy nasze państwo.

Gdyby zebrać wypowiedzi tuzów polskiej publicystyki - także tych, którzy teraz stoją „murem za Mateuszem” - wyszłaby mniej więcej taka wersja. Państwo nie powinno służyć społeczeństwu, bo to populizm. Tyle wiemy.

Komu? To już zagadka. Do czego. Też nie wiadomo. Wiadomo tylko czego ma nie robić.

Otóż w szczególności, ma nie edukować, nie budować, nie opiekować się, nie przewozić, nie doręczać i nie leczyć. Bo to wszystko lepiej zrobi Niewidzialna Ręka Rynku.

Państwo powinno być tanie. I zatrudniać możliwie jak najmniej urzędników. Słyszeliśmy to wiele razy, prawda? Z TVN, z TOK FM, z „Gazety Wyborczej”, z Polskiego Radia, z TVP (gdy te dwa ostatnie były w rękach Autorytetów).

To dzisiejsi przeciwnicy Kaczyńskiego sprawili, że propaganda PiS jest taka skuteczna. Bo jaki jest logiczny wniosek z wizji „państwa minimum”?

Najtańsze państwo to takie, w którym Naczelnik wszystko trzyma za mordę. Te równowagi władz, samorządy, niezawisłe sądownictwa, autonomiczne uniwersytety - są przede wszystkim kosztowne.

Ludzie nowej władzy są popychadłami Kaczyńskiego. Śmiejemy się z nich, skandując „marionetka” na widok Dudy, Szydło, czy Kuchcińskiego. Słusznie, bo to są marionetki.

Ale to się właśnie podoba zwolennikom „dobrej zmiany”. Nie chcą przy władzy dobrze opłacanych, niezależnych fachowców, bo wtłoczono im do głowy ideał taniego państwa, które ma przede wszystkim „nie przeszkadzać”.

Minął rok, a opozycja nadal nie ma społeczeństwu do przedstawienia żadnej oferty, poza „żeby było jak dawniej”. To dlatego PiS-owi ani drgnie w sondażach.

Moja porada jest w gruncie rzeczy banalna. Szukajcie takiej oferty, a nie kolejnego „charyzmatycznego lidera”.

wtorek, 20 grudnia 2016
Waaadzaa

Z czasów późnego dzieciństwa pamiętam jakieś spotkanie Mieczysława Rakowskiego z publicznością, podczas którego wyjątkowo nieustępliwie odrzucał wszystkie propozycje liberalizacji PRL. Każdą interpretował jako próbę obalenia władzy.

Jacek Fedorowicz zażartował wtedy (głosem kolegi Kierownika), że gdyby ktoś zaproponował otwarcie okna na sali, Rakowski by ripostował tak samo: „ooooknooo? to znaczy, że wy chcecie waaadzyyy, bo kto ma dostęp do powietrza, ten ma waaadzę”.

Na podobnej zasadzie działa rząd PiS. Nie ma mowy o jakimkolwiek ustępstwie w czymkolwiek.

Stadniny koni? Likwidacja gimnazjów? Wyrąb puszczy? Dyscyplinarne zwalnianie za działalność związkową? Dostęp dziennikarzy do Sejmu?

W każdej z tych spraw PiS idzie na noże, nie dopuszczając do dyskusji, nie zgadzając się nawet na ustępstwa czysto robocze czy techniczne.

„Zgłaszam wniosek o otwarcie okna...” „Ty postkomunistyczny obrońco ubeków, precz z oknami, precz z komuną” - przecież Sejm już zaczął działać jak w skeczu Fedorowicza. Prezes zamknął, marionetki nie odważą się otworzyć - chyba że prezes nakaże otwarcie, to marionetki się w wyścigu porozbijają o parapet.

Czy wszystkie te konflikty były PiS-owi potrzebne? Czy rzeczywiście partia i jej prezes są tak nieomylni, że przez cały ten rok żadna ich decyzja nie wymagała najdrobniejszej poprawki?

Nie wierzę, że wyborcy PiS w to wierzą. Rozumiem ich motywację typu „500+”. Ba, nawet rozumiem motywację tych, którzy uwierzyli, że PiS sprowadzi wrak tupolewa i odkryje jakieś nowe fakty, ukrywane za poprzedniej władzy (BTW: nie sprowadzili i nie odkryli; nie sprowadzą i nie odkryją, rozumiem wstępny błąd, ale nie uporczywe trwanie w nim).

Ale nie wierzę w analogiczną determinację elektoratu PiS do niszczenia stadnin i gimnazjów. Nie wierzę też, że łyka dogmat o nieomylności prezesa. No kurna, to jednak nie papież!

Propaganda to wszystko uzasadnia mniej więcej w ten sam sposób - „że Platforma też tak robiła”. Taki wychodzi rano przekaz dnia i potem nagle ten sam komentarz wpisują wszyscy prorządowi internauci, powielają go także politycy i rządowi publicyści.

Nawet gdyby tak było, to brzmi to równie słabo, jak obrona poprzedniego reżimu w wydaniu Mieczysława F. Rakowskiego. To na tym ma polegać dobra zmiana, że nie ma zmiany?

Przeważnie to jednak nieprawda. Zwalnianie związkowców w radiu usprawiedliwiane jest, że za Platformy też zwalniano w radiu - tak jakby zmiana na wysokim stanowisku kierowniczym była równoważna dyscyplinarnemu zwolnieniu za działalność związkowa!

Wielkim błędem Platformy było dokładnie co innego. „Nie zrobiliśmy czystki”, tak HGW broniła tego, że w jej ratuszu pracowali nieuczciwi ludzie, mianowani przez Kaczyńskiego. No to szkoda, że jej nie zrobiliście, czym tu się chwalić?

Za Platformy propisowscy dziennikarze, jak Agnieszka Romaszewska czy Jan Pospieszalski, mieli się w mediach publicznych jak pączki w maśle. Dzisiaj to niemożliwe, żeby dziennikarz choćby neutralny (nie mówiąc już o jawnie opozycyjnym!) stał na czele anteny czy miał autorski program.

Niepotrzebnie Platforma tak długo (do 2009) trzymała Mariusza Kamińskiego na czele CBA. Niepotrzebnie tolerowała Andrzeja Seremeta, którego przecież wybrał i nominował Lech Kaczyński. Tusk z każdym się próbował dogadać, każdego próbował pozyskać - i to się musiało skończyć tak, że na każdym kroku kopano pod nim dołki.

Właśnie ta niezdolność PiS do jakiegokolwiek kompromisu sprawia, że fałszywe są też wysuwane czasem w „przekazach dnia” uzasadnienia typu „tak jest też w innych krajach”. Że w innych krajach też nie ma Trybunału Konstutycujnego, a w ogóle też są ograniczenia w wejściu do Sejmu.

W innych krajach nie ma też PiS. A wszystko, co ta partia robi od kiedy objęła władzę sugeruje, że PiS będzie ograniczenia dla mediów traktować tak jak stadninę koni czy Instytut Książki, jako środek promowania lojalnych i niszczenia niepokornych. Przepustki dostaną Radio Maryja, Gazeta Polska i kompatybilne.

Cała nadzieja w tym, że prezes w końcu otworzy o jeden front za dużo. Rebellions are built on hope.

piątek, 09 grudnia 2016
Czy Dania nas ocali?

Weterani bloga z pewnością znają moją słabość do książek naszpikowanych skrótami typu SACEUR, AMRAAM albo HAHO. W Londynie będąc, z radością strzeliłem więc sobie w księgarni książkę generała Shirreffa „War with Russia”, opisującą prawdopodobny przebieg konfliktu NATO/Rosja, który Shirreff umieścił w połowie 2017 roku (w książce pisanej na początku 2016).

Shireff u szczytu swojej kariery dochrapał się szczebla DSACEUR, czyli teoretycznie wie o czym pisze. Pisze jednak słabo, książka składa się w większości z dialogów przypominających kwestie Sir Basila Exposition z „Austina Powersa” - jeden bohater coś długo i rozwlekle tłumaczy drugiemu.

Te tłumaczenia też bywają chwilami wątpliwe. Pod koniec na przykład doradca ds bezpieczeństwa tłumaczy brytyjskiemu premierowi, na czym polega atak DDoS.

W jego wyjaśnieniu widać pomieszanie trzech pojęć („botnet”, „buffer overflow” i DDoS). Doradca wyobraża sobie DDoS tak, że trzeba mieć Specjalnego Robala, ten robal się błyskawicznie rozchodzi po sieci i ją paraliżuje, wywołując „buffer overflow”, od którego padają serwery.

Wygląda mi to na tekst kogoś, kto coś o tym próbował przeczytać (zapewne hasło w wikipedii) i niewiele zrozumiał, ale na użytek powieści skomponował z tego monolog. Generał nie może się znać na wszystkim, mam więc nadzieję, że lepiej się zna na desancie typu HAHO.

Książka już jest trochę nieaktualna. Shirreff pisał ją jeszcze kiedy Hillary Clinton nie miała z kim przegrać.

Ameryką w tej powieści rządzi więc pierwsza w dziejach kobieta-prezydent, Lynn Turner Dillon. Wielką Brytanią z kolei konserwatywny premier Oliver Little. Rosją zaś prezydent, do którego współpracownicy zwracają się per „Vladimir Vladimirovich”.

Scenariusz wojny wygląda mniej więcej tak. Wiosną zachodni świat jest w rozgardiaszu - w Ameryce prezydent Dillon dopiero się zaczyna instalować w Białym Domu, w Europie Zachodniej każdy gra do swojej bramki, kilka krajów (Grecja, Węgry) otwarcie deklaruje, że wolą Rosję od Unii Europejskiej.

Vladimir Vladimirovich wykorzystuje to do wznowienia ofensywy na Ukrainie. Rosjanie inicjują złamanie rozejmu po to, żeby móc ogłosić, że rozejm przestał funkcjonować.

Jednocześnie scenariusz ukraiński zaczynają odtwarzać na Łotwie. Z dnia na dzień pojawia się tam partyzancka armia RNZS („Russkich Narodov Zaschita Sila”), która cieszy się poparciem całej rosyjskiej populacji Łotwy. Swoją drogą, ciekawe, na ile to realistyczne?

Rosjanie udzielają wsparcia RNZS, początkowo nieoficjalnie. Łotwa wzywa NATO na pomoc, powołując się na artykuł piąty. NATO jest niechętne, z wyjątkiem dzielnej Danii, która bezdyskusyjnie wysyła swój niewielkim symboliczny oddział („ach, gdyby cały świat był jak Dania”, wzdycha jeden z bohaterów”).

Brytyjczycy wysyłają funkcjonariusza służb specjalnych, jednego z bohaterów, żeby zdobył niepodważalne dowody na to, że za działania wojenne na Łotwie odpowiada regularna armia rosyjska. Tymczasem Rosjanie przestają już cokolwiek ukrywać, zatapiając kilka okrętów na Bałtyku oraz masakrując żołnierzy i cywilnych lokatorów baz NATO.

Te zbrodnie przywracają jedność Zachodu, który wypracowuje genialny plan. NATO pozoruje akcję, której Rosjanie się spodziewają i są na nią przygotowani - to próba uderzenia lądowego z Polski i jednoczesnego desantu morskiego. Na to Rosjanie mają ripostę w postaci taktycznego uderzenia atomowego na Suwałki.

Nim zdążą to zrobić, NATO realizuje swój właściwy plan. Desant niewielkich sił specjalnych pojawia się w Kaliningradzie na tyłach wroga i przejmuje kontrolę nad rakietami Iskander, które zamiast w Suwałki, celują w Moskwę.

Rosja kapituluje. Vladimir Vladimirovich ginie w tajemniczym wypadku. W happy endzie Zachód zastanawia się, czy musiało zginąć tylu ludzi, żeby NATO się dozbroiło i zreformowało.

Świat wygląda dziś gorzej, niż kiedy Shirreff to pisał. W Białym Domu zasiądzie przyjaciel Putina, przyjaciel (lub przyjaciółka) wygra też wybory we Francji. W Polsce u władzy są ludzie, którzy łączą antyrosyjską retorykę (słowa nic nie kosztują) z dziwnymi powiązaniami z Rosją.

Nie wiem, czy w tej sytuacji Europa Wschodnia będzie mogła liczyć choćby na tę symboliczną jednostkę od Duńczyków?

piątek, 02 grudnia 2016
Kumpel z podziemia

Nie byłem w podziemiu (identyfikuję się z tym cytatem z „Annie Hall” Woody Allena: „Ty i tortury? Ty byś wyśpiewała wszystko, gdyby Gestapo zagroziło odebraniem karty kredytowej”). Nie mam więc kumpli z podziemia, ale znam trochę osób, które były w podziemiu - więc dobrze znam fenomen „Kumpla z Podziemia”, czyli ludzi takich jak Jarosław W., z którego grzeszków dobra zmiana próbuje wykręcić haka na Piniora.

Najpierw uwaga formalna: tak, wiem, że śledztwo prowadzono za poprzedniej władzy. Skoro jednak wtedy prokuratura nie zdecydowała się na wniesienie oskarżenia, to prawdopodobnie znaczy, że uznała (podobnie jak teraz sąd), że są za słabe.

Trudno inaczej zinterpretować fakt, że prokurator ogłaszając akt oskarżenia, sam się od niego w jakiś przedziwny sposób dystansował. A parę dni później podał się do dymisji.

Wniosek jest oczywisty: nie wniósł tego aktu oskarżenia z własnej inicjatywy, tylko z powodu jakichś nacisków. Którym najpierw uległ, a potem tego pożałował.

Pozostaje moralne pytanie: czemu Pinior nie zerwał kontaktów z kimś takim, jak Jarosław W.? I tak wracamy do tematu, który mnie interesuje: fenomenu Kumpla z Podziemia.

Galerię takich postaci przynosi „Skucha” Hugo-Badera, którą już się tutaj zachwycałem. Sam ich trochę zdążyłem poznać głównie via Ikonowicz (i ogólnie PPS), dlatego chociaż nigdy nie zdążyłem poznać konkretnie Jarosława W., to jego medialna charakterystyka brzmi dla mnie dziwnie znajomo.

Ci ludzie są tak do siebie podobni, że na własny użytek od dawna fenomen KZP traktuję jako coś w rodzaju syndromu, a przynajmniej typu osobowości. Poznałeś jednego z nich, to znasz ich wszystkich.

Po pierwsze, przeważnie są ciężko uzależnieni nie tylko od alkoholu i papierosów, które odpalają jednego od drugiego, ale także od kompletnie egzotycznych dla mnie nałogów, jak hazard. Przypuszczam, że w samym podziemiu działali tyleż z przekonań, co dla adrenalinowego strzału, jaki dawała im udana ucieczka przed zomowcami.

Albowiem po drugie - często nie wiadomo, jakie ci ludzie mają przekonania. Jarosław W. miotał się między prowałęsowskim BBWR (skupiającym wiele takich dwuznacznych moralnie postaci), a skrajną lewicą.

To jest częste u KZP. Grzeszą wszystkimi grzechami głównymi, ale jednocześnie są wściekle proklerykalni. W jednych wyborach startują ze skrajnej prawicy, w następnych ze skrajnej lewicy. Nie ma stałych elementów w ich światopoglądzie.

Po trzecie wreszcie, pozornie to są cudowni kumple do kieliszka. Zawsze są chętni, zawsze są serdecznie, wylewnie towarzyscy. Ale sprawdzają się tylko jeśli masz ochotę na szybkie dążenie do pełnego znieczulenia, przy powierzchownej konwersacji na miałkie tematy. Z typowym KZP nie pogadasz o filmie czy literaturze, bo go to wszystko nie interesuje.

Najchętniej rozmawiają o tym, kto z kim i kto kogo (w sensie zarówno plotek towarzyskich, jak i plotek o personalnych rozgrywkach), oraz o różnych pomysłach na interesy. Dla mnie idealne wydarzenie towarzyskie to takie, w którym owszem, na koniec idziemy nieco chwiejnym krokiem, ale przedtem wymienimy poglądy na serial „Westworld” albo interpretację kolapsu funkcji falowej przez Rogera Penrose’a.

Moja znajomość z KZP ograniczała się więc zwykle do „cześć/cześć”. To nie jest towarzystwo dla mnie.

Ikonowicz jednak miał (i pewnie nadal ma, ale już tego nie obserwuję) wielu takich ludzi w swoim otoczeniu. Hugo-Bader też ma takich kumpli i opisuje to w swojej książce.

Możemy chyba roboczo założyć, że obaj nie kierują się złymi intencjami w podtrzymywaniu tych znajomości. Ikonowicz i JHB, są ludźmi, którzy nie interesują się pieniędzmi (na własne oczy na wiele sposobów mogłem to zaobserwować).

Nie zrywają relacji z KZP, bo podczas tych wszystkich bijatyk z ZOMO i ucieczek przed SB wytworzyła się między nimi silna więź emocjonalna. Ja (na szczęście!) w ogóle w życiu nie mam wspomnień, za sprawą których z kimś bym taką więź mógł nawiązać.

Nie byłem w wojsku, nie byłem internowany, nie byłem w więzieniu. Staram się prowadzić nudne, przewidywalne życie statecznego mieszczanina, wokół którego wszystko ma poduszki powietrzne, bezpieczniki różnicowe i unijny certyfikat bezpieczeństwa.

Gdyby świat zaludniali tylko tacy ludzie jak ja, dyktatury trwałyby wiecznie. Jestem wdzięczny ludziom innym niż ja (Hugo-Baderowi, Ikonowiczowi...), bo gdyby nie oni, byłbym żałosną, peerelowską imitacją mieszczanina. Daję im kredyt zaufania. W winę Piniora uwierzę dopiero po prawomocnym wyroku niezawisłego sądu.

sobota, 26 listopada 2016
Skąd ta maniana?

Dear Sirs, send naleps

Skandalicznie nieprofesjonalne prezentacje przedstawicieli dobrej zmiany: na londyńskich targach książki (w ilustracji mamy fragment wystąpienia wicedyrektora Instytutu Książki Krzysztofa Koehlera) sprawiły, że chciałbym zwrócić się do PT komentatorów z tytułowym okrzykiem - skąd ta maniana?

To nie jest przecież pierwszy przypadek, w którym posunięcia reżimu szokują przede wszystkim skrajnym brakiem profesjonalizmu. Już pomińmy głupotę pisowskiego bieda-mesjanizmu, widocznego w prezentacji Koehlera („macie moralny obowiązek tłumaczyć polskich pisarzy ze względu na bezmiar cierpień Narodu Polskiego!”), ale dlaczego nie dał tego do przejrzenia komuś, kto by mu poprawił przynajmniej błędy ortograficzne i przekręcone nazwiska?

Gdyby to był jedyny taki przypadek, nie zadawałbym tego pytania. Ale reżim tak się zachowuje na każdym kroku.

Najnowsza propozycja reformy podatków też wygląda na coś wystukanego na kolanie w pośpiechu. Piszę „najnowsza” z ostrożności, bo to im się zmienia z dnia na dzień i być może dzisiejsza najnowsza wersja nie będzie nią już jutro.

Deforma oświaty też przeraża niedbalstwem. Nawet ktoś, kto z powodu sentymentu do swojego peerelowskiego dzieciństwa jest irracjonalnym wrogiem gimnazjów - powinien się bać samego niechlujstwa minister Zalewskiej.

Doprowadziła do sytuacji, w której szkoły nadal nie wiedzą, co z nimi będzie następnym roku szkolnym (a to się przekłada np. na ruchy kadrowe czy modyfikacje budynków). Wytworzyła też problem „roczników zagłady”, w których w tej samej klasie spotykać się będą uczniowie z różnych roczników i z różnym przebiegiem edukacji.

Ja jestem już stary, więc to nie jest problem moich dzieci. Ale rodzice z tych roczników wyklną minister i wyklną PiS.

Jedną wielką manianą jest też Rada Mediów Narodowych, która podobno odwołała Kurskiego, ale jednak wygląda na to, że to Kurski odwołał ją. Ale skoro już mówimy o mediach publicznych, ta propaganda też wygląda na coś robionego na „odwal się”, bez jakiejkolwiek próby przekonywania nieprzekonanych.

O co tu chodzi? Serio nie wiem.

Czy oni chcą w ten sposób pokazać swoją siłę? „A co tam, zrobię se błąd ortograficzny, możecie mi naskoczyć?”. Mało który reżim tak robił, typowa dyktatura przeważnie raczej chce emanować profesjonalizmem (i często posuwa się do komicznych ekstremów, o czym fajnie pisze Mikal Hem).

Czy oni są tak strasznie zajęci czymś innym, że nie mają czasu nawet na pełnienie swoich dyrektorskich czy prezesowskich obowiązków? Trochę na to wygląda, ale w takim razie czym?
Antyszambrowaniem u Prezessimusa? Postem, modlitwą i biczowaniem?

A może po prostu chodzi o to, że obraz zgranej ekipy, która może wszystko, bo marionetki na Wiejskiej klepną każdą ustawę, a pacynka na Krakowskim ją tego samego dnia podpisze, jest fałszywy - i gdzieś za kulisami toczą się mordercze walki frakcyjne? Każdy tam każdemu chce podstawić nogę i podłożyć świnię?

Może każdy funkcjonariusz reżimu czuje się samotny w swoim dyrektorowskim czy ministerialnym gabinecie, bo wie, że jeśli tylko poprosi kogokolwiek o sprawdzenie błędów w jego prezentacji - ten ktoś jeszcze mu złośliwie je podopisuje? Nikt tam nikomu nie ufa, a już osobliwie szefowie swoim podwładnym?

Serio nie wiem. I serio pytam. Czasem niektórzy moi komentatorzy przechwalają się znajomościami wśród ludzi reżimu - że ten ktu z kimś wrzeszczy „legia gola!”, a ktoś tu z kimś gra w golfa, a ktoś tu z kimś spał na styropianie.

Czy wy coś z tego rozumiecie? Skąd ta maniana?

sobota, 12 listopada 2016
Sprzysiężenie Katyliny

Zrobiłem niedawno wywiad z Janem i Pawłem Śpiewakami, na których chciałem zwrócić uwagę PT Komcionautów, bo przemawia do mnie diagnoza Jana Śpiewaka, że praźródłem problemów polskiej demokracji jest sojusz klasy średniej z klasą wyższą przeciwko reszcie społeczeństwa. Pewnie nie tylko polskiej zresztą, ale o tym akurat była ta rozmowa.

Jak już pisałem w różnych miejscach, od dziecka fascynowało mnie pytanie „dlaczego czasem społeczeństwa odrzucają wolność”. Spędziłem kawał życia w PRL, stosunkowo wcześnie miałem szansę zobaczyć jak jest na Zachodzie, dość szybko więc mogłem naocznie się przekonać, na czym polega różnica.

Na Zachodzie komunikacja publiczna jeździła zgodnie z rozkładem, policjant odzywał się do obywatela grzecznie, przestrzeń publiczna była estetycznie zaplanowana. W PRL natomiast przestrzeń publiczna była kakofonią syfu i brudu, komunikacja publiczna była symulakrum a każdy, kto miał jakikolwiek okruszek władzy, wykorzystywał tę władzę do gnojenia bliźnich. Bo mógł.

Nie rozumiałem wtedy, jak ktoś mógłby dobrowolnie chcieć zamienić ustrój „bardziej wolnościowy” na „mniej wolnościowy”. Fromm z jego „Ucieczką od wolności” mnie nie przekonywał (i dalej nie przekonuje), lubiłem więc czytać książki historyczne opisujące fiasko różnych projektów republikańskich, liberalnych czy demokratycznych na przestrzeni dziejów, od Aten po Weimar.

Zaryzykowałbym taką syntetyczną tezę, że początkiem ich fiaska było sprzymierzenie się ówczesnego odpowiednika klasy średniej przeciwko plebsowi z jakimś Krassusem czy Thiersem. Lud w takiej sytuacji szukał sojuszu z dyktatorem wywodzącym się z klasy wyższej. Tak upadła republika rzymska - nie obalił jej Cezar, tylko Klodiusz i Katylina.

Obietnice były zazwyczaj nieszczere, ale po pierwsze, po zamachu stanu było już za późno na rozliczanie z ich niespełnienia, a po drugie, wsadzani właśnie do więzień oraz zabijani liberałowie sami już wtedy zazwyczaj sporo mieli na sumieniu. Bez względu na to, jak zbrodniczy charakter  w Polsce miała sanacja - II Rzeczpospolita rzeczywiście tonęła w korupcji.

Udane projekty wolnościowe na przestrzeni dziejów zawsze odwoływały się do egalitarnego sprzymierzenia odpowiednika klasy średniej z odpowiednikiem proletariatu. W Rzymie definiowanego, przypomnijmy, jako „wolni obywatele pozbawieni majątku”.

W historii Polski takie dwa wielkie udane projekty wolnościowe to pierwsza „Solidarność”, która z kolei (jak to świetnie pokazuje Mencwel) w swoim sojuszu inteligencko-robotniczym nawiązywała do wcześniejszego sukcesu „żeromszczyzny”, która dała nam względnie demokratyczny charakter II Rzeczpospolitej. Endekom marzyła się przecież raczej jakaś zamordystyczna monarchia z uprzywilejowaną rolą obszarników.

Propaganda PRL przedstawiała Żeromskiego jako proroka tego ustroju i tak interpretowane te wszystkie „Siłaczki” są nie do przebrnięcia. Od strony fabularnej bronią się jednak do dzisiaj jako satyra na kapitalizm - to przecież nie jest tak, że doktor Judym urodził się jako społecznik, on na początku próbuje robić karierę zgodnie z regułami gry i gdyby mu się udało, to byłaby opowieść o zamożnym lekarzu, koneserze dobrych cygar i trunków.

Kiedy w pierwszej połowie ubiegłego stulecia masowo upadały republiki, w niektórych krajach, jak w USA czy w Skandynawii, uratowały je projekty takie jak amerykański New Deal czy duńskie „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” (Duńczycy lubią podkreślać, że to oni wymyślili model, później skopiowany w Szwecji - a ja w tej odwiecznej Wojnie Północnej jestem za Danią).

Istotą tych koalicji było porozumienie większości społeczeństwa przeciwko klasie wyższej - której narzucano wysokie podatki i prospołeczne regulacje. Dziś to jest przeszłość. O zdradzie amerykańskiej klasy średniej, która zerwała sojusz New Dealowy w zamian za iluzję reaganowskiego dobrobytu na kredyt, traktuje choćby „Co z tym Kansas” Thomasa Franka.

Na tym samym polegała zdrada postsolidarnościowej inteligencji, która w 1989 odcięła się od związkowych sojuszów z czasów pierwszej „Solidarności” - i zaczęła kadzić Kulczykom. Kiedy reprywatyzatorzy eksmitowali lokatorów na bruk, liberalne media były po stronie reprywatyzatorów - a nie wichrzycieli w rodzaju Ikonowicza.

I w Polsce, i w Stanach widać skutki: klasa niższa szuka sojuszników w klasie wyższej, żeby pogonić liberałów z Waszyngtonu czy Warszawy. Historia mówi, że to się wszystko źle skończy dla wszystkich, z wyjątkiem biznesmenów podczepionych pod przyszłego dyktatora.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27