Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 18 lutego 2019
Silvergate

Afera taśmowa rozwija się fajnie. Reżim nie nadąża z produkowaniem kolejnych usprawiedliwień - najpierw „nie było faktur”, potem „nie było umowy”, teraz „nie ma dowodów”.

Na każdym etapie odsłania się kolejna porcja brudów pod dywanem. Okazuje się, że najbliższymi współpracownikami Kaczyńskiego są TW „Ryszard” i jakiś przedziwny „ksiądz zaginiony”.

Na tym się raczej nie skończy, bo PiS znalazł się w sytuacji, w której nawet genialny strateg nie znajdzie dobrego wyjścia. Kto ma dla niego jakiś dobry pomysł, niech zdradzi w komciu.

Wyobraźmy sobie wariant najprostszy, metodę na „nie mamy pańskiego płaszcza”. Czyli: PiS wszystkiemu zaprzecza, kontrolowana przez ministra Ziobrę prokuratura nawet nie wzywa Kaczyńskiego na przesłuchanie, sprawa zostaje umorzona.

W takim razie proces przenosi się do Austrii/Strasburga. Nasz austriacki biznesmen ma teraz argumenty na uzasadnienie tezy, że Polsce nie może liczyć na uczciwy proces.

Nie wiem, czy tak będzie, ale wiem, czego na pewno nie będzie. Bardzo proszę, wyśmiewajcie moje słowa w przyszłości, jeśli się pomylę.

Nie będzie czegoś takiego, jak pisowska wygrana w austriackim sądzie (albo po prostu unijnym). Łagodnie mówiąc, na meczach wyjazdowych PiS radzi sobie raczej tak sobie.

Dlaczego? Moi szanowni prawicowi lurkerzy zapewne interpretują to tak, że świat się uwziął na PiS, w jednej wielkiej konspiracji izraelsko-irańsko-amerykańsko-norwesko-brukselskiej.

Ja interpretuję to tak, że Kaczyński nie rozumie świata. Jest nieuleczalnie prowincjonalny, jak ci wszyscy naiwniacy wierzący w „strefy szariatu w Szwecji”.

Niezależnie od interpretacji, zgodzimy się chyba co do jednego. W interesie PiS leży to, żeby ta sprawa nie wyszła poza Polskę.

Co za tym idzie: polska prokuratura musi działać bezstronnie, albo przynajmniej przekonująco to udawać. To w tej sytuacji oznacza teraz przesłuchanie Kaczyńskiego.

I nawet załóżmy, że nie uda się udowodnić koperty z gotówką dla księdza. Sam nie mogę w nią uwierzyć - ksiądz domagający się „marności” w łapówce? Tego nie było od czasu Borgiów!

Prezes wszystkich prezesów i tak będzie więc teraz odpowiedzieć na niewygodne dla niego pytania. Na przykład: w jakiej roli występował w tych negocjacjach.

Jako szeregowy poseł? Jako szef partii? Jako przedstawiciel fundacji? Jako biznesmen?

Każda z tych odpowiedzi prowadzi do jakiejś nieprawidłowości. A jednocześnie grozić mu będzie odpowiedzialność za fałszywe zeznania. Jasne, w tej kadencji nie ma się czego obawiać... ale ta się właśnie kończy.

Przypominam, że posłowi zawodowemu nie wolno prowadzić działalności gospodarczej. Żadnemu zaś posłowi nie wolno prowadzić działalności gospodarczej z udziałem skarbu państwa (dajmy na to, na preferencyjny kredyt od państwowego banku).

Jak Kaczyński się w to wpakował? Swoje wieżowce planował na początku kadencji. Liczył wtedy na karierę drugiego Orbana.

Wspomnijmy tamte czasy. Let’s party like it’s 2016!

Komisja Amber Gold miała zniszczyć Tuska. Komisja Jakiego miała zatopić Gronkiewicz.
Macierewicz miał wzmocnić armię zakupem misiokopterów (lepszych i tańszych od caracali!) i wykryć tupol na trotylewie i zwrowadzić sprak. Deforma oświaty miała przejść bezproblemowo, opozycyjne media miały być zrepolonizowane, a Unia miała mieć za dużo problemów, żeby blokować przechwycenie sądownictwa.

W efekcie PiS miał przechwycić samorządy, a potem zyskać w Sejmie większość konstytucyjną. To się nie wydarzyło i nie wydarzy: w samorządach stracili wszystkie miejskie miasta, a w Sejmie mogą liczyć najwyżej znów na kruchą większość, być może w kłopotliwej koalicji z Kukizem/Korwinem.

W 2020 mogą też stracić prezydencki długoPiS. Ergo: drugim Orbanem Kaczyński już nie zostanie. Znowu zawiedli go prawie wszyscy współpracownicy.

Tymczasem tylko w kapitalizmie Orbana czy Putina nikt nie zadaje kłopotliwych pytań o dziwne interesy, które wódz robi z udziałem swojego kuzyna, państwowego banku, kucharza czy trenera judo. Bo nie ma opozycyjnych mediów ani niezależnych sędziów.

Swoich wieżowców Kaczyński nie mógł budować normalnie, wolnorynkowo, z komercyjnym kredytem. Wtedy musiałby np. swój deweloperski biznes wpisać do oświadczenia majątkowego...

Grill dopiero się rozpala, ale danie zapowiada się smakowicie.

poniedziałek, 04 lutego 2019
Luźne tezy o Biedroniu

Jak mniemam, wszyscy szanowni komcionauci mają jakąś opinię na temat inicjatywy Biedronia. Doceniam, że jeszcze nie ruszył szał offtopicznych komentarzy. Proponuję ewentualną debatę prowadzić pod tą wystukaną na kolanie blogonotką.

Tezy mam luźne, właściwie przy żadnej się nie upieram, może ktoś mnie do czegoś przekona, bardzo proszę. Tak naprawdę nawet pisowcom nie zabraniam tu pisać, zabraniam tylko pisać mętnie, chamsko i nie na temat (niestety, pisowcy zazwyczaj mają problem z dyscypliną intelektualną, ale to już nie moja wina).

A oto i tezy:

1. Partią mojego pierwszego wyboru pozostaje „Razem” i ewentualna koalicja, w której ta partia weźmie udział. Za najważniejszy element programu lewicowego/progresywnego uważam sprawy pracownicze.
Biedroń w ogóle nie poruszył tego tematu (a mówił o kilku sprawach rangi duperelnej, w rodzaju darmowego internetu). Na stronie partii figuruje propozycja, która nie ma sensu (urlop przy umowie o dzieło? czy oni tam w ogóle rozumieją, do czego służy ta umowa?).

To znaczy, że dla niego to po prostu nieistotne. A to znaczy, że to nie są roboty, których szukam.

2. Uwzględniając powyższe, nie wykluczam głosowania na Biedronia, zwłaszcza w okolicznościach typu „druga tura wyborów prezydenckich”. Uważam, że polska polityka rozpaczliwie potrzebuje uwolnienia się od zapachu naftaliny.

To bardzo cenna metafora Ewy Kopacz, ale nie jestem pewien, czy przemyślała jej bogactwo znaczeniowe. Naftalina bucha z ekranu telewizora nie tylko gdy pojawiają się tam weterani „zakonu PC”. Polska polityka jest ciągle w rękach tych samych ludzi, którzy podzielili się wpływami w latach 1988-1991. Kiedyś Niesiołowski, Kaczyński i Wałęsa byli w jednym obozie, potem się przetasowali, ale  czas już ich wszystkich (WSZYSTKICH!) zastąpić kimś innym.

3. Teza, że Biedroń osłabia opozycję, jest dla mnie absurdem. Kto twierdzi, że to wynika z ordynacji - ten nie rozumie ordynacji (tradycyjny caveat: nie kłóć się ze mną o system d’Hondta, jeśli nie umiesz go matematycznie opisać).

Sekretem niedawnych triumfów populistycznej prawicy było nie tyle pozyskiwanie centrum, co zniechęcanie najsłabiej zmotywowanych przeciwników. Tych, którym wprawdzie nie podobał się Trump, ale Clinton też niespecjalnie. Albo: Kopacz i Komorowski.

Pomysły typu „zjednoczona opozycja” odtworzą tę sytuację. Część Antypisu zostanie w domu, bo po prostu nie będzie mogła znieść myśli o głosowaniu na Kazza Marcinkiewicza albo Leszka Millera.

Biedroń zmobilizuje tą część elektoratu antypisowskiego, która na „zjednoczoną opozycję” by nie zagłosowała. Lepiej wprowadzić do Sejmu jeszcze jedno ugrupowanie antypisowskie, niż snuć mrzonki o powszechnym poparciu kilku niesympatycznych naftalinersów.

4. W eurowyborach stawką i tak nie jest jeszcze obalenie Kaczyńskiego. To dobry moment na eksperymenty, na konsolidację środowiska, na zaprezentowanie własnego programu. Dlatego ucieszyłbym się z koalicji wiosenno-alizarynowej, ale nie zmartwię się bardzo jej brakiem. Ci się konsolidują, tamci się konsolidują - normalka („co robił Mikołaj, Wilq...?”).

5. Za samą złość, którą Biedroń wzbudził w liberalnym establishmencie, ma już u mnie ogromnego plusa. To mogło utopić jego projekt na samym początku: gdyby przedstawiciele elit 3RP go zaczęli hołubić i wychwalać w tych swoich programikach z serii „publicysta jedzie samochodem i nagle dosiada się ksiądz Sowa”.

Zareagowali hejtem, i bardzo dobrze. Polskie elity wciąż zapominają, jak potężny mają elektorat negatywny. Im goręcej kogoś zwalczają, tym bardziej rośnie on w siłę. Sami wsadzili Biedronia na falę wznoszącą - ciekawe jak daleko na niej zaserfuje.


niedziela, 03 lutego 2019
Jak RSW likwidowano

Pewien przemiły młody człowiek, którego część komentatorów może kojarzyć pod nickiem ^ols, skomentował towergate m.in. następującymi zdaniami:

uwłaszczenie na majątku społecznym było ustalone przy okrągłym stole - państwowa prasa została wtedy podzielona pomiędzy różne środowiska (...) założyciele Agory byli aktywnymi politykami, posłami, ministrami (...) Kaczyński planował monetyzację będąc w głębokiej opozycji, ministrów wtedy nie miał

Zakładam, że w dobrej woli wierzył w to, co napisał. A więc edukacyjnie przybliżę okoliczności transformacji.

Nie było takich ustaleń przy okrągłym stole, bo komuniści byli przy nim przekonani, że jeszcze nie oddają władzy. Wolne wybory miały być dopiero w 1993.

Władze PRL zgodziły się na wydawanie 1 opozycyjnej gazety i 1 opozycyjnego tygodnika, oraz na uwolnienie 35% mandatów w Sejmie. Nikt się wtedy nie spodziewał, że w całości zdobędą je kandydaci Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, co uruchomi lawinę wydarzeń.

Założyciele Agory byli wtedy inteligenckimi gołodupcami. Gdyby ktoś im wtedy powiedział „zaprawdę powiadam wam, nim ten rok przeminie, jeden z was ministrem zostanie”, zabiliby go śmiechem.

Nadzieję na reelekcję w 1993 komuniści wiązali z filarami władzy, od których odstąpić nie zamierzali. Był to prezydent o dyktatorskich uprawnieniach (Jaruzelski) oraz kontrola nad prawie wszystkimi mediami.

Z kilkoma sławnymi wyjątkami (typu „Tygodnik Powszechny”), prawie wszystkie czasopisma w PRL należały do wydawnictwa RSW (od gazet ogólnopolskich po miesięczniki hobbystyczne). To z kolei niemal w całości należało do PZPR.

Partii komunistycznej nie wypadało prowadzić działalności gospodarczej, więc posługiwała się przedziwną formułą „spółdzielni osób prawnych” (praktycznie jednoosobowej). Coś jak te dzisiejsze fundacje komandytowe.

Komuniści stracili władzę dużo wcześniej, niż planowali (sierpień 1989). Dyktatorskim prezydentem został Lech Wałęsa (grudzień 1990). Wolne wybory odbyły się w październiku 1991.

W marcu 1990 Sejm przyjął ustawę o likwidacji RSW. Posłowie z PZPR (zwłaszcza Izabela Sierakowska) gorąco protestowali, nazywając ją „zamachem na pluralizm”. Poseł Adam Michnik zaproponował jej swój stary powielacz (polecam poczytać stenogram).

Przyjęta w tych warunkach ustawa musiała jednak być kompromisowa - zostawiać postkomunistom jakieś furtki. Jedną z nich była możliwość przejęcia tytułu przez dziennikarską spółdzielnię pracy. Poseł Juliusz Braun otwarcie mówił, że mogą z tego skorzystać redakcje sympatyzujące z PZPR/SdRP, a że było ich sporo, ta partia będzie na „w gruncie rzeczy uprzywilejowanej pozycji”.

Mało mówiono w tej debacie o potrzebach czytelników. A przecież wiele czasopism wydawanych przez RSW cieszyło się naprawdę sporą popularnością.

To nie jest tak, że wszyscy się od razu rzucili na „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Solidarność”. Przede wszystkim przez dłuższy czas do kiosków poza Warszawą trafiała de facto wczorajsza „Wyborcza” - i ze względu na ówczesne ograniczenia techniczne, to była bolączka całej tzw. prasy ogólnokrajowej.

Przypuszczam, że to inspirowało Stanisława Lema w opowiadaniu o komputerze dziennikarskim, który nie znając wyniku meczu, z którego ma napisać „relację”, wypełniał przestrzeń „frazesami o dzielnej postawie obu drużyn”. Tak wyglądała ogólnopolska gazeta w Krakowie.

Stąd nieustająca popularność tych wszystkich „Gazet Krakowskich” i „Wieczorów Wybrzeża”. Tam przynajmniej wczorajszy mecz relacjonował ktoś, kto znał wynik.

„Gazeta Wyborcza” musiała na każdym z tych rynków stoczyć walkę z lokalnym liderem. Nie wszędzie się to udało do dzisiaj.

W Warszawie wyjątkowo popularne były: popołudniówka „Express Wieczorny” (na jej weekendowe trzeba było się zapisywać u zaprzyjaźnionego kioskarza) i „Życie Warszawy”, które miało monopol na ogłoszenia drobne typu „sprzedam pralkę” czy „wyrób kapeluszy”.

Uważano wtedy te gazety za najbardziej smakowite kąski w całym torcie. W kolejce po „Express” ustawiło się wiele instytucji (m.in. Region Mazowsze „S” i PPS - partia, która tę gazetę wiele lat wcześniej założył).

W „Życiu Warszawy” na samym początku zmieniono naczelnego, na bliskiego współpracownika premiera Mazowieckiego, intelektualistę Kazimierza Woycickiego. To posunięcie miało dalekosiężne skutki, których wtedy nikt nie mógł przewidzieć.

Nim komisja likwidacyjna zakończyła pracę, zmienił się rząd (styczeń 1991). Rząd Bieleckiego, podobnie jak rząd Mazowieckiego, nie miał pełnego mandatu demokratycznego - powołał go ten sam niedemokratyczny sejm kontraktowy, ktory nie zmienił składu. Zmieniła się tylko osoba prezydenta.

W Polsce nie było wtedy demokracji, tylko transformacyjny autorytaryzm. To grzech pierworodny III RP: wiele decyzji, których skutki odczuwamy do dziś, podejmowano bez demokratycznego mandatu (z planem Balcerowicza na czele).

Nie podoba mi się to, ale nie wiem, co tu można było zrobić lepiej/inaczej. Gdyby wcześniej zrobić wybory - byłyby prowadzone przy postkomunistycznej kontroli nad mediami!

Nowy rząd zmienił skład komisji likwidacyjnej, finalne decyzje podejmowano więc w kwietniu 1991 w składzie: Kazimierz Strzyczkowski (prawnik akademicki), Jan Bijak („Polityka”), Andrzej Grajewski („Gość Niedzielny”), Alfred Klein (prawnik; wycofał się w trakcie), Krzysztof Koziełł-Poklewski („Prawo i życie”), Maciej Szumowski („Gazeta Krakowska”), Donald Tusk („Gazeta Gdańska”).

71 tytułów przekazali spółdzielniom, pozostałe prywatyzowali drogą przetargu ofertowego, w którym cena była tylko jednym z kryteriów. Pozostałymi była wola zespołu dziennikarskiego oraz poparcie organizacji społecznych.

„Gazeta Wyborcza” nie bez ironii wyliczała co dziwniejsze organizacje, deklarujące swoje poparcie dla tego czy innego oferenta (Polski Związek Wędkarski, Tarnowskie Stowarzyszenie Radiestetów, Polski Związek Filatelistów, biskup Gocłowski, regiony NSZZ „S”...). Grubą Bertą było poparcie Lecha Wałęsy, który poparł m.in. przekazanie „Expressu” fundacji powiązanej z bliskim mu (wówczas) Porozumieniem Centrum.

Wbrew pozorom, komisja wcale nie faworyzowała partii politycznych. Najhojniej obdarowała KPN - zapomnianą dziś, przedziwną partię neopiłsudczyków, którzy głośno wtedy krzyczeli, że są prześladowani, bo nie było ich przy Okrągłym Stole.

Dostali dwa atrakcyjne tytuły - „Razem” i „Motor”. Wszystko zarżnęli, nie zbudowali na tej bazie niczego trwałego.

Poza tym zdarzały się oferty quasi-partyjne. Na przykład: „Gazetę Krakowską” przekazano dziennikarzom sympatyzującym z krakowską Unią Demokratyczną, a „Dziennik Łódzki” sympatykom ZChN. Oba tytuły szybko się jednak usamodzielniły.

Spotkałem się w kilku miejscach z wersją, że „Życie Warszawy” przekazano liberałom z KLD. To jakieś nieporozumienie.

Rzeczywiście, była taka oferta - ze strony Krajowej Izby Gospodarczej (powiązanej z KLD) i Roberta Maxwella, szemranego magnata medialnego, który pół roku później zginął w tajemniczych okolicznościach.

W połowie kwietnia 1991 tę ofertę odrzucili pracownicy w wewnętrznym referendum (nigdy przedtem ani nigdy potem pracownicy gazet nie mieli tak dużo do gadania!). Stosunkiem głosów 94:81 wybrali ofertę spółki Życie Press, firmowanej przez Wóycickiego i jego zastępcę, wybitnego eksperta od dryblingów, wolejów i dośrodkowań, komentatora sportowego Tomasza Wołka - który w tym duecie grał pierwsze skrzypce.

Komisja likwidacyjna uznała decyzję pracowników. Głosy dziennikarzy rozłożyły się inaczej (64:59 na rzecz Maxwella i KLD), część zespołu odeszła i założyła konkurencyjne „Życie Codzienne”.

To był początek końca „Życia Warszawy”. W spółce „Życie Press” mniejszościowe udziały miała tajemnicza włoska firma STI oraz Wielkopolski Bank Kredytowy (dziś: Santander), który udzielił na ten zakup 40 mld starych złotych pożyczki. Kredyt był wysoko oprocentowany (to czasy hiperinflacji!), „Życie” było więc ciągle na minusie.

W 1993 WBK odsprzedał swoje udziały Włochom (teraz mieli już 55%). Okazało się, że to tak naprawdę jeden Włoch, niejaki Nicola Grauso. Nic więcej na ten temat nie odważę się napisać.

Przemiły ^ols myli się pisząc, że Kaczyńscy byli wtedy w opozycji. Byli wtedy u szczytu swoich dwudziestowiecznych wpływów - z którego wkrótce zlecą, ale przetrwają wiele lat chudych właśnie dzięki zgromadzonemu wtedy tłuszczykowi.

Najcenniejszym asem w ich talii kart był minister budownictwa Adam Glapiński. Był działaczem KLD i PC jednocześnie - to wtedy nie było sprzeczne, w tych czasach Donald Tusk był w jednym wałęsowskim obozie z Jarosławem Kaczyńskim.

Czasy były jednak tak dziwne, że Glapiński w pewnym momencie zwrócił się do „Solidarności” w Ursusie, z notorycznym Wrzodakiem na czele, żeby ci demonstrowali przeciwko rządowi, w którym ten zasiadał (!), żeby wywierać nacisk na jak najszybsze przyjęcie ustawy, mającej przyśpieszyć budowę mieszkań.

Postawił na swoim, ustawę przyjęto w październiku 1991. A w niej znalazło się jedno zdanie, za sprawą którego otoczenie Kaczyńskiego uwłaszczyło się na swoich nieruchomościach.

Gdyby mieli ministra zdrowia, poszliby w farmację. Gdyby ministra sportu - w budowę stadionów. A że mieli ministra budownictwa, poszli w deweloperkę.

Czy to wszystko było legalne? Prawo lat 90. było tak dziurawe, że wcale bym się nie zdziwił. Ale wysuwany zwykle przez sympatyków PiS argument „gdyby coś znaleźli, to by wyciągnęli” może być też stosowany wobec innych liderów biznesu tej epoki - Kulczyka, Krauzego, Gudzowatego.

Odczuwanym do dzisiaj skutkiem likwidacji RSW jest dominacja zagranicznego kapitału w prasie lokalnej. Bo co miała zrobić taka biedna, niedoinwestowana spółdzielnia dziennikarzy „Tygodnika Wąchockiego”? Znaleźć inwestora, przecież raczej nie polskiego.

W 1995 prasoznawca Zbigniew Bajka przeanalizował 1400 polskich gazet i czasopism i ustalił, że 65% nakładu oraz 70% tytułów jest w rękach firm z udziałem zachodniego kapitału. W samych ogólnopolskich wyglądało to wtedy tak: „Rzeczpospolita” - 49%, „Nowa Europa” - 80%, „Sztandar Młodych” - 70%, „Express Wieczorny” - 80%, „Życie Warszawy” - 97%, „Gazeta Wyborcza” - 12,5%. Do „Super Expressu” właśnie wchodzili wtedy Szwedzi.

Czy to było do uniknięcia? Wątpię.

Gdyby w ustawie umieścić zakaz przyjmowania zagranicznych wspólników, redakcje obchodziłyby to kombinejszynami typu „100% polskie wydawnictwo, które ma 5% udziałów w agencji reklamowej razem z koncernem Hersant”. A gdyby i tego zakazać, polskie gazety by umarły, wypierane przez nowe tytuły takie jak „Fakt”.

Czytelnicy mieli wtedy dość czarno-białych gazet drukowanych na kiepskim papierze w dziewiętnastowiecznej technologii. Chcieli koloru, offsetu, ładnych zdjęć.

Dziennikarze też tego chcieli, a do tego: podwyżek. To w praktyce oznaczało szukanie inwestora: niemieckiego, szwedzkiego, austriackiego, francuskiego, szwajcarskiego...

To się musiało tak skończyć.

To chyba najdłuższa notka w dziejach bloga! Kto dojechał do końca, niech w komciu napisze „REFERNAZOR”, by uzyskać mą przychylność.

Korzystałem z artykułów z „GW”: „Referendum w Życiu Warszawy”, 17.4.1991; „Krajobraz po likwidacji”, 30.4.1991; „Życie Warszawy na kredyt”, 27.7.1993; „Prasa i kapitały”, 24.1.1995; „Taśmy Kaczyńskiego”, 31.1.2019

środa, 30 stycznia 2019
Illegal Tower

Czy taśma Kaczyńskiego jest „bombą” czy „kapiszonem”, tego nie wiem i w ogóle nie zamierzam się zniżać do oceniania tego w takich kategoriach. Ten sposób podejścia do spraw publicznych wydaje mi się godny przepychanek na Twitterze, zainteresowani niech się tam z tym przeniosą.

To, co mnie interesuje jako obywatela tego kraju, to praworządność. Obrońcy PiS błyskawicznie zapewnili, że taśma Kaczyńskiego nie demonstruje łamania prawa.

„Nie widzę tam nic nielegalnego. Oto starszy, kulturalny pan, chce wybudować wieżowce” - napisał w przezacnym serwisie Salon24 jego czołowy przedstawiciel, Grzegorz Wszołek.

Założę tu dobrą wolę - powiedzmy, że wszyscy piszący w ten sposób po prostu nie znają prawa. Oto zatem kaganek oświaty.

Przed kulturalnym starszym panem, który marzy o wybudowaniu wieżowców, prawo stawia zasadniczo trzy drogi. Musi się zdecydować na jedną z nich.

W jednej z tych dróg nasz starszy pan może zostać biznesmenem. Może tymi wieżowcami bezpośrednio zarządzać, budując je na przykład w ramach swojej sieci hotelowej, jak kilkadziesiąt lat temu zrobił to Conrad Hilton. Może też użyczać im swoje nazwisko jako brand, jak Donald Trump.

W tym celu nasz starszy pan musi zarejestrować działalność gospodarczą. W praktyce zrobi to w formie spółki, ale bardzo teoretycznie rzecz biorąc mógłby postawić niewielki wieżowiec w ramach samozatrudnienia (PPHU Interntransjanusz Tower).

Druga droga to ścieżka non-profitu. Nasz przemiły, kulturalny starszy pan może zarejestrować stowarzyszenie lub fundację, której celem będzie zbudowanie Cat Tower - wieżowca, będącego miejscem spotkań miłośników kotów.

W praktyce non-profity rzeczywiście często inwestują w nieruchomości. W centrum Sztokholmu i Oslo stoją gmachy z siedzibami związków zawodowych - nie są to wprawdzie wieżowce w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, ale widać w nich pewien rozmach i optymizm socjaldemokracji sprzed prawie 100 lat.

Największymi inwestorami tego typu są chyba związki wyznaniowe. Opisywałem kiedyś na blogasku przedziwną dzielnicę Świadków Jehowy w sercu Nowego Jorku. W Warszawie niedługo stanąć ma Nycz Tower, widomy dowód, która denominacja chrześcijańska najlepiej sobie radzi w deweloperce.

I wreszcie trzecia opcja to droga polityki. Nasz przemiły starszy pan może zostać działaczem społecznym lub politycznym, którego marzeniem będzie stawianie wieżowców w interesie publicznym (takim, jak on go pojmuje) - tu też są realne przykłady, na przykład Robert Moses w Nowym Jorku.

I teraz mamy kluczowe pytanie: W JAKIEJ KONKRETNIE ROLI JAROSŁAW KACZYŃSKI WYSTĘPUJE W NAGRANEJ ROZMOWIE?

Dowcip polega na tym, że tych ról nie wolno mieszać. Donaldowi Trumpowi nie wolno łączyć roli dewelopera z rolą prezydenta, ani nawet kandydata na prezydenta (dochodzenie w sprawie tzw. collusion dotyczy właśnie domniemanego mieszania tych ról, na przykład celem uzyskania pozwolenia na Trump Tower w Moskwie).

Działalność komercyjna (for-profit), działalność społeczna (non-profit) i działalność polityczna są regulowane odpowiednimi ustawami. Partiom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, fundacjom czerpać zysków, biznesmenom korzystać z protekcji - itd.

Otóż każda odpowiedź na pytanie o rolę Kaczyńskiego w tej rozmowie prowadzi do wniosku, że złamał przynajmniej jedną z tych ustaw. Jeśli był tam jako polityk - łamał ustawę o partiach i przepisy antykorupcyjne. Jeśli jako biznesmen, uczestniczył w tzw. firmanctwie (zachodzi wtedy, kiedy ktoś, potocznie zwany „słupem”, tylko udaje, że prowadzi działalność gospodarczą, w rzeczywistości prowadzoną przez kogoś innego). Traktowanie fundacji jako własnej firmy też jest niehalo, o czym boleśnie przekonał się niejaki Jakub Ś.

Część z tych naruszeń prawa ścigana jest przez prokuraturę, część przez urząd skarbowy, część cywilnoprawnie. Zważywszy, że w grę wchodzi austriacki przedsiębiorca, niewykluczone są też działania na szczeblu międzynarodowym. Mam nadzieję, że jego prawnicy warci są zapłaty swojej - to do nich należy kolejny ruch.

Argument „wszyscy tak robią” jest o tyle bezsensowny, że jeśli nawet: no to jak ich ktoś nagra czy w inny sposób przyłapie, też powiem, że to skandal. Nawet gdyby to miało dotyczyć Zandberga (nie mówiąc już o Schetynie). Nie będę miał litości także dla tych, na których sam głosuję.

Zauważę jednak na koniec, że PiS miał dobre 3 lata na znalezienie dowodów na podobnie nielegalne działania Platformy - i to dopiero był zamokły kapiszon. Nawet na taśmach ośmiorniczkowych nie ma dowodów przestępstwa - jest tylko trochę brzydkich wyrazów.

To smutne, że ktoś woli kulturalnych przestępców od praworządnych obywateli, którzy przeklinają przy wódce.

sobota, 26 stycznia 2019
Jak działa ordynacja DHondta

W wielu dyskusjach widzę teraz ludzi wymieniających nazwisko pewnego belgijskiego matematyka jako zamiennik argumentu. Sam okrzyk „D’Hondt”! ma wystarczyć.

Tak bym chciał wiedzieć, o co im chodzi! Gdy pytam, czy potrafiliby zdefiniować tę metodę, oczywiście obruszają się, że NO JASNE, ale jak się dociśnie, to się obrażą, ewentualnie bezmyślnie wkleją hasło z wikipedii (rzecz jasna, polskiej).

Wyjaśnijmy sobie więc to przystępnie. Nazwa metody pochodzi od Victora D’Hondta, który ją opisał (acz to nie on ją wymyślił).

Wyobraźmy sobie, że głosów w danym okręgu padło 100.000 (wtedy łatwo nam będzie zamieniać procenty na tysiące) i że pięć list przekroczyło próg wyborczy, tak jak to było w 2015. Pomińmy 1 mandat mniejszości niemieckiej dla uproszczenia.

Wyobraźmy sobie, że najwięcej głosów dostała partia... nazwijmy ją Zwis (38 tysięcy), a najmniej - ale powyżej progu - partia, dajmy na to, Pezel (5 tysięcy). A wszystkich mandatów z tego okręgu mamy do obsadzenia 20.

Zgodnie z metodą D’Hondta dzielimy te wyniki przez kolejne liczby całkowite (1, 2, 3 itd.) i zapisujemy w tabelce. Wybieramy 20 największych ilorazów i przypisujemy mandaty tym partiom, które te ilorazy miały w odpowiedniej rubryczce.

Partia Zwis miała kolejno: 38.000, 19.000, 12.667, 9.500, 7.600, 6.333 i 5.429. Musi więc dostać 7 mandatów jeszcze zanim choć jeden dostanie Pezel.

Alternatywą jest stosowana kilkakrotnie w Polsce (i popularna na świecie) metoda Sainte-Lague. Tam wyniki dzielimy przez kolejne liczby nieparzyste (1, 3, 5, itd.).

W tej metodzie mamy większy skok pomiędzy kolejnymi ilorazami. Dla Partii Zwis będzie to teraz: 38.000, 12.667, 7.600, 5.429. Czyli wystarczy jej dać 4 mandaty i już jakiś dostaje także nasz biedny Pezel.

Tyle matematyka. Niektórzy chumaniści przypisują tej metodzie jakieś przedziwne własności, w rodzaju „przyznawania głosów partii, które nie przekroczyły progu, partii najsilniejszej”, a nawet „przyznawania jej większości z automatu”.

To bzdury. W praktyce nie ma uniwersalnego przelicznika. Za dużo zależy od różnicy między wynikiem partii #1 i partii #2, oraz od tego, ile partii przekroczyło próg.

Dodajmy, że cały czas rozpatrujemy to na przykładzie jednego okręgu wyborczego. W wyborach do Sejmu jest ich 41. Kolejność będzie w nich różna, w niektórych to właśnie partia Pezel dostanie premię od D’Hondta.

Twierdzenie, że PiS wygrał wybory w 2015 dzięki ordynacji D’Hondta, jest matematycznie nieprawdziwe. W powyższym przykładzie w 20-mandatowym okręgu mandaty rozłożyłyby się tak: 9-6-2-2-1. Czyli: Zwis nie ma większości.

Gdyby wyniki wyborów były geograficznie homogenne, tzn. w każdym okręgu PiS miałby 37,58% głosów, a Platforma 24,09% głosów (itd.), PiS miałby dwieście kilkanaście mandatów.
Musieliby tworzyć koalicję z Kukizem.

Albo mieli cholernie dużo szczęścia, albo mądrze do tego podeszli od strony socjo-matematycznej i skupili się akurat na tych okręgach, na których powinni. Your guess is as good as mine.

Trochę mniejsze znaczenie ma porażka listy ZLEW-TRUP. Jak pamiętamy, dostała 7,55%, ale z powodu samobójczej brawury Millera i Palikota, była zarejestrowana jako koalicja, a więc obowiązywał ją większy próg (i weź tu nie hejtuj jednego z drugim).

Wielu komentatorów wiązało sukces PiS z zagładą lewicy. Matematyka na to nie wskazuje. Podział w 20-mandatowym okręgu, przy uwzględnieniu wejścia ZLEW-TRUP, to 9-6-2-1-1-1. Ten dodatkowy mandat zabierają Nowoczesnej Ryszardzie Petru.

Wejście SLD do Sejmu nie oznacza jednak zupełnie innej ścieżki historii. W koalicji z Kukizem robiliby mniej więcej to samo.

Z zabawy w symulowanie ordynacji - do której PT czytelników serdecznie zapraszam - płynie kilka wniosków.

PIERWSZY: geografia rządzi. W Polsce nie ma „swing states”, ale i u nas do strategii wyborczej należy podchodzić na zasadzie „Łomżę możemy stracić, ale musimy jak najwięcej ugrać w Legnicy”. Od tego zależy, czy te same 35% przełoży się na 220 czy 240 mandatów.

DRUGI: premię D’Hondta zgarnia nie tylko partia numer 1. W powyższym przypadku skorzystałyby pierwsze trzy (tzn. ich procent byłby zaokrąglony w górę).

TRZECI: im więcej list uczestniczy w podziale, tym mniejsze znaczenie ma ta premia. Już przy 6 listach żaden socjogeograficzny trick nie dałby PiSowi 230 mandatów.

CZWARTY: gdyby nawet to liczyć według Sainte-Lague, PiS stworzyłby rząd z Kukizem. Wygrali nie dzięki metodzie liczenia, tylko dzięki dobremu rozłożeniu poparcia na mapie.

Miasta, które mają inne wnioski, niech się wpisują.

sobota, 19 stycznia 2019
Mowa nienawiści - co to?

Wielu pyta dziś, „co to jest mowa nienawiści” albo co gorsza używa tego pojęcia ewidentnie inaczej, niż jest definiowane w aktach prawnych. Widziałem już sugestie, że mową nienawiści są spektakl „Klątwa” albo słowa o „dorzynaniu watahy”.

Otóz nie są. Nie są nią nawet wypowiedzi typu „nienawidzę PiS” / „nienawidzę PO”. Na początek kilka definicji.

Wyobraźmy sobie, że jeden pan powiedział do drugiego „ty ch...”. Czy to mowa nienawiści?

Nie, to oldskulowa zniewaga (ścigana z art 216 kk), czyli obrażenie kogoś słowem powszechnie uważanym za obelżywe. Słowo „ch...” niewątpliwie takim jest.

Ciekawie wyglądałby proces w sprawie zarzutów, wytoczonych pewnemu panu przez podmiotkę liryczną (Irena Kwiatkowska) w Kabarecie Starszych Panów:

Szuja, obrzydliwa larwa i szczeżuja!
Szuja - do najtępszych pierwotniaków rym!
Szuja, bezlitosny kamień i statuja!
Fałsz i ruja bezustannie powodują nim!

Szuja! Pióra by pożyczyć od Anouilha,
Szuja! By opisać co to jest za typ!
Szuja! kawał matrymonialnego zbója,
Z pieszczot dwója, nieudana galareta z ryb

Kilka wersów tutaj mogłoby podchodzić pod zniewagę, ale widzę też zniesławienie, czyli wypowiedzi godzące w cześć i dobre imię. Inny problem, inny paragraf: art 212 kk, zapewne też nawet inny kodeks, bo także naruszenie dóbr osobistych (art 23 i 24 KC).

Zniesławienie nie musi być wulgarne. Może mieć superuprzejmą formę - np. „Szanowny pan nie ma kwalifikacji do pełnionego stanowiska, które uzyskał dzięki protekcji”.

Często gdy ktoś przegrywa proces o zniesławienie, potem biega po mediach ze spreparowaną wersję wyroku („to już nie wolno nawet napisać, że ktoś nie ma kwalifikacji”?), solicytując przewidywalne głosy poparcia od przygłupersów nie rozumiejących, jak działa prawo. Wielu z nich zawodowo para się prawicową publicystyką.

Otóż różne rzeczy można (byle z wolna i ostrożna). I do zniewagi, i do zniesławienia mamy sporo wyłączeń opisanych w kodeksie - a także ugruntowanych orzecznictwem. Kodeks przewiduje, że nie będzie kary za zniewagę, jeśli „ty ch...” było ripostą na „ty sk...”. A w przypadku zniesławienia/naruszenia: jeśli zarzuty są prawdziwe albo podnoszone w interesie społecznym.

Ważne: to nie sąd będzie sprawdzać. Na tym się przejechał Wałęsa, któremu się wydawało, że to sąd będzie szukać Mitycznego Nagrania Ostatniej Rozmowy Braci.

Ciężar dowodzenia spoczywa na tym, kto wysuwa oskarżenie. Nieważne, czy jest Wałęsą czy Kowalskim.

I wreszcie mamy groźbę bezprawną/karalną, ściganą z art 115 i 190 kk. To wypowiedzi typu „zginiesz”, „zgwałcimy cię” (a także „moi fumfle obleją twoją córkę na studiach”).

To wszystko nie jest ścigane z urzędu, tylko na wniosek poszkodowanego, z oskarżenia prywatnego lub z powództwa cywilnego. W mojej antypisowskiej bańce przegraną Wałęsy komentowano czasem pytanio-narzekaniem, „a co w takim razie z posłami, których Kaczyński nazwał kanaliami”.

A co? A nic. Nie ścigali, to co ma być. Samo z siebie nic się tu nie zadzieje.

Jak do tego wszystkiego ma się mowa nienawiści? Luźno. O ile zniewaga i zniesławienie są z nami od stuleci i historię ich prawnego definiowania można cofnąć do starożytnego Rzymu, mowa nienawiści to koncepcja stosunkowo nowa.

Bierze się ze słusznego założenia, że na pewne cechy nie mamy wpływu. Są to w szczególności: rasa, narodowość, płeć/gender, wiek, wyznanie i orientacja seksualna.

Powyższe przykłady a mogłyby się stać mową nienawiści, gdyby ktoś powiedział „rurytański ch...” i „roboseksualna szuja” o pochodzącym z Rurytanii roboseksualiście. W polskim prawie (art 256 i 257 kk) niestety pominięto „orientację seksualną”. Tak, zgadliście, rządziła wtedy Platforma.

Niejeden czytelnik rzucił teraz jakimś wulgaryzmem pod adresem Platformy. Czy to była mowa nienawiści?

Nie, bo orientacji politycznej nie ma na tej liście. To nie jest niezmienna cecha człowieka. W istocie obrzucamy się politycznymi obelgami właśnie w nadziei na zmianę czyichś postaw wyborczych.

Bez entuzjazmu przyjąłem propozycję redakcji „Liberte”, żeby w związku z niedawną tragedią przyjąć „wzorem innych krajów europejskich” ustawę „zapobiegającą i penalizującą mowę nienawiści w przestrzeni publicznej”.

Jeżeli „mowę nienawiści” będziemy definiować „wzorem innych krajów europejskich”, to hejt na Owsiaka nią nie jest. Hejterzy nie zwalczają go za to, że jest heteroseksualnym białym Polakiem płci męskiej w wieku średnim.

To skandal, że prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie ewidentnej groźby karalnej w postaci „aktów zgonu”, wystawionych przez skrajną prawicę m.in. Adamowiczowi. To jednak też nie była mowa nienawiści. Problemu upolitycznionej prokuratury nie rozwiążemy zaś żadną ustawą.

Problem nie w tym, że polskie prawo jest zbyt łagodne, tylko wprost przeciwnie. Gdyby sądy literalnie traktowały Art 212 kk, nie można byłoby napisać, że minister prowadzi błędną politykę, że urzędnik jest niekompetentny, że dany reżyser robi kiepskie filmy, że gdzieś panuje korupcja (dopóki nie zapadną prawmocne wyroki).

Nie chcemy tego, więc prokuratura i sądy zwykle te wątpliwości rozstrzygają na korzyść wolności słowa. Nie podoba mi się to w niektórych przypadkach, ale podoba mi się jako ogólna zasada.

Jeśli bym coś tu zmieniał, to raczej złagodziłbym przepisy tak, żeby można je było ściślej egzekwować. Teraz zbyt wiele zależy od arbitralnych decyzji sędziów i prokuratorów.

Nie sądzę, że ustawa napisana w pośpiechu przez posłankę Pawłowicz i posła Niesiołowskiego (a mamy jakiś inny Sejm?) poprawi ten stan rzeczy. Zamiast pisać nowe prawo, lepiej egzekwujmy już istniejące, by ograniczyć obecność zniewag, pomówień i gróźb karalnych.

I dodajmy, na litość boską, tę orientację seksualną do ustawowej definicji mowy nienawiści, because it’s 2019.

wtorek, 15 stycznia 2019
Nienawiść (duet)

Pytanie „kto zatruł polski dyskurs nienawiścią” wydaje mi się tyleż jałowe, co niebezpieczne społecznie. Takie pytania prowadzą nas do tradycyjnego bałkańskiego „nie mam nic do Chorwatów, ale chcę pomścić dziadka, zamęczonego przez ustaszów”, a więc dawaj, generujmy kolejne powody do zemsty.

Moim zdaniem, nikt nie zaczął, bo nienawiść jest w polityce stałym elementem. Oś nienawiści „PiS” / „Antypis” narastała w pierwszej dekadzie XXI wieku równolegle do zaniku osi nienawiści „postkomuna” / „postsolidarność”.

Ta druga osłabła tak bardzo, że nagle osoby związane z SLD są teraz mile widziane w mediach pisowskich. I w ogóle Czarzasty zdaje się już przeszkadzać już tylko garstce lewaków.

Gdyby w 2010 ktoś powiedział braciom Karnowskim, że zaprawdę powiadam, nie przeminie jeszcze ta dekada, a Aleksandra Jakubowska będzie u was stałą felietonistką, to by się zapluli w oburzeniu, że potwarz, oszczerstwo, ostateczne przekroczenie wszelkich granic. „Nasza mocna odpowiedź!” (etc.).

Mam czytelników, którzy nie pamiętają lat 90. z racji przywileju późnego urodzenia. Mogą się dziwować, „a za co można było nienawidzieć obozu postolidarnościowego”.

Otóż przede wszystkim za Balcerowicza. Jak już parę razy pisałem, w 1991 uczestniczyłem jako wolontariusz w przegranej kampanii Piotra Ikonowicza w Radomiu, łaziłem od mieszkania do mieszkania i nasłuchałem się wielu ludzkich tragedii.

Ci ludzie nienawidzili (a) obozu politycznego, który obwiniali o swoją kondycję (b) mediów i autorytetów, które ich obrażały, mówiąc im, że sami są sobie winni, bo są „homosowietikusami” lubo też „roszczeniowo-populistycznym elementem antyreformatorskim”.

Rozumiałem ich nienawiść. Rozumiałem też jej drugą składową, związaną z zaniepokojeniem rosnącymi świeckimi wpływami kościoła. W latach 90. tylko postkomuniści od czasu do czasu wyrażali sprzeciw.

Nieśmiało, na pół gwizdka (stąd niestety konkordat!) - ale tylko oni. Dlatego aż do 2011 jeśli głosowałem, to na lewicę, co w praktyce niemal zawsze oznaczało postkomunistów.

W latach 90. wiele było takich dni, że jak człowiek szedł spać, to nie wiedział w jakim ustroju się obudzi. Tym bardziej, że demokracja była młoda, a większość dekady przejechaliśmy na prowizorium konstytucyjnym.

Dziś w wielu sprawach możemy się odwołać do doświadczzenia. Wtedy nie było wiadomo co będzie, gdy prezydent i premier będą z wrogich obozów, albo gdy upadnie rząd, albo gdy prezydent spotka się z generałami celem namawiania ich do wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi (Lech Wałęsa, 29 września 1994).

Podczas wyborów w 1995 prezydencki minister Andrzej Milczanowski oskarżył premiera Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Zarzuty okazały się bzdurą, ale dopiero po wyborach.

Mimo tego brudnego chwytu, Kwaśniewski jednak wygrał. Obóz solidarnościowy probował to zablokować w sądzie pod błahym pretekstem, że Kwaśniewski przypisał sobie wykształcenie wyższe, choć nie obronił dyplomu.

Przez kilka strasznych tygodni nie wiedzieliśmy, czy premier jest rosyjskim szpiegiem i kto wygrał wybory. Cud, że wtedy nikt nie zginął, bo poziom nienawiści był podobny.

Potem solidaruchy jeszcze podkręciły bębenek, gdy w 1997 Tomasz Wołek opublikował serię tekstów Jacka Łęskiego i Rafała Kasprowa, oskarżających o agenturalność Kwaśniewskiego (też bezpodstawnie). Teraz Wołek i Łęski są, zdaje się, po przeciwnych biegunach osi nienawiści, wtedy byli w jednym.

Ja to zawsze oglądam z pozycji rozbitka, co to nigdzie nie jest „u siebie”, bo najbardziej to bym chciał głosować na lewicę nordycką. SLD i PO to dla mnie tylko mniejsze zło.

Nienawiść w polityce jest jak bieguny magnetyczne. Nie można pokroić magnesu tak, żeby mieć tylko jeden biegun - dostaniemy dwa magnesy, oba z północnym i południowym.

Oś nienawiści komuchy/solidaruchy wygasła razem z komuchami. Wtedy solidaruchy podzieliły się na Pis i Antypis.

Jeśli jeden z tych obozów wygra tę walkę - natychmiast sam się podzieli na dwa zwalczające się obozy. PiS to od dawna kilka wrogich obozów, które scala tylko osoba Prezessimusa, a w Antypisie już ruszyła walka Team Biedroń vs Team Schetyna.

I tak w polityce było zawsze. Brytyjską politykę dzieli oś labour/torysi, kiedyś wigowie/torysi. Amerykańską dziś Trump/Clinton, kiedyś Jefferson/Hamilton.

I to nie jest tak, że kiedyś się łagodniej kłócili. Obóz Jeffersona zarzucał obozowi Hamiltona szpiegowanie na rzecz Wielkiej Brytanii, a tamci się rewanżowali oskarżeniem o agenturalność francuską. Zaowocowało to słynnym pojedynkiem, w którym trzeci wiceprezydent USA zastrzelił pierwszego sekretarza skarbu USA (jest o tym musical).

Czy coś możemy zrobić, jako ludzie pióra? Ja mam ciągle tę samą poradę: to naturalne, że się dzielimy na obozy polityczne i „ci drudzy” będą dla nas: głupkami, chamami, nieogarami itd. (w parlamencie II Rzeczpospolitej nie takie słowa fruwały; a co się działo w I Rzeczpospolitej, polecam poczytać Paska).

Nikomu jednak nie wolno życzyć śmierci ani cieszyć się z niej. Osobiście zawsze wycinam takie komentarze u siebie (a bywały, np. po Smoleńsku).

Jeśli od „głupców” chcemy przejść do zarzutów pachnących prokuratorem (złodzieje, szpiedzy, zdrajcy itd.), powinniśmy to robić wyłącznie na podstawie solidnych dowodów i pod adresem konkretnych osób (a nie: całego obozu). Niby drobiazg, ale już u nas w Antypisie widziałem sporo publicystyki, nazywającej np. PiS „organizacją przestępczą”.

Bóg (a raczej Zuckerberg) mi świadkiem, że protestuję przeciw takim wypowiedziom. Zwalczam też krążące w Antypisie pomysły powoływania „trybunałów obywatelskich”, które miałyby na pisowcach przeprowadzić samosąd, bo „Trybunał Stanu (...) jest ciałem de facto martwym” (jak argumentował prof. Sadurski w swoim nieśmiesznym żarcie).

Otóż nawet jeśli złota rybka Antypisu spełni nam trzy życzenia: dymisja prezydenta, dymisja rządu i samorozwiązanie PiSu, i tak będziemy musieli żyć z trzydziestoma paroma procentami rodaków, którzy mają pisowskie poglądy. Ich głosy zagospodaruje jakiś PiS-bis - i wrócimy do punktu wyjścia.

Różni poeci pisali o nienawiści. Jak wiecie - lubię rockową poezję. A konkretnie piosenkę „Hatred (A Duet)” zespołu The Kinks, z której sobie zrobię puentę:

Hate's the only thing we have in common
There's no escape, we'll always be this way
So we might as well just learn to live together
'Cause we're gonna be this way till our dying day


Trzymajcie się ciepło, wszyscy (hejterzy też; że im wytnę komentarze to nie znaczy, że im źle życzę).

środa, 09 stycznia 2019
W eurowyborach zagłosuję na...

To będzie blogonotka o polityce, ten temat przyciąga debiutantów zamieszczających tu swój pierwszy komentarz (przynajmniej pierwszy pod daną ksywką), więc tradycyjny caveat. Przed debiutem warto pośledzić poprzednie dyskusje i liczyć z tym, że komentarze niespełniające pewnych określanych przeze mnie norm, wylatują.

Tu w szczególności wylatywać będą te, w których komentator będzie się powoływał na mitycznego „dhonta” (bonus za błędną pisownię), jeśli wyczuję, że nie umie matematycznie zdefiniować tej metody. Generalnie nie pisz (don’t!) „d’Hondt”, jeśli nie umiałbyś odróżnić tej ordynacji od konkurencyjnej Sainte-Lague na podstawie samego opisu metody.

By dalej nie przedłużać, przejdźmy do meritum. Ogłoszenie przez lewicę społeczną wspólnego startu w eurowyborach rozwiązuje wszystkie moje rozterki.

Już mnie nie interesuje, co Biedroń w lutym, a co Czarzasty, a co Schetyna z Nowacką. Głosuję zgodnie ze swoim światopoglądem: na podniesienie podatków tłustym misiom, radykalną laicyzację, wtrącanie się państwa w gospodarkę, rozdawnictwo socjalne, populizm i roszczeniowe związki zawodowe.

Jeśli partia Biedronia dołączy do tej listy, to super. Jeśli Czarzasty zadeklaruje chęć, to trochę mniej super, acz mógłbym zagłosować na koalicję, w której SLD nie będzie głównym rozgrywającym, tylko jednym z wielu podmiotów.

Ale to wszystko nie ma znaczenia. Biedroń nie dołączy, a dla SLD naturalną opcją będzie dołączenie do Zjednoczonej Opozycji. Błogosławieństwo na drogę [machu-machu rąsią].

A teraz kilka odpowiedzi na przewidywalne komentarze:

Czy nie chcę obalenia rządu PiS? Chcę, ale to i tak nie nastąpi w eurowyborach. Nawet jeśli PiS przerżnie w nich koncertowo, rządzić będzie co najmniej do parlamentarnych.

Oczywiście, porażka w eurowyborach osłabi ich morale przed decydującą rozgrywką, tylko że to będzie tak jak w wyborach samorządowych. Wszystkie partie powiedzą, że odniosły sukces w eurowyborach.

PiS samorządowe teoretycznie też wygrał, a jednak nie było widać radości na ich konwencji. Teraz będzie zapewne podobnie.

Czy nie boję się Zmarnowania Głosu? Nie, bo głos to nie jest cenna inwestycja, która ma przynieść dywidendy. Realnie od pojedynczego wyborcy niewiele zależy.

To udział w rytuale, obrzędy religijne dla zwolenników demokracji. Kościoły żyją dzięki temu, że mają masy wiernych, ale nie zauważają dojścia czy odejścia pojedynczego wiernego. Odejdź, zostań, dołącz kierując się głosem serca, ale nie rób sobie złudzeń, że od tego zależy przetrwanie danego wyznania (o ile nie jesteś, powiedzmy, Medyceuszem).

Jest jeden gwarantowany sposób na zmarnowanie głosu. To głosowanie przeciwko własnemu światopoglądowi. Nie zamierzam tego robić.

A co najważniejsze, eurowybory mają najniższą frekwencję (24% w 2014 wobec 51% w parlamentarnych z 2015). Niska mobilizacja działa na niekorzyść partii rządzącej i na korzyść partii dziwnych, offowych, radykalnych - w eurowyborach łatwiej przekroczyć 5%.

Pojawiające się tu i ówdzie apele o jedność opozycji obrażają mnie jako wyborcę. Że sympatyzuję z partią Razem, to nie znaczy, że Zandberg z Zawiszą mogą mnie przehandlować niczym dziewiętnastowieczny obszarnik, sprzedający wieś z „duszami”.

Nie zamierzam być przedmiotem transakcji typu „my wnosimy trzy procent, wy siedem procent, dzielimy się tak”. To mnie obraża. Traktowanie tak mojego głosu to najlepszy sposób, żeby go stracić.

Zamiast wyklinać wyborców innych partii, przywódcy Platformy Obywatelskiej powinni popracować nad przedstawieniem wyborcom propozycji wychodzącej poza „żeby znów było jak dawniej”. Na razie tego nie widać, a co gorsza, pojawiają się pomysły typu „Komorowski jako lokomotywa wyborcza”.

Nawet przeciwnicy PiS nie chcą, żeby było jak dawniej. Większości ludzi poprawiła się stopa życiowa w porównaniu z 2015 (będę ciekaw kontr-narracji czytelników, którym się pogorszyła).

Nie twierdzę, że to zasługa PiS - twierdzę, że to nie ma znaczenia. Przeciętny Polak nie wzdycha z nostalgią „ech, żeby znów było za Tuska”. Odczuwają ją, być może, przedstawiciele elit („ech, Zdzisiek był wtedy ministrem, a Czesiek wojewodą...”), ale nie Jan Kowalski, co pokazują liczne sondaże.

Panie i Panowie z Platformy, nie myślcie, jak pognębić Biedronia czy Zandberga. Myślcie, jak odzyskać Kowalskiego. Czego wam życzę w nowym roku.

niedziela, 06 stycznia 2019
Zapaterisación continua!

Nie masz w Rzeczpospolitey mniejszości srodzej prześladowanej niżli rzymscy katolicy. Tę prostą prawdę ponad wszelką wątpliwość wykazały pióra tak znakomite jak Terlikowski, Lisicki czy Pospieszalski. Byłem trochę zaskoczony, gdy swoje trzy grosze postanowił dołożyć do tego Jerzy Sosnowski, który obiegł ostatnio media ze swoją skargą na ateistów, którzy go prześladują za wiarę.

Zarzuty Sosnowskiego są tyleż emocjonalne, co niekonkretne. Nie wiadomo, których konkretnie ateistów ma na myśli (w miarę konkretnie wskazuje tylko Jacka Dehnela).

Czy ma na myśli także mnie? Tego wprost nie mówi, ale odniosłem takie wrażenie.

Najbliżej konkretu Sosnowski jest wtedy, gdy określa jaka forma ateizmu jest dla niego akceptowalna. Otóż może łaskawie dopuścić istnienie „ateistów argumentujących jak Iwan Karamazow”.

To bardzo interesujący wyjątek. Iwan Karamazow jest postacią fikcyjną, wymyśloną przez Dostojewskiego w jednym celu: jego światopogląd ma ulec w finale spektakularnej kompromitacji.

Iwan Karamazow jest dla chrześcijanina wygodnym workiem treningowym. Jego argumentacja jest groteskowo niespójna. Tak naprawdę nawet nie jest ateistą, najsłynniejszy rozdział tej powieści to „Wielki Inkwizytor”, w którym Iwan przedstawia Aloszy swój poemat o Chrystusie (helou?) i spiera się z nim o to, jaki jest Bóg (HELOU?).

Nigdy nie będę „ateistą argumentującym jak Iwan Karamazow”, bo - o ile mi wiadomo - nie jestem postacią literacką napisaną przez mistycyzującego chrześcijanina. Dosyć już tej dostojewszczyzny, użyję metafory odwołującej się do gier komputerowych.

Występują w nich postacie niegrywalne - „non player characters”, swojsko zwane enpecami. Dobrze skonstruowane enpece możemy bardzo lubić, ale ich zadanie jest proste: mamy je albo zabić, czasem uratować, czasem ominąć.

Nie wolno im prowadzić samodzielnej gry. W końcu to nie one płacą.

Człowiek, który się za bardzo przyzwyczaił do grania w fabularne single playery, czasami odczuwa dyskomfort w multiplayerach. Poniekąd sam kimś takim jestem, więc doskonale rozumiem Sosnowskiego.

Jak fajnie jest walczyć z Iwanem Karamazowem! W finale Katarzyna Iwanowna wyrywa mu serce, toż to babality!

Mimowolnie Jerzy Sosnowski pokazał słabość publicystyki katolickiej w Polsce. Od dziesięcioleci grają na cheacie. Papież im dał IDDQD, konkordat im dał IDKFA, przechwycenie mediów daje im NOCLIP.

Ateiści tacy jak Urban, Hartman czy Palikot doskonale się do tego nadawali. Ich głupkowaty ateizm jest samo-deprecjonujący, łatwiej ich ośmieszyć od Karamazowa.

Są jako ten NPC, który chodzi w kółko według algorytmu, więc tak łatwo go zajść od tyłu. Z ateistą takim jak Dehnel to już nie jest takie proste. Nie można zanajfować nooba, w każdym razie, bez obrazy, nie na tym skillu.

Sosnowski ciska te swoje najpotężniejsze bronie, które kiedyś dostał dzięki cheatowi. Odpala „PORÓWNAM WAS WSZYSTKICH DO PRL”. Dodaje combo „I Z TEGO WYCHODZI MI ŻE JESTECIE GORSI OD PRL” (kopipasta verbafuckingatim z jego tekstu: "Komuniści, jak się okazuje, byli lepiej wyedukowani od dzisiejszych nowych ateistów...").

Kastuje spella „Zasługi Kościoła dla Narodu!”. Ładuje działa ekstrapenetracyjną amunicją JP2!

I nic! „Puff” zmokłego kapiszona. Ateiści nie chcą paść na kolana i się rozpłakać na łonie Katarzyny Iwanownej.

Ateista w Polsce z konieczności musiał się stać weteranem multiplejerów. Gdybyśmy się przejmowali tym, że ktoś nas obraża za nasze poglądy - musielibyśmy oszaleć albo wejść w jakiś ketman. I pewnie wielu tak zrobiło.

Kiedyś ogłosiłem na blogu początek zapateryzacji. Młodzież może nie kojarzyć tego pojęcia, chodzi o premiera Hiszpanii z lat 2004-2011, który zerwał ze starymi kompromisami państwo-kościół i zapoczątkował otwartą laicyzację.

Laicyzacja oznacza koniec single playera z cheatem. GAME OVER. To se ne vrati. Deal with this.

Jerzy, witaj w świecie moim, w świecie Jacka Dehnela, w świecie innych moich przyjaciół. Nasz światopogląd obrażany jest codziennie w prime-time, na pierwszych stronach gazet, przez tzw. Autorytety. Przyzwyczailiśmy się, ty też dasz radę, jesteś dużym chłopcem.

Może chciałbyś, żeby nikt nikogo nie obrażał? Świetny pomysł! A gdyby tak, na początek, powstrzymać się przed porównywaniem oponentów do funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu?

czwartek, 13 grudnia 2018
O co chodzi Unii Europejskiej?

Zgodnie z tradycją blogaska, tytułowe pytanie proponuję rozważać w szerokim kontekście historycznym, w oderwaniu od bieżączki. Pretekst do zadania może być bieżący, kontekst nie.

Tym kontekstem niech będzie dwanaście stuleci prób zaprowadzenia pokoju w Europie. Od czasu Karolingów co kilkadziesiąt lat w rożnych miastach spotykają się dyplomaci i możnowładcy, rysują kreski na mapach i spisują coraz dłuższe traktaty - na prożno.

Z wszystkich tych prób, Unia Europejska jest najbardziej udaną. To jest fakt bezsporny - 61 lat po jej zainicjowaniu traktatem rzymskim (1957), nadal nie było wojny między sygnatariuszami. Czy można to powiedzieć o jakiejkolwiek takiej inicjatywie od czasu traktatu z Verdun (843)?

Tym traktatem spadkobiercy Karola Wielkiego dzielili między siebie imperium, które zaczęło się rozpadać jeszcze za życia jego założyciela. Karol scalił wcześniej istniejące królestwa Neustrii i Austrazji (bardzo lubię ich nazwy, bo brzmią jak coś z fantasy), z których potem przez wiele etapów pośrednich powstaną Francja i Niemcy.

Traktat dzielił imperium między trzech wnuków Karola Wielkiego. Ambitnemu Lotarowi przypadł wąski pasek od dzisiejszego Beneluksu po Włochy. Zgodnie z traktatem, władca tej części (Lotaryngii) z automatu był cesarzem.

Wiadomo, czym się to musiało skończyć - permanentną wojną Neustrii z Austrazją o kontrolę nad Lotaryngią. I w zasadzie tak można podsumować historię Europy Zachodniej do 1945.

Profesja „cesarza rzymskiego” była zawodem podwyższonego ryzyka, bo samo przyjęcie tego tytułu gwarantowało wrogość Bizancjum, Neustrii, Austrazji, papieża, włoskich magnatów, i wuj wie kogo. Ostatnim był nieszczęsny Berengar I, na którym ten tytuł wygasł w 924.

Wznowił go w 962 Otton Wielki, syn Henryka Ptasznika (znanego nam z gry „Return to Castle Wolfenstein”), który prowadził mieszaną politykę wobec Słowian, czasem z nimi wojując, czasem uznając za lenników. Historię Europy Wschodniej można do dzisiaj podsumować jako „Tysiąc lat Hassliebe Słowian i Niemców”.

Tak się zaczęła kolejna idea zjednoczeniowa - cezaropapizmu. Europa Zachodnia teoretycznie stała się rzeczpospolitą chrześcijan, „Res Publica Christiana” - w której wszyscy uznają w sprawach duchowych prymat papieża, a w sprawach politycznych cesarza (elekcyjnego).

W praktyce to nie zadziałało. Papieże ciągle borykali się z antypapieżami, a cesarze z pretendentami.

Ludzie średniowiecza ciągle jednak mieli nadzieję, że uniwersalizm cezaropapieski w końcu jakoś zadziała i zapobiegnie wojnom. Wracała na kolejnych soborach, np. w Konstancji (1414-1418), m.in. za sprawą słynnego udziału Pawła Włodkowica.

Ostatecznie te nadzieje przekreślił trolling tysiąclecia w postaci 95 tez Lutra (1515). Katolicy i protestanci przez pewien czas testowali nowy pomysł na pokój w Europie: wymordowanie tych drugich. Nie udało się, mimo usilnych starań.

Stąd kolejny pomysł: pokoje augsburski (1555) i westfalski (1648), wprowadzające zasady „cuius regio eius religio”. Stawiały dotychczasowy uniwersalizm na głowie (gdy PiS się powołuje na „suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie odwołuje się do ładu westfalskiego).

Zastąpienie światopoglądowej wspólnoty cyniczną grą interesów doprowadziło do tzw. „kadryla dyplomatycznego”. Państwa zrywały i zawiązywały „odwieczne sojusze” z dowolnego powodu, mordując się o byle co.

To się skończyło razem z Napoleonem, pierwszym władcą Neustrii od IX stulecia, który sięgnął po tytuł cesarza. Spróbował zjednoczyć Europę pod hasłem Praw Człowieka i Obywatela. I prawie mu się udało... ale jednak prawie.

Kongres Wiedeński w 1815 ustanowił Święte Przymierze, mające przynieść Europie pokój pod hasłami kontrrewolucji i legitymizmu. Ludzie tego nienawidzili i od 1830 obalali ten system w kolejnych powstaniach i rewolucjach (w tym: w Polsce). Ostatecznie szlag go trafił po Wiośnie Ludów.

Po wojnie francusko-pruskiej wytworzył się system, który przyniósł Europie 40 lat pokoju. Trochę przypominał zimną wojnę. Niemcy, Włochy i Austro-Węgry stworzyły blok militarny, którego przeciwwagą była równie silna Ententa.

To była beczka z prochem, która w końcu eksplodowała. Kończący ją Traktat Wersalski teoretycznie miał przynieść pokój (znów na bazie wspólnych wartości), ale okazał się fatalnie skonstruowany. Kolejna eksplozja była jeszcze gorsza.

Potem nadeszła zimna wojna, znów oparta na równowadze wrogich bloków - ale jednocześnie w 1957 ruszyła inicjatywa pokojowo-zjednoczeniowa, którą dziś pan Adrian hejtuje za zakaz sprzedaży żarówek. Otóż nawet gdyby jego krytyka była słuszna (a nie jest), lepszy zakaz żarówek od wojny.

Unia Europejska ma oficjalną listę 11 „ojców założycieli”. Na tej liście aż 9 pochodzi z królestwa Lotara. To nie jest przypadek.

Idea unijna polega na przekreśleniu westfalskiej suwerenności (tak drogiej Kaczyńskiemu). Po prostu jest aż nadto dowodów, że to nie jest sposób na pokój.

Jest też wiele dowodów na to, że wojny handlowe mogą być równie okrutne i krwawe, jak wojny ideologicze. Brak wojen handlowych wymaga zaś wspólnych regulacji.

Europejskie normy dotyczące żarówek czy bananów mogą szokować pana Adriana, bo to nieuk. Ale podobne normy działały jeszcze w średniowieczu, że przypomnę choćby słynny Reinheitsgebot (czyli normę unifikującą skład piwa w całym cesarstwie).

Z pewnością da się wymyślić coś lepszego od obecnej Unii. Tak jak wielu Ojców Założycieli jestem federalistą: docelowo marzę o Stanach Zjednoczonych Europy.

Moja teza brzmi jednak tak: to najlepsze, co w tej kwestii wymyślono od czasu Pax Romana. Ergo, może nie najlepsze z rozwiązań wymarzonych, ale najlepsze z realnie wypróbowanych.

Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do jego przestawienia - acz debiutantów tradycyjnie namawiam, żeby przedtem przejrzeli inne dyskusje.

piątek, 09 listopada 2018
Notka o Niepodległości

Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu - czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? - więc niestety, znowu o polityce.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy fajną akcję „Bohaterowie naszej niepodległości”, do której się włączyłem, opisując Lidię Ciołkoszową (w wywiadzie z prof. Andrzejem Friszkę), Maurycego Allerhanda, oraz, ahem, swojego dziadka, który wprawdzie nie jest postacią historyczną, ale dla mnie jest bohaterem.

Ponieważ to była akcja specjalna, teksty nie są za paywallem. Zapraszam do czytania i komentowania (do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic).

Mam zero sympatii do zadymiarzy z faszystowskimi transparentami, ale uważam, że jest co świętować. Lewica woli wcześniejszą rocznicę rządu lubelskiego, ale dopiero 11 listopada wszystkie ośrodki władzy abdykowały na rzecz Naczelnika Państwa.

To ważne, bo w powietrzu wisiała wojna domowa „białych” z „czerwonymi”, która naprawdę wybuchła w Finlandii. W tej wojnie ważnym graczem byłyby wojska niemieckie, które już nie miały centralnego dowództwa, ale nadal były regionalną potęgą.

Trzeba było z nimi pokątnie negocjować warunki ewakuacji przez terytorium odradzającej się Polski. Stety lub niestety, droga Berlin-Moskwa prowadzi przez Warszawę.

Tutaj ojcowie niepodległości wykazali się klasycznym „soft power”. Niemcy uważali Polaków za partnerów wiarygodnych i poukładanych, dlatego chętnie oddawali nam kontrolę nad takimi węzłami komunikacyjnymi jak Grodno - o które walczyli także Litwini i ze dwa rządy białoruskie.

Sukces polskiego listopada często bagatelizowany jest hasłem „inne też zyskały niepodległość, bo koniunktura”. Otóż to prawda, że wysyp nowych państw w tym regionie był ubocznym skutkiem niemieckiego planu Ober-Ost (i kapitulacji Niemiec)

Mogły jednak powstawać w różnych konfiguracjach, bo natychmiast rzuciły się do wzajemnej walki o granice. Polska na przykład nie musiała powstać jako Polska, mogłaby powstać jako osobne księstwo poznańskie, królestwo polskie (na bazie kongresówki) i rzeczpospolita krakowska (bo w takiej konfiguracji Lwów by pozostał ukraiński).

Samo scalenie ziem rozbiorowych było niewyobrażalnym osiągnięciem (na co staram się zwrócić uwagę tekstem o Allerhandzie). Po wiośnie ludów w wielu miejscach Europy pojawiało się takie hasło, „hej, jesteśmy jednym narodem, przedzielonym bezsensownymi granicami, zjednoczmy się”. Wychodziło to zazwyczaj tak sobie.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza Polską do dzisiaj z takich unii przetrwały tylko Niemcy i Włochy. Przy czym we Włoszech cały czas hasło „podzielmy się, zjednoczenie było pomyłką” obecne jest w głównym nurcie polityki.

Kolejna różnica: w Polsce zjednoczenie było dobrowolne. W Niemczech dokonało się drogą podboju przez Prusy, we Włoszech przez Piemont.

Podzielona Polska słabiej by sobie radziła w wojnach granicznych, nie miałaby Śląska, Wilna ani Lwowa. Obawiam się, że w 1920 nie dałaby rady bolszewikom.

Powie ktoś - co z tego, a mi tam obojętne, w jakim kraju żyję. Szczepan Twardoch uwielbia takie deklaracje.

Odpowiem eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie kogoś, kto 100 lat temu mieszka w miejscowości, którą nowa granica przetnie na pół. Ma tydzień na podjęcie decyzji.
Załóżmy, że nie może tej miejscowości opuścić dobrowolnie, bo oczywiście najmądrzejsza będzie emigracja do USA). Wybór sprowadza się do: Polska czy jakiś jej sąsiad?

W większości przypadków Polska będzie lepszym wyborem po prostu jako Fajniejszy Kraj (TM). Nie dotyczy to może Czechosłowacji, Najfajniejszego Kraju Regionu (acz nie zapominajmy, że to trochę symulakrum z prozy Hrabala).

No i wolnego miasta Gdańska. Wolne miasta są fajne, bo są wolne i miejskie.

Ale poza tym - Litwa? Od 1926 miała prawdziwy faszyzm (nie pieszczotki jak w sanacji, full totalitaryzm). W Rumunii demokracji nie było nawet w teorii.

W Niemczech nasz bohater będzie miał nazizm już w 1932 (bo Prusy). A w ZSRR albo zostanie zamorzony głodem w ramach stalinowskiego ludobójstwa Ukrainy, albo zamęczony w ramach operacji polskiej NKWD.

Stalin, jako wielki językoznawca, bardzo prosto rozstrzygał dylematy ludzi takich jak Twardoch. Bruno Jasieński też twierdził, że nie jest polskim inteligentem. Nie pomogło.

Nawet więc jeśli ktoś neguje jakikolwiek patriotyzm (to nie ja; kocham Polskę, kocham Warszawę), musi obiektywnie przyznać, że Polska to całkiem fajny kraj (jak na ten region Europy). Oby takim pozostał.

wtorek, 06 listopada 2018
Pisowcy - oszukano was

Jak wiecie, podglądam was na waszych blogowiskach i z satysfakcją zauważyłem, że także do was dotarło, że komisja ds. Amber Gold zakończyła swoją działalność blamażem. Obiecywano wam, że Tusk wyląduje za kratkami, że znajdą się niepodważalne dowody na roztaczanie nad aferzystami parasola ochronnego... a skończyło się niejasnym zarzutem, że nie sterował ręcznie prokuraturą i służbami (do czego Tusk się akurat przyznaje).

Ufam, że co inteligentniejsi z Was już widzą tu szerszą prawidłowość. Nie wierzycie też już, że Macierewicz sprowadzi wrak i znajdzie dowody na zamach. Dociera do Was, że konflikt z Unią o Sąd Najwyższy jest nie do wygrania.

Z powerpointowych fantazji Morawieckiego nabijacie się tak jak my, tylko że my robimy to publicznie. Postukał młotkiem w zardzewiałe żelastwo, które NAWET NIE BYŁO STĘPKĄ, i w tym stylu ma przekopać lotnisko, zbudować mierzeję i podbić świat elektrycznymi samochodami. No przecież nawet wy jesteście na to zbyt inteligentni.

Jest mi was szkoda, bo jesteście okłamywani od dawna. Obserwowałem to u siebie na blogu, kiedy jeszcze pozwalałem wam tu w miarę swobodnie komentować.

Przychodziliście z głowami nabitymi prawicowymi narracjami o spiskach, zdradach i układach. Przekonywaliście mnie tutaj, że Platforma nie buduje autostrad, że w Paryżu i Sztokholmie są strefy szariatu, że Gmyz znalazł trotyl itd.

Zauważyłem już dawno, że spokojne tłumaczenie faktów - na przykład merytoryczna rozmowa o autostradach - wywołuje u was agresję. Dlatego większość was zabanowałem, bo niepotrzebne mi są tutaj przepychanki jak na Twitterze, interesuje mnie tylko merytoryczna rozmowa typu „czy POW będą otwierać od razu w całości, czy fragmentami (ktoś coś?)”.

Wasza agresja jest psychologicznie zrozumiała. Nikt nie chce się dowiedzieć, że był naiwny, że dał się nabrać. No ale może to jest dobry moment, żebyście to sobie przemyśleli?
Przypomnę wam kilka punktów.

1. NIE WIERZYLIŚCIE W AUTOSTRADY PLATFORMY. Pamiętam superkretyński tekst niejakiego Wiktora Świetlika w „wpolityce” i debilny wywiad Antoniego Krauze dla któregoś prawicowego tygodnika, obaj dowodzili, że platformiane inwestycje są pozorne („takie wykopki jak za Gierka” - Krauze). Był też zbiorowy wycipingiel, kiedy Komorowski zapowiedział rozpoczęcie budowy tysiąca kilometrów (po latach widać, że zbudowali dużo więcej).
Chyba wy też już parę razy zdążyliście się przejechać A1, A2, A4, S3, S7, S8? I co, był jakiś dysonansik poznawczy, czy gładko przeszliście do następnej wersji:

2. BUDOWALI, ALE NAJDROŻEJ NA ŚWIECIE (W UNII)
Z niejakim posłem Abramowiczem zdążyłem się nawet o to spierać na fejsie, na wallu wspólnego znajomego. Poseł twierdził, że w Czechach autostrady budują za milion dolarów za kilometr.
Podałem mu kilka przykładowych czeskich kontraktów, a potem zaproponowałem wymianę dolarów na korony po takim kursie. Gdyby sam wierzył w swoje słowa, zrobiłby interes życia - ale jakoś nie chciał.

PiS buduje autostrady w takich samych cenach, jak Platforma. Argument „najdrożej na świecie” nigdy nie miał uzasadnienia, a argument „najdrożej w Unii” miał pozorne, jeśli się przeliczyło na średnie zarobki (w przeliczeniu na zarobki WSZYSTKO było u nas najdroższe w Unii).

3. W SMOLEŃSKU BYŁ ZAMACH, A RZĄD ODDAŁ ŚLEDZTWO ROSJI
Nie oddał - bo skoro wypadek był w Rosji, to i śledztwo było rosyjskie. Na tym polega suwerenność. Państwo może ewentualnie łaskawie się zgodzić na dopuszczenie innych śledczych, ale nie można go do tego zmusić. Tak samo byłoby z wypadkiem rosyjskiego samolotu w Polsce.

Zespół Macierewicza i prawicowi blogerzy wymyślali coraz dziwaczniejsze hipotezy, że zestrzelili, podłożyli bombę, rozpylili sztuczną mgłę itd., ale najlepiej do faktów pasuje proste wyjaśnienie, że to był klasyczny CFIT jakich wiele. Zdezorientowany, słabo wyszkolony pilot podjął błędną decyzję, zszedł poniżej bezpiecznego pułapu przy zerowej widoczności.

4. STREFY SZARIATU W SZTOKHOLMIE!
Mało podróżujecie, więc wierzycie w takie bzdury. Strefy, o których mówi szwedzka policja to strefy, w których gangi  zaznaczają swoją obecność np. robiąc grafiti. Według szwedzkich kryteriów prawie cała Polska byłaby taką strefą, bo prawie wszędzie mamy napisy typu „HWDP”.

5. WSZYSTKIM STERUJE UKŁAD Z MAGDALENKI (WSI, itd.)
Skoro tak, to dlaczego PiS nie przedstawił dowodów, ani przez te 3 lata, ani przedtem (2005-2007)? Ten Układ jest tak potężny, że nawet Kaczyński się go boi? To dlaczego ciągle obiecuje jego rozbicie?

Może go po prostu w ogóle nie ma? Za to, owszem, co jakiś czas zdarza się afera typu Amber Gold czy GetBack. Zawsze sie będzie zdarzać, w USA czy w Niemczech też się od czasu do czasu zdarza. Smutne, ale nieuchronne.

To na razie tyle. Przemyślcie to sobie. I jeśli jesteście w stanie grzecznie i merytorycznie skomentować, to nie wytnę.

środa, 31 października 2018
Lokomotywy cichy gwizd

O nadchodzących wyborach do europarlamentu kilka rzeczy można stwierdzić z pewnością, o innych można wiarygodnie pospekulować - temu poświęcę niniejszą notkę.

Po pierwsze, frekwencja będzie rzędu maks. 30%. Poprzednio to się układało tak: 20,9 - 24,5 - 23,8. Ta krzywa już raczej nie wystrzeli do sufitu.

Po drugie, przy tak niskiej frekwencji, wynik jest bardziej funkcją zmobilizowania danej grupy wyborców niż rozkładu preferencji. I to dla Antypisu dobra wiadomość, bo spodziewam się słabszej mobilizacji elektoratu pisowskiego.

Czemu? Bo po 2a, PiS tradycyjnie traktuje europarlament jako miejsce luksusowej zsyłki dla polityków, którzy się skompromitowali na odcinku krajowym, ale z racji zasług czy wpływów Kaczyński nie może ich tak po prostu wywalić.

Jedynkami na listach będą więc „lokomotywy” takie, jak Szydło czy Jaki. Tu nie będzie entuzjastycznej kampanii, raczej coś na zasadzie „a niech już jedzie do tego Strasburga, przynajmniej przestanie grasować na polskich drogach”.

Po naszej stronie będzie więcej wigoru i energii, bo tak poza tym w ogóle my jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do Unii Europejskiej, a oni są w rozkroku między pełnym Polexitem a bredzeniem o walce z islamistycznymi żarówkami o reparacje wojenne. U nas na listach  będą autentyczni fachowcy od Unii, pojawią się może jakieś nowe talenty (Trzaskowski przecież tak właśnie zadebiutował w polityce).

Zaś po 2b, oba te obozy mają swoich hardkorowców i każualowców. Twarde jądro PiS to ludzie, którzy popierają tę partię bezwarunkowo we wszystkim, dostosowują się do każdego przekazu dnia.

Hardkorowcy PiSu naprawdę wierzą, że hen hen, kiedyś kiedyś, gdzieś między paruzją a kalendami greckimi, Morawiecki dostarczy elektryczne samochody, CPL im Solidarności Baranów, i przekopie stępkę. Macierewicz odzyska wrak, znajdzie trotyl z gmyzogenu i zakupi helikoptery lepsze od caracali. Reforma Ziobry przyniesie jakikolwiek pozytywny skutek i coś się usprawni w sądach - i tak dalej.

Reszta to każualowcy, którzy prywatnie też w to nie wierzą, ale jednak popierają na zasadzie Mniejszego Zła. Ja przecież sam mam taki każualowy stosunek do PO.

To nie jest partia moich marzeń, ale byłem jej wdzięczny za tysiące kilometrów nowoczesnych dróg. Podróż do Wrocławia kiedyś była horrorem, teraz combo A2/A1/S8 to czysta przyjemność. I nigdy nie zapomnę, komu to zawdzięczam: ministrowi Cezaremu Grabarczykowi.

Mimo to jednak nigdy nie głosowałem na PO w eurowyborach. W 2014 oddałem głos protestu na Zielonych, którzy nie mieli szans, bo nawet nie zarejestrowali list w całym kraju - po prostu to była jedyna opcja lewicowa.

W 2009 w eurowyborach startowała koalicja, która na papierze wyglądała całkiej fajnie. Nazywała się „Centrolewica” i składała się z niedobitków Partii Demokratycznej i różnych nieeseldowskich środowisk lewicowych.

W moim okręgu (obwarzanek podwarszawski) jedynką na liście jednak był Marek Czarnecki, wystawiony przez PD. Poprzednio był europosłem z Samoobrony (!), a przedtem działał w AWS, Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym i Porozumieniu Chrześcijańskich-Demokratów.

W następnych wyborach startował (również bez powodzenia) z Polski Razem Gowina. Nie zdziwię się, jak w tych wyborach będzie lokomotywą liście PiS (lokomotywy cichy gwizd, łu łu, i wagoonów jednostaajny rytm, telep telep...)

W czyjej pustej czaszeczce pojawił się pomysł uczynienia go jedynką centrolewicowego ugrupowania - nigdy się już pewnie nie dowiem. Centrolewica zebrała 2,4% głosów i przepadła jak słupek wbity przez Kaczyńskiego.

Samo istnienie takich koalicji prowadzi mnie do - po trzecie - wniosku, że eurowybory są dobrym sandboksem do testowania nowych inicjatyw. Różne egzotyczne inicjatywy lewicowe i prawicowe niespodziewanie przeskakiwały próg - w 2004 efemeryczna Socjaldemokracja PL wprowadziła 3 europosłów, w 2014 największy sukces w dziejach miał Korwin (7%!).

A nawet te niewydarzone, jak wspomniana Centrolewica czy przedziwne ugrupowanie „Europa Plus” (Kalisz, Siwiec, Palikot, Piskorski, Celiński... brrr!), dostało 3,6%. Słowem, jeśli Biedroń chce pokazać nowe ugrupowanie, to - cytując O’Ren Ishii - teraz jest właściwy moment.

Prekampania zaczyna się świetnie dla Antypisu. PiS czekają w najbliższych dniach dwie kompromitacje - porażka Ziobry w konflikcie z TSUE i krępujące pytanie, na co właściwie techniczny minister Gliński wydał te 200 mln, na race dla kiboli?

Sami siebie będą o to grillować. Oby aż do maja!

poniedziałek, 22 października 2018
Powyborczo

Cisza wyborcza sprawiła, że nie mogłem napisać notki o tym, co uważam za najważniejsze polityczne wydarzenie ostatnich dni - może nawet ważniejsze od samych wyborów. Czyli oczywiście o pierwszym z serii wyroków TSUE w sprawie pisowskiej reformy Sądu Najwyższego.

Z mnóstwem satysfakcji obserwowałem w piątek paniczną miotaninę komentatorów w Psychiatryku24. Próbowali się pocieszać na różne żałosne sposoby, np. „Wiceprzewodniczący TSUE, to jeszcze nie Trybunał” („Julian Olech”) albo „W sumie z tego politycznego, bo zaraz przed wyborami niby wyroku, w dodatku nieoficjalnie opublikowanego, można wywnioskować pozytywną dla Polski informację ONI SIĘ NAS BOJĄ!” („amigo166”).

Nikt się was nie boi. Unia wam zrobiła klepu-klepu jak z Benny Hilla, prof. Gersdorf wróciła do kierowania Sądem Najwyższym, wasz minister już zapowiedział zmianę ustawy.

A to dopiero początek, bo nawet wasza rządowa propaganda podkreślała, że to tylko postanowienie wstępne. Tym gorzej dla was, następne będą jeszcze gorsze.

Jeśli będziecie dalej fikać, Unia w końcu nałoży wam jedną ze swoich ulubionych kar, w stylu „milion euro dziennie”. I co wtedy, odmówicie zapłaty? Potrącą sobie z tego, co nam przelewają.

Nie możecie tego wygrać. Dlaczego: to dokładnie opisywałem z kolejnych notkach z serii „drodzy pisowcy”.

Jesteście jak ofiara nieuczciwego adwokata, który wkręca swojego klienta w proces niemożliwy do wygrania. Dla adwokata to oczywiście żaden problem, bo liczy sobie za kolejne pisma, ale klient pójdzie z torbami. I nic nie wygra.

Najpierw (jeszcze w 2015!) miało być tak, że Waszczykowski zaprosi Komisję Wenecką i wszystko jej wytłumaczy. Zaprosił, tłumaczył, nie przekonał.

Potem (w 2017) było tak, że Morawiecki zna angielski, więc pojedzie do Brukseli i im tam wszystko wytłumaczy ich językiem. Prawicowi publicyści i blogerzy naprawdę w to wierzyli, archiwa znajdziecie w Psychiatryku.

Potem Ziobro, pezetpeerowski prokurator Piotrowicz i mgr Przyłębska wyszukiwali uzasadnień. A że polska konstytucja mówi tak, a że Niemcy kiedyś zrobiły siak. To też nic nie dało, bo nie mogło dać.

Tak jak z ustawą o IPN, nie pozostaje wam nic innego, niż skapitulować. A im później to zrobicie, tym gorzej dla was, bo to wszystko prawdopodobnie już miało wpływ na wynik wyborów, a jeszcze większy będzie mieć w wyborach nadchodzących.

Co do nich, zrobiłem się umiarkowanym optymistą. PiS już teraz, sądząc z wyborów do sejmików, nie byłby w stanie rządzić samodzielnie. A spalił sobie wszystkie opcje koalicyjne.

Jasne, z wyjątkiem Kukiza. Ale czy jego ugrupowanie dotrwa do wyborow w 2019?

Wątpię. Już się rozsypuje. Kukiz będzie jak Palikot, Tymiński czy Partia Przyjaciół Piwa, gwiazdą jednego przeboju.

Możliwe więc, że z przyszłorocznych wyborów wyłoni się Sejm, w którym PiS będzie największym klubem - ale bez większości. Władzę więc obejmie jakaś koalicja typu KO + PSL + jakaś forma lewicy.

No właśnie, lewica... Tutaj już oczywiście nie mam powodu do radości, może poza symbolicznym faktem, że w Warszawie na podium stanął jednak Śpiewak.

Poza tym jednak oczywiście wszystkie formy lewicy dostały łomot. Tym bardziej upokarzający, że gdyby zsumować głosy, wyjdzie jakieś 10% (przynajmniej w Warszawie).

Koalicja nie jest magicznym rozwiązaniem. Razem gdzie się dało, wchodziło w koalicje. I wszystko co z tego ma, to koszulka „Wygra Warszawa”.

Nie pomogły przedziwne fejki, wypuszczane także przez komcionautów na moim blogu, jak to Śpiewak podobno potajemnie sprzyja PiS, a nawet ma wystartować jako wiceprezydent u Jakiego. Nie będę jednego z drugim pokazywać palcami, ale można to sobie znaleźć pod notką z czerwca.

Cóż, było, minęło. Teraz jeśli gdzieś jest nadzieja, to tylko w Biedroniu. Oby nie skończyło się tym, że na lewicy dojdzie po prostu jeszcze jedna lista, która zgarnie kolejne 3,5%.

sobota, 22 września 2018
Polemika z Wosiem

Tekst Wosia o potrzebie zbliżenia lewicy i PiS wydał mi się tak głupi, że aż niewart polemiki. Jego jedynym pozytywnym skutkiem wydawało mi się sprowokowanie do polemiki Śpiewaka (co zabawne, ci, którzy się domagali od Śpiewaka jasnej deklaracji, że wyklucza współpracę z PiS i wrzucali jako #sprawdzoneinfo niby-przecieki, że będzie startował jako wiceprezydent u Jakiego, w ogóle tą deklarację przeoczyli).

Skoro ten tekst sprowokował te wszystkie ruchy kadrowe, które również nie wydają mi się przesadnie mądre (nie wierzę, że mediom liberalnym wyjdzie na dobre taka wymuszona jednomyślność), to jednak zapolemizuję.

Otóż PiS jest partią wodzowską, więc dopóki Jarosław Kaczyński stoi na jej czele, nie ma „rozmów z PiS”, są rozmowy z prezesem. Metafora „Ucha Prezesa” wydaje mi się zasadniczo trafna, PiS to nie jest grupa ludzi zjednoczonych jakimś wspólnym spojrzeniem na sprawy kraju, to jest grupa pokornych minionków Prezesa.

To się może bardzo radykalnie zmienić, gdy Prezes odejdzie na emeryturę. Nie wiadomo, czy to będzie za rok czy za dziesięć lat, więc póki co, nie ma o czym debatować.

Wiadomo natomiast, że przez 30 lat kariery politycznej Kaczyński zademonstrował, że potrafi działać tylko na zasadzie „aut Caesar, aut nihil”. Nie umie działać w zespole w innej roli niż rola wodza.

W jego świecie nie ma równorzędnych partnerów czy cenionych współpracowników. Wszyscy dzielą się dla niego na wrogów i wasali. Woś więc proponuje lewicy złożenie lennego hołdu Kaczyńskiemu.

Przez te 30 lat parokrotnie wyrażano nadzieję, że Kaczyński się zmienił. Kto je miał, ten się zawsze mylił.

Kaczyński się nie zmienia i nie zmieni, a zatem łatwo odpowiedzieć na pytanie, które Woś zadał w jednym z wywiadów. A co jeśli w 2020 PiS wygra wybory, ale będzie mu brakowało mandatów do sejmowej większości, a jednocześnie lewica wprowadzi kilkudziesięciu posłów.

Czy warto będzie poprzeć Kaczyńskiego, w zamian za jakieś socjalne postulaty? Nie, bo to będzie powtórka z lat 2005-2007, Kaczyński będzie udawał, że zawiązuje koalicję, ale jednocześnie inicjował prowokacje przeciwko ministrom własnego rządu.

Ten rząd będzie tak pochłonięty wewnętrznymi intrygami, że nic nie zdziała. Ani nie spełni tych socjalnych postulatów, ani żadnych innych. Jak rząd z lat 2005-2007.

Powyższe rozważania staną się oczywiście nieaktualne, gdy prezes odejdzie na emeryturę. Pozostaje jednak jeszcze strategiczna odpowiedź na tezy Wosia, już niezależna od zmian kadrowych w PiS.

Woś nie jest pierwszy z pomysłem, że skoro lud kocha batiuszkę cara, to lewica powinna wraz z nim wznosić pokorne suplikacje do Najjaśniejszego Pana. „Prawicowa lewica” czy „żółte związki” to jest koncepcja starsza od popa Hapona, można się z tym cofnąć co najmniej do bonapartyzmu.

Historia mówi, że to nie działa. Przykłady wielkich reform społecznych, które przyniosły ludowi realne korzyści, to przykłady lewicowe lub przynajmniej centrowe - kraje nordyckie, New Deal, ordoliberalizm.

Lud potrzebuje przede wszystkim podmiotowości. Socjalny ochłap w rodzaju 500+ mniej znaczy od stabilności zatrudnienia czy możliwości samorozwoju. Te zaś wymagają silnych związków i prawa pracy, które odgrywały kluczową rolę w powyższych przykładach udanych reform.

Wszystkie wcielenia prawicy łączy jedno: reprezentują klasę wyższą. Dlatego ze strony PiS można się spodziewać nowych zasiłków, ale nie likwidacji śmieciówek. Jeśli się mylę, to obiecuję Notkę Pochwalną; pesymiści lubią się mylić w prognozach.

PiS nawet specjalnie tego nie ukrywa, że celem deformy edukacji jest utrudnienie mobilności społecznej. Im to odpowiada, że bogaci poślą swoje dzieci do szkół tzw. „społecznych”, a biedota będzie skazana na teatr okrucieństwa minister Zalewskiej.

Obietnice „prawicy z programem socjalnym” nie działały w Hiszpanii Franco i Portugalii Salazara, nie zadziałają też w Polsce Kaczyńskiego. Kaczyński szykuje bogactwo dla swoich wasali, w tych wszystkich spółkach i fundacjach, i biedę dla całej reszty.

A że umowy są ważniejsze od zasiłków, o tym świadczą odmienne losy zwalnianych ostatnio dziennikarzy. Śmieciówkowca można zwolnić mailem, jak tego biedaka z Biełsatu. Etatowca można tylko przesunąć do innych zadań. Dlatego lepiej mieć etat niż pięć stów plus.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29