Ekskursje w dyskursie
środa, 16 maja 2018
Podatki i rozdawnictwo

Mam nadzieję, że w gronie osób zaglądających na tego bloga jest ktoś, do kogo powinienem skierować następujący postulat. Otóż brakuje mi razemowego odpowiednika grupy/fanpejdża „jak będzie w”, na którym omawiano by te prawdziwie alizarynowe rozwiązania wprowadzane przez premiera Zandberga i prezydentkę Zawiszę.

Jako podatnik zarabiający ponadprzeciętnie (ale bez większego bogactwa) sam nie wiem, jak bardzo powinienem się bać razemowych podatków. Z ichniego kalkulatora mi wyszło, że mi trochę podniosą, ale... ale i tak dla mnie najważniejsze jest liczenie kosztów.

Bo jeśli „ma być tak jak w Danii”, to mój odpowiednik w Danii może sobie wrzucić w koszty mnóstwo rzeczy, których nie może sobie wrzucać polski dziennikarz. To element schizofrenicznej polityki naszych władz - żadna nie chciała się przyznać, że podnosi podatki, więc podnosiła je bez podnoszenia (zamrażając progi, obcinając możliwości odliczeń itd.).

Mam nadzieję, że w razemtopii wprowadzona będzie porządna progresja, ale za to będzie też skandynawska swoboda w kwestii odliczania samochodu i kosztów reprezentacyjnych. To bym nawet wolał od tego nieszczęsnego 50% KUP - wolałbym wygenerować sobie te koszty podróżami, które bym przedstawił (w zasadzie zgodne z prawdą) jako risercz i koszty reprezentacyjne.

Ale to dygresja. Bo tak naprawdę chciałem pisać o nowym podatku „solidarnościowym”.
Rząd nie chce go nazwać podatkiem - bo nadal jest więźniem tej samej schizofrenii „niepodnoszenia”. Ale to oczywiście jest podatek, w dodatku skonstruowany tak ciekawie, że nareszcie znosi podatkową de facto liniowość.

Rządom PO zabrakło odwagi, by otwarcie wprowadzić podatek liniowy, ale szczątkową progresję łatwo obejść. Interesujące, że pisowski projekt to ignoruje - obowiązuje od miliona przychodów niezależnie od ich źródła, obejmie także te, które są opodatkowane liniową stawką.

W ten sposób rządy PiS będą mieć dwie historyczne zasługi, przełamania dwóch wielkich tabu. Pierwsze tabu, że „rozdawnictwo” jest be i musi doprowadzić do katastrofy, już upadło - razem z 500+.

Ja bym oczywiście dużo zmienił przy tym programie. Przede wszystkim przywróciłbym pisowską obietnicę, że „na każde dziecko”. I mam nadzieję, że jakaś przyszła partia to zrobi (może Razem?).

To był jednak śmiały krok w słusznym kierunku. Bodaj po raz pierwszy mamy świadczenie socjalne, które przysługuje obywatelowi tak po prostu - a nie zasiłek czy renta, które wymagają spełnienia szczególnych warunków i jakaś komisja oceni, czy się należy czy nie.

Tak powinno wyglądać państwo opiekuńcze. Dostajesz coś bez względu na to, czy jesteś bogaty czy nie (bo takie różnicowanie prowadzi do stygmatyzowania beneficjentów - a u nas ciągle np. „budownictwo komunalne” ma oznaczać „budownictwo dla biedoty”; to bez sensu).

Nie możemy nawet zacząć budowania modelu nordyckiego bez przełamania tabu „rozdawnictwa” - i chwała Pisowi, że to zrobił. A drugie tabu to właśnie progresja podatkowa.

„Nie wolno karać ludzi za pracowitość”, „nie należy zazdrościć bogaczom” i moje ulubione „nie wolno dzielić ludzi” - słyszymy to w kółko od 1989. Musimy z tym skończyć, żeby budować model nordycki.

W Polsce Kowalskiemu żyje się źle, bo Kowalski płaci podatki za wysokie, a Kulczykowie za niskie. Kowalskiemu trzeba obniżyć, a Kulczykom podnieść. It’s that simple.

Przy całej mojej niechęci do PiS, muszę im to przyznać, że zrobili pierwszy krok w tym kierunku. I tak jak w przypadku 500+, ja bym to zmienił, ale na zasadzie „więcej tego samego” (czyli: cztery procent to dla mnie za mało, milion to dla mnie za wysoki próg, itd).

I tak jak szanuję Platformę za autostrady i modernizację infrastruktury (nazwijmy to umownie) betonowo-światłowodowej, tak doceniam pierwszy krok w stronę budowy infrastruktury społecznej. Żeby teraz tylko ktoś zrobił następny - i niech to będzie choćby Schetyna (ale serio, czy ktoś tego po nim oczekuje?).

poniedziałek, 07 maja 2018
Marksowi na urodziny

Dwusetna rocznica urodzin Marksa po raz kolejny pokazała, jakim jesteśmy intelektualnym zaściankiem. Dobry rocznicowy tekst napisał nawet The Economist (nawiasem mówiąc, jako najlepsze krótkie wprowadzenie do Marksa polecają tam książkę Isaiah Berlina, którą na polski przełożył Jors Truli), a u nas dominowały fejkowe cytaty o holocauście.

W paru miejscach fejsbuka widziałem mniej więcej tę samą ewolucję. Najpierw delikwent jest Głęboko Przekonany, że istnieją jakieś cytaty z Marksa, w których ten nawołuje do wymordowania kogoś.

Wobec braku takowych, delikwent przechodzi na wariant drugi. Że może i nie nawoływał do mordowania, ale skoro są cytaty mówiące o konieczności rewolucji, to propagował przemoc, a więc nie zasługuje na pomnik.

To jest rozumowanie o tyle bezsensowne, że pomniki znakomitej większości dziewiętnastowiecznych bohaterów są pomnikami ludzi propagujących przemoc w takim samym znaczeniu, w jakim propagował ją Marks. Dowolny banknot dolarowy ma na sobie portret kogoś, kto propagował przemoc.

Na maturze z polskiego co rok analizujemy wielkie polskie dzieło, którego autor/bohater propagował przemoc. W tym roku była „Lalka” - przypominam, że Rzecki był „bonapartystą”! A co propagowali taki Mickiewicz czy inny Żeromski...

Czy Marks był socjaldemokratą w dzisiejszym znaczeniu? Oczywiście nie. Nikt wtedy nie był nikim w dzisiejszym znaczeniu (ówcześni torysi byliby zdumieni dzisiejszymi).

Natomiast można zaryzykować tezę, że bez Marksa socjaldemokracji w ogóle by nie było. Pierwsi socjaldemokraci byli zwolennikami Marksa.

Czasami wiernymi do granic dogmatyzmu (Liebknecht), czasami nie (Lassalle), ale ich przeciwstawianie nie ma sensu. Lassalle osobiście proponował Marksowi w 1862 stanięcie na czele założonej przez niego ADAV (pierwszej partii proto-socjaldemokratycznej). Marks odmówił, bo bardziej interesowała go wtedy Międzynarodówka.

Jak wyglądałby alternatywny świat bez Marksa? Załóżmy, że ten gdzieś w 1842 roku by zginął, albo wybrał jakąś zupełnie inną ścieżkę kariery. Nikt nie napisał „Kapitału” ani „Manifestu komunistycznego”, nikt nie założył Międzynarodówki.

W takim świecie nie pojawia się pojęcie „socjaldemokracji”. Może zamiast tego byłoby jakieś inne słowo, ale wątpię. Lewica rozwijałaby się znacznie wolniej, wolniej rozwijałby się też ruch związkowy.

Ciężko odpowiedzieć na pytanie „jaki jest najstarszy związek zawodowy”, bo wyłaniają się płynnie z cechów, gildii i organizacji braterskiej samopomocy. Nowością w latach 1860. było uświadomienie znaczenia konfliktu klasowego.

To ówcześnie związkowcy zawdzięczali Marksowi.. Przedtem na wyzysk w miejscu pracy często nakładał się konflikt etniczny.

Proletariusz często miał uczucie, że wyzysk bierze się z tego, że jego pracodawca ma inne pochodzenie etniczne (np. w Ameryce wczesny proletariat przemysłowy rekrutował się z irlandzkich i polskich emigrantów). Do dzisiaj zresztą można usłyszeć bałamutny argument, że gdyby tylko więcej było polskich przedsiębiorstw, polscy pracownicy byliby lepiej traktowani (jakby rzeczywiście los kasjerki w Almie czy Marcpolu był lepszy niż w Lidlu czy Biedronce).

Marks w „Kapitale” pokazał, że wyzysk jest wpisany w samą naturę kapitalizmu. Nieważne, czy pracujesz dla firmy niemieckiej czy polskiej, ta firma będzie dążyć do tego, żeby płacić ci jak najmniej.

Jeśli w firmie pojawi się nadwyżka - pójdzie na dywidendy i premię dla zarządu. Sami z siebie nic ci nie dadzą.

Dziś to w miarę oczywiste nawet dla nie-marksistów, ale w 1848 większość ludzi tak nie rozumowała. Ówczesne rewolucje miały zazwyczaj dwa główne cele - narodowowyzwoleńczy i demokratyczny (powszechne prawo głosu).

Znakomita większość przegrała, bo nawet jeśli gdzieś udało się to powszechne prawo głosu wywalczyć, to ludzie w powszechnych wyborach wybierali dyktatora. Który robił swój „18 brumaire’a”, jak we Francji.

Co byłoby w świecie bez Marksa? Ano właśnie, bonapartyzm, czyli nadzieja, że jakiś dyktator rozwiąże problem biedy i wyzysku. Współczesny populizm (np. pisowski, erdoganowski czy orbanowski) to kontynuacja takiego myślenia.

W rewolucjach 1848 Marks i Engels byli na radykalnym skrzydle obozu demokratycznego. Byli za demokracją - ale taką socjal. Bo demokracja czysto burżuazyjna, olewająca kwestię socjalną, będzie tworem krótkotrwałym, jak francuska II republika.

Współcześni liberałowie zapomnieli o tej lekcji. Dlatego właśnie dzisiejsza demokracja przeżywa kryzys. I dlatego The Economist nawołuje do czytania Marksa dziś.

piątek, 16 marca 2018
Drodzy pisowcy (2018)

Ja znów tylko do części z Was - tej części, która nie wierzy ślepo rządowej propagandzie. W tej samej sprawie co w zeszłym roku: sądów.

Z nasłuchów propagandy wnioskuję, że na razie kwestię decyzji irlandzkiego sądu rozgrywa w tradycyjny sposób, skupiając się na osobie sędzi. Aileen Donnelly z irlandzkiego Sądu Najwyższego dołączyła tym samym do coraz dłuższej listy Europejek i Europejczyków, którzy nie rozumieją reform ministra Ziobro.

Zazwyczaj idzie za tym atak personalny pod adresem konkretnego sędziego, europosła czy unijnego komisarza. Że lesbijka. Że alkoholik. Że dostał mało głosów. Że w jego kraju są jeszcze większe afery i niech się nimi najpierw zajmie (itd.).

Przypuszczam, że część z Was do jakiegoś momentu wierzyła tej propagandzie. W grudniu 2017 było widać u niektórych szczerą nadzieję, że Morawiecki to świetny kandydat na premiera, bo zna angielski i on im to wreszcie wytłumaczy ich językiem.

No ale ta najinteligentniejsza część z Was, do których kieruję ten list, już musi widzieć, że to nie działa. Jedynym skutkiem takich ataków jest to, że lista wrogów „dobrej zmiany” poszerza się np. o całe stowarzyszenie sędziów Irlandii.

Nie chcę w tej chwili wnikać w to, jak bardzo polskie sądy potrzebują (lub nie potrzebują) pilnych reform. Mi też się nie wszystkie wyroki podobają (acz rozsądek mówi mi, że wszystkie wyroki podobałyby mi się tylko gdybym był dyktatorem).

Zupełnie niezależnie od tego - musicie chyba widzieć, że Polska ma problem. Jest wysoce prawdopodobne, że w innych krajach Europy i Ameryki będą teraz zapadać podobne wyroki.

To nasz wspólny problem, bo to czyni z Polski raj dla przestępców. Wystarczy, że uciekną do USA albo do Unii (a prawopodobnie wystarczy też, że się odwołają do Strasburga) i tamtejszy sąd uzna ich linię obrony, że w Polsce nie mogą liczyć na uczciwy proces.

Polska kontrargumentacja, że „słuchajcie, przecież wiadomo, że to handlarz narkotyków, wydajcie go nam”, nie zadziała. Cywilizowane sądy nie wydają wyroków na zasadzie „przecież wiadomo”. Tak to Tusk próbował wojować ze Staruchem, też bez powodzenia.

Personalne ataki nie pomogą. Nawet jeśli rządowi propagandyści ogłoszą, że źródłem problemu jest lesbijska alkoholiczka, która powinna się zająć korupcją w swoim kraju, problem nie zrobi się od tego mniejszy (raczej zrobi się większy, bo taka postawa polskich władz i rządowych mediów nie służy budowaniu dobrego obrazu Polski na Zachodzie).

Źródło problemu jest bardzo proste i już Wam o tym pisałem. Nie ja jeden, rzecz jasna. W każdym razie, parę mądrych osób przewidziało, że to się tak skończy, a wy nie chcieliście wierzyć, bo wam propaganda wmówiła, że wystarczy, że Morawiecki to im wyjaśni po angielsku i styknie. Czas wyciągnąć wnioski.

Otóż niezależnie od języka, w każdym cywilizowanym kraju wygląda to tak samo. Sędzia musi być niezależny i od władzy, i od prokuratury.

W Stanach wystarczy wskazać, że przysięgłych coś łączy z prokuratorem (choćby pokrewieństwo) i już odpadają ze składu. Tak, wiem, nie jesteśmy w Stanach, nie mamy przysięgłych, ale zasada jest ta sama.

Nie może być tak, że Ziobro przejmuje ręczne sterowanie prokuraturą i jednocześnie wybiera KRS. Samo wskazanie związków nowych członków KRS z Ziobrą wystarczy, żeby dla zachodnich sędziów wyroki polskich sądów stały się świstkiem papieru.

Rząd zazwyczaj tłumaczy się tak, że „wiele rozwiązań wprowadzanych w Polsce co do sposobu wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa z powodzeniem od lat funkcjonuje w krajach Europy Zachodniej” (dosłowny cytat z wywiadu wiceministra Warchoła dla prorządowego serwisu wpotylice.pl).

Nikt nie przeczy temu, że „wiele”. Istotna jest kombinacja wszystkich elementów.

W żadnym cywilizowanym kraju nie może być tak, że rządzące ugrupowanie arbitralnie posyła sędziów na emeryturę i zastępuje ich swoimi nominatami. W żadnym nie może być tak, że ten sam facet rządzi prokuraturą, a jego współpracownicy sądami. W żadnym nie może być tak, że parlament sam sobie wybiera trybunał oceniający konstytucyjność jego działań.

Nawet jeśli w jakimś kraju mamy wręczanie nominacji przez ministra, to okazuje się, że wybiera ich ktoś inny. Albo że są dożywotnio nieodwoływalni - itd.

To się może wam nie podobać, drodzy pisowcy, ale USA i Unia po prostu uznają tylko takie sądownictwo. I choćby wasze argumenty swoją przepiękną angielszczyzną wyrecytował im Stephen Fry, nie przekonacie ich.

Wpakowaliście Polskę w poważne tarapaty. Co zamierzacie z tym zrobić?

piątek, 02 marca 2018
Czytajcie Gdulę!

Polecam „Nowy autorytaryzm” PT Komcionautom nawet nie dlatego, że to dobra książka per se, tylko dlatego, że wypada mieć na jej temat zdanie. A ja mam dodatkowo ten problem, że od dawna w kilku kwestiach mówię to samo, co Gdula - więc PT Komcionautów będę prosił o skorygowanie nieuchronnego w takich sytuacjach błędu poznawczego (confirmation bias).

Zacznę od czepialstwa. Książka to pojęcie na wyrost, tu nie ma nawet 100 stron. Rzekłbym - broszura. A i tak dwa rozdziały są zrecyklowane z wcześniejszych publikacji.

Nadawanie temu numeru ISBN po prostu obraża moje uczucia religijne jako zawodowego stukacza w literki. Ale też rozumiem, że Gdula zawodowo publikuje co innego, gdzie indziej.

To, co napisałem powyżej, jest szalenie drobnomieszczańskie. I co za tym idzie, płynnie przejdę już do zgadzania się z Gdulą.

Nie da się czytać mojego bloga bez zauważenia, że „od zawsze” uważam siebie za przedstawiciela średniej klasy średniej. W praktyce nie pamiętam od kiedy, chyba od połowy lat 90., bo dużo wtedy czytałem Orwella, a to jeden z klasyków tego tematu.

Z licznych kometarzy na swoim blogu pamiętam, że jeszcze jakieś 10 lat temu wielu ludzi nie rozumiało tego pojęcia. Interpretowano je jako „ludzie o średnich zarobkach” albo pytano o dochodowe widełki.

Teraz tego jakby mniej. Wydaje mi się, że większość moich PT komcionautów oswoiła się przede wszystkim z tym, że podział klasowy nie pokrywa się z kwantylami dochodowymi („niższa klasa średnia” zarabia mniej od „arystokracji robotniczej” i to nie jest zjawisko nowe czy nietypowe).

Gdula zdaje się również prowadzić coś w rodzaju publicystycznej kampanii uświadomiania klasie średniej, że nią jest. Szydzi (trafnie) z naiwnego, dżinsowego egalitaryzmu, że skoro wszyscy chodzimy w takich samych dżinsach, to nie ma między nami większych różnic.

Fundamentem polskiego konserwatywnego neoliberalizmu było wmawianie klasie średniej (przez wiele lat zdumiewająco skuteczne), że stanowi jedność z klasą wyższą. Niektórzy publicyści do dziś posługują się dychotomią „beneficjenci transformacji” / „osoby wykluczone ekonomicznie”.

Zawsze zwalczałem tę dychotomię. Świadczy o tym kilkanaście lat archiwów wpisów na tym blogu. Beneficjentów i poszkodowanych transformacją znajdziemy na każdym piętrze drabiny społecznej.

W notce „Sprzysiężenie Katyliny” z 2016 pisałem, że historycznie ustrojom republikańskim najlepiej robił sojusz klasy średniej z niższą przeciwko klasie wyższej - a pojawienie się sojuszu wyższej z średnią lub wyższej z niższą oznaczało koniec republiki.

Ładnie to można pokazać na przykładzie braci Grakhów i upadku republiki rzymskiej, ale także upadku republiki weimarskiej (gdy zmęczone chaosem niemieckie drobnomieszczańswo zaczęło popierać kamarylę Hindenburga, a w konsekwencji Hitlera) czy francuskiej II Republiki (którą wykończył najpierw antyproletariacki sojusz wyższej z średnią z czerwca 1848, a potem odwrócenie tego sojuszu w 18 brumaire’a Ludwika Napoleona).

Diagnoza Gduli - jeśli dobrze ją streszczam - pokrywa się z moją (a więc dlatego obawiam się confirmation bias). Ta dychotomia od początku była kłamstwem i ostatni kryzys demokracji bierze się z tego, że nagle znaczna część społeczeństwa przestała wierzyć w oficjalny, mainstreamowy opis społeczeństwa.

Z jednej strony mamy wkurzoną klasę średnią („skoro jesteśmy beneficjentami transformacji, to gdzie te beneficja?”). Z drugiej klasę ludową, zręcznie podszczuwaną na na klasę średnią („patrzcie: to elity!”), przez prawdziwe elity.

Droga wyjścia z glątwy prowadzi przez rozbudzanie w klasie średniej świadomości klasowej (tak rozumiem propozycję Gduli). Interesujące, że w portalowej dyskusji na temat jego artykułów o Miastku, większość polityków zdaje się akceptować ten postulat (od Zandberga po Lubnauer, wszyscy już mówią językiem trójpodziału).

Jest jeden wyjątek: pisowskiego Śniadka. Bo faktycznie, teraz już tylko PiS dalej jedzie tym kłamstwem. Zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy propagandyści bronią szastających służbowymi kartami kredytowymi ministrów... przed „atakami elit”.

Ale jeśli zabrać PiS-owi to kłamstwo, co im zostanie? Nic, poza przyznaniem, że od początku chodziło im tylko o „teraz, k..., my!”. Może więc tutaj widać jakiś malutki promyczek nadziei?


poniedziałek, 12 lutego 2018
Polacy i Żydzi

Część osób z mojego bąbelka wyraziło interesujące zastrzeżenie wobec listu otwartego „Do przyjaciół Żydów”. W skrócie, że mimo zacnych intencji, buduje on opozycję „oni-Żydzi i my-Polacy”.

Zaryzykuję przedstawienie kilkuset lat historii polsko-żydowskiej w blogonotkowym skrócie (apelując do komcionautów o peer review). Nie jestem historykiem, ale dużo czytałem o historii Żydów we Lwowie, więc się podzielę z tym, co wyczytałem.

Najpierw cofamy się do ostatnich lat I Rzeczpospolitej. Jak w całej Europie, obowiązywały w niej feudalna koncepcja prawa stanowego.

Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszyscy obywatele rodzą się wolni i równi wobec prawa. To dziedzictwo wielkiej rewolucji francuskiej.

Feudalizm był mozaiką najrozmaitszych przywilejów, określających, komu wolno służyć w wojsku, studiować, uprawiać ziemię rolną, zeznawać w sądzie, posiadać nieruchomości, kandydować do rady miejskiej. Żydom zazwyczaj nie było wolno nic z powyższej listy.

Słowo „przywilej” jest tu mylące. W feudalizmie określał narzędzie zniewolenia, jak przywilej „de non tolerandis Judaeis”, który obowiązywał w wielu polskich miastach.

Kodeks Napoleona w 1804 dawał Żydom pełnię praw. Na polskie ziemie ta rewolucyjna idea dotarła razem z armią cesarza, ale tutaj przyjmowano ją z oporami.

W zaborze pruskim odpowiednikiem tego aktu była bismarckowska konstytucja zjednoczonego cesarstwa (1871). W austriackim - stopniowa przemiana z monarchii absolutnej w konstytucyjną (1861-1918). W rosyjskim brak odpowiednika.

Sprawę dodatkowo komplikuje to, że zabory były dodatkowo podzielone np. na „Królestwo Polskie” i „Rosję właściwą”. Sytuacja Żydów zazwyczaj więc inaczej wyglądała nawet w ramach pojedynczego zaboru.

Jeszcze więc dziadkowie Stanisława Lema żyli w czasach, w których nie wolno im było mieszkać poza gettem, zatrudniać chrześcijan ani zeznawać w sądzie. Zapewne formalnie żyli w konkubinacie, bo do 29 listopada 1859 galicyjscy Żydzi nie mogli zawierać ważnych prawnie związków małżeńskich.

Te ograniczenia stopniowo znoszono w latach 1860., zachowując jednak np. numerus clausus w samorządzie. Poszerzaniu praw żydowskiej ludności Lwowa regularnie towarzyszyły zamieszki, z demolowaniem żydowskich sklepów, biciem ludzi zgarniętych z ulicy, itd. Artur Eisenbach (z którego książki zaczerpnąłem przytaczane tu daty) pocieszająco pisze, że w Krakowie było jeszcze gorzej, bo Lwów miał opinię najbardziej postępowego miasta Galicji.

I to już są czasy, które pamietał ojciec pisarza, Samuel Lem. Zapewne dlatego tak się cieszył z narodzin II Rzeczpospolitej: nareszcie państwo, które daje wszystkim równe prawa!

„Jesteśmy wreszcie we wspólnym domu...” - tę obietnicę polscy Żydzi słyszeliu trzykrotnie. W 1918, w 1945 i w 1989.

Obietnica II Rzeczpospolitej okazała się fałszywa w latach 30., kiedy sanacja zrobiła zwrot w prawo i otworzyła na antysemitów. Stąd we Lwowie pogrom z 1932 i getto ławkowe z 1935 (oraz numerus clausus, a docelowo numerus nullus dla studentów żydowskich).

Obietnica PRL została cofnięta w 1968. Obietnica III RP skończyła się na naszych oczach.

W kwestii praw obywatelskich jestem - tak jak Karol Marks - liberałem. Dla mnie też więc „Polacy” w pierwszej kolejności oznaczają „ogół polskich obywateli”.

Ale uważam, że nie możemy być ślepi na to, że pewnej grupie przez pokolenia odmawiano podstawowych praw. Trzykrotnie im je dano, żeby po 20-30 latach je znów odebrać.

Powiedzieć „jesteśmy wszyscy Polakami”, to jak powiedzieć w Los Angeles „wszyscy jesteśmy Amerykanami”. Technicznie to prawda, ale nie oddaje całej złożoności problemu.

Te ograniczenia prawne są kluczem do zrozumienia specyficznej sytuacji polskich Żydów w XIX wieku. Dlaczego uprawiali takie zawody, a nie inne; dlaczego parali się lichwą; dlaczego ich elity były tak dobrze zorganizowane.

Odpowiedzi: bo innych zawodów uprawiać nie mogli; bo nie mieli innych możliwości inwestowania; bo wysłanie dziecka na studia było dla żydowskiej rodziny czymś bardziej skomplikowanym, niż dla polskiej.

Zanim zagoiły się blizny po krzywdach feudalno-zaborowych, nadeszły kolejne - odebranie obywatelstwa (i majątków) przez Stalina i Hitlera, a potem przez PRL. Przez te 230 lat na „Żydów” i „Polaków” dzielili nas głównie zaborcy i okupanci, ale skutki odczuwamy do dziś.

Dlatego tytuł tego apelu wydaje mi się jednak adekwatny.

wtorek, 02 stycznia 2018
Leninizm i neoliberalizm

Nowy rok zacznę od omówienia książki, którą polecam już na serio, bez beki. To „How Bad Writing Destroyed the World” Adama Weinera (z podtytułem „Ayn Rand and the Literary Origins of the Financial Crisis”).

Weiner odtwarza literackie korzenie dwóch strasznych wynalazków XX stulecia: leninizmu i neoliberalizmu. Pokazuje, że sięgają tej samej książki: „Co robić?” Nikołaja Czernyszewskiego (1863).

Jednym z bohaterów jest niejaki Rachmetow, rewolucjonista żyjący nie tylko w ascezie, ale wręcz w masochistycznym samoudręczeniu. Żeby zahartować ciało, sypia na deskach nabitych gwoździami, aż zalewa pokój krwią (ku rozpaczy gospodyni, która musi to sprzątać - co rewolucjoniście najwyraźniej zwisa).

Rachmetow z ukrycia manipuluje życiem erotycznym swoich znajomych. Pozoruje samobójstwo Łopuchowa, żeby Wiera Pawłowna mogła wreszcie pójść do łóżka z Kirsanowem i zacząć nowe, lepsze życie w polizwiązkowej komunie, której przyświeca ideologia „racjonalnego egoizmu”.

Komuna świetnie prosperuje, bo jej uczestnicy założyli spółdzielnię. Spółdzielnia egoistów? Tak! Nie ma w niej sprzeczności między interesem jednostki a interesem kolektywu, wszyscy się racjonalnie przykładają do pracy, w wolnych chwilach uprawiając wolną miłość.

Naiwne i źle napisane, ale przeszło do historii za sprawą Rachmetowa. To dwulicowy, podstępny kłamca, ale działa bezinteresownie, a jego kłamstwa przybliżają nadejście lepszego świata (co Wierze Pawłownej tłumaczą w kolejnych snach alegoryczne bóstwa). Powieść więc jednoznacznie pochwala jego postawę.

W jednym ze snów Wiera Pawłowna widzi Przyszłość. Dzięki ludziom takim jak Rachmetow ludzkość żyje w sprawiedliwym społeczeństwie, które osiągnęło dobrobyt dzięki upowszechnieniu nowego rodzaju metalu.

Na Zachodzie Marks radził zakładanie masowych, demokratycznych organizacji. W Rosji to nie działało. Rosjanom spodobała się więc porada Czernyszewskiego: „bądź jak Rachmetow”!

Znajdź garstkę wyznawców, zorganizuj ich w kolektywie. Okłamuj ich, wykorzystuj, w ostateczności zabij któregoś dla postrachu. Bóstwa ze snów Wiery Pawłownej cię rozgrzeszą.

Oni będą Kręgiem Wewnętrznym twojej organizacji. I niech każdy zrekrutuje pięciu kolejnych, a oni kolejnych - i tak dalej.

Sergiej Nieczajew rozwinął receptę Czernyszewskiego w „Katechizmie rewolucjonisty”. To dzieła obłąkanego sadystycznego biurokraty, w którym z przedziwnymi detalami opisywał, które grupy społeczeństwa chce zamordować, które zastraszyć, a które tylko zmanipulować.

Nieczajew zniszczył życie wszystkim, którzy mu zaufali (jak Bakunin czy Wiera Zasulicz, która miała być jego Wierą Pawłowną). Ta w końcu straciła wiarę w Nieczajewa, ale nie w Czernyszewskiego i w 1881 nawiązała korespondencję z Marksem, w której wydusiła z niego deklarację, że jego recepty dla Europy Zachodniej nie muszą się sprawdzać w Rosji.

Ten dokument był później dla bolszewików podkładką do tezy, że nie przeinaczyli całkiem Marksa, tylko go twórczo zmodyfikowali. Lenin więcej jednak zaczerpnął z Czernyszewskiego niż z Marksa i swój programowy manifest z 1901 zatytułował tak samo - „Co robić?”.

Nie nazwał w nim siebie „komunistą” - przypominam, że tym słowem bolszewicy zaczęli się posługiwać dopiero w 1917. Uważał siebie wtedy za prawdziwego socjaldemokratę i potępiał tak zwany „trade-unionizm”; czyli coś, co dzisiaj raczej kojarzymy ze słowem „socjaldemokracja”.

Miłośniczką Czernyszewskiego była także urodzona w Rosji Ayn Rand. „Atlas Zbuntowany” ma wiele elementów zaczerpniętych z „Co robić”.

Filozofia „obiektywizmu” przypomina filozofię „racjonalnego egoizmu”. Manipulujący z ukrycia John Galt przypomina Rachmetowa. Hank Rearden wynalazł nowy metal, jak ze snu Wiery Pawłownej.

A na wzór Wiery - także i Dagny żyje w polizwiązku. Ayn Rand dzieliła z Czernyszewskim niewiarę w małżeństwo.

Choć od 1929 miała męża, w połowie lat 50. nawiązała romans z Nathanielem Brandenem (również żonatym). Branden założył instytut krzewienia obiektywizmu, który nazwał skromnie Nathaniel Branden Institute. Zgromadzili grono wyznawców, zwane Kolektywem.

W połowie lat 60. Nathaniel Branden egoistycznie i obiektywistycznie zaczął romansować ze znacznie młodszą modelką, Patrecią Scott. To był koniec Kolektywu oraz Instytutu Nathaniela Brandena. Ayn Rand zdążyła jeszcze skłonić wyznawców do podpisania listu, potępiającego niewiernego kochanka za „zdradę ideałów obiektywizmu”.

Jakim cudem właściwie czyjkiolwiek romans z miałby być sprzeczny z filozofią nieskrępowanej wolności? Cóż, jeśli ktoś wytrwał w Kolektywie do 1968 to dlatego, że nie zadawał przywódczyni takich pytań.

Wśród sygnatariuszy był Alan Greenspan, twórca ekonomicznej polityki Reagana, obu Bushów, Clintona i pośrednio Obamy. Człowiek, który ponosi personalną odpowiedzialność za kryzys 2008 i za to, że wszelkie korzyści z postępu technicznego ostatnich trzech dekad odnoszą tylko najbogatsi.

Leninizm tym się różnił od marksizmu, że był socjalizmem, w którym 90% ma żyć w łagrowo-kołchozowej niewoli, a 10% cieszyć się względnym moskiewskim dobrobytem. Neoliberalny kapitalizm tym samym się różnił od kapitalizmu z czasów Eisenhowera.

Łączy je zaczerpnięta z Czernyszewskiego pogarda wobec owych 90%, które mają być zastraszone i zniewolone. Pasożyty, pijawki, grabieżcy, bumelanci, brakoroby - można by zrobić trudny quiz, czy coś jest cytatem z propagandy stalinowskiej czy obiektywistycznej

Dla polskiego czytelnika książka Weinera jest o tyle ciekawa, że tłumaczy łatwość przeorientowania na neoliberalizm PRL-owskich ekonomistów, tych wszystkich działaczy PZPR i pracowników Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu.

Po prostu wcale nie była to dla nich aż tak duża zmiana. Jak nienawidzili „trade-unionizmu” w poprzenim wcieleniu, tak nienawidzili go dalej, z trochę tylko innych pozycji.

I nawet ta quasi-religijna wiara w trickle-down economy, że bogactwo elit Kiedyś W Końcu Zacznie Skapywać, nie jest aż taka odległa od wiary, że kiedyś Wreszcie Zbudują Komunizm. Jedno i drugie to sny Wiery Pawłownej.

środa, 27 grudnia 2017
Musimy pogadać o Unii

Drodzy pisowcy, musimy pogadać o Unii. Metaforycznie, rzecz jasna - proszę tego nie traktować jako zaproszenia do komentowania.

Dwa lata temu zgadzaliście się z nami przynajmniej co do jednego, że miejsce w Unii jest polską racją stanu. Bagatelizowaliście zagrożenia, bo wierzyliście, że nie uruchomią artykułu 7.

Wierzyliście też wtedy, że zespół Macierewicza wyjaśni „zamach” smoleński, że komisja sejmowa znajdzie dowody na udział PO w aferze Amber Gold, że PiS będzie budować autostrady szybciej i taniej. Ale to dygresja.

Groźba unijnych sankcji jest coraz bardziej realna. Nawet stosunkowo łagodne sankcje wywołają recesję, po której Polski nie będzie już stać na 500+.

Nie wiem, na ile to wina Twittera i Youtube’a, ale debata w Polsce sprowadza się dziś do głupkowatej pyskówk. Tzw. „naszej” strony też to niestety dotyczy, więc proszę sobie odpuścić komentarze typu „a Hołdys z Giertychem”.

Znam wasze riposty, bo was podglądam w internecie. Ale jestem ciekaw, na ile tak naprawdę wierzycie, że pisowska reforma sądownictwa jest zgodna z rozwiązaniami przyjętymi na Zachodzie.

Jeśli ilustrujecie to jakimiś przykładami, to bezwstydnie zmanipulowanymi. Piszecie, że w Ameryce prezydent mianuje sędziów sądu najwyższego (i pomijacie, że nie może ich odwołać).

Piszecie, że gdzie indziej sędziów powołują ministrowie sprawiedliwości krajów związkowych - i pomijacie, że to jest kilkunastu facetów z różnych partii.

Unii i komisji weneckiej nie chodzi o techniczne detale, tylko o uniknięcie sytuacji, w której rząd może karać sędziów albo wywierać na nich naciski. W demokracjach zazwyczaj unika się tego tak, że partia rządząca koegzystuje z sędziami mianowanymi w większości przez kogoś innego.

Niezawisłość sędziowska sama z siebie nie jest gwarantem sprawnego działania. To jasne! Wasze twitterowe kontrargumenty to polemika z tezą, której nikt nie głosi („a ten wyrok był taki niesprawiedliwy”, etc).

Chodzi po prostu o to, że każde demokratyczne państwo musi mieć (a) jakąś formę sądownictwa konstytucyjnego, niezależnego od władzy wykonawczej i ustawodawczej, (b) sędziów nieodwoływalnych przez partię rządzącą. Nie wnikajmy, dlaczego tak jest i czy to dobrze; ale chyba dociera do was to, że warunki (a) i (b) po prostu są wymagane.

PiS najpierw złamał (a), potem (b). Nie będzie mieć w tej sprawie sojuszników w gronie państw demokratycznych (najwyżej w Rosji czy w Chinach).

„Orban zawetuje”? Nie wierzę, że sami w to wierzycie.

Nawet jeśli wam to powtórzą na pasku w TVP INFO, wyrecutują na jutubie wszyscy wasi idole - Max Kolonko, Grzegorz Braun, Jerzy Zięba Ukryte Terapie, a potem zretweetują Gmyz i Ziemkiewicz, chyba i tak będziecie w to wątpić. I słusznie.

Orban to sojusznik obrotowy. Popiera tego, kto mu da więcej. Wszystko jedno, w jakiej walucie - ruble, dolary, jeny, euro. Kaczyński nie jest mu w stanie zaproponować tyle peelenów, żeby przelicytować ofertę Brukseli.

Orban to mistrz gry w „ja ci ustąpię w tej sprawie, jak ty mnie poprzesz w tamtej”. Jest patologiczną, ale jednak logiczną konsekwencją recepty na jednoczenie Europy, sformułowanej przez jednego z ojców założycieli, Jeana Monneta: „drobne posunięcia, wokół których zjednoczą się grupy interesu”.

A skoro mowa o założycielach: często piszecie, że „przewracają się w grobach, bo chodziło im tylko o wspólnotę gospodarczą”. To nieprawda.

Spośród ojców założycieli, o federacji („Stanach Zjednoczonych Europy”) otwarcie mówili Robert Schuman, Paul-Henri Spaak, Jean Monnet, Altiero Spinelli i Winston Churchill. Pewnie jest tego więcej, ale o tych wiem to na pewno.

Może wy znacie jakieś deklaracje innych ojców założycieli, zarzekających się, że odrzucają federację. No to dawajcie przykłady (to jedyny rodzaj waszych komentarzy, jakie byłyby tu mile widziane).

Myślę, że nie dacie. Jak ktoś wierzy w „Ukryte Terapie”, w Turbosłowiańskie Imperium Lechickie, w szczepionki wywołujące autyzm i kontrolowane wyburzenie WTC, przeważnie wierzy też w PiS. Wy po prostu bezrefleksyjnie powielacie brednie z internetu.

Tak, wiem, w KOD też są tacy. Cóż, mam o nich podobną opinię. Bo tu nie chodzi o to, kogo bardziej lubię, tylko o to, że przez was Unia nam obetnie dofinans. A wy od dwóch lat dajecie się oszukiwać, że nie ma takiego ryzyka.

Może w imperium lechickim. Bo w realnym świecie niestety jest.

niedziela, 10 grudnia 2017
Dekaczyzacja ruszyła

Niewiele wiadomości ucieszyło mnie tak bardzo, jak dekonstrukcja rządu. Żałosna nieudolność opozycji sprawia, że w tej chwili jedynym politykiem, mogącym obalić rządy Jarosława Kaczyńskiego jest Jarosław Kaczyński.

Wygląda na to, że właśnie zaczął. Dawno nie czułem takiego Chichrenfreude podczas czytania prawicowej blogosfery. Są zrozpaczeni, zdezorientowani, sfrustrowani.

Mają teraz pod jednym względem gorzej niż my. Nie rozumieją, za jakie grzechy to na nich spadło.

My przynajmniej tyle wiemy - cierpimy, bo przegraliśmy wybory. W dużym stopniu na własną prośbę.

Od dwóch lat przeżywamy tę porażkę i przynajmniej częściowo ją przepracowaliśmy. Niektorzy nawet zaczęli wyciągać z niej jakieś wnioski.

Ale oni od dwóch lat celebrują triumf. Przerzucają się dobrymi wynikami gospodarczymi, sukcesem 500+, fenomenalnymi sondażami.

I teraz nagle upokorzono premier, którą kojarzyli z tymi osiągnięciami. Dlaczego? Za co? Po co?

Moja odpowiedź jest taka, że Kaczyński nie rozumie ludzkich uczuć. Umie nimi manipulować - nie odmawiam mu tego, to niewątpliwie pieruńsko sktuteczny polityk. Ale sam po prostu nie ma tej śrubki w mózgu, żeby odczuwać cokolwiek poza nienawiścią, zemstą i pogardą.

Co za tym idzie, Kaczyński nie rozumie uczuć swoich wyborców. Dla niego Duda i Szydło byli jednorazowym trickiem socjotechnicznym.

Kaczyński rozumiał, że nawet jego własny elektorat za nim nie przepada. To normalne w polskiej polityce, głosowałem na Komorowskiego przecież nie z sympatii.

W odróżnieniu od Komorowskiego, Kaczyński wyciągnął z tego wnioski. Zastosował klasyczny chwyt judo, „ustąpić aby zwyciężyć”, żeby pan hrabia z całym impetem wykopyrtnął się o własną dwururkę.

Tym chwytem było odejście w cień, żeby w kampanii wysunąć dwójkę figurantów, debiutujących w pierwszej lidze. Gdyby przegrali - cała wina spadnie na nich, tak jak na tego pociesznego Kandydata Technicznego Na Różne Stanowiska. A gdyby wygrali, to się będzie nimi sterować z tylnego siedzenia.

I prawie wszystko poszło zgodnie z planem, ale jedno go zaskoczyło. Jego wyborcy autentycznie polubili tych figurantów. W rankingach popularności i zaufania Szydło i Duda wypadają lepiej od weteranów polityki.

Mogę to zrozumieć. Polska polityka to z jakiegoś powodu domena ludzi aroganckich i antypatycznych (nie wiem, jak to działa - czy zaczynają normalni, a potem się schetynizują, czy raczej od początku panuje selekcja promująca brudzinoidy).

O ile sam bym nigdy na Dudę czy Szydło nie zagłosował, to mniej więcej rozumiem, co w nich widzą ich zwolennicy. Widzą swojskość i przysiadalność.

Duda jest jak ten kumpel ze studiów, który nie był największym bystrzakiem na roku, ale go lubiłeś. Zawsze potrafił rozluźnić atmosferę, zawsze miał gdzieś skitrane pół litra.

Więc teraz się nawet ucieszysz, jak go spotkasz na ulicy. „Cześć Andrzej, co u ciebie?” „A no słuchaj, taka patatajnia, że prezydentem mnie zrobili. Uwierzyłbyś? MNIE? Wpadnij kiedyś, pojeździmy sobie limuzyną na kogucie. To lepsza inba niż wtedy, co sp...laliśmy przez balkon, pamiętasz”?

A Szydło jest jak ta ciocia Becia, co to nawet lubisz do niej jeździć w gości, bo karkówkę robi taką, że palce lizać. I dla wegetarian coś naszykuje: a to kurczaczka, a to cielęcinkę.

Są po prostu sympatyczni na pierwszy rzut oka. Niby nic - a o kim z opozycji można to powiedzieć? Dlatego rosną im słupki poparcia i zaufania.

Kaczyński, jak wiadomo, nie toleruje w swoim otoczeniu rywali. Nawet czysto potencjalnych (a może: zwłaszcza takich).

Dudzie aż do wyborów nic nie może zrobić, więc na razie wyżył swoją złość na Szydło. Gdyby chodziło tylko o rekonstrukcję rządu, zrobiliby to szybko i bez dyskusji. Ale Kaczyński chciał ją dodatkowo przeczołgać.

I co dalej? Na razie nic. Zwolennicy PiS nie przerzucą przecież swoich preferencji na opozycję. Ale Morawieckiego już nie polubią, oj nie polubią.

Drodzy pisowcy, czy wy wiecie, jakie to uczucie, chodzić na opozycyjne demonstracje i słuchać przemówień tzw. liderów opozycji? I się zastanawiać, „co mnie właściwie łączy z tymi ludźmi”?

Jeszcze nie wiecie, ale zaraz się dowiecie, na najbliższym spontanicznym wiecu poparcia dla Grupy Santander. To jest, przepraszam, ekipy Morawieckiego. Chłe chłe chłe!

poniedziałek, 04 grudnia 2017
Komunizm i (socjal)demokracja

Portal strajk.eu podjął dziwną próbę rehabilitacji słowa „komunizm”. To ma tyle samo sensu, co rehabilitacja starohinduskiego symbolu szczęścia - dwudziestowieczne totalitaryzmy na zawsze zmieniły znaczenia pewnych słów i symboli, proponuję się z tym pogodzić.

Słowa zmieniają znaczenie. Słowo „kobieta” kiedyś oznaczało „osobę zajmującą się chlewem” („kob”). Bielizna kiedyś z definicji nie mogła być czarna: i tak dalej.

Wiara w „prawdziwe”, platoniczne znaczenia pojęć takich, jak „komunizm”, „socjaldemokracja”, „liberalizm” czy „chadecja”, jest naiwna. W różnych krajach i epokach znaczyły co innego.

Polscy bieda-liberałowie często twierdzą, że w Ameryce nie ma „prawdziwego” liberalizmu, bo ten prawdziwy, to tylko Balcerowicz i Korwin-Mikke. To zabawne, gdy ktoś, kto z Adama Smitha zna tylko fejkowy cytat o „niewidzialnej ręce rynku”, poucza Amerykanów, z ich ponaddwustuletnią tradycją liberalizmu. To jakby uczyć Włochów robić pizzę.

W Europie oddzielenie lewicy od liberalizmu to skutek Wiosny Ludów. Do 1848 podział był prosty, na siły postępu i rewolucji oraz reakcji i kontrrewolucji.

Te pierwsze były zbiorowiskiem obejmującym i polskich powstańców listopadowych (oraz Adama Mickiewicza, uważającego siebie wówczas za socjalistę), i proto-anarchistów, i proto-nacjonalistów i w ogóle proto-wszystkich.

Te drugie były lepiej zdefiniowane. To zwolennicy europejskiego ładu ustalonego na Kongresie Wiedeńskim. Stąd „papież, car i Metternich” w „Manifeście komunistycznym” Marksa i Engelsa.

Pisali go dla efemerycznej partii, która miała ten komunizm w nazwie (do 1847 nazywała się „Ligą sprawiedliwych”). Równie dobrze można go było wtedy zatytułować „manifestem republikańskim”. Widmo krążące wówczas po Europie było po prostu widmem irredenty przeciwko absolutyzmowi.

Irredenta nadeszła po kilku miesiącach. Mieszkańcy Europy Zachodniej boleśnie się przekonali, że niepodległość i republika nie rozwiązują wszystkich problemów społecznych. Wiosna Ludów rozbiła obóz postępu na lewicę i republikanizm.

Gdzie jej nie było, tam nie było tego podziału. Dlatego np. w USA Horace Greeley mógł być założycielem partii republikańskiej (tak, tej właśnie!), kandydować z poparciem partii demokratycznej i zostać klasykiem amerykańskiego socjalizmu i liberalizmu jednocześnie.

Podobnie było w zaborze rosyjskim. Czerwoni w powstaniu styczniowym byli amalgamatem proto-socjalistów i proto-republikanów. Bolesław Limanowski, współzałożyciel PPS, symbolizuje ciągłość polskiej tradycji niepodległościowej i socjalistycznej.

Światowa lewica po klęsce 1848 była rozbita i skłócona. W Niemczech zwolennicy Marksa zaczęli nazywać siebie socjaldemokratami, głownie dlatego, że słowo „socjaliści” kojarzyło się bardziej ze zwolennikami Lassalle’a.

Słowa „komuniści” unikali z kolei dlatego, że kojarzyło się ze zwolennikami Bakunina. Właściwych proto-komunistów nazywano wtedy babuwistami lub blankistami.

Niemiecka nomenklatura była główną przyczyną, dla której zwolennicy Marksa w zaborze rosyjskim nazywali siebie „Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy”, a w Rosji właściwej - Socjaldemokratyczną Partią Rosji.

Kiedy Lenin dokonał rozłamu w rosyjskiej partii socjaldemokratycznej, jego doktryna była miksturą marksizmu i blankizmu. Wytknęła mu to choćby Róża Luksemburg.

Bolszewicy byli mistrzami propagandy, o czym świadczy choćby to, że będąc mniejszością w partii socjaldemokratycznej - wylansowali nazwę sugerującą, że są większością (!). Mieli po prostu lepsze pióra od ortodoksyjnie marksistowskiej konkurencji (można ich nazwać „frakcją felietonistów”).

W 1917 sięgnęli po nazwę „komuniści”, żeby się odróżniać od socjaldemokratów (mienszewików), socjalistów (eserów) i anarchistów. Ta nazwa sugerowała, że leniniści nawiązują do „prawdziwego” marksizmu (tego z „manifestu”), choć więcej ich łączyło z Louisem Blanqui, który głosił że rewolucji może dokonać tylko grupa spiskowców-terrorystów (Marks postulował zakładanie masowych, demokratycznych organizacji).

Terror w leninizmie nie był „błędem i wypaczeniem”. Był istotą doktryny. Leninizm bez terroru to jak pizza bez sera.

Jeśli więc ktoś dzisiaj przyznaje się do komunizmu w sensie leninowskim, to osobiście chciałbym mieć z nim możliwie jak najmniej do czynienia. A jeśli nawiązuje do jakiegoś znaczenia z XIX czy wręcz XVIII stulecia, no to superzasto, ale może od razu niech „przywróci” też pojęcia takie, jak flogiston, eter czy cieplik.

Niech mu przyświeca starohinduski symbol szczęścia.

poniedziałek, 30 października 2017
Jaki dresiarz

W języku, jakim mówimy o polskich podziałach społecznych („beneficjenci transformacji” kontra „ci którym nie wyszło”, „klasa ludowa” kontra „fajnopolacy”), ciągle nieobecna jest klasa średnia. Widać to choćby w mikroflejmie „prosty blokers Patryk Jaki kontra elity z portalu gazeta.pl”.

Jak wiecie, pisanie o klasie średniej to dla mnie coś w rodzaju hobby. Uważam, że wielkie polityczne fakapy ostatnich czasów, jak wzlot i upadek pierwszego PiS (2005-2007) oraz samozaoranie PO (2015), biorą się generalnie z tego, że polityczne elity tej klasy nie rozumieją.

Nie rozumieją przede wszystkim jej podziału na segmenty. Czyli, przypominam, niższą średnią (LMC), średnią średnią (MMC) i wyższą średnią (UMC).

Niższa średnia to bohaterowie książki Fejfera. Udało im się zaistnieć w świecie nowoczesnych biurowców, centrów handlowych, inkubatorów technologicznych i wybudowanych za unijny hajs nowych campusów uczelnianych, ale mają po dwa sto na rękę i brak perspektyw na stabilizację.

MMC to kolesie tacy jak ja. Zdanżamy, ale nie wylądujemy na okładce magazynu „Sukces”. Jak dziennikarz - to drugorzędny, jak aktor - to halabardzista, jak prawnik - to raczej taki na etacie (albo na samozatrudnieniu).

UMC to celebryci, gwiazdy, wyższa kadra zarządzająca. Jak dziennikarz - to celebryta, jak aktor - to pierwszoplanowy, jak prawnik - to współwłaściciel prestiżowej kancelarii.

I gdzieś tam nad tym wszystkim szybuje prawdziwa klasa wyższa. Ludzie tak bogaci, że mogliby do końca życia nie pracować.

Nie da się tego wszystkiego opisać majątkowo czy zarobkowo, bo tu jest wiele paradoksów. Na placu budowy wykwalifikowany cieśla może zarabiać więcej od młodego inżyniera - ale za 10 lat ten inżynier awansuje, a ten cieśla będzie po prostu starszy o 10 lat.

Przechodząc do konkretów: uważam, że samozaoranie Komorowskiego i Platformy było spowodowane postrzeganiem całej klasy średniej tak, jakby była „elitą”. Orłem z czekolady mieliśmy świętować radość z naszego sukcesu.

Tymczasem LMC nie ma czego świętować, bo dwa sto na rękę to żaden sukces. MMC ma oczywiście lepiej, ale żeby nadal zdanżać, musimy kombinować jak koń pod górkę (np. dywersyfikując przychody, jak Jors Truli).

Dlatego LMC/MMC drażniły pomysły „świętowania sukcesu”. I dlatego nie chcemy bronić HGW - bo bezhołowie na warszawskim rynku nieruchomości od dawna było bonanzą dla kilku osób z UMC i klasy wyższej, ale dla nas to był poważny problem.

Ale takim samym nieporozumieniem jest „blokers Jaki prześladowany przez elity”. Człowiek, który układa tytuły w portalu gazeta.pl, ma prawdopodobnie sytuację społeczno-zawodową zbliżoną do bohaterki Fejfera (skądinąd również współpracowniczki tego portalu). To LMC, nie żadna elita.

Warszawskie blokowiska są popularne wśród klasy średniej, bo metro, bo szkoła, bo blisko. Kredyty w frankach często brano właśnie na M-4 na Ursynowie.

Konflikt „lud kontra elity” pomija klasę średnią, a to jej głosami wygrywa się w Warszawie. Budując obraz Patryka Jakiego jako dresiarza, PiS nie ułatwia mu zadania, bo dresiarzy nikt nie lubi, nawet (a właściwie - zwłaszcza) ich sąsiedzi z blokowiska.

Kaczyński nie rozumie klasy średniej tak samo jak Hanna Gronkiewicz-Waltz. Oboje żyją w elitarnym bąbelku posiadaczy wielkich nieruchomości, ta na Noakowskiego, ten na Srebrnej.
Przeciętny spłacacz kredytu, przeciętny kierowca stojący w korku, przeciętny korpoludek biegnący z kubkiem kawy na brifing w sprawie kejpiajów, spoglądają na nich z taką samą nieufnością. Co oni wiedzą o naszych problemach?

Dresiarz, który wskoczył do wielkiej polityki - to też nie brzmi dobrze w tym mieście. Rząd dusz lemingów pozostaje więc nadal do wzięcia.

To dobra wiadomość i dla kandydata Platformy, bo wystarczy mu teraz tego nie spieprzyć (w przypadku PO to dalekie od oczywistości!) i dla kandydata lewicy. Nie twierdzę oczywiście, że takowy wygra, ale może namieszać w pierwszej turze.

W moim bąbelku wiele osób z MMC przestawia się ostatnio na Razem i to są ludzie, ktorych bym w życiu o to nie podejrzewał. Kiedyś głosowali na centroprawicę, kiedyś sam się z nimi kłóciłem o te wszytkie „niewidzialne ręce rynku”.

Wobec klerykalizmu i proelitaryzmu Platformy, to Razem jest teraz dla nich mniejszym złem. Tak jak kiedyś dla mnie Platforma...

sobota, 14 października 2017
Opozycjo, terrain ahead!

Jest takie amerykańskie powiedzonko, „gdy tkwisz po szyję w błocie - przestań kopać”. Radziłbym je przemyśleć opozycyjnym mediom i politykom, w kontekście kolejnego katastrofalnego dla nich sondażu.

PiS swoją potęgę zbudował na kilku przekazach prostych jak tekst Zenka Martyniuka. Że opozycja nie umie znaleźć swojego kontrprzekazu, to jedno - ale że jeszcze PiSowi pomaga, śpiewając mu w jego chórku, to drugie.

Refren tej piosenki brzmi: „PiS reprezentuje szarego obywatela, a opozycja to głos elit oderwanych od koryta”. Opozycja nie tylko od dwóch lat nie umie się temu przeciwstawić, ale jeszcze akompaniuje PiSowi, „oh yeah, kwik kwik, oderwali nas od koryta”.

Przecież to jest takie proste, takie oczywiste. Czy jeśli opozycyjna gazeta zrobi kolejny wywiad ze Znanym Aktorem, Popularnym Prezenterem czy Profesorem Z Wyfiokowną Fryzurką I Raybanami, to konkurs bez nagród, PiSowi od tego słupki (a) wzrosną, (b) spadną?

Takie wywiady mamy co tydzień. Pewien tygodnik wpadł już w rutynę, regularnie ma okładkę typu „celebryta z bojową miną”, z nagłówkiem „PIPSZTYCKI OSTRO O DOBREJ ZMIANIE”.

A słupki? Jak rosną, tak rosły.

Społeczeństwo nie lubi elit. Dlaczego tak jest, to temat na osobną rozmowę, na razie zastanówmy się, co z tego w praktyce wynika.

Otóż wynika z tego rozpaczliwa nieskuteczność, a nawet antyskuteczność, argumentacji typu „autorytety są po naszej stronie”. Gdy po naszej stronie Giertych, Kuźniar i Hołdys, to kto przeciw nam?

Otóż, wszyscy. A przynajmniej - większość.

Nie zapominajmy, że sekretem sukcesu serwisów takich jak pudelek.pl jest zrozumienie tego, że fenomen celebrytozy to nie jest „znani i lubiani”: to „znani i znienawidzeni”. Nic się tak nie klika, jak informacja o nieszczęściu, które spotkało celebrytę (vide „wypadek Najsztuba”).

Drogie opozycyjne media, błagam was. Jak znowu ktoś na kolegium zaproponuje, żeby zrobić polityczny wywiad ze znanym człowikiem, zakrzyczcie go, to obiektywny agent Kaczora (choć może mu się wydawać, że jest przeciw PiS).

Kiedyś, kiedy oni dopiero rozkręcali swoje tygodnika, sam się z nich chichrałem, że tam nie ma nic do czytania, wszystko tylko o winach Tuska. Kraj: „źle się dzieje, wina Tuska”. Świat: „pozycja Polski słabnie, wina Tuska”. Kultura: „w teatrach nic ciekawego, wina Tuska”.

Czytelnik, który tak po prostu chciał sobie poczytać coś apolitycznego, i tak lądował u nas, w mediach liberalnych. Kilka lat i parę zwolnień zbiorowych później, zrobiło się odwrotnie.

Media opozycyjne dziś wyglądają tak, że jak kultura, to rozmowa z aktorem o Kaczyńskim. Jak świat, to rozmowa z byłym ambasadorem o Kaczyńskim. Gospodarka: wywiad z biznesmenem o Kaczyńskim. Do czytania/oglądania/słuchania -coraz mniej.

To uwaga także do polityków. Bardzo dokładnie wiem, co Petru i Schetyna myślą o Kaczyńskim. Co tak poza tym mają do zaproponowania, to już w najwyższym stopniu niejasne.

I to już będzie mój ostatni punkt. Przekaz PiS był prosty, ale konkretny.

„500 złotych na każde dziecko” - to konkret. To przemawia do wyobraźni. „Kupimy z tego to i tamto”, myśli wyborca - i głosuje.

I nawet jeśli potem się okazało, że jednak nie na każde, to i tak PiS ma dostatecznie dużo zadowolonych wyborców, żeby gafy i potknięcia uchodziły mu na sucho. Opozycja musi znaleźć swój odpowiednik „500+”, czyli obietnicę, która będzie konkretna, namacalna, niczym niegdysiejsze prognozy kursu franka szwajcarskiego w wykonaniu wybitnego bankowego ekonomisty, Ryszarda Petru („nie przekroczy 4 zł!”).

Ministra Mucha wystartowała w nieustającym castingu na lidera opozycji z manifestem, który jest tyleż uroczy, co znów - niekonkretny. Po wyborach nawet nie udałoby się jednoznacznie rozstrzygnąć, czy Platforma spełniła te obietnice czy nie (zakładając, że manifest stanie się jej oficjalnym programem).

Droga opozycjo, to już ostatnia porada: deklaracja „z nami będzie lepiej” to za mało. Musicie znaleźć swój odpowiednik 500+.

Każdy wie, czy dostał 500 złotych, czy nie. I każdy wie, na co by to wydał (z wyjątkiem oczywiście elit - pisowskich i niepisowskich; ale to nie elity wygrywają wybory).

Opozycjo: musisz sobie znaleźć coś w ten deseń. Inaczej te sondaże utrzymają się do wyborów.

czwartek, 05 października 2017
Zemsta orła-morła

Udało mi się odnieść niespodziewany sukces w soszial mediach wpisem kpiącym z okładkowego materiału w najnowszym „Newsweeku”. W materiale tym Żakowski, Wielowieyska i Morozowski zapowiadają wolę walki z pisowskim zamachem na media, a robią to tak tragikomicznie nieporadnie, że na Nowogrodzkiej musieli cały dzień się brechtać.

W kapitalizmie o mediach mówi się na dwa sposoby. Jeden, klasycznie korporacyjny, brzmi tak, że to biznes jak wszystkie inne, musi na siebie zarabiać, akcjonariusze muszą być zadowoleni, hajs się musi zgadzać.

Tak media usprawiedliwiają się, kiedy biorą reklamy od Amber Gold albo mówców motywacyjnych od „negocjacji z polipem”, dają autorski program szarlatanowi od leczenia chorób „lewoskrętną witaminą C”, analizują majtki Dody, propagują rasizm, obskurantyzm, seksizm i postawy autorytarne (tak, na to wszystko znajdą się przykłady).

I jest drugi sposób - górny diapazon. Media jako strażnicy prawdy, obrońcy uciśnionych, pocieszyciele strapionych, misjonarze misji, poławiacze powołania. W ten drugi uderzamy, kiedy ktoś nam chce zrobić kuku, jak teraz PiS.

Problem polega na tym, że te dwa sposoby są niekompatybilne. Na któryś się trzeba zdecydować.

Korporacyjne media w Polsce już dawno wybrały ten pierwszy. Co za tym idzie, ten drugi będzie brzmieć jak pusto, fałszywie, jak klawisz fortepianu, który stracił strunę. Jak ten okładkowy wywiad w „Newsweeku”.

Korporacyjne media w 3RP miały mnóstwo okazji, żeby pokazać społeczeństwu, że jesteśmy mu do czegoś potrzebni. Że widzimy w odbiorcach kogoś więcej, niż dotarcie dla reklamodawców i cele sprzedażowe do realizacji.

Mogliśmy wypracować kodeks dobrych praktyk, zgodnie z którym - na przykład - nie bralibyśmy reklam od piramid finansowych, bez względu hajs. Mogliśmy stanąć po stronie lekarzy, nauczycieli czy lokatorów zwalnianych na bruk.

Nie zrobiliśmy tego. Zmarnowaliśmy mnóstwo świetnych okazji do zajęcia stanowiska i mnóstwo jeszcze lepszych do siedzenia cicho. Nie chce mi się sprawdzać, co było na pierwszych stronach gazet, kiedy Jolanta Brzeska popełniła „samobójstwo” poprzez wywiezienie siebie do lasu i podpalenie.

Jak znam korporacyjne media, były tam jakieś opowieści o fajnopolakach, o ludziach sukcesu, tych co to im się udało zmienić kredyt i wziąć pracę, żeby razem z prezydentem manifestować radość orłem-morłem. Zawsze woleliśmy pisać o ludziach sukcesu, bo Jolanta Brzeska to kiepski temat i kiepski target.

W efekcie utrwaliliśmy powszechne skojarzenie, że media stoją po stronie tych, którzy się cieszą z rosnącego PKB - a nie tych, którzy odczuwają na swojej skórze towarzyszący mu spadek udziału płac w PKB. Po stronie innowacyjnych biznesmenów, jak Mazgaj czy Brzoska, a nie po stronie ich pracowników, którzy wylądowali na lodzie, bez wypłaty.

Możemy sobie protestować, że to skojarzenie jest niesprawiedliwe. Niesety, klęski wizerunkowej nie da się naprawić tupaniem nóżką.

Piszę „my”, choć komcionauci mi świadkiem, że zawsze stałem po innej stronie. Nigdy nie odgrywałem decyzyjnej roli. To nie ja wymyśliłem orła-morła, to nie ja zwalniałem, to nie ja zatrudniałem, to nie ja układałem linię, to nie ja sobie wypłacałem premię za dobre wyniki.

Ale wiem, że to nie ma znaczenia. W popkulturze znamy to przecież od dawna jako „tragedię hydraulika na Gwieździe Śmierci”. Może sobie krzyczeć „to nie ja, to Tarkin”, to da dokładnie tyle samo, co tupanie nóżką.

Czy mam jakąś radę dla mediów? Taką jak dla Jacka Żakowskiego, który w tym wywiadzie deklaruje, że gdy mu Kaczor zabierze miejsce pracy, będzie żyć z „fejsowania i twitowania”.

Z mediów społecznych ciężko wyżyć, między innymi dlatego tego sam ich nie monetyzuę. Ale to jest do zrobienia i na zajęciach w Collegium Civitas omawiam ze studentami także kwestię monetyzacji.

Mówię im, że jeśli widzą siebie za pięć lat jako następną Red Lipstick Monster, muszą już teraz zacząć budować zasięg.

Budowanie zasięgu trwa latami (chyba, że ktoś ma bogatego wujka, kto mu go kupi - ale pomińmy takie scenariusze dla uproszczenia). Otóż to samo czeka naszą branżę.

Może kiedyś odbudujemy społeczne zaufanie - ale to będzie trwać latami. Trzeba było np. kilka lat temu pomysłodawcom (dziś nie wiadomo już, kto to był - nikt się nie chce przyznać) orła-morła powiedzieć, żeby spadali, bo to kompromitacja.

Kolejna zmarnowana okazja, by siedzieć cicho. Jak mawiał trener Piechniczek, zmarnowane okazje się mszczą.

piątek, 29 września 2017
Wszystko w rękach koni

Wśród rzeczy, których nie rozumiem w prawicowej publicystyce, jest wieczne narzekanie prawicowych publicystów na samo to określenie. „A dlaczego naszych oponentów nie nazywa się lewicowymi publicystami”, tą skargę widziałem wielokrotnie.

Odpowiedź jest arcyboleśnie arcyprosta. Publicyści o lewicowych poglądach mają w liberalnych mediach status pobytu tolerowanego (mniej lub bardziej niechętnie).

To działa tak, że jeśli - powiedzmy - umiesz dobrze pisać o wyścigach konnych, to ci pozwolą pisać o wyścigach konnych, POMIMO twoich lewicowych poglądów. Od czasu do czasu w relacji z toru na Służewcu może przemycisz jakiś żarcik, że Rekwizyt był na mecie przed Galimatiasem, a więc r>g, całkiem jak u Piketty’ego, wink wink nudge nudge. Trzymaj się swojej działki, to będzie dobrze.

Przez ostatnie ćwierć wieku przemycałem marksistowskie miazmaty w tekstach o wiedźminach i hobbitach. Zresztą Piketty’ego lubię właśnie między innymi za to, że ilustrował swoje tezy nawiązaniami do Balzaka - ułatwiło mi to pisanie o nich.

Czy nie wolałbym mówić wprost, bez takiej maskarady? Pewnie, że bym wolał. I cholernie zazdroszczę Piotrowi Zarembie, Terlikowskiemu, Lisickiemu, wszystkim tym kolesiom, że tak se po prostu mogą być zawodowymi prawicowcami.

Jak fajnie byłoby pracować w jakimś lewicowym odpowiedniku „Do Rzeczy”! Na prawicy zawsze coś było, jak nie „Nowe Państwo” to „Życie z kropką”. Na lewicy? Posucha.

„Przegląd”? Sam swoje pierwsze kroki stawiałem w środowisku, które dziś go wydaje (wtedy wydawali „Sztandar Młodych”, potem przejęty przez Marquarda).

Szybko stamtąd odszedłem, bo gdzieś po roku czułem, że niczego nowego się tam nie nauczę. Wszystkie teksty tłukli pod jeden strychulec. I dalej tak robią.

Nieprzypadkowo „Przegląd” nie wykreował żadnego nazwiska. Felietonistów importował sobie z zewnątrz, nie ma ani przykładu dziennikarza wylansowanego przez „Przekrój”. Jedynym kontrprzykładem jest może Robert Walenciak, ale... no właśnie.

Co by mówić o mediach liberalnych - zawsze były otwarte na indywidualność. Debiutant mógł (i nadal może) tu zrobić karierę od zera, o ile znajdzie swoją niszę.

I to się udawało autorom takim, jak - nie wytykając palcami - Edwin B., Adam W. czy Artur D. Ten się zna na technologiach, tamten na zwierzętach, a siamten na Ameryce Łacińskiej. W uznaniu tych kompetencji, wybaczano im lewicowość.

Prawicowi publicyści nigdy takiej niszy nie potrzebowali. Zawsze mogli po prostu monetyzować swoje poglądy.

Kontrprzykłady lewicowych publicystów „bezniszowych” są - ale nieliczne i naciągane. Przychodzą mi do głowy Grzegorz S., Rafał W. i Jakub M., ale to nie są kariery tak błyskotliwe, jak tych wszystkich Rachoniów czy Karnowskich. To raczej właśnie niechętna tolerancja w mediach liberalnych.

Okazje na przełamanie tego stanu rzeczy były dwie. W pewnym momencie „Krytyka Polityczna” ogłosiła z wielką tromtadracją - w autopromocji oni zawsze byli dobrzy - że uruchamiają własne medium, miało się to nazywać „Dziennik Opinii”. Skończyło się na rebrandingu strony „Krytyki Politycznej”.

Nagle pojawiła się szansa w postaci pomysłu Hajdarowicza na lewicowy „Przekrój”. Nie wiadomo nawet, czy coś mogło z tego wyjść - grunt, że spektakularnie nie wyszło.

Jeśli jeszcze na zebraniu jakiegoś koncernu medialnego ktoś rzuci pomysłem „a może by tak lewicowy tygodnik”, zakrzyczą go od razu „skończy się jak z Przekrojem”. To fiasko odebrało resztki nadziei na zawsze.

Brak lewicowego tygodnika, dziennika, kanału radiowego, czego-faken-kolwiek, prawdopodobnie odpowiadał za to, że SLD rozsypało się jak domek z kart. To ich gigantyczny błąd, że w latach 90. nie uruchomili swojego odpowiednika „Nowego Państwa” czy „Gazety Polskiej”.

Prawicowe media pełnią wobec PiS nie tylko rolę propagandową. Tyle jeszcze pewnie gerontokraci z SLD potrafiliby zrozumieć. Są też jednak platformą sporu, laboratorium nowych idei, sposobem na organizację elektoratu wreszcie (te ich kluby!).

SLD tego nie miało. Platforma też nie, media liberalne nie są „ich” w takim sensie, w jakim Karnowscy są pisowscy. Na czym zresztą przejechali się niejeden Komorowski i Trzaskowski, by kontynuować ten rym.

Sytuacja jest więc niezrównoważona. Mamy bogate i prężne media prawicowe. Mamy biedniejące i zagubione media centrowe, sparaliżowane permamentnym castingiem na lidera protestu (good luck, you gonna need it). I plankton na lewicy.

No, ponarzekałem sobie, a teraz do roboty. „Bomba poszła w górę, teraz wszystko w rękach koni...”

poniedziałek, 18 września 2017
Smutny dowcip o opozycji

Jest taki dowcip teologiczny z długą, siwą brodą. Przepraszam PT komcionautów, którzy go z pewnością znają.

Oto pewien głęboko wierzący człowiek staje w obliczu powodzi. Jego sąsiedzi usłuchali wezwań do ewakuacji, ale on zostaje w domu, bo ufa Bogu.

Już mu zalało ogród, woda się wlewa do parteru. Ale on trwa. Gdy przez opustoszałą okolicę przejeżdża ostatni oddział wojska- odmawia ewakuacji, bo ufa Bogu.

Woda mu już zalewa piętro, a obok przepływają jacyś ludzie w motorówce. „Skacz do nas” - wołają. Ale on im odkrzykuje z dachu, że nie zamierza uciekać, bo ufa Bogu.

Woda się dalej podnosi. Już zalewa dach. A tu nagle helikopter! Ratownicy opuszczają się na linach. Facet ich odpędza. Zostaje, bo ufa Bogu.

Zalało cały dach. Facet klęczy w wodzie i woła ku niebiosom - „panie, ufam ci, że nie pozwolisz mi tu zginąć”.

I nagle staje się cud. Rozstępują się chmury, rozbłyskuje nieziemska światłość, słychać chóry anielskie. I rozlega się gromkie: „Ty kretynie, wysłałem ci wojsko, motorówkę i nawet pieprzony helikopter. Mam cię dosyć, radź sobie sam”.

Babum-pss! Raz jeszcze przepraszam za suchara, który - tak poza tym - wyraża mój światopogląd.

Jestem jak wiadomo agnostykiem (ateistą według definicji Dawkinsa). Tak naprawdę uważam, że wszystkim rządzi przypadek.

Gdybym jakimś cudem się nawrócił, to bym po prostu zaczął ten przypadek nazywać Bogiem czy Opatrznością. Wychodziłoby na to samo.

Bez względu na etykietkę uważam, że odpowiedzialność za to, jak reagujemy na życiowe wyzwania i okazje, które zsyła nam Los slash Bóg, spoczywa na nas. Nie wolno siedzieć biernie i czekać na cud.

Otóż uważam, że opozycja od dłuższego czasu zachowuje się jak bohater tego dowcipu. Wierzy, że kiedyś kiedyś PiS-owi zacznie spadać - i biernie czeka na tę chwilę. A wspierający ją publicyści zachowują się jak Świadkowie Jehowy, zapowiadający rychły koniec świata (co roku przekładany na później).

I ciągle to samo zdumienie, że PiSowi jeszcze nie spada. A jak ma im spadać, jak za opozycję ma Schetynę i Petru?

Zwolennicy PiS czują, że PiS reprezentuje ich interesy. Przeciwnicy PiS czują, że są przeciwnikami PiS. Platformy i Nowoczesnej nie lubią, bo i za co ich lubić.

Kompletnie mnie załamali w ten piątek. Los/Bóg/Opatrzność/Spaghetti Monster zesłali im dwie cudowne okazje, żeby przyciągnąć do siebie nas - lemingów o poglądach między lewicą a centrum. Obie koncertowo zmarnowali.

Narodowe Siły Zbrojne nie zasługują na gloryfikowanie przez demokratyczny Sejm. Znam argument „nie wszyscy narodowcy to faszyści” i akurat tutaj mamy proste kryterium.

Ruch narodowy był głęboko podzielony już w latach 30. Utworzenie konspiracyjnego państwa podziemnego zmusiło ich do zajęcia jednoznacznego stanowiska - za albo przeciw. Podobnie zresztą było na lewicy.

Większość przedwojennej PPS uczestniczyła w ramach państwa podziemnego pod kryptonimem Koło (mniejszość wybrała Moskwę lub poszukiwanie „trzeciej drogi”). Podobny podział mieli narodowcy - część działała w ramach tych samych organizacji pod kryptonimem Kwadrat. Reszta.. reszta założyła NSZ.

NSZ było przeciw demokracji. Byli jawnymi antysemitami. Po wojnie chcieli totalitarny ustrój, w którym legalna byłaby tylko jedna partia, decydująca o wszystkim.

Że posłom PiS się takie coś podoba - nie dziwota. Hańba jednak posłom Platformy i Nowoczesnej, że się do tego przyłączyli. Nie ułatwi im to, oj nie ułatwi, dalszego udawania „obrońców demokracji”.

Prawdziwym obrońcą demokracji jest Adam Bodnar, najlepszy rzecznik praw obywatelskich, jakiego dotąd mieliśmy. Nie czeka, aż ludzie zgłoszą do niego problemy - proaktywnie jeździ po Polsce i sam o te problemy pyta.

PiS nieprzypadkowo zaczął likwidowanie sądownictwa od ataków na Rzeplińskiego i Gersdorf, bo to łatwe cele. Nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby ich przedstawić jako wyalienowane elity, sami się kilkakrotnie pięknie podłożyli.

Bodnara trudniej atakować i łatwiej bronić, dlatego PiS na razie unikał tej bitwy. I w kluczowym momencie robi opozycja? Przyłącza się do pisowskiego bojkotu wystąpienia rzecznika.

Los zesłał im dwie okazje do podjęcia walki na łatwym terenie. Mogli się sprzeciwić gloryfikowaniu faszyzmu, mogli wystąpić w obronie demokraty. Jedno i drugie zrobili na odwrót.

Jeśli o mnie chodzi, mam ich dosyć. Niech wreszcie zatoną.

środa, 26 lipca 2017
To my, buldogi

No i proszę - na rozpoczęcie walki delfinów nie musieliśmy czekać nawet dwóch tygodni. Atak furii Kaczyńskiego w Sejmie potencjalni następcy tronu zinterpretowali jako okazanie słabości i huzia!

Nikomu w tym sporze nie kibicuję. A raczej kibicuję wszystkim stronom. Będę je zagrzewać okrzykami „LUTUJ GO MOCNIEJ, LUTUJ!”.

Pan Adrian się nagle obudził jako obrońca praworządności. Rychło w czas.

Przyczynił się swoim podpisem do zniszczenia niezależności Trybunału Konstytucyjnego, do destrukcji edukacji, do zawłaszczenia mediów publicznych, do niszczenia lasów, do harców Macierewicza, do bezkarności Kamińskiego. Niczego mu z tej listy nie wybaczę.

Ale nie da się ukryć, że miałem mnóstwo radości, czytając Psychiatryk24 i komcie na Wpotylicę. Na prawicy pożar w kurniku.

Ich prezydent natychmiast stał się dla nich „PADalcem” i „PADliną”. Dla wiceministra Jakiego jest już „cieniasem, który wymięka”.

Zaraz powyciągają na niego jakieś haki, zaraz się dowiemy, że ma niesłuszne pochodzenie. Nie będę go bronić. LUTUJCIE GO MOCNIEJ, LUTUJCIE!

Ale im mocniej oni będą walić w niego, tym silniej on im się będzie odwijać. A może im dużo zaszkodzić, oj dużo.

Cała ta destrukcyjna machina dotąd działała przecież tylko dzięki temu, że prezydencka marionetka podpisze wszystko, co jej podsuną. A jakby co, to każdego ułaskawi.

W odróżnieniu od pani Beci, którą jednym ruchem palca prezessimus może w każdej chwili odesłać na tą wieś, z której ją innym ruchem palca wyciągnął - pan Adrian jest nie do ruszenia. Nic mu nie mogą - a on im wiele. LUTUJ ICH MOCNIEJ, LUTUJ!

Przypominałem jakiś czas temu, że wystarczy utrata pięciu posłów, a PiS już nie ma bezwzględnej większości. To się może wydarzyć jeszcze w tym roku.

Kaczyński ma ostatnie chwile na to, żeby jeszcze uratować swój obóz przed kolejną klęską. Mógłby wyciągnąć rękę, wymusić na Ziobrze i Dudzie pojednanie przed kamerami, poskromić zbuntowane buldogi.

Ale on tego nie umie zrobić. Nigdy nie umiał. Jego poprzednie rządy zniszczyła rywalizacja między przystawkami - i tak samo będzie teraz.

Konflikt prezydenta z rządem to tak naprawdę konflikt dwóch przystawek: Gowina i Ziobry. Obaj mają swoje mikropartyjki, wyrzucenie z rządu jednego z nich grozi odpadnięciem przystawki (a więc: utratą większości).

Kaczyński nie umie łagodzić konfliktów. Umie tylko zrobić awanturę, dostać furii, zapluć się wściekłością, naubliżać. I nie wątpię, że budynek na Nowogrodzkiej trzęsie się od paru dni od podobnych wybuchów, tym razem już bez kamer.

Co najmniej dwukrotnie był u władzy (kiedy wywalczył prezydenturę dla Wałęsy i wygrał wybory w 2005). I za każdym razem tracił ją w ten sposób. Za bardzo lubi pomiatać ludźmi, a ludzie znoszą to tylko do czasu.

Jesienią ludzie poczują na własnej skórze skutki deformy edukacji. Dla wielu rodzin dodatkowe koszty, związane z wydłużeniem dojazdów albo koniecznością wynajęcia opiekunki, skonsumują 500+.

Coraz realniejsze są unijne sankcje. I tylko skromny żelazny elektorat uwierzy, że to wina Unii, a nie PiSu, olewającego kolejne sygnały ostrzegawcze.

Orban was nie uratuje, drodzy pisowcy. To polityk obrotowy, wchodzi w sojusz z tym, kto mu potrząśnie sakiewką. Moskwa i Bruksela mają sakiewki, Polska ma tylko Sakiewicza. Jak przyjdzie co do czego, głosowanie znów będzie wyglądało 27:1.

A w grudniu skończą się księgowe sztuczki Morawieckiego i poznamy prawdę o tym cudownym „uszczelnianiu VAT”. I sondaże polecą. A w 2018 wybory samorządowe...

I znów przed prawicowym zamordyzmem uratuje nas indolencja prawicy, bo na opozycję tradycyjnie nie ma co liczyć.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28