Ekskursje w dyskursie
sobota, 08 września 2018
Notka o Biedroniu

Teksty z serii „co powinna zrobić lewica” wydają mi bezprzedmiotowe jak rozważania o taktyce mundialowej, kiedy jeszcze nie wiadomo nawet, kto przejdzie eliminacje. W tej metaforze są nimi nadchodzące wybory samorządowe.

To po nich zostaną rozdane karty gry o wybory parlamentarne w 2019, a dopiero jak je dostaniemy, nadejdzie czas na licytację i wista. Niedobrze, metafory w sąsiednich akapitach są jak grzyby w barszczu, muszę się odtąd ograniczać.

Jak będzie wyglądało głosowanie do sejmików i czy po przełożeniu na symulowane wybory do Sejmu, wyjdzie z nich samodzielna większość dla PiS? Czy PiS przejmie władzę w jakimkolwiek mieście wojewódzkim? Czy głosy na SLD i Razem rozłożą się raczej jak „6:2” czy „4:3”? Kto zajmie trzecie miejsce w Warszawie? Czy lewica w jakimkolwiek mieście obejmie władzę?

Dopóki nie znamy odpowiedzi, nie ma o czym mówić. A przecież poznamy za miesiąc.

Niezależnie od tych pytań, jedno tylko wiem na pewno. Nie podoba mi się pomysł „wspólnej listy całej opozycji”, którym ekscytuje się prawe skrzydło mojego bąbelka.

Gdyby jakimś cudem taka lista powstała, ja będę głosować na cokolwiek na lewo od niej. Już kiedyś głosowałem na tej zasadzie na Zielonych, którzy dostali coś koło 0,2%. No i super, i tak wolałem Erbel od HGW.

Nie przekonują mnie argumenty, że to potrzebne do obrony demokracji. Nie lekceważę autorytarnych zapędów PiS, ale sama struktura polskiego państwa utrudnia orbanizację.

Nie lubię ani Dudy, ani Morawieckiego, więc nie kibicuję żadnemu z nich podczas przepychanek typu „jak oni mi podłożyli świnię podczas mojego wyjazdu do Australii, to ja im się zemszczę wetem”. A raczej: kibicuję im obu, niech zadają sobie jak najsilniejsze ciosy.

Cieszy mnie sama ta przepychanka, bo to pozostaje ostatnie już z systemu zabezpieczenie z konstytucyjnego systemu „checks and balances”. Nawet jeśli ta sama partia wyhaczy prezydenta i premiera, sama natura obu stanowisk wbija klin między nich.

Duda prywatnie może sobie być większym zamordystą od Morawieckiego (pewnie zresztą jest), ale już parę razy ratował nas przed pomysłami typu zmiana ordynacji wyborczej. Nie z miłości do demokracji, we własnym interesie.

Nie wierzę więc w „polski faszyzm”, najwyżej w „drugą sanację”. Wtedy też nie było „jednego frontu opozycyjnego”, tylko centrolew i centropraw (Front Morges). I pojedyncze miasta rządzone przez socjalistów, jak Łódź, Radom czy Sosnowiec.

Z powyższymi zastrzeżeniami, przejdę do najbardziej palącego dziś pytania. Co z Biedroniem?

Może na niego kiedyś zagłosuję, może nie. Wydaje się naturalnym kandydatem na wybory prezydenckie 2020, ale po drodze będą jeszcze parlamentarne, które znów przemeblują scenę. Kto wie, co się z nich wyłoni.

A na kogo będę głosować w parlamentarnych, a wcześniej w eurowyborach? To zależy od tego, co będzie z partią Razem po wyborach samorządowych.

Jeśli zrobi jakiś Centrolew z Biedroniem, proszę bardzo. Jeśli Biedroń zrobi go z SLD, pomijając Razem, to nie bardzo. W wielki lewicowy obóz, łączący Biedronia, Razem i SLD, na razie nie wierzę, ale wybory samorządowe mogą tu dużo zmienić.

Prywatnie Biedroń budzi we mnie mniej entuzjazmu od Razem. Razem postrzegam jako partię „ludzi mniej więcej takich jak ja”, którzy mówią moim językiem, oglądają te same seriale, mogliby być moimi kolegami z pracy (czasem nawet są/byli).

Biedronia postrzegam jako kogoś z establishmentu, a to - jak wiecie - nie jest dla mnie komplement. Nie umiem go sobie wyobrazić jako kolegi z pracy, kogoś zajmującego równorzędne stanowisko. Za to bez trudu wyobrażam go sobie jako kogoś ważnego z korpowierchuszki, kto mi wydaje polecenia.

Domyślam się, że etykieta „partii wielkomiejskich korpoludków” prawdopodobnie szkodzi razemitom. Nie mam pojęcia. Nie znam się na marketingu, politycznym ani jakimkolwiek.

Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby 90% gospodyń domowych wybrało jakiś proszek do prania, albo na kogoś zagłosowało. Może image korpomenadżera to klucz do serc mitycznej klasy ludowej? Duda i Morawiecki też taki mają.

O rety, zwłaszcza Morawiecki! Wszyscy pracowaliśmy pod takim dżokejem powerpointa. Który się potem okazał klaunem excela, ale miało już nie być metafor.

W każdym razie, do mojego nie jest. Oczywiście, rozumiem, że korporacje potrzebują menedżerów, a polityka liderów. Więc nie wykluczam, że zagłosuję (zwłaszcza w jakiejś drugiej turze!), ale entuzjazmu z mojej strony raczej nie będzie.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dorota Wellman kontra roszczeniowa młodzież

Najważniejsze pytanie dla mojego pokolenia, zaraz po „jaki samochód?” oraz „gdzie w tym roku na wakacje?”, to dlaczego pokolenie milenialsów nie chce dołączyć do naszych protestów. Teraz w wyjątkowo zabawny sposób zadała je Dorota Wellman.

Wydaje mi się, że rozumiem oba pokolenia. Sprobuję więc jednym wytłumaczyć racje drugich.

Wydarzeniem definiującym różnice między nami (mną czy Dorotą Wellman) a milenialsami było ogarnięcie rynku pracy przez korporacje. W mediach to się dokonało mniej więcej między 1999 (wejście Agory na giełdę) a 2004 (debiut Faktu).

W innych branżach kluczowe daty są podobne. Bo w szerszej perspektywie to wszystko było kwestią wejścia do Unii.

Co za tym idzie, sytuacja kogoś zaczynającego pracę w 1995 i w 2005 była radykalnie odmienna. Różnica jest większa niż np. między 2008 a 2018.

Rówieśnicy moi czy Doroty Wellman zaczynali pracę w firmach, które dzisiaj nazywalibyśmy „turkusowymi”. Nie było sztywnej hierarchii, łatwo było awansować. W 1990 cała Polska była startupem.

Mieliśmy poczucie sprawczości. Czuliśmy, że możemy podążać za swoimi marzeniami, realizować swoje projekty. I wielu z nas się to udało.

Płacono nam grosze, ale płacono od samego początku. W wielu branżach siłą rozpędu jeszcze obowiązywały układy zbiorowe zawarte za PRL. Także w mediach.

Młodszy od nas kolega zaczynający pracę w 2008, zwykle lądował na bezpłatnym stażu. Potem go brali na śmieciówkę i obiecywali, że jesienią może się zwolni etat.

Z jesieni robi się wiosna, z niej następna jesień, a jednocześnie nie wiedzieć czemu (w korpo wszystko jest tajemnicą, z wyjątkiem komunikatów giełdowych!) te etaty się znajdowały dla innych.

Nasz młody człowiek tracił poczucie sprawczości. Umacniała to polska szkoła zarządzania upokorzeniem. „Na twoje miejsce mam pięciu chętnych”, „Jeszcze nie zdecydowałem, czy ci zapłacę za ten miesiąc”, „Nasza branża to mały świat, mogę załatwić, że nikt cię nie zatrudni” - to przecież polska korpoklasyka.

Na Zachodzie też mają korporacje, ale za sprawą różnych lubrykantów fisting niewidzialną ręką rynku jest mniej bolesny. Tam korporacje stosują motywacje pozytywne: jasna ścieżka rozwoju, opcje na akcje, różne perksy.

Ludzi się tam nie gnoi tak jak w Polsce. To stały punkt opowieści rodaków na saksach: że nie tylko pieniądze większe, ale i nareszcie nie czują się traktowani jak zesłaniec w kolonii karnej.

Na stronie „Wiesławiec deluxe” był żart o polskich ścieżkach rozwoju. Pracownik HR do aplikanta: „na początek straci pan zdolność odbioru dzieł kultury, a po pięciu latach już będzie się pan śmiać z kolegami, kiedy będziecie sobie przy wódce pokazywać na telefonach memy o piłkarzach”.

I nie mówię tutaj o pracownikach Amazona, mówię o korpoludkach z klasy średniej, siedzących w nowoczesnych biurowcach. Pracujących nawet w tej samej branży, co ja czy Wellman, tylko pechowo młodszych o 10-20 lat.

Jeśli kiedykolwiek odczuwali wolność, sprawczość, podmiotowość itd., to tylko w życiu prywatnym. Można ich więc zmobilizować hasłami typu „aborcja”, ale tych tematów opozycja unika, bo po co drażnić xiędza dobrodzieja.

Tekst Wellman brzmi dla milenialsów jak dalszy ciąg polskiej szkoły motywowania negatywnego. Oż wy, roszczeniowe nieroby, na co czekacie, aż wam Netflixa wyłączą? Ruchy, ruchy, PiS się sam nie obali!

Opozycja tak przemawia do społeczeństwa od lat. Dlatego zresztą dziś jest opozycją.

Komorowski zaprezentował się w kampanii jak toksyczny szef, który nawet się nie stara, żeby go lubiono. Zero uśmiechu, wieczny foch. „Mam pięciu wyborców na twoje miejsce!”.

Jak przekonać młodzież do naszych racji? Na dalszą metę potrzebujemy innego programu szkolnego, w którym zamiast wiedzy o społeczeństwie będzie wychowanie obywatelskie.

Na razie szkoła uczy demokracji tak, jak się uczy przekroju żaby, „kto kogo może odwołać”. A powinna wyrabiać postawę „jestem świadom swoich praw i umiem ich bronić (np. w sądzie)”. To się powinno z kolei wiązać ze zmianą rynku pracy, żeby te prawa szanował.

To oczywiście zadanie na lata. Na krótką metę mam taką propozycję - zwrócić się o pomoc do grup rekonstruktorskich, odtwarzających pojedynki rycerskie. Przydzielić każdemu opozycyjnemu politykowi, dziennikarzowi, celebrycie lub innemu autorytetowi rycerza w pełnym rynsztunku, żeby za każdym razem, gdy opozycjonista zacznie połajankę z serii „wy roszczeniowa hołoto...!”, rycerz walił go gumowym kurczakiem bez łeb.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018
Kim był Andrzej Lepper

W lewicowym bąbelku - burza o Leppera. Mam nadzieję, że ci, którzy chcą mu dorabiać pozytywną legendę, po prostu nie pamiętają faktów.

Ten legendarny Lepper, w odróżnieniu od prawdziwego, miał być przywódcą ludowym, który pochodził z samego ludu, a więc przez to „prawdziwym”. Podobno to on pierwszy wyartykułował gniew przeciwko neoliberalizmowi i za to go zmiażdżyli wrogowie.

Tyle legenda, teraz fakty. Z okazji pięcioletniej rocznicy śmierci, Jarosław Tomasiewicz napisał Lepperowi laurkę w „Nowym Obywatelu”. Trzymajmy się tego, co w tej laurce.

Według niej, Lepper został w 1978 kierownikiem PGR. Od 1980 miał własne gospodarstwo na 63 ha - tyle pisze Tomasiewicz.

Ja jeszcze dodam na podstawie innych źródeł, że miał 2 kombajny, 6 przyczep i 3 traktory. W 1990 powiększył areał o kolejne 50 ha.

Że ktoś nie umie mówić po polsku, to jeszcze nie czyni go przedstawicielem ludu. Dla mnie to biografia typowego Janusza biznesu.

Nawet trzymając się tylko tego, o czym pisał Tomasiewicz: Lepper już w latach 80. był bogatszy niż wówczas ja czy kogokolwiek z moich szanownych komcionautów lub naszych nie mniej szanownych przodków. Chciałbym być z takiego „ludu”!

Jeśli ktoś jest panem na 113 hektarach, nie jest już rolnikiem, jest obszarnikiem. Latyfundystą. Przecież nie potrzebował 6 traktorów po to, żeby samemu nimi jeździć.

W 1990 Lepper chcąc się przestawić na przemysłową produkcję mączki ziemniaczanej, bierze kredyt. Inwestycja była nietrafiona, kredyt był niespłacalny.

Normalny biznesmen w takiej sytuacji ogłasza upadłość - i albo rozkręca nowy biznes, albo w ogóle daje sobie spokój z biznesem. Ale Lepper w 1992 zamiast tego zakłada ugrupowanie, reprezentujące przedsiębiorców takich jak on. O swoje nietrafione inwestycje oskarżają Balcerowicza.

Trzeba nie pamiętać tamtych czasów, by uważać, że Lepper był jakimś pionierem w krytyce Balcerowicza. Protesty trwały od samego początku reform.

W 1990 wszyscy czynni politycy byli przeciw rządowi Mazowieckiego - z wyjątkiem tych, którzy sami byli w rządzie. Najgłośniejszym krytykiem rządu (i Balcerowicza) był Lech Wałęsa, który od tego zaczął swoją kampanię prezydencką.

W tamtych wyborach jedyny kandydat popierający Balcerowicza nie przeszedł do drugiej tury. Wybieraliśmy w niej między jednym przeciwnikiem Balcerowicza a drugim.

Lepper nie był też pierwszym przywódcą poszkodowanych rolników. Słynną blokadę drogi pod Mławą z czerwca 1990 organizowali Roman Bartoszcze, Gabriel Janowski i Jacek Soska.

Ten protest obrósł legendą „szarży transporterów opancerzonych”. Czy ludzi, którzy w to wierzą, nie zastanawia brak ofiar śmiertelnych?

Nic się nikomu nie stało, bo nie było żadnej szarży. Drogę odblokowano pokojowo, w wyniku negocjacji między policją a protestującymi, w nocy z 15 na 16 czerwca.

Czy policja powinna była mieć aż tyle uzbrojenia? Protestujący też nie byli całkiem niegroźni, mieli ze sobą kosy - niby tylko nawiązanie do historycznego rekwizytu, ale dla mnie to także dzisiaj byłoby uzasadnienie, żeby wezwać antyterrorystów.

Lepper pojawia się stosunkowo późno. I nie jako krytyk kapitalizmu.

Początkowo był po prostu nacjonalistą i antysemitą. Na wiecach z lat 1993-1998 mówił, że polska bieda bierze się z ucisku „wrogich Polakom nacji”, zazwyczaj wymieniał niemiecką i żydowską (polecam cytaty z jego wypowiedzi w prasie lokalnej z tamtego okresu).

Sam kapitalizm dla Leppera był OK, dopóki sam Lepper czerpał profity, wraz ze swoimi kolegami. Ich lista ciągle się zmieniała. Ten zarządca komisaryczny, którego jego banda pobiła w 1994, również był jego dawnym współpracownikiem. Lepper nie był w stanie z nikim współpracować na dłużej, dlatego nie zbudował żadnej trwałej struktury.

Za Millera był wicemarszałkiem Sejmu. Za Kaczyńskiego był wicepremierem. Mimo to nie zostawił po sobie żadnego dorobku, żadnej ustawy. Nie zapisał się literalnie niczym trwałym w polskiej polityce - w laurce Tomasiewicza brak konkretnych przykładów, bo ich nie ma.

Pośrednio pozytywny wpływ miał taki, że seksafera w Samoobronie uświadomiła ludziom, że linia obrony „skoro nie odeszła z pracy, to znaczy, że się na to wszystko zgadzała” nie chroni molestatorów. Jedyne, co dobrego Lepper zrobił dobrego dla społeczeństwa, to że w 2007 wreszcie wypadł z polityki (choć Kukiz przejął pałeczkę).


sobota, 28 lipca 2018
Czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny?

Gdyby jakiś pisowiec miał ochotę na kolejną notkę (tak z rozpędu), proponuję mu chwilę refleksji nad tytułowym pytaniem. W bonusie odpowiem, dlaczego w 1989 utrzymano ciągłość ustrojową z PRL, zamiast ogłosić powrót do konstytucji kwietniowej.

Rzecz w tym, że prawo reguluje wiele aspektów życia codziennego, o których często nie myślimy w kontekście „walka o sądy”. Stąd jeden z najgłupszych cytatów III RP, „niczego o mnie nie ma w konstytucji”.

My tu gadu-gadu, a ktoś tam gdzieś się komuś oświadcza. Równocześnie ktoś inny mówi „z nami koniec, chcę rozwodu”. Jeszcze inny wytargował korzystną cenę za używany samochód, a następny właśnie został zwolniony z pracy.

Wszystkich tych ludzi łączy jedno. Chcą podpisać jakiś dokument zgodnie z taką czy inną ustawą. Ogłoszenie przerwania ciągłości prawnej będzie dla nich dramatem.

Nie będzie wiadomo, na podstawie jakich przepisów mają związek małżeński zawiązać lub rozwiązać. Jak zarejestrować i wyrejestrować samochód. Jak wyliczyć odprawę należną zwalnianemu. I tak dalej.

Dlatego nawet w podczas rewolucji czy zamachu stanu, nowe władze rzadko ogłaszają całkowitą likwidację wszystkich instytucji ancien regime’u. Stąd fenomen „dziwnych praw” obowiązujących w różnych krajach od głębokiego średniowiecza. Przykłady państw, w których doknano radykalnego zerwania (Kambodża, Irak, Rosja) nie są specjalnie zachęcające.

Nie zrobiono tego nigdy w Polsce. III RP zachowała ciągłość prawną z PRL, PRL z II RP, II RP z zaborami. W 1918 również przecież nie ogłoszono przywrócenia I Rzeczpospolitej, tylko kontynuowano prawo państw zaborczych (jego ostatnie relikty zniesiono dopiero w PRL; np. Kodeks Napoleona formalnie obowiązywał na terenie dawnej kongresówki do 1946).

Dobrze to pokazuje historia Sądu Najwyższego. Powołano go w marionetkowym Królestwie Polskim, które w 1916 proklamowali Niemcy i Austriacy.

Zaborcy (mówiąc ściślej, wtedy już okupanci) nie dogadali się między sobą co do tego, kto ma być „królem” tego państewka. „Rządziła” nim więc Rada Regencyjna, która stworzyła kilka instytucji, działających do dziś. Wśród nich Sąd Najwyższy.

Pierwszym I prezesem SN był Stanisław Srzednicki, kandydat kompromisowy, bo mianowali go zaborcy zachodni, ale był najwyższym rangą polskim sędzią w zaborze rosyjskim. Po zdobyciu niepodległości Piłsudski mógł go wywalić (jako Naczelnik Państwa mógł teoretycznie wszystko). Ale nie zrobił tego.

Niepodległość niepodległością, ale ktoś się wtedy przecież na przykład wtedy kolejny rok procesował z sąsiadem o miedzę. Nie pokochałby wolnej Polski, gdyby ta mu całą sprawę zresetowała do zera.

Ostatnim I prezesem w niepodległej Polsce był Leon Supiński. Po wojnie komuniści chcieli zachować pozory ciągłości, wzięli go więc do swojego Sądu Najwyższego, tym razem jako II prezesa. Wkrótce wypchnęli go w stan spoczynku.

Pierwszym komunistycznym I Prezesem SN był Wacław Barcikowski (od 1945 do 1956). Był znanym przed wojną prokuratorem i adwokatem. Cóż, kolaboranci wśród elit się znajdą nawet za Stalina.

Ostatnim I Prezesem komunistycznego Sądu Najwyższego był prof. Adam Łopatka. Rada Państwa powołała go w 1987 na 5-letnią kadencję (teoretycznie do maja 1992).

Rząd Mazowieckiego  przeprowadził jednak w Sejmie ustawę, która skracała tę kadencję. W maju 1990 wyrzucono wszystkich 109 sędziów SN.

Dlaczego dziś to skandal, a wtedy nie? Bo w czasach PRL sędziowie nie byli nieusuwalni. Peerelowskich sędziów wyrzucono zgodnie z peerelowskim prawem. Dopiero ich następcy mieli być nieusuwalni (jak się okazało, tylko na 28 lat).

Wbrew temu, co dziś twierdzi kacza propaganda, sędziowie przeszli czystkę. Zaakceptowano tylko 22 z tych 109, przepadł sam prof. Łopatka. Jego następcą został prof. Adam Strzembosz, pierwszy I prezes SN w wolnej Polsce.

Jeśli ktoś uwierzył w „Michnikowszczyznę” Ziemkiewicza, to pewnie wydaje mu się, że „Gazeta Wyborcza” broniła peerelowskich sędziów. Przypominam, że Ziemkiewicz napisał tę książkę na podstawie tego, co mu się wydawało, że zapamiętał - a nie kwerendy w archiwach.

Polecam artykuł „Samo-sąd” z 30 maja 1990, w którym Wanda Falkowska opisywała tę czystkę i uzasadniała ją tym, że „niektóre uchwały SN były po prostu haniebne”, przytaczając m.in. przykład politycznego wyroku z 27 czerwca 1988.

Reasumując, czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny? W pewnym sensie tak. Ale w takim samym, w jakim w II RP był postzaborczy. A nawet mniejszym, bo w 1918 nie było czystki.

czwartek, 26 lipca 2018
Drodzy pisowcy (po wyroku)

Trochę czasu minęło, kiedy do Was pisałem. Zauważyłem, że piszę do was głównie w sprawie Waszych reform sądownictwa, bo sądy to nasz wspólny problem.

Nawet, jeśli ktoś przeżyje całe życie bez styczności z prawem karnym (czego sobie i wam życzę), to pozostaje prawo cywilne, rodzinne, gospodarcze itd. Te wszystkie hipoteki, spadki, weksle, sądy pracy, notariusze i komornicy.

To nie działa dobrze. Gazeta, w której pracuję, miała dużo tekstów krytykujących np. powolne procedury czy samowole komorników.

Gdy szukamy ostatnich rzeczy, które łączą nas, jako Polaków - wyborców PiS i wyborców anty-PiS - to jedną z nich właśnie jest strach, że jeśli pójdziemy z czymś do sądu, to ugrzęźniemy tam na wiele lat, choćby sprawa była ewidentna.

Na początku Waszych reform ostrzegałem, że nic nie wskazuje na to, że Ziobro, Jaki i Piotrowicz coś w tej materii poprawią. Użyłem metafory motoryzacyjnej, że polskie sądownictwo jest jak rozklekotany samochód.

PiS zamiast naprawiać, zmienia kierowcę. Od tego ten sztrucel szybciej nie pojedzie.

Minęło dwa i pół roku. Czy coś się poprawiło? Znacie kogoś, kto wielbi ministra Ziobrę, że dzięki jego znakomitym reformom wszystko teraz szybciej działa?

Pytam ze szczerej ciekawości. Chętnie bym taką relację usłyszał. Choć przypuszczam, że gdyby była choć jedna taka osoba w całej Polsce, już by o niej zrobili materiał w TVPiS.

Ostatni wyrok TSUE w sprawie odmowy ekstradycji Artura C. sprawił, że nasz problem tymczasem zrobił się jeszcze gorszy. Koło odpadło od naszego sztrucla.

Prawicowi blogerzy zbywają to żarcikiem, który prawdopodobnie jest „przekazem dnia”, bo pojawił się nagle w różnych miejscach. Że to dobra wiadomość, bo przestępcy będą się teraz przenosić z Polski do Irlandii, a więc u nas będzie bezpieczniej, ha ha.

Na ten wyrok powoływać się będą nie tylko dealerzy narkotyków - także przestępcy gospodarczy. Aferzyści od następnego Amber Gold po prostu kupią sobie pałace po czeskiej stronie Cieszyna i będą bezkarni.

Spójrzcie na to z punktu widzenia tego waszego „wstawania z kolan”. Do 2018 roku polskie sądy były w Unii Europejskiej równe niemieckim czy francuskim. Od wczoraj są oficjalnie uznane za sądy gorszego sortu.

To nie będzie się ograniczać tylko do ekstradycji przestępców. To dotknie także innych sądów - cywilnych, rodzinnych, gospodarczych.

Wyobraźcie sobie konflikt między przedsiębiorcą polskim a jego niemieckim konkurentem. Albo rozwód Polaka z Niemką i sprawę o opiekę nad dziećmi i podział majątku. Albo proces polskiego pracownika z niemieckim pracodawcą.

Zamiast „niemieckiego” mógłbym wstawić „czeskiego” czy „francuskiego”, ale Wy macie jakąś szczególną fiksację na punkcie Niemiec. Otóż w Niemczech nasze wyroki teraz też będą podważane, podobnie jak w Czechach czy Francji.

To o tyle zabawne, że jeszcze przed chwilą snuliście fantazje na temat karania obcokrajowców za mówienie „polskie obozy zagłady”. To zawsze było głupie, ale skoro od wczoraj polskie wyroki nie będą respektowane na drugim brzegu Odry, to teraz ta głupota powinna być oczywista nawet dla Was.

Nie zwracam się do Was jakoś szczególnie przymilnie, bo ani Was nie lubię, ani nie chcę, żebyście mnie polubili. Ale ten problem z sądami jest i Wasz, i nasz. Skoro już jest źle, to moglibyście chociaż nie pogarszać.

Ziobro, Jaki i Piotrowicz już kilka razy obiecywali, że wszystko raz-dwa załatwią, tylko trzeba pośpiesznie przepchnąć jakąś ustawę. I za każdym razem było tylko jeszcze gorzej. Chyba już nawet Wy nie wierzycie, że tym razem jakimś cudem wreszcie im się udało?

Ministra Rafalska też musiała pokonać wiele przeszkód, żeby wprowadzić 500+. Ale wprowadziła, zamiast przedstawiać kolejne wymówki. Za to ją szanuję.

Minister Grabarczyk musiał zmienić wiele aktów prawnych, żeby wreszcie ruszyła budowa autostrad. Ale zmienił. I ruszyła. Za to go szanuję.

Są politycy, którzy rozwiązują problemy. I są politycy, którzy wymyślają wymówki.

Wasza ekipa od sądów należy do trzeciej kategorii, wzmacniaczy problemów. Zastali sądownictwo w złym stanie, udało im się je pogorszyć. Ich jedynym sukcesem, póki co, jest poupychanie znajomych na różnych wysokopłatnych fuchach.

Powinniście coś z nimi zrobić. Co? A to już, dla odmiany, wyłącznie Wasz problem.

wtorek, 12 czerwca 2018
Razem ze Spiewakiem

Wreszcie będziemy mieć spór polityczny w naszym bąbelku. Na miejscu zaglądających tu pisowców już bym szykował popcorn! A osoby mające poglądy inne niż ja uprzedzam, by nie zniżały się do poziomu Tomasza Lisa oraz Soku z Buraka, bo wytnę i zabanuję.

Od początku zakładałem, że w wyborach na prezydenta Warszawy zagłosuję na Śpiewaka lub Zandberga. Gdyby startowali przeciw sobie, oczywiście wybrałbym Zandberga, ale z rozpaczą, bo to by oznaczało przekreślenie szansy na podiumowe, trzecie miejsce.

Już przynajmniej wiadomo tyle, że nie będą startować przeciw sobie, tylko w ramach porozumienia wszystkich akceptowalnych dla mnie opcji (Zieloni i Nowacka do nich należą).

Zatem jest szansa na trzecie miejsce. SLD może kogoś wystawi, może nie wystawi, mój przyjaciel Łajdefak Szudajgiwedamn obserwuje to z wielkim zainteresowaniem.

Część mojego bąbelka społecznego Śpiewaka otwarcie nienawidzi. Ja nie kibicuję mu tak ultrasowsko, jak partii Razem, ale wobec tego, na ile mniejszych zeł (złów?) już głosowałem, na ich tle Śpiewak jest więcej niż OK.

Zarzuty wobec Śpiewaka dotyczą głównie formy, a nie treści, więc zacznę od nich. „Źle mu z oczu patrzy” (sic), „nie budzi zaufania”, „zachowuje się jak wariat”, „niepotrzebnie zraża do siebie ludzi”.

Mam deja vu, bo tak samo mówiono 25 lat temu o Ikonowiczu. Zgodzimy się chyba co do tego, że historia przyznała mu rację w sprawie warszawskiej reprywatyzacji (moim zdaniem, także w kilku innych; ale trzymajmy się stolycy).

Miał rację walcząc w Sejmie o ustawę o wygaśnięciu roszczeń reprywatyzacyjnych. Miał rację walcząc z Blidą o ochronę lokatorów. Kiedy tę walkę przegrał, miał rację blokując eksmisje (zanim to się zrobiło mainstreamowe).

Otóż do tej walki zawsze potrzeba było kogoś, kto zachowuje się trochę jak wariat. To walka z potężnym przeciwnikiem, którego stać na najlepszych prawników. Ba, kwiat palestry okazał się umoczony w warszawskie przekręty i miał materialne zainteresowanie w zachowaniu status quo.

Śpiewak ma u mnie ogromny szacunek za to, że się tych ludzi nie bał. Wytoczyli mu kilkadziesiąt procesów, wygrywa jeden po drugim (acz nie zawsze w pierwszej instancji).

Doświadczenie życiowe mówi mi, że te dwie zalety nie idą w parze - odwaga by robić takie rzeczy i temperament doskonale poukładanego krawaciarza.

Wybaczam mu więc wszystko, co się sprowadza do formy. A zaliczam tu także i to, że kiedy Kukiz ogłosił swoje poparcie, Śpiewak bąknął grzecznościowe frazesy w podziękowaniu, co sokizburaka rozdmuchują do „ogłoszenia współpracy”.

Taki idealny kandydat moich marzeń, z których identyfikowałbym się stuprocentowo, odpowiedziałby oczywiście Kukizowi, żeby ten się wypchał ze swoim poparciem. Idealni kandydaci moich marzeń mają jednak problem z wyjściem z 3%.

Tyle o formie. A co z meritum? Zapraszam do stawiania w komciach merytorycznych zarzutów Śpiewakowi (ale przypominam, że twitter Lisa to nie jest dka mnie wiarygodne źródło).

Zazwyczaj spotykam się z takim, że pokłócił się ze stowarzyszeniem „Miasto Jest Nasze”, które sam zakładał, co dowodzi jego niedoświadczenia i konfliktowości. To jest poważny zarzut, ale jeśli w ogóle ma się spełnić marzenie o przełamaniu duopolu PO-PiS (a marzę o tym bardzo), musimy dopuszczać do polityki ludzi nowych, ergo niedoświadczonych. W Razem też przecież są głównie tacy.

Drugi znany mi zarzut jest taki, że w swojej kampanii przeciw mafii reprywatyzacyjnej rzuca oskarżeniami pochopnie, na przykład sugerując, że ktoś mógł być umoczony w jakiś przekręt tylko dlatego, że jego podpis figuruje pod dokumentem kluczowym dla owego przekrętu.

To typowa linia obrony warszawskiego establishmentu - „to nie ja, to moi współphacownicy”. Nie przekonuje mnie.

Nawet jeśli w jakiejś sprawie winy (w sensie prawnokarnym) nie ponosi Ważny Dyrektor, tylko mniej ważny wicedyrektor, w dodatku jeszcze pochodzący z poprzedniego rozdania stołków, to pozostaje kwestia odpowiedzialności moralnej i politycznej. Szychy z ratusza powinny się posypywać popiołem za to, że to wszystko się działo na ich wachcie - a nie zasypywać Śpiewaka procesami.

Współpraca Razem ze Śpiewakiem bardzo mnie więc cieszy, a obecność Zielonych i Nowackiej traktuję jako dodatkowy bonus. Mam wrażenie, że to najbardziej przeszkadza tym komentatorom, którzy lansują suchara „razem jak zwykle osobno”. Ich zadowoliłoby chyba tylko samorozwiązanie lewicy i jej przekształcenie w Klub Sympatyków Platformy Obywatelskiej im. Jana Pawła Balcerowicza.

wtorek, 05 czerwca 2018
Zdrada elit 4 czerwca

Podmiot liryczny piosenki „Jolka, Jolka” gnając do tytułowej bohaterki, „żebrał wciąż o benzynę”. Co oznacza to zdanie? Że podmiot liryczny nie miał kasy, i dlatego zaczepiał obcych, żeby wyżebrać parę dych na paliwo?

Kasę miał, skoro wystarczało na „czarodziejkę gorzałkę”. Ale w tamtych czasach stacja paliw witała klienta zazwyczaj napisem „paliwa brak”. To logiczne, kawiarnia witała napisem „brak kawy”, piwiarnia napisem „brak piwa”, a sklep mięsny oczywiście napisem „mięsa brak”.

Nie, to nie jest Bareja. To jest (ówczesna) rzeczywistość. Komedie Barei dodawały do tego karykaturalne wyolbrzymienie, w rodzaju listy „tych klientów nie obsługujemy”.

Komunizm zmuszał nas nie do żebrania o pieniądze, tylko o zezwolenie na wydanie tych, które mieliśmy w portfelu. Bo na tych stacjach paliwo oczywiście było, w postaci obowiązkowej rezerwy, gdyby zatankować miała straż pożarna albo pogotowie.

Rzecz jasna, w praktyce pracownicy stacji sprzedawali na boku. A kierowca z pogotowia też miał specjalny kanisterek (robiłem wtedy prawo jazdy, regularnie jeździłem ze swoim instruktorem na stację, gdzie ten uskuteczniał podwójne tankowanie).

To żebranie z „Jolka Jolka” wyglądało więc mniej więcej tak:  „kierowniku, jest taka sprawa...” /  „nic nie mam, nic nie mogę, zarobiony jestem”. / [okazanie łapówki] / „znajdzie się dziesięć litrów”.

Przez ostatnie kilkanaście lat  PRL, wszystko w tym ustroju funkcjonowało teoretycznie. Tego często nie rozumieją młodzi ludzie, którzy to sobie wyobrażają, że była sprawnie działająca infrastruktura (pociągi, szpitale, przedszkola), ale przyszedł Balcerowicz i polikwidował.

Biada temu, kto PRL-owską fikcję wziął za dobrą monetę i na przykład uwierzył, że skoro według oficjalnego rozkładu jakiś pociąg jeździ od punktu A do punktu B. W praktyce to wyglądało tak, że pociąg owszem, jeździ, ale dwa razy w tygodniu. Albo że pekaes jest jeden dziennie. I tak stoisz na tym przystanku i stoisz, w końcu z godzinnym opóźnieniem pekaes się pojawia... i pędzi sobie dalej, nie zwracając uwagi na twoje rozpaczliwe machanie.

Nawet jeśli miałeś własny telefon (szczęściarzu!), to nie znaczyło, że się połączysz z Żoliborza z Mokotowem. Bywały tygodnie, gdy to po prostu nie było możliwe (o ironio, międzynarodowe zwykle działały).

Obecny ustrój jest jaki jest, ale przynajmniej jest przewidywalny. Na stacji benzynowej będzie benzyna (za droga, itd.). W mięsnym będzie mięso (ale nie z Kobe). W kawiarni będzie kawa (acz niekoniecznie z mlekiem migdałowym). W piwiarni będzie piwo („jak to nie ma kraftowego?”). Pociągi jeżdżą zgodnie z rozkładem (acz w Pendolino nadal brak WiFi).

Niech będzie, że zgodnie z najnowszą linią propagandową TVPiS to, co nastąpiło 4 czerwca 1989, to nie jest żaden upadek komunizmu, tylko „zdrada elit”. You can call it Susan if it makes you happy. Nazwijmy to choćby i „superdzyndzlem”.

Dzięki Superdzyndzlowi żyje się lepiej. Wszystkim. Tak, także tym, którzy wtedy stracili pracę.

Kto wtedy stracił pracę, dziś ma ok. 70 lat, a więc korzysta z ułatwień dla niepełnosprawnych. Wtedy nie było literalnie żadnych.

Rozumiem rozżalenie ludzi, którym tamten ustrój zmarnował kilkadziesiąt lat życia. Mi zmarnował tylko 20, to jeszcze da się przeżyć. Jak komuś zmarnował 40, to ten ktoś łaknie zemsty do dzisiaj.

W 1989 dzięki Superdzyndzlowi dostaliśmy chleb, a nawet chrupiące bułeczki. Ale nie dostaliśmy igrzysk w postaci wielkiej zemsty na ludziach dawnego reżimu.

Nie zależy mi, bo historia pokazuje, że takie zemsty są rzadkością. W historii Francji to na tyle często rotowało, że bez trudu znajdziemy człowieka, który zaliczył za życia dwa cesarstwa, dwie monarchie i ze trzy republiki.

Poza rzadkimi wyjątkami, nie było wtedy wielkiej zemsty, tylko po prostu elita monarchiczna stawała się nagle elitą republikańską. Albo z powrotem, jak było trzeba

Czy to znaczy, że w roku 1848 nie upadła monarchia lipcowa? Śmiała teza!

Ale niech wam będzie, drodzy kaczyści, że to był taki francuski superdzyndzel. Le sjupehzęzel.

A jak ta zemsta w końcu ma miejsce, efekty są rozczarowujące. Hasło „powiesić Ceausescu” pierwsi zaczną skandować właśnie funkcjonariusze reżimu Ceausescu i to oni obejmą władzę.

4 czerwca 1989 nie przenieśliśmy się do raju na ziemi. Ale zamiast czekać 20 lat na mieszkanie, spłacamy przez 20 lat kredyt, mieszkając jednak na swoim.

Znam jedno i drugie. Kolosalna różnica! Dlatego jest co świętować w rocznicę Superdzyndzla (czy tam zdrady elit, czy co tam chcecie).

środa, 16 maja 2018
Podatki i rozdawnictwo

Mam nadzieję, że w gronie osób zaglądających na tego bloga jest ktoś, do kogo powinienem skierować następujący postulat. Otóż brakuje mi razemowego odpowiednika grupy/fanpejdża „jak będzie w”, na którym omawiano by te prawdziwie alizarynowe rozwiązania wprowadzane przez premiera Zandberga i prezydentkę Zawiszę.

Jako podatnik zarabiający ponadprzeciętnie (ale bez większego bogactwa) sam nie wiem, jak bardzo powinienem się bać razemowych podatków. Z ichniego kalkulatora mi wyszło, że mi trochę podniosą, ale... ale i tak dla mnie najważniejsze jest liczenie kosztów.

Bo jeśli „ma być tak jak w Danii”, to mój odpowiednik w Danii może sobie wrzucić w koszty mnóstwo rzeczy, których nie może sobie wrzucać polski dziennikarz. To element schizofrenicznej polityki naszych władz - żadna nie chciała się przyznać, że podnosi podatki, więc podnosiła je bez podnoszenia (zamrażając progi, obcinając możliwości odliczeń itd.).

Mam nadzieję, że w razemtopii wprowadzona będzie porządna progresja, ale za to będzie też skandynawska swoboda w kwestii odliczania samochodu i kosztów reprezentacyjnych. To bym nawet wolał od tego nieszczęsnego 50% KUP - wolałbym wygenerować sobie te koszty podróżami, które bym przedstawił (w zasadzie zgodne z prawdą) jako risercz i koszty reprezentacyjne.

Ale to dygresja. Bo tak naprawdę chciałem pisać o nowym podatku „solidarnościowym”.
Rząd nie chce go nazwać podatkiem - bo nadal jest więźniem tej samej schizofrenii „niepodnoszenia”. Ale to oczywiście jest podatek, w dodatku skonstruowany tak ciekawie, że nareszcie znosi podatkową de facto liniowość.

Rządom PO zabrakło odwagi, by otwarcie wprowadzić podatek liniowy, ale szczątkową progresję łatwo obejść. Interesujące, że pisowski projekt to ignoruje - obowiązuje od miliona przychodów niezależnie od ich źródła, obejmie także te, które są opodatkowane liniową stawką.

W ten sposób rządy PiS będą mieć dwie historyczne zasługi, przełamania dwóch wielkich tabu. Pierwsze tabu, że „rozdawnictwo” jest be i musi doprowadzić do katastrofy, już upadło - razem z 500+.

Ja bym oczywiście dużo zmienił przy tym programie. Przede wszystkim przywróciłbym pisowską obietnicę, że „na każde dziecko”. I mam nadzieję, że jakaś przyszła partia to zrobi (może Razem?).

To był jednak śmiały krok w słusznym kierunku. Bodaj po raz pierwszy mamy świadczenie socjalne, które przysługuje obywatelowi tak po prostu - a nie zasiłek czy renta, które wymagają spełnienia szczególnych warunków i jakaś komisja oceni, czy się należy czy nie.

Tak powinno wyglądać państwo opiekuńcze. Dostajesz coś bez względu na to, czy jesteś bogaty czy nie (bo takie różnicowanie prowadzi do stygmatyzowania beneficjentów - a u nas ciągle np. „budownictwo komunalne” ma oznaczać „budownictwo dla biedoty”; to bez sensu).

Nie możemy nawet zacząć budowania modelu nordyckiego bez przełamania tabu „rozdawnictwa” - i chwała Pisowi, że to zrobił. A drugie tabu to właśnie progresja podatkowa.

„Nie wolno karać ludzi za pracowitość”, „nie należy zazdrościć bogaczom” i moje ulubione „nie wolno dzielić ludzi” - słyszymy to w kółko od 1989. Musimy z tym skończyć, żeby budować model nordycki.

W Polsce Kowalskiemu żyje się źle, bo Kowalski płaci podatki za wysokie, a Kulczykowie za niskie. Kowalskiemu trzeba obniżyć, a Kulczykom podnieść. It’s that simple.

Przy całej mojej niechęci do PiS, muszę im to przyznać, że zrobili pierwszy krok w tym kierunku. I tak jak w przypadku 500+, ja bym to zmienił, ale na zasadzie „więcej tego samego” (czyli: cztery procent to dla mnie za mało, milion to dla mnie za wysoki próg, itd).

I tak jak szanuję Platformę za autostrady i modernizację infrastruktury (nazwijmy to umownie) betonowo-światłowodowej, tak doceniam pierwszy krok w stronę budowy infrastruktury społecznej. Żeby teraz tylko ktoś zrobił następny - i niech to będzie choćby Schetyna (ale serio, czy ktoś tego po nim oczekuje?).

poniedziałek, 07 maja 2018
Marksowi na urodziny

Dwusetna rocznica urodzin Marksa po raz kolejny pokazała, jakim jesteśmy intelektualnym zaściankiem. Dobry rocznicowy tekst napisał nawet The Economist (nawiasem mówiąc, jako najlepsze krótkie wprowadzenie do Marksa polecają tam książkę Isaiah Berlina, którą na polski przełożył Jors Truli), a u nas dominowały fejkowe cytaty o holocauście.

W paru miejscach fejsbuka widziałem mniej więcej tę samą ewolucję. Najpierw delikwent jest Głęboko Przekonany, że istnieją jakieś cytaty z Marksa, w których ten nawołuje do wymordowania kogoś.

Wobec braku takowych, delikwent przechodzi na wariant drugi. Że może i nie nawoływał do mordowania, ale skoro są cytaty mówiące o konieczności rewolucji, to propagował przemoc, a więc nie zasługuje na pomnik.

To jest rozumowanie o tyle bezsensowne, że pomniki znakomitej większości dziewiętnastowiecznych bohaterów są pomnikami ludzi propagujących przemoc w takim samym znaczeniu, w jakim propagował ją Marks. Dowolny banknot dolarowy ma na sobie portret kogoś, kto propagował przemoc.

Na maturze z polskiego co rok analizujemy wielkie polskie dzieło, którego autor/bohater propagował przemoc. W tym roku była „Lalka” - przypominam, że Rzecki był „bonapartystą”! A co propagowali taki Mickiewicz czy inny Żeromski...

Czy Marks był socjaldemokratą w dzisiejszym znaczeniu? Oczywiście nie. Nikt wtedy nie był nikim w dzisiejszym znaczeniu (ówcześni torysi byliby zdumieni dzisiejszymi).

Natomiast można zaryzykować tezę, że bez Marksa socjaldemokracji w ogóle by nie było. Pierwsi socjaldemokraci byli zwolennikami Marksa.

Czasami wiernymi do granic dogmatyzmu (Liebknecht), czasami nie (Lassalle), ale ich przeciwstawianie nie ma sensu. Lassalle osobiście proponował Marksowi w 1862 stanięcie na czele założonej przez niego ADAV (pierwszej partii proto-socjaldemokratycznej). Marks odmówił, bo bardziej interesowała go wtedy Międzynarodówka.

Jak wyglądałby alternatywny świat bez Marksa? Załóżmy, że ten gdzieś w 1842 roku by zginął, albo wybrał jakąś zupełnie inną ścieżkę kariery. Nikt nie napisał „Kapitału” ani „Manifestu komunistycznego”, nikt nie założył Międzynarodówki.

W takim świecie nie pojawia się pojęcie „socjaldemokracji”. Może zamiast tego byłoby jakieś inne słowo, ale wątpię. Lewica rozwijałaby się znacznie wolniej, wolniej rozwijałby się też ruch związkowy.

Ciężko odpowiedzieć na pytanie „jaki jest najstarszy związek zawodowy”, bo wyłaniają się płynnie z cechów, gildii i organizacji braterskiej samopomocy. Nowością w latach 1860. było uświadomienie znaczenia konfliktu klasowego.

To ówcześnie związkowcy zawdzięczali Marksowi.. Przedtem na wyzysk w miejscu pracy często nakładał się konflikt etniczny.

Proletariusz często miał uczucie, że wyzysk bierze się z tego, że jego pracodawca ma inne pochodzenie etniczne (np. w Ameryce wczesny proletariat przemysłowy rekrutował się z irlandzkich i polskich emigrantów). Do dzisiaj zresztą można usłyszeć bałamutny argument, że gdyby tylko więcej było polskich przedsiębiorstw, polscy pracownicy byliby lepiej traktowani (jakby rzeczywiście los kasjerki w Almie czy Marcpolu był lepszy niż w Lidlu czy Biedronce).

Marks w „Kapitale” pokazał, że wyzysk jest wpisany w samą naturę kapitalizmu. Nieważne, czy pracujesz dla firmy niemieckiej czy polskiej, ta firma będzie dążyć do tego, żeby płacić ci jak najmniej.

Jeśli w firmie pojawi się nadwyżka - pójdzie na dywidendy i premię dla zarządu. Sami z siebie nic ci nie dadzą.

Dziś to w miarę oczywiste nawet dla nie-marksistów, ale w 1848 większość ludzi tak nie rozumowała. Ówczesne rewolucje miały zazwyczaj dwa główne cele - narodowowyzwoleńczy i demokratyczny (powszechne prawo głosu).

Znakomita większość przegrała, bo nawet jeśli gdzieś udało się to powszechne prawo głosu wywalczyć, to ludzie w powszechnych wyborach wybierali dyktatora. Który robił swój „18 brumaire’a”, jak we Francji.

Co byłoby w świecie bez Marksa? Ano właśnie, bonapartyzm, czyli nadzieja, że jakiś dyktator rozwiąże problem biedy i wyzysku. Współczesny populizm (np. pisowski, erdoganowski czy orbanowski) to kontynuacja takiego myślenia.

W rewolucjach 1848 Marks i Engels byli na radykalnym skrzydle obozu demokratycznego. Byli za demokracją - ale taką socjal. Bo demokracja czysto burżuazyjna, olewająca kwestię socjalną, będzie tworem krótkotrwałym, jak francuska II republika.

Współcześni liberałowie zapomnieli o tej lekcji. Dlatego właśnie dzisiejsza demokracja przeżywa kryzys. I dlatego The Economist nawołuje do czytania Marksa dziś.

piątek, 16 marca 2018
Drodzy pisowcy (2018)

Ja znów tylko do części z Was - tej części, która nie wierzy ślepo rządowej propagandzie. W tej samej sprawie co w zeszłym roku: sądów.

Z nasłuchów propagandy wnioskuję, że na razie kwestię decyzji irlandzkiego sądu rozgrywa w tradycyjny sposób, skupiając się na osobie sędzi. Aileen Donnelly z irlandzkiego Sądu Najwyższego dołączyła tym samym do coraz dłuższej listy Europejek i Europejczyków, którzy nie rozumieją reform ministra Ziobro.

Zazwyczaj idzie za tym atak personalny pod adresem konkretnego sędziego, europosła czy unijnego komisarza. Że lesbijka. Że alkoholik. Że dostał mało głosów. Że w jego kraju są jeszcze większe afery i niech się nimi najpierw zajmie (itd.).

Przypuszczam, że część z Was do jakiegoś momentu wierzyła tej propagandzie. W grudniu 2017 było widać u niektórych szczerą nadzieję, że Morawiecki to świetny kandydat na premiera, bo zna angielski i on im to wreszcie wytłumaczy ich językiem.

No ale ta najinteligentniejsza część z Was, do których kieruję ten list, już musi widzieć, że to nie działa. Jedynym skutkiem takich ataków jest to, że lista wrogów „dobrej zmiany” poszerza się np. o całe stowarzyszenie sędziów Irlandii.

Nie chcę w tej chwili wnikać w to, jak bardzo polskie sądy potrzebują (lub nie potrzebują) pilnych reform. Mi też się nie wszystkie wyroki podobają (acz rozsądek mówi mi, że wszystkie wyroki podobałyby mi się tylko gdybym był dyktatorem).

Zupełnie niezależnie od tego - musicie chyba widzieć, że Polska ma problem. Jest wysoce prawdopodobne, że w innych krajach Europy i Ameryki będą teraz zapadać podobne wyroki.

To nasz wspólny problem, bo to czyni z Polski raj dla przestępców. Wystarczy, że uciekną do USA albo do Unii (a prawopodobnie wystarczy też, że się odwołają do Strasburga) i tamtejszy sąd uzna ich linię obrony, że w Polsce nie mogą liczyć na uczciwy proces.

Polska kontrargumentacja, że „słuchajcie, przecież wiadomo, że to handlarz narkotyków, wydajcie go nam”, nie zadziała. Cywilizowane sądy nie wydają wyroków na zasadzie „przecież wiadomo”. Tak to Tusk próbował wojować ze Staruchem, też bez powodzenia.

Personalne ataki nie pomogą. Nawet jeśli rządowi propagandyści ogłoszą, że źródłem problemu jest lesbijska alkoholiczka, która powinna się zająć korupcją w swoim kraju, problem nie zrobi się od tego mniejszy (raczej zrobi się większy, bo taka postawa polskich władz i rządowych mediów nie służy budowaniu dobrego obrazu Polski na Zachodzie).

Źródło problemu jest bardzo proste i już Wam o tym pisałem. Nie ja jeden, rzecz jasna. W każdym razie, parę mądrych osób przewidziało, że to się tak skończy, a wy nie chcieliście wierzyć, bo wam propaganda wmówiła, że wystarczy, że Morawiecki to im wyjaśni po angielsku i styknie. Czas wyciągnąć wnioski.

Otóż niezależnie od języka, w każdym cywilizowanym kraju wygląda to tak samo. Sędzia musi być niezależny i od władzy, i od prokuratury.

W Stanach wystarczy wskazać, że przysięgłych coś łączy z prokuratorem (choćby pokrewieństwo) i już odpadają ze składu. Tak, wiem, nie jesteśmy w Stanach, nie mamy przysięgłych, ale zasada jest ta sama.

Nie może być tak, że Ziobro przejmuje ręczne sterowanie prokuraturą i jednocześnie wybiera KRS. Samo wskazanie związków nowych członków KRS z Ziobrą wystarczy, żeby dla zachodnich sędziów wyroki polskich sądów stały się świstkiem papieru.

Rząd zazwyczaj tłumaczy się tak, że „wiele rozwiązań wprowadzanych w Polsce co do sposobu wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa z powodzeniem od lat funkcjonuje w krajach Europy Zachodniej” (dosłowny cytat z wywiadu wiceministra Warchoła dla prorządowego serwisu wpotylice.pl).

Nikt nie przeczy temu, że „wiele”. Istotna jest kombinacja wszystkich elementów.

W żadnym cywilizowanym kraju nie może być tak, że rządzące ugrupowanie arbitralnie posyła sędziów na emeryturę i zastępuje ich swoimi nominatami. W żadnym nie może być tak, że ten sam facet rządzi prokuraturą, a jego współpracownicy sądami. W żadnym nie może być tak, że parlament sam sobie wybiera trybunał oceniający konstytucyjność jego działań.

Nawet jeśli w jakimś kraju mamy wręczanie nominacji przez ministra, to okazuje się, że wybiera ich ktoś inny. Albo że są dożywotnio nieodwoływalni - itd.

To się może wam nie podobać, drodzy pisowcy, ale USA i Unia po prostu uznają tylko takie sądownictwo. I choćby wasze argumenty swoją przepiękną angielszczyzną wyrecytował im Stephen Fry, nie przekonacie ich.

Wpakowaliście Polskę w poważne tarapaty. Co zamierzacie z tym zrobić?

piątek, 02 marca 2018
Czytajcie Gdulę!

Polecam „Nowy autorytaryzm” PT Komcionautom nawet nie dlatego, że to dobra książka per se, tylko dlatego, że wypada mieć na jej temat zdanie. A ja mam dodatkowo ten problem, że od dawna w kilku kwestiach mówię to samo, co Gdula - więc PT Komcionautów będę prosił o skorygowanie nieuchronnego w takich sytuacjach błędu poznawczego (confirmation bias).

Zacznę od czepialstwa. Książka to pojęcie na wyrost, tu nie ma nawet 100 stron. Rzekłbym - broszura. A i tak dwa rozdziały są zrecyklowane z wcześniejszych publikacji.

Nadawanie temu numeru ISBN po prostu obraża moje uczucia religijne jako zawodowego stukacza w literki. Ale też rozumiem, że Gdula zawodowo publikuje co innego, gdzie indziej.

To, co napisałem powyżej, jest szalenie drobnomieszczańskie. I co za tym idzie, płynnie przejdę już do zgadzania się z Gdulą.

Nie da się czytać mojego bloga bez zauważenia, że „od zawsze” uważam siebie za przedstawiciela średniej klasy średniej. W praktyce nie pamiętam od kiedy, chyba od połowy lat 90., bo dużo wtedy czytałem Orwella, a to jeden z klasyków tego tematu.

Z licznych kometarzy na swoim blogu pamiętam, że jeszcze jakieś 10 lat temu wielu ludzi nie rozumiało tego pojęcia. Interpretowano je jako „ludzie o średnich zarobkach” albo pytano o dochodowe widełki.

Teraz tego jakby mniej. Wydaje mi się, że większość moich PT komcionautów oswoiła się przede wszystkim z tym, że podział klasowy nie pokrywa się z kwantylami dochodowymi („niższa klasa średnia” zarabia mniej od „arystokracji robotniczej” i to nie jest zjawisko nowe czy nietypowe).

Gdula zdaje się również prowadzić coś w rodzaju publicystycznej kampanii uświadomiania klasie średniej, że nią jest. Szydzi (trafnie) z naiwnego, dżinsowego egalitaryzmu, że skoro wszyscy chodzimy w takich samych dżinsach, to nie ma między nami większych różnic.

Fundamentem polskiego konserwatywnego neoliberalizmu było wmawianie klasie średniej (przez wiele lat zdumiewająco skuteczne), że stanowi jedność z klasą wyższą. Niektórzy publicyści do dziś posługują się dychotomią „beneficjenci transformacji” / „osoby wykluczone ekonomicznie”.

Zawsze zwalczałem tę dychotomię. Świadczy o tym kilkanaście lat archiwów wpisów na tym blogu. Beneficjentów i poszkodowanych transformacją znajdziemy na każdym piętrze drabiny społecznej.

W notce „Sprzysiężenie Katyliny” z 2016 pisałem, że historycznie ustrojom republikańskim najlepiej robił sojusz klasy średniej z niższą przeciwko klasie wyższej - a pojawienie się sojuszu wyższej z średnią lub wyższej z niższą oznaczało koniec republiki.

Ładnie to można pokazać na przykładzie braci Grakhów i upadku republiki rzymskiej, ale także upadku republiki weimarskiej (gdy zmęczone chaosem niemieckie drobnomieszczańswo zaczęło popierać kamarylę Hindenburga, a w konsekwencji Hitlera) czy francuskiej II Republiki (którą wykończył najpierw antyproletariacki sojusz wyższej z średnią z czerwca 1848, a potem odwrócenie tego sojuszu w 18 brumaire’a Ludwika Napoleona).

Diagnoza Gduli - jeśli dobrze ją streszczam - pokrywa się z moją (a więc dlatego obawiam się confirmation bias). Ta dychotomia od początku była kłamstwem i ostatni kryzys demokracji bierze się z tego, że nagle znaczna część społeczeństwa przestała wierzyć w oficjalny, mainstreamowy opis społeczeństwa.

Z jednej strony mamy wkurzoną klasę średnią („skoro jesteśmy beneficjentami transformacji, to gdzie te beneficja?”). Z drugiej klasę ludową, zręcznie podszczuwaną na na klasę średnią („patrzcie: to elity!”), przez prawdziwe elity.

Droga wyjścia z glątwy prowadzi przez rozbudzanie w klasie średniej świadomości klasowej (tak rozumiem propozycję Gduli). Interesujące, że w portalowej dyskusji na temat jego artykułów o Miastku, większość polityków zdaje się akceptować ten postulat (od Zandberga po Lubnauer, wszyscy już mówią językiem trójpodziału).

Jest jeden wyjątek: pisowskiego Śniadka. Bo faktycznie, teraz już tylko PiS dalej jedzie tym kłamstwem. Zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy propagandyści bronią szastających służbowymi kartami kredytowymi ministrów... przed „atakami elit”.

Ale jeśli zabrać PiS-owi to kłamstwo, co im zostanie? Nic, poza przyznaniem, że od początku chodziło im tylko o „teraz, k..., my!”. Może więc tutaj widać jakiś malutki promyczek nadziei?


poniedziałek, 12 lutego 2018
Polacy i Żydzi

Część osób z mojego bąbelka wyraziło interesujące zastrzeżenie wobec listu otwartego „Do przyjaciół Żydów”. W skrócie, że mimo zacnych intencji, buduje on opozycję „oni-Żydzi i my-Polacy”.

Zaryzykuję przedstawienie kilkuset lat historii polsko-żydowskiej w blogonotkowym skrócie (apelując do komcionautów o peer review). Nie jestem historykiem, ale dużo czytałem o historii Żydów we Lwowie, więc się podzielę z tym, co wyczytałem.

Najpierw cofamy się do ostatnich lat I Rzeczpospolitej. Jak w całej Europie, obowiązywały w niej feudalna koncepcja prawa stanowego.

Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszyscy obywatele rodzą się wolni i równi wobec prawa. To dziedzictwo wielkiej rewolucji francuskiej.

Feudalizm był mozaiką najrozmaitszych przywilejów, określających, komu wolno służyć w wojsku, studiować, uprawiać ziemię rolną, zeznawać w sądzie, posiadać nieruchomości, kandydować do rady miejskiej. Żydom zazwyczaj nie było wolno nic z powyższej listy.

Słowo „przywilej” jest tu mylące. W feudalizmie określał narzędzie zniewolenia, jak przywilej „de non tolerandis Judaeis”, który obowiązywał w wielu polskich miastach.

Kodeks Napoleona w 1804 dawał Żydom pełnię praw. Na polskie ziemie ta rewolucyjna idea dotarła razem z armią cesarza, ale tutaj przyjmowano ją z oporami.

W zaborze pruskim odpowiednikiem tego aktu była bismarckowska konstytucja zjednoczonego cesarstwa (1871). W austriackim - stopniowa przemiana z monarchii absolutnej w konstytucyjną (1861-1918). W rosyjskim brak odpowiednika.

Sprawę dodatkowo komplikuje to, że zabory były dodatkowo podzielone np. na „Królestwo Polskie” i „Rosję właściwą”. Sytuacja Żydów zazwyczaj więc inaczej wyglądała nawet w ramach pojedynczego zaboru.

Jeszcze więc dziadkowie Stanisława Lema żyli w czasach, w których nie wolno im było mieszkać poza gettem, zatrudniać chrześcijan ani zeznawać w sądzie. Zapewne formalnie żyli w konkubinacie, bo do 29 listopada 1859 galicyjscy Żydzi nie mogli zawierać ważnych prawnie związków małżeńskich.

Te ograniczenia stopniowo znoszono w latach 1860., zachowując jednak np. numerus clausus w samorządzie. Poszerzaniu praw żydowskiej ludności Lwowa regularnie towarzyszyły zamieszki, z demolowaniem żydowskich sklepów, biciem ludzi zgarniętych z ulicy, itd. Artur Eisenbach (z którego książki zaczerpnąłem przytaczane tu daty) pocieszająco pisze, że w Krakowie było jeszcze gorzej, bo Lwów miał opinię najbardziej postępowego miasta Galicji.

I to już są czasy, które pamietał ojciec pisarza, Samuel Lem. Zapewne dlatego tak się cieszył z narodzin II Rzeczpospolitej: nareszcie państwo, które daje wszystkim równe prawa!

„Jesteśmy wreszcie we wspólnym domu...” - tę obietnicę polscy Żydzi słyszeliu trzykrotnie. W 1918, w 1945 i w 1989.

Obietnica II Rzeczpospolitej okazała się fałszywa w latach 30., kiedy sanacja zrobiła zwrot w prawo i otworzyła na antysemitów. Stąd we Lwowie pogrom z 1932 i getto ławkowe z 1935 (oraz numerus clausus, a docelowo numerus nullus dla studentów żydowskich).

Obietnica PRL została cofnięta w 1968. Obietnica III RP skończyła się na naszych oczach.

W kwestii praw obywatelskich jestem - tak jak Karol Marks - liberałem. Dla mnie też więc „Polacy” w pierwszej kolejności oznaczają „ogół polskich obywateli”.

Ale uważam, że nie możemy być ślepi na to, że pewnej grupie przez pokolenia odmawiano podstawowych praw. Trzykrotnie im je dano, żeby po 20-30 latach je znów odebrać.

Powiedzieć „jesteśmy wszyscy Polakami”, to jak powiedzieć w Los Angeles „wszyscy jesteśmy Amerykanami”. Technicznie to prawda, ale nie oddaje całej złożoności problemu.

Te ograniczenia prawne są kluczem do zrozumienia specyficznej sytuacji polskich Żydów w XIX wieku. Dlaczego uprawiali takie zawody, a nie inne; dlaczego parali się lichwą; dlaczego ich elity były tak dobrze zorganizowane.

Odpowiedzi: bo innych zawodów uprawiać nie mogli; bo nie mieli innych możliwości inwestowania; bo wysłanie dziecka na studia było dla żydowskiej rodziny czymś bardziej skomplikowanym, niż dla polskiej.

Zanim zagoiły się blizny po krzywdach feudalno-zaborowych, nadeszły kolejne - odebranie obywatelstwa (i majątków) przez Stalina i Hitlera, a potem przez PRL. Przez te 230 lat na „Żydów” i „Polaków” dzielili nas głównie zaborcy i okupanci, ale skutki odczuwamy do dziś.

Dlatego tytuł tego apelu wydaje mi się jednak adekwatny.

wtorek, 02 stycznia 2018
Leninizm i neoliberalizm

Nowy rok zacznę od omówienia książki, którą polecam już na serio, bez beki. To „How Bad Writing Destroyed the World” Adama Weinera (z podtytułem „Ayn Rand and the Literary Origins of the Financial Crisis”).

Weiner odtwarza literackie korzenie dwóch strasznych wynalazków XX stulecia: leninizmu i neoliberalizmu. Pokazuje, że sięgają tej samej książki: „Co robić?” Nikołaja Czernyszewskiego (1863).

Jednym z bohaterów jest niejaki Rachmetow, rewolucjonista żyjący nie tylko w ascezie, ale wręcz w masochistycznym samoudręczeniu. Żeby zahartować ciało, sypia na deskach nabitych gwoździami, aż zalewa pokój krwią (ku rozpaczy gospodyni, która musi to sprzątać - co rewolucjoniście najwyraźniej zwisa).

Rachmetow z ukrycia manipuluje życiem erotycznym swoich znajomych. Pozoruje samobójstwo Łopuchowa, żeby Wiera Pawłowna mogła wreszcie pójść do łóżka z Kirsanowem i zacząć nowe, lepsze życie w polizwiązkowej komunie, której przyświeca ideologia „racjonalnego egoizmu”.

Komuna świetnie prosperuje, bo jej uczestnicy założyli spółdzielnię. Spółdzielnia egoistów? Tak! Nie ma w niej sprzeczności między interesem jednostki a interesem kolektywu, wszyscy się racjonalnie przykładają do pracy, w wolnych chwilach uprawiając wolną miłość.

Naiwne i źle napisane, ale przeszło do historii za sprawą Rachmetowa. To dwulicowy, podstępny kłamca, ale działa bezinteresownie, a jego kłamstwa przybliżają nadejście lepszego świata (co Wierze Pawłownej tłumaczą w kolejnych snach alegoryczne bóstwa). Powieść więc jednoznacznie pochwala jego postawę.

W jednym ze snów Wiera Pawłowna widzi Przyszłość. Dzięki ludziom takim jak Rachmetow ludzkość żyje w sprawiedliwym społeczeństwie, które osiągnęło dobrobyt dzięki upowszechnieniu nowego rodzaju metalu.

Na Zachodzie Marks radził zakładanie masowych, demokratycznych organizacji. W Rosji to nie działało. Rosjanom spodobała się więc porada Czernyszewskiego: „bądź jak Rachmetow”!

Znajdź garstkę wyznawców, zorganizuj ich w kolektywie. Okłamuj ich, wykorzystuj, w ostateczności zabij któregoś dla postrachu. Bóstwa ze snów Wiery Pawłownej cię rozgrzeszą.

Oni będą Kręgiem Wewnętrznym twojej organizacji. I niech każdy zrekrutuje pięciu kolejnych, a oni kolejnych - i tak dalej.

Sergiej Nieczajew rozwinął receptę Czernyszewskiego w „Katechizmie rewolucjonisty”. To dzieła obłąkanego sadystycznego biurokraty, w którym z przedziwnymi detalami opisywał, które grupy społeczeństwa chce zamordować, które zastraszyć, a które tylko zmanipulować.

Nieczajew zniszczył życie wszystkim, którzy mu zaufali (jak Bakunin czy Wiera Zasulicz, która miała być jego Wierą Pawłowną). Ta w końcu straciła wiarę w Nieczajewa, ale nie w Czernyszewskiego i w 1881 nawiązała korespondencję z Marksem, w której wydusiła z niego deklarację, że jego recepty dla Europy Zachodniej nie muszą się sprawdzać w Rosji.

Ten dokument był później dla bolszewików podkładką do tezy, że nie przeinaczyli całkiem Marksa, tylko go twórczo zmodyfikowali. Lenin więcej jednak zaczerpnął z Czernyszewskiego niż z Marksa i swój programowy manifest z 1901 zatytułował tak samo - „Co robić?”.

Nie nazwał w nim siebie „komunistą” - przypominam, że tym słowem bolszewicy zaczęli się posługiwać dopiero w 1917. Uważał siebie wtedy za prawdziwego socjaldemokratę i potępiał tak zwany „trade-unionizm”; czyli coś, co dzisiaj raczej kojarzymy ze słowem „socjaldemokracja”.

Miłośniczką Czernyszewskiego była także urodzona w Rosji Ayn Rand. „Atlas Zbuntowany” ma wiele elementów zaczerpniętych z „Co robić”.

Filozofia „obiektywizmu” przypomina filozofię „racjonalnego egoizmu”. Manipulujący z ukrycia John Galt przypomina Rachmetowa. Hank Rearden wynalazł nowy metal, jak ze snu Wiery Pawłownej.

A na wzór Wiery - także i Dagny żyje w polizwiązku. Ayn Rand dzieliła z Czernyszewskim niewiarę w małżeństwo.

Choć od 1929 miała męża, w połowie lat 50. nawiązała romans z Nathanielem Brandenem (również żonatym). Branden założył instytut krzewienia obiektywizmu, który nazwał skromnie Nathaniel Branden Institute. Zgromadzili grono wyznawców, zwane Kolektywem.

W połowie lat 60. Nathaniel Branden egoistycznie i obiektywistycznie zaczął romansować ze znacznie młodszą modelką, Patrecią Scott. To był koniec Kolektywu oraz Instytutu Nathaniela Brandena. Ayn Rand zdążyła jeszcze skłonić wyznawców do podpisania listu, potępiającego niewiernego kochanka za „zdradę ideałów obiektywizmu”.

Jakim cudem właściwie czyjkiolwiek romans z miałby być sprzeczny z filozofią nieskrępowanej wolności? Cóż, jeśli ktoś wytrwał w Kolektywie do 1968 to dlatego, że nie zadawał przywódczyni takich pytań.

Wśród sygnatariuszy był Alan Greenspan, twórca ekonomicznej polityki Reagana, obu Bushów, Clintona i pośrednio Obamy. Człowiek, który ponosi personalną odpowiedzialność za kryzys 2008 i za to, że wszelkie korzyści z postępu technicznego ostatnich trzech dekad odnoszą tylko najbogatsi.

Leninizm tym się różnił od marksizmu, że był socjalizmem, w którym 90% ma żyć w łagrowo-kołchozowej niewoli, a 10% cieszyć się względnym moskiewskim dobrobytem. Neoliberalny kapitalizm tym samym się różnił od kapitalizmu z czasów Eisenhowera.

Łączy je zaczerpnięta z Czernyszewskiego pogarda wobec owych 90%, które mają być zastraszone i zniewolone. Pasożyty, pijawki, grabieżcy, bumelanci, brakoroby - można by zrobić trudny quiz, czy coś jest cytatem z propagandy stalinowskiej czy obiektywistycznej

Dla polskiego czytelnika książka Weinera jest o tyle ciekawa, że tłumaczy łatwość przeorientowania na neoliberalizm PRL-owskich ekonomistów, tych wszystkich działaczy PZPR i pracowników Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu.

Po prostu wcale nie była to dla nich aż tak duża zmiana. Jak nienawidzili „trade-unionizmu” w poprzenim wcieleniu, tak nienawidzili go dalej, z trochę tylko innych pozycji.

I nawet ta quasi-religijna wiara w trickle-down economy, że bogactwo elit Kiedyś W Końcu Zacznie Skapywać, nie jest aż taka odległa od wiary, że kiedyś Wreszcie Zbudują Komunizm. Jedno i drugie to sny Wiery Pawłownej.

środa, 27 grudnia 2017
Musimy pogadać o Unii

Drodzy pisowcy, musimy pogadać o Unii. Metaforycznie, rzecz jasna - proszę tego nie traktować jako zaproszenia do komentowania.

Dwa lata temu zgadzaliście się z nami przynajmniej co do jednego, że miejsce w Unii jest polską racją stanu. Bagatelizowaliście zagrożenia, bo wierzyliście, że nie uruchomią artykułu 7.

Wierzyliście też wtedy, że zespół Macierewicza wyjaśni „zamach” smoleński, że komisja sejmowa znajdzie dowody na udział PO w aferze Amber Gold, że PiS będzie budować autostrady szybciej i taniej. Ale to dygresja.

Groźba unijnych sankcji jest coraz bardziej realna. Nawet stosunkowo łagodne sankcje wywołają recesję, po której Polski nie będzie już stać na 500+.

Nie wiem, na ile to wina Twittera i Youtube’a, ale debata w Polsce sprowadza się dziś do głupkowatej pyskówk. Tzw. „naszej” strony też to niestety dotyczy, więc proszę sobie odpuścić komentarze typu „a Hołdys z Giertychem”.

Znam wasze riposty, bo was podglądam w internecie. Ale jestem ciekaw, na ile tak naprawdę wierzycie, że pisowska reforma sądownictwa jest zgodna z rozwiązaniami przyjętymi na Zachodzie.

Jeśli ilustrujecie to jakimiś przykładami, to bezwstydnie zmanipulowanymi. Piszecie, że w Ameryce prezydent mianuje sędziów sądu najwyższego (i pomijacie, że nie może ich odwołać).

Piszecie, że gdzie indziej sędziów powołują ministrowie sprawiedliwości krajów związkowych - i pomijacie, że to jest kilkunastu facetów z różnych partii.

Unii i komisji weneckiej nie chodzi o techniczne detale, tylko o uniknięcie sytuacji, w której rząd może karać sędziów albo wywierać na nich naciski. W demokracjach zazwyczaj unika się tego tak, że partia rządząca koegzystuje z sędziami mianowanymi w większości przez kogoś innego.

Niezawisłość sędziowska sama z siebie nie jest gwarantem sprawnego działania. To jasne! Wasze twitterowe kontrargumenty to polemika z tezą, której nikt nie głosi („a ten wyrok był taki niesprawiedliwy”, etc).

Chodzi po prostu o to, że każde demokratyczne państwo musi mieć (a) jakąś formę sądownictwa konstytucyjnego, niezależnego od władzy wykonawczej i ustawodawczej, (b) sędziów nieodwoływalnych przez partię rządzącą. Nie wnikajmy, dlaczego tak jest i czy to dobrze; ale chyba dociera do was to, że warunki (a) i (b) po prostu są wymagane.

PiS najpierw złamał (a), potem (b). Nie będzie mieć w tej sprawie sojuszników w gronie państw demokratycznych (najwyżej w Rosji czy w Chinach).

„Orban zawetuje”? Nie wierzę, że sami w to wierzycie.

Nawet jeśli wam to powtórzą na pasku w TVP INFO, wyrecutują na jutubie wszyscy wasi idole - Max Kolonko, Grzegorz Braun, Jerzy Zięba Ukryte Terapie, a potem zretweetują Gmyz i Ziemkiewicz, chyba i tak będziecie w to wątpić. I słusznie.

Orban to sojusznik obrotowy. Popiera tego, kto mu da więcej. Wszystko jedno, w jakiej walucie - ruble, dolary, jeny, euro. Kaczyński nie jest mu w stanie zaproponować tyle peelenów, żeby przelicytować ofertę Brukseli.

Orban to mistrz gry w „ja ci ustąpię w tej sprawie, jak ty mnie poprzesz w tamtej”. Jest patologiczną, ale jednak logiczną konsekwencją recepty na jednoczenie Europy, sformułowanej przez jednego z ojców założycieli, Jeana Monneta: „drobne posunięcia, wokół których zjednoczą się grupy interesu”.

A skoro mowa o założycielach: często piszecie, że „przewracają się w grobach, bo chodziło im tylko o wspólnotę gospodarczą”. To nieprawda.

Spośród ojców założycieli, o federacji („Stanach Zjednoczonych Europy”) otwarcie mówili Robert Schuman, Paul-Henri Spaak, Jean Monnet, Altiero Spinelli i Winston Churchill. Pewnie jest tego więcej, ale o tych wiem to na pewno.

Może wy znacie jakieś deklaracje innych ojców założycieli, zarzekających się, że odrzucają federację. No to dawajcie przykłady (to jedyny rodzaj waszych komentarzy, jakie byłyby tu mile widziane).

Myślę, że nie dacie. Jak ktoś wierzy w „Ukryte Terapie”, w Turbosłowiańskie Imperium Lechickie, w szczepionki wywołujące autyzm i kontrolowane wyburzenie WTC, przeważnie wierzy też w PiS. Wy po prostu bezrefleksyjnie powielacie brednie z internetu.

Tak, wiem, w KOD też są tacy. Cóż, mam o nich podobną opinię. Bo tu nie chodzi o to, kogo bardziej lubię, tylko o to, że przez was Unia nam obetnie dofinans. A wy od dwóch lat dajecie się oszukiwać, że nie ma takiego ryzyka.

Może w imperium lechickim. Bo w realnym świecie niestety jest.

niedziela, 10 grudnia 2017
Dekaczyzacja ruszyła

Niewiele wiadomości ucieszyło mnie tak bardzo, jak dekonstrukcja rządu. Żałosna nieudolność opozycji sprawia, że w tej chwili jedynym politykiem, mogącym obalić rządy Jarosława Kaczyńskiego jest Jarosław Kaczyński.

Wygląda na to, że właśnie zaczął. Dawno nie czułem takiego Chichrenfreude podczas czytania prawicowej blogosfery. Są zrozpaczeni, zdezorientowani, sfrustrowani.

Mają teraz pod jednym względem gorzej niż my. Nie rozumieją, za jakie grzechy to na nich spadło.

My przynajmniej tyle wiemy - cierpimy, bo przegraliśmy wybory. W dużym stopniu na własną prośbę.

Od dwóch lat przeżywamy tę porażkę i przynajmniej częściowo ją przepracowaliśmy. Niektorzy nawet zaczęli wyciągać z niej jakieś wnioski.

Ale oni od dwóch lat celebrują triumf. Przerzucają się dobrymi wynikami gospodarczymi, sukcesem 500+, fenomenalnymi sondażami.

I teraz nagle upokorzono premier, którą kojarzyli z tymi osiągnięciami. Dlaczego? Za co? Po co?

Moja odpowiedź jest taka, że Kaczyński nie rozumie ludzkich uczuć. Umie nimi manipulować - nie odmawiam mu tego, to niewątpliwie pieruńsko sktuteczny polityk. Ale sam po prostu nie ma tej śrubki w mózgu, żeby odczuwać cokolwiek poza nienawiścią, zemstą i pogardą.

Co za tym idzie, Kaczyński nie rozumie uczuć swoich wyborców. Dla niego Duda i Szydło byli jednorazowym trickiem socjotechnicznym.

Kaczyński rozumiał, że nawet jego własny elektorat za nim nie przepada. To normalne w polskiej polityce, głosowałem na Komorowskiego przecież nie z sympatii.

W odróżnieniu od Komorowskiego, Kaczyński wyciągnął z tego wnioski. Zastosował klasyczny chwyt judo, „ustąpić aby zwyciężyć”, żeby pan hrabia z całym impetem wykopyrtnął się o własną dwururkę.

Tym chwytem było odejście w cień, żeby w kampanii wysunąć dwójkę figurantów, debiutujących w pierwszej lidze. Gdyby przegrali - cała wina spadnie na nich, tak jak na tego pociesznego Kandydata Technicznego Na Różne Stanowiska. A gdyby wygrali, to się będzie nimi sterować z tylnego siedzenia.

I prawie wszystko poszło zgodnie z planem, ale jedno go zaskoczyło. Jego wyborcy autentycznie polubili tych figurantów. W rankingach popularności i zaufania Szydło i Duda wypadają lepiej od weteranów polityki.

Mogę to zrozumieć. Polska polityka to z jakiegoś powodu domena ludzi aroganckich i antypatycznych (nie wiem, jak to działa - czy zaczynają normalni, a potem się schetynizują, czy raczej od początku panuje selekcja promująca brudzinoidy).

O ile sam bym nigdy na Dudę czy Szydło nie zagłosował, to mniej więcej rozumiem, co w nich widzą ich zwolennicy. Widzą swojskość i przysiadalność.

Duda jest jak ten kumpel ze studiów, który nie był największym bystrzakiem na roku, ale go lubiłeś. Zawsze potrafił rozluźnić atmosferę, zawsze miał gdzieś skitrane pół litra.

Więc teraz się nawet ucieszysz, jak go spotkasz na ulicy. „Cześć Andrzej, co u ciebie?” „A no słuchaj, taka patatajnia, że prezydentem mnie zrobili. Uwierzyłbyś? MNIE? Wpadnij kiedyś, pojeździmy sobie limuzyną na kogucie. To lepsza inba niż wtedy, co sp...laliśmy przez balkon, pamiętasz”?

A Szydło jest jak ta ciocia Becia, co to nawet lubisz do niej jeździć w gości, bo karkówkę robi taką, że palce lizać. I dla wegetarian coś naszykuje: a to kurczaczka, a to cielęcinkę.

Są po prostu sympatyczni na pierwszy rzut oka. Niby nic - a o kim z opozycji można to powiedzieć? Dlatego rosną im słupki poparcia i zaufania.

Kaczyński, jak wiadomo, nie toleruje w swoim otoczeniu rywali. Nawet czysto potencjalnych (a może: zwłaszcza takich).

Dudzie aż do wyborów nic nie może zrobić, więc na razie wyżył swoją złość na Szydło. Gdyby chodziło tylko o rekonstrukcję rządu, zrobiliby to szybko i bez dyskusji. Ale Kaczyński chciał ją dodatkowo przeczołgać.

I co dalej? Na razie nic. Zwolennicy PiS nie przerzucą przecież swoich preferencji na opozycję. Ale Morawieckiego już nie polubią, oj nie polubią.

Drodzy pisowcy, czy wy wiecie, jakie to uczucie, chodzić na opozycyjne demonstracje i słuchać przemówień tzw. liderów opozycji? I się zastanawiać, „co mnie właściwie łączy z tymi ludźmi”?

Jeszcze nie wiecie, ale zaraz się dowiecie, na najbliższym spontanicznym wiecu poparcia dla Grupy Santander. To jest, przepraszam, ekipy Morawieckiego. Chłe chłe chłe!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28