Ekskursje w dyskursie
niedziela, 08 stycznia 2017
Rączka w rączkach

Rok temu napisałem blogonotkę, w której wyjaśniałem, dlaczego chodzę na (niektóre) demonstracje KOD. Nie dlatego, że namówił mnie do tego jakiś „charyzmatyczny lider” - ale dlatego, że sprawa wydaje mi się ważna, POMIMO mojej niechęci do pompowanych przez media „liderów”.

Media tak pompowały i pompowały („przerywamy rozmowę z Ryszardem Petru, żeby nadać oświadczenie Mateusza Kijowskiego”), aż się pompa zepsuła. I zostały z urwaną rączką w rączkach.

Bez względu na intencje mediów - to od początku był głupi pomysł. „Lidera opozycji” nie może wyznaczać areopag publicystów w poranku TOK FM.

Takowy mógłby się wyłonić organicznie, oddolnie, w demokratycznym procesie. Próba sztucznego przyśpieszenia tego procesu skończy się wykreowaniem człowieka-wydmuszki - jak na załączonym obrazku.

Głównym problemem liberalnej demokracji w Polsce od początku jest niedemokratyczny liberalizm. Polski liberał jest wprawdzie gotów za demokrację oddać co najmniej życie, ale w praktyce jej nie lubi.

W wyborach głosuje wszak przypadkowe, niedojrzałe społeczeństwo. Które niekoniecznie chce głosować na Autorytety. Strach pomyśleć, może wybierze nawet jakiegoś Populistycznego Roszczeniowca?

Ryngraf dla Pinocheta będzie po wsze czasy hańbić Tomasza Wołka i Miśka Kamińskiego. Ale to nie był wtedy odosobniony epizod. Pinocheta jako światłego dyktatora, który może i stosował ostre metody, ale przynajmniej także prywatyzował i deregulował, wielbiło wtedy wielu - Cezary Michalski, Marek Jurek, Jan Wróbel, Grzegorz Górny.

Część tych ludzi dziś jest za PiS, część za PO. Ale to był wspólny problem PO-PiSu (który prywatnie od początku odrzucam jako taki).
Podstawowym aksjomatem demokratycznego państwa jest to, że stanowi wspólnotę, którą obywatele powołują w swoim interesie. „We the People, in Order to establish Justice, domestic Tranquility, common defence, general Welfare, and Blessings of Liberty, do establish this Constitution”.

Preambułę konstytucji USA trochę tu skróciłem, ale nawet bez tych skrótów jest jednoznaczna w swojej wymowie. W odróżnieniu od polskiej preambuły - „my, polska klasa polityczna, działająca w interesie jawnych lobbystów, oraz czerpiąca dochody z innych źródeł...”.

To nie jest problem, który zaczął się dopiero za rządów PiS. Od kiedy Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie wygrał w 1989 wybory, by po kilku miesiącach przestać być Komitetem Obywatelskim, a także porzucić zwycięski program wyborczy (w którym nie było nic o planie Balcerowicza, przeciwnie, jego wczesną wersję wprowadzał rząd Rakowskiego, jako plan Wilczka-Sekuły) - nie wiemy, komu i do czego służy nasze państwo.

Gdyby zebrać wypowiedzi tuzów polskiej publicystyki - także tych, którzy teraz stoją „murem za Mateuszem” - wyszłaby mniej więcej taka wersja. Państwo nie powinno służyć społeczeństwu, bo to populizm. Tyle wiemy.

Komu? To już zagadka. Do czego. Też nie wiadomo. Wiadomo tylko czego ma nie robić.

Otóż w szczególności, ma nie edukować, nie budować, nie opiekować się, nie przewozić, nie doręczać i nie leczyć. Bo to wszystko lepiej zrobi Niewidzialna Ręka Rynku.

Państwo powinno być tanie. I zatrudniać możliwie jak najmniej urzędników. Słyszeliśmy to wiele razy, prawda? Z TVN, z TOK FM, z „Gazety Wyborczej”, z Polskiego Radia, z TVP (gdy te dwa ostatnie były w rękach Autorytetów).

To dzisiejsi przeciwnicy Kaczyńskiego sprawili, że propaganda PiS jest taka skuteczna. Bo jaki jest logiczny wniosek z wizji „państwa minimum”?

Najtańsze państwo to takie, w którym Naczelnik wszystko trzyma za mordę. Te równowagi władz, samorządy, niezawisłe sądownictwa, autonomiczne uniwersytety - są przede wszystkim kosztowne.

Ludzie nowej władzy są popychadłami Kaczyńskiego. Śmiejemy się z nich, skandując „marionetka” na widok Dudy, Szydło, czy Kuchcińskiego. Słusznie, bo to są marionetki.

Ale to się właśnie podoba zwolennikom „dobrej zmiany”. Nie chcą przy władzy dobrze opłacanych, niezależnych fachowców, bo wtłoczono im do głowy ideał taniego państwa, które ma przede wszystkim „nie przeszkadzać”.

Minął rok, a opozycja nadal nie ma społeczeństwu do przedstawienia żadnej oferty, poza „żeby było jak dawniej”. To dlatego PiS-owi ani drgnie w sondażach.

Moja porada jest w gruncie rzeczy banalna. Szukajcie takiej oferty, a nie kolejnego „charyzmatycznego lidera”.

wtorek, 20 grudnia 2016
Waaadzaa

Z czasów późnego dzieciństwa pamiętam jakieś spotkanie Mieczysława Rakowskiego z publicznością, podczas którego wyjątkowo nieustępliwie odrzucał wszystkie propozycje liberalizacji PRL. Każdą interpretował jako próbę obalenia władzy.

Jacek Fedorowicz zażartował wtedy (głosem kolegi Kierownika), że gdyby ktoś zaproponował otwarcie okna na sali, Rakowski by ripostował tak samo: „ooooknooo? to znaczy, że wy chcecie waaadzyyy, bo kto ma dostęp do powietrza, ten ma waaadzę”.

Na podobnej zasadzie działa rząd PiS. Nie ma mowy o jakimkolwiek ustępstwie w czymkolwiek.

Stadniny koni? Likwidacja gimnazjów? Wyrąb puszczy? Dyscyplinarne zwalnianie za działalność związkową? Dostęp dziennikarzy do Sejmu?

W każdej z tych spraw PiS idzie na noże, nie dopuszczając do dyskusji, nie zgadzając się nawet na ustępstwa czysto robocze czy techniczne.

„Zgłaszam wniosek o otwarcie okna...” „Ty postkomunistyczny obrońco ubeków, precz z oknami, precz z komuną” - przecież Sejm już zaczął działać jak w skeczu Fedorowicza. Prezes zamknął, marionetki nie odważą się otworzyć - chyba że prezes nakaże otwarcie, to marionetki się w wyścigu porozbijają o parapet.

Czy wszystkie te konflikty były PiS-owi potrzebne? Czy rzeczywiście partia i jej prezes są tak nieomylni, że przez cały ten rok żadna ich decyzja nie wymagała najdrobniejszej poprawki?

Nie wierzę, że wyborcy PiS w to wierzą. Rozumiem ich motywację typu „500+”. Ba, nawet rozumiem motywację tych, którzy uwierzyli, że PiS sprowadzi wrak tupolewa i odkryje jakieś nowe fakty, ukrywane za poprzedniej władzy (BTW: nie sprowadzili i nie odkryli; nie sprowadzą i nie odkryją, rozumiem wstępny błąd, ale nie uporczywe trwanie w nim).

Ale nie wierzę w analogiczną determinację elektoratu PiS do niszczenia stadnin i gimnazjów. Nie wierzę też, że łyka dogmat o nieomylności prezesa. No kurna, to jednak nie papież!

Propaganda to wszystko uzasadnia mniej więcej w ten sam sposób - „że Platforma też tak robiła”. Taki wychodzi rano przekaz dnia i potem nagle ten sam komentarz wpisują wszyscy prorządowi internauci, powielają go także politycy i rządowi publicyści.

Nawet gdyby tak było, to brzmi to równie słabo, jak obrona poprzedniego reżimu w wydaniu Mieczysława F. Rakowskiego. To na tym ma polegać dobra zmiana, że nie ma zmiany?

Przeważnie to jednak nieprawda. Zwalnianie związkowców w radiu usprawiedliwiane jest, że za Platformy też zwalniano w radiu - tak jakby zmiana na wysokim stanowisku kierowniczym była równoważna dyscyplinarnemu zwolnieniu za działalność związkowa!

Wielkim błędem Platformy było dokładnie co innego. „Nie zrobiliśmy czystki”, tak HGW broniła tego, że w jej ratuszu pracowali nieuczciwi ludzie, mianowani przez Kaczyńskiego. No to szkoda, że jej nie zrobiliście, czym tu się chwalić?

Za Platformy propisowscy dziennikarze, jak Agnieszka Romaszewska czy Jan Pospieszalski, mieli się w mediach publicznych jak pączki w maśle. Dzisiaj to niemożliwe, żeby dziennikarz choćby neutralny (nie mówiąc już o jawnie opozycyjnym!) stał na czele anteny czy miał autorski program.

Niepotrzebnie Platforma tak długo (do 2009) trzymała Mariusza Kamińskiego na czele CBA. Niepotrzebnie tolerowała Andrzeja Seremeta, którego przecież wybrał i nominował Lech Kaczyński. Tusk z każdym się próbował dogadać, każdego próbował pozyskać - i to się musiało skończyć tak, że na każdym kroku kopano pod nim dołki.

Właśnie ta niezdolność PiS do jakiegokolwiek kompromisu sprawia, że fałszywe są też wysuwane czasem w „przekazach dnia” uzasadnienia typu „tak jest też w innych krajach”. Że w innych krajach też nie ma Trybunału Konstutycujnego, a w ogóle też są ograniczenia w wejściu do Sejmu.

W innych krajach nie ma też PiS. A wszystko, co ta partia robi od kiedy objęła władzę sugeruje, że PiS będzie ograniczenia dla mediów traktować tak jak stadninę koni czy Instytut Książki, jako środek promowania lojalnych i niszczenia niepokornych. Przepustki dostaną Radio Maryja, Gazeta Polska i kompatybilne.

Cała nadzieja w tym, że prezes w końcu otworzy o jeden front za dużo. Rebellions are built on hope.

piątek, 09 grudnia 2016
Czy Dania nas ocali?

Weterani bloga z pewnością znają moją słabość do książek naszpikowanych skrótami typu SACEUR, AMRAAM albo HAHO. W Londynie będąc, z radością strzeliłem więc sobie w księgarni książkę generała Shirreffa „War with Russia”, opisującą prawdopodobny przebieg konfliktu NATO/Rosja, który Shirreff umieścił w połowie 2017 roku (w książce pisanej na początku 2016).

Shireff u szczytu swojej kariery dochrapał się szczebla DSACEUR, czyli teoretycznie wie o czym pisze. Pisze jednak słabo, książka składa się w większości z dialogów przypominających kwestie Sir Basila Exposition z „Austina Powersa” - jeden bohater coś długo i rozwlekle tłumaczy drugiemu.

Te tłumaczenia też bywają chwilami wątpliwe. Pod koniec na przykład doradca ds bezpieczeństwa tłumaczy brytyjskiemu premierowi, na czym polega atak DDoS.

W jego wyjaśnieniu widać pomieszanie trzech pojęć („botnet”, „buffer overflow” i DDoS). Doradca wyobraża sobie DDoS tak, że trzeba mieć Specjalnego Robala, ten robal się błyskawicznie rozchodzi po sieci i ją paraliżuje, wywołując „buffer overflow”, od którego padają serwery.

Wygląda mi to na tekst kogoś, kto coś o tym próbował przeczytać (zapewne hasło w wikipedii) i niewiele zrozumiał, ale na użytek powieści skomponował z tego monolog. Generał nie może się znać na wszystkim, mam więc nadzieję, że lepiej się zna na desancie typu HAHO.

Książka już jest trochę nieaktualna. Shirreff pisał ją jeszcze kiedy Hillary Clinton nie miała z kim przegrać.

Ameryką w tej powieści rządzi więc pierwsza w dziejach kobieta-prezydent, Lynn Turner Dillon. Wielką Brytanią z kolei konserwatywny premier Oliver Little. Rosją zaś prezydent, do którego współpracownicy zwracają się per „Vladimir Vladimirovich”.

Scenariusz wojny wygląda mniej więcej tak. Wiosną zachodni świat jest w rozgardiaszu - w Ameryce prezydent Dillon dopiero się zaczyna instalować w Białym Domu, w Europie Zachodniej każdy gra do swojej bramki, kilka krajów (Grecja, Węgry) otwarcie deklaruje, że wolą Rosję od Unii Europejskiej.

Vladimir Vladimirovich wykorzystuje to do wznowienia ofensywy na Ukrainie. Rosjanie inicjują złamanie rozejmu po to, żeby móc ogłosić, że rozejm przestał funkcjonować.

Jednocześnie scenariusz ukraiński zaczynają odtwarzać na Łotwie. Z dnia na dzień pojawia się tam partyzancka armia RNZS („Russkich Narodov Zaschita Sila”), która cieszy się poparciem całej rosyjskiej populacji Łotwy. Swoją drogą, ciekawe, na ile to realistyczne?

Rosjanie udzielają wsparcia RNZS, początkowo nieoficjalnie. Łotwa wzywa NATO na pomoc, powołując się na artykuł piąty. NATO jest niechętne, z wyjątkiem dzielnej Danii, która bezdyskusyjnie wysyła swój niewielkim symboliczny oddział („ach, gdyby cały świat był jak Dania”, wzdycha jeden z bohaterów”).

Brytyjczycy wysyłają funkcjonariusza służb specjalnych, jednego z bohaterów, żeby zdobył niepodważalne dowody na to, że za działania wojenne na Łotwie odpowiada regularna armia rosyjska. Tymczasem Rosjanie przestają już cokolwiek ukrywać, zatapiając kilka okrętów na Bałtyku oraz masakrując żołnierzy i cywilnych lokatorów baz NATO.

Te zbrodnie przywracają jedność Zachodu, który wypracowuje genialny plan. NATO pozoruje akcję, której Rosjanie się spodziewają i są na nią przygotowani - to próba uderzenia lądowego z Polski i jednoczesnego desantu morskiego. Na to Rosjanie mają ripostę w postaci taktycznego uderzenia atomowego na Suwałki.

Nim zdążą to zrobić, NATO realizuje swój właściwy plan. Desant niewielkich sił specjalnych pojawia się w Kaliningradzie na tyłach wroga i przejmuje kontrolę nad rakietami Iskander, które zamiast w Suwałki, celują w Moskwę.

Rosja kapituluje. Vladimir Vladimirovich ginie w tajemniczym wypadku. W happy endzie Zachód zastanawia się, czy musiało zginąć tylu ludzi, żeby NATO się dozbroiło i zreformowało.

Świat wygląda dziś gorzej, niż kiedy Shirreff to pisał. W Białym Domu zasiądzie przyjaciel Putina, przyjaciel (lub przyjaciółka) wygra też wybory we Francji. W Polsce u władzy są ludzie, którzy łączą antyrosyjską retorykę (słowa nic nie kosztują) z dziwnymi powiązaniami z Rosją.

Nie wiem, czy w tej sytuacji Europa Wschodnia będzie mogła liczyć choćby na tę symboliczną jednostkę od Duńczyków?

piątek, 02 grudnia 2016
Kumpel z podziemia

Nie byłem w podziemiu (identyfikuję się z tym cytatem z „Annie Hall” Woody Allena: „Ty i tortury? Ty byś wyśpiewała wszystko, gdyby Gestapo zagroziło odebraniem karty kredytowej”). Nie mam więc kumpli z podziemia, ale znam trochę osób, które były w podziemiu - więc dobrze znam fenomen „Kumpla z Podziemia”, czyli ludzi takich jak Jarosław W., z którego grzeszków dobra zmiana próbuje wykręcić haka na Piniora.

Najpierw uwaga formalna: tak, wiem, że śledztwo prowadzono za poprzedniej władzy. Skoro jednak wtedy prokuratura nie zdecydowała się na wniesienie oskarżenia, to prawdopodobnie znaczy, że uznała (podobnie jak teraz sąd), że są za słabe.

Trudno inaczej zinterpretować fakt, że prokurator ogłaszając akt oskarżenia, sam się od niego w jakiś przedziwny sposób dystansował. A parę dni później podał się do dymisji.

Wniosek jest oczywisty: nie wniósł tego aktu oskarżenia z własnej inicjatywy, tylko z powodu jakichś nacisków. Którym najpierw uległ, a potem tego pożałował.

Pozostaje moralne pytanie: czemu Pinior nie zerwał kontaktów z kimś takim, jak Jarosław W.? I tak wracamy do tematu, który mnie interesuje: fenomenu Kumpla z Podziemia.

Galerię takich postaci przynosi „Skucha” Hugo-Badera, którą już się tutaj zachwycałem. Sam ich trochę zdążyłem poznać głównie via Ikonowicz (i ogólnie PPS), dlatego chociaż nigdy nie zdążyłem poznać konkretnie Jarosława W., to jego medialna charakterystyka brzmi dla mnie dziwnie znajomo.

Ci ludzie są tak do siebie podobni, że na własny użytek od dawna fenomen KZP traktuję jako coś w rodzaju syndromu, a przynajmniej typu osobowości. Poznałeś jednego z nich, to znasz ich wszystkich.

Po pierwsze, przeważnie są ciężko uzależnieni nie tylko od alkoholu i papierosów, które odpalają jednego od drugiego, ale także od kompletnie egzotycznych dla mnie nałogów, jak hazard. Przypuszczam, że w samym podziemiu działali tyleż z przekonań, co dla adrenalinowego strzału, jaki dawała im udana ucieczka przed zomowcami.

Albowiem po drugie - często nie wiadomo, jakie ci ludzie mają przekonania. Jarosław W. miotał się między prowałęsowskim BBWR (skupiającym wiele takich dwuznacznych moralnie postaci), a skrajną lewicą.

To jest częste u KZP. Grzeszą wszystkimi grzechami głównymi, ale jednocześnie są wściekle proklerykalni. W jednych wyborach startują ze skrajnej prawicy, w następnych ze skrajnej lewicy. Nie ma stałych elementów w ich światopoglądzie.

Po trzecie wreszcie, pozornie to są cudowni kumple do kieliszka. Zawsze są chętni, zawsze są serdecznie, wylewnie towarzyscy. Ale sprawdzają się tylko jeśli masz ochotę na szybkie dążenie do pełnego znieczulenia, przy powierzchownej konwersacji na miałkie tematy. Z typowym KZP nie pogadasz o filmie czy literaturze, bo go to wszystko nie interesuje.

Najchętniej rozmawiają o tym, kto z kim i kto kogo (w sensie zarówno plotek towarzyskich, jak i plotek o personalnych rozgrywkach), oraz o różnych pomysłach na interesy. Dla mnie idealne wydarzenie towarzyskie to takie, w którym owszem, na koniec idziemy nieco chwiejnym krokiem, ale przedtem wymienimy poglądy na serial „Westworld” albo interpretację kolapsu funkcji falowej przez Rogera Penrose’a.

Moja znajomość z KZP ograniczała się więc zwykle do „cześć/cześć”. To nie jest towarzystwo dla mnie.

Ikonowicz jednak miał (i pewnie nadal ma, ale już tego nie obserwuję) wielu takich ludzi w swoim otoczeniu. Hugo-Bader też ma takich kumpli i opisuje to w swojej książce.

Możemy chyba roboczo założyć, że obaj nie kierują się złymi intencjami w podtrzymywaniu tych znajomości. Ikonowicz i JHB, są ludźmi, którzy nie interesują się pieniędzmi (na własne oczy na wiele sposobów mogłem to zaobserwować).

Nie zrywają relacji z KZP, bo podczas tych wszystkich bijatyk z ZOMO i ucieczek przed SB wytworzyła się między nimi silna więź emocjonalna. Ja (na szczęście!) w ogóle w życiu nie mam wspomnień, za sprawą których z kimś bym taką więź mógł nawiązać.

Nie byłem w wojsku, nie byłem internowany, nie byłem w więzieniu. Staram się prowadzić nudne, przewidywalne życie statecznego mieszczanina, wokół którego wszystko ma poduszki powietrzne, bezpieczniki różnicowe i unijny certyfikat bezpieczeństwa.

Gdyby świat zaludniali tylko tacy ludzie jak ja, dyktatury trwałyby wiecznie. Jestem wdzięczny ludziom innym niż ja (Hugo-Baderowi, Ikonowiczowi...), bo gdyby nie oni, byłbym żałosną, peerelowską imitacją mieszczanina. Daję im kredyt zaufania. W winę Piniora uwierzę dopiero po prawomocnym wyroku niezawisłego sądu.

sobota, 26 listopada 2016
Skąd ta maniana?

Dear Sirs, send naleps

Skandalicznie nieprofesjonalne prezentacje przedstawicieli dobrej zmiany: na londyńskich targach książki (w ilustracji mamy fragment wystąpienia wicedyrektora Instytutu Książki Krzysztofa Koehlera) sprawiły, że chciałbym zwrócić się do PT komentatorów z tytułowym okrzykiem - skąd ta maniana?

To nie jest przecież pierwszy przypadek, w którym posunięcia reżimu szokują przede wszystkim skrajnym brakiem profesjonalizmu. Już pomińmy głupotę pisowskiego bieda-mesjanizmu, widocznego w prezentacji Koehlera („macie moralny obowiązek tłumaczyć polskich pisarzy ze względu na bezmiar cierpień Narodu Polskiego!”), ale dlaczego nie dał tego do przejrzenia komuś, kto by mu poprawił przynajmniej błędy ortograficzne i przekręcone nazwiska?

Gdyby to był jedyny taki przypadek, nie zadawałbym tego pytania. Ale reżim tak się zachowuje na każdym kroku.

Najnowsza propozycja reformy podatków też wygląda na coś wystukanego na kolanie w pośpiechu. Piszę „najnowsza” z ostrożności, bo to im się zmienia z dnia na dzień i być może dzisiejsza najnowsza wersja nie będzie nią już jutro.

Deforma oświaty też przeraża niedbalstwem. Nawet ktoś, kto z powodu sentymentu do swojego peerelowskiego dzieciństwa jest irracjonalnym wrogiem gimnazjów - powinien się bać samego niechlujstwa minister Zalewskiej.

Doprowadziła do sytuacji, w której szkoły nadal nie wiedzą, co z nimi będzie następnym roku szkolnym (a to się przekłada np. na ruchy kadrowe czy modyfikacje budynków). Wytworzyła też problem „roczników zagłady”, w których w tej samej klasie spotykać się będą uczniowie z różnych roczników i z różnym przebiegiem edukacji.

Ja jestem już stary, więc to nie jest problem moich dzieci. Ale rodzice z tych roczników wyklną minister i wyklną PiS.

Jedną wielką manianą jest też Rada Mediów Narodowych, która podobno odwołała Kurskiego, ale jednak wygląda na to, że to Kurski odwołał ją. Ale skoro już mówimy o mediach publicznych, ta propaganda też wygląda na coś robionego na „odwal się”, bez jakiejkolwiek próby przekonywania nieprzekonanych.

O co tu chodzi? Serio nie wiem.

Czy oni chcą w ten sposób pokazać swoją siłę? „A co tam, zrobię se błąd ortograficzny, możecie mi naskoczyć?”. Mało który reżim tak robił, typowa dyktatura przeważnie raczej chce emanować profesjonalizmem (i często posuwa się do komicznych ekstremów, o czym fajnie pisze Mikal Hem).

Czy oni są tak strasznie zajęci czymś innym, że nie mają czasu nawet na pełnienie swoich dyrektorskich czy prezesowskich obowiązków? Trochę na to wygląda, ale w takim razie czym?
Antyszambrowaniem u Prezessimusa? Postem, modlitwą i biczowaniem?

A może po prostu chodzi o to, że obraz zgranej ekipy, która może wszystko, bo marionetki na Wiejskiej klepną każdą ustawę, a pacynka na Krakowskim ją tego samego dnia podpisze, jest fałszywy - i gdzieś za kulisami toczą się mordercze walki frakcyjne? Każdy tam każdemu chce podstawić nogę i podłożyć świnię?

Może każdy funkcjonariusz reżimu czuje się samotny w swoim dyrektorowskim czy ministerialnym gabinecie, bo wie, że jeśli tylko poprosi kogokolwiek o sprawdzenie błędów w jego prezentacji - ten ktoś jeszcze mu złośliwie je podopisuje? Nikt tam nikomu nie ufa, a już osobliwie szefowie swoim podwładnym?

Serio nie wiem. I serio pytam. Czasem niektórzy moi komentatorzy przechwalają się znajomościami wśród ludzi reżimu - że ten ktu z kimś wrzeszczy „legia gola!”, a ktoś tu z kimś gra w golfa, a ktoś tu z kimś spał na styropianie.

Czy wy coś z tego rozumiecie? Skąd ta maniana?

sobota, 12 listopada 2016
Sprzysiężenie Katyliny

Zrobiłem niedawno wywiad z Janem i Pawłem Śpiewakami, na których chciałem zwrócić uwagę PT Komcionautów, bo przemawia do mnie diagnoza Jana Śpiewaka, że praźródłem problemów polskiej demokracji jest sojusz klasy średniej z klasą wyższą przeciwko reszcie społeczeństwa. Pewnie nie tylko polskiej zresztą, ale o tym akurat była ta rozmowa.

Jak już pisałem w różnych miejscach, od dziecka fascynowało mnie pytanie „dlaczego czasem społeczeństwa odrzucają wolność”. Spędziłem kawał życia w PRL, stosunkowo wcześnie miałem szansę zobaczyć jak jest na Zachodzie, dość szybko więc mogłem naocznie się przekonać, na czym polega różnica.

Na Zachodzie komunikacja publiczna jeździła zgodnie z rozkładem, policjant odzywał się do obywatela grzecznie, przestrzeń publiczna była estetycznie zaplanowana. W PRL natomiast przestrzeń publiczna była kakofonią syfu i brudu, komunikacja publiczna była symulakrum a każdy, kto miał jakikolwiek okruszek władzy, wykorzystywał tę władzę do gnojenia bliźnich. Bo mógł.

Nie rozumiałem wtedy, jak ktoś mógłby dobrowolnie chcieć zamienić ustrój „bardziej wolnościowy” na „mniej wolnościowy”. Fromm z jego „Ucieczką od wolności” mnie nie przekonywał (i dalej nie przekonuje), lubiłem więc czytać książki historyczne opisujące fiasko różnych projektów republikańskich, liberalnych czy demokratycznych na przestrzeni dziejów, od Aten po Weimar.

Zaryzykowałbym taką syntetyczną tezę, że początkiem ich fiaska było sprzymierzenie się ówczesnego odpowiednika klasy średniej przeciwko plebsowi z jakimś Krassusem czy Thiersem. Lud w takiej sytuacji szukał sojuszu z dyktatorem wywodzącym się z klasy wyższej. Tak upadła republika rzymska - nie obalił jej Cezar, tylko Klodiusz i Katylina.

Obietnice były zazwyczaj nieszczere, ale po pierwsze, po zamachu stanu było już za późno na rozliczanie z ich niespełnienia, a po drugie, wsadzani właśnie do więzień oraz zabijani liberałowie sami już wtedy zazwyczaj sporo mieli na sumieniu. Bez względu na to, jak zbrodniczy charakter  w Polsce miała sanacja - II Rzeczpospolita rzeczywiście tonęła w korupcji.

Udane projekty wolnościowe na przestrzeni dziejów zawsze odwoływały się do egalitarnego sprzymierzenia odpowiednika klasy średniej z odpowiednikiem proletariatu. W Rzymie definiowanego, przypomnijmy, jako „wolni obywatele pozbawieni majątku”.

W historii Polski takie dwa wielkie udane projekty wolnościowe to pierwsza „Solidarność”, która z kolei (jak to świetnie pokazuje Mencwel) w swoim sojuszu inteligencko-robotniczym nawiązywała do wcześniejszego sukcesu „żeromszczyzny”, która dała nam względnie demokratyczny charakter II Rzeczpospolitej. Endekom marzyła się przecież raczej jakaś zamordystyczna monarchia z uprzywilejowaną rolą obszarników.

Propaganda PRL przedstawiała Żeromskiego jako proroka tego ustroju i tak interpretowane te wszystkie „Siłaczki” są nie do przebrnięcia. Od strony fabularnej bronią się jednak do dzisiaj jako satyra na kapitalizm - to przecież nie jest tak, że doktor Judym urodził się jako społecznik, on na początku próbuje robić karierę zgodnie z regułami gry i gdyby mu się udało, to byłaby opowieść o zamożnym lekarzu, koneserze dobrych cygar i trunków.

Kiedy w pierwszej połowie ubiegłego stulecia masowo upadały republiki, w niektórych krajach, jak w USA czy w Skandynawii, uratowały je projekty takie jak amerykański New Deal czy duńskie „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” (Duńczycy lubią podkreślać, że to oni wymyślili model, później skopiowany w Szwecji - a ja w tej odwiecznej Wojnie Północnej jestem za Danią).

Istotą tych koalicji było porozumienie większości społeczeństwa przeciwko klasie wyższej - której narzucano wysokie podatki i prospołeczne regulacje. Dziś to jest przeszłość. O zdradzie amerykańskiej klasy średniej, która zerwała sojusz New Dealowy w zamian za iluzję reaganowskiego dobrobytu na kredyt, traktuje choćby „Co z tym Kansas” Thomasa Franka.

Na tym samym polegała zdrada postsolidarnościowej inteligencji, która w 1989 odcięła się od związkowych sojuszów z czasów pierwszej „Solidarności” - i zaczęła kadzić Kulczykom. Kiedy reprywatyzatorzy eksmitowali lokatorów na bruk, liberalne media były po stronie reprywatyzatorów - a nie wichrzycieli w rodzaju Ikonowicza.

I w Polsce, i w Stanach widać skutki: klasa niższa szuka sojuszników w klasie wyższej, żeby pogonić liberałów z Waszyngtonu czy Warszawy. Historia mówi, że to się wszystko źle skończy dla wszystkich, z wyjątkiem biznesmenów podczepionych pod przyszłego dyktatora.

poniedziałek, 24 października 2016
Wydłużony Puchatek

Przepraszam, że to druga notka o CETA, ale wydaje mi się, że fiasko ratyfikacji tego traktatu to historyczne wydarzenie, ważniejsze nawet od fiaska ACTA. Może eurokraci jeszcze jakoś ten bajzel odkręcą, więc powstrzymam się na razie przed otwieraniem szampana - czy raczej belgijskiego piwa - ale wygląda na to, że to już koniec korporacyjnej globalizacji, jaką znamy od 20 lat.

Na unijnym szczycie komisarz Juncker powtórzył w innym wariancie to, co w poprzedniej notce opisałem jako „argument kołowy”. Że CETA zawiera rozwiązania podobne do poprzednich traktatów i nikomu to dotąd nie przeszkadzało.

Nie przeszkadzało, bo opinia publiczna do niedawna była radośnie nieświadoma samego istnienia czegoś takiego, jak korporacyjne trybunały kapturowe. Traktaty handlowe negocjowane są w tajemnicy, ratyfikowane bez większej debaty, bo parlamenty je dostają jako gotowy pakiet, którego odrzucenie groziłoby skandalem dyplomatycznym.

Media niespecjalnie się tym interesują, bo te traktaty są pełne nudnych detali. W rezultacie więc przeciwko tym traktatom protestowali do niedawna samotnie antyglobaliści, których dziennikarzom i politykom łatwo było dotąd bagatelizować („protestują przeciwko globalizacji, a używają internetu, hurr durr”).

Negocjacje są prowadzone w tajemnicy przed opinią publiczną, ale korporacje mają do tych negocjacji swój specjalny, vipowski dostęp. Nazywa się to elegancko „konsultowaniem z interesariuszami”.

Teoretycznie interesariuszami są też organizacje pozarządowe i związki zawodowe, ale z ujawnionych przez Greenpeace dokumentów wynika, że w przypadku negocjacji TTIP, przeszło 90 procent konsultacji prowadzono z biznesem. Kilka spotkań z organizacjami reprezentującymi obywateli to raczej listek figowy, niż realne konsultacje.

Podczas tych tajnych negocjacji korporacje dopisują do tych traktatów wszystko, co dla nich istotne. Goldman Sachs i Morgan Stanley dbają o ochronę kapitału spekulacyjnego i deregulację rynków finansowych, dającą szansę na zarobienie po raz kolejny, jak w 2008 roku, kokosów na rozwaleniu światowej gospodarki.

Google i Facebook chcą mieć te wszystkie swoje „safe harbors”, pozwalające im bez zewnętrznej kontroli obracać naszymi danymi osobowymi oraz zarabiać na hejcie. Disney chce mieć wydłużone w nieskończoność prawa autorskie, żeby mu nigdy nie wygasł copyright na Kubusia Puchatka - i tak dalej.

Ta dobrze oliwiona machina zazgrzytała dotąd tylko raz, właśnie w przypadku ACTA. A stało się tak dlatego, że cyberkorpy nie dostały swoich „safe harbors”, więc nakręciły protesty organizując te wszystkie „strajki internetu”.

Ubocznym skutkiem stała się większa uwaga, jaką społeczeństwo obywatelskie zaczęło poświęcać tym traktatom. Do opinii publicznej dotarło to, jakie kwiatki dopisywane są do traktatów o wzniosłych nazwach, typu „traktat o zwalczaniu podróbek” albo „traktat o wolnym handlu”.

W neoliberalnej logice wszystko jest towarem, więc kompetencje unijnego komisarza do spraw handlu okazały się nieograniczone. Te traktaty regulują kwestie kultury, edukacji, służby zdrowia, ochrony środowiska, budownictwa i praw pracowniczych. Właściwie nie wiadomo, po co jeszcze w Unii jacyś komisarze poza oberkomisarzem wszechhandlu.

Prosty przykład z mojego podwórka to ochrona praw autorskich przez 70 lat po śmierci autora. Z punktu widzenia autora to nie ma sensu.

To ma sens dla Disneya, bo gdyby obowiązywał okres zapisany w konwencji berneńskiej (50 lat), Kubuś Puchatek byłby w domenie publicznej od 1 stycznia 2007, a w tego sylwestra dołączyliby do niego Mickey z Donaldem.

Rzecz jasna, wydłużonego Puchatka dopisano też do CETA. Ale i tak jest już w innych traktatach ratyfikowanych przez Unię, na przykład w traktacie o wolnym handlu z Koreą Południową, któremu niestety udało się prześliznąć poniżej radaru.

Donald Tusk bardzo słusznie skomentował porażkę CETA tak, że Unia będzie musiała przekonać Jana Kowalskiego (Hansa Schmidta, Jeana Duponta, etc), że coś z tych traktatów będzie mieć dla siebie. To może być trudne.

Bajeczki o tym, jak to dzięki nim „każda rodzina zyska 500 euro” a Goldman Sachs stworzy bazylion miejsc pracy, już chyba nie działają. Znamy tą bajeczkę. Oglądaliśmy ją w filmie Disneya „Kubuś Puchatek podpisuje NAFTA”. I w sequelu „Myszka Miki spaceruje po ruinach Detroit”.

Trzeci raz to już się chyba nie sprzeda.

czwartek, 13 października 2016
Przeciw CETA

Uważnie śledzę materiały na temat wielkich transoceanicznych traktatów handlowych, TTIP i CETA. Nie znalazłem jednak nigdzie (!) argumentu przemawiającego za wprowadzeniem do nich mechanizmów ochrony inwestorów przy pomocy specjalnych, dostępnych tylko im trybunałów arbitrażowych.

Normalny obywatel, jeśli poczuje się skrzywdzony przez swoje państwo, musi dociekać swoich praw w sądzie. Czyli najpierw jedna instancja, potem druga, potem ewentualnie Strasburg.

Korporacje dzięki tym traktatom mają dostać specjalną, superszybką ścieżkę dochodzenia swoich praw w trybie arbitrażu, z pominięciem sądów, z pominięciem wieloinstancyjności.

W niektórych traktatach to się nazywa ISDS, CETA ma powołać nowy trybunał tego typu (w skrócie będzie się chyba nazywać PIT?). Nowość tego nowego polega tylko na dwuinstancyjności, ale nadal ma to być specjalna, szybka ścieżka, dostępna tylko korporacjom.

Jako obywatel nie chcę czegoś takiego, bo uważam, że korporacje już mają za dużo przywilejów. Nie potrzebują dodatkowych - odwrotnie, marzy mi się władza, która wreszcie zacznie im zabierać te, co już mają.

Co najważniejsze: kogo jak kogo, ale korporacje stać na prawników. O ile rozwiązania typu TTIP mogą rzeczywiście przydać się dla ochrony inwestycji w Burkina Faso, bo mamy powody, by wątpić w tamtejszy wymiar sprawiedliwości - nie widzę uzasadnienia w Kanadzie, USA czy Unii Europejskiej.

Będę przeciw każdemu traktatowi, zawierającemu takie przywileje dla korporacji - chyba, że ktoś mnie przekona, że takie coś jest potrzebne. Ale tutaj się to właśnie robi zabawne.

Stykam się z dwoma rodzajami argumentów, oba są równie cienkie. Jednym jest argument kołowy: że takie trybunały są we wszystkich traktatach handlowych, a więc powinien być także w CETA/TTIP.

Jak to bywa z argumentami kołowymi, można kołem zakręcić w drugą stronę. Skoro takie trybunały są we wszystkich traktatach handlowych, należy nie podpisywać nowych i należy wypowiedzieć stare. Sama obecność tej instytucji w innych traktatach nie dowodzi tego, że jest dobra dla obywateli.

Drugi argument jest jeszcze mniej przekonujący. Zacytuję go z wywiadu z Danutą Huebner:

Zastanawia mnie fakt, że przy tego typu zarzutach myśli się tylko w jedną stronę - jakaś firma, która zgodnie z tą umową musi spełnić całą masę warunków, może przyjść do Polski i zaskarżyć politykę rządu, jako coś, co podcina jej interesy handlowe. Ale nie myślimy o tym, że w takiej samej sytuacji, prawdopodobnie dużo częściej, mogą znaleźć się polskie firmy, które będą chciały prowadzić działalność w Kanadzie. Pamiętajmy, że ten system chroni również polskiego inwestora, który niejednokrotnie będzie dopiero uczył się zasad handlu międzynarodowego i w związku z tym może być na słabszej pozycji.

Otóż moja niechęć wobec CETA nie bierze się z niechęci do Kanady, podobnie jak niechęć do TTIP nie bierze się z niechęci do USA. Uwielbiam Kanadę, przepadam za USA.

Nie ufam wszystkim korporacjom, polskim, amerykańskim, kanadyjskim, burkinofasońskim. Nie obchodzi mnie „obrona polskiego inwestora w Kanadzie”. Wiem jedno: nigdy nim nie będę. Nic mnie koleś nie obchodzi. Jak miał na inwestycje, to ma też na adwokatów.

Obchodzi mnie obrona polskiego obywatela w Polsce przed korporacjami (oraz kandyjskiego w Kanadzie). Chcę, żeby obywatele mogli demokratycznie przegłosować ograniczenie korporacyjnej chciwości bez obawy przed wyrokiem z jakiegoś dziwnego trybunału „nur fur Korporazionen”.

Nie chodzi o to, że chcę odebrać korporacjom możliwości dochodzenia swoich praw w swoim państwie. Ale niech to robią normalnie, jak my wszyscy, w zwykłym sądzie. Nie rozumiem, dlaczego to im nie wystarczy.

Jeśli ktoś z PT czytelników zna na to jakieś uzasadnienie - chętnie się zapoznam. Co z tego mam mieć ja, jako szary obywatel? Już wiem, że ochronę swoich inwestycji w Kanadzie. No super, a coś poza tym?

środa, 12 października 2016
Zaśniad poczęty

O aborcji nie da się nic nowego napisać, więc wracam do tego tematu niechętnie. Szlag mnie jednak trafia, kiedy prawica zakłamuje kolejne pojęcie, tym razem eugeniki.

Eugenika to dążenie do genetycznego udoskonalenia rasy ludzkiej. Pseudonaukowe, bo sto lat temu ci ludzie jeszcze nie rozumieli, co jest dziedziczne, a co nie jest - a z kolei my dzisiaj, kiedy to już rozumiemy, jesteśmy też dużo ostrożniejsi w ocenianiu, co jest doskonalsze od czego.

W większości przypadków aborcja dokonywana z powodu wad wrodzonych płodu nie ma nic wspólnego z eugeniką. Wady wrodzone nie zawsze mają podłoże genetyczne i prawie nigdy nie są dziedziczne.

Warto rozumieć różnicę między tymi dwoma pojęciami: wrodzony, genetyczny i dziedziczny. Wady wrodzone mogą się brać z nieprawidłowej diety matki, spożywania przez nią substancji teratogennych (słynna afera talidomidu), albo jej chorób takich jak alkoholizm.

Dziedziczne mogą być pieniądze albo dobre wychowanie (tzw. dziedziczenie kulturowe). Niektóre cechy genetyczne nie są w ogóle dziedziczne, na przykład mitochondria dziedziczymy wyłącznie po matce, zatem mężczyzna z jakąś genetyczną chorobą związaną z mitochondriami będzie miał zdrowe dzieci.

Zespół Downa jest chorobą wrodzoną i genetyczną, ale dziedziczną tylko w teorii (w praktyce sukces reprodukcyjny kogoś z tym syndromem jest skrajnie mało prawdopodobny). Przyczyną jest trisomia chromosomu 21.

W najczęstszym scenariuszu w komórce jajowej nieprawidłowo przebiegła mejoza, mająca w teorii dać pojedynczą kopię wszystkich chromosomów (czyli genom haploidalny). Jeden chromosom się nie rozdzielił z diploidalnego pierwowzoru i zachował dwie kopie, do której doszła trzecia, najczęściej z haploidalnego plemnika. I już mamy kogoś, kto ma o jeden chromosom więcej.

Prawica mówi, że to też istota ludzka, bo wzięła się z zapłodnienia - mimo że to przebiegło nie do końca prawidłowo. Stawianie arbitralnych kryteriów jest zaś niedopuszczalne, bo to wejście na równię pochyłę dyskutowania o tym, kto jest człowiekiem, a kto nie.

Już kiedyś pisałem, że ten argument nie ma sensu, bo arbitralnych kryteriów nie da się uniknąć. Nawet w Watykanie, nawet w Ordo Iuris.

Da się ułożyć takie spektrum deformacji płodu, że w końcu nawet Marek Jurek nie uzna ich już za istotę ludzką. Klasycznym przypadkiem jest zaśniad.

Czy to człowiek? Moim zdaniem nie. Podobnie uważa medycyna, która takie deformacje klasyfikuje jako rodzaj nowotworu (tzw. potworniak) i leczy chemioterapią. Argumenty stosowane przez prawicę, że „nowy organizm stworzony z zapłodnienia”, stosują się także do zaśniadu.

On też bierze się z zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik. Tyle, że przebiegło ono troszkę nieprawidłowo.

Prawicowa biologia ogólnie działa podobnie do fizyki smoleńskiej. Rozmija się ze stanem wiedzy naukowej. Wszystko sprowadza się w niej do ideologicznych haseł typu „z góry wiadomo, kto jest istotą ludzką” (albo „z góry wiadomo, kto jest mężczyzną a kto kobietą”).

W przypadku zaśniadu to drugie jest zresztą akurat w pewnym sensie prawdziwe. Jeśli zaśniady są ludźmi - to są kobietami. Moim zdaniem, nie są ani jednym, ani drugim, no ale ja nie z prawicy, ja z uniwersytetu.

Nie widzę uzasadnienia dla zmuszania kobiet do rodzenia tworów, które nie mają głowy, albo mają ich kilka, albo w ogóle nie mają wykształconego niczego, co moglibyśmy nazwać głową czy ręką. Te kobiety już przeżywają dramat, nie dodawajmy im jeszcze bólów porodowych.

Gdyby ruchom pro-life naprawdę chodziło o życie, działałyby inaczej. Działałyby w stronę pozytywnego zachęcania kobiet do rodzenia - tak, żeby miały poczucie, że ktoś (państwo lub jakaś fundacja) pomoże w opiece nad dzieckiem z zespołem Downa.

Od przeszło stu lat zawsze mają w repertuarze tylko jedno. Karać, zmuszać, terroryzować, zabijać ginekologów, przykuwać rodzące kajdankami do łóżka. Bo i nie o życie im chodzi.

środa, 24 sierpnia 2016
Słuchajcie no, Wajda...

W czasach PRL kinematografia podlegała ministerstwu kultury. Pomiędzy ministrem a, dajmy na to, Andrzejem Wajdą były wprawdzie różne urzędy, zarządy, agencje i zespoły, ale teoretycznie minister mógł przekazać polecenie typu „słuchajcie no, Wajda...” przez hierarchię służbową. A gdyby hierarchia stawała okoniem, mógł teoretycznie wszystkich po kolei powyrzucać, z Wajdą włącznie.

W 1968 zresztą zrobiono to praktycznie - rozwiązano zespoły filmowe. Uboczną ofiarą padł projekt kręcenia „Powrotu z gwiazd” - czy Aleksander Ford by temu podołał, to osobne pytanie, ale nigdy się już nie dowiemy, bo wziął i wyemigrował.

Wydawałoby się, że po czymś takim środowisko filmowe powinno się już nie podnieść, tymczasem skutki były odwrotne. Środowisko okopało się w szańcach Stowarzyszenia Filmowców Polskich i zrobiło się jeszcze bardziej nieposłuszne.

Władze wyznaczyły na pacyfikatora Janusza Wilhelmiego, który w latach 60. nie bez pewnych sukcesów pacyfikował środowisko literackie. Jak wiadomo bywalcom tego bloga, został on złośliwie sportretowany w „Głosie pana” Lema jako Wilhelm Eeney, „najlepiej ubrany człowiek Projektu”.

W 1977 Wilhelmi przyjechał na forum filmowców, towarzyszące festiwalowi (który wtedy był w Gdańsku), z prostym przesłaniem, które z kolei mistrz Wajda włożył w „Człowieku z marmuru” w usta Bogusława Sobczuka: kręcicie filmy za państwowe pieniądze, więc macie realizować państwową politykę. Ku jego zaskoczeniu, nikt go nie poparł, nawet filmowcy, których władze uważały za „swoich”.

W rezultacie festiwal objęto zapisem cenzorskim. Relacja ukazała się tylko w drugoobiegowym „Zapisie”.

To było pyrrusowe zwycięstwo. Ludzie apolityczni, unikający angażowania się po którejkolwiek stronie („trzeci Witek” z „Przypadku” Kieślowskiego), zaczęli sięgać po „Zapis” po prostu dlatego, że chcieli się czegoś dowiedzieć o festiwalu polskich filmów.

Ostatnie dwa lata gierkowskiej kinematografii to paradoksalny okres, w którym im bardziej władza przykręcała filmowcom śrubę, tym odważniejsze kręcili filmy. Władzy na złość.

Wszystko to przypomniało mi się, gdy minister kultury zajął kuriozalne stanowisko w sprawie pominięcia miłego władzom filmu w festiwalowej selekcji. „W demokratycznym kraju nie powinno mieć miejsca blokowanie filmów przez komisje festiwalowe” - napisał.

Jest akurat odwrotnie. W demokratycznym kraju organizatorzy festiwalu blokują, kogo chcą i promują, kogo chcą. Ich zbójeckie prawo. Niezadowolonym pozostaje zrobienie własnego festiwalu.

Czasem tak się dzieje. Festiwal w Cannes pomyślano jako odpowiedź demokratycznej Europy na faszystowski festiwal w Wenecji. Który z kolei powstał dlatego, że rodzina Volpich namówiła Mussoliniego, żeby Duce na koszt państwa wydłużył sezon w ich ośrodkach na Lido.

Decyzje jurorów na festiwalach często są polityczne, w co najmniej trzech znaczeniach. W sensie - excusez le mot - technicznym („reżyser X nie lubi reżysera Y”), w sensie ideowym (zainteresowanych odsyłam do mojego artykułu o bojach Felliniego z włoską prawicą), wreszcie w sensie geopolitycznym („wypadało nagrodzić kogoś z Maghrebu”).

Narzekanie na decyzje Festiwalu w Gdyni ma trwającą dobre cztery dekady tradycje. Pisząc książkę o PISF, prześledziłem dość wnikliwie te boje.

Szukano przede wszystkim formuły festiwalu. Czy ma być wewnętrzną sprawą Stowarzyszenia Filmowców Polskich? A może ma być autorską imprezą dyrektora artystycznego o nieograniczonych uprawnieniach?

Wypróbowano już różne opcje i nikt (chyba) nie twierdzi, że obecna formuła zostanie na zawsze. Zdumiewa mnie co innego. Minister kultury zamiast skorzystać z okazji do przedstawienia własnego pomysłu na festiwal (chętnie poznamy!), strzelił bezproduktywnego focha. Kolejnego już w swoim bogatym dorobku.

Czy chce zostać zapamiętany tylko z tego? Jak na razie, jedynym jego osiągnięciem jest to, że udało mu się wepchnąć do kadru w fotorelacjach z otwarcia nowego odcinka A1 (z którym jego rząd nie miał nic wspólnego; otwarcia pisowskich dróg, jak Bóg da, zaczną się w 2019).

Niedługo będziemy pisali podsumowania roku rządów PiS. Niektórym resortom sporo się udało zmienić. Nie mówię, że „dobrze”, nie mówię, że „źle” - mówię, że sporo.

Jak będzie wyglądać podsumowanie roku działalności ministra Glińskiego? Przeciął kilka wstęg, zajął kilka stanowisk, ogłosił kilka pustych obietnic.

I to by było na tyle.

wtorek, 16 sierpnia 2016
Notka o polityce

Z komentarzy pod notką rocznicową wynika, że jednak najbardziej to wszyscy chcą, żebym pisał o polityce. Przypominam jednak, że brzydzę się polityką rozumianą tak, jak ją rozumieją serwisy typu „300 polityka”, więc proszę po mnie nie oczekiwać „dziennikarstwa opinii”. Macie od cholery innych miejsc w internecie na dyskusje typu „Schetyna to, Petru tamto”.

Wolę politykę na poziomie idei. Chyba nigdy tu nie pisałem o swoim światopoglądzie w konwencji cyklu „Szukając Absolutu (może być Finlandia)”, w którym wyrażałem swoje filozoficzne poglądy epistemologiczne, etyczne, eschatologiczne i antropologiczne. No to politykę walnę, w swoim ulubionym ujęciu historycznym.

Nowożytna politologia zaczyna się od „Lewiatana” Hobbesa. Autor, filozof i matematyk, będący świadkiem wojny domowej w Anglii, doszedł do oczywistego wniosku, że wojny domowe to zły czas dla filozofów, matematyków i właściwie wszystkich grup zawodowych, z wyjątkiem żołnierzy i bandytów (podczas wojny domowej nieodróżnialnych).

Uznał, że najlepszą alternatywą jest państwo potężne jak tytułowy biblijny potwór. Trzymając wszystkich za mordę, będzie nas przynajmniej chronić przed jeszcze gorszym losem, jakim jest permanentna wojna każdego z każdym.

Jeśli ruszymy choć jedną cegiełkę w strukturze społecznej, ryzykujemy, że wszytko się zawali. Dlatego każdy, kto chce coś zmienić, jest nieodpowiedzialnym szaleńcem, a w dodatku działa bezprawnie, bo ład społeczny zrodził się z przymierza, które lud zawarł ze swoim Suwerenem - tego przymierza nikt już potem nie ma moralnego prawa modyfikować.

Szczególnymi szaleńcami są ci, którzy chwalą wolność jednostki. Bo gdy jednostka uzyska wolność, będzie robić to, co chce robić najbardziej: krzywdzić bliźniego swego.

„Lewiatanem” Hobbes zapoczątkował nowożytną, świecką politologię. Przedtem autorzy piszący na ten temat albo odwoływali się do starożytnych, albo do teologii, albo do jakiejś mikstury. Hobbes używał argumentów rozumowych.

Wielu ludzi od razu odrzuciło jego rozumowanie (podpadł obu stronom wojny domowej, nie tylko republikanom - przeciwko którym kierował „Lewiatana”). Trudniej było znaleźć kontrargumentację równie mocną, jak logiczny wywód „Lewiatana”.

W następnym stuleciu udało się to filozofom szkockiego Oświecenia, którzy stworzyli filozofię liberalną (w odróżnieniu od konserwatyzmu, rozwijanego przez zwolenników Hobbesa). Adam Smith w „Teorii uczuć moralnych” napisał, że społeczeństwo wolnych jednostek nie musi popaść w hobbesowską „wojnę każdego z każdym”.

Wszyscy mamy naturalne uczucie do empatii (Smith nie używał tego słowa, bo wynaleziono je po stu latach, ale o to mu chodziło). Wolne jednostki nie potrzebują więc żadnego Lewiatana, żeby działać na rzecz wspólnego pożytku - empatia kieruje nimi niczym niewidzialna ręka.

Pewnie znacie cytat o „niewidzialnej ręce rynku”. Problem z nim jest taki, że to cytat z Balcerowicza albo Gwiazdowskiego, ale z pewnością nie jest cytatem ze Smitha.

On nigdy nie wyjaśnił, czyja jest ta ręka.Tak naprawdę uważał, że to ręka Opatrzności (tutaj szerzej to wyjaśniam), bo jak wielu filozofów swojej epoki, uważał wprawdzie osobowego Boga za coś w rodzaju „zbędnej hipotezy”, ale wierzył, że Bóg stworzył nas tak, żebyśmy sami z siebie dążyli do wolności i dobrobytu.

W Stanach liberalizm w ten sposób w prostej linii doszedł do dzisiejszego liberalizmu, będącego odpowiednikiem europejskiej lewicy. Po prostu empatią i emancypacją obejmowano kolejne grupy, przez „jacksonowską demokrację”, trzynastą poprawkę, dziewiętnastą poprawkę, New Deal i Freedom Summer aż po Lawrence vs.Texas.

W Europie to było bardziej skomplikowane, bo u nas to szło zygzakiem. W ciągu pół wieku przewalili się Robespierre, Napoleon, Fryderyk Wilhelm i Earl Grey.

Te zygzaki sprawiły, że z większą subtelnością patrzyliśmy na problem wolności jednostki. W Nadrenii, która zdążyła doświadczyć dwóch despotyzmów - wolnościowego (Napoleon) i konserwatywnego (Fryderyk Wilhelm), grupa przedsiębiorców powierzyła w 1842 pewnemu młodemu liberałowi redagowanie liberalnego czasopisma, „Rheinische Zeitung”.

Ten zauważył, że zasadniczy spór w społeczeństwie nie biegnie między zwolennikami i przeciwnikami wolności, ale między posiadaczami środków produkcji i całą resztą, która musi na tych posiadaczy zapierdzielać. Posiadacze ci tworzą różne ideologie, by ten miły ich kieszeniom stan usprawiedliwiać - arystokraci tworzą konserwatyzm, burżuazja liberalizm, ale oba sprowadzają się do tego samego przesłania dla mas: harujcie i morda w kubeł.

Liberał ów spopularyzował słowo „socjalizm”, którym dotąd posługiwały się głównie quasi-mistyczne sekty (w których działał m.in. Adam Mickiewicz). Oba ruchy ostatecznie oddzieliły się od siebie w 1848: w lutym liberałowie i socjaliści tworzyli wspólny, rewolucyjny rząd w Paryżu, w czerwcu już do siebie strzelali.

Jestem marksistą, bo też uważam, że nie ma ważniejszego konfliktu od konfliktu praca/kapitał. Z zasady jestem po stronie pracowników, nawet jeśli dany właściciel środków produkcji - Stoczni Gdańskiej w 1980 czy wegańskiej burgerowni w 2016 - będzie udawać, że ma coś wspólnego z lewicą.

Jednocześnie jestem jednak socjalistą demokratycznym. Rozumiem argumenty Smitha, a nawet Hobbesa. Wolę pokojowe dogadywanie się od rewolucji czy wojen domowych.

Jestem tyleż pod wpływem Marksa, co amerykańskich liberałów, których książki w dużym stopniu ukształtowały mój światopogląd. No to tyle Absolutu na dzisiaj, cheers.

środa, 03 sierpnia 2016
Nieudany pucz na Woronicza

Nieudany pucz na Woronicza sprawił, że jednak odzyskałem odrobinę optymizmu. Może będzie tak jak 10 lat temu - rozwalą się od wewnętrznych tarć?

Nie ma sensu doszukiwać się różnic ideowych między frakcjami „Gapola” i „Wpotylice”. To raczej konflikt o stołki, bo kto kontroluje stołki, ten kontroluje dostęp do koryta. Ale przecież o koryto walczy się prawdziwie zażarcie (babum-pss).

Jak tu już parokrotnie pisałem, kibicuję opozycji, ale dręczy mnie melancholia kibica lokalnego klubu ligi okręgowej. Ani Schetyna, ani Petru, ani tym bardziej Kijowski bramek w tym meczu raczej nie strzelą.

Wszelkie nadzieje wiążę z samobójami PiS. I na szczęście ta drużyna słynie ze skłonności do nich. To aż dziwne, że tak długo wytrzymali jako pozorny monolit - prawie rok! ho ho! uczą się!

Dżouk w tym, że te wszystkie konsultacje społeczne, transparentność podejmowania decyzji, niezależność sądu konstytucyjnego i inne drobiazgi, pogardliwie odrzucane przez PiS jako zbędne komplikacje w sprawowaniu władzy przez Suwerena, mają też wymiar praktyczny. Chronią przed bublami legislacyjnymi.

Chronią oczywiście tylko w takim sensie, w jakim parasol chroni przed deszczem. Żaden parasol nie gwarantuje, że na jego użytkownika nie spadnie podczas ulewy żadna, najdrobniejsza kropelka.

Gwarancja jest za to na coś odwrotnego. Że bez parasola przemoknie do suchej nitki.
Bardzo proszę więc o odpuszczenie sobie argumentów typu „za PO też się zdarzały buble” albo „PO też często olewało konsultacje”. Sprowadzanie parlamentu do maszynki do głosowania, a prezydenta do maszynki do podpisywania i przepychanie ustaw w nocnym maratonie bez debaty, to specjalność obecnej ekipy.

Zwolennicy PiS chwalą to jako przykład sprawnego zarządzania. Ale czym się to kończy, to właśnie zobaczyliśmy.

Żeby ominąć (zbajpasować) kompetencje krajowej rady RiTV, na chybcika stworzono nową instytucję, „Radę Mediów Narodowych” o niejasnych kompetencjach i niedookreślonym przeznaczeniu. Rzeczywistym przeznaczeniem było oczywiście wcielanie woli Suwerena, czyli Prezessimusa.

Skończyło się gigantyczną kompromitacją. Dawno już wiadomości ze świata polityki nie wywołały u mnie tak szerokiego uśmiechu!

I nie chodzi o to, że jestem za Kurskim, a przeciw Czabańskiemu (albo odwrotnie). Dla mnie to jak „Alien versus Predator” a rebours - whoever loses, we win.

Takie sytuacje będą się mnożyć, bo wbrew prostackiemu urokowi wizji centralizacji władzy jako sposobu na uniknięcie bałaganu, życie pokazuje, że jest odwrotnie. Kiedy o wszystkim decyduje SMS z Nowogrodzkiej, zaczynają się walki buldogów pod dywanem o prawo do wysyłania i interpretowania tych esemesów, esemesy z wtorku odwołują te z poniedziałku, a te popołudniowe te przedpołudniowe.

Zaczyna się! Ja nastawiam popcorn...


poniedziałek, 11 lipca 2016
Majmurek ma rację

Tekst Majmurka o NATO w Krytyce Politycznej wydaje mi się zawierać same oczywiste oczywistości. Jeśli więc odzywam się ze swoim „/me2” to tylko dlatego, że zaskoczyły mnie polemiki z Majmurkiem pokazujące, że jednak nie dla każdego jest to oczywiste.

Tekst Majmurka streściłbym tak: lewica ma wiele powodów, by patrzeć krytycznie na NATO, ale dla Polski nie ma teraz innego sposobu na bezpieczeństwo. Podobnie zresztą Unia, bez względu na to jak parszywe jest to, że eurokraci najpierw forsują rozwiązania korzystne dla Goldman Sachs (typu CETA/TTIP/TISA), a potem dostają tam synekurę - nie ma lepszego pomysłu na Europę.

Lewica powinna dążyć do reformowania EU i NATO, a nie do rozbicia tych instytucji. W szczególności dotyczy to lewicy w krajach nieprzyjemnie blisko położonych Rosji.
Wydaje mi się to wszystko tak oczywiste, że aż niekontrowersyjne. Ze zdumieniem więc czytałem polemiki, z których jako pars pro toto przytoczę polemikę Piotra Nowaka ze strajk.eu.

Nowak pisze o „rzekomym” (sic!) zagrożeniu ze strony Rosji i oskarża NATO o agresywną postawę. „Przebieg zdarzeń w ciągu ostatnich 20 lat pokazuje jednak, że to sojusz był stroną, która istniejący porządek zakłócała. 12 dni po rozszerzeniu paktu o Polskę, Węgry i Czechy, co samo w sobie było już jawnym afrontem wobec Moskwy, na mieszkańców Belgradu spadły pierwsze bomby”

Odwołuje się do „antymilitarnego idealizmu lewicy” i ubolewa, że „lekceważące zdania o aktywistach antywojennych, którzy – naiwnie wierząc w pokój pomiędzy wszystkimi narodami – potępiają militaryzm i zbrojenia” padały dotąd z ust prawicy, a tu proszę, Majmurek zdradził i też nie wierzy w pokojowe intencje Putina.

Świadomie lub nieświadomie, Nowak fałszuje przebieg zdarzeń w ciągu ostatnich 20 lat. Rozszerzenie paktu o Polskę, Węgry i Czechy nie byłi „jawnym afrontem wobec Moskwy”. Do niedawna każdy rozszerzeniowy akt był negocjowany z Moskwą i zależał od jej aprobaty.

Na nasze wejście do NATO zgodę wyraził Borys Jelcyn podczas swojej wizyty w Polsce latem 1993. Dopiero od tego momentu polscy dyplomaci mogli otwarcie zacząć ubiegać się o przyjęcie Polski do Sojuszu.

Przedtem oczywiście też się o to ubiegano, ale zakulisowo. Zgoda Rosji była bowiem traktowana przez NATO jako nienaruszalny warunek.

Na szczęście wszystkie liczące się siły polityczne w latach 90., mimo podziałów werbalnie równie ostrych, jak dzisiaj - w tej przynajmniej sprawie mówiły jednym głosem. Dlatego to prawda, że Jarosław Kaczyński tu też miał swój skład, ale skandalem jest pomijanie roli Skubiszewskiego, Geremka, Mazowieckiego.

Wałęsa wprawdzie miał kompromitujące wypowiedzi, że Polska zamiast przystępować do NATO i EWG powinna założyć „EWG-bis i NATO-bis”, ale jednak to on w naszym imieniu zawierał tę historyczną umowę z Jelcynem. Jak to z Wałęsą więc było, plusy dodatnie przeważały mu plusy ujemne.

W odróżnieniu od Rosji, NATO nikogo nie zmusza do współpracy. To nie była inwazja Europy Zachodniej na Polskę, taka jak Rosji na Ukrainę. Sami chcieliśmy - i sami prosiliśmy Rosję o zgodę, którą Rosja wyraziła.

A że „bomby spadały na mieszkańców Belgradu”? Sam w latach 90. byłem idealistyczną lewicą, co między innymi oznaczało, że miałem do Zachodu żal o bezczynność wobec tragedii Sarajewa czy Srebrenicy.

Ta bezczynność brała się z tego, że wojska pokojowe podlegały ONZ, gdzie Rosja do dzisiaj ma prawo weta. Korzysta z tego weta, by chronić dyktatorów takich, jak Miloszewicz (wtedy) czy Asad (dzisiaj).

Nie ma czegoś takiego, jak demokratyczny kraj, którego demokratycznie wybrane władze chcą zbliżenia z Rosją. Bywają tylko dyktatorzy, którzy zbliżają się wbrew woli swojej populacji.

Gdy Serbia chciała w Kosowie urządzić drugą Bośnię, NATO zareagowało. I chwała mu za to. Szkoda tylko, że nie zrobiło tego wcześniej.

Z reakcją na agresję rosyjską NATO też czekało aż do jawnego podeptania umów zawieranych z Rosją w latach 90. Nietykalność terytorialną Ukrainy Rosjanie zagwarantowali w 1994, rok po zgodzie na wejście Polski do NATO.

Złamali tę umowę. I ja też bym wolał, żeby Rosja po prostu się wycofała i wróciła do honorowania tamtych porozumień. Póki tego nie zrobi, nie czas na pacyfistyczne popierdółki.


środa, 22 czerwca 2016
Upadek Janusza B.

Poprzednią notkę pisałem jako swoje 0,03 PLN do tekstu Czuchnowskiego. W międzyczasie wybuchnął konflikt pracowniczy w lokalu Krowarzywa, co nadało tamtemu tekstowi nowy kontekst, więc to pociągnę.

Pierwsze 10 lat mojego bloga to 10 lat śledzenia modernizacji infrastruktury drogowej w Polsce. Na dziesięciolecie - to już za chwilę! - będę mógł napisać notkę symbolizującą wbicie Złotego Ćwieka.

Domkną obwodnicę Łodzi, zakończą A4 (w 100% od granicy do granicy!), praktycznie przez całą Polskę będzie można już przejechać trzymając się dróg o standardzie w najgorszym razie „gierkówki”. Ten problem już jest właściwie rozwiązany (głównie dzięki Grabarczykowi).

Luka płacowa jest moim zdaniem w tej chwili najważniejszym problemem Polski. Jeśli rząd PiS coś z tym zrobi, będzie miał mój niechętny, ale szacunek - tak jak Platforma za budowę autostrad.

Być może naprawdę widzimy początki rozwiązywania tego problemu. To przecież nie będzie wyglądało tak, że pracodawcy sami z siebie, z dobroci serca, dadzą pracownikom podwyżki.

„Kochani, mieliśmy dobry rok, wszystkim podnosimy z tej okazji podstawę, a śmieciówkowców przesuwamy na etaty” - said no CEO ever. Prezes korporacji to osoba, która musi umieć tego samego dnia posłać komunikat do akcjonariuszy treści „kolejny udany rok, rekomenduję dubeltową dywidendę”, a do pracowników treści „wicie rozumicie, piniondza ni ma, podwyżek nie byndzie”.

Dlatego oni muszą tak dużo zarabiać. To nie jest takie proste, ani przy tym mrugnąc, ani się zająknąć. Na MBA najtrudniejsze zajęcia to coaching z bezwstydingu.

Początki rozwiązania będą wyglądać raczej tak jak konflikt w Krowarzywa(ch?). Janusz przeszarżuje, pracownicy się zbuntują i nagle po raz pierwszy w swoim życiu wielki pan kapitalista będzie musiał usiąść do negocjacji ze swoimi zasobami ludzkimi.

Sądząc po tym, jak nieporadnie właściciel knajpy rozegrał ten konflikt, polskim Januszom przydałby się zbiorowy coaching z lideringu biznesingiem. Najpierw beztrosko ogłosił na fanpejdżu, że szuka nowych pracowników.

To wywołało tak gniewne reakcje, że wykasował to ogłoszenie, a potem pobiegł do tego uniwersalnego powiernika i pocieszyciela polskich biznesmenów, serwisu inn poland, który uwierzy im we wszystko - nawet w opowieść, jak to NASA ukradło polskiej firmie technologię sterowania dronami.

„Pracownicy poinformowali mnie o jego [związku - WO] założeniu. W tej chwili sprawa czeka na opinię prawnika, czy mieli do tego prawo. Wedle naszej wiedzy, zostały zawiązane już po zwolnieniu” - powiedział serwisowi inn poland, a serwis zrobił minę zadowolonej drony, którą ktoś z NASA posmyrał pod statecznikiem.

Opinia prawnika zaczynała się zapewne od „czy was doszczętnie porąbało? przecież te słowa mogą być dowodem w sądzie!” (lub semantycznego ekwiwalentu). W następnej wypowiedzi pracodawca zaprzeczył swojej poprzedniej wypowiedzi:

„Nieprawdą jest, że zwolniliśmy pracowników po przystąpieniu przez nich do związku zawodowego. Zwolniliśmy tylko jednego pracownika, a po tym fakcie pracownicy z restauracji przy ul. Hożej przystąpili do związku zawodowego, czego jako pracodawca nie kwestionujemy”

Gdy piszę te słowa, nie doszło do porozumienia. Ale nawet jeśli do niego nie dojdzie, ten bunt był sukcesem. Moje szczere słowa uznania dla tych, co zastrajkowali w obronie kolegi - tak się zmienia świat na lepsze!

A co dalej? Mamy rynek pracownika, zwłaszcza w Warszawie. Pracownicy bez trudu znajdą sobie inną fuchę przy podobnych stawkach.

Janusze Biznesu muszą sobie uświadomić, że skończyły się czasy gadki „mam dziesięciu na twoje miejsce”. Odwrotnie, to pracownik ma dziś do wyboru dziesięć ofert pracy. Owszem, wszystkie porównywalnie nieatrakcyjne, ale to już zmienia równowagę sił.

Polscy pracodawcy muszą zacząć uczyć się trudnej sztuki zdobywania lojalności pracownika atrakcyjnymi warunkami pracy - tak, żeby to właśnie ich oferta była atrakcyjniejsza od tych dziesięciu pozostałych. Trochę im to zajmie, zgoda. To zadanie równie trudne, jak wybudowanie tysiąca kilometrów nowoczesnych dróg.

W Polsce jest ich teraz trochę ponad trzy tysiące (i przeszło tysiąc w budowie). Dziesięć lat temu nie było nawet tysiąca.

Proszę państwa, 19 czerwca skończył się w Polsce januszyzm!

poniedziałek, 20 czerwca 2016
PPHU Transinterjanuszexpol

Bardzo mnie ucieszył komentarz Wojciecha Czuchnowskiego (z którym w stu procentach się zgadzam). Polecam PT Komcionautom, którym mógł umknąć (dla kolegi Wraithofux: link do komentarza jest w słowie „komentarz”).

Rozbieżność między tempem wzrostu PKB a wzrostem płac uważam za najważniejszy problem dzisiejszej Polski. W sensie, gdyby złota rybka mogła mi zaproponować rozwiązanie jednego (ale tylko jednego), wybrałbym ten.

Będzie śmiesznie, jeśli ubocznym skutkiem programu 500+ będzie redukcja podaży pracowników, skutkująca przesunięciem równowagi na niekorzyść pracodawców i idące za tym powszechne podwyżki dla zarabiających najmniej. Wtedy tak jak uznałem wkład PO w rozwiązanie problemu modernizacji infrastruktury (mimo wszystkich zastrzeżeń), tak teraz uznałbym zasługę PiS.

Nie przemawia przeze mnie tylko idealizm. Jestem materialnie zainteresowany tym, żeby jak najwięcej Polaków miało w miarę przyzwoite zarobki, gwarantowane ustawowo urlopy i weekendy i dysponowała swobodnie dysponowalną nadwyżką dochodów.

Wszystkie modele biznesowe w mojej branży odwołują się przecież do ludzi, którzy mają wolny czas i wspomnianą nadwyżkę. Zadaniem dziennikarza w kapitalizmie jest wypełnianie przestrzeni między reklamami - gdy ludzie żyją w biedzie, nie ma czego reklamować, a więc nie ma miejsca dla dziennikarzy.

To samo dotyczy rynku książki. Sens biznesowy wydania książki zależy od tego, ilu ludzi ma czas wolny, by czytać - i kasę, by kupić książkę.

Dlatego za gigantyczny błąd i strzał w stopę z pancerfausta uważam postawę wielu mediów w Polsce, które odruchowo w takich konfliktach zwykle biorą rację drugiej strony - tej, która jest z kolei materialnie zainteresowana trzymaniem Polaków w biedzie, bo swoje modele biznesowe zbudowali na taniej sile roboczej. W moim bąbelku soszialmediowych nazywamy ich „Januszami Biznesu”.

Być może jacyś Janusze wypowiedzą się tu w komentarzach - lojalnie uprzedzam, że na tym blogu panuje lewactwo, socjalizm, marksizm i prozwiązkowość. Z poglądami libertariańskimi i neoliberalnymi proponuję się przenieść gdzie indziej.

W szczególności proszę odpuścić sobie argumenty typu „NIE WSZYSCY DROBNI PRZEDSIĘBIORCY SĄ ŹLI”. No pewnie, że nie wszyscy! Ale to nie fantasy tolkienowska, nie mówimy tu o podziale na Archetypalne Zło i Archetypalne Dobro.

Jeśli na przykład chcę, żeby Polacy dobrze zarabiali, to nie dlatego, że jestem „dobry”. I nie dlatego, że ich lubię - w rzeczywistości, jak wiadomo, jestem raczej cynicznym i zgorzkniałym mizantropem, nie mówiąc już o elemencie antypolskim.

Janusz Biznesu z kolei może być prywatnie duszą człowiekiem, co to do rany przyłóż. Ale jeśli jego model biznesowy zakłada konieczność zatrudniania pracowników za pięć złotych za godzinę to jest materialnie zainteresowany utrzymywaniem polskiej biedy (tak jak ja jestem zainteresowany jak najszerszym awansem Polaków przynajmniej do klasy średniej).

Głos Januszów Biznesu słyszymy ostatnio chóralnie w medialnych materiałach typu „DRAMAT PRZEDSIĘBIORCÓW, NIE MOGĄ ZNALEŹĆ CHĘTNYCH DO PRACY Z POWODU 500+”. Słyszeliśmy go przed wyborami w tekstach „NIEMCY CHCĄ ZNISZCZYĆ NASZYCH PRZEWOŹNIKÓW ZMUSZAJĄC ICH DO PŁACENIA KIEROWCOM NIEMIECKICH STAWEK NA NIEMIECKIM TERYTORIUM”.

Od 1989 nieustannie słyszymy, że państwo powinno na Januszy chuchać i dmuchać, bo oni Tworzą Miejsca Pracy. Co jest, oczywiście, bzdurą: miejsce pracy tworzy popyt, który wymusza podaż.

Jeśli danej luki rynkowej nie zaspokoi Janusz, to zrobi to jego kumpel Ziutek. Jeśli zaś tej luki nie będzie, to nie zrobi tego ani jeden, ani drugi. Pracownikowi jest zaś obojętne, dla którego z nich pracuje - byle hajs się zgadzał.

Dlatego jednak przerażają mnie pomysły typu „Frasyniuk na lidera opozycji”. Dla pisowców aż nadto łatwo będzie przedstawić go jako kogoś, kto nie chce, żeby Polacy zarabiali tyle co Niemcy.

I znowu: nie wnikam tutaj w „jak jest naprawdę”. Piszę po prostu, jak kaczyści to zaspinują w soszial mediach, w których mają potężną przewagę.

Opozycja na razie nie ma pomysłu na odwojowanie utraconego teryrorium - w którym, przypomnę, jeszcze nie tak dawno temu to właśnie kaczyści byli wyszydzaną mniejszością. I moim zdaniem: dopóki beneficjenci 500+ będą się bać, że liberałowie im to odbiorą, dopóty nie ma na to szans.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26