Ekskursje w dyskursie
sobota, 30 kwietnia 2016
Dobre choć polskie

Przeważnie nie lubię polskiej muzyki rozrywkowej - denerwują mnie słabi wokaliści i kiepskie teksty. Reszta przeważnie jest spoko, ale chciałbym, żeby wywalili tego człowieka przy mikrofonie i zamiast niego ktoś zaśpiewał coś z sensem.

Ale nie chcę zrzędzić akurat na ten temat, więc w kwietniowym rankingu napiszę o piosenka, którzy mi się dla odmiany podobają...

„Mówiła mu: Italiano”, to będzie mocna pozycja w konkursie na opowiedzenie historii miłosnej w trzech słowach. To z jak „To była ciemna i burzliwa noc”, grozi, że reszta musi zepsuć nastrój.

Ale kolega Organek (btw: czy to jest prawdziwe nazwisko?) daje radę, jego campowy wokal doskonale pasuje do niby-solówki wygrywanej na dancingowych organkach. A potem nagle z wykurwem rusza jakaś przesterowana gitara i z dancingu przeskakujemy do hard rocka. Chciałbym zobaczyć film, któremu ta piosenka pasowałaby do napisów!

W duecie Pablopavo / Earl Jacob ten pierwszy jest megagwiazdą, ubóstwianą przez moich znajomych lemingów, którzy masowo wrzucają teraz ten kawałek o wiosennych kotach. Za słodkie to wszystko dla mnie, „dzwonię do ciebie ze snu o szczęśliwych lemingach” kojarzy mi się z telefonem od telemarketera, który usiłuje mi wcisnąć kredyt na strzyżone osiedle.

Za to Earl Jacob ma moje poczucie humoru. Zazdroszczę drugoplanowemu bohaterowi, który patrzy na Julię, która pięknie tańczy do piosenek o śmierci, które jej grają „na tym starym sterele”. Chciałbym z nim stać z małym piwem przy barze (choć oczywiście jak lecą piosenki o śmierci, to ja jednak walnę raczej duże)...

Pseudonim szczecińskiego artysty „Łona” ewokuje we mnie najgorsze możliwe skojarzenia z polskim hiphopem. Jou jou aha aha skład na miejscówce gra dla tych co w podstawówce. Brrrr.

Zaklinam jednak tych, co to tak jak ja, nie lubią polskiego hiphopu, żeby dali szansę Łonie. To nie jest taki hiphop, jak myślicie. To jest opowieść o moim życiu z genialnymi rymami! Uwierzcie polecance od przekonanego sceptyka...

Jako honorejbl menszyn: Taco Hemingway, który jednak nie wchodzi do głównego rankingu, bo to dowcip na jedno odsłuchanie jednak...

niedziela, 13 marca 2016
Now Playing (173)

Wpadła mi w ucho piosenka Jurija Wizbora (w Polsce szerzej znanego jako Martin Bormann z „Siedemnastu mgnień wiosny”) zatytułowana „Opowieść technologa Pietuchowa o jego spotkaniu z delegatami forum państw Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej, które miało miejsce 27 lipca w kawiarnio-lodziarni Gwiazdeczka o godzinie siedemnastej trzydzieści”. Głównie dlatego, że pół wieku temu wpadła też w ucho Stanisławowi Lemowi podczas wizyty w Rosji aż tak bardzo, że podekscytowany streszczał ją w liście do przyjaciela.

To i ja ją streszczę Wam, choć se przecież możecie kliknąć w jutubkę. Technolog Pietuchow styka się w niej z różnymi zarzutami pod adresem Rosji - że klimat tu nie taki i że twista tu nie tańczą.
Technolog Pietuchow ma na to wszystko mniej więcej taką samą odpowiedź: że ale my mamy rakiety, wybudowaliśmy tamę na Jeniseju, a w kwestii baletu, to już jesteśmy najlepsi na planecie wsiej.

Ze zwrotki na zwrotkę odpowiedź jest coraz bardziej bełkotliwa, bo towarzystwo już rozpracowało „po trista” (rym do „twista!”), a potem jeszcze zalało to „szampanskim”. Co oni tam mają za „kawiarnio-lodziarnie”?

Nie wiem, kto powiedział (może też Lem?), że z Rosją jest taki problem, że jej kultura wytwarza fałszywe mniemanie o jej społeczeństwie. A potem człowieka czeka zdziwko, kiedy się dowie, że Łukianienko też popiera Putina.

Z tym zastrzeżeniem zapraszam do autoironicznej piosenki Rosjanina o rosyjskiej mocarstwowości...

poniedziałek, 15 lutego 2016
Now Playing (172)

Obejrzałem właśnie z zachwytem trzy pierwsze odcinki nowego serialu HBO „Vinyl” (więcej na razie dziennikarzom nie udostępnili). Moje skojarzenia są dziwne jak ja, więc zamiast glam rocka czy rnb, pod wpływem tego serialu zaczęła mi brzęczeć w głowie grecka piosenka „Efige, Efige”.

Źródło skojarzenia jest w gruncie rzeczy banalne. Kapitalną postać drugoplanową w „Vinylu” gra Paul Ben-Victor.

W „Vinylu” jest stereotypowym Aszkenazyjczykiem z powiązaniami z Kosher Nostra (jak amerykańska prasa żartobliwie nazywała żydowskie odgałęzienie mafii). W serialu „The Wire” Ben-Victor z kolei grał niejakiego Vondasa, który uchodzi za Greka (ale jak pamiętamy z dialogu między nim a jego szefem w finale drugiego sezonu - „ma wiele nazwisk i wiele narodowości”).

W obu serialach Ben-Victor gra w gruncie rzeczy tę samą postać. Człowieka pozornie bardzo sympatycznego, który jednak potrafi się uśmiechnąć tak przyjaźnie, że ciarki idą po grzbiecie.

Pod koniec drugiego sezonu, jak pamiętamy, Frank Sobotka idzie na decyzującą rozmowę z Vondasem. Z której już nie wraca, bo tak się kończą takie decydujące rozmowy. Finałowi towarzyszy właśnie „Efige, Efige” Steliosa Kazantzidisa.

Sądząc po komciach z jutuba, większość nowych fanów tej piosenki trafiła na nią właśnie via HBO. Typowe komcie to „Business. Always business” albi „Reelect Frank Sobotka”!

Piosenka jednak rzeczywiście jest piękna i jeśli jacyś komcionauci zechcą wystąpić w roli geniusza-podpowiadacza (jeśli lubisz to, to spodoba ci się też tamto), będę dźwięczny. Chociaż z jednej strony od razu kojarzy nam się z Grecją - coś w tym brzmi strasznie arabsko. Ale jako totalna noga z muzykologii, nawet nie wiem co (metrum? harmonia? wszystko na raz?).

Bardzo się ucieszę, jeśli ktoś zechce się powymądrzać...

środa, 30 grudnia 2015
Żegnaj, Lemmy!

Ech, do wszystkich smutnych wiadomości roku 2015 musiała dojść jeszcze ta. Żegnaj Lemmy! W sylwestra wypiję niejeden toast poświęcony Twojej pamięci.

Pierwszą płytą Motorhead z jaką się zetknąłem, był koncert „No Sleep 'til Hammersmith”. I tak jak w przypadku poprzedniej piosenki na blogu - byłem wtedy nastolatkiem.

Pewnie z tego powodu mam tak wielki sentyment właśnie do tej płyty (i do, dajmy na to, pierwszych ajronów albo „Unleashed in the East” judasów). Ale hej, „Ace of Spades” to naprawdę wielka piosenka.

Dlatego ranking zacznę bez zaskoczeń. To nie tylko najlepsza piosenka „Motorhead”, ale zapewne jedna z najlepszych piosenek rockowych wszech czasów. Na pewno umieściłbym ją w pierwszej dziesiątce.

Mój drobnomieszczański styl życia jest oczywiście całkowitym zaprzeczeniem rokendrolowego etosu. A jednak pod chociaż jednym względem identyfikuję się z bohaterem tej piosenki. W życiu nie zależy mi na wygranej.

Raz wygrasz, raz przegrasz, dla mnie to na jedno wychodzi. Przyjemność jest w grze.

Podmiot liryczny dostał właśnie „rękę martwego człowieka”. Różnie się ją definiuje w pokerze, ale najczęściej chodzi o dwa czarne asy i dwie czarne ósemki.

Taką rękę dostał legendarny rewolwerowiec „Wild Bill” Hickok w swojej ostatniej partii pokera w roku 1876. Nie wiadomo, jaka byłaby jego piąta karta, bo partię przerwał zdradziecki strzał w plecy.

Od tej piątej karty zależy, czy mamy fulla czy tylko dwie pary. Jej odwrócenie jest więc dla każdego normalnego gracza dość emocjonującym momentem.

Ale nie dla podmiotu lirycznego. On już ma jedyną kartę, jaką chce mieć - asa pik...

Dwie następne piosenki mogą już trochę zdziwić. Jako nastolatek byłem zachwycony „(We Are) The Road Crew”, właśnie z tego koncertowego albumu.


Tak jak bohater rysunku Mleczki w zawodzie wikinga najbardziej sobie cenił gwałcenie, ja w hard rocku najbardziej cenię napierdalanie. Tym fachowym muzycznym określeniem nazywam sytuację, w której gitara rytmiczna, gitara basowa i perkusja tworzą jakąś potworną niszczycielską machinę, która brzmi jak silnik czołgu superciężkiego.

Teoretycznie w każdej piosence hardrockowej jest coś takiego. Ale praktycznie ta machina wymaga jakiegoś rezonansu (?), żeby naprawdę aż mosty się waliły od rytmicznego napierdalania. No więc: przy „The Road Crew” się walą.


I żeby nie było, że słucham tylko tego, czego słuchałem jako nastolatek - podoba mi się utwór z 2010 „Get Back In Line”. 65-letni Lemmy napierdala w nim jak naspidowany nastolatek. Jedno jest pewne: mają teraz niezły koncert w Valhalli...

środa, 23 grudnia 2015
Now Playing (172)

Jak wiadomo, najlepsza popkultura to ta, z którą zetknęliśmy się w wieku nastoletnim. Dla mnie zatem najlepszym bożonarodzeniowym hitem jest „Food For Thought” zespołu UB40.

Nazwa zespołu nawiązuje do formularza wypełnianego kiedyś przez bezrobotnych w Wielkiej Brytanii, by mogli skorzystać z zasiłku („unemployment benefit”). Polityczne zaangażowanie debiutanckiego singla nie było więc zaskoczeniem.

Zaskakujące było raczej to, że singiel przebił się na pierwsze miejsce listy przebojów, chociaż wydała go garażowa wytwórnia typu „my ze szwagrem”, a i tekst daleki był od standardów muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej. No ale jak już pisałem wielokrotnie, cokolwiek mówić o ejtisach, to przynajmniej teksty piosenek były należycie ponurackie.

Piosenka jest reakcją na obrazy nędzy i głodu Trzeciego Świata, które 35 lat temu szokowały mieszczuchów na sytym Zachodzie. Dziś już trochę się jakby przyzwyczailiśmy, ale wtedy nawet w niespecjalnie sytej Polsce bardzo się martwiliśmy wychudzonymi dziećmi z Etiopii.

W pierwszym wersie tekst ewokuje obraz Madonny z dzieciątkiem, która czeka na „mannę z Zachodu”. Dzieciątko już nie żyje, ale podmiot liryczny pociesza nas, że na szczęście nigdy się nawet nie dowiedziało, że umiera - to przecież było niemowlę.

Madonna też się trzyma resztkami sił. Jałowe jej łono, puste jak jej oczy, śmierć jedynym żniwem, jakie przynosi niebo.

To może być dzisiaj - choćby w bombardowanej Syrii czy w jakimś obozie uchodźców gdzieś w Afryce. To zdumiewające, jak szybko się zdążyliśmy do takich obrazów przyzwyczaić. Kiedyś to szokowało, na Zachodzie robili jakieś akcje humanitarne - pełne hipokryzji, ale jednak. A dziś wolimy, żeby madonna z dzieciątkiem zgniła w dalekim obozie, niż żeby naruszała granice fortecy Europa.

Madonna nie doczeka manny z zachodu. Politycy jeszcze nie zakończyli obrad. Ostrzą noże, chcąc wyszarpnąć co smakowitsze kąski. Życie niemowląt w tych targach jest przedmiotem, a nie podmiotem.

Czy ostatnia zwrotka jest gorzkim sarkazmem, czy głosem ponurej, ale jednak nadziei, tego nie umiem ocenić. Jak mawiają social media nindże, „a wy jak myślicie”?

W ostatniej zwrotce podmiot liryczny ogłasza nam bowiem dobrą nowinę. Usłyszcie grające dzwony i pieśń aniołów. Co nam zwiastują? Że mamy ucztować i świętować, bo Jezus syn Maryi narodził się dziś ponownie.

Ivory madonna dying in the dust,
Waiting for the manna coming from the west.

środa, 21 października 2015
Now Playing (171)

Zbliża się cisza wyborcza, więc chciałem w tym tygodniu wrzucić kolejną notkę o moich muzycznych fascynacjach i odkryciach. Byłem w tym roku na Przystanku Woodstock i wpadła mi tam w ucho francuska grupa Shaka Ponk. Im więcej słucham, tym bardziej mi się podoba.

Nie umiem określić ich stylu. Ciocia Wiki też nie bardzo, używa też przerażającego określenia „experimental rock”.

Ale bez obaw, nie chodzi o to, że ktoś pół wieku po wczesnych Floydach znowu zaczyna się bawić przesterowanymi efektami. Przeciwnie, ta muzyka jest bardzo skoczna, melodyjna, wpada w ucho. Tyle że nie da się powiedzieć, czy to hip hop czy to punk rock. Ale cokolwiek to jest, jest bardzo fajne.

Domyślam się, że niektórzy komcionauci odczuwają presję, żeby coś tu napisać o medialnym triumfie Zandberga. Wyjątkowo będę tolerować offtopy (acz nie podczas ciszy wyborczej), a nawet sam się zaofftopuję.

Obserwuję partię Razem od początku z sympatią, mimo swojej dystwarzii i dyznazwiskii kojarzę Zandberga od paru lat, jako jednego z tych sympatycznych i inteligentnych młodych ludzi, szwendających się bezradnie po różnych lewicowych młodzieżówkach, bez szans na karierę polityczną, bo Millerów i Palikotów młodzi działacze interesowali zawsze tylko jako paprotki lub teczkowi.

Cieszę się, że ci ludzie wreszcie wyszli z tych organizacji i zaczęli działać razem. Od lat głosuję wbrew sobie, z obrzydzeniem, zatykając nos, robiąc dobrą minę do złej gry - koniec z tym. Ufff.

Ta debata wyjaśnia, dlaczego czuję się tak bardzo wyalienowany w świecie polskiej polityki. Z całej tej ósemki liderów Zandberg był jedyną osobą, z którą miałbym ochotę na towarzyską rozmowę.

To człowiek, który czyta książki, który wie coś o świecie, który ma poglądy własne, a nie wyprodukowane przez spindoktorów na podstawie fokusa w targecie. Przypadkowo mniej więcej takie same jak ja, ale to już dla mnie szczegół.

W polskiej debacie nie znoszę jej straszliwej miałkości. Z polskimi politykami da się może pogadać o piłce nożnej albo o celebrytach. Czyli o tym, o czym pisze pudelek, bo nic poza tym nie czytają.

Stąd ten przedziwny fenomen ludzi, którzy ciągle sobie wycierają gębę Adamem Smithem, a nigdy nie czytali nie tylko „Teorii uczuć moralnych”, ale nawet „Bogactwa narodów”. Wydaje im się więc, że to był orędownik dzikiego kapitalizmu (otóż nie był).

Tacy ludzie - niedouczeni, niedoczytani, klepiący w kółko te same ideologiczne zaklęcia - dominują niestety w naszym dyskursie. I nie ma tu znaczenia, „lewica” czy „prawica”, rządzi nami jakiś ponadpartyjny front bibliofobów.

Dlatego nie oglądam telewizyjnych programów typu „kłótnie polityków”. Dlatego nie chce mi się czytać publicystycznych „komentarzy i opinii”. Dlatego niemile widzę u siebie na blogu komcionautów przychodzących tu z portalowych forów czy z Twittera.

Wiem, że nic nowego się od nich nie dowiem. Usłyszę tylko jeszcze raz te same slogany, które znam na pamięć. Boooo-ring.

Z „razemitami” nie odbędę może ciekawej dyskusji politycznej, bo za bardzo się zgadzamy. Ale da się z nimi pogadać o „Marsjaninie” czy o Ha-Joon Changu.

Nie wyobrażam sobie interesującej rozmowy na takie tematy z nikim z siódemki pozostałych liderów. Z Zandbergiem? Spoko. Dlatego mój wybór to tak naprawdę kwestia smaku.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Now Playing (170)

W tym muzycznym cyklu często dokonywałem wstydliwych wyznań - ale chyba żadne nie będzie tak wstydliwe, jak to. Wróciłem ostatnio do płyty U2 „Songs of Innocence”.

Nie dość, że słuchanie U2 to obciach, to jeszcze na dodatek właśnie ta płyta była niechcianym prezentem, który Apple wcisnęło swoim użytkownikom nie pytając ich o zdanie. Byliśmy oburzeni. Sam napisałem o tym złośliwy felieton.

Tim Cook i Bono musieli być zdumieni reakcją użytkowników. Widać to było po pośpiesznych i nieporadnych próbach zamaskowania katastrofy pijarowej.

Płyta zapłaciła za to niesprawiedliwie krytycznymi recenzjami. Dopiero z perspektywy czasu zaczęto ją wymieniać wśród najlepszych płyt 2014 (tak przynajmniej twierdzi ciocia Wiki).

Ja byłem w tej sprawie hipokrytą do kwadratu. Tak naprawdę płyta spodobała mi się od pierwszych dźwięków, po prostu celowo odmówiłem polubienia. „The Miracle (Of Joey Ramone)” to bardzo dobre intro na pochwycenie uwagi słuchacza - a potem wchodzi naprawdę dobry kawałek, „Every Breaking Wave”.

Jej zwrotki budowane są wobec metafor typu „każdy X wie, że”. Każdy prezes korporacji wie, że podstawą jego biznesu jest klasa średnia - do której kiedyś może i należał, ale teraz z definicji jest co namniej w wyższej średniej, lub po prostu wyższej.

Co za tym idzie, przetrwanie korporacji zależy od umiejętności wczucia się mentalność jednego z tych szarych ludzików kilka pięter drabiny społecznej pod prezesem. Sekretem sukcesów Steve’a Jobsa była, jak sądzę, mistrzowska umiejętność - Tim Cook zatopi Apple jej brakiem.

Widzę to oczywiście nie tylko w tej kwestii. Mimo bycia prezesem, Jobs wykonywał typowo średnioklasowe czynności w rodzaju robienia prezentacji czy odpisywania na maile. To sprawiało, że rozumiał potrzeby człowieka, który w ten sposób zarabia na życie.

Dlatego od razu widząc produkty takie, jak iPhone czy Keynote wiedziałem, że kiedyś to kupię. Niekoniecznie w wersji 1.0 (jak wiadomo, z zasady takich nie kupuję), ale od razu wiedziałem, po co mi to.

AppleWatch? Tyle po premierze i nadal to jest dla mnie „meh”. Co więcej, nie pamiętam, kiedy w ogóle ostatnio Apple pokazało jakiś nowy produkt, na widok którego zaświeciłyby się mi oczy jak temu żołnierzowi z „Teenagenta”, który mówi „chcętochcętochcęto”.

Mogę sobie wyobrazić te zebrania zarządu w Cupertino, na których panowie (skoro nikt nie pomyślał o monitorowaniu cyklu menstruacyjnego, ewidentnie nie było tam żadnej kobiety) podniecali się przewidywanymi słupkami sprzedaży. Nikt tam nie pomyślał jednak o podstawowym problemie: po jaką cholerę takie coś małemu, szaremu człowieczkowi z klasy średniej?

A przecież to takie człowieczki kupują laptopy i samochody, mieszkania i bilety lotnicze. To od nich zależy przetrwanie praktycznie każdej korporacji - nie może istnieć korporacja obsługująca samych tylko prezesów korporacji.

Mogę też więc sobie wyobrazić te spotkania Bono z Timem Cookiem, pewnie w jakimś klubie golfowym albo na pokładzie osobistego Gulfstreama. Obaj byli przekonani, że małe szare człowieczki ucieszą się z płyty wciśniętej im w prezencie, bo tyle pewnie im się jeszcze kołatało z tyłu głowy - że te ludziki lubią gratisy.

Jasne, że lubią: ale jednocześnie klasa średnia ma obsesję na punkcie pielęgnowania swoich playlist, bo to wizytówka ich kapitału kulturowego. Pewnie całego tego zamieszania można było uniknąć, gdyby zamiast wciśnięcia tego każdemu (push) dali jakąś ikonkę, dzięki której płytę można ściągnać z inicjatywy użytownika (pull).

Ale żeby wpaść na taki pomysł, trzeba rozumieć klasę średnią. Tim Cook jej nie rozumie.
Płyta jest więc całkiej fajna. Ale jeśli ktoś nadal trzyma akcje Apple, jest nierozsądny.

wtorek, 30 czerwca 2015
Fejkowe ejtisy

A w czerwcowym rankingu od czapy - muzyka w miarę współczesna, ale silnie stylizowana na lata osiemdziesiąte. Bo też i nie ma nic milszego sercu starszego pana po czterdziestce, niż tamte klimaty.

Elektroniczna perkusja! Wysilone linie basowe! Solówki klawiszowe grane jednym paluszkiem! Charyzmatyczny wokalista miotający się w przedziwny sposób na estradzie! Och, jak głęboko to wmłotkowano w naszą podświadomość!

Na topie rankingu oczywiście Future Islands. Ich „Spirit” zasłyszany w radiu sprawił, że przypomniałem sobie, jak bardzo kocham tę estetykę.

Gdy próbowałem zarazić swoim entuzjastycznym „panowie, kurwa, to genialne!” duet Świąder/Sankowski, spotkałem się z lodowatym „a widziałeś ich występ u Kimmela”. Po czym padło słowo, na które odbezpieczam rewolwer - „postironiczność”.

Dla starszego pana #po40 rewolwer jest metaforą karty kredytowej, więc kupiłem sobie całą płytę Future Islands głownie Świąderowi i Sankowskiego na złość. Może oni mają procent od wqrwiani? No mniejsza.

Jak macie kliknąć tylko w jedną jutubkę z trzech tu zamieszczonych, kliknijcie w tą. Choć nie mam procentu.

Ale tak naprawdę cała ta moda zaczęła się od duetu autoKratz. Och, jak ja oszalałem z zachwytu, kiedy pierwszy raz usłyszałem ich „Always More!”. I wiem, nagrali też piosenkę z Peterem Hookiem, żeby było jeszcze bardziej ejtisowo - ale z ejtistami jest jak z najntisami.
Tak naprawdę to nikt nie chce wracać do tego syfu. Nostalgia wystarcza.

„Broken Bells” to tajny projekt kolesia, który jako Danger Mouse zapoczątkował w 2004 scenę mashupową, miksując czarny album Jay-Z z białym albumem Beatlesów, tworząc słynny „Szary Album”. Lipszycoidy argumentowali wtedy, że korporacje będą prześladować ludzi robiących nielegalne remiksy.

Oczywiście, to się nigdy nie wydarzyło. Po sukcesie „Szarego Albumu” Danger Mouse był zaparaszany do miksowania przebojowych płyt Gorillaz i Gnarls Barkley. Wydawanych, oczywiście, przez korporacyjne wytwórnie. Bo tylko taki bunt nam został: kupić płytę od korporacji na złość korporacjom, które chcą okradać muzyków przez serwisy streamingowe.

czwartek, 09 kwietnia 2015
En Lecture (169)

Mam nadzieję, że to już będzie moja ostatnia notka z serii „żesuiszarli”. Ubocznym skutkiem było to, że frankofońska muzyka często leciała w moim samochodzie. Więc zanudzę Was jeszcze z rozpędu duetem „Les Rita Mitsouko”.

Przedziwna nazwa ma nawiązywać do Rity Hayworth, striptizerki Rity Renoir i linii perfum Guerlain Mitsouko. Przedrostek „Les” każe nam jednak odebrać to nie jako pseudonim jednej osoby, tylko jako liczbę mnogą (te Rity, nie ta Rita).

W latach 80., kiedy łaziłem do Instytutu Francuskiego czytać na koszt francuskiego podatnika komiksy i słuchać tamtejszych winyli, ta muzyka wydawała mi się szczytem wyrafinowania. Do dzisiaj powiedziałbym, że świetnie znosi próbę czasu, choć oczywiście teraz to już nie brzmi nowocześnie, tylko wintedżowo.

Dlatego zresztą trochę przereklamowana wydaje mi się książka Simona Reynoldsa „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984”. Napisana jest tak, jakby punk i postpunk uprawiano tylko po angielsku. A gdzie Telephone, gdzie Indochine, gdzie Noir Desir, gdzie Plastic Bertrand, gdzie Rita Mitsouko wreszcie? (Scenę niemiecką, acz będzie to mile widziany offtopic).

Tak jak w przypadku frankofońskiego komiksu, gwiazdy tamtejszej muzyki pop zdumiewająco często tak naprawdę nie pochodzą z Heksagonu. Co znowu przypomina odwieczną lewicową tezę, że nic tak dobrze nie robi kulturze, jak brak etnicznej czystości.

Tworzący ten duet Fred Chichin (zmarł w 2007 na raka w wieku 53 lat) i Catherine Ringer wprawdzie przyszli na świat we Francji, ale jak same ich nazwiska pokazują, byli Francuzami w pierwszym pokoleniu. Ojciec Catherine Ringer był z pochodzenia polskim Żydem.

Przyjechał do Francji na studia, stąd go deportowano do Auschwitz a potem do innych obozów. Rosjanie uratowali mu życie, dokończył studia w Krakowie, ale w 1947 w końcu wyemigrował do Francji. Ojciec Freda Chichina miał jeszcze bardziej skomplikowane pochodzenie rosyjsko-szwedzko-holenderskie, jego rodzina przyjechała do Francji razem z antybolszewiską lewicą uciekającą po rewolucji październikowej.

Zanim została postpunkową wokalistką, Catherine Ringer zdążyła wypróbować swoich sił w aktorstwie teatralnym, operowym i erotycznym (zagrała w kilkunastu produkcjach soft-porno). Swoim scenicznym emploi wyprzedzała czasy mody na burleskę.

Nawet nie można powiedzieć, że zachowywała się uwodzicielsko w tradycyjnym sensie. Ale po prostu nie można od niej oczu oderwać (a już zwłaszcza jak się było nastolatkiem z komunistycznej krainy szarości).

Moją ulubioną piosenką duetu jest „Le Petit Train”, dobra próbka ich makabrycznego poczucia humoru. Tekst piosenki opowiada o pociągu, który jedzie przez idylliczną prowincję. Obojętnym wzrokiem spoglądają na niego wieśniacy, rozmawiający z zadowoleniem o hektolitrach mleka, które w tym roku dały ich krowy („Cette année les vaches ont fait / Des hectolitres de lait!”).

Brzmi to wszystko jak wesoła piosenka dla dzieci. To skąd te krzyki w refrenie? Skąd ta dziwna nerwowa atmosfera?

Wyjaśnia to kilka słów z tekstu. To nie jest zwyczajny pociąg. To pociąg śmierci („train de la mort”), najprawdopodobniej wiozący deportowanych z Francji Żydów takich jak ojciec Catherine Ringer.

Przyznacie, że anglojęzyczny postpunk na tym tle brzmi jakoś tak harcerzykowato.


poniedziałek, 05 stycznia 2015
Słuchajcie, towarzyszu... (EL 168)

Jako didżej-amator uciekam się do desperackiego chwytu. Przygotowuję na imprezę dwie plejlisty.
Jedna brzęczy sobie w tle, kiedy towarzystwo stoi z kieliszkami i dyskutuje o rewolucji, oby jak najrychlejszej. Druga zaś czeka w pogotowiu na chwilę, w której towarzystwo będzie „ready for the floor”.

Chwilę rozpoznaję po tym, że ludzie wbrew sobie zaczynają jednak podrygiwać. Od tego momentu zaczynam mieć przegwizdane, bo o ile ta pierwsza plejlista może sobie lecieć w automiksie, ta druga wymaga ciągłych modyfikacji.

Dlatego najlepiej wspominam chwilę nadejścia podrygu. Piosenkę, która rozruszała towarzystwo znienacka, wbrew jego intencjom. A przypominam, że bywam głównie na imprezach, w których średnia wieku przekracza pięćdziesiątkę (uch, moje stawy).

W tego sylwestra było to „Ecoutez-Moi Camarade” Rachida Taha, którego ubóstwiam od lat, a konkretnie oczywiście hipnotyczny refren. Tytuł sugeruje nie wiadomo jak radykalną politykę, ale to piosenka o miłości. Choć lubię ją odbierać metaforycznie, jak „Idę”.

Podmiot liryczny apeluje do swojego towarzysza, by ten dał sobie spokój z jakąś dziewczyną. I potem mamy lawinę idiomów i metafor, którymi tłumaczących towarzyszowi, że ta dwulicowa dziewczyna sprawi mu wyłącznie cierpienie.

Nawiasem mówiąc, nie rozumiem metafory (?) idiomu (?) „monsieur Pigeon”. Mersiboku de la montań za wyjaśnienie.

Na koniec okazuje się, że nie ma żadnego towarzysza. „Ale kim jest ten towarzysz? Jestem sam. Gadam do siebie. No więc to ja nim jestem, żałosny dupek, to właśnie ja”. Miej więcej taka jest ostatnia zwrotka („Le pauvre con / Et me voila”).

A hipnotyczny refren to po prostu „dobrze wiem, że ją kochasz, oddałeś jej swoją duszę”. I dlatego lubię odczytywać tę piosenkę metaforycznie: wszyscy mamy taką Sprawę, dla której staliśmy się „les pauvres cons / et nous voila”).

Blogobywalcy znają moją nieodwzajemnioną miłość do języka francuskiego. Kompletnie go nie znam, a jednak uwielbiam słuchać piosenek w tym języku i czytać komiksy w tym języku, a nawet próbuję się w nim czasem odzywać (po czym francuscy kelnerzy i tak przechodzą na angielski).

Nie znam tego społeczeństwa, więc nie rozumiem jego fobii. Dla mnie nie ma Francji bez Francuzów pochodzenia arabskiego, afrykańskiego czy aszkenazyjskiego. Francja bez Gainsbourga tak jak Francja bez Khaleda, nie byłaby kulturalny mocarstwem.

Wyszedłby raczej jakiś wypierdek, jak z polskiej kultury bez Tuwima, Schulza i Brzechwy. Dlatego nigdy nie mogłem zrozumieć nacjonalistów - działają na szkodę tego, co teoretycznie wychwalają.

niedziela, 30 listopada 2014
Echa

Rozczulającym easter eggiem w serialu „True Detective” jest strój, w którym Woody Harrelson infiltruje gang motocyklowy. Składa się na niego skórzana kurtka, bejsbolówka i koszulka z okładką płyty rockowej.

Tą płytą jest „Division Bell” Pink Floyd. Cud, że Woody wyszedł z tego żywy!

Taka koincydencja, że wychodzi nowa płyta Pink Floyd, a mój blogasek jeszcze istnieje, wymusza reakcję. Drugiej takiej okazji nie będzie.

Płyta „The Endless River” jest słaba. W tekście piosenki typowanej na hita pojawia się rym „fire desire”.

Masakrizejszyn. A jednak przesłuchałem parę razy i nawet mi trochę wpadło w ucho. Cóż, reaguję na te brzmienia jak pies Pawłowa tym bardziej, że tam jest mnóstwo autocytatów, jakby to był zbiór outtake’ów z ostatnich 40 lat.

Te cytaty uświadomiły mi jedno. To, za co zawsze lubiłem Pink Floyd, to nie były ani solówki Gilmoura, ani egotripy Watersa, ani aksamitne wokale ich obu. To były klawisze Richarda Wrighta. Tymże poświęcę więc listopadowy ranking od czapy.

Nie będzie zaskoczeń, bo czy można zaskoczyć pisząc o Pink Floyd. Szczytowym osiągnięciem Wrighta jest „Ciemna strona”, a zwłaszcza „The Great Gig in the Sky”.

Jak wiedzą blogobywalcy, ta płyta to dla mnie oskarżenie pod adresem internetu i tych wszystkich spotifajów. Fajosko, że muzycy nadal będą mogli zarabiać koncertami, ale to jednocześnie oznacza, że nie będzie im się opłacało dopieszczać studyjnych albumów takich jak „Ciemna strona”.

Gdybym wiedział, jak jest po szwedzku „fakju”, powiedziałbym tak Danielowi Ekowi. Na ołtarzu swojej chciwości skunksofoner zarżnął ten rodzaj muzyki, mam nadzieję, że w zaświatach za to  zapłaci.

Na „Wish You Were Here” wspaniały jest ten moment, w którym na chwilę elektronika ustępuje akustycznej gitarze i koledzy Waters i Gilmours odstawiają swój bieszczadzki numer. Ale ja się zawsze nie mogę doczekać, żeby gitara odeszła w fadeuot i wróciły moogi Wrighta - które mi teraz przypomniały autocytaty z nowej płyty (zwłaszcza „It’s What We Do”).

Na drugim miejscu wymienię więc codę - IX część suity „Shine On”, w której Wright wodzi rej, a reszta zespołu robi za sekcję rytmiczną. It’s what they’re meant to do.

A na trzecim miejscu wymieniłbym uroczą ramotkę. „Echoes”, produkt długich sesji, które pogrążony w kryzysie twórczym zespół podpisywał jako „Nothing, Parts 1–24” oraz „The Return of the Son of Nothing”, to zapewne szczytowe osiągnięcie tego, co się dało wycisnąć z elektrycznych organów Farfisa przepuszczonych przez różne efekty.

Potem Wright przestawił się już raczej na mooga i fortepian, choć Farfisa nadal bywała używana na koncertach. Ale z perspektywy czasu powiedziałbym, że w „Echoes” też najlepsze to, co zagrano na klawiszach. Szkoda, że brzmieć już będą tylko ich echa.

środa, 29 października 2014
Now Playing (167)

Ten Oldfield, co to go ostatnio wrzucałem, to wierzchołek góry lodowej. Jakoś tak ostatnio dużo słucham elektronicznych staroci. Na przykład Tangerine Dream.

Prosty klucz do słuchania ich płyt, gdyby ktoś chciał zacząć - najlepsze (tzn. nadające się do słuchania dla przyjemności) nagrywali dla wytwórni Virgin, czyli w latach 1973-1983. Potem przyjechali do Polski i nie wyszło im to na dobre.

Najlepsze ich dwa albumy dla Virgin to „Exit” i „Hyperborea” (ostatni z tej serii). Eksperymentowali wtedy z sitarem, ale na szczęście w sensie szukania ciekawych brzmień i aranżacji. W przypadku tego akurat zespołu niestety eksperymentowanie czasem oznaczało bezmelodyjne pobrzdąkiwanie od czapy.

„Cinnamon Road” słucha się bardzo przyjemnie, podobnie jak reszty płyty. Ale jednak nie jest aż tak przyjemnie, żebyśmy mieli wrażenie obcowania z muzyką do windy, jak to bywa w przypadku Jean-Michaela Jarre’a.

Proszę pamiętać: rok 1983. Ostatnie chwile, w których syntezatorowe brzmienia i zautomatyzowane rytmy jeszcze kojarzą się z awangardowymi poszukiwaniami. Combo TR-808/TB-303 już jednak zaczyna brzmieć na dyskotekach, na razie również tych bardziej odjechanych i awangardowych, ale wkrótce to już będzie codzienność każdego wesela.

Płyta „Hyperborea” to już koniec zabawy. Tak, wiem, potem jeszcze Jarre nagra Zoolooka (i po co?) a Kraftwerk „Electric Cafe” (na grzyba?). Dlatego wolę urwać to w ostatniej chwili, w której ta zabawa była jeszcze świeża i kreatywna.

„Cinnamon Road” to wspaniałe pożegnanie tego nurtu w muzyce pop. Lubię sobie wyobrażać, jak do taktu tego utworu odchodzi on jakąś wspaniałą procesją, cynamonowym szlakiem, w stronę zachodzącego słońca.

środa, 27 sierpnia 2014
Now Playing (166)

W ramach radykalnego niebycia cool postanowiłem sięgnąć po Mike’a Oldfielda (spróbujcie przelicytować to - ha ha!). Stosunkowo najlepiej próbę czasu znoszą utwory, w których śpiewała z nim Maggie Reilly - a z tych „Five Miles Out”, tytułowy utwór z albumu z 1982.

Oldfield eksperymentował na nim z cyfrowym syntezatorem Fairlight CMI, wtedy drogim i rzadkim, a już za chwilę przestarzałym. Za kilka lat byle kapela weselna będzie miała lepszy sprzęcior.

Jak muzycy z Kraftwerku czy Tangerine Dream, Oldfield więc musiał pieczołowicie programować sobie rytmy i efekty, które za chwilę będzie się wybierało jednym klawiszem na jakimś TB-303 czy CZ-101. W efekcie wszystko chwilami przypomina drum’n’bass, chwilami art rocka lat 70. (serowe solówki!), a chwilami disco polo.

Piosenka opowiada o lataniu samolotem, a więc doświadczeniu, które wydaje mi się najważniejsze dla współczesnej cywilizacji. Przyszłość świata, jak wiecie, widzę raczej ponuro.

Czuję, że jeszcze będę pośród ruin miasta, przy kuble z żarzącymi się węgielkami, opowiadać swoim wnukom, że kiedyś latało się maszyną cięższą od powietrza tysiące kilometrów, tylko żeby się pobawić w wyjątkowo dużym parku zabaw. Przecież będą tego słuchać jak my w PRL legend o Wieniawie wjeżdżającym konno do Adrii.

Latam oczywiście wyłącznie jako pasażer, w życiu nie odważyłbym się pilotować nawet motolotni. Statystycznie to zapewne nie ma sensu i bardziej ryzykuję po prostu jadąc samochodem przez Warszawę, ale ten strach płynie z najgłębszych pokładów podświadomości.

Poruszanie się po ziemi samochodem jest przecież jak poruszanie się po ziemi na nogach - tyle że szybciej (choć przez Warszawę i to nie zawsze). Lot jednak nie przypomina niczego i szczerze mówiąc, do dzisiaj się boję latać.

Podmiot liryczny pilotuje niewielki samolot śmigłowy Beechcraft 18 o rejestracji G-MOVJ. Dowiadujemy się o tym z tego, że ziemia zwraca się do samolotu per „18”, a samolot sam siebie identyfikuje jako „Golf Mike Oscar Victor Juliet”.

Rozmowa z ziemią przebiega dramatycznie, bo samolot ma jeszcze dwadzieścia mil do lotniska („it’s 24 miles to the beacon”), a odszedł od wyznaczonej trasy na 5 mil (stąd tytuł). Co gorsza, ma 30 stopni przechyłu i grozi mu przeciągnięcie, o czym zaczynają go alarmować kontrolki („you've got 30 degrees and you’re stalling out”).

Nie będzie dobrze, bo dookoła burza. Widoczność zerowa (IMC - Instrumental Meteorogical Conditions, warunki meteo takie, że trzeba lecieć na podstawie wskazań instrumentów). „CU.NIMB.ICING” oznacza chmurę burzową (cumulonimbus) i oblodzenie.

Tyle dobrego, że lotnisko zareagowało na „mayday, mayday” i nadało samolotowi priorytet („your number 1 anticipating you”). Ale łączność zanika - „You’re lost in static, 18”. Pozostaje przestawienie transpondera na „squawk emergency”, czyli częstotliwość dla samolotu w opałach.

Jednym z błędów pilota (być może wymuszonych przez okolicznościa) było zanurkowanie. „Don't take that dive again” - przestrzega sam siebie - „Push through that band of rain”. Na szczęście wszystko zmierza do jakiegoś happy-endu, o czym informuje nas nabieranie wysokości („climbing climbing”).

Ale straszne oko huraganu dopiero teraz chce pokazać, co ma najgorszego: „and the evil eye of the hurricane / coming in now for the kill”. Grafomańskie i pretensjonalne jak solówki Oldfielda, ale jako pamiątka epoki - jednak zabawne.

piątek, 20 czerwca 2014
Sfałszowane nagrania (NP 164)

Amerykańskie fochy na punkcie Lany Del Rey są dla mnie jak „awaria garderoby Janet Jackson” - nie jestem w stanie nawet zacząć próbować to zrozumieć. Jeśli dobrze rozumiem, hipsteriada z Pitchforka była sfrustrowana, że okazało się, że to nie jest genialna niezależna artystka, która nagrała sobie wideo własnym sumptem, tylko produkt starannej pracy producenta, menadżera i wizażysty.

Lana Del Rey to fejk. Nie ma takiej kobiety, to tylko sceniczna persona skromnej girl next door imieniem Elizabeth Grant. Próbowała zaistnieć ze swoim wyglądem i swoim głosem - nie udało się, więc wróciła jako female female impersonator.

No ale le helou, w czym problem? Sztuka przecież jakby z definicji jest sztuczna. „Born To Die” to świetna płyta, nawet jeśli wszystko na niej jest sfałszowane.

To zresztą w tym fałszerstwie podoba mi się najbardziej. Póki Bitelsi byli Bitelsami, ich płyty były po prostu mniej lub bardziej przypadkowym zlepkiem piosenek. Dopiero kiedy zaczęli budować wokół siebie mitologię, nagrali „Sierżanta Pieprza”.

Sfałszowana piękność prowadzi nas więc przez swoje płyty od początku do końca. Trzeba ich słuchać w całości, choć poszczególne piosenki też się bronią.

Najnowsze „Ultraviolence” też mi się podoba jako całość, chociaż najbardziej wpadło mi w ucho „West Coast”. Blogobywalcy wiedzą, że bardzo ważne dla mnie są fajne teksty - a zwłaszcza teksty, które się fajnie zaczynają.

„Down on the West Coast, they got a sayin': If you're not drinkin', then you're not playin', but you...” - to jest świetne otwarcie piosenki miłosnej. I oczywiście wiem, że wszystko tu jest fałszywe, że nigdy nie istniał ani podmiot liryczny, ani „you” ani uczucie między nimi.

Ale i tak wiem, że jeśli będę jeszcze kiedyś wypożyczać samochód na West Coast, to będzie pierwszy kawałek, który w nim poleci z mojego iPoda.

sobota, 31 maja 2014
Now Playing (163)

Do pozytywnych aspektów wycofania się przez Michała Radomiła z blogowania na rzecz opisywania fascynujących losów współczesnych trzydziestolatków należy to, że już się nie boję, że mi przyjdzie się wyzłośliwiać. Więc mogę się otwarcie przyznać do zamiłowania do grupy Stereophonics.

No cóż, nic w niej nie ma z hipsterskiej hipsterskości. Bejzikli, to taki Dire Straits XXI wieku. Dlatego tak jak lubiłem Dire Straits w zeszłym stuleciu, tak dzisiaj lubię Stereophonics.

To tytułowy utwór z albumu, którego nie powinno już w ogóle być. Zespół zaliczał jakieś rozpady, jakieś konflikty w wydawcą, jakieś zawieszenia działalności. Myślałem, że się po tym nie podniesie.

Piosenka opowiada o podobnej wiadomości, której nie powinno być. Podobno frotmena/wokalistę zainspirowała historia nastolatków włamujących się na jego posesję.

Gdy ich złapał, okazało się, że nie chodziło im o jego włości. To był dla nich skrót do torów kolejowych. Chodziło im o napsikanie graffiti na pociągu.

Naturalnie, podoba mi się to jako metafora pisania piosenek, artykułów czy powieści. Żeby to chociaż było takie proste, że one do nikogo nie docierają - ależ docierają, ale zwykle zupełnie nie do tych, do których miały dotrzeć i nie tak, jak miały dotrzeć. Graffiti na pociągu.

W piosence mamy metaforyczny opis sytuacji faceta, który się nie może przebić ze swoim miłosnym wyzwaniem do jakiejś kobiety. Bo piosenki, jak to piosenki, muszą być o miłości. Ale problem jest uniwersalny.

Ciekawe, czy w ogóle będzie kolejna płyta? „Graffiti on the Train” byłoby fajnym pożegnaniem...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13