Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Nagrania, lemingi i mohery

Jest taka różnica pokoleniowa między dinozaurami dziennikarstwa jak Jors Truli, a np. młodą ekipą, która wszystkim rządzi w TOK FM. My mówimy na nagrania „taśma”, a oni „puszka”.

Czyli przekładając z języka starców na język młodzieży, nasze „na żywo czy z taśmy”?, to po ichniemu „studio czy puszka?”. Oczywiście, ja tam zostanę przy swoim, cóż bardziej żałosnego niż starszy pan, który mówi po młodzieżowemu.

A więc: moje piąteczkowe audycje przez najbliższy miesiąc jadą z taśmy. Zaczęło się już w poprzedni piątek i tak zostanie do września.

W ramach autopromocji przez miesiąc rozmawiam z różnymi zaproszonymi ekspertami na tematy okołolemowskie. Bardzo różne - będzie m.in. o osobliwości technologicznej, etykosferze, TEOHIPHIP, hipotezie łaciatego wszechświata, rypcinach i chędaczach (pozdro dla kumatych).

A że w sezonie wakacyjnym łapanie ekspertów byłoby trudne, większość tego nagrano w czerwcu. Niektóre rozmowy, powiem nieskromnie, wypadły bardzo ciekawie, więc sam się nie mogę doczekać ich emisji.

Zaczęliśmy od kwestii związanej raczej z życiem, niż z twórczością. Lem pośrednio uwikłany był w konflikt między frakcją puławską a frakcją natolińską w PZPR - bardziej dlatego, że w jednej z nich miał przyjaciół, niż dlatego, że sam komuś tu kibicował.

Zaproszony do studia historyk, dr Adam Leszczyński (przypominam, że on zawsze pracował w dwóch zawodach, dziennikarza i historyka, a teraz ostał mu się ino jeden, przynajmniej w sensie prawa pracy), nakreślił w tej rozmowie profile obu frakcji.

Puławianie byli lepiej wykstałceni, znali języki obce, mieli kontakty na Zachodzie. Marzył im się komunizm bardziej proeuropejski.

Natolińczycy zaś stawiali na swojskość i przasność. Historycznie lata 60. należały do Natolina, ale (niedobitki) Puławian mieli swoje pięć minut za Gierka. I też się zbłaźnili.

Ani jedni, ani drudzy nie byli demokratami (co podkreśla Leszczyński w rozmowie). Obie frakcje obstawały przy czymś, co Lem wiosną 1956 uważał za „nieudany eksperyment”, niemożliwy do uratowania - i kłócił się o to korespondencyjnie z przyjaciółmi-puławianami.

Konflikt „okcydentalizmu” z „przaśnością” przypomina nasz podział na „lemingi” i „mohery”. Leszczyński nie oponował przeciwko temu porównaniu i zauważył, że tropiąc jego korzenie można się cofnąć co najmniej do konfederacji barskiej.

Przyczyną jest (według niego) podwójna peryferyjność polskiej kultury. I dla Wschodu, i dla Zachodu jesteśmy prowincją na rubieży.

Centra decyzyjne są gdzie indziej. Od dobrych 300 lat możemy najwyżej liczyć na statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową - pierwszoplanowe są grane w Moskwie, Berlinie, Paryżu czy Brukseli.

Stąd wybór między prozachodnią modernizacją a swojskością-przasnością, która w tym regionie Europy zazwyczaj jest prorosyjska (często wbrew intencjom swojaków-przaśniaków, ale tertium niestety non datur).

Od siebie dodam, że dla naszych praprzodków to była nowa sytuacja. Jeszcze do XVI wieku Polska była w centrum, a to Szwecja i Muscovia były peryferiami. No ale to nigdy nie jest dane na zawsze.

Pozostaje nam więc to, co Krzysztof Varga tak fajnie opisuje u Węgrów. Kompensacyjne rozpamiętywanie czasów, w których to my byliśmy mocarstwem („to my ich uczyliśmy jeść widelcem”, etc.).

Sam jestem lemingiem, ale mam świadomość naszych wad. Nasza prozachodniość jest wtórna i odtwórcza. Chcemy po prostu kopiować zachodnie rozwiązania.

Zgodzę się bez bicia, że tak można podsumować 11 lat mojej blogopublicystyki. I zgodzę się też, że mało to ambitne - ale nie widzę lepszych rozwiązań, bo na pewno nie jest nim dla mnie przaśno-swojskie siedzenie w cieniu rosochatej wierzby w koszuli z samodziału i łapciach z łyka.

Lem nie chciał uczestniczyć w chocholim tańcu puławian i natolińczyków. Ale czy w Polsce kiedykolwiek może być inaczej?

Leszczyński raczej radzi, żebyśmy to polubili. Ameryka Łacińska „od zawsze” jest peryferyjna, a Latynosi zdają się to wręcz na swój sposób lubić.

Może to jedyna nadzieja - zamienić chocholi taniec na bossa novę...

sobota, 31 grudnia 2016
Epigenetyczny patriotyzm

Moją ostatnią premierową audycją 2016 była ta o nowościach w genetyce. Pożegnałem w niej więc ten rok w takim nastroju, w jakim go żegnam: jedną z ostatnich piosenek Siouxsie and The Banshees, która z kolei jest nieformalnym pożegnaniem z fanami.

Rok był ponury, ale przeżyłem w nim coś, czego myślałem, że już nie doznam - z wielką pasją pochłonąłem książkę popularnonaukową, otwierającą mi oczy na najnowsze odkrycia dokonane od czasu moich studiów. Wszystkim blogoczytaczom gorąco polecam „The Epigenetics Revolution” Nessy Carey.

W XX wieku mieliśmy kilka odkryć, podczas których wydawało się, że poznanie genetycznych tajemnic Natury Lucka jest tuż tuż. Najpierw to było „yay, rozumiemy jak działa DNA” (lata 50.). Potem było „yay, rozumiemy, jak DNA koduje białka” (lata 60.). Potem jakby mała stagnacja i w końcu „yay, umiemy sekwencjonować DNA” (lata 80.).

Na tę ostatnią rewolucję z grubsza przypadają moje studia, a więc i moja ostatnia okazja na jako-takie liźnięcie biologii molekularnej. Kończyłem studia w nadziei, że za mojego życia odczytane będzie pełne DNA człowieka, i to nam odsłoni jakieś Zajebiaszcze Sekrety.

Odczytano... i kolejne rozczarowanie. Wyszło na to, że na poziomie DNA jesteśmy zdumiewająco podobni do szympansów (a i od drożdży aż tak dużo nas nie odróżnia). W takim razie gdzie jest to coś, co nas czyni ludźmi?

Odpowiedzią jest właśnie epigenetyka. Nessa Carey porównuje ją do odręcznych sugestii reżyserskich na scenariuszu filmowym, który w tej metaforze reprezentuje genom.
Czyli DNA to jakby „For relaxing times, make it Suntory time”. A epigenom to „Like an old friend. And, into the camera”.

Epigenom na razie (jak wynika z książki Nesy Carey) jest taką zagadką, jak kiedyś DNA. Nie do końca wiemy, jak działa. Częściowo przez metylację DNA, częściowo przez inne, niedawno odkryte molekuły ncRNA, miRNA i siRNA, częściowo przez modyfikacje histonu (który za moich czasów uważano za zwykły stelaż, na który nawinięta jest helisa DNA - a dziś już wiemy, że ten stelaż majtając się fte oraz wefte może jedne geny przykrywać, inne uwypuklać).

Co jest najważniejsze - i najciekawsze - nabyte zmiany epigenetyczne przenoszone są na następne pokolenia. Tak, proszę państwa, ja też zbierałem szczękę z podłogi. Lamarck jednak miał trochę racji.

To o tyle fascynujące, że wygląda na to, że epigenetycznie są zapisane te cechy, które stanowią o naszym charakterze osobistym. Że jeden się łatwo wkurza i trudno uspokaja, a drugi odwrotnie.

Że jeden się przeżera, a drugi ma skłonność do uzależnień. Że jeden chce się bić przy każdej okazji, a drugi macha ręką, że to nie jest tego warte.

Otóż: wiadomo na pewno, że w populacji Holendrów, którzy doświadczyli wielkiego głodu na przełomie 1944 i 1945, wywołało to epigenetyczne zmiany, obserwowane statystycznie nawet w następnym pokoleniu. Holendrzy to wdzięczny temat do badań, bo i przedtem i potem mieli dobry dostęp do żywności, więc wszystkie zmiany można przypisać tej jednej strasznej zimie.

Polacy takich strasznych zim (i wiosen, i lat, i jesieni...) mieli mnóstwo między 1939 a 1956. Gorzej to więc u nas zbadać i wykazać, ale to nie znaczy, że u nas to nie zasiało spustoszeń.
Wśród takich statystycznie mierzalnych skutków ubocznych w holenderskiej populacji jest między innymi podatność na uzależnienia i zachorowalność na choroby psychiczne. A u nas?

Można zaryzykować tezę, że do dzisiaj odczuwamy skutki zbrodniczego szaleństwa Hitlera i Stalina. Moje pokolenie jest pełne zmetylowanych cytozyn i wymiętolonych histonów, które odziedziczyliśmy po naszych rodzicach, pokoleniu marca 1968.

Jedyna nadzieja, że pokolenie naszych dzieci będzie wreszcie normalne. Czego sobie i państwu życzę na nowy rok (i następne)...

piątek, 23 września 2016
GMO, samo zło

Wygląda na to, że mój blog przekształci się w platformę promocji mojej audycji radiowej, bo już tylko o tym chce mi się pisać. Przyczyny są banalne, od dłuższego czasu jako dziennikarz literkowy mam więcej zamówień niż fizycznej możliwości realizacji.

W świecie radia ciągle się czuję trochę obco, więc właściwie po każdym „Piąteczku” korci mnie, żeby audycję doprawić literkowym komentarzem. Tym razem skomentuję tę o GMO, z udziałem Doroty Metery (Zielony Instytut) i Marcina Rotkiewicza (Polityka).

Jako urodzony sceptyk, cały czas czekam na sensowne, nieideologiczne argumenty wspierające zakazy żywności z udziałem GMO. Jeśli ktoś takowe przedstawi tu w komentarzu, bardzo się ucieszę (przyjmę też nabór na kandydata do następnej audycji na ten temat).

Ta audycja skoroborowała jednak moje wyjściowe przypuszczenie, że walka z GMO jest pozbawiona racjonalnych podstaw. Ze strony „zielonej” słychać argumenty, będące w gruncie rzeczy tautologią (że skoro politycy wprowadzili takie zakazy, to znaczy, że te zakazy są słuszne, bo tych zakazów oczekuje opinia publiczna - no tak to można bronić „kompromisu aborcyjnego”).

Jasne, że naukowcom też nie należy ufać, podobnie jak politykom. Ale stawianie między tymi środowiskami znaku równości to jak teza „nie ma różnicy między Dudą a Komorowskim”.
Świat nauki ma mechanizmy korygujące nieprawidłowości. Te mechanizmy często są niedoskonałe, ale jednak są.

Naukowiec przyłapany na kłamstwie ma nieprzyjemności (ich dokładny charakter zależy od jego statusu, może się to wahać od groźnych kar w rodzaju wyrzucenia z uczelni i konieczności zwrotu grantu po symboliczny „slap on the wrist”, bo ma nieusuwalne stanowisko, większość naukowców-żartownisiów kryje się za tym przywilejem). Polityk przyłapany na kłamstwie śmieje się w twarz.

Nierzetelna publikacja naukowa zostaje wycofana („retracted”) i na zawarte w niej argumenty nie wolno się więcej powoływać w środowisku naukowym. To dotyczy wielu publikacji typu „HIV nie wywołuje AIDS”, „nie ma globalnego ocieplenia”, „Murzyni mają niższe IQ”, „szczepionki wywołują autyzm”, na które do dzisiaj powołują się oszuści - bo im wolno - ale nie mogą się na nie powoływać naukowcy.

Do tej samej kategorii należy ulubiony argument „zielonych”, czyli nierzetelna publikacja Seraliniego o szkodliwości GMO. Wylądowała w tym samym koszu na śmieci, co publikacja o telepatii w „Nature”.

Kiedy jeden polityk mówi jedno, a drugi mówi drugie, jesteśmy praktycznie bezradni. Wybór komu wierzymy, staje się arbitralny. I znów: tak nie jest w nauce.

Nauka ma na to narzędzie w postaci metaanalizy, czyli analizy analiz. Polega na tym, że chociaż wprawdzie nauka nigdy nam nie udzieli stuprocentowo pewnej odpowiedzi na pytanie typu „czy krasnoludki istnieją”, ale jeśli w tej kwestii będą sprzeczne relacje, zapewne okaże się, że im rzetelniejsze będzie badanie, tym mniejsze szanse, że potwierdzi istnienie krasnoludków.

Metaanalizy jasno pokazują to w przypadku GMO - im rzetelniejsze badania, tym bardziej przeczą szkodliwości. Co za tym idzie, jestem przeciwnikiem tych zakazów. Oczywiście, zawsze jestem skłonny zmienić zdanie: ale muszę zobaczyć konkretne argumenty, a odwołanie się do ekologicznej ideologii. Bo ideologia jest jak biodra: każdy ma własną.

niedziela, 11 września 2016
Miasto jakich tysiące

Dawno nie było żadnej notki z cyklu „Piąteczek”, a coś czuję, że niektórzy PT komcionauci mogą chcieć skomentować audycję z Ikonowiczem. Piosenka, której z Internecie (zapewne) jak zwykle nie słychać, to „Dezerter” Borisa Viana.

Poznałem tę piosenkę ćwierć wieku temu w wykonaniu Ikonowicza właśnie. Wokalista z niego marny, ale szczerze mówiąc, z Viana też taki sobie.

Piosenka jest potężna dzięki tekstowi, a ten jest tak genialny w swojej prostocie, że nawet przy mojej słabej znajomości francuskiego, od razu wszystko się rozumie: „Il faut que je vous dise /  Ma décision est prise / Je m'en vais déserter”.

Zaprosiłem Ikonowicza jako kogoś, komu historia przyznała rację. W sprawie reprywatyzacji konsekwentnie ma ją od samego początku.

To jest szwindel. Trzeba go jak najszybciej zatrzymać, a winnych ukarać. Z prawa własności zrobiono u nas bożka, wobec  którego przestają mieć znaczenie inne przepisy prawne, a nawet elementarna logika (stąd postępowania prowadzone rzekomo w imieniu osób stutrzydziestoletnich).

Tak nie było przed wojną, tak nie jest w innych krajach. To specyfika III RP.

Wątpię, czy PiS będzie miał wolę polityczną do rozwiązania tego problemu. Prawdopodobnie będą po prostu próbowali instrumentalnie wykorzystać to do walki z Gronkiewicz, ale tak, żeby rykoszetem nie oberwał Lech Kaczyński.

Mam nadzieję, że im się to nie uda i że prześwietlanie decyzji obecnych władz samorządowych płynnie przejdzie w prześwietlanie decyzji ich poprzedników. Jak wynika z artykułu Górlikowskiego „Wyborczej”, złe przepisy wprowadził rząd Millera.

Najprawdopobniej umoczone są w tym więc wszystke głównonurtowe ugrupowania rządzące Polską od kilkunastu lat.

Oficjalnie wymyślali sobie od najgorszych - że zdrajcy, że populiści, że oszołomy. A wieczorem w knajpie reprywatyzowali.

Zdzisiek znał urzędniczkę, która we właściwym momencie zgubi papiery, Heniek znał sędziego, który szybko wyda decyzję bez głupich pytań, a Ziutek miał zblatowanego komornika. Panie kelner, jeszcze po butelce!

„Dzisiaj problemem jest to, że pod wpływem nacisku reprywatyzacja zamiera” - powiedział Bronisław Komorowski, dając tym kolejny przykład niesamowitego oderwania. Nie zgadzam się z nim. Problemem jest to, że staruszków wyrzuca się na bruk, że urzędniczka zreprywatyzowała sobie 38 milionów, że dziekan rady adwokackiej brał udział w dziwnych interesach.

Ten problem łącznie przekłada się na brak zaufania obywateli do państwa. Za każdym razem, kiedy kogoś wyrzucają na bruk, demokracja traci przynajmniej jednego zwolennika. Za każdym razem, gdy sąd sankcjonuje te przedziwne reprywatyzacyjne przekręty, ktoś traci wiarę w praworządność.

Prezydent Komorowski chyba do dzisiaj nie rozumie, dlaczego przegrał. Otóż właśnie dlatego, że znaczna część opinii publicznej zaczęła marzyć o szeryfie, który pogoni to towarzystwo na cztery wiatry: sędziów, adwokatów, komorników i oczywiście samorządowców.

Jasne, że nadzieje wiązane z PiS są naiwne, bo PIS też jest częścią tego towarzystwa. Ale ostatnie, co teraz powinna robić opozycja, to występowanie w obronie tego skorumpowanego układu - warto raczej wykorzystać szansę, by zdemaskować tego rzekomego szeryfa.

Śpiewał bowiem Poeta:

Wyciągnijmy więc morał w tej balladzie ukryty,
gdy nie grozi nam żadne riffifi,
że czasami najtrudniej rozpoznać bandytę,
gdy dokoła są sami szeryfi

(to powinien puszczać KOD, zamiast tych wszystkich obław o wschodzie słońca)

piątek, 17 czerwca 2016
Wodorowa przyszłość motoryzacji

Korek na I5

Postanowiłem od czasu do czasu produkować osobną notkę o swoich audycjach radiowych, bo skomentowanie u mnie na blogu to właściwie jedyna forma interaktywnego kontaktu ze mną. Programowo nie czytam wiadomości od nieznajomych na Facebooku, nieznajomi nie mogą też u mnie komentować - i nie planuję tego zmieniać.

Nie chcę mieć radiowych offtopów pod notkami na inne tematy. Ale zgadzam się, że nie można w nieskończoność komentować pod notką z marca, pod którą komcionauta Steelman wyraził swe zastrzeżenia w sprawie mojej ostatniej audycji (o przyszłości motoryzacji).

„Ze źródłami zasilania to trochę panowie chyba popłynęliście” - pisze Steelman i (słusznie) zwraca uwagę na to, że elektroliza wodoru to mało wydajny sposób jego otrzymywania. Od redakcji: masz rację, ważniejsze dla mnie jest to, że przyszłością transportu kołowego (zapewne) jest wodór niż upieranie się przy tej metodzie jego otrzymywania, która wygra w przyszłości.

Wodór jest produktem ubocznym wielu procesów chemicznych, czasami się go po prostu wypuszcza w atmosferę, bo nie wiadomo co z nim zrobić. Kiedy wodór się upowszechni i Toyotę Mirai będzie można zatankować na każdej stacji, pojawi się wielu producentów i cholera wie, jaka metoda stanie się najpopularniejsza. Kiedyś już miałem o tym notkę.

Ważne są te oczywiste korzyści, że uwolnimy się wreszcie od polityczno-gospodarczej zależności od roponośnych złóż Bliskiego Wschodu. Oraz że indywidualna motoryzacja w ogóle będzie mogła w ten sposób ocaleć - bo najbardziej się boję dystopijnej przyszłości, w której nie ma dla niej miejsca.

Jak to wielokrotnie pisałem na tym blogu (i nie tylko), kocham prowadzić samochód. Jedni to lubią, drudzy nie, zapewne tym drugim wytłumaczyć pojęcia „przyjemności z prowadzenia” nie da się tak samo, jak mi „przyjemności z kibicowania mundialowi”.

U zarania tego blogaska marzyłem o polskich autostradach. Teraz cieszę się, że je już zbudowano. Ale na horyzoncie widzimy zapowiedzi końca motoryzacji. Chciałem z Pertynem pogadać o perspektywach na jej ocalenie (stąd wodorowa nadzieja).

Objeździłem kawał Europy (i skromną część Ameryki; zdjęcie przedstawia korek na I-5 spowodowany nagłym atakiem śnieżycy; i pomyśleć, że se kabrioleta wypożyczyłem w nadziei na kalifornijskie słońce!). Typowe trasy wakacyjne znam zaś tak bardzo na pamięć, że do Toskanii, Wenecji czy na Costa Brava dojechałbym dziś bez żadnej mapy czy GPSa.

Wiem, gdzie łatwo znaleźć nocleg po zmroku, a gdzie lepiej nie próbować. Znam zalety i wady pokonywania Alp przez Brenner i przez Klagenfurt, oraz omijania ich przez Francję. Wiem, gdzie przy autostradzie jest Burger King, gdzie pizzeria w budynku zaprojektowanym przez Hundertwassera, a gdzie bar, przy którym stoi rower będący pozornie atrapą (a jednak jeśli na nim zakręcimy pedałami, ruszają się kufle i szklanki na półkach).

Cała ta wiedza oczywiście stopniowo przestaje mi być potrzebna, od kiedy przestałem już być ojcem małym dzieciom, dla którego bardzo ważną kwestią jest zatrzymanie się tam, gdzie jest fajny plac zabaw. Już tylko książkę mógłbym o tym napisać, z poradami dla młodych ojców wyruszających w takie wojaże po raz pierwszy w życiu (jak ja, 15 lat temu). Jeśli tego blogaska czytają potencjalni wydawcy - I’m your man.

Ale najbardziej i tak przeraża mnie scenariusz, w którym w ogóle przestanie być potrzebna. A i tak dystopia „przyszłości bez samochodu” przeraża mnie mimo wszystko mniej, niż dystopia Europy, po której nie będzie już można podróżować swobodnie, w związku z rozpadem Schengen i powrotem granicznych zasieków.

O tych scenariuszach też lubię rozmawiać z gośćmi. To mój temat na dzisiaj, ale o końcu świata, jaki znamy, rozmawialiśmy już parę razy z gośćmi przeróżnemi. Komentarze pt. słuchaczy będą mile widziane (ale tu).

Do usłyszenia, do zaflejmowania.

poniedziałek, 21 marca 2016
Lewacki głos w twoim domu

I tak się już pojawiają takie offtopy w komentarzach, zatem skanalizujmy je tutaj. No więc owszem, zacząłem właśnie stawiać pierwsze niepewne kroki w branży radiowej.

Audycja nazywa się „Piąteczek”, jej dżyngiel to kryptyczne nawiązanie do kolorystyki niniejszego bloga oraz (jeszcze bardziej kryptyczne) do zwyczaju znanego blogera Radkowieckiego, który co piątek wrzuca u siebie na fejsa piosenkę Shakiry o Pacmanie w Afryce („waka waka coś tam śmoś tam Afrika”).

Ci z was, którzy słuchacie jej tylko w internecie, nie słyszycie - zdaje się? - piosenek. No i dobrze wam tak, jak ja siedzę w piątek o 20:00 w pracy, to wy moglibyście chociaż słuchać mnie na żywo.

Być może zrobię z tego jakiś blogowy cykl uzupełniający? Na razie uzupełnię pierwsze trzy audycje. W pierwszej rozmawiałem z Jarosławem Lipszycem i Radkiem Czajką o metadanych i inwigilacji, towarzyszyła nam ballada o von Braunie Toma Lehrera. W drugiej z Miładą Jędrysik i Pauliną Kozłowską, towarzyszył nam Gil Scott-Heron (w ramach pozdrowień dla Razemitów marznących pod kancelarią premiera - podobno też to puszczali).

I w trzeciej wreszcie z profesorem Janem Zielonką oraz Romkiem Imielskim z działu zagranicznego martwiliśmy się kryzysem Unii Europejskiej. Towarzyszyła nam europejska kobieta Stranglersów, piosenka z dwuznacznym tekstem, który można interpretować jako opowieść o miłości do kobiety, ale także do Europy („widziałem ją na pewnej Strasse, na pewnej Rue, a także na High Street” - mówi podmiot liryczny i obiecuje, że „będziemy razem przez tysiąc lat”).

Pomysł na piosenkę do następnej audycji już mam, podobnie jak pomysł na temat, ale wolę tym jednak zaskakiwać słuchaczy i gości. No to do usłyszenia!