Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 28 marca 2016
Rive gauche

Most

Jak widać na zdjęciu, pieszy lub rowerzysta próbujący przekroczyć Wał Miedzeszyński na węźle z Trasą Łazienkowską ma dwie opcje: przejście podziemne (1) i napowietrzna kładka (2).

Kiedy rok temu spłonął most, kierowcy wpadli w panikę. Władze miasta obiecały mieszkańcom, że odbudują go w ciągu jednego roku. Mało kto w to wierzył, a jednak obietnicy dotrzymano dzięki nowatorskiej technice budowy.

Ale dżouk w tym, że razem z jezdnią zniszczeniu uległy także ciągi rowerowo-piesze. Obiecywano, że zamiast nich zrobią coś nowego, superfajoskiego (bo dotychczasowe rozwiązania były skandalicznie niewygodne). Na razie nic się nie dzieje, bo takie są w tym mieście priorytety.

W czasach młodości lubiłem jechać rowerem po obu brzegach Wisły. Przekraczałem ją ówczesnymi skrajnymi mostami - czyli albo toruńskim fte, a łazienkowskim wefte, albo odwrotnie.

Tym szlakiem zainaugurowałem tegoroczny sezon, acz od mojej młodości szlak się znacznie wydłużył. Teraz jedzie się od północnego do siekierkowskiego.

Lewym brzegiem generalnie jedzie się przyjemnie. Wyjątkiem nadal jest najgorszy odcinek między Śląsko-Dąbrowskim a Centrum Nauki Kopernik.

Jak wiadomo z prawie nieczytelnej dziś tablicy pamiątkowej, 80 lat temu ukończenie tego odcinka planowano na rok „194x”. Na tablicy zostawiono wolne miejsce na dostukanie cyferki. Obecny termin to lato 2017.

Za komuny raz się zawziąłem, żeby pokonać cały ten szlak brzegiem Wisły. Rower musiałem nieść. Było to trochę hardkorowe, zwłaszcza kiedy przeskakiwałem z nim nad ujściem kolektora ściekowego.

Na szczęście już doprowadzili te bulwary do takiego stanu, że w razie kolejnego załamania cywilizacji, dzisiaj dałoby się w zasadzie całość przejechać. A nigdzie nie trzeba skakać.

Poza tym odcinkiem, na lewym brzegu Warszawa wygląda jak piękne, europejskie miasto. Nic tylko biegać z selfiestikiem i robić słitfocie. Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna tutaj ogłosić kolejny start w wyborach pod hasłem „BHAWO JA!”.

Co innego brzeg prawy. Tutaj zaraz po przejechaniu Wisły mostem północnym czy siekierkowskim wpadamy w krainę z reportaży Ziemowita Szczerka.

Mijamy peerelowskie biurowce typu Lipsk zakryte płachtami „PRYWATNA WYŻSZA SZKOŁA BIZNESU, ADMINISTRACJI, PRAWA I GOTOWANIA NA GAZIE”, przedziwne baraki z napisem HURTOWNIA FARB albo WESELA KOMUNIE TANIO NA WYNOS, ogrodzone osiedla o nazwie „ZACISZNY ZAKĄTEK”, które pewnie ładnie wyglądały na folderach, ale przed nabywcami ukryto, że będą tu skazani na samochód, jakby nie mieszkali w mieście.

Prawy brzeg Wisły nie jest uregulowany. To unikalne w europejskiej stolicy i też uważam, że powinno tak zostać. Ale w praktyce to znaczy też, że nie ma tu żadnego odpowiednika nadwiślańskiego szlaku rowerowego.

Na północy ścieżka rowerowa urywa się zaraz po zjechaniu z mostu. Na południu w miarę przyjemnie dojedziemy do Portu Praskiego.

Co pomiędzy? Możemy się uprzeć, żeby jechać mniej lub bardziej dzikimi, nieutwardzonymi ścieżkami przez nadwiślańskie krzaczory - przejezdność zależeć będzie pod pogody.

Alternatywą są nieprzyjemne ulice, wzdłuż których w praktyce lepiej nielegalnie jechać chodnikiem. Ale te chodniki są wybrukowane staroświeckimi płytami - w piekle każą po nich jeździć na rowerach snobom narzekającym na kostkę bauma. W rejonie zoo w dodatku w weekend chodniki będą zastawione parkującymi samochodami.

To raj dla konesera urban decay. Na Tarchominie i Żeraniu miniemy rozsypujące się ruiny fabryk, jak w Detroit. Na Wale Miedzeszyńskim ruiny basenów i ciekawostki takie, jak schody, które kiedyś prowadziły nad Wisłę, a ponieważ są już katastrofą budowlaną, odcięto je kratą, żeby ktoś sobie krzywdy nie zrobił.

Krata już zardzewiała. Beton zdążył porosnąć mchem. A ten mech zdążył obrosnąć trawą. Następnym etapem będą drzewa, może dożyję, nim to ucywilizują.

Na prawym brzegu jedyna oaza cywilizacji to otoczenie Narodowego. Tu nagle jest fajnie. Ścieżki rowerowe są pokryte równą kostką albo i nawet gładkim asfaltem.

Ale jak którąś odjedziemy w bok, dotrzemy do granicy kontraktu - i ścieżka albo się urwie, albo znów zrobi paskudna. Silna tu jest pokusa, żeby zjechać eurodekadencką windą do gejoliberalnego metra i uciec nim na sojową latte na Zbawiksa.

Na prawym brzegu wszystko jest brzydkie. Ładnie mogłaby wyglądać Saska Kępa, ale nie widać jej zza ekranów akustycznych. Neogotycki Święty Florian tu tylko czasem miga zza brzydkich bloków, lepiej go widać z lewego brzegu.

Nawet ludność okoliczna zachowuje się tu inaczej. Był lany poniedziałek, więc zapobiegliwie ukryłem ajfonsa w wodoodpornej wewnętrznej kieszonce sakwy, żeby nie paść przypadkową ofiarą polewania dam.

Na lewym brzegu tego nie było. Na prawym - blokersi ścigali blokersówny z polewaczkami, jak na rynku w Małkinii.

Lewym brzegiem nie boję się jechać nocą. Rozświetlony odcinek bulwarów między łazienkowskim a kopernikiem nawet do tego zaprasza.

Prawym brzegiem bym się bał, zwłaszcza Modlińską czy tzw. Wybrzeżem Puckim (ulicą istniejącą głównie na mapie). Choć o trzeciej w nocy pewnie lepiej być tu niż tam - tutaj przynajmniej na tym odcinku miniemy z dziesięć całodobowych stacji benzynowych, część z McDonaldsami. Na lewym będą ze dwie, nie ręczę za ich całodobowość.

Komuś, kto nie zna Warszawy, ten opis mógłby się ułożyć w prosty schemat. Tu Polska A, tu Polska B. Tu polska Ziemowita Szczerka, tu Polska Filipa Springera. Tu Polska PiS, tu Polska KOD. Tu ludzie sukcesu, tam ofiary transformacji - i tak dalej.

Na pewno nie jest tak. Na prawym brzegu w postindustrialnych budynkach CD Projekt pisze gry komputerowe, które socjolodzy kultury analizują na SWPS. Na prawym brzegu mieszkają Czubaj, Hugo-Bader i ciotka Johanna.

Morał z tego jest więc chyba bardziej skomplikowany. Warszawa to miasto rozwijające się w sposób chaotyczny. To nie jest tylko wina obecnych władz, choć oczywiście te dołożyły swoje błędy - a do dzisiaj mają tendencję do olewania miastotwórczej roli ciągów pieszo-rowerowych.

Prawy brzeg to wspólne dziedzictwo dwóch stuleci zaniedbań i gospodarki ekstensywnej. Przyjemnie się o tym duma, gdy rower trzęsie się na betonowych płytach. Ale jeszcze przyjemniej jest potem dać nogę na lewy brzeg Wisły...

środa, 22 kwietnia 2015
Miasto wśród pól kapusty

Warsiaska wiocha

W niniejszej blogonotce raz na zawsze wyjaśnimy, dlaczego w Warszawie jest brzydko. Popularne wyjaśnienia - że zniszczenia wojenne, że komunizm, że Kongresówka - nie przekonują mnie.
Warszawa nie była jedynym zniszczonym czy jedynym porosyjskim miastem, a jednak docenianie jej specyficznej, mehemm, urody wymaga nawet od największego lokalnego patrioty sporej dawki turpizmu. Trzeba ją polubić razem z jej ogólną szpetotą.

Moim zdaniem, klucz do wyjaśnienia zawiera się w dwóch datach: 1916 i 1951. Odpowiadają im na załączonej mapce dwa koncentryczne kręgi, które nieporadnie zaznaczyłem na obszarze dzisiejszej Warszawy z Google Maps (nie cały mi się zmieścił, a przecież te kręgi i tak są na jego tle takie malutkie!).

To daty nagłego poszerzenia granic Warszawy. Dwukrotnie w XX wieku miasto powiększono bardziej niż o dwakroć.

Za każdym razem powiększenia dokonywano nagle, bez długich konsultacji społecznych, jakim to dzisiaj towarzyszy. Robiły to władze pozbawione choćby pozorów demokratycznego mandatu - najpierw niemieckie władze podczas tej mniej znanej (bo mniej krwawej) okupacji niemieckiej z pierwszej wojny światowej, potem władze stalinowskie.

W efekcie dzisiejsza Warszawa ma powierzchnię pięciokrotnie większą od Paryża, przy mniejszej o rząd wielkości gęstości zaludnienia. Znaczna część terenu Warszawy to do dzisiaj wygwizdów, nieużytki i ogólne zadupie.

Nic w tym dziwnego. Poszerzanie granic w 1916 i w 1951 nie polegało na przyłączaniu przedmieść. Przyłączano wsie i łejstlendsy.

Teksty o „nowych osiedlach na polu kapusty” są o tyle głupie, że to nie jest nowy fenomen. Te wszystkie „stare Bielany”, „stare Żoliborze”, „stare Ochoty”, „stare Sadyby” i „stare Mokotowy”, na których dzisiaj nieruchomości rzadko schodzą poniżej dyszki za metr, to były właśnie takie nowe osiedla wyrastające na polu kapusty (lub czegoś innego) na wiejskich terenach przyłączonych do Warszawy po 1916.

Żeby było śmieszniej, gdy dokonywano poszerzenia granic w 1951, jeszcze ciągle nie udało się zabudować wszystkiego co przyłączono w 1916. Różowymi plamami zaznaczyłem tereny, które w 1951 nadal miały charakter wiejski (lub były puszczonym bez opieki nieużytkiem). Te wszystkie „stare Żoliborze” ciągle otoczone były wtedy np. zdziczałymi sadami (nazwa osiedla „Sady Żoliborskie” zdradza nam, że tego osiedla nie zbudowano na dawnej gotyckiej tkance miejskiej).

Bodajże ostatnią wsią warszawską (tzn. położoną w granicach sprzed 1951) były Szopy Polskie. Właściwie już przestały istnieć (choć ciągle jeszcze stoi kilka reliktowych budynków, oraz zostało parę hektarów nieużytków między Wilanowską a Sobieskiego).

Jeszcze parę lat temu była tam regularna wieś, taka z porannym pianiem koguta i krowami spędzonymi z pastwiska. Od tej wsi nazwę wzięła stacja kolejki Grójeckiej „Szopy Polskie”, która dziś jest stacją metra „Wilanowska”.

Do niedawna granicę z 1951 roku instynktownie wyczuwał warsiaski kierowca, bo objawiała się bardzo namacalnie tym, że jedziemy sobie szeroką aleją typu Kasprowicza, a tu nagle ZONK! i droga się gwałtownie zwęża albo wręcz urywa w polu (jak Broniewskiego, którą pół wieku temu wybudowano prowizorycznie, w półprofilu i tylko do starej granicy... a w tym mieście najtrwalsza jest prowizorka).

Zwężenie na Kasprowicza wyeliminowano dosłownie w ostatnich miesiącach. Przebudowa Wołoskiej to eliminacja kolejnego reliktu dawnej granicy.

Dlatego niemądre wydają mi się też narzekania, że Białołękę zabudowali prywatni deweloperzy, którzy nie mają prawa oczekiwać od miasta dobudowania dróg. A co jeśli odwrotność jest prawdą i miasto jednak po prostu powinno wybudować (po sześciu faken dekadach!) sieć drogową adekwatną do granic z 1951? I nie ma co mieć pretensji do deweloperów, że wznoszą osiedla w administracyjnych granicach miasta?

W czasach studenckich zaciekle jak żeglarze szukający Przejścia Północnego próbowałem odnaleźć rowerowe połączenie Bielany - Ochota (a dokładniej Chomiczówka - Wydział Chemii UW). Bez powodzenia, wybudowano je dopiero w najnowszych czasach wraz z modernizacją Prasy Trymasa.

Do niedawna infrastruktura drogowa w Warszawie rozwijała się głównie wzdłuż dziewiętnastowiecznych wylotówek na Zakroczym, na Kraków, na Poznań, na Piaseczno. Te wszystkie „stare Bielany” i „stare Ochoty” miały więc połączenie z centrum, ale nie ze sobą nawzajem.

Dopiero teraz Warszawa kończy budowę infrastruktury drogowej integrującej nowe dzielnice. Ekstrapolacja sugeruje, że powinien nas najechać Putin, żeby władze okupacyjne mogły przyłączyć do Warszawy Czosnów, Otwock i Sochaczew, albo coś równie od czapy jak kiedyś Powsin czy Białołękę.

wtorek, 31 marca 2015
Warsiaski Urbex

Jakoś ostatnio mam natchnienie głównie na blogowanie o stolycy, toteż i marcowy raking od czapy poświęcę pomysłom na warsiaski urbex. Oczywiście, lajtowy, bo ja cały jestem lajtowy, więc nie znajdziecie tutaj pomysłów na wyprawy, których dziś bym się bał, choć miewałem głupie pomysły w czasach studenckich - typu spacer tunelem średnicowym albo zwiedzanie Elizeum (za komuny nie było w ogóle zabezpieczone!). Wszystko dziś będzie bezpieczne, wszystko z dobrym dojazdem.
sielce
Opuszczone centra handlowe to modny temat urbeksu amerykańskiego. Polacy nie gęsi i swój porzucony hipermarket też mają.

Jednym z pierwszych (choć dokładna data rozbija się o aptekarskie spory o definicję) sklepów wielkopowierzchniowych w Warszawie była Billa na Czerniakowskiej w 1992. W poszukiwaniu różnych przysmaków ludzie się tam zjeżdżali z drugiego końca miasta.

Ziemia w tym rejonie długo była tania. Za komuny umieszczono więc tutaj kilka instytucji, zajmujących duże przestrzenie - kompleks budynków wytwórni filmowej (czynny do dziś), centralę transportu budowlanego przy Czerskiej 8/10 (potem jej siedzibę wyburzono pod pewien nowoczesny budynek biurowy) oraz zajezdnię autobusową. To ona udostępniła kawałek terenu pod Billę.

Pionierski hipermarket szybko stał się anachronizmem. Na początku XXI wieku Warszawiacy chcieli już mieć w centrum handlowym marmury, fontanny i multipleks. Billę zamknięto, a potem całą działkę w 2006 miasto sprzedało hiszpańskiej spółce, która straszliwie przepłaciła licząc na dalszy wzrost cen.

Dziś ta działka nie jest warta nawet połowy tej ceny, na jaką ją wtedy szacowali rzeczoznawcy (co z kolei było połową tej, jaką zapłacili Hiszpanie). Hiszpanom nie opłaca się ani nic zbudować, ani sprzedać.

Posesję ogrodzono płotem, który w paru miejscach zawalił się od przegnicia. Z tych drzewek za parę lat wyrośnie prześliczny miejski zagajnik. Za dalsze parę lat już tu nic nie będzie można budować.

morysin


Hrabia Maurycy Eustachy Ludwik Potocki herbu Pilawa był rosyjskim kolaborantem i roznosicielem zarazy, na którą lekarstwo wynalazł dobry doktor Józef Ignacy Guillotin. U nas, niestety, nie zastosowane i dlatego nie możemy mieć ładnych rzeczy.

Był też ukochanym wnuczkiem Stanisława Kostki Potockiego, który na cześć Morysia ochrzcił mianem „Morysin” romantyczny park na wschodnim brzegu Jeziorka Wilanowskiego. Brzeg zachodni to pałac i ten słynniejszy ogród.

Wilanów potem odziedziczyli Braniccy, którzy - jak to arystokraci - potrafili tylko popadać w coraz większe zadłużenie. Nawet gdyby nie było wojny, państwo by im w końcu zajęło cały majątek, już w 1939 od lat zalegał z podatkami.

Wojna jednak nadeszła i cudem udało się ocalić przed dewastacją przynajmniej to, co na zachodnim brzegu jeziorka. Wschodni dziczał.

Przez jakiś czas rozważano odbudowę parku. Potem uznano, że jego zdziczałość sama w sobie jest walorem. W parku urządzono rezerwat, ale w międzyczasie powstały też ogródki działkowe dla pracowników Muzeum Narodowego. Potem je też zlikwidowano.

Wizyta w parku dostarcza więc wrażeń na zmianę fajnych i niefajnych. Ruiny Morysina bywają piękne, ale bywają też paskudne. Nie zabezpieczono ogródków działkowych, więc tam jest już w ogóle hardkor. Ruiny altanek, rozwleczone śmiecie, a przy tym wszystkim zamknięta na głucho dawna gajówka. Ale urbex to rozrywka dla turpistów.

choler
Na koniec - Cmentarz Choleryczny, jedyny obiekt w tym rankingu, którego nie da się zobaczyć na legalu. Z trzech strony otoczony jest nasypem kolejowym.

Linie nadwiślańska i obwodowa odcinają na Pradze spory trójkącik, porośnięty dziś stuparoletnimi drzewami. Podczas przebudowy węzła kolejowego w 1908 jeden z nasypów przesunięto. Spacerując wśród tych starych drzew znajdziemy ślad po jego pierwotnym przebiegu. Wraz z przesunięciem napisu zlikwidowano cmentarz i odcięto do niego (legalny) dostęp.

Ostatni raz byłem tam w 2008 i wtedy wyglądało to jak na fotce. Na pierwszym planie ledwie widoczny pomnik informujący, że „Tu spoczywają szczątki 478 ofiar zarazy cholerycznej z lat 1872-1873”. Sądząc po fotce z Wikipedii, od 2012 już jest to ładne i wysprzątane z inicjatywy grupy aktywistów.

Za to szlag trafił stuletni pomnik. Niech żyją pasywiści.

czwartek, 19 marca 2015
Na cześć drugiej linii metra

Chciałem uczcić notką otwarcie drugiej linii metra, niestety z powodu natłoku roboty mi się to opóźniło. Wyszło mi więc meta-uczczenie.

W czasach mej młodości określenie „pojadę metrem” oznaczało „nielegalnie wsiądę do pociągu dalekobieżnego, by na gapę przejechać z Centralnego na Wschodni (lub odwrotnie). Krążyła legenda miejska (?) o nastolatku, który spróbował tego w rosyjskim pociągu i wylądował w więzieniu.

Zazdrościliśmy wtedy mieszkańcom Trójmiasta czy Śląska ich kolei miejskich. A jednocześnie widzieliśmy, że Warszawa jest pełna torów. Pytaliśmy: czemu nie można nimi puścić choćby szynobusa?

Piszę tę notkę trochę, żeby wyjaśnić to sobie samemu z młodości. A także Blogonautom, którzy się nad tym zastanawiają dziś.

Problemem Warszawy, jak zawsze, jest jej złożona historia. Dzieje warszawskiego węzła kolejowego świetnie zrekonstruowane są w serwisie warszawa1939.pl. Po 1939 nie pojawiło się już nic nowego (!), aż do metra właśnie.

Pierwszym dworcem kolejowym w Warszawie był dworzec kolei warszawsko-wiedeńskiej (1845). Nazwa mówi nam dwie rzeczy: po pierwsze, był to dworzec czołowy, czyli pociąg na nim kończył bieg. Po drugie: miał zachodni rozstaw torów.

To ważne, bo Warszawa leżała w zaborze rosyjskim. A jak wiadomo, gdy cara zapytano, czy tory w Rosji mają być normalne czy szersze, odpowiedział „na ch... szersze” i zrozumiano go zbyt dosłownie.
Kolejne dwa dworce, Petersburski (1862) i Terespolski (1866) miały rosyjski rozstaw osi. Dziś z grubsza odpowiadają im Wileński i Wschodni.

Puszczenie linii kolejowej „na durch” w XIX wieku nie miało sensu. Pociąg jadący z Berlina do Moskwy i tak musiał w Warszawie mieć postój techniczny. W dodatku widmo nadchodzącej wojny światowej sprawiało, że władze carskie wcale nie chciały ułatwiać tranzytu z Berlina do Moskwy.

W roku 1876 dworce na wschodnim brzegu Warszawy połączono więc z dworcem wiedeńskim linią obwodową, którą zaprojektowano tak, żeby mogła służyć jako element fortyfikacji, broniących miasto przed atakiem z północy i zachodu. Linia obwodowa jest dosłownie przyklejona do Cytadeli.

Jak to bywa z fortyfikacjami, przeważnie korzysta z nich nie ten, kto je zbudował. Rosjanie opuścili Warszawę bez walki, za to niszcząc co się da z infrastruktury (w tym: dworce Petersburski i Terespolski).

Linia obwodowa bardzo się jednak przydała Niemcom. Była naturalnym elementem ogrodzenia getta, a w dodatku bocznicą z Umschlagplatzu mogli wysyłać transporty do Treblinki, a potem jednym z gwoździ do trummy Powstania Warszawskiego (kontrolując linię obwodową, Niemcy nie dopuścili do połączenia sił zgrupowań AK na Starówce i na Żoliborzu.

Razem z linią obwodową władze carskie wybudowały linię kolejową przejeżdżającą przez warszawę „na durch”, ale na linii północ-południe, tzw. Kolej Nadwiślańską z Kowla do stacji granicznej w Mławie. Z punktu widzenia mieszkańców Warszawy taka linia mało się przydaje, bo mało kto jeździ regularnie na trasie Falenica - Choszczówka.

Miało to oczywiście sens strategiczny. W razie wojny front miał stanąć na Wiśle, dlatego kluczowe elementy węzła warszawskiego są na prawym brzegu.

Polska niepodległa dodała do tego kolej radomską (1934) i połączyła dawny dworzec Wiedeński z dworcem Terespolskim (który stał się dworcem Brzeskim) linią średnicową (1933). Lina średnicowa była zaś inżynieryjnym wysiłkiem porównywalnym z obecną drugą linią metra.

Z tego wszystkiego Warszawa wyłoniła się jako miasto, którego większość połączeń kolejowych budowano w oderwaniu od potrzeb mieszkańców. Teoretycznie istnieją stacje „Gocławek” i „Służewiec”, ale nic z nich nie wynika dla mieszkańców Gocławia i Służewia.

PRL czasem wspominany jest z nostalgią przez entuzjastów zbiorkomu, ale w Warszawie nie uruchomił żadnego nowego połączenia kolejowego. Budowę pierwszej linii metra owszem, rozgrzebano za Jaruzelskiego, ale wstęgę przecięto na pierwszym odcinku w 1995.

Na usprawiedliwienie PRL można dodać, że musiał to wszystko odgruzować i odbudować. Likwidacja niektórych połączeń (np. do Palmir) polegała więc po prostu na rezygnacji z odbudowy. Inne jednak świadomie likwidowano (np. kolej grójecką i marecką), choć dziś można za nimi tęsknie wzdychać. O ileż mniej byłaby dziś zatkana Puławska, gdyby Dworzec Południowy łączył metro z Piasecznem, jak w latach 60.?

Północny kraniec pierwszej linii metra z dzisiejszej perspektywy nie ma sensu. Za komuny najważniejsze było dowożenie pracowników do Huty Warszawa, która dziś działa na ograniczoną skalę. Lepszy byłby zakręt na Chomiczówkę, ale było już za późno na takie modyfikacje.

Druga linia - gdyby zrealizować już dziś wszystkie plany, obejmujące Gocław, Bródno i Bemowo - akurat idealnie by działała na potrzeby kapitalistycznej Warszawy, dowożąc korpoludki z peryferyjnych osiedli do biurowców w centrum. Tylko że historia pokazuje, że te inwestycje kończone są w innym mieście i w innym ustroju, niż je rozpoczęto...

poniedziałek, 10 listopada 2014
Warszawska klasa niższa

Skarpa warszawska

Warszawa jest miastem generalnie płaskim, z wyjątkiem jednym, ale za to wpływającym na codzienne podróże Warszawiaków. To skarpa warszawska, zapewne powód, dla którego to miasto w ogóle tu powstało.

Wzniesiony na skarpie gotycki gród był dość blisko rzeki, żeby czerpać z tego rozmaite korzyści, ale jednocześnie dość wysoko, żeby nie bać się częstych w tym rejonie powodzi. Skarpa tworzyła też naturalny gradient dla strumieni, z których wodę czerpały wsie i folwarki, jak Ruda, Służew czy Mokotów.

Skarpa biegnie przez całą Warszawę. Jej południowy koniec to podwarszawski Klarysew (gdzie skarpa ustępuje dolinie Jeziorki), a północnego właściwie nie ma, ale od Burakowa na północ skarpa się wypłaszcza w łomiankowskie błonia.

Na współczesnej mapie (źródło: OpenStreetMap) pociągnąłem kreską zgrubny przebieg. Zgrubny - bo raz, że to tylko blogasek, a dwa, że nie chciało mi się drobiazgowo odtwarzać dwóch dużych dolin (rudzkiej i służewieckiej), nie mówiąc już o drobniejszych wąwozach, jak na przykład ten przy ulicy Wąwozowej.

Ważniejsze było dla mnie pokazanie tego, jak skarpa wpływa na komunikację w rejonie stolicy. Na żółto zaznaczyłem ulice, którymi samochód może w miarę swobodnie jeździć z góry na dół i z powrotem (jak Mickiewicza czy Wilanowska). Na czerwono ulice, na których ruch podlega różnym ograniczeniom (Karowa, Arbuzowa, Orszady itd.).

Nie zaznaczyłem Dewajtis, bo kończy się ślepo. Zaznaczyłem Dziwożony, bo prowadzi do sezonowego promu pieszo-rowerowego. Nie zaznaczałem tras przelotowych typu Łazienkowska czy S-8, bo są intencjonalnie odseparowane od ruchu „z dołu na górę” (nawet jeśli teoretycznie się da, wymaga to kręcenia się po ślimakach i nadkładania drogi).

Gołym okiem widać, że tych przejazdów jest niewiele, dlatego Tamka czy Wilanowska potrafią w godzinach szczytu tak stanąć, że hej. Przez wiele lat to nie było problemem, bo Warszawa rozwijała się głównie na górze.

Na dole był „ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z całego miasta” (...) „gdzie widać było rudery zapadnięte niżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył powychylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem.

Jak wiadomo, Wokulski zafundował sobie spacer ulicą Dobrą, rzut beretem od Krakowskiego Przedmieścia. I odkrył świat klasy literalnie niższej.

Problemu „dwóch pięter miasta” nie rozwiązała ani Druga Rzeczpospolita (która zostawiła nam legendy o czerniakowskich i marymonckich bandytach), ani PRL. Był ciekawy pierwotny plan zburzenia tego wszystkiego w cholerę i puszczenia ciągu zieleni od Łazienek po Lasek Bielański, ale głód mieszkań był zbyt duży.

Echem tego planu jest zrealizowany w latach 50. Centralny Park Kultury, który w ramach dekulturyzacji przemianowano w 1992 na Park Śmigłego Rydza. Ostatecznie jednak wyszła mikstura bezsensownych planów przedwojennych z jeszcze gorszymi powojennymi - tu elektrociepłownia, tam blokowisko, siam Wisłostrada.

Trzecia Rzeczpospolita zagospodarowała wreszcie dolny taras Warszawy - w swoim charakterystycznym stylu. Za najlepsze osiągnięcia uznałbym nowy BUW i Centrum Nauki Kopernik. Za najgorsze - centrum handlowe Sadyba (aaaa, moje oczy!).

Tak czy siak, mnóstwo ludzi w Warszawie ma teraz potrzebę, żeby przejechać z góry na dół, albo na odwyrtkę. I nie tylko samochodziarze mają z tym problem.

Rowerzysta ma więcej opcji (oczywiście pod warunkiem, że mu - sap! sap! - kondycja pozwala podjechać), a jeszcze więcej ma pieszy. Ale tylko jeśli jeśli jest w pełni sprawny ruchowo.

Pieszy ma do dyspozycji malownicze schody w powyższym parku albo na ulicy nomen omen Kamienne Schodki. Zapraszamy osoby o kulach i rodziców z dziećmi na wózkach.

Przejazdy dostępne dla samochodu znikają. Ja jeszcze pamiętam swobodną jazdę Agrykolą czy Dynasami. Tego już nie ma - i słusznie.

Najbardziej boleśnie problem skarpy odczuwają jednak kierowcy, którzy mogą nawet nie wiedzieć o jej istnieniu - jadący tranzytem. Autostrada A2, którą posłowie PiS wracają z samochodowej delegacji do Madrytu, zamienia się w węźle Konotopa w ekpresówkę S2 i nagle kończy na węźle Puławska.

Kierowców jadących dalej na wschód, do Siedlec czy też Czelabińska, kieruje się Doliną Służewiecką na Most Siekierkowski. Innej drogi po prostu nie ma.

Tyle że ta droga to także jedyne w tym rejonie połączenie góra-dół. W godzinach szczytu cały ruch na szlaku „Mordor na Domaniewskiej” - „Lemingrad w Miasteczku Wilanów” łączy się z ruchem tranzytowym w ciągu międzynarodowej drogi E-30. Auć.

Zbiorkom niewiele pomaga. Autobusy stoją w tych samych korkach. Transport szynowy góra-dół istniał w latach 1891-1973 (zlikwidowaną w 1973 linię tramwajową do Wilanowa odtwarzać będą najwcześniej w 2017).

Pierwszym promyczkiem postępu będzie druga linia metra. Stacja Centrum Nauki Kopernik będzie pierwszym przystankiem czegokolwiek szynowego w „dolnej” Warszawie od 41 lat!

Nieprzypadkowo jednak z tą stacją budowniczowie mają najwięcej problemów. W „dolnej” Warszawie po prostu wystarcza trochę pomachać łopatą, żeby się dokopać do wody gruntowej.

W dalszej kolejności możemy oczekiwać budowy dalszego ciągu Południowej Obwodnicy Warszawy. Kierowcy jadący do Czelabińska będą przefruwać nad Wilanowem po estakadzie, odciążą więc Dolinę Służewiecką.

Przy okazji zaś istniejąca na razie głównie na papierze dolna ulica Branickiego połączy się z istniejącą w realu górną ulicą Płaskowickiej. Być może wcześniej pojawi się ulica Nowokabacka.
Nikt nie wie, kiedy dojdzie ta, która miałaby akurat najwięcej sensu - łącznik Ciszewskiego-Oś Królewska. W Warszawie tradycyjnie im więcej sensu ma jakaś inwestycja, tym większe ma opóźnienie.

W każdym razie, te trzy kropki między Ursynowem a Wilanowem to już wszystko, co się na tej mapie pojawi nowego. Inne raczej będą znikać, w ramach stopniowego odchodzenia od transportu indywidualnego - tak jak już zniknęła Agrykola.

wtorek, 10 czerwca 2014
Kolej przez Łomianki

Stary tor

Podobnie jak Los Angeles, Warszawa kryje pod sobą szczątki rozebranych linii kolejowych. Legenda miejska mówi, że w Los Angeles o ich rozebraniu zadecydował spisek firm motoryzacyjnych.

Według mojego skromnego riserczu to nieprawda, podobnie jak polska skłonność do oskarżania o to PRL. Przeczy temu choćby to, że rozbiórka linii kolejowych ruszyła w Warszawie już w latach 30.

Ledwie je zbudowano, to już je rozbierano. Istniejącą kiedyś stację Warszawa - Belweder (to dziś brzmi tak szokująco, że lubość sprawia mi samo napisanie tej nazwy) skasowano na przykład w 1935 - co było wyrokiem śmierci na kolej grójecką.

Gdyby istniała do dzisiaj, czy redaktor Warzecha jechałby samochodem z Piaseczna na Centralny? Zabawnie jest fantazjować o alternatywnej Warszawie, w której dalej istnieją te wszystkie połączenia.

Szczególnie ciepłe miejsce w moim sercu zajmuje oczywiście kolej młocińska. Przez bardzo krótki czas łączyła Dworzec Gdański z Palmirami, pełna trasa podobno trwała 27 minut.

Wyobrażacie sobie, jak wspaniale jeździłoby się nią z Łomianek do metra? Gdyby tak wszyscy mieszkańcy suburbiów wsiadali do pociągu zamiast do samochodów, zniknęłyby wieczne korki na DK7...

Tutaj rzeczywistość robi reality check fantazjom o alternatywnej rzeczywistości. DK7 w Łomiankach biegnie właśnie szlakiem dawnej kolei młocińskiej (i nieprzypadkowo nazywa się ulicą Kolejową).

Dwa pozostałe odcinki w Łomiankach to ulice Lutza i Stary Tor. Ten ostatni uległ niedawno kolejnemu skróceniu przy okazji budowy hipermarketu Auchan.

Nim go zbudowano, widoczne było nieuporządkowane klepisko będące śladem po stacji Buraków-Pancerz. Rozstawiali się tu sezonowi kupcy, latem z napojami w cenach hurtowych, zimą z choinkami.

Na północ od Lutza nasyp po starym torze staje się rowerowym szlakiem turystycznym. Fragment widać na zdjęciu. Nie polecam tego szlaku, bo jak jest sucho - problem z piachem, jak jest mokro - z błotem.

Na południe od łomiankowskiej ulicy Stary Tor przez pewien czas można jechać starym nasypem przez dosyć syfiasty i zaniedbany las, który chyba nawet nie ma oficjalnej nazwy (?) - wciśnięty między Las Młociński a Komunalny Cmentarz Północny i Puszczę Kampinoską.

Zaliczymy tam romantyczny mostek na kanale młocińskim, a potem dojedziemy do w zasadzie warszawskiej, ale nadal mocno peryferyjnej ulicy Balaton. Dalej na południe odtworzenie pierwotnej trasy dawnej kolei robi się trudne.

Wiadomo, że biegła wzdłuż Marymonckiej, ale nie zachowały się już ślady, które można zobaczyć dzisiaj. Kolej obchodziła od tyłu Halę Marymoncką i zdaje się, że niektóre do dzisiaj dziwnie wyglądające parcele przy Włościańskiej są pozostałościami po bocznicach.

Kolej uruchomiono w 1924, a zaraz potem zbankrutowała. Przewozy towarowe trwały do 1939. Później podobno rozebrali ją Niemcy, ale kiedy? Brak źródeł.

Kolej młocińska od początku była złym pomysłem. Idea była taka, że wzdłuż tej linii wyrosną miasta-ogrody takie jak wzdłuż kolei otwockiej czy milanowskiej.

Stety lub niestety, na północy w okresie międzywojennym konkurencją dla planowanych miast-ogrodów typu Dąbrowa Leśna była nadpodaż atrakcyjnych gruntów dla deweloperów na Bielanach i Żoliborzu. Po co się tłuc z Łomianek, jeśli można było w podobnej cenie kupić willę na Cegłowskiej?

Wille na Starych Bielanach zawsze były dla mnie przedmiotem głębokiej zawiści. Chodziłem tam do szkoły, więc miałem znajomych, którzy w takich mieszkali.

Tak się składa, była to solidarnościowa inteligencja, prześladowana przez reżim. Komuchy mieszkały na blokach, jak ja. Oczywiście, nie uogólniam tego na cały kraj, po prostu piszę, jak to wyglądało u mnie na dzielni.

Uogólnię za to prywatną teorię dotyczącą rozbiórki kolei. Sądzę, że zaczęła ją sama ludność okoliczna, potrzebująca zaraz po 1939 wszystkiego, czym się dało naprawić domy uszkodzone po bombardowaniach i oblężeniu.

Mam na to anegdotyczne źródło w postaci relacji znajomego, który robił kapitalny remont jednej z tych willi. Okazało się, że szyny kolejowe zastępowały belki stropowe.

Dawny tor widnieje na niektórych powojennych mapach, ale warszawski odcinek kolei młocińskiej uległ ostatecznemu zniszczeniu pół wieku temu podczas budowy ulicy Broniewskiego i osiedla Sady Żoliborskie. Tam już nie ma żadnego śladu.

Dziś wraca idea szynowego połączenia pętli Młociny z lotniskiem w Modlinie (via Łomianki), ale to będzie musiała być zupełnie nowa inwestycja, spełniająca współczesne wymogi środowiskowe, zapewne idąca trochę inną trasą. I super, i otake Polske.

piątek, 18 października 2013
Była niewinna jak wonna lilia

Czujni komcionauci zauważyli, że na blogu pojawiła się nowa kategoria - „Panna Cecylia”. Będzie dotyczyła notek warsawianistycznych.

Dlaczego tak? Bo na stare lata nie przechodzi mi skłonność do gimnazjalnego poczucia humoru.
Kiedyś, kiedy kategorie były tylko trzy, kusiło mnie ułożenie ich tak, żeby wszystkie były na „p”. Bez sensu, ale bawią mnie takie żarty.

To jedyne skojarzenie na „p”, jakie mam z Warszawą. Pochodzi oczywiście z apaszowskiej ballady Grzesiuka.

Postrzegam Warszawę trochę jak Ankh-Morpork. Zobaczyć i umrzeć. Jak się człowiek nie pilnuje, to nawet tego samego dnia. A więc...

W Saskim ogrodzie koło fontanny
Jakiś się frajer przysiadł do panny
Była niewinna jak wonna lilia
Na imię miała panna Cecylia
Tak z nią flirtował aż przebrał miarę
Skradł jej całusa, ona mu zegarek

Nad modrą Wisłą goniąc spojrzeniem
Siedzi Marianna ze swoim Heniem
On, jak to mówią, jest chłop morowy
I bezrobotny jest zawodowy
Raz ją poklepie, raz ją pobije
I chwalić Boga, jakoś się żyje

Jak pokochałem swoją Walerię
To jej kupiłem los na loterię
Moja Walerio, w twe szczęście wierzę
Jak wygrasz stawkę, to się pobierzem
Na los wypadło 20 tysięcy
I jam jej odtąd nie ujrzał więcej

Ojciec Edmunda miał wzniosłe cele
Na dobroczynny cel dawał wiele
I nieraz mawiał - mój przyjacielu
Człowiek powinien dążyć do celu
I posłuchali ojca synowie
Każdy ma cele, lecz w Mokotowie


poniedziałek, 14 października 2013
Nad rzeką, której nie ma

Zaginiona rzeka

Ze skarpy wiślanej płynęły w tym rejonie do rzeki dwa potoki, Polkówka i Ruda. Nazwa tego pierwszego pochodziła od osadnika imieniem Polik, który gdzieś tam miał gospodarstwo, druga zaś to popularna nazwa takich rzeczułek. I od niej z kolei nazwano całą wieś, która wyrosła wzdłuż niej.

Wiadomo o tej wsi z aktu nadania, którym Władysław IV przekazał ją w 1639 zakonowi kamedułów, którzy przenieśli się tutaj z bielan krakowskich. Ich późnobarokowy zespół klasztorny przetrwał do dzisiaj, ale wsie i młyny w tym rejonie zniszczono podczas oblężenia Warszawy przez Szwedów. Polkówka poszła z dymem, a folwark Ruda księża oddali w dzierżawę, czyli w „fawory”.

Zniszczone tereny ponownie zagospodarował Sobieski, budując ukochanej Marysieńce zespół pałacowy, który nazwał „górą Marii” - „Marie Mont”. Spadkobiercy odsprzedali go Sasom, którzy przekształcili to w tereny łowieckie.

W 1768 rozparcelowano resztki folwarku Fawory i zaczęto przekształcać ten obszar w zamożne suburbia. Wtedy tę okolicę zaczęto nazywać „pięknym brzegiem”, po fhancusku - „Joli Bord”. Tradycja wymyślania przez deweloperów pretensjonalnych nazw w obcym języku ma w Warszawie piękne korzenie.

Gdzie suburbia, tam problem z dojazdem do centrum. Szczęśliwie było to akurat pierwszy w dziejach Warszawy okres, w którym próbowano wytyczyć racjonalną sieć ulic.

Zajmująca się tym Komisja Brukowa zaczęła zamykać potoki w krytych kanałach, wytyczyła też arterię łączącą Fawory z centrum, w postaci ulicy Śmiałej. W szczątkowej formie istnieje do dzisiaj, podobnie jak wytyczona wtedy Inflancka.

Na ekskluzywnym osiedlu pobudowali się czołowi bankierzy warszawscy. Wille projektował im najmodniejszy wówczas architekt, Efraim Schroeger.

Potem przyszły zabory. Insurekcja znowu zrujnowała przedmieścia Warszawy. Bankierzy pobankrutowali. W ciągu pół stulecia osiedle bankierów przekształciło się w brzydką dzielnicę przemysłowo-rolniczą.

Po upadku powstania listopadowego zaczęto budować w sercu dzielnicy cytadelę, która przecięła te ulice (a kanały rzek weszły w labirynt jej sekretnych lochów). Dla oczyszczenia pola strzału aż do 1870 wyburzano budynki od Młocin po Wolę, od Pragi po Powązki.

Za zezwoleniem komendanta Cytadeli można było postawić drewnianą szopę. Żoliborz i Bielany zmieniły się więc w fawele, zamieszkiwane przez „element”. Stąd legenda łotrzykowskiego Marymontu.

W niepodległej Warszawie planowano odtworzenie willowego Żoliborza. Częściowo to się udało, ale presja rynku spowodowała, że w dzielnicach przewidzianych pod zabudowę jednorodzinną, zaczęto w końcu stawiać czteropiętrowe kamienice.

W okresie międzywojennym Żoliborz stał się urbanistycznym potworkiem. „Przestrzeń miejską pokrajano na szereg pierścieni i wycinków koła - form czysto geometrycznych, nie mających nic wspólnego z biologią organizmu miejskiego”. „Fatalne warunki, do jakich ten system prowadzi, uwiecznione są na Żoliborzu, którego zabudowa zmieniona została częściowo z luźnej na zwartą przy niezmienionym planie sieci ulic”.

To tylko część z krytycznych opinii, które przytacza Łukasz Heyman w książce „Nowy Żoliborz 1918-1939”. Zaczerpnąłem z niej fragment mapy, pokazujący ówczesne okolice doliny Rudy.

Obie żoliborskie rzeki już wtedy zlikwidowano. W latach 1926-1927 ostatecznie zasypano Polkówkę. Po Rudzie została Rudawka, biegnąca m.in. wzdłuż Lasku Bielańskiego oraz kilka parków z naturalnymi ciekami wodnymi, a także dzikie krzaczory w rejonie Powązek.

Przede wszystkim pozostała jednak sama dolina. Gdy w 1956 zaczęto planować przyszłość Warszawy, doliny niepotrzebnych już potoków wytypowano na trasy przyszłych obwodnic - stąd dzisiejsza Obwodnica Miejska, biegnąca m.in. Doliną Służewiecką oraz przyszła trasa S8, biegnąca doliną Rudy.

Ruda odtworzyła się nagle podczas wielkiej ulewy w Warszawie. Internautów szczególnie bawiło zdjęcie wystającej z wody tabliczki przystanku z napisem „Osiedle Potok”. Część ludzi pewnie wtedy po raz pierwszy uświadomiła sobie, że tu kiedyś był jakiś potok.

Zaginiona Ruda wydaje mi się symbolem problemów Warszawy. Tradycja budowania dzielnic o pięknej nazwie i fatalnej komunikacji trwa do dzisiaj.

Gdyby wysiąść na przystanku „Park Kaskada” i wybrać się na spacer po okolicy, można zobaczyć dobre trzy stulecia urbanistycznych pomyłek i wojennych tragedii. Ten park to dziś resztki po parku pałacowym, potem terenie łowieckim, potem instytucie rolnictwa, a potem zabudowie czynszowo-slumsowej. Większość tej ostatniej zburzono w Powstaniu.

Pamiątką tej tragedii jest samotny mur z napisem: „14 IX 1944. W tym miejscu została przez Niemców rozstrzelana, gdy błagała o litość dla pozostałych w schronie Olga Przyłęcka. Bo to była Polka”.

Pamiątki takie jak ta są jedną z przyczyn niechęci, z jaką spoglądam na pisowską disneylandyzację Powstania. A to przecież nie były tylko, ani nawet nie przede wszystkim, dzielne akcje morowych chłopców, tylko potworna rzeź bezbronnej ludności cywilnej.

Z tej rzezi nie da się zrobić akcji rekonstrukcyjnej, nie da się jej obrandować jak „Antka Rozpylacza”, nie narysuje jej Trust, nie zrobi o niej piosenki Lao Che, ale to tam przecież zginęło najwięcej Warszawiaków. Nie w „walkach”, tylko w rzezi.

Przepraszam, dygresja. W każdym razie, ten krótki spacer pokaże nam kawał historii. Na samym początku zobaczymy na przykład wojskową bazę techniczną, bezensownie zajmującą bardzo atrakcyjną działkę.

Ktoś ją kiedyś w końcu kiedyś sprywatyzuje (ach! grać w golfa z kimś takim!). Będzie to być może największe przebicie od czasu budowy osiedla „Joli Bord” na rozparcelowanym folwarku Fawory.

Spacerując będziemy mijać działki, które zdążyły parokrotnie przelecieć cykl „od slumsów do osiedla dla bankierów - i z powrotem”. Zobaczymy błędne rozwiązania urbanistyczne, które po kilkudziesięciu latach zaczynamy uważać za piękne, bo się stają zabytkowe (jak dysfunkcyjny układ ulic).

Zobaczymy miksturę nowoczesnych rozwiązań (metro! ekspresówka!) z katastrofalnymi zaniedbaniami. For starters, gdzie rekreacyjny szlak „dolina Rudy”?

Ten spacer mnie osobiście inspirowałby do myśli, że program platformianej modernizacji osiągnął wyczerpanie. Metro i ekspresówka, okej. Ale co dalej?

Moja intuicyjna odpowiedź jest taka, że zamiast sprzedawania terenów na kolejne osiedla dla bankierów, trzeba zacząć dbać o zasoby, które Warszawa ma już teraz. To jakiś gruby idiotyzm, że najstarszy park w stolicy, ozdobiony naturalnym ciekiem wodnym, to dla większości ludzi tylko nazwa przystanku.

sobota, 14 września 2013
Czy Domaniewska stoi?

Zaglebie pekabu

Stałym elementem historii Warszawy jest brak konsekwencji w planowaniu przestrzennym, sięgający niepamiętnych czasów. Kiedyś opisywałem, jak za Króla Stasia wybudowano południową obwodnicę Warszawy po to, żeby zaraz ją przeciąć okopami Lubomirskiego.

Komcionautka Szpro rzuciła na fejsie pytanie, dlaczego właściwie w kopalni pekabu na Służewcu nie ma stacji metra. Prosta odpowiedź brzmi: bo gdy spółka Globe Trade Centre zaczęła wdrażać genialny plan przekształcania Służewca Przemysłowego w Służewiec Biurowy, metro już było. Gdzie indziej.

Ale skąd się w ogóle wziął ten bajzel? Nie ma pojedynczego winowajcy, jak zwykle w tym mieście złożył się na to splot historycznych okoliczności.

Do roku 1951 miejska zabudowa urywała się na wysokości Królikarni. Na południe od niej zaczynała się wieś.

Wołoska rozciągała się wtedy od Rakowieckiej do mniej więcej dzisiejszej Woronicza. Do dzisiaj zresztą po Wołoskiej widać, że gdy w 1956 dodano pętlę tramwajową na Woronicza, ulica wtedy tutaj kończyła bieg. Dzisiaj jest to miejsce tradycyjnego korka.

W 1951 roku poszerzono granice Warszawy. Miasto urosło niemalże trzykrotnie i odbyło się to w strasznym bałaganie, objawiającym się m.in. tym, że miasto długo nie potrafiło wydłużyć przelotowych arterii do swoich nowych włości.

Ślady przebiegu granicy z 1951 widać do dzisiaj w postaci różnych korkogennych wąskich gardeł. Do dzisiaj na przykład widać po ulicy Kasprowicza na Bielanach, gdzie biegła dawna granica (parę miesięcy temu zakończono jej poszerzanie w tym miejscu, ale ciągle kierowca na skrzyżowaniu z Oczapowskiego zauważy, że coś tu jest od czapy).

Rzecz w tym, że Warszawa nie miała wtedy planu zagospodarowania przestrzennego. W okresie stalinizmu zlikwidowano Główny Urząd Planowania Przestrzennego. Wszelkie planowanie podporządkowano planowaniu gospodarczemu w ramach planu 6-letniego (1949-1955).

Z urbanistycznego punktu widzenia ustrój totalitarny powinien mieć przynajmniej tę zaletę, że łatwo przejmować grunty pod inwestycje. W Warszawie to nie zadziałało, bo owszem, przejęto je zaraz po wojnie... ale dla starych granic. Przez cały PRL ciągnął się problem z terenami przyłączonymi po 1951 (i właściwie ciągnie się do dzisiaj).

Planowanie przestrzenne przywrócono w Warszawie na fali odwilży. W 1955 zezwolono na sporządzenie planu, który przyjęto w 1956. I to był pierwszy normalny plan po dwudziestoletniej przerwie, w którym urbaniści próbowali coś dorobić do serii faktów dokonanych przez Hitlera i Stalina.

Gdy w 1951 roku zapadła decyzja o budowie ośrodka przemysłowego w rejonie wsi Służewiec, nie miało to nic wspólnego z urbanistyką. Decydowały potrzeby przemysłu, miasto miało się zatroszczyć o dociągnięcie infrastruktury. I jak na te warunki, zrobiło to nieźle.

Powyższe zdjęcie pochodzi z książki „Plan Generalny Warszawy” z 1965 i przedstawia ulicę Postępu. Budynek na pierwszym planie stoi do dzisiaj, reszta się trochę zmieniła.

Po zdjęciu widać, że Służewiec Przemysłowy potrzebował mniej wykuwaczy pekabu w przeliczeniu na hektar. Jego potrzeby komunikacyjne wystarczająco zaspokajały zajezdnia tramwajowa przy Woronicza (oddana w 1956), przedłużenie linii do Marynarskiej w 1961 i pętla autobusowa przy Bokserskiej.

Bezcennym atutem powinna być stacja kolejowa Służewiec. W praktyce w PRL kolei nigdy nie umiano włączyć w miejski zbiorkom, w 3RP jest trochę lepiej, ale nie aż tak.

Pracownicy zresztą nie musieli daleko jechać. W planie z 1956 przewidziano dla nich pobliskie osiedla - położone w bezpośrednim sąsiedztwie Osiedle Prototypów (Ministerstwo Budownictwa testowało w nim różne rozwiązania urbanistyczne) zaczęto budować razem ze służewieckim fabrykami. Nieco dalsze - Wierzbno i Szosa Krakowska były gotowe w połowie lat 60.

W połowie lat 90. na gruntach podupadającego Służewca Przemysłowego fantastyczny interes zrobił Piotr Kroenke z założonej w 1994 firmy Globe Trade Centre. Warszawa miała wtedy deficyt przestrzeni biurowych, firmy musiały gnieździć się w kamienicach czynszowych w centrum.

GTC wybudowało (a później sprzedało) serię biurowców tworzących Mokotów Bussiness Park a także Galerię Mokotów. To wszystko działo się tak szybko, że dopiero w 2007 pokryto asfaltem ostatni odcinek Domaniewskiej, wybrukowanej kocimi łbami przez PRL.

Miasto za tym wszystkim nie nadąża, co wie każdy, kto w godzinach szczytu próbował przejechać Domaniewską, Wołoską, Marynarską, jezus maria, czymkolwiek. I nawet nie jest tak, że nic się nie robi - przebudowano skrzyżowanie Wołoskiej z Marynarską, poszerzono część Wołoskiej, przebito Cybernetyki do 17 Stycznia, są dalsze plany przebudowy Marynarskiej.

Urywająca się obecnie w polu trasa S79 kiedyś będzie zupełnie nowym szlakiem odciążającym Żwirki i Grójecką, pozwalającym teleportować się na Powązki. Niestety nie przed 2020.

Jak znam to miasto, w międzyczasie wydarzy się coś, co sprawi, że te wszystkie plany będą już wtedy kompletnie nieaktualne. Wiadomo, stolyca.

niedziela, 01 września 2013
Niemcy w obronie Warszawy

W czerwcu 1939 roku władze wojskowe zwróciły się do władz Polskiej Partii Socjalistycznej z niezwykłym pytaniem. Choć partia ta była w zdecydowanej opozycji wobec rządu, jednocześnie nie można było wątpić w jej lojalność w walce z Hitlerem.

Socjalistom zaproponowano organizowanie ugrupowań dywersyjnych, które dziś nazwalibyśmy „stay behind” - władze zdawały sobie sprawę z tego, że w pierwszej fazie wojny trzeba będzie oddać część terytorium Niemcom. Szczególnie beznadziejna wydawała się obrona Śląska i Zagłębia, zakładano też, że trzeba będzie poświęcić Łódź.

PPS miała weteranów pamiętających pierwszą światówkę i antycarską konspirację. Ostatnie lata dyktatury sanacyjnej wymusiły na partii tworzenie struktur osłaniających pochody pierwszomajowe przed bojówkarzami prawicowymi. Słusznie wojskowi uważali, że jeśli ktoś może to zorganizować, to tylko ta partia.

W Łodzi tajne struktury organizował towarzysz Edmund Chodzyński (po wojnie pozostał w PRL, ale posługiwał się fałszywym nazwiskiem z czasów okupacji). Śląskiem i Zagłębiem zajmował się towarzysz ekscelencja prezydent Aleksy Bień (po wojnie tak jak przed wojną, zajmował się ubezpieczeniami społecznymi).

W Łodzi operacja miała kryptonim „Baron-Berlin”, na południu „Okrzeja-Odra”. Na południu była bardziej zaawansowana, bo tam socjaliści mieli potężne struktury. Rządzili w końcu dosyć dużym miastem, a do tego mieli Kasę Bratnią Górników z siedzibą w Sosnowcu, która była bazą organizacyjno-finansową przedsięwzięcia (nawiasem mówiąc - wyobrażacie sobie patriotyczną konspirację na bazie OFE?).

Socjalistyczne bojówki szkolono na poligonie w Krakowie, gdzie ćwiczyli m.in. konstruowanie bomb zegarowych domowym sposobem, a także dywersję kolejową. Poukrywali sprzęt w tajnych magazynach w Czeladzi, Grodźcu, Kazimierzu, Ząbkowicach i Strzemieszycach.

Blitzkrieg wszystkich zaskoczył. Organizacje „stay behind” tak szybko stejnęły bihajndem, że nic z tego nie wyszło (aczkolwiek struktury i przeszkolenie przydały się potem do organizacji Gwardii Ludowej WRN).

Sanacyjna dyktatura rozsypała się jak domek z kart. Prezydent Mościcki wyjął szwajcarski paszport z szuflady i dał nogę, razem z nim Warszawę opuściły najwyższe władze. Do miasta napływali za to przerażeni uchodźcy.

Już 4 września udzielanie im pomocy wzięła na siebie powołana ad hoc struktura PPS - Robotniczy Komitet Pomocy Społecznej. Tego samego dnia przedstawiciele partii (Zaremba i Arciszewski) poszli do generała Czumy, dowódcy obrony Warszawy, z propozycją utworzenia ochotniczego batalionu.

Generał był za, ale przeciw był jego szef sztabu (płk Tadeusz Tomaszewski). „Czy wy tu nie chcecie robić rewolucji?” - pytali, według wspomnień dowódcy socjalistycznych batalionów, kapitana Mariana Keniga. Oddajmy mu głos:

„Poza członkami Polskiej Partii Socjalistycznej i klasowych związków zawodowych, które były pod przeważającym wpływem naszej partii, na wezwanie do walki z najazdem faszystowskim żywo zareagowały wszystkie ugrupowania lewicowe, na czele z komunistami i radykalnymi ludowcami, wstępując dość licznie do naszej brygady (...) w ciągu 5 dni zaciągnęło się 5000 ochotników. Władze wojskowe nakazały zaprzestanie dalszego werbunku. Jednak nacisk ze strony zgłaszających się był tak duży, że zmuszeni byliśmy ten rozkaz częściowo obejść i przyjęliśmy do naszych kompanii jeszcze około 1000 ludzi”.

Bataliony Robotnicze przyjmowały ochotników w redakcji „Robotnika” na ulicy Wareckiej - gazeta wychodziła do gorzkiego końca, redagowana przez nieustraszonego Niedziałkowskiego - oraz w siedzibie partii na Długiej. Zgłosili się do nich nawet Niemcy, z działaczem łodzkiej Niemieckiej Partii Socjaldemokratycznej Emilem Zerbe na czele.

Bataliony przemianowano na Brygadę Robotniczą Obrony Warszawy. Potem na jej bazie odbudowano zniszczoną 13 dywizję piechoty. Gdy stało się jasne, że Warszawę trzeba poddać, ochotnicy podnieśli bunt.

28 września wyszli z Cytateli i urządzili wiec na placu Wilsona, na którym odmówili uznania rozkazu o kapitulacji. Kenig musiał uspokoić nastroje („co chwila pod moim adresem padały okrzyki - zdrajca! zastrzelić go! - i tym podobne”) i wytłumaczyć, że w warunkach okupacji wszyscy weterani będą w śmiertelnym zagrożeniu.

Brygadę udało się planowo rozformować i zniszczyć wszystkie archiwa, dlatego w tej historii jest wiele zagadek (np. towarzysz profesor Dunin-Wąsowicz próbował policzyć, ilu było tych Niemców i wyszło mu, cytuję, „kilku lub kilkunastu”, dokładniej liczby nigdy nie poznamy). To byli zawodowcy od konspiry, o tym świadczy choćby to, jak wielu z nich dotrwało do 1945.

piątek, 19 kwietnia 2013
Przodownik 14 komisariatu

Warsaw Ghetto

„Kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3” - mówi jeden z najbardziej idiotycznych przepisów prawnych, które zostały nam po IV Rzeczpospolitej.

IPN zrobił rzecz wspaniałą, która może ten przepis łamać. Uczcił rocznicę powstania w getcie internetową publikacją raportu Stroopa w opracowaniu Andrzeja Żbikowskiego.

To niesamowita lektura nawet dla kogoś, kto teoretycznie wszystko to wie z „Rozmów z katem” czy „Zdążyć przed panem Bogiem”. Spojrzenie na Holocaust oczami sprawcy to czytelnicze doznanie ekstremalne.

Widzimy wtedy wprawdzie „polskich bandytów” okazjonalnie wspierających w walce „bandytów żydowskich”, przede wszystkim widzimy jednak polskich sojuszników. W niewyobrażalnie okrutnej eksterminacji mieszkańców „żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej” Stroopa wspierało 367 polskich policjantów i 166 polskich strażaków.

Jeden z nich, Julian Zieliński, przodownik 14 komisariatu, zginął, kilku innych ciężko raniono. Stroop wymienia go wśród „poległych za Führera i Ojczyznę”, kończąc ten ustęp zdaniem „Złożyli oni największą ofiarę – swoje życie. Nie zapomnimy ich nigdy”.

To jest problem, który mam z odkłamującym kwestię polskiego udział w Holocauście filmem „Pokłosie”. Pasikowski poszedł na łatwiznę, przypisując zbrodnicze dziedzictwo „innym”.

Dyskurs wykluczający służy tutaj jako mechanizm wyparcia. Owszem, Polacy pomagali Niemcom mordować Żydów, ale to byli jacyś inni, gorsi Polacy. Pasikowski charakteryzuje ich na chodzące stereotypy, jak zombiaki w „Resident Evil IV”.

Ale prawda jest jeszcze straszniejsza. Holocaust byłby niemożliwy bez współpracy granatowej policji i polskiej administracji, zwłaszcza na terenach zajętych w wyniku operacji Barbarossa.
W depeszach Grota-Roweckiego czytamy: „w mniejszych miasteczkach jest tylko Hilfspolizei, złożona z dawnych polskich policjantów oraz miejscowych Polaków i Białorusinów [...]. W magistratach urzędują przeważnie Polacy” (wrzesień 1941) oraz „Wkroczenie wojsk niemieckich rozpętało w stosunku do Żydów potwornych wręcz rozmiarów terror, uprawiany przez wojsko ze znacznym udziałem ludności miejscowej” (październik 1941).

Chcemy to sobie wyobrażać na wzór Pasikowskiego -  w jakiejś wsi gdzieś daleko na bagnach tłuszcza nocą przyszła z pochodniami. Nie, to byli pan starosta, pan przodownik, pan radca. I także tutaj za rogiem, w sercu Warszawy.

Oczywiście, Niemcom pomagała też „zielona” policja żydowska. Tylko że ci ludzie ratowali swoje życie. Robili w tym celu rzeczy straszne, ale przecież nie mieli realnego wyboru. Granatowy policjant zawsze mógł odejść ze służby albo choćby mało gorliwie realizować polecenia okupanta.

Tymczasem we wszystkich relacjach granatowi pojawiają się jako największe zagrożenie dla ukrywających się Żydów. Raport Stroopa to bardzo prosto tłumaczy:

„Polskiej policji zezwolono na oddanie każdemu polskiemu policjantowi, w razie zatrzymania przez niego Żyda w aryjskiej części miasta Warszawy, 1/3 gotówki tego Żyda. Zarządzenie to okazało się skuteczne”.

Najbardziej niesamowie w raporcie jest to, gdy Stroop próbując dehumanizować ofiary - mimowolnie składa im hołd. Istnieje stereotyp Żydów bezwolnie idących do gazu z podniesionymi rękami, umacniany zresztą przez jedno z najsłynniejszych zdjęć z tego raportu.

„Na jednym z betonowych budynków wywieszono flagi żydowską i polską jako wezwanie do walki przeciwko nam. Jednakże już drugiego dnia akcji udało się specjalnej jednostce bojowej zdobyć te dwie chorągwie. W tej walce z bandytami poległ SS-Untersturmführer Dehmke”.

Już drugiego dnia nadludzie zdobyli dwie flagi, kosztem jednej ofiary! Stroop nakazał więc podpalanie budynków z miotaczy ognia i burzenie z ostrzału artyleryjskiego. Ale i to nie pomogło.

„Nieraz Żydzi pozostawali w płonących domach tak długo, aż wreszcie (...) woleli wyskakiwać z pięter (...) Z połamanymi kośćmi usiłowali się oni potem jeszcze czołgać przez ulicę do bloków, które bądź wcale, bądć tylko częściowo stały w płomieniach” - pisze Stroop i konkluduje:
„Tylko dzięki nieprzerwanemu i niezmordowanemu udziałowi w akcji wszystkich sił udało się ująć lub z całą pewnością zgładzić ogółem 56 065 Żydów. Do tej liczby należy jeszcze dodać Żydów, którzy zginęli na skutek wysadzenia w powietrze, pożarów itd., których liczby nie można było jednak ustalić”.

Nigdy nie dowiemy się, grobem ilu właściwie ofiar jest północno-zachodnia część śródmieścia Warszawy, z Intraco, Złotymi Tarasami i TGI Friday’s. Ale więcej by ocalało, gdyby nie wysiłki Juliana Zielińskiego, przodownika 14 komisariatu.

PS. Gdzie nie cytuję IPN i Stroopa, tam cytuję książkę „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali” Stefana Zgliczyńskiego.

czwartek, 13 grudnia 2012
Wciąż żyjemy historią

Poludniowa Obwodnica Warszawy

Wszyscy dzisiaj o historii, to ja też. Pierwsze podejście do budowy południowej obwodnicy Warszawy zrobił jeszcze król Staś, któremu zamarzyła się droga łącząca Trakt Królewski z polem elekcyjnym i szosą wolską, z pominięciem miasta.

Jako władca oświecony zażądał, żeby ta droga biegła prosto jak przy linijce, bo w Oświeceniu wtłoczenie wszystkiego w geometryczne ramy uważano za szczyt postępu. Zażądał też, żeby droga biegła przez wieś, ale nie jakąś taką byle jaką, tylko Nową Wieś, również wzorcową i racjonalną.

Fragment biegnący przez obszary zamieszkane nazywano więc ulicą Nowowiejską, a dziki zachodni fragment „drogą królewską”. Ta pierwsza nazwa przetrwała do dzisiaj na ocalałych fragmentach, tę drugą mam na mapie z 1914 (proszę uwierzyć na słowo, nie chciało mi się skanować).

Wskanowałem za to mapę z przewodnika z 1893. Droga Królewska jest na niej już przerwana torami kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, ale jeszcze nazywa się tak na odcinku między torami a Raszyńską (dziś to ulica Niemcewicza).

Szczątki po drugiej stronie to z kolei ulica Prądzyńskiego. Do „szosy wolskiej” droga już nie dochodzi, aczkolwiek jeśli przyłożymy linijkę do mapy, zrozumiała będzie dziwaczna orientacja kamienicy przy Ordona 7 względem ulicy. Chodnik przed tą kamienicą możemy uznać za najdalej wysunięty na zachód ocalały fragment Drogi Królewskiej.

Przekładając funkcjonalność tej drogi na dzisiejszy język, zapewniała ona szybkie skomunikowanie wylotówki na Poznań (DK 2) z wylotówką na Wilanów (DW 724). Zabawnie, że Warszawa już raz miała tę funkcjonalność, a potem odzyska ją jakieś ćwierć tysiąclecia później, gdy już S2 sięgnie Powsińskiej.

A jak doszło do jej utraty? Bardzo po warszawsku. Nasze miasto słynie, jak wiadomo, ze spójnej polityki planowania przestrzennego.

Ledwie jedni dostojnicy zakończyli wytyczanie nowej drogi i nowej wsi (według warszawikii - było to w 1773), to już następni dostojnicy zaczęli realizować plan umocnienia granic miasta obwałowaniem. Widzę oczami wyobraźni tę scenę, w której dwaj oświeceniowi urzędnicy w pudrowanych peruczkach kłócą się przy koparkach, wymachując papierami i krzycząc „nikt ze mną tego nie uzgadniał”.

W cztery lata po ukończeniu południowej obwodnicy Warszawy przecięły ją okopy Lubomirskiego. Z obu stron idealnie racjonalnie wytyczona droga kończyła się idealnie racjonalnym wałem ziemnym. Zonk!

Przejezdność Nowowiejskiej przywrócono w 1825, ale dawną przerwę widać do dzisiaj. To miejsce, w którym zmienia się z dwukierunkowej w jednokierunkową (plac Politechniki).

W roku 1844 drogę na zawsze przeciął jej ostateczny zabójca, zmora kierowców - tory kolei warszawsko-wiedeńskiej. Aż do czasów Gierka nie było dobrego sposobu na przekroczenie tych torów na zachód od rogatek jerozolimskich, zwanych dziś placem Zawiszy.

Powód był prozaiczny: przy planowaniu warszawskiego węzła kolejowego przez sto kilkadziesiąt lat - czy to za cara, czy to za 2RP, czy to za PRL - priorytet miały cele strategiczne. Przez to do dzisiaj stoimy w korkach.

Gdy w PRL przywrócono częściowo funkcjonalność Drogi Królewskiej kombinacją Trasy Łazienkowskiej i Alei Rewolucji Październikowej (dziś: Prymasa Tysiąclecia), zrobiono to tak, żeby w razie wojny torów nie przywaliły gruzy ewentualnej estakady. Rozbudowano tunel w ciągu ulicy Bema, wybudowany za 2RP, ale zamknięty dla ruchu kołowego w PRL.

Przerwaną w 1844 roku drogę szatkowano dalej. Jeszcze w 1893 przewodnik tak opisywał okolice Koszykowej (biegnącej równolegle, bliżej centrum): „Mało zaludniona (...) ma charakter sielski. Spotkać się tu można z całymi placami zasadzonemi kapustą, kartoflami lub ogrodowizną (...) stary ogród, z niewielkim pałacykiem, który nadał ulicy nazwę. W części tego ogrodu mieści się MUZEUM PSZCZELNICZE. Instytucya ta jest dziś w stanie zupełnego upadku”.

Już wtedy wzdłuż Nowowiejskiej zaczęły wyrastać instytucje komunalne - Politechnika, Filtry, szkoły, szpitale. Filtry najpierw mieściły się między Koszykową a Nowowiejską, potem poszerzyły teren o tzw. osadniki. Na mapie z 1914 ulica jest jeszcze przejezdna, dopiero potem cały teren Filtrów zamknięto murem (ale ślad dawnej Nowowiejskiej widać choćby na google maps).

Warsawianiści lubią utyskiwać na zepsucie Osi Stanisławowskiej przez późniejsze inwestycje, jak Trasa Łazienkowska. Ja nie narzekam. Miasto ma służyć mieszkańcom, a nie ładnie wyglądać na rysunkach.

wtorek, 08 lutego 2011
Fallout: Warsaw


Praźródłem warszawskich korków są tzw. Okopy Lubomirskiego - granice miasta wytyczone u schyłku I Rzeczpospolitej. Nie miały znaczenia obronnego, cel był fiskalny pod pretekstem sanitarno-epidemiologicznym.
W tym mieście wszystko jednak prędzej czy później znajdzie zastosowanie wojskowe. Okopy znalazły je już podczas insurekcji kościuszkowskiej, znajome kreski na mapie rozpoznamy czytając o każdej większej stołecznej zadymie, aż po powstanie warszawskie.
W ogólnym zarysie Okopy wyznaczały granice Warszawy aż do I wojny światowej. Modyfikacje w XIX wieku dotyczyły m.in. przemeblowania północnej granicy w związku z budową Cytadeli i włączenia Pragi do Warszawy.
Dopiero w niepodległej Polsce Warszawa zaczęła się rozwijać za linią Okopów - stąd piękna architektoniczna spójność Żoliborza, Ochoty czy Mokotowa, gdzie całe kwartały wznoszono w jednolitym stylu. I nawet nie wszystko udało się potem skaszanić w PRL i 3RP.
Rogatki przestały mieć swoje pierwotne przeznaczenie, ale... proszę spojrzeć na mapę z 1893, zaczerpniętą z przewodnika cytowanego w poprzedniej notce (tak naprawdę zdjąłem go z półki dla pisania tej notki, ale w międzyczasie wydarzyły się Wdechy).
Warszawski kierowca bez trudu rozpozna w nich miejsca, którymi do dzisiaj przekracza granicę miasta wewnętrznego. W godzinach szczytu stojąc w korku, bo na długim odcinku rogatki nie mają alternatywy - jakby nadal był 1777.
Komunikacyjny chaos, jaki na Żoliborzu powoduje remont wiaduktu przy Dworcu Gdańskim, można przecież porównać do zamknięcia rogatek marymonckich. Budowa drugiej linii metra spowodowała z kolei, że znów nie da się Okopów Lubomirskiego przekroczyć między rogatkami wolskimi a jerozolimskimi.
Za każdym razem słychać wtedy narzekanie na władze, że nie wytyczają objazdów, ale ludzie - którędy? Przez sto lat z okładem Okopy Lubomirskiego obrosły martwą tkanką miejskiego zrogowacenia: cmentarze, linie kolejowe, zakłady przemysłowe. Prawie nie ma nowych ulic, poza dosłownie trzema trasami na krzyż.
Na mapie z 1893 ciekawie wyglądają praskie rogatki. Nazwane są od szos: petersburskiej (dziś DK61), wileńskiej (DK8) i moskiewskiej (DK2). Saska Kępa nie była jeszcze częścią Warszawy (nie ma poniatoszczaka!), starorzecze Wisły w rejonie portu praskiego było wtedy długie, szerokie i dzikie.
Gdy stoję w korku a w TOK FM nie ma akurat nic ciekawego, lubię sobie coś wyobrażać dla zabicia nudy. Często fantazjuję o postapokaliptycznej Warszawie w świecie mniej więcej takim, jak w grach „Fallout” czy „Neuroshima” - w ktorej w radykalnie zdepopulowanym mieście odtworzono Okopy Lubomirskiego i rogatki.
Na czerniakowskie świetnie się nadaje pewien nowoczesny budynek biurowy, którego balkony wychodzą właśnie na południe. Akurat żeby umocnione workami z piaskiem stanowiska ogniowe pilnowały rogatek od strony zaludnionych przez mutanty zrujnowanych blokowisk. W podziemiach jest całkiem zacny fallout shelter (always handy).
Zakładam, że obrońcy postapokaliptycznej Warszawy odtwarzają granice z 1893. Podczas ostatniej wysokiej fali na Wiśle w porcie praskim eksplodowały gejzery wody bijącej nie wiadomo skąd - to Wisła próbowała odtworzyć dawne starorzecze. Jeśli jej pomożemy odrobinką C4, zrobi to w jeden dzień.
Północną granicę trzeba by cofnąć do linii obwodowej, którą po to przecież zbudowano - i w ogóle przy pomocy C4 trzeba by wszędzie oczyścić przedpola. Dość szybko można będzie jednak Warszawę przerobić na postapokaliptyczną fortecę strzegącą przeprawy przez Wisłę.
Niniejszą notkę chciałbym zaksięgować jako lutowy ranking od czapy. Do niektórych rogatek mam bowiem bliski stosunek emocjonalny. Marymonckie przez kawał życia stanowiły dla mnie główną bramę do miasta.
Gdy byłem dzieckiem, wiozący mnie do centrum jelcz-ogórek linii 116 zjeżdżał w porośnięty krzakami jar oddzielający Bielany od Żoliborza. Potem wyrosły tam wiadukty, których budowę nielegalnie zwiedzałem z kolegą w pierwszej klasie liceum. Potem pod wiaduktami pojawiła się trasa AK. Potem doszła stacja metra. Mam nadzieję, że dożyję komunikacyjnego kataklizmu, jakim będzie upgrade trasy AK do ekspresowej S8.
Dalej - Czerniakowskie. Najbardziej upierdliwy zakręt w lewo w moich codziennych wędrówkach (z Gagarina w Czerniakowską). Znaczy, był najgorszy, dopóki nie zacząłem dojeżdżać do SWPS (z Grochowskiej w Terespolską). Stąd: Grochowskie, w 1893 zwane Moskiewskimi. Wraz z Mokotowskimi, jedyne stojące do dziś.

niedziela, 06 lutego 2011
Projekt Warsiawiak


Uczestniczyłem w tak fantastycznym wydarzeniu muzycznym, że sam sobie zazdroszczę: Projekt Warszawiak wystąpił razem z Kapelą Czerniakowską, uświetniając tym ceremonię przyznania Wdech, nagród Co Jest Grane, dodatku do naszej Stołecznej.
Sam nie wierzę, że to piszę, ale niestety muszę dodać: „a poza tym wystąpił znakomity zespół The Dynamics”. Uwielbiam Dynamicsów, kupiłem ich sobie z Ajtjunsów dawno temu (zdaje się, że polecił mi ich system automatycznych rekomendacji, bo to muzyka pasujaca do mnie jak ręka do rękawiczki). No ale Projekt Warszawiak to naprawdę Wydarzenie.
„Ilustrowany Przewodnik po Warszawie (wraz z treściwym opisem okolic miasta)”, wydany nakładem redakcyi „Wędrowca” w 1893 tak opisuje dzisiejsze okolice PKP Powiśle:
Nad samą Wisłą wznosi się wysoki wał, który jednak mieszkańców nie zawsze chroni od powodzi. Przy nim znajdują się liczne, niezabudowane place, na których pasie się bydło i wyleguje na słońcu letnią porą mnóstwo próżniaków obojej płci, noszących techniczną nazwę w żargonie miejskim „andrusów” lub „łobuzów nadwiślańskich”. W dalszym ciagu ku alei Jerozolimskiej wznoszą się czasem oparkanione, niekiedy wcale nie, wielkie składy drzewa, „szychtami” zwane, w których wspomniane warstwy ludności miejskiej obierają sobie noclegi. Spacer nocną porą tym wałem nie należy do najbezpieczniejszych.
Wkrótce jednak te typy i ta część miasta ze swem zaniedbaniem i budami, należeć będzie do historyi. Grono bowiem kapitalistów złożyło projekt magistratowi urządzenia tu pięknych bulwarów i zabudowania ich wspaniałemi kamienicami. Czy ten projekt przyjdzie do skutku, przyszłość okaże.
Przyszłość okazała, że warszawski problem z Wisłą trwa do dzisiaj. Spacer nocną porą nie należy tam do najbezpieczniejszych. Do dzisiaj jadąc nocą Wisłostradą, wspominam wielkiego socjalistę Jana Strzeleckiego, któremu w 1988 po prostu zabrakło tu benzyny.
Bulwary zaczęła w końcu budować II Rzeczpospolita. Z rowerowych wycieczek pamiętam zaśniedziałą pamiątkową tablicę, która głosi mniej więcej, że pierwszy odcinek oddano w roku 1936, całość ukończono w roku 194. Zostało wolne miejsce na wbicie cyferki.
Jeśli za ukończenie uznać Wisłostradę, to na tablicy powinien się pojawić rok 1975. Ale pojawia się pytanie: co to za bulwar, na którym strach nocą zatrzymać samochód? Nagodzone Wdechami Centrum Nauki Kopernik przecież wszyscy w stolycy kochamy także za to, że to element odzyskiwania brzegu Wisły dla cywilizacji łacinskiej.
Okrężną drogą wracam do Projektu Warszawiak. Jego sens artystyczny rozumiem tak, że jest to próba odnalezienia wspólnego mianownika między wszystkimi stereotypami związanymi z Warszawą: japiszona, kibola, geja, heteryka, powstańca, klubowicza, ojca rodziny, hipstera, artysty, korpoludka.
Panowie Garlicki/Jędrasik/Orfin szukają tego mianownika - bardzo mądrze - w sferze zmitologizowanej historii. Sięgają po motyw andrusa, ocanony od zapomnienia przez Grzesiuka i Kapelę Czernakowską.
Ileż uroczego klasizmu jest w słowach redakcyi „Wędrowca” o „wspomnianych warstwy ludności miejskiej”. Klasowo rzecz biorąc, andrusi stanowili underclass. Nie byli nawet proletariatem.
Nikt nie lubi underclass. W każdym ustroju snuje się plany usunięcia „wspomnianych warstw”. W kapitalizmie ma tego dokonać gentryfikacja, czyli zaoranie ich „bud” pod „wspaniałe kamienice”. Komunizm i nazizm rozwiązywały to nieco prościej, ale cel jest ten sam: Die Endlosung der Andrusfrage.
Warszawskiego andrusa na swój sposób eksterminował każdy z tych ustrojów. Skutecznie, już gdy w 1968 powstawała Kapela Czerniakowska, to było nostalgiczne ratowanie zamierającej tradycji.
Chcociaż więc przestroga redakcyi „Wędrowca” jest niezmiennie aktualna: nocnych spotkań z underclass należy zdecydowanie unikać, to same okoliczności ich dwudziestowiecznej eliminacji z Powiśla budzą wobec nich szacunek. A może nawet jakąś sympatię?
Pewnie o to chodziło Grzesiukowi. Projekt Warszawiak dodaje do tego drugą warstwę: Warszawa to miasto, w którym się walczy. Jak ktoś chce spędzać czas pijąc piwo w miłym towarzystwie, są w Polsce lepsze adresy. My tu żyjemy tak: wygraj albo przegraj. Nie ma remisu, nie ma przebacz, nie ma plusika na zachętę.
Pod tym mottem podpisze się w Warszawie kibol i korpoludek, hipster i odpowiedzialna głowa rodziny. I pewnie tak się żyło sto lat temu w składach drewna na Powiślu. Projekcie Warszawiak, trafiliście w punkt.
Wygraliście Warszawę.