Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 03 października 2016
Autor Solaris

goryllium

Kiedyś z wielką dumą i wzruszeniem anonsowałem na blogu premierę swojej pierwszej książki. Jakby to było wczoraj! Teraz z podobnymi uczuciami ogłaszam koniec prac nad filmem Borysa Lankosza „Autor Solaris”, do którego napisałem scenariusz.

To film dokumentalny („i teraz mi pan mówi...”), ale z pięcioma inscenizacjami. Miało być więcej, ale po raz pierwszy się przekonałem, w jak dużym stopniu film jest sztuką skracania. Gdybyśmy nakręcili cały scenariusz, wyszłoby tak na oko dziesięć godzin projekcji.

Filmów dokumentalnych o Lemie zrobiono już sporo, ale to jest - o ile mi wiadomo - pierwszy skupiający się na Jego biografii. A więc próbujemy w nim podjąć tematy, o których Lem za życia mówić nie chciał, albo zbywał je wymijającymi anegdotami.

Dzięki uprzejmości rodziny dostaliśmy dostęp do materiałów, których nigdy dotąd nie publikowano. Sam Lem zresztą uważał je za niemożliwe do odtworzenia: dotyczy to jego własnego wykonania antystalinowskiej satyry „Korzenie” (którą Lem nagrał około 1955 na enerdowski magnetofon szpulowy, ale taśma się rozciągnęła i rozmagnetyzowała) oraz domowych filmów kręconych kamerą 8 mm.

Dla fachowców z Narodowego Instytutu Audiowizualnego nie ma rzeczy niemożliwych (nawiasem mówiąc: to kolejna instytucja kultury, którą minister Gliński planuje unicestwić w sobie tylko wiadomych celach). W filmie możemy więc usłyszeć głos trzydziestoparoletniego Lema, wcielającego się w towarzysza Tegonieradze.

Towarzyszy temu inscenizacja, pokazująca, jak to mniej więcej mogło wtedy wyglądać - czyli pokazująca grupę krakowskich studentów na domówce u Hussarskich. Zderzamy to z inscenizacją fragmentu propagandowej sztuki „Zdarzenie na jachcie Paradise”, którą Lem z tym samym Hussarskim napisali dla kasy.

Zdjęcie przedstawia kadr z inscenizacji opowiadania „Edukacja Cyfrania”. Lem napisał je w 1971, ale ukazało się dopiero w 1976.

Wizja orkiestry, której muzyków pożera - jedno po drugim - jakieś wredne Goryllium, była zbyt ciężkostrawna dla cenzury w latach 70. Cud, że to się w ogóle ukazało...

Wielką przyjemnością było dla mnie patrzenie na fachowców przy pracy. „Mieszkanie pełne studentów” albo „pożerana orkiestra” to coś, co łatwo wystukać na klawiaturę, ale żeby to sfilmować, trzeba wypełnić to wizualnym konkretem.

W co mają być ubrani muzycy tej orkiestry? Co mają grać? Jak się mają zachowywać w trakcie pożerania? A studenci: siedzą, stoją, piją, palą? Raczej krawaty czy raczej swetry?

To wszystko już dopowiedział Borys Lankosz wraz ze swoją ekipą. Moja ocena nie jest oczywiście obiektywna, ale ja jestem zachwycony rezultatem.

Premiera będzie w TVP Kultura, nie wiem dokładnie kiedy - chyba kiedyś w listopadzie (nie omieszkam się powiadomić). Rzecz jasna, ludzie, którzy to tam zatwierdzili - już tam nie pracują, polecieli też ludzie w NInA i NCK, z którymi współpracowaliśmy.

Teraz ten film by już prawdopodobnie nie mógł powstać. Cóż, zdążyliśmy przed Dobrą Zmianą...

czwartek, 30 czerwca 2016
Balcerowicz jak Binienda

Dygresja o motywacji i zarządzaniu, która wyskoczyła pod moją poprzednią notką, przypadkowo zbiega się z moimi ostatnimi zainteresowaniami lekturowymi. Pociągnę ją więc w notkę promującą najnowszy felieton.

Zbieżność tematów jest przypadkowa. Felietony piszę z tygodniowym wyprzedzeniem. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się, że będę miał na blogu obrońcę „piramidy Maslova” w naukowo-naukowej „teorii zarządzania”.

Problem, który mnie fascynuje, wygląda w skrócie tak. Ekonomia neoklasyczna odwołuje się do trzech założeń na temat Natury Lucka, które ciocia Wiki (za Weintraubem) definiuje tak:

1. People have rational preferences between outcomes that can be identified and associated with values.
2. Individuals maximize utility and firms maximize profits.
3. People act independently on the basis of full and relevant information.

To, co ludzie tacy jak Balcerowicz nazywają „nauką”, jest sztuką konstruowania modeli matematycznych odwołujących się do tych założeń. Jeśli je odrzucimy, większość pojęć ekonomicznych, które traktuje się jako niedyskutowalne prawdy (np. teoria przewagi komparatywnej) robi „trrrach!” o kant bioder.

Dowcip polega na tym, że te założenia są w oczywisty sposób fałszywe. Jako ludzie jesteśmy nieracjonalni. A nawet gdybyśmy byli racjonalni, to nie mamy „full and relevant information” o skutkach większości naszych decyzji. Nasze najważniejsze decyzje życiowe, typu wybór pracy, założenie rodziny czy wybór miejsca zamieszkania, rzadko służą maksymalizowaniu użyteczności - i tak dalej.

Istnieje nawet żartobliwe określenie „homo economicus” na określenie takiego typu jednostki, która pasowałaby do tych założeń. Być może są tacy ludzie, ale to jakieś szuje, jak Martin Shkreli. Chyba nikt z moich PT komcionautów nie jest reacjonalnym „homo economicus” (Balcerowicz przecież też nie).

Oczywiście, nie będę udawał, że pracuję nie dla pieniędzy. Ale moja kariera też wyglądałaby inaczej, gdybym pracował tylko dla nich.

Opisywałem tu już chyba anegdotę, jak kiedyś w czasach świetności „Dziennika” kusili mnie i zaproponowali, żebym sam określił swoje zarobki, zaakceptują dowolne. Zacząłem się zastanawiać, za jakie pieniądze mógłbym chcieć współpracować z Cezarym Michalskim i odkryłem, że nie umiem wymyślić takiej sumy.

Pewnie, zgodziłbym się za „jaskinię pełną złotych monet” (smok opcjonalnie), „brylant wielkości głowy” albo „śmigacza antygrawitacyjnego”. Ale jakieś takie realne kwoty, typu 20k miesięcznie... to jednak nie.

W końcu nie podałem im nawet zaporowej stawki. Dzięki temu byłem w lepszej sytuacji, niż mój kolega, kuszony podobnie. Podał zaporową stawkę, oni się od razu zgodzili i on potem musiał strasznie naściemniać, dlaczego jednak nie.

Ekonomia neoklasyczna razem ze swoimi wypustkami, w rodzaju „naukowych metod zarządzania”, odwołuje się do fałszywego wyobrażenia ludzkich potrzeb i motywów. Dlatego te symulacje komputerowe, którymi kiedyś uzasadniano pozytywne skutki traktatu NAFTA, a teraz korzyści z TPP i TTIP, są bezwartościowe jak symulacje Biniendy.

Błędne założenia - błędne wnioski. Garbage in - garbage out.

Nie neguję, że istnieje wiedza o zarządzaniu, ale traktowanym nie jako nauka, tylko technika. Są takie i takie narzędzia do zarządzania projektem, typowe projekty napotykają na takie i takie problemy, można je rozwiązywać tak lub siak.

Podobnie jest z dziennikarstwem. Prasoznawstwa też nie uważam za naukę (w sensie ścisłym), ale sam potrafiłbym prowadzić warsztatowe zajęcia z różnicy między esejem a felietonem.

Tylko że błędne teorie prasoznawcze nie spowodowały tylu nieszczęść, co ekonomia neoklasyczna. Traktat NAFTA był strasznym błędem dla wszystkich jego sygnatariuszy - a teraz ciągle jeszcze grozi nam TTIP...

niedziela, 29 listopada 2015
Auto - promocja

To jakiś paradoks, że mimo dojmującego uczucia, że moja kariera zabrnęła w ślepą uliczkę - ciągle coś mi ktoś jednak gdzieś wydaje, więc ciągle na blogu się autopromuję. Tym razem literalnie, bo w audiotece jest do ściągnięcia audiobook mojej starej książki „Ameryka nie istnieje”.

Jak mawiał Mickiewicz: czy to w korku, czy to na autobanie, przydaje się książki w głośnikach czytanie. W tym wypadku - książki o tym, jak pewien znacznie młodszy ode mnie dziennikarz pruje przez Amerykę wypożyczalnianym Fordem Mustangiem (a także okazjonalnie Mercurym Grand Marquisem, Chryslerem Neonem i Toyotą Camry, bo to jednak nie były notatki z jednej jedynej podróży).

Co za tym idzie, listopadowy ranking od czapy poświęcę smutnym piosenkom o amerykańskich podróżach. Numero uno to oczywiście Johnny Cash, bo nikt tak pięknie jak on nie śpiewał smutno o Ameryce.

Facet w czerni lubił w swoich piosenkach opisywać mężczyznę na tyle komfortowo czującego się w swojej męskości - że nie wstydzi się on przyznać do łez. Oczywiście, zazwyczaj wypłakanych przez „tę kobietę” (choć nie tylko).

W piosence „Big River” owa kobieta naszkicowana jest tak schematycznie, że można ją odczytać jako metaforę czegoś innego. Czegoś, co gna bohatera od St Paul, Minnesota do Nowego Orleanu wzdłuż Missisipi.

Podmiot liryczny tak gna i łka, a jego łzy wypełniają „wielką rzekę”. Nigdy nie udaje mu się jednak dogonić „tej kobiety”, która zawsze okazuje się przebywać w innej miejscowości niż bohater.

Nie wiem jak wy, ja to odczytuję jako metaforę pogoni za kasą i karierą. Nawet jak ją już prawie-prawie dopadniemy, to ona potem zawsze okazuje się być w innym biurowcu, po drugiej stronie korka na Domaniewskiej.

W piosence Bena Petersa „San Francisco Is A Lonely Town” kasę i karierę odnajduje ta kobieta. Przybyła nad zatokę razem z podmiotem lirycznym autobusem linii Greyhound.

Jej się udało. Podmiotowi lirycznemu nie. Przestaje pasować do kobiety sukcesu i jej nowych przyjaciół.

Kupuje więc bilet w jedną stronę Greyhoundem do domu (po stylu muzyki możemy zgadnąć, że do Nashville albo do Memphis). I modli się z trochę wredną intencją, żeby ona też odkryła, że San Francisco to samotne miasto.

Zdecydowanie najfajniejsze rozstanie ma podmiot liryczny „By the Time I Get to Phoenix” Johnny’ego Riversa. Większość tej piosenki to podróż Route 66 - i to jej najpiękniejszym krajobrazowo odcinkiem w Arizonie i Nowym Meksyku.

Podmiot liryczny mieszkał z „tą kobietą” w jakiejś małej miejscowości w Arizonie. Może w Yumie?

W każdym razie, na tyle blisko, że podmiot liryczny planuje, że gdy będzie dojeżdżać do Phoenix, „ta kobieta” wstanie i znajdzie kartkę, w której informuje ją o swoim odejściu. „Będzie się śmiać, bo odchodziłem już tyle razy”, zauważa trzeźwo.

W porze lunchu bohater planuje być w Albuquerque. Być może ona wtedy, korzystając z przerwy w pracy, zadzwoni do niego - i odkryje, że telefonu pod starym adresem już nikt nie odbiera.

Gdy dojedzie do Oklahomy, ona już będzie spać. Zawoła jego imię przez sen i rozpłacze się, bo teraz wreszcie do niej dotrze to coś, co podmiot liryczny od pewnego czasu próbował jej dać do zrozumienia.

Gdybym ja był nim, zaplanowałbym tę podróż inaczej. Śniadanie w Phoenix, lunch w Albuquerque, ogólny kierunek na Oklahoma City - to w takim razie koniecznie kolacja i nocleg w „Big Texan”!

Do swoich (jakże nielicznych) sukcesów zawodowych zaliczam to, że dwukrotnie udało mi się to miejsce odwiedzić na koszt wydawnictwa Pascal. I do końca swych dni żyć będę marzeniem, by tam kiedyś wrócić.

Przy tej piosence myślę więc: nie płacz, Johnny. Kierowca zapłakany gorszy niż pijany! Zatrzymaj się w Amarillo. Tamtejszy T-Bone pocieszyłby nawet takiego ponuraka, jak ja!

niedziela, 22 listopada 2015
Polska nie istnieje

f16cebcfc941550f419016124b92e715

Jak ten czas leci. W czasach prehistorii mojego blogaska wzruszony i podekscytowany informowałem czytelników o premierze mojej pierwszej książki. Siódmą odnotowuję już z kronikarskiego obowiązku.

Jej treść nie będzie zaskoczeniem dla osób śledzących bloga tak długo. To fabularne rozwinięcie notki ze stycznia 2010, w której snułem wizję socjalistycznej rewolucji wybuchającej zgodnie z prognozami Marksa w najbardziej rozwiniętym kraju kapitalistycznym.

Powieść dzieje się równolegle w dwóch płaszczyznach chronologicznych. W płaszczyźnie z roku 1877 mamy narrację historyczną - wszystko się dzieje z grubsza tak, jak w prawdziwej historii USA, czyli strajk kolejarzy z linii Baltimore & Ohio wymyka się spod kontroli i eskaluje do strajku generalnego.

Historycznie, jak wiadomo, strajk w końcu wygasł. Ale w mojej książce pojawia się bohater, który przestawia wajchę na zwrotnicy dziejów.

Zbudowałem go na wzór stereotypowego westernowego „bezimiennego jeźdźca”, bo tak poza tym przecież w tej epoce dzieje się akcja wielu westernów. Stereotypowy jeździec przybywa do miasta bezprawia, obala dyktaturę skorumpowanego bogacza i odjeżdża, pogwizdując coś z reperturaru Henia Morikone. U mnie w zasadzie podobnie, tyle że obaleniu ulega cały kapitalizm w USA.

Równolegle w powieści śledzimy krakowskiego studenta, który w alternatywnym roku 2015 dostał stypendium cesarsko-królewskiego Ministerium Informacji na projekt książkowy. Postanawia się zainteresować tym tajemniczym jeźdźcem, o którym w 2015 nadal niewiele wiadomo. I od razu okazuje się, że to temat, którego z jakichś przyczyn lepiej nie ruszać.

Zgryźliwy czytelnik zauważy, że tam jadę stereotypem westernu, a tu jadę archetypem opowieści o Młodzieńcu Wyruszającym W Podróż. I owszem, wszystko to razem nie jest przesadnie oryginalne, ale uważam, że jako debiutant nie powinienem się silić na udziwnienia. W pierwszej powieści staram się być raczej konserwatywny w doborze technik narracji i kompozycji fabuły.

W jednym się trochę wychylam od schematu. Alternatywne historie Polski zwykle popadają w jedną z dwóch skrajności. Albo opisują piekło, jak „Xavras Wyżryn” Dukaja, albo kompensacyjny raj, jak te wszystkie książki z serii „lotniskowiec Władysław Anders teleportuje się z Polski przyszłości do zatoki Gdańskiej we wrześniu 1939 i raptory z biało czerwoną szachownicą przychodzą naszym na odsiecz”.

Lubię czytać jedno i drugie, ubóstwiam Dukaja, a Ciszewskiego uważam za bardzo przyzwoitego rzemieślnika. Ale chciałem uciec przed tymi akurat schematami.

Alternatywna socjalistyczna ścieżka rozwoju nie jest więc rajem na ziemi. Rewolucja wydarzyła się w pewnym sensie za wcześnie, jeszcze zanim kapitalizm rozwiązał problemy, o rozwiązaniu których nie śniło się Marksowi.

Dwie rzeczy, które dziś traktujemy jako oczywistą oczywistość, dostępną proletariatowi i niższej klasie średniej, to obfitość pożywienia i swoboda podróży. W XIX wieku tak nie było.

Głód był codziennym doświadczeniem nawet wśród odpowiedników dzisiejszej średniej klasy średniej. Znali go kancelista, lekarz czy nauczyciel.

Dziś problemem niższych warstw społeczeństwa jest raczej nadwaga. Po prostu zbyt łatwo jest zaspokoić głód tanim, niezbyt wartościowym jedzeniem - batonikiem, chipsami, cheeseburgerem. To wszystko stało się możliwe dzięki kapitalistycznym wynalazkom takim jak syrop glukozowo-fruktozowy, nawozy sztuczne, mrożonki, liofilizacja czy przemysłowa hodowla zwierząt.

W mojej powieści w alternatywnym roku 2015 ludzie odżywiają się ciekawiej, bo hodują więcej różnych ras zwierząt czy odmian owoców, ale głód czai się ciągle za rogiem. Nie znają też naszej swobody podróży po prostu dlatego, że nie było wojen światowych, więc nie wynaleziono silnika turboodrzutowego, a i ze spalinowym postęp był słabszy.

Automobile istnieją, ale są rzadkością (założyłem za to, że od razu postęp poszedł w stronę napędu hybrydowego, spalinowo-elektrycznego). Podróż lotnicza jest droga (acz luksusowa) i odbywa się sterowcami.

Za to bardziej jest rozwinięta sieć połączeń kolejowych. Zamiast autostrady, doliną Wagu biegnie na przykład połączenie linii kolejowej dużych prędkości, łączące Wiedeń z dworcem Kraków-Balice. Tam właśnie swą podróż rozpoczyna mój bohater w alternatywnym 2015.

Jak kogoś kręcą takie klimaty - miłej lektury. Jak nie... to nie :-).

wtorek, 20 maja 2014
Autorytet i koszulka

Anonimowy Uosiu to sarna (3 l.)!

Jedna z najbardziej ikonicznych scen w dorobku Hitchcocka to ta z Carym Grantem stojącym na poboczu wiejskiej drogi rzekomo w stanie Indiana. Rzekomo, bo tak naprawdę Hitchcock wypatrzył tę lokalizację jadąc do jednej ze swoich ulubionych winnic - to zgodne z zasadą „cały filmowy świat leży w pobliżu Hollywood”, o której więcej piszę w swojej starej książce.

Grant ma tam spotkać tajemniczego pana Kaplana, za sprawą którego od pewnego czasu cały świat chce go zabić. Zamiast Kaplana jednak spotka go tam Zabójczy Samolot.

Gdyby Cary Grant wiedział, że gra w filmie Hitchcocka, nie uwierzyłby słowom hitchcockowskiej blondynki, która go tam wysłała. Ale podstawowa zasada kina stylu zerowego polega na tym, że bohaterowie zachowują się tak, jakby nigdy dotąd nie widzieli żadnego filmu, beztrosko więc paplają np. o swoich planach na emeryturę, jakby nie wiedzieli, że od tego się ginie w następnej scenie.

W naszej epoce tak się już nie da robić filmów. Wszystko jest dzisiaj zapożyczone od kogoś, kto zapożyczył od kogoś i bohaterowie filmów i seriali są tego świadomi.

Stąd jednak potrzeba sięgnięcia do źródła. Kim był ten pierwszy bohater popkultury, który rzeczywiście mógł być w takiej sytuacji zaskoczony?

To Richard Hannay, bohater pięcioksięgu Johna Buchana. Powieści o Hannayu cieszyły się ogromną popularnością w świecie anglojęzycznym, a do dzisiaj w teatralnych zagłębiach Europy Zachodniej gdzieś tam na pewno na afiszu jest w tej chwili sztuka „39 steps”.

Sztuka jednak jest typowym dla naszej epoki produktem metanarracji i autoironii, w której aktorzy rozmontowują „czwartą ścianę” i nie ukrywają tego, że są aktorami (a czasem nawet rekwizytami). To już nie thriller, to komedia.

Tymczasem Buchan w 1914 nie miał takich problemów. Powieść, która wykreowała stereotypowy motyw Zwykłego Faceta Wplątanego W Straszliwy Spiseg, jest pełna metanarracji. „To czysty Conan Doyle zmieszany z H.R. Haggardem!”, woła w tej powieści jeden z drugoplanowych bohaterów.

Sam Richard Hannay, bohater-narrator, zdaje sobie sprawę z tego, że jego przygody mogą się wydać czytelnikowi nieprawdopodobne. Gdy wydarzy się jakiś naciągany zwrot akcji, Hannay rozbraja naszą niewiarę uwagą typu „sam byłem tym zaskoczony”.

A kiedy zwrot akcji jest już tak naciągany, że trzaskają żelbetowe kołki do zawieszania niewiary, Hannay (a właściwie Buchan), sięga po trick, na który nie pozwoliłby sobie dzisiejszy autor thrillerów. Powołuje się na zmyślony autorytet niejakiego Petera Pienaara, wybitnego znawcę od Tych Rzeczy, którego Hannay poznał był w młodości. To Pieneaar powiedział mu, że Te Rzeczy wyglądają właśnie tak.

I czytelnik się od razu przymyka ze swoim kwękaniem, że ten zwrot akcji był nieprawdopodobny. Peter Pienaar byłby innego zdania. A kim ty jesteś, koleś, w porównaniu z Peterem Pienaarem?

Do radosnej lektury przygód Richarda Hannaya, który ma pełne prawo nie wiedzieć, że występuje w stereotypowym thrillerze szpiegowskim - bo to on tworzy ten stereotyp - zapraszam w kolejnej edycji BoookRage. Premierowy polski przekład - Marceli Szpak!

Jako autor posłowia (powyższe potraktujmy jak bezspojlerowy wstęp) mam swoją zachlastaną fifulkę w promowaniu tego pakietu. Dlatego osoba, która wpłaci najwięcej, dostanie ode mnie symboliczny prezent. Który z kolei ja dostałem za liczne ciepłe słowa pod adresem „Faktoidu”.

To wściekle czerwona koszulka z faktoidowym nagłówkiem, informującym o Wojciechu O. (45 l.) tropiącym Anonimowego Łosia z Internetu. Koszulka jest rozmiaru M, więc nawet jej nie wyjmowałem z folii (stąd te refleksy na zdjęciu!), dlatego nie wiem do końca, co się stało z Łosiem, ale jakoś jest w to zamieszana sarna (3 l.).

Koszulkę szczególnie polecam swym hejterom. Całą kwotę mogą przecież przeznaczyć na Lipszyca, żebym ja z tego nic nie miał.

W zamian dostaną ode mnie ciucha z moim zdjęciem. Mogą weń odziać np. manekin, który będą potem ostrzeliwać z broni wiatrowej. Brzmi jak lepsza zabawa od wieloletniego przeżywania batherta po banie na moim blogu!

wtorek, 07 stycznia 2014
Internet. Czas polemizować.

Pojawiają się pierwsze recenzje mojej książki. Przeważnie miłe, a nawet te nie do końca miłe mają swój urok, bo zarzuty sprowadzają się do „wszystko fajnie, dopóki autor nie zacznie się czepiać mnie albo mojej firmy”.

Postanowiłem odnieść się na blogu do dwóch grup zarzutów, które pojawiają się w uwagach krytycznych. Jedną jest zarzut o stronniczość książki, drugą o to, że organizacje takie jak Electronic Frontier Foundation traktuję niekonsekwentnie, bo raz się z nimi zgadzam, a raz nie.

Wobec obu zarzutów od razu przyznaję się do winy. Guilty as charged. Ale dziwi mnie to, że kogoś to dziwi.

Zarzut stronniczości jest szczególnie paradoksalny, gdy wychodzi z klawiatury autorów manifestów z serii „Internet nie jest zagrożeniem, ale niespotykaną dotąd szansą rozwoju kultury i wiedzy”. Albo raportów „Fajni kulturalni”, w których piractwo wybiela się przez skupienie na niereprezentatywnej próbce piratów sympatycznych, mniamuśnych i słitaśnych, co to ich motywuje wyłącznie pragnienie archiwizowania przedwojennych filmów w jidysz.

Od kilkunastu lat, jeszcze od czasów pionierskiej publicystyki ś.p. Marka Cara, jesteśmy młotkowani tekstami o tym, jak to internetu nie należy się bać, jak to stwarza niespotykane szanse i możliwości, jak to ktoś se kupił smartfona i to go uczyniło „człowiekiem plus”, a znowuż inny zobaczył drukarkę 3D i uwierzył, że można na tym wydrukować samochód albo i pistolet. Tamte teksty też przecież są stronnicze.

No i dobrze. Ich zbójeckie prawo. Ktoś woli pisać o szansach, niż o zagrożeniach - jego wybór.
Ale dlaczego pierwsza polska książka zwracająca uwagę na zagrożenia ma być jednocześnie tą pierwszą, która ma być wyważona między „za” i „przeciw”? Dlaczego ci, którym nie przeszkadzały manifesty z serii „Internet nie jest zagrożeniem”, oczekują po mnie książki „Internet jako taki”?

Nie ma sprawy, taką też mogę napisać. Na priv proszę wysłać propozycję umowy i zaliczki (tylko grafomani piszą przed wpłynięciem zaliczki na konto). Akurat ten wydawca zamówił jednak taką.

Drugi zarzut jest jeszcze dziwniejszy. Nie ma takiej organizacji na świecie, z którą bym się zgadzał w stu procentach. Ludzie, których to dziwi, mnie już nawet nie dziwią, ale wręcz przerażają, to mi się kojarzy z lemowskimi „czórkami maszerującymi nieprzyjemnie regularnym krokiem”.

To dla mnie naturalne, że z - dajmy na to - Jarosławem Lipszycem i jego Fundacją Nowoczesna Polska mogę mówić w miarę zgodnym chórem na temat Snowdena i jednocześnie różnić się w sprawie prawa autorskiego. Jak spotkam kogoś, z kim się zacznę zgadzać we wszystkim, dopiero wtedy zacznę się bać, już tak na serio, bo to brzmi jak początek odcinka „Z Archiwum X” typu MOTW.

I odwrotnie, wiadomo, że z prawie każdą, nawet bardzo niesympatyczną osobą, człowiek się w końcu z czymś zgodzi. Jako entuzjasta budowy autostrad muszę się godzić z tym, że łączy mnie to z Konradem Adenauerem, a nawet jeszcze mniej sympatycznymi niemieckimi politykami.

Ogólnie nie ma przecież innego wyjścia, niż czytać raporty i stanowiska takich organizacji i samemu podejmować decyzję - zgadzam się czy nie. Niepokoją mnie ludzie, którzy słowa ludzi takich jak Moglen, Lessig czy Stallman traktują jak kazanie proroka, wierzą bezkrytycznie tylko dlatego, że to Moglen, Lessig czy Stallman. Ja po prostu nie mam kogoś takiego i bardzo mi z tym dobrze.

czwartek, 05 grudnia 2013
Internet. Czas się bać.

Część blogonautów - zwłaszcza ci, z którymi się friendsuję na fejsie - już wie, że właśnie skończyłem kolejną książkę, tym razem poświęconą zagrożeniom związanym z Internetem. Znajomi z fejsa znają fragmenty, które wklejałem w miarę pisania.

Nie ma w tej książce osobnego rozdziału o histori Internetu, ale kto przeczyta całość, może się sporo dowiedzieć o jego dziejach od projektu inżyniera Barana, przez komercjalizację w 1995 aż po aferę PRISM. Staram się bowiem pokazać, że wylądowaliśmy w obecnej kiszce nie za sprawą jakiejś technologicznej konieczności, tylko po prostu serii błędnych decyzji podejmowanych przez konkretnych ludzi.

Nie mam siły streszczać tu książki, bo jak to bywa z pisaniem książek, jak się ten koszmar wreszcie skończy, najbardziej chciałbym już o nim zapomnieć i zająć się czymś innym. Pod koniec pracy nad książką przepaja mnie już tylko zazdrość do ludzi, którzy potrafią inaczej zarobić na życie.

Zamiast streszczenia wrzucę spis treści. A nawet nie spis treści, tylko spis dziwnych haseł, którymi opatrzone są poszczególne rozdziały. Każdy rozdział ma swoje motto, którego związek z treścią rozdziału nie zawsze musi być oczywisty na pierwszy rzut oka. Ale zwłaszcza blogobywalcy mogą się już po źródle cytatu sporo domyślić.

Rozdział pierwszy - Joseph Heller, „Paragraf 22”
Rozdział drugi - Kurt Vonnegut, „Pianola”
Rozdział trzeci - Gary Shteyngart, „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna”
Rozdział czwarty - hadisy Sahih Muslim
Rozdział piąty - Karol Marks, „Debaty nad instrukcją pruskiego rządu o cenzurze”
Rozdział szósty - Ernest Cline, Player One
Rozdział siódmy - Tim Kreider, „Slaves of the Internet, Unite!”
Rozdział ósmy - Witold Witaszewski, Łukasz Komuda, Leszek Karlik, Maciej Grzeszczuk, „idee fixe. Polska 2045. Podręcznik gry”
Rozdział dziewiąty - Warren Spector i Harvey Smith, „Deus Ex”
Rozdział dziesiąty - Stanisław Lem, „Summa technologiae”

Za tydzień w księgarniach, a już teraz - w Publio. Endżoj!

czwartek, 19 września 2013
Kto nas wpuścił w technokanał

Jako autor książek jestem w tej komfortowej sytuacji, że nigdy ich sam nie wymyślam. Redaktorzy, którzy mają nieszczęście ze mną współpracować dobrze wiedzą, że na samym początku jest zawsze przebijanie przez mur mojego pesymizmu i lenistwa („ale po co, ale kto to kupi, etc.”).

Tym razem opierałem się stosunkowo krótko, bo wymagano ode mnie niewielkiego wysiłku. Dokonałem wyboru swoich technologiczno-internetowych blogonoci z lat 2007-2013 do ebooka do najnowszej edycji Book Rage.

Blogobywalcy nie dostaną w tym ebooku nowych treści, jeśli nie liczyć wstępu. Z drugiej strony oczywiście kupując pakiet Book Rage, kupią nie tylko to.

Chociaż nadal za najwspanialszy sposób dystrybucji kultury uważam sprzedaź egzemplarzową, nie jestem wrogiem modelu Humble Bundle / Book Rage. Pierwszą akcję przywitałem przychylnym felietonem, w którym pochwaliłem ten model jako „od początku stworzony na potrzeby cyberprzestrzeni”. Inne modele są pokalane analogowym grzechem pierworodnym, bo to próby stworzenia „wirtualnego kiosku” czy „metafory półki z książkami”.

Tym razem pakiet wychodzi z okazji przyjazdu do Polski Ebena Moglena, ulubionego prawnika Jarosława Lipszyca. W pakiecie ukaże się polski przekład jego tekstów z lat 1997-2010.

Na świat entuzjastów Free Software spoglądam dziś z Chichrenfreude. Coraz wyraźniej widać, że ich utopia internetu jako swobodnej, oddolnej, zdecentralizowanej obywatelskiej kooperacji, poszła się kochać. Zamiast tego dostaliśmy upiorną centralizację z inwigilacją.

Sądząc z najnowszego w tym zbiorze tekstu Moglena (wygłoszonego na krótko przed wejściem Facebooka na giełdę), dotarło to już do niego. Niestety, nie widać wniosków. „Jesteśmy technologami, powinniśmy to naprawić” - powiedział, ale to przecież puste hasło.

Twórców tak jak technologów zatrudniają korporacje dla zysku korporacji. Za darmo technolodzy to se mogą od niechcenia pomachać przez okno. Twórcy podobnie.

W wystąpieniu z 2010 Moglen przedstawił swoją koncepcję „freedom box” - pudełkowych serwerów WWW pod kontrolą wolnego oprogramowania, które pozwalałyby każdemu na hostowanie własnego kontentu z pominięciem Facebooka czy korporacyjnych chmur. W oparciu o takie serwery można by zdecentralizować Internet i urzeczywistnić wolnościową utopię.

Trzy lata po rzuceniu tej idei nadal nad tym pracują. A raczej udają, że pracują, projektu sprzętu nie ma wcale, a projekt softu ma dopiero pierwsze pre-release z wersją 0.1. W tym tempie to się skończy jak Hurd, projekt życia Richarda Stallmana.

Zdaje się, że tego Hurda wreszcie wypuścił. Mało kto to zauważył, bo jakie to ma teraz znaczenie? W świecie IT rok to epoka, projekt spóźniony o parę lat jest już projektem bez znaczenia. Freedom Box nawet jeśli za 5-10 lat zobaczy światło dzienne, będzie tak przestarzały i bezsensowny, że ludziom się nawet nie będzie chciało z tego śmiać. Jak z Hurda.

Oczywiście, ja też nie jestem zadowolony z tego, co wyszło z cyfrowej rewolucji. Ale nikt mi nie zarzuci, to że kiedykolwiek miałem jakieś złudzenia wobec kapitalizmu i korporacji. Żyję w tym systemie, więc muszę pracować dla jakiejś korporacji i kupować produkty innych korporacji, jeden są lepsze, drugie gorsze, ale nikt nie znajdzie cytatu, w którym deklaruję wiarę w ten system jako całość.

Niestety towarzycho od „free software” uległo w połowie lat 90. zaczadzeniu randroidyzmem. Pamiętacie faceta, który tu przyszedł bronić Google’a i powoływał się na znajomość z założycielami Internetu?

Popierali prywatyzację sieci, zwalczali państowe regulacje, skakali z kibolami „hop hop hop”. Świadomie lub nie, budowali pijarową osłonę dla cyberdyktatury. Gdy cyberkorpy zgarniały całą pulę, oni to nazywali „wolnością w sieci”.

Osobiście nie proponuję żadnej alternatywy, bo jej nie widzę. Pomysły typu „Fairphone” to ciągle vaporware. W dodatku skoro to ma chodzić pod Androidem, to nie obroni nas przed cyberinwigilacją.

Nie wierzę też w Firefox OS, bo Fundacja Mozilla jest za bardzo uzależniona od Google’a, żeby mogła zrobić coś, co zagrozi korporacyjnej dominacji nad światem. Gdyby tylko spróbowali, Google wyciągnie z nich wtyczkę i - cyt, iskierka zgasła.

Wierzę w zasadę, którą dałem na tytuł wyboru (żeby dotrzeć ze swoim msg do tych, którzy czytają tylko tytuły): JEŚLI NIE JESTEŚ PŁACĄCYM KLIENTEM, JESTEŚ TOWAREM. I wyciągam oskarżycielskiego palucha w kierunku tych, którzy działali na rzecz utowarowienia ludzkości.

poniedziałek, 24 czerwca 2013
Ani Waszyngton, ani Moskwa

KUP TA KSIAZKA

Drodzy komcionauci i wy, zacni lurkerzy. Wyszła właśnie moja czwarta książka. Właściwie trzecia i pół, bo ma niewielką objętość, przypominającą znane koleżeństwu kieszonkowe przewodniki z serii Pascal Lajt.

Jestem gorącym zwolennikiem tezy, że najlepsze podróże odbywa się w kapciach na fotelu. Z książką, mapą i filiżanką Earl Greya.

Moja ksiażka jest więc teoretycznie przewodnikiem, w którym polecam pięć wycieczek szlakiem powieści Stiega Larssona. Nadaje się jednak na lekturę samoistną, także dla tych, którym szkoda kasy na podróże do tego absurdalnie drogiego kraju. Mapki są dostosowane do rozmiaru standardowego palucha według norm ISO i CE.

Ponieważ rzecz traktuje o feministycznych kryminałach pisanych przez trockistę, jest jednocześnie najbardziej upolitycznioną książką, jaką dotąd napisałem. Na zachętę - fragment ze spaceru szlakiem samego pisarza.


W czasach młodości Larssona Szwecja pełna była różnych ugrupowań lewicowych i każde z nich miało własną księgarnię. U anarchistów w Kafe 44 już byliśmy. Gdyby to były lata 80., na tej samej Drottninggatan moglibyśmy trafić dużo dalej na lewo (w obu znaczeniach), idąc parę kroków dalej do Drottninggatan 73B.

Dziś jest tam zwykły antykwariat specjalizujący się w książkach historycznych („Centralantikvariatet”). W czasach Larssona była tam księgarnia Szwedzkiego Związku Komunistycznych Robotników, czyli tak zwanej frakcji Perssona. Byli to komuniści tak radykalni, że wystąpili z promoskiewskiej partii po śmierci Stalina, sprzewijając się odwilży. W Polsce ich odpowiednikiem była frakcja Mijala, której działacze w 1965 uznali Gomułkę za nacjonalistycznego liberała, wystąpili z PZPR i poprosili o azyl polityczny w Albanii. Mijal wrócił do kraju w 1983 i rozdawał ulotki sławiące „prawdziwy” komunizm.

Frakcja Perssona ewoluowała w stronę maoizmu. Ale oczywiście prawdziwi maoiści mieli też swoją księgarnię „Oktober” przy Holländargatan. Krótko mówiąc, ówczesny Sztokholm był pełen ludzi uważających Stiega Larssona z jego hasłem „ani Waszyngton, ani Moskwa” za oportunistycznego zdrajcę rewolucji. Nic dziwnego, że najlepiej się czuł w księgarni Röda Rummet, w której państwa nie chciano ani niszczyć (jak w Kafe 44), ani też nie uważano, że powinno ewoluować w stronę wzorców amerykańskich czy radzieckich.

niedziela, 20 stycznia 2013
Antysemicka czystka w Polskim Radiu

Zasmucony stosunkowo słabymi statystykami ruchu w reklamie „KORCZAK ZA DARMO!” (zwłaszcza w porównaniu z „TELEFON W ZEGARKU!”), postanowiłem je lekko podpimpować blogonotką. Kwestia Janusza Korczaka pasuje jak ulał do modnej ostatnio niestety tematyki „cholernego problemu Ziemkiewicza” z „nieasymilującą się mniejszością żydowską”.

Ze świadectw współpracowników Korczaka wynika, że do końca lat 30. nie uważał siebie za „mniejszość żydowską”. Nie wyznawał judaizmu, tworzył w języku polskim.

Jako oficer wojska polskiego i weteran wojny bolszewickiej był polskim patriotą (zabawne, że o jego udziale w tej wojnie wspomniano w angielskim haśle w wikipedii, ale nie w polskim; „zapomnij Jake, to #polskawiki”). Z jego dorobku naukowego i społecznego korzystali polscy obywatele, nie tylko jakaś wyimaginowana „nieasymilująca się mniejszość”.

Że Korczak jednak nie jest tak po prostu Polakiem, tylko należy do jakiejś wrogiej mniejszości, o tym zaczęło mu przypominać to samo państwo, w którego mundurze służył podczas wojny bolszewickiej. Pod koniec lat 30. II Rzeczpospolita pogrążała się coraz głębiej w endeckim szambie.

Aleksander Lewin, jeden z wychowawców współpracujących z Korczakiem wspominał: Lata 30. pogłębiły jeszcze bardziej tragizm losów Korczaka. Narastały tendencje faszyzujące życie kraju. Coraz brutalniej uzewnętrzniały się nastroje antysemickie. Dotykały one boleśnie zarówno Korczaka, jak i dzieci, którymi opiekował się. Pamiętam, że ilekroć w tym czasie (mam na myśli lata 1937–1939) musiałem wyjść z grupą dzieci poza teren Domu Sierot, trzeba było to czynić niemal w ordynku bojowym – straż przednia i straż tylna, złożona ze starszych chłopców, by uchronić się przed zaczepkami, napaściami i pobiciem. Oczywiście, nie zawsze wychodziliśmy z tych opresji bez szwanku. Ale są to zaledwie drobne ilustracje pewnej sytuacji ogólniejszej.

Państwo polskie tolerowało takie ekscesy albo haniebnie się do nich przykładało. W 1938 roku Niemcy deportowali do Polski 17 tysięcy polskich obywateli, których uznali za Żydów. Polska odmówiła ich przyjęcia - jak to w ogóle możliwe, żeby jakakolwiek rzeczpospolita odmówiła wjazdu na swoje terytorium obywatelom, których jest rzeczą pospolitą?

Cóż, taka, która w ramach antysemickiej czystki wyrzuciła Korczaka na początku 1939 z Polskiego Radia. Nie mógł dalej wygłaszać na jego antenie pogadanek dla dzieci, bo uznano go za „mniejszość”. „Nieasymilującą się”. I stanowiącą „cholerny problem”.

Jak to wynika z cytatów z „Myśli nowoczesnego Polaka”, które przytaczałem z okazji tego nieszczęsnego wywiadu z Ziemkiewiczem - Dmowski najbardziej nienawidził właśnie tych Żydów, którzy się asymilują. Antysemita jakoś tam się dogada z tymi Żydami, którzy pielęgnują swoją odrębność i dobrowolnie zamykają się w gettach czy sztetlach.

Smutnym pośmiertnym triumfem Hitlera jest to, że w Polsce przyjęło się spoglądanie na sprawy polsko-żydowskie przez optykę ustaw norymberskich. Zapewne nawet wśród czytelników tego bloga wiele osób zapytanych o narodowość Korczaka w pierwszym odruchu poda „żydowską”, radośnie ignorując to, że on sam przed 1940 roku tak o sobie nie myślał.

A przecież to, że okupant część naszych obywateli nazwał „Żydami”, było równie absurdalne jak gdyby najechali na nas Marsjanie i podzielili nas według fryzur czy wzrostu. Te wszystkie pytania „czy Polacy mordowali Żydów, czy raczej Żydzi Polaków” są równie fundamentalnie źle postawione, jak „czy Polacy mordowali rudych a bruneci Polaków”.

wtorek, 20 listopada 2012
Test Zosi (the sequel)

Lipszycowy „Test Zosi” - o którym pisałem w poprzedniej notce - jest oczywiście żartem, który ma przystępnie tłumaczyć jakąś ideę. Ale jaką konkretnie? Nie wiadomo, bo wersji nieżartobliwej nie sformułowano. Może będzie okazja na reklamowanej powyżej konferencji Copy Camp.
Jarosław Lipszyc opisuje Zosię jako osobę korzystającą „z publicznych kanałów komunikacji” i domaga się reformy prawa, która zalegalizuje „przypadek niekomercyjnego użytkowania”. Ale jak to konkretnie ma wyglądać?
Domagam się precyzyjnego sformułowania nie ze złośliwości tylko dlatego, że moja teza z kolei brzmi tak: „niekomercyjne użytkowanie” to pojęcie trudne do prawnego zdefiniowania. Co za tym idzie, bezwartościowe przy projektowaniu reformy prawa.
W potocznym rozumienie niekomercyjne jest to, co robimy nie dla zarobku. Potoczne rozumienie spełniają jednak w tej chwili koncerny medialne, które jeszcze do niedawna były komercyjne, a teraz jadą na stratach. Czy TVN ma kryć się za klauzulą dozwolonego użytku, bo ponosi stratę, ergo działa niekomercyjnie?
Nie znam odpowiedzi Lipszyca na to pytanie. I raczej nie poznam, bo konkretnych propozycji dotąd nie przedstawił, a na konferencji się nie dowiem, bo nie mam czasu chodzić na konferencje (#jakiemojezyciejestnudne).
Przyjmijmy na razie robocze założenie, że nawet Lipszyc zgodzi się, że korporacje nie powinny  móc się chować za klauzulą o „niekomercyjnym użytkowaniu”. Może nawet zgodzi się co do tego, że podmioty gospodarcze (zarejestrowane jako przedsiębiorstwa nastawione na zysk) z definicji zawsze działają komercyjnie, nawet jeśli chwilowo na czymś nie zarabiają.
W takim razie zaczyna się następny problem. Lipszyc najwyraźniej jeszcze się nad nim nie zastanawiał, skoro beztrosko jednym tchem przechodzi od „niekomercyjnego użytkowania” do „publicznych kanałów komunikacji”.
A co to są, te publiczne kanały? Ano, gugiel, fejs, chomik albo ten czy inny serwis blogerski.
Czy prowadzą je instytucje publiczne? A może fundacje non profit? A skąd. Za tym wszystkim stoją jak najbardziej nastawione na zysk, jak najbardziej chciwe i jak najbardziej wredne korporacje.
To właśnie im chcą zrobić dobrze ludzie wysuwajacy postulaty takie jak Lipszyc. Część z nich interes gugla z fejsem popiera nieświadomie, część to po prostu opłaceni lobbyści. Nieprzypadkowo najwredniejsze megakorpy IT tak gardłowały przeciw ACTA.
I teraz mamy albo-albo. Albo „niekomercyjną działalność” zdefiniujemy tak szeroko, że korzystać z niej będą gugiel, fejs czy chomik - albo przyjmiemy, że skorzystać z tej klauzuli można wyłącznie pod warunkiem, że się pomija komercyjne serwisy hostingowe i społecznościowe, wszystkie rachunki za łącze, domenę (itd.) opłaca się z własnej kieszeni.
Z tym drugim zastrzeżeniem już mogę się zgodzić. Tylko że raczej nie o to chodzi Lipszycowi, bo to nadal nie spełni jego „testu Zosi”. Chyba, że założymy, że to Zosia Kulczykówna i bogaty tatuś finansuje jej hosting blogaska o śłitaśnych fociach kotećków.
Jako osoba z natury nieufna, podejrzliwa i pesymistyczna przypusczam więc, że pod hasłem „zalegalizujmy niekomercyjny użytek” kryć się będzie hasło „zróbmy dobrze komercyjnym przedsiębiorstwom, zarabiającym na spiraconym kontencie”. Energia, z jaką Lipszyc broni kiepskimi dowcipami chomika sugeruje zresztą, że jak zwykle pesymiści będą mieć rację.

poniedziałek, 05 listopada 2012
Piekło zamarzło

Jak już zauważyli czujni komentatorzy, uaktywniłem na blogu reklamy. Z tej okazji zmieniłem też lekko makietę, bo w końcu przez ile lat można się posługiwać zdjęciem zrobionym w 2005.

Jak pisałem, jestem nastawiony sceptycznie do samego konceptu zarabiania w internecie, a już zwłaszcza do zarabianiu na blogowaniu. Traktuję to bez spinki i proponuję to podobnie potraktować PT blogobywalcom - nie apeluję o klikanie dla samego nabijania klików, nie apeluję nawet o wyłączanie adblocka.

Z drugiej strony, system AdTaily daje możliwość moderowania. Nawiasem mówiąc, cały ten system sensownie zaplanowano - bałem się, że czeka mnie miesiąc szarpania się z konfiguracją. Zabierałem się jak pies za jeża, a okazało się, że wszystko jest do wyklikania literalnie w kwadrans.

Moderacja będzie egzekwowana równie surowo, jak komentarze na blogu. Obiecuję więc, że nigdy nie będzie tutaj waliła po oczach reklama durna, chamska ani upierdliwa. Parę zyka za cepeema to nie są sumy, dla których mógłbym się skusić do reklamowania, dajmy na to, filmu „Kac Wawa”.

Książkę „My” Teresy Torańskiej mogę jednak szczerze polecić choćby i za friko - i prawdę mówiąc, już mi się to zdarzało. Teraz jest do kupienia w kawałkach, więc można ściągnąć tylko wywiad z Kaczyńskim, najczęściej cytowany rozdział z tej książki.

Jako osoba słynąca z talentu do zjednywania przyjaciół od razu jednak zapolemizuję ze swoim pierwszym reklamodawcą. Nie polecam tej nowej opcji.

Moim zdaniem, warto przeczytać całą książkę - Merkel, Balcerowicz i Kulerski wykładają w niej filozofię założycielską 3RP. I zarazem filozofię PO, bo wygląda na to, że ta partia jest materialną inkarnacją światopoglądu, który 20 lat temu opisywali rozmówcy Torańskiej. Książka Torańskiej to przykład tego, jak rozumienie przeszłości pomaga zrozumieć teraźniejszość.

Zamierzam tu dawać tylko reklamy produktów na porównywalnym poziomie. Jak się nie da, to trudno. Jak już pisałem, zero spinki, nie wiążę z tym wielkich nadziei, to dla mnie bardziej eksperyment, niż skok na kasę.

czwartek, 11 października 2012
Route 66 nie istnieje

Za chwilę premiera mojej, ahem, nowej książki. Jak się nietrudno domyślić po tytule, to sequel „Ameryka nie istnieje”, poświęcony tym razem nieistnieniu legendarnej Route 66.
Ledwie się pochwaliłem na Facebooku, spotkałem się z głosami protestu, że jak to tak, przecież ktoś przejechał fragment oznakowany jako „Historical Route 66”. Owszem, są takie fragmenty, ale nie da się już nimi przejechać od Chicago do Los Angeles.
Problem zaczyna się już w Chicago, gdzie Jackson Boulevard - wschodni koniec drogi - jest teraz ulicą jednokierunkową. Pechowo biegnącą akurat nie w tę mańkę.
Jak już wyjedziemy z Chicago, natrafimy na fragment drogi zamknięty w roku 1998 ze względu na osunięcia ziemi spowodowane przez szkody górnicze. W ogóle amerykańskie katastrofy budowlane w drogownictwie mają taki rozmach, że wszystko potrafię wybaczyć polskim drogowcom.

Chain of Rocks Bridge

W książce o nieistnieniu Ameryki odwoływałem się do mniej lub bardziej naciąganych postmodernistycznych metafor. Książka o Route 66 jest bardziej przyziemna, bo bardziej podróżnicza i nieistnienie tej drogi opisuję po prostu na podstawie próby przejechania jej, możliwie jak najbliżej oryginalnego przebiegu.
W przypadku mostu Chain of Rocks na Missisipi oznaczało to na przykład podjechanie do znaku „zakaz wjazdu” od obu stron, wschodniej i zachodniej. Sam most jest zamknięty dla samochodów od 1970, w tej chwili służy wyłącznie turystyce pieszej i rowerowej.
Most ten występuje w dwóch filmach, ważnych dla mojego pokolenia. Po pierwsze, w finale „Ucieczki z Nowego Jorku” występuje jako fikcyjny „69th Street Bridge”, którymi bohaterowie pędzą przez pole minowe, wśród prawdziwych eksplozji odpalanych przez początkującego filmowego pirotechnika, Jamesa Camerona.
Postapokaliptyczny Nowy Jork w tym filmie grało St Louis, wyjątkowo mocno trzepnięte przez recesję i urban decay. To z kolei pokazano w filmie „National Lampoon’s Vacation”, w którym Clark Griswold zabłądził w St Louis. Też mi się nigdy nie udaje tamtędy przejechać bez przygód.

Route 66

A to jeszcze trywialniejszy przykład nieistnienia Route 66. Niepotrzebna droga dla władz stanowych stanowi tylko obciążenie - trzeba ją ciągle utrzymywać, albo po prostu zamknąć i na przykład skuć do gołej ziemi.
W Nowym Meksyku jest piękny fragment skuty do ziemi, ale nadal przejezdny. Gratka dla entuzjastów lajtowego offroadu (bo o ile nie ma deszczu - a w Nowym Meksyku praktycznie nigdy nie ma deszczu - spokojnie się przejedzie byle Foresterem).
Skuty do ziemi odcinek z Illinois, załączony na powyższym obrazku, to jednak już raczej gratka dla quadów. Zdjęcie akurat zrobiłem w miejscu, do którego stosunkowo łatwo było podjechać, ale są fragmenty totalnie zapuszczone w krzaczorach.


Muuuuuuuu

Niektóre fragmenty dawnej Route 66 sprywatyzowano. Na zdjęciu powyżej widać przebieg drogi za ogrodzeniem farmy w Oklahomie, między Depew a Stroud. Właściciel nie skuł drogi do gołej ziemi, bo cały czas pełni rolę w jego prywatnej infrastrukturze - to miejsce składowania paszy i rozwożenia bydła.
Znudzone, zmoknięte krówki spoglądały na mnie zza ogrodzenia, gdy robiłem zdjęcia. Jeśli będę kiedyś robił trzeci duży reporterski projekt w Ameryce, muszę koniecznie znowu znaleźć się twarzą w twarz ze znudzoną krową, bardzo mi się podoba ta świecka tradycja.

poniedziałek, 25 czerwca 2012
Stanlemian do nabycia

StanlemianStanlemian

Nominowanie mojego opowiadania do Science Fiction & Fantasy Translation Awards skłoniło mnie do kolejnego eksperymentu tabletowego - opowiadanie można pobrać w dwóch wersjach, polskiej i angielskiej (za uprzejmą zgodą p. Danusi Stok) z iTunesów.
Opowiadanko maleńkie, więc i cena skromna. Taniej się po prostu nic w iTunesach nie da sprzedać.
Przypomnę, że tytułowy „Stanlemian” traktowany jest jak odwrotność „phildickian” - założyłem (za Lemem), że jeśli w ogóle kiedykolwiek rzeczywistość wirtualna wejdzie do powszechnego użytku, będzie musiał być jakiś sposób na uniknięcie sytuacji zwanej „phildickian”, którą już Lem rozważa w „Summa Technologiae”.
Lem zauważył (w 1964!), że wejście w symulację doskonałą będzie podróżą w jedną stronę, bo kiedy się odłączysz od „machiny fantomatycznej”, nie będzie pewności, czy to nie jest dalszy ciąg symulacji. Philip Dick nastukał, jak wiadomo, wiele utworów z taką wyjściową sytuacją fabularną.
W opowiadaniu zakładam, że sposobem na odróżnianie realu od wirtualu jest odwołanie się do opozycji pamięć długoterminowa/krótkoterminowa. Być może z neurofizjologicznego powodu to bzdura, ale mam nadzieję, że standardowe dźwigary do zawieszania niewiary, zgodne z normą ISO i CE, wystarczą na opowiadanie science-fiction.
Opowiadanko jest maleńkie, bo jestem - w zależności od punktu widzenia - bardzo leniwy albo bardzo przepracowany. Spokojnie można by je rozwinąć do powieści albo cyklu tematycznie powiązanych opowiadań. Gdyby to się jakoś sprzedało, potraktowałbym to jako crowdsourcingową zaliczkę na książkę :-)

wtorek, 22 maja 2012
Stanlemian nominowany

Pisałem tu jakiś czas temu o opowiadaniu science-fiction „Stanlemian”, które ukazało się w zbiorze „Lemistry”, zawierającym różne teksty poświęcone Stanisławowi Lemowi plus jego premierowe przekłady na język angielski. Polski oryginał tego opowiadania ukazał się z kolei w książce „Głos Lema” wydawnictwa Powergraph.
Znakomita praca Danusi Stok została doceniona przez jurorów 2012 Science Fiction and Fantasy Translation Awards, którzy przyznali jej nominację. Sama nagroda wręczona będzie 21 lipca w Tampere na Finnconie. Mi to niestety koliduje z planami urlopowymi, chociaż chciałbym usłyszeć, jak próbują powiedzieć „Wojciech”.
Strasznie się ucieszyłem, bo po raz pierwszy (i zapewne ostatni) w życiu otarłem się o jakąkolwiek nagrodę o wymiarze materialnym. Chociaż całość należy się Danusi, bez dwóch zdań. Wielkie dzięki dla niej, dla Magdy i dla Ra, dzięki którym to wszystko było możliwe :-)

 
1 , 2