Ekskursje w dyskursie
piątek, 21 kwietnia 2017
Prośba o 1%

Adam to mój przyjaciel z dzieciństwa. Tak jak ja, należy do pokolenia niepowtarzalnych szans i niewyobrażalnych pokus. Kto z nas naprawdę chciał być bardzo bogaty, ten dziś jest. Adam świadomie i konsekwentnie odmawiał udziału w wyścigu szczurów.

Dwadzieścia parę lat temu, kiedy ja stawiałem pierwsze kroki w mediach, on został pielęgniarzem, bo chciał żyć dla dobra innych. Pracował w szpitalu na porodówce, miał więc mojego pierworodnego na rękach prędzej niż ja (to on mi go podał).

Kiedy na spotkaniach towarzyskich mówiliśmy o typowych problemach lemingów - raty kredytów, modele samochodów, gdzie w tym roku na wakacje, on reprezentował stoickie podejście. Wakacje zawsze w tym samym miejscu (Kąty Rybackie). Po co samochód, skoro Warszawa ma świetny transport publiczny. Imponował mi tym, często mówiłem, że nas wszystkich przeżyje.

Może jeszcze przeżyje, ale na razie ma najpoważniejszy problem z nas. Od lat pod jego czaszką narastała torbiel, która w końcu pękła, uszkadzając mózg. Prawdopodobnie od dawna cierpiał na migrenę, co ukrywał przed wszystkimi. Stoicyzm!

Adam ma sprawny hardware - rusza rękami i nogami, działają wszystkie zmysły, ale software mu wyczyściło. Nie całkiem: na przykład działają mu odruchu grzecznościowe, a więc wita się przez podanie ręki, zasłania usta gdy ziewa, reaguje na różne polecenia głosowe, ale tak poza tym czeka go długa rehabilitacja, zanim da się z nim pogadać o czołgach (był fanatykiem World of Tanks, takim jak z pasty o fanatyku).

Rehabilitacja kosztuje. Jego żona też jest pielęgniarką. Nie mieli większych oszczędności. Pomagamy im w swoim zakresie. Walka się toczy między innymi o to, żeby jego syn mógł skończyć studia, bo jak bieda ich przyciśnie, będzie musiał rzucić naukę, żeby zarabiać na rehabilitację ojca. Co byłoby w tym wszystkim straszliwą niesprawiedliwością...

Mój 1% idzie dla cioci Siwej, bo już to deklarowałem. Dzięki niej zresztą poznałem tę fundację. Na Adama wpłacę i tak. Ale gdyby ktoś szukał pomysłu na swój 1%, oto dane:

 

Fundacja Neuropozytywni, KRS 0000419065

Cel szczegółowy: Adam Piotr Dębiński 16 (ta szesnastka jest bardzo ważna).

 

Dziękuję każdemu.

wtorek, 18 kwietnia 2017
Testosteron

Uwaga: polecanka książkowa. Każdego bywalca tego bloga powinno interesować skrzyżowanie popularyzacji nauki z propagandą lewicowo-liberalnej cywilizacji śmierci. Idealnie spotykają się w nowej książce Cordelii Fine, „Testosterone Rex”.

Tytuł odnosi się do pewnego mitu, który jest wielki i potężny, każdy o nim słyszał. Ale z naukowego punktu widzenia jest martwy jak tyranozaur.

W Polsce ten mit spopularyzowały zwłaszcza komedie romantycznych Koneckiego i Saramonowicza. Chodzi mniej więcej o to, że mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus, bo mężczyźni mają Pewien Specjalny Hormon, za sprawą którego rywalizują, polują na mamuty i zajmują stanowiska kierownicze.

Poza wersją popkulturową, to ma jeszcze wersję popnaukową. Zazwyczaj lansują ją entuzjaści psychologii ewolucyjnej: w wersji psychoewo podobno potwierdza to Nauka swoją naukowością.

Już chyba z 10 lat temu Lisa Wade swoją metaanalizę tekstów o różnicach między tak zwanym „mózgiem męskim” i „mózgiem kobiecym” podsumowała bon motem, że nauka daje najwyżej podstawy do tezy, że mężczyźni są z Dakoty Południowej, a kobiety z Dakoty Północnej. Owszem, są jakieś tam różnice, ale tak malutkie, że nawet nie wiadomo, na ile w ogóle nie są szumem statystycznym. Tak naprawdę samce i samice homo sapiens są do siebie wręcz zdumiewająco podobne, nawet na tle innych naczelnych (nie mówiąc już o innych kręgowcach).

Kiedy prawica skanduje „chłopak, dziewczyna, normalna rodzina”, odwołuje się do pewnego ideału „normalności”, który badacze nazywają „rodziną nuklearną”. To stosunkowo nowy model, które pojawiło się dopiero razem z rewolucją przemysłową.

W innych kulturach, ale także w naszej kulturze 400 lat temu, panowały inne modele. Małżeństwa aranżowane, małżeństwa na próbę, prawo pierwszej nocy, poliandria, poligamia, matriarchat - i każda z tych kultur uważa swój model za „naturalny”, a inne za wynaturzenia.

Różnorodność modeli prokreacji w różnych grupach homo sapiens jest tak duża, jak gdzie indziej między gatunkami. Ludzkie niemowlę przychodząc na świat, nie wie, czy urodziło się w patriarchacie czy w matriarchacie, ale w procesie socjalizacji przeważnie uczy się dostosować do danego zestawu norm - tę zdolność Cordelia Fine uważa za naszą najciekawszą cechę.

Wynika z tego ciekawy wniosek dla feministek i feministów. Postulaty przekształcania społeczeństwa w kierunku większej równości nie są postulatami zastąpienia „czymś sztucznym” „czegoś naturalnego”. Wszystkie te modele są równie sztuczne i zarazem równie naturalne, bo unikalną istotą ludzkiej natury jest łatwość dostosowania do nowego modelu. A poza tym wszystko już gdzieś kiedyś było.

To książka stronnicza. Nie robię z tego zarzutu, stwierdzam fakt. Kto szuka bezstronnych metaanaliz, ten może sięgnąć choćby po inne prace tej samej autorki.

Polemiczny zadzior sprawia za to, że tę książkę się świetnie czyta. Autorka w rozdziale wstępnym opisuje na przykład różne warianty mitu o testosteronie, opatrując je swoim komentarzem.

I tak cytuje psychologa Gijsberta Stroeta z Glasgow, który niski odsetek kobiet w matematyce i inżynierii wyjaśniał tym, że „w epoce kamiennej mężczyźni polowali, a kobiety opiekowały się dziećmi”.

„Praca żadnego ze znanych mi matematyków ani inżynierów nie kojarzy mi się z jaskiniowcem goniącym z włócznią dziką świnię, ale może w Glasgow sprawy wyglądają inaczej” - odpowiada Cordelia Fine.

Co do meritum, jej tezy w skrócie wyglądają tak. Badania, na które powołują się zwolennicy psychologii ewolucyjnej, przeważnie mają słabe podstawy metodologiczne - badano niewielką grupę, w dodatku jednolitą pod względem etnospołecznym (jak wiadomo, psychologia to nauka polegająca na badaniu studentów psychologii).

Im rzetelniejsze badanie (większa próbka, większe zróżnicowanie badanych itd.), tym mniej widać różnic między płciami. Problem polega na tym, że w patriarchalnej kulturze badania potwierdzające stereotypy będą częściej powtarzane w debacie publicznej, bo wszyscy lubimy czytać to, co potwierdza nasze przesądy i uprzedzenia.

Żeby jednak ten problem w ogóle zrozumieć, trzeba znać takie pojęcia, jak „metaanaliza”, albo z grubsza orientować się w statystycznej analizie danych. To oczywiście na dzień dobry odsiewa wszystkich polskich prawicowych publicystów, dlatego nie liczyłbym na rzetelną debatę w naszym pięknym języku ojczystym.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Nadzieja w Norwegach

Fot. Wikipedia / Mic from Reading - Berkshire, United Kingdom - Las Vegas, Nevada - USA / CC - BY - SA

Szerokim echem w moim lewicowym bąbelku soszialmediowym odbiła się wiadomość, że norweski fundusz emerytalny zamierza wycofywać się z inwestowania w firmy, których zarządy zarabiają zbyt dużo. Pensjonsfond to w dzisiejszych czasach najpoważniejsza nadzieja na reformowanie kapitalizmu.

Fundusz jest w tej chwili największym giełdowym inwestorem świata. Należy do niego jeden procent Wszystkiego (wyprzedza go tylko emirat Abu Dhabi).

W odróżnieniu od funduszów inwestycyjnych należących do prywatnych inwestorów lub trzecioświatowych dyktatur, Pensjonsfond musi się kierować etyką. Demokratyczne społeczeństwo Norwegii lata temu uznało, że nie chce się bogacić w sposób nieetyczny, więc fundusz nie inwestuje np. w firmy tytoniowe czy zbrojeniowe.

Utrata norweskich petrokoron dla każdej notowanej na giełdzie spółki jest złą wiadomością, dlatego nikt nie chce wylądować na czarnej liście Pensjonsfond. Wyśrubowane norweskie etyczne kryteria wymuszają więc na przykład na zachodnioeuropejskich firmach odzieżowych, żeby chociaż udawały, że ograniczają wyzysk pracowników w Trzecim Świecie.

Nadmierne zarobki zarządów korporacji są problemem, który dziś dostrzegają nawet co bardziej rozgarnięci neoliberałowie. My na lewicy oczywiście widzimy go od dawna (jeśli chodzi konkretnie o mnie, dostrzegam go od kiedy 22 lata temu pożyczyłem od Ikonowicza „The State Were’In” Willa Huttona).

Mój ulubiony przykład to Charlie Wilson, prezes General Motors ze złotej ery amerykańskiej motoryzacji. Był najlepiej zarabiającym prezesem świata w latach 50. Zarabiał 600 tysięcy dolarów rocznie.

Współcześni prezesi General Motors zarabiają po kilkanaście milionów. To znacznie więcej nawet po uwzględnieniu inflacji.

Charlie Wilson kierował koncernem zatrudniającym najlepiej wynagradzanych robotników świata przy produkcji samochodów takich jak cadillac eldorado czy buick roadmaster. Jego współcześni następcy zatrudniają sprekaryzowany proletariat w Meksyku przy produkcji gavna, na które splunąć hadko.

W „The Wall Street Journal” przeczytałem komentarz Paula J. Daviesa, który przyznaje rację Norwegom. Davies obala typowe argumenty neoliberałów, że „prezesi muszą dobrze zarabiać, bo uciekną do konkurencji” albo „należy im się, bo przynoszą wartość akcjonariuszom”.

Typowym zjawiskiem jest benchmarking, czyli wiązanie zarobków prezesa z zarobkami innych prezesów - a więc czy firma stoi, czy firma leży, bonus prezesowi się należy. Davies cytuje badania, z których wynika, że firmy, których zarządy zarabiają powyżej mediany, mają średnio gorsze wyniki od tych, których prezesi zarabiają mniej. Mnie to nie dziwi.

Wszyscy teraz się ekscytują tekstem z Wirtualnych Mediów o premiach, które zarząd Agory sobie wypłacił za dobre wyniki. Smutno mi, bo mam wrażenie, że tylko ja czytam te raporty giełdowe. Przecież to było ogłoszone już jesienią 2016!

Otóż jakby przeczytać je wszystkie od samego początku, można zauważyć, że obecny zarząd i tak jest oszczędny na tle swoich poprzedników. Jak wygląda na tym przykładzie zależność wynagrodzenia zarządu od kondycji spółki, proszę sobie we własnym zakresie przeanalizować (mam swoje przemyślenia, ale nie wyrażę ich publicznie).

Historia kapitalizmu pokazuje, że pieniądze są kiepskim motywatorem. Sprawdzają się na szczeblu chudopachołków takich jak ja czy wy, moi drodzy komentatorzy, ale nie na szczeblu zarządu korporacji.

Powyżej pewnego progu zarobki przestają się przekładać na poziom życia. Na naszym liczy się każdy tysiąc, ale na ich poziomie milion fte czy wefte już nie zmienia niczego w namacalny sposób.

Oni walczą o te miliony już dla sportu. Są dla nich miernikiem osobistego sukcesu, jak punkty w grze.

Dla firmy lepiej jest, gdy jej prezes gra w inną grę - i zapewne dlatego tacy prezesi mają lepsze wyniki. Charlie Wilson był dumny z tego, że zarówno produkty jego koncernu, jak i warunki pracy w nim, budzą podziw na całym świecie.

Tą dumą mógł się nacieszyć do syta, ale jego pensja była przycinana zgodnie z ówczesną górną stawką podatku dochodowego - 91%. Gdy dziś proponuje się powrót do tych stawek, słyszymy często kontrargument, że to odstraszy zdolnych menadżerów.

Jeśli odstraszy tych, którzy grają w pieniądze - to super. Z biznesu odejdą ludzie tacy jak Martin Shkreli. Zwolnią miejsce dla takich jak Charlie Wilson. To będzie z pożytkiem i dla konsumentów, i dla pracowników, a więc w dalszej kolejności także dla inwestorów.

czwartek, 06 kwietnia 2017
Call me Worciech

Powtarzam się - przepraszam - ale właśnie się dowiedziałem z fejsa (konkretnie od blogonauty Ausira), że jest już zapowiedź zbioru opowiadań z moim utworem. Wystąpię razem z Paulem Theroux (ach, nawiązując do rozmowy z Awalem pod poprzednią notką, gdyby złota rybka mi zaproponowała bycie „polskim kimś”, biorę polskiego Theroux bez gadania)!

Tak jak niegdysiejszy tomik „Lemistry”, ten też inspirowany będzie twórczością Sławnego Pisarza Urodzonego w Polsce. Ten: twórczością Josepha Conrada.

Moje opowiadanie będzie bardzo luźno inspirowane „Jądrem ciemności”. Będzie to postapokaliptyczne sf, bo jak widać po tonacji moich blogonotek, w takim jakimś ostatnio jestem nastroju.

Wymyśliłem sobie całą powieść, której akcja dzieje się w postapokaliptycznej Warszawie, zarośniętej przez dorodne dwudziestoletnie drzewa. Nie zacząłem jej jeszcze pisać, bo nie mam z nikim umowy (a z kolei nie mam też czasu ganiać za wydawcami z propozycjami, bo zawsze mam coś do napisania Na Jutro).

W każdym razie, jak już się pojawiła umowa na opowiadanie, to poczułem, że tej szansy nie mogę zmarnować. Opowiadanie dzieje się wcześniej niż powieść, zarastajace Warszawę krzaki są dopiero siedmioletnie. W powieści się dokładnie wyjaśni, co się w ogóle stało, w opowiadaniu nie, zostajemy z zagadką.

Zakładam, być może naiwnie, że jak już będę miał opowiadanie, to łatwiej mi będzie szukać zaliczki na powieść. No bo mimo wszystko tak źle ze mną nie jest, żebym miał pisać bez zaliczki.

W opisie na stronie księgarni Waterstones nazwano mnie „Worciechem”. Bardzo mi się podoba i chyba nawet nie będę próbował tego odkręcić...

piątek, 31 marca 2017
Życie nie z tej ziemi

Okladka Lema

Przepraszam za zaniedbywanie bloga, ostatnio mam mnóstwo roboty. Lojalnie uprzedzam, że blog się teraz zapewne ożywi, ale z zadaniem bezwstydnie autopromocyjnym - moja najnowsza książka, pisana od nieprzyzwoicie wielu lat, jest już oficjalnie w zapowiedziach wydawnictwa „Czarne” na 2 sierpnia.

W ambitnych planach to miała być pierwsza biografia Lema. Nim się wywiązałem, w Rosji zdążyła już wyjść biografia Graszkiewicza i Borysowa.

Najpierw zaliczyłem załamanie psychiczne, a potem ją przeczytałem i poczułem ulgę. Autorzy bazowali na powszechnie dostępnych źródłach w języku polskim, czyli opublikowanej korespondencji i dwóch wywiadach-rzekach (z Beresiem i Fiałkowskim). Ich książka ma więc wartość dla rosyjskiego czytelnika, który tych źródeł nie zna, ale w konsekwencji powiela zasadniczą wadę tych źródeł.

Lem w tych wywiadach wprowadzał swoich rozmówców z premedytacją w błąd. Zazwyczaj nie były to pospolite kłamstwa, tylko odpowiedzi wykrętne i wieloznaczne, odwracające naszą uwagę od głównego problemu.

Najbanalniejszy przykład to kwestia daty repatriacji Lemów. Lem to z takim naciskiem wielokrotnie podkreślał, że nawet początkujący lemolog wyrecytuje tę formułkę - zabrali się „jednym z ostatnich transportów”.

Stąd rok 1946, data podana w książce Graszkiewicza i Borysowa, przez wiele lat widniejąca także w haśle o Lemie w Wikipedii. Nie chce mi się sprawdzać, czy i kiedy to poprawiono.

Tymczasem gdzie indziej Lem w tych wywiadach mówi, że po zajęciu Lwowa przez Rosjan studiował tylko jeden rok i że rodzina wyjechała zaraz po letniej sesji egzaminacyjnej. To by nam (już tym razem zgodnie z prawdą) dawało lipiec 1945.

Dlaczego Lem kluczył w tak niewinnej sprawie? Wydaje mi się,że udało mi się to wyjaśnić, a przynajmniej sformułować solidną hipotezę.

Przy pisaniu takiej książki trzeba zrobić szpagat i spróbować zadowolić dwie grupy czytelników o rozbieżnych zainteresowaniach. Są zaawansowani fani, którzy przeczytali już wszystko i na pamięć znają anegdotki typu „donos Dicka” czy „jacht Paradise” - i są ludzie, którzy po tę książkę sięgną po prostu dlatego, że lubią biografie.

Mam nadzieję, że udało mi się zadowolić obie grupy. Ta książka jest przede wszystkim opowieścią o pisarzu, który przeżył II RP, wojnę, PRL i III RP - i jego fascynujących przeżyciach.

Zaawansowany lemolog też coś tu powinien znaleźć dla siebie. Na przykład sprawę „donosu Dicka” rekonstruuję na podstawie nieopublikowanej korespondencji w trójkącie Dick/Lem/Rottensteiner, w której widać narastanie konfliktu (oraz psychiczne niezrównoważenie Dicka).

Dla tej pierwszej grupy czytelników ta historia też będzie ciekawa, bo jej praźródłem był problem dość dziwny z współczesnego punktu widzenia - wydawnictwa w PRL jednym amerykańskim autorom mogły zapłacić w dolarach, a innym nie mogły. Dlaczego? Komu mogły, komu nie mogły?

Te i inne fascynujące zagadki, już 2 sierpnia!

piątek, 10 marca 2017
Saryusz, Saryusz i po Saryuszu

Lisicki

Dawno z taką radością nie czytałem prawicowej publicystyki i prawicowej blogosfery. PiS poniósł tym razem porażkę, której nie da się już zamaskować tak jak poprzednich - i nagle propagandyści płatni i bezpłatni musieli sobie z tym poradzić.

Jeszcze parę dni temu wierzyli za kłamstwami z reżimowych mediów, że Waszczykowski to Talleyrand XXI wieku i że PiS zadał „morderczy cios” Tuskowi. Potem jeszcze przez chwilę trzymali się absurdalnej nadziei, że uda im się zerwać szczyt, bo premier Szydło go zablokuje, nie wydrukuje wyniku, uzna za nieważny, et patati et patata.

„A może my wybierzmy Merkel jakiegoś Schultza?” - pyta w tytule swojej notki blogger „Mieszczuch7”. I snuje marzenia o odwecie: „Można wyobrazić sobie więc, że Polska wybiera tak samo kandydata innemu krajowi członkowskiemu, że na jakieś stanowisko zostaje wybrany wbrew Hollande'owi jego oponent - Sarkozy albo - jeszcze lepiej - Marine Le Pen (itd.)”

Otóż drodzy pisowcy, gdyby wam się udało coś takiego zrobić, byłoby super. Sam bym wam pogratulował. To by znaczyło, że zamiast swojego klasycznego wymachiwania szabelką w osamotnieniu, nauczyliście się wreszcie skutecznej dyplomacji.

Wasz problem polega na tym, że potraficie robić tylko awantury. To się nie zmieniło, oto blogonotka, w której się z tego chichrałem 10 lat temu.

W odróżnieniu od Was, my przynamniej umiemy oddzielić te dwie kwestie - „czy dane działanie jest słuszne” i „czy dane działanie jest skuteczne”. Wam się to zlewa w jedno.

Skoro Waszczykowski, Zalewska czy Szyszko są „wasi”, to automatycznie będziecie wierzyć w skuteczność ich działań. Rozsądni obserwatorzy uprzedzają od dawna, że niechlujnie przygotowana deforma oświaty zakończy się chaosem, że nieporadne działania Waszczykowskiego sprawiają, że jedynym polskim sojusznikiem jest San Escobar, że Szyszko niszczy przyrodę albo z głupoty, albo z wyrachowania.

Wy nie wierzycie, bo dla was każdy głos krytyczny to głos wroga. No i kończycie jak Macierewicz z Blackhawkami.

Ja was umiem pochwalić za skuteczność tam, gdzie ją widzę .Chwalę na przykład program „500+”. Wiele rzeczy w nim trzeba poprawić (przede wszystkim odtworzyć zasadę „złotówka za złotówkę” - jak ktoś przekroczy próg o złotówkę, powinien dostać 499, a nie zero!), ale nie ulega wątpliwości, że samym wprowadzeniem tego programu, PiS zmienił Polskę na lepsze.

Przeważa jednak klasyczne pisowskie nieudacznictwo, które tak dobrze pamiętam sprzed 10 lat. Przyczyna prawdopodobnie jest ta sama co wtedy - i żartobliwie przedstawia ją „Ucho prezesa”.
Kaczyński nie toleruje w swoim otoczeniu ludzi potrafiących się mu sprzeciwić. Kto powie „Jarek, to się nie uda”, ten wyleci. Widzieliśmy to już wielokrotnie.

Cybernetyka już dawno udowodniła, że sekretem skutecznego zarządzania jest sprzężenie zwrotne. Szef, do którego nie docierają negatywne wiadomości, skończy jak silnik parowy bez zaworu bezpieczeństwa.

Zapożyczyłem tę metaforę z „Dialogów” Stanisława Lema. Lubię ją, bo ona nie wyklucza, że maszyna działająca w taki sposób będzie mogła dokądś tam dojechać. Lem wymyślił ją do opisu PRL, który przetrwał jeszcze 30 lat od „Dialogów”.

Ale taka maszyna prędzej czy później w końcu eksploduje. Poprzednio PiS stracił władzę przez to, że narastająca izolacja skazała ich na niestabilną koalicję z Lepperem i Giertychem.

Teraz niby mają większość, ale to wcale nie jest powiedziane, że ją utrzymają do końca kadencji. Czy nawet do końca roku.

Część polityków PiS po prostu będzie miała dosyć firmowania własnym nazwiskiem i twarzą kolejnych porażek. Popierając rząd, popierasz także niszczenie oświaty, rozbrajanie armii, wstrzymanie inwestycji w infrastrukturę (znów to samo, jak 12 lat temu!), wycinanie lasów.

Mówimy o ludziach na tyle ustawionych życiowo, że nic nie muszą. Jak długo będą to wytrzymywać? A przecież wystarczy, że z klubu parlamentarnego odejdzie 6 posłów - i nie będzie już 230 głosów.

Wtedy pozostanie PiS-owi sformalizowanie nieformalnej koalicji z Kukizem. Ta będzie zapewne równie stabilna, jak tamta sprzed 12 lat.

Obyśmy tylko zdążyli zgromadzić zapasy popcornu.


piątek, 24 lutego 2017
Kontrowersyjny spektakl

Jest sobie taki kontrowersyjny spektakl, który dzieli moich znajomych na zwolenników i przeciwników. Jestem w obozie entuzjastów, wypowiem się więc w jego obronie (zapraszając jak zwykle do dyskusji).

Chodzi mi oczywiście o „La La Land”. Jedni zachwyceni (jak ja), inni marudzą, że zakończenie słabe.

Łagodnie spojlerując: to nie jest musical o miłości, to jest musical o marzeniach. Od początku wiemy, że są główną motywacją bohaterów (piosenki „Another Day of Sun”, „Someone in the Crowd” i „The Fools Who Dream”) i jedynym, co mają wspólnego. Nie łączy ich miłość, o czym explicite jest „A Lovely Night”.

Spoljerując nadal łagodnie, oboje spełnią swoje marzenia, choć jakby nie do końca w stu procentach. Ostatnia sekwencja muzyczno-taneczna jest więc meta-marzeniem o tym, jak fajnie by było, gdyby te marzenia spełniły im się jeszcze lepiej.

Myślę, że rozczarowanie części widzów bierze się z podświadomego oczekiwania, że w finale zobaczymy wielkie wesele w stylu Bollywood. A to po prostu nie jest ten rodzaj musicalu.

Los Angeles doskonale nadaje się na scenerię opowieści o marzeniach, bo za sprawą geografii w tym mieście łatwo je wizualizować. Przemysłowa produkcja marzeń stanowi też istotny element lokalnej gospodarki.

Z większości miejsc w tym mieście widać wzgórza zwieńczone napisem HOLLYWOOD. Marzenia w LA sprowadzają się więc do geografii: chodzi o to, żeby dorobić się willi na tych wzgórzach (albo w pobliżu). Najlepiej pracując w Branży, ale bywają filmy o analogicznych marzeniach muzyka, architekta czy policjanta.

Marzenia to temat paradoksalny, bo większość z nas nie marzyła w młodości o tym, co robimy w dorosłości. Mało kto marzy o biurku w korpo, nie mówiąc już o kasie w hipermarkecie.

Stąd paradoks, na który zapewne zwróciłby uwagę kosmita, gdybyśmy próbowali wytłumaczyć mu nasze społeczeństwo. Powiemy mu zapewne z dumą, że żyjemy w demokracji, co oznacza m.in., że możemy robić ze swoim życiem co chcemy. A potem nie będziemy umieli wyjaśnić, dlaczego 90% nienawidzi tego co robi.

Bardzo lubię wiersz Andrzeja Bursy o dnie piekła. Ten o ludziach, którzy mówią „miałem piekielny dzień, muszę się wyrwać z tego piekła” i „obmyślają ucieczkę na inny odcinek po nowe nieznane przykrości”.

Oczywiście, u nas w klasie średniej to nie jest piekło. Raczej czyściec, w którym pod koniec dnia snujemy „Private Investigations”. Przy szklance whisky pytamy: „Kiedy zaczął się wić kręty, pochyły szlak / gdzie był pierwszy nasz krok w rozpadlinę bez dna”.

Jak już pisałem przy inych okazjach (m.in. „Idy” i „Przypadku”), uwielbiam opowieści o „punkcie bez powrotu”. Tym ostatnim momencie w życiu, w którym mogliśmy jeszcze zdecydować, czy będziemy chemikiem czy dziennikarzem, komuchem czy solidaruchem, zakonnicą czy ateistką.

Często decyzję podejmuje za nas jakiś czynnik zewnętrzny. Czasem coś złego (choroba, śmierć rodzica, stan wojenny), czasem coś dobrego (spadek, załapanie się na prestiżowe stypendium, strzała Amora). Czasem coś kompletnie losowego (spotkanie z nieznajomym, artykuł przeczytany w gazecie).

Ten moment zwykle ma miejsce tuż przed trzydziestką. Czyli kiedy się ma tyle lat, ile w tym filmie Emma Stone.

Ryan Gosling gra kogoś, kto ten moment ma już za sobą. Już jego obecne marzenie jest planem B.

Nie znamy szczegółów planu A, ale z rozmowy z siostrą wiemy, że wszystko szlag trafił w związku z przekrętem typu szanghajskiego. To sugeruje, że Gossling podpisał z kimś niekorzystną dla siebie umowę. W zawodach kreatywnych oznacza to umowę, w której artysta - nieświadomy tego co podpisuje - oddał komuś wszystkie prawa do swojego dzieła.

Zdarza się najlepszym. Dwudziestosześcioletni Walt Disney w ten sposób stracił prawa do swojej pierwszej postaci, Królika Oswalda. Myszka Miki i Kaczor Donald byli jego planem B.

Emma Stone ten punkt ma jeszcze przed sobą. Gosling o tym wie i dlatego jego postać zachowuje się z emocjonalnym chłodem, który drażnił niektórych recenzentów - on już po prostu wie, jak ten film się skończy. Emma Stone jeszcze nie.

Gosling też, zauważmy, szybciej od Stone widzi nadejście tego momentu w jej życiu. I jako pierwszy wyciąga prawidłowe wnioski.

A miłość? Jakie znaczenie ma uczucie dwojga ludzi na tym zwariowanym świecie, mówi Humphrey Bogart w finale innego filmu, który też nie kończy się weselem, a też jest piękny.

środa, 15 lutego 2017
Szosa na Zaleszczyki

Lubię taki smutny szmonces, który już tu być może opowiadałem, że pan Żółtko przychodzi do biura podróży i szuka kraju do emigracji. Sprzedawca pokazuje mu mapę Europy, ale pan Żółtko kręci nosem. Wszędzie prześladują Żydów.

Sprzedawca w końcu podsuwa mu globus. Pan Żółtko patrzy, patrzy i w końcu pyta „a nie masz pan innego globusa”?

Pod poprzednią notką kolega Wurman poruszył bardzo istotną kwestię. Że jeśli ktoś rozważa emigrację, to chyba nadszedł już czas.

To od lat jest ważne pytanie dla mieszkańców tego nieszczęsnego skrawka Europy położonego wzdłuż uskoku tektonicznego linii Ribbentrop-Mołotow. Wielu ludzi zginęło tu tylko dlatego, że odwlekali decyzję o emigracji, mimo że #byłyznaki.

Przypuszczam, że Stanisław Lem miał żal do ojca o to, że zostali we Lwowie - zamiast jak kuzyn Hemar pognać szosą na Zaleszczyki, póki jeszcze się dało. Doskonale te zaszyfrowane aluzje odczytała Agnieszka Gajewska, piszę też o tym w swojej książce.

Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem postawę Samuela Lema. Łatwo myśleć o emigracji, kiedy się nie ma nic do stracenia, ale drobnomieszczanin w średnim wieku przeważnie już ma jakąś tam pozycję, jakąś tam nieruchomość, jakieś tam więzi rodzinne.

Rzucić to wszystko i wylądować gdzieś w roli gołodupca? To nie jest łatwa decyzja. A poza tym: dokąd emigrować? Globus wygląda coraz gorzej.

Załóżmy, że priorytetem jest to, żeby mieszkać w kraju przyjaznym dla średniej klasy średniej. A więc: obyczajowa tolerancja, swobody obywatelskie, w miarę swobodna możliwość spacerowania po zmroku.

Ciągle jeszcze tak można mówić o Unii Europejskiej, nawet o Polsce (pomijając pojedyncze no-go zones, takie jak blokowiska mojego dzieciństwa). W coraz mniejszym stopniu można tak mówić o Stanach.

Wszędzie jednak będzie coraz gorzej. Trump jest nie mniej przerażający od Kaczyńskiego. We Francji na horyzoncie prezydentura Le Pen. W Niemczech - wygrana AfD.
Nowa Zelandia i Kanada wydają nam się liberalnymi rajami podobno tylko dlatego, że tam nie bywamy. Australia nawet nigdy się nim nie wydawała.

Są oczywiście te wszystkie sympatyczne enklawy na Pacyfiku czy Karaibach, ale jak się zacznie - czyli na przykład kiedy Trump sprowokuje wojnę z Chinami - skończą jak Singapur w 1942. Tam dopiero będzie rzeź!

Afrykę skreślam w całości jako kontynent. Amerykę Łacińską kiedyś też skreślałem, ale na tle ogólnego całokształtu nie wygląda tak źle.

Przepraszam, drodzy komcionauci, ja nie przedstawię swojej odpowiedzi. Ja po prostu niestety zostaję. Zakończę więc blogonotkę klasycznym pytaniem social media mavena sprzed 10 lat, ale ja je zadam szczerze - A WY JAK MYŚLICIE?

niedziela, 05 lutego 2017
Kalifat w Bawarii

Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowiada o rodzinie z niemieckiej wyższej klasy średniej, która z bardzo skomplikowanych powodów przygarnia pod swój dach uchodźcę z Nigerii imieniem Diallo.

Hartmannowie i bez tego mają dużo problemów. Pojawienie się Diallo katalizuje różne konflikty, co prowadzi do wybuchowej (i bardzo zabawnej) Wielkiej Katastrofy.
Problemy Hartmannów z punktu widzenia Diallo wydają się niezrozumiałe, by nie rzec idiotyczne.

Nieświadomie łamie rozmaite tabu, poruszając tematy, o których w tej rodzinie się nie rozmawia dla uniknięcia awantury. Potrafi na przykład zapytać Hartmannównę „ty już stara, dlaczego ty jeszcze nie masz dzieci?” albo wytknąć jej mamie, że za dużo pije.

Jeśli potraktować tę rodzinę jako metaforę Niemiec Jako Takich (a film zdaje się sugerować taką interpretację), to zasadniczy problem wszystkich Hartmannów jest w tym, że nie robią w życiu tego, na co mieliby ochotę. Wspomniana córka na przykład nie ma pomysłu na dorosłe życie, ciągle zaczyna kolejne studia, nieustannie przyciąga niewłaściwych facetów.

Młody Hartmann to jej przeciwieństwo. Zapatrzony w tatę, robi wielką karierę. Tak się w niej zaprzedał, że w końcu rozwalił własną rodzinę.

Ma już tyle pieniędzy, że nie wiadomo, po co mu kolejne. Podobno to wszystko dla dobra jego dziecka, ale na razie dziecko uważa go z tego powodu za dupka (i zasadniczo ma rację).

Stary Hartmann jest zamożnym ortopedą, który już dawno powinien przejść na emeryturę, ale nie robi tego, bo  jest pracoholikiem. W odróżnieniu od syna przynajmniej jeszcze nie zniszczył tym swojego małżeństwa, ale jest na bardzo dobrej drodze.

Hartmannowa z kolei czuje się niepotrzebna. Dzieci się wyprowadziły, męża nigdy nie ma w domu. Stąd jej nieporadny niby-aktywizm, którym usiłuje zapełnić pustkę w życiu.

Diallo nie ma takich problemów, bo całą jego rodzinę wymordowali islamiści. Martwi go co innego: trwa postępowanie w sprawie przyznania mu azylu. Póki nie zapadnie decyzja, powinien unikać kłopotów. Zwłaszcza z policją.

Wydawałoby się, że u Hartmannów uda mu się przeczekać z dala od wszelkich problemów. Ale jak to w komediach, wszystko idzie na opak.

Pisałem niedawno felieton, zainspirowany książką Angusa Fletchera „Comic Democracies. From Ancient Athens to the American Republic” o związku komedii z demokracją. Tradycje komedii ulegają zerwaniu razem z upadkami republik rzymskich i greckich i odradzają się dopiero w renesansowych republikach miejskich.

Fletcher twierdzi, że w większości greckich komedii stawka jest podobna jak w przypadku tragedii. Atenom grozi rozgniewanie bogów, dotąd traktujących to miasto przychylnie i fabuła krąży wokół prób ich udobruchania.

Grecka komedia rozwijała się, kiedy los ateńskiej demokracji był już przesądzony. Wyprawa przeciwko Syrakuzom zakończyła się katastrofą, triumf Sparty był już tylko kwestią czasu. Komedie były wołaniem o opamiętanie - daremnym, jak zwykle.

Trochę podobnie jest w tym filmie. Ma strukturę tradycyjnej farsy obyczajowej, ale co chwila pojawiają się tam pytania o przyszłość Niemiec, które jakby znów traciły przychylność losu.

Pod domem Hartmannów pojawia się pikieta neonazistów, za chwilę zaatakuje ich Antifa. Maluczko, a zaciszna podmiejska uliczka zapoczątkuje wojnę domową w Niemczech.

Niektóre sceny są bardzo zabawne, jak koszmarny sen o szariacie w Niemczech. Zaczyna się tak, że główna bohaterka idzie do swojej ulubionej piekarni i tam osoby zakutane w hidżaby witają ją słowami „salam alejkum, Frau Hartmann”.

Przerażona wybiega na ulicę, a ta się zamieniła w orientalny bazar. Zamiast wypasionych beemek i audików, jeżdżą po niej pickupy z uzbrojonymi brodaczami. A nad małomiasteczkową architekturą dominuje wielki meczet!

Miałem wrażenie, że film obśmiewa wszystkie postawy. Od naiwnej poprawnej polityczności po paradoksy szowinizmu (największym wrogiem imigrantów jest tu imigrantka z Polski, która uważa, że „my Niemcy nie powinniśmy wpuszczać obcych”).

Mam wrażenie, że film nie narzuca żadnej swojej jedynie słusznej odpowiedzi. Jak to w farsach bywa, wszystko kończy się nieprawdopodobnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, prowadzącym do happy endu. Ale zostajemy ze smutną świadomością, że w prawdziwym życiu tak nie ma...

wtorek, 24 stycznia 2017
Casteilcorbon nie istnieje

W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą udało mi się zidentyfikować przy pomocy facebookowych znajomych, a jeden z nich (tu głębokie ukłony) nawet mi ją podarował.

„I don’t know why this book isn’t still famous” - powiedział Michael Rosen w wywiadzie dla „Guardiana”. Wyguglałem ten wywiad w dość rozpaczliwej próbie dowiedzenia się CZEGOKOLWIEK o książce lub jej tajemniczym autorze.

Wy też spróbujcie. Moje próby prowadzą głównie do odkrycia, że nikt nic nie wie, choć dwukrotnie (w 1959 i w 1987) w Wiekiej Brytanii adaptowano tę powieść na serial telewizyjny.

Nakłady są wyczerpane (we wszystkich językach). Cena angielskiego hardcovera pod wpływem wywiadu z Rosenem wzrosła do 67 funtów. Mój polski hardcover oczywiście nie jest na sprzedaż!

Akcja powieści dzieje się na początku lat 50. (zapewne w czasach współczesnych autorowi) w fikcyjnym miasteczku Casteilcorbon położonym w rejonie Roussillon, zwanym przez separatystów „Katalonią Północną”. Stąd zresztą mnie naszło na te wspomnienia, bo wakacje spędzałem mniej więcej w pobliżu.

Roussillon jest częścią Francji od traktatu pirenejskiego z 1659. Jak wiadomo, w traktacie był błąd, z powodu którego pobliskie miasto Llivia do dzisiaj stanowi hiszpańską eksklawę, otoczoną zewsząd przez Francję. Kiedyś swoją drogą chciałbym poczytać, jak to działało za czasów Franco.

Miejsce ma znaczenie dla akcji. W średniowieczu ten teren przechodził z rąk do rąk, po czym zostało tam (naprawdę!) wiele wspaniałych zamczysk, na które tubylcy zdają się nie zwracać większej uwagi. Za to turyści fotografują to wszystko jak podupceni.

Powieściowe miasteczko rozrosło się wokół jednego z takich zamków. Jego nazwa to zniekształcone katalońskie „Zamek Kruków”. Autor opisuje historię tej miejscowości tak drobiazgowo, że musiał się wzorować na jakimś prawdziwym mieście.

W tej fortecy barykaduje się grupa trzynastoletnich chłopców, niesprawiedliwie oskarżonych przez swojego nauczyciela o kradzież miodu z jego ula. Jak to w kryminale, prawdziwego sprawcę kradzieży widzimy na samym początku, ale nie zwracamy na niego uwagi - gdy sprawa się wyjaśnia w finale, byłem jednak zaskoczony. I jako dziecko, i jako pięćdziesięciolatek.

Dopiero jako dorosły mogłem w pełni docenić gorzką ironię autora, który dziecięcą zabawę w szlachetnych rycerzy zderza z hipokryzją i zepsuciem świata dorosłych. Największym łajdakiem wśród dorosłych okazuje się dziennikarz lokalnej gazety „Echo Perpignan” (a zarazem jej naczelny, wydawca i jedyny pracownik), który jako pierwszy spoza miasteczka dowiaduje się o tej aferze.

Jako dziecko nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz byłem przekonany, że autor ironicznie w tej postaci portretuje samego siebie. Dopiero jako dorosły zachwyciłem się też przedziwną inwokacją, od której książka się zaczyna.

Autor zwraca się w niej do przyjaciela, z którym planowali to napisać wspólnie, gdy razem mieszkali „między Rodanem a Saoną” (czyli: w Lyonie). Chcieli „odnaleźć w niej zapał lat naszych szkolnych, a może ównież ową wiarę w naszą przyszłość pisarską - wiarę, której wyzbywaliśmy się stopniowo, po trochu, jak Jaś i Małgosia znaczący kamyczkami leśne drożki”.

Z niewyjaśnionych przyczyn Gil Buhet musiał to w końcu napisać sam. „Już na pierwszym postoju dałeś mi znak, żebym odbywał sam dalszą drogę”. Chciałbym coś więcej przeczytać o biografii obu pisarzy, ale to rzeczy nieznane guglowi. Help, hilfe, oskur?

Jako dziecko po raz pierwszy zetknąłem się w tej książce z fenomenem francuskiej wielokulturowości. Nie ma tu jeszcze Arabów, ale są uchodźcy z pobliskiej Hiszpanii. Wykolejeni, zalkoholizowani, pozostawieni własnemu losowi i obwiniani przez otoczenie za swoją nędzę - jak to uchodźcy.

Choć bohaterowie rozumieją się nawzajem, mówią do siebie różnymi językami. Polska tłumaczka Maria Leśniewska pozostawiła wtręty katalońskie w oryginale (acz wyjaśniła je w przypisach).

Pamiętam jednak swoje zdumienie jako dziecka, że we Francji pod tym względem jest inaczej niż w Polsce. Zastanawiałem się: jak to jest, żyć w kraju, w którym współistnieją różne języki?

Do dzisiaj, gdy w podróży natknę się na napis w jakimś odjechanym języku romańskim - weneckim, langwedockim, prowansalskim - z dziecinną ekscytacją, która doprawdy nie przystoi starszemu panu, próbuję go zrozumieć. To przez sentyment do tej książki, która ogólnie na kryzys wieku średniego działa kojąco, jak zimne piwo na kaca.

niedziela, 08 stycznia 2017
Rączka w rączkach

Rok temu napisałem blogonotkę, w której wyjaśniałem, dlaczego chodzę na (niektóre) demonstracje KOD. Nie dlatego, że namówił mnie do tego jakiś „charyzmatyczny lider” - ale dlatego, że sprawa wydaje mi się ważna, POMIMO mojej niechęci do pompowanych przez media „liderów”.

Media tak pompowały i pompowały („przerywamy rozmowę z Ryszardem Petru, żeby nadać oświadczenie Mateusza Kijowskiego”), aż się pompa zepsuła. I zostały z urwaną rączką w rączkach.

Bez względu na intencje mediów - to od początku był głupi pomysł. „Lidera opozycji” nie może wyznaczać areopag publicystów w poranku TOK FM.

Takowy mógłby się wyłonić organicznie, oddolnie, w demokratycznym procesie. Próba sztucznego przyśpieszenia tego procesu skończy się wykreowaniem człowieka-wydmuszki - jak na załączonym obrazku.

Głównym problemem liberalnej demokracji w Polsce od początku jest niedemokratyczny liberalizm. Polski liberał jest wprawdzie gotów za demokrację oddać co najmniej życie, ale w praktyce jej nie lubi.

W wyborach głosuje wszak przypadkowe, niedojrzałe społeczeństwo. Które niekoniecznie chce głosować na Autorytety. Strach pomyśleć, może wybierze nawet jakiegoś Populistycznego Roszczeniowca?

Ryngraf dla Pinocheta będzie po wsze czasy hańbić Tomasza Wołka i Miśka Kamińskiego. Ale to nie był wtedy odosobniony epizod. Pinocheta jako światłego dyktatora, który może i stosował ostre metody, ale przynajmniej także prywatyzował i deregulował, wielbiło wtedy wielu - Cezary Michalski, Marek Jurek, Jan Wróbel, Grzegorz Górny.

Część tych ludzi dziś jest za PiS, część za PO. Ale to był wspólny problem PO-PiSu (który prywatnie od początku odrzucam jako taki).
Podstawowym aksjomatem demokratycznego państwa jest to, że stanowi wspólnotę, którą obywatele powołują w swoim interesie. „We the People, in Order to establish Justice, domestic Tranquility, common defence, general Welfare, and Blessings of Liberty, do establish this Constitution”.

Preambułę konstytucji USA trochę tu skróciłem, ale nawet bez tych skrótów jest jednoznaczna w swojej wymowie. W odróżnieniu od polskiej preambuły - „my, polska klasa polityczna, działająca w interesie jawnych lobbystów, oraz czerpiąca dochody z innych źródeł...”.

To nie jest problem, który zaczął się dopiero za rządów PiS. Od kiedy Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie wygrał w 1989 wybory, by po kilku miesiącach przestać być Komitetem Obywatelskim, a także porzucić zwycięski program wyborczy (w którym nie było nic o planie Balcerowicza, przeciwnie, jego wczesną wersję wprowadzał rząd Rakowskiego, jako plan Wilczka-Sekuły) - nie wiemy, komu i do czego służy nasze państwo.

Gdyby zebrać wypowiedzi tuzów polskiej publicystyki - także tych, którzy teraz stoją „murem za Mateuszem” - wyszłaby mniej więcej taka wersja. Państwo nie powinno służyć społeczeństwu, bo to populizm. Tyle wiemy.

Komu? To już zagadka. Do czego. Też nie wiadomo. Wiadomo tylko czego ma nie robić.

Otóż w szczególności, ma nie edukować, nie budować, nie opiekować się, nie przewozić, nie doręczać i nie leczyć. Bo to wszystko lepiej zrobi Niewidzialna Ręka Rynku.

Państwo powinno być tanie. I zatrudniać możliwie jak najmniej urzędników. Słyszeliśmy to wiele razy, prawda? Z TVN, z TOK FM, z „Gazety Wyborczej”, z Polskiego Radia, z TVP (gdy te dwa ostatnie były w rękach Autorytetów).

To dzisiejsi przeciwnicy Kaczyńskiego sprawili, że propaganda PiS jest taka skuteczna. Bo jaki jest logiczny wniosek z wizji „państwa minimum”?

Najtańsze państwo to takie, w którym Naczelnik wszystko trzyma za mordę. Te równowagi władz, samorządy, niezawisłe sądownictwa, autonomiczne uniwersytety - są przede wszystkim kosztowne.

Ludzie nowej władzy są popychadłami Kaczyńskiego. Śmiejemy się z nich, skandując „marionetka” na widok Dudy, Szydło, czy Kuchcińskiego. Słusznie, bo to są marionetki.

Ale to się właśnie podoba zwolennikom „dobrej zmiany”. Nie chcą przy władzy dobrze opłacanych, niezależnych fachowców, bo wtłoczono im do głowy ideał taniego państwa, które ma przede wszystkim „nie przeszkadzać”.

Minął rok, a opozycja nadal nie ma społeczeństwu do przedstawienia żadnej oferty, poza „żeby było jak dawniej”. To dlatego PiS-owi ani drgnie w sondażach.

Moja porada jest w gruncie rzeczy banalna. Szukajcie takiej oferty, a nie kolejnego „charyzmatycznego lidera”.

sobota, 31 grudnia 2016
Epigenetyczny patriotyzm

Moją ostatnią premierową audycją 2016 była ta o nowościach w genetyce. Pożegnałem w niej więc ten rok w takim nastroju, w jakim go żegnam: jedną z ostatnich piosenek Siouxsie and The Banshees, która z kolei jest nieformalnym pożegnaniem z fanami.

Rok był ponury, ale przeżyłem w nim coś, czego myślałem, że już nie doznam - z wielką pasją pochłonąłem książkę popularnonaukową, otwierającą mi oczy na najnowsze odkrycia dokonane od czasu moich studiów. Wszystkim blogoczytaczom gorąco polecam „The Epigenetics Revolution” Nessy Carey.

W XX wieku mieliśmy kilka odkryć, podczas których wydawało się, że poznanie genetycznych tajemnic Natury Lucka jest tuż tuż. Najpierw to było „yay, rozumiemy jak działa DNA” (lata 50.). Potem było „yay, rozumiemy, jak DNA koduje białka” (lata 60.). Potem jakby mała stagnacja i w końcu „yay, umiemy sekwencjonować DNA” (lata 80.).

Na tę ostatnią rewolucję z grubsza przypadają moje studia, a więc i moja ostatnia okazja na jako-takie liźnięcie biologii molekularnej. Kończyłem studia w nadziei, że za mojego życia odczytane będzie pełne DNA człowieka, i to nam odsłoni jakieś Zajebiaszcze Sekrety.

Odczytano... i kolejne rozczarowanie. Wyszło na to, że na poziomie DNA jesteśmy zdumiewająco podobni do szympansów (a i od drożdży aż tak dużo nas nie odróżnia). W takim razie gdzie jest to coś, co nas czyni ludźmi?

Odpowiedzią jest właśnie epigenetyka. Nessa Carey porównuje ją do odręcznych sugestii reżyserskich na scenariuszu filmowym, który w tej metaforze reprezentuje genom.
Czyli DNA to jakby „For relaxing times, make it Suntory time”. A epigenom to „Like an old friend. And, into the camera”.

Epigenom na razie (jak wynika z książki Nesy Carey) jest taką zagadką, jak kiedyś DNA. Nie do końca wiemy, jak działa. Częściowo przez metylację DNA, częściowo przez inne, niedawno odkryte molekuły ncRNA, miRNA i siRNA, częściowo przez modyfikacje histonu (który za moich czasów uważano za zwykły stelaż, na który nawinięta jest helisa DNA - a dziś już wiemy, że ten stelaż majtając się fte oraz wefte może jedne geny przykrywać, inne uwypuklać).

Co jest najważniejsze - i najciekawsze - nabyte zmiany epigenetyczne przenoszone są na następne pokolenia. Tak, proszę państwa, ja też zbierałem szczękę z podłogi. Lamarck jednak miał trochę racji.

To o tyle fascynujące, że wygląda na to, że epigenetycznie są zapisane te cechy, które stanowią o naszym charakterze osobistym. Że jeden się łatwo wkurza i trudno uspokaja, a drugi odwrotnie.

Że jeden się przeżera, a drugi ma skłonność do uzależnień. Że jeden chce się bić przy każdej okazji, a drugi macha ręką, że to nie jest tego warte.

Otóż: wiadomo na pewno, że w populacji Holendrów, którzy doświadczyli wielkiego głodu na przełomie 1944 i 1945, wywołało to epigenetyczne zmiany, obserwowane statystycznie nawet w następnym pokoleniu. Holendrzy to wdzięczny temat do badań, bo i przedtem i potem mieli dobry dostęp do żywności, więc wszystkie zmiany można przypisać tej jednej strasznej zimie.

Polacy takich strasznych zim (i wiosen, i lat, i jesieni...) mieli mnóstwo między 1939 a 1956. Gorzej to więc u nas zbadać i wykazać, ale to nie znaczy, że u nas to nie zasiało spustoszeń.
Wśród takich statystycznie mierzalnych skutków ubocznych w holenderskiej populacji jest między innymi podatność na uzależnienia i zachorowalność na choroby psychiczne. A u nas?

Można zaryzykować tezę, że do dzisiaj odczuwamy skutki zbrodniczego szaleństwa Hitlera i Stalina. Moje pokolenie jest pełne zmetylowanych cytozyn i wymiętolonych histonów, które odziedziczyliśmy po naszych rodzicach, pokoleniu marca 1968.

Jedyna nadzieja, że pokolenie naszych dzieci będzie wreszcie normalne. Czego sobie i państwu życzę na nowy rok (i następne)...

piątek, 23 grudnia 2016
Rebelia w ponurym nastroju

Tak naprawdę, to ta notka miała być przedwczoraj, ale polityka sprawiła, że musiałem Skomentować Na Bieżąco. Zresztą ta też będzie polityczna, bo teraz wszystko jest polityczne (niestety zresztą).

Nie mogę jednak nie dosypać swoich trzech groszy do nowych „Gwiezdnych wojen”. To chyba najbardziej kontrowersyjny odcinek w dziejach, reakcje rozrzucone są od zachwytu po potępienie.

Misiępodobało. Nawet bardzo podobało. Kto wie, czy nie uznam tego w końcu za najlepszy odcinek całej sagi!

Jestem już tak stary, że zdarzało mi się parę razy uczestniczyć w flejmach/adwokacjach „Star Wars” vs „Star Trek”. Opowiadałem się po stronie „Gwiezdnych wojen” argumentując, że od samego początku ta saga porusza najważniejsze pytania o demokrację i jej kryzys(y), podczas gdy polityka w „Star Treku” jest zazwyczaj infantylnie optymistyczna.

Nie dla każdego to kryterium jest ważne. Dla mnie tak, co z kolei uzasadniam tym, że jeśli za złej władzy dojdzie do odkrycia dilithium, to też będzie złe.

„Rogue One” - nie będę używał polskiego tytułu, mam wrażenie, że wymyślono go tylko żeby pasował długością do makiety - to doskonały portret złej władzy. Dyrektor Orson Krennic to najbardziej dla mnie przekonujący villain z wszystkich dotychczasowych w całej sadze.

Jeśli mieliście kiedyś, tak jak ja, fazę na czytanie książek typu „Eichmann w Jerozolimie”, doskonale zna Krennika. To nie jest takie zimne, skoncentrowane zło, jak Heinrich Himmler, to po prostu człowiek doskonale dostosowujący się do warunków.

Prywatnie zapewne jest bardzo sympatyczny. Wygląda na to, że kiedyś łączyła go przyjaźń z Galenem Erso. Pewnie odwiedzili razem niejeden bar na Coruscant, bo Krennic to bodajże pierwsza od czasów Hana Solo w tej sadze postać robiąca wrażenie fajnego kompana na wieczorną popijawę.

Gdyby Republika trwała dalej, Krennic piąłby się powoli po szczeblach kariery w korpusie inżynieryjnym. W upadku Republiki zobaczył szansę na przyśpieszenie tej wspinaczki.

Twórcy „Rogue One” myśleli oczywiście o współczesnych widzach przerażonych Trumpem i Brexitem. Ale ten film doskonale pasuje też jako komentarz do polskich wydarzeń.

Że establishment galaktycznej republiki był skorumpowany i nieudolny, to wiemy od ho ho, właściwie od Epizodu Pierwszego. Można zrozumieć pragnienie prostego Gunganina, żeby wreszcie ktoś to wszystko wziął za skrzela i wprowadził dobrą zmianę.

Krennic pokazuje, jak wygląda dalszy krok. Niekoniecznie tak, że wylezie nam zza kadru dyszące archetypalne zło i zacznie coś marudzić metalicznym głosem.

Na początek po prostu tak, że ludzi przestaje się już zachęcać do pracy i współpracy bodźcami pozytywnymi („dołącz do nas, mamy ciastka”), a zaczyna negatywnymi („dołącz do nas, bo wymordujemy ci rodzinę”). W jakimś momencie dyrektor Krennic przestał już motywować swoich inżynierów premiami i perksami, a zaczął blasterem.

To jest oczywiście droga, z której nie ma odwrotu. I to jest jednocześnie zalążek przyszłego upadku.

„Rogue One” pokazuje nam jednak galaktyczną dobrą zmianę w fazie wznoszącej. Kanclerz Palpatine jeszcze ciągle ma wysokie notowania. Nikt nie tęskni za Jedi i ich dziwacznymi przesądami.

Buntownicy są nieliczni i mają kryzys morale. Stopniowo się wykruszają, bo widzą, że Imperium jest nie do zatrzymania.

Ich liderzy są równie mało porywający, jak Schetyna czy Kijowski. Ci fajni liderzy, których kojarzymy z poprzedniej części sagi, dopiero się wyłonią - na razie na czele rebelii stoją skompromitowane postacie poprzedniego establishmentu.

I znów: twórcy zapewne myśleli tutaj głównie o tych, którzy głosowali na Clinton jako na „mniejsze zło”. Wstrzelili się idealnie w nastroje weteranów ruchu #occupy, o czym świadczy sukces kasowy.

Ale gorąco polecam ten film także i w Polsce. Tylko raz jeszcze powtórzę ostrzeżenie, które zamieściłem już na fejsie: że jest wersja z dubbingiem to nie znaczy, że to jest film dla dzieci. Jest bardziej ponury od „Imperium kontratakuje”. Mi to odpowiada, ale ośmiolatek będzie płakać.

 

PS. Uprasza się o rotowanie spojlerów!

wtorek, 20 grudnia 2016
Waaadzaa

Z czasów późnego dzieciństwa pamiętam jakieś spotkanie Mieczysława Rakowskiego z publicznością, podczas którego wyjątkowo nieustępliwie odrzucał wszystkie propozycje liberalizacji PRL. Każdą interpretował jako próbę obalenia władzy.

Jacek Fedorowicz zażartował wtedy (głosem kolegi Kierownika), że gdyby ktoś zaproponował otwarcie okna na sali, Rakowski by ripostował tak samo: „ooooknooo? to znaczy, że wy chcecie waaadzyyy, bo kto ma dostęp do powietrza, ten ma waaadzę”.

Na podobnej zasadzie działa rząd PiS. Nie ma mowy o jakimkolwiek ustępstwie w czymkolwiek.

Stadniny koni? Likwidacja gimnazjów? Wyrąb puszczy? Dyscyplinarne zwalnianie za działalność związkową? Dostęp dziennikarzy do Sejmu?

W każdej z tych spraw PiS idzie na noże, nie dopuszczając do dyskusji, nie zgadzając się nawet na ustępstwa czysto robocze czy techniczne.

„Zgłaszam wniosek o otwarcie okna...” „Ty postkomunistyczny obrońco ubeków, precz z oknami, precz z komuną” - przecież Sejm już zaczął działać jak w skeczu Fedorowicza. Prezes zamknął, marionetki nie odważą się otworzyć - chyba że prezes nakaże otwarcie, to marionetki się w wyścigu porozbijają o parapet.

Czy wszystkie te konflikty były PiS-owi potrzebne? Czy rzeczywiście partia i jej prezes są tak nieomylni, że przez cały ten rok żadna ich decyzja nie wymagała najdrobniejszej poprawki?

Nie wierzę, że wyborcy PiS w to wierzą. Rozumiem ich motywację typu „500+”. Ba, nawet rozumiem motywację tych, którzy uwierzyli, że PiS sprowadzi wrak tupolewa i odkryje jakieś nowe fakty, ukrywane za poprzedniej władzy (BTW: nie sprowadzili i nie odkryli; nie sprowadzą i nie odkryją, rozumiem wstępny błąd, ale nie uporczywe trwanie w nim).

Ale nie wierzę w analogiczną determinację elektoratu PiS do niszczenia stadnin i gimnazjów. Nie wierzę też, że łyka dogmat o nieomylności prezesa. No kurna, to jednak nie papież!

Propaganda to wszystko uzasadnia mniej więcej w ten sam sposób - „że Platforma też tak robiła”. Taki wychodzi rano przekaz dnia i potem nagle ten sam komentarz wpisują wszyscy prorządowi internauci, powielają go także politycy i rządowi publicyści.

Nawet gdyby tak było, to brzmi to równie słabo, jak obrona poprzedniego reżimu w wydaniu Mieczysława F. Rakowskiego. To na tym ma polegać dobra zmiana, że nie ma zmiany?

Przeważnie to jednak nieprawda. Zwalnianie związkowców w radiu usprawiedliwiane jest, że za Platformy też zwalniano w radiu - tak jakby zmiana na wysokim stanowisku kierowniczym była równoważna dyscyplinarnemu zwolnieniu za działalność związkowa!

Wielkim błędem Platformy było dokładnie co innego. „Nie zrobiliśmy czystki”, tak HGW broniła tego, że w jej ratuszu pracowali nieuczciwi ludzie, mianowani przez Kaczyńskiego. No to szkoda, że jej nie zrobiliście, czym tu się chwalić?

Za Platformy propisowscy dziennikarze, jak Agnieszka Romaszewska czy Jan Pospieszalski, mieli się w mediach publicznych jak pączki w maśle. Dzisiaj to niemożliwe, żeby dziennikarz choćby neutralny (nie mówiąc już o jawnie opozycyjnym!) stał na czele anteny czy miał autorski program.

Niepotrzebnie Platforma tak długo (do 2009) trzymała Mariusza Kamińskiego na czele CBA. Niepotrzebnie tolerowała Andrzeja Seremeta, którego przecież wybrał i nominował Lech Kaczyński. Tusk z każdym się próbował dogadać, każdego próbował pozyskać - i to się musiało skończyć tak, że na każdym kroku kopano pod nim dołki.

Właśnie ta niezdolność PiS do jakiegokolwiek kompromisu sprawia, że fałszywe są też wysuwane czasem w „przekazach dnia” uzasadnienia typu „tak jest też w innych krajach”. Że w innych krajach też nie ma Trybunału Konstutycujnego, a w ogóle też są ograniczenia w wejściu do Sejmu.

W innych krajach nie ma też PiS. A wszystko, co ta partia robi od kiedy objęła władzę sugeruje, że PiS będzie ograniczenia dla mediów traktować tak jak stadninę koni czy Instytut Książki, jako środek promowania lojalnych i niszczenia niepokornych. Przepustki dostaną Radio Maryja, Gazeta Polska i kompatybilne.

Cała nadzieja w tym, że prezes w końcu otworzy o jeden front za dużo. Rebellions are built on hope.

piątek, 09 grudnia 2016
Czy Dania nas ocali?

Weterani bloga z pewnością znają moją słabość do książek naszpikowanych skrótami typu SACEUR, AMRAAM albo HAHO. W Londynie będąc, z radością strzeliłem więc sobie w księgarni książkę generała Shirreffa „War with Russia”, opisującą prawdopodobny przebieg konfliktu NATO/Rosja, który Shirreff umieścił w połowie 2017 roku (w książce pisanej na początku 2016).

Shireff u szczytu swojej kariery dochrapał się szczebla DSACEUR, czyli teoretycznie wie o czym pisze. Pisze jednak słabo, książka składa się w większości z dialogów przypominających kwestie Sir Basila Exposition z „Austina Powersa” - jeden bohater coś długo i rozwlekle tłumaczy drugiemu.

Te tłumaczenia też bywają chwilami wątpliwe. Pod koniec na przykład doradca ds bezpieczeństwa tłumaczy brytyjskiemu premierowi, na czym polega atak DDoS.

W jego wyjaśnieniu widać pomieszanie trzech pojęć („botnet”, „buffer overflow” i DDoS). Doradca wyobraża sobie DDoS tak, że trzeba mieć Specjalnego Robala, ten robal się błyskawicznie rozchodzi po sieci i ją paraliżuje, wywołując „buffer overflow”, od którego padają serwery.

Wygląda mi to na tekst kogoś, kto coś o tym próbował przeczytać (zapewne hasło w wikipedii) i niewiele zrozumiał, ale na użytek powieści skomponował z tego monolog. Generał nie może się znać na wszystkim, mam więc nadzieję, że lepiej się zna na desancie typu HAHO.

Książka już jest trochę nieaktualna. Shirreff pisał ją jeszcze kiedy Hillary Clinton nie miała z kim przegrać.

Ameryką w tej powieści rządzi więc pierwsza w dziejach kobieta-prezydent, Lynn Turner Dillon. Wielką Brytanią z kolei konserwatywny premier Oliver Little. Rosją zaś prezydent, do którego współpracownicy zwracają się per „Vladimir Vladimirovich”.

Scenariusz wojny wygląda mniej więcej tak. Wiosną zachodni świat jest w rozgardiaszu - w Ameryce prezydent Dillon dopiero się zaczyna instalować w Białym Domu, w Europie Zachodniej każdy gra do swojej bramki, kilka krajów (Grecja, Węgry) otwarcie deklaruje, że wolą Rosję od Unii Europejskiej.

Vladimir Vladimirovich wykorzystuje to do wznowienia ofensywy na Ukrainie. Rosjanie inicjują złamanie rozejmu po to, żeby móc ogłosić, że rozejm przestał funkcjonować.

Jednocześnie scenariusz ukraiński zaczynają odtwarzać na Łotwie. Z dnia na dzień pojawia się tam partyzancka armia RNZS („Russkich Narodov Zaschita Sila”), która cieszy się poparciem całej rosyjskiej populacji Łotwy. Swoją drogą, ciekawe, na ile to realistyczne?

Rosjanie udzielają wsparcia RNZS, początkowo nieoficjalnie. Łotwa wzywa NATO na pomoc, powołując się na artykuł piąty. NATO jest niechętne, z wyjątkiem dzielnej Danii, która bezdyskusyjnie wysyła swój niewielkim symboliczny oddział („ach, gdyby cały świat był jak Dania”, wzdycha jeden z bohaterów”).

Brytyjczycy wysyłają funkcjonariusza służb specjalnych, jednego z bohaterów, żeby zdobył niepodważalne dowody na to, że za działania wojenne na Łotwie odpowiada regularna armia rosyjska. Tymczasem Rosjanie przestają już cokolwiek ukrywać, zatapiając kilka okrętów na Bałtyku oraz masakrując żołnierzy i cywilnych lokatorów baz NATO.

Te zbrodnie przywracają jedność Zachodu, który wypracowuje genialny plan. NATO pozoruje akcję, której Rosjanie się spodziewają i są na nią przygotowani - to próba uderzenia lądowego z Polski i jednoczesnego desantu morskiego. Na to Rosjanie mają ripostę w postaci taktycznego uderzenia atomowego na Suwałki.

Nim zdążą to zrobić, NATO realizuje swój właściwy plan. Desant niewielkich sił specjalnych pojawia się w Kaliningradzie na tyłach wroga i przejmuje kontrolę nad rakietami Iskander, które zamiast w Suwałki, celują w Moskwę.

Rosja kapituluje. Vladimir Vladimirovich ginie w tajemniczym wypadku. W happy endzie Zachód zastanawia się, czy musiało zginąć tylu ludzi, żeby NATO się dozbroiło i zreformowało.

Świat wygląda dziś gorzej, niż kiedy Shirreff to pisał. W Białym Domu zasiądzie przyjaciel Putina, przyjaciel (lub przyjaciółka) wygra też wybory we Francji. W Polsce u władzy są ludzie, którzy łączą antyrosyjską retorykę (słowa nic nie kosztują) z dziwnymi powiązaniami z Rosją.

Nie wiem, czy w tej sytuacji Europa Wschodnia będzie mogła liczyć choćby na tę symboliczną jednostkę od Duńczyków?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84