Ekskursje w dyskursie
niedziela, 10 grudnia 2017
Dekaczyzacja ruszyła

Niewiele wiadomości ucieszyło mnie tak bardzo, jak dekonstrukcja rządu. Żałosna nieudolność opozycji sprawia, że w tej chwili jedynym politykiem, mogącym obalić rządy Jarosława Kaczyńskiego jest Jarosław Kaczyński.

Wygląda na to, że właśnie zaczął. Dawno nie czułem takiego Chichrenfreude podczas czytania prawicowej blogosfery. Są zrozpaczeni, zdezorientowani, sfrustrowani.

Mają teraz pod jednym względem gorzej niż my. Nie rozumieją, za jakie grzechy to na nich spadło.

My przynajmniej tyle wiemy - cierpimy, bo przegraliśmy wybory. W dużym stopniu na własną prośbę.

Od dwóch lat przeżywamy tę porażkę i przynajmniej częściowo ją przepracowaliśmy. Niektorzy nawet zaczęli wyciągać z niej jakieś wnioski.

Ale oni od dwóch lat celebrują triumf. Przerzucają się dobrymi wynikami gospodarczymi, sukcesem 500+, fenomenalnymi sondażami.

I teraz nagle upokorzono premier, którą kojarzyli z tymi osiągnięciami. Dlaczego? Za co? Po co?

Moja odpowiedź jest taka, że Kaczyński nie rozumie ludzkich uczuć. Umie nimi manipulować - nie odmawiam mu tego, to niewątpliwie pieruńsko sktuteczny polityk. Ale sam po prostu nie ma tej śrubki w mózgu, żeby odczuwać cokolwiek poza nienawiścią, zemstą i pogardą.

Co za tym idzie, Kaczyński nie rozumie uczuć swoich wyborców. Dla niego Duda i Szydło byli jednorazowym trickiem socjotechnicznym.

Kaczyński rozumiał, że nawet jego własny elektorat za nim nie przepada. To normalne w polskiej polityce, głosowałem na Komorowskiego przecież nie z sympatii.

W odróżnieniu od Komorowskiego, Kaczyński wyciągnął z tego wnioski. Zastosował klasyczny chwyt judo, „ustąpić aby zwyciężyć”, żeby pan hrabia z całym impetem wykopyrtnął się o własną dwururkę.

Tym chwytem było odejście w cień, żeby w kampanii wysunąć dwójkę figurantów, debiutujących w pierwszej lidze. Gdyby przegrali - cała wina spadnie na nich, tak jak na tego pociesznego Kandydata Technicznego Na Różne Stanowiska. A gdyby wygrali, to się będzie nimi sterować z tylnego siedzenia.

I prawie wszystko poszło zgodnie z planem, ale jedno go zaskoczyło. Jego wyborcy autentycznie polubili tych figurantów. W rankingach popularności i zaufania Szydło i Duda wypadają lepiej od weteranów polityki.

Mogę to zrozumieć. Polska polityka to z jakiegoś powodu domena ludzi aroganckich i antypatycznych (nie wiem, jak to działa - czy zaczynają normalni, a potem się schetynizują, czy raczej od początku panuje selekcja promująca brudzinoidy).

O ile sam bym nigdy na Dudę czy Szydło nie zagłosował, to mniej więcej rozumiem, co w nich widzą ich zwolennicy. Widzą swojskość i przysiadalność.

Duda jest jak ten kumpel ze studiów, który nie był największym bystrzakiem na roku, ale go lubiłeś. Zawsze potrafił rozluźnić atmosferę, zawsze miał gdzieś skitrane pół litra.

Więc teraz się nawet ucieszysz, jak go spotkasz na ulicy. „Cześć Andrzej, co u ciebie?” „A no słuchaj, taka patatajnia, że prezydentem mnie zrobili. Uwierzyłbyś? MNIE? Wpadnij kiedyś, pojeździmy sobie limuzyną na kogucie. To lepsza inba niż wtedy, co sp...laliśmy przez balkon, pamiętasz”?

A Szydło jest jak ta ciocia Becia, co to nawet lubisz do niej jeździć w gości, bo karkówkę robi taką, że palce lizać. I dla wegetarian coś naszykuje: a to kurczaczka, a to cielęcinkę.

Są po prostu sympatyczni na pierwszy rzut oka. Niby nic - a o kim z opozycji można to powiedzieć? Dlatego rosną im słupki poparcia i zaufania.

Kaczyński, jak wiadomo, nie toleruje w swoim otoczeniu rywali. Nawet czysto potencjalnych (a może: zwłaszcza takich).

Dudzie aż do wyborów nic nie może zrobić, więc na razie wyżył swoją złość na Szydło. Gdyby chodziło tylko o rekonstrukcję rządu, zrobiliby to szybko i bez dyskusji. Ale Kaczyński chciał ją dodatkowo przeczołgać.

I co dalej? Na razie nic. Zwolennicy PiS nie przerzucą przecież swoich preferencji na opozycję. Ale Morawieckiego już nie polubią, oj nie polubią.

Drodzy pisowcy, czy wy wiecie, jakie to uczucie, chodzić na opozycyjne demonstracje i słuchać przemówień tzw. liderów opozycji? I się zastanawiać, „co mnie właściwie łączy z tymi ludźmi”?

Jeszcze nie wiecie, ale zaraz się dowiecie, na najbliższym spontanicznym wiecu poparcia dla Grupy Santander. To jest, przepraszam, ekipy Morawieckiego. Chłe chłe chłe!

poniedziałek, 04 grudnia 2017
Komunizm i (socjal)demokracja

Portal strajk.eu podjął dziwną próbę rehabilitacji słowa „komunizm”. To ma tyle samo sensu, co rehabilitacja starohinduskiego symbolu szczęścia - dwudziestowieczne totalitaryzmy na zawsze zmieniły znaczenia pewnych słów i symboli, proponuję się z tym pogodzić.

Słowa zmieniają znaczenie. Słowo „kobieta” kiedyś oznaczało „osobę zajmującą się chlewem” („kob”). Bielizna kiedyś z definicji nie mogła być czarna: i tak dalej.

Wiara w „prawdziwe”, platoniczne znaczenia pojęć takich, jak „komunizm”, „socjaldemokracja”, „liberalizm” czy „chadecja”, jest naiwna. W różnych krajach i epokach znaczyły co innego.

Polscy bieda-liberałowie często twierdzą, że w Ameryce nie ma „prawdziwego” liberalizmu, bo ten prawdziwy, to tylko Balcerowicz i Korwin-Mikke. To zabawne, gdy ktoś, kto z Adama Smitha zna tylko fejkowy cytat o „niewidzialnej ręce rynku”, poucza Amerykanów, z ich ponaddwustuletnią tradycją liberalizmu. To jakby uczyć Włochów robić pizzę.

W Europie oddzielenie lewicy od liberalizmu to skutek Wiosny Ludów. Do 1848 podział był prosty, na siły postępu i rewolucji oraz reakcji i kontrrewolucji.

Te pierwsze były zbiorowiskiem obejmującym i polskich powstańców listopadowych (oraz Adama Mickiewicza, uważającego siebie wówczas za socjalistę), i proto-anarchistów, i proto-nacjonalistów i w ogóle proto-wszystkich.

Te drugie były lepiej zdefiniowane. To zwolennicy europejskiego ładu ustalonego na Kongresie Wiedeńskim. Stąd „papież, car i Metternich” w „Manifeście komunistycznym” Marksa i Engelsa.

Pisali go dla efemerycznej partii, która miała ten komunizm w nazwie (do 1847 nazywała się „Ligą sprawiedliwych”). Równie dobrze można go było wtedy zatytułować „manifestem republikańskim”. Widmo krążące wówczas po Europie było po prostu widmem irredenty przeciwko absolutyzmowi.

Irredenta nadeszła po kilku miesiącach. Mieszkańcy Europy Zachodniej boleśnie się przekonali, że niepodległość i republika nie rozwiązują wszystkich problemów społecznych. Wiosna Ludów rozbiła obóz postępu na lewicę i republikanizm.

Gdzie jej nie było, tam nie było tego podziału. Dlatego np. w USA Horace Greeley mógł być założycielem partii republikańskiej (tak, tej właśnie!), kandydować z poparciem partii demokratycznej i zostać klasykiem amerykańskiego socjalizmu i liberalizmu jednocześnie.

Podobnie było w zaborze rosyjskim. Czerwoni w powstaniu styczniowym byli amalgamatem proto-socjalistów i proto-republikanów. Bolesław Limanowski, współzałożyciel PPS, symbolizuje ciągłość polskiej tradycji niepodległościowej i socjalistycznej.

Światowa lewica po klęsce 1848 była rozbita i skłócona. W Niemczech zwolennicy Marksa zaczęli nazywać siebie socjaldemokratami, głownie dlatego, że słowo „socjaliści” kojarzyło się bardziej ze zwolennikami Lassalle’a.

Słowa „komuniści” unikali z kolei dlatego, że kojarzyło się ze zwolennikami Bakunina. Właściwych proto-komunistów nazywano wtedy babuwistami lub blankistami.

Niemiecka nomenklatura była główną przyczyną, dla której zwolennicy Marksa w zaborze rosyjskim nazywali siebie „Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy”, a w Rosji właściwej - Socjaldemokratyczną Partią Rosji.

Kiedy Lenin dokonał rozłamu w rosyjskiej partii socjaldemokratycznej, jego doktryna była miksturą marksizmu i blankizmu. Wytknęła mu to choćby Róża Luksemburg.

Bolszewicy byli mistrzami propagandy, o czym świadczy choćby to, że będąc mniejszością w partii socjaldemokratycznej - wylansowali nazwę sugerującą, że są większością (!). Mieli po prostu lepsze pióra od ortodoksyjnie marksistowskiej konkurencji (można ich nazwać „frakcją felietonistów”).

W 1917 sięgnęli po nazwę „komuniści”, żeby się odróżniać od socjaldemokratów (mienszewików), socjalistów (eserów) i anarchistów. Ta nazwa sugerowała, że leniniści nawiązują do „prawdziwego” marksizmu (tego z „manifestu”), choć więcej ich łączyło z Louisem Blanqui, który głosił że rewolucji może dokonać tylko grupa spiskowców-terrorystów (Marks postulował zakładanie masowych, demokratycznych organizacji).

Terror w leninizmie nie był „błędem i wypaczeniem”. Był istotą doktryny. Leninizm bez terroru to jak pizza bez sera.

Jeśli więc ktoś dzisiaj przyznaje się do komunizmu w sensie leninowskim, to osobiście chciałbym mieć z nim możliwie jak najmniej do czynienia. A jeśli nawiązuje do jakiegoś znaczenia z XIX czy wręcz XVIII stulecia, no to superzasto, ale może od razu niech „przywróci” też pojęcia takie, jak flogiston, eter czy cieplik.

Niech mu przyświeca starohinduski symbol szczęścia.

niedziela, 03 grudnia 2017
Technokraci i populiści

Gdy myślę o dzisiejszej polityce, dostaję trzęsiączki wzdłużnej, więc zamiast tego pociągnę wątek zasygnalizowany jakiś czas temu w komentarzach. O dwojgu polityków, którzy przeszli do historii ze względu na swój spór - a ja mam taki problem, że kibicuję obojgu.

To Robert Moses i Jane Jacobs, potężny technokrata i miejska aktywistka. W latach 60. stoczyli walkę o serce Nowego Jorku.

Jacobs postawiła na swoim: Robert Moses nie dokończył wielkiego planu oplecenia Nowego Jorku przelotówkami. Nie powstała autostrada przecinająca Dolny Manhattan.

Na mapie aż się prosi o pociągnięcie kreski między tunelem Hollanda a Mostem Williamsburskim. Brak tej kreski powoduje permamentny stojący korek w tym rejonie.

Z kolei pociągnięcie tej kreski zniszczyłoby klimat ikonicznych dzielnic Manhatanu jak SoHo, Village, Chelsea, Little Italy, Chinatown czy Bowery. Zniknęłoby miasto, które kojarzymy z wczesnych komedii Woody Allena, filmów Scorsese czy piosenek Cohena i Simona & Garfunkela.

Nie byłoby klubu CBGB, „The Factory” Warhola, Stonewall i YMCA z piosenki Village People. Częściowo zresztą o to chodziło, bo były to wtedy zaniedbane rudery, które miano wyburzać zgodnie z powojenną doktryną „urban renewal”.

W tej doktrynie za ideał krajobrazu miejskiego uważano przestronne place, parki, centra handlowe, arterie i wieżowce. Dziewiętnastowieczne przeżytki, w rodzaju kamienic ze sklepikami na parterze, piwnicznych klubów czy dworców kolejowych, raczej wyburzano niż modernizowano.

Jak wiadomo, ponieważ Stalin z jakiegoś powodu uważał Amerykę za wzorzec przyszłości, miasta Europy wschodniej po wojnie odbudowywano więc w duchu lokalnego wariantu „urban renewal”. A ponieważ dopiero teraz mamy środki na realizację planów sprzed 50 lat, to często - świadomie lub nie - odtwarzamy dziś w naszych miastach wizje z lat 30.

I teraz: nie jestem tak do końca przeciw. Nie idealizuję kamienic z podwórzem-studnią. Jestem dość stary, żeby pamiętać, jakie to było parszywe, zanim nie nabrało gentryfikacyjnego uroku.

Robert Moses mnie fascynuje, bo był politykiem, który potrafił załatwiać sprawę od początku do końca. Przez 30-40 lat swojej wszechwładzy zmienił Nowy Jork nie do poznania.

Mieszkaniec aglomeracji codziennie styka się z jakąś inwestycją infrastrukturalną Mosesa. Przekracza rzekę „jego” mostem, podróżuje „jego” autostradą, ogląda mecz na „jego” stadionie.

Zrobiłem sobie kiedyś samochodową wycieczkę po jednej z „jego” inwestycji - Jones Beach. W latach 20. miasto osuszyło oceaniczne bagnisko (co z dzisiejszego punktu widzenia było zbrodnią ekologiczną), tworząc długą, sztuczną piaszczystą plażę.

To prezent od miasta dla obywateli. Każdy może skorzystać, prawie za darmo - dojeżdżając na plażę specjalnie wybudowanymi w tym celu proto-autostradami (tzw. parkways).

Musi to zrobić samochodem. Moses nienawidził zbiorkomu, celowo zaprojektował wszystko tak, żeby autobusy się nie mieściły.

Oczywiście, w samej formule „prezent miasta dla mieszkańców” zawarte jest zło technokratyzmu. „Miasto” jawi się w niej jako własność elit, które mieszkańców nie zamierzają pytać o zdanie (przypuszczam, że mieszkańcom Nowego Jorku bardziej by się przydała np. rozbudowa Long Island Rail Road).

Jane Jacobs zmobilizowała do walki z Mosesem swoich sąsiadów. Nigdy nie stała na czele jakiejś siły politycznej - zaraz po wygranej walce wyemigrowała do Kanady.

Moses symbolizował politykę typu „elity obywatelom”. Jacobs - „sąsiedzi sąsiadom”. Czuję miętę do obu modeli.

Model „oddolny” podoba mi się z powodów ogólnoideowych, ale sąsiedzi sąsiadom mogą najwyżej pomóc uporządkować skwerek. Wielkie cywilizacyjne projekty XX wieku: program Apollo, autostrady, powszechna opieka zdrowotna, Unia Europejska itd., po prostu nie mogłyby powstać oddolnie i organicznie.

Fascynują mnie więc politycy tacy, jak Eisenhower, Kennedy, Erlander, Kekkonnen, Adenauer czy De Gaulle, którzy potrafili takie wizje wprowadzić w życie. Z drugiej strony, fascynują mnie też przypadki „buntu gospodyń domowych”.

Największą słabością dzisiejszej demokracji (nie tylko w Polsce) jest to, że łączą wady OBU modeli. Nie mamy dziś polityków z wizją. Kto z tych szarych biurokratów w Brukseli i Strasburgu mógłby się porównywać do Adenauera czy De Gaulle’a?

Współczesny populizm też nie jest oddolny i organiczny. Kaczyński, Kukiz, Trump, Farage czy Orban nie działają na zasadzie „mobilizowania sąsiadów”. Mieszkają w odizolowanych rezydencjach, nie mieszają się z plebsem.

Niechaj więc wróci jakikolwiek model dwudziestowiecznej demokracji. Albo Moses, albo Jacobs. A najlepiej - oboje...

środa, 22 listopada 2017
Zabić wszystkie normiki

Panie, panowie i osoby niebinarne - niniejszym ogłaszam kolejną lekturę obowiązkową w ekskursyjnym klubie książki. To „Kill All Normies” Angeli Nagle.

To analiza Gamergate, narodzin alt-right, wzlotu i upadku ruchu Anonimowych. Nagle wyjaśnia, jak to się stało, że żaba Pepe i goryl Harambe stały się maskotkami neonazistów. I tego, jak amerykańska prawica logicznie łączy rygoryzm obyczajowy z poparciem dla polityków molestujących nieletnie..

Angela Nagle śledziła za nas najparszywsze pokłady internetu: fora na reddicie, 4chan i 8chan. To, co się tam dzieje, docierało do mnie zawsze za pośrednictwem znajomych takich, jak pewien szczeciński prozaik czy pewien śląski tłumacz, bo mam alergię na niemoderowany internet (wiadomo!).

Wystarczały pojedyncze zabawne obrazki, które stamtąd wyciągali nasi znajomi. Lolkotki i demotki, to wszystko przyszło stamtąd.

Dawno nic nie wyciągali, bo i ich to zaczęło brzydzić. Punktem granicznym było gamergate, afera tak absurdalna, że streszczanie jej normalnym ludziom do dziś budzi wielkie oczy.

Kto ma ochotę - proszę, o to Michał R. Wiśniewski raportuje prosto z frontu, bo jeszcze w 2014. W streszczeniu streszczenia, forumowi gracze oburzeni tym, że feministki ośmielają się zauważać seksistowskie stereotypy w grach wideo, ruszyli z pochodniami w antykobiecej krucjacie.

Nie - antyfeministycznej. Antykobiecej właśnie. Niemoderowany internet jest pełen forów dla mężczyzn, którzy fantazjują o mszczeniu się na kobietach za to, że ich nie chciały.

Te fantazje prowadzą do prawdziwych aktów przemocy, takich z prawdziwymi trupami. W 2014 22-letni Elliot Rodger, nakręcony przez podobnych sobie frustratów, ogłosił wojnę przeciw kobietom („War on Women”) i ruszył zabijać przypadkowe ofiary w żeńskim akademiku w Santa Barbara.

Nie udało mu się do niego dostać, więc skończył atakując głównie mężczyzn. Zabił sześć osób, ranił kilkanaście, po czym popełnił samobójstwo uciekając przed policją. Zostawił po sobie manifest antykobiecy, opublikowany - a gdzież by indziej? - na YouTube.

Rodger to skrajny przykład zinstytucjonalizowanego mizogynizmu, który w internecie funkcjonuje pod zbiorczym hasłem MGTOW: „mężczyźni idący własną drogą”. Zwolennicy MGOTW wyznają albo całkowite wyzbycie się kobiet, albo traktowanie ich instrumentalnie, np. w postaci quasi-religijnej wiary w przepisy typu „jak poderwać dowolną”.

Nagle opisuje tych mężczyzn jako ofiary rewolucji obyczajowej lat 60. Chcieliby uprawiać seks z takimi kobietami wyzwolonymi, jakie znają z pornografii: zawsze gotowymi, zawsze umalowanymi, wiecznie młodymi.

Ale z drugiej strony, nie chcą, żeby te same kobiety były „wyzwolone” w sensie feministycznym. Chcą, żeby były potulnymi kurami domowymi, jak sprzed rewolucji lat 60.

To rozdarcie prowadzi ich w skrajnej sytuacji do antykobiecej przemocy (jak Elliota Rodgera), a w bardziej umiarkowanej do uwielbienia postaci takich jak Trump. Który jednocześnie obiecuje cofnięcie zegara obyczajowego (i przywrócenie kobiecej podległości), ale z drugiej przechwala się, jak to dzięki swojej pozycji może bezkarnie złapać dowolną kobietę za krocze.

Podobne rozdarcie Nagle widzi po lewej stronie sporu, której bastionem stał się z kolei serwis Tumblr. Słuszne skądinąd hasło ochrony mniejszości przed dyskryminacją wyeskalowało tam do tworzenia sztucznych mniejszości (np. orientacji seksualnych w rodzaju „expecgender” - „gender zmieniający się w zależności od otoczenia”) i hejtowania większości tylko za to, że nią jest.

Obiektem zgodnej nienawiści redditowej prawicy i tumblerowej lewicy są według Nagle tytułowe „normiki” - czyli ludzie, którzy prowadzą właśnie takie mniej więcej życie, jak sprzed obyczajowej rewolucji. Rodzina, praca, dom na kredyt, dzieci, dwa psy i kot.

Rzecz jasna, w dzisiejszych czasach takie życie jest coraz bardziej niedostępne. „Normiki” budzą zawiść, a więc i nienawiść, internetowej prawicy i lewicy.

Słabość książki Nagle widzę w budowaniu na siłę symetrii. Przemoc związana z MGOTW przynosi konkretne ofiary, nawet śmiertelne.

Gdy zaś Nagle opisuje aberracje internetowej lewicy, pokazuje najwyżej na upierdliwy trolling. Nie ma (na szczęście) lewicowych odpowiedników Elliota Rodgera.

Z tym zastrzeżeniem jednak książkę polecam. Bez zrozumienia tych internetowych fenomenów nie zrozumiemy dzisiejszej polityki. A lepiej je rozumieć czytając książkę, niż samemu siedząc w tych miejscach (brrrr).

poniedziałek, 30 października 2017
Jaki dresiarz

W języku, jakim mówimy o polskich podziałach społecznych („beneficjenci transformacji” kontra „ci którym nie wyszło”, „klasa ludowa” kontra „fajnopolacy”), ciągle nieobecna jest klasa średnia. Widać to choćby w mikroflejmie „prosty blokers Patryk Jaki kontra elity z portalu gazeta.pl”.

Jak wiecie, pisanie o klasie średniej to dla mnie coś w rodzaju hobby. Uważam, że wielkie polityczne fakapy ostatnich czasów, jak wzlot i upadek pierwszego PiS (2005-2007) oraz samozaoranie PO (2015), biorą się generalnie z tego, że polityczne elity tej klasy nie rozumieją.

Nie rozumieją przede wszystkim jej podziału na segmenty. Czyli, przypominam, niższą średnią (LMC), średnią średnią (MMC) i wyższą średnią (UMC).

Niższa średnia to bohaterowie książki Fejfera. Udało im się zaistnieć w świecie nowoczesnych biurowców, centrów handlowych, inkubatorów technologicznych i wybudowanych za unijny hajs nowych campusów uczelnianych, ale mają po dwa sto na rękę i brak perspektyw na stabilizację.

MMC to kolesie tacy jak ja. Zdanżamy, ale nie wylądujemy na okładce magazynu „Sukces”. Jak dziennikarz - to drugorzędny, jak aktor - to halabardzista, jak prawnik - to raczej taki na etacie (albo na samozatrudnieniu).

UMC to celebryci, gwiazdy, wyższa kadra zarządzająca. Jak dziennikarz - to celebryta, jak aktor - to pierwszoplanowy, jak prawnik - to współwłaściciel prestiżowej kancelarii.

I gdzieś tam nad tym wszystkim szybuje prawdziwa klasa wyższa. Ludzie tak bogaci, że mogliby do końca życia nie pracować.

Nie da się tego wszystkiego opisać majątkowo czy zarobkowo, bo tu jest wiele paradoksów. Na placu budowy wykwalifikowany cieśla może zarabiać więcej od młodego inżyniera - ale za 10 lat ten inżynier awansuje, a ten cieśla będzie po prostu starszy o 10 lat.

Przechodząc do konkretów: uważam, że samozaoranie Komorowskiego i Platformy było spowodowane postrzeganiem całej klasy średniej tak, jakby była „elitą”. Orłem z czekolady mieliśmy świętować radość z naszego sukcesu.

Tymczasem LMC nie ma czego świętować, bo dwa sto na rękę to żaden sukces. MMC ma oczywiście lepiej, ale żeby nadal zdanżać, musimy kombinować jak koń pod górkę (np. dywersyfikując przychody, jak Jors Truli).

Dlatego LMC/MMC drażniły pomysły „świętowania sukcesu”. I dlatego nie chcemy bronić HGW - bo bezhołowie na warszawskim rynku nieruchomości od dawna było bonanzą dla kilku osób z UMC i klasy wyższej, ale dla nas to był poważny problem.

Ale takim samym nieporozumieniem jest „blokers Jaki prześladowany przez elity”. Człowiek, który układa tytuły w portalu gazeta.pl, ma prawdopodobnie sytuację społeczno-zawodową zbliżoną do bohaterki Fejfera (skądinąd również współpracowniczki tego portalu). To LMC, nie żadna elita.

Warszawskie blokowiska są popularne wśród klasy średniej, bo metro, bo szkoła, bo blisko. Kredyty w frankach często brano właśnie na M-4 na Ursynowie.

Konflikt „lud kontra elity” pomija klasę średnią, a to jej głosami wygrywa się w Warszawie. Budując obraz Patryka Jakiego jako dresiarza, PiS nie ułatwia mu zadania, bo dresiarzy nikt nie lubi, nawet (a właściwie - zwłaszcza) ich sąsiedzi z blokowiska.

Kaczyński nie rozumie klasy średniej tak samo jak Hanna Gronkiewicz-Waltz. Oboje żyją w elitarnym bąbelku posiadaczy wielkich nieruchomości, ta na Noakowskiego, ten na Srebrnej.
Przeciętny spłacacz kredytu, przeciętny kierowca stojący w korku, przeciętny korpoludek biegnący z kubkiem kawy na brifing w sprawie kejpiajów, spoglądają na nich z taką samą nieufnością. Co oni wiedzą o naszych problemach?

Dresiarz, który wskoczył do wielkiej polityki - to też nie brzmi dobrze w tym mieście. Rząd dusz lemingów pozostaje więc nadal do wzięcia.

To dobra wiadomość i dla kandydata Platformy, bo wystarczy mu teraz tego nie spieprzyć (w przypadku PO to dalekie od oczywistości!) i dla kandydata lewicy. Nie twierdzę oczywiście, że takowy wygra, ale może namieszać w pierwszej turze.

W moim bąbelku wiele osób z MMC przestawia się ostatnio na Razem i to są ludzie, ktorych bym w życiu o to nie podejrzewał. Kiedyś głosowali na centroprawicę, kiedyś sam się z nimi kłóciłem o te wszytkie „niewidzialne ręce rynku”.

Wobec klerykalizmu i proelitaryzmu Platformy, to Razem jest teraz dla nich mniejszym złem. Tak jak kiedyś dla mnie Platforma...

sobota, 14 października 2017
Opozycjo, terrain ahead!

Jest takie amerykańskie powiedzonko, „gdy tkwisz po szyję w błocie - przestań kopać”. Radziłbym je przemyśleć opozycyjnym mediom i politykom, w kontekście kolejnego katastrofalnego dla nich sondażu.

PiS swoją potęgę zbudował na kilku przekazach prostych jak tekst Zenka Martyniuka. Że opozycja nie umie znaleźć swojego kontrprzekazu, to jedno - ale że jeszcze PiSowi pomaga, śpiewając mu w jego chórku, to drugie.

Refren tej piosenki brzmi: „PiS reprezentuje szarego obywatela, a opozycja to głos elit oderwanych od koryta”. Opozycja nie tylko od dwóch lat nie umie się temu przeciwstawić, ale jeszcze akompaniuje PiSowi, „oh yeah, kwik kwik, oderwali nas od koryta”.

Przecież to jest takie proste, takie oczywiste. Czy jeśli opozycyjna gazeta zrobi kolejny wywiad ze Znanym Aktorem, Popularnym Prezenterem czy Profesorem Z Wyfiokowną Fryzurką I Raybanami, to konkurs bez nagród, PiSowi od tego słupki (a) wzrosną, (b) spadną?

Takie wywiady mamy co tydzień. Pewien tygodnik wpadł już w rutynę, regularnie ma okładkę typu „celebryta z bojową miną”, z nagłówkiem „PIPSZTYCKI OSTRO O DOBREJ ZMIANIE”.

A słupki? Jak rosną, tak rosły.

Społeczeństwo nie lubi elit. Dlaczego tak jest, to temat na osobną rozmowę, na razie zastanówmy się, co z tego w praktyce wynika.

Otóż wynika z tego rozpaczliwa nieskuteczność, a nawet antyskuteczność, argumentacji typu „autorytety są po naszej stronie”. Gdy po naszej stronie Giertych, Kuźniar i Hołdys, to kto przeciw nam?

Otóż, wszyscy. A przynajmniej - większość.

Nie zapominajmy, że sekretem sukcesu serwisów takich jak pudelek.pl jest zrozumienie tego, że fenomen celebrytozy to nie jest „znani i lubiani”: to „znani i znienawidzeni”. Nic się tak nie klika, jak informacja o nieszczęściu, które spotkało celebrytę (vide „wypadek Najsztuba”).

Drogie opozycyjne media, błagam was. Jak znowu ktoś na kolegium zaproponuje, żeby zrobić polityczny wywiad ze znanym człowikiem, zakrzyczcie go, to obiektywny agent Kaczora (choć może mu się wydawać, że jest przeciw PiS).

Kiedyś, kiedy oni dopiero rozkręcali swoje tygodnika, sam się z nich chichrałem, że tam nie ma nic do czytania, wszystko tylko o winach Tuska. Kraj: „źle się dzieje, wina Tuska”. Świat: „pozycja Polski słabnie, wina Tuska”. Kultura: „w teatrach nic ciekawego, wina Tuska”.

Czytelnik, który tak po prostu chciał sobie poczytać coś apolitycznego, i tak lądował u nas, w mediach liberalnych. Kilka lat i parę zwolnień zbiorowych później, zrobiło się odwrotnie.

Media opozycyjne dziś wyglądają tak, że jak kultura, to rozmowa z aktorem o Kaczyńskim. Jak świat, to rozmowa z byłym ambasadorem o Kaczyńskim. Gospodarka: wywiad z biznesmenem o Kaczyńskim. Do czytania/oglądania/słuchania -coraz mniej.

To uwaga także do polityków. Bardzo dokładnie wiem, co Petru i Schetyna myślą o Kaczyńskim. Co tak poza tym mają do zaproponowania, to już w najwyższym stopniu niejasne.

I to już będzie mój ostatni punkt. Przekaz PiS był prosty, ale konkretny.

„500 złotych na każde dziecko” - to konkret. To przemawia do wyobraźni. „Kupimy z tego to i tamto”, myśli wyborca - i głosuje.

I nawet jeśli potem się okazało, że jednak nie na każde, to i tak PiS ma dostatecznie dużo zadowolonych wyborców, żeby gafy i potknięcia uchodziły mu na sucho. Opozycja musi znaleźć swój odpowiednik „500+”, czyli obietnicę, która będzie konkretna, namacalna, niczym niegdysiejsze prognozy kursu franka szwajcarskiego w wykonaniu wybitnego bankowego ekonomisty, Ryszarda Petru („nie przekroczy 4 zł!”).

Ministra Mucha wystartowała w nieustającym castingu na lidera opozycji z manifestem, który jest tyleż uroczy, co znów - niekonkretny. Po wyborach nawet nie udałoby się jednoznacznie rozstrzygnąć, czy Platforma spełniła te obietnice czy nie (zakładając, że manifest stanie się jej oficjalnym programem).

Droga opozycjo, to już ostatnia porada: deklaracja „z nami będzie lepiej” to za mało. Musicie znaleźć swój odpowiednik 500+.

Każdy wie, czy dostał 500 złotych, czy nie. I każdy wie, na co by to wydał (z wyjątkiem oczywiście elit - pisowskich i niepisowskich; ale to nie elity wygrywają wybory).

Opozycjo: musisz sobie znaleźć coś w ten deseń. Inaczej te sondaże utrzymają się do wyborów.

poniedziałek, 09 października 2017
Propaganda sukcesu

Niniejszym ogłaszam, że nowe książki Wosia („To nie jest kraj dla pracowników”) i Fejfera („Zawód”) są na tym blogu de rigueur. Wypada znać przynajmniej podstawowe tezy, mile widziana lektura całości.

Obie traktują o asymetrii w relacjach pracy z kapitałem. Dopełniają się, bo Wosia jest o ogólnych procesach, a Fejfera o ludziach, których te procesy dotknęły.

Czyli gatunkowo: Woś to publicystyka, Fejfer to reportaż. Notkę skupię na książce Fejfera - nie żeby Wosiowi czegoś brakowało (poświęciłem mu zresztą jeden z Piąteczków!), po prostu prywatnie uważam reportaż za Króla Form Dziennikarskich.

Na Fejfera zwróciłem uwagę jeszcze gdy nie wiedziałem, jak się nazywa. Byłem jednym z wczesnych fanów jego „Magazynu Porażka” - fejsbukowej parodii czasopism o sukcesie.

„Magazyn Porażka” serwował fikcyjne opowieści o ludziach porażki, trafnie parodiujące bełkot historii o ludziach sukcesu. „Rzucili pracę w korpo, żeby hodować topinambur i podróżować dookoła świata z małym dzieckiem”.

„Magazyn Porażka” dopowiadał dalszy ciąg tych historii, nasuwający się każdemu inteligentnemu człowikowi. „Topinambur zgnił, dziecko się pochorowało, rozwiedli się, ona wróciła z dzieckiem do mamy, a on poszedł w dragi, ostatnio widziano go w areszcie w Montevideo”.

„Zawód” Fejfera to właściwie to samo, ale na serio. To dziesięć reportaży o ludziach porażki.

Jak wiadomo, w polskich redakcjach nie ma instytucji „fact checkingu”. W stopce tej książki nie ma nawet redaktora.

Niektóre opowieści łatwo zweryfikować, na przykład historię współpracującej m.in. z serwisem gazeta.pl „dziennikarki Dominiki”. Niektóre, jak opowieść o Ance, która została prostytutką, mogą być zmyślone i nigdy się tego nie dowiemy. Jak z tą całą Polską Szkołą Reportażu - si non e' vero...

Nawet w wymarzonej socjaldemokratycznej Polsce, z premierem Zandbergiem i prezydentką Zawiszą, ludziom zdarzać się będą porażki. Bo choroba, bo rozwód, bo ciąża, bo Samo Życie.

Część bohaterów Fejfera wygląda na skazanych na reprodukcję porażek swoich rodziców. Najciekawsze są historie takich, jak Maria - bohaterka reportażu „Studencki Nobel” - która jako dwudziestolatka wydawała się wręcz skazana na sukces.

Wykończyło ich właśnie marzenie o sukcesie. Fejfer przeplata opowieść o Marii cytatami z przygłupiastych mówców motywacyjnych i ich „wyjdź ze strefy komfortu! ferrari na ciebie czeka! kto ci ukradł marzenia! czemu nie ciśniesz!”.

Młodzi ludzie słyszą to na każdym kroku. Media wciskają im opowieści o ludziach sukcesu, z których morał zazwyczaj jest taki, że każdy tak mógł, ty też! Mój ulubiony przykład to „Sebastian Kulczyk zdradza receptę na sukces”.

To wytwarza fałszywe wrażenie, że do sukcesu wystarczy tylko konsekwentnie „cisnąć”. Moja prywatna rada - rada kogoś, kto na starcie nie miał żadnych koneksji - jest taka, że w życiu trzeba wiedzieć właśnie kiedy PRZESTAĆ cisnąć, przegrupować się i wznowić natarcie zupełnie gdzie indziej.

To klasyczna zasada strategicznej ekonomii sił von Clausewitza. Atakować należy tam, gdzie się opłaca. Napieranie na rympał kończy się Stalingradem.

Maria jest dziś osaczona jak armia von Paulusa. Uparła się, że skoro studiowała psychologię, to musi pracować w tym zawodzie i już. Więc tkwi w call-center.

Nie obwiniam o to jej. Ten przekaz młodym ludziom wysyłają media, bo przy opowieściach o ludziach sukcesu można sprzedawać świetne reklamy, a i sami ludzie sukcesu je kupują w pakiecie z pochlebstwami na swój temat - „innowacyjny biznesmen radzi, jak dobrać wino do startupa”.

Wysyła go także szkoła. Jest w niej przedmiot „przedsiębiorczość”. Dzieciom wciskane jest tam przekonanie, że wszyscy powinni Zauszyć Firmę. W ten sposób z naszych podatków kapitalizm szkoli sobie tanią siłę roboczą.

Książka Fejfera jest na to dobrą odtrutką. Powinien ją przeczytać każdy młody człowiek. Ale zrozumienie problemów millenialsów przyda się też nam, starym zgredom, którym udało się jako tako ustawić.

Młody człowieku, pamiętaj: nie napieraj jak von Paulus za mirażem sukcesu, bo życie ci zrobi operację Uranus (uranus, eh heh heh). Nie wychodź ze strefy komfortu, o ile nie będziesz miał konkretnej oferty w innej, lepszej strefie komfortu.

Nie licz na to, że pracodawca doceni twoją pracowitość, lojalność i entuzjazm. Bądź stereotypowym „roszczeniowym milenialsem” z medialnych narzekań.

Autorzy tych narzekań nie są twoimi przyjaciółmi, oni chcą cię po prostu wykorzystać. Nie daj im się.

czwartek, 05 października 2017
Zemsta orła-morła

Udało mi się odnieść niespodziewany sukces w soszial mediach wpisem kpiącym z okładkowego materiału w najnowszym „Newsweeku”. W materiale tym Żakowski, Wielowieyska i Morozowski zapowiadają wolę walki z pisowskim zamachem na media, a robią to tak tragikomicznie nieporadnie, że na Nowogrodzkiej musieli cały dzień się brechtać.

W kapitalizmie o mediach mówi się na dwa sposoby. Jeden, klasycznie korporacyjny, brzmi tak, że to biznes jak wszystkie inne, musi na siebie zarabiać, akcjonariusze muszą być zadowoleni, hajs się musi zgadzać.

Tak media usprawiedliwiają się, kiedy biorą reklamy od Amber Gold albo mówców motywacyjnych od „negocjacji z polipem”, dają autorski program szarlatanowi od leczenia chorób „lewoskrętną witaminą C”, analizują majtki Dody, propagują rasizm, obskurantyzm, seksizm i postawy autorytarne (tak, na to wszystko znajdą się przykłady).

I jest drugi sposób - górny diapazon. Media jako strażnicy prawdy, obrońcy uciśnionych, pocieszyciele strapionych, misjonarze misji, poławiacze powołania. W ten drugi uderzamy, kiedy ktoś nam chce zrobić kuku, jak teraz PiS.

Problem polega na tym, że te dwa sposoby są niekompatybilne. Na któryś się trzeba zdecydować.

Korporacyjne media w Polsce już dawno wybrały ten pierwszy. Co za tym idzie, ten drugi będzie brzmieć jak pusto, fałszywie, jak klawisz fortepianu, który stracił strunę. Jak ten okładkowy wywiad w „Newsweeku”.

Korporacyjne media w 3RP miały mnóstwo okazji, żeby pokazać społeczeństwu, że jesteśmy mu do czegoś potrzebni. Że widzimy w odbiorcach kogoś więcej, niż dotarcie dla reklamodawców i cele sprzedażowe do realizacji.

Mogliśmy wypracować kodeks dobrych praktyk, zgodnie z którym - na przykład - nie bralibyśmy reklam od piramid finansowych, bez względu hajs. Mogliśmy stanąć po stronie lekarzy, nauczycieli czy lokatorów zwalnianych na bruk.

Nie zrobiliśmy tego. Zmarnowaliśmy mnóstwo świetnych okazji do zajęcia stanowiska i mnóstwo jeszcze lepszych do siedzenia cicho. Nie chce mi się sprawdzać, co było na pierwszych stronach gazet, kiedy Jolanta Brzeska popełniła „samobójstwo” poprzez wywiezienie siebie do lasu i podpalenie.

Jak znam korporacyjne media, były tam jakieś opowieści o fajnopolakach, o ludziach sukcesu, tych co to im się udało zmienić kredyt i wziąć pracę, żeby razem z prezydentem manifestować radość orłem-morłem. Zawsze woleliśmy pisać o ludziach sukcesu, bo Jolanta Brzeska to kiepski temat i kiepski target.

W efekcie utrwaliliśmy powszechne skojarzenie, że media stoją po stronie tych, którzy się cieszą z rosnącego PKB - a nie tych, którzy odczuwają na swojej skórze towarzyszący mu spadek udziału płac w PKB. Po stronie innowacyjnych biznesmenów, jak Mazgaj czy Brzoska, a nie po stronie ich pracowników, którzy wylądowali na lodzie, bez wypłaty.

Możemy sobie protestować, że to skojarzenie jest niesprawiedliwe. Niesety, klęski wizerunkowej nie da się naprawić tupaniem nóżką.

Piszę „my”, choć komcionauci mi świadkiem, że zawsze stałem po innej stronie. Nigdy nie odgrywałem decyzyjnej roli. To nie ja wymyśliłem orła-morła, to nie ja zwalniałem, to nie ja zatrudniałem, to nie ja układałem linię, to nie ja sobie wypłacałem premię za dobre wyniki.

Ale wiem, że to nie ma znaczenia. W popkulturze znamy to przecież od dawna jako „tragedię hydraulika na Gwieździe Śmierci”. Może sobie krzyczeć „to nie ja, to Tarkin”, to da dokładnie tyle samo, co tupanie nóżką.

Czy mam jakąś radę dla mediów? Taką jak dla Jacka Żakowskiego, który w tym wywiadzie deklaruje, że gdy mu Kaczor zabierze miejsce pracy, będzie żyć z „fejsowania i twitowania”.

Z mediów społecznych ciężko wyżyć, między innymi dlatego tego sam ich nie monetyzuę. Ale to jest do zrobienia i na zajęciach w Collegium Civitas omawiam ze studentami także kwestię monetyzacji.

Mówię im, że jeśli widzą siebie za pięć lat jako następną Red Lipstick Monster, muszą już teraz zacząć budować zasięg.

Budowanie zasięgu trwa latami (chyba, że ktoś ma bogatego wujka, kto mu go kupi - ale pomińmy takie scenariusze dla uproszczenia). Otóż to samo czeka naszą branżę.

Może kiedyś odbudujemy społeczne zaufanie - ale to będzie trwać latami. Trzeba było np. kilka lat temu pomysłodawcom (dziś nie wiadomo już, kto to był - nikt się nie chce przyznać) orła-morła powiedzieć, żeby spadali, bo to kompromitacja.

Kolejna zmarnowana okazja, by siedzieć cicho. Jak mawiał trener Piechniczek, zmarnowane okazje się mszczą.

piątek, 29 września 2017
Wszystko w rękach koni

Wśród rzeczy, których nie rozumiem w prawicowej publicystyce, jest wieczne narzekanie prawicowych publicystów na samo to określenie. „A dlaczego naszych oponentów nie nazywa się lewicowymi publicystami”, tą skargę widziałem wielokrotnie.

Odpowiedź jest arcyboleśnie arcyprosta. Publicyści o lewicowych poglądach mają w liberalnych mediach status pobytu tolerowanego (mniej lub bardziej niechętnie).

To działa tak, że jeśli - powiedzmy - umiesz dobrze pisać o wyścigach konnych, to ci pozwolą pisać o wyścigach konnych, POMIMO twoich lewicowych poglądów. Od czasu do czasu w relacji z toru na Służewcu może przemycisz jakiś żarcik, że Rekwizyt był na mecie przed Galimatiasem, a więc r>g, całkiem jak u Piketty’ego, wink wink nudge nudge. Trzymaj się swojej działki, to będzie dobrze.

Przez ostatnie ćwierć wieku przemycałem marksistowskie miazmaty w tekstach o wiedźminach i hobbitach. Zresztą Piketty’ego lubię właśnie między innymi za to, że ilustrował swoje tezy nawiązaniami do Balzaka - ułatwiło mi to pisanie o nich.

Czy nie wolałbym mówić wprost, bez takiej maskarady? Pewnie, że bym wolał. I cholernie zazdroszczę Piotrowi Zarembie, Terlikowskiemu, Lisickiemu, wszystkim tym kolesiom, że tak se po prostu mogą być zawodowymi prawicowcami.

Jak fajnie byłoby pracować w jakimś lewicowym odpowiedniku „Do Rzeczy”! Na prawicy zawsze coś było, jak nie „Nowe Państwo” to „Życie z kropką”. Na lewicy? Posucha.

„Przegląd”? Sam swoje pierwsze kroki stawiałem w środowisku, które dziś go wydaje (wtedy wydawali „Sztandar Młodych”, potem przejęty przez Marquarda).

Szybko stamtąd odszedłem, bo gdzieś po roku czułem, że niczego nowego się tam nie nauczę. Wszystkie teksty tłukli pod jeden strychulec. I dalej tak robią.

Nieprzypadkowo „Przegląd” nie wykreował żadnego nazwiska. Felietonistów importował sobie z zewnątrz, nie ma ani przykładu dziennikarza wylansowanego przez „Przekrój”. Jedynym kontrprzykładem jest może Robert Walenciak, ale... no właśnie.

Co by mówić o mediach liberalnych - zawsze były otwarte na indywidualność. Debiutant mógł (i nadal może) tu zrobić karierę od zera, o ile znajdzie swoją niszę.

I to się udawało autorom takim, jak - nie wytykając palcami - Edwin B., Adam W. czy Artur D. Ten się zna na technologiach, tamten na zwierzętach, a siamten na Ameryce Łacińskiej. W uznaniu tych kompetencji, wybaczano im lewicowość.

Prawicowi publicyści nigdy takiej niszy nie potrzebowali. Zawsze mogli po prostu monetyzować swoje poglądy.

Kontrprzykłady lewicowych publicystów „bezniszowych” są - ale nieliczne i naciągane. Przychodzą mi do głowy Grzegorz S., Rafał W. i Jakub M., ale to nie są kariery tak błyskotliwe, jak tych wszystkich Rachoniów czy Karnowskich. To raczej właśnie niechętna tolerancja w mediach liberalnych.

Okazje na przełamanie tego stanu rzeczy były dwie. W pewnym momencie „Krytyka Polityczna” ogłosiła z wielką tromtadracją - w autopromocji oni zawsze byli dobrzy - że uruchamiają własne medium, miało się to nazywać „Dziennik Opinii”. Skończyło się na rebrandingu strony „Krytyki Politycznej”.

Nagle pojawiła się szansa w postaci pomysłu Hajdarowicza na lewicowy „Przekrój”. Nie wiadomo nawet, czy coś mogło z tego wyjść - grunt, że spektakularnie nie wyszło.

Jeśli jeszcze na zebraniu jakiegoś koncernu medialnego ktoś rzuci pomysłem „a może by tak lewicowy tygodnik”, zakrzyczą go od razu „skończy się jak z Przekrojem”. To fiasko odebrało resztki nadziei na zawsze.

Brak lewicowego tygodnika, dziennika, kanału radiowego, czego-faken-kolwiek, prawdopodobnie odpowiadał za to, że SLD rozsypało się jak domek z kart. To ich gigantyczny błąd, że w latach 90. nie uruchomili swojego odpowiednika „Nowego Państwa” czy „Gazety Polskiej”.

Prawicowe media pełnią wobec PiS nie tylko rolę propagandową. Tyle jeszcze pewnie gerontokraci z SLD potrafiliby zrozumieć. Są też jednak platformą sporu, laboratorium nowych idei, sposobem na organizację elektoratu wreszcie (te ich kluby!).

SLD tego nie miało. Platforma też nie, media liberalne nie są „ich” w takim sensie, w jakim Karnowscy są pisowscy. Na czym zresztą przejechali się niejeden Komorowski i Trzaskowski, by kontynuować ten rym.

Sytuacja jest więc niezrównoważona. Mamy bogate i prężne media prawicowe. Mamy biedniejące i zagubione media centrowe, sparaliżowane permamentnym castingiem na lidera protestu (good luck, you gonna need it). I plankton na lewicy.

No, ponarzekałem sobie, a teraz do roboty. „Bomba poszła w górę, teraz wszystko w rękach koni...”

czwartek, 21 września 2017
Wiedzmin na Weselu

W zeszłym roku uczestniczyłem na Euroconie w dyskusji z Sapkowskim. Trochę się bałem, że Sapkowski zrobi skandal, starałem się więc rozbrajać potencjalne miny.

Gdy padło pytanie o związki polskiej fantastyki z polską klasyką, wyrwałem się do odpowiedzi. Sapkowskiemu „zarzuciłem”, że na potęgę korzysta z dorobku klasyków, zwłaszcza z Wyspiańskiego i Sienkiewicza.

„Guilty as charged”, odpowiedział. Skandalu nie było (uff).

Byłem teraz w Gdyni na wiedźmińskim musicalu. Najbardziej wpadająca w ucho piosenka to „Dziki gon”. Graczom przypominam, że upiorny rycerz zapowiadający krwawą wojnę zwiduje się Poecie w „Weselu”.

Rzekłbym - jest jego „tworem F”. Bo „Wesele” jest jak stacja Solaris, każdemu zwiduje się mieszkaniec jego podświadomości.

Dialog Marysi z Widmem można przypisać Kelvinowi i Harey, tyle że z genderową przewrotką. „Mus mnie woła, mus mnie woła, raz dokoła...” / „Stój, ach stój!”.

Niniejszą blogonotkę proszę potraktować jako mój wkład w akcję „narodowego czytania Wesela”. Pochwalam ją tym bardziej, że Wyspiański jest raczej „nasz” niż „ich”.

Podobnie jak w przypadku Żeromskiego uważam, że szkolni poloniści robią „Weselu” krzywdę, nie analizując go jako komedii. Dramat romantyczny? Twoja stara.

Gdybym był zylionerem, zasponsorowałbym wystawienie „Wesela” jako mieszczańskiej tragifarsy. Chętnie z całą plejadą gwiazd polskiej komedii romantycznej, z Żakiem, Kotem, Karolakiem, Kwiatkowską, Gąsiorowską i Dygant.

To są utalentowani aktorzy, grają w szmirach dlatego, że za mało jest dobrych produkcji. Wierzę, że daliby czadu w „Weselu”.

Jest to utwór genialny, a więc: ponadczasowy. Oczywiście, dzieje się w konkretnym czasie i miejscu, ale problemy głównych bohaterów są takie jak nasze.

Przynajmniej moje. Dziennikarz z „Wesela”, c'est moi.

Jak każdy korpoludek, skarży się na wypalenie („martwą duszę”, hasztag #toonas) Czuje, że jego praca to zawodowa błazenada.

Jego „tworem F” jest więc Stańczyk. Dziennikarz mówi do niego: „błazeństwem ja z tobą zbratan, byłem ci duszą poswatan / nim dusza stała się trup”. Ileż razy snułem z koleżeństwem redaktorstwem podobne skargi przy kieliszku!

Na bankiecie jednym... było to w Krakowie, gdzieś koło Wawelu, moje narzekania przerwał jakiś dziwny facet w śmiesznej czapce i powiedział: „Acan jako spowiedź czyni, spowiedź, widzę, cudzych grzechów; Acan się zalewa łzami, dusza krwawi, serce krwawi; ale znać z Acana mowy, że jest - tak przeciętnie zdrowy. Jutro humor się poprawi...”

Z Radczynią Dziennikarz rozmawia tak: „Pańska praca: rzecz serio, a pan takim przekreśla ją gestem, tak ją wspomina niemile...” / „Rzeczy serio nie ma;  wszystko jest prowizoryczne: przekonania, opinie, twierdzenia” / „Jednak Prawda — ?” / „Nawet Prawdy cienia!”.

Podoba mi się też parodia feministki Racheli, która marzy o „wolnej miłości” - „a jest panna modern, całkiem (...) była w Wiedniu na operze / w domu sama sobie pierze”. Ale najwięcej się dostaje prawicy.

„Pan się narodowo bałamuci, to już było” / „Jeszcze wróci”. Czuję to ze Stuhrem i Szycem!

Pan Młody jest szlachcicem-narodowcem. Ciąży na nim zdrada arystokracji - jego „tworem F” jest hetman Branicki, skazany na męki piekielne za Targowicę („Pali pieniążek moskieski?”).

Czepiec epatuje rubasznym cynizmem. Jak w przypadku Leppera czy Wałęsy, początkowo budzi tym nawet sympatię, np. kiedy mówi, że na żonę najlepsza jest kobieta prosta („wiela scynścia, niskie kosta”). Potem wyłazą z niego demony antysemityzmu, chciwości i mizogynizmu.

Opowiada, jak agitując w wyborach za kandydatem PSL, pobił działacza Partii Socyalno-Demokratycznej, którego opisuje jako „tego Żyda”: „po co sie bestyjo darła, a to tak z całygo garła; było, jak go huknę w pysk, myślołem juz, że sie stocył, on sie ino krwiom zamrocył, a nie upod, bo był ścisk” (czuję to z Andrzejem Grabowskim!).

Wyspiański parodiuje też siebie - młodopolskiego poetę-pijaka. Wiedźmińscy gracze znajdą w „Weselu” pierwowzór Jaskra.

Jego alter ego zalicza nieudaną próbę poderwania druhny („Pódzies pon, patrzcie go, ledwo przysed, juz by kcioł” / „Cało flaszkę bestia schloł”). Nim padnie, wygłosi jeszcze swoje opus magnum, dwuwiersz - „Chopin gdyby jeszcze żył... toby pił” (czuję to z Karolakiem!).

„Panowie duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” / „Chciałem, chciałem... Raz byłem, to nie zastałem”. Cytat deczko fejkowy, bo to kwestie wypowiadane w różnych scenach, ale podkreśla, że refrenem „Wesela”, który wciąż wraca, raz do koła, aż do wielkiego finału z czapką i sznurem, jest zbiorowa porażka wynikająca z „braku chęci chcenia”.

„To tak w każdym z nas coś woła: jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna” / „A wszystko bajka wierutna”. To już prawdziwy cytat.

To o nas, prawda?

poniedziałek, 18 września 2017
Smutny dowcip o opozycji

Jest taki dowcip teologiczny z długą, siwą brodą. Przepraszam PT komcionautów, którzy go z pewnością znają.

Oto pewien głęboko wierzący człowiek staje w obliczu powodzi. Jego sąsiedzi usłuchali wezwań do ewakuacji, ale on zostaje w domu, bo ufa Bogu.

Już mu zalało ogród, woda się wlewa do parteru. Ale on trwa. Gdy przez opustoszałą okolicę przejeżdża ostatni oddział wojska- odmawia ewakuacji, bo ufa Bogu.

Woda mu już zalewa piętro, a obok przepływają jacyś ludzie w motorówce. „Skacz do nas” - wołają. Ale on im odkrzykuje z dachu, że nie zamierza uciekać, bo ufa Bogu.

Woda się dalej podnosi. Już zalewa dach. A tu nagle helikopter! Ratownicy opuszczają się na linach. Facet ich odpędza. Zostaje, bo ufa Bogu.

Zalało cały dach. Facet klęczy w wodzie i woła ku niebiosom - „panie, ufam ci, że nie pozwolisz mi tu zginąć”.

I nagle staje się cud. Rozstępują się chmury, rozbłyskuje nieziemska światłość, słychać chóry anielskie. I rozlega się gromkie: „Ty kretynie, wysłałem ci wojsko, motorówkę i nawet pieprzony helikopter. Mam cię dosyć, radź sobie sam”.

Babum-pss! Raz jeszcze przepraszam za suchara, który - tak poza tym - wyraża mój światopogląd.

Jestem jak wiadomo agnostykiem (ateistą według definicji Dawkinsa). Tak naprawdę uważam, że wszystkim rządzi przypadek.

Gdybym jakimś cudem się nawrócił, to bym po prostu zaczął ten przypadek nazywać Bogiem czy Opatrznością. Wychodziłoby na to samo.

Bez względu na etykietkę uważam, że odpowiedzialność za to, jak reagujemy na życiowe wyzwania i okazje, które zsyła nam Los slash Bóg, spoczywa na nas. Nie wolno siedzieć biernie i czekać na cud.

Otóż uważam, że opozycja od dłuższego czasu zachowuje się jak bohater tego dowcipu. Wierzy, że kiedyś kiedyś PiS-owi zacznie spadać - i biernie czeka na tę chwilę. A wspierający ją publicyści zachowują się jak Świadkowie Jehowy, zapowiadający rychły koniec świata (co roku przekładany na później).

I ciągle to samo zdumienie, że PiSowi jeszcze nie spada. A jak ma im spadać, jak za opozycję ma Schetynę i Petru?

Zwolennicy PiS czują, że PiS reprezentuje ich interesy. Przeciwnicy PiS czują, że są przeciwnikami PiS. Platformy i Nowoczesnej nie lubią, bo i za co ich lubić.

Kompletnie mnie załamali w ten piątek. Los/Bóg/Opatrzność/Spaghetti Monster zesłali im dwie cudowne okazje, żeby przyciągnąć do siebie nas - lemingów o poglądach między lewicą a centrum. Obie koncertowo zmarnowali.

Narodowe Siły Zbrojne nie zasługują na gloryfikowanie przez demokratyczny Sejm. Znam argument „nie wszyscy narodowcy to faszyści” i akurat tutaj mamy proste kryterium.

Ruch narodowy był głęboko podzielony już w latach 30. Utworzenie konspiracyjnego państwa podziemnego zmusiło ich do zajęcia jednoznacznego stanowiska - za albo przeciw. Podobnie zresztą było na lewicy.

Większość przedwojennej PPS uczestniczyła w ramach państwa podziemnego pod kryptonimem Koło (mniejszość wybrała Moskwę lub poszukiwanie „trzeciej drogi”). Podobny podział mieli narodowcy - część działała w ramach tych samych organizacji pod kryptonimem Kwadrat. Reszta.. reszta założyła NSZ.

NSZ było przeciw demokracji. Byli jawnymi antysemitami. Po wojnie chcieli totalitarny ustrój, w którym legalna byłaby tylko jedna partia, decydująca o wszystkim.

Że posłom PiS się takie coś podoba - nie dziwota. Hańba jednak posłom Platformy i Nowoczesnej, że się do tego przyłączyli. Nie ułatwi im to, oj nie ułatwi, dalszego udawania „obrońców demokracji”.

Prawdziwym obrońcą demokracji jest Adam Bodnar, najlepszy rzecznik praw obywatelskich, jakiego dotąd mieliśmy. Nie czeka, aż ludzie zgłoszą do niego problemy - proaktywnie jeździ po Polsce i sam o te problemy pyta.

PiS nieprzypadkowo zaczął likwidowanie sądownictwa od ataków na Rzeplińskiego i Gersdorf, bo to łatwe cele. Nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby ich przedstawić jako wyalienowane elity, sami się kilkakrotnie pięknie podłożyli.

Bodnara trudniej atakować i łatwiej bronić, dlatego PiS na razie unikał tej bitwy. I w kluczowym momencie robi opozycja? Przyłącza się do pisowskiego bojkotu wystąpienia rzecznika.

Los zesłał im dwie okazje do podjęcia walki na łatwym terenie. Mogli się sprzeciwić gloryfikowaniu faszyzmu, mogli wystąpić w obronie demokraty. Jedno i drugie zrobili na odwrót.

Jeśli o mnie chodzi, mam ich dosyć. Niech wreszcie zatoną.

niedziela, 10 września 2017
Małe FAQ o książce

Pewne pytania ciągle wracają w wywiadach, recenzjach i na spotkaniach, stąd blogonotka z FAQ związanym z moją książką.

Skąd pomysł? Uwielbiam to pytanie, choć go nie rozumiem.

Przecież to nie jest tak, że najpierw się wpada na pomysł, potem się pisze, a na końcu szuka wydawcy. Może tak jest w jakiejś dziennikarskiej ekstraklasie, ale taki średniaczek-szaraczek jak ja po prostu pisze to, co u niego zamówiono. Wszystkie moje książki wymyślił (i zamówił) ktoś inny.

W tym przypadku jest to Łukasz Najder z wydawnictwa Czarne, za co bardzo mu dziękuję. Sam bym w życiu nie pomyślał, że jest rynkowe zapotrzebowanie na taką książkę.

Dlaczego tak dużo o Holokauście? Na warszawskiej premierze doszło nawet do sporu między współpanelistami, Maciejem Maleńczukiem i Agnieszką Gajewską. Ten pierwszy pomniejszał znaczenie tożsamości żydowskiej Lema, ta druga dowodziła, że to klucz do interpretacji wielu jego książek.

Jak słowo daję, sam bym bardzo chciał przyznać rację Maleńczukowi. Jeszcze z pięć lat temu sam to sobie wyobrażałem mniej więcej tak, że rodzina Lemów spolonizowała się ze dwa pokolenia wcześniej, od początku mieli mocne aryjskie papiery i Holokaust ich bezpośrednio nie dotknął.

Jednak dotknął. Owszem, przeżyli, ale też przeżyli piekło. Te doświadczenia ukształtowały Lema nie tylko jako pisarza, ale także jako człowieka.

Pomijanie tego przy interpretacji jego utworów wydaje mi się teraz nieodpowiedzialne. Sam tak kiedyś robiłem - zgoda. Ale to jedna z tych sytuacji, w których risercz zmusza do porzucenia początkowych założeń (dlatego właśnie nie wolno pisać książek na zasadzie „Wszyscy Pamiętamy Jak Było”).

Dlaczego nie opisałem wszystkich znanych mi dokumentów? Powiedziałem to w kilku wywiadach, wywołując komentarze typu „skandal, dziennikarz ma obowiązek ujawnić wszystko co wie”.

To postulat o tyle bezsensowny, że gdyby książkę napisać na zasadzie „core dump” - wyrzucamy wszystkie posiadane informacje! - byłaby bardzo gruba i bardzo nudna. Proces pisania tak jak każdy proces twórczy, polega głównie na selekcji.

Na razie nikt (chyba) nie ma dość informacji, żeby dokładnie odtworzyć kalendarium Stanisława Lema z lat 1941-1944. Za dużo białych plam.

Pojedyncze dokumenty rzucają snop światła na kilka wyrywkowych faktów. To za mało, żeby na tej podstawie zrekonstruować całość, ale jednocześnie to światło ujawnia nam osoby trzecie, które z różnych powodów wolały zachować anonimowość.

Etyka nakazuje mi to uszanować - o ile nie zachodziłyby jakieś wyższe racje. Moim zdaniem, w tym przypadku nie zachodzą (i chętnie wrócę do tej dyskusji, jeśli kiedyś te wszystkie dokumenty wyjdą na jaw).

To nie są wielkie sekrety. Przykładem jest pomoc, jaki Lemom okazała rodzina Kołodziejów. Przez wiele lat o tym nie mówiono, choć mogliby napisać międzynarodowy bestseller pt. „Jak uratowaliśmy Lemom życie”. Gdybym od ich wnuka usłyszał, że on też sobie nie życzy pisania o tych sprawach - oczywiście bym to uszanował i ukrywał się za ogólnikami, jak w innych kwestiach.

Dlaczego nie napisałem o Lemie tak bezkompromisowo, jak Domosławski o Kapuścińskim? To zarzut sformułowany przez Marka Oramusa w „Rzeczpospolitej”, ale od innych osób też słyszałem, że mam „zbyt fanowskie podejście”.

Guilty as charged - no pewnie, że mam. I sam się zastanawiałem, co zrobię, jak podczas riserczu odkryję jakiś straszny grzech Lema.

Znalazłem (i opisałem) tylko drobne grzeszki - że przeklinał, że pochopnie oceniał ludzi, że był nerwusem i awanturnikiem. Kto jest wolny od tych grzechów i może pierwszy rzucić kamieniem? Może Oramus, ale na pewno nie ja.

Kapuściński pogrążył się tym, że regularnie występował w roli dziennikarskiego autorytetu. Z tej pozycji wygłaszał uwagi w rodzaju „reporterom nie wolno zmyślać”. Prawdopodobnie była to strategia obrony przez ucieczkę do przodu - chciał stworzyć sytuację, w której dyskusja o jego zmyśleniach byłaby niemożliwa.

Lem nigdy nie wypowiadał się jako autorytet od science-fiction. Myślę, że stąd zresztą właśnie niechęć do niego w pokoleniu Oramusa.

Pielgrzymowali do niego jak w filmach kung-fu młody pasikonik do sensei. A tu mistrz nie tylko nie chciał ich trenować, tylko wręcz mówił, że kung-fu nie ma sensu, dla samoobrony lepiej kupić rewolwer, wtedy przynajmniej się ma szansę na Nagrodę Colta.

„Robienie Domosławskiego” byłoby wyważaniem otwartych drzwi. Kapuściński lubił odgrywać rolę nieomylnego geniusza reportażu, a Lem sam „Powrotowi z gwiazd” zarzucał „gówniarstwo”, a „Niezwyciężonego” nazywał „banialuką napisaną na szybko dla pieniędzy”.

Co tu demaskować?

czwartek, 31 sierpnia 2017
Niech żyje dziennikarstwo partyjne

W najnowszym „Tygodniku Powszechnym” Dariusz Rosiak napisał esej, którego streszczeniem jest sam tytuł „Dziennikarz nie wiecuje”. Cenię sobie cnotę zwięzłości, nie rozumiem więc sensu pisania przez cztery strony tego, co się da wyrazić w trzech słowach.

Rosiak jej sobie nie ceni. Przez większość tekstu wyraża tę samą tezę, trochę innymi słowami. „Rezygnacja z utrzymania fundamentalnych standardów - wśród których brak partyjnego zaangażowania (...) są najważniejszymi, spycha nas w stronę państwa bez mediów”, „Obrona [zwalnianych dziennikarzy] jest prawdopodobnie jedynym powodem, dla którego dziennikarzowi wolno wyjść na ulicę”.

Et patati, et patata, ta myśl wraca jeszcze na kilka sposobów. Jak widać, Rosiak uważa bezpartyjność i niezaangażowanie za jeden z „fundamentalnych standardów”.

Kult dziennikarstwa niezaangażowanego i bezstronnego jest przedziwnym fenomenem III RP, prawdopodobnie wynikającym z tego, że większość ludzi uprawiających ten zawód nie interesuje się jego historią (zresztą, w ogóle większość ludzi nie interesuje się historią i pozwala sobie wciskać dowolny bałach, choćby z serii „Hitler był lewakiem”).

Rosiak powołuje się na przykład legendarnej bezstronności BBC, a także mediów amerykańskich i - dorzuconych tu nie wiadomo dlaczego - francuskich. Może zacznę od francuskich, bo ten przykład jest najdziwaczniejszy.

Czołowe francuskie gazety mają wyraźny profil polityczny. „Le Figaro” należy do powiązanego z centroprawicą biznesmena Serge’a Dassault. „Liberation” założyli Jean-Paul Sartre i Serge July (eks-maoista), żeby nowa lewica też miała swój dziennik, skoro stara ma „Le Monde”.

Francuskie gazety w wyborach regularnie opowiadają się za tym czy tamtym kandydatem prezydenckim (albo tą czy tamtą partią). Profil polityczny mają też programy radiowe i telewizyjne. Francuskie media są generalnie upolitycznione nie mniej od polskich - może nawet bardziej, bo tam mniej jest Rosiaków, którzy przeciw temu protestują.

BBC kiedyś było bezstronne z oczywistego powodu, ciotka Beeb miała nadany królewskim przywilejem monopol na radio i telewizję. Stąd fenomen „rozgłośni pirackich” i anglojęzycznego radia luksemburg - to była próba monetyzacji reklam radiowych z pominięciem monopolu BBC.

Bezstronność nie oznaczała jednak, jak to sobie wyobraża Rosiak, wymuszonej bezpartyjności jako „fundamentalnego standardu”. George Orwell był działaczem ILP (Independent Labour Party), a przecież współpracował z BBC. Nieco nowszym przykładem jest Sue Townsend, zawsze żarliwie wspierająca opcje lewicowe (zazwyczaj z pozycji „na lewo od Labour”).

Bezstronność oznaczała po prostu, że w BBC wypowiadali się zwolennicy różnych opcji, bo skoro rozgłośnia miała monopol, nie można było powiedzieć „a to sobie załóżcie własną stację”. To uzasadnienie bezstronności zanika z demonopolizacją i postępem technicznym.

Dobrze to widać na przykładzie USA. Tam nigdy nie było monopolu, ale ponieważ eter był ograniczony, w 1949 FCC uzależniało koncesję od tzw. „fairness doctrine”, zobowiązującą do przedstawiania sprawy z różnych punktów widzenia.

Ten wymóg stracił sens razem z telewizją kablową, radiem satelitarnym i cyfryzacją. Stąd w ostatnim ćwierćwieczu wysyp programów jawnie jednostronnych.

Ale nawet w złotych czasach „fairness doctrine” dziennikarze nie byli apolityczni. Przynajmniej nie ci przechodzący do historii.

Case in study: Norman Mailer. Popełnił chyba wszystkie grzechy z listy Rosiaka.

Był zarejestrowanym Demokratą. Uczestniczył w prawyborach, uczestniczył w kampaniach poszczególnych kandydatów. Uczestniczył w demonstracjach ulicznych, aresztowano go za protesty przeciwko wojnie w Wietnamie.

A tak poza tym pisał relacje z tych demonstracji i tych prawyborów. Dostawał za to różne nagrody, w tym tę ufundowaną przez Josepha Pulitzera (skądinąd działacza najpierw republikańskiego, potem demokratycznego).

Mógłbym mnożyć przykłady najwybitniejszych postaci z historii dziennikarstwa, które łączyły ten zawód z działalnością partyjną. Mieczysław Niedziałkowski, Jean Jaures, Egon Erwin Kisch...

Cenię sobie cnotę zwięzłości, więc powiem tylko, że gdyby media stosowały się do wykoncypowanych przez Rosiaka „fundamentalnych standardów”, nie byłoby w nich miejsca dla dziennikarzy klasy Orwella czy Mailera. Ostałby się ino Rosiak. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Dlaczego nigdy nie zrozumiem pisowców

obwodnice17

Nie umiem sobie wyobrazić mentalności posła PiS, bo nie umiem zrozumieć następującego problemu. Przez cały okres rządów PO pisowcy najpierw powielali brednie o tym, że dróg się w ogóle nie buduje („to nie była żadna budowa, to takie wykopki jak za Gierka” - Antoni Krauze o budowie fragmentu S7, dziś już ukończonego).

Kiedy musieli się pogodzić z tym, że już jeżdżą po tych drogach, których - według nich - wcale nie budowano, wymyślili następne kłamstwo. Że najdrożej w Europie, że „w Czechach się buduje za milion dolarów kilometr”, że „powinni budować drogi ekspresowe, bo są trzy razy tańsze”.

I teraz ich rząd ma władzę. I owszem, buduje drogi - za co go za chwilę zamierzam pochwalić. Ale buduje z grubsza te same, z grubsza w tej samej technice, w podobnych cenach.

Radosnym pretekstem do tej notki jest rozpoczęcie budowy kolejnego bezkolizyjnego wylotu ze stolycy, tym razem w ciągu trasy S7 do Krakowa. W odróżnieniu od mojej poprzedniej notki, ten fragment zmienił barwę z szarego (papierkologia w lesie) na czerwony (papierkologię mamy za sobą, budowa w toku).

Bardzo mnie to cieszy, bo dotychczasowy wkład PiS w budowę warszawskiej sieci drogowej był ujemny. Obecny minister puszył się rozpoczęciem budowy południowej obwodnicy warszawy - Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy obiecywał, że do tej budowy nie dopuści, blokował ją także jego następca, Kazz Marcinkiewicz.

Opóźnili tym wszystko o kilka lat. Za to właśnie ich tak gorąco hejtowałem kilkanaście lat temu, za pierwszego PiS-u. I dlatego nadejście rządów Platformy ucieszyło mnie, jako mniejsze zło. Że też prawica, ale przynajmniej autostrady budują.

I zresztą zbudowali, mamy już za sobą półmetek. Dzięki rządom Platformy Polska z kraju dziurawych i zakorkowanych dróg stała się krajem, który samochodem żal opuszczać, bo wiadomo, że po czeskiej czy niemieckiej stronie granicy droga się POGORSZY.

I to wszystko przy ujadaniu przygłupiastych pisowskich blogerów i nie mniej przygłupiastych pisowskich posłów i publicystów - że za drogo, że dlaczego się oddaje te kontrakty wykonawcom spoza Polski, że dlaczego nie w ciągu jednego roku (Wiktor Świetlik i jego skarga w serwisie wpotylice, że przebudowa gierkówki do S8 trwa zimą).

No i teraz jest tak samo. Ceny to: 221,4 mln za 6,64 km (zadanie A), 388,7 mln za 14,8 km (zadanie B), 203,4 mln za 7,9 km (zadanie C). Wykonawcy: hiszpański (zadanie A), polski (zadanie B) i portugalski (zadanie C). Realizacja - do 2021.

Wszystko z grubsza jak za rządów Platformy. Proporcja polskich do niepolskich mniej więcej jak 1:2. Projekt + budowa - 4 lata. Cena - mniej więcej 30 mln za kilometr (wszędzie zaznaczam „mniej więcej”, bo takich wyliczeń nie sposób prowadzić w sposób ścisły, choćby ze względu na wielokrotnie tu przeze mnie opisywaną różnicę między kontraktem ZiZ a innymi rozwiązaniami).

Pisowski wyborca staje więc przed dylematem, którego nie umiem sobie nawet wyobrazić. Musi przyznać, że albo idiotą był wtedy, albo jest nim teraz.

Może stosuje jakąś wyższą dialektykę, że 30 mln to za dużo wtedy, ale w sam raz dzisiaj (?). Serio, nie umiem tego zgrokować.

No dobrze, zostawmy ich już i radujmy się. Gdy zaczynałem blogować, Warszawa nie miała jeszcze ani kilometra obwodnicy czy ekspresówki, dziś to wygląda już nieźle.

Zagadką pozostaje nadal data rozpoczęcia realizacji wylotu S7 na Gdańsk, czyli obwodnicy Łomianek, a także obwodnicy wschodniej, zablokowanej przez Szyszkę, który ma tam latyfundia. Nie wiadomo też, czy i kiedy ruszy budowa trasy N-S, przecinającej miasto od Galmoku po Powązki.

Kiedyś byłem jej przeciw, teraz jestem za. Bo z kolei kiedyś nie było bulwarów wiślanych, a teraz są - i marzy mi się uspokajanie ruchu na Wisłostradzie (a po budowie N-S będzie to oczywistym rozwiązaniem).

Za miesiąc otwarta będzie obwodnica Marek, czyli S8 - element bezkolizyjnej trasy Białystok-Lizbona. A w latach 2019-2022 czeka nas wysyp nowych tras, zmieniających życie warszawskich kierowców nie mniej od adwójki (którą pewnie wtedy już będą poszerzać).

To dobrze, że w rządzie PiS jest kilkoro kompetentnych ministrów. Pewnie polecą przy pierwszej rekonstrukcji, jak w Platformie Grabarczyk...

poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Nagrania, lemingi i mohery

Jest taka różnica pokoleniowa między dinozaurami dziennikarstwa jak Jors Truli, a np. młodą ekipą, która wszystkim rządzi w TOK FM. My mówimy na nagrania „taśma”, a oni „puszka”.

Czyli przekładając z języka starców na język młodzieży, nasze „na żywo czy z taśmy”?, to po ichniemu „studio czy puszka?”. Oczywiście, ja tam zostanę przy swoim, cóż bardziej żałosnego niż starszy pan, który mówi po młodzieżowemu.

A więc: moje piąteczkowe audycje przez najbliższy miesiąc jadą z taśmy. Zaczęło się już w poprzedni piątek i tak zostanie do września.

W ramach autopromocji przez miesiąc rozmawiam z różnymi zaproszonymi ekspertami na tematy okołolemowskie. Bardzo różne - będzie m.in. o osobliwości technologicznej, etykosferze, TEOHIPHIP, hipotezie łaciatego wszechświata, rypcinach i chędaczach (pozdro dla kumatych).

A że w sezonie wakacyjnym łapanie ekspertów byłoby trudne, większość tego nagrano w czerwcu. Niektóre rozmowy, powiem nieskromnie, wypadły bardzo ciekawie, więc sam się nie mogę doczekać ich emisji.

Zaczęliśmy od kwestii związanej raczej z życiem, niż z twórczością. Lem pośrednio uwikłany był w konflikt między frakcją puławską a frakcją natolińską w PZPR - bardziej dlatego, że w jednej z nich miał przyjaciół, niż dlatego, że sam komuś tu kibicował.

Zaproszony do studia historyk, dr Adam Leszczyński (przypominam, że on zawsze pracował w dwóch zawodach, dziennikarza i historyka, a teraz ostał mu się ino jeden, przynajmniej w sensie prawa pracy), nakreślił w tej rozmowie profile obu frakcji.

Puławianie byli lepiej wykstałceni, znali języki obce, mieli kontakty na Zachodzie. Marzył im się komunizm bardziej proeuropejski.

Natolińczycy zaś stawiali na swojskość i przasność. Historycznie lata 60. należały do Natolina, ale (niedobitki) Puławian mieli swoje pięć minut za Gierka. I też się zbłaźnili.

Ani jedni, ani drudzy nie byli demokratami (co podkreśla Leszczyński w rozmowie). Obie frakcje obstawały przy czymś, co Lem wiosną 1956 uważał za „nieudany eksperyment”, niemożliwy do uratowania - i kłócił się o to korespondencyjnie z przyjaciółmi-puławianami.

Konflikt „okcydentalizmu” z „przaśnością” przypomina nasz podział na „lemingi” i „mohery”. Leszczyński nie oponował przeciwko temu porównaniu i zauważył, że tropiąc jego korzenie można się cofnąć co najmniej do konfederacji barskiej.

Przyczyną jest (według niego) podwójna peryferyjność polskiej kultury. I dla Wschodu, i dla Zachodu jesteśmy prowincją na rubieży.

Centra decyzyjne są gdzie indziej. Od dobrych 300 lat możemy najwyżej liczyć na statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową - pierwszoplanowe są grane w Moskwie, Berlinie, Paryżu czy Brukseli.

Stąd wybór między prozachodnią modernizacją a swojskością-przasnością, która w tym regionie Europy zazwyczaj jest prorosyjska (często wbrew intencjom swojaków-przaśniaków, ale tertium niestety non datur).

Od siebie dodam, że dla naszych praprzodków to była nowa sytuacja. Jeszcze do XVI wieku Polska była w centrum, a to Szwecja i Muscovia były peryferiami. No ale to nigdy nie jest dane na zawsze.

Pozostaje nam więc to, co Krzysztof Varga tak fajnie opisuje u Węgrów. Kompensacyjne rozpamiętywanie czasów, w których to my byliśmy mocarstwem („to my ich uczyliśmy jeść widelcem”, etc.).

Sam jestem lemingiem, ale mam świadomość naszych wad. Nasza prozachodniość jest wtórna i odtwórcza. Chcemy po prostu kopiować zachodnie rozwiązania.

Zgodzę się bez bicia, że tak można podsumować 11 lat mojej blogopublicystyki. I zgodzę się też, że mało to ambitne - ale nie widzę lepszych rozwiązań, bo na pewno nie jest nim dla mnie przaśno-swojskie siedzenie w cieniu rosochatej wierzby w koszuli z samodziału i łapciach z łyka.

Lem nie chciał uczestniczyć w chocholim tańcu puławian i natolińczyków. Ale czy w Polsce kiedykolwiek może być inaczej?

Leszczyński raczej radzi, żebyśmy to polubili. Ameryka Łacińska „od zawsze” jest peryferyjna, a Latynosi zdają się to wręcz na swój sposób lubić.

Może to jedyna nadzieja - zamienić chocholi taniec na bossa novę...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86