Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Dlaczego nigdy nie zrozumiem pisowców

obwodnice17

Nie umiem sobie wyobrazić mentalności posła PiS, bo nie umiem zrozumieć następującego problemu. Przez cały okres rządów PO pisowcy najpierw powielali brednie o tym, że dróg się w ogóle nie buduje („to nie była żadna budowa, to takie wykopki jak za Gierka” - Antoni Krauze o budowie fragmentu S7, dziś już ukończonego).

Kiedy musieli się pogodzić z tym, że już jeżdżą po tych drogach, których - według nich - wcale nie budowano, wymyślili następne kłamstwo. Że najdrożej w Europie, że „w Czechach się buduje za milion dolarów kilometr”, że „powinni budować drogi ekspresowe, bo są trzy razy tańsze”.

I teraz ich rząd ma władzę. I owszem, buduje drogi - za co go za chwilę zamierzam pochwalić. Ale buduje z grubsza te same, z grubsza w tej samej technice, w podobnych cenach.

Radosnym pretekstem do tej notki jest rozpoczęcie budowy kolejnego bezkolizyjnego wylotu ze stolycy, tym razem w ciągu trasy S7 do Krakowa. W odróżnieniu od mojej poprzedniej notki, ten fragment zmienił barwę z szarego (papierkologia w lesie) na czerwony (papierkologię mamy za sobą, budowa w toku).

Bardzo mnie to cieszy, bo dotychczasowy wkład PiS w budowę warszawskiej sieci drogowej był ujemny. Obecny minister puszył się rozpoczęciem budowy południowej obwodnicy warszawy - Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy obiecywał, że do tej budowy nie dopuści, blokował ją także jego następca, Kazz Marcinkiewicz.

Opóźnili tym wszystko o kilka lat. Za to właśnie ich tak gorąco hejtowałem kilkanaście lat temu, za pierwszego PiS-u. I dlatego nadejście rządów Platformy ucieszyło mnie, jako mniejsze zło. Że też prawica, ale przynajmniej autostrady budują.

I zresztą zbudowali, mamy już za sobą półmetek. Dzięki rządom Platformy Polska z kraju dziurawych i zakorkowanych dróg stała się krajem, który samochodem żal opuszczać, bo wiadomo, że po czeskiej czy niemieckiej stronie granicy droga się POGORSZY.

I to wszystko przy ujadaniu przygłupiastych pisowskich blogerów i nie mniej przygłupiastych pisowskich posłów i publicystów - że za drogo, że dlaczego się oddaje te kontrakty wykonawcom spoza Polski, że dlaczego nie w ciągu jednego roku (Wiktor Świetlik i jego skarga w serwisie wpotylice, że przebudowa gierkówki do S8 trwa zimą).

No i teraz jest tak samo. Ceny to: 221,4 mln za 6,64 km (zadanie A), 388,7 mln za 14,8 km (zadanie B), 203,4 mln za 7,9 km (zadanie C). Wykonawcy: hiszpański (zadanie A), polski (zadanie B) i portugalski (zadanie C). Realizacja - do 2021.

Wszystko z grubsza jak za rządów Platformy. Proporcja polskich do niepolskich mniej więcej jak 1:2. Projekt + budowa - 4 lata. Cena - mniej więcej 30 mln za kilometr (wszędzie zaznaczam „mniej więcej”, bo takich wyliczeń nie sposób prowadzić w sposób ścisły, choćby ze względu na wielokrotnie tu przeze mnie opisywaną różnicę między kontraktem ZiZ a innymi rozwiązaniami).

Pisowski wyborca staje więc przed dylematem, którego nie umiem sobie nawet wyobrazić. Musi przyznać, że albo idiotą był wtedy, albo jest nim teraz.

Może stosuje jakąś wyższą dialektykę, że 30 mln to za dużo wtedy, ale w sam raz dzisiaj (?). Serio, nie umiem tego zgrokować.

No dobrze, zostawmy ich już i radujmy się. Gdy zaczynałem blogować, Warszawa nie miała jeszcze ani kilometra obwodnicy czy ekspresówki, dziś to wygląda już nieźle.

Zagadką pozostaje nadal data rozpoczęcia realizacji wylotu S7 na Gdańsk, czyli obwodnicy Łomianek, a także obwodnicy wschodniej, zablokowanej przez Szyszkę, który ma tam latyfundia. Nie wiadomo też, czy i kiedy ruszy budowa trasy N-S, przecinającej miasto od Galmoku po Powązki.

Kiedyś byłem jej przeciw, teraz jestem za. Bo z kolei kiedyś nie było bulwarów wiślanych, a teraz są - i marzy mi się uspokajanie ruchu na Wisłostradzie (a po budowie N-S będzie to oczywistym rozwiązaniem).

Za miesiąc otwarta będzie obwodnica Marek, czyli S8 - element bezkolizyjnej trasy Białystok-Lizbona. A w latach 2019-2022 czeka nas wysyp nowych tras, zmieniających życie warszawskich kierowców nie mniej od adwójki (którą pewnie wtedy już będą poszerzać).

To dobrze, że w rządzie PiS jest kilkoro kompetentnych ministrów. Pewnie polecą przy pierwszej rekonstrukcji, jak w Platformie Grabarczyk...

poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Nagrania, lemingi i mohery

Jest taka różnica pokoleniowa między dinozaurami dziennikarstwa jak Jors Truli, a np. młodą ekipą, która wszystkim rządzi w TOK FM. My mówimy na nagrania „taśma”, a oni „puszka”.

Czyli przekładając z języka starców na język młodzieży, nasze „na żywo czy z taśmy”?, to po ichniemu „studio czy puszka?”. Oczywiście, ja tam zostanę przy swoim, cóż bardziej żałosnego niż starszy pan, który mówi po młodzieżowemu.

A więc: moje piąteczkowe audycje przez najbliższy miesiąc jadą z taśmy. Zaczęło się już w poprzedni piątek i tak zostanie do września.

W ramach autopromocji przez miesiąc rozmawiam z różnymi zaproszonymi ekspertami na tematy okołolemowskie. Bardzo różne - będzie m.in. o osobliwości technologicznej, etykosferze, TEOHIPHIP, hipotezie łaciatego wszechświata, rypcinach i chędaczach (pozdro dla kumatych).

A że w sezonie wakacyjnym łapanie ekspertów byłoby trudne, większość tego nagrano w czerwcu. Niektóre rozmowy, powiem nieskromnie, wypadły bardzo ciekawie, więc sam się nie mogę doczekać ich emisji.

Zaczęliśmy od kwestii związanej raczej z życiem, niż z twórczością. Lem pośrednio uwikłany był w konflikt między frakcją puławską a frakcją natolińską w PZPR - bardziej dlatego, że w jednej z nich miał przyjaciół, niż dlatego, że sam komuś tu kibicował.

Zaproszony do studia historyk, dr Adam Leszczyński (przypominam, że on zawsze pracował w dwóch zawodach, dziennikarza i historyka, a teraz ostał mu się ino jeden, przynajmniej w sensie prawa pracy), nakreślił w tej rozmowie profile obu frakcji.

Puławianie byli lepiej wykstałceni, znali języki obce, mieli kontakty na Zachodzie. Marzył im się komunizm bardziej proeuropejski.

Natolińczycy zaś stawiali na swojskość i przasność. Historycznie lata 60. należały do Natolina, ale (niedobitki) Puławian mieli swoje pięć minut za Gierka. I też się zbłaźnili.

Ani jedni, ani drudzy nie byli demokratami (co podkreśla Leszczyński w rozmowie). Obie frakcje obstawały przy czymś, co Lem wiosną 1956 uważał za „nieudany eksperyment”, niemożliwy do uratowania - i kłócił się o to korespondencyjnie z przyjaciółmi-puławianami.

Konflikt „okcydentalizmu” z „przaśnością” przypomina nasz podział na „lemingi” i „mohery”. Leszczyński nie oponował przeciwko temu porównaniu i zauważył, że tropiąc jego korzenie można się cofnąć co najmniej do konfederacji barskiej.

Przyczyną jest (według niego) podwójna peryferyjność polskiej kultury. I dla Wschodu, i dla Zachodu jesteśmy prowincją na rubieży.

Centra decyzyjne są gdzie indziej. Od dobrych 300 lat możemy najwyżej liczyć na statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową - pierwszoplanowe są grane w Moskwie, Berlinie, Paryżu czy Brukseli.

Stąd wybór między prozachodnią modernizacją a swojskością-przasnością, która w tym regionie Europy zazwyczaj jest prorosyjska (często wbrew intencjom swojaków-przaśniaków, ale tertium niestety non datur).

Od siebie dodam, że dla naszych praprzodków to była nowa sytuacja. Jeszcze do XVI wieku Polska była w centrum, a to Szwecja i Muscovia były peryferiami. No ale to nigdy nie jest dane na zawsze.

Pozostaje nam więc to, co Krzysztof Varga tak fajnie opisuje u Węgrów. Kompensacyjne rozpamiętywanie czasów, w których to my byliśmy mocarstwem („to my ich uczyliśmy jeść widelcem”, etc.).

Sam jestem lemingiem, ale mam świadomość naszych wad. Nasza prozachodniość jest wtórna i odtwórcza. Chcemy po prostu kopiować zachodnie rozwiązania.

Zgodzę się bez bicia, że tak można podsumować 11 lat mojej blogopublicystyki. I zgodzę się też, że mało to ambitne - ale nie widzę lepszych rozwiązań, bo na pewno nie jest nim dla mnie przaśno-swojskie siedzenie w cieniu rosochatej wierzby w koszuli z samodziału i łapciach z łyka.

Lem nie chciał uczestniczyć w chocholim tańcu puławian i natolińczyków. Ale czy w Polsce kiedykolwiek może być inaczej?

Leszczyński raczej radzi, żebyśmy to polubili. Ameryka Łacińska „od zawsze” jest peryferyjna, a Latynosi zdają się to wręcz na swój sposób lubić.

Może to jedyna nadzieja - zamienić chocholi taniec na bossa novę...

środa, 26 lipca 2017
To my, buldogi

No i proszę - na rozpoczęcie walki delfinów nie musieliśmy czekać nawet dwóch tygodni. Atak furii Kaczyńskiego w Sejmie potencjalni następcy tronu zinterpretowali jako okazanie słabości i huzia!

Nikomu w tym sporze nie kibicuję. A raczej kibicuję wszystkim stronom. Będę je zagrzewać okrzykami „LUTUJ GO MOCNIEJ, LUTUJ!”.

Pan Adrian się nagle obudził jako obrońca praworządności. Rychło w czas.

Przyczynił się swoim podpisem do zniszczenia niezależności Trybunału Konstytucyjnego, do destrukcji edukacji, do zawłaszczenia mediów publicznych, do niszczenia lasów, do harców Macierewicza, do bezkarności Kamińskiego. Niczego mu z tej listy nie wybaczę.

Ale nie da się ukryć, że miałem mnóstwo radości, czytając Psychiatryk24 i komcie na Wpotylicę. Na prawicy pożar w kurniku.

Ich prezydent natychmiast stał się dla nich „PADalcem” i „PADliną”. Dla wiceministra Jakiego jest już „cieniasem, który wymięka”.

Zaraz powyciągają na niego jakieś haki, zaraz się dowiemy, że ma niesłuszne pochodzenie. Nie będę go bronić. LUTUJCIE GO MOCNIEJ, LUTUJCIE!

Ale im mocniej oni będą walić w niego, tym silniej on im się będzie odwijać. A może im dużo zaszkodzić, oj dużo.

Cała ta destrukcyjna machina dotąd działała przecież tylko dzięki temu, że prezydencka marionetka podpisze wszystko, co jej podsuną. A jakby co, to każdego ułaskawi.

W odróżnieniu od pani Beci, którą jednym ruchem palca prezessimus może w każdej chwili odesłać na tą wieś, z której ją innym ruchem palca wyciągnął - pan Adrian jest nie do ruszenia. Nic mu nie mogą - a on im wiele. LUTUJ ICH MOCNIEJ, LUTUJ!

Przypominałem jakiś czas temu, że wystarczy utrata pięciu posłów, a PiS już nie ma bezwzględnej większości. To się może wydarzyć jeszcze w tym roku.

Kaczyński ma ostatnie chwile na to, żeby jeszcze uratować swój obóz przed kolejną klęską. Mógłby wyciągnąć rękę, wymusić na Ziobrze i Dudzie pojednanie przed kamerami, poskromić zbuntowane buldogi.

Ale on tego nie umie zrobić. Nigdy nie umiał. Jego poprzednie rządy zniszczyła rywalizacja między przystawkami - i tak samo będzie teraz.

Konflikt prezydenta z rządem to tak naprawdę konflikt dwóch przystawek: Gowina i Ziobry. Obaj mają swoje mikropartyjki, wyrzucenie z rządu jednego z nich grozi odpadnięciem przystawki (a więc: utratą większości).

Kaczyński nie umie łagodzić konfliktów. Umie tylko zrobić awanturę, dostać furii, zapluć się wściekłością, naubliżać. I nie wątpię, że budynek na Nowogrodzkiej trzęsie się od paru dni od podobnych wybuchów, tym razem już bez kamer.

Co najmniej dwukrotnie był u władzy (kiedy wywalczył prezydenturę dla Wałęsy i wygrał wybory w 2005). I za każdym razem tracił ją w ten sposób. Za bardzo lubi pomiatać ludźmi, a ludzie znoszą to tylko do czasu.

Jesienią ludzie poczują na własnej skórze skutki deformy edukacji. Dla wielu rodzin dodatkowe koszty, związane z wydłużeniem dojazdów albo koniecznością wynajęcia opiekunki, skonsumują 500+.

Coraz realniejsze są unijne sankcje. I tylko skromny żelazny elektorat uwierzy, że to wina Unii, a nie PiSu, olewającego kolejne sygnały ostrzegawcze.

Orban was nie uratuje, drodzy pisowcy. To polityk obrotowy, wchodzi w sojusz z tym, kto mu potrząśnie sakiewką. Moskwa i Bruksela mają sakiewki, Polska ma tylko Sakiewicza. Jak przyjdzie co do czego, głosowanie znów będzie wyglądało 27:1.

A w grudniu skończą się księgowe sztuczki Morawieckiego i poznamy prawdę o tym cudownym „uszczelnianiu VAT”. I sondaże polecą. A w 2018 wybory samorządowe...

I znów przed prawicowym zamordyzmem uratuje nas indolencja prawicy, bo na opozycję tradycyjnie nie ma co liczyć.

środa, 19 lipca 2017
Drodzy pisowcy...

Wiem, że czasem zaglądacie skrycie na mojego bloga, więc znów chciałbym zwrócić się do tych z was, którzy mają jakieś wątpliwości. Czyli do wszystkich, bo przecież każdy człowiek czasem ma wątpliwości, najwyżej się nie przyznaje.

Słuchajcie, bo to jest tak, że ja oczywiście zgadzam się, że sądownictwo w Polsce źle działa. Mam z nim (na szczęście) rzadki kontakt, ale za każdym razem szokuje mnie, jak powoli to wszystko działa.

Ten powrót do świata analogu! Odczytywanie czegoś z papieru, żeby ktoś inny to ręcznie zaprotokołował! To jakby polskie sądy były ostatnią enklawą zeszłego stulecia. Aż dziwne, że papierosów nie wolno palić.

Na to wszystko są konkretne rozwiązania. Primo: cyfryzacja. Secundo: częstsze stosowanie terminów prekluzyjnych (że sąd mówi, że decyzja/wyrok zapadnie tego-a-tego dnia, i jak strona/oskarżony się nie wyrobi, to jego/jej problem - żeby nie można było w nieskończoność przewlekać na „chorobę pełnomocnika”). Tertio: upragmatycznienie kpk/kpc/kpa...

Nie upieram się, że sam bym umiał to zrobić. Ale chwileczkę, czy cokolwiek o tym mowa w pisowskich projektach? Oczywiście, nie.

Nie usłyszeliśmy ANI SŁOWA na temat konkretnych rozwiązań. Tylko tradycyjną propagandę, że sądy złe, bo postkomunistyczne i cała władza w ręce Ziobry.

Przecież to tak, jakbyśmy mieli samochód, co do którego wszyscy się zgadzamy, że jest z katastrofalnym stanie. Każda opona inna, a wszystkie łyse. Luz w kierownicy, tańczy przy hamowaniu, dymi z rury, siadł amortyzator, olej zmieniony nie wiadomo kiedy, przegląd zaległy od lat, żadnej szansy na przejście go na legalu.

Ale co na to PiS? Zamiast przygotować remont generalny, to mówi: zabierzmy kierowcy kluczyki.

To niesłuszny kierowca, jest resortowym dzieckiem, bo żona stryja ciotki szwagra była w PZPR. Miał dość czasu na zrobienie remontu, skoro go nie zrobił, to dajmy teraz odzyskane kluczyki totalnie niepostkomunistycznemu Piotrowiczowi.

Przecież CAŁA ta niby-reforma sprowadza się do tego, kto ma sądownictwem rządzić. Usłyszeliście od Ziobry, Kaczyńskiego, posła sprawozdawcy, kogokolwiek, cokolwiek o rozwiązaniach konstruktywnych?

Coś o tej cyfryzacji może? A może o zmianie kodeksów postępowania?

No właśnie. Cała wasza nadzieja w tym, że jak PiS przejmie kontrolę nad tym samochodem, to wreszcie zrobi zaległy remont.

Chciałbym ją podzielać, serio. Ale nie widzę podstaw. Te dwa lata pokazały, że PiS jest dobry wyłącznie w rozwałce.

Potrafi, owszem, przejąć władzę nad jakąś instytucją - a następnie sparaliżować jej działalność. Świetnie to widać w działce, którą obserwuję zawodowo, czyli w kulturze.

PiS przejął tutaj prawie wszystkie instytucje - Instytut Książki, Instytut Mickiewicza, Narodowy Instytut Audiowizualny, Narodowe Centrum Kultury, teatry, media publiczne. Ich ludzie rządzą wszystkim, trzymają łapę na wszystkich pieniądzach.

I co? I gdzie te pisowskie sukcesy filmowe, telewizyjne, teatralne, literackie, festiwalowe? Chyba nawet zwolennik tej partii musi zauważyć, że pisowska kultura to nadal tylko Pietrzak, Rosiewicz i babcia Zdzicha z telenoweli.

Co innego przejąć władzę nad jakąś instytucją - to każdy głupi potrafi! - a co innego zdziałać w niej coś konstruktywnego. To się PiSowi nie udaje (z chwalebnym wyjątkiem 500+).

Zniszczyć gimnazja owszem, potrafili. Ale chyba nawet zwolennicy PiS nie spodziewają się, że szkoły od tego będą lepiej działać?

Niszczenie komisji lotniczej poszło świetnie. Ale chyba nawet zwolennicy PiS nie oczekują po Macierewiczu tzw. „prawdy o Smoleńsku” (ani, he he, lepszego kontraktu na helikoptery)?

Podobnie sądy nie zaczną lepiej działać od samego objęcia przez Ziobrę ręcznego sterowania. Owszem, drogi zwolenniku PiS, jeśli pechowo w twój samochód walnie kolumna BOR, ekspresowo zostaniesz skazany. Nie jesteś chyba aż tak naiwny, żeby wierzyć, że żałosne „ale ja na was głosowałem!” wystarczy jako linia obrony?

We wszystkich innych sprawach, mniej istotnych dla Ziobry, sądy będą działać równie opieszale. To będzie dalej ten sam zdezelowany samochód, tyle że z innym kierowcą.

Niech będzie, że dotąd sądy były w rękach „kasty”. Ale teraz będą w rękach jednej osoby. Moim skromnym zdaniem, historia wyraźnie pokazała, że to gorsze rozwiązanie.

piątek, 14 lipca 2017
Czekanie na buldogi

Grzegorz Górny na łamach „wpotylice” zadał ostatnio bardzo ciekawe pytanie: dlaczego Salazarowi i Franco nie udało się zbudować nic trwałego. Faktycznie, prawicowe dyktatury w Hiszpanii i Portugalii rozpadły się zaraz po śmierci przywódców.

Ludzie reżimu, zwłaszcza ci z wiadomego resortu, wprawdzie zachowali część majątku i wpływów, oraz generalną bezkarność, no bo to jest niestety normalka w transformacji demokratycznej. Wycofali się jednak z czynnej polityki, działali (a właściwie nadal działają) z ukrycia.

Neofrankizm czy neosalazaryzm nie funkcjonują jako opcja, na którą można zagłosować w wyborach. Tamtejsze spektrum polityczne to raj dla bywalców niniejszego bloga - najskrajniejsza prawica to odpowiednik PO, jest silny odpowiednik Razem i liczące się partie na lewo od Razem.

Dyktatura, która wydawała się nie do ruszenia jeszcze powiedzmy w roku 1969 (nie wytykając palcami, są wśród nas ludzie, którzy byli już wtedy na świecie), rozpadła się jak domek z kart kilka lat później. Jest w tym dla nas pociecha - marna, zgoda, ale z taką opozycją lepszej nie będzie.

Szczególnie ciekawy wydaje mi się przypadek Salazara, bo jego koncepcja Nowego Państwa (Estado Novo) pod wieloma względami przypomina doktrynę kaczyzmu (oczywiście, minus kolonie). Przede wszystkim w odróżnieniu od Franco (a w podobieństwie do Kaczyńskiego), Salazar nie kreował się na człowieka numer jeden. Pozwalał też na coś w rodzaju wyborów i coś w rodzaju opozycji.

W faszystowskiej Portugalii formalnie człowiekiem numer jeden był prezydent. W każdej chwili (w teorii) mógł odwołać Salazara (jako premiera).

Żaden tego nie zrobił przez przeszło 30 lat, bo jednocześnie Salazar był ich zwierzchnikiem jako prezes Unii Narodowej (União Nacional). Wszyscy byli mniej lub bardziej potulnymi „panami Adrianami”, jak ten nasz poczciwina.

Do 1958 prezydenta wybierano w powszechnych wyborach. Opozycja mogła w nich teoretycznie startować, ale miała ograniczone możliwości prowadzenia kampanii i żadnej kontroli nad liczeniem głosów, była to więc farsa jak w Rosji czy na Białorusi.

W tymże roku jednak niespodziewanie duży wynik miał kandydat opozycji, generał Humberto Delgado. Oficjalnie dostał 25% głosów, można tylko spekulować, ile dostał naprawdę.

Salazar się przestraszył i odtąd już „pana Adriana” namaszczał mu parlament. Delgado został zaś w Hiszpanii zamordowany wraz sekretarką.

Brutalność tego mordu (co im zaszkodziła sekretarka?) sprawiła, że nawet bratni reżim frankistowski nie pomógł Portugalczykom w zacieraniu śladów. Agent tajnej policji PIDE został zaocznie skazany w Hiszpanii za morderstwo (dożył spokojnej starości w RPA).

Mord na Delgado - który do niedawna sam był zwolennikiem reżimu - był bodajże najbardziej spektakularnym przejawem walk buldogów pod dywanem. Jedność reżimu zawsze jest pozorna.

Wobec indolencji Petru i Schetyny to dla nas jedyna pociecha. Prędzej czy później oni rzucą się sobie do gardeł.

A najpóźniej będzie to zapewne tak jak w Hiszpanii i Portugalii, kiedy Wódz - jedyne spoiwo reżimu - wycofa się z polityki i wyznaczy Następcę. Ale może to też nastąpić wcześniej.

PiS na swoją zgubę tworzy niestabilny system, w którym dwaj ludzie: marszałek Sejmu i minister sprawiedliwości, mają nieproporcjonalnie wielką władzę. Formalnie na czele państwa stoją premier i prezydent, ale zamieniony w maszynkę do głosowania Sejm może w każdej chwili zmienić premiera, lub „skrócić kadencję” prezydenta.

Co wtedy zrobi „pan Adrian”? Odwoła się do sądu? Ale przecież sądy właśnie zamieniono w maszynkę do zatwierdzania decyzji ministra sprawiedliwości. I on sam się do tego przyczyni(ł).

Ten domek z kart runie, kiedy zabraknie karty centralnej: Wódz, Legendary Creature. A zwykła biologia sprawi, że to nie będzie mogło trwać tak długo jak w Hiszpanii i Portugalii.

Górnemu żal Franco i Salazara, bo podjęli najbardziej udaną w XX wieku próbę stworzenia katolickiego reżimu. Ale Chrystus dostatecznie jasno wyjaśnił, że jego królestwo nie jest z tego świata. Taki reżim musi być budowany na kłamstwie

Sojusz tronu z ołtarzem zawsze będzie „pałacem zbudowanym na piasku”. Będzie „drzewem złym, które owoców dobrych wydawać nie może”.

Już niedługo jesień. Zobaczymy, co nam spadnie z tej jabłoni.

piątek, 07 lipca 2017
Geopolityka trójmorza

Lubię historyczne książki i mapy, więc w pewnym sensie interesuję się geopolityką. Acz nie w sensie prawicowym, bo tam geopolityka polega raczej na oglądaniu tzw. „filmów dokumentalnych na youtube”.

Może w takich filmach fajnie wygląda koncepcja „trójmorza”. Ale historia każe mi w nią wątpić.

Większość krajów Europy Środkowej pojawiła się na mapie po pierwszej wojnie światowej (część początkowo jako federacje, rozpadające się dekady później). Zdrowy chłopski rozum sugerowałby im współpracę, skoro od początku są wciśnięte między Niemcy a Rosję.

Przez te sto lat te kraje były pogrążone w ciągłych konfliktach wewnętrznych i zewnętrznych, w których ciągle Rosja i/lub Niemcy były uważane za mniejsze zło. Polska i Litwa na przykład formalnie były w stanie wojny do roku 1939, a kiedy ta nadeszła, Litwa wolała działać ze Stalinem przeciwko nam.

Nic się od tego czasu zasadniczo nie zmieniło. Nasi potężni sąsiedzi każdemu z nas mają więcej do zaoferowania od pozostałych krajów Trójmorza.

Polski przedsiębiorca przecież nie zrezygnuje z niemieckiego rynku zbytu i nie będzie sobie szukać klientów w Rumunii tylko dlatego, że taki sojusz ładnie wyglądałby na mapie. Orban z kolei nie zrezygnuje z rosyjskiego gazu tylko dlatego, że Duda się ładnie uśmiechnie.

Trójmorze (podobnie jak podobne konstrukcje - Wyszehrad, Międzymorze, wspólnota jagiellońska itd.) jest inherentnie niestabilne. Więcej mamy interesów sprzecznych niż wspólnych, i tak jest od 1918.

Przykład budowy stabilnej wspólnoty mogą nam dać państwa wciśnięte między Niemcy a Francję. Napisałem kiedyś esej nanoszący historię Unii Europejskiej na szersze tło różnych planów na zaprowadzenie stabilnego ładu w Europie, podejmowanych od czasu Karola Wielkiego.

Jak wiadomo, w 843 roku traktatem w Verdun podzielono jego imperium na trzy części. Miało to zapobiec już wtedy trwającym walkom między wnukami cesarza - a jak pokazała historia, tylko pogorszyło sprawę.

Dwie części dały początek Niemcom i Francji. Trzecia, dziedzictwo Lothara, była pogrążona w wiecznej niestabilności - aż do roku 1957.

Na 11 oficjalnych ojców-założycieli Unii, aż 9 pochodzi z dawnego dziedzictwa Lothara. Nie sądzę, żeby to był przypadek. Priorytetem dla nich było to, żeby już się nie powtórzyło to, co widzieli podczas dwóch wojen światowych, ktore (z ich punktu widzenia) były kolejną odsłoną walki spadkobierców dziedzictwo Karola Wielkiego.

Byli ludźmi wykształconymi, więc znali skutki poprzednich prób jednoczenia - cezaropapizmu, pokoju westfalskiego, kongresu wiedeńskiego. Wszystkie miały przynieść wieczny pokój, a przynosiły tylko kolejne wojny.

Te próby miotały się od jednej skrajności do drugiej. Były próby jednoczenia Europy wokół jednej ideologii, np. chrześcijaństwa czy bonapartyzmu. Były też próby zaprowadzanie pokoju opartego o cyniczną grę interesów poszczególnych suwerenów (gdy PiS dziś mówi o „wtrącaniu się w suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie nawiązuje do pokoju westfalskiego).

Ojcowie założyciele chcieli uniknąć tych skrajności. Wspólnota od początku odwołuje się do wspólnych wartości (np. praw człowieka), ale jednocześnie jest zaprojektowana elastycznie, żeby te wartości można było negocjować i modyfikować.

Dzięki temu jest w stanie pokojowo rozstrzygać konflikty. Przy wszystkich narzekaniach na biurokrację i powolny proces decyzyjny pamiętajmy, że alternatywą były (i nadal są) okopy i płonące miasta. Wystarczy spojrzeć na Donieck.

Nie widzę dla krajów leżących w paśmie dawnego frontu wschodniego pierwszej wojny światowej innej realistycznej recepty na pokojowe współistnienie niż ta, którą zastosowały kraje leżące w paśmie dawnego frontu zachodniego. Unia częściowo oparta o wspólne wartości, częściowo o interesy i poddająca negocjacjom jedno i drugie.

Gdyby nie było tamtej, powinniśmy założyć własną. Ale skoro tamta na zachód od nas już powstała - powinniśmy po prostu pogłębiać integrację z nią.

Alternatywę dla Zachodu tak naprawdę mamy tylko jedną: Rosję. Historia pokazuje, że samodzielne państwo w tym regionie może przetrwać 20, może 30 lat. Potem je połkną ci albo tamci. Taka tu geopolityka.

Tylko że jak już nas połknie Rosja, to tam nie będzie negocjacji. Tam będzie „morda w kubeł, ruki pa szwam”. Do tego nas prowadzą ci, którzy nas chcą oderwać od Zachodu.

niedziela, 02 lipca 2017
Druga kadencja PiS

Mój bąbelek soszialmediowy jest pełen kpin z sobotniego przemówienia prezesa - że będzie odbudowywać zamki, że będzie rewitalizować inteligencję (co robił Mikołaj, Wilq?). Nikt jednak nie mówi pozytywnie o platformianej kontr-imprezie.

Wniosek jest dla mnie jednoznaczny. Już tylko interwencja mitycznej zakonnicy w ciąży może odebrać PiS-owi drugą kadencję.

Platforma nie ma pomysłu na przyciągnięcie wyborców. Hasła „nie dla PiS” są hasłami negatywnymi.

Ale tak konkretnie, panie Schetyna, to co mi pan ma do zaoferowania? W czym moje życie stanie się lepsze, kiedy pan dojdzie do władzy?

Że pan „rozliczy odpowiedzialnych za okłamywanie Polaków”? Może pan zacznie te rozliczenia od tego, co było złe za rządów PO? Jeśli będziecie „stać murem za Hanką”, skończycie jak KOD, zbyt długo „stojący murem za Mateuszem”.

PiS wysłał tymczasem swoim wyborcom dwa konkretne powody do głosowania na siebie. I potrafię zrozumieć wyborcę, na którego to działa.

Pierwszy to obietnica „nie wpuścimy uchodźców, dzięku temu będzie bezpieczniej”. Nie działa na mnie z powodów, które tu już wielokrotnie przedstawiałem.

Strach przed uchodźcami wykreowano sztucznie, przy pomocy fejkowych niusów o „strefach szariatu” i „Szwecji na krawędzi wojny domowej”. Dostatecznie dużo podróżuję po Europie żeby wiedzieć, że to bzdura. Ale rozumiem, że kto Londyn czy Berlin zna głównie z TVPiS, da się na to nabrać.

Michał Sutowski w mojej audycji zwrócił jednak uwagę na to, że Platforma od początku nie miała na to dobrej riposty. Nie demaskowali bzdur, pośrednio legitymizowali je - przedstawiając za swój sukces wynegocjowanie z Unią minimalnej puli do relokacji (a więc przyznawali, że jest coś na rzeczy).

Poważniejsza jest druga obietnica, która - przyznam - na mnie już działa. To słowa Morawieckiego, że z samego uszczelnienia VAT udało się sfinansować 500+ - ergo, dopóki rządzi PiS, bogacze też będą płacić podatki.

Jeśli PO ma na to jakąś ripostę, to ja jej nie znam. Mam wrażenie, że w sobotę się do tego w ogóle nie odnieśli, umacniając wrażenie, że karuzela VAT się kręciła za cichym przyzwoleniem poprzedniego rządu (tak jak przekręty reprywatyzacyjne działy się za cichym przyzwoleniem platformianego ratusza, platformianego ministerstwa i środowiska prawniczego, które właśnie chce bronić swojej niezależności).

Być może moje wrażenie jest mylne. In fact, bardzo chciałbym, żeby tak było. Serdecznie zapraszam swoich znajomych sympatyzujących z PO, żeby nadrobili tę lukę w komentarzach na blogu i przedstawili proplatformiany punkt widzenia na te kwestie.

Oczywiście, ta obietnica też nie sprawi, że zagłosuję na PiS. Wiecie, na kogo będę głosować. Ale dopóki PO się nie odniesie do tych kwestii, nie chcę na nich głosować w żadnym wariancie, także w wariancie „zjednoczona opozycja”.

Obrona konstytucji? Tak. Obrona pluralizmu w mediach publicznych? Tak. Obrona orientacji proeuropejskiej? Tak.

Ale obrona przekręciarzy podatkowych? Obrona odpowiedzialnych za dziwne decyzje reprywatyzacyjne? Obrona biznesmeneli, którzy nie płacą swoim pracownikom? HELL NO.

Opozycja sama się wmanewrowała w sytuację, w której jej twarzami stali się Mateusz K., Rafał B., Jerzy M i Hanna G-W. Jej szyldem - restauracja „Ksiądz S. i przyjaciele”.

Na wszystkie inicjatywy Platformy i Nowoczesnej PiS będzie więc mieć zabójczo skuteczną ripostę: „krzyczą, bo tęskno im do optymalizacji podatkowych i reprywatyzacyjnego eldorado”. Szach mat, pozamiatane.

Nie lubię PiS, ale jeszcze bardziej nie lubię przekręciarzy i wyzyskiwaczy. Jeśli czyjś pomysł na biznes polega na niepłaceniu pensji pracownikom albo podatków fiskusowi, nie jest dla mnie „mniejszym złem”.

Chciałbym to zakończyć jakimś optymistycznym akcentem, ale nie umiem. Szykuję się melancholijnie na drugą kadencję PiS. Może coś optymistycznego mają do powiedzenia PT Komcionauci?

niedziela, 25 czerwca 2017
Przez osiem ostatnich lat...

Postanowiłem wrócić do tradycji notek drogowych, bo się przestraszyłem, że niektórzy na serio wierzą, że w zeszłym tygodniu rozpoczęła się budowa południowej obwodnicy Warszawy - bo minister ceremonialnie nacisnął guzik.

Budowa trwa już od maja, o czym warszawscy kierowcy powinni wiedzieć, bo już odczuwamy w związku z tym uciążliwości na skrzyżowaniu KEN i Płaskowickiej. Uciążliwości będzie przybywać aż do finału zapowiadanego na sierpień 2020 (w co nie wierzę - już są pierwsze opóźnienia).

Poza pozowaniem do zdjęć, obecny minister nie ma większej zasługi w budowie tej akurat drogi. W ogóle zdziałał na razie niewiele, głównie podpisywał umowy zgodnie z przetargami rozpisanymi przez poprzedni rząd.

To jest dla mnie zresztą najbardziej niesamowite w wyborach PiS, że przed wyborami robili wrażenie szczerze przekonanych, że Platforma drogi buduje źle, drogo (podobno nawet „najdrożej w Europie”), a tak w ogóle, to wcale ich nie buduje („gdzie ta sieć!”, etc.). A po wyborach natychmiast o tym zapomnieli i kontynuacja tego samego, co robiła Platforma jest już dla nich OK.

Skąd to się wzięło? Winne są tutaj w dużym stopniu te same media, które dziś lamentują, że PiSowi rośnie i dziwują się, czemuż ach czemuż.

Na początek - kilka danych (oj dana dana). W eksplotacji jest 3250 kilometrów autostrad i ekspresówek, w budowie jest 1200 (z tego ok. 200 ruszyło już za „dobrej zmiany”).

Docelowa sieć ma mieć ok. 7500, więc można powiedzieć, że półmetek jest już za nami. W przyszłym roku będzie można zrobić coś bezsensownego, o czym jednak marzę od dobrych 30 lat: zrobić pełne kółko samymi dobrymi drogami (prawdopodobnie pierwszym możliwym kółkiem będzie Łódź-Wrocław-Zielona Góra-Poznań, ale zaraz dojdą następne).

Gdy Platforma obejmowała władzę w 2007, autostrad i ekspresówek było 1010 i 420 w budowie. Gdy Komorowski został prezydentem w 2010 i zapowiadał „rozpoczęcie budowy 1000 km w ciągu 500 dni”, było 1500 km w eksploatacji i 770 km w budowie.

Prosta matematyka pokazuje, że zapowiedź Komorowskiego spełniono z nawiązką. Platforma zastała Polskę wyboistą i zostawiła autostradowo-ekspresową.

A jednak Komorowski spotkał się wtedy z powszechnym szyderstwem, także ze strony mediów mu (teoretycznie) sprzyjających, które teraz tak lamentują. Dlaczego?

Media w kapitalizmie są skazane na dwulicowość. Uwielbiają sadzić frazesy o etosach, misjach, patrzeniu władzy na ręce, ale jednocześnie mówią „jesteśmy biznesem jak każdy inny, musimy zarabiać”.

W teoretycznej, wyidealizowanej sytuacji te dwa cele nie powinny się wykluczać i czytelnicy powinni doceniać jakościową informację. W praktyce się oczywiście wykluczają, bo lepiej się sprzeda tandetna sensacja.

Przez osiem ostatnich lat Polcy i Polaki byli więc bombardowani przekazem fałszywym, ale klikalno/słuchalno/sprzedawalnym. Że dróg się nie buduje, a poza tym buduje się źle i za drogo.

Dziennikarze telewizyjni pokazywali szczeliny dylatacyjne na dowód że „nowa trasa już ma dziury”. Dziennikarze radiowi mówili zaskoczonemu ministrowi, że te autostrady budowane na Euro 2012 trzeba było potem zamykać. Tygodniki opinii robiły sobie z tego mitu okładkowe materiały.

Ten mechanizm doskonale wykorzystała pewna firma konsultingowa do swojego marketingu kontentowego. Podrzucała mediom śmierdziuchy tego typu - wyglądające na pierwszy rzut oka jako efekt samodzielnej pracy dziennikarza - ale opatrzone komentarzem kogoś, kto udawał eksperta poproszonego o komentarz.

Na forum Skyscrapercity nawet na serio się zastanawiano, dlaczego zawsze zapraszany jest akurat ten ekspert, jakby innych nie było. A tymczasem po prostu całym sensem tego materiału było to, żeby pojawił się przy nim ciąg znaków: „ocenia Iks Iksiński, ekspert zespołu doradców igrekowskich IGREK”.

Kto zna tę tematykę, ten wie, co się tu kryje pod X i Y. Kto nie zna, temu i tak to nic nie powie.

Obiektywnie więc wygląda to tak, że większość sieci autostrad i ekspresówek w Polsce wybudowała Platforma. To z kolei w większości zasługa ministra Grabarczyka. Którego media - wcale nie te pisowskie, właśnie te niby-platformiane! - wykreowały na nieudacznika. I nie stała za tym polityka, tylko chciwość jednych i marketing kontentowy drugich.

Mamy to, na co ciężko zapracowaliśmy przez te 8 lat.

poniedziałek, 19 czerwca 2017
Jak pisał Lem

Okladka Ksiazek

Obawiam się, że niedługo będę siedział w Waszej lodówce i promował swoją biografię Lema. Zaczyna się niewinnie, od tekstu w najnowszych „Książkach” o tym, czego się dowiedziałem, pisząc ją.

Tu się skupię na jednej kwestii. Wiedziałem już przedtem, jak każdy początkujący lemolog, że Lem swoje najsłynniejsze dzieła pisał tak, że jego samego zaskakiwała akcja powieści.

Nie wiedział, dlaczego Snaut się przestraszył Kelvina na „Solaris” i nie wiedział, dlaczego społeczeństwo w „Powrocie z gwiazd” zachowuje się tak obco. Wymyślał to w trakcie pisania. Tak powiedział w wywiadzie-rzece Beresiowi.

I to jest oczywiście prawda. Tylko że ta prawda ma rewers, który zrozumiałem dopiero pisząc tę biografię.

Lem pisał te książki w pośpiechu, bo w 1958 roku pilnie potrzebował pieniędzy na wykończenie domu, kupionego w opłakanym stanie. Podpisał więc trzy umowy z trzema wydawnictwami, żeby dostać trzy zaliczki.

Pośpiech przy ich pisaniu nie wynikał więc z przyjętego planu pisarskiego, tylko z życiowych okoliczności. Lem pisał „Solaris” w tempie 6 stron maszynopisu dziennie.

Mogę to dość dokładnie oszacować, bo Lem raportował postęp przyjaciołom. „Prawda, że ja tu zesrywając się (już to Wmość Pan wybaczysz mnie chamowi takie zawiesistości w tym Officjalnym Liście) od 1 czerwca 120 stron napisałem, a i te tylko dlatego jeszcze stołu się trzymają, a sraczem nie żeglują, bom się przeczytać ich bojący”, pisał w liście z 23 czerwca 1959.

Z tym „żeglowaniem sraczem”, to chyba metafora. Lem nieudane maszynopisy raczej palił, niż spuszczał (przecież by się zapchało!).

Ale to był kolejny aspekt jego metody twórczej. Owszem, pisywał bez konspektu, ale to często oznaczało, że niszczył pierwotną wersję i pisał następną - i ta pierwotna była niejako konspektem.
Zniszczył pierwotne wersje „Głosu Pana”, „Kataru” i „Wizji lokalnej”. Ponieważ streszczał je w listach, można przynajmniej zrekonstruować rożnice, co robię w książce.

„Solaris”, tak jak wiele innych arcydzieł, Lem pisał w Domu Pracy Twórczej ZLP pod Zakopanem. Naiwnie to sobie wyobrażałem jako idealne miejsce pracy - jak współczesny hotel z widokiem na góry.

Własną twórczą indolencję lubię usprawiedliwiać tym, że „nie mam warunków do pracy”. Na swoją obronę powiem, że chyba nie ja jeden? I tak sobie fantazjowałem, że gdyby ktoś mi zafundował miesiąc w górskim pensjonacie, to ho ho, czego bym nie napisał.

Warunki, w jakich pisał Lem, wyglądały tymczasem tak: łazienka była na dole, więc im wyżej położony pokój, tym mniej był atrakcyjny, bo trudniej było pilnować miejsca w kolejce do prysznica. A ten najwyżej położony pokój, w który powstało „Solaris”, był dodatkowo na poddaszu - więc w dzień było w nim zbyt duszno, żeby pisać.

Lemowi to odpowiadło, bo przynajmniej nikt mu nie tupał nad głową. W dzień spacerował i obmyślał to, o czym będzie pisać w nocy. Miał ciągłe problemy z bezsennością, brał coraz mocniejsze prochy, ale to nie pomagało. To zrozumiałe, jeśli uwzględnić co przeżył podczas wojny.

Bezsenność też eliminowała problem kolejki do łazienki. O czwartej rano była jednak przeważnie wolna.

Myślę, że w „Solaris” widać rytm dobowy w Domu Pracy Twórczej. Na zmianę stacja robi wrażenie opustoszałej - jak kiedy Lem schodzi po schodach do łazienki - i zaludnionej.

W dzień przecież pisarze spotykali się na wspólnych posiłkach. Czasem chcieli mówić o „tworach F”, z którymi borykają się w swoich pokojach - czyli o bohaterach swoich powieści - czasem odpowiadali burkliwym wykrętem, jak Sartorius.

Ze zgromadzonych przeze mnie materiałów wynika, że Lem warunki do pracy miał wtedy koszmarne. Wysiadło mu zdrowie. Wszystko na raz: nerki, reumatyzm, katar sienny, a do tego paraliżujący ból w klatce piersiowej. Na szczęście prawdopodobnie był to „tylko” nerwoból, ale Lem miał powody oczekiwać najgorszego.

Krótko mówiąc, panie, panowie - jeśli nie piszemy tak wspaniałych książek, to nie dlatego, że mamy gorsze warunki do pracy - tylko dlatego, że w porównaniu z Nim jesteśmy cienkimi Bolkami. Ale przy Nim to każdy był...

niedziela, 11 czerwca 2017
13 powodów

Dawno na blogu nic nie było o popkulturze, więc napiszę o serialu „13 powodów” - o którym pewnie bym napisał felieton, gdybym nadal pisywał felietony. Wydaje mi się być serialem, o którym każdy blogobywalec Powinien Mieć Swoje Zdanie.

Szczególnie polecam go widzom, którzy - tak jak ja - czuli się osieroceni po „Wielkich kłamstewkach”. Może kiedyś Kidman i Witherspoon wyprodukują coś równie dobrego, kto wie, ale na razie muszą nam wystarczyć „Powody”.

Ogólna formuła jest podobna: a więc primo, znakomity soundtrack. Secundo, idylliczne kalifornijskie miasteczko, otoczone pięknymi okolicznościami przyrody pejzaże (w „Kłamstewkach” zatoka Monterey, w „Powodach” północna część zatoki San Francisco).

Ludzie w większości raczej zamożni. W „Kłamstewkach” głównie UMC/UC, w „Powodach” raczej MMC/UMC.

Większość żyje w rodzinach, które na zewnątrz wyglądają pocztówkowo. Ale od środka, ha! Dramaty i skandale.

Prawie wszystko w „Powodach” jest lekko słabsze niż w „Kłamstewkach”. To nie jest dramat, raczej powiedziałbym, że to coś na zasadzie różnicy „pięć gwiazdek” / „cztery gwiazdki”.

Jest jednak jeden aspekt, w ktorym „Powody” deklasują wszystkie seriale i w ogóle całą współczesną popkulturę. To role młodych debiutantów.

Dramaty w „Kłamstewkach” dzieją się przede wszystkim wśród ludzi raczej w moim wieku, albo i jeszcze starszych. Dzieci są tłem. W „Powodach” jest odwrotnie.

Dla kogoś, kto ceni sobie dobre aktorstwo, ten serial to pozycja obowiązkowa. Bo że sławny aktor gra ciekawie, to nie jest aż taka znowu rewelacja. Ale to prawdziwa radość, obserwować aktorską tour de force ludzi, których pierwszy raz widzimy na ekranie.

Jak wiadomo, tego serialu nie da się zaspojlować, bo o czym to będzie, dowiadujemy się w pierwszej minucie. Hannah (Katherine Langford) to uczennica liceum, która popełniła samobójstwo.

Pozornie nie miała żadnego powodu. Szczęśliwa rodzina, dobre wyniki w nauce, miała przyjaciółki i przyjaciół, chodziła na imprezy.

Zostawiła dziwny list pożegnalny, w postaci staroświeckich kaset magnetofonowych. Opisała na nich tytułowe powody - każdy związany z inną osobą. Stąd leitmotif tego serialu: „welcome to your tape”.

Główny bohater Clay (Dylan Minnette) odtwarza ostatni tydzień z życia Hannah. I na swojej taśmie poznaje swój powód: ach, co wam będę spojlować, ale to się zrobiło oczywiste w czwartym odcinku (dla mnie - pewnie ktoś o lepszej pozycji na spektrum autyzmu zajarzył wcześniej).

Bohaterowie mają 17/18 lat, grają ich aktorzy mający 20-22. Zwróciłem na to uwagę, bo z racji mojej sytuacji jestem w miarę wyczulony na różnicę między studentem a licealistą, ale to się chyba nie rzuca w oczy.

Jest tutaj kilka scen (np. rozmowa Claya z matką na policyjnym parkingu), w których debiutant(ka) swoją ekspresją gasi profesjonalist(k)ę. Miło patrzeć!

Debiutantom trochę to ułatwia fabuła. Ich motywacje mamy dokładnie wyjaśnione. Motywacje dorosłych są mgliste.

Wiemy, że do tragedii by nie doszło, gdyby ten rodzic albo tamten nauczyciel trochę bardziej się zainteresował tym, co się dzieje z uczniem, synem, córką, kolegą syna, koleżanką córki, itd. Nie interesują się.

Przeważnie nie wiemy czemu, ale odpowiedź byłaby taka banalna - Samo życie.

Motywy młodzieży są ciekawiej zarysowane. Należą do pokolenia Z, czyli następców millenialsów.

Są pokazani jako pokolenie, które nie wierzy w awans społeczny. Justin (Brandon Flynn) i Bryce (Justin Prentice), dwaj chłopcy, którzy skrzywdzili Hannę, reprezentują dwa ekstrema drabiny społecznej.

Justin, nieślubny syn narkomanki, jest na progu bezdomności. Bryce z kolei jest skazany na odziedziczenie sukcesu po swoim tacie. Obaj nie czują się z tym komfortowo (co świetnie odgrywają młodzi aotkrzy), ale obaj nawet nie dopuszczają takiej myśli, że to się może zmienić.

W pokoleniu Z teoretycznie panuje pełna tolerancja. „To XXI wiek, można bezpiecznie wyjść szafy”, pada w nim takie hasło.

Ale sztywna drabina społeczna się z tym kłóci. Wszystkim wyznacza role - kto może być gejem, a kto nie może. Do czego Meksykanin się nadaje, a do czego nie.

Wszyscy są więc tolerowani tylko pod warunkiem, że dokładnie odgrywają swoje role. A jeśli nie, to nie ma przebacz, nawet jeśli są biali, klasośredniowi i heteronormatywni.

Jak Clay. Czy Hannah...

wtorek, 06 czerwca 2017
Powrót do Obrzydłówka

Weszło mi ostatnio w zwyczaj pisanie notek-sequeli. Trudno.

W dyskusji pod poprzednią notką parokrotnie padało pytanie „ale jak dotrzeć z lewicowym przekazem do ofiar zlasowania mózgu popisową propagandą”. Otóż mamy fascynujący przykład sukcesu sprzed 120 lat.

Pisałem o nim wielokrotnie, więc przepraszam tych, którzy już to słyszeli. Książki zawierające wykład lewicowego systemu wartości (o których marzy komcionauta Awal), już ktoś napisał. Niestety, był to Stefan Żeromski.

Z jakiegoś trudnego dziś do zrozumienia powodu nasi praprzodkowie czytali to z wypiekami na twarzy, dyskutowali o tym na przyjęciach i w korespondencji. Jedni się oburzali, inni ruszyli budować na Żoliborzu „szklane domy”.

Nas to ani nie oburza, ani nie zachwyca, tylko nudzi. Dlaczego to jest i co to mówi o zmianie percepcji literatury, to temat przerastający moje kompetencje (i rozmiary blogonotki). Skupię się na polityce.

Żeromski sympatyzował z PPS. Napisał dla niej hymn prozą - „Sen o szpadzie”. Do moich najsłodszych wspomnień z idealistycznej młodości należy kongres, na który przyszedł Wojciech Siemion, żeby nam to wyrecytować. Z pamięci (i za friko, dla idei).

O potędze prozy Żeromskiego świadczy to, że jeśli dziś ktoś w pierwszym odruchu ma przedstawić pozytywistyczne ideały, są duże szanse, że powoła się na „Siłaczkę”. Napisaną jako PARODIA pozytywizmu - ale ta parodia okazała się bardziej żywotnym memem od pierwowzoru.

Problemy, przed którymi dziś stoimy, przypominają ostatnią dekadę XIX wieku. Z jednej strony, findesieclowy strach przed ostatecznym upadkiem cywilizacji Zachodu, z drugiej - smutek, że ta cywilizacja do nas nie zdążyła dotrzeć.

Frustrująca nas dychotomia PO/PiS trochę się przedkłada na frustrującą naszych przodków dychotomię pozytywizm („zausz firmę”!)/„romantyzm” („huzarzy wyklęci”). Mało kto miał ochotę na kolejne romantyczne powstanie (choć Rosjanie podobno spodziewali się go w latach 1890.), ale w połowie dekady, kiedy Żeromski pisał „Siłaczkę” i „Doktora Piotra” pozytywizm był już bankrutem.

Spróbujmy streścić te nowele ludzkim językiem. „Siłaczka” opowiada o lekarzu, który kierując się pozytywistycznymi ideałami trafił do miasteczka zwanego Obrzydłówkiem, którym rządzi klika plebana, pocztmistrza, sędziego i aptekarza.

Gdy w miasteczku nie było lekarza, wszystkich leczył aptekarz - altmedem, czyli ówczesnymi odpowiednikami „witaminy B17” i „vilcacory”. Lekarz zagroził interesom, więc „nieznani sprawcy” zaczęli wybijać szyby w gabinecie, a pleban zaczął rozpuszczać plotki, że lekarz jest satanistą.

W sąsiedniej wiosce umiera kobieta, w której bohater podkochiwał się jako student. Próbując ją uratować, przypomina sobie swoje dawne (pozytywistyczne) ideały.

Ale równocześnie uświadamia sobie, że za chwilę może skończyć tak jak ona. Próba ratunku się nie udaje z trywialnego powodu (nieodśnieżona droga, lekarstwo nie może dotrzeć na czas).

Bohater wybiera życie. Wchodzi w skorumpowany układ i dobrze na tym wychodzi finansowo. Z idealizmu mu zostało tyle, że namówił elitę Obrzydłówka na przesiadkę na papierosy z filtrem (mniej szkodzą!).

To można przełożyć na współczesne realia, podobnie jak „Doktora Piotra”. To opowieść o zubożałym szlachcicu, który wszedł w interesy z przekręciarzem, niejakim „panem Bijakowskim”, żeby opłacić ukochanemu Piotrusiowi studia w Anglii.

Syn wraca - i uświadamia sobie, że jego wykształcenie sfinansowano z nieuczciwych źródeł. Zrywa z ojcem i odchodzi mówiąc, że będzie teraz całe życie odpracowywać „ten dług gorzki i straszny”.

Czy nie możemy sobie wyobrazić podobnego buntu współczesnego chłopaka, który sobie uświadomi, że jego wykształcenie opłacono z czyszczenia kamienic z wkładki mięsnej?

Podobnie „Ludzie bezdomni” NIE są opowieścią o lekarzu, który tak sam z siebie chce leczyć ubogich, bo ma taki faken kaprys. On na początku próbuje zrobić coś w rodzaju kariery, ale szybko sobie uświadamia, że droga do prawdziwego hajsu prowadzi przez krzywe deale, konformizm i wazeliniarstwo.

Bohater nie ma na to ochoty tym bardziej, że zakochał się akurat w takiej dziewczynie, przy której to byłby randkowy nonstarter („co robisz zawodowo?” - „podlizuję się wpływowym ludziom”).

Wbrew swoim pierwotnym ambicjom doktor Judym zostaje więc w końcu, ahem, doktorem Judymem. I to akurat dałoby się opowiedzieć językiem współczesnej komedii romantycznej.

Częściowo za obrzydzenie Żeromskiego odpowiada szkoła, która na siłę robiła z niego proroka PRL. To wymagało interpretacji na opak - np. to, że Baryka w finale dołącza do komunistów NIE jest pochwałą komunizmu, tylko dramatem, który dziś wyglądałby tak: „oburzony reprywatyzacyjnymi przekrętami, młody leming dołącza do ONR”.

Co za tym idzie, szkoła interpretowała Żeromskiego jako surowego moralistę, który nigdy nie żartuje. A przecież jeden żart Żeromskiego wszyscy powtarzamy do dzisiaj, nawet nie wiedząc, kto go wylansował („Słoń a sprawa polska”).

Żeromski umiał pisać „normalnie”, o tym świadczą jego dzienniki. Stety lub niestety, prozę celowo pisał językiem udziwnionym.

O tyle „stety”, że to 120 lat temu było skuteczne. Udało mu się uderzyć w Obrzydłówek tak, żeby mieszkańcy Obrzydłówka powiedzieli „nasz ci on”! Mówi jak jest!

To chyba najlepszy w dziejach Polski przypadek skutecznej lewicowej propagandy kulturalnej. Serią książek udało się narzucić nowy język rozmowy o Polsce - zakwestionować i mesjanistyczne bredotki, i jednocześnie kult kapitalistycznego dorobkiewiczostwa.

O tyle „niestety”, że dzisiejsza lewica musi wymyślić inny język. Żeromski może być dla nas najwyżej przykładem, że to nie jest niemożliwe.

niedziela, 04 czerwca 2017
Razem obalmy układ!

Grzegorz Sroczyński zrobił kolejny świetny wywiad - tym razem z niegdysiejszym guru konserwatystów, Rafałem Matyją. Gorąco polecam [link za paywallem].

W wywiadzie pada interesująca deklaracja, że Matyja poczuł się rozczarowany polską prowincją, o której jako wielkomiejski intelektualista przedtem tylko fantazjował, a wraz z przeprowadzką do Nowego Sącza poznał ją z bliska. W efekcie przestał popierać prawicę.

Zaznacza w wywiadzie, że nie ma w zwyczaju publicznie ogłaszać swoich decyzji wyborczych, ale mówi też, że nie oddał w ostatnich wyborach głosu na żadną opcję prawicową. Plotka mówi, że należy to zinterpretować jako głos na „Razem”.

Matyja atakuje więc jądro polskiej narracji prawicowej, którym jest wyidealizowany obraz „zwykłej Polski” - katolickiej, tradycyjnej, konserwatywnej, gdzie „ojciec Mateusz” na „Plebanii” podejmuje „Złotopolskich”. Ta narracja wydaje mi się główną przyczyną prawicowej dominacji.

Ulegają jej także osoby, które tak poza tym są dalekie od prawicy - np. komentatorzy na moim blogu, którzy powtarzają „nie możemy ich antagonizować” albo „nie odstraszajmy ich mówieniem o związkach partnerskich i uchodźcach”. To rozumowanie prowadzące do naszego tradycyjnego scenariusza, w którym lewica startuje jako Apolityczna Asocjacja Autorytetów.

Odrzucam to rozumowanie, bo chcę lewicy otwarcie przyznającej, że jest lewicą. Ale z drugiej strony zgadzam się, że słabością lewicy jest brak równie silnej kontrnarracji.

Użyłem popkulturowych przykładów, bo przypuszczam, że niezależnie od względów politycznych (jeśli robisz coś dla mediów publicznych, zadzieranie z kościołem to samobójstwo, bez względu na to, która frakcja POP-iSu jest chwilowo u władzy), tę narrację wzmacniają mechanizmy rynkowe.

Kiedyś pisałem tekst o product placemencie. Rozmawiałem do niego z producentami komercyjnej popkultury - nie tej „ambitnej gatunkowej”, którą lubią tutejsi blogobywalcy (wraz z blogogospodarzem), tylko właśnie tego najgorszego chłamu, polskich seriali telewizyjnych i polskich komedii romantycznych, popkultury klasy „Tomasz Kot kontra Babcia Józia”.

Z tych rozmów wyszło mi, że dominujący w naszej polityce podział na „lemingi” i „mohery” ma rynkowe uzasadnienie. Inne towary i usługi reklamuje się w targecie „swojskiej prowincji”, a inne w targecie „wielkomiejskiej klasy średniej”.

Nie ma sensu lemingom reklamować providenta, a moherom miejskiego roweru. Logika kapitalizmu wymusza różnicowanie nas na te dwie grupy (niezależnie od względów politycznych).

To dla nas (w sensie, lewicowo liberalnej cywilizacji śmierci) o tyle zła wiadomość, że o ile każdy lubi babcię Józię, to mało kto lubi mecenasa Zarzyckiego. Jako lemingi, nie lubimy samych siebie - naszego życiowego ideału, „zmień pracę i weź kredyt” (a nie lubimy go tym bardziej, im bardziej nam się to udało zrobić).

Jako lemingi nie mamy dobrej odpowiedzi na moherową narrację. Co przeciwstawiamy serdecznemu uśmiechowi babci Józi? Stereotyp karierowicza, sobka, konformisty, którego w filmie/serialu mógłby grać młody Stuhr albo niemłody Zieliński.

Oba te stereotypy są oczywiście fałszywe. Prawdziwe oblicze polskiej prowincji to nie jest idylla z serii „Gdzie prezes Bromski mówi dobranoc”.

To świat opresji i korupcji. Więcej ludzi ucieka stamtąd tu, niż stąd tam (chyba, że jak Matyja dostaną tam gwiazdorski kontrakt). Ale my nie umiemy tego opowiedzieć.

Najlepsze, na co nas stać, to demonizacja prowincji, jak w thrillerach z serii „przybysz z wielkiego miasta odkrywa, że tam w tym Pierdziszewie to mieszkają same mordercze mutanty, grane zwykle przez Dyblika, albo co gorsza Jurewicza”. W ten sposób blejmujemy wiktima, a przy okazji zrażamy do siebie tych, których teoretycznie chcemy wyzwolić.

Musimy wymyślić dobrą kontrnarrację: uciskany mieszkańcu Międliszewa, Mycisk Niżnych i Obrzydłówka. Nie chcemy ci zrobić krzywdy.

Chcemy cię uwolnić od opresji układu, który tworzą u ciebie w gminie proboszcz, sędzia, wójt i prezes Szpągwa Zbigniew, który se kupił jacht z funduszu socjalnego. Chcemy budować lepszą Polskę, w której owszem, geje będą sobie spacerować za rękę, ale ty będziesz miał lepszą ochronę swoich praw.

I nawet babcia Józia się ucieszy, bo wnuczki ją będą częściej odwiedzać, dzięki rozbudowie połączeń kolejowych. I będzie miała realne szanse na dożycie wizyty u lekarza.

Wszystko to z podatków dupniętych na prezesa Szpągwę. Który na razie sponsoruje PiS oraz księdza proboszcza właśnie po to, żeby tych podatków nie płacić, a w kraju dalej był syf.

poniedziałek, 29 maja 2017
Trzy fakty o uchodźcach

Przykro mi, że znów piszę o uchodźcach, ale mam to nieprzyjemne uczucie, że na moich oczach dzieje się coś, co w historii widzieliśmy wielokrotnie. Dla doraźnych korzyści politycy straszą urojonym zagrożeniem i podsycają w ludziach strach i nienawiść, co dalekosiężnie będzie mieć skutki, które im się zapewne wymkną spod kontroli.

Powtórzmy więc podstawowy fakt: zagrożenie zamachami terrorystycznymi jest marginalne. To widać z każdej statystyki - czy porównamy czasy współczesne do lat 70., czy porównamy realną skalę różnych zagrożeń (np. prawdopodobieństwo śmierci przy przechodzeniu przez jezdnię do prawdopodobieństwa śmierci w zamachu).

Propaganda premier Szydło i prawicowych mediów przemawia do ludzi, którzy nie znają historii ani nie rozumieją matematyki, więc nie potrafią tego samodzielnie ocenić. Cynicznie wykorzystują ludzką niewiedzę - historia pokazuje, że tak właśnie upadały republiki.

Zatem drugi fakt: to nie uchodźcy wywołują zamachy. Za każdym razem okazuje się, że zamachowcem jest ktoś mieszkający na Zachodzie od wielu lat, zazwyczaj  przedstawiciel drugiego pokolenia migrantów.

Drugie pokolenie migrantów zawsze wydawało z siebie ludzi dokonujących niezwykłe czyny. Największych zbrodniarzy i największych geniuszy. Założycieli Cosa Nostry i spółek giełdowych, laureatów Nobla i terrorystów.

Drugie pokolenie migrantów to Al Capone, Steve Wozniak, bracia Warner i bracia Carnajew. Straszenie drugim pokoleniem imigrantów będzie miało - już ma! - uboczny skutek w postaci podbudzania nienawiści do Polaków w Stanach czy w Europie.

Przecież przeciw polskim rodzinom można używać tych samych argumentów. Że się nie integrują, że się wolno uczą języka, że są fanatycznie religijni, że mają przemoc w rodzinie, że odrzucają demokratyczne wartości.

Tak zresztą wielokrotnie było w historii. Kiedy Leon Czołgosz (typowy terrorysta z drugiego pokolenia) zabił prezydenta McKinleya, bezpośrednim skutkiem były prześladowania Amerykanów pochodzenia wschodnioeuropejskiego.

Strasząc urojonym zagrożeniem, nasz rząd ściąga realne zagrożenie na Polaków za granicą oraz w kraju. Nic dobrego dla nas nie wyjdzie z samoizolacji w Europie, a dla nich nic dobrego z hasła „bić imigrantów” - bo będą bić właśnie ich.

Fakt trzeci. Rozumiem argument „byłem w Londynie/Berlinie/Sztokholmie/Paryżu i są tam dzielnice, W Których Jest Strasznie”, ale nam to nie grozi. Z dwóch przyczyn.

Po pierwsze - Polska nie jest krajem tak fajnym ani tak bogatym, żeby być magnesem dla migrantów. Nawet dla Ukraińców jesteśmy tylko namiastką Europy, do której się łatwiej dostać ze względów wizowych (które właśnie przestają dla nich mieć znaczenie).

Nie będziemy mieć inwazji imigrantów na Warszawę. Muzułmanie przyjeżdżają do Londynu z tego samego powodu, co Polacy - bo w Londynie się lepiej żyje, mieszka, uczy i pracuje.
Bogactwo Londynu (Berlina, Paryża itd.) zostało zbudowane głównie w latach 50. i 60., kiedy kraje zachodnie doznały okresu bezprecendensowego wzrostu. Francuzi poetycko nazywają okres 1945-1975 mianem „trzydziestu wspaniałych”. Nigdy nie było tak dobrze, ani przedtem, ani potem.

Ma to chyba jakiś związek z tym, że akurat w tym okresie kraje zachodnie były wyjątkowo otwarte na imigrantów. Aktywnie ich zapraszały.

Jeśli miały kolonie, chętnie rozdawały paszporty (brytyjskie czy francuskie) tym mieszkańcom kolonii, którzy przyjadą na Wyspy, pracować w szpitalach i na budowach. Jeśli nie miały, zapraszały Gastarbeiterów w specjalnych programach (jak Niemcy).

Wygląda na to, że imigranci mieli swój wkład w budowie tego bogactwa. Założenie, że nie mieli żadnego, prowadziłoby do wniosku, że to Strasznie Dziwny Zbieg Okoliczności, że akurat wszyscy na Zachodzie przypadkowo zbudowali go tak.

Nie zbudujemy polskiego dobrobytu jako kraj zamknięty, zapyziały i zaściankowy. Rząd proponuje nam heroiczną obronę zapyziałości - i pewnie mu się uda, bo namawianie Polaka do zaściankowości jest jak namawianie Amerykanina do wejścia w dobry biznes. Nie trzeba namawiać!

Dlatego bądźcie spokojni, rodacy. Nie będziemy mieli nigdy sytuacji jak w „złych dzielnicach” Paryża czy Londynu, bo nie będziemy mieli także tych dobrych dzielnic.

Tu nigdy nie będzie San Francisco, na zawsze zostanie ściernisko. Nie odniesiemy sukcesów Zachodu, więc przynajmniej nie będziemy płacić ich ceny...

czwartek, 11 maja 2017
O uchodźcach pragmatycznie

Polska granica

Generalnie nie uważam siebie za idealistę. Opowiadam się za lewicową polityką społeczną z powodu czystego pragmatyzmu: uważam po prostu, że w opiekuńczym społeczeństwie redystrybucji lepiej się żyje.

Podobnie pragmatycznie podchodzę do kwestii uchodźców. Decydujące dla mnie nie są argumenty moralno-etyczne, choć ich nie kwestionuję.

Do 2003 roku mogliśmy mówić, że Polska nie odpowiada za skutki zachodniego imperializmu. To nie my 100 lat temu rysowaliśmy kreski na mapach, tworząc sztuczne państwa takie, jak Irak, Syria, Liban czy Kuwejt.

Straciliśmy tę linię obrony razem z udziałem w inwazji na Irak. Jak to wtedy celnie podsumował Jacques Chirac, zmarnowaliśmy świetną okazję, żeby siedzieć cicho.

Przed 2003 rokiem Irakiem i Syrią rządziły reżimy paskudne, ale przynajmniej świeckie. Nie wspierały Al-Kaidy, tępiły islamskich fundamentalistów.

Niszcząc Irak, zdestabilizowaliśmy region. To nasza wina, że na ruinach Iraku wyrosło Państwo Islamskie. I to nasza wina, że zajęło też fragment Syrii - bo przecież od początku było wiadomo, że destabilizacja Iraku rozleje się na cały region.

Jasne, wina za hańbę iracką spada przede wszystkim na Busha i Blaira. Ale Miller i Kwaśniewski podczepili się pod to, niczym odpadek przyklejony do okrętu, który woła „płyniemy!”. Z ich winy straciliśmy moralne prawo by twierdzić, że nie mamy z tym nic wspólnego.

Ale jako rzekłem, nie kwestie moralne tu dla mnie decydują. Przejdźmy do zimnego pragmatyzmu: co możemy zrobić?

Mieliśmy dotąd dużo szczęścia. Polska nie leży na żadnym dużym szlaku migracyjnym.

Nie ma w tym żadnego sukcesu naszych polityków - choć ci lubią mówić, że pilnują naszych granic. Gdyby nagle na naszej wschodniej granicy pojawiły się tłumy uchodźców, jak na granicy węgiersko-serbskiej kilka lat temu, będziemy bezradni. A to w gruncie rzeczy kwestia złośliwego kaprysu Putina i Łukaszenki.

Na razie więc problem mają inne kraje Unii, nie my. Unia nas w związku z tym wzywa do solidarnej pomocy - albo weźmiemy do siebie część uchodźców, albo mamy płacić na utrzymanie obozów w innych krajach Unii.

Co na to pragmatyzm? Odpowiedź naszych polityków, „nie interesują nas wasze problemy z uchodźcami”, nie jest pragmatyczna, tylko krótkowzroczna.

Jasne, chwilowo większy problem mają kraje na głównych szlakach - bałkańskim i północnym. Ale my w każdej chwili sami możemy wylądować na głównym szlaku.

To nie muszą być uchodźcy z Syrii. W każdej chwili konflikt na Ukrainie może ulec eskalacji. Albo przenieść się na Białoruś. W takiej sytuacji na załączonym zdjęciu nagle pojawią się tłumy desperatów.

Co my wtedy powiemy? Powiemy „Unio, pomóż” - bo przecież miliony uciekinerów z płonących miast będą, pragmatycznie mówiąc, katastrofą humanitarną instant.

A Unia wtedy powie „a wy nam pomogliście?”. I będzie szach-mat, prawaku. Solidarność europejska to dla nas właśnie kwestia pragmatyzmu, nie idealizmu.

A co z pomysłem, żeby „pomagać im na miejscu”? To się nigdy w historii nie udawało, więc nie wierzę, że uda się teraz.

Wojna domowa powoduje, że konwoje humanitarne nie są w stanie dotrzeć do większości potrzebujących. Podobnie było całkiem niedawno w Europie podczas wojny na Bałkanach - wtedy też Europę zalały miliony uchodźców, witano ich niechętnie i próbowano „pomagać na miejscu”, co się kończyło Srebrenicą.

Nie da się zrobić takiego programu „pomocy na miejscu”, żeby znacząco zmniejszyć falę migracji. I nie da się jej też powstrzymać metodami administracyjnymi.

Historia prób powstrzymywania migracji to generalnie historia porażek. Ameryka jest pełna nieudokumentowanych przybyszów z Meksyku, a Polska z Ukrainy.

Sam mam znajomych, którzy w latach 80. wyjechali na wycieczkę niby-to-turystyczną, żeby w Wiedniu czy Kopenhadze od razu poprosić o status uchodźcy z komunistycznej Polski. Dostali go, razem z pieniędzmi na dobry początek (dlatego znów uważam, że nie mamy moralnego prawa... ale ja teraz nie o moralności).

Ludzi szukających lepszego życia nie da się zatrzymać płotem, murem, zasiekami. Dadzą w łapę, sfałszują dokumenty, przepłyną nocą wpław.

Jeśli więc ktoś proponuje, żebyśmy sobie wybierali i przebierali, że nie chcemy Syryjczyków, ale weźmiemy Ukraińców, ten proponuje rzeczy niemożliwe. Tak naprawdę nie mamy alternatywy „brać uchodźców czy nie”. Możemy tylko ten proces cywilizować - i to dyktuje pragmatyzm.

czwartek, 04 maja 2017
Liberalne śnieżynki

Przez Stany wojażując, przekartkowałem se w księgarni książkę dwóch prawicowych publicystów, Billa O’Reilly i Bruce’a Feirsteina, „Old School: Life in the Sane Lane”. Chcę znać ich argumenty, ale nie zależy mi na tym aż tak bardzo, żebym miał im dać zarobić.

Szczególnie interesowało mnie modne ostatnio pojęcie „liberal snowflake”, czyli „lewicowej śnieżynki”. Prawica spod znaku alt.right używa go na określenie lewicy. Ale o co im chodzi?

Miałem nadzieję, że w tej książce mi to wyjaśnią. Niby wyjaśnili, ale to wyjaśnienie tylko zostawia mi jeszcze więcej pytań.

Książka jest niby-to-satyryczna, ale tak po prawicowemu, na poziomie Studia Yayo. Pojęcie jest „wyjaśnione” przy pomocy licznych tabelek, w których świat „starej szkoły” jest przeciwstawiany światu „liberalnych śnieżynek”.

Wygląda to mniej więcej tak, że po stronie „starej szkoły” widnieje motto „nie ma darmowego lunchu”, a po stronie „śnieżynek” pytanie „kiedy dostanę swój darmowy lunch i czy są u was wegańskie wtorki”. Wybrałem stosunkowo najdowcipniejszy przykład, reszta jest jeszcze bardziej toporna, bazująca na najprostszym przeciwstawieniu „my mamy rację, a oni nie”.

Poza tabelkami są tam osobiste wspomnienia obu autorów, jak mieli Ciężko W Życiu, a dzisiejsza młodzież, to by chciała mieć „darmowe wykształcenie takie jak to proponuje Bernie Sanders”.

Nie wiem, dlaczego to ma być wina akurat młodzieży - jeśli czyjakolwiek w ogóle, to chyba Sandersa właśnie? Czy on też jest „snowflake”? Ale przecież on też miał Ciężko W Życiu? Niestety, książka jest pełna takich non sequiturów, autorzy się nad nimi nie pochylają, z jednego absurdu przechodzą do następnego.

Następny wygląda tak: młodzieży, nie domagaj się darmowych studiów. Zrób tak jak O’Reilly, który urodził się w roboczej rodzinie w Long Island i zarobił na studia malując domy! (jeśli ktoś uważa, że źle to rekonstruuję, poproszę o poprawki - w odróżnieniu od nich, ja ich przynajmniej próbuję zrozumieć, zanim ich zhejtuję).

Tutaj sam mógłbym ułożyć tabelkę, „prawicowa publicystyka vs lewicowa publicystyka”. Prawicowa wygląda tak: „poradź ludziom, żeby w roku 2017 zrobili to, co działało 50 lat temu, nie sprawdzając, czy to w ogóle może zadziałać dzisiaj”.

Sensowność porady O’Reillego i Feirsteina zależy przecież od stosunku „przeciętnego czesnego” do „przeciętnego wynagrodzenia za godzinę niewykwalifikowanej pracy fizycznej”. Strzelam, że ten parametr znacznie wzrósł od lat 50. Czy autorzy to sprawdzili?

Ja też nie. Ale ja nie piszę książki, piszę blogonotkę. Gdybym pisał książkę, w której od takiego parametru zależałoby moje rozumowanie, policzyłbym to na kilka sposobów, nawet gdyby to była książka satyryczna (satyra nie oznacza licencji na pieprzenie bez sensu).

Żeby było śmieszniej, akurat o tym, w jaki sposób to właśnie inwestycje znienawidzonego przez O’Reilly’ego Wielkiego Rządu, „Big Government”, dały szansę chłopakowi z robotniczej rodziny na Long Island, można by napisać niezłą książkę. Ja jej nie napiszę, bo takich jest już sporo.
Long Island sto lat temu wyglądała tak, jak w „Wielkim Gatsbym”. Garstka superbogaczy plus tłumy superbiedaków, mieszkających w Dolinie Popiołów.

Przekształcenie Long Island w niekończące się przedmieścia, zamieszkane ludzi żyjących na poziomie klasy średniej (i mogących posłać dzieci do uniwersytetu), wzięło się z wielkich inwestycji, finansowanych głównie przez rząd federalny (czasem też przez stan i/lub miasto Nowy Jork).

To przede wszystkim most Triborough, zasypanie Doliny Popiołów, sieć autostrad (przede wszystkim Long Island Expressway) i nacjonalizacja LIRR. Gdyby to wszystko zostawić wolnemu rynkowi, młody O’Reilly nie miałby tam domów do malowania.

I to jest dla mnie centralny non sequitur prawicy, który sprawia, że wydaje mi się, że na Trumpa (czy Korwina) może głosować tylko ktoś, kto nie umie myśleć logicznie. Prawica odtwarza nierówności z „Wielkiego Gatsby’ego”, a więc: świat wielkich różnic i niewielkiej mobilności.

To ma oczywiście sens, jeśli jesteś bogaty jak Peter Thiel albo bracia Koch. Ale jeśli nie należysz do jednego promila (bo już nawet nie procenta!) najbogatszych, ten świat będzie dla Ciebie gorszy od świata państwowych autostrad i darmowych uczelni.

Logiczne, prawda?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85