Ekskursje w dyskursie
niedziela, 03 grudnia 2017
Technokraci i populiści

Gdy myślę o dzisiejszej polityce, dostaję trzęsiączki wzdłużnej, więc zamiast tego pociągnę wątek zasygnalizowany jakiś czas temu w komentarzach. O dwojgu polityków, którzy przeszli do historii ze względu na swój spór - a ja mam taki problem, że kibicuję obojgu.

To Robert Moses i Jane Jacobs, potężny technokrata i miejska aktywistka. W latach 60. stoczyli walkę o serce Nowego Jorku.

Jacobs postawiła na swoim: Robert Moses nie dokończył wielkiego planu oplecenia Nowego Jorku przelotówkami. Nie powstała autostrada przecinająca Dolny Manhattan.

Na mapie aż się prosi o pociągnięcie kreski między tunelem Hollanda a Mostem Williamsburskim. Brak tej kreski powoduje permamentny stojący korek w tym rejonie.

Z kolei pociągnięcie tej kreski zniszczyłoby klimat ikonicznych dzielnic Manhatanu jak SoHo, Village, Chelsea, Little Italy, Chinatown czy Bowery. Zniknęłoby miasto, które kojarzymy z wczesnych komedii Woody Allena, filmów Scorsese czy piosenek Cohena i Simona & Garfunkela.

Nie byłoby klubu CBGB, „The Factory” Warhola, Stonewall i YMCA z piosenki Village People. Częściowo zresztą o to chodziło, bo były to wtedy zaniedbane rudery, które miano wyburzać zgodnie z powojenną doktryną „urban renewal”.

W tej doktrynie za ideał krajobrazu miejskiego uważano przestronne place, parki, centra handlowe, arterie i wieżowce. Dziewiętnastowieczne przeżytki, w rodzaju kamienic ze sklepikami na parterze, piwnicznych klubów czy dworców kolejowych, raczej wyburzano niż modernizowano.

Jak wiadomo, ponieważ Stalin z jakiegoś powodu uważał Amerykę za wzorzec przyszłości, miasta Europy wschodniej po wojnie odbudowywano więc w duchu lokalnego wariantu „urban renewal”. A ponieważ dopiero teraz mamy środki na realizację planów sprzed 50 lat, to często - świadomie lub nie - odtwarzamy dziś w naszych miastach wizje z lat 30.

I teraz: nie jestem tak do końca przeciw. Nie idealizuję kamienic z podwórzem-studnią. Jestem dość stary, żeby pamiętać, jakie to było parszywe, zanim nie nabrało gentryfikacyjnego uroku.

Robert Moses mnie fascynuje, bo był politykiem, który potrafił załatwiać sprawę od początku do końca. Przez 30-40 lat swojej wszechwładzy zmienił Nowy Jork nie do poznania.

Mieszkaniec aglomeracji codziennie styka się z jakąś inwestycją infrastrukturalną Mosesa. Przekracza rzekę „jego” mostem, podróżuje „jego” autostradą, ogląda mecz na „jego” stadionie.

Zrobiłem sobie kiedyś samochodową wycieczkę po jednej z „jego” inwestycji - Jones Beach. W latach 20. miasto osuszyło oceaniczne bagnisko (co z dzisiejszego punktu widzenia było zbrodnią ekologiczną), tworząc długą, sztuczną piaszczystą plażę.

To prezent od miasta dla obywateli. Każdy może skorzystać, prawie za darmo - dojeżdżając na plażę specjalnie wybudowanymi w tym celu proto-autostradami (tzw. parkways).

Musi to zrobić samochodem. Moses nienawidził zbiorkomu, celowo zaprojektował wszystko tak, żeby autobusy się nie mieściły.

Oczywiście, w samej formule „prezent miasta dla mieszkańców” zawarte jest zło technokratyzmu. „Miasto” jawi się w niej jako własność elit, które mieszkańców nie zamierzają pytać o zdanie (przypuszczam, że mieszkańcom Nowego Jorku bardziej by się przydała np. rozbudowa Long Island Rail Road).

Jane Jacobs zmobilizowała do walki z Mosesem swoich sąsiadów. Nigdy nie stała na czele jakiejś siły politycznej - zaraz po wygranej walce wyemigrowała do Kanady.

Moses symbolizował politykę typu „elity obywatelom”. Jacobs - „sąsiedzi sąsiadom”. Czuję miętę do obu modeli.

Model „oddolny” podoba mi się z powodów ogólnoideowych, ale sąsiedzi sąsiadom mogą najwyżej pomóc uporządkować skwerek. Wielkie cywilizacyjne projekty XX wieku: program Apollo, autostrady, powszechna opieka zdrowotna, Unia Europejska itd., po prostu nie mogłyby powstać oddolnie i organicznie.

Fascynują mnie więc politycy tacy, jak Eisenhower, Kennedy, Erlander, Kekkonnen, Adenauer czy De Gaulle, którzy potrafili takie wizje wprowadzić w życie. Z drugiej strony, fascynują mnie też przypadki „buntu gospodyń domowych”.

Największą słabością dzisiejszej demokracji (nie tylko w Polsce) jest to, że łączą wady OBU modeli. Nie mamy dziś polityków z wizją. Kto z tych szarych biurokratów w Brukseli i Strasburgu mógłby się porównywać do Adenauera czy De Gaulle’a?

Współczesny populizm też nie jest oddolny i organiczny. Kaczyński, Kukiz, Trump, Farage czy Orban nie działają na zasadzie „mobilizowania sąsiadów”. Mieszkają w odizolowanych rezydencjach, nie mieszają się z plebsem.

Niechaj więc wróci jakikolwiek model dwudziestowiecznej demokracji. Albo Moses, albo Jacobs. A najlepiej - oboje...