Ekskursje w dyskursie
wtorek, 18 kwietnia 2017
Testosteron

Uwaga: polecanka książkowa. Każdego bywalca tego bloga powinno interesować skrzyżowanie popularyzacji nauki z propagandą lewicowo-liberalnej cywilizacji śmierci. Idealnie spotykają się w nowej książce Cordelii Fine, „Testosterone Rex”.

Tytuł odnosi się do pewnego mitu, który jest wielki i potężny, każdy o nim słyszał. Ale z naukowego punktu widzenia jest martwy jak tyranozaur.

W Polsce ten mit spopularyzowały zwłaszcza komedie romantycznych Koneckiego i Saramonowicza. Chodzi mniej więcej o to, że mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus, bo mężczyźni mają Pewien Specjalny Hormon, za sprawą którego rywalizują, polują na mamuty i zajmują stanowiska kierownicze.

Poza wersją popkulturową, to ma jeszcze wersję popnaukową. Zazwyczaj lansują ją entuzjaści psychologii ewolucyjnej: w wersji psychoewo podobno potwierdza to Nauka swoją naukowością.

Już chyba z 10 lat temu Lisa Wade swoją metaanalizę tekstów o różnicach między tak zwanym „mózgiem męskim” i „mózgiem kobiecym” podsumowała bon motem, że nauka daje najwyżej podstawy do tezy, że mężczyźni są z Dakoty Południowej, a kobiety z Dakoty Północnej. Owszem, są jakieś tam różnice, ale tak malutkie, że nawet nie wiadomo, na ile w ogóle nie są szumem statystycznym. Tak naprawdę samce i samice homo sapiens są do siebie wręcz zdumiewająco podobne, nawet na tle innych naczelnych (nie mówiąc już o innych kręgowcach).

Kiedy prawica skanduje „chłopak, dziewczyna, normalna rodzina”, odwołuje się do pewnego ideału „normalności”, który badacze nazywają „rodziną nuklearną”. To stosunkowo nowy model, które pojawiło się dopiero razem z rewolucją przemysłową.

W innych kulturach, ale także w naszej kulturze 400 lat temu, panowały inne modele. Małżeństwa aranżowane, małżeństwa na próbę, prawo pierwszej nocy, poliandria, poligamia, matriarchat - i każda z tych kultur uważa swój model za „naturalny”, a inne za wynaturzenia.

Różnorodność modeli prokreacji w różnych grupach homo sapiens jest tak duża, jak gdzie indziej między gatunkami. Ludzkie niemowlę przychodząc na świat, nie wie, czy urodziło się w patriarchacie czy w matriarchacie, ale w procesie socjalizacji przeważnie uczy się dostosować do danego zestawu norm - tę zdolność Cordelia Fine uważa za naszą najciekawszą cechę.

Wynika z tego ciekawy wniosek dla feministek i feministów. Postulaty przekształcania społeczeństwa w kierunku większej równości nie są postulatami zastąpienia „czymś sztucznym” „czegoś naturalnego”. Wszystkie te modele są równie sztuczne i zarazem równie naturalne, bo unikalną istotą ludzkiej natury jest łatwość dostosowania do nowego modelu. A poza tym wszystko już gdzieś kiedyś było.

To książka stronnicza. Nie robię z tego zarzutu, stwierdzam fakt. Kto szuka bezstronnych metaanaliz, ten może sięgnąć choćby po inne prace tej samej autorki.

Polemiczny zadzior sprawia za to, że tę książkę się świetnie czyta. Autorka w rozdziale wstępnym opisuje na przykład różne warianty mitu o testosteronie, opatrując je swoim komentarzem.

I tak cytuje psychologa Gijsberta Stroeta z Glasgow, który niski odsetek kobiet w matematyce i inżynierii wyjaśniał tym, że „w epoce kamiennej mężczyźni polowali, a kobiety opiekowały się dziećmi”.

„Praca żadnego ze znanych mi matematyków ani inżynierów nie kojarzy mi się z jaskiniowcem goniącym z włócznią dziką świnię, ale może w Glasgow sprawy wyglądają inaczej” - odpowiada Cordelia Fine.

Co do meritum, jej tezy w skrócie wyglądają tak. Badania, na które powołują się zwolennicy psychologii ewolucyjnej, przeważnie mają słabe podstawy metodologiczne - badano niewielką grupę, w dodatku jednolitą pod względem etnospołecznym (jak wiadomo, psychologia to nauka polegająca na badaniu studentów psychologii).

Im rzetelniejsze badanie (większa próbka, większe zróżnicowanie badanych itd.), tym mniej widać różnic między płciami. Problem polega na tym, że w patriarchalnej kulturze badania potwierdzające stereotypy będą częściej powtarzane w debacie publicznej, bo wszyscy lubimy czytać to, co potwierdza nasze przesądy i uprzedzenia.

Żeby jednak ten problem w ogóle zrozumieć, trzeba znać takie pojęcia, jak „metaanaliza”, albo z grubsza orientować się w statystycznej analizie danych. To oczywiście na dzień dobry odsiewa wszystkich polskich prawicowych publicystów, dlatego nie liczyłbym na rzetelną debatę w naszym pięknym języku ojczystym.