Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dorota Wellman kontra roszczeniowa młodzież

Najważniejsze pytanie dla mojego pokolenia, zaraz po „jaki samochód?” oraz „gdzie w tym roku na wakacje?”, to dlaczego pokolenie milenialsów nie chce dołączyć do naszych protestów. Teraz w wyjątkowo zabawny sposób zadała je Dorota Wellman.

Wydaje mi się, że rozumiem oba pokolenia. Sprobuję więc jednym wytłumaczyć racje drugich.

Wydarzeniem definiującym różnice między nami (mną czy Dorotą Wellman) a milenialsami było ogarnięcie rynku pracy przez korporacje. W mediach to się dokonało mniej więcej między 1999 (wejście Agory na giełdę) a 2004 (debiut Faktu).

W innych branżach kluczowe daty są podobne. Bo w szerszej perspektywie to wszystko było kwestią wejścia do Unii.

Co za tym idzie, sytuacja kogoś zaczynającego pracę w 1995 i w 2005 była radykalnie odmienna. Różnica jest większa niż np. między 2008 a 2018.

Rówieśnicy moi czy Doroty Wellman zaczynali pracę w firmach, które dzisiaj nazywalibyśmy „turkusowymi”. Nie było sztywnej hierarchii, łatwo było awansować. W 1990 cała Polska była startupem.

Mieliśmy poczucie sprawczości. Czuliśmy, że możemy podążać za swoimi marzeniami, realizować swoje projekty. I wielu z nas się to udało.

Płacono nam grosze, ale płacono od samego początku. W wielu branżach siłą rozpędu jeszcze obowiązywały układy zbiorowe zawarte za PRL. Także w mediach.

Młodszy od nas kolega zaczynający pracę w 2008, zwykle lądował na bezpłatnym stażu. Potem go brali na śmieciówkę i obiecywali, że jesienią może się zwolni etat.

Z jesieni robi się wiosna, z niej następna jesień, a jednocześnie nie wiedzieć czemu (w korpo wszystko jest tajemnicą, z wyjątkiem komunikatów giełdowych!) te etaty się znajdowały dla innych.

Nasz młody człowiek tracił poczucie sprawczości. Umacniała to polska szkoła zarządzania upokorzeniem. „Na twoje miejsce mam pięciu chętnych”, „Jeszcze nie zdecydowałem, czy ci zapłacę za ten miesiąc”, „Nasza branża to mały świat, mogę załatwić, że nikt cię nie zatrudni” - to przecież polska korpoklasyka.

Na Zachodzie też mają korporacje, ale za sprawą różnych lubrykantów fisting niewidzialną ręką rynku jest mniej bolesny. Tam korporacje stosują motywacje pozytywne: jasna ścieżka rozwoju, opcje na akcje, różne perksy.

Ludzi się tam nie gnoi tak jak w Polsce. To stały punkt opowieści rodaków na saksach: że nie tylko pieniądze większe, ale i nareszcie nie czują się traktowani jak zesłaniec w kolonii karnej.

Na stronie „Wiesławiec deluxe” był żart o polskich ścieżkach rozwoju. Pracownik HR do aplikanta: „na początek straci pan zdolność odbioru dzieł kultury, a po pięciu latach już będzie się pan śmiać z kolegami, kiedy będziecie sobie przy wódce pokazywać na telefonach memy o piłkarzach”.

I nie mówię tutaj o pracownikach Amazona, mówię o korpoludkach z klasy średniej, siedzących w nowoczesnych biurowcach. Pracujących nawet w tej samej branży, co ja czy Wellman, tylko pechowo młodszych o 10-20 lat.

Jeśli kiedykolwiek odczuwali wolność, sprawczość, podmiotowość itd., to tylko w życiu prywatnym. Można ich więc zmobilizować hasłami typu „aborcja”, ale tych tematów opozycja unika, bo po co drażnić xiędza dobrodzieja.

Tekst Wellman brzmi dla milenialsów jak dalszy ciąg polskiej szkoły motywowania negatywnego. Oż wy, roszczeniowe nieroby, na co czekacie, aż wam Netflixa wyłączą? Ruchy, ruchy, PiS się sam nie obali!

Opozycja tak przemawia do społeczeństwa od lat. Dlatego zresztą dziś jest opozycją.

Komorowski zaprezentował się w kampanii jak toksyczny szef, który nawet się nie stara, żeby go lubiono. Zero uśmiechu, wieczny foch. „Mam pięciu wyborców na twoje miejsce!”.

Jak przekonać młodzież do naszych racji? Na dalszą metę potrzebujemy innego programu szkolnego, w którym zamiast wiedzy o społeczeństwie będzie wychowanie obywatelskie.

Na razie szkoła uczy demokracji tak, jak się uczy przekroju żaby, „kto kogo może odwołać”. A powinna wyrabiać postawę „jestem świadom swoich praw i umiem ich bronić (np. w sądzie)”. To się powinno z kolei wiązać ze zmianą rynku pracy, żeby te prawa szanował.

To oczywiście zadanie na lata. Na krótką metę mam taką propozycję - zwrócić się o pomoc do grup rekonstruktorskich, odtwarzających pojedynki rycerskie. Przydzielić każdemu opozycyjnemu politykowi, dziennikarzowi, celebrycie lub innemu autorytetowi rycerza w pełnym rynsztunku, żeby za każdym razem, gdy opozycjonista zacznie połajankę z serii „wy roszczeniowa hołoto...!”, rycerz walił go gumowym kurczakiem bez łeb.