Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 11 lutego 2019
Fyre!

I'm on Fyre

Drogie komentatorki, drodzy komentatorzy, ogłaszam film „Fyre: The Greatest Party That Never Happened” kanoniczną pozycją. Każdy, kto z jakiegokolwiek powodu zagląda na tego bloga będzie się dobrze bawił przy oglądaniu.

Film opowiada o próbie zorganizowania „luksusowego festiwalu muzycznego” w 2017 przez Billy’ego McFarlanda, którego dziś (w świetle wyroków) można nazwać oszustem, wtedy zaś za to groził proces. McFarland był wtedy przedsiębiorcą, człowiekiem sukcesu, wygłaszaczem motywacyjnych spiczów.

Hejtowałbym go już tylko za to. Nawet gdyby festiwal Fyre okazał się sukcesem (w istocie wtedy hejtowałbym go jeszcze bardziej).

Ogólnie nienawidzę opowieści, że sukces jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy ciężko pracować i nie jeść tostów z avocado. Zdradzę wam sekret sukcesu: trzeba mieć dzianych rodziców

A już szczególnie nienawistną nienawiścią darzę instagramowych influencerów, wrzucających zdjęcia, jak zjeżdżają na nartach z lodowca albo jak są z partnerem na Malediwach #mega!. Kto się tak pokazuje tego ja nie szanuję (joła).

Uważam, że to nie jest nawet po prostu głupie, jak żółte karteczki Pawlikowskiej. To jest społecznie szkodliwe.

99% populacji nie może dołączyć do górnego 1% populacji. Niby tautologia, ale młodym ludziom wmawia się, że oni też mogą trafić do tego 1%, między Lewandowską a Chodakowską, wystarczy wyjść ze strefy komfortu.

Póki McFarland nie trafił za kratki, snuł podobną opowieść. Oto dwudziestoparolatek, który bez dyplomu trafia do Nowego Jorku i udaje mu się założyć jednorożcowego startupa. Zobaczcie, to ja w moim maserati #mega!

Jednorożec McFarlanda monetyzował te marzenia, była to bowiem firma Magnises, oferująca millenialsom elitarną kartę kredytową, która była z prawdziwego metalu, więc jej premiumowość czuło się na dotyk i nawet na dźwięk (brzdęk!).

Do promocji McFarland zatrudnił przygłupiastego hiphopera i odkrył, że proces wynajmowania gwiazd jest upierdliwy. Wymyślił startupa, mającego być „uberem wynajmowania gwiazd”.

Idea była prosta. Jesteś fxui bogaty i stać cię, żeby Ja Rule zarapował ci hepi bersdej? Kliknij na Ja Rule, przesuń palcem żeby zapłacić.

Taka aplikacja mogłaby mieć sens. Niestety McFarland wymyślił, że w celach promocji zorganizuje luksusowy festiwal muzyczny, na prywatnej wyspie na Bahamach, pełen okazji do zrobienia sobie selfika z hasztagiem #mega!

Goście zapłacili fortunę. Po przybyciu okazało się, że nie ma festiwalu i nie ma samolotów mogących ich zabrać z powrotem. Spędzili piekło w przeciekających namiotach, gdzie mokły ich kosztowne ciuchy i cyfrowe gadżety, nie było jedzenia, nie było prądu, nie było k... niczego.

Nikt ich nie żałował - gdy krzywda spotyka palanta w ciuchach za 3k, Bóg głaszcze kotka. Szkoda ludzi z klasy średniej, których McFarland zrujnował swoimi mrzonkami - tych restauratorów, którym nie zapłacił albo ludzi pracujących w dobrej wierze nad aplikacją Fyre.

Z filmu wyłania się obraz McFarlanda jako toksycznego szefa, który wszelką krytykej sprowadzał do prostej alternatywy, zaczerpniętą z motiwejszyningowo kołczingowych pierdoletingów: „czy szukasz problemów czy szukasz rozwiązań? Jeśli nie szukasz rozwiązań, won z mojej firmy”.

W efekcie ego ludzie faktycznie szukali rozwiązań, zamiast powiedzieć szefowi: „tego się nie da zrobić”. Paradoksalnie prowadzili tym siebie do bezrobocia, a McFarlanda za kratki.

Nie płynie z tego prosta lekcja życiowa. Sam należę do ludzi, którzy zbyt szybko mówią, że coś jest nie do zrobienia. Po latach współpracy ze sobą nauczyłem się, że rzadko bo rzadko, ale pesymiści też się czasem mylą (#nano!).

Mimo to twierdzę, że aspirowanie do górnego 1% nie ma sensu. Przeciętny Człowieku, nie będziesz miał Ferrari. Nie będziesz latać własnym samolotem na prywatną wyspę. Chyba, że to odziedziczyłeś to po przodkach (ale wtedy zamiast komciać na blogaskach, noblesa se obliż).

Co ma sens - to dążenie do poziomu akceptowalnej porażki. Nieźle można żyć będąc kimś drugorzędnym. Walić Bahamy, we Włoszech też jest fajnie. Albo i w Krynicy, w zależności jak ustawimy sobie suwaczek.

Kapitalizm dobrze działał, dopóki zaspokajał potrzeby w miarę szerokiej rzeszy średniaków. Coca-Cola, Ford czy Apple miały sens dzięki ofercie dla Johna Smitha.

System zaspokajający potrzeby 1%, to już nie kapitalizm. Ani demokracja. Im więcej McFarlandów za kratkami, tym lepiej (#mega! #jeszcze #jeden!).