Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Nadzieja w Norwegach

Fot. Wikipedia / Mic from Reading - Berkshire, United Kingdom - Las Vegas, Nevada - USA / CC - BY - SA

Szerokim echem w moim lewicowym bąbelku soszialmediowym odbiła się wiadomość, że norweski fundusz emerytalny zamierza wycofywać się z inwestowania w firmy, których zarządy zarabiają zbyt dużo. Pensjonsfond to w dzisiejszych czasach najpoważniejsza nadzieja na reformowanie kapitalizmu.

Fundusz jest w tej chwili największym giełdowym inwestorem świata. Należy do niego jeden procent Wszystkiego (wyprzedza go tylko emirat Abu Dhabi).

W odróżnieniu od funduszów inwestycyjnych należących do prywatnych inwestorów lub trzecioświatowych dyktatur, Pensjonsfond musi się kierować etyką. Demokratyczne społeczeństwo Norwegii lata temu uznało, że nie chce się bogacić w sposób nieetyczny, więc fundusz nie inwestuje np. w firmy tytoniowe czy zbrojeniowe.

Utrata norweskich petrokoron dla każdej notowanej na giełdzie spółki jest złą wiadomością, dlatego nikt nie chce wylądować na czarnej liście Pensjonsfond. Wyśrubowane norweskie etyczne kryteria wymuszają więc na przykład na zachodnioeuropejskich firmach odzieżowych, żeby chociaż udawały, że ograniczają wyzysk pracowników w Trzecim Świecie.

Nadmierne zarobki zarządów korporacji są problemem, który dziś dostrzegają nawet co bardziej rozgarnięci neoliberałowie. My na lewicy oczywiście widzimy go od dawna (jeśli chodzi konkretnie o mnie, dostrzegam go od kiedy 22 lata temu pożyczyłem od Ikonowicza „The State Were’In” Willa Huttona).

Mój ulubiony przykład to Charlie Wilson, prezes General Motors ze złotej ery amerykańskiej motoryzacji. Był najlepiej zarabiającym prezesem świata w latach 50. Zarabiał 600 tysięcy dolarów rocznie.

Współcześni prezesi General Motors zarabiają po kilkanaście milionów. To znacznie więcej nawet po uwzględnieniu inflacji.

Charlie Wilson kierował koncernem zatrudniającym najlepiej wynagradzanych robotników świata przy produkcji samochodów takich jak cadillac eldorado czy buick roadmaster. Jego współcześni następcy zatrudniają sprekaryzowany proletariat w Meksyku przy produkcji gavna, na które splunąć hadko.

W „The Wall Street Journal” przeczytałem komentarz Paula J. Daviesa, który przyznaje rację Norwegom. Davies obala typowe argumenty neoliberałów, że „prezesi muszą dobrze zarabiać, bo uciekną do konkurencji” albo „należy im się, bo przynoszą wartość akcjonariuszom”.

Typowym zjawiskiem jest benchmarking, czyli wiązanie zarobków prezesa z zarobkami innych prezesów - a więc czy firma stoi, czy firma leży, bonus prezesowi się należy. Davies cytuje badania, z których wynika, że firmy, których zarządy zarabiają powyżej mediany, mają średnio gorsze wyniki od tych, których prezesi zarabiają mniej. Mnie to nie dziwi.

Wszyscy teraz się ekscytują tekstem z Wirtualnych Mediów o premiach, które zarząd Agory sobie wypłacił za dobre wyniki. Smutno mi, bo mam wrażenie, że tylko ja czytam te raporty giełdowe. Przecież to było ogłoszone już jesienią 2016!

Otóż jakby przeczytać je wszystkie od samego początku, można zauważyć, że obecny zarząd i tak jest oszczędny na tle swoich poprzedników. Jak wygląda na tym przykładzie zależność wynagrodzenia zarządu od kondycji spółki, proszę sobie we własnym zakresie przeanalizować (mam swoje przemyślenia, ale nie wyrażę ich publicznie).

Historia kapitalizmu pokazuje, że pieniądze są kiepskim motywatorem. Sprawdzają się na szczeblu chudopachołków takich jak ja czy wy, moi drodzy komentatorzy, ale nie na szczeblu zarządu korporacji.

Powyżej pewnego progu zarobki przestają się przekładać na poziom życia. Na naszym liczy się każdy tysiąc, ale na ich poziomie milion fte czy wefte już nie zmienia niczego w namacalny sposób.

Oni walczą o te miliony już dla sportu. Są dla nich miernikiem osobistego sukcesu, jak punkty w grze.

Dla firmy lepiej jest, gdy jej prezes gra w inną grę - i zapewne dlatego tacy prezesi mają lepsze wyniki. Charlie Wilson był dumny z tego, że zarówno produkty jego koncernu, jak i warunki pracy w nim, budzą podziw na całym świecie.

Tą dumą mógł się nacieszyć do syta, ale jego pensja była przycinana zgodnie z ówczesną górną stawką podatku dochodowego - 91%. Gdy dziś proponuje się powrót do tych stawek, słyszymy często kontrargument, że to odstraszy zdolnych menadżerów.

Jeśli odstraszy tych, którzy grają w pieniądze - to super. Z biznesu odejdą ludzie tacy jak Martin Shkreli. Zwolnią miejsce dla takich jak Charlie Wilson. To będzie z pożytkiem i dla konsumentów, i dla pracowników, a więc w dalszej kolejności także dla inwestorów.