Ekskursje w dyskursie
środa, 15 lutego 2017
Szosa na Zaleszczyki

Lubię taki smutny szmonces, który już tu być może opowiadałem, że pan Żółtko przychodzi do biura podróży i szuka kraju do emigracji. Sprzedawca pokazuje mu mapę Europy, ale pan Żółtko kręci nosem. Wszędzie prześladują Żydów.

Sprzedawca w końcu podsuwa mu globus. Pan Żółtko patrzy, patrzy i w końcu pyta „a nie masz pan innego globusa”?

Pod poprzednią notką kolega Wurman poruszył bardzo istotną kwestię. Że jeśli ktoś rozważa emigrację, to chyba nadszedł już czas.

To od lat jest ważne pytanie dla mieszkańców tego nieszczęsnego skrawka Europy położonego wzdłuż uskoku tektonicznego linii Ribbentrop-Mołotow. Wielu ludzi zginęło tu tylko dlatego, że odwlekali decyzję o emigracji, mimo że #byłyznaki.

Przypuszczam, że Stanisław Lem miał żal do ojca o to, że zostali we Lwowie - zamiast jak kuzyn Hemar pognać szosą na Zaleszczyki, póki jeszcze się dało. Doskonale te zaszyfrowane aluzje odczytała Agnieszka Gajewska, piszę też o tym w swojej książce.

Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem postawę Samuela Lema. Łatwo myśleć o emigracji, kiedy się nie ma nic do stracenia, ale drobnomieszczanin w średnim wieku przeważnie już ma jakąś tam pozycję, jakąś tam nieruchomość, jakieś tam więzi rodzinne.

Rzucić to wszystko i wylądować gdzieś w roli gołodupca? To nie jest łatwa decyzja. A poza tym: dokąd emigrować? Globus wygląda coraz gorzej.

Załóżmy, że priorytetem jest to, żeby mieszkać w kraju przyjaznym dla średniej klasy średniej. A więc: obyczajowa tolerancja, swobody obywatelskie, w miarę swobodna możliwość spacerowania po zmroku.

Ciągle jeszcze tak można mówić o Unii Europejskiej, nawet o Polsce (pomijając pojedyncze no-go zones, takie jak blokowiska mojego dzieciństwa). W coraz mniejszym stopniu można tak mówić o Stanach.

Wszędzie jednak będzie coraz gorzej. Trump jest nie mniej przerażający od Kaczyńskiego. We Francji na horyzoncie prezydentura Le Pen. W Niemczech - wygrana AfD.
Nowa Zelandia i Kanada wydają nam się liberalnymi rajami podobno tylko dlatego, że tam nie bywamy. Australia nawet nigdy się nim nie wydawała.

Są oczywiście te wszystkie sympatyczne enklawy na Pacyfiku czy Karaibach, ale jak się zacznie - czyli na przykład kiedy Trump sprowokuje wojnę z Chinami - skończą jak Singapur w 1942. Tam dopiero będzie rzeź!

Afrykę skreślam w całości jako kontynent. Amerykę Łacińską kiedyś też skreślałem, ale na tle ogólnego całokształtu nie wygląda tak źle.

Przepraszam, drodzy komcionauci, ja nie przedstawię swojej odpowiedzi. Ja po prostu niestety zostaję. Zakończę więc blogonotkę klasycznym pytaniem social media mavena sprzed 10 lat, ale ja je zadam szczerze - A WY JAK MYŚLICIE?

niedziela, 05 lutego 2017
Kalifat w Bawarii

Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowiada o rodzinie z niemieckiej wyższej klasy średniej, która z bardzo skomplikowanych powodów przygarnia pod swój dach uchodźcę z Nigerii imieniem Diallo.

Hartmannowie i bez tego mają dużo problemów. Pojawienie się Diallo katalizuje różne konflikty, co prowadzi do wybuchowej (i bardzo zabawnej) Wielkiej Katastrofy.
Problemy Hartmannów z punktu widzenia Diallo wydają się niezrozumiałe, by nie rzec idiotyczne.

Nieświadomie łamie rozmaite tabu, poruszając tematy, o których w tej rodzinie się nie rozmawia dla uniknięcia awantury. Potrafi na przykład zapytać Hartmannównę „ty już stara, dlaczego ty jeszcze nie masz dzieci?” albo wytknąć jej mamie, że za dużo pije.

Jeśli potraktować tę rodzinę jako metaforę Niemiec Jako Takich (a film zdaje się sugerować taką interpretację), to zasadniczy problem wszystkich Hartmannów jest w tym, że nie robią w życiu tego, na co mieliby ochotę. Wspomniana córka na przykład nie ma pomysłu na dorosłe życie, ciągle zaczyna kolejne studia, nieustannie przyciąga niewłaściwych facetów.

Młody Hartmann to jej przeciwieństwo. Zapatrzony w tatę, robi wielką karierę. Tak się w niej zaprzedał, że w końcu rozwalił własną rodzinę.

Ma już tyle pieniędzy, że nie wiadomo, po co mu kolejne. Podobno to wszystko dla dobra jego dziecka, ale na razie dziecko uważa go z tego powodu za dupka (i zasadniczo ma rację).

Stary Hartmann jest zamożnym ortopedą, który już dawno powinien przejść na emeryturę, ale nie robi tego, bo  jest pracoholikiem. W odróżnieniu od syna przynajmniej jeszcze nie zniszczył tym swojego małżeństwa, ale jest na bardzo dobrej drodze.

Hartmannowa z kolei czuje się niepotrzebna. Dzieci się wyprowadziły, męża nigdy nie ma w domu. Stąd jej nieporadny niby-aktywizm, którym usiłuje zapełnić pustkę w życiu.

Diallo nie ma takich problemów, bo całą jego rodzinę wymordowali islamiści. Martwi go co innego: trwa postępowanie w sprawie przyznania mu azylu. Póki nie zapadnie decyzja, powinien unikać kłopotów. Zwłaszcza z policją.

Wydawałoby się, że u Hartmannów uda mu się przeczekać z dala od wszelkich problemów. Ale jak to w komediach, wszystko idzie na opak.

Pisałem niedawno felieton, zainspirowany książką Angusa Fletchera „Comic Democracies. From Ancient Athens to the American Republic” o związku komedii z demokracją. Tradycje komedii ulegają zerwaniu razem z upadkami republik rzymskich i greckich i odradzają się dopiero w renesansowych republikach miejskich.

Fletcher twierdzi, że w większości greckich komedii stawka jest podobna jak w przypadku tragedii. Atenom grozi rozgniewanie bogów, dotąd traktujących to miasto przychylnie i fabuła krąży wokół prób ich udobruchania.

Grecka komedia rozwijała się, kiedy los ateńskiej demokracji był już przesądzony. Wyprawa przeciwko Syrakuzom zakończyła się katastrofą, triumf Sparty był już tylko kwestią czasu. Komedie były wołaniem o opamiętanie - daremnym, jak zwykle.

Trochę podobnie jest w tym filmie. Ma strukturę tradycyjnej farsy obyczajowej, ale co chwila pojawiają się tam pytania o przyszłość Niemiec, które jakby znów traciły przychylność losu.

Pod domem Hartmannów pojawia się pikieta neonazistów, za chwilę zaatakuje ich Antifa. Maluczko, a zaciszna podmiejska uliczka zapoczątkuje wojnę domową w Niemczech.

Niektóre sceny są bardzo zabawne, jak koszmarny sen o szariacie w Niemczech. Zaczyna się tak, że główna bohaterka idzie do swojej ulubionej piekarni i tam osoby zakutane w hidżaby witają ją słowami „salam alejkum, Frau Hartmann”.

Przerażona wybiega na ulicę, a ta się zamieniła w orientalny bazar. Zamiast wypasionych beemek i audików, jeżdżą po niej pickupy z uzbrojonymi brodaczami. A nad małomiasteczkową architekturą dominuje wielki meczet!

Miałem wrażenie, że film obśmiewa wszystkie postawy. Od naiwnej poprawnej polityczności po paradoksy szowinizmu (największym wrogiem imigrantów jest tu imigrantka z Polski, która uważa, że „my Niemcy nie powinniśmy wpuszczać obcych”).

Mam wrażenie, że film nie narzuca żadnej swojej jedynie słusznej odpowiedzi. Jak to w farsach bywa, wszystko kończy się nieprawdopodobnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, prowadzącym do happy endu. Ale zostajemy ze smutną świadomością, że w prawdziwym życiu tak nie ma...