Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Dlaczego nigdy nie zrozumiem pisowców

obwodnice17

Nie umiem sobie wyobrazić mentalności posła PiS, bo nie umiem zrozumieć następującego problemu. Przez cały okres rządów PO pisowcy najpierw powielali brednie o tym, że dróg się w ogóle nie buduje („to nie była żadna budowa, to takie wykopki jak za Gierka” - Antoni Krauze o budowie fragmentu S7, dziś już ukończonego).

Kiedy musieli się pogodzić z tym, że już jeżdżą po tych drogach, których - według nich - wcale nie budowano, wymyślili następne kłamstwo. Że najdrożej w Europie, że „w Czechach się buduje za milion dolarów kilometr”, że „powinni budować drogi ekspresowe, bo są trzy razy tańsze”.

I teraz ich rząd ma władzę. I owszem, buduje drogi - za co go za chwilę zamierzam pochwalić. Ale buduje z grubsza te same, z grubsza w tej samej technice, w podobnych cenach.

Radosnym pretekstem do tej notki jest rozpoczęcie budowy kolejnego bezkolizyjnego wylotu ze stolycy, tym razem w ciągu trasy S7 do Krakowa. W odróżnieniu od mojej poprzedniej notki, ten fragment zmienił barwę z szarego (papierkologia w lesie) na czerwony (papierkologię mamy za sobą, budowa w toku).

Bardzo mnie to cieszy, bo dotychczasowy wkład PiS w budowę warszawskiej sieci drogowej był ujemny. Obecny minister puszył się rozpoczęciem budowy południowej obwodnicy warszawy - Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy obiecywał, że do tej budowy nie dopuści, blokował ją także jego następca, Kazz Marcinkiewicz.

Opóźnili tym wszystko o kilka lat. Za to właśnie ich tak gorąco hejtowałem kilkanaście lat temu, za pierwszego PiS-u. I dlatego nadejście rządów Platformy ucieszyło mnie, jako mniejsze zło. Że też prawica, ale przynajmniej autostrady budują.

I zresztą zbudowali, mamy już za sobą półmetek. Dzięki rządom Platformy Polska z kraju dziurawych i zakorkowanych dróg stała się krajem, który samochodem żal opuszczać, bo wiadomo, że po czeskiej czy niemieckiej stronie granicy droga się POGORSZY.

I to wszystko przy ujadaniu przygłupiastych pisowskich blogerów i nie mniej przygłupiastych pisowskich posłów i publicystów - że za drogo, że dlaczego się oddaje te kontrakty wykonawcom spoza Polski, że dlaczego nie w ciągu jednego roku (Wiktor Świetlik i jego skarga w serwisie wpotylice, że przebudowa gierkówki do S8 trwa zimą).

No i teraz jest tak samo. Ceny to: 221,4 mln za 6,64 km (zadanie A), 388,7 mln za 14,8 km (zadanie B), 203,4 mln za 7,9 km (zadanie C). Wykonawcy: hiszpański (zadanie A), polski (zadanie B) i portugalski (zadanie C). Realizacja - do 2021.

Wszystko z grubsza jak za rządów Platformy. Proporcja polskich do niepolskich mniej więcej jak 1:2. Projekt + budowa - 4 lata. Cena - mniej więcej 30 mln za kilometr (wszędzie zaznaczam „mniej więcej”, bo takich wyliczeń nie sposób prowadzić w sposób ścisły, choćby ze względu na wielokrotnie tu przeze mnie opisywaną różnicę między kontraktem ZiZ a innymi rozwiązaniami).

Pisowski wyborca staje więc przed dylematem, którego nie umiem sobie nawet wyobrazić. Musi przyznać, że albo idiotą był wtedy, albo jest nim teraz.

Może stosuje jakąś wyższą dialektykę, że 30 mln to za dużo wtedy, ale w sam raz dzisiaj (?). Serio, nie umiem tego zgrokować.

No dobrze, zostawmy ich już i radujmy się. Gdy zaczynałem blogować, Warszawa nie miała jeszcze ani kilometra obwodnicy czy ekspresówki, dziś to wygląda już nieźle.

Zagadką pozostaje nadal data rozpoczęcia realizacji wylotu S7 na Gdańsk, czyli obwodnicy Łomianek, a także obwodnicy wschodniej, zablokowanej przez Szyszkę, który ma tam latyfundia. Nie wiadomo też, czy i kiedy ruszy budowa trasy N-S, przecinającej miasto od Galmoku po Powązki.

Kiedyś byłem jej przeciw, teraz jestem za. Bo z kolei kiedyś nie było bulwarów wiślanych, a teraz są - i marzy mi się uspokajanie ruchu na Wisłostradzie (a po budowie N-S będzie to oczywistym rozwiązaniem).

Za miesiąc otwarta będzie obwodnica Marek, czyli S8 - element bezkolizyjnej trasy Białystok-Lizbona. A w latach 2019-2022 czeka nas wysyp nowych tras, zmieniających życie warszawskich kierowców nie mniej od adwójki (którą pewnie wtedy już będą poszerzać).

To dobrze, że w rządzie PiS jest kilkoro kompetentnych ministrów. Pewnie polecą przy pierwszej rekonstrukcji, jak w Platformie Grabarczyk...

poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Nagrania, lemingi i mohery

Jest taka różnica pokoleniowa między dinozaurami dziennikarstwa jak Jors Truli, a np. młodą ekipą, która wszystkim rządzi w TOK FM. My mówimy na nagrania „taśma”, a oni „puszka”.

Czyli przekładając z języka starców na język młodzieży, nasze „na żywo czy z taśmy”?, to po ichniemu „studio czy puszka?”. Oczywiście, ja tam zostanę przy swoim, cóż bardziej żałosnego niż starszy pan, który mówi po młodzieżowemu.

A więc: moje piąteczkowe audycje przez najbliższy miesiąc jadą z taśmy. Zaczęło się już w poprzedni piątek i tak zostanie do września.

W ramach autopromocji przez miesiąc rozmawiam z różnymi zaproszonymi ekspertami na tematy okołolemowskie. Bardzo różne - będzie m.in. o osobliwości technologicznej, etykosferze, TEOHIPHIP, hipotezie łaciatego wszechświata, rypcinach i chędaczach (pozdro dla kumatych).

A że w sezonie wakacyjnym łapanie ekspertów byłoby trudne, większość tego nagrano w czerwcu. Niektóre rozmowy, powiem nieskromnie, wypadły bardzo ciekawie, więc sam się nie mogę doczekać ich emisji.

Zaczęliśmy od kwestii związanej raczej z życiem, niż z twórczością. Lem pośrednio uwikłany był w konflikt między frakcją puławską a frakcją natolińską w PZPR - bardziej dlatego, że w jednej z nich miał przyjaciół, niż dlatego, że sam komuś tu kibicował.

Zaproszony do studia historyk, dr Adam Leszczyński (przypominam, że on zawsze pracował w dwóch zawodach, dziennikarza i historyka, a teraz ostał mu się ino jeden, przynajmniej w sensie prawa pracy), nakreślił w tej rozmowie profile obu frakcji.

Puławianie byli lepiej wykstałceni, znali języki obce, mieli kontakty na Zachodzie. Marzył im się komunizm bardziej proeuropejski.

Natolińczycy zaś stawiali na swojskość i przasność. Historycznie lata 60. należały do Natolina, ale (niedobitki) Puławian mieli swoje pięć minut za Gierka. I też się zbłaźnili.

Ani jedni, ani drudzy nie byli demokratami (co podkreśla Leszczyński w rozmowie). Obie frakcje obstawały przy czymś, co Lem wiosną 1956 uważał za „nieudany eksperyment”, niemożliwy do uratowania - i kłócił się o to korespondencyjnie z przyjaciółmi-puławianami.

Konflikt „okcydentalizmu” z „przaśnością” przypomina nasz podział na „lemingi” i „mohery”. Leszczyński nie oponował przeciwko temu porównaniu i zauważył, że tropiąc jego korzenie można się cofnąć co najmniej do konfederacji barskiej.

Przyczyną jest (według niego) podwójna peryferyjność polskiej kultury. I dla Wschodu, i dla Zachodu jesteśmy prowincją na rubieży.

Centra decyzyjne są gdzie indziej. Od dobrych 300 lat możemy najwyżej liczyć na statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową - pierwszoplanowe są grane w Moskwie, Berlinie, Paryżu czy Brukseli.

Stąd wybór między prozachodnią modernizacją a swojskością-przasnością, która w tym regionie Europy zazwyczaj jest prorosyjska (często wbrew intencjom swojaków-przaśniaków, ale tertium niestety non datur).

Od siebie dodam, że dla naszych praprzodków to była nowa sytuacja. Jeszcze do XVI wieku Polska była w centrum, a to Szwecja i Muscovia były peryferiami. No ale to nigdy nie jest dane na zawsze.

Pozostaje nam więc to, co Krzysztof Varga tak fajnie opisuje u Węgrów. Kompensacyjne rozpamiętywanie czasów, w których to my byliśmy mocarstwem („to my ich uczyliśmy jeść widelcem”, etc.).

Sam jestem lemingiem, ale mam świadomość naszych wad. Nasza prozachodniość jest wtórna i odtwórcza. Chcemy po prostu kopiować zachodnie rozwiązania.

Zgodzę się bez bicia, że tak można podsumować 11 lat mojej blogopublicystyki. I zgodzę się też, że mało to ambitne - ale nie widzę lepszych rozwiązań, bo na pewno nie jest nim dla mnie przaśno-swojskie siedzenie w cieniu rosochatej wierzby w koszuli z samodziału i łapciach z łyka.

Lem nie chciał uczestniczyć w chocholim tańcu puławian i natolińczyków. Ale czy w Polsce kiedykolwiek może być inaczej?

Leszczyński raczej radzi, żebyśmy to polubili. Ameryka Łacińska „od zawsze” jest peryferyjna, a Latynosi zdają się to wręcz na swój sposób lubić.

Może to jedyna nadzieja - zamienić chocholi taniec na bossa novę...