Ekskursje w dyskursie
czwartek, 13 września 2018
Amerykański sen w Albuquerque

Dawno nie było na blogu nic o popkulturze, bo fejs to świetny format do bieżących rozmów o serialach, grach, muzyce, książkach itd. I tylko o polityce wolę tutaj.

Pod pretekstem kolejnego sezonu serialu „Better Call Saul” - prequela do genialnego „Breaking Bad”, zrobię wyjątek. Oba seriale analizowano pod wieloma kątami (sam mistrz Dukaj trzasnął essay o „BB” jako moralitecie!), a mnie fascynuje w nich temat amerykańskiego snu.

Fascynuje mnie po prostu sam ten sen (stąd choćby różne moje projekty książkowe). Nie miałem wprawdzie fazy „nastoletniego korwinizmu”, ale jako dziecko byłem zafascynowany amerykańskim stylem życia takim, jak go rozumiałem piąte przez dziesiąte z filmów i seriali pokazywanych w TVP z lat 70.

Część była w miarę aktualna („Pogoda dla bogaczy”), część już wtedy archiwalna (komedie romantyczne z Doris Day). Wyłonił mi się z tego obraz kraju, w którym Każdy Ma Szansę.

To ważny element ówczesnej amerykańskiej automitologii: że ich kraj to „land of opportunity”. Każdy ma tam nie tylko szansę, ale i drugą szansę (jeśli poprzednią zmarnował przez błędy młodości).

Prawdziwość tego mitu zdawały się potwierdzać opowieści krewnych, którzy tam wyemigrowali. Czasem przyjeżdżali, wyglądając i pachnąc jak przedstawiciele wyższej cywilizacji, częstując nas, dzieciaki, gumą Wrigley i batonikami Hershey.

Pokazywali zdjęcia swoich domów (!), przed którymi parkowali swoje samochody (!!) piękniejsze niż oczy szatana. Dodawali przy tym (zapewne zgodnie z prawdą), że wszystkiego dorobili się od zera.

Dziś oczywiście wiem, że społeczny optymizm bijący i z relacji wujków z USA, i z musicali z Frankiem Sinatrą, brał się z powojennego boomu. A i wtedy zapewne lepiej było od zera dorabiać się w Europie, z jej siatką bezpieczeństwa, zapewniającej REALNĄ drugą szansę.

Wydaje mi się, że najważniejszą zmianą w Ameryce po upadku Lehman Brothers było uświadomienie sobie, że amerykański sen już nie działa. A może nigdy nie działał. To uczucie jest wspólne dla elektoratów Trumpa i Sandersa.

„Breaking Bad” był wtedy między pierwszym a drugim sezonem. Pierwszy wyglądał trochę jak czarna komedia, a dziwne powiązania Waltera White’a z zagadkową firmą chemiczną, którą kiedyś współzakładał („Gray Matter”) sugerowały, że to wszystko może pójść w kierunku „Archiwum X”.

Dopiero w drugim poznajemy mecenasa Goodmana, firmy Pollos Hermanos i Madrigal GmbH, Gusa i Mike’a, wyliczenia dotyczące finansów Walta, rozmach działania kartelu z Juarez. Poznajemy geopolityczny kontekst czarnego rynku w Albuquerque.

Zwolennik Trumpa powie, że to seriale o potrzebie oddzielenia Ameryki murem od kartelu z Juarez oraz o odtworzeniu amerykańskiego snu z lat 50. Zwolennik Sandersa, że „BB” jest o potrzebie darmowej opieki medycznej, a „BCS” o potrzebie darmowej edukacji.

Serial jednak wymyka się prostym interpretacjom (uwaga, umiarkowane spojlery!). Kartel z Juarez ulega totalnej anihilacji, ale jego miejsce zajmują tylko jeszcze potworniejsi przestępcy - bo popyt na narkotyki zawsze wytworzy jakąś podaż, nie można tego zwalczyć, można tylko próbować cywilizować.

Parodią systemu wartości Ameryki z lat 50. są wypowiedzi Hanka Schradera, szwagra Waltera White’a. Schrader to postać w zasadzie sympatyczna, ale jednocześnie rasista i seksista. Powrót do tamtej „złotej ery” oznaczałby powrót do dawnej dyskryminacji, bo to wszystko jest w jednym pakiecie.

Seriale nie pasują też do pozytywnej utopii lewicowej. Od piątego odcinka wiemy, że problem Waltera White’a nie leży w samym tylko braku pieniędzy, te mógłby dostać od swojego dawnego wspólnika, ale nie chce. To kwestia dumy, woli być królem podziemia niż giermkiem na legalu.

Podobnie z karierą Jamesa McGilla w „BCS”. Serial się jeszcze nie skończył, więc kiedy piszę te słowa, jeszcze nie wiemy, jaki to Grande Finale Piątego Sezonu ostatecznie przekształci go z „chaotic neutral” w mafijnego consigliere.

Ale już widać, że Jimmy też mógłby zrealizować amerykański sen, gdyby nie jego patologiczna duma i ciągoty do autodestrukcji. On przecież nawet zrealizował amerykański sen: miał narożne biuro, osobistego asystenta i zarobki adekwatne do stanowiska, ale sam to wszystko niszczył.

Niektóre lewicowe utopie odwołują się do przekonania, że człowiek jest z natury dobry. Ja w to nie wierzę. Wierzę w rezydentne zło w naszej naturze. I socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze uważam po prostu za najlepsze rozwiązanie na trzymanie tego zła pod kontrolą.

Mit „amerykańskiego snu”, o karierze od pucybuta do milionera, może przemawiać do dziecka. Ale nastolatek powinien z tego wyrosnąć.

sobota, 08 września 2018
Notka o Biedroniu

Teksty z serii „co powinna zrobić lewica” wydają mi bezprzedmiotowe jak rozważania o taktyce mundialowej, kiedy jeszcze nie wiadomo nawet, kto przejdzie eliminacje. W tej metaforze są nimi nadchodzące wybory samorządowe.

To po nich zostaną rozdane karty gry o wybory parlamentarne w 2019, a dopiero jak je dostaniemy, nadejdzie czas na licytację i wista. Niedobrze, metafory w sąsiednich akapitach są jak grzyby w barszczu, muszę się odtąd ograniczać.

Jak będzie wyglądało głosowanie do sejmików i czy po przełożeniu na symulowane wybory do Sejmu, wyjdzie z nich samodzielna większość dla PiS? Czy PiS przejmie władzę w jakimkolwiek mieście wojewódzkim? Czy głosy na SLD i Razem rozłożą się raczej jak „6:2” czy „4:3”? Kto zajmie trzecie miejsce w Warszawie? Czy lewica w jakimkolwiek mieście obejmie władzę?

Dopóki nie znamy odpowiedzi, nie ma o czym mówić. A przecież poznamy za miesiąc.

Niezależnie od tych pytań, jedno tylko wiem na pewno. Nie podoba mi się pomysł „wspólnej listy całej opozycji”, którym ekscytuje się prawe skrzydło mojego bąbelka.

Gdyby jakimś cudem taka lista powstała, ja będę głosować na cokolwiek na lewo od niej. Już kiedyś głosowałem na tej zasadzie na Zielonych, którzy dostali coś koło 0,2%. No i super, i tak wolałem Erbel od HGW.

Nie przekonują mnie argumenty, że to potrzebne do obrony demokracji. Nie lekceważę autorytarnych zapędów PiS, ale sama struktura polskiego państwa utrudnia orbanizację.

Nie lubię ani Dudy, ani Morawieckiego, więc nie kibicuję żadnemu z nich podczas przepychanek typu „jak oni mi podłożyli świnię podczas mojego wyjazdu do Australii, to ja im się zemszczę wetem”. A raczej: kibicuję im obu, niech zadają sobie jak najsilniejsze ciosy.

Cieszy mnie sama ta przepychanka, bo to pozostaje ostatnie już z systemu zabezpieczenie z konstytucyjnego systemu „checks and balances”. Nawet jeśli ta sama partia wyhaczy prezydenta i premiera, sama natura obu stanowisk wbija klin między nich.

Duda prywatnie może sobie być większym zamordystą od Morawieckiego (pewnie zresztą jest), ale już parę razy ratował nas przed pomysłami typu zmiana ordynacji wyborczej. Nie z miłości do demokracji, we własnym interesie.

Nie wierzę więc w „polski faszyzm”, najwyżej w „drugą sanację”. Wtedy też nie było „jednego frontu opozycyjnego”, tylko centrolew i centropraw (Front Morges). I pojedyncze miasta rządzone przez socjalistów, jak Łódź, Radom czy Sosnowiec.

Z powyższymi zastrzeżeniami, przejdę do najbardziej palącego dziś pytania. Co z Biedroniem?

Może na niego kiedyś zagłosuję, może nie. Wydaje się naturalnym kandydatem na wybory prezydenckie 2020, ale po drodze będą jeszcze parlamentarne, które znów przemeblują scenę. Kto wie, co się z nich wyłoni.

A na kogo będę głosować w parlamentarnych, a wcześniej w eurowyborach? To zależy od tego, co będzie z partią Razem po wyborach samorządowych.

Jeśli zrobi jakiś Centrolew z Biedroniem, proszę bardzo. Jeśli Biedroń zrobi go z SLD, pomijając Razem, to nie bardzo. W wielki lewicowy obóz, łączący Biedronia, Razem i SLD, na razie nie wierzę, ale wybory samorządowe mogą tu dużo zmienić.

Prywatnie Biedroń budzi we mnie mniej entuzjazmu od Razem. Razem postrzegam jako partię „ludzi mniej więcej takich jak ja”, którzy mówią moim językiem, oglądają te same seriale, mogliby być moimi kolegami z pracy (czasem nawet są/byli).

Biedronia postrzegam jako kogoś z establishmentu, a to - jak wiecie - nie jest dla mnie komplement. Nie umiem go sobie wyobrazić jako kolegi z pracy, kogoś zajmującego równorzędne stanowisko. Za to bez trudu wyobrażam go sobie jako kogoś ważnego z korpowierchuszki, kto mi wydaje polecenia.

Domyślam się, że etykieta „partii wielkomiejskich korpoludków” prawdopodobnie szkodzi razemitom. Nie mam pojęcia. Nie znam się na marketingu, politycznym ani jakimkolwiek.

Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby 90% gospodyń domowych wybrało jakiś proszek do prania, albo na kogoś zagłosowało. Może image korpomenadżera to klucz do serc mitycznej klasy ludowej? Duda i Morawiecki też taki mają.

O rety, zwłaszcza Morawiecki! Wszyscy pracowaliśmy pod takim dżokejem powerpointa. Który się potem okazał klaunem excela, ale miało już nie być metafor.

W każdym razie, do mojego nie jest. Oczywiście, rozumiem, że korporacje potrzebują menedżerów, a polityka liderów. Więc nie wykluczam, że zagłosuję (zwłaszcza w jakiejś drugiej turze!), ale entuzjazmu z mojej strony raczej nie będzie.