Ekskursje w dyskursie
piątek, 21 kwietnia 2017
Prośba o 1%

Adam to mój przyjaciel z dzieciństwa. Tak jak ja, należy do pokolenia niepowtarzalnych szans i niewyobrażalnych pokus. Kto z nas naprawdę chciał być bardzo bogaty, ten dziś jest. Adam świadomie i konsekwentnie odmawiał udziału w wyścigu szczurów.

Dwadzieścia parę lat temu, kiedy ja stawiałem pierwsze kroki w mediach, on został pielęgniarzem, bo chciał żyć dla dobra innych. Pracował w szpitalu na porodówce, miał więc mojego pierworodnego na rękach prędzej niż ja (to on mi go podał).

Kiedy na spotkaniach towarzyskich mówiliśmy o typowych problemach lemingów - raty kredytów, modele samochodów, gdzie w tym roku na wakacje, on reprezentował stoickie podejście. Wakacje zawsze w tym samym miejscu (Kąty Rybackie). Po co samochód, skoro Warszawa ma świetny transport publiczny. Imponował mi tym, często mówiłem, że nas wszystkich przeżyje.

Może jeszcze przeżyje, ale na razie ma najpoważniejszy problem z nas. Od lat pod jego czaszką narastała torbiel, która w końcu pękła, uszkadzając mózg. Prawdopodobnie od dawna cierpiał na migrenę, co ukrywał przed wszystkimi. Stoicyzm!

Adam ma sprawny hardware - rusza rękami i nogami, działają wszystkie zmysły, ale software mu wyczyściło. Nie całkiem: na przykład działają mu odruchu grzecznościowe, a więc wita się przez podanie ręki, zasłania usta gdy ziewa, reaguje na różne polecenia głosowe, ale tak poza tym czeka go długa rehabilitacja, zanim da się z nim pogadać o czołgach (był fanatykiem World of Tanks, takim jak z pasty o fanatyku).

Rehabilitacja kosztuje. Jego żona też jest pielęgniarką. Nie mieli większych oszczędności. Pomagamy im w swoim zakresie. Walka się toczy między innymi o to, żeby jego syn mógł skończyć studia, bo jak bieda ich przyciśnie, będzie musiał rzucić naukę, żeby zarabiać na rehabilitację ojca. Co byłoby w tym wszystkim straszliwą niesprawiedliwością...

Mój 1% idzie dla cioci Siwej, bo już to deklarowałem. Dzięki niej zresztą poznałem tę fundację. Na Adama wpłacę i tak. Ale gdyby ktoś szukał pomysłu na swój 1%, oto dane:

 

Fundacja Neuropozytywni, KRS 0000419065

Cel szczegółowy: Adam Piotr Dębiński 16 (ta szesnastka jest bardzo ważna).

 

Dziękuję każdemu.

wtorek, 18 kwietnia 2017
Testosteron

Uwaga: polecanka książkowa. Każdego bywalca tego bloga powinno interesować skrzyżowanie popularyzacji nauki z propagandą lewicowo-liberalnej cywilizacji śmierci. Idealnie spotykają się w nowej książce Cordelii Fine, „Testosterone Rex”.

Tytuł odnosi się do pewnego mitu, który jest wielki i potężny, każdy o nim słyszał. Ale z naukowego punktu widzenia jest martwy jak tyranozaur.

W Polsce ten mit spopularyzowały zwłaszcza komedie romantycznych Koneckiego i Saramonowicza. Chodzi mniej więcej o to, że mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus, bo mężczyźni mają Pewien Specjalny Hormon, za sprawą którego rywalizują, polują na mamuty i zajmują stanowiska kierownicze.

Poza wersją popkulturową, to ma jeszcze wersję popnaukową. Zazwyczaj lansują ją entuzjaści psychologii ewolucyjnej: w wersji psychoewo podobno potwierdza to Nauka swoją naukowością.

Już chyba z 10 lat temu Lisa Wade swoją metaanalizę tekstów o różnicach między tak zwanym „mózgiem męskim” i „mózgiem kobiecym” podsumowała bon motem, że nauka daje najwyżej podstawy do tezy, że mężczyźni są z Dakoty Południowej, a kobiety z Dakoty Północnej. Owszem, są jakieś tam różnice, ale tak malutkie, że nawet nie wiadomo, na ile w ogóle nie są szumem statystycznym. Tak naprawdę samce i samice homo sapiens są do siebie wręcz zdumiewająco podobne, nawet na tle innych naczelnych (nie mówiąc już o innych kręgowcach).

Kiedy prawica skanduje „chłopak, dziewczyna, normalna rodzina”, odwołuje się do pewnego ideału „normalności”, który badacze nazywają „rodziną nuklearną”. To stosunkowo nowy model, które pojawiło się dopiero razem z rewolucją przemysłową.

W innych kulturach, ale także w naszej kulturze 400 lat temu, panowały inne modele. Małżeństwa aranżowane, małżeństwa na próbę, prawo pierwszej nocy, poliandria, poligamia, matriarchat - i każda z tych kultur uważa swój model za „naturalny”, a inne za wynaturzenia.

Różnorodność modeli prokreacji w różnych grupach homo sapiens jest tak duża, jak gdzie indziej między gatunkami. Ludzkie niemowlę przychodząc na świat, nie wie, czy urodziło się w patriarchacie czy w matriarchacie, ale w procesie socjalizacji przeważnie uczy się dostosować do danego zestawu norm - tę zdolność Cordelia Fine uważa za naszą najciekawszą cechę.

Wynika z tego ciekawy wniosek dla feministek i feministów. Postulaty przekształcania społeczeństwa w kierunku większej równości nie są postulatami zastąpienia „czymś sztucznym” „czegoś naturalnego”. Wszystkie te modele są równie sztuczne i zarazem równie naturalne, bo unikalną istotą ludzkiej natury jest łatwość dostosowania do nowego modelu. A poza tym wszystko już gdzieś kiedyś było.

To książka stronnicza. Nie robię z tego zarzutu, stwierdzam fakt. Kto szuka bezstronnych metaanaliz, ten może sięgnąć choćby po inne prace tej samej autorki.

Polemiczny zadzior sprawia za to, że tę książkę się świetnie czyta. Autorka w rozdziale wstępnym opisuje na przykład różne warianty mitu o testosteronie, opatrując je swoim komentarzem.

I tak cytuje psychologa Gijsberta Stroeta z Glasgow, który niski odsetek kobiet w matematyce i inżynierii wyjaśniał tym, że „w epoce kamiennej mężczyźni polowali, a kobiety opiekowały się dziećmi”.

„Praca żadnego ze znanych mi matematyków ani inżynierów nie kojarzy mi się z jaskiniowcem goniącym z włócznią dziką świnię, ale może w Glasgow sprawy wyglądają inaczej” - odpowiada Cordelia Fine.

Co do meritum, jej tezy w skrócie wyglądają tak. Badania, na które powołują się zwolennicy psychologii ewolucyjnej, przeważnie mają słabe podstawy metodologiczne - badano niewielką grupę, w dodatku jednolitą pod względem etnospołecznym (jak wiadomo, psychologia to nauka polegająca na badaniu studentów psychologii).

Im rzetelniejsze badanie (większa próbka, większe zróżnicowanie badanych itd.), tym mniej widać różnic między płciami. Problem polega na tym, że w patriarchalnej kulturze badania potwierdzające stereotypy będą częściej powtarzane w debacie publicznej, bo wszyscy lubimy czytać to, co potwierdza nasze przesądy i uprzedzenia.

Żeby jednak ten problem w ogóle zrozumieć, trzeba znać takie pojęcia, jak „metaanaliza”, albo z grubsza orientować się w statystycznej analizie danych. To oczywiście na dzień dobry odsiewa wszystkich polskich prawicowych publicystów, dlatego nie liczyłbym na rzetelną debatę w naszym pięknym języku ojczystym.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Nadzieja w Norwegach

Fot. Wikipedia / Mic from Reading - Berkshire, United Kingdom - Las Vegas, Nevada - USA / CC - BY - SA

Szerokim echem w moim lewicowym bąbelku soszialmediowym odbiła się wiadomość, że norweski fundusz emerytalny zamierza wycofywać się z inwestowania w firmy, których zarządy zarabiają zbyt dużo. Pensjonsfond to w dzisiejszych czasach najpoważniejsza nadzieja na reformowanie kapitalizmu.

Fundusz jest w tej chwili największym giełdowym inwestorem świata. Należy do niego jeden procent Wszystkiego (wyprzedza go tylko emirat Abu Dhabi).

W odróżnieniu od funduszów inwestycyjnych należących do prywatnych inwestorów lub trzecioświatowych dyktatur, Pensjonsfond musi się kierować etyką. Demokratyczne społeczeństwo Norwegii lata temu uznało, że nie chce się bogacić w sposób nieetyczny, więc fundusz nie inwestuje np. w firmy tytoniowe czy zbrojeniowe.

Utrata norweskich petrokoron dla każdej notowanej na giełdzie spółki jest złą wiadomością, dlatego nikt nie chce wylądować na czarnej liście Pensjonsfond. Wyśrubowane norweskie etyczne kryteria wymuszają więc na przykład na zachodnioeuropejskich firmach odzieżowych, żeby chociaż udawały, że ograniczają wyzysk pracowników w Trzecim Świecie.

Nadmierne zarobki zarządów korporacji są problemem, który dziś dostrzegają nawet co bardziej rozgarnięci neoliberałowie. My na lewicy oczywiście widzimy go od dawna (jeśli chodzi konkretnie o mnie, dostrzegam go od kiedy 22 lata temu pożyczyłem od Ikonowicza „The State Were’In” Willa Huttona).

Mój ulubiony przykład to Charlie Wilson, prezes General Motors ze złotej ery amerykańskiej motoryzacji. Był najlepiej zarabiającym prezesem świata w latach 50. Zarabiał 600 tysięcy dolarów rocznie.

Współcześni prezesi General Motors zarabiają po kilkanaście milionów. To znacznie więcej nawet po uwzględnieniu inflacji.

Charlie Wilson kierował koncernem zatrudniającym najlepiej wynagradzanych robotników świata przy produkcji samochodów takich jak cadillac eldorado czy buick roadmaster. Jego współcześni następcy zatrudniają sprekaryzowany proletariat w Meksyku przy produkcji gavna, na które splunąć hadko.

W „The Wall Street Journal” przeczytałem komentarz Paula J. Daviesa, który przyznaje rację Norwegom. Davies obala typowe argumenty neoliberałów, że „prezesi muszą dobrze zarabiać, bo uciekną do konkurencji” albo „należy im się, bo przynoszą wartość akcjonariuszom”.

Typowym zjawiskiem jest benchmarking, czyli wiązanie zarobków prezesa z zarobkami innych prezesów - a więc czy firma stoi, czy firma leży, bonus prezesowi się należy. Davies cytuje badania, z których wynika, że firmy, których zarządy zarabiają powyżej mediany, mają średnio gorsze wyniki od tych, których prezesi zarabiają mniej. Mnie to nie dziwi.

Wszyscy teraz się ekscytują tekstem z Wirtualnych Mediów o premiach, które zarząd Agory sobie wypłacił za dobre wyniki. Smutno mi, bo mam wrażenie, że tylko ja czytam te raporty giełdowe. Przecież to było ogłoszone już jesienią 2016!

Otóż jakby przeczytać je wszystkie od samego początku, można zauważyć, że obecny zarząd i tak jest oszczędny na tle swoich poprzedników. Jak wygląda na tym przykładzie zależność wynagrodzenia zarządu od kondycji spółki, proszę sobie we własnym zakresie przeanalizować (mam swoje przemyślenia, ale nie wyrażę ich publicznie).

Historia kapitalizmu pokazuje, że pieniądze są kiepskim motywatorem. Sprawdzają się na szczeblu chudopachołków takich jak ja czy wy, moi drodzy komentatorzy, ale nie na szczeblu zarządu korporacji.

Powyżej pewnego progu zarobki przestają się przekładać na poziom życia. Na naszym liczy się każdy tysiąc, ale na ich poziomie milion fte czy wefte już nie zmienia niczego w namacalny sposób.

Oni walczą o te miliony już dla sportu. Są dla nich miernikiem osobistego sukcesu, jak punkty w grze.

Dla firmy lepiej jest, gdy jej prezes gra w inną grę - i zapewne dlatego tacy prezesi mają lepsze wyniki. Charlie Wilson był dumny z tego, że zarówno produkty jego koncernu, jak i warunki pracy w nim, budzą podziw na całym świecie.

Tą dumą mógł się nacieszyć do syta, ale jego pensja była przycinana zgodnie z ówczesną górną stawką podatku dochodowego - 91%. Gdy dziś proponuje się powrót do tych stawek, słyszymy często kontrargument, że to odstraszy zdolnych menadżerów.

Jeśli odstraszy tych, którzy grają w pieniądze - to super. Z biznesu odejdą ludzie tacy jak Martin Shkreli. Zwolnią miejsce dla takich jak Charlie Wilson. To będzie z pożytkiem i dla konsumentów, i dla pracowników, a więc w dalszej kolejności także dla inwestorów.

czwartek, 06 kwietnia 2017
Call me Worciech

Powtarzam się - przepraszam - ale właśnie się dowiedziałem z fejsa (konkretnie od blogonauty Ausira), że jest już zapowiedź zbioru opowiadań z moim utworem. Wystąpię razem z Paulem Theroux (ach, nawiązując do rozmowy z Awalem pod poprzednią notką, gdyby złota rybka mi zaproponowała bycie „polskim kimś”, biorę polskiego Theroux bez gadania)!

Tak jak niegdysiejszy tomik „Lemistry”, ten też inspirowany będzie twórczością Sławnego Pisarza Urodzonego w Polsce. Ten: twórczością Josepha Conrada.

Moje opowiadanie będzie bardzo luźno inspirowane „Jądrem ciemności”. Będzie to postapokaliptyczne sf, bo jak widać po tonacji moich blogonotek, w takim jakimś ostatnio jestem nastroju.

Wymyśliłem sobie całą powieść, której akcja dzieje się w postapokaliptycznej Warszawie, zarośniętej przez dorodne dwudziestoletnie drzewa. Nie zacząłem jej jeszcze pisać, bo nie mam z nikim umowy (a z kolei nie mam też czasu ganiać za wydawcami z propozycjami, bo zawsze mam coś do napisania Na Jutro).

W każdym razie, jak już się pojawiła umowa na opowiadanie, to poczułem, że tej szansy nie mogę zmarnować. Opowiadanie dzieje się wcześniej niż powieść, zarastajace Warszawę krzaki są dopiero siedmioletnie. W powieści się dokładnie wyjaśni, co się w ogóle stało, w opowiadaniu nie, zostajemy z zagadką.

Zakładam, być może naiwnie, że jak już będę miał opowiadanie, to łatwiej mi będzie szukać zaliczki na powieść. No bo mimo wszystko tak źle ze mną nie jest, żebym miał pisać bez zaliczki.

W opisie na stronie księgarni Waterstones nazwano mnie „Worciechem”. Bardzo mi się podoba i chyba nawet nie będę próbował tego odkręcić...