Ekskursje w dyskursie
wtorek, 13 listopada 2018
Metafora leminga

Skrin z serialu

W moim bąbelku panują skrajnie przeciwstawne opinie na temat nowego serialu HBO „Ślepnąc od świateł” - jedni zachwyceni, drudzy zniesmaczeni. Nie może zabraknąć mojego głosu w tej debacie - tym bardziej, że chyba rozumiem powody tej rozbieżności.

Zacznę od tego co dobre. Od strony czysto produkcyjnej to serial zrobiony z największym rozmachem w III RP, kasuje nawet najkosztowniejsze superprodukcje PRL.

Efekty specjalne są na poziomie średniej hollywoodzkiej, zwłaszcza pokazana już w pierwszym odcinku sekwencja snu głównego bohatera, w którym Warszawę pochłania biblijny potop. Potem świetnie też zrealizowane jest coś, czego pozornie w ogóle nie da się zrobić (acz uważny widz zauważy tricki montażowe), czyli wielki pożar w centrum Warszawy.

Bardzo dobra jest też ścieżka dźwiękowa, w obu znaczeniach. W różnych scenach brzmią fragmenty utworów klasyki polskiego rocka - Maanam, Lombard, Kult, Siekiera, Breakout, dobrane ze smakiem i a propos. Jest też dużo fajnej elektroniki i do kompletu „Nokturny” w wykonaniu Maseckiego.

Dobre jest też udźwiękowienie - wieloletnia pięta Achillesowa polskiego kina. Tutaj efekty dźwiękowe są na poziomie zachodnim.

Kto ma surrounda, ten parę razy podskoczy od tego, co mu zabrzmi za plecami. Z pietyzmem zrealizowano też odgłosy, dajmy na to, łamania ludziom kości albo wbijania szydła do ucha, bo - zapomniałem dodać - to thriller gangsterski.

I tak przechodzimy do wad. Kuba, główny bohater (debiut Kamila Nożyńskiego) jest handlarzem kokainą, specjalizującym się w obsłudze elit: celebryci, politycy, bananowa młodzież.

Jako drobnomieszczanin - już go nie lubię. To nie jemu kibicuję, tylko antypatycznemu prokuratorowi (Michał Czernecki - gra esesmana w filmie dokumentalnym Borysa Lankosza o Lemie). Chcę, żeby zapuszkował tego dealera razem z wszystkimi jego kumplami i kumpelami.

Jeśli już robimy film/serial o przestępcy, potrzebujemy jakiegoś redeeming factor, czegoś pokazującego lepszą stronę jego oblicza (roślinka Leona Zawodowca). Kuba go nie ma. Z odcinka na odcinek życzyłem mu coraz gorzej.

Serial pokazuje go jako człowieka o ponadprzeciętnej inteligencji, który w mig podejmuje chłodne i racjonalne decyzje. W takim razie, dlaczego w ogóle wybrał karierę dilera dragów? Na co właściwie liczył?

Dojechałem do ostatniego odcinka głównie z nadzieją, że zobaczymy jakieś wyjaśnienie (jak w „Better Call Saul”). Otóż żadnego nie ma. Nie mówcie mi, że to spojler, to przyjacielskie ostrzeżenie.

Raz na kwadrans zdarza się scena znakomita (teledysk „rapera Pioruna”, monolog Więckiewicza o depresji, monolog Pazury o ciężkim życiu celebryty). Ale reszta to typowy polski snuj - bohater snuje się po mieście, bohaterowi coś się śni, bohater o czymś marzy, panorama miasta, panorama niemiasta. Boo-ring.

Domyślam się, że bohater ma być metaforą warszawskiego leminga. Zgodnie ze stereotypem, wszyscy w tym mieście robimy coś, czego nie lubimy i karmimy się marzeniem, żeby rzucić to i wyjechać (główny bohater marzy o Argentynie).

Jeśli metaforą, to nietrafną. W Warszawie trzyma nas Ogólna Przyjemność Życia: knajpy, sklepy, kultura, wiele możliwości zarobku. I bliskość lotniska, z którego zawsze można się do tego Buenos przefrunąć.

Ja nie mogę bez tego żyć, bardzo by mi tego brakowało po przeprowadzce do Mycisk Niżnych. I tak bym stamtąd ciągle jeździł do najbliszego dużego miasta.

Kuba z tego nie korzysta. Lubi muzykę, kolekcjonuje winyle, ale to akurat można wszędzie. Po co mu więc to wszystko? Nie dowiadujemy się.

Sytuacji nie ułatwia to, że grający go debiutant ma charyzmę manekina. To pasuje do pierwszego odcinka, w którym jego rola polega na rzucaniu monosylabami z pokerową twarzą. Ale potem, gdy ma grać jakieś uczucia, po prostu nie daje rady (podobnie jak inni naturszczycy w obsadzie).

Na początku w jego ręce trafia torba z kokainą niewiadomego pochodzenia. Wszyscy wiemy z popkultury czym to się kończy: tropem takiej torby idzie jakiś Anton Chigurh (którego tutaj gra Jan Frycz, jak zwykle przegenialny).

Główny bohater niby ma jakieś opory, ale jednak zaczyna handlować trefnym towarem. Nawet gdybym go polubił, to i tak bym nie żałował, sam się wpakował w kłopoty na własną prośbę.

Podobno to serial z kluczem, w którym sparodiowano jakieś prawdziwe postacie z warszawskich elit. Ja rozpoznałem tylko pierwowzór celebryty, granego przez Cezarego Pazurę, ale nie czytam Pudelka, więc reszty nie kojarzę. Ktoś coś?

piątek, 09 listopada 2018
Notka o Niepodległości

Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu - czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? - więc niestety, znowu o polityce.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy fajną akcję „Bohaterowie naszej niepodległości”, do której się włączyłem, opisując Lidię Ciołkoszową (w wywiadzie z prof. Andrzejem Friszkę), Maurycego Allerhanda, oraz, ahem, swojego dziadka, który wprawdzie nie jest postacią historyczną, ale dla mnie jest bohaterem.

Ponieważ to była akcja specjalna, teksty nie są za paywallem. Zapraszam do czytania i komentowania (do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic).

Mam zero sympatii do zadymiarzy z faszystowskimi transparentami, ale uważam, że jest co świętować. Lewica woli wcześniejszą rocznicę rządu lubelskiego, ale dopiero 11 listopada wszystkie ośrodki władzy abdykowały na rzecz Naczelnika Państwa.

To ważne, bo w powietrzu wisiała wojna domowa „białych” z „czerwonymi”, która naprawdę wybuchła w Finlandii. W tej wojnie ważnym graczem byłyby wojska niemieckie, które już nie miały centralnego dowództwa, ale nadal były regionalną potęgą.

Trzeba było z nimi pokątnie negocjować warunki ewakuacji przez terytorium odradzającej się Polski. Stety lub niestety, droga Berlin-Moskwa prowadzi przez Warszawę.

Tutaj ojcowie niepodległości wykazali się klasycznym „soft power”. Niemcy uważali Polaków za partnerów wiarygodnych i poukładanych, dlatego chętnie oddawali nam kontrolę nad takimi węzłami komunikacyjnymi jak Grodno - o które walczyli także Litwini i ze dwa rządy białoruskie.

Sukces polskiego listopada często bagatelizowany jest hasłem „inne też zyskały niepodległość, bo koniunktura”. Otóż to prawda, że wysyp nowych państw w tym regionie był ubocznym skutkiem niemieckiego planu Ober-Ost (i kapitulacji Niemiec)

Mogły jednak powstawać w różnych konfiguracjach, bo natychmiast rzuciły się do wzajemnej walki o granice. Polska na przykład nie musiała powstać jako Polska, mogłaby powstać jako osobne księstwo poznańskie, królestwo polskie (na bazie kongresówki) i rzeczpospolita krakowska (bo w takiej konfiguracji Lwów by pozostał ukraiński).

Samo scalenie ziem rozbiorowych było niewyobrażalnym osiągnięciem (na co staram się zwrócić uwagę tekstem o Allerhandzie). Po wiośnie ludów w wielu miejscach Europy pojawiało się takie hasło, „hej, jesteśmy jednym narodem, przedzielonym bezsensownymi granicami, zjednoczmy się”. Wychodziło to zazwyczaj tak sobie.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza Polską do dzisiaj z takich unii przetrwały tylko Niemcy i Włochy. Przy czym we Włoszech cały czas hasło „podzielmy się, zjednoczenie było pomyłką” obecne jest w głównym nurcie polityki.

Kolejna różnica: w Polsce zjednoczenie było dobrowolne. W Niemczech dokonało się drogą podboju przez Prusy, we Włoszech przez Piemont.

Podzielona Polska słabiej by sobie radziła w wojnach granicznych, nie miałaby Śląska, Wilna ani Lwowa. Obawiam się, że w 1920 nie dałaby rady bolszewikom.

Powie ktoś - co z tego, a mi tam obojętne, w jakim kraju żyję. Szczepan Twardoch uwielbia takie deklaracje.

Odpowiem eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie kogoś, kto 100 lat temu mieszka w miejscowości, którą nowa granica przetnie na pół. Ma tydzień na podjęcie decyzji.
Załóżmy, że nie może tej miejscowości opuścić dobrowolnie, bo oczywiście najmądrzejsza będzie emigracja do USA). Wybór sprowadza się do: Polska czy jakiś jej sąsiad?

W większości przypadków Polska będzie lepszym wyborem po prostu jako Fajniejszy Kraj (TM). Nie dotyczy to może Czechosłowacji, Najfajniejszego Kraju Regionu (acz nie zapominajmy, że to trochę symulakrum z prozy Hrabala).

No i wolnego miasta Gdańska. Wolne miasta są fajne, bo są wolne i miejskie.

Ale poza tym - Litwa? Od 1926 miała prawdziwy faszyzm (nie pieszczotki jak w sanacji, full totalitaryzm). W Rumunii demokracji nie było nawet w teorii.

W Niemczech nasz bohater będzie miał nazizm już w 1932 (bo Prusy). A w ZSRR albo zostanie zamorzony głodem w ramach stalinowskiego ludobójstwa Ukrainy, albo zamęczony w ramach operacji polskiej NKWD.

Stalin, jako wielki językoznawca, bardzo prosto rozstrzygał dylematy ludzi takich jak Twardoch. Bruno Jasieński też twierdził, że nie jest polskim inteligentem. Nie pomogło.

Nawet więc jeśli ktoś neguje jakikolwiek patriotyzm (to nie ja; kocham Polskę, kocham Warszawę), musi obiektywnie przyznać, że Polska to całkiem fajny kraj (jak na ten region Europy). Oby takim pozostał.

wtorek, 06 listopada 2018
Pisowcy - oszukano was

Jak wiecie, podglądam was na waszych blogowiskach i z satysfakcją zauważyłem, że także do was dotarło, że komisja ds. Amber Gold zakończyła swoją działalność blamażem. Obiecywano wam, że Tusk wyląduje za kratkami, że znajdą się niepodważalne dowody na roztaczanie nad aferzystami parasola ochronnego... a skończyło się niejasnym zarzutem, że nie sterował ręcznie prokuraturą i służbami (do czego Tusk się akurat przyznaje).

Ufam, że co inteligentniejsi z Was już widzą tu szerszą prawidłowość. Nie wierzycie też już, że Macierewicz sprowadzi wrak i znajdzie dowody na zamach. Dociera do Was, że konflikt z Unią o Sąd Najwyższy jest nie do wygrania.

Z powerpointowych fantazji Morawieckiego nabijacie się tak jak my, tylko że my robimy to publicznie. Postukał młotkiem w zardzewiałe żelastwo, które NAWET NIE BYŁO STĘPKĄ, i w tym stylu ma przekopać lotnisko, zbudować mierzeję i podbić świat elektrycznymi samochodami. No przecież nawet wy jesteście na to zbyt inteligentni.

Jest mi was szkoda, bo jesteście okłamywani od dawna. Obserwowałem to u siebie na blogu, kiedy jeszcze pozwalałem wam tu w miarę swobodnie komentować.

Przychodziliście z głowami nabitymi prawicowymi narracjami o spiskach, zdradach i układach. Przekonywaliście mnie tutaj, że Platforma nie buduje autostrad, że w Paryżu i Sztokholmie są strefy szariatu, że Gmyz znalazł trotyl itd.

Zauważyłem już dawno, że spokojne tłumaczenie faktów - na przykład merytoryczna rozmowa o autostradach - wywołuje u was agresję. Dlatego większość was zabanowałem, bo niepotrzebne mi są tutaj przepychanki jak na Twitterze, interesuje mnie tylko merytoryczna rozmowa typu „czy POW będą otwierać od razu w całości, czy fragmentami (ktoś coś?)”.

Wasza agresja jest psychologicznie zrozumiała. Nikt nie chce się dowiedzieć, że był naiwny, że dał się nabrać. No ale może to jest dobry moment, żebyście to sobie przemyśleli?
Przypomnę wam kilka punktów.

1. NIE WIERZYLIŚCIE W AUTOSTRADY PLATFORMY. Pamiętam superkretyński tekst niejakiego Wiktora Świetlika w „wpolityce” i debilny wywiad Antoniego Krauze dla któregoś prawicowego tygodnika, obaj dowodzili, że platformiane inwestycje są pozorne („takie wykopki jak za Gierka” - Krauze). Był też zbiorowy wycipingiel, kiedy Komorowski zapowiedział rozpoczęcie budowy tysiąca kilometrów (po latach widać, że zbudowali dużo więcej).
Chyba wy też już parę razy zdążyliście się przejechać A1, A2, A4, S3, S7, S8? I co, był jakiś dysonansik poznawczy, czy gładko przeszliście do następnej wersji:

2. BUDOWALI, ALE NAJDROŻEJ NA ŚWIECIE (W UNII)
Z niejakim posłem Abramowiczem zdążyłem się nawet o to spierać na fejsie, na wallu wspólnego znajomego. Poseł twierdził, że w Czechach autostrady budują za milion dolarów za kilometr.
Podałem mu kilka przykładowych czeskich kontraktów, a potem zaproponowałem wymianę dolarów na korony po takim kursie. Gdyby sam wierzył w swoje słowa, zrobiłby interes życia - ale jakoś nie chciał.

PiS buduje autostrady w takich samych cenach, jak Platforma. Argument „najdrożej na świecie” nigdy nie miał uzasadnienia, a argument „najdrożej w Unii” miał pozorne, jeśli się przeliczyło na średnie zarobki (w przeliczeniu na zarobki WSZYSTKO było u nas najdroższe w Unii).

3. W SMOLEŃSKU BYŁ ZAMACH, A RZĄD ODDAŁ ŚLEDZTWO ROSJI
Nie oddał - bo skoro wypadek był w Rosji, to i śledztwo było rosyjskie. Na tym polega suwerenność. Państwo może ewentualnie łaskawie się zgodzić na dopuszczenie innych śledczych, ale nie można go do tego zmusić. Tak samo byłoby z wypadkiem rosyjskiego samolotu w Polsce.

Zespół Macierewicza i prawicowi blogerzy wymyślali coraz dziwaczniejsze hipotezy, że zestrzelili, podłożyli bombę, rozpylili sztuczną mgłę itd., ale najlepiej do faktów pasuje proste wyjaśnienie, że to był klasyczny CFIT jakich wiele. Zdezorientowany, słabo wyszkolony pilot podjął błędną decyzję, zszedł poniżej bezpiecznego pułapu przy zerowej widoczności.

4. STREFY SZARIATU W SZTOKHOLMIE!
Mało podróżujecie, więc wierzycie w takie bzdury. Strefy, o których mówi szwedzka policja to strefy, w których gangi  zaznaczają swoją obecność np. robiąc grafiti. Według szwedzkich kryteriów prawie cała Polska byłaby taką strefą, bo prawie wszędzie mamy napisy typu „HWDP”.

5. WSZYSTKIM STERUJE UKŁAD Z MAGDALENKI (WSI, itd.)
Skoro tak, to dlaczego PiS nie przedstawił dowodów, ani przez te 3 lata, ani przedtem (2005-2007)? Ten Układ jest tak potężny, że nawet Kaczyński się go boi? To dlaczego ciągle obiecuje jego rozbicie?

Może go po prostu w ogóle nie ma? Za to, owszem, co jakiś czas zdarza się afera typu Amber Gold czy GetBack. Zawsze sie będzie zdarzać, w USA czy w Niemczech też się od czasu do czasu zdarza. Smutne, ale nieuchronne.

To na razie tyle. Przemyślcie to sobie. I jeśli jesteście w stanie grzecznie i merytorycznie skomentować, to nie wytnę.