Ekskursje w dyskursie
środa, 30 maja 2018
Solo

Dawno nie pisałem na blogu o popkulturze, bo samo hasło „blog popkulturowy” zaczęło mi się kojarzyć z wujowym kontentem, który mi czasem wpada na fejsie do feeda z winy znajomych, którzy nie mogą się powstrzymać przed odpowiedzią na dowolne „a wy jak myślicie”.

Ale nowy pełnometrażowy film o „Gwiezdnych Wojnach” to wystarczająco ważny powód. A wy jak myślicie?

Otóż mi się podobało. I polecam wszystkim tym, którzy - tak jak ja - nie mają serca do rozszerzonego uniwersum, nie znają filmów animowanych, komiksów, gier itd. To nie jest wymagane.

„Solo” znakomicie broni się jako film standalone. Ba, nawet nie trzeba znać pozostałych filmów pełnometrażowych.

Znajomość jest o tyle wskazana, że różne kultowe cytaty, typu „I did the Kessel run in 12 parsecs”, „I love you / I know” czy „I have a bad feeling about this”, tutaj są podrzucone w zabawnej, przewrotnej wersji. Ale nawet jak się nie zauważy nawiązania, i tak brzmią fajnie (zwłaszcza wyjaśnienie zagadki tych „parseków”).

Z wszystkich „Gwiezdnych wojen”, ten film najbardziej przypomina western. Łatwo byłoby tę fabułę przerobić na historię o rewolwerowcach przewożących nitroglicerynę w czasach wojny secesyjnej i włączających się w bitwę z syndykatem zbrodni, terroryzującym górnicze miasteczko.

Spotkałem się z zarzutem, że Alden Ehrenreich, aktor grający tytułowego bohatera, za bardzo próbuje być Harrisonem Fordem. Nie zgadzam się.

Ford 40 lat temu był naturszczykiem, to była jego pierwsza duża rola. I to zresztą tradycja „Gwiezdnych wojen”, że główną rolę gra zwykle jakiś totalny Hudefak, wspierany dzielnie zawodowymi aktorami drugoplanowymi, którzy grają wspaniale, acz zazwyczaj robiąc tylko jedną minę (jak Alec Guinness).

Ehrenreich naturszczykiem nie jest, wprost przeciwnie. Jeśli bym cokolwiek mu zarzucił, to właśnie że w odróżnieniu od Forda za bardzo gra.

Miny ma różne i zazwyczaj skopiowane od innych aktorów. W najgorszych chwilach przypomina Jacka Blacka, w najlepszych Jacka Nicholsona. Harrisona Forda - raczej nie.

Ale to jakoś dziwacznie pasuje do tej fabuły. Ta jest wyjątko idiotyczna nawet jak na „Gwiezdne wojny”. Bohaterów niebywale często ratuje Niezwykły Zbieg Okoliczności aka Deus Ex Machina.

Nie raziło mnie to, bo od razu zacząłem sobie to wyobrażać tak, że Han Solo spisał pamiętniki (albo ktoś nagrał jego gwiezdne opowieści z kantyny na Tatooine). I to jest ekranizacja tych pamiętników czy przechwałek, w których każdą igłę przerobiono na eskadrę galaktycznych wideł.

Nadekspresyjna gra Ehrenreicha pasuje do takiej munchauseniady. W całym pakiecie - jakoś to kupuję.

Jeśli chodzi o kwestię „doświadczonych aktorów, którzy cały czas robią tę samą minę”, to najlepszy film z serii „Gwiezdne wojny”. No offense, sir Alec: Woody Harrelson, Paul Bettany, Donald Glover, Emilia Clarke i Thandie Newton po prostu lepiej wiedzieli, co mają zrobić, a pan przecierał pionierskie szlaki.

Szczególnie zachwycający jest Glover jako Lando Carlissian. Jego akurat widzimy w scenie pisania (właściwie nagrywania) pamiętników. Totalnie pójdę do kina na ewentualnego spinoffa „kroniki Lando”, jeśli będzie go grać Glover.

OK, jeśli nie, to pewnie też. Ale mniej entuzjastycznie.

A wy jak myślicie?

niedziela, 27 maja 2018
Imienia Solidarnosci Baranow

mosty

Obserwuję z przerażeniem pomysły rządu na rozwój infrastruktury. Na początku nie było nawet źle, rząd Szydło po prostu kontynuował to, co robiła Platforma.

Nie wiem, jak to sam sobie potrafi wytłumaczyć pisowski wyborca, że te same autostrady były budowane za drogo i nie tam gdzie trzeba, ale kiedy tylko PiS budował je tak samo, w tym samym miejscu, w tych samych cenach, to nagle się zrobiło OK. Ale jak na rząd PiS, to i tak plusik, że przynajmniej nic nie zepsuli.

Z Morawieckim jest dużo gorzej. Najpierw pojawił się szalony pomysł budowy centralnego portu lotniczego imienia Solidarności Baranów.

Jedno wiem na pewno: to lotnisko nigdy nie powstanie. Proszę bardzo, możecie zacytować moje słowa w 2027 i się ze mnie śmiać, jeśli się myliłem. Prawdę mówiąc, nawet chciałbym się mylić, bo nie chodzi mi o przepychankę „kto ma rację”, tylko o straszliwą niegospodarność zwiazaną z tym projektem.

Poprawcie mnie jeśli się mylę: wydaje mi się, że w ciągu ostatnich 20 lat żaden europejski kraj nie zbudował lotniska na zasadzie „greenfield” (inwestycji w dziewiczym terenie). Wszystkie wielkie projekty ostatnich lat były „brownfieldowe”, czyli były rozbudową infrastruktury już istniejącej (nowy terminal, nowy pas startowy, przeróbka wojskowego na cywilne).

Portugalia ma większy problem niż my z Okęciem. Lotnisko Portela leży w samym mieście, nisko przelatujące samoloty to codzienny widok (i co gorsza, dźwięk) w centrum Lizbony.

Lizbona to miasto troszkę atrakcyjniejsze turystycznie od Warszawy. Ma też naturalne położenie jako hub przesiadkowy tras transatlantyckich.

Wszystkie argumenty za budową nowego lotniska dla Warszawy, dla Lizbony będą ważne w dwójnasob. Jednak w 2013 Portugalia ostatecznie uznała, że jej zwyczajnie nie stać na „greenfieldową” inwestycję i plany odłożono ad calendas Graecas.

Jeśli na coś nie stać Portugalii - to tym bardziej nie stać na to Polski. A jeśli z czymś organizacyjne problemy mają Niemcy (że przypomnę o tasiemcowym serialu pt. „kolejna data otwarcia nowego lotniska w Berlinie”), tym bardziej będziemy mieć my.

A Niemcy też się nie szarpnęli na greenfield, tylko brownfieldowo rozbudowują enerdowskie lotnisko Schoenefeld. Greenfieldowe lotniska robią tylko wschodzące potęgi typu Dubaj czy Chiny, ale nie kraje europejskie (poproszę o kontrprzykłady).

Lotnisko to przecież nie tylko terminal. To także hotele, wypożyczalnie samochodów, siedziby linii lotniczych, parkingi, firmy spedycyjne, urząd celny itd. Te instytucje ciągną się wokół Okęcia kilometrami.

Obecne hotele i wypożyczalnie trzeba będzie w 2027 pozamykać, a za to budować je od zera dookoła Solidarności Baranów. To nie ma sensu, poza oczywiście stworzeniem okazji do zarobku dla krewnych i znajomych królika (wystarczy nie kraść - i można robić takie przekręty, że wystarczyłoby na wypełnienie jachtu Kusznierewicza obrazami Czartoryskich).

Jeszcze dziwniejszy wydaje mi się ogłoszony przez rząd program budowy mostów. Nie umiem skomentować propozycji spoza Warszawy, ale o dwóch przeprawach zaplanowanych wokół stolicy powiem to samo, nigdy nie powstaną.

Jeden ma łączyć Łomianki z Jabłonną, drugi Konstancin z Karczewem. Wiem, że ten drugi był przed wojną, ale nie odbudowano go od 1944. I dziś się już nie da - przechodziłby przez środek rezerwatu „Wyspy Świderskie”.

Z tym pierwszym jest jeszcze gorzej. Jedyny sens komunikacyjny miałoby połączenie DK61 z ulicą Armii Poznań w Kiełpinie (przy okazji mieszkańcy Kiełpina byliby zachwyceni przekształceniem tej sennej ulicy w drogę przelotową).

Jak widać po skrinie z Open Street Map, trasa przecinałaby rezerwat „Ławice Kiełpińskie”, a do tego biegłaby krawędzią zespołu parkowo-pałacowego w Jabłonnie i rezerwatu „Jezioro Kiełpińskie”. Gdyby nawet próbowali, to się skończy kosztownym blamażem, jak trasa przez Rospudę.

Może te pozostałe mosty mają więcej sensu - nie wiem, nie chce mi się wszystkich analizować. Skoro jednak takie błędy pojawiają się w okolicach Warszawy to znaczy, że Morawiecki chlapie tymi obietnicami od czapy, bez żadnej analizy.

Próbkę już mamy. Z fanfarami Morawiecki zainaugorował budowę nowego statku w stoczni szczecińskiej. Postukał ozdobnym młotkiem w stępkę i sobie poszedł. Potiomkinowska budowa zamarła.

Tylko że te fejkowe mosty i fejkowe lotnisko wyjdą dużo drożej...

środa, 16 maja 2018
Podatki i rozdawnictwo

Mam nadzieję, że w gronie osób zaglądających na tego bloga jest ktoś, do kogo powinienem skierować następujący postulat. Otóż brakuje mi razemowego odpowiednika grupy/fanpejdża „jak będzie w”, na którym omawiano by te prawdziwie alizarynowe rozwiązania wprowadzane przez premiera Zandberga i prezydentkę Zawiszę.

Jako podatnik zarabiający ponadprzeciętnie (ale bez większego bogactwa) sam nie wiem, jak bardzo powinienem się bać razemowych podatków. Z ichniego kalkulatora mi wyszło, że mi trochę podniosą, ale... ale i tak dla mnie najważniejsze jest liczenie kosztów.

Bo jeśli „ma być tak jak w Danii”, to mój odpowiednik w Danii może sobie wrzucić w koszty mnóstwo rzeczy, których nie może sobie wrzucać polski dziennikarz. To element schizofrenicznej polityki naszych władz - żadna nie chciała się przyznać, że podnosi podatki, więc podnosiła je bez podnoszenia (zamrażając progi, obcinając możliwości odliczeń itd.).

Mam nadzieję, że w razemtopii wprowadzona będzie porządna progresja, ale za to będzie też skandynawska swoboda w kwestii odliczania samochodu i kosztów reprezentacyjnych. To bym nawet wolał od tego nieszczęsnego 50% KUP - wolałbym wygenerować sobie te koszty podróżami, które bym przedstawił (w zasadzie zgodne z prawdą) jako risercz i koszty reprezentacyjne.

Ale to dygresja. Bo tak naprawdę chciałem pisać o nowym podatku „solidarnościowym”.
Rząd nie chce go nazwać podatkiem - bo nadal jest więźniem tej samej schizofrenii „niepodnoszenia”. Ale to oczywiście jest podatek, w dodatku skonstruowany tak ciekawie, że nareszcie znosi podatkową de facto liniowość.

Rządom PO zabrakło odwagi, by otwarcie wprowadzić podatek liniowy, ale szczątkową progresję łatwo obejść. Interesujące, że pisowski projekt to ignoruje - obowiązuje od miliona przychodów niezależnie od ich źródła, obejmie także te, które są opodatkowane liniową stawką.

W ten sposób rządy PiS będą mieć dwie historyczne zasługi, przełamania dwóch wielkich tabu. Pierwsze tabu, że „rozdawnictwo” jest be i musi doprowadzić do katastrofy, już upadło - razem z 500+.

Ja bym oczywiście dużo zmienił przy tym programie. Przede wszystkim przywróciłbym pisowską obietnicę, że „na każde dziecko”. I mam nadzieję, że jakaś przyszła partia to zrobi (może Razem?).

To był jednak śmiały krok w słusznym kierunku. Bodaj po raz pierwszy mamy świadczenie socjalne, które przysługuje obywatelowi tak po prostu - a nie zasiłek czy renta, które wymagają spełnienia szczególnych warunków i jakaś komisja oceni, czy się należy czy nie.

Tak powinno wyglądać państwo opiekuńcze. Dostajesz coś bez względu na to, czy jesteś bogaty czy nie (bo takie różnicowanie prowadzi do stygmatyzowania beneficjentów - a u nas ciągle np. „budownictwo komunalne” ma oznaczać „budownictwo dla biedoty”; to bez sensu).

Nie możemy nawet zacząć budowania modelu nordyckiego bez przełamania tabu „rozdawnictwa” - i chwała Pisowi, że to zrobił. A drugie tabu to właśnie progresja podatkowa.

„Nie wolno karać ludzi za pracowitość”, „nie należy zazdrościć bogaczom” i moje ulubione „nie wolno dzielić ludzi” - słyszymy to w kółko od 1989. Musimy z tym skończyć, żeby budować model nordycki.

W Polsce Kowalskiemu żyje się źle, bo Kowalski płaci podatki za wysokie, a Kulczykowie za niskie. Kowalskiemu trzeba obniżyć, a Kulczykom podnieść. It’s that simple.

Przy całej mojej niechęci do PiS, muszę im to przyznać, że zrobili pierwszy krok w tym kierunku. I tak jak w przypadku 500+, ja bym to zmienił, ale na zasadzie „więcej tego samego” (czyli: cztery procent to dla mnie za mało, milion to dla mnie za wysoki próg, itd).

I tak jak szanuję Platformę za autostrady i modernizację infrastruktury (nazwijmy to umownie) betonowo-światłowodowej, tak doceniam pierwszy krok w stronę budowy infrastruktury społecznej. Żeby teraz tylko ktoś zrobił następny - i niech to będzie choćby Schetyna (ale serio, czy ktoś tego po nim oczekuje?).

niedziela, 13 maja 2018
Jak walczyć z ustawą 447?

PT Blogonauci być może nigdy w życiu nie słyszeli o amerykańskiej „ustawie 447”, zacznę więc od skrótu tego, co o niej sobie wyobraża prawicowy internet: otóż wyobraża sobie, że zgodnie z nią Polska będzie musiała zrekompensować mienie ofiar Holokaustu, które nie zostawiły spadkobierców.

Tak naprawdę owa ustawa jest odpowiednikiem naszych uchwał, którymi parlament zobowiązuje władzę wykonawczą do przedstawienia jakiegoś raportu. W tym wypadku amerykański parlament zwrócił się do Departamentu Stan o informowanie, jak różne kraje rozwiązują ten problem.

Informacje mają być dołączane albo do „Country Reports on Human Rights Practices” (ogłaszanego od 1976), albo do „International Religious Freedom Report” (ogłaszanego od 1998). Uchwała zostawia w tej kwestii wolną rękę władzy wykonawczej.

Ten szczegół - pomijany w prawicowej narracji - wydaje mi się kluczowy. W praktyce przecież owa „ustawa 447” objawiać się będzie dodatkowymi akapitami w raportach, które na temat Polski produkowane są od lat.

Ostatni raport o wolności religijnej pochodzi z 2016. Czytamy w nim m.in.:

The president signed legislation preventing Warsaw public properties, including Jewish-owned properties initially lost during World War II (WW II), from being returned to their precommunist era owners and extinguishing claims after a six-month notice period. According to Jewish and other religious groups, property restitution to religious communities continued to proceed very slowly, with 73 cases resolved out of approximately 3,700 outstanding at the beginning of the year. A prosecutor dropped the investigation of a Catholic priest who referred to Jews as a “cancer” in a sermon commemorating the anniversary of a nationalist political association. The minister of education made comments apparently denying Polish responsibility for the mass killings of Jews at Jedwabne and Kielce during and after WW II, but later stated Poles had committed both attacks.

Poza tym: „Relations with the Roman Catholic Church are determined by an agreement with the Holy See that grants privileges not accorded to other religious groups”, a także:

Protests and demonstrations against immigration often involved anti-Muslim and anti-Semitic messages. The cover of a popular political weekly displayed the dark-skinned hands and arms of three men groping a blonde woman with the caption “Islamic rape of Europe.” In August soccer fans at a train station in Lodz held up a banner with anti-Semitic language and burned Jewish effigies

W raporcie o prawach człowieka w roku 2017 czytamy z kolei:

[The government] introduced judicial reform legislation that drew strong criticism from some judicial experts, NGOs, and international organizations. On July 24, the president signed into law amendments to the common courts law. (...) On July 26, the European Commission issued a rule of law recommendation directing the state to revise the amended law

W świetle powyższego można zrozumieć, dlaczego rząd unika tego tematu. Hasło „działajmy tak, żeby nas chwalili w swoich raportach” było nadrzędnym celem polityki zagranicznej III RP od Skubiszewskiego po Sikorskiego. Bartoszewski dosadnie wyraził to metaforą o „pannie brzydkiej i bez posagu”.

Konkurencyjna metafora o „wstawaniu z kolan” sugeruje zerwanie z tą polityką. Jedno się kłóci z drugim.

Albo możemy być chwaleni w ich raportach, albo możemy iść na rympał olewając je. Z nasłuchów prawicowego internetu wnoszę, że prawica sobie wyobraża istnienie jakiejś trzeciej wersji, że - powiedzmy - Trump powie „OK, wasza islamofobia i/lub antysemityzm może i jest sprzeczna z naszymi konstytycyjnymi wartościami, ale wam wybaczam, bo jesteście z prawicy, jako i ja”.

Może i se wyobraża, ale to po prostu niemożliwe, podobnie jak np. amerykańskie przyzwolenie na ściganie prof. Grossa przez Ziobrę i Jakiego. Piekło zamarznie wcześniej.

Te raporty nie są całkiem bez znaczenia. Adwokat reprezentujący kogoś przed amerykańskim lub europejskim sądem może się na nie powołać np. w sprawie o ekstradycję albo odzyskanie majątku.

Gdybym miał się o to zakładać, postawiłbym Franklina na to, że amerykańskie i europejskie sądy będą przychylać się do takiej argumentacji, w miarę coraz lepszej zmiany i coraz wyższego wstawania z kolan. Uprzedzałem was przed tym, drodzy pisowcy, w notkach z serii „drodzy pisowcy”.

Na walkę z „ustawą 447” jest więc tylko jeden sposób. Budować na świecie zaufanie do polskiego państwa i polskiego sądownictwa.

The exact opposite of what PiS does.

poniedziałek, 07 maja 2018
Marksowi na urodziny

Dwusetna rocznica urodzin Marksa po raz kolejny pokazała, jakim jesteśmy intelektualnym zaściankiem. Dobry rocznicowy tekst napisał nawet The Economist (nawiasem mówiąc, jako najlepsze krótkie wprowadzenie do Marksa polecają tam książkę Isaiah Berlina, którą na polski przełożył Jors Truli), a u nas dominowały fejkowe cytaty o holocauście.

W paru miejscach fejsbuka widziałem mniej więcej tę samą ewolucję. Najpierw delikwent jest Głęboko Przekonany, że istnieją jakieś cytaty z Marksa, w których ten nawołuje do wymordowania kogoś.

Wobec braku takowych, delikwent przechodzi na wariant drugi. Że może i nie nawoływał do mordowania, ale skoro są cytaty mówiące o konieczności rewolucji, to propagował przemoc, a więc nie zasługuje na pomnik.

To jest rozumowanie o tyle bezsensowne, że pomniki znakomitej większości dziewiętnastowiecznych bohaterów są pomnikami ludzi propagujących przemoc w takim samym znaczeniu, w jakim propagował ją Marks. Dowolny banknot dolarowy ma na sobie portret kogoś, kto propagował przemoc.

Na maturze z polskiego co rok analizujemy wielkie polskie dzieło, którego autor/bohater propagował przemoc. W tym roku była „Lalka” - przypominam, że Rzecki był „bonapartystą”! A co propagowali taki Mickiewicz czy inny Żeromski...

Czy Marks był socjaldemokratą w dzisiejszym znaczeniu? Oczywiście nie. Nikt wtedy nie był nikim w dzisiejszym znaczeniu (ówcześni torysi byliby zdumieni dzisiejszymi).

Natomiast można zaryzykować tezę, że bez Marksa socjaldemokracji w ogóle by nie było. Pierwsi socjaldemokraci byli zwolennikami Marksa.

Czasami wiernymi do granic dogmatyzmu (Liebknecht), czasami nie (Lassalle), ale ich przeciwstawianie nie ma sensu. Lassalle osobiście proponował Marksowi w 1862 stanięcie na czele założonej przez niego ADAV (pierwszej partii proto-socjaldemokratycznej). Marks odmówił, bo bardziej interesowała go wtedy Międzynarodówka.

Jak wyglądałby alternatywny świat bez Marksa? Załóżmy, że ten gdzieś w 1842 roku by zginął, albo wybrał jakąś zupełnie inną ścieżkę kariery. Nikt nie napisał „Kapitału” ani „Manifestu komunistycznego”, nikt nie założył Międzynarodówki.

W takim świecie nie pojawia się pojęcie „socjaldemokracji”. Może zamiast tego byłoby jakieś inne słowo, ale wątpię. Lewica rozwijałaby się znacznie wolniej, wolniej rozwijałby się też ruch związkowy.

Ciężko odpowiedzieć na pytanie „jaki jest najstarszy związek zawodowy”, bo wyłaniają się płynnie z cechów, gildii i organizacji braterskiej samopomocy. Nowością w latach 1860. było uświadomienie znaczenia konfliktu klasowego.

To ówcześnie związkowcy zawdzięczali Marksowi.. Przedtem na wyzysk w miejscu pracy często nakładał się konflikt etniczny.

Proletariusz często miał uczucie, że wyzysk bierze się z tego, że jego pracodawca ma inne pochodzenie etniczne (np. w Ameryce wczesny proletariat przemysłowy rekrutował się z irlandzkich i polskich emigrantów). Do dzisiaj zresztą można usłyszeć bałamutny argument, że gdyby tylko więcej było polskich przedsiębiorstw, polscy pracownicy byliby lepiej traktowani (jakby rzeczywiście los kasjerki w Almie czy Marcpolu był lepszy niż w Lidlu czy Biedronce).

Marks w „Kapitale” pokazał, że wyzysk jest wpisany w samą naturę kapitalizmu. Nieważne, czy pracujesz dla firmy niemieckiej czy polskiej, ta firma będzie dążyć do tego, żeby płacić ci jak najmniej.

Jeśli w firmie pojawi się nadwyżka - pójdzie na dywidendy i premię dla zarządu. Sami z siebie nic ci nie dadzą.

Dziś to w miarę oczywiste nawet dla nie-marksistów, ale w 1848 większość ludzi tak nie rozumowała. Ówczesne rewolucje miały zazwyczaj dwa główne cele - narodowowyzwoleńczy i demokratyczny (powszechne prawo głosu).

Znakomita większość przegrała, bo nawet jeśli gdzieś udało się to powszechne prawo głosu wywalczyć, to ludzie w powszechnych wyborach wybierali dyktatora. Który robił swój „18 brumaire’a”, jak we Francji.

Co byłoby w świecie bez Marksa? Ano właśnie, bonapartyzm, czyli nadzieja, że jakiś dyktator rozwiąże problem biedy i wyzysku. Współczesny populizm (np. pisowski, erdoganowski czy orbanowski) to kontynuacja takiego myślenia.

W rewolucjach 1848 Marks i Engels byli na radykalnym skrzydle obozu demokratycznego. Byli za demokracją - ale taką socjal. Bo demokracja czysto burżuazyjna, olewająca kwestię socjalną, będzie tworem krótkotrwałym, jak francuska II republika.

Współcześni liberałowie zapomnieli o tej lekcji. Dlatego właśnie dzisiejsza demokracja przeżywa kryzys. I dlatego The Economist nawołuje do czytania Marksa dziś.