Ekskursje w dyskursie
środa, 28 listopada 2018
Panna brzydka i kłótliwa

Bycie pisowcem, który próbuje ufać prorządowym mediom, musi być dzisiaj wyjątkowo ciężkie. Przekazy dnia zaczynają sobie przeczyć. Notką chciałbym biednym pisowcom rozwiązać wątpliwości w sprawie pani ambasador i TVN.

Z nasłuchów prawicowych blogowisk zauważyłem, że część pisowców uwierzyła, że TVN swoim reportażem o urodzinach Hitlera dokonał jakiegoś nielegalnego czynu, za który grozi mu gigantyczna kara. To widziałem w wielu komentarzach, często w wersji „w Ameryce by się z tego nie wypłacili”, więc to pewnie musiał być przekaz dnia.

Zamieściłem jeden z takich komentarzy jako ilustrację. Chciałbym kiedyś komuś takiego zajrzeć do głowy i dowiedzieć się, jak on sobie wyobraża prawo.

Kto, w jakim trybie, z jakiego paragrafu miałby zasądzić te „miliardowe odszkodowania”? Karnie, cywilnie, administracyjnie?

W tym komentarzu jest wiele pięter absurdu. Zaczynając od samej góry: ujawnienie istnienia neonazistów w Polsce, to nie jest „szkoda na wizerunku Polski”.

W Stanach, Francji i Niemczech też są neonaziści. Nikt tego nie ukrywa. To ani powód do dumy, ani do hańby.

Wizerunkowi dobrze robi istnienie niezależnych mediów, które neonazistów demaskują. Wizerunek kraju hańbi ich zwalczanie.

Można by TVN wrobić w zarzuty o propagowanie nazizmu - tak jak to próbowała zrobić prokurartura, ale zrezygnowała. To by upadło już w sądzie pierwszej instancji (najdalej na etapie Strasburga). I w żadnym wypadku nie wyszłyby z tego „miliardowe odszkodowania”.

Pisowcy zdają się przyjmować za przekazem dnia, że nie było żadnych urodzin Hitlera, to wszystko prowokacja TVN. Cała ta wersja bazuje wyłącznie na zeznaniach uczestników owych urodzin (którzy mają powody, żeby kłamać - i pełne prawo do tego; przypominam, oskarżony może kłamać, świadek nie).

Nawet jednak jeśli przyjmiemy tę wersję - nadal nie ma podstaw ani do kary, ani do „miliardowych odszkodowań”. Dziennikarze mają prawo do prowokacji dziennikarskich, których celem jest ujawnienie tego, że ktoś byłby skłonny złamać prawo (wziąć łapówkę, przekroczyć uprawnienia, propagować nazizm).

Porządnego człowieka nie da się sprowokować do udziału w urodzinach Hitlera. Porządny człowiek po prostu odmówi (nawet jeśli mu się zaproponuje dwadzieścia tysięcy).

Nawet więc w tej wersji to nadal nie ma sensu. Jeśli połączyć to z tym, że PiS od dawna obiecuje przyjęcie jakiejś ustawy wymierzonej specyficznie w TVN, oburzenie Amerykanów jest zrozumiałe.

Otóż w Ameryce nie można by w takiej sytuacji telewizji wrobić nawet w propagowanie nazizmu (w Ameryce to w ogóle jest legalne). Z punktu widzenia Amerykanina tu nie ma podstaw do jakiejkolwiek kary czy odszkodowania, niezależnie od wersji wydarzeń.

Trump też ma swoje udry z mediami, ale zauważcie, że nie jest na tyle szalony, żeby nasłać na CNN prokuraturę albo zapowiadać ustawę wymierzoną w „failing NYT”. Chyba nawet pisowiec powinien zauważyć pewną istotną różnicę?

A że list pani ambasador jest nieuprzejmy? No cóż, jak słusznie zauważył Bartoszewski, Polska to panna brzydka i bez posagu, więc musi dostosować do tego swoją dyplomację.

Czy się to komu podoba czy nie, taka jest brutalna prawda. „W dyplomacji nie ma sentymentów, są interesy” - sami pisowcy uwielbiają to powtarzać.

Jakie interesy można robić z Polską? Kupić w przedsprzedaży dużą partię tych elektrycznych samochodów, co to kiedyś kiedyś może może wyprodukuje Morawiecki? I może wziąć w pakiecie przyszłoroczną produkcję stoczni szczecińskiej, co to ją Morawiecki rzekomo wznowił stukając młotkiem w jakieś przypadkowe żelastwo?

A może sprzedać nam te korwety albo helikoptery, co to jeszcze Macierewicz storpedował? Obiecywał, że zamiast tego kupimy coś lepszego i tańszego. I co? I jajco, jak zwykle.

Udało wam się dokonać tyle, że teraz Polska jest panną brzydką i bez posagu, ale dodatkowo z opinią kłótliwej awanturnicy, w dodatku stukniętej.

A że odgoniła zalotników z Brukseli, to już jej został tylko ten jeden, przystojniaczek z pomarańczową grzywką na plaster. Nie jest to człowiek lotnego umysłu, ale nawet on wie, co z tego wynika, że ktoś nie ma innego wyjścia. Wykorzysta to teraz na maksa.

Pisowcy, wpakowaliście nas wszystkich w tą sytuację z własnej głupoty. Mądrzy ludzie ostrzegali was od trzech lat, że to się tak skończy. Ale nie, wy woleliście wierzyć, że Trump z prawicy i Kaczyński z prawicy, to się dogadają.

May I ask, po jakiemu?


sobota, 24 listopada 2018
Czaszki, lochy i Neapol

Czaszki

Stanisław Lem wymyślił „Katar” - powieść o turystach, którzy giną w tajemniczych okolicznościach w Neapolu - z nadzieją, że przejedzie się z małżonką na koszt wydawcy. Nie pozwoliło mu na to zdrowie, więc napisał z wyobraźni.

Odbyłem wędrówkę szlakiem alternatywnej powieści, którą Lem by mógł napisać, gdyby zobaczył to miasto. Dla pełni wrażeń wynająłem samochód (zaprawdę: „zobaczyć Neapol i umrzeć” to nic, „przejechać i przeżyć”, to dopiero wyzwanie).

Miasto założyli Grecy, rozbudowali Rzymianie, którzy wytyczyli siatkę ulic dzisiejszego centro storico. Stojące tam dziś budynki mają piwnice pochodzące z czasów antycznych.

Na zdjęciu satelitarnym zobaczycie na przykład w centrum dziwnie kolisty układ ulic (wpisać: San Paolo). Budynki stoją tu na dobrze zachowanym greckim teatrze, który częściowo jest dostępny dla zwiedzających.

Ikoniczny obraz Neapolu, z praniem wiszącym nad wąskimi uliczkami, to renesansowa dzielnica hiszpańska. Do dziś jest niebezpieczna i concierge w hotelu uprzedzi, żeby się tam nie zapuszczać po zmroku.

Dolną krawędź tej dzielnicy wyznacza via Toledo, reprezentacyjny deptak, pełen knajp i butików. Wieczorem turysta czuje się tam dziwnie, bo idzie rozświetloną, gwarną ulicą, ale w bok odchodzą mroczne przecznice.

Czasem na horyzoncie widać światła kolejnej knajpy. Zaryzykować?

Jak daleko można się oddalić od via Toledo? Wyobrażam tu sobie dialog z tym kryminologiem-statystykiem z „Kataru”.

Zafascynowały mnie dwa kościoły, które mogłyby pasować do fabuły. Jeden z nich to Cappella Sansevero.

Książę Sansevero, odpowiedzialny za jej dzisiejszy kształt, był postacią ważną dla włoskiego Oświecenia - masonem, alchemikiem, libertynem i wynalazcą. Podobnie jak - tuszę - większość moich komcionautów, ogólnie identyfikuję się ze spuścizną Oświecenia, ale tego północnego, z Humboldtem, Kantem, Lockiem i Smithem.

Ludzie Oświecenia w Hiszpani i we Włoszech byli tak porypani,  że może i już bym wolał poczciwych jezuitów. Kaplica Sansevero szczyci się czymś w rodzaju rzeźbiarskiego komiksu, w którym pokazana jest masońska mistyczna droga duchowego samodoskonalenia.

Jedna z najsłynniejszych rzeźb to „Il Disinganno” - „Porzucenie złudzeń” (pamiętacie „iluzje i deluzje” pod koniec powieści?).

Postać na tej rzeźbie rzekomo uwalnia się z krępującej ją sieci. Ale miałem wrażenie, że się w te sieci dobrowolnie sama zaplątuje, co przypomina tą scenę, w której główny bohater sam siebie skuwa kajdankami (oraz: metaforę Odyseusza z „Dialektyki Oświecenia”).

Z interpretacji tych rzeźb można ukręcić fabułę a la Dan Brown. I mógłby to zrobić któryś z bohaterów...

Jeszcze większym odkryciem był dla mnie kościół Santa Maria delle Anime del Purgatorio, w pewnym sensie zaprzeczenie tamtego. To siedziba kultu czaszek, oficjalnie zakazanego przez Kościół w 1969, ale nadal uprawianego (to Neapol, tu się nie da tak po prostu „zabronić”).

Kult polega na założeniu, że dusze ludzi, którzy nie mieli poprawnego pochówku, są zawieszone gdzieś między naszym światem a zaświatami. Dlatego mogą nam służyć za pośrednika - zaprzyjaźniona czaszka prędzej wysłucha naszych modlitw, niż jakiś odległy i zapracowany święty, nie mówiąc już o Jezusie.

Na marginesie mody na Ferrante: to bardzo neapolitańska postawa, że nie ma co liczyć na odległą sprawiedliwość sądu czy policji, trzeba znaleźć opiekuna gdzieś blisko.

Formalnie w kościele działa muzeum. Po kupieniu biletu zostajemy wpuszczeni do zakrystii, w której nie ma nic ciekawego. To już lepsze muzeum jest w zakrystii katedry w Lublinie (#polecasie).

Dopiero na naszą wyraźną prośbę, że chcemy zobaczyć podziemia - pani odczepia aksamitną linę, niczym selekcjoner w klubie. I po krętych, kamiennych schodach schodzimy do innego świata.

Lądujemy w katakumbach, w których urządzono zaimprowizowane kapliczki. Niektóre są wyłożone kafelkami, mają własne oświetlenie, świeże kwiaty.

Tu spoczywają czaszki, zaadoptowane przez wyznawców kultu. Są oczyszczone, czasem leżą na aksamitnych poduszkach.

Szczęściary! Piętro niżej w ossuarium leżą porzucone stosy czaszek i kości ofiar zarazy z XVIII wieku (nie można tam zejść, ale można zajrzeć).

Wyznawcy składają czaszkom dowody swojej pielgrzymki (zazwyczaj to po prostu bilety na zbiorkom, czasem na pociąg dalekobieżny), drobne datki i kartki z prośbami. To krępujące, bo te kartki każdy może przeczytać - to prawie jak zaglądanie innym ludziom do ich intymnych myśli.

Największym kultem jest otoczona czaszka Łucji, która według legendy, zmarła jako panna młoda w dniu ślubu. Uważana jest za patronkę młodych par.

Nie wolno tam robić zdjęć. Ukradkiem fotografowałem - ale nic nie wrzucę. Ilustruję zdjęciem przedstawiającym oznakowanie WEJŚCIA do kościoła (i znów: formalnie to tylko jakieś dziecięce bazgroły, nie ma się do czego przyczepić...).

Kartka na samym wierzchu: „CIAO LUCIA. MÓDL SIĘ ZA NAS. POZDRAWIAMY CIĘ DZIŚ WSPÓLNIE (dwa podpisy). Data z wczoraj.

Jak nie rozumiem religii, tak rozumiem lęk młodej pary - czy nam się uda? Mam 50 lat, widziałem wiele rozwodów małżeństw, które początkowo były jak z pocztówki - i trochę okrągłych rocznic par, za które nikt na początku by nie dał trzech groszy.

Życie mówi więc nam tyle, co Chuck Berry w piosence spopularyzowanej przez „Pulp Fiction”: „C'est la vie - said the old folks - it goes to show you never can tell”.

W tych najważniejszych sprawach - czy małżeństwo się uda, czy dziecku się powiedzie w życiu, jesteśmy bezradni jak starożytni. Modlitwa do czaszki będzie równie skuteczna jak porady kołczinogowo-parentingowe.

Wychodząc, możemy od tej samej pani kupić symbole kultu - przypinki i drobną biżuterię z czaszką albo z liczbą „85”.

Dlaczego 85? Bo Neapol, podobnie jak inne włoskie regiony, ma swoją kabałę - smorfia napoletana. Liczby 1-90 mają w niej swoją symbolikę. 85 to czyściec.

Od tego zupełnie odleciałem. To byłby świetny wątek w „Katarze”. Recepcjonista wręczający turyście klucze do pokoju numer 85... denat analizujący swoją datę urodzenia, numer paszportu, numer karty kredytowej, numer wynajętego samochodu by odkryć, że całe jego życie było drogą, która się kończy tu, w czyśću, którym jest pewien pensjonat w Neapolu...

Rzeźby z San Severo też mają numery i można je analizować kabalistycznie. Według kabały, „porzucenie złudzeń” to „hańba”...

Ciekawe, czy Lem by coś z tego wykorzystał. Ale i bez tego „Katar” jest znakomity.

Niech czaszki będą z wami!

wtorek, 20 listopada 2018
Doniczkowe nanoboty Biedronia

Cytat z Broussard

W ekskursyjnym klubie książki kolejna rekomendacja - Meredit Broussard, „Artificial Unintelligence”. Wspominałem o tej książce w gazetowym tekście o Hararim, bowiem Broussard napisała ją specjalnie dla obalenia mitów na temat AI, w które Harari zdaje się wierzyć.

W odróżnieniu od futurologów o wykształceniu humanistycznym, Broussard zajmuje się AI zawodowo. Książka jest bardzo pouczająca, autorka przeprowadza czytelnika przez proste tutorialowe przykłady machine learning (w pythonie).

Wszyscy mamy wdrukowane pewne wyobrażenie sztucznej inteligencji na podstawie SF. Odruchowo je przywołujemy, gdy słyszymy niusy z serii „komputer pokonał arcymistrza”.

Na tej podstawie snujemy fantazje o lepszym świecie, zarządzanym przez Obiektywne Algorytmy. Ale może jednak strasznym, bo sztuczna inteligencja się zbuntuje i wypowie nam wojnę. Sporo tych fantazji u Harariego.

W kręgu specjalistów takie wizje AI określane są ironicznym akronimem GOFAI („Good Old Fashioned...”). To, nad czym się realnie pracuje, to słaba/wąska AI.

GOFAI raczej z tych prac się nie wyłoni, bo to tak jakby rakieta kosmiczna powstała jako uboczny skutek udoskonalania roweru (i to pojazd, i to pojazd...). A nad GOFAI jako takim mało kto dziś pracuje na serio.

Kiedy Harari fantazjuje np. o bezpieczeństwie na drogach, które zapanuje dzięki autonomicznym pojazdom, fantazjuje właśnie o GOFAI. Broussard jest sceptyczna wobec samej idei samochodów bez kierowcy.

Wszyscy słyszeliśmy tę liczbę - że 95% wypadków bierze się z winy człowieka. Przywołuje ją Harari, pojawia się w różnych prezentacjach TED, przeważnie bez źródła (co już powinno wywołać sceptycyzm).

Z tej liczby nic nie wynika: dziś po prostu samochody prowadzą prawie wyłącznie ludzie, a więc formalnie za wszystko odpowiadają. Nawet kiedy Autopilot(TM) Tesli(TM) walnie czołowo w betonową barierę, to błąd denata, że autopilotowi na to pozwolił.

NHTSA wprowadziła klasyfikację samochodowej autonomii od SAE Level 0 po Level 5. Obecnie żaden komercyjnie dostępny samochód nie oferuje nic powyżej SAE Level 2 (wspomaganie kierowcy, który cały czas musi trzymać ręce na kółku).

Tesla de facto oferuje tylko Level 2, ale sugeruje, że to Level 3 (czyli możliwość jazdy na autopilocie). Wprawdzie instrukcja uprzedza użytkowników, żeby nie traktowali funkcji Autopilot (TM) jak autopilota, ale może w takim razie Musk nie powinien jej tak nazywać?

Subaru również oferuje SAE Level 2, ale poza ostrzeżeniami w instrukcji, robi jeszcze jedno: gdy system wykryje, że kierowca puścił kierownicę, system najpierw go napomina brzęczykiem i komunikatem na desce rozdzielczej, a potem wyłącza silnik. Tak powinno być w każdej Tesli.

A „autonomiczne” samochody Google’a? Tak jak pierwsze autonomiczne samochody, demonstrowane prawie sto lat temu (!), są po prostu zdalnie sterowane.

Przy obecnym stanie techniki da się osiągnąć tyle, że ciężarówka przejedzie USA od wybrzeża do wybrzeża. Brzmi imponująco, ale sprowadza się do jazdy jedną autostradą (I-10). Z informatycznego punktu widzenia to prostsze niż przejechanie z Hożej na Ząbkowską.

Nic nie daje podstaw do nadziei na bezbłędne autonomiczne samochody, zmniejszające liczbę wypadków. Jest natomiast wypróbowane i tanie rozwiązanie: transport publiczny.

Taką postawę, w której odrzucamy rozwiązania tanie i wypróbowane na rzecz niepewnych i drogich, ale „nowoczesnych”, Broussard nazywa „technoszowinizmem”. Wcześniej Morozov lansował określenie „solucjonizm”, ale Broussard łączy to z obserwacją - jak na cytacie na zdjęciu - że łączy ich wspólna orientacja etno-socjo-ideolo-genderowa.

Ilustruje to anegdotą o Marvinie Minskim, ojcu AI. Kolega go raz spytał o poradę, jak walczyć z pasożytami atakującymi rośliny doniczkowe. Minsky w odpowiedzi zaczął snuć wizję armii antypasożytowych nanobotów.

„No dobrze, ale tak konkretnie to co mam zrobić” - spytał kolega. „Nie wiem, pytaj moją żonę”, zbył go Minsky.

Nie chciałem tu pisać o polityce, ale Biedroń - którego inicjatywę bardzo chciałbym polubić - zarobił u mnie krechę propozycją „głosowania przez internet”. Technoszowinizm w pigułce: jeśli chcemy usprawnić głosowanie, dajmy podwyżki członkom komisji. Usprawnijmy głosowanie korespondencyjne, wprowadźmy ułatwienia w dojeździe do komisji, itd.

Ale nie, oczywiście fajniej jest sypnąć kasą na kosztowne i niebezpieczne rozwiązanie. A doniczkowych nanobotów pan nie dorzucisz w zestawie?

wtorek, 13 listopada 2018
Metafora leminga

Skrin z serialu

W moim bąbelku panują skrajnie przeciwstawne opinie na temat nowego serialu HBO „Ślepnąc od świateł” - jedni zachwyceni, drudzy zniesmaczeni. Nie może zabraknąć mojego głosu w tej debacie - tym bardziej, że chyba rozumiem powody tej rozbieżności.

Zacznę od tego co dobre. Od strony czysto produkcyjnej to serial zrobiony z największym rozmachem w III RP, kasuje nawet najkosztowniejsze superprodukcje PRL.

Efekty specjalne są na poziomie średniej hollywoodzkiej, zwłaszcza pokazana już w pierwszym odcinku sekwencja snu głównego bohatera, w którym Warszawę pochłania biblijny potop. Potem świetnie też zrealizowane jest coś, czego pozornie w ogóle nie da się zrobić (acz uważny widz zauważy tricki montażowe), czyli wielki pożar w centrum Warszawy.

Bardzo dobra jest też ścieżka dźwiękowa, w obu znaczeniach. W różnych scenach brzmią fragmenty utworów klasyki polskiego rocka - Maanam, Lombard, Kult, Siekiera, Breakout, dobrane ze smakiem i a propos. Jest też dużo fajnej elektroniki i do kompletu „Nokturny” w wykonaniu Maseckiego.

Dobre jest też udźwiękowienie - wieloletnia pięta Achillesowa polskiego kina. Tutaj efekty dźwiękowe są na poziomie zachodnim.

Kto ma surrounda, ten parę razy podskoczy od tego, co mu zabrzmi za plecami. Z pietyzmem zrealizowano też odgłosy, dajmy na to, łamania ludziom kości albo wbijania szydła do ucha, bo - zapomniałem dodać - to thriller gangsterski.

I tak przechodzimy do wad. Kuba, główny bohater (debiut Kamila Nożyńskiego) jest handlarzem kokainą, specjalizującym się w obsłudze elit: celebryci, politycy, bananowa młodzież.

Jako drobnomieszczanin - już go nie lubię. To nie jemu kibicuję, tylko antypatycznemu prokuratorowi (Michał Czernecki - gra esesmana w filmie dokumentalnym Borysa Lankosza o Lemie). Chcę, żeby zapuszkował tego dealera razem z wszystkimi jego kumplami i kumpelami.

Jeśli już robimy film/serial o przestępcy, potrzebujemy jakiegoś redeeming factor, czegoś pokazującego lepszą stronę jego oblicza (roślinka Leona Zawodowca). Kuba go nie ma. Z odcinka na odcinek życzyłem mu coraz gorzej.

Serial pokazuje go jako człowieka o ponadprzeciętnej inteligencji, który w mig podejmuje chłodne i racjonalne decyzje. W takim razie, dlaczego w ogóle wybrał karierę dilera dragów? Na co właściwie liczył?

Dojechałem do ostatniego odcinka głównie z nadzieją, że zobaczymy jakieś wyjaśnienie (jak w „Better Call Saul”). Otóż żadnego nie ma. Nie mówcie mi, że to spojler, to przyjacielskie ostrzeżenie.

Raz na kwadrans zdarza się scena znakomita (teledysk „rapera Pioruna”, monolog Więckiewicza o depresji, monolog Pazury o ciężkim życiu celebryty). Ale reszta to typowy polski snuj - bohater snuje się po mieście, bohaterowi coś się śni, bohater o czymś marzy, panorama miasta, panorama niemiasta. Boo-ring.

Domyślam się, że bohater ma być metaforą warszawskiego leminga. Zgodnie ze stereotypem, wszyscy w tym mieście robimy coś, czego nie lubimy i karmimy się marzeniem, żeby rzucić to i wyjechać (główny bohater marzy o Argentynie).

Jeśli metaforą, to nietrafną. W Warszawie trzyma nas Ogólna Przyjemność Życia: knajpy, sklepy, kultura, wiele możliwości zarobku. I bliskość lotniska, z którego zawsze można się do tego Buenos przefrunąć.

Ja nie mogę bez tego żyć, bardzo by mi tego brakowało po przeprowadzce do Mycisk Niżnych. I tak bym stamtąd ciągle jeździł do najbliszego dużego miasta.

Kuba z tego nie korzysta. Lubi muzykę, kolekcjonuje winyle, ale to akurat można wszędzie. Po co mu więc to wszystko? Nie dowiadujemy się.

Sytuacji nie ułatwia to, że grający go debiutant ma charyzmę manekina. To pasuje do pierwszego odcinka, w którym jego rola polega na rzucaniu monosylabami z pokerową twarzą. Ale potem, gdy ma grać jakieś uczucia, po prostu nie daje rady (podobnie jak inni naturszczycy w obsadzie).

Na początku w jego ręce trafia torba z kokainą niewiadomego pochodzenia. Wszyscy wiemy z popkultury czym to się kończy: tropem takiej torby idzie jakiś Anton Chigurh (którego tutaj gra Jan Frycz, jak zwykle przegenialny).

Główny bohater niby ma jakieś opory, ale jednak zaczyna handlować trefnym towarem. Nawet gdybym go polubił, to i tak bym nie żałował, sam się wpakował w kłopoty na własną prośbę.

Podobno to serial z kluczem, w którym sparodiowano jakieś prawdziwe postacie z warszawskich elit. Ja rozpoznałem tylko pierwowzór celebryty, granego przez Cezarego Pazurę, ale nie czytam Pudelka, więc reszty nie kojarzę. Ktoś coś?

piątek, 09 listopada 2018
Notka o Niepodległości

Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu - czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? - więc niestety, znowu o polityce.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy fajną akcję „Bohaterowie naszej niepodległości”, do której się włączyłem, opisując Lidię Ciołkoszową (w wywiadzie z prof. Andrzejem Friszkę), Maurycego Allerhanda, oraz, ahem, swojego dziadka, który wprawdzie nie jest postacią historyczną, ale dla mnie jest bohaterem.

Ponieważ to była akcja specjalna, teksty nie są za paywallem. Zapraszam do czytania i komentowania (do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic).

Mam zero sympatii do zadymiarzy z faszystowskimi transparentami, ale uważam, że jest co świętować. Lewica woli wcześniejszą rocznicę rządu lubelskiego, ale dopiero 11 listopada wszystkie ośrodki władzy abdykowały na rzecz Naczelnika Państwa.

To ważne, bo w powietrzu wisiała wojna domowa „białych” z „czerwonymi”, która naprawdę wybuchła w Finlandii. W tej wojnie ważnym graczem byłyby wojska niemieckie, które już nie miały centralnego dowództwa, ale nadal były regionalną potęgą.

Trzeba było z nimi pokątnie negocjować warunki ewakuacji przez terytorium odradzającej się Polski. Stety lub niestety, droga Berlin-Moskwa prowadzi przez Warszawę.

Tutaj ojcowie niepodległości wykazali się klasycznym „soft power”. Niemcy uważali Polaków za partnerów wiarygodnych i poukładanych, dlatego chętnie oddawali nam kontrolę nad takimi węzłami komunikacyjnymi jak Grodno - o które walczyli także Litwini i ze dwa rządy białoruskie.

Sukces polskiego listopada często bagatelizowany jest hasłem „inne też zyskały niepodległość, bo koniunktura”. Otóż to prawda, że wysyp nowych państw w tym regionie był ubocznym skutkiem niemieckiego planu Ober-Ost (i kapitulacji Niemiec)

Mogły jednak powstawać w różnych konfiguracjach, bo natychmiast rzuciły się do wzajemnej walki o granice. Polska na przykład nie musiała powstać jako Polska, mogłaby powstać jako osobne księstwo poznańskie, królestwo polskie (na bazie kongresówki) i rzeczpospolita krakowska (bo w takiej konfiguracji Lwów by pozostał ukraiński).

Samo scalenie ziem rozbiorowych było niewyobrażalnym osiągnięciem (na co staram się zwrócić uwagę tekstem o Allerhandzie). Po wiośnie ludów w wielu miejscach Europy pojawiało się takie hasło, „hej, jesteśmy jednym narodem, przedzielonym bezsensownymi granicami, zjednoczmy się”. Wychodziło to zazwyczaj tak sobie.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza Polską do dzisiaj z takich unii przetrwały tylko Niemcy i Włochy. Przy czym we Włoszech cały czas hasło „podzielmy się, zjednoczenie było pomyłką” obecne jest w głównym nurcie polityki.

Kolejna różnica: w Polsce zjednoczenie było dobrowolne. W Niemczech dokonało się drogą podboju przez Prusy, we Włoszech przez Piemont.

Podzielona Polska słabiej by sobie radziła w wojnach granicznych, nie miałaby Śląska, Wilna ani Lwowa. Obawiam się, że w 1920 nie dałaby rady bolszewikom.

Powie ktoś - co z tego, a mi tam obojętne, w jakim kraju żyję. Szczepan Twardoch uwielbia takie deklaracje.

Odpowiem eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie kogoś, kto 100 lat temu mieszka w miejscowości, którą nowa granica przetnie na pół. Ma tydzień na podjęcie decyzji.
Załóżmy, że nie może tej miejscowości opuścić dobrowolnie, bo oczywiście najmądrzejsza będzie emigracja do USA). Wybór sprowadza się do: Polska czy jakiś jej sąsiad?

W większości przypadków Polska będzie lepszym wyborem po prostu jako Fajniejszy Kraj (TM). Nie dotyczy to może Czechosłowacji, Najfajniejszego Kraju Regionu (acz nie zapominajmy, że to trochę symulakrum z prozy Hrabala).

No i wolnego miasta Gdańska. Wolne miasta są fajne, bo są wolne i miejskie.

Ale poza tym - Litwa? Od 1926 miała prawdziwy faszyzm (nie pieszczotki jak w sanacji, full totalitaryzm). W Rumunii demokracji nie było nawet w teorii.

W Niemczech nasz bohater będzie miał nazizm już w 1932 (bo Prusy). A w ZSRR albo zostanie zamorzony głodem w ramach stalinowskiego ludobójstwa Ukrainy, albo zamęczony w ramach operacji polskiej NKWD.

Stalin, jako wielki językoznawca, bardzo prosto rozstrzygał dylematy ludzi takich jak Twardoch. Bruno Jasieński też twierdził, że nie jest polskim inteligentem. Nie pomogło.

Nawet więc jeśli ktoś neguje jakikolwiek patriotyzm (to nie ja; kocham Polskę, kocham Warszawę), musi obiektywnie przyznać, że Polska to całkiem fajny kraj (jak na ten region Europy). Oby takim pozostał.

wtorek, 06 listopada 2018
Pisowcy - oszukano was

Jak wiecie, podglądam was na waszych blogowiskach i z satysfakcją zauważyłem, że także do was dotarło, że komisja ds. Amber Gold zakończyła swoją działalność blamażem. Obiecywano wam, że Tusk wyląduje za kratkami, że znajdą się niepodważalne dowody na roztaczanie nad aferzystami parasola ochronnego... a skończyło się niejasnym zarzutem, że nie sterował ręcznie prokuraturą i służbami (do czego Tusk się akurat przyznaje).

Ufam, że co inteligentniejsi z Was już widzą tu szerszą prawidłowość. Nie wierzycie też już, że Macierewicz sprowadzi wrak i znajdzie dowody na zamach. Dociera do Was, że konflikt z Unią o Sąd Najwyższy jest nie do wygrania.

Z powerpointowych fantazji Morawieckiego nabijacie się tak jak my, tylko że my robimy to publicznie. Postukał młotkiem w zardzewiałe żelastwo, które NAWET NIE BYŁO STĘPKĄ, i w tym stylu ma przekopać lotnisko, zbudować mierzeję i podbić świat elektrycznymi samochodami. No przecież nawet wy jesteście na to zbyt inteligentni.

Jest mi was szkoda, bo jesteście okłamywani od dawna. Obserwowałem to u siebie na blogu, kiedy jeszcze pozwalałem wam tu w miarę swobodnie komentować.

Przychodziliście z głowami nabitymi prawicowymi narracjami o spiskach, zdradach i układach. Przekonywaliście mnie tutaj, że Platforma nie buduje autostrad, że w Paryżu i Sztokholmie są strefy szariatu, że Gmyz znalazł trotyl itd.

Zauważyłem już dawno, że spokojne tłumaczenie faktów - na przykład merytoryczna rozmowa o autostradach - wywołuje u was agresję. Dlatego większość was zabanowałem, bo niepotrzebne mi są tutaj przepychanki jak na Twitterze, interesuje mnie tylko merytoryczna rozmowa typu „czy POW będą otwierać od razu w całości, czy fragmentami (ktoś coś?)”.

Wasza agresja jest psychologicznie zrozumiała. Nikt nie chce się dowiedzieć, że był naiwny, że dał się nabrać. No ale może to jest dobry moment, żebyście to sobie przemyśleli?
Przypomnę wam kilka punktów.

1. NIE WIERZYLIŚCIE W AUTOSTRADY PLATFORMY. Pamiętam superkretyński tekst niejakiego Wiktora Świetlika w „wpolityce” i debilny wywiad Antoniego Krauze dla któregoś prawicowego tygodnika, obaj dowodzili, że platformiane inwestycje są pozorne („takie wykopki jak za Gierka” - Krauze). Był też zbiorowy wycipingiel, kiedy Komorowski zapowiedział rozpoczęcie budowy tysiąca kilometrów (po latach widać, że zbudowali dużo więcej).
Chyba wy też już parę razy zdążyliście się przejechać A1, A2, A4, S3, S7, S8? I co, był jakiś dysonansik poznawczy, czy gładko przeszliście do następnej wersji:

2. BUDOWALI, ALE NAJDROŻEJ NA ŚWIECIE (W UNII)
Z niejakim posłem Abramowiczem zdążyłem się nawet o to spierać na fejsie, na wallu wspólnego znajomego. Poseł twierdził, że w Czechach autostrady budują za milion dolarów za kilometr.
Podałem mu kilka przykładowych czeskich kontraktów, a potem zaproponowałem wymianę dolarów na korony po takim kursie. Gdyby sam wierzył w swoje słowa, zrobiłby interes życia - ale jakoś nie chciał.

PiS buduje autostrady w takich samych cenach, jak Platforma. Argument „najdrożej na świecie” nigdy nie miał uzasadnienia, a argument „najdrożej w Unii” miał pozorne, jeśli się przeliczyło na średnie zarobki (w przeliczeniu na zarobki WSZYSTKO było u nas najdroższe w Unii).

3. W SMOLEŃSKU BYŁ ZAMACH, A RZĄD ODDAŁ ŚLEDZTWO ROSJI
Nie oddał - bo skoro wypadek był w Rosji, to i śledztwo było rosyjskie. Na tym polega suwerenność. Państwo może ewentualnie łaskawie się zgodzić na dopuszczenie innych śledczych, ale nie można go do tego zmusić. Tak samo byłoby z wypadkiem rosyjskiego samolotu w Polsce.

Zespół Macierewicza i prawicowi blogerzy wymyślali coraz dziwaczniejsze hipotezy, że zestrzelili, podłożyli bombę, rozpylili sztuczną mgłę itd., ale najlepiej do faktów pasuje proste wyjaśnienie, że to był klasyczny CFIT jakich wiele. Zdezorientowany, słabo wyszkolony pilot podjął błędną decyzję, zszedł poniżej bezpiecznego pułapu przy zerowej widoczności.

4. STREFY SZARIATU W SZTOKHOLMIE!
Mało podróżujecie, więc wierzycie w takie bzdury. Strefy, o których mówi szwedzka policja to strefy, w których gangi  zaznaczają swoją obecność np. robiąc grafiti. Według szwedzkich kryteriów prawie cała Polska byłaby taką strefą, bo prawie wszędzie mamy napisy typu „HWDP”.

5. WSZYSTKIM STERUJE UKŁAD Z MAGDALENKI (WSI, itd.)
Skoro tak, to dlaczego PiS nie przedstawił dowodów, ani przez te 3 lata, ani przedtem (2005-2007)? Ten Układ jest tak potężny, że nawet Kaczyński się go boi? To dlaczego ciągle obiecuje jego rozbicie?

Może go po prostu w ogóle nie ma? Za to, owszem, co jakiś czas zdarza się afera typu Amber Gold czy GetBack. Zawsze sie będzie zdarzać, w USA czy w Niemczech też się od czasu do czasu zdarza. Smutne, ale nieuchronne.

To na razie tyle. Przemyślcie to sobie. I jeśli jesteście w stanie grzecznie i merytorycznie skomentować, to nie wytnę.