Ekskursje w dyskursie
niedziela, 31 grudnia 2017
Smorgasbords have no bottom

Najlepszy polityczny ebook roku jest do ściągnięcia za darmo z serwera nowojorskiego sądu (linka wynorała twitteronautka Sarah Mei, w moim bąbelku rozpropagował go MRW).

Książka stanowi dowód w sprawie („Exhibit B”), którą słynny prawicowy troll Milo Yiannopoulos wytoczył swojemu niedoszłemu wydawcy, oficynie Simon & Schuster. Za tę niedoszłość właśnie.

Yiannopoulos twierdzi, że wydawnictwo odrzuciło tekst bez merytorycznych postaw. Wydawnictwo broni się, ujawniając materiał z poprawkami i komentarzami redaktora, Mitchella Iversa.

Te komentarze czyta się genialnie. Tytuł notki zaczerpnąłem z jednego z nich.

Milo porównał coś do szwedzkiego stołu („smorgasbord”), a potem dodał „na dnie którego kłębią się”. „Szwedzki stół nie ma dna. Nie wyszła ci ta metafora” - skomentował redaktor.

Nietrafiona metafora jest jak rozładowanie akumulatora w samochodzie. Może się zdarzyć każdemu. Niektóre uwagi Iversa są uniwersalne i każdy autor powinien je sobie wpisać do sztambucha.

Kiedy Milo nagle sam przyznaje, że pewna jego analogia nie do końca się sprawdza, redaktor pisze: „jeśli jakaś analogia nie działa, nie używaj jej”. Gdzie indziej pisze, że nie umie czegoś wyjaśnić. Redaktor na to: „na tym polega twoja praca, za to wziąłeś zaliczkę. THINK HARDER”.

Wyjątkowo zabawny jest fragment, w którym Yiannopoulos opowiada o tym, jak w szkole pilnie studiował Szekspira, dzięki czemu może teraz przytoczyć świetny cytat z „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”. Redaktor poprawia mu jednak źródło cytatu na „Henryka IV”.

Gdy Yiannopoulos próbuje udawać erudytę, deklaruje, że nadszedł „czas profesora Milo” (sic). Streszcza filozofię Nietzschego i Gramsciego, ale widać, że obu zna tylko na poziomie internetowych buzzwordów. Nie przytacza dosłownych cytatów, ogranicza się do swoich omówień. Tak można pisać blogonotki albo felietony, ale nie książki.

Książka z kontrowersyjną tezą wymaga dwóch rzeczy: autor powinien tę tezę klarownie sformułować i przekonująco uzasadnić. Yiannopoulos nie potrafi ani jednego, ani drugiego.

Redaktor sugeruje mu, że centralna teza powinna brzmieć tak: „nie jestem pospolitym trollem, chodzi mi o obronę wolności słowa, zagrożonej przez polityczną poprawność”. Radzi mu powołanie się na tradycje „komików takich jak Lenny Bruce”.

Faktycznie, kilkakrotnie w tekście Yiannopoulos twierdzi, że nie chodzi mu o prowokacje dla samych prowokacji ani złośliwość dla samej złośliwości. Tylko że jeszcze częściej temu zaprzecza.

„Milo lubi się kąpać w łzach swoich wrogów!” - woła. „Ta metafora już była”, komentuje redaktor.

„Niejasne, nieśmieszne, wytnij”, „nadużywanie zwrotów typu 'dwulicowe podstępne zdziry' osłabia twoją tezę”, „to nie jest miejsce na dowcipy o czarnych penisach”, „głupi sposób na zakończenie strasznego rozdziału” czy słynne już „DELETE UGH” - to już nie są rutynowe komentarze.

Yiannopoulos jest gejem o żydowskich korzeniach, dlatego dla prawicy pełni rolę listka figowego - „jacy z nas antysemici, skoro do nas dołączył”. Na podobnej zasadzie co jakiś czas u nas jakiś meszuge robi coming out na prawicy.

Trudno się wtedy oprzeć wrażeniu, że głównym motorem takiej „gejoprawicowości” jest problem z samoakceptacją. Yiannopoulos co krok ogłasza, że nie ma z nią problemu (i bombastycznie woła, że jest mądry, piękny i bardzo szczęśliwy).

Już ta obsesja, z jaką to podkreśla, jest trochę podejrzana. A jeszcze dziwniejsze jest to, że w innych miejscach temu przeczy: Yiannopoulos porównuje na przykład siebie do Kurta Cobaina, który stworzył wielkie rzeczy, bo nienawidził sam siebie.

Milo jest przykładem patologii, o której pisałem w poprzeniej notce. Świetnie się sprawdzał na Twitterze czy Youtubie - tam, gdzie wystarcza czysty hejt i zawsze się można schować za usprawiedliwieniem, że w 140 znakach nie da się przedstawić całej tezy z pełną argumentacją.

W książce tego usprawiedliwienia nie ma. W tym medium Yiannopoulos się więc kompromituje. Gdy ma szansę wyjaśnić, o co walczy, kogo przed kim broni - plącze się w przeczenie samemu sobie.

Feministkom ma do zarzucenia głównie to, że są lesbijkami („przestań używać tego jako obelgi” - pisze redaktor), że są brzydkie i grube („takie argumenty ośmieszają twoją tezę!”) i że nienawidzą mężczyzn. Co ilustruje kilkoma aktami feministycznego trollingu w internecie („czym to się różni od twojego trollingu?” - pyta redaktor).

Gejom proponuje powrót do szafy i rozmnażanie się dla dobra społeczeństwa, bo są geniuszami. „Nie ma dowodów, że geniusz się dziedziczy - co osiągnęli potomkowie Szekspira” - pisze redaktor. W rozdziale o gejach pojawia się inny słynny komentarz: „jeśli chcesz głosić takie tezy, potrzebujesz intelektualnego rygoru”.

To go oczywiście przerasta. Dlatego w końcu wydał książkę własnym sumptem - z mizernym rezultatem.

To dla nas jakaś pociecha, droga lewico: przeciw sobie mamy głupków takich, jak Milo Yiannopoulos. Owszem, bogatych jak on, ustosunkowanych jak on, popularnych jak on - ale jednak równie niezdolnych do koherentnej argumentacji jak on.

Z tą myślą życzę wam SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2018!

środa, 27 grudnia 2017
Musimy pogadać o Unii

Drodzy pisowcy, musimy pogadać o Unii. Metaforycznie, rzecz jasna - proszę tego nie traktować jako zaproszenia do komentowania.

Dwa lata temu zgadzaliście się z nami przynajmniej co do jednego, że miejsce w Unii jest polską racją stanu. Bagatelizowaliście zagrożenia, bo wierzyliście, że nie uruchomią artykułu 7.

Wierzyliście też wtedy, że zespół Macierewicza wyjaśni „zamach” smoleński, że komisja sejmowa znajdzie dowody na udział PO w aferze Amber Gold, że PiS będzie budować autostrady szybciej i taniej. Ale to dygresja.

Groźba unijnych sankcji jest coraz bardziej realna. Nawet stosunkowo łagodne sankcje wywołają recesję, po której Polski nie będzie już stać na 500+.

Nie wiem, na ile to wina Twittera i Youtube’a, ale debata w Polsce sprowadza się dziś do głupkowatej pyskówk. Tzw. „naszej” strony też to niestety dotyczy, więc proszę sobie odpuścić komentarze typu „a Hołdys z Giertychem”.

Znam wasze riposty, bo was podglądam w internecie. Ale jestem ciekaw, na ile tak naprawdę wierzycie, że pisowska reforma sądownictwa jest zgodna z rozwiązaniami przyjętymi na Zachodzie.

Jeśli ilustrujecie to jakimiś przykładami, to bezwstydnie zmanipulowanymi. Piszecie, że w Ameryce prezydent mianuje sędziów sądu najwyższego (i pomijacie, że nie może ich odwołać).

Piszecie, że gdzie indziej sędziów powołują ministrowie sprawiedliwości krajów związkowych - i pomijacie, że to jest kilkunastu facetów z różnych partii.

Unii i komisji weneckiej nie chodzi o techniczne detale, tylko o uniknięcie sytuacji, w której rząd może karać sędziów albo wywierać na nich naciski. W demokracjach zazwyczaj unika się tego tak, że partia rządząca koegzystuje z sędziami mianowanymi w większości przez kogoś innego.

Niezawisłość sędziowska sama z siebie nie jest gwarantem sprawnego działania. To jasne! Wasze twitterowe kontrargumenty to polemika z tezą, której nikt nie głosi („a ten wyrok był taki niesprawiedliwy”, etc).

Chodzi po prostu o to, że każde demokratyczne państwo musi mieć (a) jakąś formę sądownictwa konstytucyjnego, niezależnego od władzy wykonawczej i ustawodawczej, (b) sędziów nieodwoływalnych przez partię rządzącą. Nie wnikajmy, dlaczego tak jest i czy to dobrze; ale chyba dociera do was to, że warunki (a) i (b) po prostu są wymagane.

PiS najpierw złamał (a), potem (b). Nie będzie mieć w tej sprawie sojuszników w gronie państw demokratycznych (najwyżej w Rosji czy w Chinach).

„Orban zawetuje”? Nie wierzę, że sami w to wierzycie.

Nawet jeśli wam to powtórzą na pasku w TVP INFO, wyrecutują na jutubie wszyscy wasi idole - Max Kolonko, Grzegorz Braun, Jerzy Zięba Ukryte Terapie, a potem zretweetują Gmyz i Ziemkiewicz, chyba i tak będziecie w to wątpić. I słusznie.

Orban to sojusznik obrotowy. Popiera tego, kto mu da więcej. Wszystko jedno, w jakiej walucie - ruble, dolary, jeny, euro. Kaczyński nie jest mu w stanie zaproponować tyle peelenów, żeby przelicytować ofertę Brukseli.

Orban to mistrz gry w „ja ci ustąpię w tej sprawie, jak ty mnie poprzesz w tamtej”. Jest patologiczną, ale jednak logiczną konsekwencją recepty na jednoczenie Europy, sformułowanej przez jednego z ojców założycieli, Jeana Monneta: „drobne posunięcia, wokół których zjednoczą się grupy interesu”.

A skoro mowa o założycielach: często piszecie, że „przewracają się w grobach, bo chodziło im tylko o wspólnotę gospodarczą”. To nieprawda.

Spośród ojców założycieli, o federacji („Stanach Zjednoczonych Europy”) otwarcie mówili Robert Schuman, Paul-Henri Spaak, Jean Monnet, Altiero Spinelli i Winston Churchill. Pewnie jest tego więcej, ale o tych wiem to na pewno.

Może wy znacie jakieś deklaracje innych ojców założycieli, zarzekających się, że odrzucają federację. No to dawajcie przykłady (to jedyny rodzaj waszych komentarzy, jakie byłyby tu mile widziane).

Myślę, że nie dacie. Jak ktoś wierzy w „Ukryte Terapie”, w Turbosłowiańskie Imperium Lechickie, w szczepionki wywołujące autyzm i kontrolowane wyburzenie WTC, przeważnie wierzy też w PiS. Wy po prostu bezrefleksyjnie powielacie brednie z internetu.

Tak, wiem, w KOD też są tacy. Cóż, mam o nich podobną opinię. Bo tu nie chodzi o to, kogo bardziej lubię, tylko o to, że przez was Unia nam obetnie dofinans. A wy od dwóch lat dajecie się oszukiwać, że nie ma takiego ryzyka.

Może w imperium lechickim. Bo w realnym świecie niestety jest.

czwartek, 21 grudnia 2017
Wielkie Powieści Amerykańskie

Z okazji zbliżających się świąt zreanimuję zarzuconą jakiś czas temu formułę rankingu od czapy, rekomendując PT blogonautom trzy Wielkie Powieści Amerykańskie. Może szukacie pomysłu na książkowy prezent, a może zacnych cegieł na zimowy urlop - z tymi trzema pozycjami nie popełnicie błędu.

Niksy

A więc przede wszystkim: „Niksy” („The Nix”) Nathana Hilla. Prorocza wizja Ameryki, w której wybory wygrywa ktoś przypominający Trumpa (acz powieść napisano w 2014).

To panoramiczny portret amerykańskich pokoleń. Główny bohater jest spóźnionym Gen Xem, który wyrusza na klasyczny genxowy quest - rozliczenia się z zagadkami z własnej przeszłości i z rodzicami z pokolenia baby boomersów.

Na drugim planie pojawiają się millenialsi, rysowani jakby trochę grubszą kreską. I to jest mój pierwszy zarzut wobec tej powieści, acz ciekaw byłbym opinii samych PT millenialsów.

Gdybym sam był millenialsem, okropnie by mnie wkurzali ludzie z Gen X, tacy jak choćby Jors Truli. Millenialsi marzą (tak to sobie w każdym razie wyobrażam) o rzeczach, które nam przychodziły stosunkowo bez wysiłku - jak umowa o pracę czy zaliczka na napisanie debiutanckiej książki.

Dlatego my mamy więcej czasu na snucie freudowskich gdybań takich, jak główny bohater powieści - porzucony w dzieciństwie przez matkę z niewiadomych przyczyn. Ich wyjaśnienie wymaga cofnięcia się aż do drugiej wojny światowej (która, jak wiadomo, definiuje z kolei pokoleniowy konflikt między „great generation” a „baby boomersami”).

Choć to raczej smutna historia, czyta się lekko. Narracja pełna ironii i czarnego humoru pozwala zbudować dystans do problemów bohaterów (np. jeden z nich stosuje „dietę plejsto”).

Tylko w happy endzie dystans znika i zastępuje go słodycz. To mój drugi zarzut - pisarz zdradza nam tam jej przesłanie, a brzmi mianowicie tak, że czasem kluczem do szczęścia jest uświadomienie sobie, że jesteśmy tylko drugoplanową postacią w historii o kimś innym.

„Dude, you just went full Coelho. You never go full Coelho”, mruknąłem do siebie. Ale byłem to skłonny wybaczyć, bo świetnie się bawiłem przez poprzednie 600 stron.

Dlugi marsz


„Długi marsz w połowie meczu” to antyteza „Niksów”. Też mamy tu ironię i czarny humor, ale wreszcie mamy w centrum problemy millenialsów (takich, jakimi ich sobie wyobrażam) - czyli życie w świecie, który poprzednie pokolenia ogołociły z zasobów.

Gdy się zachwycałem tą powieścią w „GW”, porównywałem ją do „Paragrafu 22” - podobne jest poczucie humoru, podobny jest złośliwy portret Amerykańskiego Stylu Życia, podobny jest zabieg wykorzystania armii jako Uniwersalnej Metafory.

Tym razem chodzi o wojnę w Iraku, ale tak samo jak w tamtej powieści, definiującym momentem dla przemiany głównego bohatera jest śmierć towarzysza broni - Yossariana przemieniła śmierć Snowdena, Billy’ego odmieniła śmierć niejakiego sierżanta Grzyba.

Trumpa tu nie ma, ale jest portret tej Ameryki, która go wybrała. Nakreślony złośliwie, ale jednak z empatią.

Krotka historia

Krótką historię siedmiu zabójstw” dodaję tu trochę na siłę, ale w rankingach od czapy zawsze były trzy pozycje. Poza tym, przydomek „od czapy” zobowiązuje.

Choć znaczna część akcji dzieje się na Jamajce, to jednak sporo w Nowym Jorku i na Florydzie. W „Niksach” mamy zaś wyprawę do Norwegii - z niej pochodzi dziwaczny tytuł powieści, a „Długi marsz” jest w dużym stopniu o Iraku. Nie jest to więc aż tak bardzo od czapy, jak by się mogło wydawać.

Powieść może się spodobać miłośnikom serialu „Narcos” - oraz Boba Marleya, bo fabuła krąży wokół zamachu na życie muzyka, który naprawdę miał miejsce w 1978. Nigdy nie wyjaśniono, o co chodziło.

Powieść nawiązuje do teorii spiskowe, zgodnie z którą zamach był ubocznym skutkiem intrygi uruchomionej przez CIA. Mamy więc kilka malowniczych postaci rodem z The Land of the Free.

A wśród nich: moją ulubioną - amerykańskiego dziennikarza, który jest dość sprytny, żeby rozgryźć zagadkę zamachu. Ale nie dość sprytny, żeby dodać dwa do dwóch i zrozumieć, co wynika z tego, że jest jedynym żyjącym facetem, który zna ten sekret...

Życzę blogonautom i fejsofollowersom wszystkiego najlepszego z okazji zimowego święta solarnego!

niedziela, 10 grudnia 2017
Dekaczyzacja ruszyła

Niewiele wiadomości ucieszyło mnie tak bardzo, jak dekonstrukcja rządu. Żałosna nieudolność opozycji sprawia, że w tej chwili jedynym politykiem, mogącym obalić rządy Jarosława Kaczyńskiego jest Jarosław Kaczyński.

Wygląda na to, że właśnie zaczął. Dawno nie czułem takiego Chichrenfreude podczas czytania prawicowej blogosfery. Są zrozpaczeni, zdezorientowani, sfrustrowani.

Mają teraz pod jednym względem gorzej niż my. Nie rozumieją, za jakie grzechy to na nich spadło.

My przynajmniej tyle wiemy - cierpimy, bo przegraliśmy wybory. W dużym stopniu na własną prośbę.

Od dwóch lat przeżywamy tę porażkę i przynajmniej częściowo ją przepracowaliśmy. Niektorzy nawet zaczęli wyciągać z niej jakieś wnioski.

Ale oni od dwóch lat celebrują triumf. Przerzucają się dobrymi wynikami gospodarczymi, sukcesem 500+, fenomenalnymi sondażami.

I teraz nagle upokorzono premier, którą kojarzyli z tymi osiągnięciami. Dlaczego? Za co? Po co?

Moja odpowiedź jest taka, że Kaczyński nie rozumie ludzkich uczuć. Umie nimi manipulować - nie odmawiam mu tego, to niewątpliwie pieruńsko sktuteczny polityk. Ale sam po prostu nie ma tej śrubki w mózgu, żeby odczuwać cokolwiek poza nienawiścią, zemstą i pogardą.

Co za tym idzie, Kaczyński nie rozumie uczuć swoich wyborców. Dla niego Duda i Szydło byli jednorazowym trickiem socjotechnicznym.

Kaczyński rozumiał, że nawet jego własny elektorat za nim nie przepada. To normalne w polskiej polityce, głosowałem na Komorowskiego przecież nie z sympatii.

W odróżnieniu od Komorowskiego, Kaczyński wyciągnął z tego wnioski. Zastosował klasyczny chwyt judo, „ustąpić aby zwyciężyć”, żeby pan hrabia z całym impetem wykopyrtnął się o własną dwururkę.

Tym chwytem było odejście w cień, żeby w kampanii wysunąć dwójkę figurantów, debiutujących w pierwszej lidze. Gdyby przegrali - cała wina spadnie na nich, tak jak na tego pociesznego Kandydata Technicznego Na Różne Stanowiska. A gdyby wygrali, to się będzie nimi sterować z tylnego siedzenia.

I prawie wszystko poszło zgodnie z planem, ale jedno go zaskoczyło. Jego wyborcy autentycznie polubili tych figurantów. W rankingach popularności i zaufania Szydło i Duda wypadają lepiej od weteranów polityki.

Mogę to zrozumieć. Polska polityka to z jakiegoś powodu domena ludzi aroganckich i antypatycznych (nie wiem, jak to działa - czy zaczynają normalni, a potem się schetynizują, czy raczej od początku panuje selekcja promująca brudzinoidy).

O ile sam bym nigdy na Dudę czy Szydło nie zagłosował, to mniej więcej rozumiem, co w nich widzą ich zwolennicy. Widzą swojskość i przysiadalność.

Duda jest jak ten kumpel ze studiów, który nie był największym bystrzakiem na roku, ale go lubiłeś. Zawsze potrafił rozluźnić atmosferę, zawsze miał gdzieś skitrane pół litra.

Więc teraz się nawet ucieszysz, jak go spotkasz na ulicy. „Cześć Andrzej, co u ciebie?” „A no słuchaj, taka patatajnia, że prezydentem mnie zrobili. Uwierzyłbyś? MNIE? Wpadnij kiedyś, pojeździmy sobie limuzyną na kogucie. To lepsza inba niż wtedy, co sp...laliśmy przez balkon, pamiętasz”?

A Szydło jest jak ta ciocia Becia, co to nawet lubisz do niej jeździć w gości, bo karkówkę robi taką, że palce lizać. I dla wegetarian coś naszykuje: a to kurczaczka, a to cielęcinkę.

Są po prostu sympatyczni na pierwszy rzut oka. Niby nic - a o kim z opozycji można to powiedzieć? Dlatego rosną im słupki poparcia i zaufania.

Kaczyński, jak wiadomo, nie toleruje w swoim otoczeniu rywali. Nawet czysto potencjalnych (a może: zwłaszcza takich).

Dudzie aż do wyborów nic nie może zrobić, więc na razie wyżył swoją złość na Szydło. Gdyby chodziło tylko o rekonstrukcję rządu, zrobiliby to szybko i bez dyskusji. Ale Kaczyński chciał ją dodatkowo przeczołgać.

I co dalej? Na razie nic. Zwolennicy PiS nie przerzucą przecież swoich preferencji na opozycję. Ale Morawieckiego już nie polubią, oj nie polubią.

Drodzy pisowcy, czy wy wiecie, jakie to uczucie, chodzić na opozycyjne demonstracje i słuchać przemówień tzw. liderów opozycji? I się zastanawiać, „co mnie właściwie łączy z tymi ludźmi”?

Jeszcze nie wiecie, ale zaraz się dowiecie, na najbliższym spontanicznym wiecu poparcia dla Grupy Santander. To jest, przepraszam, ekipy Morawieckiego. Chłe chłe chłe!

poniedziałek, 04 grudnia 2017
Komunizm i (socjal)demokracja

Portal strajk.eu podjął dziwną próbę rehabilitacji słowa „komunizm”. To ma tyle samo sensu, co rehabilitacja starohinduskiego symbolu szczęścia - dwudziestowieczne totalitaryzmy na zawsze zmieniły znaczenia pewnych słów i symboli, proponuję się z tym pogodzić.

Słowa zmieniają znaczenie. Słowo „kobieta” kiedyś oznaczało „osobę zajmującą się chlewem” („kob”). Bielizna kiedyś z definicji nie mogła być czarna: i tak dalej.

Wiara w „prawdziwe”, platoniczne znaczenia pojęć takich, jak „komunizm”, „socjaldemokracja”, „liberalizm” czy „chadecja”, jest naiwna. W różnych krajach i epokach znaczyły co innego.

Polscy bieda-liberałowie często twierdzą, że w Ameryce nie ma „prawdziwego” liberalizmu, bo ten prawdziwy, to tylko Balcerowicz i Korwin-Mikke. To zabawne, gdy ktoś, kto z Adama Smitha zna tylko fejkowy cytat o „niewidzialnej ręce rynku”, poucza Amerykanów, z ich ponaddwustuletnią tradycją liberalizmu. To jakby uczyć Włochów robić pizzę.

W Europie oddzielenie lewicy od liberalizmu to skutek Wiosny Ludów. Do 1848 podział był prosty, na siły postępu i rewolucji oraz reakcji i kontrrewolucji.

Te pierwsze były zbiorowiskiem obejmującym i polskich powstańców listopadowych (oraz Adama Mickiewicza, uważającego siebie wówczas za socjalistę), i proto-anarchistów, i proto-nacjonalistów i w ogóle proto-wszystkich.

Te drugie były lepiej zdefiniowane. To zwolennicy europejskiego ładu ustalonego na Kongresie Wiedeńskim. Stąd „papież, car i Metternich” w „Manifeście komunistycznym” Marksa i Engelsa.

Pisali go dla efemerycznej partii, która miała ten komunizm w nazwie (do 1847 nazywała się „Ligą sprawiedliwych”). Równie dobrze można go było wtedy zatytułować „manifestem republikańskim”. Widmo krążące wówczas po Europie było po prostu widmem irredenty przeciwko absolutyzmowi.

Irredenta nadeszła po kilku miesiącach. Mieszkańcy Europy Zachodniej boleśnie się przekonali, że niepodległość i republika nie rozwiązują wszystkich problemów społecznych. Wiosna Ludów rozbiła obóz postępu na lewicę i republikanizm.

Gdzie jej nie było, tam nie było tego podziału. Dlatego np. w USA Horace Greeley mógł być założycielem partii republikańskiej (tak, tej właśnie!), kandydować z poparciem partii demokratycznej i zostać klasykiem amerykańskiego socjalizmu i liberalizmu jednocześnie.

Podobnie było w zaborze rosyjskim. Czerwoni w powstaniu styczniowym byli amalgamatem proto-socjalistów i proto-republikanów. Bolesław Limanowski, współzałożyciel PPS, symbolizuje ciągłość polskiej tradycji niepodległościowej i socjalistycznej.

Światowa lewica po klęsce 1848 była rozbita i skłócona. W Niemczech zwolennicy Marksa zaczęli nazywać siebie socjaldemokratami, głownie dlatego, że słowo „socjaliści” kojarzyło się bardziej ze zwolennikami Lassalle’a.

Słowa „komuniści” unikali z kolei dlatego, że kojarzyło się ze zwolennikami Bakunina. Właściwych proto-komunistów nazywano wtedy babuwistami lub blankistami.

Niemiecka nomenklatura była główną przyczyną, dla której zwolennicy Marksa w zaborze rosyjskim nazywali siebie „Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy”, a w Rosji właściwej - Socjaldemokratyczną Partią Rosji.

Kiedy Lenin dokonał rozłamu w rosyjskiej partii socjaldemokratycznej, jego doktryna była miksturą marksizmu i blankizmu. Wytknęła mu to choćby Róża Luksemburg.

Bolszewicy byli mistrzami propagandy, o czym świadczy choćby to, że będąc mniejszością w partii socjaldemokratycznej - wylansowali nazwę sugerującą, że są większością (!). Mieli po prostu lepsze pióra od ortodoksyjnie marksistowskiej konkurencji (można ich nazwać „frakcją felietonistów”).

W 1917 sięgnęli po nazwę „komuniści”, żeby się odróżniać od socjaldemokratów (mienszewików), socjalistów (eserów) i anarchistów. Ta nazwa sugerowała, że leniniści nawiązują do „prawdziwego” marksizmu (tego z „manifestu”), choć więcej ich łączyło z Louisem Blanqui, który głosił że rewolucji może dokonać tylko grupa spiskowców-terrorystów (Marks postulował zakładanie masowych, demokratycznych organizacji).

Terror w leninizmie nie był „błędem i wypaczeniem”. Był istotą doktryny. Leninizm bez terroru to jak pizza bez sera.

Jeśli więc ktoś dzisiaj przyznaje się do komunizmu w sensie leninowskim, to osobiście chciałbym mieć z nim możliwie jak najmniej do czynienia. A jeśli nawiązuje do jakiegoś znaczenia z XIX czy wręcz XVIII stulecia, no to superzasto, ale może od razu niech „przywróci” też pojęcia takie, jak flogiston, eter czy cieplik.

Niech mu przyświeca starohinduski symbol szczęścia.

niedziela, 03 grudnia 2017
Technokraci i populiści

Gdy myślę o dzisiejszej polityce, dostaję trzęsiączki wzdłużnej, więc zamiast tego pociągnę wątek zasygnalizowany jakiś czas temu w komentarzach. O dwojgu polityków, którzy przeszli do historii ze względu na swój spór - a ja mam taki problem, że kibicuję obojgu.

To Robert Moses i Jane Jacobs, potężny technokrata i miejska aktywistka. W latach 60. stoczyli walkę o serce Nowego Jorku.

Jacobs postawiła na swoim: Robert Moses nie dokończył wielkiego planu oplecenia Nowego Jorku przelotówkami. Nie powstała autostrada przecinająca Dolny Manhattan.

Na mapie aż się prosi o pociągnięcie kreski między tunelem Hollanda a Mostem Williamsburskim. Brak tej kreski powoduje permamentny stojący korek w tym rejonie.

Z kolei pociągnięcie tej kreski zniszczyłoby klimat ikonicznych dzielnic Manhatanu jak SoHo, Village, Chelsea, Little Italy, Chinatown czy Bowery. Zniknęłoby miasto, które kojarzymy z wczesnych komedii Woody Allena, filmów Scorsese czy piosenek Cohena i Simona & Garfunkela.

Nie byłoby klubu CBGB, „The Factory” Warhola, Stonewall i YMCA z piosenki Village People. Częściowo zresztą o to chodziło, bo były to wtedy zaniedbane rudery, które miano wyburzać zgodnie z powojenną doktryną „urban renewal”.

W tej doktrynie za ideał krajobrazu miejskiego uważano przestronne place, parki, centra handlowe, arterie i wieżowce. Dziewiętnastowieczne przeżytki, w rodzaju kamienic ze sklepikami na parterze, piwnicznych klubów czy dworców kolejowych, raczej wyburzano niż modernizowano.

Jak wiadomo, ponieważ Stalin z jakiegoś powodu uważał Amerykę za wzorzec przyszłości, miasta Europy wschodniej po wojnie odbudowywano więc w duchu lokalnego wariantu „urban renewal”. A ponieważ dopiero teraz mamy środki na realizację planów sprzed 50 lat, to często - świadomie lub nie - odtwarzamy dziś w naszych miastach wizje z lat 30.

I teraz: nie jestem tak do końca przeciw. Nie idealizuję kamienic z podwórzem-studnią. Jestem dość stary, żeby pamiętać, jakie to było parszywe, zanim nie nabrało gentryfikacyjnego uroku.

Robert Moses mnie fascynuje, bo był politykiem, który potrafił załatwiać sprawę od początku do końca. Przez 30-40 lat swojej wszechwładzy zmienił Nowy Jork nie do poznania.

Mieszkaniec aglomeracji codziennie styka się z jakąś inwestycją infrastrukturalną Mosesa. Przekracza rzekę „jego” mostem, podróżuje „jego” autostradą, ogląda mecz na „jego” stadionie.

Zrobiłem sobie kiedyś samochodową wycieczkę po jednej z „jego” inwestycji - Jones Beach. W latach 20. miasto osuszyło oceaniczne bagnisko (co z dzisiejszego punktu widzenia było zbrodnią ekologiczną), tworząc długą, sztuczną piaszczystą plażę.

To prezent od miasta dla obywateli. Każdy może skorzystać, prawie za darmo - dojeżdżając na plażę specjalnie wybudowanymi w tym celu proto-autostradami (tzw. parkways).

Musi to zrobić samochodem. Moses nienawidził zbiorkomu, celowo zaprojektował wszystko tak, żeby autobusy się nie mieściły.

Oczywiście, w samej formule „prezent miasta dla mieszkańców” zawarte jest zło technokratyzmu. „Miasto” jawi się w niej jako własność elit, które mieszkańców nie zamierzają pytać o zdanie (przypuszczam, że mieszkańcom Nowego Jorku bardziej by się przydała np. rozbudowa Long Island Rail Road).

Jane Jacobs zmobilizowała do walki z Mosesem swoich sąsiadów. Nigdy nie stała na czele jakiejś siły politycznej - zaraz po wygranej walce wyemigrowała do Kanady.

Moses symbolizował politykę typu „elity obywatelom”. Jacobs - „sąsiedzi sąsiadom”. Czuję miętę do obu modeli.

Model „oddolny” podoba mi się z powodów ogólnoideowych, ale sąsiedzi sąsiadom mogą najwyżej pomóc uporządkować skwerek. Wielkie cywilizacyjne projekty XX wieku: program Apollo, autostrady, powszechna opieka zdrowotna, Unia Europejska itd., po prostu nie mogłyby powstać oddolnie i organicznie.

Fascynują mnie więc politycy tacy, jak Eisenhower, Kennedy, Erlander, Kekkonnen, Adenauer czy De Gaulle, którzy potrafili takie wizje wprowadzić w życie. Z drugiej strony, fascynują mnie też przypadki „buntu gospodyń domowych”.

Największą słabością dzisiejszej demokracji (nie tylko w Polsce) jest to, że łączą wady OBU modeli. Nie mamy dziś polityków z wizją. Kto z tych szarych biurokratów w Brukseli i Strasburgu mógłby się porównywać do Adenauera czy De Gaulle’a?

Współczesny populizm też nie jest oddolny i organiczny. Kaczyński, Kukiz, Trump, Farage czy Orban nie działają na zasadzie „mobilizowania sąsiadów”. Mieszkają w odizolowanych rezydencjach, nie mieszają się z plebsem.

Niechaj więc wróci jakikolwiek model dwudziestowiecznej demokracji. Albo Moses, albo Jacobs. A najlepiej - oboje...