Ekskursje w dyskursie
niedziela, 25 czerwca 2017
Przez osiem ostatnich lat...

Postanowiłem wrócić do tradycji notek drogowych, bo się przestraszyłem, że niektórzy na serio wierzą, że w zeszłym tygodniu rozpoczęła się budowa południowej obwodnicy Warszawy - bo minister ceremonialnie nacisnął guzik.

Budowa trwa już od maja, o czym warszawscy kierowcy powinni wiedzieć, bo już odczuwamy w związku z tym uciążliwości na skrzyżowaniu KEN i Płaskowickiej. Uciążliwości będzie przybywać aż do finału zapowiadanego na sierpień 2020 (w co nie wierzę - już są pierwsze opóźnienia).

Poza pozowaniem do zdjęć, obecny minister nie ma większej zasługi w budowie tej akurat drogi. W ogóle zdziałał na razie niewiele, głównie podpisywał umowy zgodnie z przetargami rozpisanymi przez poprzedni rząd.

To jest dla mnie zresztą najbardziej niesamowite w wyborach PiS, że przed wyborami robili wrażenie szczerze przekonanych, że Platforma drogi buduje źle, drogo (podobno nawet „najdrożej w Europie”), a tak w ogóle, to wcale ich nie buduje („gdzie ta sieć!”, etc.). A po wyborach natychmiast o tym zapomnieli i kontynuacja tego samego, co robiła Platforma jest już dla nich OK.

Skąd to się wzięło? Winne są tutaj w dużym stopniu te same media, które dziś lamentują, że PiSowi rośnie i dziwują się, czemuż ach czemuż.

Na początek - kilka danych (oj dana dana). W eksplotacji jest 3250 kilometrów autostrad i ekspresówek, w budowie jest 1200 (z tego ok. 200 ruszyło już za „dobrej zmiany”).

Docelowa sieć ma mieć ok. 7500, więc można powiedzieć, że półmetek jest już za nami. W przyszłym roku będzie można zrobić coś bezsensownego, o czym jednak marzę od dobrych 30 lat: zrobić pełne kółko samymi dobrymi drogami (prawdopodobnie pierwszym możliwym kółkiem będzie Łódź-Wrocław-Zielona Góra-Poznań, ale zaraz dojdą następne).

Gdy Platforma obejmowała władzę w 2007, autostrad i ekspresówek było 1010 i 420 w budowie. Gdy Komorowski został prezydentem w 2010 i zapowiadał „rozpoczęcie budowy 1000 km w ciągu 500 dni”, było 1500 km w eksploatacji i 770 km w budowie.

Prosta matematyka pokazuje, że zapowiedź Komorowskiego spełniono z nawiązką. Platforma zastała Polskę wyboistą i zostawiła autostradowo-ekspresową.

A jednak Komorowski spotkał się wtedy z powszechnym szyderstwem, także ze strony mediów mu (teoretycznie) sprzyjających, które teraz tak lamentują. Dlaczego?

Media w kapitalizmie są skazane na dwulicowość. Uwielbiają sadzić frazesy o etosach, misjach, patrzeniu władzy na ręce, ale jednocześnie mówią „jesteśmy biznesem jak każdy inny, musimy zarabiać”.

W teoretycznej, wyidealizowanej sytuacji te dwa cele nie powinny się wykluczać i czytelnicy powinni doceniać jakościową informację. W praktyce się oczywiście wykluczają, bo lepiej się sprzeda tandetna sensacja.

Przez osiem ostatnich lat Polcy i Polaki byli więc bombardowani przekazem fałszywym, ale klikalno/słuchalno/sprzedawalnym. Że dróg się nie buduje, a poza tym buduje się źle i za drogo.

Dziennikarze telewizyjni pokazywali szczeliny dylatacyjne na dowód że „nowa trasa już ma dziury”. Dziennikarze radiowi mówili zaskoczonemu ministrowi, że te autostrady budowane na Euro 2012 trzeba było potem zamykać. Tygodniki opinii robiły sobie z tego mitu okładkowe materiały.

Ten mechanizm doskonale wykorzystała pewna firma konsultingowa do swojego marketingu kontentowego. Podrzucała mediom śmierdziuchy tego typu - wyglądające na pierwszy rzut oka jako efekt samodzielnej pracy dziennikarza - ale opatrzone komentarzem kogoś, kto udawał eksperta poproszonego o komentarz.

Na forum Skyscrapercity nawet na serio się zastanawiano, dlaczego zawsze zapraszany jest akurat ten ekspert, jakby innych nie było. A tymczasem po prostu całym sensem tego materiału było to, żeby pojawił się przy nim ciąg znaków: „ocenia Iks Iksiński, ekspert zespołu doradców igrekowskich IGREK”.

Kto zna tę tematykę, ten wie, co się tu kryje pod X i Y. Kto nie zna, temu i tak to nic nie powie.

Obiektywnie więc wygląda to tak, że większość sieci autostrad i ekspresówek w Polsce wybudowała Platforma. To z kolei w większości zasługa ministra Grabarczyka. Którego media - wcale nie te pisowskie, właśnie te niby-platformiane! - wykreowały na nieudacznika. I nie stała za tym polityka, tylko chciwość jednych i marketing kontentowy drugich.

Mamy to, na co ciężko zapracowaliśmy przez te 8 lat.

poniedziałek, 19 czerwca 2017
Jak pisał Lem

Okladka Ksiazek

Obawiam się, że niedługo będę siedział w Waszej lodówce i promował swoją biografię Lema. Zaczyna się niewinnie, od tekstu w najnowszych „Książkach” o tym, czego się dowiedziałem, pisząc ją.

Tu się skupię na jednej kwestii. Wiedziałem już przedtem, jak każdy początkujący lemolog, że Lem swoje najsłynniejsze dzieła pisał tak, że jego samego zaskakiwała akcja powieści.

Nie wiedział, dlaczego Snaut się przestraszył Kelvina na „Solaris” i nie wiedział, dlaczego społeczeństwo w „Powrocie z gwiazd” zachowuje się tak obco. Wymyślał to w trakcie pisania. Tak powiedział w wywiadzie-rzece Beresiowi.

I to jest oczywiście prawda. Tylko że ta prawda ma rewers, który zrozumiałem dopiero pisząc tę biografię.

Lem pisał te książki w pośpiechu, bo w 1958 roku pilnie potrzebował pieniędzy na wykończenie domu, kupionego w opłakanym stanie. Podpisał więc trzy umowy z trzema wydawnictwami, żeby dostać trzy zaliczki.

Pośpiech przy ich pisaniu nie wynikał więc z przyjętego planu pisarskiego, tylko z życiowych okoliczności. Lem pisał „Solaris” w tempie 6 stron maszynopisu dziennie.

Mogę to dość dokładnie oszacować, bo Lem raportował postęp przyjaciołom. „Prawda, że ja tu zesrywając się (już to Wmość Pan wybaczysz mnie chamowi takie zawiesistości w tym Officjalnym Liście) od 1 czerwca 120 stron napisałem, a i te tylko dlatego jeszcze stołu się trzymają, a sraczem nie żeglują, bom się przeczytać ich bojący”, pisał w liście z 23 czerwca 1959.

Z tym „żeglowaniem sraczem”, to chyba metafora. Lem nieudane maszynopisy raczej palił, niż spuszczał (przecież by się zapchało!).

Ale to był kolejny aspekt jego metody twórczej. Owszem, pisywał bez konspektu, ale to często oznaczało, że niszczył pierwotną wersję i pisał następną - i ta pierwotna była niejako konspektem.
Zniszczył pierwotne wersje „Głosu Pana”, „Kataru” i „Wizji lokalnej”. Ponieważ streszczał je w listach, można przynajmniej zrekonstruować rożnice, co robię w książce.

„Solaris”, tak jak wiele innych arcydzieł, Lem pisał w Domu Pracy Twórczej ZLP pod Zakopanem. Naiwnie to sobie wyobrażałem jako idealne miejsce pracy - jak współczesny hotel z widokiem na góry.

Własną twórczą indolencję lubię usprawiedliwiać tym, że „nie mam warunków do pracy”. Na swoją obronę powiem, że chyba nie ja jeden? I tak sobie fantazjowałem, że gdyby ktoś mi zafundował miesiąc w górskim pensjonacie, to ho ho, czego bym nie napisał.

Warunki, w jakich pisał Lem, wyglądały tymczasem tak: łazienka była na dole, więc im wyżej położony pokój, tym mniej był atrakcyjny, bo trudniej było pilnować miejsca w kolejce do prysznica. A ten najwyżej położony pokój, w który powstało „Solaris”, był dodatkowo na poddaszu - więc w dzień było w nim zbyt duszno, żeby pisać.

Lemowi to odpowiadło, bo przynajmniej nikt mu nie tupał nad głową. W dzień spacerował i obmyślał to, o czym będzie pisać w nocy. Miał ciągłe problemy z bezsennością, brał coraz mocniejsze prochy, ale to nie pomagało. To zrozumiałe, jeśli uwzględnić co przeżył podczas wojny.

Bezsenność też eliminowała problem kolejki do łazienki. O czwartej rano była jednak przeważnie wolna.

Myślę, że w „Solaris” widać rytm dobowy w Domu Pracy Twórczej. Na zmianę stacja robi wrażenie opustoszałej - jak kiedy Lem schodzi po schodach do łazienki - i zaludnionej.

W dzień przecież pisarze spotykali się na wspólnych posiłkach. Czasem chcieli mówić o „tworach F”, z którymi borykają się w swoich pokojach - czyli o bohaterach swoich powieści - czasem odpowiadali burkliwym wykrętem, jak Sartorius.

Ze zgromadzonych przeze mnie materiałów wynika, że Lem warunki do pracy miał wtedy koszmarne. Wysiadło mu zdrowie. Wszystko na raz: nerki, reumatyzm, katar sienny, a do tego paraliżujący ból w klatce piersiowej. Na szczęście prawdopodobnie był to „tylko” nerwoból, ale Lem miał powody oczekiwać najgorszego.

Krótko mówiąc, panie, panowie - jeśli nie piszemy tak wspaniałych książek, to nie dlatego, że mamy gorsze warunki do pracy - tylko dlatego, że w porównaniu z Nim jesteśmy cienkimi Bolkami. Ale przy Nim to każdy był...

niedziela, 11 czerwca 2017
13 powodów

Dawno na blogu nic nie było o popkulturze, więc napiszę o serialu „13 powodów” - o którym pewnie bym napisał felieton, gdybym nadal pisywał felietony. Wydaje mi się być serialem, o którym każdy blogobywalec Powinien Mieć Swoje Zdanie.

Szczególnie polecam go widzom, którzy - tak jak ja - czuli się osieroceni po „Wielkich kłamstewkach”. Może kiedyś Kidman i Witherspoon wyprodukują coś równie dobrego, kto wie, ale na razie muszą nam wystarczyć „Powody”.

Ogólna formuła jest podobna: a więc primo, znakomity soundtrack. Secundo, idylliczne kalifornijskie miasteczko, otoczone pięknymi okolicznościami przyrody pejzaże (w „Kłamstewkach” zatoka Monterey, w „Powodach” północna część zatoki San Francisco).

Ludzie w większości raczej zamożni. W „Kłamstewkach” głównie UMC/UC, w „Powodach” raczej MMC/UMC.

Większość żyje w rodzinach, które na zewnątrz wyglądają pocztówkowo. Ale od środka, ha! Dramaty i skandale.

Prawie wszystko w „Powodach” jest lekko słabsze niż w „Kłamstewkach”. To nie jest dramat, raczej powiedziałbym, że to coś na zasadzie różnicy „pięć gwiazdek” / „cztery gwiazdki”.

Jest jednak jeden aspekt, w ktorym „Powody” deklasują wszystkie seriale i w ogóle całą współczesną popkulturę. To role młodych debiutantów.

Dramaty w „Kłamstewkach” dzieją się przede wszystkim wśród ludzi raczej w moim wieku, albo i jeszcze starszych. Dzieci są tłem. W „Powodach” jest odwrotnie.

Dla kogoś, kto ceni sobie dobre aktorstwo, ten serial to pozycja obowiązkowa. Bo że sławny aktor gra ciekawie, to nie jest aż taka znowu rewelacja. Ale to prawdziwa radość, obserwować aktorską tour de force ludzi, których pierwszy raz widzimy na ekranie.

Jak wiadomo, tego serialu nie da się zaspojlować, bo o czym to będzie, dowiadujemy się w pierwszej minucie. Hannah (Katherine Langford) to uczennica liceum, która popełniła samobójstwo.

Pozornie nie miała żadnego powodu. Szczęśliwa rodzina, dobre wyniki w nauce, miała przyjaciółki i przyjaciół, chodziła na imprezy.

Zostawiła dziwny list pożegnalny, w postaci staroświeckich kaset magnetofonowych. Opisała na nich tytułowe powody - każdy związany z inną osobą. Stąd leitmotif tego serialu: „welcome to your tape”.

Główny bohater Clay (Dylan Minnette) odtwarza ostatni tydzień z życia Hannah. I na swojej taśmie poznaje swój powód: ach, co wam będę spojlować, ale to się zrobiło oczywiste w czwartym odcinku (dla mnie - pewnie ktoś o lepszej pozycji na spektrum autyzmu zajarzył wcześniej).

Bohaterowie mają 17/18 lat, grają ich aktorzy mający 20-22. Zwróciłem na to uwagę, bo z racji mojej sytuacji jestem w miarę wyczulony na różnicę między studentem a licealistą, ale to się chyba nie rzuca w oczy.

Jest tutaj kilka scen (np. rozmowa Claya z matką na policyjnym parkingu), w których debiutant(ka) swoją ekspresją gasi profesjonalist(k)ę. Miło patrzeć!

Debiutantom trochę to ułatwia fabuła. Ich motywacje mamy dokładnie wyjaśnione. Motywacje dorosłych są mgliste.

Wiemy, że do tragedii by nie doszło, gdyby ten rodzic albo tamten nauczyciel trochę bardziej się zainteresował tym, co się dzieje z uczniem, synem, córką, kolegą syna, koleżanką córki, itd. Nie interesują się.

Przeważnie nie wiemy czemu, ale odpowiedź byłaby taka banalna - Samo życie.

Motywy młodzieży są ciekawiej zarysowane. Należą do pokolenia Z, czyli następców millenialsów.

Są pokazani jako pokolenie, które nie wierzy w awans społeczny. Justin (Brandon Flynn) i Bryce (Justin Prentice), dwaj chłopcy, którzy skrzywdzili Hannę, reprezentują dwa ekstrema drabiny społecznej.

Justin, nieślubny syn narkomanki, jest na progu bezdomności. Bryce z kolei jest skazany na odziedziczenie sukcesu po swoim tacie. Obaj nie czują się z tym komfortowo (co świetnie odgrywają młodzi aotkrzy), ale obaj nawet nie dopuszczają takiej myśli, że to się może zmienić.

W pokoleniu Z teoretycznie panuje pełna tolerancja. „To XXI wiek, można bezpiecznie wyjść szafy”, pada w nim takie hasło.

Ale sztywna drabina społeczna się z tym kłóci. Wszystkim wyznacza role - kto może być gejem, a kto nie może. Do czego Meksykanin się nadaje, a do czego nie.

Wszyscy są więc tolerowani tylko pod warunkiem, że dokładnie odgrywają swoje role. A jeśli nie, to nie ma przebacz, nawet jeśli są biali, klasośredniowi i heteronormatywni.

Jak Clay. Czy Hannah...

wtorek, 06 czerwca 2017
Powrót do Obrzydłówka

Weszło mi ostatnio w zwyczaj pisanie notek-sequeli. Trudno.

W dyskusji pod poprzednią notką parokrotnie padało pytanie „ale jak dotrzeć z lewicowym przekazem do ofiar zlasowania mózgu popisową propagandą”. Otóż mamy fascynujący przykład sukcesu sprzed 120 lat.

Pisałem o nim wielokrotnie, więc przepraszam tych, którzy już to słyszeli. Książki zawierające wykład lewicowego systemu wartości (o których marzy komcionauta Awal), już ktoś napisał. Niestety, był to Stefan Żeromski.

Z jakiegoś trudnego dziś do zrozumienia powodu nasi praprzodkowie czytali to z wypiekami na twarzy, dyskutowali o tym na przyjęciach i w korespondencji. Jedni się oburzali, inni ruszyli budować na Żoliborzu „szklane domy”.

Nas to ani nie oburza, ani nie zachwyca, tylko nudzi. Dlaczego to jest i co to mówi o zmianie percepcji literatury, to temat przerastający moje kompetencje (i rozmiary blogonotki). Skupię się na polityce.

Żeromski sympatyzował z PPS. Napisał dla niej hymn prozą - „Sen o szpadzie”. Do moich najsłodszych wspomnień z idealistycznej młodości należy kongres, na który przyszedł Wojciech Siemion, żeby nam to wyrecytować. Z pamięci (i za friko, dla idei).

O potędze prozy Żeromskiego świadczy to, że jeśli dziś ktoś w pierwszym odruchu ma przedstawić pozytywistyczne ideały, są duże szanse, że powoła się na „Siłaczkę”. Napisaną jako PARODIA pozytywizmu - ale ta parodia okazała się bardziej żywotnym memem od pierwowzoru.

Problemy, przed którymi dziś stoimy, przypominają ostatnią dekadę XIX wieku. Z jednej strony, findesieclowy strach przed ostatecznym upadkiem cywilizacji Zachodu, z drugiej - smutek, że ta cywilizacja do nas nie zdążyła dotrzeć.

Frustrująca nas dychotomia PO/PiS trochę się przedkłada na frustrującą naszych przodków dychotomię pozytywizm („zausz firmę”!)/„romantyzm” („huzarzy wyklęci”). Mało kto miał ochotę na kolejne romantyczne powstanie (choć Rosjanie podobno spodziewali się go w latach 1890.), ale w połowie dekady, kiedy Żeromski pisał „Siłaczkę” i „Doktora Piotra” pozytywizm był już bankrutem.

Spróbujmy streścić te nowele ludzkim językiem. „Siłaczka” opowiada o lekarzu, który kierując się pozytywistycznymi ideałami trafił do miasteczka zwanego Obrzydłówkiem, którym rządzi klika plebana, pocztmistrza, sędziego i aptekarza.

Gdy w miasteczku nie było lekarza, wszystkich leczył aptekarz - altmedem, czyli ówczesnymi odpowiednikami „witaminy B17” i „vilcacory”. Lekarz zagroził interesom, więc „nieznani sprawcy” zaczęli wybijać szyby w gabinecie, a pleban zaczął rozpuszczać plotki, że lekarz jest satanistą.

W sąsiedniej wiosce umiera kobieta, w której bohater podkochiwał się jako student. Próbując ją uratować, przypomina sobie swoje dawne (pozytywistyczne) ideały.

Ale równocześnie uświadamia sobie, że za chwilę może skończyć tak jak ona. Próba ratunku się nie udaje z trywialnego powodu (nieodśnieżona droga, lekarstwo nie może dotrzeć na czas).

Bohater wybiera życie. Wchodzi w skorumpowany układ i dobrze na tym wychodzi finansowo. Z idealizmu mu zostało tyle, że namówił elitę Obrzydłówka na przesiadkę na papierosy z filtrem (mniej szkodzą!).

To można przełożyć na współczesne realia, podobnie jak „Doktora Piotra”. To opowieść o zubożałym szlachcicu, który wszedł w interesy z przekręciarzem, niejakim „panem Bijakowskim”, żeby opłacić ukochanemu Piotrusiowi studia w Anglii.

Syn wraca - i uświadamia sobie, że jego wykształcenie sfinansowano z nieuczciwych źródeł. Zrywa z ojcem i odchodzi mówiąc, że będzie teraz całe życie odpracowywać „ten dług gorzki i straszny”.

Czy nie możemy sobie wyobrazić podobnego buntu współczesnego chłopaka, który sobie uświadomi, że jego wykształcenie opłacono z czyszczenia kamienic z wkładki mięsnej?

Podobnie „Ludzie bezdomni” NIE są opowieścią o lekarzu, który tak sam z siebie chce leczyć ubogich, bo ma taki faken kaprys. On na początku próbuje zrobić coś w rodzaju kariery, ale szybko sobie uświadamia, że droga do prawdziwego hajsu prowadzi przez krzywe deale, konformizm i wazeliniarstwo.

Bohater nie ma na to ochoty tym bardziej, że zakochał się akurat w takiej dziewczynie, przy której to byłby randkowy nonstarter („co robisz zawodowo?” - „podlizuję się wpływowym ludziom”).

Wbrew swoim pierwotnym ambicjom doktor Judym zostaje więc w końcu, ahem, doktorem Judymem. I to akurat dałoby się opowiedzieć językiem współczesnej komedii romantycznej.

Częściowo za obrzydzenie Żeromskiego odpowiada szkoła, która na siłę robiła z niego proroka PRL. To wymagało interpretacji na opak - np. to, że Baryka w finale dołącza do komunistów NIE jest pochwałą komunizmu, tylko dramatem, który dziś wyglądałby tak: „oburzony reprywatyzacyjnymi przekrętami, młody leming dołącza do ONR”.

Co za tym idzie, szkoła interpretowała Żeromskiego jako surowego moralistę, który nigdy nie żartuje. A przecież jeden żart Żeromskiego wszyscy powtarzamy do dzisiaj, nawet nie wiedząc, kto go wylansował („Słoń a sprawa polska”).

Żeromski umiał pisać „normalnie”, o tym świadczą jego dzienniki. Stety lub niestety, prozę celowo pisał językiem udziwnionym.

O tyle „stety”, że to 120 lat temu było skuteczne. Udało mu się uderzyć w Obrzydłówek tak, żeby mieszkańcy Obrzydłówka powiedzieli „nasz ci on”! Mówi jak jest!

To chyba najlepszy w dziejach Polski przypadek skutecznej lewicowej propagandy kulturalnej. Serią książek udało się narzucić nowy język rozmowy o Polsce - zakwestionować i mesjanistyczne bredotki, i jednocześnie kult kapitalistycznego dorobkiewiczostwa.

O tyle „niestety”, że dzisiejsza lewica musi wymyślić inny język. Żeromski może być dla nas najwyżej przykładem, że to nie jest niemożliwe.

niedziela, 04 czerwca 2017
Razem obalmy układ!

Grzegorz Sroczyński zrobił kolejny świetny wywiad - tym razem z niegdysiejszym guru konserwatystów, Rafałem Matyją. Gorąco polecam [link za paywallem].

W wywiadzie pada interesująca deklaracja, że Matyja poczuł się rozczarowany polską prowincją, o której jako wielkomiejski intelektualista przedtem tylko fantazjował, a wraz z przeprowadzką do Nowego Sącza poznał ją z bliska. W efekcie przestał popierać prawicę.

Zaznacza w wywiadzie, że nie ma w zwyczaju publicznie ogłaszać swoich decyzji wyborczych, ale mówi też, że nie oddał w ostatnich wyborach głosu na żadną opcję prawicową. Plotka mówi, że należy to zinterpretować jako głos na „Razem”.

Matyja atakuje więc jądro polskiej narracji prawicowej, którym jest wyidealizowany obraz „zwykłej Polski” - katolickiej, tradycyjnej, konserwatywnej, gdzie „ojciec Mateusz” na „Plebanii” podejmuje „Złotopolskich”. Ta narracja wydaje mi się główną przyczyną prawicowej dominacji.

Ulegają jej także osoby, które tak poza tym są dalekie od prawicy - np. komentatorzy na moim blogu, którzy powtarzają „nie możemy ich antagonizować” albo „nie odstraszajmy ich mówieniem o związkach partnerskich i uchodźcach”. To rozumowanie prowadzące do naszego tradycyjnego scenariusza, w którym lewica startuje jako Apolityczna Asocjacja Autorytetów.

Odrzucam to rozumowanie, bo chcę lewicy otwarcie przyznającej, że jest lewicą. Ale z drugiej strony zgadzam się, że słabością lewicy jest brak równie silnej kontrnarracji.

Użyłem popkulturowych przykładów, bo przypuszczam, że niezależnie od względów politycznych (jeśli robisz coś dla mediów publicznych, zadzieranie z kościołem to samobójstwo, bez względu na to, która frakcja POP-iSu jest chwilowo u władzy), tę narrację wzmacniają mechanizmy rynkowe.

Kiedyś pisałem tekst o product placemencie. Rozmawiałem do niego z producentami komercyjnej popkultury - nie tej „ambitnej gatunkowej”, którą lubią tutejsi blogobywalcy (wraz z blogogospodarzem), tylko właśnie tego najgorszego chłamu, polskich seriali telewizyjnych i polskich komedii romantycznych, popkultury klasy „Tomasz Kot kontra Babcia Józia”.

Z tych rozmów wyszło mi, że dominujący w naszej polityce podział na „lemingi” i „mohery” ma rynkowe uzasadnienie. Inne towary i usługi reklamuje się w targecie „swojskiej prowincji”, a inne w targecie „wielkomiejskiej klasy średniej”.

Nie ma sensu lemingom reklamować providenta, a moherom miejskiego roweru. Logika kapitalizmu wymusza różnicowanie nas na te dwie grupy (niezależnie od względów politycznych).

To dla nas (w sensie, lewicowo liberalnej cywilizacji śmierci) o tyle zła wiadomość, że o ile każdy lubi babcię Józię, to mało kto lubi mecenasa Zarzyckiego. Jako lemingi, nie lubimy samych siebie - naszego życiowego ideału, „zmień pracę i weź kredyt” (a nie lubimy go tym bardziej, im bardziej nam się to udało zrobić).

Jako lemingi nie mamy dobrej odpowiedzi na moherową narrację. Co przeciwstawiamy serdecznemu uśmiechowi babci Józi? Stereotyp karierowicza, sobka, konformisty, którego w filmie/serialu mógłby grać młody Stuhr albo niemłody Zieliński.

Oba te stereotypy są oczywiście fałszywe. Prawdziwe oblicze polskiej prowincji to nie jest idylla z serii „Gdzie prezes Bromski mówi dobranoc”.

To świat opresji i korupcji. Więcej ludzi ucieka stamtąd tu, niż stąd tam (chyba, że jak Matyja dostaną tam gwiazdorski kontrakt). Ale my nie umiemy tego opowiedzieć.

Najlepsze, na co nas stać, to demonizacja prowincji, jak w thrillerach z serii „przybysz z wielkiego miasta odkrywa, że tam w tym Pierdziszewie to mieszkają same mordercze mutanty, grane zwykle przez Dyblika, albo co gorsza Jurewicza”. W ten sposób blejmujemy wiktima, a przy okazji zrażamy do siebie tych, których teoretycznie chcemy wyzwolić.

Musimy wymyślić dobrą kontrnarrację: uciskany mieszkańcu Międliszewa, Mycisk Niżnych i Obrzydłówka. Nie chcemy ci zrobić krzywdy.

Chcemy cię uwolnić od opresji układu, który tworzą u ciebie w gminie proboszcz, sędzia, wójt i prezes Szpągwa Zbigniew, który se kupił jacht z funduszu socjalnego. Chcemy budować lepszą Polskę, w której owszem, geje będą sobie spacerować za rękę, ale ty będziesz miał lepszą ochronę swoich praw.

I nawet babcia Józia się ucieszy, bo wnuczki ją będą częściej odwiedzać, dzięki rozbudowie połączeń kolejowych. I będzie miała realne szanse na dożycie wizyty u lekarza.

Wszystko to z podatków dupniętych na prezesa Szpągwę. Który na razie sponsoruje PiS oraz księdza proboszcza właśnie po to, żeby tych podatków nie płacić, a w kraju dalej był syf.