Ekskursje w dyskursie
piątek, 24 lutego 2017
Kontrowersyjny spektakl

Jest sobie taki kontrowersyjny spektakl, który dzieli moich znajomych na zwolenników i przeciwników. Jestem w obozie entuzjastów, wypowiem się więc w jego obronie (zapraszając jak zwykle do dyskusji).

Chodzi mi oczywiście o „La La Land”. Jedni zachwyceni (jak ja), inni marudzą, że zakończenie słabe.

Łagodnie spojlerując: to nie jest musical o miłości, to jest musical o marzeniach. Od początku wiemy, że są główną motywacją bohaterów (piosenki „Another Day of Sun”, „Someone in the Crowd” i „The Fools Who Dream”) i jedynym, co mają wspólnego. Nie łączy ich miłość, o czym explicite jest „A Lovely Night”.

Spoljerując nadal łagodnie, oboje spełnią swoje marzenia, choć jakby nie do końca w stu procentach. Ostatnia sekwencja muzyczno-taneczna jest więc meta-marzeniem o tym, jak fajnie by było, gdyby te marzenia spełniły im się jeszcze lepiej.

Myślę, że rozczarowanie części widzów bierze się z podświadomego oczekiwania, że w finale zobaczymy wielkie wesele w stylu Bollywood. A to po prostu nie jest ten rodzaj musicalu.

Los Angeles doskonale nadaje się na scenerię opowieści o marzeniach, bo za sprawą geografii w tym mieście łatwo je wizualizować. Przemysłowa produkcja marzeń stanowi też istotny element lokalnej gospodarki.

Z większości miejsc w tym mieście widać wzgórza zwieńczone napisem HOLLYWOOD. Marzenia w LA sprowadzają się więc do geografii: chodzi o to, żeby dorobić się willi na tych wzgórzach (albo w pobliżu). Najlepiej pracując w Branży, ale bywają filmy o analogicznych marzeniach muzyka, architekta czy policjanta.

Marzenia to temat paradoksalny, bo większość z nas nie marzyła w młodości o tym, co robimy w dorosłości. Mało kto marzy o biurku w korpo, nie mówiąc już o kasie w hipermarkecie.

Stąd paradoks, na który zapewne zwróciłby uwagę kosmita, gdybyśmy próbowali wytłumaczyć mu nasze społeczeństwo. Powiemy mu zapewne z dumą, że żyjemy w demokracji, co oznacza m.in., że możemy robić ze swoim życiem co chcemy. A potem nie będziemy umieli wyjaśnić, dlaczego 90% nienawidzi tego co robi.

Bardzo lubię wiersz Andrzeja Bursy o dnie piekła. Ten o ludziach, którzy mówią „miałem piekielny dzień, muszę się wyrwać z tego piekła” i „obmyślają ucieczkę na inny odcinek po nowe nieznane przykrości”.

Oczywiście, u nas w klasie średniej to nie jest piekło. Raczej czyściec, w którym pod koniec dnia snujemy „Private Investigations”. Przy szklance whisky pytamy: „Kiedy zaczął się wić kręty, pochyły szlak / gdzie był pierwszy nasz krok w rozpadlinę bez dna”.

Jak już pisałem przy inych okazjach (m.in. „Idy” i „Przypadku”), uwielbiam opowieści o „punkcie bez powrotu”. Tym ostatnim momencie w życiu, w którym mogliśmy jeszcze zdecydować, czy będziemy chemikiem czy dziennikarzem, komuchem czy solidaruchem, zakonnicą czy ateistką.

Często decyzję podejmuje za nas jakiś czynnik zewnętrzny. Czasem coś złego (choroba, śmierć rodzica, stan wojenny), czasem coś dobrego (spadek, załapanie się na prestiżowe stypendium, strzała Amora). Czasem coś kompletnie losowego (spotkanie z nieznajomym, artykuł przeczytany w gazecie).

Ten moment zwykle ma miejsce tuż przed trzydziestką. Czyli kiedy się ma tyle lat, ile w tym filmie Emma Stone.

Ryan Gosling gra kogoś, kto ten moment ma już za sobą. Już jego obecne marzenie jest planem B.

Nie znamy szczegółów planu A, ale z rozmowy z siostrą wiemy, że wszystko szlag trafił w związku z przekrętem typu szanghajskiego. To sugeruje, że Gossling podpisał z kimś niekorzystną dla siebie umowę. W zawodach kreatywnych oznacza to umowę, w której artysta - nieświadomy tego co podpisuje - oddał komuś wszystkie prawa do swojego dzieła.

Zdarza się najlepszym. Dwudziestosześcioletni Walt Disney w ten sposób stracił prawa do swojej pierwszej postaci, Królika Oswalda. Myszka Miki i Kaczor Donald byli jego planem B.

Emma Stone ten punkt ma jeszcze przed sobą. Gosling o tym wie i dlatego jego postać zachowuje się z emocjonalnym chłodem, który drażnił niektórych recenzentów - on już po prostu wie, jak ten film się skończy. Emma Stone jeszcze nie.

Gosling też, zauważmy, szybciej od Stone widzi nadejście tego momentu w jej życiu. I jako pierwszy wyciąga prawidłowe wnioski.

A miłość? Jakie znaczenie ma uczucie dwojga ludzi na tym zwariowanym świecie, mówi Humphrey Bogart w finale innego filmu, który też nie kończy się weselem, a też jest piękny.

środa, 15 lutego 2017
Szosa na Zaleszczyki

Lubię taki smutny szmonces, który już tu być może opowiadałem, że pan Żółtko przychodzi do biura podróży i szuka kraju do emigracji. Sprzedawca pokazuje mu mapę Europy, ale pan Żółtko kręci nosem. Wszędzie prześladują Żydów.

Sprzedawca w końcu podsuwa mu globus. Pan Żółtko patrzy, patrzy i w końcu pyta „a nie masz pan innego globusa”?

Pod poprzednią notką kolega Wurman poruszył bardzo istotną kwestię. Że jeśli ktoś rozważa emigrację, to chyba nadszedł już czas.

To od lat jest ważne pytanie dla mieszkańców tego nieszczęsnego skrawka Europy położonego wzdłuż uskoku tektonicznego linii Ribbentrop-Mołotow. Wielu ludzi zginęło tu tylko dlatego, że odwlekali decyzję o emigracji, mimo że #byłyznaki.

Przypuszczam, że Stanisław Lem miał żal do ojca o to, że zostali we Lwowie - zamiast jak kuzyn Hemar pognać szosą na Zaleszczyki, póki jeszcze się dało. Doskonale te zaszyfrowane aluzje odczytała Agnieszka Gajewska, piszę też o tym w swojej książce.

Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem postawę Samuela Lema. Łatwo myśleć o emigracji, kiedy się nie ma nic do stracenia, ale drobnomieszczanin w średnim wieku przeważnie już ma jakąś tam pozycję, jakąś tam nieruchomość, jakieś tam więzi rodzinne.

Rzucić to wszystko i wylądować gdzieś w roli gołodupca? To nie jest łatwa decyzja. A poza tym: dokąd emigrować? Globus wygląda coraz gorzej.

Załóżmy, że priorytetem jest to, żeby mieszkać w kraju przyjaznym dla średniej klasy średniej. A więc: obyczajowa tolerancja, swobody obywatelskie, w miarę swobodna możliwość spacerowania po zmroku.

Ciągle jeszcze tak można mówić o Unii Europejskiej, nawet o Polsce (pomijając pojedyncze no-go zones, takie jak blokowiska mojego dzieciństwa). W coraz mniejszym stopniu można tak mówić o Stanach.

Wszędzie jednak będzie coraz gorzej. Trump jest nie mniej przerażający od Kaczyńskiego. We Francji na horyzoncie prezydentura Le Pen. W Niemczech - wygrana AfD.
Nowa Zelandia i Kanada wydają nam się liberalnymi rajami podobno tylko dlatego, że tam nie bywamy. Australia nawet nigdy się nim nie wydawała.

Są oczywiście te wszystkie sympatyczne enklawy na Pacyfiku czy Karaibach, ale jak się zacznie - czyli na przykład kiedy Trump sprowokuje wojnę z Chinami - skończą jak Singapur w 1942. Tam dopiero będzie rzeź!

Afrykę skreślam w całości jako kontynent. Amerykę Łacińską kiedyś też skreślałem, ale na tle ogólnego całokształtu nie wygląda tak źle.

Przepraszam, drodzy komcionauci, ja nie przedstawię swojej odpowiedzi. Ja po prostu niestety zostaję. Zakończę więc blogonotkę klasycznym pytaniem social media mavena sprzed 10 lat, ale ja je zadam szczerze - A WY JAK MYŚLICIE?

niedziela, 05 lutego 2017
Kalifat w Bawarii

Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowiada o rodzinie z niemieckiej wyższej klasy średniej, która z bardzo skomplikowanych powodów przygarnia pod swój dach uchodźcę z Nigerii imieniem Diallo.

Hartmannowie i bez tego mają dużo problemów. Pojawienie się Diallo katalizuje różne konflikty, co prowadzi do wybuchowej (i bardzo zabawnej) Wielkiej Katastrofy.
Problemy Hartmannów z punktu widzenia Diallo wydają się niezrozumiałe, by nie rzec idiotyczne.

Nieświadomie łamie rozmaite tabu, poruszając tematy, o których w tej rodzinie się nie rozmawia dla uniknięcia awantury. Potrafi na przykład zapytać Hartmannównę „ty już stara, dlaczego ty jeszcze nie masz dzieci?” albo wytknąć jej mamie, że za dużo pije.

Jeśli potraktować tę rodzinę jako metaforę Niemiec Jako Takich (a film zdaje się sugerować taką interpretację), to zasadniczy problem wszystkich Hartmannów jest w tym, że nie robią w życiu tego, na co mieliby ochotę. Wspomniana córka na przykład nie ma pomysłu na dorosłe życie, ciągle zaczyna kolejne studia, nieustannie przyciąga niewłaściwych facetów.

Młody Hartmann to jej przeciwieństwo. Zapatrzony w tatę, robi wielką karierę. Tak się w niej zaprzedał, że w końcu rozwalił własną rodzinę.

Ma już tyle pieniędzy, że nie wiadomo, po co mu kolejne. Podobno to wszystko dla dobra jego dziecka, ale na razie dziecko uważa go z tego powodu za dupka (i zasadniczo ma rację).

Stary Hartmann jest zamożnym ortopedą, który już dawno powinien przejść na emeryturę, ale nie robi tego, bo  jest pracoholikiem. W odróżnieniu od syna przynajmniej jeszcze nie zniszczył tym swojego małżeństwa, ale jest na bardzo dobrej drodze.

Hartmannowa z kolei czuje się niepotrzebna. Dzieci się wyprowadziły, męża nigdy nie ma w domu. Stąd jej nieporadny niby-aktywizm, którym usiłuje zapełnić pustkę w życiu.

Diallo nie ma takich problemów, bo całą jego rodzinę wymordowali islamiści. Martwi go co innego: trwa postępowanie w sprawie przyznania mu azylu. Póki nie zapadnie decyzja, powinien unikać kłopotów. Zwłaszcza z policją.

Wydawałoby się, że u Hartmannów uda mu się przeczekać z dala od wszelkich problemów. Ale jak to w komediach, wszystko idzie na opak.

Pisałem niedawno felieton, zainspirowany książką Angusa Fletchera „Comic Democracies. From Ancient Athens to the American Republic” o związku komedii z demokracją. Tradycje komedii ulegają zerwaniu razem z upadkami republik rzymskich i greckich i odradzają się dopiero w renesansowych republikach miejskich.

Fletcher twierdzi, że w większości greckich komedii stawka jest podobna jak w przypadku tragedii. Atenom grozi rozgniewanie bogów, dotąd traktujących to miasto przychylnie i fabuła krąży wokół prób ich udobruchania.

Grecka komedia rozwijała się, kiedy los ateńskiej demokracji był już przesądzony. Wyprawa przeciwko Syrakuzom zakończyła się katastrofą, triumf Sparty był już tylko kwestią czasu. Komedie były wołaniem o opamiętanie - daremnym, jak zwykle.

Trochę podobnie jest w tym filmie. Ma strukturę tradycyjnej farsy obyczajowej, ale co chwila pojawiają się tam pytania o przyszłość Niemiec, które jakby znów traciły przychylność losu.

Pod domem Hartmannów pojawia się pikieta neonazistów, za chwilę zaatakuje ich Antifa. Maluczko, a zaciszna podmiejska uliczka zapoczątkuje wojnę domową w Niemczech.

Niektóre sceny są bardzo zabawne, jak koszmarny sen o szariacie w Niemczech. Zaczyna się tak, że główna bohaterka idzie do swojej ulubionej piekarni i tam osoby zakutane w hidżaby witają ją słowami „salam alejkum, Frau Hartmann”.

Przerażona wybiega na ulicę, a ta się zamieniła w orientalny bazar. Zamiast wypasionych beemek i audików, jeżdżą po niej pickupy z uzbrojonymi brodaczami. A nad małomiasteczkową architekturą dominuje wielki meczet!

Miałem wrażenie, że film obśmiewa wszystkie postawy. Od naiwnej poprawnej polityczności po paradoksy szowinizmu (największym wrogiem imigrantów jest tu imigrantka z Polski, która uważa, że „my Niemcy nie powinniśmy wpuszczać obcych”).

Mam wrażenie, że film nie narzuca żadnej swojej jedynie słusznej odpowiedzi. Jak to w farsach bywa, wszystko kończy się nieprawdopodobnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, prowadzącym do happy endu. Ale zostajemy ze smutną świadomością, że w prawdziwym życiu tak nie ma...