Ekskursje w dyskursie
sobota, 28 lipca 2018
Czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny?

Gdyby jakiś pisowiec miał ochotę na kolejną notkę (tak z rozpędu), proponuję mu chwilę refleksji nad tytułowym pytaniem. W bonusie odpowiem, dlaczego w 1989 utrzymano ciągłość ustrojową z PRL, zamiast ogłosić powrót do konstytucji kwietniowej.

Rzecz w tym, że prawo reguluje wiele aspektów życia codziennego, o których często nie myślimy w kontekście „walka o sądy”. Stąd jeden z najgłupszych cytatów III RP, „niczego o mnie nie ma w konstytucji”.

My tu gadu-gadu, a ktoś tam gdzieś się komuś oświadcza. Równocześnie ktoś inny mówi „z nami koniec, chcę rozwodu”. Jeszcze inny wytargował korzystną cenę za używany samochód, a następny właśnie został zwolniony z pracy.

Wszystkich tych ludzi łączy jedno. Chcą podpisać jakiś dokument zgodnie z taką czy inną ustawą. Ogłoszenie przerwania ciągłości prawnej będzie dla nich dramatem.

Nie będzie wiadomo, na podstawie jakich przepisów mają związek małżeński zawiązać lub rozwiązać. Jak zarejestrować i wyrejestrować samochód. Jak wyliczyć odprawę należną zwalnianemu. I tak dalej.

Dlatego nawet w podczas rewolucji czy zamachu stanu, nowe władze rzadko ogłaszają całkowitą likwidację wszystkich instytucji ancien regime’u. Stąd fenomen „dziwnych praw” obowiązujących w różnych krajach od głębokiego średniowiecza. Przykłady państw, w których doknano radykalnego zerwania (Kambodża, Irak, Rosja) nie są specjalnie zachęcające.

Nie zrobiono tego nigdy w Polsce. III RP zachowała ciągłość prawną z PRL, PRL z II RP, II RP z zaborami. W 1918 również przecież nie ogłoszono przywrócenia I Rzeczpospolitej, tylko kontynuowano prawo państw zaborczych (jego ostatnie relikty zniesiono dopiero w PRL; np. Kodeks Napoleona formalnie obowiązywał na terenie dawnej kongresówki do 1946).

Dobrze to pokazuje historia Sądu Najwyższego. Powołano go w marionetkowym Królestwie Polskim, które w 1916 proklamowali Niemcy i Austriacy.

Zaborcy (mówiąc ściślej, wtedy już okupanci) nie dogadali się między sobą co do tego, kto ma być „królem” tego państewka. „Rządziła” nim więc Rada Regencyjna, która stworzyła kilka instytucji, działających do dziś. Wśród nich Sąd Najwyższy.

Pierwszym I prezesem SN był Stanisław Srzednicki, kandydat kompromisowy, bo mianowali go zaborcy zachodni, ale był najwyższym rangą polskim sędzią w zaborze rosyjskim. Po zdobyciu niepodległości Piłsudski mógł go wywalić (jako Naczelnik Państwa mógł teoretycznie wszystko). Ale nie zrobił tego.

Niepodległość niepodległością, ale ktoś się wtedy przecież na przykład wtedy kolejny rok procesował z sąsiadem o miedzę. Nie pokochałby wolnej Polski, gdyby ta mu całą sprawę zresetowała do zera.

Ostatnim I prezesem w niepodległej Polsce był Leon Supiński. Po wojnie komuniści chcieli zachować pozory ciągłości, wzięli go więc do swojego Sądu Najwyższego, tym razem jako II prezesa. Wkrótce wypchnęli go w stan spoczynku.

Pierwszym komunistycznym I Prezesem SN był Wacław Barcikowski (od 1945 do 1956). Był znanym przed wojną prokuratorem i adwokatem. Cóż, kolaboranci wśród elit się znajdą nawet za Stalina.

Ostatnim I Prezesem komunistycznego Sądu Najwyższego był prof. Adam Łopatka. Rada Państwa powołała go w 1987 na 5-letnią kadencję (teoretycznie do maja 1992).

Rząd Mazowieckiego  przeprowadził jednak w Sejmie ustawę, która skracała tę kadencję. W maju 1990 wyrzucono wszystkich 109 sędziów SN.

Dlaczego dziś to skandal, a wtedy nie? Bo w czasach PRL sędziowie nie byli nieusuwalni. Peerelowskich sędziów wyrzucono zgodnie z peerelowskim prawem. Dopiero ich następcy mieli być nieusuwalni (jak się okazało, tylko na 28 lat).

Wbrew temu, co dziś twierdzi kacza propaganda, sędziowie przeszli czystkę. Zaakceptowano tylko 22 z tych 109, przepadł sam prof. Łopatka. Jego następcą został prof. Adam Strzembosz, pierwszy I prezes SN w wolnej Polsce.

Jeśli ktoś uwierzył w „Michnikowszczyznę” Ziemkiewicza, to pewnie wydaje mu się, że „Gazeta Wyborcza” broniła peerelowskich sędziów. Przypominam, że Ziemkiewicz napisał tę książkę na podstawie tego, co mu się wydawało, że zapamiętał - a nie kwerendy w archiwach.

Polecam artykuł „Samo-sąd” z 30 maja 1990, w którym Wanda Falkowska opisywała tę czystkę i uzasadniała ją tym, że „niektóre uchwały SN były po prostu haniebne”, przytaczając m.in. przykład politycznego wyroku z 27 czerwca 1988.

Reasumując, czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny? W pewnym sensie tak. Ale w takim samym, w jakim w II RP był postzaborczy. A nawet mniejszym, bo w 1918 nie było czystki.

czwartek, 26 lipca 2018
Drodzy pisowcy (po wyroku)

Trochę czasu minęło, kiedy do Was pisałem. Zauważyłem, że piszę do was głównie w sprawie Waszych reform sądownictwa, bo sądy to nasz wspólny problem.

Nawet, jeśli ktoś przeżyje całe życie bez styczności z prawem karnym (czego sobie i wam życzę), to pozostaje prawo cywilne, rodzinne, gospodarcze itd. Te wszystkie hipoteki, spadki, weksle, sądy pracy, notariusze i komornicy.

To nie działa dobrze. Gazeta, w której pracuję, miała dużo tekstów krytykujących np. powolne procedury czy samowole komorników.

Gdy szukamy ostatnich rzeczy, które łączą nas, jako Polaków - wyborców PiS i wyborców anty-PiS - to jedną z nich właśnie jest strach, że jeśli pójdziemy z czymś do sądu, to ugrzęźniemy tam na wiele lat, choćby sprawa była ewidentna.

Na początku Waszych reform ostrzegałem, że nic nie wskazuje na to, że Ziobro, Jaki i Piotrowicz coś w tej materii poprawią. Użyłem metafory motoryzacyjnej, że polskie sądownictwo jest jak rozklekotany samochód.

PiS zamiast naprawiać, zmienia kierowcę. Od tego ten sztrucel szybciej nie pojedzie.

Minęło dwa i pół roku. Czy coś się poprawiło? Znacie kogoś, kto wielbi ministra Ziobrę, że dzięki jego znakomitym reformom wszystko teraz szybciej działa?

Pytam ze szczerej ciekawości. Chętnie bym taką relację usłyszał. Choć przypuszczam, że gdyby była choć jedna taka osoba w całej Polsce, już by o niej zrobili materiał w TVPiS.

Ostatni wyrok TSUE w sprawie odmowy ekstradycji Artura C. sprawił, że nasz problem tymczasem zrobił się jeszcze gorszy. Koło odpadło od naszego sztrucla.

Prawicowi blogerzy zbywają to żarcikiem, który prawdopodobnie jest „przekazem dnia”, bo pojawił się nagle w różnych miejscach. Że to dobra wiadomość, bo przestępcy będą się teraz przenosić z Polski do Irlandii, a więc u nas będzie bezpieczniej, ha ha.

Na ten wyrok powoływać się będą nie tylko dealerzy narkotyków - także przestępcy gospodarczy. Aferzyści od następnego Amber Gold po prostu kupią sobie pałace po czeskiej stronie Cieszyna i będą bezkarni.

Spójrzcie na to z punktu widzenia tego waszego „wstawania z kolan”. Do 2018 roku polskie sądy były w Unii Europejskiej równe niemieckim czy francuskim. Od wczoraj są oficjalnie uznane za sądy gorszego sortu.

To nie będzie się ograniczać tylko do ekstradycji przestępców. To dotknie także innych sądów - cywilnych, rodzinnych, gospodarczych.

Wyobraźcie sobie konflikt między przedsiębiorcą polskim a jego niemieckim konkurentem. Albo rozwód Polaka z Niemką i sprawę o opiekę nad dziećmi i podział majątku. Albo proces polskiego pracownika z niemieckim pracodawcą.

Zamiast „niemieckiego” mógłbym wstawić „czeskiego” czy „francuskiego”, ale Wy macie jakąś szczególną fiksację na punkcie Niemiec. Otóż w Niemczech nasze wyroki teraz też będą podważane, podobnie jak w Czechach czy Francji.

To o tyle zabawne, że jeszcze przed chwilą snuliście fantazje na temat karania obcokrajowców za mówienie „polskie obozy zagłady”. To zawsze było głupie, ale skoro od wczoraj polskie wyroki nie będą respektowane na drugim brzegu Odry, to teraz ta głupota powinna być oczywista nawet dla Was.

Nie zwracam się do Was jakoś szczególnie przymilnie, bo ani Was nie lubię, ani nie chcę, żebyście mnie polubili. Ale ten problem z sądami jest i Wasz, i nasz. Skoro już jest źle, to moglibyście chociaż nie pogarszać.

Ziobro, Jaki i Piotrowicz już kilka razy obiecywali, że wszystko raz-dwa załatwią, tylko trzeba pośpiesznie przepchnąć jakąś ustawę. I za każdym razem było tylko jeszcze gorzej. Chyba już nawet Wy nie wierzycie, że tym razem jakimś cudem wreszcie im się udało?

Ministra Rafalska też musiała pokonać wiele przeszkód, żeby wprowadzić 500+. Ale wprowadziła, zamiast przedstawiać kolejne wymówki. Za to ją szanuję.

Minister Grabarczyk musiał zmienić wiele aktów prawnych, żeby wreszcie ruszyła budowa autostrad. Ale zmienił. I ruszyła. Za to go szanuję.

Są politycy, którzy rozwiązują problemy. I są politycy, którzy wymyślają wymówki.

Wasza ekipa od sądów należy do trzeciej kategorii, wzmacniaczy problemów. Zastali sądownictwo w złym stanie, udało im się je pogorszyć. Ich jedynym sukcesem, póki co, jest poupychanie znajomych na różnych wysokopłatnych fuchach.

Powinniście coś z nimi zrobić. Co? A to już, dla odmiany, wyłącznie Wasz problem.

środa, 18 lipca 2018
Niechęć do elit

Skąd niechęć wobec elit? Nie będę się bawić w medialnego eksperta od społeczeństwa, spróbuję opowiedzieć, skąd się bierze moja.

Moja niechęć jest zarezerwowana właściwie wyłącznie do elit politycznych i biznesowych. A więc - niestety - tych, od których należy nasza codzienność.

Nie mam problemu z elitami intelektualnymi. Jestem w dziennikarskim raju, kiedy jakiś profesor przybliża mi (a przy okazji czytelnikom/słuchaczom) tajniki swojej specjalizacji.

Nie lubię tylko intelektualistów czysto medialnych, których dorobek mierzony jest czasem antenowym, a nie publikacjami. Ale ich zwalcza samo środowisko akademickie, czego przezabawną ilustracją są kariery dr nhab Migalskiego czy mgr ndr Goliszewskiego.

Nie mam też problemu z elitami kulturalnymi. Mam swoją prywatną listę sympatii i antypatii, niekoniecznie zbieżną z różnymi nagrodami i rankingami, ale i też nie na tyle rozbieżną, żebym powiedział, że te nagrody to oszustwo.

Przejdźmy do polityków. Szacunek czuję do nielicznych, niezależnie od ekipy. Niewielu spełnia kryterium Engelkinga („czy chciałbym z kimś zjeść kolację”).

W każdym rządzie jest ze dwóch, trzech ministrów „merytorycznych”, fachowców od swojej działki. Wprowadzenie 500+ to był legislacyjny majstersztyk, za ktory szanuję Rafalską. Grabarczyk zidentyfikował wąskie gardła w kilkudziesięciu aktach prawnych, zmienił je - i dzięki temu podróż samochodem przez Polskę już nie jest horrorem takim jak 10 lat temu.

Z nimi owszem, chętnie bym sobie pogadał. Ale nie wierzę w ciekawą rozmowę z Dudą, Schetyną, Szydło, Petru czy Czarzastym. Ci ludzie wydają mi się być ekspertami wyłącznie w intrygach personalnych i walce o stołki. Nikogo w tym świecie nie znam osobiście, więc opisuję tylko swoje wyobrażenie budowane na podstawie ich publicznych wypowiedzi.

Z zachodnimi politykami tak nie jest. Nawet jeśli są zupełnie nie z mojej bajki, jak Sarkozy czy Cameron, to z zaciekawieniem przeczytałbym np. wywiady z nimi o ich ulubionych płytach, książkach czy filmach. Oni tam zresztą chętnie takich udzielają.

Ale na hasło „ulubione płyty prezydenta Dudy”, beka sama mi się zaczyna toczyć. Bajobongo - zgadłem?

Może to jest źródło wizerunkowych wtop Trzaskowskiego: jego pijarowcy chcą go wtłoczyć w ten uniwersalny schemat „swojego chłopa”. Jedyny jaki znają (fama głosi, że to sprawdzona ekipa po Komorowskim).

A on akurat mógłby zabłysnąć po zachodniemu. Autorska plejlista Trzaskowskiego? SŁUCHAŁBYM! Wywiad z Trzaskowskim o Rembrandcie? CZYTAŁBYM! (bez żadnej ironii).

Z elitami biznesowymi mam tak samo, tylko jeszcze bardziej. Tutaj wyjątek mam tylko dla gamedevu, bo w tej branży nawet na czele spółek notowanych na giełdzie nadal stoją ludzie autentycznie zakochani w grach, więc tematów do wspólnej rozmowy by nie zabrakło.

Lubię książki non-fiction, więc czytam dużo biografii biznesmenów i historii ich spółek. Zachodnich i polskich.

Różnica jest jeszcze bardziej uderzająca, niż w przypadku polityki. Na Zachodzie nawet jeśli za kimś nie przepadam, to znów, nie bałbym się „kryterium kolacji”, a z listą książek czy płyt polecanych przez Muska czy Zuckerberga zapoznałbym się z uwagą.

Opowieści o tamtych liderach biznesu przekuwane są w fascynujące książki, a w filmach grają ich Eisenberg czy Fassbender. Tymczasem typowy polski biznesmen, którego obraz wyłania się z tekstów Sroczyńskiego, Kwaśniewskiego czy Matysa, to raczej materiał dla Pazury czy Rewińskiego.

I to nie dlatego, że dziennikarze specjalnie ich tak przedstawiają. Michał Matys, że rzucę insajderską anegdotą na marginesie jego książki „Grube ryby” (którą gorąco zresztą polecam), początkowo podchodził do nich z sercem na dłoni.

Im więcej się o nich dowiadywał, tym bardziej tracił sympatię. Trudno polubić prezesa spółki technologicznej, którego główną innowacją był pomysł fikcyjnego przewożenia komputerów w te i nazad przez granicę, żeby se VAT odliczyć.

Gdyby miał polecić muzykę, to pewnie wymieni Pendereckiego (bo wie, że wypada) i Kozidrak (bo zna). O czym z kimś takim można gadać?

Moja niechęć do polskich elit biznesowo-politycznych bierze się więc po prostu z - eufemistycznie mówiąc - niezbyt pochlebnego mniemania o ich kompetencjach intelektualno-kulturowych. To nie jest nowe zjawisko, podobnie postrzegał (i karykaturalnie sportretował) Dołęga-Mostowicz elity II RP.

A skąd Wasza?

poniedziałek, 16 lipca 2018
Na srebrnej tacy

Jest taki słynny webcomic o żywotach równoległych Richarda i Pauli. Na początku wyglądają praktycznie jednakowo, jak to niemowlęta.

Ale rodzice Richarda dają sobie radę w życiu, rodzice Pauli niespecjalnie. W efekcie Richard dzielnie pnie się po kolejnych szczeblach edukacji, wspierany przez portfele i znajomości rodziców, a Paula sama walczy z kolejnymi przeszkodami.

W finale spotykają się na jakimś bankiecie, urządzonym z okazji kolejnego życiowego sukcesu Richarda. Paula jest tam kelnerką, roznoszącą przekąski na srebrnej tacy.

Richard machinalnie bierze przekąskę z tacy. Nie zwracając na Paulę najmniejszej uwagi, peroruje, że wszystko zawdzięcza swojej ciężkiej pracy i konkluduje „nikt mi niczego nie podał na srebrnej tacy”.

To niebezpieczne, kiedy przedstawiciele elit naprawdę szczerze uwierzą, że wszystko zawdzięczają sobie. Elity robią się wtedy wsobne, przestają uważać, że są cokolwiek winne społeczeństwu, interesuje je już tylko pomnażanie własnych przywilejów - czego klinicznym przypadkiem jest obrotowy Saryusz-Wolski.

Jestem tylko skromnym wyrobnikiem kątętu z średniej klasy średniej, ale daleki jestem od szalonej tezy, jakobym do wszystkiego doszedł sam. Urodziłem się w Warszawie, dorastałem w domu pełnym książek - to dostałem od bociana.

Potem musiałem skończyć studia, znaleźć pracę, potem drugą, potem trzecią, nauczyć się pisać, stać się autorem na tyle rozpoznawalnym, żeby mnie w końcu ściągnęli do „Wyborczej”, a potem żeby Znak zaproponował mi pierwszą umowę na książkę (itd), no ale to jasne, że było mi to wszystko łatwiej osiągnąć niż komuś urodzonemu w PGR.

Choć, oczywiście, mogło być jeszcze fajniej. Mogłem mieć takich naprawdę dzianych, ustosunkowanych rodziców, co to by mi załatwili zagraniczne stypendium. Albo studia na uczelni, w której czesne wynosi 25 000 euro rocznie, jak w Kolegium Europejskim w Natolinie.

Niczym komiksowy Richard, Rafał Trzaskowski konsekwentnie twierdzi, że wszystko zawdzięcza własnej pracy, równocześnie jednak mimochodem dodając wstawki o uprzywilejowanych przodkach i kosztownym wykształceniu. Wychodzi z tego nieintencjonalny komizm, z którego chichra się mój bąbelek na fejsie.

Wojciech Engelking na portalu podjął się próby obrony. I wyszło mu jeszcze śmieszniej.

„Kandydat PO na prezydenta Warszawy spełnia wszelkie wymagania, jakie bym postawił komuś, z kim miałbym ochotę zjeść kolację” - tak podsumowuje wywody Trzaskowskiego o studiach na Kolegium Europejskim w Natolinie, Rembrandcie i Morinie.

To jeden z moich największych lęków, gdy mnie zapraszają na Elegancką Kolację. Że mnie posadzą obok kogoś, kto by cały wieczór ględził o swojej elitarnej elitarności. Brrr!

Blur miał o tym piosenkę. „I met him in a crowded room / Where people go to drink away their gloom / He sat me down and so began / The story of a charmless man / Educated the expensive way / He knows his claret from his beaujolais (...) He thinks his educated heirs / Those family shares / Will protect him / That we'll respect him...”

Engelking myli się podwójnie, zarzucając „młodej inteligencji”, że „nienawidzi inteligenckości”, której uosobieniem rzekomo ma być elitaryzm Trzaskowskiego. Przede wszystkim podstawowym elementem etosu inteligencji jest świadomość własnego uprzywilejowania i chęć odwdzięczenia się za to społeczeństwu.

Natrzaskano o tym sporo esejów. Mencwel! Jedlicki! Cywiński! Wolicki! Michnik! Część z tych esejów była dosyć głośna.

Swoją oryginalną interpretacją „wsobnego elitaryzmu jako inteligenckości” Engelking pokazuje, że ich nie czytał. Streszczę mu, jak gdzieś nas kiedyś posadzą obok siebie.

Drugi błąd dotyczy zarzutu stawianego elitom. Nie, nie chodzi - jak twierdzi Engelking - o to, żeby przepraszały za pochodzenie.

Chodzi o to, żeby potrafiły przyznać, że nie wszystko zawdzięczają swojej ciężkiej pracy. Że sporo wygrały na loterii bocianiej. Ja to potrafię przyznać, choć wygrałem znacznie mniej, zwykłe UW, żaden tam Natolin.

Żeby nie byli jak bohater piosenki Blur, albo jak Richard z komiksu Toby’ego Morrisa. Żeby zauważyli podsuniętą im srebrną tacę. A może nawet i kelnerkę, która ich obsługuje.

Choć tu już może wymagam zbyt wiele.

środa, 04 lipca 2018
Towarzystwo Plaskiej Ziemi

W komentarzach pod notką o kandydaturze Śpiewaka pojawiła się ciekawa dygresja, która jednak zamarła razem z całą dyskusją. Kilku komentatorów, zwłaszcza niejaki Różowyguzik, domagało się uruchomienia lewicowego kanału na jutubie, atoli bowiem - jak twierdził - „wyjście z bańki na jutubie jest bardzo proste”.

Otóż nie jest nie tyle proste, co wręcz niemożliwe. Wyjaśnienie nieporozumienia wymaga ode mnie przybliżenia pewnego pojęcia z medialnego żargonu: tym pojęciem jest „ruch natywny”.
Pojęcie pojawiło się razem z internetem, bo w klasycznych mediach nie miałoby sensu. W klasycznych mediach był niemal wyłącznie taki.

Blog pod tym względem przypomina klasyczne media. Niemal wszyscy, moi drodzy komcionauci, jesteście mym ruchem natywnym. Jesteście tu, bo chcieliście tu zajrzeć.

Ale wszyscy z pewnością choć raz dla kogoś byliście ruchem nie-natywnym. To było wtedy, kiedy mieliście otwartą jakąś stronę w przeglądarce, i nie mogliście sobie przypomnieć, skąd się na tej stronie wzięliście, przecież dobrowolnie tak sami z siebie w życiu byście w taki badziew nie kliknęli.

W ten badziew wciągnął was system rekomendacji, przekierowań, clickbaitów, mający napędzać komuś odsłony. Otóż wracając do youtube’a: bez tego systemu nie zrobi się tam kariery. Ruch natywny tam z kolei jest mniejszością.

Legendarny sukces filmu z psem przebierającym S.A. Wardęgę za pająka nie wziął się przecież z ruchu natywnego, tj. z tego, że akurat nagle internauci masowo wpisali do wyszukiwarki „filmy o przebranych pająkach”. Wziął się z tego, że Youtube masowo polecił ten film w swoich rekomendacjach. Więc ludzie bezmyślnie kliknęli, bo przecież na tym polega tak zwana wolność w internecie, że internauci posłusznie klikają na rozkaz cyberkorpów.

Żeby zrobić jutubową karierę, trzeba być lubianym przez algorytm rekomendacji. Ale kogo on lubi?
Serwis żyjący z reklam chce jak najdłużej przytrzymać przy sobie odbiorców, bo wtedy najwięcej zarobi na sprzedawaniu ich uwagi. W medialnym żargonie wyrażamy to parametrem „bounce rate” (szybkość odchodzenia odbiorców).

Jeśli w Youtubie odkryjesz teorię spiskową, zgodnie z którą „oni” ukrywają „prawdę” na temat płaskiej ziemi, imperium lechickiego, chemtrailsów, kontrolowanego wyburzenia WTC, szczepionek wywołujacych autyzm, trotylu na tupolewie - zarwiesz całą noc. Dlatego rekomendacje promują treści tego typu.

Guillaume Chaslot, informatyk, który sam pracował nad tym algorytmem, przeprowadził serię eksperymentów, mających ujawnić opinii publicznej, jak działa Youtube. Zadawał serwisowi pytania typu „czy ziemia jest płaska”, „czy papież jest antychrystem” albo „czy pizzagate to prawda”. Youtube w odpowiedzi rekomenduje filmy promujące odpowiedź twierdzącą.

Youtube ma w tej chwili potężny bias „prospiskowy”. Szanse ma tam tylko lewica równie pieprznięta, jak nasza prawica smoleńska - w dużym stopniu za sprawą YT, w USA spora część lewicy wierzy w „kontrolowane wyburzenie WTC”.

To działa tak: jeśli ten serwis wie, że nie lubisz Busha (Komorowskiego), zakłada, że dasz się nabrać na dowolną bzdurę przedstawiającą Busha (Komorowskiego) w złym świetle. A choćby i w fantasmagorie o kontrolowanym wyburzeniu (niebezpiecznych związkach z WSI).

Znając historię wyszukiwań czy treść poczty z Gmaila (Google twierdzi, że tego nie łączy - nie wierzę im, bo wierzę tylko w to, co można zweryfikować), zna też słabe punkty. Każdemu z nas potrafi wcisnąć jakąś bzdurę.

Oni sami są przerażeni mechanizmem, który wykreowali. Większość Krzemowej Doliny była za Clinton, widać to choćby po ich datkach. Ale w pogoni za optymalizacją „bounce rate”, zbudowali machinę, która zapewniła zwycięstwo Trumpowi (a także Brexitowi i Dudzie).

Cały czas zmieniają te algorytmy, by eliminować chłam z polecanek. W lutym 2018 S. A. Wardęga płakał, że padł ofiarą zmian, już go Youtube nie rekomenduje. Groził zakończeniem kariery (obiecanki cacanki).

Może kiedyś zmienią je tak, że teza „ziemia jest płaska” przegra z tezą „ziemia jest okrągła”. Wtedy, owszem, będzie można promować lewicowy zdrowy rozsądek na Youtube.

Dziś jednak człowiek ma taki wybór. Albo napisze, czym naprawdę jest tak zwana „ustawa 447”, którą straszą promowani przez YT zawodowi kłamcy - a wtedy będzie to samotny głos na niszowym blogasku. Albo dołączy do Towarzystwa Płaskiej Ziemi.