Ekskursje w dyskursie
piątek, 16 marca 2018
Drodzy pisowcy (2018)

Ja znów tylko do części z Was - tej części, która nie wierzy ślepo rządowej propagandzie. W tej samej sprawie co w zeszłym roku: sądów.

Z nasłuchów propagandy wnioskuję, że na razie kwestię decyzji irlandzkiego sądu rozgrywa w tradycyjny sposób, skupiając się na osobie sędzi. Aileen Donnelly z irlandzkiego Sądu Najwyższego dołączyła tym samym do coraz dłuższej listy Europejek i Europejczyków, którzy nie rozumieją reform ministra Ziobro.

Zazwyczaj idzie za tym atak personalny pod adresem konkretnego sędziego, europosła czy unijnego komisarza. Że lesbijka. Że alkoholik. Że dostał mało głosów. Że w jego kraju są jeszcze większe afery i niech się nimi najpierw zajmie (itd.).

Przypuszczam, że część z Was do jakiegoś momentu wierzyła tej propagandzie. W grudniu 2017 było widać u niektórych szczerą nadzieję, że Morawiecki to świetny kandydat na premiera, bo zna angielski i on im to wreszcie wytłumaczy ich językiem.

No ale ta najinteligentniejsza część z Was, do których kieruję ten list, już musi widzieć, że to nie działa. Jedynym skutkiem takich ataków jest to, że lista wrogów „dobrej zmiany” poszerza się np. o całe stowarzyszenie sędziów Irlandii.

Nie chcę w tej chwili wnikać w to, jak bardzo polskie sądy potrzebują (lub nie potrzebują) pilnych reform. Mi też się nie wszystkie wyroki podobają (acz rozsądek mówi mi, że wszystkie wyroki podobałyby mi się tylko gdybym był dyktatorem).

Zupełnie niezależnie od tego - musicie chyba widzieć, że Polska ma problem. Jest wysoce prawdopodobne, że w innych krajach Europy i Ameryki będą teraz zapadać podobne wyroki.

To nasz wspólny problem, bo to czyni z Polski raj dla przestępców. Wystarczy, że uciekną do USA albo do Unii (a prawopodobnie wystarczy też, że się odwołają do Strasburga) i tamtejszy sąd uzna ich linię obrony, że w Polsce nie mogą liczyć na uczciwy proces.

Polska kontrargumentacja, że „słuchajcie, przecież wiadomo, że to handlarz narkotyków, wydajcie go nam”, nie zadziała. Cywilizowane sądy nie wydają wyroków na zasadzie „przecież wiadomo”. Tak to Tusk próbował wojować ze Staruchem, też bez powodzenia.

Personalne ataki nie pomogą. Nawet jeśli rządowi propagandyści ogłoszą, że źródłem problemu jest lesbijska alkoholiczka, która powinna się zająć korupcją w swoim kraju, problem nie zrobi się od tego mniejszy (raczej zrobi się większy, bo taka postawa polskich władz i rządowych mediów nie służy budowaniu dobrego obrazu Polski na Zachodzie).

Źródło problemu jest bardzo proste i już Wam o tym pisałem. Nie ja jeden, rzecz jasna. W każdym razie, parę mądrych osób przewidziało, że to się tak skończy, a wy nie chcieliście wierzyć, bo wam propaganda wmówiła, że wystarczy, że Morawiecki to im wyjaśni po angielsku i styknie. Czas wyciągnąć wnioski.

Otóż niezależnie od języka, w każdym cywilizowanym kraju wygląda to tak samo. Sędzia musi być niezależny i od władzy, i od prokuratury.

W Stanach wystarczy wskazać, że przysięgłych coś łączy z prokuratorem (choćby pokrewieństwo) i już odpadają ze składu. Tak, wiem, nie jesteśmy w Stanach, nie mamy przysięgłych, ale zasada jest ta sama.

Nie może być tak, że Ziobro przejmuje ręczne sterowanie prokuraturą i jednocześnie wybiera KRS. Samo wskazanie związków nowych członków KRS z Ziobrą wystarczy, żeby dla zachodnich sędziów wyroki polskich sądów stały się świstkiem papieru.

Rząd zazwyczaj tłumaczy się tak, że „wiele rozwiązań wprowadzanych w Polsce co do sposobu wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa z powodzeniem od lat funkcjonuje w krajach Europy Zachodniej” (dosłowny cytat z wywiadu wiceministra Warchoła dla prorządowego serwisu wpotylice.pl).

Nikt nie przeczy temu, że „wiele”. Istotna jest kombinacja wszystkich elementów.

W żadnym cywilizowanym kraju nie może być tak, że rządzące ugrupowanie arbitralnie posyła sędziów na emeryturę i zastępuje ich swoimi nominatami. W żadnym nie może być tak, że ten sam facet rządzi prokuraturą, a jego współpracownicy sądami. W żadnym nie może być tak, że parlament sam sobie wybiera trybunał oceniający konstytucyjność jego działań.

Nawet jeśli w jakimś kraju mamy wręczanie nominacji przez ministra, to okazuje się, że wybiera ich ktoś inny. Albo że są dożywotnio nieodwoływalni - itd.

To się może wam nie podobać, drodzy pisowcy, ale USA i Unia po prostu uznają tylko takie sądownictwo. I choćby wasze argumenty swoją przepiękną angielszczyzną wyrecytował im Stephen Fry, nie przekonacie ich.

Wpakowaliście Polskę w poważne tarapaty. Co zamierzacie z tym zrobić?

piątek, 02 marca 2018
Czytajcie Gdulę!

Polecam „Nowy autorytaryzm” PT Komcionautom nawet nie dlatego, że to dobra książka per se, tylko dlatego, że wypada mieć na jej temat zdanie. A ja mam dodatkowo ten problem, że od dawna w kilku kwestiach mówię to samo, co Gdula - więc PT Komcionautów będę prosił o skorygowanie nieuchronnego w takich sytuacjach błędu poznawczego (confirmation bias).

Zacznę od czepialstwa. Książka to pojęcie na wyrost, tu nie ma nawet 100 stron. Rzekłbym - broszura. A i tak dwa rozdziały są zrecyklowane z wcześniejszych publikacji.

Nadawanie temu numeru ISBN po prostu obraża moje uczucia religijne jako zawodowego stukacza w literki. Ale też rozumiem, że Gdula zawodowo publikuje co innego, gdzie indziej.

To, co napisałem powyżej, jest szalenie drobnomieszczańskie. I co za tym idzie, płynnie przejdę już do zgadzania się z Gdulą.

Nie da się czytać mojego bloga bez zauważenia, że „od zawsze” uważam siebie za przedstawiciela średniej klasy średniej. W praktyce nie pamiętam od kiedy, chyba od połowy lat 90., bo dużo wtedy czytałem Orwella, a to jeden z klasyków tego tematu.

Z licznych kometarzy na swoim blogu pamiętam, że jeszcze jakieś 10 lat temu wielu ludzi nie rozumiało tego pojęcia. Interpretowano je jako „ludzie o średnich zarobkach” albo pytano o dochodowe widełki.

Teraz tego jakby mniej. Wydaje mi się, że większość moich PT komcionautów oswoiła się przede wszystkim z tym, że podział klasowy nie pokrywa się z kwantylami dochodowymi („niższa klasa średnia” zarabia mniej od „arystokracji robotniczej” i to nie jest zjawisko nowe czy nietypowe).

Gdula zdaje się również prowadzić coś w rodzaju publicystycznej kampanii uświadomiania klasie średniej, że nią jest. Szydzi (trafnie) z naiwnego, dżinsowego egalitaryzmu, że skoro wszyscy chodzimy w takich samych dżinsach, to nie ma między nami większych różnic.

Fundamentem polskiego konserwatywnego neoliberalizmu było wmawianie klasie średniej (przez wiele lat zdumiewająco skuteczne), że stanowi jedność z klasą wyższą. Niektórzy publicyści do dziś posługują się dychotomią „beneficjenci transformacji” / „osoby wykluczone ekonomicznie”.

Zawsze zwalczałem tę dychotomię. Świadczy o tym kilkanaście lat archiwów wpisów na tym blogu. Beneficjentów i poszkodowanych transformacją znajdziemy na każdym piętrze drabiny społecznej.

W notce „Sprzysiężenie Katyliny” z 2016 pisałem, że historycznie ustrojom republikańskim najlepiej robił sojusz klasy średniej z niższą przeciwko klasie wyższej - a pojawienie się sojuszu wyższej z średnią lub wyższej z niższą oznaczało koniec republiki.

Ładnie to można pokazać na przykładzie braci Grakhów i upadku republiki rzymskiej, ale także upadku republiki weimarskiej (gdy zmęczone chaosem niemieckie drobnomieszczańswo zaczęło popierać kamarylę Hindenburga, a w konsekwencji Hitlera) czy francuskiej II Republiki (którą wykończył najpierw antyproletariacki sojusz wyższej z średnią z czerwca 1848, a potem odwrócenie tego sojuszu w 18 brumaire’a Ludwika Napoleona).

Diagnoza Gduli - jeśli dobrze ją streszczam - pokrywa się z moją (a więc dlatego obawiam się confirmation bias). Ta dychotomia od początku była kłamstwem i ostatni kryzys demokracji bierze się z tego, że nagle znaczna część społeczeństwa przestała wierzyć w oficjalny, mainstreamowy opis społeczeństwa.

Z jednej strony mamy wkurzoną klasę średnią („skoro jesteśmy beneficjentami transformacji, to gdzie te beneficja?”). Z drugiej klasę ludową, zręcznie podszczuwaną na na klasę średnią („patrzcie: to elity!”), przez prawdziwe elity.

Droga wyjścia z glątwy prowadzi przez rozbudzanie w klasie średniej świadomości klasowej (tak rozumiem propozycję Gduli). Interesujące, że w portalowej dyskusji na temat jego artykułów o Miastku, większość polityków zdaje się akceptować ten postulat (od Zandberga po Lubnauer, wszyscy już mówią językiem trójpodziału).

Jest jeden wyjątek: pisowskiego Śniadka. Bo faktycznie, teraz już tylko PiS dalej jedzie tym kłamstwem. Zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy propagandyści bronią szastających służbowymi kartami kredytowymi ministrów... przed „atakami elit”.

Ale jeśli zabrać PiS-owi to kłamstwo, co im zostanie? Nic, poza przyznaniem, że od początku chodziło im tylko o „teraz, k..., my!”. Może więc tutaj widać jakiś malutki promyczek nadziei?