Ekskursje w dyskursie
środa, 06 września 2006
Najfajniejsze w internecie
W internecie najfajniejsze jest to, co kompletnie nie ma sensu. Dokonałem tego epokowego odkrycia lata temu, gdy stawiałem w sieci swoje pierwsze kroki, jeszcze w kultowej piwnicy Maszkowskiego (nie było wtedy jeszcze nawet telefonicznego dostępu tepsy). Zobaczyłem wtedy stronę-objawienie, która na długo miała wyznaczyć moje sieciowe zainteresowania. Była to galeria najbardziej obrzydliwych rzeczy, jakie autor znalazł w swojej lodówce.
Dziś pewnie gościu robiłby o tym bloga, wtedy zaś robił statyczną galerię ze skanami polaroidów (szał na cyfrówki też miał się dopiero zacząć). Tej strony już chyba nie ma, ale wyguglałem przynajmniej notkę o konkursie na najbardziej zasyfioną lodówkę, ponoć ogłoszonym przez Whirlpoola, ale też jeszcze w zeszłym stuleciu. Co jest, w XXI wieku wszyscy tak dbają o lodówki?
Inspiracją do tej notki jest zaś blog poświęcony zdjęciom ludzi skaczącym po hotelowych łóżkach. Wirusowo obiegł inne blogi - cóż, przyłączę się do propagowania, bo właśnie takie rzeczy najbardziej lubię oglądać.
Ponadczasowym klasykiem w tej kategorii jest IMO cryingwhileeating - serwis zawierający zdjęcia ludzi, którzy płączą jedząc lub jedzą płacząc. Serwis powstał jako odprysk konkursu na wypromowanie strony o niczym. To był mój faworyt, niestety wygrała jakaś nudna strona o majtkach z GPS-em. Fejkowych, rzecz jasna. I tak to jest z tą promocją, najłatwiej wypromować towar, który nie dość że nie ma sensu, to jeszcze nie ma go w ogóle.
wtorek, 05 września 2006
Prawicowe podniety
Ideowi pobratymcy Giertycha w Niemczech zaczęli wydawać pismo dla młodzieży wszechniemieckiej pod tytułem „Objektiv”. Pod hasłem „Deutsch ist geil” zamieścili w nim zdjęcie atrakcyjnej blondynki, mającej dowodzić swą krótką spódniczką, że jest za co kochać Ojczyznę. Okazuje się jednak, że rzekoma Niemka jest czeską modelką erotyczną, a młodzież wszechniemiecka po prostu spiraciła jej zdjęcia z Internetu. Sprawę wygrzebał serwis spreeblick.com.
W sumie nic w tym dziwnego - nacjonaliści wzięli po prostu to co mieli pod ręką, a wiadomo że ksenofoba podświadomie najbardziej podnieca to, co werbalnie zwalcza. Na komputerach naszych wszechpolaków pewnie też znaleźlibyśmy niejeden plik typu steinbach.jpg. Który przypadkiem znajdzie się w końcu na wszechpolskim plakacie przedstawiającym działaczki Rodziny Radia Maryja :-)
poniedziałek, 04 września 2006
Byle do wakacji!
Brrr, pierwszy dzień szkoły. Sam nie chodzę, ale zawożę dzieci - a to wystarczy bym zaczął marzyć o wakacjach. Stąd dziś speszial ediszyn bloga - wakacyjne marzenia!

Numer jeden to oczywiście Fhloston, turystyczny raj z filmu Luca Bessona „Piąty element”. Planeta niemal całkowicie pokryta błękitnym, czystym oceanem, ale z rozrzuconymi tu i ówdzie sympatycznymi piaszczystymi wysepkami. Dla zapewnienia odpowiedniej jakości usług - ściśle limitowana jest liczba turystów.
Turyści przybywają na pokładzie luksusowego statku kosmicznego „Fhloston Paradise”, z dwunastoma basenami, luksusowymi apartamentami i koncertem Divy Plavalaguny. Jeśli ktoś zna lepsze wakacje, jakie kiedykolwiek pokazano w kinie fantastycznym (lub nie), niechaj pierwszy rzuci komentarzem.

Numer dwa to Overlook Hotel z „Lśnienia” - nie ma to, jak dzika, górska przyroda, którą się ogląda z balkonu luksusowego hotelu. Że tam straszy? No trudno, pięciogwiazdkowy hotel musi mieć jakieś szkielety w szafach, przecież i tak w każdym drinku będzie kropelka krwi proletariatu (doskonale komponująca się z oliwką).

Numer trzy to plaża w meksykańskim stanie Oaxaca, do której trafiają bohaterowie przeprzeprzegenialnego filmu „I twoją matkę też” Alfonso Cuarona. Tej plaży tak naprawdę nie ma - bohaterowie wymyślili ją próbując poderwać pewną tajemniczą kobietę. To miała być taka sobie gadka szmatka, bo przecież nie liczyli na sukces, ale gdy owa dama powiedziała „dobrze, zabierzcie mnie tam” - zaczął się kłopot :-). Plaża w końcu jakimś cudem się znalazła, jak widać na załączonym obrazku, ale zdecydowanie nie był to koniec problemów.
Marzenie o wakacjach w Meksyku byłoby chyba stosunkowo najprostsze do zrealizowania. Zewnętrzne zdjęcia hotelu Overlook kręcono w hotelu Timberline w stanie Oregon, gdzie może kiedyś też dowieją mnie jakieś przyjazne wiatry? Wnętrza kręcono zaś tam gdzie kręcono planetę Fhloston, w angielskim studiu Pinewood. Załapałem się tam kiedyś na wycieczkę dla dziennikarzy, więc przynajmniej część wakacyjnych marzeń mam odfajkowaną :-)
niedziela, 03 września 2006
Pospieszalski? Nie, dziękuję.
W najnowszej „Świątecznej” świetny jak zawsze tekst Kingi Dunin „Pospieszalski nie rozmawia”. Nie ma go chyba online, toteż polecam wersję papierową. Kinga inteligentnie demonstruje manipulację programu „Warto rozmawiać”, który tyle ma wspólnego z uczciwą debatą co konferencje prasowe ministra Urbana.
Do mnie Pospieszalski dzwonił dwa razy namawiając mnie na udział. Za każdym razem uprzejmie acz stanowczo przekierowywałem propozycję na dev/null. Raz to miała być dyskusja o przemocy w grach komputerowych, innym razem o „Kodzie Leonarda Da Vinci”.
Mogę oczywiście na te tematy rozmawiać na neutralnym gruncie (dzień wcześniej zresztą o „Kodzie” dyskutowałem w TVP Kultura), ale wystąpić u Pospieszalskiego to jakby grać w pokera na pieniądze z notorycznym szulerem. Mógłbym przecież mieć dowolne argumenty, ale on je skonfrontuje z chlipiącą babuliną, której wnusio zszedł na złą drogę za sprawą przemocy w „Sokobanie” i se pogadamy.
Mam nadzieję, że w miarę postępu budowy IV Rzeczpospolitej Pospieszalski tracić będzie potrzebę listka figowego w postaci zapraszania osób ośmielających się mieć inne poglądy i w jego programie już tylko narodowo-konserwatywni katolicy będą rozmawiać z konserwatywno-katolickimi nacjonalistami. I fajnie - przynajmniej nikogo nie będzie oszukiwać.
sobota, 02 września 2006
Those Were the Days
O nostalgio! Wpadła mi niedawno w ręce książka Rafała Chwedoruka „Socjaliści z Solidarności w latach 1989-1993”, w której autor rekonstruuje próby stworzenia w Polsce postsolidarnościowej lewicy. Próby, jak wiadomo, nieudane - co prywatnie uważam za praprzyczynę otaczającej nas ogólnej syfiastości. Myślę, że jednym z powodów dla których Czechy - w odrożnieniu od Polski - są dziś normalnym krajem jest właśnie to, że tam dominującą rolę na lewicy odgrywa partia nawiązująca do przedwojennych tradycji, zaś (post)komuniści stanowią najwyżej pikantną przystawkę do głównego dania.
Dlaczego nam się to nie udało? Piszę „nam”, bo obaj z Autorem tej zacnej księgi spędziliśmy naszą studencko-idealistyczną młodość właśnie na próbach budowy nie-postkomunistycznej lewicy w Polsce. Autor unika udzielenia jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, może dlatego, że jej istotnym członem musi być konstatacja „bo takie z nas ciężkie pierdoły, niestety”.
Były też jednak inne przyczyny. W odróżnieniu od Czech, u nas jeszcze w 1989 roku pojawiło się utożsamienie pojęć „lewicowy” i „postkomunistyczny”. To utożsamienie było bardzo na rękę trzem ośrodkom politycznym.
Po pierwsze - prawicy, która cieszyła się krótkowzroczną korzyścią jaką daje kojarzenie oponentów z upadającym ustrojem. Do dzisiaj zresztą idiotyczna konstrukcja „jesteś zwolennikiem feminizmu? To znaczy, że odpowiadasz za Gułag, bo jedno i drugie to dzieło lewicy!” ma się świetnie w naszym prawicowym dyskursie.
W ten sposób polska prawica zrobiła prezent postkomunistom - bo to był drugi obóz zyskujący na tym utożsamieniu. O ileż wygodniej postkomunistom było mówić o sobie per „my lewica” niż „my obrońcy ekonomicznych interesów uwłaszczonej nomenklatury”!
Trzecim obozem byli zaś wreszcie ci, którym wprawdzie bliski był model państwa świeckiego i opiekuńczego, ale zamiast używać niepopularnego słowa „lewica” woleli mgławicowe koncepty „ruchu obywatelskiego” sytuującego się „na Zachód od Centrum”.
Pierwsze sondaże w 3RP pokazywały, że Polacy nie lubią słowa „partia”, za to przemawia do nich „ruch obywatelski” - a pierwsze wolne wybory, czyli samorządowe z roku 1990, zdawały się taki scenariusz potwierdzać. Płynęła stąd pokusa, by zamiast o skromne trzydzieści procent głosów należnych normalnej centrolewicowej partii, zawalczyć o osiemdziesiąt procent zgarnianych przez Apolityczny Ruch Obywatelski.
Skończyło się to, jak dziś wiemy, fatalnie. Na kolejnych wirażach w prawo z Apolitycznego Ruchu wypadali kolejni politycy o lewicowej tożsamości - ale robili to zawsze pojedynczo, nigdy nie stworzyli więc jednego wyrazistego ugrupowania, tylko jak kamień w wodę znikali gdzieś w Unii Pracy czy SLD. Gdyby paręnaście lat temu powstała postsolidarnościowa centrolewicowa partia, moglibyśmy mieć dzisiaj scenę polityczną taką jak Czechy. A nie taką jak Bolanda.

piątek, 01 września 2006
Co to jest polityka?
Konstruktor Trurl zbudował kiedyś maszynę, która mogła robić wszystko na literę N. Jego przyjaciel Klapaucjusz kazał jej zrobić Naukę. Maszyna wyprodukowała tłum ludzi kłócących się ze sobą, zapisujących papierzyska, od czasu do czasu powodujących też jakieś eksplozje czy pomniejsze kataklizmy. Klapaucjusz nie był z tego zadowolony bo uważał, że Nauka to zupełnie coś innego, ale nie umiał powiedzieć co.
Gdyby Trurl zrobił maszynę robiącą wszystko na literę P, Klapaucjusz mógłby ją poprosić o Praptaka... i Politykę. Jak by sobie poradziła z tym pierwszym, nie wiem. Ale z tym drugim mogę sobie wyobrazić na podstawie albumu fotografika Tima Davisa „My Life in Politics”.
Davisa nie interesują wyrażane w polityce Głębokie Treści. Fotografuje cechy uboczne - sztaby wyborcze, demonstrantów, wyblakłe plakaty, przecenione znaczki. Bawią go paradoksy, takie jak "Seven Entertainers" („siedmiu gości od rozrywki” - postacie polityków razem z bohaterami popkultury takimi jak Xena czy Dr. Evil). Chętnie zwraca uwagę na postacie charakterystyczne dla różnych obozów, takie jak „Madonna lewicy” albo (niestety nie ma online, ale jest w książce) trzech palantów demonstrujących poparcie dla Busha.
Można oczywiście narzekać jak Praptak, że to łatwe i bezproduktywne, ale można też zastanowić się, czy przypadkiem maszyna Trurla nie miałaby racji. Może polityka to właśnie nie jest treść tylko forma? Sposób mówienia, wykształcenie, ortografia, oczytanie w literaturze, osłuchanie w muzyce, ciuchy, fryzura, nakrycie głowy?
Może to, że w jakimś obozie politycznym częściej niż w innych występują np. osoby mające zasadnicze problemy z ortografią i klarownym wyłożeniem swoich myśli (co niemal zawsze zdradza po prostu niski poziom oczytania), mówi coś bardzo istotnego na temat tego obozu? I „bezproduktywne” będzie właśnie skupianie się na treści wtedy, gdy tak ciekawy trop podsuwa nam forma?

czwartek, 31 sierpnia 2006
Currently playing (4)
Co jak co, ale mieszać to my potrafimy. Produkcje didżejskiego duetu El Barto & Liam B trzymają zacny światowy poziom i nie musimy się za nie wstydzić tak jak za żenady z Eurowizji. Polecam z ich dorobku zwłaszcza znakomitego mashupa „Zapłać za to, co zrobiła twoja papuga”, składającego się głównie z „Pod papugami” Czesława Niemena i hiphopowego klasyka „Paid in Full” duetu Eric B. & Rakim.
Po ten ostatni utwór często sięgają mashupowi artyści, bo to genialna sekcja rytmiczna po prostu dla czegokolwiek. Polscy didżeje narażają się więc na porównanie z tym, jak ten sam utwór wykorzystali inni mistrzowie mieszania - choćby Party Ben, didżej-rezydent klubu Bootie w San Francisco, Mekki miłośników mashupów. On też wykorzystał „Paid in Full” tworząc sympatycznego mashupa „I Paid For My Doorbell” (drugim składnikiem jest piosenka White Stripes).
Ale właśnie to porównanie wypada zdecydowanie na korzyść Polaków. Party Ben zmieszał „Paid in Full” z utworem White Stripes, dostając utwór zabawny, miły w słuchaniu... ale to już wszystko. El Barto i Liam B nałożyli tymczasem tę sekcję rytmiczną na „Pod Papugami” Niemena, zyskując coś więcej niż tylko zabawną mieszankę.
Wyszedł utwór z jednej strony bardzo nowoczesny, z drugiej zaś sięgający głęboko w kulturowe korzenie. Zmysłowy głos Niemena śpiewającego o kolorowej słodyczy w szkle (przed dziewczętami zresztą) przypomina, jak stare jest marzenie o Doskonałej Knajpie. Wsamplowany głos spikera ze stalinowskiej kroniki filmowej potępiającej wystawę sztuki nowoczesnej („Popatrzcie, do jakiego zwyrodnienia doszły te dzieła artystów!”) pokazuje zaś jak stare jest pragnienie, by zabronić ludziom się bawić.
Wszystko razem przypomina więc, że w naszym dzisiejszym Kulturkampfie gramy wciąż te same role, „zwolenników zabawy” i „zwolenników czystości ideowo-moralnej”. Między PRL a Rzeczpospolitymi o różnych numerkach zmieniają się tylko dekoracje.
środa, 30 sierpnia 2006
Konserwatywne zombiaki
W „Heraldzie” ciekawy artykuł o holenderskiej polityce wobec lekkich narkotyków (sorki, linka nie będzie bo Herald chyba nie ma wszystkich tekstów online; jakby ktoś próbował guglać, autor John Thierney, numer z 29 sierpnia). Badania są jednoznaczne - mimo swobodnej dostępności marihuany, w Holandii zażywa jej mniejszy odsetek populacji niż w USA. Co więcej, mniejsze jest ryzyko, że ktoś, kto raz spróbował popadnie w uzależnienie.
Autor ironicznie przypomina prognozy amerykańskich polityków twierdzących, że przekształci to Holandię w „kraj uzależnionych zombie”. Liberalna polityka trwa już tam tak długo, że powinna już wyrosnąć cała generacja zombiaków - tymczasem jedynym ubocznym skutkiem jest kwitnąca marihuanowa turystyka. W coffee shopach przesiadują głównie turyści, nie holenderskie nastolatki. Zyskuje fiskus, zyskuje przemysł turystyczny, traci mafia, która nie zarobi na nielegalnym towarze.
Administracja Busha wprowadziła tymczasem politykę kompletnej paranoi (zakazane jest nawet używanie marihuany jako leku tam, gdzie to jest medycznie uzasadnione). Trudno o lepszą ilustrację tego, jak bezsensowne są konserwatywne zakazy. Konserwatyście w gruncie rzeczy wcale nie zależy na tym, żeby skutecznie walczyć z narkomanią (albo, z innej beczki, ograniczać liczbę dokonywanych aborcji czy rozwodów). Do szczęścia wystarczy mu sam zakaz. Mafia narkotykowa powinna zawsze głosować na tych, którzy propounują zakazy i zaostrzenia - „to co nielegalne jest bardziej opłacalne”.

poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Pan Edward walczy o IV RP
To wstyd, ale dopiero teraz w youtube obejrzałem występ Pana Edwarda. Materiał jest tak genialny, że warto go przypominać - nie ma chyba lepszego podsumowania tego, jak wygląda rozmowa z kaczystą. Dodatkowym smaczkiem jest końcowa uwaga prowadzącego, porównującego Pana Edwarda do nakręconej kataryny :-)
niedziela, 27 sierpnia 2006
Oh, those Russians!
"Jak już zauważyliśmy, Rasputin nie jest najbardziej oczywistym tematem na dyskotekową piosenkę (...) Można by o tym dysonansie pisać całe doktoraty, ale podsumujmy to na użytek tego tekstu jako OMGWTFLOL (...) Ale najdziwniejszy moment nadchodzi pośrodku piosenki, kiedy bez uprzedzenia podkład odlatuje w Morricone’a, wyłazi jakiś narąbany facet i oznajmia głosem Waltera Cronkite: But when his drinking and his lusting and his hunger for power became known to more and more people, the demands to do something about this outrageous man became louder and louder!”
Już nie pamiętam, za czym guglałem gdy się dokopałem do eseju jakiegoś dżentelmena na temat dyskotekowej klasyki - „Rasputina” Boney M. Dżentelmen myli się w wielu punktach - to nie był zespół belgijski tylko niemiecki; to co on bierze za bałałajkę jest w rzeczywistości turecką gitarą nazywającą się bodajże saz; Cronkite pisał się przez C.
Generalnie jednak facet ma rację - to jest jeden z najdziwniejszych kawałków dyskotekowych. Gdyby zwrócił uwagę na problem sazu/bałałajki zauważyłby kolejny paraodks - to, co w tym utworze większość słuchaczy bezrefleksyjnie do dzisiaj bierze za wstawki z rosyjskiej muzyki ludowej, jest tak naprawdę turecką muzyką ludową, do której bardziej od kazaczoka pasowałby taniec brzucha.
Speaking of which: dla mnie pijacka imitacja Cronkite’a to i drobiazg wobec fragmentu tekstu tej piosenki, od ćwierćwiecza gwarantującego uśmiech na mojej twarzy: „but the kazatschok he danced really wunderbar”. OMGWTFLOL indeed.
Proszę łaskawie zauważyć, że nie opisałem tej notki jako kolejny odcinek cyklu „Currently Playing” - jeszcze sierpień, a ja takie rzeczy w zasadzie puszczam tylko w sylwestra i to kiedy Nowy Rok liczy sobie już jakieś parę godzin. Z moich skromnych doświadczeń didżeja-amatora wynika, że nic tak nie zapełnia densflora pijanymi trzydziestoparolatkami o trzeciej w nocy jak Boney M. No, może tylko Sex Pistols.
sobota, 26 sierpnia 2006
"Myslalem, ze to turysta"
Karol G. skazany za napad na naczelnego rabina Polski tłumaczył się tym, że wziął go za amerykańskiego turystę, a „część diaspory podważa dobre imię Polski, sugerując rasizm”. A on przecież, jak zapewniał, nie jest rasistą. Nie, w ogóle nim nie jest, on po prostu nienawidzi Żydów za to, że ośmielają się sugerować, że on nienawidzi Żydów.
Ta urocza konstrukcja myślowa obecna jest w wypowiedziach wielu antysemickich świrów choćby na tutejszych portalowych forach - ileż mamy tu tekstów typu „rzydzi do gazu za to rze oskarrzajom polskiem o antysmityzm”. Jest w tym jakaś pociecha - współczesny antysemita, homofob czy szowinista przynajmniej wstydzi się swojej postawy i wymyśla dla niej takie absurdalne usprawiedliwienia. Lepiej żeby takich świrów nie było w ogóle, ale przecież kilkadziesiąt lat temu działali całkiem bezwstydnie. Zawsze to jakiś postęp - wszak hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie.
piątek, 25 sierpnia 2006
Arnold w areszcie
Furda tam wygłupy Macierewicza! Dla weteranów usenetowych wojen flejmowych wiadomością tygodnia jest aresztowanie Arnolda B., wrocławskiego biznesmena, który w sieci występował pod pseudonimami będącymi nazwami jego kolejnych firm (m.in. Astec SA).
Przyznam ze wstydem, że parokrotnie sam się dałem wciągnąć Arnoldowi w dyskusję na grupie pl.rec.film - m.in. zaskoczony jego deklaracją, jakoby kręcenie filmów w stylu skandynawskiej „Dogmy” było technicznie niemożliwe, próbowałem nieśmiało powiedzieć, że te filmy jednak istnieją (Arnold ich nie oglądał, ale wiedział, że to niemożliwe).
Dozgonną sławę Arnold zyskał jednak rozpętując w 2000 roku najbardziej idiotyczny flame-war w dziejach polskiego Usenetu.
Zaczęło się od tego, że ktoś zrobił mu ordynarny dowcip publikując rzekome „przeprosiny Arnolda”, w których jako Arnold B. przepraszał za dotychczasową działalność internetową i usprawiedliwiał ją m.in. komplikacjami w libido. Taki post pojawił się na grupie pl.soc.seks, której Arnold był stałym bywalcem.
Zamiast sprawę przemilczeć, Arnold pojawił się na grupie pl.news.admin z żądaniem „NATYCHMIASTOWEGO skasowania” tego listu. Kiedy różni mądrzy ludzie zaczęli mu tłumaczyć niestosowność tego żądania (skasować coś z Usenetu to jak skasować coś z BitTorrenta), Arnold powołał się na ustawę o ochronie danych osobowych, zaczął straszyć swoim prawnikiem i groził, że wszyscy administratorzy Usenetu znajdą się tam, gdzie w końcu sam trafił po 6 latach.
Osiągnął w końcu efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego - zamiast ukryć tamtą obraźliwą wypowiedź, zagwarantował jej miejsce w Top Ten najsłynniejszych postów w polskim Usenecie (a propos: ktoś kiedyś układał taką listę?). Wystarczy wrzucić w groups.google zapytanie typu „Arnold przetwarzanie osobowych” by znaleźć setki odniesień na najrozmaitszych grupach i forach. Gdy ktoś porusza dziś w Usenecie temat ochrony danych osobowych, po prostu musi się pojawić Teh Obligatory Arnold Joke.
Choć Arnold się wtedy potężnie wygłupił, odegrał jednak też pozytywną rolę edukacyjną - zmusił wielu ludzi do zapoznania się z treścią ustawy choćby dla odnalezienia błędu w jego rozumowaniu. Trolle też mają swoje miejsce w ekosystemie.
czwartek, 24 sierpnia 2006
"Roze Montreux"


Starość zaczyna się w dniu, w którym po raz pierwszy zaczynasz przeszukiwać zasoby Youtube pod kątem nostalgii. Dzisiejszą notkę mogą sobie odpuścić wszyscy młodzieńcy, bowiem będzie dotyczyło kultowej pozycji dla starszych panów w moim wieku - odcinka „Movies” komediowego tria „The Goodies”. Nie wszyscy moi rówieśnicy kojarzą sam tytuł, zapamiętaliśmy to głównie jako „Róże Montreux” - peerelowska telewizja pokazała tylko ten jeden odcinek w ramach przeglądu laureatów festiwalu rozrywki telewizyjnej w Montreux.
W podobny sposób poznaliśmy wtedy pojedynczy odcinek Monty Pythona („Ministerstwo Głupich Kroków”) - dopiero ćwierć wieku później oglądając resztę. O ile mi wiadomo „The Goodies” nigdy nie mieli jednak normalnej emisji w naszej telewizji, jedyną szansą na zapoznanie się z resztą ich twórczości jest więc dwupłytowe wydanie DVD. Niestety, nie ma na nim akurat właśnie tego odcinka, tak szczególnie bliskiego memu pokoleniu, ale przynajmniej groteskowa końcowa sekwencja jest do obejrzenia w Youtube.
„The Goodies” było autorskim programem trzech komików - Graeme Gordon grał szalonego naukowca, Tim Brooke-Taylor konserwatywnego dżentelmena a Bill Oddie lewicowego kontestatora. Razem chcieli Czynić Dobro, ale że każdy z nich ciągnął w inną stronę, wychodziło to bardzo zabawnie.
W tym odcinku „The Goodies” przejmują zbankrutowane studio filmowe dla uratowania brytyjskiej kinematografii. Najpierw wyrzucają z pracy wszystkich reżyserów po obejrzeniu próbek ich najnowszych filmów („Śmierć w Bognor” Viscontiego pokazuje faceta, który przez dwie godziny chodzi po plaży, by się wreszcie wykopyrtnąć). Potem wyrzucają aktorów gdy Tim zdarł sobie gardło reżyserując przygłuchego faceta, który nie reagował na krzyk „ACTION!”. Na nic się nie zdają wynalazki Graema takie jak kieszonkowa kamera filmowa (ogromna kamera z wielkim statywem, do której trzeba po prostu mieć odpowiednią kieszeń).
Zaczynają kręcić własną produkcję - „Makbeta”, ale prorodzinnego, wolnego od przemocy i czarnej magii. Wychodzi im film „Macbeth Meets Truffaut The Wonder Dog”. Też klapa. Skłóceni The Goodies zaczynają kręcić własne filmy - Bill maluje całe studio na czarno-biało, bo chce zrobić niemą komedię („trzeba uważać, żeby nie kichnąć - nic dziwnego, że w końcu przeszli na kolor”), Graeme kręci western („to studio jest za małe na nas trzech”!) a Tim historyczny epos z Rzymianami, Mojżeszem, Przykazaniami i tym wszystkim.
Co im z tego wyszło, można zobaczyć w finałowej sekwencji...
środa, 23 sierpnia 2006
Marcinkiewicz walczy o Wartosci
Co o Polsce sobie myśli mój kolega po fachu odbierający w jakimś normalnym kraju taką oto depeszę Associated Press?

WARSAW, Poland (AP) _ A white scarf was discretely added over an artist's depiction of a mermaid with an exposed breast on a poster advertising the 2006 Miss World contest, after officials in Warsaw's conservative administration deemed it too suggestive, the artist's agent said Wednesday. (...) Tadeusz Deszkiewicz, head of Warsaw city hall's promotion bureau, told The Associated Press that there is *no doubt that Olbinski's original version was strongly erotic and we did not want to attach such aspect to the Miss World contest.* (...) Warsaw's acting mayor is former Prime Minister Kazimierz Marcinkiewicz, whose Law and Justice party espouses conservative moral values such as no sex outside marriage and strict controls on abortion.
Dezyderata i Deteriorata
Zmarł jeden z założycieli amerykańskiego pisma „National Lampoon”, które w Polsce kojarzymy głównie z serią filmów tworzonych przez jego humorystów. Pismo to symbolizuje pewien rodzaj autoironicznej satyry, który do dzisiaj nie przyjął się w naszym dyskursie publicznym. Całkiem serio broniłbym tezy, że brak zdolności do śmiania się z siebie samego jest naszym największym niedostatkiem - gdyby jakaś wróżka mogła zaszczepić w Polsce autoironię na poziomie normalnego kraju, gmachem na Wiejskiej wstrząsnęłaby salwa oczyszczającego śmiechu, po czym byłoby już jak w normalnym kraju. No co, pomarzyć jeszcze chyba wolno?
Dobrą ilustracją różnic w poziomie autoironii między nami a takim na przykład USA jest stosunek do pompatycznego wiersza „Desiderata”, który w 1927 roku napisał pewien prowincjonalny prawnik. W 1971 roku w formie melorecytacji ów poemat wykonał telewizyjny prezenter Les Crane i płyta stała się bestsellerem w kategorii „spoken word” - wszystkim przez chwilę wydawało się, że ten poemat zawiera jakąś niebywale głębinowatą głębię filozoficzną.
Ale tylko przez chwilę. „National Lampoon” odpowiedział w 1972 roku kapitalną parodią „Deteriorata”: „You are a fluke of the universe. You have no right to be here. Whether you can hear it or not, the universe is laughing behind your back (...) Avoid quiet and passive persons, unless you are in need of sleep. Rotate your tires. Know what to kiss - and when. And reflect that whatever misfortune may be your lot, it could only be worse in Milwaukee”.
Sam Les Crane przyznaje dzisiaj, że nie może słuchać oryginalnego utworu bez chichotu i że woli parodię „National Lampoon”. Dziś w Ameryce parodia jest bardziej znana od pierwowzoru. Tylko w Bolandzie zauroczenie rzekomą głębią przetrwało do XXI wieku.
Spoczywaj w pokoju, Robercie. Chociaż jako cyniczny egoista najbardziej chciałbym, żebyś zamiast tego zreinkarnował się w naszym kraju...