Ekskursje w dyskursie
piątek, 18 sierpnia 2006
Zakladki 2: Electric Boogaloo
Bawię się w to dopiero trzeci tydzień, ale już zacząłem zaglądać na cudze blogi z innym podejściem - kiedyś zaglądałem tylko gdy mnie kierował jakiś inny link, teraz już są takie, na które zaglądam regularnie po prostu by sprawdzić „co słychać”. Czas więc też chyba na uzupełnienie zakładek.
Blisko mi ideowo do bloga Meta-Krisa, ale nie powstrzymam się przed krytyczną uwagą. „Polemika z dyskursem” to rzecz z definicji niemożliwa. Dyskurs to znaki określające nasze postrzeganie świata, a więc wszelkie polemiki możliwe są tylko w ramach jednego dyskursu.
Typowy przykład konfliktu dyskursów to „aborcja” versus „mordowanie nienarodzonych”. Nie jest możliwe polemiczne wykazanie wyższości jednego dyskursu nad drugim - do tego obie strony musiałyby najpierw uzgodnić jakiś meta-dyskurs na gruncie którego toczyłaby się ta polemika; jak jednak dogadają się co do meta-dyskursu to się dogadają w ogóle, więc tak czy siak zamiast polemiki będzie konsensus.
Możliwe jest najwyżej, po pierwsze, krytyczne badanie dyskursu (na przykład poprzez urządzanie sobie w nim różnych wycieczek aka ekskursji), po drugie, kreowanie i lansowanie kontr-dyskursu, czego fantastycznie skutecznym przykładem jest ofensywa dyskursu moherowo-kaczystowskiego (bez względu na mój osobisty stosunek do tegoż, bondowski kapelusz do samej ziemi wobec skuteczności operacji).
Jako wielbiciel tracenia czasu na bezsensowne rozrywki przy komputerze oczywiście wykonałem też instrukcję z bloga Libre Examen:

1. Weź do ręki najbliższą książkę.
2. Otwórz ją na 123. stronie.
3. Znajdź piąte zdanie.
4. Opublikuj je na swoim blogu razem z tą instrukcją.
5. Nie szukaj najfajniejszej książki jaką można znaleźć. Użyj tej, która faktycznie leży najbliżej Ciebie.

W moim przypadku zdradzi to jednak tylko sekret totalnego pieprznika jaki mam w książkach, działającego jak typowy informatyczny stos (Last In First Out), gdyż owe zdanie brzmi:

BASIL: He’s drunk.

(Książką było „The Complete Fawlty Towers”, a cytat pochodzi z odcinka piątego „Gourmet Night”, premiera 17 października 1975, BBC2).
czwartek, 17 sierpnia 2006
En lecture (3)
Pisałem niedawno o renesansie muzyki do kotleta. Najfajniejsza jest jednak muzyka do sushi. Od pewnego czasu układam sobie plejlistę do Nieistniejącego Lokalu Moich Marzeń i sporo miejsca zajmują tam wykonawcy stylu zwanego Shibuya-Kei, od modnego zakątka w Tokio.
Shibuya-Kei to muzyka szokująco eklektyczna, łącząca różne tradycje zachodniego popu - przede wszystkim stare francuskie „ye-ye”, ale też właściwie wszystko co długonosi barbarzyńcy wymyślili przez ostatnie parędziesiąt lat - trochę Sinatry, trochę Kraftwerku, trochę Gilberto. Wszystko wykonane tak, że zachodniemu słuchaczowi opada szczęka ze zdumienia, bo już sam nie wie co tu jest na serio a co dla jaj.
I o to chodzi, bo przecież taka właśnie muzyka powinna rozbrzmiewać w barze piękniejszym od oczu szatana. Słuchając Shibuya-Kei wystarczy zamknąć oczy i już można się przenieść do takiego idealnego lokalu, w którym przy sąsiednim stoliku O-Ren Ishii i Sophie Fatale omawiają sprawy jakuzy, przy następnym Bill Murray pociesza Scarlett Johanssen, szef zaibatsu dobija targu umowę z szefem keiretsu, a ich kogal bawią się w kosupure.
Shibuya-Kei wymyślili Japończycy - Pizzicato Five, Fantastic Plastic Machine, Takako Minekawa, ale pod ten styl podczepiają się też Europejczycy, jak Momus, Dmitri from Paris czy Stereo Total. Zaczęło się więc od japońskiej kopii zachodniej popkultury a skończyło na zachodniej kopii japońskiej kopii (miłośnicy fantastyki, komiksu animacji znają oczywiście inne przykłady podobnych sytuacji).
Moją najnajnajnajukochańszą piosenką Shibuya-Kei jest utwór „Nikon 2” symbolizujący ten przekładaniec. Momus (właść. Nick Currie) napisał go dla Kahimi Karie, imitując piosenki pisane przez Serge Gainsbourga dla Jane Birkin, odwołując się przy tym do tego, że Karie była zawodowym fotografem i faktycznie robiła zdjęcia Gainsbourgowi. Wyszła więc szkocka imitacja japońskiej imitacji francuskiej imitacji anglosaskiego rocka, śpiewana po francusku głosem szepczącej dziewczynki - can you get better than that?
Tekst utworu jest komiczny i rozczulający - tak jak teksty klasycznych piosenek „ye-ye”, choćby „Tous Les Garcons Et Les Filles” Francoise Hardy. Opowiada o fotografce romansującej z pewnym niewiernym żigolo, która swoim Nikonem 2 utrwala wszystkie jego zdrady by kiedyś je opublikować w prasie, w ramach zemsty za swe „łzy płynące pod przyciemnianymi szkłami”. Cudo! Kelner, następne Suntory poproszę...
środa, 16 sierpnia 2006
Wczesne dedlajny Dziennika :-)
Wczesne dedlajny u naszych drogich kolegów prowadzą ich czasem do zabawnych sytuacji, w których jakąś imprezę odwołano, ale "relacja" z niej już poszła do druku. Ładnie wypunktowała to "Rzeczpospolita":

Poniedziałkowy "Dziennik" na stronach warszawskich informuje: "W Ossowie tłumy obejrzały rekonstrukcję bitwy 1920 roku". Rekonstrukcja była przekonująca, co na łamach "Dziennika" potwierdza mieszkanka Warszawy Anna J. (z dwójką synów): "Dzięki takim inscenizacjom możemy pokazywać naszym dzieciom, jak to było. To taka aktywna i widowiskowa lekcja historii".

I fajnie, tyle że impreza się jednak nie odbyła :-)
Ze Germans



Serial „Hotel Zacisze”, odcinek szósty - „The Germans”. Czy może być lepszy komentarz dla dzisiejszej polskiej polityki zagranicznej?
Basil Fawlty, właściciel hotelu, przyjmuje grupę niemieckich gości. Bardzo mu się to nie podoba, bo razem ze zdemenciałym majorem (stałym gościem hotelu), Fawlty wciąż nie może Niemcom zapomnieć drugiej wojny światowej. No ale cóż - cedzi przez zaciśnięte zęby - skoro już weszliśmy do tego europejskiego wspólnego rynku to się podporządkuje, chociaż oczywiście głosował przeciw.
W międzyczasie Basil Fawlty dostał w kuchni patelnią w łeb (stąd bandaże). Ten przykry incydent zradykalizował jego stosunek do „Ze Germans”. Gdy przyjmuje od swoich gości zamówienia, obsesyjne skojarzenia z wojną zmuszają go przekręcania nazwy każdego dania - np. „pickled herring” zamienia się „Hermanna Goeringa”. Doprowadza tym jedną z turystek do płaczu. Fawlty ma bolesną świadomość, że jak zawsze w tym serialu wyszedł na kompletnego durnia, ale oskarża o to swoich gości - „to wy zaczęliście! napadliście na Polskę!”.
Trzydzieści lat temu dla Anglików postawa obsesyjnego wypominania Niemcom wojny już zasługiwała najwyżej na burzę śmiechu publiczności w studio BBC. U nas budzi aplauz moherowego elektoratu. Czy to nie jest najlepsze podsumowanie naszej polityki - to po prostu sitcom z oklaskami zamiast śmiechu?

poniedziałek, 14 sierpnia 2006
4, 8, 15, 16, 23, 42
Serial „Zagubieni” można chwalić za mnóstwo różnych rzeczy. Ja się tu skupię tylko na jednej, jaką jest ładne popkulturowe wykorzystanie zjawiska tzw. „numbers stations”, czyli dziwnych stacji radiowych, na których tajemniczy lektor czyta kolumny cyfr.
Taka stacja działa na serialowej wyspie, ale „numbers stations” istnieją naprawdę. Można je złapać na dowolnym odbiorniku z zakresem fal krótkich - choćby tzw. „Kłusownika z Lincolnshire”, nadającego prawdopodobnie z brytyjskiej bazy na Cyprze.
Prawdopodobnie większość „numbers stations” służy przekazywania agentom różnych wywiadów informacji zakodowanych kluczem jednorazowym. Wszystko jednak tutaj jest tylko domysłem, bo oficjalnie nie ma żadnych komentarzy na ten temat - poza słynną wypowiedzią brytyjskiego rzecznika, że „te stacje są tym, czym wam się wydają być” („these [stations] are what you suppose they are”).
W czasach Zimnej Wojny „numbers stations” były tematem, o którym się publicznie po prostu nie mówiło - po obu stronach Żelaznej Kurtyny zresztą. W latach 90. stały się modne na fali ogólnej postawy nieufności wobec własnych rządów. W 1997 roku ukazał się album „The Conet Project”, zawierający nasłuchy najbardziej znanych „numbers stations” (można go sobie ściągnąć legalnie i za darmo).
W demokratycznych społeczeństwach lubimy myśleć, że wszystko jest jawne i że nasze rządy nic przed nami nie ukrywają - ale to przecież nieprawda. I nie oceniam tego w kategoriach „to dobrze”/”to źle”. Uważam po prostu, że to dobrze, gdy się o tym przypomina.
Obiektywnie kontrowersyjny
Obserwuję z przykrością jak słowo „kontrowersyjny” traci na naszych oczach swoje pierwotne znaczenie (czyli „budzący zróżnicowane oceny”) i przekształca się w coś w rodzaju uniwersalnego określenia negatywnego. Zamiast powiedzieć, że film jest kiepski mówi się, że jest „kontrowersyjny” - dzięki temu wypowiedź brzmi bardziej „ętelektualnie”. Zabawnie wypadło to w niedawnym sporze o to, czy niejaki „Ogień” był postacią kontrowersyjną - otóż jeśli jest na ten temat jakiś spór, to był postacią kontrowersyjną po prostu z definicji.
Znaczna część zamulenia naszego dyskursu bierze się z tego, że wiele słów chcemy przerabiać tak, by były znaczeniowo tożsame słowom „fajny”/”niefajny” - innym przykładem jest słowo „obiektywny”. Mówi się „obiektywny komentator” czy „obiektywna recenzja” zamiast „komentator zgodny z moimi poglądami” czy „recenzja zgodna z moją oceną”.
Tak naprawdę jednak „obiektywny” to „niezależny od poznającego podmiotu”. Obiektywna powinna być informacja, ale komentarz czy recenzja z definicji zależą i powinny zależeć od poznającego podmiotu, którym jest sam recenzent czy komentator. Obiektywny recenzent to kiepski recenzent, bo sam nie ma swojego zdania na temat tego co recenzuje.
Mechanizmem napędzającym to zjawisko jest nasza niechęć do przyznania, że nasze sądy są po prostu naszymi sądami. Zamiast „ja tu widzę słabe punkty” mówimy „można tu dostrzec pewne słabe punkty”, bo nam się wydaje, że nasze słowa zyskują na tym powagi. Osobiście jednak uważam, że ten zwyczaj jest totalnie kontrowersyjny i bardzo nieobiektywny. Nie chcę tu rzucać żadnych alibi, ale to maksymalny kompromis po prostu.
niedziela, 13 sierpnia 2006
Long life Molvania!
General: Now! I say now!
Doctor: Impossible! I have a queue of sickly as long as an horizon.
General: You dare to contradict me? This hat is decorated. Do these epaulettes lie?
Doctor: Yes - you are a General, demanding elective surgery, but that does not change one drop in all the oceans. When a patient comes on my door, I do not judge him by the decoration of his hat.
General's wife: Or her's.
Doctor: Indeed. Women are the same as men, if not more.
General: Sufficient! You speak with much thrust but too much impertinence. I will report you to the state, and then, my good Doctor, we shall see who laughs with most teeth.

Żart, jakim jest próbka nieistniejącego serialu telewizyjnego „Hospital Of Hearts”, wielkiego przeboju w równie nieistniejącym państwie Phaic Tan, spodoba się każdemu, kto oglądał kiedyś azjatycki film z napisami sporządzonymi też przez Azjatów.
Żart wymyśliła trójka australijskich producentów telewizyjnych, którzy założyli wydawnictwo Jetlag Travel publikujące przewodniki turystyczne po nieistniejących krajach. Ich poprzednim przebojem była Molvania, kraina nietknięta przez nowoczesną stomatologię, leżąca gdzieś w naszej okolicy (Polska, podobnie jak Słowacja, Słowenia, Niemcy i Węgry jest wymieniona jako sąsiad Molvanii).
Jeden z trzech autorów ucharakteryzowany na typowego Molvanianina przy pomocy wieśniackich wąsów wystąpił jako Zladko „Zlad” Vladcik wykonując fikcyjne zgłoszenia Molvanii na konkurs Eurowizji - dansowo-dyskowy „Elektronik Supersonik” oraz death-goth-emo-satano-trashowe „I Am The Anti-Pope”.
Long life space race! Long life Bolanda... sorki, Molvania!
sobota, 12 sierpnia 2006
Dalaj Lama na prezydenta!
Znowu rozwiązałem sobie quiz politycznego kompasu. W ciągu ostatnich dwóch lat zrobiłem się mniej lewicowy gospodarczo i radykalniej wolnościowy, ale to nie były jakieś przełomowe zmiany. Dalej sytuuję się w lewym dolnym rogu skali, tam gdzie lądują ludzie opowiadający się jednocześnie za swobodą obyczajową i za społeczną kontrolą gospodarki. Mój obecny wynik to:

Economic Left/Right: -4.25
Social Libertarian/Authoritarian: -5.44

Mój wynik za rok 2004 można znaleźć na mapie poglądów miłośników fantastyki.

Z mapy na stronie politicalcompass wynika, że idealnymi politykami dla mnie są Nelson Mandela i Dalaj Lama. Ba! Gdyby tak wystartowali w Polsce, może wreszcie miałbym jakąś „swoją” opcję polityczną...

piątek, 11 sierpnia 2006
Coś dobrego o rządzie
Uwaga, zdarzyło mi się pochwalić stanowisko rządu. Propozycja Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej by w kwestii oznaczania gier komputerowych przyjąć rozwiązanie ogólnoeuropejskie jest po prostu zdroworozsądkowa. A na tle PiS-owskiego projektu ustawy o dobrych mediach, wręcz błyskotliwie rewelacyjno rewolucyjna. Będę za nią trzymał kciuki.
czwartek, 10 sierpnia 2006
Armia Powstancza im. Wojaka Szwejka
Wyguglałem kiedyś fantastyczny artykuł o eksklawach - czyli kawałkach danego kraju oddzielonych od macierzy przez terytorium innego lub innych państw. Najsłynniejszą ekslawą w Europie jest w tej chwili Kaliningrad, ale przez wiele lat palmę pierwszeństwa dzierżyły eksklawy związane z Berlinem Zachodnim.
Najważniejszą z nich było Steinstucken - terytorium zakupione jeszcze w osiemnastym wieku przez wioskę, którą w dwudziestym wieku wcielono do Berlina. Takich eksklaw Berlin Zachodni miał więcej, ale ta była zamieszkana, więc gdy enerdowcy zaczęli budować mur w 1961, Amerykanie przerzucili tam helikopterem posterunek wojskowy - żeby każda próba zagarnięcia Steinstucken oznaczała wybuch trzeciej wojny światowej.
Eksklawy czasem zawdzięczają swój żywot pomyłkom dyplomatów. W traktacie pirenejskim z 1659 roku Hiszpania przekazała Francji wszystkie wioski na północ od Pirenejów - kreując tym samym istniejącą do dziś eksklawę związaną z miejscowością Llivia, która miała prawa miejskie.
Czasem zawdzięczają ich nadgorliwości. Traktat z Maastricht tak sprawiedliwie podzielił terytoria Belgii i Holandii, że miejscowość Baarle jest po prostu mozaiką kilkudziesięciu eksklaw. Granice biegną czasem przez pojedyncze budynki - podobno są tam restauracje ze stolikami po stronie belgijskiej i po stronie holenderskiej (zapewne po stronie holenderskiej jest sala dla przypalających).
Niewiele brakowało, a mielibyśmy fajną eksklawę u siebie. Traktat wersalski przyznawał Czechosłowacji ekslawy w portach w Hamburgu i Szczecinie. Eksklawa w Hamburgu wróci do Niemiec około roku 2028. Czechosłowacja zrzekła się prawa do eksklawy w Szczecinie w roku 1956 - nazywało się to podobno Półwysep Ewa (nigdy nie byłem w Szczecinie, ciekawe jak to teraz wygląda).
To mi nie daje spokoju - czy po rozpadzie Czechosłowacji eksklawa w Hamburgu nie została przypadkiem ostatnim kawałkiem CSR nie będącym ani Czechami ani Słowacją? I czy nie można by zakwestionować traktatu z 1956 i proklamować w Szczecinie Niezależnej Republiki Czechosłowackiej (polskim politykom wstęp surowo wzbroniony)?
Miasta kture som za niech siem wpisujom, jak mawiają na niektórych portalach.
Mozg Ziemkiewicza
Czytam ostatnio opowiadania Rafała Ziemkiewicza wznowione w tomiku „Coś mocniejszego” i uderzyło mnie to, że punktem wyjścia opowiadania „Cała kupa wielkich braci” jest legenda miejska o tym, jakoby człowiek używał tylko dziesięciu procent mózgu. Nie wiem oczywiście jak to jest z mózgami prawicowych publicystów (czasem wydaje mi się, że nawet dziesięć procent to optymistyczna estymata), ale w ogólności to bzdura.
Nie wiadomo skąd się wzięła ta legenda - jej bezpośredniego źródła nie udało się wytropić nawet znakomitemu serwisowi snopes.com. Korzenie sięgają początku dwudziestego wieku, ale prawdziwa popularność pojawiła się w latach sześćdziesiątych, razem z falą zainteresowania zjawiskami paranormalnymi: telepatią, lewitacją, zginaniem łyżeczek i innymi trelami-morelami.
Trudno się dziwić jej popularności - któż z nas nie chciałby fantazjować o tym, że ma jakieś ukryte, niewykorzystane pokłady wielkiego geniuszu albo zdolności nadprzyrodzonych? Odpowiedź racjonalna jest okrutna i bezlitosna: nie ma takich ukrytych pokładów. Możesz najwyżej rozwinąć swój potencjał ucząc się nowego języka albo robiąc drugi fakultet, ale to wszystko praca, wyrzeczenia i takie tam. I oczywiście nie mogę winić tych, którzy woleliby wierzyć, że da się coś osiągnąć na skróty, na przykład przy pomocy medytacyjno transcendentalnego uwolnienia w sobie tetanina ósmego poziomu.
Sami będą siebie winić.
środa, 09 sierpnia 2006
Ulubieniec Kaczynskiego
Przepraszam, znowu będzie o polityce. Ja od polskich polityków chcę w sumie tylko jednego: infrastruktury. Mogę sam na własny koszt dbać o swoje zdrowie czy bezpieczeństwo, ale sam sobie nie zbuduję autostrady do granicy ani porządnego terminala na Okęciu. Przyśpieszenie budowy autostrad obiecywał premier Marcinkiewicz, potem premier Kaczyński. Marcinkiewicz tylko spowolnił, a Kaczyński storpeduje do reszty. Szefem GDDKiA zostanie nieudolny urzędnik, którego krył prezydent Kaczyński - podczas jego rządów w Warszawie, osobnik ów rozkopał liczne skrzyżowania pod ślimaczące się remonty-pośmiewiska. Czy jest w Polsce jeszcze ktoś kto łudzi się, że za rządu PiS budowa autostrad będzie wyglądała lepiej od kompromitacji takich jak budowa wiaduktu przy Galerii Mokotów? Ten sam dyrektor. Ten sam kryjący go prezydent.
Za rządu PiS możemy liczyć jeszcze na otwarcie autostrady A-18 do granicy (co tak naprawdę oznacza dokończenie budowy rozpoczętej jeszcze przez Niemców, ich gratuliere) oraz otwarcie odcinka A-1 pod Gdańskiem, który zaczęto budować jeszcze za rządów SLD. To wszystko. PiS niczego nie rozpoczął. Czy będzie potrafił choćby dokończyć?
Currently playing (2)
Gdybym miał wskazać swoją ulubioną piosenkę o miłości, bez wahania wskazałbym właśnie tę. Już taki jestem, że teksty piosenek typu „Kiedy cię dotykam czuję się szczęśliwy w środku” albo „Przez ciebie wpadłem w głęboką depresję i chyba się zaraz pochlastam” budzą we mnie złośliwy chichot. Natomiast tekst zatytułowany "Ever Fallen In Love? (With Someone You Shouldn't Have)” uważam za wzorzec inteligentnego pisania o miłości, zasługujący na wykonanie w stopie irydu i platyny, by go przechowywać w Sevres w słoju z argonem.
To trochę obciach, ale najpierw usłyszałem cover tej piosenki w wykonaniu neo-soulowej brytyjskiej grupy Fine Young Cannibals. Obciach, bo w 1985 roku - kiedy nagrali to Kanibalsi - w zasadzie interesowałem się punk rockiem i powinienem był znać klasykę gatunku. No ale ekscytowały mnie wtedy głównie bardzo bojowe piosenki punkowe o anarchii, rewolucji, wojnie atomowej i tym podobnych bzdetach, więc w ogóle nie istniało dla mnie takie coś, jak punkrockowy love song.
A przecież ten znakomity tekst u szczytu punkowej rewolucji roku 1977 napisał Pete Shelley, lider grupy Buzzcocks. Grupy bardzo ważnej, bo wywarła wpływ na całą ówczesną punkową scenę w Manchester (a więc pośrednio na Joy Division i New Order, a więc - jeszcze bardziej pośrednio - na muzykę, przy której do dzisiaj ludzie podrygują w klubach).
Obie wersje tej piosenki - oryginalny punk i coverowy soul podobały mi się tak bardzo, że nigdy nie mogłem ustalić, którą z nich wolę. Teraz doszła mi jeszcze trzecia, równie dobra - francuskiej grupy Nouvelle Vague, która swoim zwyczajem przerobiła to na skoczne latynoskie rytmy.
Lubię ten tekst za to, że niezależnie od tego, w jakim akurat jestem nastroju - melancholijno-cynicznym, wesoło-cynicznym czy po prostu cyniczno-cynicznym - nigdy nie wywołuje u mnie złośliwego chichotu, już prędzej jakieś zamierzchłe wspomnienia. A wy, drodzy bywalcy blogosfery, czy wam się kiedyś zdarzyło coś takiego jak w tytule?
Oczywiście, wcale nie chcę znać odpowiedzi, to jedno z takich pytań, które się zadaje gościom po to, by mieli o czym myśleć zanim gospodarz poleje.


wtorek, 08 sierpnia 2006
Zatrucie testosteronem
Zetknąłem się z powiedzonkiem „zatrucie testosteronem” jakiś czas temu, czytając coś o feminizmie trzeciej fali (którego ogólnie jestem sympatykiem, choć to temat na osobną notkę). Uderzyło mnie to, jak bardzo to powiedzonko jest trafne.
Chociaż, rzecz jasna, chodzi tu o żartobliwą metaforę, to jednak faktycznie strasznie często mężczyzna pakuje się w jakieś ryzykowne sytuacje tylko dlatego, że jest mężczyzną. Typowy przykład to zachowanie na drodze - jak łatwo i bezsensownie wkręcamy się w rywalizacje typu „kto pierwszy spod świateł”. I właśnie wtedy, kiedy w wyniku takiej rywalizacji ktoś straci życie, zdrowie, zderzak lub tylko zniżkę na OC/AC, ma zastosowanie to powiedzonko - koleś po prostu padł ofiarą zatrucia testosteronem.
Wikipedia podaje taki przykład zastosowania powiedzonka:
The accident statistics show that most avalanche victims are between the ages of 20 and 35 and are male. Very few females get killed in avalanches and those who do are usually following a male at the time. In a number of cases the men involved in avalanche accidents did not listen to the advice of sensible women. But a man has got to be a MAN! And no better way to prove it than in a stupendously violent death
Jednak mój ulubiony przykład to cytat z poradnika dla turystów zwiedzających pustynię Mojave: „Nie pozwól, by zatrucie testosteronem zakłóciło ci percepcję - ZABIERZ MAPĘ!”.

poniedziałek, 07 sierpnia 2006
Skad sie bierze homofobia?
Dziesięć lat temu amerykańscy psycholodzy przeprowadzili badanie ostatecznie wyjaśniające źródła homofobii. Grupie heteroseksualnych mężczyzn pokazywano próbki pornografii o różnych orientacjach, jednocześnie badając ich reakcje zmyślną maszynką mierzącą obwód penisa. Okazało się, że „normalna” heteroseksualna pornografia oraz pornografia lesbijska podniecała mniej więcej wszystkich tak samo, natomiast pornografia gejowska najsilniej powodowała erekcję u homofobów.
Nie ma w tym tak naprawdę niczego paradoksalnego. Wyobraźmy sobie religię zakazującą seksu z brunetkami (na świecie jest tak dużo tak dziwnych religii, że takowa by mnie wcale nie zaskoczyła).
Dla kogoś, kto akurat woli blondynki, taki zakaz byłby czymś obojętnym. Taki ktoś na widok wyzywająco ubranej brunetki po prostu uśmiechałby się taktownie, odwracał wzrok i wracał myślami do swojej ukochanej blondi. Co innego głęboko wierzący zwolennik brunetek. Ten, wierny nakazom swojej religii, żyłby samotnie - najwyżej z mamusią albo kotkiem.
Jego myśli i sny wciąż zaprzątałyby brunetki, brunetki, brunetki... i oczywiście surowa boska kara spadająca na grzeszników, którzy za nic mają religijny zakaz. W efekcie wciąż publicznie wyklinałby dekadencką Europę, w której - pfuj! - ludzie chodzą publicznie za rękę z brunetkami. Stanowczo potępiałby takich zboczeńców, bluźnierców, wysłanników szatana, pisałby jakieś idiotyczne projekty ustaw albo artykuły do partyjnych gazetek, domagałby się zwalniania nauczycieli lubiących brunetki ze szkół (wszak tyle dziewczynek jest brunetkami!). Hipotetyczny brunetkofob w praktyce wyglądałby więc mniej więcej tak samo komicznie jak typowy homofob z LPR czy PiS.
Kraj rządzony przez brunetkofobów pewnie też miałby na świecie poważne problemy wizerunkowe. A jego przywódcy bardzo by się upierali, że odpowiada za to jakiś układ, spisek, stolik brydżowy czy wręcz konspiracja ufoków. No bo w końcu nikt ich nie przekona, że białe jest białe, czarne jest czarne, a blond jest blond.