Ekskursje w dyskursie
niedziela, 29 listopada 2015
Auto - promocja

To jakiś paradoks, że mimo dojmującego uczucia, że moja kariera zabrnęła w ślepą uliczkę - ciągle coś mi ktoś jednak gdzieś wydaje, więc ciągle na blogu się autopromuję. Tym razem literalnie, bo w audiotece jest do ściągnięcia audiobook mojej starej książki „Ameryka nie istnieje”.

Jak mawiał Mickiewicz: czy to w korku, czy to na autobanie, przydaje się książki w głośnikach czytanie. W tym wypadku - książki o tym, jak pewien znacznie młodszy ode mnie dziennikarz pruje przez Amerykę wypożyczalnianym Fordem Mustangiem (a także okazjonalnie Mercurym Grand Marquisem, Chryslerem Neonem i Toyotą Camry, bo to jednak nie były notatki z jednej jedynej podróży).

Co za tym idzie, listopadowy ranking od czapy poświęcę smutnym piosenkom o amerykańskich podróżach. Numero uno to oczywiście Johnny Cash, bo nikt tak pięknie jak on nie śpiewał smutno o Ameryce.

Facet w czerni lubił w swoich piosenkach opisywać mężczyznę na tyle komfortowo czującego się w swojej męskości - że nie wstydzi się on przyznać do łez. Oczywiście, zazwyczaj wypłakanych przez „tę kobietę” (choć nie tylko).

W piosence „Big River” owa kobieta naszkicowana jest tak schematycznie, że można ją odczytać jako metaforę czegoś innego. Czegoś, co gna bohatera od St Paul, Minnesota do Nowego Orleanu wzdłuż Missisipi.

Podmiot liryczny tak gna i łka, a jego łzy wypełniają „wielką rzekę”. Nigdy nie udaje mu się jednak dogonić „tej kobiety”, która zawsze okazuje się przebywać w innej miejscowości niż bohater.

Nie wiem jak wy, ja to odczytuję jako metaforę pogoni za kasą i karierą. Nawet jak ją już prawie-prawie dopadniemy, to ona potem zawsze okazuje się być w innym biurowcu, po drugiej stronie korka na Domaniewskiej.

W piosence Bena Petersa „San Francisco Is A Lonely Town” kasę i karierę odnajduje ta kobieta. Przybyła nad zatokę razem z podmiotem lirycznym autobusem linii Greyhound.

Jej się udało. Podmiotowi lirycznemu nie. Przestaje pasować do kobiety sukcesu i jej nowych przyjaciół.

Kupuje więc bilet w jedną stronę Greyhoundem do domu (po stylu muzyki możemy zgadnąć, że do Nashville albo do Memphis). I modli się z trochę wredną intencją, żeby ona też odkryła, że San Francisco to samotne miasto.

Zdecydowanie najfajniejsze rozstanie ma podmiot liryczny „By the Time I Get to Phoenix” Johnny’ego Riversa. Większość tej piosenki to podróż Route 66 - i to jej najpiękniejszym krajobrazowo odcinkiem w Arizonie i Nowym Meksyku.

Podmiot liryczny mieszkał z „tą kobietą” w jakiejś małej miejscowości w Arizonie. Może w Yumie?

W każdym razie, na tyle blisko, że podmiot liryczny planuje, że gdy będzie dojeżdżać do Phoenix, „ta kobieta” wstanie i znajdzie kartkę, w której informuje ją o swoim odejściu. „Będzie się śmiać, bo odchodziłem już tyle razy”, zauważa trzeźwo.

W porze lunchu bohater planuje być w Albuquerque. Być może ona wtedy, korzystając z przerwy w pracy, zadzwoni do niego - i odkryje, że telefonu pod starym adresem już nikt nie odbiera.

Gdy dojedzie do Oklahomy, ona już będzie spać. Zawoła jego imię przez sen i rozpłacze się, bo teraz wreszcie do niej dotrze to coś, co podmiot liryczny od pewnego czasu próbował jej dać do zrozumienia.

Gdybym ja był nim, zaplanowałbym tę podróż inaczej. Śniadanie w Phoenix, lunch w Albuquerque, ogólny kierunek na Oklahoma City - to w takim razie koniecznie kolacja i nocleg w „Big Texan”!

Do swoich (jakże nielicznych) sukcesów zawodowych zaliczam to, że dwukrotnie udało mi się to miejsce odwiedzić na koszt wydawnictwa Pascal. I do końca swych dni żyć będę marzeniem, by tam kiedyś wrócić.

Przy tej piosence myślę więc: nie płacz, Johnny. Kierowca zapłakany gorszy niż pijany! Zatrzymaj się w Amarillo. Tamtejszy T-Bone pocieszyłby nawet takiego ponuraka, jak ja!

niedziela, 22 listopada 2015
Polska nie istnieje

f16cebcfc941550f419016124b92e715

Jak ten czas leci. W czasach prehistorii mojego blogaska wzruszony i podekscytowany informowałem czytelników o premierze mojej pierwszej książki. Siódmą odnotowuję już z kronikarskiego obowiązku.

Jej treść nie będzie zaskoczeniem dla osób śledzących bloga tak długo. To fabularne rozwinięcie notki ze stycznia 2010, w której snułem wizję socjalistycznej rewolucji wybuchającej zgodnie z prognozami Marksa w najbardziej rozwiniętym kraju kapitalistycznym.

Powieść dzieje się równolegle w dwóch płaszczyznach chronologicznych. W płaszczyźnie z roku 1877 mamy narrację historyczną - wszystko się dzieje z grubsza tak, jak w prawdziwej historii USA, czyli strajk kolejarzy z linii Baltimore & Ohio wymyka się spod kontroli i eskaluje do strajku generalnego.

Historycznie, jak wiadomo, strajk w końcu wygasł. Ale w mojej książce pojawia się bohater, który przestawia wajchę na zwrotnicy dziejów.

Zbudowałem go na wzór stereotypowego westernowego „bezimiennego jeźdźca”, bo tak poza tym przecież w tej epoce dzieje się akcja wielu westernów. Stereotypowy jeździec przybywa do miasta bezprawia, obala dyktaturę skorumpowanego bogacza i odjeżdża, pogwizdując coś z reperturaru Henia Morikone. U mnie w zasadzie podobnie, tyle że obaleniu ulega cały kapitalizm w USA.

Równolegle w powieści śledzimy krakowskiego studenta, który w alternatywnym roku 2015 dostał stypendium cesarsko-królewskiego Ministerium Informacji na projekt książkowy. Postanawia się zainteresować tym tajemniczym jeźdźcem, o którym w 2015 nadal niewiele wiadomo. I od razu okazuje się, że to temat, którego z jakichś przyczyn lepiej nie ruszać.

Zgryźliwy czytelnik zauważy, że tam jadę stereotypem westernu, a tu jadę archetypem opowieści o Młodzieńcu Wyruszającym W Podróż. I owszem, wszystko to razem nie jest przesadnie oryginalne, ale uważam, że jako debiutant nie powinienem się silić na udziwnienia. W pierwszej powieści staram się być raczej konserwatywny w doborze technik narracji i kompozycji fabuły.

W jednym się trochę wychylam od schematu. Alternatywne historie Polski zwykle popadają w jedną z dwóch skrajności. Albo opisują piekło, jak „Xavras Wyżryn” Dukaja, albo kompensacyjny raj, jak te wszystkie książki z serii „lotniskowiec Władysław Anders teleportuje się z Polski przyszłości do zatoki Gdańskiej we wrześniu 1939 i raptory z biało czerwoną szachownicą przychodzą naszym na odsiecz”.

Lubię czytać jedno i drugie, ubóstwiam Dukaja, a Ciszewskiego uważam za bardzo przyzwoitego rzemieślnika. Ale chciałem uciec przed tymi akurat schematami.

Alternatywna socjalistyczna ścieżka rozwoju nie jest więc rajem na ziemi. Rewolucja wydarzyła się w pewnym sensie za wcześnie, jeszcze zanim kapitalizm rozwiązał problemy, o rozwiązaniu których nie śniło się Marksowi.

Dwie rzeczy, które dziś traktujemy jako oczywistą oczywistość, dostępną proletariatowi i niższej klasie średniej, to obfitość pożywienia i swoboda podróży. W XIX wieku tak nie było.

Głód był codziennym doświadczeniem nawet wśród odpowiedników dzisiejszej średniej klasy średniej. Znali go kancelista, lekarz czy nauczyciel.

Dziś problemem niższych warstw społeczeństwa jest raczej nadwaga. Po prostu zbyt łatwo jest zaspokoić głód tanim, niezbyt wartościowym jedzeniem - batonikiem, chipsami, cheeseburgerem. To wszystko stało się możliwe dzięki kapitalistycznym wynalazkom takim jak syrop glukozowo-fruktozowy, nawozy sztuczne, mrożonki, liofilizacja czy przemysłowa hodowla zwierząt.

W mojej powieści w alternatywnym roku 2015 ludzie odżywiają się ciekawiej, bo hodują więcej różnych ras zwierząt czy odmian owoców, ale głód czai się ciągle za rogiem. Nie znają też naszej swobody podróży po prostu dlatego, że nie było wojen światowych, więc nie wynaleziono silnika turboodrzutowego, a i ze spalinowym postęp był słabszy.

Automobile istnieją, ale są rzadkością (założyłem za to, że od razu postęp poszedł w stronę napędu hybrydowego, spalinowo-elektrycznego). Podróż lotnicza jest droga (acz luksusowa) i odbywa się sterowcami.

Za to bardziej jest rozwinięta sieć połączeń kolejowych. Zamiast autostrady, doliną Wagu biegnie na przykład połączenie linii kolejowej dużych prędkości, łączące Wiedeń z dworcem Kraków-Balice. Tam właśnie swą podróż rozpoczyna mój bohater w alternatywnym 2015.

Jak kogoś kręcą takie klimaty - miłej lektury. Jak nie... to nie :-).

poniedziałek, 16 listopada 2015
O lewicowej prawicy

„Lewico, jeśli naprawdę chcesz zrealizować swoje cele - dogadaj się z prawicą!” - częściej niż zwykle spotykam się ostatnio z apelem tego typu. Może to dlatego, że prawica nagle odkryła istnienie środowiska wspierającego partię Razem, a więc musiała sobie poradzić z dysonansem poznawczym, że lewicowy światopogląd nie musi oznaczać sympatii do Palikota.

Te apele nie są niczym tak naprawdę nowym. Z czasów mojej idealistycznej młodości pamiętam dyskusje o tzw. „trzeciej pozycji”. Miała mieć nawet polskiego prekursora w postaci ideologa Zadrugi Stachniuka.

To było niepoważne wtedy i jest to niepoważne teraz. Bo co właściwie lewica w ten sposób miałaby uzyskać?

Istotą projektu lewicowego jest równość i emancypacja. Jako lewica chcielibyśmy, żeby to, kim ktoś się urodził (bogaczem, biedakiem, homo, hetero, na wsi, w mieście etc.) w jak najmniejszym stopni decydowało o jakości jego życia.

Chcemy też dać mu maksimum wolności, nie tylko przed opresyjnym państwem, ale także w miejscu pracy. Kapitalistyczny wyzysk sprawia bowiem, że kawał życia spędzamy w miejscu, w którym nie jesteśmy już wolnymi obywatelami, tylko popychadłem pracodawcy.

Różne odmiany lewicy różnie chcą rozwiązywać ten problem. Skrajne (w dzisiejszych czasach głównie postleninowskie) chciałyby zlikwidować rynek i tradycyjnie rozumianą demokrację. Socjalizm demokratyczny (czyli np. partia Razem) uważa, że da się to jakoś pogodzić.

Po której stronie tego sporu stoję ja, nie muszę chyba tłumaczyć. Historycznie największy sukces w realizacji tych ideałów odniesiono w modelu nordyckim, dla mnie to rozstrzyga sprawę.

I teraz: co nam może dać „porozumienie z prawicą”? Prawica nawet jeśli akceptuje egalitaryzm, to ogranicza go po prostu do nominalnej równości wobec prawa. To dalej przecież oznacza, że jeśli pechowo urodziłeś się w jakiejś wykluczonej grupie (obojętne, jak wykluczonej) - jesteś skazany, by rywalizować „jak równy z równym” z dzieckiem prezesa banku.

Podobnie z emancypacją. Cóż mi po papierowej wolności, jeśli w praktyce ograniczane mają być prawa związkowe czy pracownicze.

Prawica zamiast realnych działań emancypacyjnych czy wyrównujących ma do zaoferowania tylko rozdawnictwo godności. Bezrobotny z pegieerowskiej wioski nie dostanie od prawicy realnej pomocy, tylko propagandowy pakiet dumy z przodków wygrywających pod Kirchholmem.

Jeśli ma mieć z życia tylko tyle, to niech mu będzie tylko tyle. No ale właśnie o to chodzi lewicy, żeby miał jednak więcej, bo dumą z przodków dzieci się nie wykarmi.

Słyszę czasami, że Razem powinno poprzeć PiS, bo „Kaczyński jest prospołeczny”. Lisiewicz zaapelował w „Gazecie Polskiej” o „wspólne pozbawianiu przywilejów rządzącej Polską kasty”.

Gdybym wierzył w „prospołeczność” Kaczyńskiego, w ogóle głosowałbym na PiS, a nie na Razem. Ale nie wierzę w nią. Jak zwykle ograniczy się do pustych obietnic i „rozdawnictwa godności”. Senator Bierecki i prezes Morawiecki dokładnie tak samo należą do rządzącej Polską kasty, jak oligarchowie zblatowani z Platformą czy SLD.

Historia zna jeden rodzaj sytuacji, w której centroprawica może dokonywać reform bliskich lewicy. To wtedy, kiedy socjaliści, związkowcy czy socjaldemokraci są tak potężni, że centroprawicy pozostaje obchodzenie ich od lewej, żeby wygrać wybory.

Wiele takich historycznych przykładów opisywałem na blogasku i w publicystyce. To jest właśnie casus Finlandii, w której modelu nordyckiego nie budowali socjaldemokraci (przeważnie będący w opozycji), tylko obchodzących ich od lewej Urho Kekkonen. To Niemcy Adenauera. To Ameryka Eisenhowera.

Ameryka to przykład o tyle ciekawy, że Republikanie przez wiele dekad zabiegali o głosy związkowców, tradycyjnie wspierających raczej Demokratów. Co za tym idzie, gdy związki były silne, republikańskie administracje były nawet bardziej prozwiązkowe od demokratycznych.

W 1980 centrala AFL-CIO poparła Cartera. Lane Kirkland (jak się okazało, bardzo słusznie) skrytykował program Reagana mówiąc, że to będą tylko „cięcia podatków dla bogatych”, a model „trickle down” nie rozwiąże żadnych problemów przeciętnego Amerykanina.

Wiatr historii wiał już jednak w inną stronę, wiele związków na własną rękę ogłosiło poparcie dla Reagana. Wśród nich PATCO - związek kontrolerów ruchu lotniczego. Reagan nieprzypadkowo zaczął niszczenie ruchu związkowego właśnie od nich.

Dziś partia republikańska ma twarz Donalda Trumpa, nie Eisenhowera. Tak to się kończy, gdy lewica i związkowcy dadzą się nabrać na godnościową retorykę prawicy.

niedziela, 08 listopada 2015
My name is Kotek. Wlaz Kotek.

Bond to Bond. Do kina pójść po prostu trzeba. Ale szczerze mówiąc, „SPECTRE” oglądałem z narastającym poirytowaniem.

Scenariusz wydaje mi się fundamentalnie niedopracowany. Bond, jak wiadomo, jest jak planeta - świeci światłem odbitym. A prawdziwy, mroczny blask rzucają villain i henchmeni.

Czymże kreacja Rogera Moore’a bez Mayday i Nick Nacka. Czymże urok Seana Connery bez Goldfingera i duetu „Mr Kidd & Mr Wint”.

Dobry bondowski henchman (czyli zabójca wysyłany na Bonda w drugim akcie przez villaina, wciąż jeszcze przekonanego, że jest niepokonany) przechodzi do historii popkultury. Już nic nie pamiętamy z filmu, ale pamiętamy „tego faceta z zabójczym melonikiem” albo „tego faceta ze stalowym zgryzem”.

Henchmana ze „SPECTRE” zapominamy nim się skończy film. Jest szokująco bezbarwny. A villain?
Christoph Waltz jest w tym filmie jak operowa diva, którą zdeprawowany zylioner wynajął do zaśpiewania „Wlazkotka”. I diva owszem, daje z siebie wszystko. Ale im bardziej stara się włożyć jakieś emocje w arię o kotku, który mruga, tym bardziej widać, że to ejnt faken nessun dorma.

Na czym polega jego diaboliczny plan? Na stworzeniu globalnej sieci cyberinwigilacji.

Tak, dobrze słyszycie. Mam wrażenie, że wymyślili to jakieś 5 lat temu, na dobre przed Snowdenem. I nikt 2 lata temu nie zauważył, że intryga deczko się znieświeżyła.

A może zauważył, ale wszystkie gwiazdy już miały zaklepany brak poprawek do scenariusza. Łot ewa, kiedy już się dowiadujemy, co knują w tym filmie źli ludzie, słyszymy echo Doktora Evil, który się domaga okupu w wysokości „one million dollars” (and sharks with lasers!).

Waltz i tak ma lepiej, niż Monica Bellucci. Jej scena z Bondem przypomina filmy softporno z lat 70.
Spotykają się w besensownie nielogicznych okolicznościach. Po dialogu tak pozbawionym emocji, jakby pisał go sam Marek Piestrak, nagle się na siebie rzucają w niewygodnej pozycji i zaczynają dyszeć jak „Sapcio i Pufcio z wizytą u cioci”.

Radośnie przy tym ignorują fakt, że oboje się powinni gdzieś śpieszyć. I oboje nie mają też żadnego powodu, by odczuwać jakiś romantyczny nastrój włoskiego wieczoru. Dokładnie tak samo, jak w filmach z lat 70. ten roznosiciel pizzy, który przecież ma jeszcze do dostarczenia dwie kapricziozy i pepperoni, które jednak teraz stygną w jego skuterze, bo on tak po prostu pobiegł do sypialni wzywany przez dwie cycatki - i ani on się nie martwi, że go wywalą z roboty, ani te cycatki nie biorą pod uwagę, że obcy facet może im zajumać portfele, kiedy one się zaczną na jego oczach obmacywać.

A co najgorsze - ta scena nie wnosi absolutnie nic do fabuły. To jak niespodziewany pokaz nagości w filmie „Nad Niemnem”. Po prostu nagle robimy przerwę w pogoni za organizacją SPECTRE, żeby pokazać scenę erotyczną z Moniką Belucci.

OK, do tego każdy pretekst jest dobry, ale ja zapłaciłem za bilet na Bonda! A Bond - to sarkastyczne onelinery (i nie mówcie, że w Bondach z Craigiem ich nigdy nie ma, bo kto powiedział „yes, considerably” pociągając za spust albo „do I look like I give a damn?” barmanowi pytającemu, jak ma przyrządzić vodka martini?). To ratowanie świata przed straszliwymi szaleńcami. To innuendo z Moneypenny. To product placement naturalnie wpleciony w narrację.

OK, trochę tego było. Aktorzy dają z siebie wszystko. Ralph Fiennes, Andrew Scott i Ben Whishaw kradną show, wkładając w swoje „wlazkotki” mnóstwo ekspresji. Efekty specjalne też są fajne, ale bądźmy szczerzy, kogo dzisiaj w kinie kręcą efekty specjalne.

Kurczę, po „Casino Royale” i „Skyfall” naprawdę myślałem, że kiedyś napiszę, że miałem przyjemność żyć w czasach najlepszych Bondów ever. Po tym... po tym zatęskniłem za czasami Daltona.

Ale nie obwiniam o to Craiga (którego niezmiennie kocham) tylko scenariusz, ulepiony z materiału, którego nawet Auric Goldfinger by nie obrócił w złoto.

wtorek, 03 listopada 2015
Jak to było z tym podatkiem we Francji

(c) Kremlin.ru CC-BY 3.0

„We Francji wprowadzili podatek 75%, ale musieli się z niego wycofać, bo najbogatsi Francuzi masowo uciekali z kraju, a jeden znany aktor się nawet zrzekł obywatelstwa” - ta błędna wersja wydarzeń ciągle się gdzieś pojawia. Zapolemizuję sobie raz na blogasku, a potem odpuszczę, bo nec Hercules kontra bulszites.

Dlaczego ta wersja jest błędna? W skrócie - bo ten podatek od początku wprowadzono jako tymczasowy. Wygłupy Żerarda Renowicza Diepardiejewa nie miały na to żadnego wpływu, podobnie jak rzekoma „masowa ucieczka”.

Obywatelstwa nie można się tak po prostu zrzec. Rerard Żenowicz dał się wykorzystać propagandowo Putinowi, a potem wrócił. Zwykły idiota (nawet nie pożyteczny).

Dłuższa wersja wymaga zrozumienia wagi, jaką w francuskiej polityce mają wybory prezydenckie. Są ważniejsze nawet niż w Stanach, bo uprawnienia francuskiego prezydenta są większe niż amerykańskiego.

Konstytucję V Republiki pisano pod de Gaulle’a. A ściślej rzecz biorąc, de Gaulle ją pisał pod siebie. Dlatego tam w razie konfliktu prezydenta z parlamentem prezydent może po prostu arbitralnie rozwiązać parlament i cześć.

Stąd pomysł powieści Łelbeka „Uległość”, w której wybory wygrywa kandydat Bractwa Muzułmańskiego. Teoretycznie gdyby do tego doszło, islamistyczny prezydent mógłby przekształcić Francję na swoją modłę.

W praktyce wybory zwykle wyglądają tak, że zwycięzcami pierwszej tury są kandydaci centrolewicy i centroprawicy. Kandydaci radykalniejsi w pierwszej turze mają wtedy swoje pięć minut, a raczej pięć procent. W drugiej turze ich poparcie przechodzi na kandydatów centrowych.

W powieści Łelbeka do drugiej tury przechodzi kandydatka skrajnie prawicowa i kandydat muzułmański, który w drugiej turze zgarnia głosy centrum i lewicy. Raz już rzeczywiście ten system zrobił Francuzom niespodziankę: do drugiej tury przeszła prawica skrajna (Le Pen) i centrowa (Chirac).

Jospin, kandydat socjalistów, był o włos za Le Penem. Zabrakło mu niecałe 200 tysięcy głosów i ten marny ułamek procenta sprawił, że francuska lewica musiała w drugiej turze głosować na Chiraka. To jakbym ja musiał zagłosować na Kaczyńskiego, bo do drugiej tury przeszedłby z nim ktoś jeszcze bardziej mi obmierzły - na przykład Giertych czy Czarzasty.

Po tej klęsce centrolewica postanowiła urządzać prawybory w stylu amerykańskim. I nawet wydarzył się zwrot akcji w stylu amerykańskim, gdzie jeden skandal obyczajowy potrafi wszystko wywrócić do góry nogami.

Pewniakiem prawyborów w 2011 był polityk ubóstwiany przez media, lubiany w świecie, popierany przez biznes i mile widziany przez aparat partyjny. Był to Dominique Strauss-Kahn.

Ten jednak pojechał na weekend do nowojorskiego Sofitelu. W rezultacie niespodziewanym liderem wyścigu stała się Martine Aubry.

Przekładając polską politykę na francuskie realia, Aubry to odpowiednik partii Razem. Udało jej się przeprowadzić dwie reformy zgodne z programem tej partii - wprowadziła 35-godzinny tydzień pracy i zasadę powszechnej opieki zdrowotnej bez względu na ubezpieczenie.

Nie lubiły jej media i aparat partyjny. Po nerwowym poszukiwaniu następcy Strauss-Kahna, aparat postawił na Hollande’a - polityka, którego główną zaletą była urzędnicza nijakość.

Żeby wygrać prawybory, Hollande musiał coś obiecać zwolennikom Aubry. Wśród tych obietnic był ów podatek - ale z zaznaczeniem, że będzie tymczasowy.

Sam nigdy go nie chciał. Hollande reprezentuje środowisko Strauss-Kahna - ludzi obscenicznie bogatych, którzy już nawet nie umieliby zrobić zakupów w supermarkecie czy zachować się w klasie ekonomicznej.

Znajomy neoliberalny publicysta na dowód, że ten podatek wywołał ucieczkę bogaczy przytoczył artykuł z Forbesa o belgijskiej wiosce pełnej francuskich milionerów. Tylko że oni tam mieszkali już wcześniej.
Francja jest otoczona przez takie azyle podatkowe z każdej strony. Belgia, Luksemburg, Monaco i Andorra. I wyspy na kanale La Manche na dokładkę.

Kto mógł, już dawno do nich uciekł. Bo czy górna stawka to 50% czy 75%, i tak lepiej mieć 0%.

Nie wszyscy jednak mogą. Gdyby to było takie proste, mistrzostwa Europy w piłce nożnej rozgrywałyby się tylko między reprezentacjami Andory i Monaco.

W praktyce wystarczy np. egzekwowanie od podatnika zgłaszającego rezydencję w Monaco warunku udokumentowania, że faktycznie spędził tam 183 dni roku rozliczeniowego. Polska na razie nawet nie próbuje najprostszych metod walki z nadużyciami, po które od dawna sięgają Niemcy czy Francja.

Stąd naiwna wizja, że „biznesy uciekną”. Ciekawe, jak te gimbusy to sobie wyobrażają - że TVN się przeniesie razem z koncesją i Markusem Tellenbachem, żeby kręcić telenowele na Cyprze? Że prezes Filipiak zabierze Comarch do Andory i będzie informatyzować tamtejszy ZUS? Że Cezary Stypułkowski przeniesie Mbank do Monaco (to fakt, nazwę już ma) i będzie tam wdrażać swoje słynne innowacyjne tabele prowizji i opłat?

Że spółki przeniosą się z warszawskiej giełdy na jakąś inną? I co jeszcze, że KGHM się przeniesie razem ze złożami?

Więc nie, nie było we Francji „masowej ucieczki”, która „wymusiła wycofanie się z tego podatku”. Ta historia jest dla mnie raczej kolejnym argumentem przeciwko powszechnym wyborom prezydenckim.

To bez sensu, że tak wiele zależy od serii zbiegów okoliczności, od przepychanek w prawyborach, a potem od tego, czy centrolewica zgarnie parę procent więcej od centroprawicy (lub odwrotnie). W systemie parlamentarnym mniej zależy od przypadku, a więcej od realnego rozkładu preferencji w chwili wyborów.

piątek, 30 października 2015
Wot durak!

Od rozważań o polskiej polityce warto odskoczyć do rozważań o polityce gdzie indziej - bo prowadzi to do pocieszającego wniosku, że tam jest jeszcze gorzej. W takiej Rosji na przykład.

„Durak” to kolejny krytyczny portret rosyjskiego państwa i społeczeństwa. Pod wieloma względami przypomina „Lewiatana”, głównego rywala „Idy” do Oscara.

Oba filmy dobrze świadczą przynajmniej o wolności słowa w rosyjskiej kinematografii - nie jest z nią źle. Ale tak poza tym wyłania się z nich obraz kraju, od którego najlepiej po prostu uciekać, bo nic się tam nie da naprawić.

W „Duraku” dość łopatologicznie przedstawia to metafora budynku, symbolizującego Rosję. To katastrofa budowlana, której nie sposób wyremontować, bo same fundamenty źle położono jeszcze pół wieku temu.

Mieszkańców trzeba jak najszybciej ewakuować. Ale nie ma dokąd. W mieście stoją wprawdzie nowowybudowane apartamentowce pełne pustych mieszkań, ale oligarchowie  wykupili je jako lokatę kapitału jeszcze zanim ruszyła budowa.

To wszystko nie może się więc dobrze skończyć tym bardziej, że kiedy budynek się zawali, zawalą się także lokalne układy i układziki. Ktoś przecież podpisał się pod przeglądem przeciwpożarowym, ktoś przecież wydał na lewo kasę, którą oficjalnie przeznaczano na remont generalny (w rzeczywistości - nieprzeprowadzony, bo niemożliwy do przeprowadzenia).

W „Lewiatanie” przynajmniej od czasu do czasu gdzieś w tle są jakieś ładne widoczki. W „Duraku” od pierwszego kadru do ostatniego, wszystko jest niesamowicie wręcz paskudne.

Upiorne miasto nie jest nigdy nazwane w samym filmie. Z ciekawości wyguglałem, gdzie to kręcono: niektóre wnętrza w Moskwie, ale straszliwe plenery (z owym budynkiem włącznie) w Tule.

Niezbyt daleko. Ale jakoś mnie nie ciągnie.

Prawdę mówiąc, w ogóle oba te filmy jakoś mnie jednak odrzucają. Nie umiem sympatyzować z głównymi, pozytywnymi bohaterami.

W „Lewiatanie” to przynajmniej jakoś tam było psychologicznie uzasadnione. Główny bohater tamtego filmu faktycznie miał trudny charakter i widzimy, jak przez to sam brnie w pułapkę, która się wokół niego zatrzaśnie.

Ale o co chodzi tytułowemu „Durakowi”? Jest tak strasznie bezkompromisowo uczciwy, że nie lubiłbym takiego typka w realnym życiu.

Na Zachód od Bugu mamy określenie na drobiazgowego przestrzegania każdego przepisu. Nazywa się to „strajk włoski” (Włosi, nawiasem mówiąc, nazywają to z kolei „białym strajkiem”).

W obu tych filmach, paradoksalnie, najsympatyczniejsze wydają się postacie negatywne. Skorumpowani urzędnicy, rozrywkowi oligarchowie, sarkastyczni cynicy.

Kiedy w tych filmach kobiety robią wyrzuty bohaterom pozytywnym („przez ten twój upór twoja rodzina żyje w nędzy!”), ja stoję po stronie tych kobiet. To one mają racje, a nie duracy w rolach głównych.

Nie wiem, może to jakaś bariera kulturowa, przez którą nie umiem zrozumieć Co Poeta Chciał Przez To. Tytuł „Duraka” to, jak rozumiem, sarkazm, bo twórca chciał gloryfikować szlachetną postawę głównego bohatera.

Ja to oglądam i myślę - masz chłopie tak wspaniały fach, którego ci z całego serca zazdroszczę jako drugorzędny felietonista. Jesteś hydraulikiem, złotą rączką, co to każdą rurę potrafi odetkać. W Warszawie żyłbyś jak król. Jeśli zamiast tego wolisz klepać biedę w tym bezimiennym miasteczku... nastajaszczyj z tiebia durak.

poniedziałek, 26 października 2015
Daremne żale

Koalicyjna lista SLD-UP dostała w roku 2001 41,04% głosów, czyli nawet więcej niż obecnie PiS. Przez chwilę na podstawie sondaży wydawało się nawet, że oni jako pierwsi będą mieć samodzielną większość w Sejmie, ale skończyło się na skromnych 216 mandatach.

Jak Leszek Miller to wszystko spieprzył, to temat na grubą książkę, nie na blogonotkę. Skupię się tutaj na dwóch błędach, które szczególnie boleśnie odbiły się w tych wyborach.

Po pierwsze - afera Rywina, która wybuchła wkrótce po wyborach. Miller zareagował na nią przedziwnym stuporem, przypominającym reakcję Platformy na ośmiorniczkowe podsłuchy.

Tak jak teraz Platforma, tak wówczas SLD zachowywało się, jakby żadnej afery nie było. Jakby wszystko dało się sprowadzić tylko do paru grubańskich żartów, to w końcu wszyscy zapomną o sprawie.

Na bezczynności Millera zyskali harcownicy z sejmowej komisji śledczej, która - jak to sejmowe komisje śledcze - służyła bardziej autolansowi poszczególnych posłów, niż wyjaśnieniu czegokolwiek. Wszystko co Miller robił w tej sprawie było samobójczo głupie, wliczając w to finalne głosowanie, w którym SLD zakiwał się na amen, doprowadzając do przyjęcia tzw. raportu Ziobry (najbardziej niekorzystnej dla siebie finałowej wersji).

Dalsze 10 lat kariery Leszka Millera to 10 lat pomyłek. Trudno znaleźć choć jedną rozsądną decyzję z tego okresu.

Pięknym końcowym akcentem były próby ukrycia się za plecami dwóch kobiet - Ogórek i Nowackiej. Tylko tym razem już chyba nawet Joanna Senyszyn nie kupi bajeczki „to nie my przegraliśmy, tylko nasza kandydatka na urząd prezydenta/premiera”.

Zresztą, kupi czy nie kupi, jakie to teraz ma znaczenie. Zed is dead, baby.

Ciekawszy wydaje mi się drugi problem. Wielu politycznych liderów w Polsce ma skłonność do robienia błędu, który był specjalnością tych 10 lat kariery Leszka Millera.

To błąd traktowania wyborców jako feudalnych peonów, których jaśnie pan hrabia może sprzedać jaśnie panu dziedzicowi razem z wioską, lasem, bydłem i nierogacizną. To jest to przekonanie, że jeśli Miller i Palikot ogłoszą połączenie swoich majątków, bo ten ma cztery procent, a ten ma pięć procent, to razem im wyjdzie dziewięć.

Otóż są ludzie, którzy mogliby zagłosować na Millera startującego z SLD - ale nie zagłosują, gdy startuje z listy Samoobrony (o czym sam Miller się przekonał „the hard way” w 2007). Są zwolennicy SLD i zwolennicy Partii Demokratycznej, którzy nie zagłosują na koalicję LiD. Są zwolennicy Palikota, którzy nie zagłosują na wspólną listę Miller-Palikot - i tak dalej.

Miller, mam wrażenie, nigdy tego nie rozumiał. Bo co wybory, miał inny, genialny pomysł tego typu. Zawiązywał jedne koalicje, rozwiązywał drugie. Teraz wydawało mu się, że „Zjednoczona Lewica” po prostu przyniesie sumaryczny wynik wszystkich koalicjantów.

Nie przyszło mu do głowy, że wyborcy głosujący na Palikota, bo to taki swój chłop do blanta i do kieliszka - przerzucą się na Liroja z Kukizem. A wyborcy, którym odpowiada eseldowska postawa „twardy neoliberalizm w gospodarce i cieniutki antyklerykalizm w sprawach obyczajowych”, uciekną do Nowoczesnej Ryszardy.

A jaśnie pan hrabia zostanie sam, w pustej wiosce.

SLD popełniło samobójstwo jeszcze w wyborach prezydenckich. Żadna partia nie mogłaby przetrwać czegoś tak głupiego, jak kandydatura dr Ogórek.

Gdyby SLD wystartowało wtedy samodzielnie, wystawiając jakiegoś swojego lidera - może i by zgarnęło słaby wynik, coś między Korwinem a Palikotem. Ale to byłaby solidna podstawa do zawalczenia chociaż o pięć i pół w równie samodzielnym starcie do Sejmu.

Tak jak Platforma sama siebie skazała na obecne drugie miejsce skandalicznie niekompetentnie prowadzoną kampanią prezydencką - tak samo ówczesny błąd Millera skazał SLD na marginalizację. SLD było politycznym trupem od pół roku.

W tych wyborach SLD nie zginęło. Po prostu wreszcie odłączono zwłoki od respiratora. Czas rzucić grudkę i wygłosić przemówienie.

Ja wydeklamuję Asnyka.

środa, 21 października 2015
Now Playing (171)

Zbliża się cisza wyborcza, więc chciałem w tym tygodniu wrzucić kolejną notkę o moich muzycznych fascynacjach i odkryciach. Byłem w tym roku na Przystanku Woodstock i wpadła mi tam w ucho francuska grupa Shaka Ponk. Im więcej słucham, tym bardziej mi się podoba.

Nie umiem określić ich stylu. Ciocia Wiki też nie bardzo, używa też przerażającego określenia „experimental rock”.

Ale bez obaw, nie chodzi o to, że ktoś pół wieku po wczesnych Floydach znowu zaczyna się bawić przesterowanymi efektami. Przeciwnie, ta muzyka jest bardzo skoczna, melodyjna, wpada w ucho. Tyle że nie da się powiedzieć, czy to hip hop czy to punk rock. Ale cokolwiek to jest, jest bardzo fajne.

Domyślam się, że niektórzy komcionauci odczuwają presję, żeby coś tu napisać o medialnym triumfie Zandberga. Wyjątkowo będę tolerować offtopy (acz nie podczas ciszy wyborczej), a nawet sam się zaofftopuję.

Obserwuję partię Razem od początku z sympatią, mimo swojej dystwarzii i dyznazwiskii kojarzę Zandberga od paru lat, jako jednego z tych sympatycznych i inteligentnych młodych ludzi, szwendających się bezradnie po różnych lewicowych młodzieżówkach, bez szans na karierę polityczną, bo Millerów i Palikotów młodzi działacze interesowali zawsze tylko jako paprotki lub teczkowi.

Cieszę się, że ci ludzie wreszcie wyszli z tych organizacji i zaczęli działać razem. Od lat głosuję wbrew sobie, z obrzydzeniem, zatykając nos, robiąc dobrą minę do złej gry - koniec z tym. Ufff.

Ta debata wyjaśnia, dlaczego czuję się tak bardzo wyalienowany w świecie polskiej polityki. Z całej tej ósemki liderów Zandberg był jedyną osobą, z którą miałbym ochotę na towarzyską rozmowę.

To człowiek, który czyta książki, który wie coś o świecie, który ma poglądy własne, a nie wyprodukowane przez spindoktorów na podstawie fokusa w targecie. Przypadkowo mniej więcej takie same jak ja, ale to już dla mnie szczegół.

W polskiej debacie nie znoszę jej straszliwej miałkości. Z polskimi politykami da się może pogadać o piłce nożnej albo o celebrytach. Czyli o tym, o czym pisze pudelek, bo nic poza tym nie czytają.

Stąd ten przedziwny fenomen ludzi, którzy ciągle sobie wycierają gębę Adamem Smithem, a nigdy nie czytali nie tylko „Teorii uczuć moralnych”, ale nawet „Bogactwa narodów”. Wydaje im się więc, że to był orędownik dzikiego kapitalizmu (otóż nie był).

Tacy ludzie - niedouczeni, niedoczytani, klepiący w kółko te same ideologiczne zaklęcia - dominują niestety w naszym dyskursie. I nie ma tu znaczenia, „lewica” czy „prawica”, rządzi nami jakiś ponadpartyjny front bibliofobów.

Dlatego nie oglądam telewizyjnych programów typu „kłótnie polityków”. Dlatego nie chce mi się czytać publicystycznych „komentarzy i opinii”. Dlatego niemile widzę u siebie na blogu komcionautów przychodzących tu z portalowych forów czy z Twittera.

Wiem, że nic nowego się od nich nie dowiem. Usłyszę tylko jeszcze raz te same slogany, które znam na pamięć. Boooo-ring.

Z „razemitami” nie odbędę może ciekawej dyskusji politycznej, bo za bardzo się zgadzamy. Ale da się z nimi pogadać o „Marsjaninie” czy o Ha-Joon Changu.

Nie wyobrażam sobie interesującej rozmowy na takie tematy z nikim z siódemki pozostałych liderów. Z Zandbergiem? Spoko. Dlatego mój wybór to tak naprawdę kwestia smaku.

czwartek, 15 października 2015
Złoty ćwiek

Prognozy do 2019

Rząd, który wyłoni się z tych wyborów, stanie w przyszłym roku przed unikalną okazją do ceremonii wbicia symbolicznego „złotego ćwieka” z okazji scalenia polskiej sieci autostrad i dróg ekspresowych. Razem z otwarciem wschodniej obwodnicy Łodzi pojawi się połączenie między siecią północną i południową, które w Polsce na razie przedzielone są łódzką aglomeracją.

Gdzieś w tym samym czasie oddawany będzie do ruchu ostatni fragment A4, dzięki czemu ukończona zostanie w całości pierwsza z trzech planowanych „dużych” autostrad, od granicy do granicy. Nasza A4 płynnie przechodzi w niemiecką (BTW: czy to najdłuższy taki transgraniczny ciąg w Europie?) - oni jeszcze ciągle mają dziurę po żelaznej kurtynie, my skończymy szybciej, choć po 1989 mieliśmy więcej do zbudowania.

Z tej okazji zamiast październikowego rankingu od czapy dam znowu powód do radości dla miłośników mojego mistrzowskiego skilla pejntbraszowego. Radujcie się!

Na żółto (z braku złotej kredki) zaznaczyłem oddawane w przyszłym roku odcinki, które moim zdaniem można uznać za zakończenie pierwszej fazy, po której dostaniemy spójną sieć. Będzie można przejechać ze Szczecina do Rzeszowa bez opuszczania ekspresówek i autostrad!

Wprawdzie, jak widać, byłaby to podróż kompletnie od czapy, bo najpierw do Łodzi, a potem do Wrocławia, ale hej, kiedy Amerykanie w 1869 ceremonialnie wbili ostatniego gwoździa na budowie Union Pacific, most na Missisipi był jeszcze w budowie, więc podróżni musieli ten fragment pokonać promem.

Realny kierowca pokonujący w 2016 trasę Szczecin-Rzeszów w praktyce i tak nie będzie już miał źle, bo najgorszym odcinkiem podróży będzie ten, który od prawie 40 lat jest najlepszy - czyli centralny fragment Gierkówki, Piotrków-Częstochowa. W odróżnieniu od odcinka Piotrków - Warszawa, budowano go od razu nowym szlakiem, więc to już teraz jest bieda-autostrada, z okazjonalnymi kolizyjnymi skrzyżowaniami.

Do przebudowy tego odcinka na pełną autostradę mi się wcale nie śpieszy, bo to będzie komunikacyjny Armagedon. Zostawiłbym to na deser, kiedy już zaawansowane będą dobre alternatywne drogi północ-południe, czyli S3, S5, S7 i S17/S19. Wtedy na trasie Szczecin - Rzeszów będziemy mieli do wyboru kilka fajnych opcji- a nie, jak dzisiaj, same niedobre.

Na zielono zaznaczyłem drogi, które obecny rząd zostawia swoim następcom w na tyle zaawansowanym stanie (trwa budowa albo papierkologia jest już z górki), że mogą być ukończone do końca tej kadencji. Oczywiście, z lat 2005-2007 pamiętamy, że PiS potrafił odziedziczyć zaawansowaną papierkologię, a potem to wszystko podrzeć, i nie robić nic poza bezsensownym tupaniem nóżką.

Podsumowałem tę politykę notką „trzy giga i dwa lata”, bo tyle na tym straciliśmy. Dwa lata opóźnienia i wszystko w efekcie trzy miliardy drożej.

Zakładając, że tym razem nie będzie tak źle (zielony to kolor nadziei, ha ha), może na 50 urodziny będę mógł sobie zafundować w prezencie wycieczkę objazdową w postaci kręcenia się w kółko po Polsce autostradami i ekspresówkami.

Droga S3 w roku 2019 powinna już na przykład łączyć Szczecin (a może nawet Wolin) z Legnicą (a może nawet Bolkowem). Z Łodzi będzie więc można wyjechać S8 na Wrocław, a wrócić A2 ze strony Poznania (a może nawet A1 od Torunia).

Nie wiem, czy będę wtedy jeszcze prowadził bloga - ale w przyszłym roku dziesiątą rocznicę blogowania chciałbym uczcić rajdem Warszawa - Wrocław - Rzeszów, celebrującym „złotego ćwieka”.

czwartek, 08 października 2015
Jeb 2016

Wbrew pozorom, nie jestem wrogiem przedsiębiorców. Cenię sobie etos (tu robię swój najlepszy fejkowy fhancuski aksąt) entrepreneura - czyli kogoś, kto zaryzykował całym swoim majątkiem, ciężko pracował, stworzył miejsca pracy itd.

Współczesny kapitalizm jednak, wbrew pozorom, wcale nie jest domeną tak rozumianych entrepreneurów. Rządzą nami korporacje, a w korporacjach entrepreneurzy to rzadkie perełki, w rodzaju tego odwiecznego Steve’a Jobsa, o którym się wspomina przy takich okazjach.

Była prezeska Hewlett-Packard Carly Fiorina uwielbia pozować na kogoś w rodzaju Jobsa w spódnicy. Szydercza reakcja Stevena Levy na te przechwałki to główna inspiracja do niniejszej blogonotki.

Widzę jakiś fantastyczny znak czasów w tym, że czołowi kandydaci do nominacji partii republikańskiej w amerykańskich wyborach prezydenckich to biznesmeni-nieudacznicy, którzy potrafią tylko marnować cudze pieniądze (akcjonariuszy, podatników itd.), ale sami nie daliby sobie rady z byle budką warzywną. To są te chwile, w których serio chciałbym usłyszeć od kogoś, kto ma inne poglądy niż ja, co on widzi patrząc na Carly Fiorinę (albo Jeba Busha, albo Donalda Trumpa itd.).

Ja widzę kogoś, kto urodził się w uprzywilejowanej rodzinie, więc pierwszy milion po prostu odziedziczył. W takiej sytuacji możesz być dowolnie głupi, leniwy, niekompetentny.

Rodzinne koneksje i tak pozwolą ci „sprawdzać się w biznesie”, jeśli taka będzie twoja wola. A jeśli sprawdzisz się z wynikiem negatywnym, w najgorszym wypadku będziesz prawicowym politykiem, chwalącym obniżanie podatków najbogatszym, jako sposób na zachęcanie do mitycznego „tworzenia miejsc pracy”.

Tatuś Fioriny pochodził z zamożnej teksańskiej rodziny. Było ją stać na opłacenie prestiżowej szkoły prawnej, więc tatuś został wpływowym sędzią, a w administracji Nixona dochrapał się odpowiednika naszego wiceministra sprawiedliwości.

Fiorina też skończyła studia prawnicze i też zostałaby prestiżowym sędzią, ale chciała się „spróbować”. A to jako pianistka, a to jako biznesłumen. Kto bogatej zabroni?

Jako prawniczka nadzorowała wejście firmy Lucent na giełdę. To ją uczyniło zawodową członkinią zarządów i rad nadzorczych - trafiła do elitarnego klubu, w którym przy partyjce golfa członkowie i członkinie układają składy zarządów w transakcjach typu „ja cię poprę, jak ty mnie poprzesz”.

Tak została najgorszym prezesem w dziejach Hewlett-Packard. Podejmowała same złe decyzje.
Spotkała ją za to jedyna kara, jaka spotyka złego prezesa: odejście z kosmiczną odprawą, 21 milionów w keszu plus inne benefity warte 19 mln.

Bo prezesi spółek giełdowych owszem, ryzykują - ale cudzymi pieniędzmi. Czy firma stoi, czy firma leży - prezesowi premia się należy.

Donald Trump z kolei wrodził się w branżę hotelarską dzięki swemu dziadkowi, który dorobił się na gorączce złota. Nie jako poszukiwacz złota, ale jako właściciel hoteli i restauracji, w których poszukiwacze złota wydawali te resztki pieniędzy, jakie wzięli ze sobą do Klondike.

Własnych sukcesów biznesowych Trump nie miał żadnych. Najpierw pracował w rodzinnej firmie, potem zakładał własne. Te czterokrotnie bankrutowały. Akcjonariusze byli w plecy, Trump na każdym bankructwie tylko stawał się jeszcze bogatszy.

Jak Jan „santo subito” Kulczyk, Trump najlepsze interesy robił z udziałem publicznych pieniędzy. Jakoś tak się składało, że miasto Nowy Jork zawsze chętnie mu dawało jak nie ulgę podatkową, to prawo pierwokupu. Tak się dorobił fortuny, dzięki której teraz, być może, stanie się prezydentem.

Jeb Bush przyszedł na świat w skromnej rodzinie prezydenta USA. No dobra, z tego mi się już nawet szydzić nie chce, Bushowie od lat są najlepszą parodią samych siebie.

Może czytają mojego bloga jacyś wąsaci polonusi z Szikagou, którzy będą głosować na Republikanów. A może po prostu zwolennicy polskiej prawicy, którzy w hipotetycznych wyborach „Sanders kontra Trump”, głosowaliby na Trumpa (ja oczywiście na Sandersa, ale i Hillary bym nie pogardził jako Mniejszym Złem).

Naprawdę taki kapitalizm wam się podoba? Ja bym tym pasożytom z rad nadzorczych przywalił 91% podatku, jak w czasach maksymalnego wzrostu (1946-1964).

Właśnie żeby się „zniechęcili”. Może jak się zniechęcą, to mniejsze straty spowodują...

środa, 30 września 2015
Sceny-symbole i kadry-obrazy

Z okazji książki o ostatnich 10 latach polskiego filmu wróciłem do filmów z czasów mojej młodości. U zarania blogaska zrobiłem ranking najgorszych polskich filmów z lat 80. Teraz więc trochę przewrotnie - filmy najlepsze, acz jakby zapomniane.

koluszki

„Bal na dworcu w Koluszkach” podsumowuje to, co najlepsze i najgorsze w polskim kinie tamtej epoki. Mam do niego ogromny sentyment, bo z tego co pamiętam, w kinie 25 lat temu bawiłem się świetnie. Acz dziś już nie wyszło to tak dobrze.

Przez wiele lat problemem polskiego kina było przesunięcie z prozy w poezję. Każda postać musiała być Personifikacją. Każda scena Symbolem. Każdy kadr Obrazem.

Prowadziło to do rzeczy wielkich, ale czasem też do grafomanii. Ten drugi przypadek opisywałem w blogonotce sprzed prawie 10 lat.

Szczególnie irytujące to się robiło pod koniec dekady, kiedy mówienie ezopowymi aluzjami już nie wystarczało. Już chcieliśmy, żeby walić prosto z mostu z grubej rury. Inna sprawa, że następna dekada gruborurowej poetyki Pasikowskiego i Żamojdy wcale nie była taka fajna i dopiero teraz kino złapało Złoty Środek.

Dzisiaj „Bal na dworcu w Koszulkach” zrobiono by inaczej. Można by nawet gdybać, jak by to nakręcił Smarzowski, jak Palkowski, a jak Komasa. Wyjściowy pomysł mógłby pasować każdemu z nich.
Zima stulecia, sylwester 1978/1979. Śnieg zasypał tory, zabrakło prądu, pociąg dalej nie pojedzie. Wściekli pasażerowie chcąc nie chcąc stają się uczestnikami dworcowej imprezy.

A że są bohaterami polskiego filmu z lat 80., to każdy z nich jest Symbolem Czegoś Tam, a razem tworzą Przekrój Społeczeństwa. Momentami to bardzo fajnie wychodzi, ale cieszę się, że dziś filmy kręci się inaczej.

jork


Krzysztof Krauze uważał swój debiut „Nowy Jork, czwarta rano” za porażkę. Z czym się nie zgadzam, bo znów, w kinie bawiłem się świetnie.

Ale mogę się domyślić, że dla Krauzego - jednego z prekursorów nowego języka polskiego kina - to był pierwszy i ostatni krok w świecie peerelowskiej filmowej poezji. Bo w tym filmie znowu każdy ktoś coś symbolizuje, osobliwie Henryk Bista, który doskonale się odnajdywał w takich charakterystycznych postaciach drugoplanowych.

prom

„Ostatni prom” to znowu film zawieszony między estetyką dawną a nową. Z jednej strony, kręcony był już po politycznym przełomie, z poczuciem, że wszystko można. Z drugiej: jak wszystko można, to znaczy, że Przekrój Społeczeństwa możemy poszerzyć o sympatycznych solidarnościowców i wrednych ubeków, nazywając wreszcie rzecz po imieniu (ale dalej krążąc po symbolach i aluzjach).

Znowu więc mamy tutaj postacie-symbole i sceny-obrazy. Tak ikoniczne, jak Polacy wskakujący do morza z promu, który zawraca do kraju w związku ze stanej wojennym. Wyławia ich niemiecka straż przybrzeżna - zamiast im powiedzieć „won z powrotem, wy migranci ekonomiczni”. Choćby z tego powodu więc warto to sobie przypomnieć...

sobota, 26 września 2015
Irackie kredyty

Obejrzałem wreszcie „Karbalę” i śpieszę z odpowiedzią na dwa pytania, które zapewne najbardziej nurtują PT Komcionautów. Pierwsze dotyczy (ewentualnego) militaryzmu, drugie realizacyjnej tandety, dotąd dręczącej polskie filmy wojenne.

Może zacznę od drugiego. Choćby dlatego, że daje mi to naturalny pretekst do zawołania „hej, wydałem nową książkę!”.

W książce „10 lat emocji. Polskie kino 2005-2015” staram się opisać, jak PISF ucywilizował relacje w polskim kinie, dając szansę fachowcom od różnych okołofilmowych rzeczy takich jak trupy czy wraki na doskonalenie warsztatu, żeby ich trupy wyglądały należycie trupio, a wraki adekwatnie wrakowato. W książce opisuję to szczegółowo na przykładzie trupów w „Bogach”, ale zasada jest uniwersalna.

Człowiek potrzebuje poczucia minimum stabilizacji życiowej, żeby móc rozwijać tego typu umiejętności. W zawodach okołofilmowych nie było szans na taką stabilizację przed 2005, dlatego trupem był statysta, który miał leżeć i się nie ruszać.

A więc: nie mógł do niego podejść Tomasz Kot i zrobić od niechcenia sekcję, jak w „Bogach”. Że już nie wspomnę, że Bartłomiej Topa nie może puścić w niego serii z kałacha.

To samo z wrakami. To samo z ruinami. To samo z ranami postrzałowymi. Żeby te rzeczy wyglądały przekonująco, trzeba zawołać fachowca. A fachowiec to niejako z definicji ktoś, kto miał czas na zgromadzenie kwalifikacji.

„Karbala” była kręcona głównie w Warszawie, o czym wiedziałem, bo przeczytałem wcześniej wywiad w „Gazecie”, ale... po kwadransie przestałem o tym myśleć. Bo jest prawda czasu i prawda ekranu, ale ta druga jest tylko wtedy, gdy film robią fachowcy (o! i to jest słuszna koncepcja!).

Paździerza więc nie ma. A co z militaryzmem? Też go nie ma!

Chyba każdy z grona PT stałych komentatorów zna to uczucie „guilty pleasure”, towarzyszące oglądaniu filmów wyprodukowanych przez Jerry’ego Bruckheimera. Lubimy te efekty, lubimy te rozpierdziuchy, ale niedobrze nam się robi na widok tego łopoczącego gwieździstego sztandaru w finale.

Nie wiem, na ile w „Karbali” to zrobili specjalnie, ale scenę z postrzępioną, osmoloną, ostrzelaną polską flagę odebrałem jako świadomą parodię tego motywu. Nie wiem, ale się domyślam, bo zaraz potem jest kluczowa rozmowa z Amerykanami, że „tej bitwy nigdy nie było”.

Zresztą, co tu się domyślać. „No brainer”, jak mawia nasz Wielki Brat. Amerykanie pokazani są w tym filmie jako głupcy, zdemoralizowani technologiczną przewagą. Wydaje im się, że skoro mają te wszystkie wihajstry i dynksy, Irakijczycy mogą im naskoczyć. To pierwszy rok wojny, wielkie rozczarowanie dopiero przed nimi.

Polacy wszystko mają przestarzałe i mało wartościowe bojowo. Hej, przecież przyjechaliśmy tu na misję stabilizacyjną! Po co amunicja, przecież nie będzie do kogo strzelać!

Kiedy jeszcze Amerykanie lekceważą zagrożenie, Polacy już zaczynają przerabiać swoje rzęchowate Honkery na wozy bojowe. To jest kapitalna scena - ta szlifierka, tnąca metalowe płyty, te kamizelki kuloodporne mocowane do drzwi taśmą.

„Nikt nas nie szkolił na takie sytuacje!” - mówi tuż przed kulminacją główny bohater, kapitan Kalicki (Bartłomiej Topa). Ale właśnie dlatego potem następuje kulminacja - improwizowane i skuteczne działanie.

Żołnierze z tak zwanego „normalnego kraju” pewnie by się na coś takiego nie zdobyli. Holendrów też nikt „nie szkolił” na Srebrenicę, Belgów na Kigali a Amerykanów na Mogadiszu. Najprościej zamachać białą flagą, tego pewnie uczą na pierwszym roku w West Point.

Z całym szacunkiem dla talentu Topy, show kradnie mu aktor drugoplanowy - Leszek Lichota, mistrzowski w roli kaprala Maleńczuka, archetypalnego „statego wiarusa”. Maleńczuk swoje wie, niejedno widział, niejedną kurwą rzucił.

Scena, w której ciężko ranny i śmiertelnie zmęczony, jednak rzuca smutnym „no kurwa...” i oddaje decydującą serię, dzięki której ten film jednak ma coś w rodzaju happy endu, wejdzie do historii polskiego kina na równi z „człowieku, po coś uciekał?” mistrza Wajdy. I znów nie wiem, na ile to świadome, ale widzę tu nawiązanie do szkoły polskiej sprzed pół wieku.

Ta wojna przecież nie miała sensu i film nie udaje, że było inaczej. Tak wracamy do punktu pierwszego - czy tu jest militaryzm?

Nie. Jest, owszem, hołd dla ludzi, którzy tam pojechali. Po co? A po to, po co my wszyscy wykuwamy pekab, każdy po swojemu. Bo kredyty się same nie spłacą. Czy potrzebujemy innej motywacji?

Sama wojna w Iraku spotyka się tu z miażdżącą krytyką. Reżyser nie bawi się w aluzje, na które byli skazani twórcy „szkoły polskiej”. Przekaz jest prosty: Ameryka to kolejny Wielki Brat, który robi nas w konia tak samo, jak poprzedni.Tu nie ma militaryzmu, w takim samym sensie, w jakim film „Dzień kobiet” nie ma hipermarketyzmu. Bohaterowie „Karbali” pojechali na wojnę, bo mieli kredyty do spłacenia. Jak my wszyscy.

wtorek, 15 września 2015
Pożegnanie mniejszego zła

A więc w tych wyborach po raz pierwszy w życiu zagłosuję zgodnie ze swoimi przekonaniami. Marzę o tym ćwierć stulecia, za spełnienie tego marzenia kłaniam się przed partią Razem uniżenie.

W pierwszych częściowo wolnych wyborach z 1989 miałem 20 lat. Głosowałem w nich na „zdjęcie z Lechem”; szczęśliwie w moim okręgu był Kuroń, ale zagłosowałbym wtedy i na Kaczyńskiego.

Nie wszystko mi się podobało w „drużynie Lecha”. Bałem się ich klerykalizmu, bałem się ich nacjonalizmu. Ale bez dwóch zdań była „mniejszym złem”.

Miałem nadzieję, że w pierwszych prawdziwie wolnych wyborach będę mógł zagłosować na Polską Partię Socjalistyczną. Nie liczyłem na sukces, liczyłem właśnie na to, na co teraz: że zagłosuję zgodnie ze swoim światopoglądem i dowiem się, ilu w kraju jest takich jak ja.

Byłem dwudziestoparolatkiem, a więc kimś, kto ma czas i komu się chce. Starałem się pomóc.
Niestety, rządzący partią „starsi panowie” (jak ich nazywaliśmy) wpadli na genialny plan. Uznali, że partia z „socjalizmem” w nazwie nie ma szans.

Nie rezygnując z partyjnych stanowisk, założyli razem z innymi starszymi panami stowarzyszenie „Solidarność Pracy”. Przeforsowali decyzję, że partia nie wystartuje samodzielnie, a tylko poszczególni jej działacze pojawią się na listach tego stowarzyszenia.

No większym makiawelem to był już chyba tylko Komorowski z tym swoim vo duyen referendum.

Mam więc po swoim okresie idealistycznego zaangażowania w politykę PTSD jak Oliver Stone po Wietnamie. Partia rzuciła mnie na odcinek radomski, cierpię więc na flashbacki radomskie (może dlatego mi się tak spodobała „Siódemka” Szczerka; jądrem ciemności w tej powieści jest płonące radomskie blokowisko - bohater moich koszmarnych snów).

Jak Stone, zgłosiłem się na ochotnika, ale nie miałem wpływu na kretynizm dowództwa. Które nie przewidziało, że jesienią 1991 słowo „solidarność” będzie bardziej znienawidzone od słowa „socjalizm”.

Włączyłem się w politykę, żeby stawiać opór neoliberalnym reformom. Ale polityczny geniusz „starszych panów” sprawił, że zbierałem podpisy pod listą, której nazwa się kojarzyła ludziom właśnie z tymi reformami.

Codziennie wysłuchiwałem od mieszkańców Radomia wyzwisk kierowanych pod adresem Balcerowicza i Wałęsy, c/o Jors Truli. I mogłem tylko bezradnie tłumaczyć, że to jest inna „Solidarność”. Smutne jak piosenka z Miss Sajgon.

Gdyby w 1991 PPS wystartowała jako PPS, nazwa sprawiałaby może jakiś problem, ale nie aż taki, jak konieczność „przepraszania za Solidarność”. To byłby dobry wstęp do lepszego wyniku w następnych wyborach.

Te nastąpiły przedterminowo, bo w 1993. W Polsce na 3 prawicowe sejmy, 2 rozwiązano przed końcem kadencji. Warto pamiętać, że następne wybory mogą nadejść jak grom z jasnego nieba.
PPS w 1993 była nieprzygotowana. Niesamodzielny start z 1991 był porażką, w efekcie nie pozostało nic poza uczestnictwem w „szerokim porozumieniu dwudziestu paru ugrupowań lewicowych pod egidą OPZZ”.

Więc owszem, zagłosowałem. Pocieszając się, że w zasadzie na PPS, ale przecież tak naprawdę jednak na SLD.

Potem w wyborach 1997 znów głosowałem na SLD. Tym razem już w klasycznym wariancie „mniejszego zła”.

Wiadomo było, że wybory wygra AWS. Chciałem, żeby wygrali jak najmniejszą większością i mieli przeciwko sobie jak najsilniejszą opozycję.

W 2001 po raz pierwszy nie poszedłem. Wiadomo było, że wybory wygra SLD. Chciałem, żeby wygrali jak najmniejszą większością i mieli przeciwko sobie jak najsilniejszą opozycję.

W 2005 znowu nie poszedłem. SLD w poprzedniej kadencji pokazał, że już nawet nie chce im się udawać lewicy (Leszek Miller wtedy właśnie zakochał się w podatku liniowym i amerykańskim imperializmie). Nie byli już dla mnie nawet „mniejszym złem”.

W 2007 zagłosowałem na LiD. Sojusz środowisk, które mogłyby nas uchronić przed AWS i Kaczyńskimi, gdyby się dogadały w latach 90. Ale dogadały się dopiero, kiedy już to nie miało żadnego znaczenia.

W 2011 głosowałem na PO. Partia, która wreszcie zbudowała autostrady, zasługiwała na ten jednorazowy bonus.

We wszystkich tych wyborach (1989-2015) nie startowało żadne ugrupowanie jawnie i po prostu socjalistyczne, choć oczywiście politycy się o to uwielbiają „oskarżać”. Bo do tego nas doprowadziło oddanie postkomunistom monopolu na lewicowość - słowo „socjalista” stało się obelgą.

Oczywiście, to nie dotyczy niniejszego blogaska. Zawsze był dla socjalistów „strefą bezpieczeństwa”. Dlatego chyba tym razem nawet nie będzie w komentarzach jakiejś większej dyskusji - chyba wszyscy tu głosujemy na „Razem”?

czwartek, 10 września 2015
Zwyczajni ludzie z drągami

W ramach pewnego riserczu czytam ostatnio dużo o przebiegu Holokaustu na wschód od linii Ribbentrop-Mołotow. W pierwszych dniach planu Barbarossa wzdłuż całego tego pasa ziemi miały miejsce pogromy żydowskie, które Niemcy chętnie dokumentowali, robiąc zdjęcia i kręcąc filmy.

Te filmy są naprawdę przerażające, jeśli ktoś tego nie oglądał, to serdecznie odradzam. Uderzyło mnie w nich coś, czego nie widać z książek - że uczestnikami tych pogromów są po prostu tak zwani zwyczajni ludzie.

Lwów jeszcze dwa lata wcześniej był przecież normalnym, tętniącym życiem miastem. Matematycy w kawiarniach rozwiązywali tam na serwetkach równania. Lekarze dokonywali pionierskich operacji. Poeci uwodzili poetessy.

Miasto uniknęło większych zniszczeń w 1939 i w 1941. Na tych zdjęciach ulice wyglądają normalnie. I ludzie też wyglądają normalnie - są ogoleni, dobrze ubrani, czasem nawet pod krawatem. Ot, zwyczajni mieszkańcy zwyczajnego miasta.

I ci zwyczajni ludzie mordują drągami, łomami, kamieniami swoich sąsiadów. Dla rozrywki z kobiet zdzierają przedtem ubrania. Ich ofiary próbują przemówić oprawcom do sumienia, błagają o litość, gestykulują - odpowiedzią są kolejne ciosy.

Chcielibyśmy o takich ludziach mówić „wyrostki”, „zwyrodnialcy”, „margines społeczny”. Podświadomie wyobrażamy ich sobie jako tłum statystów z filmu „Pokłosie”, niechlujnych i obskurnych.

Ale nie, to zacni mieszczanie. Dwa lata wcześniej zapewne gdy mijali się na promenadzie ze swoimi przyszłymi ofiarami, wymieniali uprzejme skinienie kapelusza.

Jak człowiek może się zmienić w taką bestię? Myślę, że przedsmak daje nam obecna pyskusja na temat uchodźców, kiedy nagle zwyczajni ludzie o zwyczajnych profilach jadą tekstami otwarcie nazistowskimi.

„Nie jesteśmy żadnymi rasistami, martwimy się tylko o przyszłość naszych rodzin, dla których ta kolonizująca nasz dzicz stanowi oczywiste zagrożenie” - oburzają się i uzasadniają tezę o zagrożeniu: że oto tajemniczy Bulonis Kamil ujawnił przemilczany przez wszystkie media atak uchodźców na autokar, a tutaj znowu kanapki leżą w koszu.

Otóż dokładnie to samo powiedzieliby ci zwyczajni ludzie z drągami, uchwyceni przez kronikę Wehrmachtu. I to samo powiedzieliby (a nawet mówią) bohaterowie książki Katarzyny Surmiak o Ku-Klux-Klanie: "My się tylko bronimy! To my jesteśmy ofiarami!”

Bezpośrednim powodem pogromu w Lwowie było ujawnienie morderstwa popełnionego przez NKWD na więźniach m.in. Brygidek. Skoro NKWD, to znaczy że Żydzi - a to, że osoby pochodzenia żydowskiego również były na liście ofiar miało dla uczestników pogromu dokładnie takie same znaczenie, jak dla polskich ksenofobów to, że ofiarami ISIS padają głównie muzułmanie.

Podstawą nowożytnego antysemityzmu była „Protokoły Mędrców Syjonu” - carska fałszywka, mająca w naiwnym czytelniku wyrazić przeświadczenie, że istnieje jakiś Tajny Ośrodek Władzy Żydowskiej, którego polecenia spełniają wszyscy, od ortodoksów w chałatach po tych (pozornie!) zasymilizowanych Leśmianów i Tuwimów.

Internet znakomicie ułatwia tworzenie takich fejków, więc już po fejsie latają niezliczone teksty typu „europejski muzułmanin mówi, jak jest: to inwazja !!!”. I faktycznie, coraz więcej ludzi wierzy w to, że istnieje jakiś Tajny Sztab ds Kolonizowania Świata Przez Islam, którego polecenia spełniają wszyscy muzułmanie od Indonezji po Maroko.

Co tkwiło w głowie lwowskiego mieszczanina, zatłukującego drągiem swojego sąsiada Henryka Heschelesa (brata Mariana Hemara)? Moim zdaniem, tkwiło tam irracjonalne przekonanie, że Hescheles w jakiś mistyczny sposób ponosi współodpowiedzialność za zbrodnie Stalina.

To samo jest w głowie polskiego mieszczanina, cieszącego się ze śmierci imigrantów, którzy się udusili w ciężarówce. Przekonanie, że oni są współodpowiedzialni za zbrodnie ISIS, bo to pewnie też muzułmanie, a więc wszyscy razem wykonują rozkazy Tajnego Sztabu ds Inwazji.

Latające po fejsie dowody na inwazję, typu „Bulonis Kamil mówi jak jest, a poza tym w Szwecji jest najwięcej gwałtów”, są dokładnie tej samej klasy, jakimi antysemita uzasadniałby współodpowiedzialność rodziny Hemara za zbrodnie Stalina. Bo „prawdziwe nazwisko”, bo „nasze kamienice”, bo „protokoły Syjonu”.

Kiedyś porównywałem Internet do „wielkiego zderzacza głupoty”, bo działa jak akcelerator, rozpędzający mitomańskie produkty Bulonisów Kamilów i zderzające je z równie kretyńskimi „listami od anonimowego muzułmanina”. Chciwość korporacji, które na tych bzdurach zarabiają, wszystkich nas w końcu załatwi.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Now Playing (170)

W tym muzycznym cyklu często dokonywałem wstydliwych wyznań - ale chyba żadne nie będzie tak wstydliwe, jak to. Wróciłem ostatnio do płyty U2 „Songs of Innocence”.

Nie dość, że słuchanie U2 to obciach, to jeszcze na dodatek właśnie ta płyta była niechcianym prezentem, który Apple wcisnęło swoim użytkownikom nie pytając ich o zdanie. Byliśmy oburzeni. Sam napisałem o tym złośliwy felieton.

Tim Cook i Bono musieli być zdumieni reakcją użytkowników. Widać to było po pośpiesznych i nieporadnych próbach zamaskowania katastrofy pijarowej.

Płyta zapłaciła za to niesprawiedliwie krytycznymi recenzjami. Dopiero z perspektywy czasu zaczęto ją wymieniać wśród najlepszych płyt 2014 (tak przynajmniej twierdzi ciocia Wiki).

Ja byłem w tej sprawie hipokrytą do kwadratu. Tak naprawdę płyta spodobała mi się od pierwszych dźwięków, po prostu celowo odmówiłem polubienia. „The Miracle (Of Joey Ramone)” to bardzo dobre intro na pochwycenie uwagi słuchacza - a potem wchodzi naprawdę dobry kawałek, „Every Breaking Wave”.

Jej zwrotki budowane są wobec metafor typu „każdy X wie, że”. Każdy prezes korporacji wie, że podstawą jego biznesu jest klasa średnia - do której kiedyś może i należał, ale teraz z definicji jest co namniej w wyższej średniej, lub po prostu wyższej.

Co za tym idzie, przetrwanie korporacji zależy od umiejętności wczucia się mentalność jednego z tych szarych ludzików kilka pięter drabiny społecznej pod prezesem. Sekretem sukcesów Steve’a Jobsa była, jak sądzę, mistrzowska umiejętność - Tim Cook zatopi Apple jej brakiem.

Widzę to oczywiście nie tylko w tej kwestii. Mimo bycia prezesem, Jobs wykonywał typowo średnioklasowe czynności w rodzaju robienia prezentacji czy odpisywania na maile. To sprawiało, że rozumiał potrzeby człowieka, który w ten sposób zarabia na życie.

Dlatego od razu widząc produkty takie, jak iPhone czy Keynote wiedziałem, że kiedyś to kupię. Niekoniecznie w wersji 1.0 (jak wiadomo, z zasady takich nie kupuję), ale od razu wiedziałem, po co mi to.

AppleWatch? Tyle po premierze i nadal to jest dla mnie „meh”. Co więcej, nie pamiętam, kiedy w ogóle ostatnio Apple pokazało jakiś nowy produkt, na widok którego zaświeciłyby się mi oczy jak temu żołnierzowi z „Teenagenta”, który mówi „chcętochcętochcęto”.

Mogę sobie wyobrazić te zebrania zarządu w Cupertino, na których panowie (skoro nikt nie pomyślał o monitorowaniu cyklu menstruacyjnego, ewidentnie nie było tam żadnej kobiety) podniecali się przewidywanymi słupkami sprzedaży. Nikt tam nie pomyślał jednak o podstawowym problemie: po jaką cholerę takie coś małemu, szaremu człowieczkowi z klasy średniej?

A przecież to takie człowieczki kupują laptopy i samochody, mieszkania i bilety lotnicze. To od nich zależy przetrwanie praktycznie każdej korporacji - nie może istnieć korporacja obsługująca samych tylko prezesów korporacji.

Mogę też więc sobie wyobrazić te spotkania Bono z Timem Cookiem, pewnie w jakimś klubie golfowym albo na pokładzie osobistego Gulfstreama. Obaj byli przekonani, że małe szare człowieczki ucieszą się z płyty wciśniętej im w prezencie, bo tyle pewnie im się jeszcze kołatało z tyłu głowy - że te ludziki lubią gratisy.

Jasne, że lubią: ale jednocześnie klasa średnia ma obsesję na punkcie pielęgnowania swoich playlist, bo to wizytówka ich kapitału kulturowego. Pewnie całego tego zamieszania można było uniknąć, gdyby zamiast wciśnięcia tego każdemu (push) dali jakąś ikonkę, dzięki której płytę można ściągnać z inicjatywy użytownika (pull).

Ale żeby wpaść na taki pomysł, trzeba rozumieć klasę średnią. Tim Cook jej nie rozumie.
Płyta jest więc całkiej fajna. Ale jeśli ktoś nadal trzyma akcje Apple, jest nierozsądny.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84