Ekskursje w dyskursie
piątek, 30 października 2015
Wot durak!

Od rozważań o polskiej polityce warto odskoczyć do rozważań o polityce gdzie indziej - bo prowadzi to do pocieszającego wniosku, że tam jest jeszcze gorzej. W takiej Rosji na przykład.

„Durak” to kolejny krytyczny portret rosyjskiego państwa i społeczeństwa. Pod wieloma względami przypomina „Lewiatana”, głównego rywala „Idy” do Oscara.

Oba filmy dobrze świadczą przynajmniej o wolności słowa w rosyjskiej kinematografii - nie jest z nią źle. Ale tak poza tym wyłania się z nich obraz kraju, od którego najlepiej po prostu uciekać, bo nic się tam nie da naprawić.

W „Duraku” dość łopatologicznie przedstawia to metafora budynku, symbolizującego Rosję. To katastrofa budowlana, której nie sposób wyremontować, bo same fundamenty źle położono jeszcze pół wieku temu.

Mieszkańców trzeba jak najszybciej ewakuować. Ale nie ma dokąd. W mieście stoją wprawdzie nowowybudowane apartamentowce pełne pustych mieszkań, ale oligarchowie  wykupili je jako lokatę kapitału jeszcze zanim ruszyła budowa.

To wszystko nie może się więc dobrze skończyć tym bardziej, że kiedy budynek się zawali, zawalą się także lokalne układy i układziki. Ktoś przecież podpisał się pod przeglądem przeciwpożarowym, ktoś przecież wydał na lewo kasę, którą oficjalnie przeznaczano na remont generalny (w rzeczywistości - nieprzeprowadzony, bo niemożliwy do przeprowadzenia).

W „Lewiatanie” przynajmniej od czasu do czasu gdzieś w tle są jakieś ładne widoczki. W „Duraku” od pierwszego kadru do ostatniego, wszystko jest niesamowicie wręcz paskudne.

Upiorne miasto nie jest nigdy nazwane w samym filmie. Z ciekawości wyguglałem, gdzie to kręcono: niektóre wnętrza w Moskwie, ale straszliwe plenery (z owym budynkiem włącznie) w Tule.

Niezbyt daleko. Ale jakoś mnie nie ciągnie.

Prawdę mówiąc, w ogóle oba te filmy jakoś mnie jednak odrzucają. Nie umiem sympatyzować z głównymi, pozytywnymi bohaterami.

W „Lewiatanie” to przynajmniej jakoś tam było psychologicznie uzasadnione. Główny bohater tamtego filmu faktycznie miał trudny charakter i widzimy, jak przez to sam brnie w pułapkę, która się wokół niego zatrzaśnie.

Ale o co chodzi tytułowemu „Durakowi”? Jest tak strasznie bezkompromisowo uczciwy, że nie lubiłbym takiego typka w realnym życiu.

Na Zachód od Bugu mamy określenie na drobiazgowego przestrzegania każdego przepisu. Nazywa się to „strajk włoski” (Włosi, nawiasem mówiąc, nazywają to z kolei „białym strajkiem”).

W obu tych filmach, paradoksalnie, najsympatyczniejsze wydają się postacie negatywne. Skorumpowani urzędnicy, rozrywkowi oligarchowie, sarkastyczni cynicy.

Kiedy w tych filmach kobiety robią wyrzuty bohaterom pozytywnym („przez ten twój upór twoja rodzina żyje w nędzy!”), ja stoję po stronie tych kobiet. To one mają racje, a nie duracy w rolach głównych.

Nie wiem, może to jakaś bariera kulturowa, przez którą nie umiem zrozumieć Co Poeta Chciał Przez To. Tytuł „Duraka” to, jak rozumiem, sarkazm, bo twórca chciał gloryfikować szlachetną postawę głównego bohatera.

Ja to oglądam i myślę - masz chłopie tak wspaniały fach, którego ci z całego serca zazdroszczę jako drugorzędny felietonista. Jesteś hydraulikiem, złotą rączką, co to każdą rurę potrafi odetkać. W Warszawie żyłbyś jak król. Jeśli zamiast tego wolisz klepać biedę w tym bezimiennym miasteczku... nastajaszczyj z tiebia durak.

poniedziałek, 26 października 2015
Daremne żale

Koalicyjna lista SLD-UP dostała w roku 2001 41,04% głosów, czyli nawet więcej niż obecnie PiS. Przez chwilę na podstawie sondaży wydawało się nawet, że oni jako pierwsi będą mieć samodzielną większość w Sejmie, ale skończyło się na skromnych 216 mandatach.

Jak Leszek Miller to wszystko spieprzył, to temat na grubą książkę, nie na blogonotkę. Skupię się tutaj na dwóch błędach, które szczególnie boleśnie odbiły się w tych wyborach.

Po pierwsze - afera Rywina, która wybuchła wkrótce po wyborach. Miller zareagował na nią przedziwnym stuporem, przypominającym reakcję Platformy na ośmiorniczkowe podsłuchy.

Tak jak teraz Platforma, tak wówczas SLD zachowywało się, jakby żadnej afery nie było. Jakby wszystko dało się sprowadzić tylko do paru grubańskich żartów, to w końcu wszyscy zapomną o sprawie.

Na bezczynności Millera zyskali harcownicy z sejmowej komisji śledczej, która - jak to sejmowe komisje śledcze - służyła bardziej autolansowi poszczególnych posłów, niż wyjaśnieniu czegokolwiek. Wszystko co Miller robił w tej sprawie było samobójczo głupie, wliczając w to finalne głosowanie, w którym SLD zakiwał się na amen, doprowadzając do przyjęcia tzw. raportu Ziobry (najbardziej niekorzystnej dla siebie finałowej wersji).

Dalsze 10 lat kariery Leszka Millera to 10 lat pomyłek. Trudno znaleźć choć jedną rozsądną decyzję z tego okresu.

Pięknym końcowym akcentem były próby ukrycia się za plecami dwóch kobiet - Ogórek i Nowackiej. Tylko tym razem już chyba nawet Joanna Senyszyn nie kupi bajeczki „to nie my przegraliśmy, tylko nasza kandydatka na urząd prezydenta/premiera”.

Zresztą, kupi czy nie kupi, jakie to teraz ma znaczenie. Zed is dead, baby.

Ciekawszy wydaje mi się drugi problem. Wielu politycznych liderów w Polsce ma skłonność do robienia błędu, który był specjalnością tych 10 lat kariery Leszka Millera.

To błąd traktowania wyborców jako feudalnych peonów, których jaśnie pan hrabia może sprzedać jaśnie panu dziedzicowi razem z wioską, lasem, bydłem i nierogacizną. To jest to przekonanie, że jeśli Miller i Palikot ogłoszą połączenie swoich majątków, bo ten ma cztery procent, a ten ma pięć procent, to razem im wyjdzie dziewięć.

Otóż są ludzie, którzy mogliby zagłosować na Millera startującego z SLD - ale nie zagłosują, gdy startuje z listy Samoobrony (o czym sam Miller się przekonał „the hard way” w 2007). Są zwolennicy SLD i zwolennicy Partii Demokratycznej, którzy nie zagłosują na koalicję LiD. Są zwolennicy Palikota, którzy nie zagłosują na wspólną listę Miller-Palikot - i tak dalej.

Miller, mam wrażenie, nigdy tego nie rozumiał. Bo co wybory, miał inny, genialny pomysł tego typu. Zawiązywał jedne koalicje, rozwiązywał drugie. Teraz wydawało mu się, że „Zjednoczona Lewica” po prostu przyniesie sumaryczny wynik wszystkich koalicjantów.

Nie przyszło mu do głowy, że wyborcy głosujący na Palikota, bo to taki swój chłop do blanta i do kieliszka - przerzucą się na Liroja z Kukizem. A wyborcy, którym odpowiada eseldowska postawa „twardy neoliberalizm w gospodarce i cieniutki antyklerykalizm w sprawach obyczajowych”, uciekną do Nowoczesnej Ryszardy.

A jaśnie pan hrabia zostanie sam, w pustej wiosce.

SLD popełniło samobójstwo jeszcze w wyborach prezydenckich. Żadna partia nie mogłaby przetrwać czegoś tak głupiego, jak kandydatura dr Ogórek.

Gdyby SLD wystartowało wtedy samodzielnie, wystawiając jakiegoś swojego lidera - może i by zgarnęło słaby wynik, coś między Korwinem a Palikotem. Ale to byłaby solidna podstawa do zawalczenia chociaż o pięć i pół w równie samodzielnym starcie do Sejmu.

Tak jak Platforma sama siebie skazała na obecne drugie miejsce skandalicznie niekompetentnie prowadzoną kampanią prezydencką - tak samo ówczesny błąd Millera skazał SLD na marginalizację. SLD było politycznym trupem od pół roku.

W tych wyborach SLD nie zginęło. Po prostu wreszcie odłączono zwłoki od respiratora. Czas rzucić grudkę i wygłosić przemówienie.

Ja wydeklamuję Asnyka.

środa, 21 października 2015
Now Playing (171)

Zbliża się cisza wyborcza, więc chciałem w tym tygodniu wrzucić kolejną notkę o moich muzycznych fascynacjach i odkryciach. Byłem w tym roku na Przystanku Woodstock i wpadła mi tam w ucho francuska grupa Shaka Ponk. Im więcej słucham, tym bardziej mi się podoba.

Nie umiem określić ich stylu. Ciocia Wiki też nie bardzo, używa też przerażającego określenia „experimental rock”.

Ale bez obaw, nie chodzi o to, że ktoś pół wieku po wczesnych Floydach znowu zaczyna się bawić przesterowanymi efektami. Przeciwnie, ta muzyka jest bardzo skoczna, melodyjna, wpada w ucho. Tyle że nie da się powiedzieć, czy to hip hop czy to punk rock. Ale cokolwiek to jest, jest bardzo fajne.

Domyślam się, że niektórzy komcionauci odczuwają presję, żeby coś tu napisać o medialnym triumfie Zandberga. Wyjątkowo będę tolerować offtopy (acz nie podczas ciszy wyborczej), a nawet sam się zaofftopuję.

Obserwuję partię Razem od początku z sympatią, mimo swojej dystwarzii i dyznazwiskii kojarzę Zandberga od paru lat, jako jednego z tych sympatycznych i inteligentnych młodych ludzi, szwendających się bezradnie po różnych lewicowych młodzieżówkach, bez szans na karierę polityczną, bo Millerów i Palikotów młodzi działacze interesowali zawsze tylko jako paprotki lub teczkowi.

Cieszę się, że ci ludzie wreszcie wyszli z tych organizacji i zaczęli działać razem. Od lat głosuję wbrew sobie, z obrzydzeniem, zatykając nos, robiąc dobrą minę do złej gry - koniec z tym. Ufff.

Ta debata wyjaśnia, dlaczego czuję się tak bardzo wyalienowany w świecie polskiej polityki. Z całej tej ósemki liderów Zandberg był jedyną osobą, z którą miałbym ochotę na towarzyską rozmowę.

To człowiek, który czyta książki, który wie coś o świecie, który ma poglądy własne, a nie wyprodukowane przez spindoktorów na podstawie fokusa w targecie. Przypadkowo mniej więcej takie same jak ja, ale to już dla mnie szczegół.

W polskiej debacie nie znoszę jej straszliwej miałkości. Z polskimi politykami da się może pogadać o piłce nożnej albo o celebrytach. Czyli o tym, o czym pisze pudelek, bo nic poza tym nie czytają.

Stąd ten przedziwny fenomen ludzi, którzy ciągle sobie wycierają gębę Adamem Smithem, a nigdy nie czytali nie tylko „Teorii uczuć moralnych”, ale nawet „Bogactwa narodów”. Wydaje im się więc, że to był orędownik dzikiego kapitalizmu (otóż nie był).

Tacy ludzie - niedouczeni, niedoczytani, klepiący w kółko te same ideologiczne zaklęcia - dominują niestety w naszym dyskursie. I nie ma tu znaczenia, „lewica” czy „prawica”, rządzi nami jakiś ponadpartyjny front bibliofobów.

Dlatego nie oglądam telewizyjnych programów typu „kłótnie polityków”. Dlatego nie chce mi się czytać publicystycznych „komentarzy i opinii”. Dlatego niemile widzę u siebie na blogu komcionautów przychodzących tu z portalowych forów czy z Twittera.

Wiem, że nic nowego się od nich nie dowiem. Usłyszę tylko jeszcze raz te same slogany, które znam na pamięć. Boooo-ring.

Z „razemitami” nie odbędę może ciekawej dyskusji politycznej, bo za bardzo się zgadzamy. Ale da się z nimi pogadać o „Marsjaninie” czy o Ha-Joon Changu.

Nie wyobrażam sobie interesującej rozmowy na takie tematy z nikim z siódemki pozostałych liderów. Z Zandbergiem? Spoko. Dlatego mój wybór to tak naprawdę kwestia smaku.

czwartek, 15 października 2015
Złoty ćwiek

Prognozy do 2019

Rząd, który wyłoni się z tych wyborów, stanie w przyszłym roku przed unikalną okazją do ceremonii wbicia symbolicznego „złotego ćwieka” z okazji scalenia polskiej sieci autostrad i dróg ekspresowych. Razem z otwarciem wschodniej obwodnicy Łodzi pojawi się połączenie między siecią północną i południową, które w Polsce na razie przedzielone są łódzką aglomeracją.

Gdzieś w tym samym czasie oddawany będzie do ruchu ostatni fragment A4, dzięki czemu ukończona zostanie w całości pierwsza z trzech planowanych „dużych” autostrad, od granicy do granicy. Nasza A4 płynnie przechodzi w niemiecką (BTW: czy to najdłuższy taki transgraniczny ciąg w Europie?) - oni jeszcze ciągle mają dziurę po żelaznej kurtynie, my skończymy szybciej, choć po 1989 mieliśmy więcej do zbudowania.

Z tej okazji zamiast październikowego rankingu od czapy dam znowu powód do radości dla miłośników mojego mistrzowskiego skilla pejntbraszowego. Radujcie się!

Na żółto (z braku złotej kredki) zaznaczyłem oddawane w przyszłym roku odcinki, które moim zdaniem można uznać za zakończenie pierwszej fazy, po której dostaniemy spójną sieć. Będzie można przejechać ze Szczecina do Rzeszowa bez opuszczania ekspresówek i autostrad!

Wprawdzie, jak widać, byłaby to podróż kompletnie od czapy, bo najpierw do Łodzi, a potem do Wrocławia, ale hej, kiedy Amerykanie w 1869 ceremonialnie wbili ostatniego gwoździa na budowie Union Pacific, most na Missisipi był jeszcze w budowie, więc podróżni musieli ten fragment pokonać promem.

Realny kierowca pokonujący w 2016 trasę Szczecin-Rzeszów w praktyce i tak nie będzie już miał źle, bo najgorszym odcinkiem podróży będzie ten, który od prawie 40 lat jest najlepszy - czyli centralny fragment Gierkówki, Piotrków-Częstochowa. W odróżnieniu od odcinka Piotrków - Warszawa, budowano go od razu nowym szlakiem, więc to już teraz jest bieda-autostrada, z okazjonalnymi kolizyjnymi skrzyżowaniami.

Do przebudowy tego odcinka na pełną autostradę mi się wcale nie śpieszy, bo to będzie komunikacyjny Armagedon. Zostawiłbym to na deser, kiedy już zaawansowane będą dobre alternatywne drogi północ-południe, czyli S3, S5, S7 i S17/S19. Wtedy na trasie Szczecin - Rzeszów będziemy mieli do wyboru kilka fajnych opcji- a nie, jak dzisiaj, same niedobre.

Na zielono zaznaczyłem drogi, które obecny rząd zostawia swoim następcom w na tyle zaawansowanym stanie (trwa budowa albo papierkologia jest już z górki), że mogą być ukończone do końca tej kadencji. Oczywiście, z lat 2005-2007 pamiętamy, że PiS potrafił odziedziczyć zaawansowaną papierkologię, a potem to wszystko podrzeć, i nie robić nic poza bezsensownym tupaniem nóżką.

Podsumowałem tę politykę notką „trzy giga i dwa lata”, bo tyle na tym straciliśmy. Dwa lata opóźnienia i wszystko w efekcie trzy miliardy drożej.

Zakładając, że tym razem nie będzie tak źle (zielony to kolor nadziei, ha ha), może na 50 urodziny będę mógł sobie zafundować w prezencie wycieczkę objazdową w postaci kręcenia się w kółko po Polsce autostradami i ekspresówkami.

Droga S3 w roku 2019 powinna już na przykład łączyć Szczecin (a może nawet Wolin) z Legnicą (a może nawet Bolkowem). Z Łodzi będzie więc można wyjechać S8 na Wrocław, a wrócić A2 ze strony Poznania (a może nawet A1 od Torunia).

Nie wiem, czy będę wtedy jeszcze prowadził bloga - ale w przyszłym roku dziesiątą rocznicę blogowania chciałbym uczcić rajdem Warszawa - Wrocław - Rzeszów, celebrującym „złotego ćwieka”.

czwartek, 08 października 2015
Jeb 2016

Wbrew pozorom, nie jestem wrogiem przedsiębiorców. Cenię sobie etos (tu robię swój najlepszy fejkowy fhancuski aksąt) entrepreneura - czyli kogoś, kto zaryzykował całym swoim majątkiem, ciężko pracował, stworzył miejsca pracy itd.

Współczesny kapitalizm jednak, wbrew pozorom, wcale nie jest domeną tak rozumianych entrepreneurów. Rządzą nami korporacje, a w korporacjach entrepreneurzy to rzadkie perełki, w rodzaju tego odwiecznego Steve’a Jobsa, o którym się wspomina przy takich okazjach.

Była prezeska Hewlett-Packard Carly Fiorina uwielbia pozować na kogoś w rodzaju Jobsa w spódnicy. Szydercza reakcja Stevena Levy na te przechwałki to główna inspiracja do niniejszej blogonotki.

Widzę jakiś fantastyczny znak czasów w tym, że czołowi kandydaci do nominacji partii republikańskiej w amerykańskich wyborach prezydenckich to biznesmeni-nieudacznicy, którzy potrafią tylko marnować cudze pieniądze (akcjonariuszy, podatników itd.), ale sami nie daliby sobie rady z byle budką warzywną. To są te chwile, w których serio chciałbym usłyszeć od kogoś, kto ma inne poglądy niż ja, co on widzi patrząc na Carly Fiorinę (albo Jeba Busha, albo Donalda Trumpa itd.).

Ja widzę kogoś, kto urodził się w uprzywilejowanej rodzinie, więc pierwszy milion po prostu odziedziczył. W takiej sytuacji możesz być dowolnie głupi, leniwy, niekompetentny.

Rodzinne koneksje i tak pozwolą ci „sprawdzać się w biznesie”, jeśli taka będzie twoja wola. A jeśli sprawdzisz się z wynikiem negatywnym, w najgorszym wypadku będziesz prawicowym politykiem, chwalącym obniżanie podatków najbogatszym, jako sposób na zachęcanie do mitycznego „tworzenia miejsc pracy”.

Tatuś Fioriny pochodził z zamożnej teksańskiej rodziny. Było ją stać na opłacenie prestiżowej szkoły prawnej, więc tatuś został wpływowym sędzią, a w administracji Nixona dochrapał się odpowiednika naszego wiceministra sprawiedliwości.

Fiorina też skończyła studia prawnicze i też zostałaby prestiżowym sędzią, ale chciała się „spróbować”. A to jako pianistka, a to jako biznesłumen. Kto bogatej zabroni?

Jako prawniczka nadzorowała wejście firmy Lucent na giełdę. To ją uczyniło zawodową członkinią zarządów i rad nadzorczych - trafiła do elitarnego klubu, w którym przy partyjce golfa członkowie i członkinie układają składy zarządów w transakcjach typu „ja cię poprę, jak ty mnie poprzesz”.

Tak została najgorszym prezesem w dziejach Hewlett-Packard. Podejmowała same złe decyzje.
Spotkała ją za to jedyna kara, jaka spotyka złego prezesa: odejście z kosmiczną odprawą, 21 milionów w keszu plus inne benefity warte 19 mln.

Bo prezesi spółek giełdowych owszem, ryzykują - ale cudzymi pieniędzmi. Czy firma stoi, czy firma leży - prezesowi premia się należy.

Donald Trump z kolei wrodził się w branżę hotelarską dzięki swemu dziadkowi, który dorobił się na gorączce złota. Nie jako poszukiwacz złota, ale jako właściciel hoteli i restauracji, w których poszukiwacze złota wydawali te resztki pieniędzy, jakie wzięli ze sobą do Klondike.

Własnych sukcesów biznesowych Trump nie miał żadnych. Najpierw pracował w rodzinnej firmie, potem zakładał własne. Te czterokrotnie bankrutowały. Akcjonariusze byli w plecy, Trump na każdym bankructwie tylko stawał się jeszcze bogatszy.

Jak Jan „santo subito” Kulczyk, Trump najlepsze interesy robił z udziałem publicznych pieniędzy. Jakoś tak się składało, że miasto Nowy Jork zawsze chętnie mu dawało jak nie ulgę podatkową, to prawo pierwokupu. Tak się dorobił fortuny, dzięki której teraz, być może, stanie się prezydentem.

Jeb Bush przyszedł na świat w skromnej rodzinie prezydenta USA. No dobra, z tego mi się już nawet szydzić nie chce, Bushowie od lat są najlepszą parodią samych siebie.

Może czytają mojego bloga jacyś wąsaci polonusi z Szikagou, którzy będą głosować na Republikanów. A może po prostu zwolennicy polskiej prawicy, którzy w hipotetycznych wyborach „Sanders kontra Trump”, głosowaliby na Trumpa (ja oczywiście na Sandersa, ale i Hillary bym nie pogardził jako Mniejszym Złem).

Naprawdę taki kapitalizm wam się podoba? Ja bym tym pasożytom z rad nadzorczych przywalił 91% podatku, jak w czasach maksymalnego wzrostu (1946-1964).

Właśnie żeby się „zniechęcili”. Może jak się zniechęcą, to mniejsze straty spowodują...

środa, 30 września 2015
Sceny-symbole i kadry-obrazy

Z okazji książki o ostatnich 10 latach polskiego filmu wróciłem do filmów z czasów mojej młodości. U zarania blogaska zrobiłem ranking najgorszych polskich filmów z lat 80. Teraz więc trochę przewrotnie - filmy najlepsze, acz jakby zapomniane.

koluszki

„Bal na dworcu w Koluszkach” podsumowuje to, co najlepsze i najgorsze w polskim kinie tamtej epoki. Mam do niego ogromny sentyment, bo z tego co pamiętam, w kinie 25 lat temu bawiłem się świetnie. Acz dziś już nie wyszło to tak dobrze.

Przez wiele lat problemem polskiego kina było przesunięcie z prozy w poezję. Każda postać musiała być Personifikacją. Każda scena Symbolem. Każdy kadr Obrazem.

Prowadziło to do rzeczy wielkich, ale czasem też do grafomanii. Ten drugi przypadek opisywałem w blogonotce sprzed prawie 10 lat.

Szczególnie irytujące to się robiło pod koniec dekady, kiedy mówienie ezopowymi aluzjami już nie wystarczało. Już chcieliśmy, żeby walić prosto z mostu z grubej rury. Inna sprawa, że następna dekada gruborurowej poetyki Pasikowskiego i Żamojdy wcale nie była taka fajna i dopiero teraz kino złapało Złoty Środek.

Dzisiaj „Bal na dworcu w Koszulkach” zrobiono by inaczej. Można by nawet gdybać, jak by to nakręcił Smarzowski, jak Palkowski, a jak Komasa. Wyjściowy pomysł mógłby pasować każdemu z nich.
Zima stulecia, sylwester 1978/1979. Śnieg zasypał tory, zabrakło prądu, pociąg dalej nie pojedzie. Wściekli pasażerowie chcąc nie chcąc stają się uczestnikami dworcowej imprezy.

A że są bohaterami polskiego filmu z lat 80., to każdy z nich jest Symbolem Czegoś Tam, a razem tworzą Przekrój Społeczeństwa. Momentami to bardzo fajnie wychodzi, ale cieszę się, że dziś filmy kręci się inaczej.

jork


Krzysztof Krauze uważał swój debiut „Nowy Jork, czwarta rano” za porażkę. Z czym się nie zgadzam, bo znów, w kinie bawiłem się świetnie.

Ale mogę się domyślić, że dla Krauzego - jednego z prekursorów nowego języka polskiego kina - to był pierwszy i ostatni krok w świecie peerelowskiej filmowej poezji. Bo w tym filmie znowu każdy ktoś coś symbolizuje, osobliwie Henryk Bista, który doskonale się odnajdywał w takich charakterystycznych postaciach drugoplanowych.

prom

„Ostatni prom” to znowu film zawieszony między estetyką dawną a nową. Z jednej strony, kręcony był już po politycznym przełomie, z poczuciem, że wszystko można. Z drugiej: jak wszystko można, to znaczy, że Przekrój Społeczeństwa możemy poszerzyć o sympatycznych solidarnościowców i wrednych ubeków, nazywając wreszcie rzecz po imieniu (ale dalej krążąc po symbolach i aluzjach).

Znowu więc mamy tutaj postacie-symbole i sceny-obrazy. Tak ikoniczne, jak Polacy wskakujący do morza z promu, który zawraca do kraju w związku ze stanej wojennym. Wyławia ich niemiecka straż przybrzeżna - zamiast im powiedzieć „won z powrotem, wy migranci ekonomiczni”. Choćby z tego powodu więc warto to sobie przypomnieć...

sobota, 26 września 2015
Irackie kredyty

Obejrzałem wreszcie „Karbalę” i śpieszę z odpowiedzią na dwa pytania, które zapewne najbardziej nurtują PT Komcionautów. Pierwsze dotyczy (ewentualnego) militaryzmu, drugie realizacyjnej tandety, dotąd dręczącej polskie filmy wojenne.

Może zacznę od drugiego. Choćby dlatego, że daje mi to naturalny pretekst do zawołania „hej, wydałem nową książkę!”.

W książce „10 lat emocji. Polskie kino 2005-2015” staram się opisać, jak PISF ucywilizował relacje w polskim kinie, dając szansę fachowcom od różnych okołofilmowych rzeczy takich jak trupy czy wraki na doskonalenie warsztatu, żeby ich trupy wyglądały należycie trupio, a wraki adekwatnie wrakowato. W książce opisuję to szczegółowo na przykładzie trupów w „Bogach”, ale zasada jest uniwersalna.

Człowiek potrzebuje poczucia minimum stabilizacji życiowej, żeby móc rozwijać tego typu umiejętności. W zawodach okołofilmowych nie było szans na taką stabilizację przed 2005, dlatego trupem był statysta, który miał leżeć i się nie ruszać.

A więc: nie mógł do niego podejść Tomasz Kot i zrobić od niechcenia sekcję, jak w „Bogach”. Że już nie wspomnę, że Bartłomiej Topa nie może puścić w niego serii z kałacha.

To samo z wrakami. To samo z ruinami. To samo z ranami postrzałowymi. Żeby te rzeczy wyglądały przekonująco, trzeba zawołać fachowca. A fachowiec to niejako z definicji ktoś, kto miał czas na zgromadzenie kwalifikacji.

„Karbala” była kręcona głównie w Warszawie, o czym wiedziałem, bo przeczytałem wcześniej wywiad w „Gazecie”, ale... po kwadransie przestałem o tym myśleć. Bo jest prawda czasu i prawda ekranu, ale ta druga jest tylko wtedy, gdy film robią fachowcy (o! i to jest słuszna koncepcja!).

Paździerza więc nie ma. A co z militaryzmem? Też go nie ma!

Chyba każdy z grona PT stałych komentatorów zna to uczucie „guilty pleasure”, towarzyszące oglądaniu filmów wyprodukowanych przez Jerry’ego Bruckheimera. Lubimy te efekty, lubimy te rozpierdziuchy, ale niedobrze nam się robi na widok tego łopoczącego gwieździstego sztandaru w finale.

Nie wiem, na ile w „Karbali” to zrobili specjalnie, ale scenę z postrzępioną, osmoloną, ostrzelaną polską flagę odebrałem jako świadomą parodię tego motywu. Nie wiem, ale się domyślam, bo zaraz potem jest kluczowa rozmowa z Amerykanami, że „tej bitwy nigdy nie było”.

Zresztą, co tu się domyślać. „No brainer”, jak mawia nasz Wielki Brat. Amerykanie pokazani są w tym filmie jako głupcy, zdemoralizowani technologiczną przewagą. Wydaje im się, że skoro mają te wszystkie wihajstry i dynksy, Irakijczycy mogą im naskoczyć. To pierwszy rok wojny, wielkie rozczarowanie dopiero przed nimi.

Polacy wszystko mają przestarzałe i mało wartościowe bojowo. Hej, przecież przyjechaliśmy tu na misję stabilizacyjną! Po co amunicja, przecież nie będzie do kogo strzelać!

Kiedy jeszcze Amerykanie lekceważą zagrożenie, Polacy już zaczynają przerabiać swoje rzęchowate Honkery na wozy bojowe. To jest kapitalna scena - ta szlifierka, tnąca metalowe płyty, te kamizelki kuloodporne mocowane do drzwi taśmą.

„Nikt nas nie szkolił na takie sytuacje!” - mówi tuż przed kulminacją główny bohater, kapitan Kalicki (Bartłomiej Topa). Ale właśnie dlatego potem następuje kulminacja - improwizowane i skuteczne działanie.

Żołnierze z tak zwanego „normalnego kraju” pewnie by się na coś takiego nie zdobyli. Holendrów też nikt „nie szkolił” na Srebrenicę, Belgów na Kigali a Amerykanów na Mogadiszu. Najprościej zamachać białą flagą, tego pewnie uczą na pierwszym roku w West Point.

Z całym szacunkiem dla talentu Topy, show kradnie mu aktor drugoplanowy - Leszek Lichota, mistrzowski w roli kaprala Maleńczuka, archetypalnego „statego wiarusa”. Maleńczuk swoje wie, niejedno widział, niejedną kurwą rzucił.

Scena, w której ciężko ranny i śmiertelnie zmęczony, jednak rzuca smutnym „no kurwa...” i oddaje decydującą serię, dzięki której ten film jednak ma coś w rodzaju happy endu, wejdzie do historii polskiego kina na równi z „człowieku, po coś uciekał?” mistrza Wajdy. I znów nie wiem, na ile to świadome, ale widzę tu nawiązanie do szkoły polskiej sprzed pół wieku.

Ta wojna przecież nie miała sensu i film nie udaje, że było inaczej. Tak wracamy do punktu pierwszego - czy tu jest militaryzm?

Nie. Jest, owszem, hołd dla ludzi, którzy tam pojechali. Po co? A po to, po co my wszyscy wykuwamy pekab, każdy po swojemu. Bo kredyty się same nie spłacą. Czy potrzebujemy innej motywacji?

Sama wojna w Iraku spotyka się tu z miażdżącą krytyką. Reżyser nie bawi się w aluzje, na które byli skazani twórcy „szkoły polskiej”. Przekaz jest prosty: Ameryka to kolejny Wielki Brat, który robi nas w konia tak samo, jak poprzedni.Tu nie ma militaryzmu, w takim samym sensie, w jakim film „Dzień kobiet” nie ma hipermarketyzmu. Bohaterowie „Karbali” pojechali na wojnę, bo mieli kredyty do spłacenia. Jak my wszyscy.

wtorek, 15 września 2015
Pożegnanie mniejszego zła

A więc w tych wyborach po raz pierwszy w życiu zagłosuję zgodnie ze swoimi przekonaniami. Marzę o tym ćwierć stulecia, za spełnienie tego marzenia kłaniam się przed partią Razem uniżenie.

W pierwszych częściowo wolnych wyborach z 1989 miałem 20 lat. Głosowałem w nich na „zdjęcie z Lechem”; szczęśliwie w moim okręgu był Kuroń, ale zagłosowałbym wtedy i na Kaczyńskiego.

Nie wszystko mi się podobało w „drużynie Lecha”. Bałem się ich klerykalizmu, bałem się ich nacjonalizmu. Ale bez dwóch zdań była „mniejszym złem”.

Miałem nadzieję, że w pierwszych prawdziwie wolnych wyborach będę mógł zagłosować na Polską Partię Socjalistyczną. Nie liczyłem na sukces, liczyłem właśnie na to, na co teraz: że zagłosuję zgodnie ze swoim światopoglądem i dowiem się, ilu w kraju jest takich jak ja.

Byłem dwudziestoparolatkiem, a więc kimś, kto ma czas i komu się chce. Starałem się pomóc.
Niestety, rządzący partią „starsi panowie” (jak ich nazywaliśmy) wpadli na genialny plan. Uznali, że partia z „socjalizmem” w nazwie nie ma szans.

Nie rezygnując z partyjnych stanowisk, założyli razem z innymi starszymi panami stowarzyszenie „Solidarność Pracy”. Przeforsowali decyzję, że partia nie wystartuje samodzielnie, a tylko poszczególni jej działacze pojawią się na listach tego stowarzyszenia.

No większym makiawelem to był już chyba tylko Komorowski z tym swoim vo duyen referendum.

Mam więc po swoim okresie idealistycznego zaangażowania w politykę PTSD jak Oliver Stone po Wietnamie. Partia rzuciła mnie na odcinek radomski, cierpię więc na flashbacki radomskie (może dlatego mi się tak spodobała „Siódemka” Szczerka; jądrem ciemności w tej powieści jest płonące radomskie blokowisko - bohater moich koszmarnych snów).

Jak Stone, zgłosiłem się na ochotnika, ale nie miałem wpływu na kretynizm dowództwa. Które nie przewidziało, że jesienią 1991 słowo „solidarność” będzie bardziej znienawidzone od słowa „socjalizm”.

Włączyłem się w politykę, żeby stawiać opór neoliberalnym reformom. Ale polityczny geniusz „starszych panów” sprawił, że zbierałem podpisy pod listą, której nazwa się kojarzyła ludziom właśnie z tymi reformami.

Codziennie wysłuchiwałem od mieszkańców Radomia wyzwisk kierowanych pod adresem Balcerowicza i Wałęsy, c/o Jors Truli. I mogłem tylko bezradnie tłumaczyć, że to jest inna „Solidarność”. Smutne jak piosenka z Miss Sajgon.

Gdyby w 1991 PPS wystartowała jako PPS, nazwa sprawiałaby może jakiś problem, ale nie aż taki, jak konieczność „przepraszania za Solidarność”. To byłby dobry wstęp do lepszego wyniku w następnych wyborach.

Te nastąpiły przedterminowo, bo w 1993. W Polsce na 3 prawicowe sejmy, 2 rozwiązano przed końcem kadencji. Warto pamiętać, że następne wybory mogą nadejść jak grom z jasnego nieba.
PPS w 1993 była nieprzygotowana. Niesamodzielny start z 1991 był porażką, w efekcie nie pozostało nic poza uczestnictwem w „szerokim porozumieniu dwudziestu paru ugrupowań lewicowych pod egidą OPZZ”.

Więc owszem, zagłosowałem. Pocieszając się, że w zasadzie na PPS, ale przecież tak naprawdę jednak na SLD.

Potem w wyborach 1997 znów głosowałem na SLD. Tym razem już w klasycznym wariancie „mniejszego zła”.

Wiadomo było, że wybory wygra AWS. Chciałem, żeby wygrali jak najmniejszą większością i mieli przeciwko sobie jak najsilniejszą opozycję.

W 2001 po raz pierwszy nie poszedłem. Wiadomo było, że wybory wygra SLD. Chciałem, żeby wygrali jak najmniejszą większością i mieli przeciwko sobie jak najsilniejszą opozycję.

W 2005 znowu nie poszedłem. SLD w poprzedniej kadencji pokazał, że już nawet nie chce im się udawać lewicy (Leszek Miller wtedy właśnie zakochał się w podatku liniowym i amerykańskim imperializmie). Nie byli już dla mnie nawet „mniejszym złem”.

W 2007 zagłosowałem na LiD. Sojusz środowisk, które mogłyby nas uchronić przed AWS i Kaczyńskimi, gdyby się dogadały w latach 90. Ale dogadały się dopiero, kiedy już to nie miało żadnego znaczenia.

W 2011 głosowałem na PO. Partia, która wreszcie zbudowała autostrady, zasługiwała na ten jednorazowy bonus.

We wszystkich tych wyborach (1989-2015) nie startowało żadne ugrupowanie jawnie i po prostu socjalistyczne, choć oczywiście politycy się o to uwielbiają „oskarżać”. Bo do tego nas doprowadziło oddanie postkomunistom monopolu na lewicowość - słowo „socjalista” stało się obelgą.

Oczywiście, to nie dotyczy niniejszego blogaska. Zawsze był dla socjalistów „strefą bezpieczeństwa”. Dlatego chyba tym razem nawet nie będzie w komentarzach jakiejś większej dyskusji - chyba wszyscy tu głosujemy na „Razem”?

czwartek, 10 września 2015
Zwyczajni ludzie z drągami

W ramach pewnego riserczu czytam ostatnio dużo o przebiegu Holokaustu na wschód od linii Ribbentrop-Mołotow. W pierwszych dniach planu Barbarossa wzdłuż całego tego pasa ziemi miały miejsce pogromy żydowskie, które Niemcy chętnie dokumentowali, robiąc zdjęcia i kręcąc filmy.

Te filmy są naprawdę przerażające, jeśli ktoś tego nie oglądał, to serdecznie odradzam. Uderzyło mnie w nich coś, czego nie widać z książek - że uczestnikami tych pogromów są po prostu tak zwani zwyczajni ludzie.

Lwów jeszcze dwa lata wcześniej był przecież normalnym, tętniącym życiem miastem. Matematycy w kawiarniach rozwiązywali tam na serwetkach równania. Lekarze dokonywali pionierskich operacji. Poeci uwodzili poetessy.

Miasto uniknęło większych zniszczeń w 1939 i w 1941. Na tych zdjęciach ulice wyglądają normalnie. I ludzie też wyglądają normalnie - są ogoleni, dobrze ubrani, czasem nawet pod krawatem. Ot, zwyczajni mieszkańcy zwyczajnego miasta.

I ci zwyczajni ludzie mordują drągami, łomami, kamieniami swoich sąsiadów. Dla rozrywki z kobiet zdzierają przedtem ubrania. Ich ofiary próbują przemówić oprawcom do sumienia, błagają o litość, gestykulują - odpowiedzią są kolejne ciosy.

Chcielibyśmy o takich ludziach mówić „wyrostki”, „zwyrodnialcy”, „margines społeczny”. Podświadomie wyobrażamy ich sobie jako tłum statystów z filmu „Pokłosie”, niechlujnych i obskurnych.

Ale nie, to zacni mieszczanie. Dwa lata wcześniej zapewne gdy mijali się na promenadzie ze swoimi przyszłymi ofiarami, wymieniali uprzejme skinienie kapelusza.

Jak człowiek może się zmienić w taką bestię? Myślę, że przedsmak daje nam obecna pyskusja na temat uchodźców, kiedy nagle zwyczajni ludzie o zwyczajnych profilach jadą tekstami otwarcie nazistowskimi.

„Nie jesteśmy żadnymi rasistami, martwimy się tylko o przyszłość naszych rodzin, dla których ta kolonizująca nasz dzicz stanowi oczywiste zagrożenie” - oburzają się i uzasadniają tezę o zagrożeniu: że oto tajemniczy Bulonis Kamil ujawnił przemilczany przez wszystkie media atak uchodźców na autokar, a tutaj znowu kanapki leżą w koszu.

Otóż dokładnie to samo powiedzieliby ci zwyczajni ludzie z drągami, uchwyceni przez kronikę Wehrmachtu. I to samo powiedzieliby (a nawet mówią) bohaterowie książki Katarzyny Surmiak o Ku-Klux-Klanie: "My się tylko bronimy! To my jesteśmy ofiarami!”

Bezpośrednim powodem pogromu w Lwowie było ujawnienie morderstwa popełnionego przez NKWD na więźniach m.in. Brygidek. Skoro NKWD, to znaczy że Żydzi - a to, że osoby pochodzenia żydowskiego również były na liście ofiar miało dla uczestników pogromu dokładnie takie same znaczenie, jak dla polskich ksenofobów to, że ofiarami ISIS padają głównie muzułmanie.

Podstawą nowożytnego antysemityzmu była „Protokoły Mędrców Syjonu” - carska fałszywka, mająca w naiwnym czytelniku wyrazić przeświadczenie, że istnieje jakiś Tajny Ośrodek Władzy Żydowskiej, którego polecenia spełniają wszyscy, od ortodoksów w chałatach po tych (pozornie!) zasymilizowanych Leśmianów i Tuwimów.

Internet znakomicie ułatwia tworzenie takich fejków, więc już po fejsie latają niezliczone teksty typu „europejski muzułmanin mówi, jak jest: to inwazja !!!”. I faktycznie, coraz więcej ludzi wierzy w to, że istnieje jakiś Tajny Sztab ds Kolonizowania Świata Przez Islam, którego polecenia spełniają wszyscy muzułmanie od Indonezji po Maroko.

Co tkwiło w głowie lwowskiego mieszczanina, zatłukującego drągiem swojego sąsiada Henryka Heschelesa (brata Mariana Hemara)? Moim zdaniem, tkwiło tam irracjonalne przekonanie, że Hescheles w jakiś mistyczny sposób ponosi współodpowiedzialność za zbrodnie Stalina.

To samo jest w głowie polskiego mieszczanina, cieszącego się ze śmierci imigrantów, którzy się udusili w ciężarówce. Przekonanie, że oni są współodpowiedzialni za zbrodnie ISIS, bo to pewnie też muzułmanie, a więc wszyscy razem wykonują rozkazy Tajnego Sztabu ds Inwazji.

Latające po fejsie dowody na inwazję, typu „Bulonis Kamil mówi jak jest, a poza tym w Szwecji jest najwięcej gwałtów”, są dokładnie tej samej klasy, jakimi antysemita uzasadniałby współodpowiedzialność rodziny Hemara za zbrodnie Stalina. Bo „prawdziwe nazwisko”, bo „nasze kamienice”, bo „protokoły Syjonu”.

Kiedyś porównywałem Internet do „wielkiego zderzacza głupoty”, bo działa jak akcelerator, rozpędzający mitomańskie produkty Bulonisów Kamilów i zderzające je z równie kretyńskimi „listami od anonimowego muzułmanina”. Chciwość korporacji, które na tych bzdurach zarabiają, wszystkich nas w końcu załatwi.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Now Playing (170)

W tym muzycznym cyklu często dokonywałem wstydliwych wyznań - ale chyba żadne nie będzie tak wstydliwe, jak to. Wróciłem ostatnio do płyty U2 „Songs of Innocence”.

Nie dość, że słuchanie U2 to obciach, to jeszcze na dodatek właśnie ta płyta była niechcianym prezentem, który Apple wcisnęło swoim użytkownikom nie pytając ich o zdanie. Byliśmy oburzeni. Sam napisałem o tym złośliwy felieton.

Tim Cook i Bono musieli być zdumieni reakcją użytkowników. Widać to było po pośpiesznych i nieporadnych próbach zamaskowania katastrofy pijarowej.

Płyta zapłaciła za to niesprawiedliwie krytycznymi recenzjami. Dopiero z perspektywy czasu zaczęto ją wymieniać wśród najlepszych płyt 2014 (tak przynajmniej twierdzi ciocia Wiki).

Ja byłem w tej sprawie hipokrytą do kwadratu. Tak naprawdę płyta spodobała mi się od pierwszych dźwięków, po prostu celowo odmówiłem polubienia. „The Miracle (Of Joey Ramone)” to bardzo dobre intro na pochwycenie uwagi słuchacza - a potem wchodzi naprawdę dobry kawałek, „Every Breaking Wave”.

Jej zwrotki budowane są wobec metafor typu „każdy X wie, że”. Każdy prezes korporacji wie, że podstawą jego biznesu jest klasa średnia - do której kiedyś może i należał, ale teraz z definicji jest co namniej w wyższej średniej, lub po prostu wyższej.

Co za tym idzie, przetrwanie korporacji zależy od umiejętności wczucia się mentalność jednego z tych szarych ludzików kilka pięter drabiny społecznej pod prezesem. Sekretem sukcesów Steve’a Jobsa była, jak sądzę, mistrzowska umiejętność - Tim Cook zatopi Apple jej brakiem.

Widzę to oczywiście nie tylko w tej kwestii. Mimo bycia prezesem, Jobs wykonywał typowo średnioklasowe czynności w rodzaju robienia prezentacji czy odpisywania na maile. To sprawiało, że rozumiał potrzeby człowieka, który w ten sposób zarabia na życie.

Dlatego od razu widząc produkty takie, jak iPhone czy Keynote wiedziałem, że kiedyś to kupię. Niekoniecznie w wersji 1.0 (jak wiadomo, z zasady takich nie kupuję), ale od razu wiedziałem, po co mi to.

AppleWatch? Tyle po premierze i nadal to jest dla mnie „meh”. Co więcej, nie pamiętam, kiedy w ogóle ostatnio Apple pokazało jakiś nowy produkt, na widok którego zaświeciłyby się mi oczy jak temu żołnierzowi z „Teenagenta”, który mówi „chcętochcętochcęto”.

Mogę sobie wyobrazić te zebrania zarządu w Cupertino, na których panowie (skoro nikt nie pomyślał o monitorowaniu cyklu menstruacyjnego, ewidentnie nie było tam żadnej kobiety) podniecali się przewidywanymi słupkami sprzedaży. Nikt tam nie pomyślał jednak o podstawowym problemie: po jaką cholerę takie coś małemu, szaremu człowieczkowi z klasy średniej?

A przecież to takie człowieczki kupują laptopy i samochody, mieszkania i bilety lotnicze. To od nich zależy przetrwanie praktycznie każdej korporacji - nie może istnieć korporacja obsługująca samych tylko prezesów korporacji.

Mogę też więc sobie wyobrazić te spotkania Bono z Timem Cookiem, pewnie w jakimś klubie golfowym albo na pokładzie osobistego Gulfstreama. Obaj byli przekonani, że małe szare człowieczki ucieszą się z płyty wciśniętej im w prezencie, bo tyle pewnie im się jeszcze kołatało z tyłu głowy - że te ludziki lubią gratisy.

Jasne, że lubią: ale jednocześnie klasa średnia ma obsesję na punkcie pielęgnowania swoich playlist, bo to wizytówka ich kapitału kulturowego. Pewnie całego tego zamieszania można było uniknąć, gdyby zamiast wciśnięcia tego każdemu (push) dali jakąś ikonkę, dzięki której płytę można ściągnać z inicjatywy użytownika (pull).

Ale żeby wpaść na taki pomysł, trzeba rozumieć klasę średnią. Tim Cook jej nie rozumie.
Płyta jest więc całkiej fajna. Ale jeśli ktoś nadal trzyma akcje Apple, jest nierozsądny.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Commedia dell arte

Tradycyjna włoska commedia dell’arte opowiada, jak na drodze do szczęścia młodych ludzi stają vecchi („starcy”). Zwykle są to mizogyniczny erudyta Dottore i zdeprawowany bogacz Pantalone, na szczęście skonfliktowani ze sobą, dzięki czemu na koniec młodzież wygrywa.

Wypisz-wymaluj lewica w wyborach. Niczym podczas weneckiego karnawału, kibicuję młodym ludziom z Partii Razem, życząc porażki „starcom”. A bodaj by się wszyscy zakiwali na amen!

Od kiedy jednak pojawił się w tej komedii zwrot akcji w postaci zarejestrowania dwóch „Zjednoczonych lewic”, muszę przyznać, że przestałem już rozumieć, o co kaman i w'ogle łodafaka. Z radością przeczytałem tekst Rafała Kalukina w najnowszym „Newsweeku”, który próbuje to łopatologicznie wyjaśnić.

Na początku, na końcu i w środku tekstu Kalukin jednak parokrotnie sygnalizuje, że on też nie jest już w tej sprawie niczego pewien na sto procent. Nie wiadomo już, kto tam kogo wkręca, kto komu podstawia nogę i ile jakich list na koniec zarejestrują.

Kalukin próbuje odpowiedzieć przynajmniej na dwa dręczące mnie pytania: (1) skąd szalony pomysł SLD, by podnieść sobie próg wyborczy do 8%, skoro nawet z 5% mogą być problemy? (2) na co liczą Rozenek z Napieralskim, bo przecież nie na zebranie podpisów pod swoją „zjednoczoną lewicą”?

Odpowiedzi Kalukina są mniej więcej takie. Ad. 1: Miller i Palikot liczą na jakiś Tajny Sondaż, który im daje 7-9% pod warunkiem jedności. Ad. 2: Rozenek z Napieralskim liczą na Tajną Broń w postaci związku Sierpień 80, który im zbierze podpisy.

Oczywiście, te odpowiedzi same w sobie też są dziwne. Kalukin jednocześnie pisze, że Rozenek - który parę miesięcy temu zapowiadał chęć utworzenia ugrupowania „a la wczesny Korwin!” - dogaduje się z Petru. Koktajl złożony z Ziętka, Petru, Napieralskiego i Korwina (choćby i wczesnego) byłby chyba jednak niestrawny nawet dla profesora Hartmana?

O Tajnym Sondażu też już parę razy słyszałem, ale to dziwne, że jego wyniku od tego czasu nie potwierdziły jawne sondaże. SLD krąży w nich raczej wokół 4-5% (jeśli pominąć wygłupy typu „ankieta na portalu”).

Ciągle więc czuję się zdezorientowany patrząc na ten korowód weneckich masek. Nie rozumiałem już wielkiego sporu o jedynki: przecież skoro SLD jako jedyny partner koalicji ma ogólnopolską strukturę, to tak czy siak kandydat SLD dostanie najwięcej głosów, nawet jeśli na pierwszym miejscu będzie ktoś od Zielonych czy od Palikota. Po prostu lokalna struktura będzie grać na sukces swojaka.

Pytań mam więcej. Czy Miller wierzy w Tajny Sondaż? Czy Hartman może wśród tych ludzi powstrzymać odruch wymiotny (i jak on to robi, żując imbir?). Czy Palikot ukrywa w zanadrzu kolejnego świńskiego ryja?

Komcionauta Awal czasem tu błyskał zaskakująco daleko idącym poziomem rozkminy meandrów polskiej polityki. Może podzieli się światełkiem wiedzy?

Tak na pewno to wiem tylko jedno. Głosuję na młodych ludzi z Partii Razem dlatego, że nie mają nic wspólnego z tym bagnem. Stracą moje poparcie, jeśli pojawią się na jednej liście wyborczej ze zdeprawowanymi starcami z establishmentu.

środa, 05 sierpnia 2015
Polecam poczytać Miecika

Sezon na słoneczniki” Igora Miecika to pierwsza książka reporterska, jaką czytałem o konflikcie ukraińskim. To może sprawiać, że inne reportaże oceniam stronniczo, bo czasami tak bywa, że bez względu na to, co potem inni pisali o Angoli, najlepszy i tak się wydaje Kapuściński.

Mogę też być stronniczy, bo to autor „Gazety Wyborczej”, ale powiedzmy sobie szczerze, jakie jeszcze gazety zatrudniają bona fide reporterów. Te pojedyncze nazwiska z „Newsweeka” czy „Polityki” to przecież i tak będą moi koledzy z korpo.

Zaliczywszy więc już full disclosure o możliwych konfliktach interesów: polecam poczytać Miecika każdemu, kto szuka książki wyjaśniającej, o co w ogóle chodzi z tą całą Ukrainą. Zaletą tej książki jest to, że narracja nie zaczyna się tam od wczoraj.

Nie jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto patrzy na zrujnowane lotnisko czy zielone ludziki terroryzujące małe miasteczko i zastanawia się, jak mogło do tego dojść. Odwrotnie: jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto obserwował te mechanizmy od dawna i nie zaskoczyło go to, że w końcu wymknęły się spod kontroli.

Matka Miecika miała dwie siostry. Wszystkie przyszły na świat w Donbasie, ale jedna wyrosła na Rosjankę, druga na Ukrainkę. Matka zaś dostała zezwolenie na przeniesienie się do PRL; stąd Miecik.

Gdy czytam o tych przerażających miejscach typu Słowiańsk czy Kramatorsk, nie mogę się powstrzymać przed pytaniem, dlaczego tam w ogóle ktoś mieszka. Czy czytam powieść Serhija Żadana czy jakiś polski reportaż, wyobrażam sobie te miejsca jako piekło, z którego warto uciekać na każdy sposób.

Chyba już lepiej pracować na czarno w Polsce niż na legalu w Doniecku. W Polsce słabo, ale jednak płacą, w Doniecku od lat pensja jest pojęciem abstrakcyjnym.

Miecik wyjaśnia to dwojako. Po pierwsze: owszem, znaczna część uciekła. Jego książka ma strukturę wyprawy do jądra ciemności, miasteczka Konstantynówka, przedstawionego tu jako typowe wyludnione miasto-widmo Donbasu.

W dzieciństwie Miecik jeździł tam na wakacje, do babci. Wtedy Konstantynówka wydawała mu się całkiem normalna. Przed wyjazdem mama dała mu klucze do mieszkania po swojej siostrze. Nadaje to całej książce ciekawą, osobistą kompozycję: narrator jedzie przez wojenną Ukrainę w poszukiwaniu własnych korzeni. A skąd jego rodzina wzięła się w Donbasie? A no właśnie stąd, że nikt tam nie chciał mieszkać.

Jego dziadek do 1941 cieszył się dostatnim, inteligenckim życiem jako dyrektor szkoły w Kałudze. Zmobilizowany na początku Barbarossy, dostał się do niemieckiej niewoli.

Uwolniono go, ale w stalinizmie samo dostanie się do niewoli traktowano jak zdradę. Dziadka skierowano do oddziału karnego, został ciężko ranny. Po wojnie w swojej dawnej szkole mógł pracować już tylko jako woźny.

Chyba że... chyba że zgodziłby się przyjąć pracę w jednym z tych miejsc, w których nikt nie chce mieszkać. Workuta, Norylsk, Donbas?

Do wyboru, do koloru (skażeń w powietrza). Dziadek wybrał Konstantynowkę, której kolorem są rdzawe związki żelaza z okołokopalnianych hałd. I stąd cel podróży Miecika.

Nie jechał przez Ukrainę jako dziennikarz z Polski. Przeważnie ukrywał tożsamość. Jako osoba praktycznie dwujęzyczna, udawał „swojego”, który długo przebywał w Rosji i dlatego podłapał dziwny akcent.

Przez to jego książka jest wyjątkowo interesująca, bo pokazuje Ukrainę nie jako kraj egzotyczny i niepojęty, tylko przeciwnie, jako aż nadto zrozumiały. U nich wszystko było prawie takie jak u nas, tylko proporcje inne.

Mamy w Polsce tendencję do retoryki typu „Polska w ruinie”. Sam miewam do tego skłonność - może nie napiszę czegoś w stylu „rządzą nami aferzyści”, ale pewnie zalajkuję coś takiego na fejsie.

Z reportaży Miecika wyłania się obraz kraju bardzo podobnego do naszego, który jednak po prostu w klasie politycznej miał więcej Sławków Nowaków, a mniej Mazowieckich. W biznesie miał więcej prywatyzacyjnych oligarchów i czyścicieli kamienic, a mniej entrepreneurów budujących firmę od zera.

Polska w „Psach” Pasikowskiego wygląda jak Ukraina. Ćwierć wieku temu w przyszłość spoglądaliśmy ze strachem.

Mój ulubiony przykład to wizje Polski w XXI wieku z ówczesnej fantastyki. Od Sapkowskiego po Ziemkiewicza wyglądało to bardzo podobnie: lej po bombie, powtórka z września, powtórka z rozbiorów.

Że nie staliśmy się Ukrainą, to nie brzmi jak jakieś wielkie osiągnięcie. Tego się nie da wyryć na spiżowym pomniku. Ale jednak książka Miecika zmusza, by to docenić. Było całkiem blisko...

środa, 22 lipca 2015
W Polsce czyli w Finlandii

Finlandia to ciekawy kraj do rozważenia w sporach o model nordycki. Rozwala nie tylko typowe kontrargumenty typu „bo oni mają ropę, bo oni byli neutralni”, ale też pozornie rozsądniejsze „u nas nie ma takiego zaufania do instytucji, bo zabory”.

Finlandia nie miała własnego państwa do ok. 1918 roku. Zaraz mi wyskoczy jakiś wikierudyta z dokładną datą, więc od razu wyjaśnię, że niepodległość ogłoszono w warunkach wojny domowej z udziałem obcych wojsk.

Moim zdaniem, o niepodległości można mówić od zakończenia ewakuacji niemieckiego kontyngentu (grudzień 1918), ale o niepodległym państwie dopiero od pierwszych powojennych wyborów (marzec 1919), które ugruntowały ustrój republikański. Wbrew planom prawicy i regenta Mannerheima (który się nigdy nawet nie nauczył fińskiego).

Pod względem „zaufania do instytucji” Finlandia w 1918 roku startowała z gorszego poziomu niż Polska. U nas też Niemcy próbowali wprowadzić regencję z księciem Kakowskim i księdzem Lubomirskim, ale obu zdrajców naród potraktował zasłużonym kopenwdupenem.

Nie poparła ich nawet prawica, która zawarła historyczny kompromis z lewicą. Polacy zachowali także jedność podczas wojny bolszewickiej.

W Finlandii natomiast lewica i prawica zaczęły od wzajemnego mordowania się - i wołania obcych wojsk o wsparcie. To dopiero brak zaufania do własnego państwa!

Finlandia od zarania dziejów była zapyziałą prowincją odległej metropolii - Kopenhagi, Sztokholmu czy Petersburga. Rządy w tych stolicach nakładały cła i embarga na handel z innymi państwami, a Finlandia korzystała z tego, że była najtrudniejszym do upilnowania odcinkiem granicy.

Lokalsi potrafili przejść nocą przez bagna albo nawigować wśród mielizn, których bała się flota królewska. Żeby zrozumieć Finów trzeba pamiętać, że to jest społeczeństwo wolnych chłopów, którym od lat rząd zabrania pić alkoholu - a oni gdzieś w puszczy mają ukrytą odpowiednią aparaturkę i rząd im dużo może.

Polakom zrozumieć Finów jest stosunkowo łatwo, bo Finlandia jest taką bizarro Polską. Często robili co innego a kończyli tak samo jak my, albo odwrotnie.

Pod rosyjski zabór weszliśmy na przykład prawie jednocześnie, ale w dramatycznie innej sytuacji. My w znacznie lepszej! Na starcie mieliśmy konstytucję i formalną niepodległość z pisemnymi jej gwarancjami.

Finom car Aleksander dał tylko ustną obietnicę, że może kiedyś. Przez dalsze lata Polacy systematycznie pogarszali swoją sytuację przy pomocy powstań, a Finowie poprawiali przy pomocy uprzejmego lobbowania w Peterburku.

Na jedno wyszło. Każdy sąsiad Rosji dobre wie (albo zaraz się dowie), że czy masz od nich ustną obietnicę czy pisemne gwarancje, odin khui.

Mikołaj II był stukniętym despotą, który podarł te papiery. Polacy nienawidzili go tak samo jak poprzedników, ale Finowie byli autentycznie zaskoczeni.

Określają jego panowanie mianem „ucisku” (sortokausi) i dzielą to nawet na „ucisk pierwszy” i „ucisk drugi”. W 1905 car miał inne problemy na głowie i na chwilę dał Finom pieredyszkę.

W ramach pieredyszki w 1907 w Finlandii odbyły się pierwsze pięcioprzymiotnikowe wybory na świecie. Wygrali je socjaldemokraci (po raz pierwszy na świecie).

Car powiedział „paszli won” i rozwiązał parlament. Drugie wybory też wygrali socjaldemokraci. Tym razem usłyszeli „paszli won” już na inauguracyjnej sesji parlamentu. Echo szyderczego rechotu z priwiślańskiego kraju niosło się nad Zatoką Botnicką.

W okresie międzywojennym fińscy socjaldemokraci byli w sytuacji trochę podobnej do PPS. Zwalczani przez prawicowe bojówki za rzekomy kryptobolszewizm, jednocześnie bronili demokracji przed stalinistami. W efekcie walczyli na dwa fronty i mimo wyborczej popularności, przeważnie byli w opozycji.

Stalin w końcu zaatakował w 1939. Moja ulubiona statystyka z tej wojny jest taka, że Ruscy stracili 3500 czołgów, ponad połowę wystawionych. Finowie stracili 30 - prawie wszystkie jakie mieli. Cue in: Sabaton.

Po wojnie Finlandii, jako sojusznikowi państwo Osi, groził los Rumunii czy Bułgarii. Udało jej się jednak iść drogą „finlandyzacji”.

I znowu nasza historia jest rewersem ich historii. Na Zachodzie tego określenia używano pejoratywnie. My im zazdrościliśmy.

Podstawą finlandyzacji był upokarzający traktat o wzajemnej pomocy (YYA/VSB), który m.in. zobowiązywał Finlandę do stanięcia po stronie ZSRR w razie trzeciej światówki. USA z kolei infiltrowały Finlandię budując struktury, gotowe sabotować ten traktat.

Lewica przypłaciła to trwałym rozłamem na frakcję antyradziecką i antyamerykańską. I w konsekwencji - polityczną marginalizacją.

Finlandia jest więc o tyle ciekawym przykładem do naszych rozważań, że modelu nordyckiego nie wprowadzili tam socjaldemokraci, tylko człowiek, który był uosobieniem polityki finlandyzacji: Urho Kekkonen, który rządził Finlandią jako premier i prezydent przez 32 lata (1950-1982).

Formalnie pochodził z Partii Agrarnej, ale swoje nieustanne reelekcje zawdzięczał głównie poparciu Moskwy. Ta przez wiele lat żądała politycznego izolowania socjaldemokratów, bo byli bardziej antykomunistyczni od prawicy.

Fiński model nordycki budowano więc innymi metodami, wychodząc z innego punktu wyjścia - a jednak skończyło się bardzo podobnie. To ciekawy przyczynek do naszych rozważań z serii „czy da się tak w Polsce”.

Czasem na tym blogasku pojawiają się dyskusje, co w modelu nordyckim wynika z czego: kapitał społeczny i zaufanie do instytucji z państwa opiekuńczego, czy odwrotnie. Co było pierwsze, kura czy jajko?

Finom udało się problem braku drobiu i nabiału rozwiązać budując od zera kurnik po prostu na wzór tego, co mają sąsiedzi.

piątek, 17 lipca 2015
Warsiaski ring

obwodnice

W lipcu nie będzie rankingu od czapy, bo zamiast niego napracowałem się nad infografiką. Wiem, że blogasek ma wiernych fanów mojego talentu plastycznego - radujcie się!

Mapa przedstawia schemat warszawskiego węzła drogowego. Grubą linią odkreśliłem drogi bezkolizyjne, cienką kreską tradycyjne drogi krajowe z kolizyjnymi skrzyżowaniami.

Czarny kolor - drogi, które już są. Czerwony - drogi, które są w budowie, albo mają papierologię na tyle zaawansowaną, że da się podać jakąś orientacyjną datę. Szary - drogi, które mają być, ale cholera jedna wie kiedy.

Do dróg bezkolizyjnych zaliczyłem także te, które formalnie nie mają statusu ekspresówki, ale jednak główny potok ruchu nie jest tam przerywany przez skrzyżowania. Stąd dwie wewnętrzne grube krechy, symbolizujące Prasę Trymasa i wylotową część Alei Jerozolimskich.

Pominąłem bezkolizyjne trasy, których znaczenie na razie jest czysto wewnętrzne. Planowaną trasę NS pokazałem jako kikut - bo moim zdaniem, o ile należy ją dociągnąć do Alei Jerozolimskich, cała nie jest potrzebna. Tranzyt niech se obwodnicą jedzie.

Dla uproszczenia obwodnicę narysowałem jako kółko, choć tak naprawdę przypomina raczej równoległobok. Wylotówki ograniczyłem tylko do tych, które mają status dróg krajowych, czyli poza tymi najważniejszymi dałem jeszcze Puławską (bo to DK79 na Sandomierz) i trasę, którą automobilista jechałby w stronę Wolnego Miasta Gdańsk w roku 1939, niegdysiejszy główny szlak do Prus - dziś skromną DK61.

Nie miałem siły się już bawić z drogami do Konstancina czy Truskawia. Nigdy nie będą bardziej przelotowe, niż są teraz - i słusznie.

W tym roku niestety niewiele przybyło nowych dróg na wakacje, ale jednak warsiaskim kierowcom doszło parę kilometrów, które mogą im oszczędzić dobrą godzinę. To bezkolizyjna wylotówka S8, pozwalająca ominąć mordercze korki w Raszynie i Jankach.

To druga bezkolizyjna wylotówka w historii miasta. Poprzednią - A2 z węzła Konotopa - otwarto w 2012.
Przez ten czas warsiaski kierowca skazany był na desperackie kombo A2/DK50/S8, jeśli wyjeżdżał z miasta w godzinach szczytu. To był ciężki absurd, że nawet jadąc do Krakowa wyjeżdżało się na Poznań, ale jeszcze większym absurdem było stanie w korkach na Alei Krakowskiej.

To już za nami. Trudno powiedzieć, jak bardzo odciąży to Aleję Krakowską oraz samą A2 - która niedługo stanie się płatna i jednocześnie dojdzie jej darmowa konkurencja w postaci biegnącej w miarę równolegle S8.

Ale jednak moja typowa trasa wakacyjna w pierwszych latach istnienia tego blogaska wyglądała tak: Wisłostradą do Trasy Prymasa, tam stojący korek zwykle już zaczynał się od Obozowej, więc desperacki myk w Czorsztyńską i próba jazdy równolegle do trasy, przez Deotymy i Elekcyjną.

Oczywiście, do trasy trzeba było wreszcie wrócić, bo nie było (i do dzisiaj nie ma) innego przejazdu przez tory. Następny to do dzisiaj Dźwigowa, czyli Włochy, ale nie te, do których jechałem.

Do trasy włączałem się tylnym wjazdem od Ordona. Potem trzeba było swoje odstać w korku do skrzyżowania z Alejami. Nareszcie Aleje! Już się trochę rozpędzam i... zonk. Korek do skrzyżowania z Łopuszańską, też się czasem zaczynający przed torami.

Łopuszańska to lewoskręt, więc tak czy siak, horror. Ileś tam zmian świateł, w które wreszcie się jakoś wbijam, cudem unikając czołówki z tirem z naprzeciwka, który też ma zielone. Potem stoję na światłach na Łopuszańskiej, potem stojący korek do zjazdy w Krakowską.

Teraz już tylko odstać swoje na Alei Krakowskiej przez Raszyn i Janki i nareszcie utęskniona gierkówka. Skręcamy na Katowice, opisane oczywiście jako Wrocław.

Dzisiaj nawet gdybym chciał nostalgicznie powtórzyć tę samą trasę, już i tak będzie lepiej. Po pierwsze - obwodnica odciążyła Prymasa. Po drugie - udrożniono Aleje, a skrzyżowanie z Łopuszańską jest już dwupoziomowe.

A po trzecie - po co wam Łopuszańska, wystarcza dobry łącznik z obwodnicą. Łącznik już jest i bezkolizyjnie (nie stoimy na żadnym skrzyżowaniu) dowozi nas dziś od Dworca Zachodniego do węzła Opacz na S2. Tyle, że do dzisiaj ten węzeł był czynny na 3/4. Nie można nim obwodnicy przejechać na durch.

Wieczorem otworzą dalszy ciąg. Miniem Janki, miniem Raszyn, będziem na gierkówce. Gdzieś pod koniec roku dojdzie kolejny łącznik, do (nieekspresowego) wylotu na Kraków przez Radom.

Następnym bezkolizyjnym wylotem będzie obwodnica Marek, która przy okazji podłączy do Lizbony Wyszków - a zaraz potem Białystok. Potem dopiero wschodnia część południowej obwodnicy, razem z węzłem Lubelska (który pewnie przemianują na Warszawa Wschód), z którego ekspresowo wylecimy sobie na Lublin i Mińsk Mazowiecki. Ale to raczej 2020.

wtorek, 14 lipca 2015
Kurica nie ptica

Przepraszam, że znów o polityce, ale muszę wyrazić radość z dalekowzrocznej decyzji partii Razem o niewchodzeniu w rozmowy koalicyjne z SLD. Dopiero bym miał teraz zgryz patrząc na listę wyborczą, na której owszem, widniałby ktoś inteligentny i sympatyczny - ale za to na jedynkach straszyli Miller, Czarzasty, Wenderlich czy Joński.

Ta lista i tak przepadnie. Próg wyborczy dla koalicji to 8%. SLD miał o włos więcej w poprzednich wyborach parlamentarnych (8,2%). Troszkę lepiej poszło w 2014 - 8,8% w samorządowych (sejmiki) i 9,4% w eurowyborach, ale w prezydenckich katastrofa: 2,4%. Tendencja się z tego rysuje nieciekawa.

Przeciwnikiem tej koalicji nie jestem z powodów idealistycznych (jestem za stary na idealizm) tylko zimno pragmatycznych. Formuła „szerokie jednoczenie lewicy pod egidą OPZZ” nie jest dla SLD niczym nowym. Zawsze tak szli do wyborów.

Ćwierć wieku temu na gruzach PZPR powstała partia SdRP, która jednak nigdy nie startowała w wyborach samodzielnie. W pierwszych wyborach parlamentarnych wiele ugrupowan tworzyło niby-koalicje, w których główny podmiot otaczał wianuszek przystawek, np. Zjednoczenie Chrześcijańsko Narodowe startowało jako Wyborcza Akcja Katolicka.

SdRP zawiązało Sojusz Lewicy Demokratycznej, koalicję kilkudziesięciu podmiotów, w tym oczywiście OPZZ. Dopiero w 1999 koalicja formalnie przekształciła się w partię.

To nie miało większego znaczenia. Dla kogo to właściwie było istotne, że Danuta Waniek czy Jerzy Szmajdziński nie reprezentowali partii, tylko jakieś przystawkowe stowarzyszenie?

Jako partia SLD stworzyło kolejną koalicję, tym razem z Unią Pracy. Potem jeszcze z efemeryczną Partią Demokratyczną, by teraz z kolei uroczyście ogłosić jednoczenie lewicy z resztówkami po Palikocie. Jak zwykle pod patronatem OPZZ.

Kiedy sam byłem młodym idealistą, staliśmy przed dramatyczną decyzją o starcie PPS na listach SLD. Byłem za, bo przemawiał do mnie pragmatyczny argument, że warto mieć w Sejmie choć przez jedną kadencję Ikonowicza czy Miżejewskiego. I dalej uważam, że było warto.

Tylko że wtedy SLD jeszcze mogło wielkodusznie odpalić mniejszemu podmiotowi kilka mandatów, skoro samo zdobyło ich 171. Teraz jeśli nawet jakimś cudem prześliźnie przez próg, to prawdopodobnie będzie mieć wynik porównywalny do tego z 2011.

To oznacza, że w niektórych okręgach mandatu nie dostanie żadnego. W innych zaś dostanie tylko jeden. Taka jest logika ordynacji, niezbyt litościwej dla ugrupowania numer cztery czy pięć.

Bądźmy szczery: ten jeden mandat dostanie Znana Japa Z Telewizji. Cała reszta będzie tyrać na reelekcję celebryty, a po wieczorze wyborczym zostanie w sali, żeby posprzątać konfetti, gdy celebryta pojedzie do telewizji.

Mali koalicjanci zapłacą za to unicestwieniem swojego ugrupowania, bo jeszcze nikt nie przetrwał koalicji z SLD. PPS (1993), Unia Pracy (2001), Partia Demokratyczna (2007): wszyscy po tym wypadali z gry. Czy to się opłaca? Zwłaszcza za friko?

Żeby jeszcze lewicowy wyborca miał jakiś cień powodu, by się przejmować przetrwaniem SLD czy Palikota. Ale poza ogólnym hasłem „jerum jerum, Sejm bez lewicy” - czy mamy czego żałować? Czy zdarzyło się wam przez ostatnie lata spojrzeć z dumą na Iwińskiego albo Ryfińskiego i pomyśleć „jak to dobrze, że ci ludzie są w Sejmie?”

Ja nic takiego nie kojarzę, choć oczywiście zapraszam do odświeżania mi pamięci w komentarzach. Skoro nie było się z czego cieszyć, to i nie będzie czego żałować.

Nie obchodzi mnie, czy ta koalicyjna lista przekroczy 8% czy nie. Sejm z Millerem i Palikotem będzie dla mnie taki sam jak Sejm bez Millera i Palikota. Kurica nie ptica, SLD nie lewica.

Natomiast dla partii Razem - oby zebrała podpisy! - to będzie okazja do budowy struktur przed następnymi wyborami. Coś mi mówi, że będą wcześniej niż by to wynikało z kalendarza, bo Sejmy zdominowane przez prawicę są przeważnie niestabilne (Sejm I i VI kadencji wytrwały po 2 lata, Sejm III kadencji wytrwał do końca, bo koalicja AWS i UW rozpadła się po 3 latach, więc wybrano roczną agonię zamiast wyborów przedterminowych - co nie było dobrym pomysłem, ale to dygresja).

Jeśli Razem ma w tych następnych odegrać istotną rolę - teraz musi startować samodzielnie. Choćby miało dostać tylko jeden procent, będzie w nim także i mój głos.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84