Ekskursje w dyskursie
piątek, 02 marca 2018
Czytajcie Gdulę!

Polecam „Nowy autorytaryzm” PT Komcionautom nawet nie dlatego, że to dobra książka per se, tylko dlatego, że wypada mieć na jej temat zdanie. A ja mam dodatkowo ten problem, że od dawna w kilku kwestiach mówię to samo, co Gdula - więc PT Komcionautów będę prosił o skorygowanie nieuchronnego w takich sytuacjach błędu poznawczego (confirmation bias).

Zacznę od czepialstwa. Książka to pojęcie na wyrost, tu nie ma nawet 100 stron. Rzekłbym - broszura. A i tak dwa rozdziały są zrecyklowane z wcześniejszych publikacji.

Nadawanie temu numeru ISBN po prostu obraża moje uczucia religijne jako zawodowego stukacza w literki. Ale też rozumiem, że Gdula zawodowo publikuje co innego, gdzie indziej.

To, co napisałem powyżej, jest szalenie drobnomieszczańskie. I co za tym idzie, płynnie przejdę już do zgadzania się z Gdulą.

Nie da się czytać mojego bloga bez zauważenia, że „od zawsze” uważam siebie za przedstawiciela średniej klasy średniej. W praktyce nie pamiętam od kiedy, chyba od połowy lat 90., bo dużo wtedy czytałem Orwella, a to jeden z klasyków tego tematu.

Z licznych kometarzy na swoim blogu pamiętam, że jeszcze jakieś 10 lat temu wielu ludzi nie rozumiało tego pojęcia. Interpretowano je jako „ludzie o średnich zarobkach” albo pytano o dochodowe widełki.

Teraz tego jakby mniej. Wydaje mi się, że większość moich PT komcionautów oswoiła się przede wszystkim z tym, że podział klasowy nie pokrywa się z kwantylami dochodowymi („niższa klasa średnia” zarabia mniej od „arystokracji robotniczej” i to nie jest zjawisko nowe czy nietypowe).

Gdula zdaje się również prowadzić coś w rodzaju publicystycznej kampanii uświadomiania klasie średniej, że nią jest. Szydzi (trafnie) z naiwnego, dżinsowego egalitaryzmu, że skoro wszyscy chodzimy w takich samych dżinsach, to nie ma między nami większych różnic.

Fundamentem polskiego konserwatywnego neoliberalizmu było wmawianie klasie średniej (przez wiele lat zdumiewająco skuteczne), że stanowi jedność z klasą wyższą. Niektórzy publicyści do dziś posługują się dychotomią „beneficjenci transformacji” / „osoby wykluczone ekonomicznie”.

Zawsze zwalczałem tę dychotomię. Świadczy o tym kilkanaście lat archiwów wpisów na tym blogu. Beneficjentów i poszkodowanych transformacją znajdziemy na każdym piętrze drabiny społecznej.

W notce „Sprzysiężenie Katyliny” z 2016 pisałem, że historycznie ustrojom republikańskim najlepiej robił sojusz klasy średniej z niższą przeciwko klasie wyższej - a pojawienie się sojuszu wyższej z średnią lub wyższej z niższą oznaczało koniec republiki.

Ładnie to można pokazać na przykładzie braci Grakhów i upadku republiki rzymskiej, ale także upadku republiki weimarskiej (gdy zmęczone chaosem niemieckie drobnomieszczańswo zaczęło popierać kamarylę Hindenburga, a w konsekwencji Hitlera) czy francuskiej II Republiki (którą wykończył najpierw antyproletariacki sojusz wyższej z średnią z czerwca 1848, a potem odwrócenie tego sojuszu w 18 brumaire’a Ludwika Napoleona).

Diagnoza Gduli - jeśli dobrze ją streszczam - pokrywa się z moją (a więc dlatego obawiam się confirmation bias). Ta dychotomia od początku była kłamstwem i ostatni kryzys demokracji bierze się z tego, że nagle znaczna część społeczeństwa przestała wierzyć w oficjalny, mainstreamowy opis społeczeństwa.

Z jednej strony mamy wkurzoną klasę średnią („skoro jesteśmy beneficjentami transformacji, to gdzie te beneficja?”). Z drugiej klasę ludową, zręcznie podszczuwaną na na klasę średnią („patrzcie: to elity!”), przez prawdziwe elity.

Droga wyjścia z glątwy prowadzi przez rozbudzanie w klasie średniej świadomości klasowej (tak rozumiem propozycję Gduli). Interesujące, że w portalowej dyskusji na temat jego artykułów o Miastku, większość polityków zdaje się akceptować ten postulat (od Zandberga po Lubnauer, wszyscy już mówią językiem trójpodziału).

Jest jeden wyjątek: pisowskiego Śniadka. Bo faktycznie, teraz już tylko PiS dalej jedzie tym kłamstwem. Zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy propagandyści bronią szastających służbowymi kartami kredytowymi ministrów... przed „atakami elit”.

Ale jeśli zabrać PiS-owi to kłamstwo, co im zostanie? Nic, poza przyznaniem, że od początku chodziło im tylko o „teraz, k..., my!”. Może więc tutaj widać jakiś malutki promyczek nadziei?


piątek, 23 lutego 2018
Hard rock w czasach #metoo

Miałem niedawno kilka spotkań autorskich w UK (jakie to jednak zabawne, że Ziemkiewicz - przy całym tym swoim hajsie, jednak nie może tego o sobie powiedzieć)! Przy ich okazji przeprowadziłem tradycyjnye rajdy po księgarniach.

Wpadła mi tam w ręce książka, którą polecam PT blogonautom: „Under My Thumb. Songs That Hate Women and the Women Who Love Them” (praca zbiorowa).

To zbiór feministycznych esejów, poświęconych seksistowskim, mizogynicznym i obiektyfikującym kobiety piosenkom z klasyki muzyki pop. Czego tu nie ma! Pulp, Bob Dylan, country, folk, hip-hop, metal...

Eseje pisane są przez feministki, z feministycznego punktu widzenia... ale jak sam tytuł zdradza, nie są to eseje nawołujące do cenzurowania popkultury. Gdzie byłby hiphop bez seksizmu, gdzie byłby blues bez „bo to zła kobieta była...”!

Szczególnie spodobał mi się esej „Dirty Deeds: Mischef, Misogyny and Why Mother Knows Best” Fiony Sturges. Jako i ja, autorka owa nie może się powstrzymać przed wyrzutami sumienia, słuchając AC/DC - ale nie może się też powstrzymać przed słuchaniem.

Znaczna część eseju poświęcona jest piosence „Whole Lotta Rosie” z albumu „Let There Be Rock” (1977). Piosenka opowiada o kobiecie, która „nie jest przesadnie ładna, ani przesadnie szczupła” (waży 120 kg), za to „jeśli chodzi o kochanie, kradnie show”.

Na pierwszy rzut oka mamy tu więc wszystkie najgorsze elementy seksizmu w popkulturze: body-shaming, slut-shaming, obiektyfikacja. Na dodatek na koncertach towarszyszy temu pokaz słynnej, gigantycznej, dmuchanej lali.

Poza tym jednak jest to świetny kawałek ze świetnej płyty. Co robić, jak żyć?

Fiona Sturges broni tej płyty na kilka sposobów. Po pierwsze, jak wynika z wielu wywiadów, muzycy AC/DC nigdy nie traktowali tekstów piosenek przesadnie serio, pisano je na kolanie. Na wokal należy patrzeć jak na jeszcze jeden instrument muzyczny.

Ten argument mnie akurat niespecjalnie przekonuje. Od strony czysto poetyckiej - oceniając jakość rymu i metafor - powiedziałbym, że teksty AC/DC są starannie dopracowane. Lepiej, niż niejednego zespołu progresywnego, co to jest och-ach, ale rymuje „fire” i „desire”.

To dotyczy zwłaszcza tekstów na „Let There Be Rock”, pełnych aluzyjnych nawiązań do historii rockandrolla, często całkiem zgrabnych literacko. Skoro więc autorzy (tradycyjnie podpisani jako trójka, Young/Young/Scott) włożyli trochę wysiłku w zabawę literacką „jak zacytować Chucka Berry”, to trudno uznać, że cała reszta wyszła im ot tak sobie.

Drugi interesujący argument Fiony Sturges jest taki, że w tej piosence (podobnie jak w innych tekstach AC/DC) to właśnie kobieta jest podmiotem, a mężczyzna przedmiotem. W odróżnieniu od innych klasyków rocka, opisujących w swoich tekstach gwałt czy zdradę, seks w tekstach AC/DC jest konsensualny i zwykle kobieta jest stroną inicjującą.

Kimkolwiek jest Rosie (Bon Scott twierdził, że to o prawdziwej kobiecie, ale jestem sceptyczny wobec oralnej historii erotycznych podbojów gwiazd rocka), tekst nie zostawia wątpliwości, że to ona zainicjowała zbliżenie. Podmiot liryczny ewidentnie uważa też, że to do niej należy decyzja, czy i kiedy się zakończy (najbardziej mu się podoba oczywiście to, że „to [his] surprise, Rosie never stops”).

Trzeci argument, pośrednio związany z tym drugim jest taki, że w życiu prywatnym większość muzyków AC/DC prowadziła stateczne, mieszczańskie życie. Wyjątkiem oczywiście byli dwaj autodestrukcyjni „źli chłopcy”, Bon Scott i Phil Rudd.

Rudd jednak za to wyleciał z zespołu, a Scott... no wszyscy wiemy. W każdym razie, Fiona Sturges argumentuje, że AC/DC nadają się nawet na Rozmowy Wychowawcze Z Córką.

Byłem na koncercie AC/DC na Bemowie, widziałem jak Angus Young i Brian Johnson biegają po scenie, równocześnie grając i śpiewając. To ciężko pracujący ludzie, którzy po prostu nie mogą sobie pozwolić na zarwanie nocy na rokendrolowe orgie. Jutro przecież grają kolejny koncert.

W czasach #metoo spoglądamy na dawne hity popkultury innym okiem, ale AC/DC generalnie dobrze znosi próbę czasu. Nawet w ich najbardziej sprośnych piosenkach pojawiają się kluczowe „let me...”, „she wanted...”, „...anything you want...”.

Jesteśmy na antypodach klasycznie seksistowskiego „czerwony jak cegła, muszę ją mieć”. Dla podmiotu lirycznego piosenek AC/DC decydujące jednak jest to, czego chce partnerka.

Będzie mi się teraz słuchało raźniej, skoro Prawdziwa Feministka W Prawdziwej Książce Co To Ją Przeczytałem W Foyles Na Krzywe Ryło, daje okejkę.

poniedziałek, 12 lutego 2018
Polacy i Żydzi

Część osób z mojego bąbelka wyraziło interesujące zastrzeżenie wobec listu otwartego „Do przyjaciół Żydów”. W skrócie, że mimo zacnych intencji, buduje on opozycję „oni-Żydzi i my-Polacy”.

Zaryzykuję przedstawienie kilkuset lat historii polsko-żydowskiej w blogonotkowym skrócie (apelując do komcionautów o peer review). Nie jestem historykiem, ale dużo czytałem o historii Żydów we Lwowie, więc się podzielę z tym, co wyczytałem.

Najpierw cofamy się do ostatnich lat I Rzeczpospolitej. Jak w całej Europie, obowiązywały w niej feudalna koncepcja prawa stanowego.

Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszyscy obywatele rodzą się wolni i równi wobec prawa. To dziedzictwo wielkiej rewolucji francuskiej.

Feudalizm był mozaiką najrozmaitszych przywilejów, określających, komu wolno służyć w wojsku, studiować, uprawiać ziemię rolną, zeznawać w sądzie, posiadać nieruchomości, kandydować do rady miejskiej. Żydom zazwyczaj nie było wolno nic z powyższej listy.

Słowo „przywilej” jest tu mylące. W feudalizmie określał narzędzie zniewolenia, jak przywilej „de non tolerandis Judaeis”, który obowiązywał w wielu polskich miastach.

Kodeks Napoleona w 1804 dawał Żydom pełnię praw. Na polskie ziemie ta rewolucyjna idea dotarła razem z armią cesarza, ale tutaj przyjmowano ją z oporami.

W zaborze pruskim odpowiednikiem tego aktu była bismarckowska konstytucja zjednoczonego cesarstwa (1871). W austriackim - stopniowa przemiana z monarchii absolutnej w konstytucyjną (1861-1918). W rosyjskim brak odpowiednika.

Sprawę dodatkowo komplikuje to, że zabory były dodatkowo podzielone np. na „Królestwo Polskie” i „Rosję właściwą”. Sytuacja Żydów zazwyczaj więc inaczej wyglądała nawet w ramach pojedynczego zaboru.

Jeszcze więc dziadkowie Stanisława Lema żyli w czasach, w których nie wolno im było mieszkać poza gettem, zatrudniać chrześcijan ani zeznawać w sądzie. Zapewne formalnie żyli w konkubinacie, bo do 29 listopada 1859 galicyjscy Żydzi nie mogli zawierać ważnych prawnie związków małżeńskich.

Te ograniczenia stopniowo znoszono w latach 1860., zachowując jednak np. numerus clausus w samorządzie. Poszerzaniu praw żydowskiej ludności Lwowa regularnie towarzyszyły zamieszki, z demolowaniem żydowskich sklepów, biciem ludzi zgarniętych z ulicy, itd. Artur Eisenbach (z którego książki zaczerpnąłem przytaczane tu daty) pocieszająco pisze, że w Krakowie było jeszcze gorzej, bo Lwów miał opinię najbardziej postępowego miasta Galicji.

I to już są czasy, które pamietał ojciec pisarza, Samuel Lem. Zapewne dlatego tak się cieszył z narodzin II Rzeczpospolitej: nareszcie państwo, które daje wszystkim równe prawa!

„Jesteśmy wreszcie we wspólnym domu...” - tę obietnicę polscy Żydzi słyszeliu trzykrotnie. W 1918, w 1945 i w 1989.

Obietnica II Rzeczpospolitej okazała się fałszywa w latach 30., kiedy sanacja zrobiła zwrot w prawo i otworzyła na antysemitów. Stąd we Lwowie pogrom z 1932 i getto ławkowe z 1935 (oraz numerus clausus, a docelowo numerus nullus dla studentów żydowskich).

Obietnica PRL została cofnięta w 1968. Obietnica III RP skończyła się na naszych oczach.

W kwestii praw obywatelskich jestem - tak jak Karol Marks - liberałem. Dla mnie też więc „Polacy” w pierwszej kolejności oznaczają „ogół polskich obywateli”.

Ale uważam, że nie możemy być ślepi na to, że pewnej grupie przez pokolenia odmawiano podstawowych praw. Trzykrotnie im je dano, żeby po 20-30 latach je znów odebrać.

Powiedzieć „jesteśmy wszyscy Polakami”, to jak powiedzieć w Los Angeles „wszyscy jesteśmy Amerykanami”. Technicznie to prawda, ale nie oddaje całej złożoności problemu.

Te ograniczenia prawne są kluczem do zrozumienia specyficznej sytuacji polskich Żydów w XIX wieku. Dlaczego uprawiali takie zawody, a nie inne; dlaczego parali się lichwą; dlaczego ich elity były tak dobrze zorganizowane.

Odpowiedzi: bo innych zawodów uprawiać nie mogli; bo nie mieli innych możliwości inwestowania; bo wysłanie dziecka na studia było dla żydowskiej rodziny czymś bardziej skomplikowanym, niż dla polskiej.

Zanim zagoiły się blizny po krzywdach feudalno-zaborowych, nadeszły kolejne - odebranie obywatelstwa (i majątków) przez Stalina i Hitlera, a potem przez PRL. Przez te 230 lat na „Żydów” i „Polaków” dzielili nas głównie zaborcy i okupanci, ale skutki odczuwamy do dziś.

Dlatego tytuł tego apelu wydaje mi się jednak adekwatny.

środa, 07 lutego 2018
Wodzu prowadź!

Wodzu prowadz!

Polityka zagraniczna II Rzeczpospolitej w jej ostatnich latach była samobójczo błędna. Poniekąd dlatego zresztą były to ostatnie lata.

Polska leżała między dwoma potężnymi, śmiertelnymi wrogami - Trzecią Rzeszą i Związkiem Radzieckim. Wobec obu stosowała wówczas politykę ugodową - minister Beck zabiegał o podpisywanie (a potem przedłużanie) traktatów o nieagresji, jakby radośnie nieświadomy tego, że dla Hitlera i Stalina to są świstki papieru.

Ostrą politykę Polska prowadziła wobec swoich słabszych sąsiadów - Litwy i Czechosłowacji. I nie przeczę, że za te konflikty w dużej mierze odpowiadali sami sąsiedzi (zwłaszcza Litwa), po prostu zwracam uwagę, że zaognianie tych relacji było błędem czysto pragmatycznym.

Straszną cenę Polska miała za to zapłacić już za chwilę, a w jakimś sensie płaci do dziś. Wszystkie próby budowania „Międzymorza”, „Wyszehradu” czy „polityki jagiellońskiej” rozbijają się o ten drobiazg, że nasi sąsiedzi nam po prostu nie ufają.

Litwa, Czechy, Słowacja ani Ukraina wcale się nie palą do roli młodszych partnerów w sojuszu kierowanym przez Polskę. Nazwy tych sojuszów nawiązują do zamierzchłych czasów, bo dramatycznie brak nam przykładów współpracy z XX wieku. Było na to kilka okazji w latach 1930. ale je zmarnowano.

Polska wtedy tak jak dzisiaj, toczyła swoją politykę zagraniczną głównie na użytek wewnętrzny. W 1935 odbyły się pierwsze wybory według nowej, dyktatorskiej ordynacji. Obywatele nie mogli już sami zgłaszać kandydatów, wyznaczały ich „zgromadznia okręgowe” zdominowane przez sanację.

Jak to w dyktaturze, przedmiotem gry wyborczej stała się więc sama frekwencja. Wypadła tak źle dla sanacji, że opóźniono publikację wyników. W skali kraju 46%, w Warszawie - 29%. To był bojkot. W tym samym roku zmarł Piłsudski, nie zostawiając namaszczonego następcy.

Walka delfinów doprowadziła do licytacji na to, kto będzie mówić ostrzej. Liczne przemówienia Becka z tego okresu, te o honorze i nieustępowaniu ani na metr, wygłaszano na potrzeby polityki krajowej, a nie międzynarodowej.

Teoretycznie na ministra wyznaczył go jeszcze Piłsudski, więc był nie do ruszenia. Praktycznie zaraz by go ruszyli, gdyby zaczął wchodzić w inteligenckie dywagacje o opłacalności tego czy tamtego.

W marcu 1938 na granicy polsko-litewskiej zginął polski pogranicznik. Rząd Polski wystosował ultimatum, w którym domagał się normalizacji stosunków dyplomatycznych pod groźbą zastosowaia „innych środków”. Litwa ustąpiła, Beck odtrąbił sukces.

Na świecie przyjęto to wrogo. Polskie ultimatum wobec Litwy miało miejsce 5 dni po Anschlussie i trudno się dziwić, że to się kojarzyło. Poza tym to nie miało sensu - nie da się poprawić stosunków przy pomocy ultimatum.

Wyjaśnieniem jest znów polityka wewnętrzna. Ostra linia wobec Litwy wywołała serię quasi-spontanicznych demonstracji poparcia dla rządu.

To stąd hasło „wodzu, prowadź nas na Kowno!”, które pamiętamy z komedii „Zezowate szczęście” (na zdjęciu). Piszczyk idzie w niej na granicy dwóch pochodów - prorządowego („na Kowno!”) i oenerowskiego („Żydzi na Madagaskar!”).

Beck i marszałek Śmigły-Rydz zobaczyli, że dopóki wydają sąsiadom ultimata - mogą liczyć na masowe demonstracje. A to umocni ich pozycję w walce z rywalami.

Kiedy świat ze zgrozą obserwował, jak Zachód rozbiera Czechosłowację podczas konferencji monachijskiej, dzień później rząd wystosował kolejne ultimatum. Dzięki niemu 2 października 1938 obszar Polski powiększył się o 802 kilometry kwadratowe.

Było to nam potrzebne jak piąte koło u wozu, zwłaszcza że i tak cieszyliśmy się tym przez rok. Na Zachodzie wzmocniło to antypolskie sentymenty - wszyscy lubili Czechosłowację, Polskę jakoś mało kto. Ciekawe dlaczego.

Wybory z listopada 1938 były jednak sukcesem frekwencyjnym (67%!). I o to chodziło, nie o Cieszyn.

Kiedy Polacy cieszyli się z potęgi swojej armii, przed którą sąsiedzi ustępują bez walki (silni! zwarci! gotowi!, etc.), Beck i Rydz mieli już inny problem. 24 października Ribbentrop poufnie powiadomił berlińskiego ambasadora Polski, Józefa Lipskiego, że Niemcy uzależniają przedłużenie paktu o nieagresji od spełnienia przez Polskę kilku warunków, między innymi zgody na budowę eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej.

Zegar zaczął tykać.

piątek, 19 stycznia 2018
Wellman kontra Piekara

Jest taki blogasek nienawisc.pl, który - mimo obciachowej nazwy - obserwuję zazwyczaj życzliwie (choćby już za samą ekscentryczność decyzji o założeniu bloga w 2017). Swoją misję autor opisuje tak:

Co cię wkurza? Na co się nie zgadzasz? To jest miejsce, w którym możesz o tym powiedzieć.

Otóż drogi autorze, wkurza mnie i budzi moją niezgodę mylenie prawa cywilnego z prawem karnym. To się nagminnie zdarza ludziom skądinąd rozsądnym i prawdopodobnie wynika z luki w edukacji: nikt szkolnej dziatwy nie uczy, jakie sprawy załatwia się w jakiej instytucji.

Większość tekstów typu „zobaczcie jaki niesprawiedliwy jest ten wyrok sądu” bierze się właśnie z braku takiego przedmiotu szkolnego. Sądząc po najnowszej notce, przydałoby się to też autorowi rzeczonego blogaska.

Poświęcił ją temu, że pisarz fantasy Jacek Piekara poskarżył się na Twitterze, że musi zapłacić „prawie pół miliona złotych” za swoją chamską odzywkę pod adresem Doroty Wellman. I zderza to z wyrokami na dwudziestoparolatków, którzy za znęcanie się nad trójmiejskim nastolatkiem dostali tylko od 4 do 6 lat więzienia.

Jego zdaniem - to za mało. I buduje z tego tezę, że sąd był surowszy dla Piekary, bo Wellman to celebrytka, a ofiarą Gdańszczan był bezdomny.

Po pierwsze - nie jestem przekonany, że 5 lat więzienia to mało. Moim zdaniem, raczej dużo.

Ile autor bloga chciałby im za to dać? 10 lat? To ile by im dał za spowodowanie trwałego uszkodzenia na zdrowiu, 20? To ile w takim razie za zabójstwo?

Każdy wyrok jest zbyt łagodny. Zwłaszcza z perspektywy anonimowego blogera albo tabloidowego dziennikarza. Sędzia w procesie karnym nie może jej przyjmować - powinien wziąć pod uwagę wiele okoliczności, których zazwyczaj nie poznajemy w tabloidowych relacjach, bo są nudne.

Sędzia w procesie cywilnym robi jeszcze co innego. Od początku do końca jego podstawowym zadaniem jest doprowadzenie obu stron do ugody, jeśli ta tylko jest możliwa (Art. 10 KPC).

Tutaj była możliwa: Dorocie Wellman chodziło o to, żeby Jacek Piekara usunął obraźliwego tweeta i przeprosił za niego. Mógł to zrobić całkowicie za darmo.

Nie przyjął ugody, infantylnie tłumacząc się, że nie mieszka tam, gdzie jest zameldowany, więc nie czyta przychodzącej na ten adres korespondencji. Dla sądu to nie jest (i nie powinno być) argumentem.

Nie chcielibyśmy żyć w kraju, w którym można uzyskać immunitet po prostu poprzez nieodbieranie poleconych. Autor blogaska nienawisc.pl też by tego nie chciał.

Skoro Piekara nie przeprosił za friko na Twitterze, sąd nakazał mu przeprosiny w mediach. Nie wiem, czy będą kosztować aż pół bańki.

Prawicowcem przeważnie się zostaje z powodu problemów z matematyką (to widać np. po ich niezrozumieniu podatku progresywnego). Może Piekara wynegocjuje to sobie taniej, może załatwi całkiem za darmo.

Jego problem. Trzeba było jednak odbierać te polecone.

A na ile wyceniacie te wszystkie chamskie odzywki pod adresem Pawłowicz czy Kaczyńskiego - pyta autor blogaska. I tu właśnie demonstruje niezrozumienie prawa cywilnego.

Prawo cywilne służy rozstrzygania sporów między osobami fizycznymi i prawnymi. „Firma A zaszkodziła firmie B”, „pan X zaszkodził panu Y”, „Firma A zaszkodziła panu Y”.

Nie ma tu jakiegoś jednolitego taryfikatora, w każdym przypadku pan Y lub firma B musi to sobie sama wycenić. Czasem zadośćuczynienie może być darmowe (przeprosiny na Twitterze), czasem finansowe.

Co najważniejsze: wszystko zależy od tego, czy pan Y lub firma B w ogóle zechcą pójść do sądu. Wszyscy, którzy obrażają Pawłowicz czy Kaczyńskiego w podobny sposób, narażają się na podobny wyrok. Nie będę ich jakoś przesadnie żałować (zwłaszcza, jeśli sami siebie wkopią żałosnym manewrem na „nieodbieranie poleconych”).

Tyle prawo cywilne. Prawo karne dla odróżnienia z kolei zajmuje się czynami, których zabrania państwo bez względu na opinię panów X i Y oraz firm A i B.

Można sobie wyobrazić państwo, które ma tylko prawo karne, albo tylko prawo cywilne. To pierwsze byłoby dystopią totalitarną, to drugie libertariańską.

Ale przede wszystkim trzeba je odróżniać i serio uważam, że dzieciom się to powinno tłumaczyć w podstawówce. Potem można by to rozszerzyć o prawo pracy, prawo administracyjne, prawo rodzinne, prawo konstytucyjne...

wtorek, 02 stycznia 2018
Leninizm i neoliberalizm

Nowy rok zacznę od omówienia książki, którą polecam już na serio, bez beki. To „How Bad Writing Destroyed the World” Adama Weinera (z podtytułem „Ayn Rand and the Literary Origins of the Financial Crisis”).

Weiner odtwarza literackie korzenie dwóch strasznych wynalazków XX stulecia: leninizmu i neoliberalizmu. Pokazuje, że sięgają tej samej książki: „Co robić?” Nikołaja Czernyszewskiego (1863).

Jednym z bohaterów jest niejaki Rachmetow, rewolucjonista żyjący nie tylko w ascezie, ale wręcz w masochistycznym samoudręczeniu. Żeby zahartować ciało, sypia na deskach nabitych gwoździami, aż zalewa pokój krwią (ku rozpaczy gospodyni, która musi to sprzątać - co rewolucjoniście najwyraźniej zwisa).

Rachmetow z ukrycia manipuluje życiem erotycznym swoich znajomych. Pozoruje samobójstwo Łopuchowa, żeby Wiera Pawłowna mogła wreszcie pójść do łóżka z Kirsanowem i zacząć nowe, lepsze życie w polizwiązkowej komunie, której przyświeca ideologia „racjonalnego egoizmu”.

Komuna świetnie prosperuje, bo jej uczestnicy założyli spółdzielnię. Spółdzielnia egoistów? Tak! Nie ma w niej sprzeczności między interesem jednostki a interesem kolektywu, wszyscy się racjonalnie przykładają do pracy, w wolnych chwilach uprawiając wolną miłość.

Naiwne i źle napisane, ale przeszło do historii za sprawą Rachmetowa. To dwulicowy, podstępny kłamca, ale działa bezinteresownie, a jego kłamstwa przybliżają nadejście lepszego świata (co Wierze Pawłownej tłumaczą w kolejnych snach alegoryczne bóstwa). Powieść więc jednoznacznie pochwala jego postawę.

W jednym ze snów Wiera Pawłowna widzi Przyszłość. Dzięki ludziom takim jak Rachmetow ludzkość żyje w sprawiedliwym społeczeństwie, które osiągnęło dobrobyt dzięki upowszechnieniu nowego rodzaju metalu.

Na Zachodzie Marks radził zakładanie masowych, demokratycznych organizacji. W Rosji to nie działało. Rosjanom spodobała się więc porada Czernyszewskiego: „bądź jak Rachmetow”!

Znajdź garstkę wyznawców, zorganizuj ich w kolektywie. Okłamuj ich, wykorzystuj, w ostateczności zabij któregoś dla postrachu. Bóstwa ze snów Wiery Pawłownej cię rozgrzeszą.

Oni będą Kręgiem Wewnętrznym twojej organizacji. I niech każdy zrekrutuje pięciu kolejnych, a oni kolejnych - i tak dalej.

Sergiej Nieczajew rozwinął receptę Czernyszewskiego w „Katechizmie rewolucjonisty”. To dzieła obłąkanego sadystycznego biurokraty, w którym z przedziwnymi detalami opisywał, które grupy społeczeństwa chce zamordować, które zastraszyć, a które tylko zmanipulować.

Nieczajew zniszczył życie wszystkim, którzy mu zaufali (jak Bakunin czy Wiera Zasulicz, która miała być jego Wierą Pawłowną). Ta w końcu straciła wiarę w Nieczajewa, ale nie w Czernyszewskiego i w 1881 nawiązała korespondencję z Marksem, w której wydusiła z niego deklarację, że jego recepty dla Europy Zachodniej nie muszą się sprawdzać w Rosji.

Ten dokument był później dla bolszewików podkładką do tezy, że nie przeinaczyli całkiem Marksa, tylko go twórczo zmodyfikowali. Lenin więcej jednak zaczerpnął z Czernyszewskiego niż z Marksa i swój programowy manifest z 1901 zatytułował tak samo - „Co robić?”.

Nie nazwał w nim siebie „komunistą” - przypominam, że tym słowem bolszewicy zaczęli się posługiwać dopiero w 1917. Uważał siebie wtedy za prawdziwego socjaldemokratę i potępiał tak zwany „trade-unionizm”; czyli coś, co dzisiaj raczej kojarzymy ze słowem „socjaldemokracja”.

Miłośniczką Czernyszewskiego była także urodzona w Rosji Ayn Rand. „Atlas Zbuntowany” ma wiele elementów zaczerpniętych z „Co robić”.

Filozofia „obiektywizmu” przypomina filozofię „racjonalnego egoizmu”. Manipulujący z ukrycia John Galt przypomina Rachmetowa. Hank Rearden wynalazł nowy metal, jak ze snu Wiery Pawłownej.

A na wzór Wiery - także i Dagny żyje w polizwiązku. Ayn Rand dzieliła z Czernyszewskim niewiarę w małżeństwo.

Choć od 1929 miała męża, w połowie lat 50. nawiązała romans z Nathanielem Brandenem (również żonatym). Branden założył instytut krzewienia obiektywizmu, który nazwał skromnie Nathaniel Branden Institute. Zgromadzili grono wyznawców, zwane Kolektywem.

W połowie lat 60. Nathaniel Branden egoistycznie i obiektywistycznie zaczął romansować ze znacznie młodszą modelką, Patrecią Scott. To był koniec Kolektywu oraz Instytutu Nathaniela Brandena. Ayn Rand zdążyła jeszcze skłonić wyznawców do podpisania listu, potępiającego niewiernego kochanka za „zdradę ideałów obiektywizmu”.

Jakim cudem właściwie czyjkiolwiek romans z miałby być sprzeczny z filozofią nieskrępowanej wolności? Cóż, jeśli ktoś wytrwał w Kolektywie do 1968 to dlatego, że nie zadawał przywódczyni takich pytań.

Wśród sygnatariuszy był Alan Greenspan, twórca ekonomicznej polityki Reagana, obu Bushów, Clintona i pośrednio Obamy. Człowiek, który ponosi personalną odpowiedzialność za kryzys 2008 i za to, że wszelkie korzyści z postępu technicznego ostatnich trzech dekad odnoszą tylko najbogatsi.

Leninizm tym się różnił od marksizmu, że był socjalizmem, w którym 90% ma żyć w łagrowo-kołchozowej niewoli, a 10% cieszyć się względnym moskiewskim dobrobytem. Neoliberalny kapitalizm tym samym się różnił od kapitalizmu z czasów Eisenhowera.

Łączy je zaczerpnięta z Czernyszewskiego pogarda wobec owych 90%, które mają być zastraszone i zniewolone. Pasożyty, pijawki, grabieżcy, bumelanci, brakoroby - można by zrobić trudny quiz, czy coś jest cytatem z propagandy stalinowskiej czy obiektywistycznej

Dla polskiego czytelnika książka Weinera jest o tyle ciekawa, że tłumaczy łatwość przeorientowania na neoliberalizm PRL-owskich ekonomistów, tych wszystkich działaczy PZPR i pracowników Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu.

Po prostu wcale nie była to dla nich aż tak duża zmiana. Jak nienawidzili „trade-unionizmu” w poprzenim wcieleniu, tak nienawidzili go dalej, z trochę tylko innych pozycji.

I nawet ta quasi-religijna wiara w trickle-down economy, że bogactwo elit Kiedyś W Końcu Zacznie Skapywać, nie jest aż taka odległa od wiary, że kiedyś Wreszcie Zbudują Komunizm. Jedno i drugie to sny Wiery Pawłownej.

niedziela, 31 grudnia 2017
Smorgasbords have no bottom

Najlepszy polityczny ebook roku jest do ściągnięcia za darmo z serwera nowojorskiego sądu (linka wynorała twitteronautka Sarah Mei, w moim bąbelku rozpropagował go MRW).

Książka stanowi dowód w sprawie („Exhibit B”), którą słynny prawicowy troll Milo Yiannopoulos wytoczył swojemu niedoszłemu wydawcy, oficynie Simon & Schuster. Za tę niedoszłość właśnie.

Yiannopoulos twierdzi, że wydawnictwo odrzuciło tekst bez merytorycznych postaw. Wydawnictwo broni się, ujawniając materiał z poprawkami i komentarzami redaktora, Mitchella Iversa.

Te komentarze czyta się genialnie. Tytuł notki zaczerpnąłem z jednego z nich.

Milo porównał coś do szwedzkiego stołu („smorgasbord”), a potem dodał „na dnie którego kłębią się”. „Szwedzki stół nie ma dna. Nie wyszła ci ta metafora” - skomentował redaktor.

Nietrafiona metafora jest jak rozładowanie akumulatora w samochodzie. Może się zdarzyć każdemu. Niektóre uwagi Iversa są uniwersalne i każdy autor powinien je sobie wpisać do sztambucha.

Kiedy Milo nagle sam przyznaje, że pewna jego analogia nie do końca się sprawdza, redaktor pisze: „jeśli jakaś analogia nie działa, nie używaj jej”. Gdzie indziej pisze, że nie umie czegoś wyjaśnić. Redaktor na to: „na tym polega twoja praca, za to wziąłeś zaliczkę. THINK HARDER”.

Wyjątkowo zabawny jest fragment, w którym Yiannopoulos opowiada o tym, jak w szkole pilnie studiował Szekspira, dzięki czemu może teraz przytoczyć świetny cytat z „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”. Redaktor poprawia mu jednak źródło cytatu na „Henryka IV”.

Gdy Yiannopoulos próbuje udawać erudytę, deklaruje, że nadszedł „czas profesora Milo” (sic). Streszcza filozofię Nietzschego i Gramsciego, ale widać, że obu zna tylko na poziomie internetowych buzzwordów. Nie przytacza dosłownych cytatów, ogranicza się do swoich omówień. Tak można pisać blogonotki albo felietony, ale nie książki.

Książka z kontrowersyjną tezą wymaga dwóch rzeczy: autor powinien tę tezę klarownie sformułować i przekonująco uzasadnić. Yiannopoulos nie potrafi ani jednego, ani drugiego.

Redaktor sugeruje mu, że centralna teza powinna brzmieć tak: „nie jestem pospolitym trollem, chodzi mi o obronę wolności słowa, zagrożonej przez polityczną poprawność”. Radzi mu powołanie się na tradycje „komików takich jak Lenny Bruce”.

Faktycznie, kilkakrotnie w tekście Yiannopoulos twierdzi, że nie chodzi mu o prowokacje dla samych prowokacji ani złośliwość dla samej złośliwości. Tylko że jeszcze częściej temu zaprzecza.

„Milo lubi się kąpać w łzach swoich wrogów!” - woła. „Ta metafora już była”, komentuje redaktor.

„Niejasne, nieśmieszne, wytnij”, „nadużywanie zwrotów typu 'dwulicowe podstępne zdziry' osłabia twoją tezę”, „to nie jest miejsce na dowcipy o czarnych penisach”, „głupi sposób na zakończenie strasznego rozdziału” czy słynne już „DELETE UGH” - to już nie są rutynowe komentarze.

Yiannopoulos jest gejem o żydowskich korzeniach, dlatego dla prawicy pełni rolę listka figowego - „jacy z nas antysemici, skoro do nas dołączył”. Na podobnej zasadzie co jakiś czas u nas jakiś meszuge robi coming out na prawicy.

Trudno się wtedy oprzeć wrażeniu, że głównym motorem takiej „gejoprawicowości” jest problem z samoakceptacją. Yiannopoulos co krok ogłasza, że nie ma z nią problemu (i bombastycznie woła, że jest mądry, piękny i bardzo szczęśliwy).

Już ta obsesja, z jaką to podkreśla, jest trochę podejrzana. A jeszcze dziwniejsze jest to, że w innych miejscach temu przeczy: Yiannopoulos porównuje na przykład siebie do Kurta Cobaina, który stworzył wielkie rzeczy, bo nienawidził sam siebie.

Milo jest przykładem patologii, o której pisałem w poprzeniej notce. Świetnie się sprawdzał na Twitterze czy Youtubie - tam, gdzie wystarcza czysty hejt i zawsze się można schować za usprawiedliwieniem, że w 140 znakach nie da się przedstawić całej tezy z pełną argumentacją.

W książce tego usprawiedliwienia nie ma. W tym medium Yiannopoulos się więc kompromituje. Gdy ma szansę wyjaśnić, o co walczy, kogo przed kim broni - plącze się w przeczenie samemu sobie.

Feministkom ma do zarzucenia głównie to, że są lesbijkami („przestań używać tego jako obelgi” - pisze redaktor), że są brzydkie i grube („takie argumenty ośmieszają twoją tezę!”) i że nienawidzą mężczyzn. Co ilustruje kilkoma aktami feministycznego trollingu w internecie („czym to się różni od twojego trollingu?” - pyta redaktor).

Gejom proponuje powrót do szafy i rozmnażanie się dla dobra społeczeństwa, bo są geniuszami. „Nie ma dowodów, że geniusz się dziedziczy - co osiągnęli potomkowie Szekspira” - pisze redaktor. W rozdziale o gejach pojawia się inny słynny komentarz: „jeśli chcesz głosić takie tezy, potrzebujesz intelektualnego rygoru”.

To go oczywiście przerasta. Dlatego w końcu wydał książkę własnym sumptem - z mizernym rezultatem.

To dla nas jakaś pociecha, droga lewico: przeciw sobie mamy głupków takich, jak Milo Yiannopoulos. Owszem, bogatych jak on, ustosunkowanych jak on, popularnych jak on - ale jednak równie niezdolnych do koherentnej argumentacji jak on.

Z tą myślą życzę wam SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2018!

środa, 27 grudnia 2017
Musimy pogadać o Unii

Drodzy pisowcy, musimy pogadać o Unii. Metaforycznie, rzecz jasna - proszę tego nie traktować jako zaproszenia do komentowania.

Dwa lata temu zgadzaliście się z nami przynajmniej co do jednego, że miejsce w Unii jest polską racją stanu. Bagatelizowaliście zagrożenia, bo wierzyliście, że nie uruchomią artykułu 7.

Wierzyliście też wtedy, że zespół Macierewicza wyjaśni „zamach” smoleński, że komisja sejmowa znajdzie dowody na udział PO w aferze Amber Gold, że PiS będzie budować autostrady szybciej i taniej. Ale to dygresja.

Groźba unijnych sankcji jest coraz bardziej realna. Nawet stosunkowo łagodne sankcje wywołają recesję, po której Polski nie będzie już stać na 500+.

Nie wiem, na ile to wina Twittera i Youtube’a, ale debata w Polsce sprowadza się dziś do głupkowatej pyskówk. Tzw. „naszej” strony też to niestety dotyczy, więc proszę sobie odpuścić komentarze typu „a Hołdys z Giertychem”.

Znam wasze riposty, bo was podglądam w internecie. Ale jestem ciekaw, na ile tak naprawdę wierzycie, że pisowska reforma sądownictwa jest zgodna z rozwiązaniami przyjętymi na Zachodzie.

Jeśli ilustrujecie to jakimiś przykładami, to bezwstydnie zmanipulowanymi. Piszecie, że w Ameryce prezydent mianuje sędziów sądu najwyższego (i pomijacie, że nie może ich odwołać).

Piszecie, że gdzie indziej sędziów powołują ministrowie sprawiedliwości krajów związkowych - i pomijacie, że to jest kilkunastu facetów z różnych partii.

Unii i komisji weneckiej nie chodzi o techniczne detale, tylko o uniknięcie sytuacji, w której rząd może karać sędziów albo wywierać na nich naciski. W demokracjach zazwyczaj unika się tego tak, że partia rządząca koegzystuje z sędziami mianowanymi w większości przez kogoś innego.

Niezawisłość sędziowska sama z siebie nie jest gwarantem sprawnego działania. To jasne! Wasze twitterowe kontrargumenty to polemika z tezą, której nikt nie głosi („a ten wyrok był taki niesprawiedliwy”, etc).

Chodzi po prostu o to, że każde demokratyczne państwo musi mieć (a) jakąś formę sądownictwa konstytucyjnego, niezależnego od władzy wykonawczej i ustawodawczej, (b) sędziów nieodwoływalnych przez partię rządzącą. Nie wnikajmy, dlaczego tak jest i czy to dobrze; ale chyba dociera do was to, że warunki (a) i (b) po prostu są wymagane.

PiS najpierw złamał (a), potem (b). Nie będzie mieć w tej sprawie sojuszników w gronie państw demokratycznych (najwyżej w Rosji czy w Chinach).

„Orban zawetuje”? Nie wierzę, że sami w to wierzycie.

Nawet jeśli wam to powtórzą na pasku w TVP INFO, wyrecutują na jutubie wszyscy wasi idole - Max Kolonko, Grzegorz Braun, Jerzy Zięba Ukryte Terapie, a potem zretweetują Gmyz i Ziemkiewicz, chyba i tak będziecie w to wątpić. I słusznie.

Orban to sojusznik obrotowy. Popiera tego, kto mu da więcej. Wszystko jedno, w jakiej walucie - ruble, dolary, jeny, euro. Kaczyński nie jest mu w stanie zaproponować tyle peelenów, żeby przelicytować ofertę Brukseli.

Orban to mistrz gry w „ja ci ustąpię w tej sprawie, jak ty mnie poprzesz w tamtej”. Jest patologiczną, ale jednak logiczną konsekwencją recepty na jednoczenie Europy, sformułowanej przez jednego z ojców założycieli, Jeana Monneta: „drobne posunięcia, wokół których zjednoczą się grupy interesu”.

A skoro mowa o założycielach: często piszecie, że „przewracają się w grobach, bo chodziło im tylko o wspólnotę gospodarczą”. To nieprawda.

Spośród ojców założycieli, o federacji („Stanach Zjednoczonych Europy”) otwarcie mówili Robert Schuman, Paul-Henri Spaak, Jean Monnet, Altiero Spinelli i Winston Churchill. Pewnie jest tego więcej, ale o tych wiem to na pewno.

Może wy znacie jakieś deklaracje innych ojców założycieli, zarzekających się, że odrzucają federację. No to dawajcie przykłady (to jedyny rodzaj waszych komentarzy, jakie byłyby tu mile widziane).

Myślę, że nie dacie. Jak ktoś wierzy w „Ukryte Terapie”, w Turbosłowiańskie Imperium Lechickie, w szczepionki wywołujące autyzm i kontrolowane wyburzenie WTC, przeważnie wierzy też w PiS. Wy po prostu bezrefleksyjnie powielacie brednie z internetu.

Tak, wiem, w KOD też są tacy. Cóż, mam o nich podobną opinię. Bo tu nie chodzi o to, kogo bardziej lubię, tylko o to, że przez was Unia nam obetnie dofinans. A wy od dwóch lat dajecie się oszukiwać, że nie ma takiego ryzyka.

Może w imperium lechickim. Bo w realnym świecie niestety jest.

czwartek, 21 grudnia 2017
Wielkie Powieści Amerykańskie

Z okazji zbliżających się świąt zreanimuję zarzuconą jakiś czas temu formułę rankingu od czapy, rekomendując PT blogonautom trzy Wielkie Powieści Amerykańskie. Może szukacie pomysłu na książkowy prezent, a może zacnych cegieł na zimowy urlop - z tymi trzema pozycjami nie popełnicie błędu.

Niksy

A więc przede wszystkim: „Niksy” („The Nix”) Nathana Hilla. Prorocza wizja Ameryki, w której wybory wygrywa ktoś przypominający Trumpa (acz powieść napisano w 2014).

To panoramiczny portret amerykańskich pokoleń. Główny bohater jest spóźnionym Gen Xem, który wyrusza na klasyczny genxowy quest - rozliczenia się z zagadkami z własnej przeszłości i z rodzicami z pokolenia baby boomersów.

Na drugim planie pojawiają się millenialsi, rysowani jakby trochę grubszą kreską. I to jest mój pierwszy zarzut wobec tej powieści, acz ciekaw byłbym opinii samych PT millenialsów.

Gdybym sam był millenialsem, okropnie by mnie wkurzali ludzie z Gen X, tacy jak choćby Jors Truli. Millenialsi marzą (tak to sobie w każdym razie wyobrażam) o rzeczach, które nam przychodziły stosunkowo bez wysiłku - jak umowa o pracę czy zaliczka na napisanie debiutanckiej książki.

Dlatego my mamy więcej czasu na snucie freudowskich gdybań takich, jak główny bohater powieści - porzucony w dzieciństwie przez matkę z niewiadomych przyczyn. Ich wyjaśnienie wymaga cofnięcia się aż do drugiej wojny światowej (która, jak wiadomo, definiuje z kolei pokoleniowy konflikt między „great generation” a „baby boomersami”).

Choć to raczej smutna historia, czyta się lekko. Narracja pełna ironii i czarnego humoru pozwala zbudować dystans do problemów bohaterów (np. jeden z nich stosuje „dietę plejsto”).

Tylko w happy endzie dystans znika i zastępuje go słodycz. To mój drugi zarzut - pisarz zdradza nam tam jej przesłanie, a brzmi mianowicie tak, że czasem kluczem do szczęścia jest uświadomienie sobie, że jesteśmy tylko drugoplanową postacią w historii o kimś innym.

„Dude, you just went full Coelho. You never go full Coelho”, mruknąłem do siebie. Ale byłem to skłonny wybaczyć, bo świetnie się bawiłem przez poprzednie 600 stron.

Dlugi marsz


„Długi marsz w połowie meczu” to antyteza „Niksów”. Też mamy tu ironię i czarny humor, ale wreszcie mamy w centrum problemy millenialsów (takich, jakimi ich sobie wyobrażam) - czyli życie w świecie, który poprzednie pokolenia ogołociły z zasobów.

Gdy się zachwycałem tą powieścią w „GW”, porównywałem ją do „Paragrafu 22” - podobne jest poczucie humoru, podobny jest złośliwy portret Amerykańskiego Stylu Życia, podobny jest zabieg wykorzystania armii jako Uniwersalnej Metafory.

Tym razem chodzi o wojnę w Iraku, ale tak samo jak w tamtej powieści, definiującym momentem dla przemiany głównego bohatera jest śmierć towarzysza broni - Yossariana przemieniła śmierć Snowdena, Billy’ego odmieniła śmierć niejakiego sierżanta Grzyba.

Trumpa tu nie ma, ale jest portret tej Ameryki, która go wybrała. Nakreślony złośliwie, ale jednak z empatią.

Krotka historia

Krótką historię siedmiu zabójstw” dodaję tu trochę na siłę, ale w rankingach od czapy zawsze były trzy pozycje. Poza tym, przydomek „od czapy” zobowiązuje.

Choć znaczna część akcji dzieje się na Jamajce, to jednak sporo w Nowym Jorku i na Florydzie. W „Niksach” mamy zaś wyprawę do Norwegii - z niej pochodzi dziwaczny tytuł powieści, a „Długi marsz” jest w dużym stopniu o Iraku. Nie jest to więc aż tak bardzo od czapy, jak by się mogło wydawać.

Powieść może się spodobać miłośnikom serialu „Narcos” - oraz Boba Marleya, bo fabuła krąży wokół zamachu na życie muzyka, który naprawdę miał miejsce w 1978. Nigdy nie wyjaśniono, o co chodziło.

Powieść nawiązuje do teorii spiskowe, zgodnie z którą zamach był ubocznym skutkiem intrygi uruchomionej przez CIA. Mamy więc kilka malowniczych postaci rodem z The Land of the Free.

A wśród nich: moją ulubioną - amerykańskiego dziennikarza, który jest dość sprytny, żeby rozgryźć zagadkę zamachu. Ale nie dość sprytny, żeby dodać dwa do dwóch i zrozumieć, co wynika z tego, że jest jedynym żyjącym facetem, który zna ten sekret...

Życzę blogonautom i fejsofollowersom wszystkiego najlepszego z okazji zimowego święta solarnego!

niedziela, 10 grudnia 2017
Dekaczyzacja ruszyła

Niewiele wiadomości ucieszyło mnie tak bardzo, jak dekonstrukcja rządu. Żałosna nieudolność opozycji sprawia, że w tej chwili jedynym politykiem, mogącym obalić rządy Jarosława Kaczyńskiego jest Jarosław Kaczyński.

Wygląda na to, że właśnie zaczął. Dawno nie czułem takiego Chichrenfreude podczas czytania prawicowej blogosfery. Są zrozpaczeni, zdezorientowani, sfrustrowani.

Mają teraz pod jednym względem gorzej niż my. Nie rozumieją, za jakie grzechy to na nich spadło.

My przynajmniej tyle wiemy - cierpimy, bo przegraliśmy wybory. W dużym stopniu na własną prośbę.

Od dwóch lat przeżywamy tę porażkę i przynajmniej częściowo ją przepracowaliśmy. Niektorzy nawet zaczęli wyciągać z niej jakieś wnioski.

Ale oni od dwóch lat celebrują triumf. Przerzucają się dobrymi wynikami gospodarczymi, sukcesem 500+, fenomenalnymi sondażami.

I teraz nagle upokorzono premier, którą kojarzyli z tymi osiągnięciami. Dlaczego? Za co? Po co?

Moja odpowiedź jest taka, że Kaczyński nie rozumie ludzkich uczuć. Umie nimi manipulować - nie odmawiam mu tego, to niewątpliwie pieruńsko sktuteczny polityk. Ale sam po prostu nie ma tej śrubki w mózgu, żeby odczuwać cokolwiek poza nienawiścią, zemstą i pogardą.

Co za tym idzie, Kaczyński nie rozumie uczuć swoich wyborców. Dla niego Duda i Szydło byli jednorazowym trickiem socjotechnicznym.

Kaczyński rozumiał, że nawet jego własny elektorat za nim nie przepada. To normalne w polskiej polityce, głosowałem na Komorowskiego przecież nie z sympatii.

W odróżnieniu od Komorowskiego, Kaczyński wyciągnął z tego wnioski. Zastosował klasyczny chwyt judo, „ustąpić aby zwyciężyć”, żeby pan hrabia z całym impetem wykopyrtnął się o własną dwururkę.

Tym chwytem było odejście w cień, żeby w kampanii wysunąć dwójkę figurantów, debiutujących w pierwszej lidze. Gdyby przegrali - cała wina spadnie na nich, tak jak na tego pociesznego Kandydata Technicznego Na Różne Stanowiska. A gdyby wygrali, to się będzie nimi sterować z tylnego siedzenia.

I prawie wszystko poszło zgodnie z planem, ale jedno go zaskoczyło. Jego wyborcy autentycznie polubili tych figurantów. W rankingach popularności i zaufania Szydło i Duda wypadają lepiej od weteranów polityki.

Mogę to zrozumieć. Polska polityka to z jakiegoś powodu domena ludzi aroganckich i antypatycznych (nie wiem, jak to działa - czy zaczynają normalni, a potem się schetynizują, czy raczej od początku panuje selekcja promująca brudzinoidy).

O ile sam bym nigdy na Dudę czy Szydło nie zagłosował, to mniej więcej rozumiem, co w nich widzą ich zwolennicy. Widzą swojskość i przysiadalność.

Duda jest jak ten kumpel ze studiów, który nie był największym bystrzakiem na roku, ale go lubiłeś. Zawsze potrafił rozluźnić atmosferę, zawsze miał gdzieś skitrane pół litra.

Więc teraz się nawet ucieszysz, jak go spotkasz na ulicy. „Cześć Andrzej, co u ciebie?” „A no słuchaj, taka patatajnia, że prezydentem mnie zrobili. Uwierzyłbyś? MNIE? Wpadnij kiedyś, pojeździmy sobie limuzyną na kogucie. To lepsza inba niż wtedy, co sp...laliśmy przez balkon, pamiętasz”?

A Szydło jest jak ta ciocia Becia, co to nawet lubisz do niej jeździć w gości, bo karkówkę robi taką, że palce lizać. I dla wegetarian coś naszykuje: a to kurczaczka, a to cielęcinkę.

Są po prostu sympatyczni na pierwszy rzut oka. Niby nic - a o kim z opozycji można to powiedzieć? Dlatego rosną im słupki poparcia i zaufania.

Kaczyński, jak wiadomo, nie toleruje w swoim otoczeniu rywali. Nawet czysto potencjalnych (a może: zwłaszcza takich).

Dudzie aż do wyborów nic nie może zrobić, więc na razie wyżył swoją złość na Szydło. Gdyby chodziło tylko o rekonstrukcję rządu, zrobiliby to szybko i bez dyskusji. Ale Kaczyński chciał ją dodatkowo przeczołgać.

I co dalej? Na razie nic. Zwolennicy PiS nie przerzucą przecież swoich preferencji na opozycję. Ale Morawieckiego już nie polubią, oj nie polubią.

Drodzy pisowcy, czy wy wiecie, jakie to uczucie, chodzić na opozycyjne demonstracje i słuchać przemówień tzw. liderów opozycji? I się zastanawiać, „co mnie właściwie łączy z tymi ludźmi”?

Jeszcze nie wiecie, ale zaraz się dowiecie, na najbliższym spontanicznym wiecu poparcia dla Grupy Santander. To jest, przepraszam, ekipy Morawieckiego. Chłe chłe chłe!

poniedziałek, 04 grudnia 2017
Komunizm i (socjal)demokracja

Portal strajk.eu podjął dziwną próbę rehabilitacji słowa „komunizm”. To ma tyle samo sensu, co rehabilitacja starohinduskiego symbolu szczęścia - dwudziestowieczne totalitaryzmy na zawsze zmieniły znaczenia pewnych słów i symboli, proponuję się z tym pogodzić.

Słowa zmieniają znaczenie. Słowo „kobieta” kiedyś oznaczało „osobę zajmującą się chlewem” („kob”). Bielizna kiedyś z definicji nie mogła być czarna: i tak dalej.

Wiara w „prawdziwe”, platoniczne znaczenia pojęć takich, jak „komunizm”, „socjaldemokracja”, „liberalizm” czy „chadecja”, jest naiwna. W różnych krajach i epokach znaczyły co innego.

Polscy bieda-liberałowie często twierdzą, że w Ameryce nie ma „prawdziwego” liberalizmu, bo ten prawdziwy, to tylko Balcerowicz i Korwin-Mikke. To zabawne, gdy ktoś, kto z Adama Smitha zna tylko fejkowy cytat o „niewidzialnej ręce rynku”, poucza Amerykanów, z ich ponaddwustuletnią tradycją liberalizmu. To jakby uczyć Włochów robić pizzę.

W Europie oddzielenie lewicy od liberalizmu to skutek Wiosny Ludów. Do 1848 podział był prosty, na siły postępu i rewolucji oraz reakcji i kontrrewolucji.

Te pierwsze były zbiorowiskiem obejmującym i polskich powstańców listopadowych (oraz Adama Mickiewicza, uważającego siebie wówczas za socjalistę), i proto-anarchistów, i proto-nacjonalistów i w ogóle proto-wszystkich.

Te drugie były lepiej zdefiniowane. To zwolennicy europejskiego ładu ustalonego na Kongresie Wiedeńskim. Stąd „papież, car i Metternich” w „Manifeście komunistycznym” Marksa i Engelsa.

Pisali go dla efemerycznej partii, która miała ten komunizm w nazwie (do 1847 nazywała się „Ligą sprawiedliwych”). Równie dobrze można go było wtedy zatytułować „manifestem republikańskim”. Widmo krążące wówczas po Europie było po prostu widmem irredenty przeciwko absolutyzmowi.

Irredenta nadeszła po kilku miesiącach. Mieszkańcy Europy Zachodniej boleśnie się przekonali, że niepodległość i republika nie rozwiązują wszystkich problemów społecznych. Wiosna Ludów rozbiła obóz postępu na lewicę i republikanizm.

Gdzie jej nie było, tam nie było tego podziału. Dlatego np. w USA Horace Greeley mógł być założycielem partii republikańskiej (tak, tej właśnie!), kandydować z poparciem partii demokratycznej i zostać klasykiem amerykańskiego socjalizmu i liberalizmu jednocześnie.

Podobnie było w zaborze rosyjskim. Czerwoni w powstaniu styczniowym byli amalgamatem proto-socjalistów i proto-republikanów. Bolesław Limanowski, współzałożyciel PPS, symbolizuje ciągłość polskiej tradycji niepodległościowej i socjalistycznej.

Światowa lewica po klęsce 1848 była rozbita i skłócona. W Niemczech zwolennicy Marksa zaczęli nazywać siebie socjaldemokratami, głownie dlatego, że słowo „socjaliści” kojarzyło się bardziej ze zwolennikami Lassalle’a.

Słowa „komuniści” unikali z kolei dlatego, że kojarzyło się ze zwolennikami Bakunina. Właściwych proto-komunistów nazywano wtedy babuwistami lub blankistami.

Niemiecka nomenklatura była główną przyczyną, dla której zwolennicy Marksa w zaborze rosyjskim nazywali siebie „Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy”, a w Rosji właściwej - Socjaldemokratyczną Partią Rosji.

Kiedy Lenin dokonał rozłamu w rosyjskiej partii socjaldemokratycznej, jego doktryna była miksturą marksizmu i blankizmu. Wytknęła mu to choćby Róża Luksemburg.

Bolszewicy byli mistrzami propagandy, o czym świadczy choćby to, że będąc mniejszością w partii socjaldemokratycznej - wylansowali nazwę sugerującą, że są większością (!). Mieli po prostu lepsze pióra od ortodoksyjnie marksistowskiej konkurencji (można ich nazwać „frakcją felietonistów”).

W 1917 sięgnęli po nazwę „komuniści”, żeby się odróżniać od socjaldemokratów (mienszewików), socjalistów (eserów) i anarchistów. Ta nazwa sugerowała, że leniniści nawiązują do „prawdziwego” marksizmu (tego z „manifestu”), choć więcej ich łączyło z Louisem Blanqui, który głosił że rewolucji może dokonać tylko grupa spiskowców-terrorystów (Marks postulował zakładanie masowych, demokratycznych organizacji).

Terror w leninizmie nie był „błędem i wypaczeniem”. Był istotą doktryny. Leninizm bez terroru to jak pizza bez sera.

Jeśli więc ktoś dzisiaj przyznaje się do komunizmu w sensie leninowskim, to osobiście chciałbym mieć z nim możliwie jak najmniej do czynienia. A jeśli nawiązuje do jakiegoś znaczenia z XIX czy wręcz XVIII stulecia, no to superzasto, ale może od razu niech „przywróci” też pojęcia takie, jak flogiston, eter czy cieplik.

Niech mu przyświeca starohinduski symbol szczęścia.

niedziela, 03 grudnia 2017
Technokraci i populiści

Gdy myślę o dzisiejszej polityce, dostaję trzęsiączki wzdłużnej, więc zamiast tego pociągnę wątek zasygnalizowany jakiś czas temu w komentarzach. O dwojgu polityków, którzy przeszli do historii ze względu na swój spór - a ja mam taki problem, że kibicuję obojgu.

To Robert Moses i Jane Jacobs, potężny technokrata i miejska aktywistka. W latach 60. stoczyli walkę o serce Nowego Jorku.

Jacobs postawiła na swoim: Robert Moses nie dokończył wielkiego planu oplecenia Nowego Jorku przelotówkami. Nie powstała autostrada przecinająca Dolny Manhattan.

Na mapie aż się prosi o pociągnięcie kreski między tunelem Hollanda a Mostem Williamsburskim. Brak tej kreski powoduje permamentny stojący korek w tym rejonie.

Z kolei pociągnięcie tej kreski zniszczyłoby klimat ikonicznych dzielnic Manhatanu jak SoHo, Village, Chelsea, Little Italy, Chinatown czy Bowery. Zniknęłoby miasto, które kojarzymy z wczesnych komedii Woody Allena, filmów Scorsese czy piosenek Cohena i Simona & Garfunkela.

Nie byłoby klubu CBGB, „The Factory” Warhola, Stonewall i YMCA z piosenki Village People. Częściowo zresztą o to chodziło, bo były to wtedy zaniedbane rudery, które miano wyburzać zgodnie z powojenną doktryną „urban renewal”.

W tej doktrynie za ideał krajobrazu miejskiego uważano przestronne place, parki, centra handlowe, arterie i wieżowce. Dziewiętnastowieczne przeżytki, w rodzaju kamienic ze sklepikami na parterze, piwnicznych klubów czy dworców kolejowych, raczej wyburzano niż modernizowano.

Jak wiadomo, ponieważ Stalin z jakiegoś powodu uważał Amerykę za wzorzec przyszłości, miasta Europy wschodniej po wojnie odbudowywano więc w duchu lokalnego wariantu „urban renewal”. A ponieważ dopiero teraz mamy środki na realizację planów sprzed 50 lat, to często - świadomie lub nie - odtwarzamy dziś w naszych miastach wizje z lat 30.

I teraz: nie jestem tak do końca przeciw. Nie idealizuję kamienic z podwórzem-studnią. Jestem dość stary, żeby pamiętać, jakie to było parszywe, zanim nie nabrało gentryfikacyjnego uroku.

Robert Moses mnie fascynuje, bo był politykiem, który potrafił załatwiać sprawę od początku do końca. Przez 30-40 lat swojej wszechwładzy zmienił Nowy Jork nie do poznania.

Mieszkaniec aglomeracji codziennie styka się z jakąś inwestycją infrastrukturalną Mosesa. Przekracza rzekę „jego” mostem, podróżuje „jego” autostradą, ogląda mecz na „jego” stadionie.

Zrobiłem sobie kiedyś samochodową wycieczkę po jednej z „jego” inwestycji - Jones Beach. W latach 20. miasto osuszyło oceaniczne bagnisko (co z dzisiejszego punktu widzenia było zbrodnią ekologiczną), tworząc długą, sztuczną piaszczystą plażę.

To prezent od miasta dla obywateli. Każdy może skorzystać, prawie za darmo - dojeżdżając na plażę specjalnie wybudowanymi w tym celu proto-autostradami (tzw. parkways).

Musi to zrobić samochodem. Moses nienawidził zbiorkomu, celowo zaprojektował wszystko tak, żeby autobusy się nie mieściły.

Oczywiście, w samej formule „prezent miasta dla mieszkańców” zawarte jest zło technokratyzmu. „Miasto” jawi się w niej jako własność elit, które mieszkańców nie zamierzają pytać o zdanie (przypuszczam, że mieszkańcom Nowego Jorku bardziej by się przydała np. rozbudowa Long Island Rail Road).

Jane Jacobs zmobilizowała do walki z Mosesem swoich sąsiadów. Nigdy nie stała na czele jakiejś siły politycznej - zaraz po wygranej walce wyemigrowała do Kanady.

Moses symbolizował politykę typu „elity obywatelom”. Jacobs - „sąsiedzi sąsiadom”. Czuję miętę do obu modeli.

Model „oddolny” podoba mi się z powodów ogólnoideowych, ale sąsiedzi sąsiadom mogą najwyżej pomóc uporządkować skwerek. Wielkie cywilizacyjne projekty XX wieku: program Apollo, autostrady, powszechna opieka zdrowotna, Unia Europejska itd., po prostu nie mogłyby powstać oddolnie i organicznie.

Fascynują mnie więc politycy tacy, jak Eisenhower, Kennedy, Erlander, Kekkonnen, Adenauer czy De Gaulle, którzy potrafili takie wizje wprowadzić w życie. Z drugiej strony, fascynują mnie też przypadki „buntu gospodyń domowych”.

Największą słabością dzisiejszej demokracji (nie tylko w Polsce) jest to, że łączą wady OBU modeli. Nie mamy dziś polityków z wizją. Kto z tych szarych biurokratów w Brukseli i Strasburgu mógłby się porównywać do Adenauera czy De Gaulle’a?

Współczesny populizm też nie jest oddolny i organiczny. Kaczyński, Kukiz, Trump, Farage czy Orban nie działają na zasadzie „mobilizowania sąsiadów”. Mieszkają w odizolowanych rezydencjach, nie mieszają się z plebsem.

Niechaj więc wróci jakikolwiek model dwudziestowiecznej demokracji. Albo Moses, albo Jacobs. A najlepiej - oboje...

środa, 22 listopada 2017
Zabić wszystkie normiki

Panie, panowie i osoby niebinarne - niniejszym ogłaszam kolejną lekturę obowiązkową w ekskursyjnym klubie książki. To „Kill All Normies” Angeli Nagle.

To analiza Gamergate, narodzin alt-right, wzlotu i upadku ruchu Anonimowych. Nagle wyjaśnia, jak to się stało, że żaba Pepe i goryl Harambe stały się maskotkami neonazistów. I tego, jak amerykańska prawica logicznie łączy rygoryzm obyczajowy z poparciem dla polityków molestujących nieletnie..

Angela Nagle śledziła za nas najparszywsze pokłady internetu: fora na reddicie, 4chan i 8chan. To, co się tam dzieje, docierało do mnie zawsze za pośrednictwem znajomych takich, jak pewien szczeciński prozaik czy pewien śląski tłumacz, bo mam alergię na niemoderowany internet (wiadomo!).

Wystarczały pojedyncze zabawne obrazki, które stamtąd wyciągali nasi znajomi. Lolkotki i demotki, to wszystko przyszło stamtąd.

Dawno nic nie wyciągali, bo i ich to zaczęło brzydzić. Punktem granicznym było gamergate, afera tak absurdalna, że streszczanie jej normalnym ludziom do dziś budzi wielkie oczy.

Kto ma ochotę - proszę, o to Michał R. Wiśniewski raportuje prosto z frontu, bo jeszcze w 2014. W streszczeniu streszczenia, forumowi gracze oburzeni tym, że feministki ośmielają się zauważać seksistowskie stereotypy w grach wideo, ruszyli z pochodniami w antykobiecej krucjacie.

Nie - antyfeministycznej. Antykobiecej właśnie. Niemoderowany internet jest pełen forów dla mężczyzn, którzy fantazjują o mszczeniu się na kobietach za to, że ich nie chciały.

Te fantazje prowadzą do prawdziwych aktów przemocy, takich z prawdziwymi trupami. W 2014 22-letni Elliot Rodger, nakręcony przez podobnych sobie frustratów, ogłosił wojnę przeciw kobietom („War on Women”) i ruszył zabijać przypadkowe ofiary w żeńskim akademiku w Santa Barbara.

Nie udało mu się do niego dostać, więc skończył atakując głównie mężczyzn. Zabił sześć osób, ranił kilkanaście, po czym popełnił samobójstwo uciekając przed policją. Zostawił po sobie manifest antykobiecy, opublikowany - a gdzież by indziej? - na YouTube.

Rodger to skrajny przykład zinstytucjonalizowanego mizogynizmu, który w internecie funkcjonuje pod zbiorczym hasłem MGTOW: „mężczyźni idący własną drogą”. Zwolennicy MGOTW wyznają albo całkowite wyzbycie się kobiet, albo traktowanie ich instrumentalnie, np. w postaci quasi-religijnej wiary w przepisy typu „jak poderwać dowolną”.

Nagle opisuje tych mężczyzn jako ofiary rewolucji obyczajowej lat 60. Chcieliby uprawiać seks z takimi kobietami wyzwolonymi, jakie znają z pornografii: zawsze gotowymi, zawsze umalowanymi, wiecznie młodymi.

Ale z drugiej strony, nie chcą, żeby te same kobiety były „wyzwolone” w sensie feministycznym. Chcą, żeby były potulnymi kurami domowymi, jak sprzed rewolucji lat 60.

To rozdarcie prowadzi ich w skrajnej sytuacji do antykobiecej przemocy (jak Elliota Rodgera), a w bardziej umiarkowanej do uwielbienia postaci takich jak Trump. Który jednocześnie obiecuje cofnięcie zegara obyczajowego (i przywrócenie kobiecej podległości), ale z drugiej przechwala się, jak to dzięki swojej pozycji może bezkarnie złapać dowolną kobietę za krocze.

Podobne rozdarcie Nagle widzi po lewej stronie sporu, której bastionem stał się z kolei serwis Tumblr. Słuszne skądinąd hasło ochrony mniejszości przed dyskryminacją wyeskalowało tam do tworzenia sztucznych mniejszości (np. orientacji seksualnych w rodzaju „expecgender” - „gender zmieniający się w zależności od otoczenia”) i hejtowania większości tylko za to, że nią jest.

Obiektem zgodnej nienawiści redditowej prawicy i tumblerowej lewicy są według Nagle tytułowe „normiki” - czyli ludzie, którzy prowadzą właśnie takie mniej więcej życie, jak sprzed obyczajowej rewolucji. Rodzina, praca, dom na kredyt, dzieci, dwa psy i kot.

Rzecz jasna, w dzisiejszych czasach takie życie jest coraz bardziej niedostępne. „Normiki” budzą zawiść, a więc i nienawiść, internetowej prawicy i lewicy.

Słabość książki Nagle widzę w budowaniu na siłę symetrii. Przemoc związana z MGOTW przynosi konkretne ofiary, nawet śmiertelne.

Gdy zaś Nagle opisuje aberracje internetowej lewicy, pokazuje najwyżej na upierdliwy trolling. Nie ma (na szczęście) lewicowych odpowiedników Elliota Rodgera.

Z tym zastrzeżeniem jednak książkę polecam. Bez zrozumienia tych internetowych fenomenów nie zrozumiemy dzisiejszej polityki. A lepiej je rozumieć czytając książkę, niż samemu siedząc w tych miejscach (brrrr).

poniedziałek, 30 października 2017
Jaki dresiarz

W języku, jakim mówimy o polskich podziałach społecznych („beneficjenci transformacji” kontra „ci którym nie wyszło”, „klasa ludowa” kontra „fajnopolacy”), ciągle nieobecna jest klasa średnia. Widać to choćby w mikroflejmie „prosty blokers Patryk Jaki kontra elity z portalu gazeta.pl”.

Jak wiecie, pisanie o klasie średniej to dla mnie coś w rodzaju hobby. Uważam, że wielkie polityczne fakapy ostatnich czasów, jak wzlot i upadek pierwszego PiS (2005-2007) oraz samozaoranie PO (2015), biorą się generalnie z tego, że polityczne elity tej klasy nie rozumieją.

Nie rozumieją przede wszystkim jej podziału na segmenty. Czyli, przypominam, niższą średnią (LMC), średnią średnią (MMC) i wyższą średnią (UMC).

Niższa średnia to bohaterowie książki Fejfera. Udało im się zaistnieć w świecie nowoczesnych biurowców, centrów handlowych, inkubatorów technologicznych i wybudowanych za unijny hajs nowych campusów uczelnianych, ale mają po dwa sto na rękę i brak perspektyw na stabilizację.

MMC to kolesie tacy jak ja. Zdanżamy, ale nie wylądujemy na okładce magazynu „Sukces”. Jak dziennikarz - to drugorzędny, jak aktor - to halabardzista, jak prawnik - to raczej taki na etacie (albo na samozatrudnieniu).

UMC to celebryci, gwiazdy, wyższa kadra zarządzająca. Jak dziennikarz - to celebryta, jak aktor - to pierwszoplanowy, jak prawnik - to współwłaściciel prestiżowej kancelarii.

I gdzieś tam nad tym wszystkim szybuje prawdziwa klasa wyższa. Ludzie tak bogaci, że mogliby do końca życia nie pracować.

Nie da się tego wszystkiego opisać majątkowo czy zarobkowo, bo tu jest wiele paradoksów. Na placu budowy wykwalifikowany cieśla może zarabiać więcej od młodego inżyniera - ale za 10 lat ten inżynier awansuje, a ten cieśla będzie po prostu starszy o 10 lat.

Przechodząc do konkretów: uważam, że samozaoranie Komorowskiego i Platformy było spowodowane postrzeganiem całej klasy średniej tak, jakby była „elitą”. Orłem z czekolady mieliśmy świętować radość z naszego sukcesu.

Tymczasem LMC nie ma czego świętować, bo dwa sto na rękę to żaden sukces. MMC ma oczywiście lepiej, ale żeby nadal zdanżać, musimy kombinować jak koń pod górkę (np. dywersyfikując przychody, jak Jors Truli).

Dlatego LMC/MMC drażniły pomysły „świętowania sukcesu”. I dlatego nie chcemy bronić HGW - bo bezhołowie na warszawskim rynku nieruchomości od dawna było bonanzą dla kilku osób z UMC i klasy wyższej, ale dla nas to był poważny problem.

Ale takim samym nieporozumieniem jest „blokers Jaki prześladowany przez elity”. Człowiek, który układa tytuły w portalu gazeta.pl, ma prawdopodobnie sytuację społeczno-zawodową zbliżoną do bohaterki Fejfera (skądinąd również współpracowniczki tego portalu). To LMC, nie żadna elita.

Warszawskie blokowiska są popularne wśród klasy średniej, bo metro, bo szkoła, bo blisko. Kredyty w frankach często brano właśnie na M-4 na Ursynowie.

Konflikt „lud kontra elity” pomija klasę średnią, a to jej głosami wygrywa się w Warszawie. Budując obraz Patryka Jakiego jako dresiarza, PiS nie ułatwia mu zadania, bo dresiarzy nikt nie lubi, nawet (a właściwie - zwłaszcza) ich sąsiedzi z blokowiska.

Kaczyński nie rozumie klasy średniej tak samo jak Hanna Gronkiewicz-Waltz. Oboje żyją w elitarnym bąbelku posiadaczy wielkich nieruchomości, ta na Noakowskiego, ten na Srebrnej.
Przeciętny spłacacz kredytu, przeciętny kierowca stojący w korku, przeciętny korpoludek biegnący z kubkiem kawy na brifing w sprawie kejpiajów, spoglądają na nich z taką samą nieufnością. Co oni wiedzą o naszych problemach?

Dresiarz, który wskoczył do wielkiej polityki - to też nie brzmi dobrze w tym mieście. Rząd dusz lemingów pozostaje więc nadal do wzięcia.

To dobra wiadomość i dla kandydata Platformy, bo wystarczy mu teraz tego nie spieprzyć (w przypadku PO to dalekie od oczywistości!) i dla kandydata lewicy. Nie twierdzę oczywiście, że takowy wygra, ale może namieszać w pierwszej turze.

W moim bąbelku wiele osób z MMC przestawia się ostatnio na Razem i to są ludzie, ktorych bym w życiu o to nie podejrzewał. Kiedyś głosowali na centroprawicę, kiedyś sam się z nimi kłóciłem o te wszytkie „niewidzialne ręce rynku”.

Wobec klerykalizmu i proelitaryzmu Platformy, to Razem jest teraz dla nich mniejszym złem. Tak jak kiedyś dla mnie Platforma...

sobota, 14 października 2017
Opozycjo, terrain ahead!

Jest takie amerykańskie powiedzonko, „gdy tkwisz po szyję w błocie - przestań kopać”. Radziłbym je przemyśleć opozycyjnym mediom i politykom, w kontekście kolejnego katastrofalnego dla nich sondażu.

PiS swoją potęgę zbudował na kilku przekazach prostych jak tekst Zenka Martyniuka. Że opozycja nie umie znaleźć swojego kontrprzekazu, to jedno - ale że jeszcze PiSowi pomaga, śpiewając mu w jego chórku, to drugie.

Refren tej piosenki brzmi: „PiS reprezentuje szarego obywatela, a opozycja to głos elit oderwanych od koryta”. Opozycja nie tylko od dwóch lat nie umie się temu przeciwstawić, ale jeszcze akompaniuje PiSowi, „oh yeah, kwik kwik, oderwali nas od koryta”.

Przecież to jest takie proste, takie oczywiste. Czy jeśli opozycyjna gazeta zrobi kolejny wywiad ze Znanym Aktorem, Popularnym Prezenterem czy Profesorem Z Wyfiokowną Fryzurką I Raybanami, to konkurs bez nagród, PiSowi od tego słupki (a) wzrosną, (b) spadną?

Takie wywiady mamy co tydzień. Pewien tygodnik wpadł już w rutynę, regularnie ma okładkę typu „celebryta z bojową miną”, z nagłówkiem „PIPSZTYCKI OSTRO O DOBREJ ZMIANIE”.

A słupki? Jak rosną, tak rosły.

Społeczeństwo nie lubi elit. Dlaczego tak jest, to temat na osobną rozmowę, na razie zastanówmy się, co z tego w praktyce wynika.

Otóż wynika z tego rozpaczliwa nieskuteczność, a nawet antyskuteczność, argumentacji typu „autorytety są po naszej stronie”. Gdy po naszej stronie Giertych, Kuźniar i Hołdys, to kto przeciw nam?

Otóż, wszyscy. A przynajmniej - większość.

Nie zapominajmy, że sekretem sukcesu serwisów takich jak pudelek.pl jest zrozumienie tego, że fenomen celebrytozy to nie jest „znani i lubiani”: to „znani i znienawidzeni”. Nic się tak nie klika, jak informacja o nieszczęściu, które spotkało celebrytę (vide „wypadek Najsztuba”).

Drogie opozycyjne media, błagam was. Jak znowu ktoś na kolegium zaproponuje, żeby zrobić polityczny wywiad ze znanym człowikiem, zakrzyczcie go, to obiektywny agent Kaczora (choć może mu się wydawać, że jest przeciw PiS).

Kiedyś, kiedy oni dopiero rozkręcali swoje tygodnika, sam się z nich chichrałem, że tam nie ma nic do czytania, wszystko tylko o winach Tuska. Kraj: „źle się dzieje, wina Tuska”. Świat: „pozycja Polski słabnie, wina Tuska”. Kultura: „w teatrach nic ciekawego, wina Tuska”.

Czytelnik, który tak po prostu chciał sobie poczytać coś apolitycznego, i tak lądował u nas, w mediach liberalnych. Kilka lat i parę zwolnień zbiorowych później, zrobiło się odwrotnie.

Media opozycyjne dziś wyglądają tak, że jak kultura, to rozmowa z aktorem o Kaczyńskim. Jak świat, to rozmowa z byłym ambasadorem o Kaczyńskim. Gospodarka: wywiad z biznesmenem o Kaczyńskim. Do czytania/oglądania/słuchania -coraz mniej.

To uwaga także do polityków. Bardzo dokładnie wiem, co Petru i Schetyna myślą o Kaczyńskim. Co tak poza tym mają do zaproponowania, to już w najwyższym stopniu niejasne.

I to już będzie mój ostatni punkt. Przekaz PiS był prosty, ale konkretny.

„500 złotych na każde dziecko” - to konkret. To przemawia do wyobraźni. „Kupimy z tego to i tamto”, myśli wyborca - i głosuje.

I nawet jeśli potem się okazało, że jednak nie na każde, to i tak PiS ma dostatecznie dużo zadowolonych wyborców, żeby gafy i potknięcia uchodziły mu na sucho. Opozycja musi znaleźć swój odpowiednik „500+”, czyli obietnicę, która będzie konkretna, namacalna, niczym niegdysiejsze prognozy kursu franka szwajcarskiego w wykonaniu wybitnego bankowego ekonomisty, Ryszarda Petru („nie przekroczy 4 zł!”).

Ministra Mucha wystartowała w nieustającym castingu na lidera opozycji z manifestem, który jest tyleż uroczy, co znów - niekonkretny. Po wyborach nawet nie udałoby się jednoznacznie rozstrzygnąć, czy Platforma spełniła te obietnice czy nie (zakładając, że manifest stanie się jej oficjalnym programem).

Droga opozycjo, to już ostatnia porada: deklaracja „z nami będzie lepiej” to za mało. Musicie znaleźć swój odpowiednik 500+.

Każdy wie, czy dostał 500 złotych, czy nie. I każdy wie, na co by to wydał (z wyjątkiem oczywiście elit - pisowskich i niepisowskich; ale to nie elity wygrywają wybory).

Opozycjo: musisz sobie znaleźć coś w ten deseń. Inaczej te sondaże utrzymają się do wyborów.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88