Ekskursje w dyskursie
sobota, 12 listopada 2016
Sprzysiężenie Katyliny

Zrobiłem niedawno wywiad z Janem i Pawłem Śpiewakami, na których chciałem zwrócić uwagę PT Komcionautów, bo przemawia do mnie diagnoza Jana Śpiewaka, że praźródłem problemów polskiej demokracji jest sojusz klasy średniej z klasą wyższą przeciwko reszcie społeczeństwa. Pewnie nie tylko polskiej zresztą, ale o tym akurat była ta rozmowa.

Jak już pisałem w różnych miejscach, od dziecka fascynowało mnie pytanie „dlaczego czasem społeczeństwa odrzucają wolność”. Spędziłem kawał życia w PRL, stosunkowo wcześnie miałem szansę zobaczyć jak jest na Zachodzie, dość szybko więc mogłem naocznie się przekonać, na czym polega różnica.

Na Zachodzie komunikacja publiczna jeździła zgodnie z rozkładem, policjant odzywał się do obywatela grzecznie, przestrzeń publiczna była estetycznie zaplanowana. W PRL natomiast przestrzeń publiczna była kakofonią syfu i brudu, komunikacja publiczna była symulakrum a każdy, kto miał jakikolwiek okruszek władzy, wykorzystywał tę władzę do gnojenia bliźnich. Bo mógł.

Nie rozumiałem wtedy, jak ktoś mógłby dobrowolnie chcieć zamienić ustrój „bardziej wolnościowy” na „mniej wolnościowy”. Fromm z jego „Ucieczką od wolności” mnie nie przekonywał (i dalej nie przekonuje), lubiłem więc czytać książki historyczne opisujące fiasko różnych projektów republikańskich, liberalnych czy demokratycznych na przestrzeni dziejów, od Aten po Weimar.

Zaryzykowałbym taką syntetyczną tezę, że początkiem ich fiaska było sprzymierzenie się ówczesnego odpowiednika klasy średniej przeciwko plebsowi z jakimś Krassusem czy Thiersem. Lud w takiej sytuacji szukał sojuszu z dyktatorem wywodzącym się z klasy wyższej. Tak upadła republika rzymska - nie obalił jej Cezar, tylko Klodiusz i Katylina.

Obietnice były zazwyczaj nieszczere, ale po pierwsze, po zamachu stanu było już za późno na rozliczanie z ich niespełnienia, a po drugie, wsadzani właśnie do więzień oraz zabijani liberałowie sami już wtedy zazwyczaj sporo mieli na sumieniu. Bez względu na to, jak zbrodniczy charakter  w Polsce miała sanacja - II Rzeczpospolita rzeczywiście tonęła w korupcji.

Udane projekty wolnościowe na przestrzeni dziejów zawsze odwoływały się do egalitarnego sprzymierzenia odpowiednika klasy średniej z odpowiednikiem proletariatu. W Rzymie definiowanego, przypomnijmy, jako „wolni obywatele pozbawieni majątku”.

W historii Polski takie dwa wielkie udane projekty wolnościowe to pierwsza „Solidarność”, która z kolei (jak to świetnie pokazuje Mencwel) w swoim sojuszu inteligencko-robotniczym nawiązywała do wcześniejszego sukcesu „żeromszczyzny”, która dała nam względnie demokratyczny charakter II Rzeczpospolitej. Endekom marzyła się przecież raczej jakaś zamordystyczna monarchia z uprzywilejowaną rolą obszarników.

Propaganda PRL przedstawiała Żeromskiego jako proroka tego ustroju i tak interpretowane te wszystkie „Siłaczki” są nie do przebrnięcia. Od strony fabularnej bronią się jednak do dzisiaj jako satyra na kapitalizm - to przecież nie jest tak, że doktor Judym urodził się jako społecznik, on na początku próbuje robić karierę zgodnie z regułami gry i gdyby mu się udało, to byłaby opowieść o zamożnym lekarzu, koneserze dobrych cygar i trunków.

Kiedy w pierwszej połowie ubiegłego stulecia masowo upadały republiki, w niektórych krajach, jak w USA czy w Skandynawii, uratowały je projekty takie jak amerykański New Deal czy duńskie „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” (Duńczycy lubią podkreślać, że to oni wymyślili model, później skopiowany w Szwecji - a ja w tej odwiecznej Wojnie Północnej jestem za Danią).

Istotą tych koalicji było porozumienie większości społeczeństwa przeciwko klasie wyższej - której narzucano wysokie podatki i prospołeczne regulacje. Dziś to jest przeszłość. O zdradzie amerykańskiej klasy średniej, która zerwała sojusz New Dealowy w zamian za iluzję reaganowskiego dobrobytu na kredyt, traktuje choćby „Co z tym Kansas” Thomasa Franka.

Na tym samym polegała zdrada postsolidarnościowej inteligencji, która w 1989 odcięła się od związkowych sojuszów z czasów pierwszej „Solidarności” - i zaczęła kadzić Kulczykom. Kiedy reprywatyzatorzy eksmitowali lokatorów na bruk, liberalne media były po stronie reprywatyzatorów - a nie wichrzycieli w rodzaju Ikonowicza.

I w Polsce, i w Stanach widać skutki: klasa niższa szuka sojuszników w klasie wyższej, żeby pogonić liberałów z Waszyngtonu czy Warszawy. Historia mówi, że to się wszystko źle skończy dla wszystkich, z wyjątkiem biznesmenów podczepionych pod przyszłego dyktatora.

środa, 02 listopada 2016
I ty dostaniesz bana

Rzadko zgadzam się z Jarosławem Lipszycem. Kwestia wolności słowa to jeden z tych wyjątków, dlatego z aprobatą linkuję jego komentarz w „Tygodniku Powszechnym”.

Nie ma się co cieszyć z chwilowych problemów, które na Facebooku mieli narodowcy. To były  czasowe bany, zapewne tylko na 24 godziny.

Jeśli kogoś Facebook potraktował ostrzej, ban zostanie zdjęty dzięki interwencji prawicowej minister cyfryzacji. Pamiętajcie, że ona będzie bronić pisowców, narodowców czy koalicjantów od Kukiza, ale nigdy nie będzie bronić was - moi drodzy znajomi o poglądach na lewo od PiS.

Dlatego z zasady nie cieszę się z niczyich banów, nawet banów nakładanych na tych, z którymi się ideowo nie zgadzam. OK, byłem teraz nieszczery, miałem sporo Chichrenfreude z licznych banów Jana Kapeli, bo nie mogę mu wybaczyć infantylnego cyberoptymizmu, który jeszcze parę lat temu lansowano w „Krytyce Politycznej”.

Dziś już chyba do największych niegdysiejszych entuzjastów „robienia rewolucji przy pomocy Facebooka i Twittera” dotarło, że to są monopolityczne korporacje, zainteresowane tylko przynoszeniem hajsu udziałowcom. Hejt przynosi im hajs i zły pijar.

Z hajsu nie zrezygnują, więc będą w celach pijarowychsymulować jakieś działania antyhejterskie, ale te będą zawsze chaotyczne. Ofiarą będą padać przypadkowe osoby.

Jeśli więc „New Yorker” i wszyscy administratorzy jego fanpejdża dostaną bana za opublikowanie rysunku Adama i Ewy z rysunkowymi sutkami - Facebook cofnie bana, bo interweniować będzie Conde Nast. A z Conde Nastem Facebook chce żyć dobrze.

Jeśli bana dostanie norweska gazeta „Aftenposten” za ikoniczne zdjęcie nagiego dziecka podczas wojny w Wietnamie (i wszyscy szerujący to zdjęcie w solidarności z redakcją), to Facebook bana w końcu zdejmie, bo w obronie „Aftenposten” wystąpiła premier Erna Solberg. A Facebook chce żyć w zgodzie z premier(k)ami.

Od strony prawnej cyberkorpy chronione są przywilejami, które dają im międzynarodowe traktaty o tak zwanym wolnym handlu, które są de facto traktatami o przywilejach korporacji. W sądzie polski obywatel może im nafiukać, naskoczyć, cmoknąć w pompkę i generalnie poskarżyć się na mail@berdychev.ua.

Ale z drugiej strony, cyberkorpy nie chcą mieć wrogów u instytucji takich jak Conde Nast czy rząd polski czy norweski. Co stwarza sytuację, która na dalszą metę jest groźna dla szarego obywatela, ale korzystna dla elit.

Elity korporacyjne i polityczne zawsze sobie jakoś poradzą. Nie zawsze ich interesy muszą być tożsame, ale dla jednych i drugich ta sytuacja jest w gruncie rzeczy wygodna.

Dzięki przywilejom dla cyberkorpów Facebook jest superarbitrem w kwestii tego, jakie poglądy mogą, a jakie nie mogą być wyrażane w Internecie. Rządom i innym korporacjom pozostaje przywilej mniej istotny, ale też cenny: wszyscy się teraz dzielimy na tych, w których obronie wystąpu rząd lub jakaś korporacja - i całą resztę.

Dlatego z przywilejami cyberkorpów nikt nic w dajcym się przewidzieć czasie nie zrobi. Na dalszą metę to jest korzystne dla wszystkich, którzy coś mają do gadania. Czyli w uproszczeniu do górnego 1%.

Niekorzystne to wszystko jest dla nas, 99% społeczeństwa. Ale najśmieszniejsze jest to, że sami się na to zgodziliśmy - 10 lat temu były głosy ostrzegawcze, że to wszystko idzie w takim kierunku, ale je powszechnie olano.

Dlatego właśnie cieszą mnie tylko bany zaliczane przez tych, którzy zakrzykiwali ówczesne pojedyncze głosy protestu.

poniedziałek, 24 października 2016
Wydłużony Puchatek

Przepraszam, że to druga notka o CETA, ale wydaje mi się, że fiasko ratyfikacji tego traktatu to historyczne wydarzenie, ważniejsze nawet od fiaska ACTA. Może eurokraci jeszcze jakoś ten bajzel odkręcą, więc powstrzymam się na razie przed otwieraniem szampana - czy raczej belgijskiego piwa - ale wygląda na to, że to już koniec korporacyjnej globalizacji, jaką znamy od 20 lat.

Na unijnym szczycie komisarz Juncker powtórzył w innym wariancie to, co w poprzedniej notce opisałem jako „argument kołowy”. Że CETA zawiera rozwiązania podobne do poprzednich traktatów i nikomu to dotąd nie przeszkadzało.

Nie przeszkadzało, bo opinia publiczna do niedawna była radośnie nieświadoma samego istnienia czegoś takiego, jak korporacyjne trybunały kapturowe. Traktaty handlowe negocjowane są w tajemnicy, ratyfikowane bez większej debaty, bo parlamenty je dostają jako gotowy pakiet, którego odrzucenie groziłoby skandalem dyplomatycznym.

Media niespecjalnie się tym interesują, bo te traktaty są pełne nudnych detali. W rezultacie więc przeciwko tym traktatom protestowali do niedawna samotnie antyglobaliści, których dziennikarzom i politykom łatwo było dotąd bagatelizować („protestują przeciwko globalizacji, a używają internetu, hurr durr”).

Negocjacje są prowadzone w tajemnicy przed opinią publiczną, ale korporacje mają do tych negocjacji swój specjalny, vipowski dostęp. Nazywa się to elegancko „konsultowaniem z interesariuszami”.

Teoretycznie interesariuszami są też organizacje pozarządowe i związki zawodowe, ale z ujawnionych przez Greenpeace dokumentów wynika, że w przypadku negocjacji TTIP, przeszło 90 procent konsultacji prowadzono z biznesem. Kilka spotkań z organizacjami reprezentującymi obywateli to raczej listek figowy, niż realne konsultacje.

Podczas tych tajnych negocjacji korporacje dopisują do tych traktatów wszystko, co dla nich istotne. Goldman Sachs i Morgan Stanley dbają o ochronę kapitału spekulacyjnego i deregulację rynków finansowych, dającą szansę na zarobienie po raz kolejny, jak w 2008 roku, kokosów na rozwaleniu światowej gospodarki.

Google i Facebook chcą mieć te wszystkie swoje „safe harbors”, pozwalające im bez zewnętrznej kontroli obracać naszymi danymi osobowymi oraz zarabiać na hejcie. Disney chce mieć wydłużone w nieskończoność prawa autorskie, żeby mu nigdy nie wygasł copyright na Kubusia Puchatka - i tak dalej.

Ta dobrze oliwiona machina zazgrzytała dotąd tylko raz, właśnie w przypadku ACTA. A stało się tak dlatego, że cyberkorpy nie dostały swoich „safe harbors”, więc nakręciły protesty organizując te wszystkie „strajki internetu”.

Ubocznym skutkiem stała się większa uwaga, jaką społeczeństwo obywatelskie zaczęło poświęcać tym traktatom. Do opinii publicznej dotarło to, jakie kwiatki dopisywane są do traktatów o wzniosłych nazwach, typu „traktat o zwalczaniu podróbek” albo „traktat o wolnym handlu”.

W neoliberalnej logice wszystko jest towarem, więc kompetencje unijnego komisarza do spraw handlu okazały się nieograniczone. Te traktaty regulują kwestie kultury, edukacji, służby zdrowia, ochrony środowiska, budownictwa i praw pracowniczych. Właściwie nie wiadomo, po co jeszcze w Unii jacyś komisarze poza oberkomisarzem wszechhandlu.

Prosty przykład z mojego podwórka to ochrona praw autorskich przez 70 lat po śmierci autora. Z punktu widzenia autora to nie ma sensu.

To ma sens dla Disneya, bo gdyby obowiązywał okres zapisany w konwencji berneńskiej (50 lat), Kubuś Puchatek byłby w domenie publicznej od 1 stycznia 2007, a w tego sylwestra dołączyliby do niego Mickey z Donaldem.

Rzecz jasna, wydłużonego Puchatka dopisano też do CETA. Ale i tak jest już w innych traktatach ratyfikowanych przez Unię, na przykład w traktacie o wolnym handlu z Koreą Południową, któremu niestety udało się prześliznąć poniżej radaru.

Donald Tusk bardzo słusznie skomentował porażkę CETA tak, że Unia będzie musiała przekonać Jana Kowalskiego (Hansa Schmidta, Jeana Duponta, etc), że coś z tych traktatów będzie mieć dla siebie. To może być trudne.

Bajeczki o tym, jak to dzięki nim „każda rodzina zyska 500 euro” a Goldman Sachs stworzy bazylion miejsc pracy, już chyba nie działają. Znamy tą bajeczkę. Oglądaliśmy ją w filmie Disneya „Kubuś Puchatek podpisuje NAFTA”. I w sequelu „Myszka Miki spaceruje po ruinach Detroit”.

Trzeci raz to już się chyba nie sprzeda.

czwartek, 13 października 2016
Przeciw CETA

Uważnie śledzę materiały na temat wielkich transoceanicznych traktatów handlowych, TTIP i CETA. Nie znalazłem jednak nigdzie (!) argumentu przemawiającego za wprowadzeniem do nich mechanizmów ochrony inwestorów przy pomocy specjalnych, dostępnych tylko im trybunałów arbitrażowych.

Normalny obywatel, jeśli poczuje się skrzywdzony przez swoje państwo, musi dociekać swoich praw w sądzie. Czyli najpierw jedna instancja, potem druga, potem ewentualnie Strasburg.

Korporacje dzięki tym traktatom mają dostać specjalną, superszybką ścieżkę dochodzenia swoich praw w trybie arbitrażu, z pominięciem sądów, z pominięciem wieloinstancyjności.

W niektórych traktatach to się nazywa ISDS, CETA ma powołać nowy trybunał tego typu (w skrócie będzie się chyba nazywać PIT?). Nowość tego nowego polega tylko na dwuinstancyjności, ale nadal ma to być specjalna, szybka ścieżka, dostępna tylko korporacjom.

Jako obywatel nie chcę czegoś takiego, bo uważam, że korporacje już mają za dużo przywilejów. Nie potrzebują dodatkowych - odwrotnie, marzy mi się władza, która wreszcie zacznie im zabierać te, co już mają.

Co najważniejsze: kogo jak kogo, ale korporacje stać na prawników. O ile rozwiązania typu TTIP mogą rzeczywiście przydać się dla ochrony inwestycji w Burkina Faso, bo mamy powody, by wątpić w tamtejszy wymiar sprawiedliwości - nie widzę uzasadnienia w Kanadzie, USA czy Unii Europejskiej.

Będę przeciw każdemu traktatowi, zawierającemu takie przywileje dla korporacji - chyba, że ktoś mnie przekona, że takie coś jest potrzebne. Ale tutaj się to właśnie robi zabawne.

Stykam się z dwoma rodzajami argumentów, oba są równie cienkie. Jednym jest argument kołowy: że takie trybunały są we wszystkich traktatach handlowych, a więc powinien być także w CETA/TTIP.

Jak to bywa z argumentami kołowymi, można kołem zakręcić w drugą stronę. Skoro takie trybunały są we wszystkich traktatach handlowych, należy nie podpisywać nowych i należy wypowiedzieć stare. Sama obecność tej instytucji w innych traktatach nie dowodzi tego, że jest dobra dla obywateli.

Drugi argument jest jeszcze mniej przekonujący. Zacytuję go z wywiadu z Danutą Huebner:

Zastanawia mnie fakt, że przy tego typu zarzutach myśli się tylko w jedną stronę - jakaś firma, która zgodnie z tą umową musi spełnić całą masę warunków, może przyjść do Polski i zaskarżyć politykę rządu, jako coś, co podcina jej interesy handlowe. Ale nie myślimy o tym, że w takiej samej sytuacji, prawdopodobnie dużo częściej, mogą znaleźć się polskie firmy, które będą chciały prowadzić działalność w Kanadzie. Pamiętajmy, że ten system chroni również polskiego inwestora, który niejednokrotnie będzie dopiero uczył się zasad handlu międzynarodowego i w związku z tym może być na słabszej pozycji.

Otóż moja niechęć wobec CETA nie bierze się z niechęci do Kanady, podobnie jak niechęć do TTIP nie bierze się z niechęci do USA. Uwielbiam Kanadę, przepadam za USA.

Nie ufam wszystkim korporacjom, polskim, amerykańskim, kanadyjskim, burkinofasońskim. Nie obchodzi mnie „obrona polskiego inwestora w Kanadzie”. Wiem jedno: nigdy nim nie będę. Nic mnie koleś nie obchodzi. Jak miał na inwestycje, to ma też na adwokatów.

Obchodzi mnie obrona polskiego obywatela w Polsce przed korporacjami (oraz kandyjskiego w Kanadzie). Chcę, żeby obywatele mogli demokratycznie przegłosować ograniczenie korporacyjnej chciwości bez obawy przed wyrokiem z jakiegoś dziwnego trybunału „nur fur Korporazionen”.

Nie chodzi o to, że chcę odebrać korporacjom możliwości dochodzenia swoich praw w swoim państwie. Ale niech to robią normalnie, jak my wszyscy, w zwykłym sądzie. Nie rozumiem, dlaczego to im nie wystarczy.

Jeśli ktoś z PT czytelników zna na to jakieś uzasadnienie - chętnie się zapoznam. Co z tego mam mieć ja, jako szary obywatel? Już wiem, że ochronę swoich inwestycji w Kanadzie. No super, a coś poza tym?

środa, 12 października 2016
Zaśniad poczęty

O aborcji nie da się nic nowego napisać, więc wracam do tego tematu niechętnie. Szlag mnie jednak trafia, kiedy prawica zakłamuje kolejne pojęcie, tym razem eugeniki.

Eugenika to dążenie do genetycznego udoskonalenia rasy ludzkiej. Pseudonaukowe, bo sto lat temu ci ludzie jeszcze nie rozumieli, co jest dziedziczne, a co nie jest - a z kolei my dzisiaj, kiedy to już rozumiemy, jesteśmy też dużo ostrożniejsi w ocenianiu, co jest doskonalsze od czego.

W większości przypadków aborcja dokonywana z powodu wad wrodzonych płodu nie ma nic wspólnego z eugeniką. Wady wrodzone nie zawsze mają podłoże genetyczne i prawie nigdy nie są dziedziczne.

Warto rozumieć różnicę między tymi dwoma pojęciami: wrodzony, genetyczny i dziedziczny. Wady wrodzone mogą się brać z nieprawidłowej diety matki, spożywania przez nią substancji teratogennych (słynna afera talidomidu), albo jej chorób takich jak alkoholizm.

Dziedziczne mogą być pieniądze albo dobre wychowanie (tzw. dziedziczenie kulturowe). Niektóre cechy genetyczne nie są w ogóle dziedziczne, na przykład mitochondria dziedziczymy wyłącznie po matce, zatem mężczyzna z jakąś genetyczną chorobą związaną z mitochondriami będzie miał zdrowe dzieci.

Zespół Downa jest chorobą wrodzoną i genetyczną, ale dziedziczną tylko w teorii (w praktyce sukces reprodukcyjny kogoś z tym syndromem jest skrajnie mało prawdopodobny). Przyczyną jest trisomia chromosomu 21.

W najczęstszym scenariuszu w komórce jajowej nieprawidłowo przebiegła mejoza, mająca w teorii dać pojedynczą kopię wszystkich chromosomów (czyli genom haploidalny). Jeden chromosom się nie rozdzielił z diploidalnego pierwowzoru i zachował dwie kopie, do której doszła trzecia, najczęściej z haploidalnego plemnika. I już mamy kogoś, kto ma o jeden chromosom więcej.

Prawica mówi, że to też istota ludzka, bo wzięła się z zapłodnienia - mimo że to przebiegło nie do końca prawidłowo. Stawianie arbitralnych kryteriów jest zaś niedopuszczalne, bo to wejście na równię pochyłę dyskutowania o tym, kto jest człowiekiem, a kto nie.

Już kiedyś pisałem, że ten argument nie ma sensu, bo arbitralnych kryteriów nie da się uniknąć. Nawet w Watykanie, nawet w Ordo Iuris.

Da się ułożyć takie spektrum deformacji płodu, że w końcu nawet Marek Jurek nie uzna ich już za istotę ludzką. Klasycznym przypadkiem jest zaśniad.

Czy to człowiek? Moim zdaniem nie. Podobnie uważa medycyna, która takie deformacje klasyfikuje jako rodzaj nowotworu (tzw. potworniak) i leczy chemioterapią. Argumenty stosowane przez prawicę, że „nowy organizm stworzony z zapłodnienia”, stosują się także do zaśniadu.

On też bierze się z zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik. Tyle, że przebiegło ono troszkę nieprawidłowo.

Prawicowa biologia ogólnie działa podobnie do fizyki smoleńskiej. Rozmija się ze stanem wiedzy naukowej. Wszystko sprowadza się w niej do ideologicznych haseł typu „z góry wiadomo, kto jest istotą ludzką” (albo „z góry wiadomo, kto jest mężczyzną a kto kobietą”).

W przypadku zaśniadu to drugie jest zresztą akurat w pewnym sensie prawdziwe. Jeśli zaśniady są ludźmi - to są kobietami. Moim zdaniem, nie są ani jednym, ani drugim, no ale ja nie z prawicy, ja z uniwersytetu.

Nie widzę uzasadnienia dla zmuszania kobiet do rodzenia tworów, które nie mają głowy, albo mają ich kilka, albo w ogóle nie mają wykształconego niczego, co moglibyśmy nazwać głową czy ręką. Te kobiety już przeżywają dramat, nie dodawajmy im jeszcze bólów porodowych.

Gdyby ruchom pro-life naprawdę chodziło o życie, działałyby inaczej. Działałyby w stronę pozytywnego zachęcania kobiet do rodzenia - tak, żeby miały poczucie, że ktoś (państwo lub jakaś fundacja) pomoże w opiece nad dzieckiem z zespołem Downa.

Od przeszło stu lat zawsze mają w repertuarze tylko jedno. Karać, zmuszać, terroryzować, zabijać ginekologów, przykuwać rodzące kajdankami do łóżka. Bo i nie o życie im chodzi.

poniedziałek, 03 października 2016
Autor Solaris

goryllium

Kiedyś z wielką dumą i wzruszeniem anonsowałem na blogu premierę swojej pierwszej książki. Jakby to było wczoraj! Teraz z podobnymi uczuciami ogłaszam koniec prac nad filmem Borysa Lankosza „Autor Solaris”, do którego napisałem scenariusz.

To film dokumentalny („i teraz mi pan mówi...”), ale z pięcioma inscenizacjami. Miało być więcej, ale po raz pierwszy się przekonałem, w jak dużym stopniu film jest sztuką skracania. Gdybyśmy nakręcili cały scenariusz, wyszłoby tak na oko dziesięć godzin projekcji.

Filmów dokumentalnych o Lemie zrobiono już sporo, ale to jest - o ile mi wiadomo - pierwszy skupiający się na Jego biografii. A więc próbujemy w nim podjąć tematy, o których Lem za życia mówić nie chciał, albo zbywał je wymijającymi anegdotami.

Dzięki uprzejmości rodziny dostaliśmy dostęp do materiałów, których nigdy dotąd nie publikowano. Sam Lem zresztą uważał je za niemożliwe do odtworzenia: dotyczy to jego własnego wykonania antystalinowskiej satyry „Korzenie” (którą Lem nagrał około 1955 na enerdowski magnetofon szpulowy, ale taśma się rozciągnęła i rozmagnetyzowała) oraz domowych filmów kręconych kamerą 8 mm.

Dla fachowców z Narodowego Instytutu Audiowizualnego nie ma rzeczy niemożliwych (nawiasem mówiąc: to kolejna instytucja kultury, którą minister Gliński planuje unicestwić w sobie tylko wiadomych celach). W filmie możemy więc usłyszeć głos trzydziestoparoletniego Lema, wcielającego się w towarzysza Tegonieradze.

Towarzyszy temu inscenizacja, pokazująca, jak to mniej więcej mogło wtedy wyglądać - czyli pokazująca grupę krakowskich studentów na domówce u Hussarskich. Zderzamy to z inscenizacją fragmentu propagandowej sztuki „Zdarzenie na jachcie Paradise”, którą Lem z tym samym Hussarskim napisali dla kasy.

Zdjęcie przedstawia kadr z inscenizacji opowiadania „Edukacja Cyfrania”. Lem napisał je w 1971, ale ukazało się dopiero w 1976.

Wizja orkiestry, której muzyków pożera - jedno po drugim - jakieś wredne Goryllium, była zbyt ciężkostrawna dla cenzury w latach 70. Cud, że to się w ogóle ukazało...

Wielką przyjemnością było dla mnie patrzenie na fachowców przy pracy. „Mieszkanie pełne studentów” albo „pożerana orkiestra” to coś, co łatwo wystukać na klawiaturę, ale żeby to sfilmować, trzeba wypełnić to wizualnym konkretem.

W co mają być ubrani muzycy tej orkiestry? Co mają grać? Jak się mają zachowywać w trakcie pożerania? A studenci: siedzą, stoją, piją, palą? Raczej krawaty czy raczej swetry?

To wszystko już dopowiedział Borys Lankosz wraz ze swoją ekipą. Moja ocena nie jest oczywiście obiektywna, ale ja jestem zachwycony rezultatem.

Premiera będzie w TVP Kultura, nie wiem dokładnie kiedy - chyba kiedyś w listopadzie (nie omieszkam się powiadomić). Rzecz jasna, ludzie, którzy to tam zatwierdzili - już tam nie pracują, polecieli też ludzie w NInA i NCK, z którymi współpracowaliśmy.

Teraz ten film by już prawdopodobnie nie mógł powstać. Cóż, zdążyliśmy przed Dobrą Zmianą...

niedziela, 25 września 2016
Medium przygnębiająco publiczne

Mam nadzieję, że nie mam znajomych broniących tzw. „eksperymentu społecznego”, którym w portalu Medium Publiczne chwalił się redaktor naczelny tego serwisu, Rafał Betlejewski. To było tak obrzydliwe, że nie wyobrażam sobie obrony (caveat komciur!).

Spory toczące się w moim społecznościowym bąbelku wyglądają jednak mniej więcej tak: czy ocena Betlejewskiego przekłada się na ocenę samego Medium Publicznego? Moi znajomi czekali dziś na reakcję „rady fundakcji”, która miała nastąpić „koło południa”.

Nie doczekali się. Zamiast tego, pokazała się niby-polemika prof. Moniki Płatek, łagodna niczym bryza w St Tropez:

Mam nadzieję, że TTV i Rafał Betlejewski odszuka ludzi, których poddano poniżającemu i nieludzkiemu traktowaniu. Nie wystarczy przeproszenie. Trzeba to naprawić. Poszukajcie z kamerą szansy dla nich w Radomiu. Znajdźcie dobre prace; zacznijcie zmieniać otoczenie (...) Ludzie popełniają pomyłki. TTV i Rafał Betlejewski popełnili błąd. Nie wiem dlaczego Rafał Betlejewski nie pokazał ‘fucka’ wiem, że stać go, by to naprawić. Wróćcie do nas z reportażem o pracy, którą znaleźli Wasi bohaterowie – dobrej i zgodnej z prawem, nawet gdybyście mieli założyć filię TTV w Radomiu i wszystkich ich tam na godnych warunkach zatrudnić

To takie dobrotoliwe grożenie paluszkiem. Ej ti ti, lafałku niedobli. Cała ta polemika zasługuje tylko na powtarzanie w kółko: a zakład, że nie?

Nie naprawią. Nie poszukają. Nie założą. O co zakład?

To nie jest pierwszy taki wybryk Betlejewskiego. Nie wiedzieć czemu, on zawsze znajdzie sobie kolejne medium, w którym go przyjmą z niezasłużonymi honorami.

Należę do grupy dziennikarzy, którzy wołają do różnych środowisk o samooczyszczenie. Dopóki prawnicy nie będą widzieć żadnego problemu w nieetycznych zachowaniach swoich luminarzy („ta stusześdziesięcioletnia pani tu weszła w tym kożuchu i w nim wychodzi, a ja jestem jej pełnomocnikiem w reprywatyzacji”), dopóty wyborcy z radością będą przyklaskiwać rozprawie Kaczyńskiego z sędziami, adwokatami i prokuratorami. Dopóki lekarze zachowywać się będą jak klub samopoparcia, dopóty Ziobro będzie idolem.

To samo dotyczy nas, mediów. Nie możemy tolerować Betlejewskich. Nie możemy im wybaczać takich numerów.

Tekst Moniki Płatek opatrzony jest, ma się rozumieć, linkiem: „Przeczytaj tekst Betlejewskiego”. Po nim ukazał się następujący tekst Betlejewskiego, z tekstem „Może zobaczcie ten program? Ciekaw jestem, czy osądzicie mnie tak surowo jak w swoich komentarzach”.

To wszystko (niby-polemika Płatek, łże-przeprosiny Betlejewskiego) dalej służy napędzania klikalności i oglądalności jego programu. Między innymi dlatego ja już nie przytaczam tu żadnych linków do Medium Publicznego.

Skoro się nie odcięli od tego plugastwa, to biorą na siebie odpowiedzialność. A skoro tak, to mam nadzieję, że jakaś kancelaria prawna wystąpi pro bono w imieniu poszkodowanych i wytoczy pozew o naruszenie dóbr osobistych przeciwko TTV, Medium Publicznemu i Betlejewskiemu personalnie.

To nieprawda, że Medium Publiczne nie ma żadnego majątku. Niniejszym deklaruję, że jeśli ta domena trafi na aukcję, zapłącę stówę za samo kupienie jej celem zawieszenia tam niniejszej blogonotki - jeśli wpływy trafią na zadośćuczynienie dla ofiar „eksperymentu”. Ale jestem pewien, że ktoś tę stówę przelicytuje.

Dlaczego? Bo szczególnie wkurza mnie dopisek samego Betlejewskiego:

Ani sam eksperyment, ani program Betlejewski Prowokacje nie ma nic wspólnego z Medium Publicznym. Opisuję tu swoje doświadczenia jako prowadzący program w TTV a nie redaktor naczelny #MP. Proszę tych dwóch spraw nie mylić.

Let me get this straight. Redaktor naczelny serwisu tak po prostu zamieścił w tym serwisie swój tekst. I nie należy, ach nie należy, oceniać tego serwisu po tym, jakie teksty zamieszcza w nim jego redaktor naczelny

Do znajomych, którzy tam się produkują, mam jedno pytanie: po co. Po prostu, po co.

Czy wy nie macie za dużo lat, żeby się nabierać na hasło „ja tu tylko jestem redaktorem naczelnym, ja za nic nie odpowiadam, proszę mnie nie łączyć z serwisem, którym kieruję”?

piątek, 23 września 2016
GMO, samo zło

Wygląda na to, że mój blog przekształci się w platformę promocji mojej audycji radiowej, bo już tylko o tym chce mi się pisać. Przyczyny są banalne, od dłuższego czasu jako dziennikarz literkowy mam więcej zamówień niż fizycznej możliwości realizacji.

W świecie radia ciągle się czuję trochę obco, więc właściwie po każdym „Piąteczku” korci mnie, żeby audycję doprawić literkowym komentarzem. Tym razem skomentuję tę o GMO, z udziałem Doroty Metery (Zielony Instytut) i Marcina Rotkiewicza (Polityka).

Jako urodzony sceptyk, cały czas czekam na sensowne, nieideologiczne argumenty wspierające zakazy żywności z udziałem GMO. Jeśli ktoś takowe przedstawi tu w komentarzu, bardzo się ucieszę (przyjmę też nabór na kandydata do następnej audycji na ten temat).

Ta audycja skoroborowała jednak moje wyjściowe przypuszczenie, że walka z GMO jest pozbawiona racjonalnych podstaw. Ze strony „zielonej” słychać argumenty, będące w gruncie rzeczy tautologią (że skoro politycy wprowadzili takie zakazy, to znaczy, że te zakazy są słuszne, bo tych zakazów oczekuje opinia publiczna - no tak to można bronić „kompromisu aborcyjnego”).

Jasne, że naukowcom też nie należy ufać, podobnie jak politykom. Ale stawianie między tymi środowiskami znaku równości to jak teza „nie ma różnicy między Dudą a Komorowskim”.
Świat nauki ma mechanizmy korygujące nieprawidłowości. Te mechanizmy często są niedoskonałe, ale jednak są.

Naukowiec przyłapany na kłamstwie ma nieprzyjemności (ich dokładny charakter zależy od jego statusu, może się to wahać od groźnych kar w rodzaju wyrzucenia z uczelni i konieczności zwrotu grantu po symboliczny „slap on the wrist”, bo ma nieusuwalne stanowisko, większość naukowców-żartownisiów kryje się za tym przywilejem). Polityk przyłapany na kłamstwie śmieje się w twarz.

Nierzetelna publikacja naukowa zostaje wycofana („retracted”) i na zawarte w niej argumenty nie wolno się więcej powoływać w środowisku naukowym. To dotyczy wielu publikacji typu „HIV nie wywołuje AIDS”, „nie ma globalnego ocieplenia”, „Murzyni mają niższe IQ”, „szczepionki wywołują autyzm”, na które do dzisiaj powołują się oszuści - bo im wolno - ale nie mogą się na nie powoływać naukowcy.

Do tej samej kategorii należy ulubiony argument „zielonych”, czyli nierzetelna publikacja Seraliniego o szkodliwości GMO. Wylądowała w tym samym koszu na śmieci, co publikacja o telepatii w „Nature”.

Kiedy jeden polityk mówi jedno, a drugi mówi drugie, jesteśmy praktycznie bezradni. Wybór komu wierzymy, staje się arbitralny. I znów: tak nie jest w nauce.

Nauka ma na to narzędzie w postaci metaanalizy, czyli analizy analiz. Polega na tym, że chociaż wprawdzie nauka nigdy nam nie udzieli stuprocentowo pewnej odpowiedzi na pytanie typu „czy krasnoludki istnieją”, ale jeśli w tej kwestii będą sprzeczne relacje, zapewne okaże się, że im rzetelniejsze będzie badanie, tym mniejsze szanse, że potwierdzi istnienie krasnoludków.

Metaanalizy jasno pokazują to w przypadku GMO - im rzetelniejsze badania, tym bardziej przeczą szkodliwości. Co za tym idzie, jestem przeciwnikiem tych zakazów. Oczywiście, zawsze jestem skłonny zmienić zdanie: ale muszę zobaczyć konkretne argumenty, a odwołanie się do ekologicznej ideologii. Bo ideologia jest jak biodra: każdy ma własną.

niedziela, 11 września 2016
Miasto jakich tysiące

Dawno nie było żadnej notki z cyklu „Piąteczek”, a coś czuję, że niektórzy PT komcionauci mogą chcieć skomentować audycję z Ikonowiczem. Piosenka, której z Internecie (zapewne) jak zwykle nie słychać, to „Dezerter” Borisa Viana.

Poznałem tę piosenkę ćwierć wieku temu w wykonaniu Ikonowicza właśnie. Wokalista z niego marny, ale szczerze mówiąc, z Viana też taki sobie.

Piosenka jest potężna dzięki tekstowi, a ten jest tak genialny w swojej prostocie, że nawet przy mojej słabej znajomości francuskiego, od razu wszystko się rozumie: „Il faut que je vous dise /  Ma décision est prise / Je m'en vais déserter”.

Zaprosiłem Ikonowicza jako kogoś, komu historia przyznała rację. W sprawie reprywatyzacji konsekwentnie ma ją od samego początku.

To jest szwindel. Trzeba go jak najszybciej zatrzymać, a winnych ukarać. Z prawa własności zrobiono u nas bożka, wobec  którego przestają mieć znaczenie inne przepisy prawne, a nawet elementarna logika (stąd postępowania prowadzone rzekomo w imieniu osób stutrzydziestoletnich).

Tak nie było przed wojną, tak nie jest w innych krajach. To specyfika III RP.

Wątpię, czy PiS będzie miał wolę polityczną do rozwiązania tego problemu. Prawdopodobnie będą po prostu próbowali instrumentalnie wykorzystać to do walki z Gronkiewicz, ale tak, żeby rykoszetem nie oberwał Lech Kaczyński.

Mam nadzieję, że im się to nie uda i że prześwietlanie decyzji obecnych władz samorządowych płynnie przejdzie w prześwietlanie decyzji ich poprzedników. Jak wynika z artykułu Górlikowskiego „Wyborczej”, złe przepisy wprowadził rząd Millera.

Najprawdopobniej umoczone są w tym więc wszystke głównonurtowe ugrupowania rządzące Polską od kilkunastu lat.

Oficjalnie wymyślali sobie od najgorszych - że zdrajcy, że populiści, że oszołomy. A wieczorem w knajpie reprywatyzowali.

Zdzisiek znał urzędniczkę, która we właściwym momencie zgubi papiery, Heniek znał sędziego, który szybko wyda decyzję bez głupich pytań, a Ziutek miał zblatowanego komornika. Panie kelner, jeszcze po butelce!

„Dzisiaj problemem jest to, że pod wpływem nacisku reprywatyzacja zamiera” - powiedział Bronisław Komorowski, dając tym kolejny przykład niesamowitego oderwania. Nie zgadzam się z nim. Problemem jest to, że staruszków wyrzuca się na bruk, że urzędniczka zreprywatyzowała sobie 38 milionów, że dziekan rady adwokackiej brał udział w dziwnych interesach.

Ten problem łącznie przekłada się na brak zaufania obywateli do państwa. Za każdym razem, kiedy kogoś wyrzucają na bruk, demokracja traci przynajmniej jednego zwolennika. Za każdym razem, gdy sąd sankcjonuje te przedziwne reprywatyzacyjne przekręty, ktoś traci wiarę w praworządność.

Prezydent Komorowski chyba do dzisiaj nie rozumie, dlaczego przegrał. Otóż właśnie dlatego, że znaczna część opinii publicznej zaczęła marzyć o szeryfie, który pogoni to towarzystwo na cztery wiatry: sędziów, adwokatów, komorników i oczywiście samorządowców.

Jasne, że nadzieje wiązane z PiS są naiwne, bo PIS też jest częścią tego towarzystwa. Ale ostatnie, co teraz powinna robić opozycja, to występowanie w obronie tego skorumpowanego układu - warto raczej wykorzystać szansę, by zdemaskować tego rzekomego szeryfa.

Śpiewał bowiem Poeta:

Wyciągnijmy więc morał w tej balladzie ukryty,
gdy nie grozi nam żadne riffifi,
że czasami najtrudniej rozpoznać bandytę,
gdy dokoła są sami szeryfi

(to powinien puszczać KOD, zamiast tych wszystkich obław o wschodzie słońca)

poniedziałek, 05 września 2016
Wiwat różnorodność!

Kiedy pisałem, że interesuje mnie stanowisko prawicy w kwestii uchodźców, byłem szczery - choć oczywiście zabanowałem prawicowych komcionautów, którzy przypełźli ze swoim bełkotliwym rasizmem. W Polsce prawicowość łączy się z książkowstrętem - banowałem ich za brak argumentów, nie za poglądy.

Żeby je poznać, wydałem w końcu w w londyńskiej księgarni dziesięć funtów. Oto zapowiadana notka na temat „Diversity Illusion” Eda Westa.

Najbardziej - obviously! - podoba mi się ten fragment, w którym West potwierdza to, co ja pisałem w notce o uchodźcach. Nie było czegoś takiego, jak w majaczeniu polskiej prawicy: że lewackie rządy Zachodu sprowadziły migrantów z innych kontynentów kierując się jakąś utopijną ideologią.

W przypadku Wysp Brytyjskich zaczęło się od tego, że Kanada 1 stycznia 1947 wprowadziła własne obywatelstwo. Zmusiło to Brytyjczyków do prawnego zdefiniowania swojego (przedtem formalnie wszyscy byli w jednym Commonwealth).

Ustawa o obywatelstwie z 1948 przyjmowała definicję tak szeroką, że mogli się na nią załapać mieszkańcy kolonii. To nie było intencjonalne (West to szerzej argumentuje, ja już tylko przytaczam za nim).

Kiedy pierwsi migranci w Jamajki przypłynęli 24 maja 1948 na pokładzie MS Windrush, pojawiały w parlamencie się głosy krytyczne, ale Arthur Creech Jones, sekretarz do spraw kolonii odpowiedział: „ci ludzie mają brytyjskie paszporty, więc nie można ich nie wpuścić - ale nie wytrzymają tutaj jednej zimy”.

Masowa migracja była niezamierzonym skutkiem ubocznym decyzji podejmowanych z innych przyczyn, w innym celu. I mogę się też zgodzić, że w czasach New Labour doszedł dodatkowy czynnik: nadzieja na roztapianie elektoratu torysów. Oślizgły cynik taki jak Alastair Campbell z pewnością uwzględniał to w rachubach.

Skoro nie było czegoś takiego, jak „ideologia imigracji”, to z czym polemizuje West? Z przekonaniem, że różnorodność (diversity) sama w sobie jest dobra.

To prawda. Rzeczywiście, ja też jestem o tym przekonany i staram się to na różny sposób wcielać w życie.

Tematy moich „Piąteczków” są takie, że do prawie każdej audycji pasowaliby mi jako goście Bendyk, Śmiałkowski, Lipszyc i Krzyżaniak (w różnych konfiguracjach). Czyli starsi panowie z brzuszkami, tacy jak ja.

Staram się jednak, żeby - poza tą zacną grupą - przychodzili do mnie goście z trochę innej bajki, bo jestem głęboko przekonany, że brak różnorodności kończy się monotonią. Są audycje radiowe, w których od razu słychać, że wszyscy w studiu się dobrze znają, są z tego samego pokolenia, pochodzą z tej samej grupy społecznej. Efektem jest NUUUUUUUDA.

Mówiąc tak, wpadam w rozumowanie, z którego West szydzi jako z „ideologii sushizmu”. Faktycznie, nie jestem tu bez winy, w pierwszym odruchu często jako zaletę wieloetniczności wymieniam knajpy z kimchi czy yakitori.

Nuda jeszcze nie jest najgorsza, twierdzi West i rzuca celnym argumentem, że zwolennicy „różnorodności” wcale nie chcą w praktyce mieszkać w dzielnicach miast, które sami nazywają „vibrant” (eufemizm na wieloetniczność), tylko w monoetnicznych przedmieściach. Jego książka jest głosem protestu przeciwko zaniedbywaniu problemów ludzi, którzy mieszkają w takiej „wibrującej” dzielnicy, a właśnie marzy im się zaciszny domek na osiedlu ze szlabanem.

Akceptuję ten argument. Wcale nie uważam, że władze powinny ignorować protesty mieszkańców „wibrujących” dzielnic. W sporach typu „integracja czy wielokulturowosć” jestem za integracją - uważam, że dalekosiężnym celem nie powinno być pielęgnowanie przez przybyszów własnej odrębności, tylko stopniowe asymilowanie ich w społeczeństwie duńskim czy francuskim.

To za mało na książkę, więc West rozwija swoją krytykę „różnorodności” na wielu płaszczyznach. I tutaj go ciągle przyłapuję na nonsequiturach.

Parę razy West porusza tematy, na których się jako tako znam. Twierdzi na przykład, że idea swobody przemieszczania się jest sztucznym tworem, który pojawił się po drugiej wojnie światowej w reakcji na nazizm.

Jest odwrotnie: idea jest stara jak świat, ograniczenia pojawiły się sztucznie po pierwszej wojnie światowej - do dziś nie odzyskaliśmy takiej swobody, jak w 1913. Szerzej opisuję to w felietonie.

Odrzucając argument, że „różnorodność” przyczyniła się do rozkwitu amerykańskiej popkultury twierdzi, że chociaż nie można zaprzeczyć, że dochodziło do wzajemnej wymiany inspiracji w wielokącie jazz/blues/rock/hiphop, to jednak dochodziło do niej bez bezpośredniego kontaktu - przez radio i przez płyty winylowe. To także nieprawda.

Czytałem o tym dużo książek, napisałem ze dwie. Sporo też tego na blogu, np. tu i tu. Otóż te relacje wymagały ciągłego bezpośredniego kontaktu.

W udramatyzowany sposób pokazuje to serial „Vinyl” (opowiadający historię fikcyjną, ale nieoderwaną od rzeczywistości). Delta Missisipi i biegnąca aż do kanadyjskiej granicy droga 61 była miejscem, na którym ciągle spotykali się muzycy o różnych odcieniach skóry, a także Żydzi (Dylan!) i Romowie (Django!).

Uczyli się nawzajem riffów i kręcenia biodrami, częstowali się skrętami i odpisywali od siebie teksty. Tak powstała kultura, która podbiła cały świat.

Przyłapawszy Westa na ściemie w sprawach, na których się znam, bardzo nieufnie podchodzę do reszty jego argumentów. Tym bardziej, że mam na nie potężny kontrargument, w postaci kraju, o którym West chyba nigdy nie słyszał: Polski.

West obwinia imigrację o wzrost nietolerancji (bo tak naprawdę zaczynasz nienawidzieć Obcego dopiero jak jest twoim sąsiadem), przestępczości (bo styk kultur generuje ekscesy), spadek spoistości społecznej (bo weź tu się spajaj z Obcym) a nawet wyborcze sukcesy neoliberałów (bo podatki to można ewentualnie płacić na swoich, nie na Obcych).

Gdyby nie imigracja, Anglia mogłaby się stać jakimś utopijnym rajem egalitaryzmu, jak w powojennych wizjach Labour Party. I dałbym się może Westowi nabrać, gdyby nie Polska.

Polska dowodzi, że może istnieć antysemityzm bez Żydów i islamofobia bez muzułmanów. Spytaj się Typowego Seby w koszulce „red is bad”, czy nienawidzi Żydów i „ciapatych” - odpowie że tak. Spytaj, czy jakichś zna osobiście - odpowie że nie.

Ze spoistością jest u nas fatalnie, neoliberałowie rządzą nieprzerwanie od 1989. Z przestępczością też niewesoło. A w dodatku niestety nie mamy takiej obfitości etnicznych knajp, jak w Londynie - ani takiej popkultury, jak w Ameryce.

Polska to potężny argument za różnorodnością. Typowy Seba ma na koszulce husarów - to właśnie staropolskie multikulti. Podobnie jak Kopernik, Szopen i Mickiewicz. Krajem jednolitym etnicznie staliśmy się z winy Stalina i Hitlera. I czy naprawdę mamy dzięki temu lepszą spoistość społeczną?

środa, 24 sierpnia 2016
Słuchajcie no, Wajda...

W czasach PRL kinematografia podlegała ministerstwu kultury. Pomiędzy ministrem a, dajmy na to, Andrzejem Wajdą były wprawdzie różne urzędy, zarządy, agencje i zespoły, ale teoretycznie minister mógł przekazać polecenie typu „słuchajcie no, Wajda...” przez hierarchię służbową. A gdyby hierarchia stawała okoniem, mógł teoretycznie wszystkich po kolei powyrzucać, z Wajdą włącznie.

W 1968 zresztą zrobiono to praktycznie - rozwiązano zespoły filmowe. Uboczną ofiarą padł projekt kręcenia „Powrotu z gwiazd” - czy Aleksander Ford by temu podołał, to osobne pytanie, ale nigdy się już nie dowiemy, bo wziął i wyemigrował.

Wydawałoby się, że po czymś takim środowisko filmowe powinno się już nie podnieść, tymczasem skutki były odwrotne. Środowisko okopało się w szańcach Stowarzyszenia Filmowców Polskich i zrobiło się jeszcze bardziej nieposłuszne.

Władze wyznaczyły na pacyfikatora Janusza Wilhelmiego, który w latach 60. nie bez pewnych sukcesów pacyfikował środowisko literackie. Jak wiadomo bywalcom tego bloga, został on złośliwie sportretowany w „Głosie pana” Lema jako Wilhelm Eeney, „najlepiej ubrany człowiek Projektu”.

W 1977 Wilhelmi przyjechał na forum filmowców, towarzyszące festiwalowi (który wtedy był w Gdańsku), z prostym przesłaniem, które z kolei mistrz Wajda włożył w „Człowieku z marmuru” w usta Bogusława Sobczuka: kręcicie filmy za państwowe pieniądze, więc macie realizować państwową politykę. Ku jego zaskoczeniu, nikt go nie poparł, nawet filmowcy, których władze uważały za „swoich”.

W rezultacie festiwal objęto zapisem cenzorskim. Relacja ukazała się tylko w drugoobiegowym „Zapisie”.

To było pyrrusowe zwycięstwo. Ludzie apolityczni, unikający angażowania się po którejkolwiek stronie („trzeci Witek” z „Przypadku” Kieślowskiego), zaczęli sięgać po „Zapis” po prostu dlatego, że chcieli się czegoś dowiedzieć o festiwalu polskich filmów.

Ostatnie dwa lata gierkowskiej kinematografii to paradoksalny okres, w którym im bardziej władza przykręcała filmowcom śrubę, tym odważniejsze kręcili filmy. Władzy na złość.

Wszystko to przypomniało mi się, gdy minister kultury zajął kuriozalne stanowisko w sprawie pominięcia miłego władzom filmu w festiwalowej selekcji. „W demokratycznym kraju nie powinno mieć miejsca blokowanie filmów przez komisje festiwalowe” - napisał.

Jest akurat odwrotnie. W demokratycznym kraju organizatorzy festiwalu blokują, kogo chcą i promują, kogo chcą. Ich zbójeckie prawo. Niezadowolonym pozostaje zrobienie własnego festiwalu.

Czasem tak się dzieje. Festiwal w Cannes pomyślano jako odpowiedź demokratycznej Europy na faszystowski festiwal w Wenecji. Który z kolei powstał dlatego, że rodzina Volpich namówiła Mussoliniego, żeby Duce na koszt państwa wydłużył sezon w ich ośrodkach na Lido.

Decyzje jurorów na festiwalach często są polityczne, w co najmniej trzech znaczeniach. W sensie - excusez le mot - technicznym („reżyser X nie lubi reżysera Y”), w sensie ideowym (zainteresowanych odsyłam do mojego artykułu o bojach Felliniego z włoską prawicą), wreszcie w sensie geopolitycznym („wypadało nagrodzić kogoś z Maghrebu”).

Narzekanie na decyzje Festiwalu w Gdyni ma trwającą dobre cztery dekady tradycje. Pisząc książkę o PISF, prześledziłem dość wnikliwie te boje.

Szukano przede wszystkim formuły festiwalu. Czy ma być wewnętrzną sprawą Stowarzyszenia Filmowców Polskich? A może ma być autorską imprezą dyrektora artystycznego o nieograniczonych uprawnieniach?

Wypróbowano już różne opcje i nikt (chyba) nie twierdzi, że obecna formuła zostanie na zawsze. Zdumiewa mnie co innego. Minister kultury zamiast skorzystać z okazji do przedstawienia własnego pomysłu na festiwal (chętnie poznamy!), strzelił bezproduktywnego focha. Kolejnego już w swoim bogatym dorobku.

Czy chce zostać zapamiętany tylko z tego? Jak na razie, jedynym jego osiągnięciem jest to, że udało mu się wepchnąć do kadru w fotorelacjach z otwarcia nowego odcinka A1 (z którym jego rząd nie miał nic wspólnego; otwarcia pisowskich dróg, jak Bóg da, zaczną się w 2019).

Niedługo będziemy pisali podsumowania roku rządów PiS. Niektórym resortom sporo się udało zmienić. Nie mówię, że „dobrze”, nie mówię, że „źle” - mówię, że sporo.

Jak będzie wyglądać podsumowanie roku działalności ministra Glińskiego? Przeciął kilka wstęg, zajął kilka stanowisk, ogłosił kilka pustych obietnic.

I to by było na tyle.

wtorek, 16 sierpnia 2016
Notka o polityce

Z komentarzy pod notką rocznicową wynika, że jednak najbardziej to wszyscy chcą, żebym pisał o polityce. Przypominam jednak, że brzydzę się polityką rozumianą tak, jak ją rozumieją serwisy typu „300 polityka”, więc proszę po mnie nie oczekiwać „dziennikarstwa opinii”. Macie od cholery innych miejsc w internecie na dyskusje typu „Schetyna to, Petru tamto”.

Wolę politykę na poziomie idei. Chyba nigdy tu nie pisałem o swoim światopoglądzie w konwencji cyklu „Szukając Absolutu (może być Finlandia)”, w którym wyrażałem swoje filozoficzne poglądy epistemologiczne, etyczne, eschatologiczne i antropologiczne. No to politykę walnę, w swoim ulubionym ujęciu historycznym.

Nowożytna politologia zaczyna się od „Lewiatana” Hobbesa. Autor, filozof i matematyk, będący świadkiem wojny domowej w Anglii, doszedł do oczywistego wniosku, że wojny domowe to zły czas dla filozofów, matematyków i właściwie wszystkich grup zawodowych, z wyjątkiem żołnierzy i bandytów (podczas wojny domowej nieodróżnialnych).

Uznał, że najlepszą alternatywą jest państwo potężne jak tytułowy biblijny potwór. Trzymając wszystkich za mordę, będzie nas przynajmniej chronić przed jeszcze gorszym losem, jakim jest permanentna wojna każdego z każdym.

Jeśli ruszymy choć jedną cegiełkę w strukturze społecznej, ryzykujemy, że wszytko się zawali. Dlatego każdy, kto chce coś zmienić, jest nieodpowiedzialnym szaleńcem, a w dodatku działa bezprawnie, bo ład społeczny zrodził się z przymierza, które lud zawarł ze swoim Suwerenem - tego przymierza nikt już potem nie ma moralnego prawa modyfikować.

Szczególnymi szaleńcami są ci, którzy chwalą wolność jednostki. Bo gdy jednostka uzyska wolność, będzie robić to, co chce robić najbardziej: krzywdzić bliźniego swego.

„Lewiatanem” Hobbes zapoczątkował nowożytną, świecką politologię. Przedtem autorzy piszący na ten temat albo odwoływali się do starożytnych, albo do teologii, albo do jakiejś mikstury. Hobbes używał argumentów rozumowych.

Wielu ludzi od razu odrzuciło jego rozumowanie (podpadł obu stronom wojny domowej, nie tylko republikanom - przeciwko którym kierował „Lewiatana”). Trudniej było znaleźć kontrargumentację równie mocną, jak logiczny wywód „Lewiatana”.

W następnym stuleciu udało się to filozofom szkockiego Oświecenia, którzy stworzyli filozofię liberalną (w odróżnieniu od konserwatyzmu, rozwijanego przez zwolenników Hobbesa). Adam Smith w „Teorii uczuć moralnych” napisał, że społeczeństwo wolnych jednostek nie musi popaść w hobbesowską „wojnę każdego z każdym”.

Wszyscy mamy naturalne uczucie do empatii (Smith nie używał tego słowa, bo wynaleziono je po stu latach, ale o to mu chodziło). Wolne jednostki nie potrzebują więc żadnego Lewiatana, żeby działać na rzecz wspólnego pożytku - empatia kieruje nimi niczym niewidzialna ręka.

Pewnie znacie cytat o „niewidzialnej ręce rynku”. Problem z nim jest taki, że to cytat z Balcerowicza albo Gwiazdowskiego, ale z pewnością nie jest cytatem ze Smitha.

On nigdy nie wyjaśnił, czyja jest ta ręka.Tak naprawdę uważał, że to ręka Opatrzności (tutaj szerzej to wyjaśniam), bo jak wielu filozofów swojej epoki, uważał wprawdzie osobowego Boga za coś w rodzaju „zbędnej hipotezy”, ale wierzył, że Bóg stworzył nas tak, żebyśmy sami z siebie dążyli do wolności i dobrobytu.

W Stanach liberalizm w ten sposób w prostej linii doszedł do dzisiejszego liberalizmu, będącego odpowiednikiem europejskiej lewicy. Po prostu empatią i emancypacją obejmowano kolejne grupy, przez „jacksonowską demokrację”, trzynastą poprawkę, dziewiętnastą poprawkę, New Deal i Freedom Summer aż po Lawrence vs.Texas.

W Europie to było bardziej skomplikowane, bo u nas to szło zygzakiem. W ciągu pół wieku przewalili się Robespierre, Napoleon, Fryderyk Wilhelm i Earl Grey.

Te zygzaki sprawiły, że z większą subtelnością patrzyliśmy na problem wolności jednostki. W Nadrenii, która zdążyła doświadczyć dwóch despotyzmów - wolnościowego (Napoleon) i konserwatywnego (Fryderyk Wilhelm), grupa przedsiębiorców powierzyła w 1842 pewnemu młodemu liberałowi redagowanie liberalnego czasopisma, „Rheinische Zeitung”.

Ten zauważył, że zasadniczy spór w społeczeństwie nie biegnie między zwolennikami i przeciwnikami wolności, ale między posiadaczami środków produkcji i całą resztą, która musi na tych posiadaczy zapierdzielać. Posiadacze ci tworzą różne ideologie, by ten miły ich kieszeniom stan usprawiedliwiać - arystokraci tworzą konserwatyzm, burżuazja liberalizm, ale oba sprowadzają się do tego samego przesłania dla mas: harujcie i morda w kubeł.

Liberał ów spopularyzował słowo „socjalizm”, którym dotąd posługiwały się głównie quasi-mistyczne sekty (w których działał m.in. Adam Mickiewicz). Oba ruchy ostatecznie oddzieliły się od siebie w 1848: w lutym liberałowie i socjaliści tworzyli wspólny, rewolucyjny rząd w Paryżu, w czerwcu już do siebie strzelali.

Jestem marksistą, bo też uważam, że nie ma ważniejszego konfliktu od konfliktu praca/kapitał. Z zasady jestem po stronie pracowników, nawet jeśli dany właściciel środków produkcji - Stoczni Gdańskiej w 1980 czy wegańskiej burgerowni w 2016 - będzie udawać, że ma coś wspólnego z lewicą.

Jednocześnie jestem jednak socjalistą demokratycznym. Rozumiem argumenty Smitha, a nawet Hobbesa. Wolę pokojowe dogadywanie się od rewolucji czy wojen domowych.

Jestem tyleż pod wpływem Marksa, co amerykańskich liberałów, których książki w dużym stopniu ukształtowały mój światopogląd. No to tyle Absolutu na dzisiaj, cheers.

środa, 03 sierpnia 2016
Nieudany pucz na Woronicza

Nieudany pucz na Woronicza sprawił, że jednak odzyskałem odrobinę optymizmu. Może będzie tak jak 10 lat temu - rozwalą się od wewnętrznych tarć?

Nie ma sensu doszukiwać się różnic ideowych między frakcjami „Gapola” i „Wpotylice”. To raczej konflikt o stołki, bo kto kontroluje stołki, ten kontroluje dostęp do koryta. Ale przecież o koryto walczy się prawdziwie zażarcie (babum-pss).

Jak tu już parokrotnie pisałem, kibicuję opozycji, ale dręczy mnie melancholia kibica lokalnego klubu ligi okręgowej. Ani Schetyna, ani Petru, ani tym bardziej Kijowski bramek w tym meczu raczej nie strzelą.

Wszelkie nadzieje wiążę z samobójami PiS. I na szczęście ta drużyna słynie ze skłonności do nich. To aż dziwne, że tak długo wytrzymali jako pozorny monolit - prawie rok! ho ho! uczą się!

Dżouk w tym, że te wszystkie konsultacje społeczne, transparentność podejmowania decyzji, niezależność sądu konstytucyjnego i inne drobiazgi, pogardliwie odrzucane przez PiS jako zbędne komplikacje w sprawowaniu władzy przez Suwerena, mają też wymiar praktyczny. Chronią przed bublami legislacyjnymi.

Chronią oczywiście tylko w takim sensie, w jakim parasol chroni przed deszczem. Żaden parasol nie gwarantuje, że na jego użytkownika nie spadnie podczas ulewy żadna, najdrobniejsza kropelka.

Gwarancja jest za to na coś odwrotnego. Że bez parasola przemoknie do suchej nitki.
Bardzo proszę więc o odpuszczenie sobie argumentów typu „za PO też się zdarzały buble” albo „PO też często olewało konsultacje”. Sprowadzanie parlamentu do maszynki do głosowania, a prezydenta do maszynki do podpisywania i przepychanie ustaw w nocnym maratonie bez debaty, to specjalność obecnej ekipy.

Zwolennicy PiS chwalą to jako przykład sprawnego zarządzania. Ale czym się to kończy, to właśnie zobaczyliśmy.

Żeby ominąć (zbajpasować) kompetencje krajowej rady RiTV, na chybcika stworzono nową instytucję, „Radę Mediów Narodowych” o niejasnych kompetencjach i niedookreślonym przeznaczeniu. Rzeczywistym przeznaczeniem było oczywiście wcielanie woli Suwerena, czyli Prezessimusa.

Skończyło się gigantyczną kompromitacją. Dawno już wiadomości ze świata polityki nie wywołały u mnie tak szerokiego uśmiechu!

I nie chodzi o to, że jestem za Kurskim, a przeciw Czabańskiemu (albo odwrotnie). Dla mnie to jak „Alien versus Predator” a rebours - whoever loses, we win.

Takie sytuacje będą się mnożyć, bo wbrew prostackiemu urokowi wizji centralizacji władzy jako sposobu na uniknięcie bałaganu, życie pokazuje, że jest odwrotnie. Kiedy o wszystkim decyduje SMS z Nowogrodzkiej, zaczynają się walki buldogów pod dywanem o prawo do wysyłania i interpretowania tych esemesów, esemesy z wtorku odwołują te z poniedziałku, a te popołudniowe te przedpołudniowe.

Zaczyna się! Ja nastawiam popcorn...


poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Dziesięć lat wsród kurdli i ośmiołów

Pierwszy sierpnia to dla mnie osobista rocznica (jeśli ktoś chce poznać mój lewacki punkt widzenia na Powstanie Warszawskie, oto link do starej notki; nie będę się powtarzać). Dziesięć lat temu zacząłem blogować, pozwolę sobie więc dzisiaj na odrobinę nostalgii.

To była ta zupełnie pierwsza notka - wyjaśniająca, dlaczego chcę mieć zielono na czarnym. Wszystko to już jest deczko nieaktualne, wersja mobilna i tzw. „nowy blox” i tak olewają kustomowe ustawienia.

Usilne ich lansowanie przez Agorę sugeruje, że - in the immortal words of Colargol - już najwyższy czas opuścić ten las. Blogi umierają, wszystko przechwyciły Twitter z Fejsem.

Myślałem nawet, że dziesiąta rocznica będzie fajnym momentem na Pożegnanie z Czytelnikami. Ale blogów się tak raczej nie zamyka. Po prostu człowiek w pewnym momencie odkrywa, jak parę lat temu zrobił to pewien wybitny szczeciński prozaik, że już mu się nie chce...

EDIT: holi muddafakkin krap, blog MRW się poruszył 10 dni temu! It's alive!

No więc jednak jeszcze nie dziś. Sorki. Acz dużo tu zależy od tego, ile czego mi się będzie chcieć w nadchodzących miesiącach.

Zdecydowałem się na blogowanie za poprzedniego Kaczyńskiego. Czułem się wtedy równie bezsilny, jak dziś. To mnie motywowało: „przynajmniej ich na blogu obśmieję!”.

Wtedy również prawica była potęgą w Internecie, zwłaszcza na forach i blogach Agory. Najstarsi komcionauci pamiętają te obawy, że kiedyś mojego bloga w końcu odkryją Galba i Kataryna i się tu zalęgną w komentarzach.

Też się tego bałem, więc nieustannie czuwałem z plonkownicą. I zgrabny kopenwdupen, którym ich oboje stąd wykatapultowałem, do dzisiaj uważam za jeden z najfajniejszych momentów z dziejów bloga.

Poza tym - pojadę banałem - strasznie dużo się wydarzyło w moim życiu. Kiedy zaczynałem, miałem jedną rozgrzebaną książkę i właściwie już od pierwszej notki najbardziej nie mogłem się doczekać tej najważniejszej (wtedy dla mnie), która okazała się mieć tylko jedno zdanie!

Tysiąc lat później nie byłbym w stanie tak z marszu powiedzieć, ile tych książek już napisałem. To ciągle jeszcze (chyba) da się policzyć na palcach, ale musiałbym liczyć. Plus zapytać, czy liczą się akcje typu Book Rage.

Najbardziej w tych książkach żal mi Błędu Życiowego, za sprawą którego z Dobrze Się Zapowiadającego Autora Książek Podrożniczych przekwalifikowałem się na autora kolejnych tomów z serii „Zagrzebany w kwerendzie”. Nawet jak dostałem zamówienie na powieść, to jak ostatni idiota wymyśliłem se pomysł wymagający intensywnego riserczu.

Dziesięć lat temu czułem się może nie aż od razu młody, ale przynajmniej spoglądałem w przyszłość z optymizmem. Wydawało mi się, że najciekawsze jeszcze przede mną.

Przez te dziesięć lat faktycznie dużo się wydarzyło. W życiu bym na przykład w 2006 nie przewidział, że w 2012 zostanę działaczem związkowym Acz to jest mniej ekscytujące, niż sobie wyobrażacie: polega głównie na pisaniu pism typu „zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia...”. A największe sukcesy to wyszarpanie paru tysięcy dla paruset osób oraz paru stów dla paru tysięcy osób.

O tym, co mnie czeka przez następne 10 lat, myślę już wyłącznie ze strachem. Zero nadziei. Lepiej już było.

I ten osobisty, egzystencjalny pesymizm przekłada się na moje postrzeganie spraw publicznych. W 2006 wszystko było takie proste - Unia jako najwspanialsze imperium w dziejach Europy, NATO jako sojusz, któremu nikt nie podskoczy!

Niech Cthulhu ma nas w swojej opiece wobec tego, co mi i Wam szykują nadchodzące lata.

środa, 13 lipca 2016
Brexitowe postapo

Brexit się być może źle skończy dla nas wszystkich - ale na pewno źle się skończy dla Brytyjczyków. Mają słabą pozycję w negocjacjach warunków wyjścia, im bardziej zależy na dostępie do naszego rynku, niż reszcie Europy - więc słono zabulą za nieodpowiedzialność chłopaczków z dobrych szkół przyzwyczajonych do bezkarności od małego, bo nigdy nie mieli takich problemów, jakich nie rozwiązałby portfel tatusia.

Przyszłość Wysp widzę czarno. Popkultura na szczęście zostawiła nam wiele dystopijnych wizji wysp brytyjskich; poświęcam im więc niniejszy ranking od czapy.

„Ludzkie dzieci” Cuarona są de best of de best. Londyn, 2027. Ludzkość dotknęła tajemnicza choroba, za sprawą której przestały się rodzić dzieci.

Spowodowało to globalny krach gospodarczy, bo aż trudno wyliczyć, ile pekabu zawdzięczamy tylko temu, że bierzemy pod uwagę przyszłe pokolenia. W takim scenariuszu np. nieruchomości od razu lecą na pysk; a więc także deweloperka, a więc także banki, itd.

Wielka Brytania próbuje zachować resztki normalności poprzez „splendid isolation”. Uchodźcy jednak próbują się przedstać ze zniszczonej przez wojnę Europy. Zamykani są w obozach i traktowani jak zwierzęta.

W tym piekle pojawia się nadzieja - w postaci ciężarnej kobiety. Ale że ona sama jest uchodźcą, Brytyjczycy ją prędzej zabiją niż uratują ludzkość...

Bardzo to wyszło prorocze. A kręcono w prawdziwym Londynie, który tylko troszeczkę dobrudzono i dotrzecioświatowano!

Oczywiście, nie byłoby „Ludzkich dzieci” bez matki wszystkich londyńskich dystopii: „Mechanicznej pomarańczy”. Do dzisiaj o pewnego rodzaju architekturze mówię z przekąsem „Municipal Flat Block 18A, Linear North” - tam mieszka upiorny główny bohater filmu.

Zgadzam się z krytykami, którzy zarzucali Kubrickowi, że zdradził go jego własny talent. Zrobił film wybitny, ale niemoralny. Więcej współczucia okazuje Aleksowi niż jego ofiarom.

Z tymi wszystkimi zastrzeżeniami: jako dystopijna wizja przyszłości film nic nie stracił na wartości. Niestety zresztą.

Widać tam karykaturę brytyjskiej lewicy i prawicy. Obie mają w gruncie rzeczy gdzieś ludzi takich jak Alex, traktują go jako kartę przetargową w swoich przepychankach.

Widać też coś, co teraz pewnie tam wróci - skutki brytyjskiej doktryny suwerenności parlamentarnej, zgodnie z którą każda ustawa jest z definicji zgodna z prawem. Tak nie jest w USA, tak nie jest w (większości) krajów europejskich i tak nie jest przede wszystkim w Unii jako takiej.

Lata doświadczeń pokazały nam, że demokracja bez równowagi władz i sądownictwa konstytucyjnego niezależnego od parlamentarnej większości, może się zmienić w coś tak strasznego, jak w „Mechanicznej pomarańczy” (w której formalnie nadal odbywają się wybory). Po Brexicie znów nic nie będzie ograniczać suwerena...

I znów: bez „Pomarańczy” nie byłoby „Szpitala Britania”, satyry na początki thatcheryzmu. Podobno film był taką porażką kasową, że zniszczył karierę Lindsaya Andersona. No coż, mam dziwny gust, ale akurat lubię go NAJBARDZIEJ z całej jego trylogii o McDowellu.
We wszystkich tych filmach podoba mi się w nim zderzenie tej całej anachronicznej „brytyjskości” (o której mówiła niedawno w Dużym Formacie pewna wkurzająca damuleńka z klasy wyższej), z wyzwaniami nowoczesnej cywilizacji.

Tu sztuczna inteligencja, tam kurs dygania przed królową matką. Śpiewają „Auld Lang Syne” i odpalają supernowoczesne metody policyjnej opresji - coś jakby Stasi śpiewało „Odę do Radości”.

To będzie teraz bardzo nieprzyjemny kraj. Trzymam kciuki za Szkotów w zjednoczonej Europie!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86