Ekskursje w dyskursie
wtorek, 15 stycznia 2019
Nienawiść (duet)

Pytanie „kto zatruł polski dyskurs nienawiścią” wydaje mi się tyleż jałowe, co niebezpieczne społecznie. Takie pytania prowadzą nas do tradycyjnego bałkańskiego „nie mam nic do Chorwatów, ale chcę pomścić dziadka, zamęczonego przez ustaszów”, a więc dawaj, generujmy kolejne powody do zemsty.

Moim zdaniem, nikt nie zaczął, bo nienawiść jest w polityce stałym elementem. Oś nienawiści „PiS” / „Antypis” narastała w pierwszej dekadzie XXI wieku równolegle do zaniku osi nienawiści „postkomuna” / „postsolidarność”.

Ta druga osłabła tak bardzo, że nagle osoby związane z SLD są teraz mile widziane w mediach pisowskich. I w ogóle Czarzasty zdaje się już przeszkadzać już tylko garstce lewaków.

Gdyby w 2010 ktoś powiedział braciom Karnowskim, że zaprawdę powiadam, nie przeminie jeszcze ta dekada, a Aleksandra Jakubowska będzie u was stałą felietonistką, to by się zapluli w oburzeniu, że potwarz, oszczerstwo, ostateczne przekroczenie wszelkich granic. „Nasza mocna odpowiedź!” (etc.).

Mam czytelników, którzy nie pamiętają lat 90. z racji przywileju późnego urodzenia. Mogą się dziwować, „a za co można było nienawidzieć obozu postolidarnościowego”.

Otóż przede wszystkim za Balcerowicza. Jak już parę razy pisałem, w 1991 uczestniczyłem jako wolontariusz w przegranej kampanii Piotra Ikonowicza w Radomiu, łaziłem od mieszkania do mieszkania i nasłuchałem się wielu ludzkich tragedii.

Ci ludzie nienawidzili (a) obozu politycznego, który obwiniali o swoją kondycję (b) mediów i autorytetów, które ich obrażały, mówiąc im, że sami są sobie winni, bo są „homosowietikusami” lubo też „roszczeniowo-populistycznym elementem antyreformatorskim”.

Rozumiałem ich nienawiść. Rozumiałem też jej drugą składową, związaną z zaniepokojeniem rosnącymi świeckimi wpływami kościoła. W latach 90. tylko postkomuniści od czasu do czasu wyrażali sprzeciw.

Nieśmiało, na pół gwizdka (stąd niestety konkordat!) - ale tylko oni. Dlatego aż do 2011 jeśli głosowałem, to na lewicę, co w praktyce niemal zawsze oznaczało postkomunistów.

W latach 90. wiele było takich dni, że jak człowiek szedł spać, to nie wiedział w jakim ustroju się obudzi. Tym bardziej, że demokracja była młoda, a większość dekady przejechaliśmy na prowizorium konstytucyjnym.

Dziś w wielu sprawach możemy się odwołać do doświadczzenia. Wtedy nie było wiadomo co będzie, gdy prezydent i premier będą z wrogich obozów, albo gdy upadnie rząd, albo gdy prezydent spotka się z generałami celem namawiania ich do wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi (Lech Wałęsa, 29 września 1994).

Podczas wyborów w 1995 prezydencki minister Andrzej Milczanowski oskarżył premiera Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Zarzuty okazały się bzdurą, ale dopiero po wyborach.

Mimo tego brudnego chwytu, Kwaśniewski jednak wygrał. Obóz solidarnościowy probował to zablokować w sądzie pod błahym pretekstem, że Kwaśniewski przypisał sobie wykształcenie wyższe, choć nie obronił dyplomu.

Przez kilka strasznych tygodni nie wiedzieliśmy, czy premier jest rosyjskim szpiegiem i kto wygrał wybory. Cud, że wtedy nikt nie zginął, bo poziom nienawiści był podobny.

Potem solidaruchy jeszcze podkręciły bębenek, gdy w 1997 Tomasz Wołek opublikował serię tekstów Jacka Łęskiego i Rafała Kasprowa, oskarżających o agenturalność Kwaśniewskiego (też bezpodstawnie). Teraz Wołek i Łęski są, zdaje się, po przeciwnych biegunach osi nienawiści, wtedy byli w jednym.

Ja to zawsze oglądam z pozycji rozbitka, co to nigdzie nie jest „u siebie”, bo najbardziej to bym chciał głosować na lewicę nordycką. SLD i PO to dla mnie tylko mniejsze zło.

Nienawiść w polityce jest jak bieguny magnetyczne. Nie można pokroić magnesu tak, żeby mieć tylko jeden biegun - dostaniemy dwa magnesy, oba z północnym i południowym.

Oś nienawiści komuchy/solidaruchy wygasła razem z komuchami. Wtedy solidaruchy podzieliły się na Pis i Antypis.

Jeśli jeden z tych obozów wygra tę walkę - natychmiast sam się podzieli na dwa zwalczające się obozy. PiS to od dawna kilka wrogich obozów, które scala tylko osoba Prezessimusa, a w Antypisie już ruszyła walka Team Biedroń vs Team Schetyna.

I tak w polityce było zawsze. Brytyjską politykę dzieli oś labour/torysi, kiedyś wigowie/torysi. Amerykańską dziś Trump/Clinton, kiedyś Jefferson/Hamilton.

I to nie jest tak, że kiedyś się łagodniej kłócili. Obóz Jeffersona zarzucał obozowi Hamiltona szpiegowanie na rzecz Wielkiej Brytanii, a tamci się rewanżowali oskarżeniem o agenturalność francuską. Zaowocowało to słynnym pojedynkiem, w którym trzeci wiceprezydent USA zastrzelił pierwszego sekretarza skarbu USA (jest o tym musical).

Czy coś możemy zrobić, jako ludzie pióra? Ja mam ciągle tę samą poradę: to naturalne, że się dzielimy na obozy polityczne i „ci drudzy” będą dla nas: głupkami, chamami, nieogarami itd. (w parlamencie II Rzeczpospolitej nie takie słowa fruwały; a co się działo w I Rzeczpospolitej, polecam poczytać Paska).

Nikomu jednak nie wolno życzyć śmierci ani cieszyć się z niej. Osobiście zawsze wycinam takie komentarze u siebie (a bywały, np. po Smoleńsku).

Jeśli od „głupców” chcemy przejść do zarzutów pachnących prokuratorem (złodzieje, szpiedzy, zdrajcy itd.), powinniśmy to robić wyłącznie na podstawie solidnych dowodów i pod adresem konkretnych osób (a nie: całego obozu). Niby drobiazg, ale już u nas w Antypisie widziałem sporo publicystyki, nazywającej np. PiS „organizacją przestępczą”.

Bóg (a raczej Zuckerberg) mi świadkiem, że protestuję przeciw takim wypowiedziom. Zwalczam też krążące w Antypisie pomysły powoływania „trybunałów obywatelskich”, które miałyby na pisowcach przeprowadzić samosąd, bo „Trybunał Stanu (...) jest ciałem de facto martwym” (jak argumentował prof. Sadurski w swoim nieśmiesznym żarcie).

Otóż nawet jeśli złota rybka Antypisu spełni nam trzy życzenia: dymisja prezydenta, dymisja rządu i samorozwiązanie PiSu, i tak będziemy musieli żyć z trzydziestoma paroma procentami rodaków, którzy mają pisowskie poglądy. Ich głosy zagospodaruje jakiś PiS-bis - i wrócimy do punktu wyjścia.

Różni poeci pisali o nienawiści. Jak wiecie - lubię rockową poezję. A konkretnie piosenkę „Hatred (A Duet)” zespołu The Kinks, z której sobie zrobię puentę:

Hate's the only thing we have in common
There's no escape, we'll always be this way
So we might as well just learn to live together
'Cause we're gonna be this way till our dying day


Trzymajcie się ciepło, wszyscy (hejterzy też; że im wytnę komentarze to nie znaczy, że im źle życzę).

środa, 09 stycznia 2019
W eurowyborach zagłosuję na...

To będzie blogonotka o polityce, ten temat przyciąga debiutantów zamieszczających tu swój pierwszy komentarz (przynajmniej pierwszy pod daną ksywką), więc tradycyjny caveat. Przed debiutem warto pośledzić poprzednie dyskusje i liczyć z tym, że komentarze niespełniające pewnych określanych przeze mnie norm, wylatują.

Tu w szczególności wylatywać będą te, w których komentator będzie się powoływał na mitycznego „dhonta” (bonus za błędną pisownię), jeśli wyczuję, że nie umie matematycznie zdefiniować tej metody. Generalnie nie pisz (don’t!) „d’Hondt”, jeśli nie umiałbyś odróżnić tej ordynacji od konkurencyjnej Sainte-Lague na podstawie samego opisu metody.

By dalej nie przedłużać, przejdźmy do meritum. Ogłoszenie przez lewicę społeczną wspólnego startu w eurowyborach rozwiązuje wszystkie moje rozterki.

Już mnie nie interesuje, co Biedroń w lutym, a co Czarzasty, a co Schetyna z Nowacką. Głosuję zgodnie ze swoim światopoglądem: na podniesienie podatków tłustym misiom, radykalną laicyzację, wtrącanie się państwa w gospodarkę, rozdawnictwo socjalne, populizm i roszczeniowe związki zawodowe.

Jeśli partia Biedronia dołączy do tej listy, to super. Jeśli Czarzasty zadeklaruje chęć, to trochę mniej super, acz mógłbym zagłosować na koalicję, w której SLD nie będzie głównym rozgrywającym, tylko jednym z wielu podmiotów.

Ale to wszystko nie ma znaczenia. Biedroń nie dołączy, a dla SLD naturalną opcją będzie dołączenie do Zjednoczonej Opozycji. Błogosławieństwo na drogę [machu-machu rąsią].

A teraz kilka odpowiedzi na przewidywalne komentarze:

Czy nie chcę obalenia rządu PiS? Chcę, ale to i tak nie nastąpi w eurowyborach. Nawet jeśli PiS przerżnie w nich koncertowo, rządzić będzie co najmniej do parlamentarnych.

Oczywiście, porażka w eurowyborach osłabi ich morale przed decydującą rozgrywką, tylko że to będzie tak jak w wyborach samorządowych. Wszystkie partie powiedzą, że odniosły sukces w eurowyborach.

PiS samorządowe teoretycznie też wygrał, a jednak nie było widać radości na ich konwencji. Teraz będzie zapewne podobnie.

Czy nie boję się Zmarnowania Głosu? Nie, bo głos to nie jest cenna inwestycja, która ma przynieść dywidendy. Realnie od pojedynczego wyborcy niewiele zależy.

To udział w rytuale, obrzędy religijne dla zwolenników demokracji. Kościoły żyją dzięki temu, że mają masy wiernych, ale nie zauważają dojścia czy odejścia pojedynczego wiernego. Odejdź, zostań, dołącz kierując się głosem serca, ale nie rób sobie złudzeń, że od tego zależy przetrwanie danego wyznania (o ile nie jesteś, powiedzmy, Medyceuszem).

Jest jeden gwarantowany sposób na zmarnowanie głosu. To głosowanie przeciwko własnemu światopoglądowi. Nie zamierzam tego robić.

A co najważniejsze, eurowybory mają najniższą frekwencję (24% w 2014 wobec 51% w parlamentarnych z 2015). Niska mobilizacja działa na niekorzyść partii rządzącej i na korzyść partii dziwnych, offowych, radykalnych - w eurowyborach łatwiej przekroczyć 5%.

Pojawiające się tu i ówdzie apele o jedność opozycji obrażają mnie jako wyborcę. Że sympatyzuję z partią Razem, to nie znaczy, że Zandberg z Zawiszą mogą mnie przehandlować niczym dziewiętnastowieczny obszarnik, sprzedający wieś z „duszami”.

Nie zamierzam być przedmiotem transakcji typu „my wnosimy trzy procent, wy siedem procent, dzielimy się tak”. To mnie obraża. Traktowanie tak mojego głosu to najlepszy sposób, żeby go stracić.

Zamiast wyklinać wyborców innych partii, przywódcy Platformy Obywatelskiej powinni popracować nad przedstawieniem wyborcom propozycji wychodzącej poza „żeby znów było jak dawniej”. Na razie tego nie widać, a co gorsza, pojawiają się pomysły typu „Komorowski jako lokomotywa wyborcza”.

Nawet przeciwnicy PiS nie chcą, żeby było jak dawniej. Większości ludzi poprawiła się stopa życiowa w porównaniu z 2015 (będę ciekaw kontr-narracji czytelników, którym się pogorszyła).

Nie twierdzę, że to zasługa PiS - twierdzę, że to nie ma znaczenia. Przeciętny Polak nie wzdycha z nostalgią „ech, żeby znów było za Tuska”. Odczuwają ją, być może, przedstawiciele elit („ech, Zdzisiek był wtedy ministrem, a Czesiek wojewodą...”), ale nie Jan Kowalski, co pokazują liczne sondaże.

Panie i Panowie z Platformy, nie myślcie, jak pognębić Biedronia czy Zandberga. Myślcie, jak odzyskać Kowalskiego. Czego wam życzę w nowym roku.

niedziela, 06 stycznia 2019
Zapaterisación continua!

Nie masz w Rzeczpospolitey mniejszości srodzej prześladowanej niżli rzymscy katolicy. Tę prostą prawdę ponad wszelką wątpliwość wykazały pióra tak znakomite jak Terlikowski, Lisicki czy Pospieszalski. Byłem trochę zaskoczony, gdy swoje trzy grosze postanowił dołożyć do tego Jerzy Sosnowski, który obiegł ostatnio media ze swoją skargą na ateistów, którzy go prześladują za wiarę.

Zarzuty Sosnowskiego są tyleż emocjonalne, co niekonkretne. Nie wiadomo, których konkretnie ateistów ma na myśli (w miarę konkretnie wskazuje tylko Jacka Dehnela).

Czy ma na myśli także mnie? Tego wprost nie mówi, ale odniosłem takie wrażenie.

Najbliżej konkretu Sosnowski jest wtedy, gdy określa jaka forma ateizmu jest dla niego akceptowalna. Otóż może łaskawie dopuścić istnienie „ateistów argumentujących jak Iwan Karamazow”.

To bardzo interesujący wyjątek. Iwan Karamazow jest postacią fikcyjną, wymyśloną przez Dostojewskiego w jednym celu: jego światopogląd ma ulec w finale spektakularnej kompromitacji.

Iwan Karamazow jest dla chrześcijanina wygodnym workiem treningowym. Jego argumentacja jest groteskowo niespójna. Tak naprawdę nawet nie jest ateistą, najsłynniejszy rozdział tej powieści to „Wielki Inkwizytor”, w którym Iwan przedstawia Aloszy swój poemat o Chrystusie (helou?) i spiera się z nim o to, jaki jest Bóg (HELOU?).

Nigdy nie będę „ateistą argumentującym jak Iwan Karamazow”, bo - o ile mi wiadomo - nie jestem postacią literacką napisaną przez mistycyzującego chrześcijanina. Dosyć już tej dostojewszczyzny, użyję metafory odwołującej się do gier komputerowych.

Występują w nich postacie niegrywalne - „non player characters”, swojsko zwane enpecami. Dobrze skonstruowane enpece możemy bardzo lubić, ale ich zadanie jest proste: mamy je albo zabić, czasem uratować, czasem ominąć.

Nie wolno im prowadzić samodzielnej gry. W końcu to nie one płacą.

Człowiek, który się za bardzo przyzwyczaił do grania w fabularne single playery, czasami odczuwa dyskomfort w multiplayerach. Poniekąd sam kimś takim jestem, więc doskonale rozumiem Sosnowskiego.

Jak fajnie jest walczyć z Iwanem Karamazowem! W finale Katarzyna Iwanowna wyrywa mu serce, toż to babality!

Mimowolnie Jerzy Sosnowski pokazał słabość publicystyki katolickiej w Polsce. Od dziesięcioleci grają na cheacie. Papież im dał IDDQD, konkordat im dał IDKFA, przechwycenie mediów daje im NOCLIP.

Ateiści tacy jak Urban, Hartman czy Palikot doskonale się do tego nadawali. Ich głupkowaty ateizm jest samo-deprecjonujący, łatwiej ich ośmieszyć od Karamazowa.

Są jako ten NPC, który chodzi w kółko według algorytmu, więc tak łatwo go zajść od tyłu. Z ateistą takim jak Dehnel to już nie jest takie proste. Nie można zanajfować nooba, w każdym razie, bez obrazy, nie na tym skillu.

Sosnowski ciska te swoje najpotężniejsze bronie, które kiedyś dostał dzięki cheatowi. Odpala „PORÓWNAM WAS WSZYSTKICH DO PRL”. Dodaje combo „I Z TEGO WYCHODZI MI ŻE JESTECIE GORSI OD PRL” (kopipasta verbafuckingatim z jego tekstu: "Komuniści, jak się okazuje, byli lepiej wyedukowani od dzisiejszych nowych ateistów...").

Kastuje spella „Zasługi Kościoła dla Narodu!”. Ładuje działa ekstrapenetracyjną amunicją JP2!

I nic! „Puff” zmokłego kapiszona. Ateiści nie chcą paść na kolana i się rozpłakać na łonie Katarzyny Iwanownej.

Ateista w Polsce z konieczności musiał się stać weteranem multiplejerów. Gdybyśmy się przejmowali tym, że ktoś nas obraża za nasze poglądy - musielibyśmy oszaleć albo wejść w jakiś ketman. I pewnie wielu tak zrobiło.

Kiedyś ogłosiłem na blogu początek zapateryzacji. Młodzież może nie kojarzyć tego pojęcia, chodzi o premiera Hiszpanii z lat 2004-2011, który zerwał ze starymi kompromisami państwo-kościół i zapoczątkował otwartą laicyzację.

Laicyzacja oznacza koniec single playera z cheatem. GAME OVER. To se ne vrati. Deal with this.

Jerzy, witaj w świecie moim, w świecie Jacka Dehnela, w świecie innych moich przyjaciół. Nasz światopogląd obrażany jest codziennie w prime-time, na pierwszych stronach gazet, przez tzw. Autorytety. Przyzwyczailiśmy się, ty też dasz radę, jesteś dużym chłopcem.

Może chciałbyś, żeby nikt nikogo nie obrażał? Świetny pomysł! A gdyby tak, na początek, powstrzymać się przed porównywaniem oponentów do funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu?

niedziela, 30 grudnia 2018
Jazz niepodległości

Skoro kończy się rok stulecia niepodległości, rzutem na taśmę zrobię notkę na bazie artykułu, do którego zacząłem nawet robić risercz, ale ostatecznie go nie dokończyłem. Planowałem go do cyklu o bohaterach niepodległości.

Wśród fenomenów stulecia niepodległości fascynował mnie temat polskiego jazzu. Na którym się nie znam, dlatego w końcu poczułem, że temat mnie przerasta i tekst nie powstał.

Znam się jednak jako-tako na rocku i zaryzykowałbym taką tezę: Polski jazz właściwie od razu po wyjściu z katakumb (1955) ma światowy poziom, w sensie, że od razu „Ptaszyn” gra z Amerykanami jak równy z równymi (w ramach niedokończonego riserczu rozmawiałem o tym z „Ptaszynem”; odpowiedział skromnie, że Amerykanie po prostu byli uprzejmi dla kolegi z biednego kraju).

Nawet jeśli rzeczywiście dostał „punkty za pochodzenie”, to jednak kariery typu Komeda / Dudziak / Urbaniak chyba uzasadniają moją tezę. Próżno w każdym razie szukać analogicznych karier w polskim rocku.

Skąd potęga polskiego jazzu? Znakomita płyta „Noc w wielkim mieście” jazz-bandu Młynarski-Masecki uświadomiła mi, że polski jazz miał wysoki poziom jeszcze przed wojną.

Najstarsza wzmianka o graniu jazzu w Polsce pochodziła z magazynu związku muzyków polskich „Rytm” (1/1922) i miała przeuroczy tytuł „Profanacja sztuki. Przeróbki Chopina przez Jazz-bandę”:

„Kilka dni temu z oburzeniem stwierdzono, jak Jazz-band w Wielkiej Ziemiańskiej wygrywał Fox-trotta, na którego trzy części składają się przeróbki Chopina Fantasie-Improptu cis moll op 66, walc Des dur op 64 nr 1 i marsz Żałobny! Jak to wyglądało przy porykiwaniu trąbek, wyciu gwizdków, warczeniu rozmaitych bębenków, kastanietów, ksylofonów i innych nieodzownych dodatków tej murzyńskiej muzyki, można sobie wyobrazić (...) wypadek powyższy zainteresował zjednoczenie związku muz. pol. i na najbliższym posiedzeniu Rada Głowna przedsięweźmie odpowiednie kroki celem zapobieżenia na przyszłość podobnej profanacji.”

Wielu wirtuozów przedwojennego jazzu było pochodzenia żydowskiego, rok 1939 więc po prostu urwał tę epokę. Potem był stalinizm. Skąd kolejne pokolenie mistrzów po 1955?

Intuicyjnie czułem, że takie umiejętności można przenosić tylko w systemie czeladnik-mistrz. Tę intuicję potwierdził Ptaszyn, który powiedział mi: „nauka improwizowania polega na nauce harmonii, mnie tego nauczył Komeda, Komedę Matuszkiewicz”.

A kto nauczył Matuszkiewicza? W ramach niedokończonego riserczu zadzwoniłem i do niego - odpowiedział, że wszystko co miał do powiedzenia dziennikarzom, już opowiedział i uprzejmie lecz stanowczo zakończył rozmowę.

Paweł Brodowski, redaktor naczelny Jazz Forum - któremu w ramach niedokończonego riserczu zabrałem kawał dnia - podał mi kilka nazwisk „nauczycieli Dudusia”. Byli to przede wszystkim Kazimierz Turewicz i Zbigniew Wróbel, którzy po wojnie grali w krakowskich restauracjach Casanova przy Floriańskiej i Feniks przy Rynku.

Muzycy, którzy przenieśli jazz od przedwojnia do powojnia, byli głównie muzykami knajpianymi. Był to na przykład Karel Nejdely (Charles Bovery), który do Warszawy przeniósł się w 1942. Po wojnie grał w restauracji w ruinach hotelu Europejskiego, wyemigrował w 1958.

Pojawiały się też inne nazwiska - Zbigniew Wróbel, Józef Łysak, Zygmunt Karasiński, Władysław Figiel. Ich losy podczas okupacji były dramatycznie odmienne, niektórzy uprawiali de facto kolaborację, grając w lokalach „nur fur Deutsche” (Nejdely), inni zaś żyli z muzyki weselnej i działali w AK (Figiel).

Poczułem, że to tak fascynujące historie, że nie jestem w stanie tego opisać syntetycznie. Zacząłem tylko fantazjować o powieści/filmie o jazzie knajpianym (1939-1955). Jest taka świetna czteropłytowa składanka „Polish Jazz 1946-1956” (chyba nie ma jej na Youtube?), na której można posłuchać m.in. Bovery’ego właśnie. A więc soundtrack już mamy...

Knajpiany i katakumbowy współegzystowały, bo nawet gdy jazz oficjalnie wyklęto i zakazano (sierpień 1949, zjazd muzyków w Łagowie), grywano go na poły potajemnie w nocnych lokalach i na zabawach studenckich. Witold Skrabalak, którego w swojej lewicowej młodości zdążyłem poznać jako sympatycznego staruszka, zapadł wtedy ludziom w pamięć jako czujny strażnik studenckich potańcówek, interweniujący za każdym razem, gdy orkiestra zagrała niedozwoloną synkopę.

Próbowałem zrozumieć, co mieli w głowach ludzie - często niegłupi - zwalczający jazz z taką zapalczywością. Nie było to proste, bo zazwyczaj teksty potępiające jazz, potępiały także coś innego, w stylu: „[brońmy] kultury przed imperialistami, którzy chcieliby z nas uczynić mięso armatnie, a z kultury pornografię i jazz” (Tadeusz Borowski, 1953).

W marcu 1950 artykuł „Umasowić studenckie zabawy” w tygodniku „Po prostu” uruchomił ciekawą dyskusję. W miarę klarownie sformułowano tam potępienie jazzu: chodzi o to, że tańcząc go, człowiek wykonuje uwłaczające rozumowi i godności ludzkiej ruchy, tak zwane boogie woogie.

To oczywiście prowadziło do pytania: a co gdyby słuchać jazzu bez tańczenia (useless trivia: pierwszy siedzący koncert jazzu w Polsce był w 1929 w filharmonii poznańskiej)? Albo tańczyć innymi krokami? Zadał je w liście do redakcji (opublikowanym w numerze 4/1951) „student politechniki gdańskiej Andrzej Kożuchowski”.

Ideologicznego odporu udzieliło mu wielu autorów, w tym Paweł Beylin (6/1951): „„naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego kol. Kożuchowski odrywa sposób tańczenia od samego utworu tanecznego (...) boogie woogie to jeden ze społecznych przejawów imperialistycznego bandytyzmu i jako taki jest nam wrogi i obcy i powinniśmy go potępiać”.

Kończył swój tekst retorycznymi pytaniami: „Czy może istnieć boogie woogie, które bez wstydu mógłby zatańczyć student Polski Ludowej? Czy może istnieć kapitalista, który dobrowolnie rozda majątek robotnikom i stanie u boku klasy robotniczej?” i ówczesnym zwyczajem na wszelki wypadek odpowiadał: „nie liczyłbym ani na jedno ani na drugie”.

Bo „tańczyć można naprawdę ładnie” - pisał w 1953 Andrzej Mandalian - „a można w konwulsyjnych podrygach, grymasach klasy, która według uwagi pisarza Panfierowa, przyszła z Marsylianką, a odeszła z foxtrotem”. I z tej okazji życzę wszystkim naprawdę ładnego, burżuazyjnego Sylwestra!

środa, 26 grudnia 2018
Którędy na Kraków?

Siodemka na mapie z 1913

Moja autostradowa pasja zaczęła się jakieś dwadzieścia parę lat temu, gdy jako dziennikarz oraz jako rodzic zacząłem w miarę regularnie jeździć po Polsce. Jeździło się wówczas strasznie, co obrosło całą kulturą porad typu „do Wrocławia przez Turek”, która szczęśliwie przechodzi już do historii.

Dla Warszawiaka najważniejszym pytaniem z tej serii od prawie 30 lat było: którędy na Kraków (a więc także Zakopanego itd.).  Początek był prosty, opuszczamy centrum Aleją Krakowską. Ta dowoziła nas do spadku po gierkowskiej modernizacji: potwornie dysfunkcjonalnego skrzyżowania w Jankach, w którym łączyły się trzy dwujezdniowe drogi.

Stał tu drogowskaz - w lewo z napisem „7 - Kraków”, w prawo z napisem „8 - Wrocław”. Kierowca, któremu życie miłe, powinien był jechać na Katowice. Czyli, rzecz jasna, na Wrocław (a: w drodze powrotnej na Warszawę opisaną jako Łódź).

Tu maleńka dygresja: niedoświadczony kierowca często błędnie interpretuje drogowskaz typu „666 Myciska” jako wskazanie najlepszej możliwej drogi do Mycisk. Drogowskaz tymczasem informuje po prostu o tym, że tędy biegnie droga numer 666, a najbliższą dużą miejscowością będą Myciska.

Drogowskazów w sensie „najlepsza droga” nie ma u nas w zasadzie wcale. Pytania typu „dlaczego” i „czy powinno”, to tematy na osobną notkę, jako pragmatyk po prostu informuję, że tak jest.

Stąd paradoksalne obrazki, latające czasem po fejsie, pokazujące rozstaje dróg, na których drogowskazy w obu kierunkach prowadzą do tej samej miejscowości. Albo jeszcze widoczny na warszawskiej obwodnicy ślad po przemalowaniu „Sandomierza” na „Piaseczno”.

Biada temu, kto pojechał zgodnie z drogowskazem. Do Grójca było jako tako - jechało się drogą w standardzie „gierkówkowym” - czyli dwie jezdnie, ale częste kolizyjne skrzyżowania, przejścia dla pieszych, obszary zabudowane i czerwone światła. Za Grójcem zaczynało się 300 km tragedii.

Siódemka, tak jak większość polskich dróg krajowych jeszcze w roku 2000, miała przebieg wytyczony w XIX wieku. Niemal w całości widzimy ją na mapie samochodowej Królestwa Polskiego z roku 1913 (za serwisem igrek.amzp.pl).

Jedyną różnicą w stosunku do tej mapy była wschodnia obwodnica Kielc, którą rozgrzebano w czasie wielkiego gierkowskiego zrywu i ukończono w 1984, kosztem mnóstwa posunięć oszczędnościowych. Był to pierwszy zalążek dzisiejszej drogi ekspresowej S7, ale z jedną jezdnią, brakiem poboczy itd.

Lepiej było więc wtedy jechać kombinacją gierkówka + obwodnica GOP + autostrada A4. Ta ostatnia, choć też substandardowa, dawała jednak namiastkę „zachodu” (a kto jechał do Zakopanego, mógł nią Kraków ominąć, aż do zakopianki).

Potem stałem w korkach spowodowanych ruchem wahadłowym z okazji budowy obwodnicy Szydłowca. Potem z radością przywitałem obwodnicę Białobrzegów - bo tamtejszy przedwojenny most był perełką architektury, ale stało się na nim w masakrycznym, stojącym korku.

Z tej okazji miałem swoje pierwsze polskie doświadczenie a la „Route 66” - przydrożny bar Vabank, który bardzo lubiłem, został odcięty od ekspresówki. Dziś tylko uważny pasażer dostrzeże zarastające drzewami ruiny.

Około 2010 ta trasa na tyle się poprawiła, że zrobiła się opłacalna w porównaniu do gierkówki (przechodzącej bolesny proces upgrade do ekspresówki S8). Potem kolejny fragment A1 sprawił, że bardziej się opłacało combo A2/A1/A4 (mimo potężnego nadkładania drogi).

Jednak teraz już mamy niemal nieprzerwany ciąg ekspresówki od Grójca po granicę województwa małopolskiego. Gdzie siódemka dalej biegnie dokładnie według mapy z 1913. Nadal jednak opłaca się teraz jechać tędy, tym bardziej, że ostatni fragment gierkówki czeka teraz bolesny proces upgrade do A1.

Ziemowit Szczerek wydał w 2014 powieść „Siódemka” o kierowcy jadącym z Krakowa do Warszawy, który mija „siedem cudów siódemki”. Teraz minie już tylko pierwsze dwa: mural pod mostem w Krakowie i hotel „Zameczek” w Książu Wielkim.

Pierwszy odpadł hotel „Lord” w Warszawie przy Alei Krakowskiej, bo otwarto obwodnicę Janek wraz z łącznikiem do DK7. Miesiąc temu odpadł Radom.

Warszawski kierowca powinien wyrobić nowy odruch. Teraz w większości przypadków należy unikać Alei Krakowskiej i kierować się na obwodnicę. Tę należy opuścić preclowatym węzłem Opacz, cały czas trzymając się opcji „S7 Kraków”.

To też tymczasowe, bo gdzieś od 2022 będziemy już jechać krótszą drogą, z węzła Warszawa Południe, omijając Tarczyn. Rok później swoje powinni odfedrować od strony Krakowa. I wtedy miniemy już wszystkie szczerkowe „cuda siódemki”, a mapa z 1913 nareszcie stanie się bezużyteczna.

czwartek, 13 grudnia 2018
O co chodzi Unii Europejskiej?

Zgodnie z tradycją blogaska, tytułowe pytanie proponuję rozważać w szerokim kontekście historycznym, w oderwaniu od bieżączki. Pretekst do zadania może być bieżący, kontekst nie.

Tym kontekstem niech będzie dwanaście stuleci prób zaprowadzenia pokoju w Europie. Od czasu Karolingów co kilkadziesiąt lat w rożnych miastach spotykają się dyplomaci i możnowładcy, rysują kreski na mapach i spisują coraz dłuższe traktaty - na prożno.

Z wszystkich tych prób, Unia Europejska jest najbardziej udaną. To jest fakt bezsporny - 61 lat po jej zainicjowaniu traktatem rzymskim (1957), nadal nie było wojny między sygnatariuszami. Czy można to powiedzieć o jakiejkolwiek takiej inicjatywie od czasu traktatu z Verdun (843)?

Tym traktatem spadkobiercy Karola Wielkiego dzielili między siebie imperium, które zaczęło się rozpadać jeszcze za życia jego założyciela. Karol scalił wcześniej istniejące królestwa Neustrii i Austrazji (bardzo lubię ich nazwy, bo brzmią jak coś z fantasy), z których potem przez wiele etapów pośrednich powstaną Francja i Niemcy.

Traktat dzielił imperium między trzech wnuków Karola Wielkiego. Ambitnemu Lotarowi przypadł wąski pasek od dzisiejszego Beneluksu po Włochy. Zgodnie z traktatem, władca tej części (Lotaryngii) z automatu był cesarzem.

Wiadomo, czym się to musiało skończyć - permanentną wojną Neustrii z Austrazją o kontrolę nad Lotaryngią. I w zasadzie tak można podsumować historię Europy Zachodniej do 1945.

Profesja „cesarza rzymskiego” była zawodem podwyższonego ryzyka, bo samo przyjęcie tego tytułu gwarantowało wrogość Bizancjum, Neustrii, Austrazji, papieża, włoskich magnatów, i wuj wie kogo. Ostatnim był nieszczęsny Berengar I, na którym ten tytuł wygasł w 924.

Wznowił go w 962 Otton Wielki, syn Henryka Ptasznika (znanego nam z gry „Return to Castle Wolfenstein”), który prowadził mieszaną politykę wobec Słowian, czasem z nimi wojując, czasem uznając za lenników. Historię Europy Wschodniej można do dzisiaj podsumować jako „Tysiąc lat Hassliebe Słowian i Niemców”.

Tak się zaczęła kolejna idea zjednoczeniowa - cezaropapizmu. Europa Zachodnia teoretycznie stała się rzeczpospolitą chrześcijan, „Res Publica Christiana” - w której wszyscy uznają w sprawach duchowych prymat papieża, a w sprawach politycznych cesarza (elekcyjnego).

W praktyce to nie zadziałało. Papieże ciągle borykali się z antypapieżami, a cesarze z pretendentami.

Ludzie średniowiecza ciągle jednak mieli nadzieję, że uniwersalizm cezaropapieski w końcu jakoś zadziała i zapobiegnie wojnom. Wracała na kolejnych soborach, np. w Konstancji (1414-1418), m.in. za sprawą słynnego udziału Pawła Włodkowica.

Ostatecznie te nadzieje przekreślił trolling tysiąclecia w postaci 95 tez Lutra (1515). Katolicy i protestanci przez pewien czas testowali nowy pomysł na pokój w Europie: wymordowanie tych drugich. Nie udało się, mimo usilnych starań.

Stąd kolejny pomysł: pokoje augsburski (1555) i westfalski (1648), wprowadzające zasady „cuius regio eius religio”. Stawiały dotychczasowy uniwersalizm na głowie (gdy PiS się powołuje na „suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie odwołuje się do ładu westfalskiego).

Zastąpienie światopoglądowej wspólnoty cyniczną grą interesów doprowadziło do tzw. „kadryla dyplomatycznego”. Państwa zrywały i zawiązywały „odwieczne sojusze” z dowolnego powodu, mordując się o byle co.

To się skończyło razem z Napoleonem, pierwszym władcą Neustrii od IX stulecia, który sięgnął po tytuł cesarza. Spróbował zjednoczyć Europę pod hasłem Praw Człowieka i Obywatela. I prawie mu się udało... ale jednak prawie.

Kongres Wiedeński w 1815 ustanowił Święte Przymierze, mające przynieść Europie pokój pod hasłami kontrrewolucji i legitymizmu. Ludzie tego nienawidzili i od 1830 obalali ten system w kolejnych powstaniach i rewolucjach (w tym: w Polsce). Ostatecznie szlag go trafił po Wiośnie Ludów.

Po wojnie francusko-pruskiej wytworzył się system, który przyniósł Europie 40 lat pokoju. Trochę przypominał zimną wojnę. Niemcy, Włochy i Austro-Węgry stworzyły blok militarny, którego przeciwwagą była równie silna Ententa.

To była beczka z prochem, która w końcu eksplodowała. Kończący ją Traktat Wersalski teoretycznie miał przynieść pokój (znów na bazie wspólnych wartości), ale okazał się fatalnie skonstruowany. Kolejna eksplozja była jeszcze gorsza.

Potem nadeszła zimna wojna, znów oparta na równowadze wrogich bloków - ale jednocześnie w 1957 ruszyła inicjatywa pokojowo-zjednoczeniowa, którą dziś pan Adrian hejtuje za zakaz sprzedaży żarówek. Otóż nawet gdyby jego krytyka była słuszna (a nie jest), lepszy zakaz żarówek od wojny.

Unia Europejska ma oficjalną listę 11 „ojców założycieli”. Na tej liście aż 9 pochodzi z królestwa Lotara. To nie jest przypadek.

Idea unijna polega na przekreśleniu westfalskiej suwerenności (tak drogiej Kaczyńskiemu). Po prostu jest aż nadto dowodów, że to nie jest sposób na pokój.

Jest też wiele dowodów na to, że wojny handlowe mogą być równie okrutne i krwawe, jak wojny ideologicze. Brak wojen handlowych wymaga zaś wspólnych regulacji.

Europejskie normy dotyczące żarówek czy bananów mogą szokować pana Adriana, bo to nieuk. Ale podobne normy działały jeszcze w średniowieczu, że przypomnę choćby słynny Reinheitsgebot (czyli normę unifikującą skład piwa w całym cesarstwie).

Z pewnością da się wymyślić coś lepszego od obecnej Unii. Tak jak wielu Ojców Założycieli jestem federalistą: docelowo marzę o Stanach Zjednoczonych Europy.

Moja teza brzmi jednak tak: to najlepsze, co w tej kwestii wymyślono od czasu Pax Romana. Ergo, może nie najlepsze z rozwiązań wymarzonych, ale najlepsze z realnie wypróbowanych.

Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do jego przestawienia - acz debiutantów tradycyjnie namawiam, żeby przedtem przejrzeli inne dyskusje.

sobota, 08 grudnia 2018
Faszyzm z Krzemowej Doliny

Jest taka piosenka, stawiająca jedno z najważniejszych pytań popkultury: „Who put the bop in the bop shoo bop”. Tego się nigdy nie dowiemy, natomiast łatwo odpowiedzieć na pytanie - „kto umieścił krzem w Krzemowej Dolinie”.

Był to William Shockley, który w 1956 założył w Mountain View firmę Shockley Semiconductor. Krzemowa Dolina rozwija się przez podział. Gdyby narysować drzewo genealogiczne firm takich, jak Apple, Motorola, Intel, Facebook czy Google, będą się wszystkie wywodzić z Shockley Semiconductor.

Shockley był jednym z współwynalazców tranzystora - za co dostał Nagrodę Nobla (do podziału z Brattainem i Bardeenem). Zasadniczego wynalazku dokonał w Bell Labs, na drugim końcu kontynentu, w New Jersey.

Firmę założył w pobliżu Palo Alto, bo tam mieszkała jego starzejąca się matka. Gdyby matka zmarła wcześniej, być może Shockley zostałby w New Jersey i zamiast Krzemowej Doliny mielibyśmy Krzemowe Wybrzeże.

Możemy Shockleya spokojnie nazwać Ojcem Założycielem Krzemowej Doliny. Równocześnie jest on jednak - i tu się robi ciekawie - ojcem założycielem alt.right.

Krzemową Dolinę stać na najlepszych pijarowców, wykreowała więc pozytywny image miejsca, w którym spotykają się postępowe geeki. Dlatego gdy wychodzi z nich seksizm, rasizm czy randroidyzm, w mediach lecą komentarze typu „co poszło źle, skąd się to wzięło”.

Skrajnie prawicowe poglądy przyjechały do Krzemowej Doliny razem z krzemem. Są niczym „shoo” dla krzemowego „bop” w harmonijnym „bop shoo bop” Elona Muska i Petera Thiela.

Shockley był związany z ekstremistyczną organizacją Pioneer Fund, założonej w latach 1930. dla sprzeciwiania się Ameryce Nowego Ładu. Jej celem było przywrócenie XIX-wiecznego kapitalizmu, z systemem przywilejów dla najbogatszych białych ludzi i zniewolenia dla całej reszty.

Forsowany przez nich światopogląd streściłbym tak: przywileje bogaczy są zasłużone, bo dorobili się bogactwa dzięki swemu IQ. Biedni powinni uznawać ich władzę we własnym interesie, bo sami spieprzą władzę nawet jak ją dostaną.

Powszechna edukacja nie ma sensu, bo inteligencja jest dziedziczna. Biednych najlepiej sterylizować, dla poprawy gatunku.

A poza tym skoro kobiety są genetycznie głupsze od mężczyzn, a czarni od białych, należy przywrócić XIX-wieczne zasady. Odebrać kobietom prawo głosu, utrzymać dominację białej rasy.

Shockley uważał siebie za geniusza, który zasługuje na bogactwo i przywileje. Rzeczywiście był bardzo zdolnym fizykiem, ale jego kariera wyglądała dziwnie.

Odszedł z Bell Labs, bo się pokłócił ze swoim zespołem. Chciał założyć firmę, która zdominuje światowy rynek półprzewodników.

Znalazł sobie zdolnych młodych podwładnych, ale jego faszystowski styl zarządzania (możecie sobie wyobrazić ten koszmar - szef, który wierzy w ideolo Ayn Rand!) sprawił, że odeszli. Shockley nazwał ich „zdradziecką ósemką”, oni tę nazwę przyjęli z dumą.

To oni - a nie on - założyli wielkie firmy (w tej ósemce był Gordon Moore, ten od „prawa Moore’a”). Biznes Shockleya się bez nich rozsypał.

Jako noblista bez trudu zyskał etat na Stanfordzie. Resztę kariery spędził jako szalony profesor, który przynosi coraz większy wstyd uczelni, ale nie można go zwolnić.

Shockley uważał siebie za geniusza, ale jego kariera pokazuje, że umiejętności społeczne miał poniżej przeciętnego afroamerykańskiego barbera z Oakland. Co to może nie umiałby rozpisać kwantowo ruchu elektronów w półprzewodniku, ale umiał utrzymać lojalnych klientów i pracowników.

Przez wiele lat rekrutacja do Google’a była ukierunkowana na szukanie geniuszy, kandydatom kazano więc rozwiązywać testy i zagadki. Po latach firma, która przykłada Big Data do wszystkiego, przyłożyła to do siebie samej i odkryła, że te testy nie miały sensu. Nie przekładały się na późniejsze osiągnięcia pracownika.

Dziś rekrutacja premiuje umiejętność pracy w zespole. To przecież najważniejszy skill - czy to w korpo, czy na uczelni, czy na boisku.

Duch Williama Shockleya do dziś straszy w mrocznych zakątkach serwerowni w Krzemowej Dolinie. Pamiętajmy więc, że gdy cyberoligarchowie (albo finansowane przez nich NGO’sy) obiecują nam „uczynienie świata lepszym miejscem” - to niekoniecznie oznacza miejsce lepsze dla ludzi takich jak ja czy ty.

Chodzi o „lepsze dla białych miliarderów, przekonanych że im się wszystko po prostu należy”.

środa, 28 listopada 2018
Panna brzydka i kłótliwa

Bycie pisowcem, który próbuje ufać prorządowym mediom, musi być dzisiaj wyjątkowo ciężkie. Przekazy dnia zaczynają sobie przeczyć. Notką chciałbym biednym pisowcom rozwiązać wątpliwości w sprawie pani ambasador i TVN.

Z nasłuchów prawicowych blogowisk zauważyłem, że część pisowców uwierzyła, że TVN swoim reportażem o urodzinach Hitlera dokonał jakiegoś nielegalnego czynu, za który grozi mu gigantyczna kara. To widziałem w wielu komentarzach, często w wersji „w Ameryce by się z tego nie wypłacili”, więc to pewnie musiał być przekaz dnia.

Zamieściłem jeden z takich komentarzy jako ilustrację. Chciałbym kiedyś komuś takiego zajrzeć do głowy i dowiedzieć się, jak on sobie wyobraża prawo.

Kto, w jakim trybie, z jakiego paragrafu miałby zasądzić te „miliardowe odszkodowania”? Karnie, cywilnie, administracyjnie?

W tym komentarzu jest wiele pięter absurdu. Zaczynając od samej góry: ujawnienie istnienia neonazistów w Polsce, to nie jest „szkoda na wizerunku Polski”.

W Stanach, Francji i Niemczech też są neonaziści. Nikt tego nie ukrywa. To ani powód do dumy, ani do hańby.

Wizerunkowi dobrze robi istnienie niezależnych mediów, które neonazistów demaskują. Wizerunek kraju hańbi ich zwalczanie.

Można by TVN wrobić w zarzuty o propagowanie nazizmu - tak jak to próbowała zrobić prokurartura, ale zrezygnowała. To by upadło już w sądzie pierwszej instancji (najdalej na etapie Strasburga). I w żadnym wypadku nie wyszłyby z tego „miliardowe odszkodowania”.

Pisowcy zdają się przyjmować za przekazem dnia, że nie było żadnych urodzin Hitlera, to wszystko prowokacja TVN. Cała ta wersja bazuje wyłącznie na zeznaniach uczestników owych urodzin (którzy mają powody, żeby kłamać - i pełne prawo do tego; przypominam, oskarżony może kłamać, świadek nie).

Nawet jednak jeśli przyjmiemy tę wersję - nadal nie ma podstaw ani do kary, ani do „miliardowych odszkodowań”. Dziennikarze mają prawo do prowokacji dziennikarskich, których celem jest ujawnienie tego, że ktoś byłby skłonny złamać prawo (wziąć łapówkę, przekroczyć uprawnienia, propagować nazizm).

Porządnego człowieka nie da się sprowokować do udziału w urodzinach Hitlera. Porządny człowiek po prostu odmówi (nawet jeśli mu się zaproponuje dwadzieścia tysięcy).

Nawet więc w tej wersji to nadal nie ma sensu. Jeśli połączyć to z tym, że PiS od dawna obiecuje przyjęcie jakiejś ustawy wymierzonej specyficznie w TVN, oburzenie Amerykanów jest zrozumiałe.

Otóż w Ameryce nie można by w takiej sytuacji telewizji wrobić nawet w propagowanie nazizmu (w Ameryce to w ogóle jest legalne). Z punktu widzenia Amerykanina tu nie ma podstaw do jakiejkolwiek kary czy odszkodowania, niezależnie od wersji wydarzeń.

Trump też ma swoje udry z mediami, ale zauważcie, że nie jest na tyle szalony, żeby nasłać na CNN prokuraturę albo zapowiadać ustawę wymierzoną w „failing NYT”. Chyba nawet pisowiec powinien zauważyć pewną istotną różnicę?

A że list pani ambasador jest nieuprzejmy? No cóż, jak słusznie zauważył Bartoszewski, Polska to panna brzydka i bez posagu, więc musi dostosować do tego swoją dyplomację.

Czy się to komu podoba czy nie, taka jest brutalna prawda. „W dyplomacji nie ma sentymentów, są interesy” - sami pisowcy uwielbiają to powtarzać.

Jakie interesy można robić z Polską? Kupić w przedsprzedaży dużą partię tych elektrycznych samochodów, co to kiedyś kiedyś może może wyprodukuje Morawiecki? I może wziąć w pakiecie przyszłoroczną produkcję stoczni szczecińskiej, co to ją Morawiecki rzekomo wznowił stukając młotkiem w jakieś przypadkowe żelastwo?

A może sprzedać nam te korwety albo helikoptery, co to jeszcze Macierewicz storpedował? Obiecywał, że zamiast tego kupimy coś lepszego i tańszego. I co? I jajco, jak zwykle.

Udało wam się dokonać tyle, że teraz Polska jest panną brzydką i bez posagu, ale dodatkowo z opinią kłótliwej awanturnicy, w dodatku stukniętej.

A że odgoniła zalotników z Brukseli, to już jej został tylko ten jeden, przystojniaczek z pomarańczową grzywką na plaster. Nie jest to człowiek lotnego umysłu, ale nawet on wie, co z tego wynika, że ktoś nie ma innego wyjścia. Wykorzysta to teraz na maksa.

Pisowcy, wpakowaliście nas wszystkich w tą sytuację z własnej głupoty. Mądrzy ludzie ostrzegali was od trzech lat, że to się tak skończy. Ale nie, wy woleliście wierzyć, że Trump z prawicy i Kaczyński z prawicy, to się dogadają.

May I ask, po jakiemu?


sobota, 24 listopada 2018
Czaszki, lochy i Neapol

Czaszki

Stanisław Lem wymyślił „Katar” - powieść o turystach, którzy giną w tajemniczych okolicznościach w Neapolu - z nadzieją, że przejedzie się z małżonką na koszt wydawcy. Nie pozwoliło mu na to zdrowie, więc napisał z wyobraźni.

Odbyłem wędrówkę szlakiem alternatywnej powieści, którą Lem by mógł napisać, gdyby zobaczył to miasto. Dla pełni wrażeń wynająłem samochód (zaprawdę: „zobaczyć Neapol i umrzeć” to nic, „przejechać i przeżyć”, to dopiero wyzwanie).

Miasto założyli Grecy, rozbudowali Rzymianie, którzy wytyczyli siatkę ulic dzisiejszego centro storico. Stojące tam dziś budynki mają piwnice pochodzące z czasów antycznych.

Na zdjęciu satelitarnym zobaczycie na przykład w centrum dziwnie kolisty układ ulic (wpisać: San Paolo). Budynki stoją tu na dobrze zachowanym greckim teatrze, który częściowo jest dostępny dla zwiedzających.

Ikoniczny obraz Neapolu, z praniem wiszącym nad wąskimi uliczkami, to renesansowa dzielnica hiszpańska. Do dziś jest niebezpieczna i concierge w hotelu uprzedzi, żeby się tam nie zapuszczać po zmroku.

Dolną krawędź tej dzielnicy wyznacza via Toledo, reprezentacyjny deptak, pełen knajp i butików. Wieczorem turysta czuje się tam dziwnie, bo idzie rozświetloną, gwarną ulicą, ale w bok odchodzą mroczne przecznice.

Czasem na horyzoncie widać światła kolejnej knajpy. Zaryzykować?

Jak daleko można się oddalić od via Toledo? Wyobrażam tu sobie dialog z tym kryminologiem-statystykiem z „Kataru”.

Zafascynowały mnie dwa kościoły, które mogłyby pasować do fabuły. Jeden z nich to Cappella Sansevero.

Książę Sansevero, odpowiedzialny za jej dzisiejszy kształt, był postacią ważną dla włoskiego Oświecenia - masonem, alchemikiem, libertynem i wynalazcą. Podobnie jak - tuszę - większość moich komcionautów, ogólnie identyfikuję się ze spuścizną Oświecenia, ale tego północnego, z Humboldtem, Kantem, Lockiem i Smithem.

Ludzie Oświecenia w Hiszpani i we Włoszech byli tak porypani,  że może i już bym wolał poczciwych jezuitów. Kaplica Sansevero szczyci się czymś w rodzaju rzeźbiarskiego komiksu, w którym pokazana jest masońska mistyczna droga duchowego samodoskonalenia.

Jedna z najsłynniejszych rzeźb to „Il Disinganno” - „Porzucenie złudzeń” (pamiętacie „iluzje i deluzje” pod koniec powieści?).

Postać na tej rzeźbie rzekomo uwalnia się z krępującej ją sieci. Ale miałem wrażenie, że się w te sieci dobrowolnie sama zaplątuje, co przypomina tą scenę, w której główny bohater sam siebie skuwa kajdankami (oraz: metaforę Odyseusza z „Dialektyki Oświecenia”).

Z interpretacji tych rzeźb można ukręcić fabułę a la Dan Brown. I mógłby to zrobić któryś z bohaterów...

Jeszcze większym odkryciem był dla mnie kościół Santa Maria delle Anime del Purgatorio, w pewnym sensie zaprzeczenie tamtego. To siedziba kultu czaszek, oficjalnie zakazanego przez Kościół w 1969, ale nadal uprawianego (to Neapol, tu się nie da tak po prostu „zabronić”).

Kult polega na założeniu, że dusze ludzi, którzy nie mieli poprawnego pochówku, są zawieszone gdzieś między naszym światem a zaświatami. Dlatego mogą nam służyć za pośrednika - zaprzyjaźniona czaszka prędzej wysłucha naszych modlitw, niż jakiś odległy i zapracowany święty, nie mówiąc już o Jezusie.

Na marginesie mody na Ferrante: to bardzo neapolitańska postawa, że nie ma co liczyć na odległą sprawiedliwość sądu czy policji, trzeba znaleźć opiekuna gdzieś blisko.

Formalnie w kościele działa muzeum. Po kupieniu biletu zostajemy wpuszczeni do zakrystii, w której nie ma nic ciekawego. To już lepsze muzeum jest w zakrystii katedry w Lublinie (#polecasie).

Dopiero na naszą wyraźną prośbę, że chcemy zobaczyć podziemia - pani odczepia aksamitną linę, niczym selekcjoner w klubie. I po krętych, kamiennych schodach schodzimy do innego świata.

Lądujemy w katakumbach, w których urządzono zaimprowizowane kapliczki. Niektóre są wyłożone kafelkami, mają własne oświetlenie, świeże kwiaty.

Tu spoczywają czaszki, zaadoptowane przez wyznawców kultu. Są oczyszczone, czasem leżą na aksamitnych poduszkach.

Szczęściary! Piętro niżej w ossuarium leżą porzucone stosy czaszek i kości ofiar zarazy z XVIII wieku (nie można tam zejść, ale można zajrzeć).

Wyznawcy składają czaszkom dowody swojej pielgrzymki (zazwyczaj to po prostu bilety na zbiorkom, czasem na pociąg dalekobieżny), drobne datki i kartki z prośbami. To krępujące, bo te kartki każdy może przeczytać - to prawie jak zaglądanie innym ludziom do ich intymnych myśli.

Największym kultem jest otoczona czaszka Łucji, która według legendy, zmarła jako panna młoda w dniu ślubu. Uważana jest za patronkę młodych par.

Nie wolno tam robić zdjęć. Ukradkiem fotografowałem - ale nic nie wrzucę. Ilustruję zdjęciem przedstawiającym oznakowanie WEJŚCIA do kościoła (i znów: formalnie to tylko jakieś dziecięce bazgroły, nie ma się do czego przyczepić...).

Kartka na samym wierzchu: „CIAO LUCIA. MÓDL SIĘ ZA NAS. POZDRAWIAMY CIĘ DZIŚ WSPÓLNIE (dwa podpisy). Data z wczoraj.

Jak nie rozumiem religii, tak rozumiem lęk młodej pary - czy nam się uda? Mam 50 lat, widziałem wiele rozwodów małżeństw, które początkowo były jak z pocztówki - i trochę okrągłych rocznic par, za które nikt na początku by nie dał trzech groszy.

Życie mówi więc nam tyle, co Chuck Berry w piosence spopularyzowanej przez „Pulp Fiction”: „C'est la vie - said the old folks - it goes to show you never can tell”.

W tych najważniejszych sprawach - czy małżeństwo się uda, czy dziecku się powiedzie w życiu, jesteśmy bezradni jak starożytni. Modlitwa do czaszki będzie równie skuteczna jak porady kołczinogowo-parentingowe.

Wychodząc, możemy od tej samej pani kupić symbole kultu - przypinki i drobną biżuterię z czaszką albo z liczbą „85”.

Dlaczego 85? Bo Neapol, podobnie jak inne włoskie regiony, ma swoją kabałę - smorfia napoletana. Liczby 1-90 mają w niej swoją symbolikę. 85 to czyściec.

Od tego zupełnie odleciałem. To byłby świetny wątek w „Katarze”. Recepcjonista wręczający turyście klucze do pokoju numer 85... denat analizujący swoją datę urodzenia, numer paszportu, numer karty kredytowej, numer wynajętego samochodu by odkryć, że całe jego życie było drogą, która się kończy tu, w czyśću, którym jest pewien pensjonat w Neapolu...

Rzeźby z San Severo też mają numery i można je analizować kabalistycznie. Według kabały, „porzucenie złudzeń” to „hańba”...

Ciekawe, czy Lem by coś z tego wykorzystał. Ale i bez tego „Katar” jest znakomity.

Niech czaszki będą z wami!

wtorek, 20 listopada 2018
Doniczkowe nanoboty Biedronia

Cytat z Broussard

W ekskursyjnym klubie książki kolejna rekomendacja - Meredit Broussard, „Artificial Unintelligence”. Wspominałem o tej książce w gazetowym tekście o Hararim, bowiem Broussard napisała ją specjalnie dla obalenia mitów na temat AI, w które Harari zdaje się wierzyć.

W odróżnieniu od futurologów o wykształceniu humanistycznym, Broussard zajmuje się AI zawodowo. Książka jest bardzo pouczająca, autorka przeprowadza czytelnika przez proste tutorialowe przykłady machine learning (w pythonie).

Wszyscy mamy wdrukowane pewne wyobrażenie sztucznej inteligencji na podstawie SF. Odruchowo je przywołujemy, gdy słyszymy niusy z serii „komputer pokonał arcymistrza”.

Na tej podstawie snujemy fantazje o lepszym świecie, zarządzanym przez Obiektywne Algorytmy. Ale może jednak strasznym, bo sztuczna inteligencja się zbuntuje i wypowie nam wojnę. Sporo tych fantazji u Harariego.

W kręgu specjalistów takie wizje AI określane są ironicznym akronimem GOFAI („Good Old Fashioned...”). To, nad czym się realnie pracuje, to słaba/wąska AI.

GOFAI raczej z tych prac się nie wyłoni, bo to tak jakby rakieta kosmiczna powstała jako uboczny skutek udoskonalania roweru (i to pojazd, i to pojazd...). A nad GOFAI jako takim mało kto dziś pracuje na serio.

Kiedy Harari fantazjuje np. o bezpieczeństwie na drogach, które zapanuje dzięki autonomicznym pojazdom, fantazjuje właśnie o GOFAI. Broussard jest sceptyczna wobec samej idei samochodów bez kierowcy.

Wszyscy słyszeliśmy tę liczbę - że 95% wypadków bierze się z winy człowieka. Przywołuje ją Harari, pojawia się w różnych prezentacjach TED, przeważnie bez źródła (co już powinno wywołać sceptycyzm).

Z tej liczby nic nie wynika: dziś po prostu samochody prowadzą prawie wyłącznie ludzie, a więc formalnie za wszystko odpowiadają. Nawet kiedy Autopilot(TM) Tesli(TM) walnie czołowo w betonową barierę, to błąd denata, że autopilotowi na to pozwolił.

NHTSA wprowadziła klasyfikację samochodowej autonomii od SAE Level 0 po Level 5. Obecnie żaden komercyjnie dostępny samochód nie oferuje nic powyżej SAE Level 2 (wspomaganie kierowcy, który cały czas musi trzymać ręce na kółku).

Tesla de facto oferuje tylko Level 2, ale sugeruje, że to Level 3 (czyli możliwość jazdy na autopilocie). Wprawdzie instrukcja uprzedza użytkowników, żeby nie traktowali funkcji Autopilot (TM) jak autopilota, ale może w takim razie Musk nie powinien jej tak nazywać?

Subaru również oferuje SAE Level 2, ale poza ostrzeżeniami w instrukcji, robi jeszcze jedno: gdy system wykryje, że kierowca puścił kierownicę, system najpierw go napomina brzęczykiem i komunikatem na desce rozdzielczej, a potem wyłącza silnik. Tak powinno być w każdej Tesli.

A „autonomiczne” samochody Google’a? Tak jak pierwsze autonomiczne samochody, demonstrowane prawie sto lat temu (!), są po prostu zdalnie sterowane.

Przy obecnym stanie techniki da się osiągnąć tyle, że ciężarówka przejedzie USA od wybrzeża do wybrzeża. Brzmi imponująco, ale sprowadza się do jazdy jedną autostradą (I-10). Z informatycznego punktu widzenia to prostsze niż przejechanie z Hożej na Ząbkowską.

Nic nie daje podstaw do nadziei na bezbłędne autonomiczne samochody, zmniejszające liczbę wypadków. Jest natomiast wypróbowane i tanie rozwiązanie: transport publiczny.

Taką postawę, w której odrzucamy rozwiązania tanie i wypróbowane na rzecz niepewnych i drogich, ale „nowoczesnych”, Broussard nazywa „technoszowinizmem”. Wcześniej Morozov lansował określenie „solucjonizm”, ale Broussard łączy to z obserwacją - jak na cytacie na zdjęciu - że łączy ich wspólna orientacja etno-socjo-ideolo-genderowa.

Ilustruje to anegdotą o Marvinie Minskim, ojcu AI. Kolega go raz spytał o poradę, jak walczyć z pasożytami atakującymi rośliny doniczkowe. Minsky w odpowiedzi zaczął snuć wizję armii antypasożytowych nanobotów.

„No dobrze, ale tak konkretnie to co mam zrobić” - spytał kolega. „Nie wiem, pytaj moją żonę”, zbył go Minsky.

Nie chciałem tu pisać o polityce, ale Biedroń - którego inicjatywę bardzo chciałbym polubić - zarobił u mnie krechę propozycją „głosowania przez internet”. Technoszowinizm w pigułce: jeśli chcemy usprawnić głosowanie, dajmy podwyżki członkom komisji. Usprawnijmy głosowanie korespondencyjne, wprowadźmy ułatwienia w dojeździe do komisji, itd.

Ale nie, oczywiście fajniej jest sypnąć kasą na kosztowne i niebezpieczne rozwiązanie. A doniczkowych nanobotów pan nie dorzucisz w zestawie?

wtorek, 13 listopada 2018
Metafora leminga

Skrin z serialu

W moim bąbelku panują skrajnie przeciwstawne opinie na temat nowego serialu HBO „Ślepnąc od świateł” - jedni zachwyceni, drudzy zniesmaczeni. Nie może zabraknąć mojego głosu w tej debacie - tym bardziej, że chyba rozumiem powody tej rozbieżności.

Zacznę od tego co dobre. Od strony czysto produkcyjnej to serial zrobiony z największym rozmachem w III RP, kasuje nawet najkosztowniejsze superprodukcje PRL.

Efekty specjalne są na poziomie średniej hollywoodzkiej, zwłaszcza pokazana już w pierwszym odcinku sekwencja snu głównego bohatera, w którym Warszawę pochłania biblijny potop. Potem świetnie też zrealizowane jest coś, czego pozornie w ogóle nie da się zrobić (acz uważny widz zauważy tricki montażowe), czyli wielki pożar w centrum Warszawy.

Bardzo dobra jest też ścieżka dźwiękowa, w obu znaczeniach. W różnych scenach brzmią fragmenty utworów klasyki polskiego rocka - Maanam, Lombard, Kult, Siekiera, Breakout, dobrane ze smakiem i a propos. Jest też dużo fajnej elektroniki i do kompletu „Nokturny” w wykonaniu Maseckiego.

Dobre jest też udźwiękowienie - wieloletnia pięta Achillesowa polskiego kina. Tutaj efekty dźwiękowe są na poziomie zachodnim.

Kto ma surrounda, ten parę razy podskoczy od tego, co mu zabrzmi za plecami. Z pietyzmem zrealizowano też odgłosy, dajmy na to, łamania ludziom kości albo wbijania szydła do ucha, bo - zapomniałem dodać - to thriller gangsterski.

I tak przechodzimy do wad. Kuba, główny bohater (debiut Kamila Nożyńskiego) jest handlarzem kokainą, specjalizującym się w obsłudze elit: celebryci, politycy, bananowa młodzież.

Jako drobnomieszczanin - już go nie lubię. To nie jemu kibicuję, tylko antypatycznemu prokuratorowi (Michał Czernecki - gra esesmana w filmie dokumentalnym Borysa Lankosza o Lemie). Chcę, żeby zapuszkował tego dealera razem z wszystkimi jego kumplami i kumpelami.

Jeśli już robimy film/serial o przestępcy, potrzebujemy jakiegoś redeeming factor, czegoś pokazującego lepszą stronę jego oblicza (roślinka Leona Zawodowca). Kuba go nie ma. Z odcinka na odcinek życzyłem mu coraz gorzej.

Serial pokazuje go jako człowieka o ponadprzeciętnej inteligencji, który w mig podejmuje chłodne i racjonalne decyzje. W takim razie, dlaczego w ogóle wybrał karierę dilera dragów? Na co właściwie liczył?

Dojechałem do ostatniego odcinka głównie z nadzieją, że zobaczymy jakieś wyjaśnienie (jak w „Better Call Saul”). Otóż żadnego nie ma. Nie mówcie mi, że to spojler, to przyjacielskie ostrzeżenie.

Raz na kwadrans zdarza się scena znakomita (teledysk „rapera Pioruna”, monolog Więckiewicza o depresji, monolog Pazury o ciężkim życiu celebryty). Ale reszta to typowy polski snuj - bohater snuje się po mieście, bohaterowi coś się śni, bohater o czymś marzy, panorama miasta, panorama niemiasta. Boo-ring.

Domyślam się, że bohater ma być metaforą warszawskiego leminga. Zgodnie ze stereotypem, wszyscy w tym mieście robimy coś, czego nie lubimy i karmimy się marzeniem, żeby rzucić to i wyjechać (główny bohater marzy o Argentynie).

Jeśli metaforą, to nietrafną. W Warszawie trzyma nas Ogólna Przyjemność Życia: knajpy, sklepy, kultura, wiele możliwości zarobku. I bliskość lotniska, z którego zawsze można się do tego Buenos przefrunąć.

Ja nie mogę bez tego żyć, bardzo by mi tego brakowało po przeprowadzce do Mycisk Niżnych. I tak bym stamtąd ciągle jeździł do najbliszego dużego miasta.

Kuba z tego nie korzysta. Lubi muzykę, kolekcjonuje winyle, ale to akurat można wszędzie. Po co mu więc to wszystko? Nie dowiadujemy się.

Sytuacji nie ułatwia to, że grający go debiutant ma charyzmę manekina. To pasuje do pierwszego odcinka, w którym jego rola polega na rzucaniu monosylabami z pokerową twarzą. Ale potem, gdy ma grać jakieś uczucia, po prostu nie daje rady (podobnie jak inni naturszczycy w obsadzie).

Na początku w jego ręce trafia torba z kokainą niewiadomego pochodzenia. Wszyscy wiemy z popkultury czym to się kończy: tropem takiej torby idzie jakiś Anton Chigurh (którego tutaj gra Jan Frycz, jak zwykle przegenialny).

Główny bohater niby ma jakieś opory, ale jednak zaczyna handlować trefnym towarem. Nawet gdybym go polubił, to i tak bym nie żałował, sam się wpakował w kłopoty na własną prośbę.

Podobno to serial z kluczem, w którym sparodiowano jakieś prawdziwe postacie z warszawskich elit. Ja rozpoznałem tylko pierwowzór celebryty, granego przez Cezarego Pazurę, ale nie czytam Pudelka, więc reszty nie kojarzę. Ktoś coś?

piątek, 09 listopada 2018
Notka o Niepodległości

Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu - czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? - więc niestety, znowu o polityce.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy fajną akcję „Bohaterowie naszej niepodległości”, do której się włączyłem, opisując Lidię Ciołkoszową (w wywiadzie z prof. Andrzejem Friszkę), Maurycego Allerhanda, oraz, ahem, swojego dziadka, który wprawdzie nie jest postacią historyczną, ale dla mnie jest bohaterem.

Ponieważ to była akcja specjalna, teksty nie są za paywallem. Zapraszam do czytania i komentowania (do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic).

Mam zero sympatii do zadymiarzy z faszystowskimi transparentami, ale uważam, że jest co świętować. Lewica woli wcześniejszą rocznicę rządu lubelskiego, ale dopiero 11 listopada wszystkie ośrodki władzy abdykowały na rzecz Naczelnika Państwa.

To ważne, bo w powietrzu wisiała wojna domowa „białych” z „czerwonymi”, która naprawdę wybuchła w Finlandii. W tej wojnie ważnym graczem byłyby wojska niemieckie, które już nie miały centralnego dowództwa, ale nadal były regionalną potęgą.

Trzeba było z nimi pokątnie negocjować warunki ewakuacji przez terytorium odradzającej się Polski. Stety lub niestety, droga Berlin-Moskwa prowadzi przez Warszawę.

Tutaj ojcowie niepodległości wykazali się klasycznym „soft power”. Niemcy uważali Polaków za partnerów wiarygodnych i poukładanych, dlatego chętnie oddawali nam kontrolę nad takimi węzłami komunikacyjnymi jak Grodno - o które walczyli także Litwini i ze dwa rządy białoruskie.

Sukces polskiego listopada często bagatelizowany jest hasłem „inne też zyskały niepodległość, bo koniunktura”. Otóż to prawda, że wysyp nowych państw w tym regionie był ubocznym skutkiem niemieckiego planu Ober-Ost (i kapitulacji Niemiec)

Mogły jednak powstawać w różnych konfiguracjach, bo natychmiast rzuciły się do wzajemnej walki o granice. Polska na przykład nie musiała powstać jako Polska, mogłaby powstać jako osobne księstwo poznańskie, królestwo polskie (na bazie kongresówki) i rzeczpospolita krakowska (bo w takiej konfiguracji Lwów by pozostał ukraiński).

Samo scalenie ziem rozbiorowych było niewyobrażalnym osiągnięciem (na co staram się zwrócić uwagę tekstem o Allerhandzie). Po wiośnie ludów w wielu miejscach Europy pojawiało się takie hasło, „hej, jesteśmy jednym narodem, przedzielonym bezsensownymi granicami, zjednoczmy się”. Wychodziło to zazwyczaj tak sobie.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza Polską do dzisiaj z takich unii przetrwały tylko Niemcy i Włochy. Przy czym we Włoszech cały czas hasło „podzielmy się, zjednoczenie było pomyłką” obecne jest w głównym nurcie polityki.

Kolejna różnica: w Polsce zjednoczenie było dobrowolne. W Niemczech dokonało się drogą podboju przez Prusy, we Włoszech przez Piemont.

Podzielona Polska słabiej by sobie radziła w wojnach granicznych, nie miałaby Śląska, Wilna ani Lwowa. Obawiam się, że w 1920 nie dałaby rady bolszewikom.

Powie ktoś - co z tego, a mi tam obojętne, w jakim kraju żyję. Szczepan Twardoch uwielbia takie deklaracje.

Odpowiem eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie kogoś, kto 100 lat temu mieszka w miejscowości, którą nowa granica przetnie na pół. Ma tydzień na podjęcie decyzji.
Załóżmy, że nie może tej miejscowości opuścić dobrowolnie, bo oczywiście najmądrzejsza będzie emigracja do USA). Wybór sprowadza się do: Polska czy jakiś jej sąsiad?

W większości przypadków Polska będzie lepszym wyborem po prostu jako Fajniejszy Kraj (TM). Nie dotyczy to może Czechosłowacji, Najfajniejszego Kraju Regionu (acz nie zapominajmy, że to trochę symulakrum z prozy Hrabala).

No i wolnego miasta Gdańska. Wolne miasta są fajne, bo są wolne i miejskie.

Ale poza tym - Litwa? Od 1926 miała prawdziwy faszyzm (nie pieszczotki jak w sanacji, full totalitaryzm). W Rumunii demokracji nie było nawet w teorii.

W Niemczech nasz bohater będzie miał nazizm już w 1932 (bo Prusy). A w ZSRR albo zostanie zamorzony głodem w ramach stalinowskiego ludobójstwa Ukrainy, albo zamęczony w ramach operacji polskiej NKWD.

Stalin, jako wielki językoznawca, bardzo prosto rozstrzygał dylematy ludzi takich jak Twardoch. Bruno Jasieński też twierdził, że nie jest polskim inteligentem. Nie pomogło.

Nawet więc jeśli ktoś neguje jakikolwiek patriotyzm (to nie ja; kocham Polskę, kocham Warszawę), musi obiektywnie przyznać, że Polska to całkiem fajny kraj (jak na ten region Europy). Oby takim pozostał.

wtorek, 06 listopada 2018
Pisowcy - oszukano was

Jak wiecie, podglądam was na waszych blogowiskach i z satysfakcją zauważyłem, że także do was dotarło, że komisja ds. Amber Gold zakończyła swoją działalność blamażem. Obiecywano wam, że Tusk wyląduje za kratkami, że znajdą się niepodważalne dowody na roztaczanie nad aferzystami parasola ochronnego... a skończyło się niejasnym zarzutem, że nie sterował ręcznie prokuraturą i służbami (do czego Tusk się akurat przyznaje).

Ufam, że co inteligentniejsi z Was już widzą tu szerszą prawidłowość. Nie wierzycie też już, że Macierewicz sprowadzi wrak i znajdzie dowody na zamach. Dociera do Was, że konflikt z Unią o Sąd Najwyższy jest nie do wygrania.

Z powerpointowych fantazji Morawieckiego nabijacie się tak jak my, tylko że my robimy to publicznie. Postukał młotkiem w zardzewiałe żelastwo, które NAWET NIE BYŁO STĘPKĄ, i w tym stylu ma przekopać lotnisko, zbudować mierzeję i podbić świat elektrycznymi samochodami. No przecież nawet wy jesteście na to zbyt inteligentni.

Jest mi was szkoda, bo jesteście okłamywani od dawna. Obserwowałem to u siebie na blogu, kiedy jeszcze pozwalałem wam tu w miarę swobodnie komentować.

Przychodziliście z głowami nabitymi prawicowymi narracjami o spiskach, zdradach i układach. Przekonywaliście mnie tutaj, że Platforma nie buduje autostrad, że w Paryżu i Sztokholmie są strefy szariatu, że Gmyz znalazł trotyl itd.

Zauważyłem już dawno, że spokojne tłumaczenie faktów - na przykład merytoryczna rozmowa o autostradach - wywołuje u was agresję. Dlatego większość was zabanowałem, bo niepotrzebne mi są tutaj przepychanki jak na Twitterze, interesuje mnie tylko merytoryczna rozmowa typu „czy POW będą otwierać od razu w całości, czy fragmentami (ktoś coś?)”.

Wasza agresja jest psychologicznie zrozumiała. Nikt nie chce się dowiedzieć, że był naiwny, że dał się nabrać. No ale może to jest dobry moment, żebyście to sobie przemyśleli?
Przypomnę wam kilka punktów.

1. NIE WIERZYLIŚCIE W AUTOSTRADY PLATFORMY. Pamiętam superkretyński tekst niejakiego Wiktora Świetlika w „wpolityce” i debilny wywiad Antoniego Krauze dla któregoś prawicowego tygodnika, obaj dowodzili, że platformiane inwestycje są pozorne („takie wykopki jak za Gierka” - Krauze). Był też zbiorowy wycipingiel, kiedy Komorowski zapowiedział rozpoczęcie budowy tysiąca kilometrów (po latach widać, że zbudowali dużo więcej).
Chyba wy też już parę razy zdążyliście się przejechać A1, A2, A4, S3, S7, S8? I co, był jakiś dysonansik poznawczy, czy gładko przeszliście do następnej wersji:

2. BUDOWALI, ALE NAJDROŻEJ NA ŚWIECIE (W UNII)
Z niejakim posłem Abramowiczem zdążyłem się nawet o to spierać na fejsie, na wallu wspólnego znajomego. Poseł twierdził, że w Czechach autostrady budują za milion dolarów za kilometr.
Podałem mu kilka przykładowych czeskich kontraktów, a potem zaproponowałem wymianę dolarów na korony po takim kursie. Gdyby sam wierzył w swoje słowa, zrobiłby interes życia - ale jakoś nie chciał.

PiS buduje autostrady w takich samych cenach, jak Platforma. Argument „najdrożej na świecie” nigdy nie miał uzasadnienia, a argument „najdrożej w Unii” miał pozorne, jeśli się przeliczyło na średnie zarobki (w przeliczeniu na zarobki WSZYSTKO było u nas najdroższe w Unii).

3. W SMOLEŃSKU BYŁ ZAMACH, A RZĄD ODDAŁ ŚLEDZTWO ROSJI
Nie oddał - bo skoro wypadek był w Rosji, to i śledztwo było rosyjskie. Na tym polega suwerenność. Państwo może ewentualnie łaskawie się zgodzić na dopuszczenie innych śledczych, ale nie można go do tego zmusić. Tak samo byłoby z wypadkiem rosyjskiego samolotu w Polsce.

Zespół Macierewicza i prawicowi blogerzy wymyślali coraz dziwaczniejsze hipotezy, że zestrzelili, podłożyli bombę, rozpylili sztuczną mgłę itd., ale najlepiej do faktów pasuje proste wyjaśnienie, że to był klasyczny CFIT jakich wiele. Zdezorientowany, słabo wyszkolony pilot podjął błędną decyzję, zszedł poniżej bezpiecznego pułapu przy zerowej widoczności.

4. STREFY SZARIATU W SZTOKHOLMIE!
Mało podróżujecie, więc wierzycie w takie bzdury. Strefy, o których mówi szwedzka policja to strefy, w których gangi  zaznaczają swoją obecność np. robiąc grafiti. Według szwedzkich kryteriów prawie cała Polska byłaby taką strefą, bo prawie wszędzie mamy napisy typu „HWDP”.

5. WSZYSTKIM STERUJE UKŁAD Z MAGDALENKI (WSI, itd.)
Skoro tak, to dlaczego PiS nie przedstawił dowodów, ani przez te 3 lata, ani przedtem (2005-2007)? Ten Układ jest tak potężny, że nawet Kaczyński się go boi? To dlaczego ciągle obiecuje jego rozbicie?

Może go po prostu w ogóle nie ma? Za to, owszem, co jakiś czas zdarza się afera typu Amber Gold czy GetBack. Zawsze sie będzie zdarzać, w USA czy w Niemczech też się od czasu do czasu zdarza. Smutne, ale nieuchronne.

To na razie tyle. Przemyślcie to sobie. I jeśli jesteście w stanie grzecznie i merytorycznie skomentować, to nie wytnę.

środa, 31 października 2018
Lokomotywy cichy gwizd

O nadchodzących wyborach do europarlamentu kilka rzeczy można stwierdzić z pewnością, o innych można wiarygodnie pospekulować - temu poświęcę niniejszą notkę.

Po pierwsze, frekwencja będzie rzędu maks. 30%. Poprzednio to się układało tak: 20,9 - 24,5 - 23,8. Ta krzywa już raczej nie wystrzeli do sufitu.

Po drugie, przy tak niskiej frekwencji, wynik jest bardziej funkcją zmobilizowania danej grupy wyborców niż rozkładu preferencji. I to dla Antypisu dobra wiadomość, bo spodziewam się słabszej mobilizacji elektoratu pisowskiego.

Czemu? Bo po 2a, PiS tradycyjnie traktuje europarlament jako miejsce luksusowej zsyłki dla polityków, którzy się skompromitowali na odcinku krajowym, ale z racji zasług czy wpływów Kaczyński nie może ich tak po prostu wywalić.

Jedynkami na listach będą więc „lokomotywy” takie, jak Szydło czy Jaki. Tu nie będzie entuzjastycznej kampanii, raczej coś na zasadzie „a niech już jedzie do tego Strasburga, przynajmniej przestanie grasować na polskich drogach”.

Po naszej stronie będzie więcej wigoru i energii, bo tak poza tym w ogóle my jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do Unii Europejskiej, a oni są w rozkroku między pełnym Polexitem a bredzeniem o walce z islamistycznymi żarówkami o reparacje wojenne. U nas na listach  będą autentyczni fachowcy od Unii, pojawią się może jakieś nowe talenty (Trzaskowski przecież tak właśnie zadebiutował w polityce).

Zaś po 2b, oba te obozy mają swoich hardkorowców i każualowców. Twarde jądro PiS to ludzie, którzy popierają tę partię bezwarunkowo we wszystkim, dostosowują się do każdego przekazu dnia.

Hardkorowcy PiSu naprawdę wierzą, że hen hen, kiedyś kiedyś, gdzieś między paruzją a kalendami greckimi, Morawiecki dostarczy elektryczne samochody, CPL im Solidarności Baranów, i przekopie stępkę. Macierewicz odzyska wrak, znajdzie trotyl z gmyzogenu i zakupi helikoptery lepsze od caracali. Reforma Ziobry przyniesie jakikolwiek pozytywny skutek i coś się usprawni w sądach - i tak dalej.

Reszta to każualowcy, którzy prywatnie też w to nie wierzą, ale jednak popierają na zasadzie Mniejszego Zła. Ja przecież sam mam taki każualowy stosunek do PO.

To nie jest partia moich marzeń, ale byłem jej wdzięczny za tysiące kilometrów nowoczesnych dróg. Podróż do Wrocławia kiedyś była horrorem, teraz combo A2/A1/S8 to czysta przyjemność. I nigdy nie zapomnę, komu to zawdzięczam: ministrowi Cezaremu Grabarczykowi.

Mimo to jednak nigdy nie głosowałem na PO w eurowyborach. W 2014 oddałem głos protestu na Zielonych, którzy nie mieli szans, bo nawet nie zarejestrowali list w całym kraju - po prostu to była jedyna opcja lewicowa.

W 2009 w eurowyborach startowała koalicja, która na papierze wyglądała całkiej fajnie. Nazywała się „Centrolewica” i składała się z niedobitków Partii Demokratycznej i różnych nieeseldowskich środowisk lewicowych.

W moim okręgu (obwarzanek podwarszawski) jedynką na liście jednak był Marek Czarnecki, wystawiony przez PD. Poprzednio był europosłem z Samoobrony (!), a przedtem działał w AWS, Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym i Porozumieniu Chrześcijańskich-Demokratów.

W następnych wyborach startował (również bez powodzenia) z Polski Razem Gowina. Nie zdziwię się, jak w tych wyborach będzie lokomotywą liście PiS (lokomotywy cichy gwizd, łu łu, i wagoonów jednostaajny rytm, telep telep...)

W czyjej pustej czaszeczce pojawił się pomysł uczynienia go jedynką centrolewicowego ugrupowania - nigdy się już pewnie nie dowiem. Centrolewica zebrała 2,4% głosów i przepadła jak słupek wbity przez Kaczyńskiego.

Samo istnienie takich koalicji prowadzi mnie do - po trzecie - wniosku, że eurowybory są dobrym sandboksem do testowania nowych inicjatyw. Różne egzotyczne inicjatywy lewicowe i prawicowe niespodziewanie przeskakiwały próg - w 2004 efemeryczna Socjaldemokracja PL wprowadziła 3 europosłów, w 2014 największy sukces w dziejach miał Korwin (7%!).

A nawet te niewydarzone, jak wspomniana Centrolewica czy przedziwne ugrupowanie „Europa Plus” (Kalisz, Siwiec, Palikot, Piskorski, Celiński... brrr!), dostało 3,6%. Słowem, jeśli Biedroń chce pokazać nowe ugrupowanie, to - cytując O’Ren Ishii - teraz jest właściwy moment.

Prekampania zaczyna się świetnie dla Antypisu. PiS czekają w najbliższych dniach dwie kompromitacje - porażka Ziobry w konflikcie z TSUE i krępujące pytanie, na co właściwie techniczny minister Gliński wydał te 200 mln, na race dla kiboli?

Sami siebie będą o to grillować. Oby aż do maja!

piątek, 26 października 2018
Do usłyszenia!

Bardzo uważni słuchacze mogli zauważyć, że rozmowy ze wspaniałą Ewą Lipską nie zakończyłem słowami „do usłyszenia jak zawsze za tydzień”, tylko po prostu „do usłyszenia”. Już wiedziałem, że to prawdopodobnie ostatni „Piąteczek”, acz skoro nie było oficjalnego komunikatu, to i nie chciałem robić falstartu.

Komunikat już jest, ograniczę się więc do zacytowania go za „Pressem”:

Jak wyjaśnia rzeczniczka Agory Agata Staniszewska, po zakończeniu akcji "Usłysz swoje miasto" i drugiej turze wyborów samorządowych w wieczornej ramówce Tok FM o 20 będzie nadawany nowy program realizowany z udziałem słuchaczy. Od września w tym paśmie był emitowany "Hyde park", który - jak informuje Staniszewska - "spotkał się z wyjątkowym zainteresowaniem odbiorców i odniósł ogromny sukces". - W związku z tym na antenę stacji nie powrócą już audycje pasma "Salon radia Tok FM" - stwierdza rzeczniczka spółki.

Bardzo lubiłem to robić, sprawiało mi to dużo radości i satysfakcji. Poza jechaniem samochodem przez pustkowia, jako dziennikarz najbardziej lubię rozmowy z ekspertami.

To trochę dziwne u takiego starego pryka, ale nadal bardzo lubię się uczyć. W sensie, dowiadywać nowych rzeczy.

To jest raczej niemożliwe w klasycznym dziennikarstwie opinii, typu „siedzi kilku publicystów i dyskutuje o wyborach”. Ale to jest możliwe, gdy zapraszamy kogoś, kto się na czymś zna - na ciemnej materii, na genetyce, na Biblii, na historii Polski, na Unii Europejskiej, na karierze Benedicta Cumberbatcha.

Nie chcę wymieniać nazwisk i konkretnych przykładów, bo musiałbym wymienić praktycznie wszystkich. Ja się sporo dowiedziałem od swoich gości i gościń, mam nadzieję, że słuchacze też.

Dużo się też nauczyłem za kulisami. Tak jak tekst zawsze ma de facto dwóch autorów, tego podpisanego i tego na poły anonimowego (który zamówił i zredagował), tak w radiu i telewizji poza kojarzonym z twarzy i głosu dziennikarzem, jest też na poły anonimowy wydawca.

Te padające na koniec słowa, w moim przypadku „audycję przygotowała Zuzanna Piechowicz”, to nie jest tylko kurtuazja. Stoi za tym kawał czyjejś roboty (na czym polega praca wydawcy, to z grubsza pokazuje film „The Insider” Michaela Manna, w którym wydawcę gra Al Pacino; używam tego filmu jako materiałów szkoleniowych na zajęciach ze studentami).

Zdaję sobie sprawę, że cały czas to ja byłem najsłabszym ogniwem. Za szybą nad wszystkim czuwają profesjonaliści, na fotelu gościa mam eksperta/ekspertkę, i tylko ja to wszystko psuję swoim eee... tegoo. Nieśmiało zasugerowałbym, że może jednak trochę się nauczyłem i poprawiłem, no ale wychodzę z tej przygody nadal czując się totalnym amatorem.

Piosenka, którą wybrałem na zakończenie „piąteczków”, pochodzi z płyty, którą mam bardzo wysoko na liście „polskich winyli must have”. Album „Droga za widnokres” Marka Grechuty, „Pewność” do tekstu Ewy Lipskiej, drugi utwór na stronie B.

Jest świetną piosenką na zakończenie w zasadzie czegokolwiek. Nie ma pewności, jak to pójdzie, jest pewność, że zostanie po tym „uroczysty cmentarz”.

Uprzedzając ewentualne pytanie - oraz rozbrajając jeszcze bardziej ewentualną krępującą ciszę, wywołaną brakiem tego pytania - nie wiem, czy i kiedy wrócę na antenę (i jaką, a może bezantenowo na podcast, etc.).

Jak to w korpo, nie ma pewności, jaka będą przyszłe decyzje. Jest pewność, że nic tu ode mnie nie zależy.

Bardzo dziękuję słuchaczom, gościom i współpracownikom za te wspaniałe 3 lata. Excel to świetna strzelanka, tylko szkoda, że nie ma trybu fabularnego dla jednego gracza. Mic drop, pionteczek out.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90