Ekskursje w dyskursie
środa, 15 lutego 2017
Szosa na Zaleszczyki

Lubię taki smutny szmonces, który już tu być może opowiadałem, że pan Żółtko przychodzi do biura podróży i szuka kraju do emigracji. Sprzedawca pokazuje mu mapę Europy, ale pan Żółtko kręci nosem. Wszędzie prześladują Żydów.

Sprzedawca w końcu podsuwa mu globus. Pan Żółtko patrzy, patrzy i w końcu pyta „a nie masz pan innego globusa”?

Pod poprzednią notką kolega Wurman poruszył bardzo istotną kwestię. Że jeśli ktoś rozważa emigrację, to chyba nadszedł już czas.

To od lat jest ważne pytanie dla mieszkańców tego nieszczęsnego skrawka Europy położonego wzdłuż uskoku tektonicznego linii Ribbentrop-Mołotow. Wielu ludzi zginęło tu tylko dlatego, że odwlekali decyzję o emigracji, mimo że #byłyznaki.

Przypuszczam, że Stanisław Lem miał żal do ojca o to, że zostali we Lwowie - zamiast jak kuzyn Hemar pognać szosą na Zaleszczyki, póki jeszcze się dało. Doskonale te zaszyfrowane aluzje odczytała Agnieszka Gajewska, piszę też o tym w swojej książce.

Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem postawę Samuela Lema. Łatwo myśleć o emigracji, kiedy się nie ma nic do stracenia, ale drobnomieszczanin w średnim wieku przeważnie już ma jakąś tam pozycję, jakąś tam nieruchomość, jakieś tam więzi rodzinne.

Rzucić to wszystko i wylądować gdzieś w roli gołodupca? To nie jest łatwa decyzja. A poza tym: dokąd emigrować? Globus wygląda coraz gorzej.

Załóżmy, że priorytetem jest to, żeby mieszkać w kraju przyjaznym dla średniej klasy średniej. A więc: obyczajowa tolerancja, swobody obywatelskie, w miarę swobodna możliwość spacerowania po zmroku.

Ciągle jeszcze tak można mówić o Unii Europejskiej, nawet o Polsce (pomijając pojedyncze no-go zones, takie jak blokowiska mojego dzieciństwa). W coraz mniejszym stopniu można tak mówić o Stanach.

Wszędzie jednak będzie coraz gorzej. Trump jest nie mniej przerażający od Kaczyńskiego. We Francji na horyzoncie prezydentura Le Pen. W Niemczech - wygrana AfD.
Nowa Zelandia i Kanada wydają nam się liberalnymi rajami podobno tylko dlatego, że tam nie bywamy. Australia nawet nigdy się nim nie wydawała.

Są oczywiście te wszystkie sympatyczne enklawy na Pacyfiku czy Karaibach, ale jak się zacznie - czyli na przykład kiedy Trump sprowokuje wojnę z Chinami - skończą jak Singapur w 1942. Tam dopiero będzie rzeź!

Afrykę skreślam w całości jako kontynent. Amerykę Łacińską kiedyś też skreślałem, ale na tle ogólnego całokształtu nie wygląda tak źle.

Przepraszam, drodzy komcionauci, ja nie przedstawię swojej odpowiedzi. Ja po prostu niestety zostaję. Zakończę więc blogonotkę klasycznym pytaniem social media mavena sprzed 10 lat, ale ja je zadam szczerze - A WY JAK MYŚLICIE?

niedziela, 05 lutego 2017
Kalifat w Bawarii

Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowiada o rodzinie z niemieckiej wyższej klasy średniej, która z bardzo skomplikowanych powodów przygarnia pod swój dach uchodźcę z Nigerii imieniem Diallo.

Hartmannowie i bez tego mają dużo problemów. Pojawienie się Diallo katalizuje różne konflikty, co prowadzi do wybuchowej (i bardzo zabawnej) Wielkiej Katastrofy.
Problemy Hartmannów z punktu widzenia Diallo wydają się niezrozumiałe, by nie rzec idiotyczne.

Nieświadomie łamie rozmaite tabu, poruszając tematy, o których w tej rodzinie się nie rozmawia dla uniknięcia awantury. Potrafi na przykład zapytać Hartmannównę „ty już stara, dlaczego ty jeszcze nie masz dzieci?” albo wytknąć jej mamie, że za dużo pije.

Jeśli potraktować tę rodzinę jako metaforę Niemiec Jako Takich (a film zdaje się sugerować taką interpretację), to zasadniczy problem wszystkich Hartmannów jest w tym, że nie robią w życiu tego, na co mieliby ochotę. Wspomniana córka na przykład nie ma pomysłu na dorosłe życie, ciągle zaczyna kolejne studia, nieustannie przyciąga niewłaściwych facetów.

Młody Hartmann to jej przeciwieństwo. Zapatrzony w tatę, robi wielką karierę. Tak się w niej zaprzedał, że w końcu rozwalił własną rodzinę.

Ma już tyle pieniędzy, że nie wiadomo, po co mu kolejne. Podobno to wszystko dla dobra jego dziecka, ale na razie dziecko uważa go z tego powodu za dupka (i zasadniczo ma rację).

Stary Hartmann jest zamożnym ortopedą, który już dawno powinien przejść na emeryturę, ale nie robi tego, bo  jest pracoholikiem. W odróżnieniu od syna przynajmniej jeszcze nie zniszczył tym swojego małżeństwa, ale jest na bardzo dobrej drodze.

Hartmannowa z kolei czuje się niepotrzebna. Dzieci się wyprowadziły, męża nigdy nie ma w domu. Stąd jej nieporadny niby-aktywizm, którym usiłuje zapełnić pustkę w życiu.

Diallo nie ma takich problemów, bo całą jego rodzinę wymordowali islamiści. Martwi go co innego: trwa postępowanie w sprawie przyznania mu azylu. Póki nie zapadnie decyzja, powinien unikać kłopotów. Zwłaszcza z policją.

Wydawałoby się, że u Hartmannów uda mu się przeczekać z dala od wszelkich problemów. Ale jak to w komediach, wszystko idzie na opak.

Pisałem niedawno felieton, zainspirowany książką Angusa Fletchera „Comic Democracies. From Ancient Athens to the American Republic” o związku komedii z demokracją. Tradycje komedii ulegają zerwaniu razem z upadkami republik rzymskich i greckich i odradzają się dopiero w renesansowych republikach miejskich.

Fletcher twierdzi, że w większości greckich komedii stawka jest podobna jak w przypadku tragedii. Atenom grozi rozgniewanie bogów, dotąd traktujących to miasto przychylnie i fabuła krąży wokół prób ich udobruchania.

Grecka komedia rozwijała się, kiedy los ateńskiej demokracji był już przesądzony. Wyprawa przeciwko Syrakuzom zakończyła się katastrofą, triumf Sparty był już tylko kwestią czasu. Komedie były wołaniem o opamiętanie - daremnym, jak zwykle.

Trochę podobnie jest w tym filmie. Ma strukturę tradycyjnej farsy obyczajowej, ale co chwila pojawiają się tam pytania o przyszłość Niemiec, które jakby znów traciły przychylność losu.

Pod domem Hartmannów pojawia się pikieta neonazistów, za chwilę zaatakuje ich Antifa. Maluczko, a zaciszna podmiejska uliczka zapoczątkuje wojnę domową w Niemczech.

Niektóre sceny są bardzo zabawne, jak koszmarny sen o szariacie w Niemczech. Zaczyna się tak, że główna bohaterka idzie do swojej ulubionej piekarni i tam osoby zakutane w hidżaby witają ją słowami „salam alejkum, Frau Hartmann”.

Przerażona wybiega na ulicę, a ta się zamieniła w orientalny bazar. Zamiast wypasionych beemek i audików, jeżdżą po niej pickupy z uzbrojonymi brodaczami. A nad małomiasteczkową architekturą dominuje wielki meczet!

Miałem wrażenie, że film obśmiewa wszystkie postawy. Od naiwnej poprawnej polityczności po paradoksy szowinizmu (największym wrogiem imigrantów jest tu imigrantka z Polski, która uważa, że „my Niemcy nie powinniśmy wpuszczać obcych”).

Mam wrażenie, że film nie narzuca żadnej swojej jedynie słusznej odpowiedzi. Jak to w farsach bywa, wszystko kończy się nieprawdopodobnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, prowadzącym do happy endu. Ale zostajemy ze smutną świadomością, że w prawdziwym życiu tak nie ma...

wtorek, 24 stycznia 2017
Casteilcorbon nie istnieje

W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą udało mi się zidentyfikować przy pomocy facebookowych znajomych, a jeden z nich (tu głębokie ukłony) nawet mi ją podarował.

„I don’t know why this book isn’t still famous” - powiedział Michael Rosen w wywiadzie dla „Guardiana”. Wyguglałem ten wywiad w dość rozpaczliwej próbie dowiedzenia się CZEGOKOLWIEK o książce lub jej tajemniczym autorze.

Wy też spróbujcie. Moje próby prowadzą głównie do odkrycia, że nikt nic nie wie, choć dwukrotnie (w 1959 i w 1987) w Wiekiej Brytanii adaptowano tę powieść na serial telewizyjny.

Nakłady są wyczerpane (we wszystkich językach). Cena angielskiego hardcovera pod wpływem wywiadu z Rosenem wzrosła do 67 funtów. Mój polski hardcover oczywiście nie jest na sprzedaż!

Akcja powieści dzieje się na początku lat 50. (zapewne w czasach współczesnych autorowi) w fikcyjnym miasteczku Casteilcorbon położonym w rejonie Roussillon, zwanym przez separatystów „Katalonią Północną”. Stąd zresztą mnie naszło na te wspomnienia, bo wakacje spędzałem mniej więcej w pobliżu.

Roussillon jest częścią Francji od traktatu pirenejskiego z 1659. Jak wiadomo, w traktacie był błąd, z powodu którego pobliskie miasto Llivia do dzisiaj stanowi hiszpańską eksklawę, otoczoną zewsząd przez Francję. Kiedyś swoją drogą chciałbym poczytać, jak to działało za czasów Franco.

Miejsce ma znaczenie dla akcji. W średniowieczu ten teren przechodził z rąk do rąk, po czym zostało tam (naprawdę!) wiele wspaniałych zamczysk, na które tubylcy zdają się nie zwracać większej uwagi. Za to turyści fotografują to wszystko jak podupceni.

Powieściowe miasteczko rozrosło się wokół jednego z takich zamków. Jego nazwa to zniekształcone katalońskie „Zamek Kruków”. Autor opisuje historię tej miejscowości tak drobiazgowo, że musiał się wzorować na jakimś prawdziwym mieście.

W tej fortecy barykaduje się grupa trzynastoletnich chłopców, niesprawiedliwie oskarżonych przez swojego nauczyciela o kradzież miodu z jego ula. Jak to w kryminale, prawdziwego sprawcę kradzieży widzimy na samym początku, ale nie zwracamy na niego uwagi - gdy sprawa się wyjaśnia w finale, byłem jednak zaskoczony. I jako dziecko, i jako pięćdziesięciolatek.

Dopiero jako dorosły mogłem w pełni docenić gorzką ironię autora, który dziecięcą zabawę w szlachetnych rycerzy zderza z hipokryzją i zepsuciem świata dorosłych. Największym łajdakiem wśród dorosłych okazuje się dziennikarz lokalnej gazety „Echo Perpignan” (a zarazem jej naczelny, wydawca i jedyny pracownik), który jako pierwszy spoza miasteczka dowiaduje się o tej aferze.

Jako dziecko nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz byłem przekonany, że autor ironicznie w tej postaci portretuje samego siebie. Dopiero jako dorosły zachwyciłem się też przedziwną inwokacją, od której książka się zaczyna.

Autor zwraca się w niej do przyjaciela, z którym planowali to napisać wspólnie, gdy razem mieszkali „między Rodanem a Saoną” (czyli: w Lyonie). Chcieli „odnaleźć w niej zapał lat naszych szkolnych, a może ównież ową wiarę w naszą przyszłość pisarską - wiarę, której wyzbywaliśmy się stopniowo, po trochu, jak Jaś i Małgosia znaczący kamyczkami leśne drożki”.

Z niewyjaśnionych przyczyn Gil Buhet musiał to w końcu napisać sam. „Już na pierwszym postoju dałeś mi znak, żebym odbywał sam dalszą drogę”. Chciałbym coś więcej przeczytać o biografii obu pisarzy, ale to rzeczy nieznane guglowi. Help, hilfe, oskur?

Jako dziecko po raz pierwszy zetknąłem się w tej książce z fenomenem francuskiej wielokulturowości. Nie ma tu jeszcze Arabów, ale są uchodźcy z pobliskiej Hiszpanii. Wykolejeni, zalkoholizowani, pozostawieni własnemu losowi i obwiniani przez otoczenie za swoją nędzę - jak to uchodźcy.

Choć bohaterowie rozumieją się nawzajem, mówią do siebie różnymi językami. Polska tłumaczka Maria Leśniewska pozostawiła wtręty katalońskie w oryginale (acz wyjaśniła je w przypisach).

Pamiętam jednak swoje zdumienie jako dziecka, że we Francji pod tym względem jest inaczej niż w Polsce. Zastanawiałem się: jak to jest, żyć w kraju, w którym współistnieją różne języki?

Do dzisiaj, gdy w podróży natknę się na napis w jakimś odjechanym języku romańskim - weneckim, langwedockim, prowansalskim - z dziecinną ekscytacją, która doprawdy nie przystoi starszemu panu, próbuję go zrozumieć. To przez sentyment do tej książki, która ogólnie na kryzys wieku średniego działa kojąco, jak zimne piwo na kaca.

niedziela, 08 stycznia 2017
Rączka w rączkach

Rok temu napisałem blogonotkę, w której wyjaśniałem, dlaczego chodzę na (niektóre) demonstracje KOD. Nie dlatego, że namówił mnie do tego jakiś „charyzmatyczny lider” - ale dlatego, że sprawa wydaje mi się ważna, POMIMO mojej niechęci do pompowanych przez media „liderów”.

Media tak pompowały i pompowały („przerywamy rozmowę z Ryszardem Petru, żeby nadać oświadczenie Mateusza Kijowskiego”), aż się pompa zepsuła. I zostały z urwaną rączką w rączkach.

Bez względu na intencje mediów - to od początku był głupi pomysł. „Lidera opozycji” nie może wyznaczać areopag publicystów w poranku TOK FM.

Takowy mógłby się wyłonić organicznie, oddolnie, w demokratycznym procesie. Próba sztucznego przyśpieszenia tego procesu skończy się wykreowaniem człowieka-wydmuszki - jak na załączonym obrazku.

Głównym problemem liberalnej demokracji w Polsce od początku jest niedemokratyczny liberalizm. Polski liberał jest wprawdzie gotów za demokrację oddać co najmniej życie, ale w praktyce jej nie lubi.

W wyborach głosuje wszak przypadkowe, niedojrzałe społeczeństwo. Które niekoniecznie chce głosować na Autorytety. Strach pomyśleć, może wybierze nawet jakiegoś Populistycznego Roszczeniowca?

Ryngraf dla Pinocheta będzie po wsze czasy hańbić Tomasza Wołka i Miśka Kamińskiego. Ale to nie był wtedy odosobniony epizod. Pinocheta jako światłego dyktatora, który może i stosował ostre metody, ale przynajmniej także prywatyzował i deregulował, wielbiło wtedy wielu - Cezary Michalski, Marek Jurek, Jan Wróbel, Grzegorz Górny.

Część tych ludzi dziś jest za PiS, część za PO. Ale to był wspólny problem PO-PiSu (który prywatnie od początku odrzucam jako taki).
Podstawowym aksjomatem demokratycznego państwa jest to, że stanowi wspólnotę, którą obywatele powołują w swoim interesie. „We the People, in Order to establish Justice, domestic Tranquility, common defence, general Welfare, and Blessings of Liberty, do establish this Constitution”.

Preambułę konstytucji USA trochę tu skróciłem, ale nawet bez tych skrótów jest jednoznaczna w swojej wymowie. W odróżnieniu od polskiej preambuły - „my, polska klasa polityczna, działająca w interesie jawnych lobbystów, oraz czerpiąca dochody z innych źródeł...”.

To nie jest problem, który zaczął się dopiero za rządów PiS. Od kiedy Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie wygrał w 1989 wybory, by po kilku miesiącach przestać być Komitetem Obywatelskim, a także porzucić zwycięski program wyborczy (w którym nie było nic o planie Balcerowicza, przeciwnie, jego wczesną wersję wprowadzał rząd Rakowskiego, jako plan Wilczka-Sekuły) - nie wiemy, komu i do czego służy nasze państwo.

Gdyby zebrać wypowiedzi tuzów polskiej publicystyki - także tych, którzy teraz stoją „murem za Mateuszem” - wyszłaby mniej więcej taka wersja. Państwo nie powinno służyć społeczeństwu, bo to populizm. Tyle wiemy.

Komu? To już zagadka. Do czego. Też nie wiadomo. Wiadomo tylko czego ma nie robić.

Otóż w szczególności, ma nie edukować, nie budować, nie opiekować się, nie przewozić, nie doręczać i nie leczyć. Bo to wszystko lepiej zrobi Niewidzialna Ręka Rynku.

Państwo powinno być tanie. I zatrudniać możliwie jak najmniej urzędników. Słyszeliśmy to wiele razy, prawda? Z TVN, z TOK FM, z „Gazety Wyborczej”, z Polskiego Radia, z TVP (gdy te dwa ostatnie były w rękach Autorytetów).

To dzisiejsi przeciwnicy Kaczyńskiego sprawili, że propaganda PiS jest taka skuteczna. Bo jaki jest logiczny wniosek z wizji „państwa minimum”?

Najtańsze państwo to takie, w którym Naczelnik wszystko trzyma za mordę. Te równowagi władz, samorządy, niezawisłe sądownictwa, autonomiczne uniwersytety - są przede wszystkim kosztowne.

Ludzie nowej władzy są popychadłami Kaczyńskiego. Śmiejemy się z nich, skandując „marionetka” na widok Dudy, Szydło, czy Kuchcińskiego. Słusznie, bo to są marionetki.

Ale to się właśnie podoba zwolennikom „dobrej zmiany”. Nie chcą przy władzy dobrze opłacanych, niezależnych fachowców, bo wtłoczono im do głowy ideał taniego państwa, które ma przede wszystkim „nie przeszkadzać”.

Minął rok, a opozycja nadal nie ma społeczeństwu do przedstawienia żadnej oferty, poza „żeby było jak dawniej”. To dlatego PiS-owi ani drgnie w sondażach.

Moja porada jest w gruncie rzeczy banalna. Szukajcie takiej oferty, a nie kolejnego „charyzmatycznego lidera”.

sobota, 31 grudnia 2016
Epigenetyczny patriotyzm

Moją ostatnią premierową audycją 2016 była ta o nowościach w genetyce. Pożegnałem w niej więc ten rok w takim nastroju, w jakim go żegnam: jedną z ostatnich piosenek Siouxsie and The Banshees, która z kolei jest nieformalnym pożegnaniem z fanami.

Rok był ponury, ale przeżyłem w nim coś, czego myślałem, że już nie doznam - z wielką pasją pochłonąłem książkę popularnonaukową, otwierającą mi oczy na najnowsze odkrycia dokonane od czasu moich studiów. Wszystkim blogoczytaczom gorąco polecam „The Epigenetics Revolution” Nessy Carey.

W XX wieku mieliśmy kilka odkryć, podczas których wydawało się, że poznanie genetycznych tajemnic Natury Lucka jest tuż tuż. Najpierw to było „yay, rozumiemy jak działa DNA” (lata 50.). Potem było „yay, rozumiemy, jak DNA koduje białka” (lata 60.). Potem jakby mała stagnacja i w końcu „yay, umiemy sekwencjonować DNA” (lata 80.).

Na tę ostatnią rewolucję z grubsza przypadają moje studia, a więc i moja ostatnia okazja na jako-takie liźnięcie biologii molekularnej. Kończyłem studia w nadziei, że za mojego życia odczytane będzie pełne DNA człowieka, i to nam odsłoni jakieś Zajebiaszcze Sekrety.

Odczytano... i kolejne rozczarowanie. Wyszło na to, że na poziomie DNA jesteśmy zdumiewająco podobni do szympansów (a i od drożdży aż tak dużo nas nie odróżnia). W takim razie gdzie jest to coś, co nas czyni ludźmi?

Odpowiedzią jest właśnie epigenetyka. Nessa Carey porównuje ją do odręcznych sugestii reżyserskich na scenariuszu filmowym, który w tej metaforze reprezentuje genom.
Czyli DNA to jakby „For relaxing times, make it Suntory time”. A epigenom to „Like an old friend. And, into the camera”.

Epigenom na razie (jak wynika z książki Nesy Carey) jest taką zagadką, jak kiedyś DNA. Nie do końca wiemy, jak działa. Częściowo przez metylację DNA, częściowo przez inne, niedawno odkryte molekuły ncRNA, miRNA i siRNA, częściowo przez modyfikacje histonu (który za moich czasów uważano za zwykły stelaż, na który nawinięta jest helisa DNA - a dziś już wiemy, że ten stelaż majtając się fte oraz wefte może jedne geny przykrywać, inne uwypuklać).

Co jest najważniejsze - i najciekawsze - nabyte zmiany epigenetyczne przenoszone są na następne pokolenia. Tak, proszę państwa, ja też zbierałem szczękę z podłogi. Lamarck jednak miał trochę racji.

To o tyle fascynujące, że wygląda na to, że epigenetycznie są zapisane te cechy, które stanowią o naszym charakterze osobistym. Że jeden się łatwo wkurza i trudno uspokaja, a drugi odwrotnie.

Że jeden się przeżera, a drugi ma skłonność do uzależnień. Że jeden chce się bić przy każdej okazji, a drugi macha ręką, że to nie jest tego warte.

Otóż: wiadomo na pewno, że w populacji Holendrów, którzy doświadczyli wielkiego głodu na przełomie 1944 i 1945, wywołało to epigenetyczne zmiany, obserwowane statystycznie nawet w następnym pokoleniu. Holendrzy to wdzięczny temat do badań, bo i przedtem i potem mieli dobry dostęp do żywności, więc wszystkie zmiany można przypisać tej jednej strasznej zimie.

Polacy takich strasznych zim (i wiosen, i lat, i jesieni...) mieli mnóstwo między 1939 a 1956. Gorzej to więc u nas zbadać i wykazać, ale to nie znaczy, że u nas to nie zasiało spustoszeń.
Wśród takich statystycznie mierzalnych skutków ubocznych w holenderskiej populacji jest między innymi podatność na uzależnienia i zachorowalność na choroby psychiczne. A u nas?

Można zaryzykować tezę, że do dzisiaj odczuwamy skutki zbrodniczego szaleństwa Hitlera i Stalina. Moje pokolenie jest pełne zmetylowanych cytozyn i wymiętolonych histonów, które odziedziczyliśmy po naszych rodzicach, pokoleniu marca 1968.

Jedyna nadzieja, że pokolenie naszych dzieci będzie wreszcie normalne. Czego sobie i państwu życzę na nowy rok (i następne)...

piątek, 23 grudnia 2016
Rebelia w ponurym nastroju

Tak naprawdę, to ta notka miała być przedwczoraj, ale polityka sprawiła, że musiałem Skomentować Na Bieżąco. Zresztą ta też będzie polityczna, bo teraz wszystko jest polityczne (niestety zresztą).

Nie mogę jednak nie dosypać swoich trzech groszy do nowych „Gwiezdnych wojen”. To chyba najbardziej kontrowersyjny odcinek w dziejach, reakcje rozrzucone są od zachwytu po potępienie.

Misiępodobało. Nawet bardzo podobało. Kto wie, czy nie uznam tego w końcu za najlepszy odcinek całej sagi!

Jestem już tak stary, że zdarzało mi się parę razy uczestniczyć w flejmach/adwokacjach „Star Wars” vs „Star Trek”. Opowiadałem się po stronie „Gwiezdnych wojen” argumentując, że od samego początku ta saga porusza najważniejsze pytania o demokrację i jej kryzys(y), podczas gdy polityka w „Star Treku” jest zazwyczaj infantylnie optymistyczna.

Nie dla każdego to kryterium jest ważne. Dla mnie tak, co z kolei uzasadniam tym, że jeśli za złej władzy dojdzie do odkrycia dilithium, to też będzie złe.

„Rogue One” - nie będę używał polskiego tytułu, mam wrażenie, że wymyślono go tylko żeby pasował długością do makiety - to doskonały portret złej władzy. Dyrektor Orson Krennic to najbardziej dla mnie przekonujący villain z wszystkich dotychczasowych w całej sadze.

Jeśli mieliście kiedyś, tak jak ja, fazę na czytanie książek typu „Eichmann w Jerozolimie”, doskonale zna Krennika. To nie jest takie zimne, skoncentrowane zło, jak Heinrich Himmler, to po prostu człowiek doskonale dostosowujący się do warunków.

Prywatnie zapewne jest bardzo sympatyczny. Wygląda na to, że kiedyś łączyła go przyjaźń z Galenem Erso. Pewnie odwiedzili razem niejeden bar na Coruscant, bo Krennic to bodajże pierwsza od czasów Hana Solo w tej sadze postać robiąca wrażenie fajnego kompana na wieczorną popijawę.

Gdyby Republika trwała dalej, Krennic piąłby się powoli po szczeblach kariery w korpusie inżynieryjnym. W upadku Republiki zobaczył szansę na przyśpieszenie tej wspinaczki.

Twórcy „Rogue One” myśleli oczywiście o współczesnych widzach przerażonych Trumpem i Brexitem. Ale ten film doskonale pasuje też jako komentarz do polskich wydarzeń.

Że establishment galaktycznej republiki był skorumpowany i nieudolny, to wiemy od ho ho, właściwie od Epizodu Pierwszego. Można zrozumieć pragnienie prostego Gunganina, żeby wreszcie ktoś to wszystko wziął za skrzela i wprowadził dobrą zmianę.

Krennic pokazuje, jak wygląda dalszy krok. Niekoniecznie tak, że wylezie nam zza kadru dyszące archetypalne zło i zacznie coś marudzić metalicznym głosem.

Na początek po prostu tak, że ludzi przestaje się już zachęcać do pracy i współpracy bodźcami pozytywnymi („dołącz do nas, mamy ciastka”), a zaczyna negatywnymi („dołącz do nas, bo wymordujemy ci rodzinę”). W jakimś momencie dyrektor Krennic przestał już motywować swoich inżynierów premiami i perksami, a zaczął blasterem.

To jest oczywiście droga, z której nie ma odwrotu. I to jest jednocześnie zalążek przyszłego upadku.

„Rogue One” pokazuje nam jednak galaktyczną dobrą zmianę w fazie wznoszącej. Kanclerz Palpatine jeszcze ciągle ma wysokie notowania. Nikt nie tęskni za Jedi i ich dziwacznymi przesądami.

Buntownicy są nieliczni i mają kryzys morale. Stopniowo się wykruszają, bo widzą, że Imperium jest nie do zatrzymania.

Ich liderzy są równie mało porywający, jak Schetyna czy Kijowski. Ci fajni liderzy, których kojarzymy z poprzedniej części sagi, dopiero się wyłonią - na razie na czele rebelii stoją skompromitowane postacie poprzedniego establishmentu.

I znów: twórcy zapewne myśleli tutaj głównie o tych, którzy głosowali na Clinton jako na „mniejsze zło”. Wstrzelili się idealnie w nastroje weteranów ruchu #occupy, o czym świadczy sukces kasowy.

Ale gorąco polecam ten film także i w Polsce. Tylko raz jeszcze powtórzę ostrzeżenie, które zamieściłem już na fejsie: że jest wersja z dubbingiem to nie znaczy, że to jest film dla dzieci. Jest bardziej ponury od „Imperium kontratakuje”. Mi to odpowiada, ale ośmiolatek będzie płakać.

 

PS. Uprasza się o rotowanie spojlerów!

wtorek, 20 grudnia 2016
Waaadzaa

Z czasów późnego dzieciństwa pamiętam jakieś spotkanie Mieczysława Rakowskiego z publicznością, podczas którego wyjątkowo nieustępliwie odrzucał wszystkie propozycje liberalizacji PRL. Każdą interpretował jako próbę obalenia władzy.

Jacek Fedorowicz zażartował wtedy (głosem kolegi Kierownika), że gdyby ktoś zaproponował otwarcie okna na sali, Rakowski by ripostował tak samo: „ooooknooo? to znaczy, że wy chcecie waaadzyyy, bo kto ma dostęp do powietrza, ten ma waaadzę”.

Na podobnej zasadzie działa rząd PiS. Nie ma mowy o jakimkolwiek ustępstwie w czymkolwiek.

Stadniny koni? Likwidacja gimnazjów? Wyrąb puszczy? Dyscyplinarne zwalnianie za działalność związkową? Dostęp dziennikarzy do Sejmu?

W każdej z tych spraw PiS idzie na noże, nie dopuszczając do dyskusji, nie zgadzając się nawet na ustępstwa czysto robocze czy techniczne.

„Zgłaszam wniosek o otwarcie okna...” „Ty postkomunistyczny obrońco ubeków, precz z oknami, precz z komuną” - przecież Sejm już zaczął działać jak w skeczu Fedorowicza. Prezes zamknął, marionetki nie odważą się otworzyć - chyba że prezes nakaże otwarcie, to marionetki się w wyścigu porozbijają o parapet.

Czy wszystkie te konflikty były PiS-owi potrzebne? Czy rzeczywiście partia i jej prezes są tak nieomylni, że przez cały ten rok żadna ich decyzja nie wymagała najdrobniejszej poprawki?

Nie wierzę, że wyborcy PiS w to wierzą. Rozumiem ich motywację typu „500+”. Ba, nawet rozumiem motywację tych, którzy uwierzyli, że PiS sprowadzi wrak tupolewa i odkryje jakieś nowe fakty, ukrywane za poprzedniej władzy (BTW: nie sprowadzili i nie odkryli; nie sprowadzą i nie odkryją, rozumiem wstępny błąd, ale nie uporczywe trwanie w nim).

Ale nie wierzę w analogiczną determinację elektoratu PiS do niszczenia stadnin i gimnazjów. Nie wierzę też, że łyka dogmat o nieomylności prezesa. No kurna, to jednak nie papież!

Propaganda to wszystko uzasadnia mniej więcej w ten sam sposób - „że Platforma też tak robiła”. Taki wychodzi rano przekaz dnia i potem nagle ten sam komentarz wpisują wszyscy prorządowi internauci, powielają go także politycy i rządowi publicyści.

Nawet gdyby tak było, to brzmi to równie słabo, jak obrona poprzedniego reżimu w wydaniu Mieczysława F. Rakowskiego. To na tym ma polegać dobra zmiana, że nie ma zmiany?

Przeważnie to jednak nieprawda. Zwalnianie związkowców w radiu usprawiedliwiane jest, że za Platformy też zwalniano w radiu - tak jakby zmiana na wysokim stanowisku kierowniczym była równoważna dyscyplinarnemu zwolnieniu za działalność związkowa!

Wielkim błędem Platformy było dokładnie co innego. „Nie zrobiliśmy czystki”, tak HGW broniła tego, że w jej ratuszu pracowali nieuczciwi ludzie, mianowani przez Kaczyńskiego. No to szkoda, że jej nie zrobiliście, czym tu się chwalić?

Za Platformy propisowscy dziennikarze, jak Agnieszka Romaszewska czy Jan Pospieszalski, mieli się w mediach publicznych jak pączki w maśle. Dzisiaj to niemożliwe, żeby dziennikarz choćby neutralny (nie mówiąc już o jawnie opozycyjnym!) stał na czele anteny czy miał autorski program.

Niepotrzebnie Platforma tak długo (do 2009) trzymała Mariusza Kamińskiego na czele CBA. Niepotrzebnie tolerowała Andrzeja Seremeta, którego przecież wybrał i nominował Lech Kaczyński. Tusk z każdym się próbował dogadać, każdego próbował pozyskać - i to się musiało skończyć tak, że na każdym kroku kopano pod nim dołki.

Właśnie ta niezdolność PiS do jakiegokolwiek kompromisu sprawia, że fałszywe są też wysuwane czasem w „przekazach dnia” uzasadnienia typu „tak jest też w innych krajach”. Że w innych krajach też nie ma Trybunału Konstutycujnego, a w ogóle też są ograniczenia w wejściu do Sejmu.

W innych krajach nie ma też PiS. A wszystko, co ta partia robi od kiedy objęła władzę sugeruje, że PiS będzie ograniczenia dla mediów traktować tak jak stadninę koni czy Instytut Książki, jako środek promowania lojalnych i niszczenia niepokornych. Przepustki dostaną Radio Maryja, Gazeta Polska i kompatybilne.

Cała nadzieja w tym, że prezes w końcu otworzy o jeden front za dużo. Rebellions are built on hope.

piątek, 09 grudnia 2016
Czy Dania nas ocali?

Weterani bloga z pewnością znają moją słabość do książek naszpikowanych skrótami typu SACEUR, AMRAAM albo HAHO. W Londynie będąc, z radością strzeliłem więc sobie w księgarni książkę generała Shirreffa „War with Russia”, opisującą prawdopodobny przebieg konfliktu NATO/Rosja, który Shirreff umieścił w połowie 2017 roku (w książce pisanej na początku 2016).

Shireff u szczytu swojej kariery dochrapał się szczebla DSACEUR, czyli teoretycznie wie o czym pisze. Pisze jednak słabo, książka składa się w większości z dialogów przypominających kwestie Sir Basila Exposition z „Austina Powersa” - jeden bohater coś długo i rozwlekle tłumaczy drugiemu.

Te tłumaczenia też bywają chwilami wątpliwe. Pod koniec na przykład doradca ds bezpieczeństwa tłumaczy brytyjskiemu premierowi, na czym polega atak DDoS.

W jego wyjaśnieniu widać pomieszanie trzech pojęć („botnet”, „buffer overflow” i DDoS). Doradca wyobraża sobie DDoS tak, że trzeba mieć Specjalnego Robala, ten robal się błyskawicznie rozchodzi po sieci i ją paraliżuje, wywołując „buffer overflow”, od którego padają serwery.

Wygląda mi to na tekst kogoś, kto coś o tym próbował przeczytać (zapewne hasło w wikipedii) i niewiele zrozumiał, ale na użytek powieści skomponował z tego monolog. Generał nie może się znać na wszystkim, mam więc nadzieję, że lepiej się zna na desancie typu HAHO.

Książka już jest trochę nieaktualna. Shirreff pisał ją jeszcze kiedy Hillary Clinton nie miała z kim przegrać.

Ameryką w tej powieści rządzi więc pierwsza w dziejach kobieta-prezydent, Lynn Turner Dillon. Wielką Brytanią z kolei konserwatywny premier Oliver Little. Rosją zaś prezydent, do którego współpracownicy zwracają się per „Vladimir Vladimirovich”.

Scenariusz wojny wygląda mniej więcej tak. Wiosną zachodni świat jest w rozgardiaszu - w Ameryce prezydent Dillon dopiero się zaczyna instalować w Białym Domu, w Europie Zachodniej każdy gra do swojej bramki, kilka krajów (Grecja, Węgry) otwarcie deklaruje, że wolą Rosję od Unii Europejskiej.

Vladimir Vladimirovich wykorzystuje to do wznowienia ofensywy na Ukrainie. Rosjanie inicjują złamanie rozejmu po to, żeby móc ogłosić, że rozejm przestał funkcjonować.

Jednocześnie scenariusz ukraiński zaczynają odtwarzać na Łotwie. Z dnia na dzień pojawia się tam partyzancka armia RNZS („Russkich Narodov Zaschita Sila”), która cieszy się poparciem całej rosyjskiej populacji Łotwy. Swoją drogą, ciekawe, na ile to realistyczne?

Rosjanie udzielają wsparcia RNZS, początkowo nieoficjalnie. Łotwa wzywa NATO na pomoc, powołując się na artykuł piąty. NATO jest niechętne, z wyjątkiem dzielnej Danii, która bezdyskusyjnie wysyła swój niewielkim symboliczny oddział („ach, gdyby cały świat był jak Dania”, wzdycha jeden z bohaterów”).

Brytyjczycy wysyłają funkcjonariusza służb specjalnych, jednego z bohaterów, żeby zdobył niepodważalne dowody na to, że za działania wojenne na Łotwie odpowiada regularna armia rosyjska. Tymczasem Rosjanie przestają już cokolwiek ukrywać, zatapiając kilka okrętów na Bałtyku oraz masakrując żołnierzy i cywilnych lokatorów baz NATO.

Te zbrodnie przywracają jedność Zachodu, który wypracowuje genialny plan. NATO pozoruje akcję, której Rosjanie się spodziewają i są na nią przygotowani - to próba uderzenia lądowego z Polski i jednoczesnego desantu morskiego. Na to Rosjanie mają ripostę w postaci taktycznego uderzenia atomowego na Suwałki.

Nim zdążą to zrobić, NATO realizuje swój właściwy plan. Desant niewielkich sił specjalnych pojawia się w Kaliningradzie na tyłach wroga i przejmuje kontrolę nad rakietami Iskander, które zamiast w Suwałki, celują w Moskwę.

Rosja kapituluje. Vladimir Vladimirovich ginie w tajemniczym wypadku. W happy endzie Zachód zastanawia się, czy musiało zginąć tylu ludzi, żeby NATO się dozbroiło i zreformowało.

Świat wygląda dziś gorzej, niż kiedy Shirreff to pisał. W Białym Domu zasiądzie przyjaciel Putina, przyjaciel (lub przyjaciółka) wygra też wybory we Francji. W Polsce u władzy są ludzie, którzy łączą antyrosyjską retorykę (słowa nic nie kosztują) z dziwnymi powiązaniami z Rosją.

Nie wiem, czy w tej sytuacji Europa Wschodnia będzie mogła liczyć choćby na tę symboliczną jednostkę od Duńczyków?

piątek, 02 grudnia 2016
Kumpel z podziemia

Nie byłem w podziemiu (identyfikuję się z tym cytatem z „Annie Hall” Woody Allena: „Ty i tortury? Ty byś wyśpiewała wszystko, gdyby Gestapo zagroziło odebraniem karty kredytowej”). Nie mam więc kumpli z podziemia, ale znam trochę osób, które były w podziemiu - więc dobrze znam fenomen „Kumpla z Podziemia”, czyli ludzi takich jak Jarosław W., z którego grzeszków dobra zmiana próbuje wykręcić haka na Piniora.

Najpierw uwaga formalna: tak, wiem, że śledztwo prowadzono za poprzedniej władzy. Skoro jednak wtedy prokuratura nie zdecydowała się na wniesienie oskarżenia, to prawdopodobnie znaczy, że uznała (podobnie jak teraz sąd), że są za słabe.

Trudno inaczej zinterpretować fakt, że prokurator ogłaszając akt oskarżenia, sam się od niego w jakiś przedziwny sposób dystansował. A parę dni później podał się do dymisji.

Wniosek jest oczywisty: nie wniósł tego aktu oskarżenia z własnej inicjatywy, tylko z powodu jakichś nacisków. Którym najpierw uległ, a potem tego pożałował.

Pozostaje moralne pytanie: czemu Pinior nie zerwał kontaktów z kimś takim, jak Jarosław W.? I tak wracamy do tematu, który mnie interesuje: fenomenu Kumpla z Podziemia.

Galerię takich postaci przynosi „Skucha” Hugo-Badera, którą już się tutaj zachwycałem. Sam ich trochę zdążyłem poznać głównie via Ikonowicz (i ogólnie PPS), dlatego chociaż nigdy nie zdążyłem poznać konkretnie Jarosława W., to jego medialna charakterystyka brzmi dla mnie dziwnie znajomo.

Ci ludzie są tak do siebie podobni, że na własny użytek od dawna fenomen KZP traktuję jako coś w rodzaju syndromu, a przynajmniej typu osobowości. Poznałeś jednego z nich, to znasz ich wszystkich.

Po pierwsze, przeważnie są ciężko uzależnieni nie tylko od alkoholu i papierosów, które odpalają jednego od drugiego, ale także od kompletnie egzotycznych dla mnie nałogów, jak hazard. Przypuszczam, że w samym podziemiu działali tyleż z przekonań, co dla adrenalinowego strzału, jaki dawała im udana ucieczka przed zomowcami.

Albowiem po drugie - często nie wiadomo, jakie ci ludzie mają przekonania. Jarosław W. miotał się między prowałęsowskim BBWR (skupiającym wiele takich dwuznacznych moralnie postaci), a skrajną lewicą.

To jest częste u KZP. Grzeszą wszystkimi grzechami głównymi, ale jednocześnie są wściekle proklerykalni. W jednych wyborach startują ze skrajnej prawicy, w następnych ze skrajnej lewicy. Nie ma stałych elementów w ich światopoglądzie.

Po trzecie wreszcie, pozornie to są cudowni kumple do kieliszka. Zawsze są chętni, zawsze są serdecznie, wylewnie towarzyscy. Ale sprawdzają się tylko jeśli masz ochotę na szybkie dążenie do pełnego znieczulenia, przy powierzchownej konwersacji na miałkie tematy. Z typowym KZP nie pogadasz o filmie czy literaturze, bo go to wszystko nie interesuje.

Najchętniej rozmawiają o tym, kto z kim i kto kogo (w sensie zarówno plotek towarzyskich, jak i plotek o personalnych rozgrywkach), oraz o różnych pomysłach na interesy. Dla mnie idealne wydarzenie towarzyskie to takie, w którym owszem, na koniec idziemy nieco chwiejnym krokiem, ale przedtem wymienimy poglądy na serial „Westworld” albo interpretację kolapsu funkcji falowej przez Rogera Penrose’a.

Moja znajomość z KZP ograniczała się więc zwykle do „cześć/cześć”. To nie jest towarzystwo dla mnie.

Ikonowicz jednak miał (i pewnie nadal ma, ale już tego nie obserwuję) wielu takich ludzi w swoim otoczeniu. Hugo-Bader też ma takich kumpli i opisuje to w swojej książce.

Możemy chyba roboczo założyć, że obaj nie kierują się złymi intencjami w podtrzymywaniu tych znajomości. Ikonowicz i JHB, są ludźmi, którzy nie interesują się pieniędzmi (na własne oczy na wiele sposobów mogłem to zaobserwować).

Nie zrywają relacji z KZP, bo podczas tych wszystkich bijatyk z ZOMO i ucieczek przed SB wytworzyła się między nimi silna więź emocjonalna. Ja (na szczęście!) w ogóle w życiu nie mam wspomnień, za sprawą których z kimś bym taką więź mógł nawiązać.

Nie byłem w wojsku, nie byłem internowany, nie byłem w więzieniu. Staram się prowadzić nudne, przewidywalne życie statecznego mieszczanina, wokół którego wszystko ma poduszki powietrzne, bezpieczniki różnicowe i unijny certyfikat bezpieczeństwa.

Gdyby świat zaludniali tylko tacy ludzie jak ja, dyktatury trwałyby wiecznie. Jestem wdzięczny ludziom innym niż ja (Hugo-Baderowi, Ikonowiczowi...), bo gdyby nie oni, byłbym żałosną, peerelowską imitacją mieszczanina. Daję im kredyt zaufania. W winę Piniora uwierzę dopiero po prawomocnym wyroku niezawisłego sądu.

sobota, 26 listopada 2016
Skąd ta maniana?

Dear Sirs, send naleps

Skandalicznie nieprofesjonalne prezentacje przedstawicieli dobrej zmiany: na londyńskich targach książki (w ilustracji mamy fragment wystąpienia wicedyrektora Instytutu Książki Krzysztofa Koehlera) sprawiły, że chciałbym zwrócić się do PT komentatorów z tytułowym okrzykiem - skąd ta maniana?

To nie jest przecież pierwszy przypadek, w którym posunięcia reżimu szokują przede wszystkim skrajnym brakiem profesjonalizmu. Już pomińmy głupotę pisowskiego bieda-mesjanizmu, widocznego w prezentacji Koehlera („macie moralny obowiązek tłumaczyć polskich pisarzy ze względu na bezmiar cierpień Narodu Polskiego!”), ale dlaczego nie dał tego do przejrzenia komuś, kto by mu poprawił przynajmniej błędy ortograficzne i przekręcone nazwiska?

Gdyby to był jedyny taki przypadek, nie zadawałbym tego pytania. Ale reżim tak się zachowuje na każdym kroku.

Najnowsza propozycja reformy podatków też wygląda na coś wystukanego na kolanie w pośpiechu. Piszę „najnowsza” z ostrożności, bo to im się zmienia z dnia na dzień i być może dzisiejsza najnowsza wersja nie będzie nią już jutro.

Deforma oświaty też przeraża niedbalstwem. Nawet ktoś, kto z powodu sentymentu do swojego peerelowskiego dzieciństwa jest irracjonalnym wrogiem gimnazjów - powinien się bać samego niechlujstwa minister Zalewskiej.

Doprowadziła do sytuacji, w której szkoły nadal nie wiedzą, co z nimi będzie następnym roku szkolnym (a to się przekłada np. na ruchy kadrowe czy modyfikacje budynków). Wytworzyła też problem „roczników zagłady”, w których w tej samej klasie spotykać się będą uczniowie z różnych roczników i z różnym przebiegiem edukacji.

Ja jestem już stary, więc to nie jest problem moich dzieci. Ale rodzice z tych roczników wyklną minister i wyklną PiS.

Jedną wielką manianą jest też Rada Mediów Narodowych, która podobno odwołała Kurskiego, ale jednak wygląda na to, że to Kurski odwołał ją. Ale skoro już mówimy o mediach publicznych, ta propaganda też wygląda na coś robionego na „odwal się”, bez jakiejkolwiek próby przekonywania nieprzekonanych.

O co tu chodzi? Serio nie wiem.

Czy oni chcą w ten sposób pokazać swoją siłę? „A co tam, zrobię se błąd ortograficzny, możecie mi naskoczyć?”. Mało który reżim tak robił, typowa dyktatura przeważnie raczej chce emanować profesjonalizmem (i często posuwa się do komicznych ekstremów, o czym fajnie pisze Mikal Hem).

Czy oni są tak strasznie zajęci czymś innym, że nie mają czasu nawet na pełnienie swoich dyrektorskich czy prezesowskich obowiązków? Trochę na to wygląda, ale w takim razie czym?
Antyszambrowaniem u Prezessimusa? Postem, modlitwą i biczowaniem?

A może po prostu chodzi o to, że obraz zgranej ekipy, która może wszystko, bo marionetki na Wiejskiej klepną każdą ustawę, a pacynka na Krakowskim ją tego samego dnia podpisze, jest fałszywy - i gdzieś za kulisami toczą się mordercze walki frakcyjne? Każdy tam każdemu chce podstawić nogę i podłożyć świnię?

Może każdy funkcjonariusz reżimu czuje się samotny w swoim dyrektorowskim czy ministerialnym gabinecie, bo wie, że jeśli tylko poprosi kogokolwiek o sprawdzenie błędów w jego prezentacji - ten ktoś jeszcze mu złośliwie je podopisuje? Nikt tam nikomu nie ufa, a już osobliwie szefowie swoim podwładnym?

Serio nie wiem. I serio pytam. Czasem niektórzy moi komentatorzy przechwalają się znajomościami wśród ludzi reżimu - że ten ktu z kimś wrzeszczy „legia gola!”, a ktoś tu z kimś gra w golfa, a ktoś tu z kimś spał na styropianie.

Czy wy coś z tego rozumiecie? Skąd ta maniana?

sobota, 12 listopada 2016
Sprzysiężenie Katyliny

Zrobiłem niedawno wywiad z Janem i Pawłem Śpiewakami, na których chciałem zwrócić uwagę PT Komcionautów, bo przemawia do mnie diagnoza Jana Śpiewaka, że praźródłem problemów polskiej demokracji jest sojusz klasy średniej z klasą wyższą przeciwko reszcie społeczeństwa. Pewnie nie tylko polskiej zresztą, ale o tym akurat była ta rozmowa.

Jak już pisałem w różnych miejscach, od dziecka fascynowało mnie pytanie „dlaczego czasem społeczeństwa odrzucają wolność”. Spędziłem kawał życia w PRL, stosunkowo wcześnie miałem szansę zobaczyć jak jest na Zachodzie, dość szybko więc mogłem naocznie się przekonać, na czym polega różnica.

Na Zachodzie komunikacja publiczna jeździła zgodnie z rozkładem, policjant odzywał się do obywatela grzecznie, przestrzeń publiczna była estetycznie zaplanowana. W PRL natomiast przestrzeń publiczna była kakofonią syfu i brudu, komunikacja publiczna była symulakrum a każdy, kto miał jakikolwiek okruszek władzy, wykorzystywał tę władzę do gnojenia bliźnich. Bo mógł.

Nie rozumiałem wtedy, jak ktoś mógłby dobrowolnie chcieć zamienić ustrój „bardziej wolnościowy” na „mniej wolnościowy”. Fromm z jego „Ucieczką od wolności” mnie nie przekonywał (i dalej nie przekonuje), lubiłem więc czytać książki historyczne opisujące fiasko różnych projektów republikańskich, liberalnych czy demokratycznych na przestrzeni dziejów, od Aten po Weimar.

Zaryzykowałbym taką syntetyczną tezę, że początkiem ich fiaska było sprzymierzenie się ówczesnego odpowiednika klasy średniej przeciwko plebsowi z jakimś Krassusem czy Thiersem. Lud w takiej sytuacji szukał sojuszu z dyktatorem wywodzącym się z klasy wyższej. Tak upadła republika rzymska - nie obalił jej Cezar, tylko Klodiusz i Katylina.

Obietnice były zazwyczaj nieszczere, ale po pierwsze, po zamachu stanu było już za późno na rozliczanie z ich niespełnienia, a po drugie, wsadzani właśnie do więzień oraz zabijani liberałowie sami już wtedy zazwyczaj sporo mieli na sumieniu. Bez względu na to, jak zbrodniczy charakter  w Polsce miała sanacja - II Rzeczpospolita rzeczywiście tonęła w korupcji.

Udane projekty wolnościowe na przestrzeni dziejów zawsze odwoływały się do egalitarnego sprzymierzenia odpowiednika klasy średniej z odpowiednikiem proletariatu. W Rzymie definiowanego, przypomnijmy, jako „wolni obywatele pozbawieni majątku”.

W historii Polski takie dwa wielkie udane projekty wolnościowe to pierwsza „Solidarność”, która z kolei (jak to świetnie pokazuje Mencwel) w swoim sojuszu inteligencko-robotniczym nawiązywała do wcześniejszego sukcesu „żeromszczyzny”, która dała nam względnie demokratyczny charakter II Rzeczpospolitej. Endekom marzyła się przecież raczej jakaś zamordystyczna monarchia z uprzywilejowaną rolą obszarników.

Propaganda PRL przedstawiała Żeromskiego jako proroka tego ustroju i tak interpretowane te wszystkie „Siłaczki” są nie do przebrnięcia. Od strony fabularnej bronią się jednak do dzisiaj jako satyra na kapitalizm - to przecież nie jest tak, że doktor Judym urodził się jako społecznik, on na początku próbuje robić karierę zgodnie z regułami gry i gdyby mu się udało, to byłaby opowieść o zamożnym lekarzu, koneserze dobrych cygar i trunków.

Kiedy w pierwszej połowie ubiegłego stulecia masowo upadały republiki, w niektórych krajach, jak w USA czy w Skandynawii, uratowały je projekty takie jak amerykański New Deal czy duńskie „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” (Duńczycy lubią podkreślać, że to oni wymyślili model, później skopiowany w Szwecji - a ja w tej odwiecznej Wojnie Północnej jestem za Danią).

Istotą tych koalicji było porozumienie większości społeczeństwa przeciwko klasie wyższej - której narzucano wysokie podatki i prospołeczne regulacje. Dziś to jest przeszłość. O zdradzie amerykańskiej klasy średniej, która zerwała sojusz New Dealowy w zamian za iluzję reaganowskiego dobrobytu na kredyt, traktuje choćby „Co z tym Kansas” Thomasa Franka.

Na tym samym polegała zdrada postsolidarnościowej inteligencji, która w 1989 odcięła się od związkowych sojuszów z czasów pierwszej „Solidarności” - i zaczęła kadzić Kulczykom. Kiedy reprywatyzatorzy eksmitowali lokatorów na bruk, liberalne media były po stronie reprywatyzatorów - a nie wichrzycieli w rodzaju Ikonowicza.

I w Polsce, i w Stanach widać skutki: klasa niższa szuka sojuszników w klasie wyższej, żeby pogonić liberałów z Waszyngtonu czy Warszawy. Historia mówi, że to się wszystko źle skończy dla wszystkich, z wyjątkiem biznesmenów podczepionych pod przyszłego dyktatora.

środa, 02 listopada 2016
I ty dostaniesz bana

Rzadko zgadzam się z Jarosławem Lipszycem. Kwestia wolności słowa to jeden z tych wyjątków, dlatego z aprobatą linkuję jego komentarz w „Tygodniku Powszechnym”.

Nie ma się co cieszyć z chwilowych problemów, które na Facebooku mieli narodowcy. To były  czasowe bany, zapewne tylko na 24 godziny.

Jeśli kogoś Facebook potraktował ostrzej, ban zostanie zdjęty dzięki interwencji prawicowej minister cyfryzacji. Pamiętajcie, że ona będzie bronić pisowców, narodowców czy koalicjantów od Kukiza, ale nigdy nie będzie bronić was - moi drodzy znajomi o poglądach na lewo od PiS.

Dlatego z zasady nie cieszę się z niczyich banów, nawet banów nakładanych na tych, z którymi się ideowo nie zgadzam. OK, byłem teraz nieszczery, miałem sporo Chichrenfreude z licznych banów Jana Kapeli, bo nie mogę mu wybaczyć infantylnego cyberoptymizmu, który jeszcze parę lat temu lansowano w „Krytyce Politycznej”.

Dziś już chyba do największych niegdysiejszych entuzjastów „robienia rewolucji przy pomocy Facebooka i Twittera” dotarło, że to są monopolityczne korporacje, zainteresowane tylko przynoszeniem hajsu udziałowcom. Hejt przynosi im hajs i zły pijar.

Z hajsu nie zrezygnują, więc będą w celach pijarowychsymulować jakieś działania antyhejterskie, ale te będą zawsze chaotyczne. Ofiarą będą padać przypadkowe osoby.

Jeśli więc „New Yorker” i wszyscy administratorzy jego fanpejdża dostaną bana za opublikowanie rysunku Adama i Ewy z rysunkowymi sutkami - Facebook cofnie bana, bo interweniować będzie Conde Nast. A z Conde Nastem Facebook chce żyć dobrze.

Jeśli bana dostanie norweska gazeta „Aftenposten” za ikoniczne zdjęcie nagiego dziecka podczas wojny w Wietnamie (i wszyscy szerujący to zdjęcie w solidarności z redakcją), to Facebook bana w końcu zdejmie, bo w obronie „Aftenposten” wystąpiła premier Erna Solberg. A Facebook chce żyć w zgodzie z premier(k)ami.

Od strony prawnej cyberkorpy chronione są przywilejami, które dają im międzynarodowe traktaty o tak zwanym wolnym handlu, które są de facto traktatami o przywilejach korporacji. W sądzie polski obywatel może im nafiukać, naskoczyć, cmoknąć w pompkę i generalnie poskarżyć się na mail@berdychev.ua.

Ale z drugiej strony, cyberkorpy nie chcą mieć wrogów u instytucji takich jak Conde Nast czy rząd polski czy norweski. Co stwarza sytuację, która na dalszą metę jest groźna dla szarego obywatela, ale korzystna dla elit.

Elity korporacyjne i polityczne zawsze sobie jakoś poradzą. Nie zawsze ich interesy muszą być tożsame, ale dla jednych i drugich ta sytuacja jest w gruncie rzeczy wygodna.

Dzięki przywilejom dla cyberkorpów Facebook jest superarbitrem w kwestii tego, jakie poglądy mogą, a jakie nie mogą być wyrażane w Internecie. Rządom i innym korporacjom pozostaje przywilej mniej istotny, ale też cenny: wszyscy się teraz dzielimy na tych, w których obronie wystąpu rząd lub jakaś korporacja - i całą resztę.

Dlatego z przywilejami cyberkorpów nikt nic w dajcym się przewidzieć czasie nie zrobi. Na dalszą metę to jest korzystne dla wszystkich, którzy coś mają do gadania. Czyli w uproszczeniu do górnego 1%.

Niekorzystne to wszystko jest dla nas, 99% społeczeństwa. Ale najśmieszniejsze jest to, że sami się na to zgodziliśmy - 10 lat temu były głosy ostrzegawcze, że to wszystko idzie w takim kierunku, ale je powszechnie olano.

Dlatego właśnie cieszą mnie tylko bany zaliczane przez tych, którzy zakrzykiwali ówczesne pojedyncze głosy protestu.

poniedziałek, 24 października 2016
Wydłużony Puchatek

Przepraszam, że to druga notka o CETA, ale wydaje mi się, że fiasko ratyfikacji tego traktatu to historyczne wydarzenie, ważniejsze nawet od fiaska ACTA. Może eurokraci jeszcze jakoś ten bajzel odkręcą, więc powstrzymam się na razie przed otwieraniem szampana - czy raczej belgijskiego piwa - ale wygląda na to, że to już koniec korporacyjnej globalizacji, jaką znamy od 20 lat.

Na unijnym szczycie komisarz Juncker powtórzył w innym wariancie to, co w poprzedniej notce opisałem jako „argument kołowy”. Że CETA zawiera rozwiązania podobne do poprzednich traktatów i nikomu to dotąd nie przeszkadzało.

Nie przeszkadzało, bo opinia publiczna do niedawna była radośnie nieświadoma samego istnienia czegoś takiego, jak korporacyjne trybunały kapturowe. Traktaty handlowe negocjowane są w tajemnicy, ratyfikowane bez większej debaty, bo parlamenty je dostają jako gotowy pakiet, którego odrzucenie groziłoby skandalem dyplomatycznym.

Media niespecjalnie się tym interesują, bo te traktaty są pełne nudnych detali. W rezultacie więc przeciwko tym traktatom protestowali do niedawna samotnie antyglobaliści, których dziennikarzom i politykom łatwo było dotąd bagatelizować („protestują przeciwko globalizacji, a używają internetu, hurr durr”).

Negocjacje są prowadzone w tajemnicy przed opinią publiczną, ale korporacje mają do tych negocjacji swój specjalny, vipowski dostęp. Nazywa się to elegancko „konsultowaniem z interesariuszami”.

Teoretycznie interesariuszami są też organizacje pozarządowe i związki zawodowe, ale z ujawnionych przez Greenpeace dokumentów wynika, że w przypadku negocjacji TTIP, przeszło 90 procent konsultacji prowadzono z biznesem. Kilka spotkań z organizacjami reprezentującymi obywateli to raczej listek figowy, niż realne konsultacje.

Podczas tych tajnych negocjacji korporacje dopisują do tych traktatów wszystko, co dla nich istotne. Goldman Sachs i Morgan Stanley dbają o ochronę kapitału spekulacyjnego i deregulację rynków finansowych, dającą szansę na zarobienie po raz kolejny, jak w 2008 roku, kokosów na rozwaleniu światowej gospodarki.

Google i Facebook chcą mieć te wszystkie swoje „safe harbors”, pozwalające im bez zewnętrznej kontroli obracać naszymi danymi osobowymi oraz zarabiać na hejcie. Disney chce mieć wydłużone w nieskończoność prawa autorskie, żeby mu nigdy nie wygasł copyright na Kubusia Puchatka - i tak dalej.

Ta dobrze oliwiona machina zazgrzytała dotąd tylko raz, właśnie w przypadku ACTA. A stało się tak dlatego, że cyberkorpy nie dostały swoich „safe harbors”, więc nakręciły protesty organizując te wszystkie „strajki internetu”.

Ubocznym skutkiem stała się większa uwaga, jaką społeczeństwo obywatelskie zaczęło poświęcać tym traktatom. Do opinii publicznej dotarło to, jakie kwiatki dopisywane są do traktatów o wzniosłych nazwach, typu „traktat o zwalczaniu podróbek” albo „traktat o wolnym handlu”.

W neoliberalnej logice wszystko jest towarem, więc kompetencje unijnego komisarza do spraw handlu okazały się nieograniczone. Te traktaty regulują kwestie kultury, edukacji, służby zdrowia, ochrony środowiska, budownictwa i praw pracowniczych. Właściwie nie wiadomo, po co jeszcze w Unii jacyś komisarze poza oberkomisarzem wszechhandlu.

Prosty przykład z mojego podwórka to ochrona praw autorskich przez 70 lat po śmierci autora. Z punktu widzenia autora to nie ma sensu.

To ma sens dla Disneya, bo gdyby obowiązywał okres zapisany w konwencji berneńskiej (50 lat), Kubuś Puchatek byłby w domenie publicznej od 1 stycznia 2007, a w tego sylwestra dołączyliby do niego Mickey z Donaldem.

Rzecz jasna, wydłużonego Puchatka dopisano też do CETA. Ale i tak jest już w innych traktatach ratyfikowanych przez Unię, na przykład w traktacie o wolnym handlu z Koreą Południową, któremu niestety udało się prześliznąć poniżej radaru.

Donald Tusk bardzo słusznie skomentował porażkę CETA tak, że Unia będzie musiała przekonać Jana Kowalskiego (Hansa Schmidta, Jeana Duponta, etc), że coś z tych traktatów będzie mieć dla siebie. To może być trudne.

Bajeczki o tym, jak to dzięki nim „każda rodzina zyska 500 euro” a Goldman Sachs stworzy bazylion miejsc pracy, już chyba nie działają. Znamy tą bajeczkę. Oglądaliśmy ją w filmie Disneya „Kubuś Puchatek podpisuje NAFTA”. I w sequelu „Myszka Miki spaceruje po ruinach Detroit”.

Trzeci raz to już się chyba nie sprzeda.

czwartek, 13 października 2016
Przeciw CETA

Uważnie śledzę materiały na temat wielkich transoceanicznych traktatów handlowych, TTIP i CETA. Nie znalazłem jednak nigdzie (!) argumentu przemawiającego za wprowadzeniem do nich mechanizmów ochrony inwestorów przy pomocy specjalnych, dostępnych tylko im trybunałów arbitrażowych.

Normalny obywatel, jeśli poczuje się skrzywdzony przez swoje państwo, musi dociekać swoich praw w sądzie. Czyli najpierw jedna instancja, potem druga, potem ewentualnie Strasburg.

Korporacje dzięki tym traktatom mają dostać specjalną, superszybką ścieżkę dochodzenia swoich praw w trybie arbitrażu, z pominięciem sądów, z pominięciem wieloinstancyjności.

W niektórych traktatach to się nazywa ISDS, CETA ma powołać nowy trybunał tego typu (w skrócie będzie się chyba nazywać PIT?). Nowość tego nowego polega tylko na dwuinstancyjności, ale nadal ma to być specjalna, szybka ścieżka, dostępna tylko korporacjom.

Jako obywatel nie chcę czegoś takiego, bo uważam, że korporacje już mają za dużo przywilejów. Nie potrzebują dodatkowych - odwrotnie, marzy mi się władza, która wreszcie zacznie im zabierać te, co już mają.

Co najważniejsze: kogo jak kogo, ale korporacje stać na prawników. O ile rozwiązania typu TTIP mogą rzeczywiście przydać się dla ochrony inwestycji w Burkina Faso, bo mamy powody, by wątpić w tamtejszy wymiar sprawiedliwości - nie widzę uzasadnienia w Kanadzie, USA czy Unii Europejskiej.

Będę przeciw każdemu traktatowi, zawierającemu takie przywileje dla korporacji - chyba, że ktoś mnie przekona, że takie coś jest potrzebne. Ale tutaj się to właśnie robi zabawne.

Stykam się z dwoma rodzajami argumentów, oba są równie cienkie. Jednym jest argument kołowy: że takie trybunały są we wszystkich traktatach handlowych, a więc powinien być także w CETA/TTIP.

Jak to bywa z argumentami kołowymi, można kołem zakręcić w drugą stronę. Skoro takie trybunały są we wszystkich traktatach handlowych, należy nie podpisywać nowych i należy wypowiedzieć stare. Sama obecność tej instytucji w innych traktatach nie dowodzi tego, że jest dobra dla obywateli.

Drugi argument jest jeszcze mniej przekonujący. Zacytuję go z wywiadu z Danutą Huebner:

Zastanawia mnie fakt, że przy tego typu zarzutach myśli się tylko w jedną stronę - jakaś firma, która zgodnie z tą umową musi spełnić całą masę warunków, może przyjść do Polski i zaskarżyć politykę rządu, jako coś, co podcina jej interesy handlowe. Ale nie myślimy o tym, że w takiej samej sytuacji, prawdopodobnie dużo częściej, mogą znaleźć się polskie firmy, które będą chciały prowadzić działalność w Kanadzie. Pamiętajmy, że ten system chroni również polskiego inwestora, który niejednokrotnie będzie dopiero uczył się zasad handlu międzynarodowego i w związku z tym może być na słabszej pozycji.

Otóż moja niechęć wobec CETA nie bierze się z niechęci do Kanady, podobnie jak niechęć do TTIP nie bierze się z niechęci do USA. Uwielbiam Kanadę, przepadam za USA.

Nie ufam wszystkim korporacjom, polskim, amerykańskim, kanadyjskim, burkinofasońskim. Nie obchodzi mnie „obrona polskiego inwestora w Kanadzie”. Wiem jedno: nigdy nim nie będę. Nic mnie koleś nie obchodzi. Jak miał na inwestycje, to ma też na adwokatów.

Obchodzi mnie obrona polskiego obywatela w Polsce przed korporacjami (oraz kandyjskiego w Kanadzie). Chcę, żeby obywatele mogli demokratycznie przegłosować ograniczenie korporacyjnej chciwości bez obawy przed wyrokiem z jakiegoś dziwnego trybunału „nur fur Korporazionen”.

Nie chodzi o to, że chcę odebrać korporacjom możliwości dochodzenia swoich praw w swoim państwie. Ale niech to robią normalnie, jak my wszyscy, w zwykłym sądzie. Nie rozumiem, dlaczego to im nie wystarczy.

Jeśli ktoś z PT czytelników zna na to jakieś uzasadnienie - chętnie się zapoznam. Co z tego mam mieć ja, jako szary obywatel? Już wiem, że ochronę swoich inwestycji w Kanadzie. No super, a coś poza tym?

środa, 12 października 2016
Zaśniad poczęty

O aborcji nie da się nic nowego napisać, więc wracam do tego tematu niechętnie. Szlag mnie jednak trafia, kiedy prawica zakłamuje kolejne pojęcie, tym razem eugeniki.

Eugenika to dążenie do genetycznego udoskonalenia rasy ludzkiej. Pseudonaukowe, bo sto lat temu ci ludzie jeszcze nie rozumieli, co jest dziedziczne, a co nie jest - a z kolei my dzisiaj, kiedy to już rozumiemy, jesteśmy też dużo ostrożniejsi w ocenianiu, co jest doskonalsze od czego.

W większości przypadków aborcja dokonywana z powodu wad wrodzonych płodu nie ma nic wspólnego z eugeniką. Wady wrodzone nie zawsze mają podłoże genetyczne i prawie nigdy nie są dziedziczne.

Warto rozumieć różnicę między tymi dwoma pojęciami: wrodzony, genetyczny i dziedziczny. Wady wrodzone mogą się brać z nieprawidłowej diety matki, spożywania przez nią substancji teratogennych (słynna afera talidomidu), albo jej chorób takich jak alkoholizm.

Dziedziczne mogą być pieniądze albo dobre wychowanie (tzw. dziedziczenie kulturowe). Niektóre cechy genetyczne nie są w ogóle dziedziczne, na przykład mitochondria dziedziczymy wyłącznie po matce, zatem mężczyzna z jakąś genetyczną chorobą związaną z mitochondriami będzie miał zdrowe dzieci.

Zespół Downa jest chorobą wrodzoną i genetyczną, ale dziedziczną tylko w teorii (w praktyce sukces reprodukcyjny kogoś z tym syndromem jest skrajnie mało prawdopodobny). Przyczyną jest trisomia chromosomu 21.

W najczęstszym scenariuszu w komórce jajowej nieprawidłowo przebiegła mejoza, mająca w teorii dać pojedynczą kopię wszystkich chromosomów (czyli genom haploidalny). Jeden chromosom się nie rozdzielił z diploidalnego pierwowzoru i zachował dwie kopie, do której doszła trzecia, najczęściej z haploidalnego plemnika. I już mamy kogoś, kto ma o jeden chromosom więcej.

Prawica mówi, że to też istota ludzka, bo wzięła się z zapłodnienia - mimo że to przebiegło nie do końca prawidłowo. Stawianie arbitralnych kryteriów jest zaś niedopuszczalne, bo to wejście na równię pochyłę dyskutowania o tym, kto jest człowiekiem, a kto nie.

Już kiedyś pisałem, że ten argument nie ma sensu, bo arbitralnych kryteriów nie da się uniknąć. Nawet w Watykanie, nawet w Ordo Iuris.

Da się ułożyć takie spektrum deformacji płodu, że w końcu nawet Marek Jurek nie uzna ich już za istotę ludzką. Klasycznym przypadkiem jest zaśniad.

Czy to człowiek? Moim zdaniem nie. Podobnie uważa medycyna, która takie deformacje klasyfikuje jako rodzaj nowotworu (tzw. potworniak) i leczy chemioterapią. Argumenty stosowane przez prawicę, że „nowy organizm stworzony z zapłodnienia”, stosują się także do zaśniadu.

On też bierze się z zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik. Tyle, że przebiegło ono troszkę nieprawidłowo.

Prawicowa biologia ogólnie działa podobnie do fizyki smoleńskiej. Rozmija się ze stanem wiedzy naukowej. Wszystko sprowadza się w niej do ideologicznych haseł typu „z góry wiadomo, kto jest istotą ludzką” (albo „z góry wiadomo, kto jest mężczyzną a kto kobietą”).

W przypadku zaśniadu to drugie jest zresztą akurat w pewnym sensie prawdziwe. Jeśli zaśniady są ludźmi - to są kobietami. Moim zdaniem, nie są ani jednym, ani drugim, no ale ja nie z prawicy, ja z uniwersytetu.

Nie widzę uzasadnienia dla zmuszania kobiet do rodzenia tworów, które nie mają głowy, albo mają ich kilka, albo w ogóle nie mają wykształconego niczego, co moglibyśmy nazwać głową czy ręką. Te kobiety już przeżywają dramat, nie dodawajmy im jeszcze bólów porodowych.

Gdyby ruchom pro-life naprawdę chodziło o życie, działałyby inaczej. Działałyby w stronę pozytywnego zachęcania kobiet do rodzenia - tak, żeby miały poczucie, że ktoś (państwo lub jakaś fundacja) pomoże w opiece nad dzieckiem z zespołem Downa.

Od przeszło stu lat zawsze mają w repertuarze tylko jedno. Karać, zmuszać, terroryzować, zabijać ginekologów, przykuwać rodzące kajdankami do łóżka. Bo i nie o życie im chodzi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84