Ekskursje w dyskursie
środa, 29 października 2014
Now Playing (167)

Ten Oldfield, co to go ostatnio wrzucałem, to wierzchołek góry lodowej. Jakoś tak ostatnio dużo słucham elektronicznych staroci. Na przykład Tangerine Dream.

Prosty klucz do słuchania ich płyt, gdyby ktoś chciał zacząć - najlepsze (tzn. nadające się do słuchania dla przyjemności) nagrywali dla wytwórni Virgin, czyli w latach 1973-1983. Potem przyjechali do Polski i nie wyszło im to na dobre.

Najlepsze ich dwa albumy dla Virgin to „Exit” i „Hyperborea” (ostatni z tej serii). Eksperymentowali wtedy z sitarem, ale na szczęście w sensie szukania ciekawych brzmień i aranżacji. W przypadku tego akurat zespołu niestety eksperymentowanie czasem oznaczało bezmelodyjne pobrzdąkiwanie od czapy.

„Cinnamon Road” słucha się bardzo przyjemnie, podobnie jak reszty płyty. Ale jednak nie jest aż tak przyjemnie, żebyśmy mieli wrażenie obcowania z muzyką do windy, jak to bywa w przypadku Jean-Michaela Jarre’a.

Proszę pamiętać: rok 1983. Ostatnie chwile, w których syntezatorowe brzmienia i zautomatyzowane rytmy jeszcze kojarzą się z awangardowymi poszukiwaniami. Combo TR-808/TB-303 już jednak zaczyna brzmieć na dyskotekach, na razie również tych bardziej odjechanych i awangardowych, ale wkrótce to już będzie codzienność każdego wesela.

Płyta „Hyperborea” to już koniec zabawy. Tak, wiem, potem jeszcze Jarre nagra Zoolooka (i po co?) a Kraftwerk „Electric Cafe” (na grzyba?). Dlatego wolę urwać to w ostatniej chwili, w której ta zabawa była jeszcze świeża i kreatywna.

„Cinnamon Road” to wspaniałe pożegnanie tego nurtu w muzyce pop. Lubię sobie wyobrażać, jak do taktu tego utworu odchodzi on jakąś wspaniałą procesją, cynamonowym szlakiem, w stronę zachodzącego słońca.

piątek, 17 października 2014
Bezpieczny Linux

A tymczasem z racji ciągłego biegania po różnych iwentach związanych z internetem usłyszałem jeszcze jeden mit, który teraz dopiszę jako suplement do poprzedniej blogonotki. Mit ten zapiszę w postaci dialogu podobnego do rozmowy, która miała miejsce w realu.

AKTYWISTA: Używam wyłącznie Linuksa i otwartego oprogramowania, bo w nim nie może być backdoorów. Nawet gdyby jakiś był, to zaraz go odkryją i załatają.
JA: Yeah, right, tak jak odkryli dziurę w bashu.
AKTYWISTA: Co to jest bash?

W kręgach z serii „Tarkowski cytujący Lipszyca cytującego Doctorowa” można zdumiewająco często napotkać na ludzi, którzy nabożną wiarę w Wolne Oprogramowanie łączą z brakiem zrozumienia jak to działa. Nic dziwnego, bo większość z nich to po prostu (c)humaniści - jak choćby mój ulubiony felietonista technologiczny.

Jeśli ktoś jest z wykształcenia kulturoznawcą, z centralnej fantazji poetą a z zawodu rozliczaczem grantów, to szanse, że odróżni kod źródłowy od wynikowego są żadne. Nie będzie umiał zdefiniować żadnego z tych pojęć (inna sprawa, że #dziecisieci w ogóle mało co potrafią zdefiniować, potrafią najwyżej bezmyślnie przekleić hasło z plwiki).

Mogę jednocześnie odgadnąć psychologiczny mechanizm stojący za ich magiczną wiarą w Linuksa. Opisywałem to w notce „Manifest pasywistyczny”.

W liberalnej teorii mityczny „trzeci sektor” ma być wyrazem społeczeństwa obywatelskiego. W teorii to powinny być ugrupowania oddolnie tworzone przez obywateli, utrzymujące się z ich składek.

W praktyce trzeci sektor żyje głównie kosztem pierwszych dwóch. Fundacje i NGO’sy żyją albo z partnerstwa z biznesem, albo z dofinansu ze środków publicznych, albo umiejętnie surfują między jednym a drugim.

Rzuca to nieustanną wątpliwość, czy nie zachodzi tu konflikt interesów. Czy dofinansowywany przez państwo NGO’s faktycznie może temu państwu „patrzeć na ręce”? Czy z dofinansu od Google’a można walczyć o prawo do prywatności?

Im większa niepewność konkretnego aktywisty w jego własny aktywizm, tym gorętsza wiara, że z jakimś innym NGO’sem jest inaczej. Gdzieś tam musi przecież istnieć ten prawdziwie mityczny obywatelski Trzeci Sektor - może nie tu, może nie tam, ale może w jakimś zupełnie innym miejscu?

Helou, nie ma go. Obywatelsko oddolne organizacje w Polsce to te, których neoliberalny Trzeci Sektor nie lubi - Kościół i związki zawodowe. Nie są cool, nie da się nimi chwalić w szarlocie przy tartej bułce.

Stąd nadzieja, że chociaż Linux jest produktem prawdziwie oddolnego ruchu hackerów, zdolnych studentów i cyberaktywistów. Zmieniajmy świat na lepsze instalujac Linuksa na laptopie, nawet jeśli od tego szlag trafi nam połączenie z komórką. Wolność wymaga poświęceń.

No więc chłopaki, dziewczyny i osoby trans. Linux jest tak samo oddolny i obywatelski, jak wasze NGO’sy.

Rozwojem Linuksa kieruje Fundacja Linuksa. To jest skład jej zarządu. Kogo tam widzimy? Przedstawicieli świata korporacji.

Czy to takie dziwne? Fundacja Linuksa, jak każda, zależy od wpłatodawców. Im więcej wpłacisz, tym więcej masz do gadania. Szary obywatel raczej nie ma szans wpłacać po pół megabaksa rocznie, jak tzw. „platynowe członki” (IBM, Samsung czy Hewlett-Packard).

Szary obywatel może oczywiście wpłacić na fundację, ale będzie miał na jej działania wpływ adekwatny do tej stówencji peelenów, z której wyskoczył. Czyli: ŻODYN.

Mit „zdolnego studenta, który przegląda kod źródłowy” to taki sam mit cyberaktywizmu, jak ta „rewolucjonistka z Macbookiem w Starbucksie”, z której się już parokrotnie chichrałem. To nie jest takie proste, przegryźć się przez kod źródłowy pod kątem reakcji programu np. na buffer overflow.

Linux od dawna nie jest już rozwijany przez „zdolnych studentów” i „cyberaktywistów”, tylko przez etatowych pracowników albo Fundacji Linuksa, albo korporacji będących „platynowymi członkami”. Co za tym idzie, w Linuksie rozwijane jest to, na czym zależy korporacjom.

A zwykły, szary użytkownik? Gdyby komukolwiek na nim zależało w tym ustroju, nazywalibyśmy go zwykłoszaryzmem, nie kapitalizmem.


poniedziałek, 06 października 2014
Internetowe bulszity

Mam taki zapieprz w przemyśle nienawiści, że niestety zaniedbuję blogaska. Ze zgrozą odkryłem, że nie było wrześniowego rankingu od czapy! Październik jeszcze młody, więc może nadrobię.

Zapieprz częściowo wiąże się z tym, że ciągle gdzieś coś mówię o internecie. I ciągle mam do czynienia z tymi samymi mitami, które niby już trylion razy obśmiali lepsi ode mnie, ale to ciągle wyłazi zza grobu, niczym Pan Spinacz w Microsoft Office 98.

Zrobię więc ranking bulszitów o internecie, ilustrowany stockowymi obrazkami, bo po wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej jestem zafascynowany tematem „estetyka stocków a portaloza”.

https://www.flickr.com/photos/aliestelle/3724030360/ CC-BY-SA

Mit numer jeden to rzekome korzenie wolności, które podobno były „u podstaw” Internetu. Wracał tutaj w komciach na blogu - mieliśmy nawet komcionautę, który argumentował to tym, że znał ludzi podłączających do Internetu Polskę i dobrze wie, że im chodziło o Wolność.

Może i chodziło, ale przecież Internet był już wtedy pełnoletni. Przypomnijmy, że Internet ma tyle lat co ja. Czyli dużo.

Zaczął się jako projekt wojskowy - więc nie było mowy o wolności. Potem go oddano naukowcom - i też nie było żadnej wolności, była państwowa instytucja (National Science Foundation).

W 1995 Al Gore kierował prywatyzacją tego, co wtedy nazywano NSFNet. Można go więc uznać za twórcę internetu komercyjnego. W którym, helou, też nigdy nie chodziło o żadną wolność, tylko o władzę amerykańskich korporacji.

Od początku taki był plan. Cyberkorpy, jak Google czy Facebook, nie przejęły Internetu podstępem czy znienacka - Al Gore zaplanował taki przebieg komercjalizacji i takie ramy prawne, żeby amerykańskie korporacje zawsze kontrolowały sieć.

Wszyscy więc obrońcy „wolności w Internecie” tak naprawdę bronią cyberpunkowej dystopii. Kto nie skacze, ten przeciw dyktaturze Tyrella!

Public Domain

„Internet nie zna granic”. Milion razy widziałem już komunikat z serii „ten materiał nie jest dostępny w twoim kraju”, a jednak nie dalej jak przedwczoraj usłyszałem tę brednię z ust „eksperta cyfryzacji” z Centrum Cyfrowego Project Polska.

Amerykanie władzę nad Internetem przekazali ICANN, typowej w tych kręgach pozarządowej organizacji wewnątrzrządowej. Pierwszą szefową ICANN była Esther Dyson, nominowana przez prezydenta Busha.

ICANN do dzisiaj jest zależne od amerykańskiego rządu, działa według prawa Kalifornii. Nie mam nic przeciwko prawu Kalifornii, z tym drobiazgiem, że nie głosuję na jej władze, więc nie podoba mi się to, że inne państwo decyduje o tym, jak się komunikuję z innymi polskimi obywatelami.

Nie popieram reżimu chińskiego czy rosyjskiego, ale nie dziwię się tym krajom, że oddzielają się od amerykańskiego internetu coraz wyraźniejszymi wariantami jakiegoś „Great Firewall of China”. Skoro Amerykanie chcą mieć wszystko, to prędzej czy później wylądują z niczym.

Na razie więc zamiast „internetu bez granic” widzimy postępującą bałkanizację - już teraz inne treści widzi w Internecie Duńczyk, inne Niemiec a inne Polak. „Zniesienia granic” nie ma nawet wewnątrz Unii Europejskiej, a co dopiero w skali globalnej.

https://www.flickr.com/photos/inju/290701877/sizes/o/ CC-BY-SA

„Internet pozwala obywatelom patrzeć władzy na ręce”. Och tak, to kapitalne, że możemy czytać projekty ustaw w RCL. Ale dlaczego znowu w sekrecie negocjowane jest kolejne międzynarodowe porozumienie TTIP, które prawdopodobnie będzie mieć wpływ na swobody obywatelskie?

Ach tak, „tajemnica handlowa”. Podobnie jak algorytmy Google’a i polityka moderacji Facebooka.
Internet umocnił tylko asymetrię w dostępie do informacji. Władza państwowa i korporacyjna wie o nas wszystko, może nas śledzić w czasie rzeczywistym - z kim się spotykamy, co kupujemy, o czym piszemy maile.

Za to wszystkie naprawdę ważne pytania odbijają się z donośnym „ZONK!” od żelaznego muru z napisem „tajemnica”. Internet pozwala władzy patrzeć nam na ręce i wszystkie inne części ciała. My najwyżej możemy zobaczyć rękę władzy pokazującą nam fakulca.

poniedziałek, 22 września 2014
Chatka w gąszczu stereotypów

Z opóźnieniem obejrzałem film „The Cabin in the Woods”, który tak mi się sposobał, że niniejszym polecam blogobywalcom tego allegrowicza. Trailery ukrywają, że film jest tyleż horrorem, co komedią - ale nie w sensie jawnej parodii, jak w serii „Straszny film”, już raczej w sensie „Krzyku”.

Podsumowałbym to jako „TV Tropes - The Movie”. Hasło tego filmu na TV Tropes to w końcu niemalże spis treści całego serwisu.

Fabuła to skrzyżowanie „Evil Dead”, „Piątku trzynastego”, „Wzgórze mają oczy” i „Teksańskiej masakry”. Grupa studentów jedzie na szalony weekend do leśnej chatki na odludziu.

Po drodze zatrzymują się na tankowanie. Dziwny pracownik stacji spluwa znacząco i spogląda spode łba, gdy się dowiaduje, dokąd jadą, aluzyjnie dając do zrozumienia, że nie spodziewa się, że stamtąd wrócą.

Wiemy co się stanie, bo już widzieliśmy te poprzednie filmy. Od klasycznego „teen slashera” film odróżnia wątek, którego prawie w ogóle nie widać w trailerach.

Straszny los studentom zgotuje jakaś dziwna organizacja, która w ogóle nie przypomina typowej mrocznej sekty czcicieli zła z tego typu horrorów. Film zaczyna się nie tyle od studentów, co od dwóch znudzonych pracowników korporacji, którzy przy automacie z kawą rozmawiają o sprawach osobistych.

Właśnie - korporacji? Urzędu? Cholera wie. To się nie wyjaśnia, ale wiemy, że to hierarchiczna instytucja, w której stażyści narzekają, że nie nalicza im się nadgodzin, a poszczególne piony uczestniczą w puli zakładów o to, jakie mroczne siły zła wykończą naszych biednych studentów.

Lekki spojler: jltenł qmvnł xbafrejnpwv, bofgnjvnwąp „MBZOVR ERQARPX GBEGHER SNZVYL”.
O co chodzi tej instytucji, dowiadujemy się w finale. W filmie złożonym ze stereotypów nie mogło zabraknąć Finałowego Spiczu Evil Overlorda.

Ten motyw zachwycił mnie jednak na dwóch poziomach. Na poziomie struktury narracyjnej - jako metanarracyjna refleksja na temat kompozycji typowego horroru.

Przecież wiemy, że studenci zginą (przynajmniej większość z nich). Zastanawiamy się tylko, co ich zabije (w piwnicy odnajdą Necronomicon? przyjdą sadystyczne rednecki? jeden z nich okaże się seryjnym mordercą?).

Sposób rozumiwania twórcy i odbiorcy tego typu widowiska przypomina trochę właśnie działanie takiej rutynowej, biurokratycznej instytucji. Znudzony Richard Jenkins przesuwa w odpowiednim momencie wajchę z napisem „RELEASE THE KRAKEN”.

Na szerszym poziomie wydaje mi się to zabawną refleksją cywilizacyjną. Tak przecież wygląda nowoczesne zło.

Za sprawą popkultury i kultury mainstreamowej wierzymy, że największym złem jest ludobójczy szaleniec. Hitler, Stalin albo Szalony Naukowiec z filmu science-fiction.

Podpierając się autorytetem Hannah Arendt („Eichmann w Jerozolimie”) i Stanisława Lema („Podróż jedenasta”) powiem, że największym zbrodniarzem jest „podstarzały, zaschły mężczyzna w szarym ubraniu, z bufiastymi zarękawkami, jakich używają biurowi urzędnicy”, który siedzi „za biurkiem, zawalonym papierami, strona po stronie wypełniając zadrukowane formularze”.

Te formularze mogą zawierać plany sprzedażowe Oberösterreichische Elektrobau AG, a mogą transporty do obozów zagłady. Jemu to zajedno.

Dzisiaj oczywiście to wszystko wygląda nowocześniej. Nie ma już bufiastych zarękawków, jest automat z kawą, stół pingpongowy i hamak dla relaksu. A formularze to dzisiaj tabelki w Excelu. Ale zasada ta sama.

Richard Jenkins z „The Cabin in the Woods” to najbardziej przerażający filmowy villain, jakiego ostatnio widziałem w horrorach. Nie dlatego, że wymachuje piłą łańcuchową tylko właśnie dlatego, że jest miły, uśmiechnięty i bardzo zaangażowany w swoją pracę.

poniedziałek, 15 września 2014
Zasada legalizmu

Seria kontrowersyjnych wyroków sądowych wygenerowała przewidywalną reakcję w postaci narzekania na sędziowską niezawisłość. Częstym grepsem jest w tej sytuacji zarzut, że sędziowie są „niezawiśli od rozumu”, bo oczekujemy kierowania się zdrowym rozsądkiem, a nie paragrafami.

Moim zdaniem to jedna z tych żiżkowskich sytuacji, w których nieoczywista odwrotność jest prawdą. Sami ściągamy na siebie te problemy, nie ufając sędziom i nie chcąc im dać prawdziwej swobody.

W konstytucji i w kodeksie postępowania karnego mamy zapisaną zasadę legalizmu. Zgodnie z nią organy władzy muszą działać „na podstawie i w granicach prawa”, a prokuratura nie może zignorować żadnego przestępstwa ściganego z urzędu, o którym się dowie.

Na papierze to brzmi świetnie. Kto by się odważył być przeciwnikiem legalizmu? Kto by chciał dostać etykietkę pobłażającego przestępcom albo chcącego, żeby organy władzy nie musiały działać na na podstawie i w granicach prawa?

I wreszcie: skoro nie ufamy sędziom, to kto by chciał im dać więcej swobody? Chyba tylko trzeciorzędny bloger bez znaczenia.

Sądy ostatnio zbierają krytykę za to, że uznały kierownika więzienia winnego wpłacenia grzywny za chorego psychicznie skazanego za kradzież wafelka oraz dziennikarza za to, że sfałszował dokumenty by pokazać, jak traktowani są uchodźcy w ośrodku dla cudzoziemców. W obu wypadkach chcielibyśmy, żeby sędziowie docenili dobrą wolę oskarżonych.

Skoro jednak tego chcemy, to dlaczego wcześniej jako społeczeństwo przyjęliśmy zasadę legalizmu? Ona tak właśnie działa w praktyce. Sprowadza się do rzymskiej maksymy „durny lex, sed lex”.

Sami zamieniliśmy  sędziów i prokuratorów w urzędników, którzy muszą się bezdusznie kierować przepisami i margines swobody mają ewentualnie co do samego wyroku, ale nie co do uznania winy czy decyzji o wszczęciu postępowania. I sami bijemy brawo politykom próbującym wprowadzić ręczne sterowanie w wymiarze sprawiedliwości.

Z punktu widzenia sędziów i prokuratorów tu chyba nie ma większej różnicy między rządami PiS i PO. Kolejne reformy sprowadzają się do takich czy innych prób ograniczenia niezawisłości i niezależności - a to mamy prokuratora generalnego rozsyłajecego powielaczowe instrukcje, a to ministra reformującego sądy publiczne w taki sposób, żeby sędziowie żyli w niepewności.

Wydaje mi się to elementem szerszego zjawiska, jakim jest nasza niezdolność do myślenia o wymiarze sprawiedliwości w sposób pragmatyczny. Zamiast zastanawiać się, jakie będą praktyczne skutki konkretnych decyzji, wolimy przyklasnąć tym, którzy rzucają tanim potępieniem i pomagają nam się umocnić w poczuciu moralnej wyższości.

Weźmy temat karania pijanych rowerzystów - w każdej publicznej debacie na ten temat pojawią się świętoszki zapowiadające, że oni by nigdy przenigdy i chcące zaostrzenia kar. Jeśli nie zdominują komentarzy na tym blogu to pewnie tylko dlatego, że im nie pozwolę.

Weźmy aborcję - zawsze w końcu pojawią się ci, którzy muszą nam powiedzieć, że oni nigdy, bo każde życie jest święte i czy rzuciłbyś granatem, gdybyś nie miał pewności. Tak jakby o karaniu za próby samobójcze (w Irlandii do 1993!) dyskutować mogli tylko ludzie z depresją.

Każdemu takiemu moralnie wzmożonemu chciałbym odpowiedzieć, że to super, że ty nigdy-przenigdy, poklep się z tej okazji po plecach. Medal z kartofla czeka do odebrania na recepcji. Ale twoja moralna wyższość nad nami grzesznymi to twoja prywatna sprawa.

Jako obywatele nie powinniśmy zadawać sobie pytania o to, kto by czego nigdy przenigdy. Powinniśmy pytać, jakie będą praktyczne skutki danej regulacji prawnej.

To super, że wierzysz w życie od poczęcia, ale czy jesteś gotów na wszystkie negatywne skutki społeczne całkowitego zakazu aborcji? Genialnie, że ty byś nigdy nie wstrzykiwał sobie marihuany, ale czy naprawdę chcesz więzień pełnych ludzi skazanych za skręta? Fpytkę, że byś nigdy nie jechał rowerem pod wpływem, ale czy naprawdę chcesz, żeby policja sobie mogła w ten sposób nabijać statystyki, zamiast ganiać prawdziwych przestępców?

Tak samo jest z zasadą legalizmu. Nie ufamy sędziom, więc ich zmuszamy do ślepego kierowania się literą prawa. Tylko dlaczego mamy do nich potem o to pretensje?

środa, 27 sierpnia 2014
Now Playing (166)

W ramach radykalnego niebycia cool postanowiłem sięgnąć po Mike’a Oldfielda (spróbujcie przelicytować to - ha ha!). Stosunkowo najlepiej próbę czasu znoszą utwory, w których śpiewała z nim Maggie Reilly - a z tych „Five Miles Out”, tytułowy utwór z albumu z 1982.

Oldfield eksperymentował na nim z cyfrowym syntezatorem Fairlight CMI, wtedy drogim i rzadkim, a już za chwilę przestarzałym. Za kilka lat byle kapela weselna będzie miała lepszy sprzęcior.

Jak muzycy z Kraftwerku czy Tangerine Dream, Oldfield więc musiał pieczołowicie programować sobie rytmy i efekty, które za chwilę będzie się wybierało jednym klawiszem na jakimś TB-303 czy CZ-101. W efekcie wszystko chwilami przypomina drum’n’bass, chwilami art rocka lat 70. (serowe solówki!), a chwilami disco polo.

Piosenka opowiada o lataniu samolotem, a więc doświadczeniu, które wydaje mi się najważniejsze dla współczesnej cywilizacji. Przyszłość świata, jak wiecie, widzę raczej ponuro.

Czuję, że jeszcze będę pośród ruin miasta, przy kuble z żarzącymi się węgielkami, opowiadać swoim wnukom, że kiedyś latało się maszyną cięższą od powietrza tysiące kilometrów, tylko żeby się pobawić w wyjątkowo dużym parku zabaw. Przecież będą tego słuchać jak my w PRL legend o Wieniawie wjeżdżającym konno do Adrii.

Latam oczywiście wyłącznie jako pasażer, w życiu nie odważyłbym się pilotować nawet motolotni. Statystycznie to zapewne nie ma sensu i bardziej ryzykuję po prostu jadąc samochodem przez Warszawę, ale ten strach płynie z najgłębszych pokładów podświadomości.

Poruszanie się po ziemi samochodem jest przecież jak poruszanie się po ziemi na nogach - tyle że szybciej (choć przez Warszawę i to nie zawsze). Lot jednak nie przypomina niczego i szczerze mówiąc, do dzisiaj się boję latać.

Podmiot liryczny pilotuje niewielki samolot śmigłowy Beechcraft 18 o rejestracji G-MOVJ. Dowiadujemy się o tym z tego, że ziemia zwraca się do samolotu per „18”, a samolot sam siebie identyfikuje jako „Golf Mike Oscar Victor Juliet”.

Rozmowa z ziemią przebiega dramatycznie, bo samolot ma jeszcze dwadzieścia mil do lotniska („it’s 24 miles to the beacon”), a odszedł od wyznaczonej trasy na 5 mil (stąd tytuł). Co gorsza, ma 30 stopni przechyłu i grozi mu przeciągnięcie, o czym zaczynają go alarmować kontrolki („you've got 30 degrees and you’re stalling out”).

Nie będzie dobrze, bo dookoła burza. Widoczność zerowa (IMC - Instrumental Meteorogical Conditions, warunki meteo takie, że trzeba lecieć na podstawie wskazań instrumentów). „CU.NIMB.ICING” oznacza chmurę burzową (cumulonimbus) i oblodzenie.

Tyle dobrego, że lotnisko zareagowało na „mayday, mayday” i nadało samolotowi priorytet („your number 1 anticipating you”). Ale łączność zanika - „You’re lost in static, 18”. Pozostaje przestawienie transpondera na „squawk emergency”, czyli częstotliwość dla samolotu w opałach.

Jednym z błędów pilota (być może wymuszonych przez okolicznościa) było zanurkowanie. „Don't take that dive again” - przestrzega sam siebie - „Push through that band of rain”. Na szczęście wszystko zmierza do jakiegoś happy-endu, o czym informuje nas nabieranie wysokości („climbing climbing”).

Ale straszne oko huraganu dopiero teraz chce pokazać, co ma najgorszego: „and the evil eye of the hurricane / coming in now for the kill”. Grafomańskie i pretensjonalne jak solówki Oldfielda, ale jako pamiątka epoki - jednak zabawne.

niedziela, 24 sierpnia 2014
Neoliberalizm - co to znaczy?

Wojciech Maziarski napisał, że nie rozumie, skąd w neoliberalizmie przedrostek „neo” - „liberalizm to liberalizm, nic w nim szczególnie nowego”. Chętnie wyjaśnię.

Liberalizmu nie da się sprowadzić do tautologii „foto to foto”. Zbyt wiele różnych światopoglądów używa tej samej etykiety.

W Ameryce mój światopogląd klasyfikowany jest jako skrajnie liberalny. Tak się tam określa polityków, na których sam bym głosował - jak Elizabeth Warren czy Bernie Sanders.

Proponują oni opodatkowanie najbogatszych, państwową kontrolę nad korporacjami i wzmocnienie związków zawodowych. Czyli rozwiązania, które w Polsce z kolei sklasyfikujemy jako antyliberalne.

Ten liberalizm, który wyznaje Maziarski, nazywany jest neoliberalizmem właśnie dlatego, że powstał kilkadziesiąt lat temu jako intelektualna opozycja do głównego nurtu liberalizmu. Ten główny nurt zresztą też kiedyś nazywano „nowym liberalizmem” - wywodzi się z „New Liberalism” Leonarda Hobhouse’a.

To ani pierwszy, ani ostatni przypadek w dziejach historii doktryn politycznych, kiedy jakieś środowisko postanawia odciąć się od głównego nurtu i samookreśla się przez dodanie „neo” czy „nowy”. To jest odpowiedź na pytanie Maziarskiego.

Liberalizm na takie rozłamy jest szczególnie podatny, bo pojęcia „wolności” nie da się precyzyjnie zdefiniować, a co dopiero stosować operacyjnie. Wszyscy to znamy z życia: w jakimś momencie nasza wolność (np. do słuchania głośno muzyki) wchodzi w konflikt z wolnością sąsiada (np. do odpoczynku w ciszy). Czyja wolność jest wolnościejsza?

W konfliktach społecznych najczęściej OBIE STRONY są przekonane, że walczą o wolność. Nawet dżihadyści. Ba, nawet komuniści, bo komunizm, że przypomnę Engelsa, to „skok z królestwa konieczności do królestwa wolności”.

Wszyscy po prostu rozumieją wolność trochę inaczej. Jeśli więc ktoś mówi, że jest „zwolennikiem wolności”, trzeba mu odpowiedzieć słowami wieszcza Mleczki: „ale co poza tym, panie Wacku?”.

Podobno pierwszym nowożytnym filozofem, który to sobie uświadomił (podaję to za „Liberal Beginnings” Kalyvasa i Katznelsona) był Adam Ferguson. To przedstawiciel szkockiego oświecenia, którego neorzymski republikanizm wywarł tak istotny wpływ na amerykańskich Ojców Założycieli, że można go nazwać Dziadkiem Założycielem Ameryki.

Jako proto-liberał Ferguson chwalił ducha wolnego handlu, ale zauważył, że ma on negatywny wpływ na publiczną moralność. „In this we counsult the success of good Work; but slight the Honours of human Nature: We furnish good Work; but educate men, gross, sordid, void of sentiments and Manners” (uwielbiam Pisownię z tamtej Epoki).

Odpowiedzią Fergusona na ten problem było ustanowienie powszechnej przymusowej służby paramilitarnej. Walcząc ramię w ramię z sąsiadami nabierzemy „Honours and Manners” i osiągniemy ideał Fergusona: „to mix the military Spirit with a civil and commercial Policy”.

Odpowiedź Fergusona trąci dziś myszką (acz wyjaśnia obsesję Amerykanów na punkcie Drugiej Poprawki), ale problem pozostał.  Z liberalizmu lubimy słyszeć „róbta co chceta”, ale w praktyce zawsze towarzyszy temu „nie chciejta robić zła”.

A dlaczego? A tu już różni liberałowie odpowiadają różnie - bo Dekalog (konserwatywny liberalizm) albo bo solidarność społeczna (socjalny liberalizm).

Adam Smith, którego każdy polski liberał umie zacytować, a żaden nie czytał, udzielał różnych. Historycy idei nazywają to „problemem Smitha” - wczesny Smith był surowym moralistą, późny Smith zaczął wierzyć w cnotę egoizmu.

Który Smith napisał „Bogactwo narodów”? Nie wiadomo. W kluczowym momencie (księga I, rozdział 2) po prostu pisze, że to wykracza poza temat niniejszego dzieła. To sprawia, że do dziedzictwa Smitha przyznają się dziś liberałowie bardzo różnych orientacji.

Jerzy Szacki w książce „Liberalizm po komunizmie” cytuje Mirosława Dzielskiego, który mawiał, że w czasach PRL liberalizm w Polsce był „jednoosobową partią Stefana Kisielewskiego”. Rozwój liberalizmu w Polsce nie przebiegał przez przejęcie całego bogactwa tej doktryny z Zachodu, tylko poprzez felietony jednego autora.

To tłumaczy zdumienie polskich liberałów, że istnieją jakieś inne nurty poza tym jednym, który lansowali Dzielski z Kisielewskim. Że w ogóle w liberalizmie może chodzić o coś innego niż niskie podatki i prywatyzację.

Przeklęty prowincjonalizm. To właśnie widzę, gdy patrzę na polską neoliberalną publicystykę.

czwartek, 21 sierpnia 2014
Zmiany, zmiany

W sierpniu wypada rocznica mojego blogowania, w tym roku już ósma. Dziesiątą już jakoś wypadałoby uczcić, ale pewnie znów zapomnę. W każdym razie, sierpniowy ranking od czapy poświęcę autotematycznie zagadnieniom, które z największą regularnością się tu pojawiały od 2006.

Zacznę od dróg. W 2006 moja frustracja jako kierowcy sięgała zenitu. Czwarta Rzeczpospolita oznaczała zamrożenie programu drogowego - już gotowe do podpisania projekty umów wyrzucono do kosza, nowych nie było.

Premier Kazimierz Marcinkiewicz nie podpisał ani jednej nowej umowy na budowę autostrady - jako pierwszy taki premier od czasu Jana Olszewskiego. Potem zaś jako prezydent Warszawy zablokował budowę A2 do stolicy, proponując odsunięcie autostrady do Góry Kalwarii.

Ale by się nam świetnie jeździło, gdybyśmy do najbliższego wjazdu na A2 tłukli się drogą wojewódzką 724 przez Konstancin! To odsunięcie było realizacją obietnicy, którą poprzednik Marcinkiewicza w stołecznym ratuszu, Lech Kaczyński złożył swoim wyborcom - że zrobi wszystko, żeby zablokować autostradę w Warszawie.

Mam sfatygowaną mapę samochodową Europy z 2006, towarzyszkę wielu wypraw. A4 ciągnie się na niej od Krakowa po Krzyżową. A2 to droga Konin-Nowy Tomyśl (jedno i drugie traktowałem wtedy jako wielki postęp w porównaniu do lat 90.!). A1 w ogóle nie ma, tzn. jest ten pipsztyczek przy Piotrkowie, zbudowany w stanie wojennym.

Z jaką zazdrością wtedy patrzyłem na drogi czeskie czy słowackie! Teraz to się odwróciło. Od tego czasu postęp u naszych południowych sąsiadów dokonał się marginalny, za to u nas - inny kraj.

Z mapą z 2006 dalej spokojnie można jeździć po Czechachczy Słowacji, ale po Polsce to nie ma sensu. Za dużo nowych dróg. Przy wszystkim, co złego można powiedzieć po Platformie, to jednak pierwsza partia w dziejach Polski, która obiecywała budowę, a nie blokowanie autostrad. Zarówno PiS jak PO swoje obietnice spełniły.

Oczywiście, to nigdy nie dotrze do szajbusów z prawicowej blogsfery, którym poświęciłem szalenie niepolitycznie poprawny tag „PsychWatch”. Tylko czy oni jeszcze mają jakieś znaczenie?

Dawno nie używałem tego tagu, ostatni raz - ho ho! - w listopadzie 2013. Ale co tam jeszcze watchać?

Sam #Psychiatryk24 jest fenomenem dlatego, że nadal istnieje. Ale wszyscy ci odpryskowcy, którzy odchodzili od Igora Janke, bo chcieli mieć własne serwisy - Jarecki, Nicpoń, Melsztyński, Krzysztopa, Leski, Fym, Łazarz - kończyli smutno. Albo pokornie wracali na łono Salonu24, albo wegetowali z blogaskami, na które nie zaglądał pies z kulawą nogą.

A przecież kiedyś ci ludzie byli potęgą. Gdy zakładałem bloga, straszono mnie, że tu przyjdą „Galba i Kataryna”. Galby chyba nie ma już wcale, a Kataryna ma niszowego niepublicznego twittera.

Wtedy mówiono, że ludzie tacy jak Igor Janke zrewolucjonizują polskie media. Rewolucję świsnęły im sprzed nosa blogaski lajfstajlowe i blogowiska udające serwisy redakcyjne, jak natemat i jego klony.

Prawicową blogosferę zabiła katastrofa smoleńska. Rzucili się na nią jak kot na kocimiętkę. A co jeden, to musiał wymyślić teorię bardziej zwariowaną od poprzedników - żeby zaistnieć.

Fatalną przysługę wyrządzili im Cezary Gmyz i „eksperci” z zespołem Macierewicza. Żeby przelicytować nawet ich, trzeba było wymyślać coś tak szalonego, jak „hipoteza dwóch miejsc”. W efekcie prawicowa blogosfera jest dziś smutnym miejscem, w którym już każdy każdego uważa za „ruskiego agenta”, bo zdążyli się kiedyś śmiertelnie poprztykać o teorię, że tupolewy były dwa (i trzeci malutki).

Po trzecie - kwestie państwo-kościół. Tu też widziałbym jakiś postęp, choć już nie tak duży, jak w kwestii budowy dróg czy rozpadu prawicowej blogosfery.

Kiedy zaczynałem blogować, Giertych był wicepremierem a Wojciech Wierzejski jego zastępcą we władzach partii rządzącej. Palikot był wydawcą ultraklerykalnego tygodnika „Ozon”, który zasłynął głownie z okładki „zakaz pedałowania” i wylansowania Tomasza Terlikowskiego (ciekawe, czy obaj panowie dziś się kumplują?). Cezary Michalski, Jan Wróbel i Robert Krasowski robili konserwatywną rewolucję za pieniądze Ringer Axel Springer.

Dziś Wierzejski przepadł jak śliwka w zbiorniku asenizacyjnym. Palikot, Giertych i Michalski zaś robią wszystko, żebyśmy zapomnieli już o tym, co wyprawiali osiem lat temu.

Potrzebujemy ludzi-chorągiewek, żeby wiedzieć, gdzie wieje wiatr. A ciągle wieje w słusznym kierunku, wystarczy spojrzeć na Giertycha.

sobota, 02 sierpnia 2014
Syndrom Kucbergera

Rodzicom dobrze znana jest faza korwinizmu, przez którą dzieci przechodzą gdzieś między przedszkolem a wczesną podstawówką. W tej fazie dziecko krzyczy „to moje cukierki! nie poczęstuję ich!” i tupie nóżką z zaciekłością, której nie powstydziłby się Jego Ekscelencja Włodzimierz Putin.

Zadaniem rodzica (a jeśli rodzic zawiedzie, to szkoły podstawowej) jest oduczenie dziecka tej postawy i przekazanie dziecku elementarnej prawdy życiowej, że często właściwą odpowiedzią na odwieczny dylemat „zjeść ciastko czy mieć ciastko” jest: nie mieć i nie zjeść tylko oddać do wspólnej puli. Bo wspólna zabawa z innymi dziećmi, w wyniku której, tak bywa, zjedzą ci wszystkie ciastka, i tak będzie fajniejsza od ukrycia się w krzakach i żarcia ich tam wszystkich aż do wyrzygu.

W Polsce trochę zawiedli rodzice. Swój etat mam po facecie, który pracował przy polskiej produkcji serialu „Tata, a Marcin powiedział”.

To była polska wersja niemieckiego „Papa, Charly hat gesagt…”. Niemiecki pierwowzór był o rodzinie z wyższej klasy średniej, w której dziecko ciągle przynosi ze szkoły lewackie dekonstrukcje mitu o merytokracji, w który wierzy jego ojciec.

„W Polsce nikt by tego nie oglądał”, powiedział mi ów facet, „za to w Polsce widzów szokuje to, że ojciec rozmawia z własnym synem, więc rozwinęliśmy to w tym kierunku”. To mi się wydaje wyjaśniać, jak dzisiejszych korwinistów wychowywano w latach 90. („ej, chodźcie przed telewizor, ale jaja, Fronczewski rozmawia z dzieckiem”!).

Szkoła też w większości zawiodła, bo nikt jej nie kazał uczyć socjalizacji, kazano jej za to uczyć „nauki o przedsiębiorczości”. W efekcie więc mamy ogólnokrajowy deficyt umiejętności pracy zespołowej.

Dziecięcy korwinizm wydaje mi się nieszkodliwą i naturalną fazą w rozwoju. W normalnych warunkach dziecko wyrośnie z niego tak samo, jak kiedyś przestanie wierzyć w wróżkę zębuszkę.

Każdy musi kiedyś zrozumieć, że nie jest primadonną. A nawet jak przypadkowo nią jest, taką bona fide primadonną z Metropolitan Opera (w której nawiasem mówiąc trwa właśnie akcja strajkowa), to se dużo może śpiewać bez wsparcia tego tłumu ludzi niebędących primadonnami, ale pozwalających primadonnie być primadonną - dźwiękowców, oświetleniowców, gościa grającego królewskiego posłańca i facetów, którzy zbudowali makiety piramid.

W historii tego bloga ktoś kiedyś z aprobatą powoływał się na tego przygłupiastego architekta z powieści Ayn Rand, „Źródło”, który chce ignorować powszechne konwencje i budować po swojemu. W prawdziwym życiu nie ma miejsca dla takich architektów.

Tylko w powieści Ayn Rand taki architekt odnajdzie w końcu inwestora (ma się rozumieć, self-made miliardera) i postawi mu gigantycznego fallusa. W prawdziwym życiu taka inwestycja też wymaga umiejętności gry zespołowej, choćby w sensie dobrego życia z samorządowcami.

Nie idealizuję tej umiejętności jako takiej. Pewnie, że najprostszy przykład zespołu to sitwa. Wiem tylko jedno, że primadonna, która nie będzie się umiała dogadać z dźwiękowcem, prędzej czy później się sprzęgnie albo zaniknie.

To jest jeden z powodów, dla których cenię sobie wszystkich, którzy próbują załatać tę lukę i przekazać naszym zatrzymanym w rozwoju dzieciom urok pracy w zespole. Nawet jeśli nie są bohaterami z mojej bajki, cieszę się, że walczą z tym deficytem.

Odrzucam więc neoliberalną filozofię, która przyświeca Owsiakowi. Nie podobają mi się nacjonalistyczne aspekty harcerstwa (a Baden-Powell wydaje mi się być na granicy zbrodniarza wojennego, Wielka Brytania w wojnie burskiej to byli zdecydowanie „bad guys”).

Ale doceniam pozytywny wpływ wychowawczy tych inicjatyw. Nastolatki wyrosną z tego ideolo tak jak się wyrasta z wróżki zębuszki. Ale rozkoszny smak niezjedzonego ciastka zapamiętają na całe życie.

środa, 23 lipca 2014
Now Playing (165)

Odczuwam ostatnio nostalgię za latami zerowymi. Ach, jakie wszystko było proste, kiedy cyberkorpy były fajne (z wyjątkiem oczywiście Microsoftu, tego „ostatniego monopolisty”), giełda rosła, dziennikarzy zasypywały propozycje pracy, a co do sensu ataku na Irak można było się jeszcze spierać, bo ten bezsens nie był jeszcze tak krwawo oczywisty.

Na soundtrack do nostalgii polecam oczywiście elektro/shoegazing. Sam w każdym razie ostatnio wróciłem do Ladytrona, którego parokrotnie już chwaliłem na tym blogu (hej, ten blog pochodzi z lat zerowych).

Moją ulubioną płytą z tego zespołu jest „Velocifero”, a z niego ulubionym utworem jest „Versus”. W ogóle bardzo lubię to słowo, dowiedziałem się o jego istnieniu jako nastolatek grając w grę „Spy vs Spy” (niestety, w odciętej od świata komunistycznej Polsce najpierw się poznawało grę na podstawie komiksu, a dopiero potem komiks).

Tekst buduje opowieśćć wokół tego słowa, które jest tu niemalże rzeczownikiem. Albo wręcz osobą. W każdym razie, urządzeniem narracyjnym, który prowadzi nas przez jakąś niemalże fabułę.

Zaczyna się od definicji szybkości („Distance versus time”), prowadzi przez jakąś smutną historię miłosną („versus curses in your eyes”), kończy się zaś na stwierdzeniem podmiotu lirycznego, że jego/jej główny problem to „me versus me”.

Opowieść jest uniwersalna genderowo, bo do eterycznego głosu Helen Marnie dołącza chwilami Daniel Hunt. Zdaje się, że autor tekstu zresztą.

A jak wasza nostalgia za latami zerowymi? Też ją odczuwacie, czy to coś specyficznie dziennikarskiego?

czwartek, 17 lipca 2014
World of Świrs

To były lata 80. Kolega z liceum miał tatę-biznesmena, który świetnie prosperował za późnego PRL, ale nie odnalazł się we wczesnej 3RP (długa i smutna historia).

Jako syn prywaciarza, kolega opływał w symbole dostatku takie jak biała czekolada czy oryginalne gry komputerowe. Wśród nich - legendarne „Kampfgruppe” legendarnej firmy SSI. Rolnicy mogą ją znać z jej późniejszego remake’u na pecety, „Steel Panthers”.

Przedtem niespecjalnie interesowałem się militariami. Grałem już w pierwsze najprostsze gry strategiczne, ale tam się przesuwało prostokąciki, w najlepszym wypadku - heksy, które miały najwyżej jakieś umowne „punkty siły”.

W „Kampfgruppe” dowodzenie było na poziomie taktycznym, a więc nie tylko istotna była różnica między ciężkim oddziałem rozpoznania a lekkim oddziałem pancernym, ale też która jednostka patrzy w jakim kierunku i przede wszystkim: jaki ma sprzęt.

Przedtem wiedziałem o drugiej wojnie światowej z grubsza tyle, co z „Czterech pancernych”. Że były jakieś T-34, jakieś tygrysy i jakieś pantery. Dopiero instrukcja obsługi „Kampfgruppe” otworzyła dla mnie świat tych wszystkich zonderkraftfarcojgów i ich ausfiringów. Zawierała sylwetki tych pojazdów wraz z krótkim, treściwym opisem.

Gdy teraz gram w „World of Tanks”, przypominam sobie tamtą instrukcję. I tamte multiplayery - wielokrotnie z owym kolegą całe noce spędzaliśmy na atakowaniu i bronieniu tych wszystkich Stalingradów.

 

Lipcowy ranking od czapy poświęcę więc pojazdom bojowym z drugiej światówki. Wśród których moim numerem jeden zawsze był StuG III Ausf. G. W grach, w których można sobie coś wybrać, to zwykle mój pierwszy wybór.

Bywalcy bloga mogą zauważyć mój szacunek do wszystkiego, co jest prostym i skromnym rozwiązaniem problemu - i awersję do gwiazdorzenia. Ubocznym skutkiem szaleństwa Hitlera była jego gigantomania.

Strach pomyśleć, co Trzecia Rzesza mogłaby osiągnąć, gdyby jej wojskami dowodził ktoś kompetentny. Hitler ciągle zatwierdzał projekty pojazdów bojowych, które miały być największymi, najcięższymi, najlepiej uzbrojonymi i opancerzonymi na całym froncie. I to zwykle były zmarnowane pieniądze, jak Elefant czy Jagdtiger.

StuG III był tani, bo to nawet nie jest czołg, tylko działo samobieżne. Jednocześnie był zdumiewająco uniwersalny, zaprojektowano go jako broń ofensywną (stąd nazwa - Sturmgeschütz), ale okazał się być świetny w defensywie. Tego drugiego Hitler od 1942 potrzebował bardziej, ale kierował przemysł zbrojeniowy w realizację swoich coraz bardziej oderwanych od frontowej sytuacji fantazji.

Stalin też miał skłonność do gigantomanii, ale w tym też był sprawniejszy. Jak chcę w takich grach pojeździć czymś większym i cięższym, biorę ISU-152.

Jeśli uda się czymś takim zakampić w jakimś zakamarku chroniącym tył pojazdu (w World of Tanks kampienie jest czymś naturalnym, przecież po to się w ogóle robi niszczyciele czołgów), ISU-152 będzie nie do ruszenia. Powiedziałbym, że pojedynek między zakampionym ISU-152 a trzema panterami byłby wyrównany.

 

Z wszystkich fantazji kompensacyjnych o alternatywnej historii, w której „silni, zwarci i gotowi” nie rozsypują się jak domek z kart w kampanii wrześniowej, lubię fantazję o „małej entencie”. Gdyby tak udało się stworzyć sojusz wojskowy obejmujący Mitteleuropę, dalibyśmy radę nawet obu tym świrom razem wziętym!

Oczywiście - wiem, że to nigdy nie było realne. Za dużo było antagonizmów między tymi państwami (z jakim zażenowaniem czyta się dziś propagandowy reportaż Melchiora Wańkowicza z zajętego Zaolzia...), za mało bezpośrednich wspólnych interesów.

Poza tym druga wojna światowa była wojną infrastruktur. Pytanie „ile kto ma dywizji” było równie istotne na „jak szybko te dywizje może przerzucić z jednego końca kraju na drugi”. A dobrego połączenia Warszawa-Dubrownik czy Praga-Konstanca nie ma nawet dzisiaj (a co dopiero wtedy).
Pz-38(t) byłby zapewne głównym czołgiem takiej zjednoczonej armii Mitteleuropy. W każdym razie, gdy z niego strzelam do czołgów niemieckich i radzieckich, lubię fantazjować, że bronię Małej Ententy przed tymi dwoma psychopatami.

poniedziałek, 14 lipca 2014
Etyka dziennikarska i "Wprost"

Nie komentowałem na bieżąco afery podsłuchowej, bo nikomu w niej nie kibicuję. Złe zdanie o Latkowskim wyrobiłem sobie jeszcze na podstawie tych jego niemądrych filmów dokumentoidalnych. To człowiek z tabloidową mentalnością.

Oczywiście, to nie znaczy, że lubię Giertycha. Co o nim myślę, pisałem w czasach IV Rzeczpospolitej i nie zmieniłem zdania ani na jotę.

Cała ta sytuacja jest jednak bardzo interesująca dla każdego, kto się interesuje etyką dziennikarską. A dziennikarz musi się nią interesować, bo inaczej ona kiedyś zainteresuje się nim (ba-bum-psss).

Polski system, jak wielokrotnie pisałem, jest zły. Mamy trzydziestoletnie prawo prasowe, w którym nie ma wzmianki o internecie, jest za to wzmianka o Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Nieprędko ktoś to ruszy, bo wynikający z tego bajzel jest na rękę politykom i dziennikarzom (a ściślej rzecz biorąc, wydawcom prasy). Skutkiem ubocznym jednak jest to, że etykę dziennikarską można łamać praktycznie bezkarnie, o ile dzieje się to poza radiem i telewizją (działającym według odrębnej ustawy i nadzorowanym przez KRRiTV).

Osobie zniesławionej czy znieważonej przez media teoretycznie pozostaje droga cywilna lub karna. Praktycznie wynik będzie losowy, bo sądy muszą na własną rękę szukać równowagi między ważnymi wartościami (wolność słowa kontra prawo do obrony dóbr osobistych).

Za rozwiązanie zbliżone do ideału uważam rozwiązanie szwedzkie. Tam na straży etyki dziennikarskiej stoi Rada Prasowa i urząd prasowego Ombudsmana.

Dziennikarzom zaproszonym na Stockholm Internet Forum zaaranżowano spotkanie w urzędzie. Mogliśmy więc porównać systemy w swoich krajach do rozwiązań szwedzkich.

W każdym kraju kluczowym kryterium przy ocenie etyki dziennikarskiej jest pojęcie „interesu publicznego”. Tabloidy zwykle dążą do przesunięcia go w stronę „tego, czym interesuje się publiczność” i zwykle są w tym mniej lub bardziej temperowane przez sądy i instytucje kontrolne (także w Polsce).

Samo pojęcie „interesu publicznego” odwołuje się do założenia, że istnieje coś takiego, jak „sfera publiczna” w odróżnieniu od „sfery prywatnej”. Rozmowa Dody i Herbuś na temat Natalii Siwiec to prywatna sprawa zainteresowanych celebrytek, rozmowa ministra z prezesem banku centralnego - już niekoniecznie, nawet jeśli odbyła się w prywatnych okolicznościach.

Szwedzi swoje podejście do tego tematu zilustrowali nam takim przykładem. Pewien szwedzki tygodnik ilustrowany bardzo nie lubił pewnego polityka i zaatakował go serią tekstów ingerujących w jego prywatność (w związku z czym polityk ów wniósł skargę do Rady Prasowej).

Jeden artykuł informował o tym, że w służbowym, opłacanym przez podatnikow mieszkaniu polityk ów żyje razem ze swoją partnerką. Drugi pokazywał go, jak ostro chla w swoim letnim domku - otwiera kolejną puszkę piwa radośnie nieświadomy, że ktoś go fotografuje teleobiektywem (inna sprawa, że minę na tej okładce ma taką, jakby już w ogóle był mało czego świadomy).

Rada Prasowa potępiła tę drugą publikację, ale już nie tę pierwszą. Skoro mieszkanie było służbowe, polityk stracił prawo do argumentowania „to moja prywatna sprawa, kto ze mną mieszka”. Miałby je, gdyby z prywatnej kieszeni opłacał czynsz i media (a przynajmniej połowę za swoją partnerkę).

Za to jego prywatne pijaństwo, na prywatnej posesji, za prywatne pieniądze - było jego prywatną sprawą. Dlatego tygodnik został za tę okładkę ukarany grzywną i naganą.

Przy całej mojej niechęci do „Wprost” uważam, że mieli prawo publikować nagrania polityków biesiadujących za publiczne pieniądze. To ma się oczywiście nijak wobec tego, że z kolei ludzie odpowiadający za nielegalny podsłuch popełnili przestępstwo, chodzi mi wyłącznie o kwestie etyki dziennikarskiej.

Nie ma jednak żadnego usprawiedliwienia na publikację prywatnej rozmowy Giertycha. Że jest „adwokatem ministrów”, to jeszcze nie znaczy, że jest osobą publiczną.

Gdyby jeszcze ujawnione materiały zawierały jakiś dowód na zagrożenie dla porządku publicznego ze strony Giertycha. Ale widzę normalne działanie adwokata, którego klient wysłał na delikatne rozmowy z potencjalnym szantażystą.

A prywatnie uważam, że powinniśmy mieć także nordyckie podejście do służbowych mieszkań i kart kredytowych naszych polityków. Karać ich za wszelkie wykorzystanie do celów prywatnych, ale i płacić im tyle, żeby nie musieli dziadować.

poniedziałek, 07 lipca 2014
Manifest pasywistyczny

W ramach upadku blogowania, wrócę do nieformalnego cyklu, który miał dotąd trzy odcinki - w poszukiwaniu Absolutu (może być Finlandia). Wyrażam w nim swoje Fundamenty Światopoglądowe, czyli Ogólną Filozofię Życiową.

Zawsze czytam takie rzeczy na blogach z zażenowaniem, no bo w końcu co ciekawego może o tym napisać prosty bloger. Ale z drugiej strony, typowe funkcje blogowe typu „internetowy pamiętniczek” już dawno pożarły social media. Gdzie filozofować, jak nie na blogasku?

Opisałem już swoje poglądy epistemologiczne, etyczne i nawet eschatologiczne. Dziś czas na moją antropologię.

Swoje spojrzenie na Naturę Lucka na własny użytek nazywam „pasywizmem”. Wymyślanie własnych określeń oczywiście dyskwalifikuje filozofa-amatora, ale ja nie klasyfikuję siebie nawet w takiej kategorii. Hej, ja tylko prowadzę blogaska.

Ludzie badający Naturę Lucka mniej lub bardziej zawodowo są z natury rzeczy aktywistami. To znaczy - ludźmi, którzy lubią działać, którym zorganizowanie sympozjum czy wzięcie udziału w dyskusji panelowej sprawia autentyczną, nieskrywaną przyjemność.

Do tego stopnia, że są gotowi to robić za darmo albo za te symboliczne punkty, którymi ocenia się dorobek naukowy. Nauka z samej swojej organizacyjnej natury przyciąga ludzi, których to kręci a odstrasza ludzi, których to nie kręci, nienawidzą organizowania czegokolwiek, a za udział w panelu oczekują honorarium.

Jako pasywista twierdzę, że w ten sposób wpadamy jednak w pułapkę błędu poznawczego znanego jako „fałszywy konsensus”. Większość ludzi ma skłonność do zakładania, że większość ludzi podziela ich poglądy.

Mój pasywizm oczywiście też może mieć źródło w podobnym błędzie. Ja jestem bowiem przekonany, że większość ludzi nie lubi być aktywna.

Podejrzewam, że większość aktywistów nie jest z kolei świadoma, że robią taki błąd poznawczy. Skoro im aktywność i kreatywność sprawia przyjemność, zakładają, że każdy tak ma.

Wiele radykalnych utopii politycznych zawiera na przykład milczące założenie, że jeśli ludziom damy możliwość decydowania o swoich sprawach na codzień np. w jakiejś formie demokracji bezpośredniej, to będą chcieli z niej skorzystać. Dlatego właśnie tak mówią, „damy możliwość”, bo są przekonani, że ludzie tego chcą, ale nie mają takiej możliwości.

Utopia anarchosyndykalistyczna czy trockistowska, w której o zakładzie pracy decyduje sama załoga na wiecach, ma swój oczywisty urok - ale przecież większość ludzi po fajrancie wolałaby wrócić do domu, oglądać coś głupiego w telewizji i pić piwo. Większość ludzi woli czas wolny spędzać pasywnie.

Tutaj widzę też źródło fiaska utopii cyberoptymistów, których proroctwa internetu radykalnie rozminęły się z rzeczywistością. Jarosław Lipszyc do dzisiaj jest przekonany, że większość internautów chce być twórcami, trzeba więc reformować prawo autorskie tak, żeby im to umożliwić. Ja uważam, że większość internautów jest zadowolona z pasywnej konsumpcji treści serwowanych im przez cyberkorpy - w postaci portalozy, w postaci debilnych filmików na Youtubie, w postaci bieda-kontentu społecznościowego z serwisów typu Bezużyteczna Wiedza czy Kwejk.

Pytanie „a co jeśli ludzie NIE CHCĄ być aktywni, NIE CHCĄ brać swoich spraw w swoje ręce, NIE CHCĄ decydować sami o sobie, NIE CHCĄ tworzyć treści” zdumiewająco rzadko padają w traktatach politycznych czy socjologicznych. Nie ma tego w cyberutopiach Jenkinsa, Moglena czy Aigraina, ale nie ma tego też pismach Brzozowskiego czy Róży Luksemburg.

Przypuszczam, że to dlatego, że Ebena Moglena i Różę Luksemburg sporo może różnić, ale oboje nie potrafiliby  zgrokować tego, że ktoś może zwyczajnie woleć walnąć się leniwie na kanapie i pozwolić, żeby ważne decyzje podejmował ktoś inny. Nie potrafią sobie wyobrazić kogoś takiego jak ja.

Mój argument na poparcie tezy, że takich jak ja jest większość, jest prosty - modele biznesowe czy polityczne odwołujące się do pasywności zawsze wygrywają. Facebook pochłonął blogi, Lego z oferty „klocki pozwalające na wszystko” przeszło do oferty „klocki pozwalające zrobić to co na pudełku”, a najpopularniejsze urządzenia do łączenia się z internetem to dziś czarne skrzynki, w których nie wolno nam grzebać, bo dobrowolnie porzuciliśmy konfigurowalne do bólu beige-boksy.

Tyle tylko, że o ile łatwo o opisy aktywizmu - aktywiści lubią opisywać samych siebie jeszcze bardziej niż działać - pasywizm pozostaje milczącą stroną ludzkości. Może i dałoby się zrobić wspaniałe sympozjum „Bierność przez stulecia”, dyskusję panelową „Pasywizm a podmiotowość” albo i napisać manifest pasywistyczny. Ale kto by to miał zorganizować...

sobota, 28 czerwca 2014
Drogi na wakacje 2014

Prognozy

Jak w zeszłym roku, zamiast rankingu od czapy - wakacyjna mapka drogowa. Konwencja ta sama, na czarno drogi, które już są, a na różowo drogi, których brak możemy boleśnie odczuć w tegorocznych trasach - ale pocieszając się, że w przyszłe wakacje już tam będzie autostrada lub ekspresówka.

W paru sprawach okazałem się przesadnym optymistą, a w paru innych - przesadnym pesymistą. Nie zaznaczyłem przygranicznego odcinka A1, bo skrajnie pesymistyczne wersje mówiły o konieczności rozbierania całego pechowego mostu.

Parę słów przypomnienia, skąd się wzięła ta cała afera. Austriacka firma Alpine Bau od roku jest w stanie bankructwa. Nim upadła, zdążyła dwukrotnie zrobić w Polsce brzydki numer, który można by w analogii do życia codziennego opisać tak.

Do kapitalnego remontu mieszkania zatrudniamy pana Zdzicha, złotą rączkę i umawiamy się, że remont ma trwać miesiąc i kosztować dychacza. Po trzech tygodniach pan Zdzichu tu coś skuł, tam coś przebił - i nagle oznajmił, że nie dotrzyma oryginalnego terminu, chyba że dostanie dodatkowego piątala.

Co robić w takiej sytuacji? Szukanie innego wykonawcy na pewno będzie trwało dłużej niż tydzień. W dodatku zanim on wejdzie, będzie musiał zrobić jakąś inwentaryzację tego, co już zrobił pan Zdzichu. Nie wiadomo, jaką on zaśpiewa cenę.

Alpine najpierw wycięło taki numer na przygranicznym odcinku A4. Oznajmiło, że nie wyrobi się w terminie - i dostało aneks do umowy z dodatkowym terminem.

Ludzie obserwujący budownictwo drogowe złościli się wtedy, że państwo jest takie słabe i ulega takim wykonawcom. Aneksy z prolongatą dostawano wtedy od ręki. Były to czasy IV RP.

Potem nastała Platforma i Alpine oznajmiło, że może odstąpić od aneksu i wrócić do pierwotnego terminu. Ale za dopłatą. Rząd (w praktyce: GDDKiA) powiedział: nie.

Znaliśmy to w wersji „gotowa autostrada czeka na przecięcie wstęgi przez urzędników”. A tak naprawdę była to odmowa dania panu Zdzichowi więcej, niż było w pierwotnej umowie. Tamtą drogą już jeździmy.

W przypadku A1 sprawa była bardziej skomplikowana, bo Alpine powiedziało, że projekt jest wadliwy i most grozi zawaleniem. Owszem, mogą dokończyć nanosząc poprawki do projektu, ale za dopłatą. Rząd znowu ich pogonił, budowę ostatecznie dokończyła mała polska firma Intercor.

Most się póki co nie zawalił, więc to chyba jednak była słuszna decyzja. Mam nadzieję, że ta historia odstraszy następnych nieuczciwych panów Zdzichów od tego typu zagrywek.

Poślizgi na S5, S8 i S17 sprawiają, że niestety wyczekiwane odcinki umilą podróże dopiero jesienią, choć już w sierpniu może otworzą kawałek obwodnicy Lublina i wylot z Łodzi na Łask. Tu się okazałem przesadnym optymistą - przepraszam.

Za to to, co już jest, nakazuje kierowcom przestawienie mentalnych GPS-ów. Po pierwsze, drodzy Warszawiacy: zapominamy o Cieszynie. Od kiedy ukończyli ten ostatni kawałek A1, pchanie się na Cieszyn nie ma już sensu, chyba że ktoś w ogóle docelowo kieruje się w stronę słowackich gór.

W dalszych trasach - odbijamy z gierkówki za Siewierzem do A1 (albo od razu DK78, albo chwilę potem S1 - czasowo na jedno wychodzi). Wjeżdżamy na nowiuteńką polską autostradę i syf się zrobi dopiero w Czechach.

Kierowcom wyjeżdżającym z północnej części aglomeracji sugeruję też wyjazd autostradą A2 i przebicie się DK50 do dawnej gierkówki, zapgrejdowanej w tym miejscu już do S8 (czyli Wiskitki-Mszczonów). Do 2016 niestety nie będzie innego fajnego wylotu na południe, omijającego korki w Raszynie.

W te wakacje po raz pierwszy będzie można skorzystać z S3 rozciągającej się między Goleniowem a Nową Solą. To znaczy, że niespodziewanie blisko Warszawy znalazły się miejscowości takie jak Świnoujście, Międzyzdroje, Zielona Góra czy nawet odległy, egzotyczny Szczecin.

Kierowcy jadący ze Śląska nad Baltyk z pewnością docenią zaś ciągłość A1 między Trójmiastem a Łodzią. Tyle, że jak wiadomo, na ostatnich bramkach będzie tradycyjny megakorek podczas szczytów urlopowych, więc albo należy zjechać w Tczewie, albo unikać szczytów, albo podejść do tego z wakacyjnym zen, z którym analogiczne korki na bramkach traktują Włosi czy Francuzi.
Wakacyjnie życzę szerokiej drogi, joie de vivre i naturalnie la dolce vita!

PS. Na mapce co brzydko i niedokładnie pociągnięte Paintbrushem - to moje, co ładne, dokładne i przemyślane to wikipedysta Jacek Śliwerski.


piątek, 20 czerwca 2014
Sfałszowane nagrania (NP 164)

Amerykańskie fochy na punkcie Lany Del Rey są dla mnie jak „awaria garderoby Janet Jackson” - nie jestem w stanie nawet zacząć próbować to zrozumieć. Jeśli dobrze rozumiem, hipsteriada z Pitchforka była sfrustrowana, że okazało się, że to nie jest genialna niezależna artystka, która nagrała sobie wideo własnym sumptem, tylko produkt starannej pracy producenta, menadżera i wizażysty.

Lana Del Rey to fejk. Nie ma takiej kobiety, to tylko sceniczna persona skromnej girl next door imieniem Elizabeth Grant. Próbowała zaistnieć ze swoim wyglądem i swoim głosem - nie udało się, więc wróciła jako female female impersonator.

No ale le helou, w czym problem? Sztuka przecież jakby z definicji jest sztuczna. „Born To Die” to świetna płyta, nawet jeśli wszystko na niej jest sfałszowane.

To zresztą w tym fałszerstwie podoba mi się najbardziej. Póki Bitelsi byli Bitelsami, ich płyty były po prostu mniej lub bardziej przypadkowym zlepkiem piosenek. Dopiero kiedy zaczęli budować wokół siebie mitologię, nagrali „Sierżanta Pieprza”.

Sfałszowana piękność prowadzi nas więc przez swoje płyty od początku do końca. Trzeba ich słuchać w całości, choć poszczególne piosenki też się bronią.

Najnowsze „Ultraviolence” też mi się podoba jako całość, chociaż najbardziej wpadło mi w ucho „West Coast”. Blogobywalcy wiedzą, że bardzo ważne dla mnie są fajne teksty - a zwłaszcza teksty, które się fajnie zaczynają.

„Down on the West Coast, they got a sayin': If you're not drinkin', then you're not playin', but you...” - to jest świetne otwarcie piosenki miłosnej. I oczywiście wiem, że wszystko tu jest fałszywe, że nigdy nie istniał ani podmiot liryczny, ani „you” ani uczucie między nimi.

Ale i tak wiem, że jeśli będę jeszcze kiedyś wypożyczać samochód na West Coast, to będzie pierwszy kawałek, który w nim poleci z mojego iPoda.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77