Ekskursje w dyskursie
wtorek, 30 czerwca 2015
Fejkowe ejtisy

A w czerwcowym rankingu od czapy - muzyka w miarę współczesna, ale silnie stylizowana na lata osiemdziesiąte. Bo też i nie ma nic milszego sercu starszego pana po czterdziestce, niż tamte klimaty.

Elektroniczna perkusja! Wysilone linie basowe! Solówki klawiszowe grane jednym paluszkiem! Charyzmatyczny wokalista miotający się w przedziwny sposób na estradzie! Och, jak głęboko to wmłotkowano w naszą podświadomość!

Na topie rankingu oczywiście Future Islands. Ich „Spirit” zasłyszany w radiu sprawił, że przypomniałem sobie, jak bardzo kocham tę estetykę.

Gdy próbowałem zarazić swoim entuzjastycznym „panowie, kurwa, to genialne!” duet Świąder/Sankowski, spotkałem się z lodowatym „a widziałeś ich występ u Kimmela”. Po czym padło słowo, na które odbezpieczam rewolwer - „postironiczność”.

Dla starszego pana #po40 rewolwer jest metaforą karty kredytowej, więc kupiłem sobie całą płytę Future Islands głownie Świąderowi i Sankowskiego na złość. Może oni mają procent od wqrwiani? No mniejsza.

Jak macie kliknąć tylko w jedną jutubkę z trzech tu zamieszczonych, kliknijcie w tą. Choć nie mam procentu.

Ale tak naprawdę cała ta moda zaczęła się od duetu autoKratz. Och, jak ja oszalałem z zachwytu, kiedy pierwszy raz usłyszałem ich „Always More!”. I wiem, nagrali też piosenkę z Peterem Hookiem, żeby było jeszcze bardziej ejtisowo - ale z ejtistami jest jak z najntisami.
Tak naprawdę to nikt nie chce wracać do tego syfu. Nostalgia wystarcza.

„Broken Bells” to tajny projekt kolesia, który jako Danger Mouse zapoczątkował w 2004 scenę mashupową, miksując czarny album Jay-Z z białym albumem Beatlesów, tworząc słynny „Szary Album”. Lipszycoidy argumentowali wtedy, że korporacje będą prześladować ludzi robiących nielegalne remiksy.

Oczywiście, to się nigdy nie wydarzyło. Po sukcesie „Szarego Albumu” Danger Mouse był zaparaszany do miksowania przebojowych płyt Gorillaz i Gnarls Barkley. Wydawanych, oczywiście, przez korporacyjne wytwórnie. Bo tylko taki bunt nam został: kupić płytę od korporacji na złość korporacjom, które chcą okradać muzyków przez serwisy streamingowe.

środa, 24 czerwca 2015
Eine kleine Chichrenfreude

Nie lubię pisać na blogu o polityce, ale zbliżające się przesilenie na lewicy trochę na mnie tę tematykę wymusza. Milczenie przecież też czasem bywa komentarzem, tu akurat takim, na jakim nie mam ochoty.

Nie ukrywam, że panikę polityków z mainstreamowej tzw. lewicy obserwuję z maleńkim Chichrenfreude. W tych wyborach z polskiej mapy politycznej znikną ostatnie resztki po Ruchu Palikota i niewykluczone, że poza Sejmem (a więc zapewne i poza polityką) wyląduje SLD.

Nie będę płakać po tych partiach. Od bardzo dawna żadna z nich nie zrobiła niczego, co by sprawiło, że bym zawołał „ach, jakie to szczęście, że w Sejmie jest SLD/Palikot”.

Jest wiele spraw, w których chciałbym usłyszeć głos lewicowych polityków. Pisany pod dyktando korporacji traktat TTIP (a przedtem ACTA). Korporacyjne i indywidualne kanty podatkowe. Śmieciówki. Komercjalizacja edukacji i służby zdrowia. Degresywność składki na ZUS. Bezzębność Inspekcji Pracy.

Kojarzycie z ostatnich lat jakieś działania polityków z SLD czy Palikota w tych kwestiach? Zapraszam do odpowiedzi w komentarzach. Możliwe, że ja tego nie kojarzę tylko z powodu mojej ogólnej politycznej apatii. Po prostu dawno już straciłem nadzieję, że któryś z 460 darmozjadów w Sejmie (i 100 w Senacie) poruszy jakąś istotną dla mnie kwestię. Więc przestałem ich słuchać.

Czasem skacząc po kanałach wpadnę na jakiś tzw. program publicystyczny z serii „ja panu nie przerywałem”. Chwilę popatrzę na nich wszystkich z jednakową dezaprobatą.

Nikt tam nie jest „mój”, nikomu nie kibicuję, z nikim nie chciałbym pójść na kawę (nie mówiąc już o piwie). Sprawy, którymi się zajmują, ja mam serdecznie gdzieś - np. pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej może se stanąć, może se nie stanąć, w sumie wisimito.

A nawet jeśli sprawy są istotne i dla mnie, to nie spodziewam się po nikim z tego towarzycha odkrywczych myśli. Serio, co polski polityk może ciekawego powiedzieć o Putinie? Nawet jeśli się będę z nim zgadzać, to przecież wiem, że poczęstuje mnie tymi samymi banałami, które znajdę gdzie indziej.

To jest najczęstszy błąd polskich elit - przekonanie, że mają jakiś spontaniczne poparcie. Że gdy grupka felietonistów ogłosi „zakładamy partię, przyłączcie się do nas”, ktoś faktycznie się przyłączy. Że kiedy partia wystawi w wyborach kogoś o wyglądzie i inteligencji lalki Barbie, elektorat karnie zagłosuje. Że ktoś ich w ogóle lubi albo szanuje.

I później to zdziwienie - że nie przyszli. Nie przyłączyli się. Nie zagłosowali. Nie chcą się jednoczyć.

Projekt partii „Razem” podoba mi się właśnie dlatego, że to już nie jest to zgrane towarzycho z pyskusji u Olejnik i Rymanowskiego. Automatycznie stracę zainteresowanie, jeśli tam się pojawią „znane twarze”, bo w polityce mam tak, że jeśli jakiegoś polityka znam - to go nie lubię.

Niewielki kredyt zaufania mogę mieć rzeczywiście do Barbary Nowackiej, ale tylko dlatego, że nic o niej nie wiem. O jej istnieniu dowiedziałem się pół roku temu, kiedy parę osób żałowało, że nie została wspólną kandydatką lewicy na prezydenta. Ale i ona wydaje mi się podejrzana o tyle, że jeśli ktoś mógł serio wiązać jakieś polityczne nadzieje z Palikotem, to, hmmm, niezbyt dobrze o nim świadczy.

I nie mówcie znowu „kto mógł przewidzieć”. Ja mogłem, to te wszystkie doktory i profesory nie mogły?

Cieszę się, że partia Razem nie dała się wciągnąć w pułapkę pt. „wspólna lista lewicy”. Bez względu na to, jak się to będzie nazywało - to i tak będzie oznaczało wchłonięcie pozostałych podmiotów przez SLD.

Sama nazwa „Sojusz Lewicy Demokratycznej” jest echem po tym, że Socjaldemokracja RP (tak brzmiała nazwa przemalowanej PZPR w latach 1989-1999) zawiązała w 1991 szeroką koalicję. Yep, też pod egidą OPZZ.

Podmioty z tej koalicji zostały wchłonięte do SLD lub przepadły. Zagładą współpraca z SLD kończyła się też dla późniejszych koalicjantów, Unii Pracy i Partii Demokratycznej.

I nawet byłbym za, gdybym w tym widział jakieś korzyści taktyczne. W czasach idealistycznej młodości popierałem wejście PPS na listy SLD, bo owszem, uważam, że warto było dla tych kilku mandatów. Nie chodzi mi o pryncypialne potępienie SLD za nieprawe pochodzenie.

Ale teraz nie będzie już nawet korzyści taktycznej. Cała ta „wspólna lista” i tak nie przekroczy 8% (przypominam, że próg dla koalicji jest wyższy niż dla partii startujących samodzielnie - które obowiązuje niższe 5%).

W tej sytuacji wolę zagłosować na Razem, choćby mieli dostać tylko 2%. To będzie wstęp do budowania struktury, która wejdzie do Sejmu za 4 lata. Zniknięcia z telewizyjnych pyskówek dawnych polityków SLD i Palikota nawet nie zauważę, bo i tak rzadko oglądam.

poniedziałek, 15 czerwca 2015
Państwo jak korporacja

Nowoczesna.pl for the win

Na marginesie rozmowy z Marcinem Celińskim z „Liberte” u Cezarego Łasiczki odniosę się na blogu do popularnego w dyskursie liberalnym hasła, żeby państwo było zarządzane sprawnie jak korporacja. Taki pomysł podobał się mojemu rozmówcy, ale widywałem go wcześniej w różnych miejscach.

Korporacje mogą się kojarzyć ze sprawnym działaniem tylko tym, którzy obserwują je z zewnątrz. Jeśli ktoś jest kontrprzykładem, tzn. zgadza się z Celińskim, ale przepracował parę lat w jakimś korpo, naprawdę chętnie przeczytam jego komentarz.

Od środka korporacja wygląda jak jeden wielki pierdolnik, w którym nic nie działa tak, jak powinno. Świetnie opisuje to popkultura, od komiksów o Dilbercie, przez „Avatar”, po powieść Mitchella „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” (o najstarszej korporacji świata, Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej).

Wolę się odwoływać do obrazów popkulturowych, bo oczywiście nie będę opowiadać anegdot z własnego doświadczenia. Ale popularność tych utworów wśród męczenników openspejsa doprawdy nie bierze się z naszego przekonania, że „Dilbert” jest oderwany od życia.

Inherentną wewnętrzną niesprawność strukturalną korporacji ilustruje to, co nazywam metaforycznie „korpo-fu”, a wy wszyscy to znacie, bracia i siostry w kubikach, a może i macie na to jakąś fajniejszą nazwę (poproszę!). To pakiet doświadczeń, niezbędnych do openspejsowego survivalu.

Ile go trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto zobaczy bezradność nowicjusza, który coś usiłuje załatwić zgodnie z procedurami. Czekaj tatka latka! Korpo-fu polega na wiedzy, do kogo się zgłosić, żeby te procedury przyśpieszyć.

Będę wdzięczny PT komcionautom za wskazanie jakiejś książkowej analizy tego zjawiska, bo fascynuje mnie prywatnie, ale nigdy poważniej go nie badałem. Korporacje wymyślają sobie wewnętrzne struktury - piony, działy, segmenty - i teoretycznie uczestniczą w tym jacyś zawodowcy od zarządzania.

A jednak to, co ci zawodowcy wymyślą, natychmiast okazuje się niesprawne. Korporacja próbująca działać zgodnie z wewnętrznymi procedurami i regulaminami nie przetrwa jednego dnia. To wszystko nie wali się tylko dzięki temu, że pracownicy tworzą między sobą nieformalne sieci powiązań, działające w poprzek oficjalnych struktur i często wbrew oficjalnym procedurom.

Oczywiście, w końcu i tak się wszystko wali. Chyba jeszcze żadna korporacja nie przetrwała więcej niż 200 lat. Majątek upadłej VOC znacjonalizowano w 1796, ale potem z kolei upadło państwo, które dokonało nacjonalizacji, więc trudno podać konkretną końcową datę.

Łatwiej znajdziemy państwo, które - mimo wszystkich problemów - zachowuje ciągłość organizacyjną przez więcej niż 200 lat. Dlatego nie wierzę w ogólną wyższość organizacyjną korporacji nad państwem.

Nie wierzę też w propozycje szczegółowe. Marcin Celiński w tej rozmowie przytoczył przykład banków, które sprawnie potrafią zorganizować bankowość online - a tymczasem państwo nie umie zorganizować wyborów online.

Celiński mógł znaleźć lepszą chwilę na rzucenie taką tezą, niż dni żenującej wtopy Plus Banku. Ale nie w tym tkwi problem.

Bank ma pełne prawo skupiać się tylko na tych klientach, z którymi wiąże nadzieję na zarobek - i zlewać pozostałych ciepłym parabolicznym. Państwo nie.

Państwo nie może się kierować wyłącznie rachunkiem ekonomicznym. Są obywatele, do których państwo będzie wyłącznie dopłacać (nieuleczalnie chory, nieresocjalizowalny przestępca). Mają takie same prawa jak reszta, państwu nie wolno ich wykluczać.

Korporacje potrafią tak naprawdę tylko jedno: maksymalizować zysk udziałowców. Nawet z tym bywa krucho, ale cała reszta dla korporacji jest produktem ubocznym. Z państwem jest odwrotnie, najważniejsze dla niego jest to, czego nie da się łatwo wyrazić ekonomicznie.

Celiński w radiu argumentował, że państwo można uznać w takim razie za szczególny przypadek korporacji, która nie kieruje się zyskiem, tylko dobrem obywateli. To dla mnie rozumowanie na zasadzie „wagon kolejowy to szczególny przypadek otwieracza do piwa” (wszak można kapsel odbić od bufora).

Skoro podobieństw jest mniej niż różnic, darujmy sobie przerabianie otwieracza na wagon. Ja chcę państwa sprawnego jak nordycka socjaldemokracja, a nie sprawnego inaczej jak Plus Bank.

niedziela, 31 maja 2015
Hibernatus

Na kongresie partii „Razem” wpadłem w małą dygresję, którą tu rozwinę jako majowy ranking od czapy. Wbrew popularnej opinii uważam, że wcale nie żyjemy w czasach przyśpieszonego rozwoju. Odwrotnie, uważam, że żyjemy w czasach stagnacji.

Ranking poświęcę więc technologiom, które mają wpływ na nasze życie - a które mają mniej więcej tyle lat, co ja. Czyli dużo.
Unix
To dotyczy nawet naszej najulubieńszej technologii cyfrowej. Wbrew pozorom, zasady działania iPhone’a byłoby łatwo wytłumaczyć komuś, kto w 1969 roku trzymał rękę na pulsie ówczesnych nowinek technicznych (czyli np. Lemowi - stąd w ogóle moja fascynacja tym tematem).

Powiedziałbym, że iPhone w środku ma mikroprocesor, takie coś, co założony w 1968 roku Intel próbuje już zrobić, mieszcząc architekturę PDP-11 na układzie scalonym (wymyślonym przez Bell Labs). Pracuje pod kontrolą systemu UNIX (też wymyślonego przez Bell Labs), na który nałożono GUI taki, jak w 1968 pokazał Douglas Englebart - tylko nie z myszką (której używamy do obsługi większych komputerów), ale z ekranem dotykowym, tak jak ówczesne „pióro świetlne”.

Internet? Tak, to ta sama sieć, co ją właśnie DARPA uruchamia w Kalifornii. Tyle, że działa na telefonach komórkowych, których prototyp (oraz „radiotelefony”) też zna

Hibernatusa z 1969 trochę by zdziwiło „gorilla glass” i bateria litowa, ale nie ma tu nic, czego by się nie dało mu wytłumaczyć odwołując się do znanych mu pojęć. Przeciwnie, myślę, że byłby rozczarowany, jak daleko temu do startrekowego komunikatora.
Audi
A gdybym owego przybysza z 1969 zabrał do typowego samochodu z 2015, na przykład do volkswagena passata, nic by go pod maską nie zdziwiło. Powiedziałbym mu, że to wersja rozwojowa doskonale znanego mu Audi 80, z podobnymi rozwiązaniami: silnik i napęd z przodu, chłodzenie cieczą, wtrysk i elektroniczny zapłon.

I znów, z kolei hibernatus z 1919 w roku 1969 mało co by rozpoznał pod maską ówczesnego Audi 80. Szukałby gaźnika, stalowych linek obsługujących hamulce, mechanicznego zapłonu. Powodzenia w tłumaczeniu mu pojęcia „elektroniczny”!
747
Zabrałbym go oczywiście w jakąś dalszą podróż. Ale by się zdziwił, gdybyśmy nadal lecieli doskonale mu znanym z jego epoki Boeingiem 747!

W Dreamlinerze może i by się chwilę bawił ściemnianiem okienka, ale szybko by zaczął narzekać - to już cały postęp? Nie udało się skrócić czasu podróży ani zmienić nic z innych rzeczy ważnych dla pasażera, tylko zamiast rolety jest przyciemniacz ciekłokrystaliczny (tak, będzie wiedział, co to).

A gdzie loty naddźwiękowe? Gdzie Concorde? Ze wstydem będziemy mu tłumaczyć, że już nie lata. Szybko nas oskarży, że wstrzymaliśmy postęp. I będzie miał rację.

Za jego czasów państwo brało korporacje za mordę i wymuszało na nich szukanie nowych technologii. Dlatego wtedy AT&T wymyślało układy scalone, UNIX i język C. Dziś wymyśla innowacyjne taryfy.

Podobnie linie lotnicze. Po co im innowacyjność, skoro kasę mają w optymalizowaniu siatek połączeń - co jest bezpośrednim skutkiem deregulacji lotów pasażerskich?

Korporacje nie przywrócą postępu technicznego. To może zrobić tylko państwo, jeśli wróci do roli regulatora-dzierżymordy, którą pełniło w latach 60.

Fot. Wikipedia - (1) Peter Hammer, (2) Subarufreak, (3) Eduard Marmet, CC-BY-SA

niedziela, 17 maja 2015
Oldskulowe Razem

Z wszystkich nowych inicjatyw lewicowych najbardziej podoba mi się partia „Razem”. Nie tylko dlatego przyjąłem ich zaproszenie na dyskusję - kiedy Platforma mnie zaprasza, też przecież nie odrzucam.

Jak to nazywa Edwin Bendyk, jestem kogniwojażerem. Rozwożę idee. W polityce moją centralną ideą jest przywiązanie do oldskulowej socjaldemokracji.

Od 1989 w Polsce nie było liczącej się partii o takim programie. Unia Pracy za czasów Bugaja powoływała się na „społeczną naukę papieża”. SLD od swojego początku aż do tegorocznego końca żonglowało pojęciami typu „nowa lewica” czy „trzecia droga”.

Staroświecka socjaldemokracja nie w smak też środowisku „Krytyki Politycznej”, zielonym czy aktywistom miejskim. Są oczywiście zacne wyjątki, ale zwykle nie są się w stanie przebić na etapie głosowania dokumentów programowych.

Że socjaldemokracja jest dziś czymś przestarzałym i niepotrzebnym, z tym - mam wrażenie - zgodzi się większość liderów opinii na lewicy. Jan Kapela i Krzysztof Nawratek, Jan Hartman i Jan Sowa, Katarzyna Bratkowska i Magdalena Środa. Będą się oczywiście różnić w odpowiedziach „co zamiast tego”, ale połączy ich wspólne chóralne „meh” wobec tradycyjnej polityki socjaldemokratycznej.

Zdefiniuję ją na użytek niniejszej blogonotki następująco. Gospodarka wolnorynkowa, ale z silną obecnością państwa jako regulatora i inwestora w tych gałęziach gospodarki, których nie można puścić na rynkowy żywioł. Przemysł jako główna gospodarcza lokomotywa. Ostra progresja podatkowa, służąca nie tylko maksymalizacji wpływów, ale także wypłaszczaniu nierówności.

I co najważniejsze: polityka gospodarcza zmierzająca do jak największego zatrudnienia na pełnoprawnych etatach. To dla socjaldemokraty priorytet, przebijający inne kryteria gospodarcze (np. wzrost czy inflację).

Argumenty przeciw odwołują się zwykle do tezy, że w naszych czasach już się tak nie da. Bo etaty nie wrócą, bo przemysł jest niepotrzebny, bo ekonomia dzielenia, bo drukarki 3D, bo globalizacja.

Nie wierzę w to wszystko z powodów, które już wielokrotnie wyjaśniałem na tym blogasku i w poważniejszej publicystyce. Najlepiej żyje się w krajach, których polityka gospodarcza jest w miarę zbliżona do powyżej zakreślonego socjaldemokratycznego ideału (albo po prostu jest socjaldemokratyczna).

Nie chodzi mi przy tym o etykietki. Jeśli taką politykę prowadził Adenauer czy Eisenhower (a rzeczywiście w Niemczech CDU doprowadziło do mistrzostwa politykę zapędzania SPD do narożnika ciosami z lewej mańki), to niech to się nazywa chadecją czy konserwatyzmem. W wyimaginowanej drugiej turze, w której taki socjaldemokratyczny chadek spotkałby się z aktywistą miejskim od kooperatyw płacących alterkami - zagłosuję na chadeka.

To nawet nie o to chodzi, że jestem wrogiem takich inicjatyw. Nie chciałbym ich zakazywać (poza oczywistymi przypadkami typu „kontrola z sanepidu stwierdziła nieprawidłowości”). Po prostu nie wierzę, że mogą być rozwiązaniem realnych problemów społecznych.

W komuny, poliamorie, squaty i guerilla gardening może się bawić garstka młodzieży w wielkim mieście. Większość z tego wyrośnie, bo dla rodziny z dziećmi priorytetem są bezpieczeństwo i stabilizacja.

„Razem” w Polsce robi wrażenie ugrupowania bardzo radykalnego po prostu dlatego, że w Polsce program gospodarczy Adenauera czy Eisenhowera robiłby wrażenie skrajnie lewicowego. Tak naprawdę jednak większość ich propozycji przetestowano z pozytywnym skutkiem w Danii, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Japonii, RFN czy nawet USA.

Czy ówczesne rozwiązania da się powtórzyć w dzisiejszej Polsce, to jest kwestia do dyskusji. Może nie wszystkie, może nie całkiem tak samo. Ale chciałbym móc chociaż jako obywatel w wyborach poprzeć partię, która przynajmniej chce dążyć w tym kierunku.

Mam już powyżej uszu „trzecich dróg”, „nowych lewic”, „inicjatyw alternatywnych” i „nowych centrów”. Marzę o oldskulu.

niedziela, 10 maja 2015
Optymizm Petera Thiela

Peter Thiel, choć i tak uważam go (i jemu podobnych) za chciwego socjopatę, powiedział w zeszłym roku coś, z czym się w gruncie rzeczy zgadzam. Poskarżył się na brak porządnego science-fiction o podboju kosmosu - zamiast tego, mamy jedną za drugą dystopię o ponurej przyszłości, którą nam zgotuje dyktatura Petera Thiela (i jemu podobnych).

Zgadzam się z tymi dystopiami. Uważam, że przyszłość będzie wyglądać jak w powieściach „Ready Player One” i „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna”. Ale bez względu na to, co myślę o przyszłości - brakuje mi oldskulowo optymistycznej science-fiction.

Dlatego „Marsjanin” Andy’ego Weira to była dla mnie miłość od pierwszej strony. Tam jest wszystko to, czego mi od tak dawna brakuje.

To jakby z „Instersellara” i „Grawitacji” wyciąć pieprzenie o miłości i osobistych problemach bohaterów - co tam dręczyło tą całą Bullock? trauma po rozwodzie? trauma po porodzie? hudefakkejrs! - a zostawić tylko śluzy, skafandry i ogólną poezję zawartą w słowach typu „Roger that, mission control, activating manual override”.

Jeśli ktoś jakimś cudem nigdy o tej powieści nie słyszał, blurbowe podsumowanie: Mark Watney uczestniczy w trzeciej załogowej wyprawie na Marsa. Wyprawę przerwał wypadek.

Podczas burzy piaskowej Watney został uznany za zmarłego, reszta zaś ewakuowała się w trybie awaryjnym. Watney musi znaleźć sposób na przeżycie - a sytuacja wygląda tym bardziej beznadziejnie, że na Ziemi nikt nie wie, że przeżył.

Autor podobno włożył dużo wysiłku w to, żeby powieść była maksymalnie realistyczna od strony naukowej. Jeśli są jakieś nieścisłości, są poza moim obszarem kompetencji, więc mnie kupił (może ktoś z komcionautów coś wynorał?).

Jest oczywiście jedna fundamentalna nielogiczność, która mnie walnęła na samym początku, gdy bohater tęskni do rodziny - ofkors! - i wzdycha, że „dałby wszystko, żeby móc ją powiadomić, że żyje”. Następny akapit zarotuję ze względu na spojlery.

„Hxłnqnw xnzvravr zbefrz, mvą” - bq enmh cbzlśynłrz ceml grw fpravr. Cbgrz obungre j xbńph anjvąmhwr łąpmabść m mvrzvą v qbcvreb m Ubhfgba qbjvnqhwr fvę, żr pnłl pmnf tb bofrejhwą. Qbcvreb jgrql mnpmlan hxłnqnć xnzvravr zbefrz. Zrfmhtr!

Poza tym oczywiście nie wierzę w żadną załogową wyprawę na Marsa. Gdy Ameryka zaczynała program Apollo, górna stawka podatku dochodowego wynosiła 91%. Nic dziwnego, że mieli z czego budować autostrady i rakiety kosmiczne.

Teraz górna stawka to 39.6%. To nie wystarczy nawet na bieżące remontowanie tych autostrad, które zbudował Eisenhower. Wszystko po to, żeby Peter Thiel sobie mógł kupić fafnasty odrzutowiec. Jak tęskno za dawną glorią NASA, niech się wysmarka w studolarówki.

Główny bohater jest postacią nieznośnie stereotypową, takim typowym all-american hero o kwadratowej szczęce. Zdecydowanie bliżej Kirka niż Picarda. W filmie ma go grać Matt Damon i już mi się robi niedobrze na myśl, jak Damon zinterpretuje niektóre teksty Watneya, które brzmią czerstwo nawet na papierze.

Wszyscy w NASA są nieznośnie stereotypowymi nerdami, z wyjątkiem rzeczniczki prasowej, która z kolei ciągle teatralnie wzdycha, że otaczają ją same nerdy. To już prowadzi do nieintencjonalnego komizmu.

W NASA jeden z pomysłów na uratowanie Watneya zyskuje nazwę kodową „Projekt Elrond”. Rzeczniczce oczywiście ta nazwa nic nie mówi, a gdy jej to ktoś wyjaśni, woła, że „nikt z was nie miał dziewczyny w liceum”.

„Władca Pierścieni” jako sekretna kultura nerdowska, znana tylko nielicznym w tajemniczonym i gwarantująca, że licealista nie getnie lajda? Andy Weir spędził ostatnie 30 lat w śpiączce? Witamy na planecie Ziemia, gdy kina robią walentynkowe promocje „Władcy Pierścieni”, „Gwiezdnych wojen” i „Star Treka”.

Nawet ten running joke o „nerdach z NASA” jestem gotów autorowi wybaczyć, bo można go odebrać jako właśnie nawiązanie do kultury geekowskiej sprzed 30 lat, kiedy jeszcze była czymś fajnym. A nie mizogyniczną walką z „etyką w dziennikarstwie growym”.

Ta manifestacyjna oldskulowość powieści prowadzi do paradoksalnego skutku. Pustynny Mars wydaje się gościnniejszą planetą niż Ziemia, bo przynajmniej gdy człowiekowi grozi śmierć głodowa na Marsie, to jest wielki dramat i cały świat się bardzo przejmuje. A na Ziemi to business as usual, przecież fafnasty odrzutowiec Thiela sam się nie sfinansuje.

piątek, 01 maja 2015
Rewolucja z drukarki 3D

Jan Sowa swojej książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” porusza mój ulubiony temat druku 3D. Nie mogę się do tego nie odnieść.

„Nie chcę wchodzić zbytnio w szczegóły techniczne, nie są one bowiem istotne. Interesuje mnie rola tego typu urządzeń w kształtowaniu nowej konfiguracji sił wytwórczych” - pisze Sowa.

Sformułowania typu „nie chcę wchodzić w szczegóły” zwykle oznaczają „nie chciało mi się tego sprawdzić”. Gdyby Sowa dokładniej obadał temat, wychodząc poza portalowe michałki z serii „wydrukowali pistolet!”, prysnęłyby jego mrzonki o „nowej konfiguracji”.

„W połączeniu ze skanerem przestrzennym drukarka 3D pozwala stworzyć bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” - ekscytuje się Sowa i twierdzi, że dzięki takim drukarkom można wytwarzać „przedmioty oraz maszyny, które do tej pory mogły powstawać wyłącznie w produkcji wielkoprzemysłowej”.

Technologię pozwalającą stworzyć „bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” ludzkość zna od dobrych kilkuset lat i nie wymaga ona „produkcji wielkoprzemysłowej”. Nazywa się to „odlewem”.

Większość portalowych michałków o druku 3D - że pistolet, że części zamienne, że „proteza za sto pięćdziesiąt dolarów - można zrobić narzędziami znanymi od dziesięcioleci. Odlew, wtrysk, obróbka skrawaniem.

Portaloza nie kieruje się merytoryczną wartością niusa, tylko klikalnością. Drukarki 3D są klikalne jak majtki Dody czy bitcoiny.

Sowa pisze, że drukarka 3D - ponieważ można na niej „wydrukować” części do zrobienia innej drukarki 3D - jest czymś nowym jako „urządzenia zdolne do samoreplikacji”. Otóż tak samo jest z tradycyjną obrabiarką. Na czym je robią w fabryce obrabiarek? Na obrabiarkach!

Problem w tym, że gdyby dać Sowie w prezencie komplet części do złożenia obrabiarki czy drukarki 3D, nic z tego nie wyjdzie. Proszę, oto losowa instrukcja montażu z serwisu RepRap. Powodzenia!

O ile pojęcie „obróbka skrawaniem” zdradza, że mówimy o czymś, co wymaga kierunkowego wykształcenia, „drukarka 3D” ewokuje wizję urządzenia przyjaznego użytkownikowi. Ściągamy sobie z internetu plik z przepisem na „ekspres do kawy” albo „pistolet”, klikamy na „drukuj” - i gotowa maszyna wychodzi z podajnika.

Niestety, to tak nie działa. Niedawno portal lubujący się w takich michałkach postanowił przetestować drukarkę 3D. Swoją drogą to zabawne, ze po paru latach trzaskania tekstów o cudowności tej technologii, dopiero teraz to sprawdzili w praktyce.

„W ciągu najbliższych dni opublikujemy serię tekstów poświęconych drukowi 3D” - obiecała autorka „Teraz drukujemy Pałac Kultury. Jutro - królika z czekolady!”. Nie było serii, nie było „królika z czekolady”.

Nawet Pałac Kultury był nieudany („drukarka musiała się w pewnym momencie pogubić na tych niewielkich elementach”). A próby „druku” z czekolady były tak nieudane, że ne nadawały się na artykuł. Autorka tylko wrzuciła na fejsa smutne zdjęcie bezkształtnej brei z tekstem „Jak na razie drukowanie czekoladą wygląda przygnębiająco. Zapewne coś robimy źle”.

Dlatego tak mnie bawią nadzieje Sowy, że drukarki 3D zrewolucjonizują Trzeci Świat. „Nam, uprzywilejowanym mieszkańcom tej planety, kupującym potrzebne urządzenia po prostu w sklepie” - twierdzi - nie przychodzi do głowy, jak wielkie znaczenie będzie tam mieć „możliwość wydruowania części zamiennych, na przykład do pompy wodnej”.

Otóż ta możliwość jest już teraz. Te części zamienne przeważnie prościej i taniej jest wyprodukować na tokarce czy wtryskarce.

Dziwne, że Sowa nie pamięta, że ćwierć wieku temu sam żył w taim kraju. W PRL potrzebnych urządzeń „nie można było kupić w sklepie”, nie mówiąc już o materiałach eksploatacyjnych. Problem przetrwał niestety do lat 90.

Nie było drukarek 3D, a jednak kombinowaliśmy z dorabianiem części zamiennych. Sam 20 lat temu montowałem nadkole odlane z fiberglasu (bo było znacznie tańsze od oryginalnego elementu, „wyprodukowanego przemysłowo”). Na wsi powszechnym widokiem były przedziwne wehikuły-samoróbki.

Sowa sobie wyobraża fabrykę jako miejsce magiczne, gdzie w cudowny sposób pojawiają się przedmioty, które dopiero od niedawna - dzięki magii druku 3D - można otrzymywać chałupniczo. Po marksiście oczekiwałbym więcej zrozumienia dla procesu produkcji.

Prawie wszystko, co można produkować przemysłowo - można też produkować rzemieślniczo. Wyjątki są nieliczne i ani jeden nie pojawia się w tekście Sowy - nie jest to ani pistolet, ani proteza, ani „część do pompy”.

Tylko że chałupniczo zrobiony samochód będzie kosztować tyle, co Ferrari. Dlatego tak się opłaca robić tylko Ferrari.

Złudne są nadzieje, że drukarki 3D zdemokratyzują produkcję. Prawie wszystko w ten sposób wyjdzie drożej (znów, są nieliczne wyjątki, ale nie te, o których pisze Sowa). Pistolet i część do pompy lepiej będzie wyprodukować na klasycznej obrabiarce.

W PRL musieliśmy tak kompinować, bo czas pracy wykwalifikowanego pracownika wyceniano na okrągłe zero rubla transferowego. Wtedy kardiochirurg sam musiał układać posadzkę w klinice, którą kierował.

Rewolucja polegająca na rzemieślniczej - chałupniczej produkcji części zamiennych już się wydarzyła. Polską klasę średnią tworzyli ludzie, którzy tak dokonali pierwotnej akumulacji kapitału. Facet z wtryskarką, warsztat z tokarką, szwagier ze spawarką. Pan Zdzisiu od ogłoszenia drobnego „AAAAAby fachowca”.

Znam ich. To moi sąsiedzi z warsiaskich suburbiów. Ale nie tylko dlatego uważam, że Sowa powinien się im bliżej przyjrzeć. Wyjaśni mu to kilka rzeczy: między innymi to, dlaczego klasa średnia nie głosuje na lewicę oraz skąd prawicowy hejt na lemingi (które z punktu widzenia pana Zdzisia są bezpowrotnie utraconą klientelą, bo z królestwa szpachli skoczyli do królestwa nówkosztukowości).

Co będzie, gdyby do Burkina Faso przywieźć drukarkę 3D, żeby zapoczątkować wymarzoną przez Sowę rewolucję? To samo, co gdyby supernowoczesny kombajn dać w prezencie PGR-owi.

Nawet jeśli znajdzie się ktoś dość kompetentny, by to w końcu uruchomić, zabawa się skończy gdy się wyczerpią materiały eksploatacyjne: sznurek w przypadku kombajnu, filament w przypadku drukarki 3D. Prisajzli bikoz tam nie można będzie tego po prostu „kupić w sklepie”.

Czy kiedyś pojawią się drukarki 3D, działające zaraz po wyjęciu z pudełka, nadające się do obsługi przez laika? Wątpię. Gdzie mówimy o produkcji fizycznie istniejących przedmiotów, pojawiają się problemy takie jak kalibracja czy konserwacja.

To, co można „wydrukować” na drukarkach 3D skierowanych na rynek konsumencki, „wpada w kategorię <<pierdółki>>”, jak zauważyła cytowana autorka. Drukarki o większych możliwościach są z kolei kosmicznie drogie (podobnie zresztą jest z tradycyjnymi obrabiarkami - co innego tokarka w warsztacie w technikum, co innego instalowana na zamówienie w fabryce).

Portaloza zwykle dodaje przy tym „ale na pewno coś wynajdą i będzie taniej i lepiej”. To naiwne rozumowanie, odwołujące się do założenia, że każdej technologii towarzyszy nieustanny, wykładniczy wzrost - jak w przypadku „prawa Moore’a”.

Tak naprawdę to „prawo Moore’a” jest anomalią (zresztą ta anomalia na naszych oczach właśnie się kończy). W drukarkach 2D od kilkunastu lat nie ma już istotnego postępu.

I to jest typowa sytuacja: każda technologia w końcu wali o szklany sufit, który wyznaczają prawa fizyki. I za sto lat nie zrobią silnika spalinowego o wydajności większej niż pozwala prawo Carnota.

Ledwie polska lewica zajarzyła jaką ściemą są twitterowe rewolucje i demokracja na facebooku, już goni za kolejną mrzonką tego typu. Jakbyśmy ciągle marzyli, że Krzemowa Dolina rozwiąże nasze problemy ze zbieraniem podpisów w wyborach.

Revolution? There’s no app for that. And never will be.

piątek, 24 kwietnia 2015
Dowcip o buldogu

W liceum usłyszałem dowcip o buldogu, który jest śmieszniejszy, kiedy się go opowiada niż kiedy się go opisuje, bo śmieszność zależy od aktorskiej inwencji wkładanej w wypowiedzi buldoga (trzeba robić buldogowatą minę i mówić jak Marlon Brando w „Ojcu chrzestnym”). Ale nawet wtedy nie jest jakoś bardzo śmieszny, bo to dowcip z kategorii „skeczów męczących”.

Tych, którzy go znają, namawiam do przeskoczenia do markera „[Ha, ha, ha!]”, którym zaznaczyłem w notce koniec żartu. Tych, którzy nie znają, namawiam prawdę mówiąc do tego samego, bo jak zaznaczyłem, nie jest to najśmieszniejszy dowcip świata.

Otóż przychodzi facet na wyścigi psów i zastanawia się, na którego postawić. Nagle zaczepia go buldog i mówi: postaw pan na mnie.

Facet jest zielony, ale tyle wie, że psy wyścigowe nazywają się charty. Mają odpowiednią budowę ciała i w’ogle.

Ale buldog namawia dalej. „Uwierz mi pan, jestem psem całe życie. Pies nie wygrywa przez budowę ciała. No powiedz pan, widziałeś pan kiedyś przegranego buldoga?”.

Facet dalej ma wątpliwości. Skoro tak, to czemu wszyscy stawiają na charty? „No właśnie”, odpowiada buldog, „dlatego za moją wygraną bukmacherzy będą płacić z tysiąckrotnym przebiciem. Rób pan co chcesz, ale potem pan będziesz do końca życia wspominać zmarnowanie życiowej okazji”.

Facet sprawdza notowania - faktycznie, jeden do tysiąca. Mnoży sobie to przez zawartość portfela, zera mu się zajączkują pod czaszką. Podejmuje decyzję. Wpłaca wszystko na buldoga.

Bomba idzie w górę - czy co tam idzie w górę na wyścigach psów - charty wyskakują i pędzą, well, jak charty. Buldog biegnie nieśpiesznym truchcikiem.

Buldog, no co ty, wyprzedzili cię, gazu! - woła facet. Buldog się odwraca i leniwie mówi, „spoko spoko, zobaczysz pan, co się będzie działo pod metą”.

Pierwsze miejsce, drugie miejsce, trzecie miejsce... charty skończyły bieg. Po parunastu minutach leniwie do mety dobiega buldog.

Facet się piekli. „Buldog, ty świnio, zrujnowałeś mnie!”.

A buldog na to „Naprawdę nie mam pojęcia, co się stało - do samego końca byłem przekonany, że wygram!”.

To już niestety puenta. Uprzedzałem.

[Ha, ha, ha!]

Ten dowcip mi się cały czas przypomina, gdy śledzę kampanię wyborczą doktor Ogórkowej. Gdy napisałem na blogasku, że to się skończy łomotem, kilku komcionautów protestowało. Niektórzy snuli nawet wizje Ogórek w drugiej turze.

A w drugiej turze z Komorowskim rzeczywiście wygrać mógłby każdy, kto nie będzie z PiS. Jedyną zaletą Komorowskiego jest niebycie z PiS. I to mu wystarczy do reelekcji zresztą (zwłaszcza, jeśli Macierewicz odkryje jeszcze kilka wybuchów).

Ale skąd te nadzieje na sukces Ogórek? Ano stąd, że Leszek Miller jest jak buldog z tego dowcipu.
Ludzie ciągle uważają go za skutecznego polityka. Wiadomo, on się tak umie cynicznie uśmiechnąć, a osoba, która się tak uśmiecha, wydaje się być takim polskim Frankiem Underwoodem, co to z ukrycia pociąga za wszytkie sznurki.

Działacze SLD ciągle mu pamiętają, że pod przewodnictwem Millera SLD zgarnęło 40% głosów w wyborach do Sejmu. No to teraz zgarnie 4% i Miller zaliczy kolejne w swoim życiu „sztandar wyprowadzić”.

Tymczasem po wyborczym sukcesie sprzed kilkunastu lat lat Miller zachowywał się jak coś w rodzaju króla Midasa. Czego się dotknął, to się w coś zamieniało. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że to coś zdecydowanie nie pachnie jak złoto, no ale nikt nie jest doskonały.

Od afery Rywina aż po doktor Ogórkową, Miller popełnia wyłącznie błędy polityczne. Najwytrwalsi zwolennicy oczywiście wszystko mu wybaczą i do wszystkiego dorobią jakieś uzasadnienie, że dobrze powiedział o Putinie i dobrze powiedział o więzieniach CIA i dobrze powiedział o swoim starcie z listy Samoobrony... fanatyczni zwolennicy Kaczyńskiego też tak samo uzasadniają jego błędne decyzje.

Facet, który postawił na buldoga, robił sobie jeszcze jakieś złudzenia nawet parę minut po wyścigu. Komizm tego żartu polega na tym, że czekamy, że nastąpi jakiś zwrot akcji - dopiero po chwili sobie uświadamy, że puenta już padła.

W takiej samej sytuacji jest teraz SLD. Puenta już była, było nią wskazanie tak groteskowej kandydatki. Ha, ha, ha!

środa, 22 kwietnia 2015
Miasto wśród pól kapusty

Warsiaska wiocha

W niniejszej blogonotce raz na zawsze wyjaśnimy, dlaczego w Warszawie jest brzydko. Popularne wyjaśnienia - że zniszczenia wojenne, że komunizm, że Kongresówka - nie przekonują mnie.
Warszawa nie była jedynym zniszczonym czy jedynym porosyjskim miastem, a jednak docenianie jej specyficznej, mehemm, urody wymaga nawet od największego lokalnego patrioty sporej dawki turpizmu. Trzeba ją polubić razem z jej ogólną szpetotą.

Moim zdaniem, klucz do wyjaśnienia zawiera się w dwóch datach: 1916 i 1951. Odpowiadają im na załączonej mapce dwa koncentryczne kręgi, które nieporadnie zaznaczyłem na obszarze dzisiejszej Warszawy z Google Maps (nie cały mi się zmieścił, a przecież te kręgi i tak są na jego tle takie malutkie!).

To daty nagłego poszerzenia granic Warszawy. Dwukrotnie w XX wieku miasto powiększono bardziej niż o dwakroć.

Za każdym razem powiększenia dokonywano nagle, bez długich konsultacji społecznych, jakim to dzisiaj towarzyszy. Robiły to władze pozbawione choćby pozorów demokratycznego mandatu - najpierw niemieckie władze podczas tej mniej znanej (bo mniej krwawej) okupacji niemieckiej z pierwszej wojny światowej, potem władze stalinowskie.

W efekcie dzisiejsza Warszawa ma powierzchnię pięciokrotnie większą od Paryża, przy mniejszej o rząd wielkości gęstości zaludnienia. Znaczna część terenu Warszawy to do dzisiaj wygwizdów, nieużytki i ogólne zadupie.

Nic w tym dziwnego. Poszerzanie granic w 1916 i w 1951 nie polegało na przyłączaniu przedmieść. Przyłączano wsie i łejstlendsy.

Teksty o „nowych osiedlach na polu kapusty” są o tyle głupie, że to nie jest nowy fenomen. Te wszystkie „stare Bielany”, „stare Żoliborze”, „stare Ochoty”, „stare Sadyby” i „stare Mokotowy”, na których dzisiaj nieruchomości rzadko schodzą poniżej dyszki za metr, to były właśnie takie nowe osiedla wyrastające na polu kapusty (lub czegoś innego) na wiejskich terenach przyłączonych do Warszawy po 1916.

Żeby było śmieszniej, gdy dokonywano poszerzenia granic w 1951, jeszcze ciągle nie udało się zabudować wszystkiego co przyłączono w 1916. Różowymi plamami zaznaczyłem tereny, które w 1951 nadal miały charakter wiejski (lub były puszczonym bez opieki nieużytkiem). Te wszystkie „stare Żoliborze” ciągle otoczone były wtedy np. zdziczałymi sadami (nazwa osiedla „Sady Żoliborskie” zdradza nam, że tego osiedla nie zbudowano na dawnej gotyckiej tkance miejskiej).

Bodajże ostatnią wsią warszawską (tzn. położoną w granicach sprzed 1951) były Szopy Polskie. Właściwie już przestały istnieć (choć ciągle jeszcze stoi kilka reliktowych budynków, oraz zostało parę hektarów nieużytków między Wilanowską a Sobieskiego).

Jeszcze parę lat temu była tam regularna wieś, taka z porannym pianiem koguta i krowami spędzonymi z pastwiska. Od tej wsi nazwę wzięła stacja kolejki Grójeckiej „Szopy Polskie”, która dziś jest stacją metra „Wilanowska”.

Do niedawna granicę z 1951 roku instynktownie wyczuwał warsiaski kierowca, bo objawiała się bardzo namacalnie tym, że jedziemy sobie szeroką aleją typu Kasprowicza, a tu nagle ZONK! i droga się gwałtownie zwęża albo wręcz urywa w polu (jak Broniewskiego, którą pół wieku temu wybudowano prowizorycznie, w półprofilu i tylko do starej granicy... a w tym mieście najtrwalsza jest prowizorka).

Zwężenie na Kasprowicza wyeliminowano dosłownie w ostatnich miesiącach. Przebudowa Wołoskiej to eliminacja kolejnego reliktu dawnej granicy.

Dlatego niemądre wydają mi się też narzekania, że Białołękę zabudowali prywatni deweloperzy, którzy nie mają prawa oczekiwać od miasta dobudowania dróg. A co jeśli odwrotność jest prawdą i miasto jednak po prostu powinno wybudować (po sześciu faken dekadach!) sieć drogową adekwatną do granic z 1951? I nie ma co mieć pretensji do deweloperów, że wznoszą osiedla w administracyjnych granicach miasta?

W czasach studenckich zaciekle jak żeglarze szukający Przejścia Północnego próbowałem odnaleźć rowerowe połączenie Bielany - Ochota (a dokładniej Chomiczówka - Wydział Chemii UW). Bez powodzenia, wybudowano je dopiero w najnowszych czasach wraz z modernizacją Prasy Trymasa.

Do niedawna infrastruktura drogowa w Warszawie rozwijała się głównie wzdłuż dziewiętnastowiecznych wylotówek na Zakroczym, na Kraków, na Poznań, na Piaseczno. Te wszystkie „stare Bielany” i „stare Ochoty” miały więc połączenie z centrum, ale nie ze sobą nawzajem.

Dopiero teraz Warszawa kończy budowę infrastruktury drogowej integrującej nowe dzielnice. Ekstrapolacja sugeruje, że powinien nas najechać Putin, żeby władze okupacyjne mogły przyłączyć do Warszawy Czosnów, Otwock i Sochaczew, albo coś równie od czapy jak kiedyś Powsin czy Białołękę.

czwartek, 09 kwietnia 2015
En Lecture (169)

Mam nadzieję, że to już będzie moja ostatnia notka z serii „żesuiszarli”. Ubocznym skutkiem było to, że frankofońska muzyka często leciała w moim samochodzie. Więc zanudzę Was jeszcze z rozpędu duetem „Les Rita Mitsouko”.

Przedziwna nazwa ma nawiązywać do Rity Hayworth, striptizerki Rity Renoir i linii perfum Guerlain Mitsouko. Przedrostek „Les” każe nam jednak odebrać to nie jako pseudonim jednej osoby, tylko jako liczbę mnogą (te Rity, nie ta Rita).

W latach 80., kiedy łaziłem do Instytutu Francuskiego czytać na koszt francuskiego podatnika komiksy i słuchać tamtejszych winyli, ta muzyka wydawała mi się szczytem wyrafinowania. Do dzisiaj powiedziałbym, że świetnie znosi próbę czasu, choć oczywiście teraz to już nie brzmi nowocześnie, tylko wintedżowo.

Dlatego zresztą trochę przereklamowana wydaje mi się książka Simona Reynoldsa „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984”. Napisana jest tak, jakby punk i postpunk uprawiano tylko po angielsku. A gdzie Telephone, gdzie Indochine, gdzie Noir Desir, gdzie Plastic Bertrand, gdzie Rita Mitsouko wreszcie? (Scenę niemiecką, acz będzie to mile widziany offtopic).

Tak jak w przypadku frankofońskiego komiksu, gwiazdy tamtejszej muzyki pop zdumiewająco często tak naprawdę nie pochodzą z Heksagonu. Co znowu przypomina odwieczną lewicową tezę, że nic tak dobrze nie robi kulturze, jak brak etnicznej czystości.

Tworzący ten duet Fred Chichin (zmarł w 2007 na raka w wieku 53 lat) i Catherine Ringer wprawdzie przyszli na świat we Francji, ale jak same ich nazwiska pokazują, byli Francuzami w pierwszym pokoleniu. Ojciec Catherine Ringer był z pochodzenia polskim Żydem.

Przyjechał do Francji na studia, stąd go deportowano do Auschwitz a potem do innych obozów. Rosjanie uratowali mu życie, dokończył studia w Krakowie, ale w 1947 w końcu wyemigrował do Francji. Ojciec Freda Chichina miał jeszcze bardziej skomplikowane pochodzenie rosyjsko-szwedzko-holenderskie, jego rodzina przyjechała do Francji razem z antybolszewiską lewicą uciekającą po rewolucji październikowej.

Zanim została postpunkową wokalistką, Catherine Ringer zdążyła wypróbować swoich sił w aktorstwie teatralnym, operowym i erotycznym (zagrała w kilkunastu produkcjach soft-porno). Swoim scenicznym emploi wyprzedzała czasy mody na burleskę.

Nawet nie można powiedzieć, że zachowywała się uwodzicielsko w tradycyjnym sensie. Ale po prostu nie można od niej oczu oderwać (a już zwłaszcza jak się było nastolatkiem z komunistycznej krainy szarości).

Moją ulubioną piosenką duetu jest „Le Petit Train”, dobra próbka ich makabrycznego poczucia humoru. Tekst piosenki opowiada o pociągu, który jedzie przez idylliczną prowincję. Obojętnym wzrokiem spoglądają na niego wieśniacy, rozmawiający z zadowoleniem o hektolitrach mleka, które w tym roku dały ich krowy („Cette année les vaches ont fait / Des hectolitres de lait!”).

Brzmi to wszystko jak wesoła piosenka dla dzieci. To skąd te krzyki w refrenie? Skąd ta dziwna nerwowa atmosfera?

Wyjaśnia to kilka słów z tekstu. To nie jest zwyczajny pociąg. To pociąg śmierci („train de la mort”), najprawdopodobniej wiozący deportowanych z Francji Żydów takich jak ojciec Catherine Ringer.

Przyznacie, że anglojęzyczny postpunk na tym tle brzmi jakoś tak harcerzykowato.


wtorek, 31 marca 2015
Warsiaski Urbex

Jakoś ostatnio mam natchnienie głównie na blogowanie o stolycy, toteż i marcowy raking od czapy poświęcę pomysłom na warsiaski urbex. Oczywiście, lajtowy, bo ja cały jestem lajtowy, więc nie znajdziecie tutaj pomysłów na wyprawy, których dziś bym się bał, choć miewałem głupie pomysły w czasach studenckich - typu spacer tunelem średnicowym albo zwiedzanie Elizeum (za komuny nie było w ogóle zabezpieczone!). Wszystko dziś będzie bezpieczne, wszystko z dobrym dojazdem.
sielce
Opuszczone centra handlowe to modny temat urbeksu amerykańskiego. Polacy nie gęsi i swój porzucony hipermarket też mają.

Jednym z pierwszych (choć dokładna data rozbija się o aptekarskie spory o definicję) sklepów wielkopowierzchniowych w Warszawie była Billa na Czerniakowskiej w 1992. W poszukiwaniu różnych przysmaków ludzie się tam zjeżdżali z drugiego końca miasta.

Ziemia w tym rejonie długo była tania. Za komuny umieszczono więc tutaj kilka instytucji, zajmujących duże przestrzenie - kompleks budynków wytwórni filmowej (czynny do dziś), centralę transportu budowlanego przy Czerskiej 8/10 (potem jej siedzibę wyburzono pod pewien nowoczesny budynek biurowy) oraz zajezdnię autobusową. To ona udostępniła kawałek terenu pod Billę.

Pionierski hipermarket szybko stał się anachronizmem. Na początku XXI wieku Warszawiacy chcieli już mieć w centrum handlowym marmury, fontanny i multipleks. Billę zamknięto, a potem całą działkę w 2006 miasto sprzedało hiszpańskiej spółce, która straszliwie przepłaciła licząc na dalszy wzrost cen.

Dziś ta działka nie jest warta nawet połowy tej ceny, na jaką ją wtedy szacowali rzeczoznawcy (co z kolei było połową tej, jaką zapłacili Hiszpanie). Hiszpanom nie opłaca się ani nic zbudować, ani sprzedać.

Posesję ogrodzono płotem, który w paru miejscach zawalił się od przegnicia. Z tych drzewek za parę lat wyrośnie prześliczny miejski zagajnik. Za dalsze parę lat już tu nic nie będzie można budować.

morysin


Hrabia Maurycy Eustachy Ludwik Potocki herbu Pilawa był rosyjskim kolaborantem i roznosicielem zarazy, na którą lekarstwo wynalazł dobry doktor Józef Ignacy Guillotin. U nas, niestety, nie zastosowane i dlatego nie możemy mieć ładnych rzeczy.

Był też ukochanym wnuczkiem Stanisława Kostki Potockiego, który na cześć Morysia ochrzcił mianem „Morysin” romantyczny park na wschodnim brzegu Jeziorka Wilanowskiego. Brzeg zachodni to pałac i ten słynniejszy ogród.

Wilanów potem odziedziczyli Braniccy, którzy - jak to arystokraci - potrafili tylko popadać w coraz większe zadłużenie. Nawet gdyby nie było wojny, państwo by im w końcu zajęło cały majątek, już w 1939 od lat zalegał z podatkami.

Wojna jednak nadeszła i cudem udało się ocalić przed dewastacją przynajmniej to, co na zachodnim brzegu jeziorka. Wschodni dziczał.

Przez jakiś czas rozważano odbudowę parku. Potem uznano, że jego zdziczałość sama w sobie jest walorem. W parku urządzono rezerwat, ale w międzyczasie powstały też ogródki działkowe dla pracowników Muzeum Narodowego. Potem je też zlikwidowano.

Wizyta w parku dostarcza więc wrażeń na zmianę fajnych i niefajnych. Ruiny Morysina bywają piękne, ale bywają też paskudne. Nie zabezpieczono ogródków działkowych, więc tam jest już w ogóle hardkor. Ruiny altanek, rozwleczone śmiecie, a przy tym wszystkim zamknięta na głucho dawna gajówka. Ale urbex to rozrywka dla turpistów.

choler
Na koniec - Cmentarz Choleryczny, jedyny obiekt w tym rankingu, którego nie da się zobaczyć na legalu. Z trzech strony otoczony jest nasypem kolejowym.

Linie nadwiślańska i obwodowa odcinają na Pradze spory trójkącik, porośnięty dziś stuparoletnimi drzewami. Podczas przebudowy węzła kolejowego w 1908 jeden z nasypów przesunięto. Spacerując wśród tych starych drzew znajdziemy ślad po jego pierwotnym przebiegu. Wraz z przesunięciem napisu zlikwidowano cmentarz i odcięto do niego (legalny) dostęp.

Ostatni raz byłem tam w 2008 i wtedy wyglądało to jak na fotce. Na pierwszym planie ledwie widoczny pomnik informujący, że „Tu spoczywają szczątki 478 ofiar zarazy cholerycznej z lat 1872-1873”. Sądząc po fotce z Wikipedii, od 2012 już jest to ładne i wysprzątane z inicjatywy grupy aktywistów.

Za to szlag trafił stuletni pomnik. Niech żyją pasywiści.

czwartek, 26 marca 2015
Blejmowanie wiktima

Oskarżanie klasy średniej o nowobogactwo wydaje mi się o tyle jałowe, że klasa średnia może najwyżej być nowośredniacka. Tymczasem w tych ostatnio modnych paszkwilach na klasę średnią żongluje się elementami takimi, jak grill, SUV, kredyt w frankach czy grodzone osiedle, z radosnym pominięciem dwóch drobiazgów.

Po pierwsze - niewiele mówią o czyimś statusie materialnym. Kiedyś w Psychiatryku24 rej wodził niejaki Nicpoń, który miał w awatarze upozowane zdjęcie na masce Forda Explorera, strutzelwagena, którego można mieć za cenę kompletu felg do czegoś porządnego.

A po drugie, grillowanie jest rozrywką demokratyczną. Za cenę torebeczki z tartą bułką w ulubionym lokalu aktywistów miejskich można mieć solidny plaster karkówki. I jeszcze na piwko zostanie.

Drogi samochód może kłuć w oczy, ale w aglomeracji takiej jak Warszawa różnice między metrem kwadratowym powierzchni mieszkalnej może się wahać od 5 do 10 tysięcy złotych (pomijając ekstrema, bo oczywiście sky is the limit). To znaczy, że w przypadku mieszkania dla rodziny z dziećmi rozsądna jest kalkulacja typu „100 metrów z dobrą komunikacją publiczną równa się 100 metrów na zadupiu plus SUV nówka sztuka plus jeszcze zostanie paręset tysięcy na czarną godzinę”.

Dlatego gdy aktywista miejski sarka na kogoś dowożącego dzieci do szkoły samochodem, że „trzeba było kupić coś z dobrym dojazdem i ze szkołą w zasięgu pieszego spaceru”, to tak naprawdę jego słowa sprowadzają się do „trzeba było kupić coś o ćwierć banki droższego”. Tylko kto wtedy jest bucem?

Pretensje do klasy średniej o to, że polski kapitalizm wygląda tak a nie inaczej, to klasyczne obwinianie ofiary. Chcecie szukać winnych, to szukajcie ich wśród prezesów banków. Tam będziecie mieć nowobogackich spasionych na gigantycznym przekręcie, jakim są kredyty frankowe.

Jasne, że ludzie biorący kredyt w frankach na sumę, na którą nie mieli zdolności w złotówkach, zachowali się nieodpowiedzialnie. Tylko że nie mieli innego wyjścia.

Gdy tylko weszły kredyty w frankach, ceny nieruchomości poleciały w kosmos. Komu się udało kupić dom czy mieszkanie w Warszawie w epoce przedhipotecznej, czyli do pierwszych lat XXI wieku, ten zaliczył życiowego jackpota.

Wzrost mógł być nawet dziesięciokrotny. Czyli np. ze stu tysięcy na milion. W ciągu dekady.

Ludzie, którym się udała ta sztuczka, nie potrzebują dziś kredytów we frankach. I mogą sobie z wyższością ganić innych za lekkomyślność.

Ale tak naprawdę właśnie dlatego, że ta sztuczka im się udała, osoba przyjeżdżająca do Warszawy za pracą 10 lat temu, po prostu nie miała innego wyjścia. Bo tak zawsze będzie działać rynek nieruchomości, że mieszkanie będzie kosztować trochę powyżej horyzontu możliwości ciężko pracującego człowieka.

Jeśli damy mu szansę wzięcia kredytu, rynek zareaguje po prostu wzrostem cen. Gdy kredytów nie było, mieszkania były też trochę poza horyzontem - ale jednak znacznie tańsze, co z kolei dawało szansę skoku za horyzont metodami bezfrankowymi (np. przez oszczędnościową budowę systemem gospodarczym).

Poza prezesami banku, wygranymi na tym nieuczciwym rynku byli po prostu urodzeni w Warszawie. Odcięliśmy kupony od decyzji podjętych czasem wiele pokoleń temu przez naszych rodziców czy dziadków.

Ale czy to uczciwe? Czy daje nam to moralnego hajgraunda do mówienia z wyższością o słoikach, osiedlających się na Białołęce? I beg to disagree.

Dlatego mierżą mnie narzekania aktywistów miejskich na klasę średnią, która po prostu próbuje grać zgodnie z regułami tej nieuczciwej gry. Pewnie, że najfajniej jest mieć mieszkanie po rodzicach (albo od nich). Pewnie, że bycie #childfree eliminuje problem dowożenia do przedszkola, a do tego pozwala przetrwać w mniejszym metrażu (a więc: w hipsterskiej starej kamienicy! party time!).

Tyle, że prawdziwy problem jest gdzie indziej. Prawdziwym problemem jest to, że Niewidzialna Ręka Rynku jest u nas ciągle poza krytyką. Nie mamy realnych działań mających poskromić bonanzę bankierów, deweloperów i spekulantów gruntami.

Po co, skoro łatwiej rzucić się na zastępczy temat. Jeden ruch ręki i już sfora ujadając pędzi za zapachem grillowanej karkówki z lidla, omijając rezydencję signore Luigi Lovaglio.

czwartek, 19 marca 2015
Na cześć drugiej linii metra

Chciałem uczcić notką otwarcie drugiej linii metra, niestety z powodu natłoku roboty mi się to opóźniło. Wyszło mi więc meta-uczczenie.

W czasach mej młodości określenie „pojadę metrem” oznaczało „nielegalnie wsiądę do pociągu dalekobieżnego, by na gapę przejechać z Centralnego na Wschodni (lub odwrotnie). Krążyła legenda miejska (?) o nastolatku, który spróbował tego w rosyjskim pociągu i wylądował w więzieniu.

Zazdrościliśmy wtedy mieszkańcom Trójmiasta czy Śląska ich kolei miejskich. A jednocześnie widzieliśmy, że Warszawa jest pełna torów. Pytaliśmy: czemu nie można nimi puścić choćby szynobusa?

Piszę tę notkę trochę, żeby wyjaśnić to sobie samemu z młodości. A także Blogonautom, którzy się nad tym zastanawiają dziś.

Problemem Warszawy, jak zawsze, jest jej złożona historia. Dzieje warszawskiego węzła kolejowego świetnie zrekonstruowane są w serwisie warszawa1939.pl. Po 1939 nie pojawiło się już nic nowego (!), aż do metra właśnie.

Pierwszym dworcem kolejowym w Warszawie był dworzec kolei warszawsko-wiedeńskiej (1845). Nazwa mówi nam dwie rzeczy: po pierwsze, był to dworzec czołowy, czyli pociąg na nim kończył bieg. Po drugie: miał zachodni rozstaw torów.

To ważne, bo Warszawa leżała w zaborze rosyjskim. A jak wiadomo, gdy cara zapytano, czy tory w Rosji mają być normalne czy szersze, odpowiedział „na ch... szersze” i zrozumiano go zbyt dosłownie.
Kolejne dwa dworce, Petersburski (1862) i Terespolski (1866) miały rosyjski rozstaw osi. Dziś z grubsza odpowiadają im Wileński i Wschodni.

Puszczenie linii kolejowej „na durch” w XIX wieku nie miało sensu. Pociąg jadący z Berlina do Moskwy i tak musiał w Warszawie mieć postój techniczny. W dodatku widmo nadchodzącej wojny światowej sprawiało, że władze carskie wcale nie chciały ułatwiać tranzytu z Berlina do Moskwy.

W roku 1876 dworce na wschodnim brzegu Warszawy połączono więc z dworcem wiedeńskim linią obwodową, którą zaprojektowano tak, żeby mogła służyć jako element fortyfikacji, broniących miasto przed atakiem z północy i zachodu. Linia obwodowa jest dosłownie przyklejona do Cytadeli.

Jak to bywa z fortyfikacjami, przeważnie korzysta z nich nie ten, kto je zbudował. Rosjanie opuścili Warszawę bez walki, za to niszcząc co się da z infrastruktury (w tym: dworce Petersburski i Terespolski).

Linia obwodowa bardzo się jednak przydała Niemcom. Była naturalnym elementem ogrodzenia getta, a w dodatku bocznicą z Umschlagplatzu mogli wysyłać transporty do Treblinki, a potem jednym z gwoździ do trummy Powstania Warszawskiego (kontrolując linię obwodową, Niemcy nie dopuścili do połączenia sił zgrupowań AK na Starówce i na Żoliborzu.

Razem z linią obwodową władze carskie wybudowały linię kolejową przejeżdżającą przez warszawę „na durch”, ale na linii północ-południe, tzw. Kolej Nadwiślańską z Kowla do stacji granicznej w Mławie. Z punktu widzenia mieszkańców Warszawy taka linia mało się przydaje, bo mało kto jeździ regularnie na trasie Falenica - Choszczówka.

Miało to oczywiście sens strategiczny. W razie wojny front miał stanąć na Wiśle, dlatego kluczowe elementy węzła warszawskiego są na prawym brzegu.

Polska niepodległa dodała do tego kolej radomską (1934) i połączyła dawny dworzec Wiedeński z dworcem Terespolskim (który stał się dworcem Brzeskim) linią średnicową (1933). Lina średnicowa była zaś inżynieryjnym wysiłkiem porównywalnym z obecną drugą linią metra.

Z tego wszystkiego Warszawa wyłoniła się jako miasto, którego większość połączeń kolejowych budowano w oderwaniu od potrzeb mieszkańców. Teoretycznie istnieją stacje „Gocławek” i „Służewiec”, ale nic z nich nie wynika dla mieszkańców Gocławia i Służewia.

PRL czasem wspominany jest z nostalgią przez entuzjastów zbiorkomu, ale w Warszawie nie uruchomił żadnego nowego połączenia kolejowego. Budowę pierwszej linii metra owszem, rozgrzebano za Jaruzelskiego, ale wstęgę przecięto na pierwszym odcinku w 1995.

Na usprawiedliwienie PRL można dodać, że musiał to wszystko odgruzować i odbudować. Likwidacja niektórych połączeń (np. do Palmir) polegała więc po prostu na rezygnacji z odbudowy. Inne jednak świadomie likwidowano (np. kolej grójecką i marecką), choć dziś można za nimi tęsknie wzdychać. O ileż mniej byłaby dziś zatkana Puławska, gdyby Dworzec Południowy łączył metro z Piasecznem, jak w latach 60.?

Północny kraniec pierwszej linii metra z dzisiejszej perspektywy nie ma sensu. Za komuny najważniejsze było dowożenie pracowników do Huty Warszawa, która dziś działa na ograniczoną skalę. Lepszy byłby zakręt na Chomiczówkę, ale było już za późno na takie modyfikacje.

Druga linia - gdyby zrealizować już dziś wszystkie plany, obejmujące Gocław, Bródno i Bemowo - akurat idealnie by działała na potrzeby kapitalistycznej Warszawy, dowożąc korpoludki z peryferyjnych osiedli do biurowców w centrum. Tylko że historia pokazuje, że te inwestycje kończone są w innym mieście i w innym ustroju, niż je rozpoczęto...

sobota, 28 lutego 2015
Czarno-białe snuje

Z okazji triumfu „Idy” lutowy ranking od czapy postanowiłem poświęcić polskim filmom, których reżyserów nie było stać na kolorową taśmę. Czyli polskim czarno białym snujom, takim jak „Ida”.

Choć te rankingi są tak subiektywne, że aż od czapy - to jednak nawet mi zadrżałaby klawiatura, gdyby na pierwszym miejscu było coś innego, niż „Rękopis znaleziony w Saragossie”. To po prostu jeden z najlepszych filmów „tak w ogóle”, a więc na pewno także podzbioru „najlepszych polskich czarno białych”.

Wojciech Has wyczarował w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej siedemnastowieczną Hiszpanię, pełną sił nadprzyrodzonych - żywych wisielców, kabalistów i mauretańskich widm. Co tu dużo gadać, jeśli ktoś nie widział tego filmu, to po prostu powinien.

Mam ogromny sentyment do filmu Jerzego Skolimowskiego „Bariera”. Jego znajomość jest trochę bardziej hipsta, bo po 1968 Skolimowski znalazł się na indeksie. Jego „Ręce do góry” w ogóle trafiły na półkę, a „Bariery” już nie pokazywano.

To obowiązkowa pozycja dla miłośnika dziwnych miejsc w Warszawie (np. możemy w nim zobaczyć skocznię narciarską na Mokotowie z czasów jej świetności). Ja lubię ten film, bo podobnie jak Ida, traktuje o moim ulubionym temacie - dwudziestoparolatka podejmującego Ważne Życiowe Decyzje.

Dialogi należą do najbardziej poetyckich w polskim kinie, że zacytuję moją ulubioną rozmowę głównego bohatera (Jan Nowicki) z oberkelnerem (Ryszard Pietruski):
- Za pięćdziesiąt mówię „panie radco”, za sto „szefie”, dwieście „prezesie”, „minister” u mnie pięćset kosztuje.
- To poproszę za sto.
- Tak jest, szefie.

Bardzo też lubię „Pociąg” Kawalerowicza - kameralną tragikomedię antyromantyczną. Główni bohaterowie (Lucyna Winnicka i Leon Niemczyk) są już poza taką fazą życia, w której wierzy się w nagłe porywy uczuć.

Cokolwiek się między nimi wykluje, nie będzie mieć znaczenia. Dlatego to wykluwanie się tak ciekawie ogląda.

Reszta pasażerów przeżywa jednak swoje dramaty, większe i mniejsze, straszne i zabawne. Wśród nich - Staszek, niewydarzony amant głównej bohaterki, swoim autodestrukcyjnym zachowaniem w jakiś przerażający sposób przepowiadający śmierć grającego go aktora (Zbigniew Cybulski).

„Nóż w wodzie” Polańskiego tylko jako honorejbl menszyn, bo każdy to przecież oglądał ze sto razy...

niedziela, 08 lutego 2015
IQ Murzynów

Słuchałem niedawno w TOK FM rozmowy z Janem Cieńskim, w której oburzyło mnie akurat nie to, z czego portaloza zrobiła clickbaita, tylko wcześniejszy fragment o wolności słowa. Jak wiecie, jestem jej bardzo daleko idącym zwolennikiem (aż do poziomu amerykańskiego Brandenburg vs Ohio, mówiąc w skrócie).

Omawiając ograniczenia w wolności słowa na amerykańskich uniwersytetach Cieński wspomniał o „książce pewnego profesora, który porównywał wyniki testów IQ Białych i Murzynów” i którego zakrzyczano, „że nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”, a „on argumentował, że wszystko powinno być badane przez uniwersytety, nawet jeśli wyniki są niekomfortowe”.

Każdemu się może zdarzyć coś chlapnąć w programie na żywo, więc nie chodzi mi teraz o personalne czepialstwo - ale o to, że takie mity pomagają budować ideologię „prawicy czerwonej pigułki”, o której niedawno strzeliłem felieton.

Kiedy w 1994 wyszła książka „The Bell Curve”, byłem redaktorem pisma naukowego. Pod prestekstem doskonalenia warsztatu namiętnie czytałem anglojęzyczną prasę naukową, przede wszystkim tygodnik „Nature”.

Na jego łamach toczyła się fascynująca dyskusja na temat tej książki. Zdaje się, że tak starego archiwum „Nature” nie ma online, więc teraz ja odwołam się do swoich wspomnień - czytałem to jednak z większą uwagą niż Cieński, skoro na przykład pamiętam nazwiska obu autorów (nie zlali mi się w jednego apokryficznego „profesora, który argumentował”).

Nie pamiętam zarzutów „nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”. Może „Nature” po prostu odrzucało takie listy do redakcji, jako nic nie wnoszące.

Pamiętam natomiast dużo konkretnych warsztatowych zarzutów, składających się na klasyczny peer review. Czytając je, przy okazji sam się bardzo dużo dowiedziałem o testach na inteligencję i o ich analizie statystycznej.

Obaj autorzy wyszli w tej książki poza swoją dziedzinę. Jeden z nich był wprawdzie psychologiem, ale behawioralnym. Richard Herrnstein zrobił karierę na obserwowaniu gołębi ze swoim szefem, B.F. Skinnerem.

Dorobek tej szkoły spotkał się z krytyką, bo nie wiadomo, czy zachowanie zwierząt pozwala na wnioskowanie o zachowaniu ludzi. Behawioryści tak zakładali, a potem się bardzo cieszyli, że udowodnili własne założenia. Dla mnie to coś na zasadzie „gdy trzymasz młotek, wszystko wygląda jak gwóźdź”.

Jego współautor Charles Murray w ogóle nie był psychologiem. Był konserwatywnym politologiem (najwyraźniej niczym Marek „Niehab” Migalski uznał, że wprawdzie się na niczym nie zna, ale ma poglądy, to chociaż się spróbuje doktoryzować ze swoich poglądów).

Wśród specjalistów obaj skompromitowali się więc niezrozumieniem tego, co tak naprawdę mierzą testy na IQ. I nie chodzi tu nawet o wyświechtaną formułę, że mierzą umiejętność rozwiązywania testów na IQ.

Nie rozumieli czegoś jeszcze ważniejszego. Ja to zrozumiałem dopiero pod wpływem tamtej debaty (hej, miałem 25 lat, to okres formacyjnych lektur!). Wrzucę tutaj, może kogoś to też oświeci.

Wyniki testów na IQ układają się w krzywą dzwonową, zgodnie z rozkładem naturalnym, a pośrodku jest zawsze 100. To nie jest przypadek, tylko odwrotnie: te testy tak się standaryzuje, żeby tak wyszło.

Innymi słowy, zawsze średnia to będzie 100 i zawsze dostaniemy rozkład normalny. Ktoś, kto powie, że inteligencja ma rozkład normalny, będzie się mylić. Tak naprawdę testy się układa z takim założeniem (zasadniczo niedowodliwym).

Najciekawsze jest to, że od wielu dekad w większości krajów IQ przez cały czas powolutku rośnie, dlatego testy się regularnie rekalibruje. Dzisiejsza stówka to niegdysiejsze sto dziesięć.

O tych drobiazgach trzeba pamiętać, kiedy się porównuje wyniki testów w różnych krajach, z różnych lat. Herrnsteinowi i Murrayowi wykazano tego typu błędy w ich analizie danych, czym się ośmieszyli przed środowiskiem.

Zarzut nie brzmiał więc „nie powinniście wchodzić w ten temat” tylko „z takim zrozumieniem statystyki gołębie szczać prowadzać, a nie wchodzić w ten temat”. I śmiem twierdzić, że podobnie jest w każdym przypadku, z którego potem buduje się redpillowe legendy o naukowcu, któremu zabroniono czegoś badać.

Ideologia redpill odwołuje się do naiwnej wiary w mit Zaszczutego Dysydenta. Naukowiec, który ujawnił, że szczepionki wywołują autyzm albo że nie ma globalnego ocieplenia, traktowany jest w niej jako prorok niosący Prawdę - a krytyczny peer review jako „zaszczucie przez system”.

Prywatnie uważam więc, że wolność badawcza uniwersytetu nie powinna być w ogóle ograniczana prawnie. Powinna być natomiast ograniczana wartością poznawczą - pewne tematy są już tak dokładnie wyjaśnione, że tu nie da się powiedzieć nic nowego.

Nie jestem więc za ograniczającym badania zakazem „kłamstwa oświęcimskiego”, ale co tu można jeszcze nowego badać, po procesie Irving kontra Lipstadt? Nie mam nic przeciwko kwestionowaniu globalnego ocieplenia, ale tylko pod warunkiem znalezienia nowych argumentów, których jeszcze nie obalono w dotychczasowej debacie.

I tak dalej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79