Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Samozaoranie pana Adriana

Tak mało dobrych wiadomości w sferze polityki, że trzeba wyssać każdego mikroheda z tego, co jest. Dlatego niestety napiszę 34981092 szyderczy komentarz na temat prezydenckiego referendum.

Prezydenta nie poparł nikt poza najbliższymi współpracownikami. A więc: nikt, komu za to poparcie nie płaci.

Część zaproponowanych pytań nie ma sensu. Część groziłaby polexitem (a poza tym też nie ma sensu - każdy kraj może sobie oczywiście ogłosić wyższość swojego prawa nad umowami międzynarodowymi, ale zapłaci za to cenę izolacji, jak Korea Północna).

Nie ma sensu komentować pytań jako takich. To po prostu będzie kolejne nieudane prezydenckie referendum, po pożegnalnym samobóju hrabiego Komorowskiego. Polegnie przez frekwencję.

Uczcijmy to więc raczej chwilą refleksji nad tym dziwnym objawem politycznej choroby, jakim jest syndrom pałacu namiestnikowskiego. Prezydent wydaje się mieć świetne narzędzia do budowy swojego obozu, a jednak nikomu się to nie udało.

Najpierw był Wałęsa. Kiedy się pokłócił z wszystkimi (poza tymi, którym płacił za poparcie), powołał własną partię, „Bezpartyjny Blok Wspierania Reform”.

Partia zdobyła 5,41% w wyborach z 1993, czyli niby sukces, bo weszli, ale jednak porażka, wobec tromtadrackich deklaracji Wałęsy. Cytując ciocię wiki: „W trakcie trwania II kadencji Sejmu RP w latach 1993–1997 Klub Parlamentarny BBWR okazał się najbardziej skłóconym klubem”.

Po serii rozłamów, BBRW ponownie startował w 1997. Zdobył 1,23%.

Po Wałęsie nastał Kwaśniewski, jedyny prezydent w dziejach 3RP, którego Polacy akceptowali na tyle, żeby go wybrać na drugą kadencję. W dodatku jak dotąd w jedynych wyborach rozstrzygniętych od razu w pierwszej turze (53,9% głosów; Lech Wałęsa startował i dostał 1,01%).

Wszyscy się wtedy głowili, co Kwaśniewski zrobi z tym ogromnym poparciem. Ciągle wybuchały plotki typu „Kwaśniewski spotkał się a to z tym, a to z tamtą, będą robić partię”.

Gdyby ją faktycznie zaczął robić odpowiednio wcześnie - to kto wie, kto wie. Skończyło się jednak... (drodzy kibice, jakie jest przeciwieństwo falstartu?) rozczarowaniem, powstała koalicja Lewica i Demokraci, która dostała wprawdzie w 2007 13,5% głosów (w tym mój), ale to był początek marginalizacji lewicy w polityce zdominowanej przez PO-PiS.

Ambicji budowy własnego obozu nie miał Lech Kaczyński (obviously), ale syndrom pałacu namiestnikowskiego udzielił się z kolei jego współpracowni(cz)kom. Założyli(ły) partię „Polska Jest Najważniejsza”, która w 2011 dostała 2,19%.

Bronisław Komorowski również nie próbował nic budować przeciwko Platformie, ale próbował zbudować coś dla siebie. Kończyło się to zawsze samoośmieszeniem.

Prezydentura Andrzeja Dudy wydaje się na razie lustrzanym odbiciem Komorowskiego. Nie w sensie, że nie uważam Komorowskiego za mniejsze zło (Duda jest dla mnie większym złem choćby ze względu na podsycanie antysemickich nastrojów), ale błędy robi podobne.

Duda chyba też nie zdaje sobie sprawy z tego, że dla znacznej części swojego elektoratu był tylko mniejszym złem. Tak jak Komorowski, nie wygrał „sympatią do siebie”, wygrał „antypatią do tego drugiego”.

Prezydentura Dudy jest jak Brexit, jak wygrana Trumpa. Nie miał wygrać, miał ładnie przegrać - dlatego Kaczyński go wysunął (dlatego też Trump wystartował, a Cameron zniszczył Wielką Brytanię).

Nie wysunął go dlatego, że cenił sobie jego zdolności polityczne, tylko wprost przeciwnie. Charakterystyka z „Ucha prezesa” Dudy jako „pana Adriana” jest moim zdaniem zasadniczo trafna.

Kaczyński lubi promować polityków takich, jak Kazz Marcinkiewicz, powerpoint Morawiecki czy techniczny Gliński bo wie, że mu nie zagrożą. Za mało lotni, żeby coś wykombinować.

Potrafią, owszem, tańczyć na studniówce albo na zlocie młodzieży chrześcijańskiej, udowadniać w tabloidach i telewizji śniadaniowej, że są „swoimi chłopami”, ziomać się na twitterze z „ruchadłem leśnym”, ale w polityce to jednak za mało.

W trwającej już dintojrze między wannabe-delfinami, pan Adrian sam sobie strzelił w stopę i się z niej wyeliminował. Albo się ośmieszy teraz (wycofując się z referendum), albo jesienią (gdy poznamy frekwencję). Nie żal mi go.

Choć pewnie wygra ktoś jeszcze gorszy...

wtorek, 12 czerwca 2018
Razem ze Spiewakiem

Wreszcie będziemy mieć spór polityczny w naszym bąbelku. Na miejscu zaglądających tu pisowców już bym szykował popcorn! A osoby mające poglądy inne niż ja uprzedzam, by nie zniżały się do poziomu Tomasza Lisa oraz Soku z Buraka, bo wytnę i zabanuję.

Od początku zakładałem, że w wyborach na prezydenta Warszawy zagłosuję na Śpiewaka lub Zandberga. Gdyby startowali przeciw sobie, oczywiście wybrałbym Zandberga, ale z rozpaczą, bo to by oznaczało przekreślenie szansy na podiumowe, trzecie miejsce.

Już przynajmniej wiadomo tyle, że nie będą startować przeciw sobie, tylko w ramach porozumienia wszystkich akceptowalnych dla mnie opcji (Zieloni i Nowacka do nich należą).

Zatem jest szansa na trzecie miejsce. SLD może kogoś wystawi, może nie wystawi, mój przyjaciel Łajdefak Szudajgiwedamn obserwuje to z wielkim zainteresowaniem.

Część mojego bąbelka społecznego Śpiewaka otwarcie nienawidzi. Ja nie kibicuję mu tak ultrasowsko, jak partii Razem, ale wobec tego, na ile mniejszych zeł (złów?) już głosowałem, na ich tle Śpiewak jest więcej niż OK.

Zarzuty wobec Śpiewaka dotyczą głównie formy, a nie treści, więc zacznę od nich. „Źle mu z oczu patrzy” (sic), „nie budzi zaufania”, „zachowuje się jak wariat”, „niepotrzebnie zraża do siebie ludzi”.

Mam deja vu, bo tak samo mówiono 25 lat temu o Ikonowiczu. Zgodzimy się chyba co do tego, że historia przyznała mu rację w sprawie warszawskiej reprywatyzacji (moim zdaniem, także w kilku innych; ale trzymajmy się stolycy).

Miał rację walcząc w Sejmie o ustawę o wygaśnięciu roszczeń reprywatyzacyjnych. Miał rację walcząc z Blidą o ochronę lokatorów. Kiedy tę walkę przegrał, miał rację blokując eksmisje (zanim to się zrobiło mainstreamowe).

Otóż do tej walki zawsze potrzeba było kogoś, kto zachowuje się trochę jak wariat. To walka z potężnym przeciwnikiem, którego stać na najlepszych prawników. Ba, kwiat palestry okazał się umoczony w warszawskie przekręty i miał materialne zainteresowanie w zachowaniu status quo.

Śpiewak ma u mnie ogromny szacunek za to, że się tych ludzi nie bał. Wytoczyli mu kilkadziesiąt procesów, wygrywa jeden po drugim (acz nie zawsze w pierwszej instancji).

Doświadczenie życiowe mówi mi, że te dwie zalety nie idą w parze - odwaga by robić takie rzeczy i temperament doskonale poukładanego krawaciarza.

Wybaczam mu więc wszystko, co się sprowadza do formy. A zaliczam tu także i to, że kiedy Kukiz ogłosił swoje poparcie, Śpiewak bąknął grzecznościowe frazesy w podziękowaniu, co sokizburaka rozdmuchują do „ogłoszenia współpracy”.

Taki idealny kandydat moich marzeń, z których identyfikowałbym się stuprocentowo, odpowiedziałby oczywiście Kukizowi, żeby ten się wypchał ze swoim poparciem. Idealni kandydaci moich marzeń mają jednak problem z wyjściem z 3%.

Tyle o formie. A co z meritum? Zapraszam do stawiania w komciach merytorycznych zarzutów Śpiewakowi (ale przypominam, że twitter Lisa to nie jest dka mnie wiarygodne źródło).

Zazwyczaj spotykam się z takim, że pokłócił się ze stowarzyszeniem „Miasto Jest Nasze”, które sam zakładał, co dowodzi jego niedoświadczenia i konfliktowości. To jest poważny zarzut, ale jeśli w ogóle ma się spełnić marzenie o przełamaniu duopolu PO-PiS (a marzę o tym bardzo), musimy dopuszczać do polityki ludzi nowych, ergo niedoświadczonych. W Razem też przecież są głównie tacy.

Drugi znany mi zarzut jest taki, że w swojej kampanii przeciw mafii reprywatyzacyjnej rzuca oskarżeniami pochopnie, na przykład sugerując, że ktoś mógł być umoczony w jakiś przekręt tylko dlatego, że jego podpis figuruje pod dokumentem kluczowym dla owego przekrętu.

To typowa linia obrony warszawskiego establishmentu - „to nie ja, to moi współphacownicy”. Nie przekonuje mnie.

Nawet jeśli w jakiejś sprawie winy (w sensie prawnokarnym) nie ponosi Ważny Dyrektor, tylko mniej ważny wicedyrektor, w dodatku jeszcze pochodzący z poprzedniego rozdania stołków, to pozostaje kwestia odpowiedzialności moralnej i politycznej. Szychy z ratusza powinny się posypywać popiołem za to, że to wszystko się działo na ich wachcie - a nie zasypywać Śpiewaka procesami.

Współpraca Razem ze Śpiewakiem bardzo mnie więc cieszy, a obecność Zielonych i Nowackiej traktuję jako dodatkowy bonus. Mam wrażenie, że to najbardziej przeszkadza tym komentatorom, którzy lansują suchara „razem jak zwykle osobno”. Ich zadowoliłoby chyba tylko samorozwiązanie lewicy i jej przekształcenie w Klub Sympatyków Platformy Obywatelskiej im. Jana Pawła Balcerowicza.

sobota, 09 czerwca 2018
Zimna wojna

zimna1

„Zimną wojną” Pawlikowskiego byłem zachwycony, podobnie jak wcześniej „Idą”. Skoro na mojego bloga zaglądają pisowcy, postanowiłem zamiast blogorecenzji napisać im blogowyjaśnienie, dlaczego te filmy dostają międzynarodowe nagrody (a „Smoleńsk” jakoś nie).

Można oczywiście odpowiedzieć, że przyczyną jest polityka. I że to antypolskie lobby (itd. itp.). Ale nawet wtedy pozostaje jednak pytanie, dlaczego to lobby lansuje akurat te filmy, a innych nie. Zwłaszcza, że „Zimna wojna” nie jest jakoś przesadnie antypolska. Zdecydowanie gorzej są w niej pokazani Francuzi.

Zacznę od tego, że Pawlikowski opowiada światu o złożonej polskiej historii językiem bliskim zachodniej (euroamerykańskiej) wielkomiejskiej klasy średniej. Nie stosuje strategii Piesiewicza/Kieślowskiego, żeby snuć bajeczki o egzotycznej krainie za Żelazną Kurtyną, w której wszyscy są tacy uduchowieni, nieostrzy i piwnicopodbaranowi.

Pawlikowski pokazuje dramaty doskonale zrozumiałe dla współczesnego korpoludka. Miłość, kariera, trudności z pogodzeniem jednego z drugim, szukanie własnej drogi w życiu, borykanie się z traumami z przeszłości.

Na początku „Zimnej wojny” widzimy casting młodych talentów do fikcyjnego ludowego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”). Wygląda to mniej więcej jak zaplecze współczesnego talent show, młodzi ludzie trochę sobie pomagają, a trochę jednak rywalizują bo wiedzą, że nie starczy miejsca dla każdego.

Kiedy zespół odniesie już sukces, jego założyciele zostają wezwani przed oblicze Ministra. Gra go Adam Ferency, minister nie ma nazwiska, ale to ewidentnie alter ego Sokorskiego.

Minister składa zespołowi propozycję nie do odrzucenia. Że te wszystkie ludowe pieśni i tańce są super, ale on by jeszcze chciał ludową pieśń o Stalinie. Jakby się takowa znalazła, to on to wynagrodzi.

Na fejsbuku Aleksego Uchańskiego wytworzył się taki running joke, komentarz „wszyscy byliśmy na tym zebraniu”, którym są opatrywane historie z dziejów wojen i dyktatur, trochę jakby przypominające korpoświat. Otóż na tym zebraniu z Ministrem też wszyscy byliśmy.

Powiedzmy, robiliśmy coś we współpracy z zewnętrznym partnerem i jemu się owszem, wszystko spodobało, ale ma jeszcze jedną uwagę. Że o tutaj by się przydał jego wielki logotyp, centralnie umieszczony, żeby się rzucał w oczy.

A że to wszystko wywraca do góry nogami cały projekt, który mu przed chwilą prezentowaliśmy? Cóż, to jak z ludową pieśnią kurpiowską „Stalinie, mój Stalinie, kocham cię nynie”. Co z tego że bzdura, skoro odpowiednio to nam wynagrodzą.

Oczywiście, dalszym ciągiem życia korporacyjnego jest to, co bohaterka Joanny Kulig robi pod koniec swojej (fikcyjnej) kariery. Wykonuje z estrady „Bajobongo” dla zachwyconej publiczności, a potem schodzi i mówi „przepraszam, muszę się wyrzygać”. Wszyscy pracowaliśmy przy tym projekcie!

Tak jak „Idę” swoją urodą tworzyła Agata Trzebuchowska, tak „Zimną wojnę” swoją charyzmą buduje Joanna Kulig. Bez ich obu te filmy dostałyby najwyżej wyróżnienie za muzykę.

Kulig kradnie show. I do tego filmu to pasuje, bo jej postać od początku charakteryzowana jest tak, że „ma w sobie to coś”. Nie mogło być do tego lepszej aktorki, z „Idy” też przecież najsilniej zapada w pamięć piosenka śpiewana przez Kulig. Aktorzy z taką charyzmą zdarzają się raz na pokolenie.

Zetknąłem się z zarzutem, że Kulig „gasi” Tomasza Kota. Ale przecież tak ma być w fabule. To opowieść o tragicznej miłości, która połączyła kolesia z klasy średniej z niesamowicie utalentowaną dziewczyną z klasy ludowej.

Nie mogą bez siebie żyć, ale ze sobą też nie bardzo. Bo on jest po inteligencku poukładany, jak mu przy nagraniu mówią, że fortepian ma wejść później - to wchodzi później. A ona raczej zerwie sesję.

Śpiewa sercem, a nie głową. Jak jej ktoś wejdzie w drogę, potrafi pchnąć nożem. Jej postać to wcielenie archetypu „gwiazdy z ludu”. Możemy sobie pod nią podłożyć a to Janis Joplin, a to Sida Viciousa.

Podsumowując, „Zimna wojna” to [tragi]komedia romantyczna, zbudowana z uniwersalnych archetypów. I ze świetną muzyką.
Tak jak „Idę” można interpretować jako teledysk jazzowy z wyjątkowo długim intro i outtro, tak „Zimną wojnę” można interpretować jak mockumentary o kulisach nagrania pewnej (fikcyjnej) genialnej płyty jazzowej.

Te tematy są uniwersalne. I tak się podbija świat, panie i panowie...

wtorek, 05 czerwca 2018
Zdrada elit 4 czerwca

Podmiot liryczny piosenki „Jolka, Jolka” gnając do tytułowej bohaterki, „żebrał wciąż o benzynę”. Co oznacza to zdanie? Że podmiot liryczny nie miał kasy, i dlatego zaczepiał obcych, żeby wyżebrać parę dych na paliwo?

Kasę miał, skoro wystarczało na „czarodziejkę gorzałkę”. Ale w tamtych czasach stacja paliw witała klienta zazwyczaj napisem „paliwa brak”. To logiczne, kawiarnia witała napisem „brak kawy”, piwiarnia napisem „brak piwa”, a sklep mięsny oczywiście napisem „mięsa brak”.

Nie, to nie jest Bareja. To jest (ówczesna) rzeczywistość. Komedie Barei dodawały do tego karykaturalne wyolbrzymienie, w rodzaju listy „tych klientów nie obsługujemy”.

Komunizm zmuszał nas nie do żebrania o pieniądze, tylko o zezwolenie na wydanie tych, które mieliśmy w portfelu. Bo na tych stacjach paliwo oczywiście było, w postaci obowiązkowej rezerwy, gdyby zatankować miała straż pożarna albo pogotowie.

Rzecz jasna, w praktyce pracownicy stacji sprzedawali na boku. A kierowca z pogotowia też miał specjalny kanisterek (robiłem wtedy prawo jazdy, regularnie jeździłem ze swoim instruktorem na stację, gdzie ten uskuteczniał podwójne tankowanie).

To żebranie z „Jolka Jolka” wyglądało więc mniej więcej tak:  „kierowniku, jest taka sprawa...” /  „nic nie mam, nic nie mogę, zarobiony jestem”. / [okazanie łapówki] / „znajdzie się dziesięć litrów”.

Przez ostatnie kilkanaście lat  PRL, wszystko w tym ustroju funkcjonowało teoretycznie. Tego często nie rozumieją młodzi ludzie, którzy to sobie wyobrażają, że była sprawnie działająca infrastruktura (pociągi, szpitale, przedszkola), ale przyszedł Balcerowicz i polikwidował.

Biada temu, kto PRL-owską fikcję wziął za dobrą monetę i na przykład uwierzył, że skoro według oficjalnego rozkładu jakiś pociąg jeździ od punktu A do punktu B. W praktyce to wyglądało tak, że pociąg owszem, jeździ, ale dwa razy w tygodniu. Albo że pekaes jest jeden dziennie. I tak stoisz na tym przystanku i stoisz, w końcu z godzinnym opóźnieniem pekaes się pojawia... i pędzi sobie dalej, nie zwracając uwagi na twoje rozpaczliwe machanie.

Nawet jeśli miałeś własny telefon (szczęściarzu!), to nie znaczyło, że się połączysz z Żoliborza z Mokotowem. Bywały tygodnie, gdy to po prostu nie było możliwe (o ironio, międzynarodowe zwykle działały).

Obecny ustrój jest jaki jest, ale przynajmniej jest przewidywalny. Na stacji benzynowej będzie benzyna (za droga, itd.). W mięsnym będzie mięso (ale nie z Kobe). W kawiarni będzie kawa (acz niekoniecznie z mlekiem migdałowym). W piwiarni będzie piwo („jak to nie ma kraftowego?”). Pociągi jeżdżą zgodnie z rozkładem (acz w Pendolino nadal brak WiFi).

Niech będzie, że zgodnie z najnowszą linią propagandową TVPiS to, co nastąpiło 4 czerwca 1989, to nie jest żaden upadek komunizmu, tylko „zdrada elit”. You can call it Susan if it makes you happy. Nazwijmy to choćby i „superdzyndzlem”.

Dzięki Superdzyndzlowi żyje się lepiej. Wszystkim. Tak, także tym, którzy wtedy stracili pracę.

Kto wtedy stracił pracę, dziś ma ok. 70 lat, a więc korzysta z ułatwień dla niepełnosprawnych. Wtedy nie było literalnie żadnych.

Rozumiem rozżalenie ludzi, którym tamten ustrój zmarnował kilkadziesiąt lat życia. Mi zmarnował tylko 20, to jeszcze da się przeżyć. Jak komuś zmarnował 40, to ten ktoś łaknie zemsty do dzisiaj.

W 1989 dzięki Superdzyndzlowi dostaliśmy chleb, a nawet chrupiące bułeczki. Ale nie dostaliśmy igrzysk w postaci wielkiej zemsty na ludziach dawnego reżimu.

Nie zależy mi, bo historia pokazuje, że takie zemsty są rzadkością. W historii Francji to na tyle często rotowało, że bez trudu znajdziemy człowieka, który zaliczył za życia dwa cesarstwa, dwie monarchie i ze trzy republiki.

Poza rzadkimi wyjątkami, nie było wtedy wielkiej zemsty, tylko po prostu elita monarchiczna stawała się nagle elitą republikańską. Albo z powrotem, jak było trzeba

Czy to znaczy, że w roku 1848 nie upadła monarchia lipcowa? Śmiała teza!

Ale niech wam będzie, drodzy kaczyści, że to był taki francuski superdzyndzel. Le sjupehzęzel.

A jak ta zemsta w końcu ma miejsce, efekty są rozczarowujące. Hasło „powiesić Ceausescu” pierwsi zaczną skandować właśnie funkcjonariusze reżimu Ceausescu i to oni obejmą władzę.

4 czerwca 1989 nie przenieśliśmy się do raju na ziemi. Ale zamiast czekać 20 lat na mieszkanie, spłacamy przez 20 lat kredyt, mieszkając jednak na swoim.

Znam jedno i drugie. Kolosalna różnica! Dlatego jest co świętować w rocznicę Superdzyndzla (czy tam zdrady elit, czy co tam chcecie).

środa, 30 maja 2018
Solo

Dawno nie pisałem na blogu o popkulturze, bo samo hasło „blog popkulturowy” zaczęło mi się kojarzyć z wujowym kontentem, który mi czasem wpada na fejsie do feeda z winy znajomych, którzy nie mogą się powstrzymać przed odpowiedzią na dowolne „a wy jak myślicie”.

Ale nowy pełnometrażowy film o „Gwiezdnych Wojnach” to wystarczająco ważny powód. A wy jak myślicie?

Otóż mi się podobało. I polecam wszystkim tym, którzy - tak jak ja - nie mają serca do rozszerzonego uniwersum, nie znają filmów animowanych, komiksów, gier itd. To nie jest wymagane.

„Solo” znakomicie broni się jako film standalone. Ba, nawet nie trzeba znać pozostałych filmów pełnometrażowych.

Znajomość jest o tyle wskazana, że różne kultowe cytaty, typu „I did the Kessel run in 12 parsecs”, „I love you / I know” czy „I have a bad feeling about this”, tutaj są podrzucone w zabawnej, przewrotnej wersji. Ale nawet jak się nie zauważy nawiązania, i tak brzmią fajnie (zwłaszcza wyjaśnienie zagadki tych „parseków”).

Z wszystkich „Gwiezdnych wojen”, ten film najbardziej przypomina western. Łatwo byłoby tę fabułę przerobić na historię o rewolwerowcach przewożących nitroglicerynę w czasach wojny secesyjnej i włączających się w bitwę z syndykatem zbrodni, terroryzującym górnicze miasteczko.

Spotkałem się z zarzutem, że Alden Ehrenreich, aktor grający tytułowego bohatera, za bardzo próbuje być Harrisonem Fordem. Nie zgadzam się.

Ford 40 lat temu był naturszczykiem, to była jego pierwsza duża rola. I to zresztą tradycja „Gwiezdnych wojen”, że główną rolę gra zwykle jakiś totalny Hudefak, wspierany dzielnie zawodowymi aktorami drugoplanowymi, którzy grają wspaniale, acz zazwyczaj robiąc tylko jedną minę (jak Alec Guinness).

Ehrenreich naturszczykiem nie jest, wprost przeciwnie. Jeśli bym cokolwiek mu zarzucił, to właśnie że w odróżnieniu od Forda za bardzo gra.

Miny ma różne i zazwyczaj skopiowane od innych aktorów. W najgorszych chwilach przypomina Jacka Blacka, w najlepszych Jacka Nicholsona. Harrisona Forda - raczej nie.

Ale to jakoś dziwacznie pasuje do tej fabuły. Ta jest wyjątko idiotyczna nawet jak na „Gwiezdne wojny”. Bohaterów niebywale często ratuje Niezwykły Zbieg Okoliczności aka Deus Ex Machina.

Nie raziło mnie to, bo od razu zacząłem sobie to wyobrażać tak, że Han Solo spisał pamiętniki (albo ktoś nagrał jego gwiezdne opowieści z kantyny na Tatooine). I to jest ekranizacja tych pamiętników czy przechwałek, w których każdą igłę przerobiono na eskadrę galaktycznych wideł.

Nadekspresyjna gra Ehrenreicha pasuje do takiej munchauseniady. W całym pakiecie - jakoś to kupuję.

Jeśli chodzi o kwestię „doświadczonych aktorów, którzy cały czas robią tę samą minę”, to najlepszy film z serii „Gwiezdne wojny”. No offense, sir Alec: Woody Harrelson, Paul Bettany, Donald Glover, Emilia Clarke i Thandie Newton po prostu lepiej wiedzieli, co mają zrobić, a pan przecierał pionierskie szlaki.

Szczególnie zachwycający jest Glover jako Lando Carlissian. Jego akurat widzimy w scenie pisania (właściwie nagrywania) pamiętników. Totalnie pójdę do kina na ewentualnego spinoffa „kroniki Lando”, jeśli będzie go grać Glover.

OK, jeśli nie, to pewnie też. Ale mniej entuzjastycznie.

A wy jak myślicie?

niedziela, 27 maja 2018
Imienia Solidarnosci Baranow

mosty

Obserwuję z przerażeniem pomysły rządu na rozwój infrastruktury. Na początku nie było nawet źle, rząd Szydło po prostu kontynuował to, co robiła Platforma.

Nie wiem, jak to sam sobie potrafi wytłumaczyć pisowski wyborca, że te same autostrady były budowane za drogo i nie tam gdzie trzeba, ale kiedy tylko PiS budował je tak samo, w tym samym miejscu, w tych samych cenach, to nagle się zrobiło OK. Ale jak na rząd PiS, to i tak plusik, że przynajmniej nic nie zepsuli.

Z Morawieckim jest dużo gorzej. Najpierw pojawił się szalony pomysł budowy centralnego portu lotniczego imienia Solidarności Baranów.

Jedno wiem na pewno: to lotnisko nigdy nie powstanie. Proszę bardzo, możecie zacytować moje słowa w 2027 i się ze mnie śmiać, jeśli się myliłem. Prawdę mówiąc, nawet chciałbym się mylić, bo nie chodzi mi o przepychankę „kto ma rację”, tylko o straszliwą niegospodarność zwiazaną z tym projektem.

Poprawcie mnie jeśli się mylę: wydaje mi się, że w ciągu ostatnich 20 lat żaden europejski kraj nie zbudował lotniska na zasadzie „greenfield” (inwestycji w dziewiczym terenie). Wszystkie wielkie projekty ostatnich lat były „brownfieldowe”, czyli były rozbudową infrastruktury już istniejącej (nowy terminal, nowy pas startowy, przeróbka wojskowego na cywilne).

Portugalia ma większy problem niż my z Okęciem. Lotnisko Portela leży w samym mieście, nisko przelatujące samoloty to codzienny widok (i co gorsza, dźwięk) w centrum Lizbony.

Lizbona to miasto troszkę atrakcyjniejsze turystycznie od Warszawy. Ma też naturalne położenie jako hub przesiadkowy tras transatlantyckich.

Wszystkie argumenty za budową nowego lotniska dla Warszawy, dla Lizbony będą ważne w dwójnasob. Jednak w 2013 Portugalia ostatecznie uznała, że jej zwyczajnie nie stać na „greenfieldową” inwestycję i plany odłożono ad calendas Graecas.

Jeśli na coś nie stać Portugalii - to tym bardziej nie stać na to Polski. A jeśli z czymś organizacyjne problemy mają Niemcy (że przypomnę o tasiemcowym serialu pt. „kolejna data otwarcia nowego lotniska w Berlinie”), tym bardziej będziemy mieć my.

A Niemcy też się nie szarpnęli na greenfield, tylko brownfieldowo rozbudowują enerdowskie lotnisko Schoenefeld. Greenfieldowe lotniska robią tylko wschodzące potęgi typu Dubaj czy Chiny, ale nie kraje europejskie (poproszę o kontrprzykłady).

Lotnisko to przecież nie tylko terminal. To także hotele, wypożyczalnie samochodów, siedziby linii lotniczych, parkingi, firmy spedycyjne, urząd celny itd. Te instytucje ciągną się wokół Okęcia kilometrami.

Obecne hotele i wypożyczalnie trzeba będzie w 2027 pozamykać, a za to budować je od zera dookoła Solidarności Baranów. To nie ma sensu, poza oczywiście stworzeniem okazji do zarobku dla krewnych i znajomych królika (wystarczy nie kraść - i można robić takie przekręty, że wystarczyłoby na wypełnienie jachtu Kusznierewicza obrazami Czartoryskich).

Jeszcze dziwniejszy wydaje mi się ogłoszony przez rząd program budowy mostów. Nie umiem skomentować propozycji spoza Warszawy, ale o dwóch przeprawach zaplanowanych wokół stolicy powiem to samo, nigdy nie powstaną.

Jeden ma łączyć Łomianki z Jabłonną, drugi Konstancin z Karczewem. Wiem, że ten drugi był przed wojną, ale nie odbudowano go od 1944. I dziś się już nie da - przechodziłby przez środek rezerwatu „Wyspy Świderskie”.

Z tym pierwszym jest jeszcze gorzej. Jedyny sens komunikacyjny miałoby połączenie DK61 z ulicą Armii Poznań w Kiełpinie (przy okazji mieszkańcy Kiełpina byliby zachwyceni przekształceniem tej sennej ulicy w drogę przelotową).

Jak widać po skrinie z Open Street Map, trasa przecinałaby rezerwat „Ławice Kiełpińskie”, a do tego biegłaby krawędzią zespołu parkowo-pałacowego w Jabłonnie i rezerwatu „Jezioro Kiełpińskie”. Gdyby nawet próbowali, to się skończy kosztownym blamażem, jak trasa przez Rospudę.

Może te pozostałe mosty mają więcej sensu - nie wiem, nie chce mi się wszystkich analizować. Skoro jednak takie błędy pojawiają się w okolicach Warszawy to znaczy, że Morawiecki chlapie tymi obietnicami od czapy, bez żadnej analizy.

Próbkę już mamy. Z fanfarami Morawiecki zainaugorował budowę nowego statku w stoczni szczecińskiej. Postukał ozdobnym młotkiem w stępkę i sobie poszedł. Potiomkinowska budowa zamarła.

Tylko że te fejkowe mosty i fejkowe lotnisko wyjdą dużo drożej...

środa, 16 maja 2018
Podatki i rozdawnictwo

Mam nadzieję, że w gronie osób zaglądających na tego bloga jest ktoś, do kogo powinienem skierować następujący postulat. Otóż brakuje mi razemowego odpowiednika grupy/fanpejdża „jak będzie w”, na którym omawiano by te prawdziwie alizarynowe rozwiązania wprowadzane przez premiera Zandberga i prezydentkę Zawiszę.

Jako podatnik zarabiający ponadprzeciętnie (ale bez większego bogactwa) sam nie wiem, jak bardzo powinienem się bać razemowych podatków. Z ichniego kalkulatora mi wyszło, że mi trochę podniosą, ale... ale i tak dla mnie najważniejsze jest liczenie kosztów.

Bo jeśli „ma być tak jak w Danii”, to mój odpowiednik w Danii może sobie wrzucić w koszty mnóstwo rzeczy, których nie może sobie wrzucać polski dziennikarz. To element schizofrenicznej polityki naszych władz - żadna nie chciała się przyznać, że podnosi podatki, więc podnosiła je bez podnoszenia (zamrażając progi, obcinając możliwości odliczeń itd.).

Mam nadzieję, że w razemtopii wprowadzona będzie porządna progresja, ale za to będzie też skandynawska swoboda w kwestii odliczania samochodu i kosztów reprezentacyjnych. To bym nawet wolał od tego nieszczęsnego 50% KUP - wolałbym wygenerować sobie te koszty podróżami, które bym przedstawił (w zasadzie zgodne z prawdą) jako risercz i koszty reprezentacyjne.

Ale to dygresja. Bo tak naprawdę chciałem pisać o nowym podatku „solidarnościowym”.
Rząd nie chce go nazwać podatkiem - bo nadal jest więźniem tej samej schizofrenii „niepodnoszenia”. Ale to oczywiście jest podatek, w dodatku skonstruowany tak ciekawie, że nareszcie znosi podatkową de facto liniowość.

Rządom PO zabrakło odwagi, by otwarcie wprowadzić podatek liniowy, ale szczątkową progresję łatwo obejść. Interesujące, że pisowski projekt to ignoruje - obowiązuje od miliona przychodów niezależnie od ich źródła, obejmie także te, które są opodatkowane liniową stawką.

W ten sposób rządy PiS będą mieć dwie historyczne zasługi, przełamania dwóch wielkich tabu. Pierwsze tabu, że „rozdawnictwo” jest be i musi doprowadzić do katastrofy, już upadło - razem z 500+.

Ja bym oczywiście dużo zmienił przy tym programie. Przede wszystkim przywróciłbym pisowską obietnicę, że „na każde dziecko”. I mam nadzieję, że jakaś przyszła partia to zrobi (może Razem?).

To był jednak śmiały krok w słusznym kierunku. Bodaj po raz pierwszy mamy świadczenie socjalne, które przysługuje obywatelowi tak po prostu - a nie zasiłek czy renta, które wymagają spełnienia szczególnych warunków i jakaś komisja oceni, czy się należy czy nie.

Tak powinno wyglądać państwo opiekuńcze. Dostajesz coś bez względu na to, czy jesteś bogaty czy nie (bo takie różnicowanie prowadzi do stygmatyzowania beneficjentów - a u nas ciągle np. „budownictwo komunalne” ma oznaczać „budownictwo dla biedoty”; to bez sensu).

Nie możemy nawet zacząć budowania modelu nordyckiego bez przełamania tabu „rozdawnictwa” - i chwała Pisowi, że to zrobił. A drugie tabu to właśnie progresja podatkowa.

„Nie wolno karać ludzi za pracowitość”, „nie należy zazdrościć bogaczom” i moje ulubione „nie wolno dzielić ludzi” - słyszymy to w kółko od 1989. Musimy z tym skończyć, żeby budować model nordycki.

W Polsce Kowalskiemu żyje się źle, bo Kowalski płaci podatki za wysokie, a Kulczykowie za niskie. Kowalskiemu trzeba obniżyć, a Kulczykom podnieść. It’s that simple.

Przy całej mojej niechęci do PiS, muszę im to przyznać, że zrobili pierwszy krok w tym kierunku. I tak jak w przypadku 500+, ja bym to zmienił, ale na zasadzie „więcej tego samego” (czyli: cztery procent to dla mnie za mało, milion to dla mnie za wysoki próg, itd).

I tak jak szanuję Platformę za autostrady i modernizację infrastruktury (nazwijmy to umownie) betonowo-światłowodowej, tak doceniam pierwszy krok w stronę budowy infrastruktury społecznej. Żeby teraz tylko ktoś zrobił następny - i niech to będzie choćby Schetyna (ale serio, czy ktoś tego po nim oczekuje?).

niedziela, 13 maja 2018
Jak walczyć z ustawą 447?

PT Blogonauci być może nigdy w życiu nie słyszeli o amerykańskiej „ustawie 447”, zacznę więc od skrótu tego, co o niej sobie wyobraża prawicowy internet: otóż wyobraża sobie, że zgodnie z nią Polska będzie musiała zrekompensować mienie ofiar Holokaustu, które nie zostawiły spadkobierców.

Tak naprawdę owa ustawa jest odpowiednikiem naszych uchwał, którymi parlament zobowiązuje władzę wykonawczą do przedstawienia jakiegoś raportu. W tym wypadku amerykański parlament zwrócił się do Departamentu Stan o informowanie, jak różne kraje rozwiązują ten problem.

Informacje mają być dołączane albo do „Country Reports on Human Rights Practices” (ogłaszanego od 1976), albo do „International Religious Freedom Report” (ogłaszanego od 1998). Uchwała zostawia w tej kwestii wolną rękę władzy wykonawczej.

Ten szczegół - pomijany w prawicowej narracji - wydaje mi się kluczowy. W praktyce przecież owa „ustawa 447” objawiać się będzie dodatkowymi akapitami w raportach, które na temat Polski produkowane są od lat.

Ostatni raport o wolności religijnej pochodzi z 2016. Czytamy w nim m.in.:

The president signed legislation preventing Warsaw public properties, including Jewish-owned properties initially lost during World War II (WW II), from being returned to their precommunist era owners and extinguishing claims after a six-month notice period. According to Jewish and other religious groups, property restitution to religious communities continued to proceed very slowly, with 73 cases resolved out of approximately 3,700 outstanding at the beginning of the year. A prosecutor dropped the investigation of a Catholic priest who referred to Jews as a “cancer” in a sermon commemorating the anniversary of a nationalist political association. The minister of education made comments apparently denying Polish responsibility for the mass killings of Jews at Jedwabne and Kielce during and after WW II, but later stated Poles had committed both attacks.

Poza tym: „Relations with the Roman Catholic Church are determined by an agreement with the Holy See that grants privileges not accorded to other religious groups”, a także:

Protests and demonstrations against immigration often involved anti-Muslim and anti-Semitic messages. The cover of a popular political weekly displayed the dark-skinned hands and arms of three men groping a blonde woman with the caption “Islamic rape of Europe.” In August soccer fans at a train station in Lodz held up a banner with anti-Semitic language and burned Jewish effigies

W raporcie o prawach człowieka w roku 2017 czytamy z kolei:

[The government] introduced judicial reform legislation that drew strong criticism from some judicial experts, NGOs, and international organizations. On July 24, the president signed into law amendments to the common courts law. (...) On July 26, the European Commission issued a rule of law recommendation directing the state to revise the amended law

W świetle powyższego można zrozumieć, dlaczego rząd unika tego tematu. Hasło „działajmy tak, żeby nas chwalili w swoich raportach” było nadrzędnym celem polityki zagranicznej III RP od Skubiszewskiego po Sikorskiego. Bartoszewski dosadnie wyraził to metaforą o „pannie brzydkiej i bez posagu”.

Konkurencyjna metafora o „wstawaniu z kolan” sugeruje zerwanie z tą polityką. Jedno się kłóci z drugim.

Albo możemy być chwaleni w ich raportach, albo możemy iść na rympał olewając je. Z nasłuchów prawicowego internetu wnoszę, że prawica sobie wyobraża istnienie jakiejś trzeciej wersji, że - powiedzmy - Trump powie „OK, wasza islamofobia i/lub antysemityzm może i jest sprzeczna z naszymi konstytycyjnymi wartościami, ale wam wybaczam, bo jesteście z prawicy, jako i ja”.

Może i se wyobraża, ale to po prostu niemożliwe, podobnie jak np. amerykańskie przyzwolenie na ściganie prof. Grossa przez Ziobrę i Jakiego. Piekło zamarznie wcześniej.

Te raporty nie są całkiem bez znaczenia. Adwokat reprezentujący kogoś przed amerykańskim lub europejskim sądem może się na nie powołać np. w sprawie o ekstradycję albo odzyskanie majątku.

Gdybym miał się o to zakładać, postawiłbym Franklina na to, że amerykańskie i europejskie sądy będą przychylać się do takiej argumentacji, w miarę coraz lepszej zmiany i coraz wyższego wstawania z kolan. Uprzedzałem was przed tym, drodzy pisowcy, w notkach z serii „drodzy pisowcy”.

Na walkę z „ustawą 447” jest więc tylko jeden sposób. Budować na świecie zaufanie do polskiego państwa i polskiego sądownictwa.

The exact opposite of what PiS does.

poniedziałek, 07 maja 2018
Marksowi na urodziny

Dwusetna rocznica urodzin Marksa po raz kolejny pokazała, jakim jesteśmy intelektualnym zaściankiem. Dobry rocznicowy tekst napisał nawet The Economist (nawiasem mówiąc, jako najlepsze krótkie wprowadzenie do Marksa polecają tam książkę Isaiah Berlina, którą na polski przełożył Jors Truli), a u nas dominowały fejkowe cytaty o holocauście.

W paru miejscach fejsbuka widziałem mniej więcej tę samą ewolucję. Najpierw delikwent jest Głęboko Przekonany, że istnieją jakieś cytaty z Marksa, w których ten nawołuje do wymordowania kogoś.

Wobec braku takowych, delikwent przechodzi na wariant drugi. Że może i nie nawoływał do mordowania, ale skoro są cytaty mówiące o konieczności rewolucji, to propagował przemoc, a więc nie zasługuje na pomnik.

To jest rozumowanie o tyle bezsensowne, że pomniki znakomitej większości dziewiętnastowiecznych bohaterów są pomnikami ludzi propagujących przemoc w takim samym znaczeniu, w jakim propagował ją Marks. Dowolny banknot dolarowy ma na sobie portret kogoś, kto propagował przemoc.

Na maturze z polskiego co rok analizujemy wielkie polskie dzieło, którego autor/bohater propagował przemoc. W tym roku była „Lalka” - przypominam, że Rzecki był „bonapartystą”! A co propagowali taki Mickiewicz czy inny Żeromski...

Czy Marks był socjaldemokratą w dzisiejszym znaczeniu? Oczywiście nie. Nikt wtedy nie był nikim w dzisiejszym znaczeniu (ówcześni torysi byliby zdumieni dzisiejszymi).

Natomiast można zaryzykować tezę, że bez Marksa socjaldemokracji w ogóle by nie było. Pierwsi socjaldemokraci byli zwolennikami Marksa.

Czasami wiernymi do granic dogmatyzmu (Liebknecht), czasami nie (Lassalle), ale ich przeciwstawianie nie ma sensu. Lassalle osobiście proponował Marksowi w 1862 stanięcie na czele założonej przez niego ADAV (pierwszej partii proto-socjaldemokratycznej). Marks odmówił, bo bardziej interesowała go wtedy Międzynarodówka.

Jak wyglądałby alternatywny świat bez Marksa? Załóżmy, że ten gdzieś w 1842 roku by zginął, albo wybrał jakąś zupełnie inną ścieżkę kariery. Nikt nie napisał „Kapitału” ani „Manifestu komunistycznego”, nikt nie założył Międzynarodówki.

W takim świecie nie pojawia się pojęcie „socjaldemokracji”. Może zamiast tego byłoby jakieś inne słowo, ale wątpię. Lewica rozwijałaby się znacznie wolniej, wolniej rozwijałby się też ruch związkowy.

Ciężko odpowiedzieć na pytanie „jaki jest najstarszy związek zawodowy”, bo wyłaniają się płynnie z cechów, gildii i organizacji braterskiej samopomocy. Nowością w latach 1860. było uświadomienie znaczenia konfliktu klasowego.

To ówcześnie związkowcy zawdzięczali Marksowi.. Przedtem na wyzysk w miejscu pracy często nakładał się konflikt etniczny.

Proletariusz często miał uczucie, że wyzysk bierze się z tego, że jego pracodawca ma inne pochodzenie etniczne (np. w Ameryce wczesny proletariat przemysłowy rekrutował się z irlandzkich i polskich emigrantów). Do dzisiaj zresztą można usłyszeć bałamutny argument, że gdyby tylko więcej było polskich przedsiębiorstw, polscy pracownicy byliby lepiej traktowani (jakby rzeczywiście los kasjerki w Almie czy Marcpolu był lepszy niż w Lidlu czy Biedronce).

Marks w „Kapitale” pokazał, że wyzysk jest wpisany w samą naturę kapitalizmu. Nieważne, czy pracujesz dla firmy niemieckiej czy polskiej, ta firma będzie dążyć do tego, żeby płacić ci jak najmniej.

Jeśli w firmie pojawi się nadwyżka - pójdzie na dywidendy i premię dla zarządu. Sami z siebie nic ci nie dadzą.

Dziś to w miarę oczywiste nawet dla nie-marksistów, ale w 1848 większość ludzi tak nie rozumowała. Ówczesne rewolucje miały zazwyczaj dwa główne cele - narodowowyzwoleńczy i demokratyczny (powszechne prawo głosu).

Znakomita większość przegrała, bo nawet jeśli gdzieś udało się to powszechne prawo głosu wywalczyć, to ludzie w powszechnych wyborach wybierali dyktatora. Który robił swój „18 brumaire’a”, jak we Francji.

Co byłoby w świecie bez Marksa? Ano właśnie, bonapartyzm, czyli nadzieja, że jakiś dyktator rozwiąże problem biedy i wyzysku. Współczesny populizm (np. pisowski, erdoganowski czy orbanowski) to kontynuacja takiego myślenia.

W rewolucjach 1848 Marks i Engels byli na radykalnym skrzydle obozu demokratycznego. Byli za demokracją - ale taką socjal. Bo demokracja czysto burżuazyjna, olewająca kwestię socjalną, będzie tworem krótkotrwałym, jak francuska II republika.

Współcześni liberałowie zapomnieli o tej lekcji. Dlatego właśnie dzisiejsza demokracja przeżywa kryzys. I dlatego The Economist nawołuje do czytania Marksa dziś.

piątek, 27 kwietnia 2018
Elity na grodzonych osiedlach

To już osiem lat, gdy krytykowałem na blogu tekst Adama Leszczyńskiego o zamkniętych osiedlach, w którym Leszczyński pisał, że ludzie chcą na takich mieszkać, bo im się to kojarzy z „prestiżem”. Apelowałem wtedy, żeby sprawdził ceny stołecznych nieruchomości, a łacno się przekona, że w tym mieście trzeba potężnie dopłacić do BRAKU ogrodzenia.

Nabywcy nie wybierają ich z pragnienia prestiżu, tylko z (realatywnej) biedy. Wszyscy byśmy woleli mieszkać a to w willi w Konstancinie, a to w kamienicy na starym Mokotowie, ale cóż począć, kiedy ktoś ma zdolność tylko na grodzone osiedle w Białołęce.

Niestety, ten błąd kojarzenia zamkniętego osiedla z bogactwem ciągle powraca, między innymi w ostatniej debacie uruchomionej przez portal gazeta.pl. Co gorsza, pojawia się tam też błąd mylenia klasy średniej z elitami - no po kim jak po kim, ale po Sroczyńskim bym jednak oczekiwał, że czytał Gdulę, więc to odróżnia.

Więc jeszcze raz: elity mieszkają w rezydencjach. Osiedla i kamienice, grodzone lub nie, to domena różnych segmentów klasy średniej.

Uporczywe mylenie jednego z drugim to element propagandy systemu kapitalistycznego (czyli jak mawiamy w marksizmie: nadbudowy). Gdula lapidarnie nazwał to „robieniem klasy średniej przez klasę wyższą w bambuko”.

Ludzie, którzy wysyłają swoje dzieci do prywatnych szkół, w których czesne wynosi 11.000 MIESIĘCZNIE (to ulubiony przykład Gduli, odwołujący się do szkoły istniejącej w rzeczywistości) mówią do lemingów „razem tworzymy elitę”. I część lemingów niestety to łyka.

Dopóki to będzie trwać - trwać będzie robienie klasy średniej w bambuko. Albo też, jak to opisałem na swoim blogasku, „blejmowanie wiktima”.

W ten sposób, dajmy na to, za winnych kryzysu w mediach uznajemy dziennikarzy - a nie tych, którzy tymi mediami zarządzali i zarządzają. Winnymi problemów służby zdrowia są lekarze, a nie ministerstwo - i tak dalej.

Publicyści portalu domagają się od klasy średniej, żeby wzięła trochę większy kredyt i dopłaciła do mieszkania w jakiejś zacnej kamienicy na starym Mokotowie, starych Bielanach czy starej Ochocie, gdzieś gdzie się będzie mieszkać z lokatorami komunalnymi, a to żeby „polskie elity przestały być ślepe”.

Elity się od tego nie zmienią - będą mieszkać dalej tam, gdzie przedtem. W swej prywatnej miejscowości Chobielin-Dwór. Albo w willi na Ikara, bo z tą równością w PRL więcej mitu niż prawdy.

I dalej będą ślepe na „zmiany nastrojów społecznych”, bo zawsze takie były. Elity PRL do wieczora 4 czerwca 1989 zamartwiały się tym, co to będzie, jeśli ustaleń Okrągłego Stołu nie da się wypełnić z powodu zbyt dobrego wyniku PZPR w wyborach.

Elity sanacyjne dopiero we wrześniu 1939 zrozumiały, że kierowały domkiem z kart. Elity endeckie były autentycznie zaskoczone w maju 1926, że społeczeństwo nie stanęło masowo w ich obronie - i tak dalej.

Historia byłaby bardzo nudna, gdyby elity dysponowały jakimś niezawodnym hyperczujnikiem do wyczuwania nastrojów. Na szczęście od czasu do czasu są zaskoczone jak PiS protestami.

Mam dobrą wiadomość dla publicystów portalu - względna homogenność nowego osiedla utrzymuje się przez dekadę, dwie. Potem wszystko i tak się samo miesza.

Nabywcy na rynku pierwotnym z natury rzeczy są homogenni, bo selekcjonuje ich niewidzialna ręka rynku - zazwyczaj jak określimy warunki tak, że „młode rodziny ze zdolnością kredytową na tyle a tyle”, to wyjdzie nam grupa ludzi mniej więcej tak samo ubranych, jeżdżących mniej więcej takimi samymi pojazdami, pracujących w mniej więcej takich samych instytucjach.

Po dwudziestu paru latach jednak na tym osiedku nabywcy z rynku wtórnego będą się mieszać z tymi, którzy mają mieszkanie po rodzicach albo po byłym małżonku. I będziecie mieli tą waszą wymarzoną różnorodność.

Podobnie przecież było w tych wyidealizowanych starych kamienicach. W przedwojennej Warszawie budowano całe kwartały dla ludzi wykonujących ten sam zawód, jak „Żoliborz Dziennikarski” czy „Żoliborz Urzędniczy”. A i w powojennej - starzy warszawiacy wiedzieli, że to jest osiedle dla wojskowych, a tamto dla ubeków.

W tej sprawie nawet nie bardzo jest więc o czym debatować, bo w ogóle nie istnieje problem zasługujący na dyskusję. Można tylko bezsensownie nabijać odsłony reklamowe, żeby elity sobie wypłaciły premię i dywidendę.

sobota, 07 kwietnia 2018
Dziadzio Spielberg

UWAGA: notka będzie zawierała umiarkowane spojlery do filmu i książki „[Ready] Player One”. Jeśli ci to przeszkadza, wracaj do lat 90., złotej dekady spojlerofobii.

Jak książką byłem zachwycony - tak film przyniósł mi rozczarowanie. Spielberg wywalił metaforę współczesnego kapitalizmu, wrzucił za to walki w CGI, wtórne i płaskie w porównaniu choćby do stareńkiego „Avatara”.

Drobny przykład - w książce pojawia się motyw odpracowywania długu wobec korporacji. W filmie przerobiono go tak gruntownie, że ginie cała metafora.

W książce ta praca przymusowa polega na zatrudnieniu w call-center. To dobrze rezonuje z lękami współczesnego korpoludka, który najbardziej się boi nie tyle deklasacji do klasy niższej/ludowej, co do najniższego segmentu klasy średniej.

Książkowe call-center działa w VR, ale zachowuje upiorność pracy w tym zawodzie. Trzeba ciągle prowadzić te same rozmowy, z nadzorcą sprawdzającym, czy trzymamy się korporacyjnych standardów uprzejmości.

W filmie to jest przymusowa praca fizyczna W WIRTUALU! Czy kogoś z czytających te słowa ta wizja jest w stanie przestraszyć?

Ostatnie dwie dekady w popkulturze przyniosły wysyp dystopii, thrillerów i dystopijnych thrillerów o świecie korporacji - w których nie ma osobowego villaina, bo jest nim korporacja jako taka. „Paranoja” Findera, „Siły rynku” Morgana, „Supersmutna, ale prawdziwa historia miłosna” Shteyngarta, „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” Mitchella, plus oczywiście filmy i seriale - „Margin Call”, „Avatar”, „Black Mirror”...

Spielberg to wszystko po prostu przegapił. Wyrzucił książkowe wątki, sprowadzając wszystko do jednego karykaturalnego korpovillaina, który jest bardziej śmieszny niż straszny (Ben Mendelsohn).

Całe zło korporacji OASIS w filmie sprowadzone jest do dawnej kłótni między założycielami. Happy end - chyba to nie jest spojler, że film Spielberga skończy się obrzydliwie przesłodzonym happy endem? - polega na tym, że bohaterowi udaje się po latach zakończyć tę kłótnię i zrealizować testament charyzmatycznego założyciela korporacji, Jamesa Hallidaya (Mark Rylance, ucharakteryzowany nie do poznania).

Powieściowy Halliday wydawał mi się inkarnacją stereotypu „villaina przekonanego że czyni dobro”, jak Rorschach, Dwie Twarze czy religijnie motywowani seryjni zabójcy. My w generacji X dobrze wiemy, że „charyzmatyczni przywódcy” nieuchronnie podążają trajektorią Harveya Denta, „albo zginiesz jako bohater, albo zmienisz się w łotra”.

Filmowy Halliday jest dobrotliwym nerdem, który chciał po prostu dać wszystkim darmową grę, ale wbrew jego intencjom zamieniło się to w korporację. Jest kimś takim, kim Mark Zuckerberg kiedyś wydawał się Jasiowi Kapeli.

Nie kupuję filmowego happy endu. Korporacyjnego zła nie wyeliminujemy przez samą tylko zmianę zarządu (a mniej więcej tak to wygląda w filmie, ze odkąd na czele OASIS staną sympatyczni idealiści, wszystko będzie spoko).

W istocie to jest właśnie opowieść mojego pokolenia, że grupa sympatycznych rebeliantów zakłada w garażu startupa albo nielegalną organizację, wypowiadają walkę opresorom, obalają ich i po przejęciu władzy sami stają się opresorami. To przecież historia Apple’a, Microsoftu, Google’a, Facebooka, Wolnego Oprogramowania i „Solidarności”.

My już wiemy, że postęp musi się wiązać z upodmiotowianiem obywateli, a więc z kontrolą społeczną, a więc z regulacjami. Tymczasem dla pokolenia Spielberga wszelkie regulacje nadal są złe, niczego się nie nauczyli, dalej toczą te same walki co 50 lat temu, z niedobrymi rodzicami, którzy im nie pozwalali palić skrętów.

Wyciąwszy składową antykorporacyjną, Spielberg zapełnił lukę banalną lekcję dziadków z pokolenia baby-boomersów, że „dzieciaki, nie siedźcie tak dużo w sieci”. To przesłanie wraca w filmie kilkakrotnie, w tym w happy endzie.

Tymczasem w książce oni siedzą w OASIS, bo nie mają innego wyboru. Bo OASIS zmonopolizowało edukację (do szkoły można chodzić tylko albo tam, albo wcale), płatności, media, telekomunikację...

W filmie ktoś mówi do kogoś „zapomnieliśmy, jak fajnie jest na świeżym powietrzu”. W powieści narrator mówi, że pod wpływem dewastacji środowiska na zewnątrz nie jest fajnie. Kwestii monopolistycznego przymusu w filmie nie ma.

Cóż, z artystami bywa czasem tak jak z Harveyem Dentem. Albo umrzesz jako geniusz, albo będziesz żył dość długo, żeby stać się starym nudziarzem.

poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Filozofia Porażki

W Dwutygodniku ciekawy blok tekstów o filozofii przegrywu. Polecam zwłaszcza tekst znanego szczecińskiego prozaika.

Lansowałem przegrywizm zanim to się zrobiło mainstreamowe. To się dla mnie zaczęło na początku lat 90., kiedy większość moich rówieśników oszalała na punkcie pogoni za sukcesem. Sukces kochali chyba wtedy nawet bardziej, niż papieża i Korwina.

Wrył mi się w pamięć teleturniej „Klub Yuppies”, w którym młodziutki Krzysztof Ibisz wrzeszczał, że ktoś przechodzi do następnego etapu konkursu z zaangażowaniem emocjonalnym przypominającym sprzedawcę magicznych garnków dla seniorów.

Postanowiłem wtedy nie odnosić tak pojmowanego sukcesu. Za swój życiowy drogowskaz a rebours przyjąłem monolog Aleka Baldwina z filmu „Glengarry Glen Ross” z 1992. Polecam ten film millenialsom, bo on chyba przeszedł na tyle bez echa - mimo genialnej obsady: Spacey, Alda, Harris, Baldwin, Pacino, Lemmon! - że część pewnie do dzisiaj żyje w błogiej nieznajomości.

Większość mojego pokolenia identyfikowała się z villainami z tych filmów. Z Gordonem Gekko z „Wall Street”, z Benem Afflekiem z „Boiler Room”. Jakieś ćwierć wieku temu postanowiłem, że machnę oburęcznym fakulcem w generalnym kierunku tej większości.

Trochę to wyszło samo z siebie. Kiedy masz małe dzieci, które musisz o siedemnastej odebrać z przedszkola, nie bardzo możesz uczestniczyć w życiu ludzi sukcesu.

Dużo o tym mogę powiedzieć, bo miałem w swoim towarzyskim bąbelku wielu ludzi, którzy odnieśli sukces. Sukces był czymś naturalnym i oczywistym dla Warszawiaka z mojego pokolenia.

Gdy ktoś z moich znajomych się załapał na bycie jurorem w fajansiarskim teleturnieju albo ważnym menadżerem na wyżynach jakiegoś korpo, to już wiedziałęm, że widzimy się po raz ostatni, choćbyśmy przez wiele lat siedzieliśmy biurko w biurko. Po prostu nagle dramatycznie rozminą nam się rozkłady dobowe i nawet gdybyśmy bardzo chcieli się spotkać, to będzie niemożliwe (może wtorek? nie, ja wtedy nurkuję w Morzu Czerwonym, a środa? - no niestety, ja z kolei mam wtedy wywiadówkę).

Ku mojemu gigantycznemu zaskoczeniu, na rok przed 50. urodzinami odniosłem swój pierwszy (i zapewne ostatni) zawodowy sukces, a raczej jego namiastkę, bo to nadal zaledwie cień jurorowania albo menadżerowania. Moja ósma czy dziesiąta (w zależności jak liczyć e-booki, itd) książka odniosła pierwszy w mojej tzw. karierze sukces sprzedażowy.

Naraża mnie to na docinki kolegów, którzy twierdzą, że straciłem prawo do uważania siebie za „człowieka porażki”. Traktuję to jako tymczasową niedogodnosć, bo w tej okrutnej branży każdy jest tak dobry, jak jego ostatni projekt, więc pewnie moje następne książki będą się zapewne sprzedawać po staremu i skończy się ta anomalia.

Unikanie sukcesu w kapitalizmie było dla mnie zawsze herbertowską sprawą smaku. Kto wie gdyby mnie lepiej i piękniej kuszono? Ale ta korporacyjna retoryka jest aż nazbyt parciana łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy składnia pozbawiona urody koniunktiwu (wszyscy byliśmy na tym korpozebraniu!).

Mniej więcej wiem, co powinienem robić - a na pewno wiem, czego powinienem unikać - żeby odnieść Sukces. Ot, choćby zachowywać na tych zebraniach swoje wątpliwości dla siebie, bo żaden menadżer nie lubi podwładnych operującym koniunktiwem.

Od prawie 30 lat wiem też, jakie w Polsce trzeba mieć poglądy polityczne, żeby zrobić prawdziwą karierę. Trzeba albo się podczepić pod postkomuchów, albo po jedną z dwóch odmian postsolidaruchów - liberalną lub klerykalną.

Komo bliższe tradycje demokratycznego socjalizmu - ten miał przegwizdane w 1989 i ma przegwizdane nadal. Nikt o mnie nie pomyśli podczas rozdawania stołków w państwowych spółkach ani publicznych mediach. Nie będę Kają Godek (chlip chlip).

Kilkanaście lat temu kłóciłem się z moim kolegą z sąsiedniego biurka, który właśnie miał odfrunąć w rejony Prawdziwego Sukcesu jako juror w teleturnieju. Uważałem, że popełnia błąd (dalej tak uważam!), szukałem uzasadnienia.

Wyszło mi takie: kapitalizm to okrutny system, ale większość z nas potrafi znaleźć dla siebie jakąś umiejętność, za którą ludzie Sukcesu nam zapłącą. Ja i mój kolega, potrafiliśmy jedno, wystukać im tekst na (parę/naście/set) tysięcy znaków, za który nam zapłacą parę(dziesiąt) (stów/tysiaków).

Rządy będą się zmieniać, korporacje medialne będą rozkwitać i upadać - ale ktoś zawsze ode mnie kupi trochę kątętu. Mi to wystarcza. Mojemu koledze nie, więc pognał za Sukcesem.

Nie zazdroszczę mu.

piątek, 16 marca 2018
Drodzy pisowcy (2018)

Ja znów tylko do części z Was - tej części, która nie wierzy ślepo rządowej propagandzie. W tej samej sprawie co w zeszłym roku: sądów.

Z nasłuchów propagandy wnioskuję, że na razie kwestię decyzji irlandzkiego sądu rozgrywa w tradycyjny sposób, skupiając się na osobie sędzi. Aileen Donnelly z irlandzkiego Sądu Najwyższego dołączyła tym samym do coraz dłuższej listy Europejek i Europejczyków, którzy nie rozumieją reform ministra Ziobro.

Zazwyczaj idzie za tym atak personalny pod adresem konkretnego sędziego, europosła czy unijnego komisarza. Że lesbijka. Że alkoholik. Że dostał mało głosów. Że w jego kraju są jeszcze większe afery i niech się nimi najpierw zajmie (itd.).

Przypuszczam, że część z Was do jakiegoś momentu wierzyła tej propagandzie. W grudniu 2017 było widać u niektórych szczerą nadzieję, że Morawiecki to świetny kandydat na premiera, bo zna angielski i on im to wreszcie wytłumaczy ich językiem.

No ale ta najinteligentniejsza część z Was, do których kieruję ten list, już musi widzieć, że to nie działa. Jedynym skutkiem takich ataków jest to, że lista wrogów „dobrej zmiany” poszerza się np. o całe stowarzyszenie sędziów Irlandii.

Nie chcę w tej chwili wnikać w to, jak bardzo polskie sądy potrzebują (lub nie potrzebują) pilnych reform. Mi też się nie wszystkie wyroki podobają (acz rozsądek mówi mi, że wszystkie wyroki podobałyby mi się tylko gdybym był dyktatorem).

Zupełnie niezależnie od tego - musicie chyba widzieć, że Polska ma problem. Jest wysoce prawdopodobne, że w innych krajach Europy i Ameryki będą teraz zapadać podobne wyroki.

To nasz wspólny problem, bo to czyni z Polski raj dla przestępców. Wystarczy, że uciekną do USA albo do Unii (a prawopodobnie wystarczy też, że się odwołają do Strasburga) i tamtejszy sąd uzna ich linię obrony, że w Polsce nie mogą liczyć na uczciwy proces.

Polska kontrargumentacja, że „słuchajcie, przecież wiadomo, że to handlarz narkotyków, wydajcie go nam”, nie zadziała. Cywilizowane sądy nie wydają wyroków na zasadzie „przecież wiadomo”. Tak to Tusk próbował wojować ze Staruchem, też bez powodzenia.

Personalne ataki nie pomogą. Nawet jeśli rządowi propagandyści ogłoszą, że źródłem problemu jest lesbijska alkoholiczka, która powinna się zająć korupcją w swoim kraju, problem nie zrobi się od tego mniejszy (raczej zrobi się większy, bo taka postawa polskich władz i rządowych mediów nie służy budowaniu dobrego obrazu Polski na Zachodzie).

Źródło problemu jest bardzo proste i już Wam o tym pisałem. Nie ja jeden, rzecz jasna. W każdym razie, parę mądrych osób przewidziało, że to się tak skończy, a wy nie chcieliście wierzyć, bo wam propaganda wmówiła, że wystarczy, że Morawiecki to im wyjaśni po angielsku i styknie. Czas wyciągnąć wnioski.

Otóż niezależnie od języka, w każdym cywilizowanym kraju wygląda to tak samo. Sędzia musi być niezależny i od władzy, i od prokuratury.

W Stanach wystarczy wskazać, że przysięgłych coś łączy z prokuratorem (choćby pokrewieństwo) i już odpadają ze składu. Tak, wiem, nie jesteśmy w Stanach, nie mamy przysięgłych, ale zasada jest ta sama.

Nie może być tak, że Ziobro przejmuje ręczne sterowanie prokuraturą i jednocześnie wybiera KRS. Samo wskazanie związków nowych członków KRS z Ziobrą wystarczy, żeby dla zachodnich sędziów wyroki polskich sądów stały się świstkiem papieru.

Rząd zazwyczaj tłumaczy się tak, że „wiele rozwiązań wprowadzanych w Polsce co do sposobu wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa z powodzeniem od lat funkcjonuje w krajach Europy Zachodniej” (dosłowny cytat z wywiadu wiceministra Warchoła dla prorządowego serwisu wpotylice.pl).

Nikt nie przeczy temu, że „wiele”. Istotna jest kombinacja wszystkich elementów.

W żadnym cywilizowanym kraju nie może być tak, że rządzące ugrupowanie arbitralnie posyła sędziów na emeryturę i zastępuje ich swoimi nominatami. W żadnym nie może być tak, że ten sam facet rządzi prokuraturą, a jego współpracownicy sądami. W żadnym nie może być tak, że parlament sam sobie wybiera trybunał oceniający konstytucyjność jego działań.

Nawet jeśli w jakimś kraju mamy wręczanie nominacji przez ministra, to okazuje się, że wybiera ich ktoś inny. Albo że są dożywotnio nieodwoływalni - itd.

To się może wam nie podobać, drodzy pisowcy, ale USA i Unia po prostu uznają tylko takie sądownictwo. I choćby wasze argumenty swoją przepiękną angielszczyzną wyrecytował im Stephen Fry, nie przekonacie ich.

Wpakowaliście Polskę w poważne tarapaty. Co zamierzacie z tym zrobić?

piątek, 02 marca 2018
Czytajcie Gdulę!

Polecam „Nowy autorytaryzm” PT Komcionautom nawet nie dlatego, że to dobra książka per se, tylko dlatego, że wypada mieć na jej temat zdanie. A ja mam dodatkowo ten problem, że od dawna w kilku kwestiach mówię to samo, co Gdula - więc PT Komcionautów będę prosił o skorygowanie nieuchronnego w takich sytuacjach błędu poznawczego (confirmation bias).

Zacznę od czepialstwa. Książka to pojęcie na wyrost, tu nie ma nawet 100 stron. Rzekłbym - broszura. A i tak dwa rozdziały są zrecyklowane z wcześniejszych publikacji.

Nadawanie temu numeru ISBN po prostu obraża moje uczucia religijne jako zawodowego stukacza w literki. Ale też rozumiem, że Gdula zawodowo publikuje co innego, gdzie indziej.

To, co napisałem powyżej, jest szalenie drobnomieszczańskie. I co za tym idzie, płynnie przejdę już do zgadzania się z Gdulą.

Nie da się czytać mojego bloga bez zauważenia, że „od zawsze” uważam siebie za przedstawiciela średniej klasy średniej. W praktyce nie pamiętam od kiedy, chyba od połowy lat 90., bo dużo wtedy czytałem Orwella, a to jeden z klasyków tego tematu.

Z licznych kometarzy na swoim blogu pamiętam, że jeszcze jakieś 10 lat temu wielu ludzi nie rozumiało tego pojęcia. Interpretowano je jako „ludzie o średnich zarobkach” albo pytano o dochodowe widełki.

Teraz tego jakby mniej. Wydaje mi się, że większość moich PT komcionautów oswoiła się przede wszystkim z tym, że podział klasowy nie pokrywa się z kwantylami dochodowymi („niższa klasa średnia” zarabia mniej od „arystokracji robotniczej” i to nie jest zjawisko nowe czy nietypowe).

Gdula zdaje się również prowadzić coś w rodzaju publicystycznej kampanii uświadomiania klasie średniej, że nią jest. Szydzi (trafnie) z naiwnego, dżinsowego egalitaryzmu, że skoro wszyscy chodzimy w takich samych dżinsach, to nie ma między nami większych różnic.

Fundamentem polskiego konserwatywnego neoliberalizmu było wmawianie klasie średniej (przez wiele lat zdumiewająco skuteczne), że stanowi jedność z klasą wyższą. Niektórzy publicyści do dziś posługują się dychotomią „beneficjenci transformacji” / „osoby wykluczone ekonomicznie”.

Zawsze zwalczałem tę dychotomię. Świadczy o tym kilkanaście lat archiwów wpisów na tym blogu. Beneficjentów i poszkodowanych transformacją znajdziemy na każdym piętrze drabiny społecznej.

W notce „Sprzysiężenie Katyliny” z 2016 pisałem, że historycznie ustrojom republikańskim najlepiej robił sojusz klasy średniej z niższą przeciwko klasie wyższej - a pojawienie się sojuszu wyższej z średnią lub wyższej z niższą oznaczało koniec republiki.

Ładnie to można pokazać na przykładzie braci Grakhów i upadku republiki rzymskiej, ale także upadku republiki weimarskiej (gdy zmęczone chaosem niemieckie drobnomieszczańswo zaczęło popierać kamarylę Hindenburga, a w konsekwencji Hitlera) czy francuskiej II Republiki (którą wykończył najpierw antyproletariacki sojusz wyższej z średnią z czerwca 1848, a potem odwrócenie tego sojuszu w 18 brumaire’a Ludwika Napoleona).

Diagnoza Gduli - jeśli dobrze ją streszczam - pokrywa się z moją (a więc dlatego obawiam się confirmation bias). Ta dychotomia od początku była kłamstwem i ostatni kryzys demokracji bierze się z tego, że nagle znaczna część społeczeństwa przestała wierzyć w oficjalny, mainstreamowy opis społeczeństwa.

Z jednej strony mamy wkurzoną klasę średnią („skoro jesteśmy beneficjentami transformacji, to gdzie te beneficja?”). Z drugiej klasę ludową, zręcznie podszczuwaną na na klasę średnią („patrzcie: to elity!”), przez prawdziwe elity.

Droga wyjścia z glątwy prowadzi przez rozbudzanie w klasie średniej świadomości klasowej (tak rozumiem propozycję Gduli). Interesujące, że w portalowej dyskusji na temat jego artykułów o Miastku, większość polityków zdaje się akceptować ten postulat (od Zandberga po Lubnauer, wszyscy już mówią językiem trójpodziału).

Jest jeden wyjątek: pisowskiego Śniadka. Bo faktycznie, teraz już tylko PiS dalej jedzie tym kłamstwem. Zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy propagandyści bronią szastających służbowymi kartami kredytowymi ministrów... przed „atakami elit”.

Ale jeśli zabrać PiS-owi to kłamstwo, co im zostanie? Nic, poza przyznaniem, że od początku chodziło im tylko o „teraz, k..., my!”. Może więc tutaj widać jakiś malutki promyczek nadziei?


piątek, 23 lutego 2018
Hard rock w czasach #metoo

Miałem niedawno kilka spotkań autorskich w UK (jakie to jednak zabawne, że Ziemkiewicz - przy całym tym swoim hajsie, jednak nie może tego o sobie powiedzieć)! Przy ich okazji przeprowadziłem tradycyjnye rajdy po księgarniach.

Wpadła mi tam w ręce książka, którą polecam PT blogonautom: „Under My Thumb. Songs That Hate Women and the Women Who Love Them” (praca zbiorowa).

To zbiór feministycznych esejów, poświęconych seksistowskim, mizogynicznym i obiektyfikującym kobiety piosenkom z klasyki muzyki pop. Czego tu nie ma! Pulp, Bob Dylan, country, folk, hip-hop, metal...

Eseje pisane są przez feministki, z feministycznego punktu widzenia... ale jak sam tytuł zdradza, nie są to eseje nawołujące do cenzurowania popkultury. Gdzie byłby hiphop bez seksizmu, gdzie byłby blues bez „bo to zła kobieta była...”!

Szczególnie spodobał mi się esej „Dirty Deeds: Mischef, Misogyny and Why Mother Knows Best” Fiony Sturges. Jako i ja, autorka owa nie może się powstrzymać przed wyrzutami sumienia, słuchając AC/DC - ale nie może się też powstrzymać przed słuchaniem.

Znaczna część eseju poświęcona jest piosence „Whole Lotta Rosie” z albumu „Let There Be Rock” (1977). Piosenka opowiada o kobiecie, która „nie jest przesadnie ładna, ani przesadnie szczupła” (waży 120 kg), za to „jeśli chodzi o kochanie, kradnie show”.

Na pierwszy rzut oka mamy tu więc wszystkie najgorsze elementy seksizmu w popkulturze: body-shaming, slut-shaming, obiektyfikacja. Na dodatek na koncertach towarszyszy temu pokaz słynnej, gigantycznej, dmuchanej lali.

Poza tym jednak jest to świetny kawałek ze świetnej płyty. Co robić, jak żyć?

Fiona Sturges broni tej płyty na kilka sposobów. Po pierwsze, jak wynika z wielu wywiadów, muzycy AC/DC nigdy nie traktowali tekstów piosenek przesadnie serio, pisano je na kolanie. Na wokal należy patrzeć jak na jeszcze jeden instrument muzyczny.

Ten argument mnie akurat niespecjalnie przekonuje. Od strony czysto poetyckiej - oceniając jakość rymu i metafor - powiedziałbym, że teksty AC/DC są starannie dopracowane. Lepiej, niż niejednego zespołu progresywnego, co to jest och-ach, ale rymuje „fire” i „desire”.

To dotyczy zwłaszcza tekstów na „Let There Be Rock”, pełnych aluzyjnych nawiązań do historii rockandrolla, często całkiem zgrabnych literacko. Skoro więc autorzy (tradycyjnie podpisani jako trójka, Young/Young/Scott) włożyli trochę wysiłku w zabawę literacką „jak zacytować Chucka Berry”, to trudno uznać, że cała reszta wyszła im ot tak sobie.

Drugi interesujący argument Fiony Sturges jest taki, że w tej piosence (podobnie jak w innych tekstach AC/DC) to właśnie kobieta jest podmiotem, a mężczyzna przedmiotem. W odróżnieniu od innych klasyków rocka, opisujących w swoich tekstach gwałt czy zdradę, seks w tekstach AC/DC jest konsensualny i zwykle kobieta jest stroną inicjującą.

Kimkolwiek jest Rosie (Bon Scott twierdził, że to o prawdziwej kobiecie, ale jestem sceptyczny wobec oralnej historii erotycznych podbojów gwiazd rocka), tekst nie zostawia wątpliwości, że to ona zainicjowała zbliżenie. Podmiot liryczny ewidentnie uważa też, że to do niej należy decyzja, czy i kiedy się zakończy (najbardziej mu się podoba oczywiście to, że „to [his] surprise, Rosie never stops”).

Trzeci argument, pośrednio związany z tym drugim jest taki, że w życiu prywatnym większość muzyków AC/DC prowadziła stateczne, mieszczańskie życie. Wyjątkiem oczywiście byli dwaj autodestrukcyjni „źli chłopcy”, Bon Scott i Phil Rudd.

Rudd jednak za to wyleciał z zespołu, a Scott... no wszyscy wiemy. W każdym razie, Fiona Sturges argumentuje, że AC/DC nadają się nawet na Rozmowy Wychowawcze Z Córką.

Byłem na koncercie AC/DC na Bemowie, widziałem jak Angus Young i Brian Johnson biegają po scenie, równocześnie grając i śpiewając. To ciężko pracujący ludzie, którzy po prostu nie mogą sobie pozwolić na zarwanie nocy na rokendrolowe orgie. Jutro przecież grają kolejny koncert.

W czasach #metoo spoglądamy na dawne hity popkultury innym okiem, ale AC/DC generalnie dobrze znosi próbę czasu. Nawet w ich najbardziej sprośnych piosenkach pojawiają się kluczowe „let me...”, „she wanted...”, „...anything you want...”.

Jesteśmy na antypodach klasycznie seksistowskiego „czerwony jak cegła, muszę ją mieć”. Dla podmiotu lirycznego piosenek AC/DC decydujące jednak jest to, czego chce partnerka.

Będzie mi się teraz słuchało raźniej, skoro Prawdziwa Feministka W Prawdziwej Książce Co To Ją Przeczytałem W Foyles Na Krzywe Ryło, daje okejkę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88