Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Now Playing (170)

W tym muzycznym cyklu często dokonywałem wstydliwych wyznań - ale chyba żadne nie będzie tak wstydliwe, jak to. Wróciłem ostatnio do płyty U2 „Songs of Innocence”.

Nie dość, że słuchanie U2 to obciach, to jeszcze na dodatek właśnie ta płyta była niechcianym prezentem, który Apple wcisnęło swoim użytkownikom nie pytając ich o zdanie. Byliśmy oburzeni. Sam napisałem o tym złośliwy felieton.

Tim Cook i Bono musieli być zdumieni reakcją użytkowników. Widać to było po pośpiesznych i nieporadnych próbach zamaskowania katastrofy pijarowej.

Płyta zapłaciła za to niesprawiedliwie krytycznymi recenzjami. Dopiero z perspektywy czasu zaczęto ją wymieniać wśród najlepszych płyt 2014 (tak przynajmniej twierdzi ciocia Wiki).

Ja byłem w tej sprawie hipokrytą do kwadratu. Tak naprawdę płyta spodobała mi się od pierwszych dźwięków, po prostu celowo odmówiłem polubienia. „The Miracle (Of Joey Ramone)” to bardzo dobre intro na pochwycenie uwagi słuchacza - a potem wchodzi naprawdę dobry kawałek, „Every Breaking Wave”.

Jej zwrotki budowane są wobec metafor typu „każdy X wie, że”. Każdy prezes korporacji wie, że podstawą jego biznesu jest klasa średnia - do której kiedyś może i należał, ale teraz z definicji jest co namniej w wyższej średniej, lub po prostu wyższej.

Co za tym idzie, przetrwanie korporacji zależy od umiejętności wczucia się mentalność jednego z tych szarych ludzików kilka pięter drabiny społecznej pod prezesem. Sekretem sukcesów Steve’a Jobsa była, jak sądzę, mistrzowska umiejętność - Tim Cook zatopi Apple jej brakiem.

Widzę to oczywiście nie tylko w tej kwestii. Mimo bycia prezesem, Jobs wykonywał typowo średnioklasowe czynności w rodzaju robienia prezentacji czy odpisywania na maile. To sprawiało, że rozumiał potrzeby człowieka, który w ten sposób zarabia na życie.

Dlatego od razu widząc produkty takie, jak iPhone czy Keynote wiedziałem, że kiedyś to kupię. Niekoniecznie w wersji 1.0 (jak wiadomo, z zasady takich nie kupuję), ale od razu wiedziałem, po co mi to.

AppleWatch? Tyle po premierze i nadal to jest dla mnie „meh”. Co więcej, nie pamiętam, kiedy w ogóle ostatnio Apple pokazało jakiś nowy produkt, na widok którego zaświeciłyby się mi oczy jak temu żołnierzowi z „Teenagenta”, który mówi „chcętochcętochcęto”.

Mogę sobie wyobrazić te zebrania zarządu w Cupertino, na których panowie (skoro nikt nie pomyślał o monitorowaniu cyklu menstruacyjnego, ewidentnie nie było tam żadnej kobiety) podniecali się przewidywanymi słupkami sprzedaży. Nikt tam nie pomyślał jednak o podstawowym problemie: po jaką cholerę takie coś małemu, szaremu człowieczkowi z klasy średniej?

A przecież to takie człowieczki kupują laptopy i samochody, mieszkania i bilety lotnicze. To od nich zależy przetrwanie praktycznie każdej korporacji - nie może istnieć korporacja obsługująca samych tylko prezesów korporacji.

Mogę też więc sobie wyobrazić te spotkania Bono z Timem Cookiem, pewnie w jakimś klubie golfowym albo na pokładzie osobistego Gulfstreama. Obaj byli przekonani, że małe szare człowieczki ucieszą się z płyty wciśniętej im w prezencie, bo tyle pewnie im się jeszcze kołatało z tyłu głowy - że te ludziki lubią gratisy.

Jasne, że lubią: ale jednocześnie klasa średnia ma obsesję na punkcie pielęgnowania swoich playlist, bo to wizytówka ich kapitału kulturowego. Pewnie całego tego zamieszania można było uniknąć, gdyby zamiast wciśnięcia tego każdemu (push) dali jakąś ikonkę, dzięki której płytę można ściągnać z inicjatywy użytownika (pull).

Ale żeby wpaść na taki pomysł, trzeba rozumieć klasę średnią. Tim Cook jej nie rozumie.
Płyta jest więc całkiej fajna. Ale jeśli ktoś nadal trzyma akcje Apple, jest nierozsądny.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Commedia dell arte

Tradycyjna włoska commedia dell’arte opowiada, jak na drodze do szczęścia młodych ludzi stają vecchi („starcy”). Zwykle są to mizogyniczny erudyta Dottore i zdeprawowany bogacz Pantalone, na szczęście skonfliktowani ze sobą, dzięki czemu na koniec młodzież wygrywa.

Wypisz-wymaluj lewica w wyborach. Niczym podczas weneckiego karnawału, kibicuję młodym ludziom z Partii Razem, życząc porażki „starcom”. A bodaj by się wszyscy zakiwali na amen!

Od kiedy jednak pojawił się w tej komedii zwrot akcji w postaci zarejestrowania dwóch „Zjednoczonych lewic”, muszę przyznać, że przestałem już rozumieć, o co kaman i w'ogle łodafaka. Z radością przeczytałem tekst Rafała Kalukina w najnowszym „Newsweeku”, który próbuje to łopatologicznie wyjaśnić.

Na początku, na końcu i w środku tekstu Kalukin jednak parokrotnie sygnalizuje, że on też nie jest już w tej sprawie niczego pewien na sto procent. Nie wiadomo już, kto tam kogo wkręca, kto komu podstawia nogę i ile jakich list na koniec zarejestrują.

Kalukin próbuje odpowiedzieć przynajmniej na dwa dręczące mnie pytania: (1) skąd szalony pomysł SLD, by podnieść sobie próg wyborczy do 8%, skoro nawet z 5% mogą być problemy? (2) na co liczą Rozenek z Napieralskim, bo przecież nie na zebranie podpisów pod swoją „zjednoczoną lewicą”?

Odpowiedzi Kalukina są mniej więcej takie. Ad. 1: Miller i Palikot liczą na jakiś Tajny Sondaż, który im daje 7-9% pod warunkiem jedności. Ad. 2: Rozenek z Napieralskim liczą na Tajną Broń w postaci związku Sierpień 80, który im zbierze podpisy.

Oczywiście, te odpowiedzi same w sobie też są dziwne. Kalukin jednocześnie pisze, że Rozenek - który parę miesięcy temu zapowiadał chęć utworzenia ugrupowania „a la wczesny Korwin!” - dogaduje się z Petru. Koktajl złożony z Ziętka, Petru, Napieralskiego i Korwina (choćby i wczesnego) byłby chyba jednak niestrawny nawet dla profesora Hartmana?

O Tajnym Sondażu też już parę razy słyszałem, ale to dziwne, że jego wyniku od tego czasu nie potwierdziły jawne sondaże. SLD krąży w nich raczej wokół 4-5% (jeśli pominąć wygłupy typu „ankieta na portalu”).

Ciągle więc czuję się zdezorientowany patrząc na ten korowód weneckich masek. Nie rozumiałem już wielkiego sporu o jedynki: przecież skoro SLD jako jedyny partner koalicji ma ogólnopolską strukturę, to tak czy siak kandydat SLD dostanie najwięcej głosów, nawet jeśli na pierwszym miejscu będzie ktoś od Zielonych czy od Palikota. Po prostu lokalna struktura będzie grać na sukces swojaka.

Pytań mam więcej. Czy Miller wierzy w Tajny Sondaż? Czy Hartman może wśród tych ludzi powstrzymać odruch wymiotny (i jak on to robi, żując imbir?). Czy Palikot ukrywa w zanadrzu kolejnego świńskiego ryja?

Komcionauta Awal czasem tu błyskał zaskakująco daleko idącym poziomem rozkminy meandrów polskiej polityki. Może podzieli się światełkiem wiedzy?

Tak na pewno to wiem tylko jedno. Głosuję na młodych ludzi z Partii Razem dlatego, że nie mają nic wspólnego z tym bagnem. Stracą moje poparcie, jeśli pojawią się na jednej liście wyborczej ze zdeprawowanymi starcami z establishmentu.

środa, 05 sierpnia 2015
Polecam poczytać Miecika

Sezon na słoneczniki” Igora Miecika to pierwsza książka reporterska, jaką czytałem o konflikcie ukraińskim. To może sprawiać, że inne reportaże oceniam stronniczo, bo czasami tak bywa, że bez względu na to, co potem inni pisali o Angoli, najlepszy i tak się wydaje Kapuściński.

Mogę też być stronniczy, bo to autor „Gazety Wyborczej”, ale powiedzmy sobie szczerze, jakie jeszcze gazety zatrudniają bona fide reporterów. Te pojedyncze nazwiska z „Newsweeka” czy „Polityki” to przecież i tak będą moi koledzy z korpo.

Zaliczywszy więc już full disclosure o możliwych konfliktach interesów: polecam poczytać Miecika każdemu, kto szuka książki wyjaśniającej, o co w ogóle chodzi z tą całą Ukrainą. Zaletą tej książki jest to, że narracja nie zaczyna się tam od wczoraj.

Nie jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto patrzy na zrujnowane lotnisko czy zielone ludziki terroryzujące małe miasteczko i zastanawia się, jak mogło do tego dojść. Odwrotnie: jest pisana z punktu widzenia kogoś, kto obserwował te mechanizmy od dawna i nie zaskoczyło go to, że w końcu wymknęły się spod kontroli.

Matka Miecika miała dwie siostry. Wszystkie przyszły na świat w Donbasie, ale jedna wyrosła na Rosjankę, druga na Ukrainkę. Matka zaś dostała zezwolenie na przeniesienie się do PRL; stąd Miecik.

Gdy czytam o tych przerażających miejscach typu Słowiańsk czy Kramatorsk, nie mogę się powstrzymać przed pytaniem, dlaczego tam w ogóle ktoś mieszka. Czy czytam powieść Serhija Żadana czy jakiś polski reportaż, wyobrażam sobie te miejsca jako piekło, z którego warto uciekać na każdy sposób.

Chyba już lepiej pracować na czarno w Polsce niż na legalu w Doniecku. W Polsce słabo, ale jednak płacą, w Doniecku od lat pensja jest pojęciem abstrakcyjnym.

Miecik wyjaśnia to dwojako. Po pierwsze: owszem, znaczna część uciekła. Jego książka ma strukturę wyprawy do jądra ciemności, miasteczka Konstantynówka, przedstawionego tu jako typowe wyludnione miasto-widmo Donbasu.

W dzieciństwie Miecik jeździł tam na wakacje, do babci. Wtedy Konstantynówka wydawała mu się całkiem normalna. Przed wyjazdem mama dała mu klucze do mieszkania po swojej siostrze. Nadaje to całej książce ciekawą, osobistą kompozycję: narrator jedzie przez wojenną Ukrainę w poszukiwaniu własnych korzeni. A skąd jego rodzina wzięła się w Donbasie? A no właśnie stąd, że nikt tam nie chciał mieszkać.

Jego dziadek do 1941 cieszył się dostatnim, inteligenckim życiem jako dyrektor szkoły w Kałudze. Zmobilizowany na początku Barbarossy, dostał się do niemieckiej niewoli.

Uwolniono go, ale w stalinizmie samo dostanie się do niewoli traktowano jak zdradę. Dziadka skierowano do oddziału karnego, został ciężko ranny. Po wojnie w swojej dawnej szkole mógł pracować już tylko jako woźny.

Chyba że... chyba że zgodziłby się przyjąć pracę w jednym z tych miejsc, w których nikt nie chce mieszkać. Workuta, Norylsk, Donbas?

Do wyboru, do koloru (skażeń w powietrza). Dziadek wybrał Konstantynowkę, której kolorem są rdzawe związki żelaza z okołokopalnianych hałd. I stąd cel podróży Miecika.

Nie jechał przez Ukrainę jako dziennikarz z Polski. Przeważnie ukrywał tożsamość. Jako osoba praktycznie dwujęzyczna, udawał „swojego”, który długo przebywał w Rosji i dlatego podłapał dziwny akcent.

Przez to jego książka jest wyjątkowo interesująca, bo pokazuje Ukrainę nie jako kraj egzotyczny i niepojęty, tylko przeciwnie, jako aż nadto zrozumiały. U nich wszystko było prawie takie jak u nas, tylko proporcje inne.

Mamy w Polsce tendencję do retoryki typu „Polska w ruinie”. Sam miewam do tego skłonność - może nie napiszę czegoś w stylu „rządzą nami aferzyści”, ale pewnie zalajkuję coś takiego na fejsie.

Z reportaży Miecika wyłania się obraz kraju bardzo podobnego do naszego, który jednak po prostu w klasie politycznej miał więcej Sławków Nowaków, a mniej Mazowieckich. W biznesie miał więcej prywatyzacyjnych oligarchów i czyścicieli kamienic, a mniej entrepreneurów budujących firmę od zera.

Polska w „Psach” Pasikowskiego wygląda jak Ukraina. Ćwierć wieku temu w przyszłość spoglądaliśmy ze strachem.

Mój ulubiony przykład to wizje Polski w XXI wieku z ówczesnej fantastyki. Od Sapkowskiego po Ziemkiewicza wyglądało to bardzo podobnie: lej po bombie, powtórka z września, powtórka z rozbiorów.

Że nie staliśmy się Ukrainą, to nie brzmi jak jakieś wielkie osiągnięcie. Tego się nie da wyryć na spiżowym pomniku. Ale jednak książka Miecika zmusza, by to docenić. Było całkiem blisko...

środa, 22 lipca 2015
W Polsce czyli w Finlandii

Finlandia to ciekawy kraj do rozważenia w sporach o model nordycki. Rozwala nie tylko typowe kontrargumenty typu „bo oni mają ropę, bo oni byli neutralni”, ale też pozornie rozsądniejsze „u nas nie ma takiego zaufania do instytucji, bo zabory”.

Finlandia nie miała własnego państwa do ok. 1918 roku. Zaraz mi wyskoczy jakiś wikierudyta z dokładną datą, więc od razu wyjaśnię, że niepodległość ogłoszono w warunkach wojny domowej z udziałem obcych wojsk.

Moim zdaniem, o niepodległości można mówić od zakończenia ewakuacji niemieckiego kontyngentu (grudzień 1918), ale o niepodległym państwie dopiero od pierwszych powojennych wyborów (marzec 1919), które ugruntowały ustrój republikański. Wbrew planom prawicy i regenta Mannerheima (który się nigdy nawet nie nauczył fińskiego).

Pod względem „zaufania do instytucji” Finlandia w 1918 roku startowała z gorszego poziomu niż Polska. U nas też Niemcy próbowali wprowadzić regencję z księciem Kakowskim i księdzem Lubomirskim, ale obu zdrajców naród potraktował zasłużonym kopenwdupenem.

Nie poparła ich nawet prawica, która zawarła historyczny kompromis z lewicą. Polacy zachowali także jedność podczas wojny bolszewickiej.

W Finlandii natomiast lewica i prawica zaczęły od wzajemnego mordowania się - i wołania obcych wojsk o wsparcie. To dopiero brak zaufania do własnego państwa!

Finlandia od zarania dziejów była zapyziałą prowincją odległej metropolii - Kopenhagi, Sztokholmu czy Petersburga. Rządy w tych stolicach nakładały cła i embarga na handel z innymi państwami, a Finlandia korzystała z tego, że była najtrudniejszym do upilnowania odcinkiem granicy.

Lokalsi potrafili przejść nocą przez bagna albo nawigować wśród mielizn, których bała się flota królewska. Żeby zrozumieć Finów trzeba pamiętać, że to jest społeczeństwo wolnych chłopów, którym od lat rząd zabrania pić alkoholu - a oni gdzieś w puszczy mają ukrytą odpowiednią aparaturkę i rząd im dużo może.

Polakom zrozumieć Finów jest stosunkowo łatwo, bo Finlandia jest taką bizarro Polską. Często robili co innego a kończyli tak samo jak my, albo odwrotnie.

Pod rosyjski zabór weszliśmy na przykład prawie jednocześnie, ale w dramatycznie innej sytuacji. My w znacznie lepszej! Na starcie mieliśmy konstytucję i formalną niepodległość z pisemnymi jej gwarancjami.

Finom car Aleksander dał tylko ustną obietnicę, że może kiedyś. Przez dalsze lata Polacy systematycznie pogarszali swoją sytuację przy pomocy powstań, a Finowie poprawiali przy pomocy uprzejmego lobbowania w Peterburku.

Na jedno wyszło. Każdy sąsiad Rosji dobre wie (albo zaraz się dowie), że czy masz od nich ustną obietnicę czy pisemne gwarancje, odin khui.

Mikołaj II był stukniętym despotą, który podarł te papiery. Polacy nienawidzili go tak samo jak poprzedników, ale Finowie byli autentycznie zaskoczeni.

Określają jego panowanie mianem „ucisku” (sortokausi) i dzielą to nawet na „ucisk pierwszy” i „ucisk drugi”. W 1905 car miał inne problemy na głowie i na chwilę dał Finom pieredyszkę.

W ramach pieredyszki w 1907 w Finlandii odbyły się pierwsze pięcioprzymiotnikowe wybory na świecie. Wygrali je socjaldemokraci (po raz pierwszy na świecie).

Car powiedział „paszli won” i rozwiązał parlament. Drugie wybory też wygrali socjaldemokraci. Tym razem usłyszeli „paszli won” już na inauguracyjnej sesji parlamentu. Echo szyderczego rechotu z priwiślańskiego kraju niosło się nad Zatoką Botnicką.

W okresie międzywojennym fińscy socjaldemokraci byli w sytuacji trochę podobnej do PPS. Zwalczani przez prawicowe bojówki za rzekomy kryptobolszewizm, jednocześnie bronili demokracji przed stalinistami. W efekcie walczyli na dwa fronty i mimo wyborczej popularności, przeważnie byli w opozycji.

Stalin w końcu zaatakował w 1939. Moja ulubiona statystyka z tej wojny jest taka, że Ruscy stracili 3500 czołgów, ponad połowę wystawionych. Finowie stracili 30 - prawie wszystkie jakie mieli. Cue in: Sabaton.

Po wojnie Finlandii, jako sojusznikowi państwo Osi, groził los Rumunii czy Bułgarii. Udało jej się jednak iść drogą „finlandyzacji”.

I znowu nasza historia jest rewersem ich historii. Na Zachodzie tego określenia używano pejoratywnie. My im zazdrościliśmy.

Podstawą finlandyzacji był upokarzający traktat o wzajemnej pomocy (YYA/VSB), który m.in. zobowiązywał Finlandę do stanięcia po stronie ZSRR w razie trzeciej światówki. USA z kolei infiltrowały Finlandię budując struktury, gotowe sabotować ten traktat.

Lewica przypłaciła to trwałym rozłamem na frakcję antyradziecką i antyamerykańską. I w konsekwencji - polityczną marginalizacją.

Finlandia jest więc o tyle ciekawym przykładem do naszych rozważań, że modelu nordyckiego nie wprowadzili tam socjaldemokraci, tylko człowiek, który był uosobieniem polityki finlandyzacji: Urho Kekkonen, który rządził Finlandią jako premier i prezydent przez 32 lata (1950-1982).

Formalnie pochodził z Partii Agrarnej, ale swoje nieustanne reelekcje zawdzięczał głównie poparciu Moskwy. Ta przez wiele lat żądała politycznego izolowania socjaldemokratów, bo byli bardziej antykomunistyczni od prawicy.

Fiński model nordycki budowano więc innymi metodami, wychodząc z innego punktu wyjścia - a jednak skończyło się bardzo podobnie. To ciekawy przyczynek do naszych rozważań z serii „czy da się tak w Polsce”.

Czasem na tym blogasku pojawiają się dyskusje, co w modelu nordyckim wynika z czego: kapitał społeczny i zaufanie do instytucji z państwa opiekuńczego, czy odwrotnie. Co było pierwsze, kura czy jajko?

Finom udało się problem braku drobiu i nabiału rozwiązać budując od zera kurnik po prostu na wzór tego, co mają sąsiedzi.

piątek, 17 lipca 2015
Warsiaski ring

obwodnice

W lipcu nie będzie rankingu od czapy, bo zamiast niego napracowałem się nad infografiką. Wiem, że blogasek ma wiernych fanów mojego talentu plastycznego - radujcie się!

Mapa przedstawia schemat warszawskiego węzła drogowego. Grubą linią odkreśliłem drogi bezkolizyjne, cienką kreską tradycyjne drogi krajowe z kolizyjnymi skrzyżowaniami.

Czarny kolor - drogi, które już są. Czerwony - drogi, które są w budowie, albo mają papierologię na tyle zaawansowaną, że da się podać jakąś orientacyjną datę. Szary - drogi, które mają być, ale cholera jedna wie kiedy.

Do dróg bezkolizyjnych zaliczyłem także te, które formalnie nie mają statusu ekspresówki, ale jednak główny potok ruchu nie jest tam przerywany przez skrzyżowania. Stąd dwie wewnętrzne grube krechy, symbolizujące Prasę Trymasa i wylotową część Alei Jerozolimskich.

Pominąłem bezkolizyjne trasy, których znaczenie na razie jest czysto wewnętrzne. Planowaną trasę NS pokazałem jako kikut - bo moim zdaniem, o ile należy ją dociągnąć do Alei Jerozolimskich, cała nie jest potrzebna. Tranzyt niech se obwodnicą jedzie.

Dla uproszczenia obwodnicę narysowałem jako kółko, choć tak naprawdę przypomina raczej równoległobok. Wylotówki ograniczyłem tylko do tych, które mają status dróg krajowych, czyli poza tymi najważniejszymi dałem jeszcze Puławską (bo to DK79 na Sandomierz) i trasę, którą automobilista jechałby w stronę Wolnego Miasta Gdańsk w roku 1939, niegdysiejszy główny szlak do Prus - dziś skromną DK61.

Nie miałem siły się już bawić z drogami do Konstancina czy Truskawia. Nigdy nie będą bardziej przelotowe, niż są teraz - i słusznie.

W tym roku niestety niewiele przybyło nowych dróg na wakacje, ale jednak warsiaskim kierowcom doszło parę kilometrów, które mogą im oszczędzić dobrą godzinę. To bezkolizyjna wylotówka S8, pozwalająca ominąć mordercze korki w Raszynie i Jankach.

To druga bezkolizyjna wylotówka w historii miasta. Poprzednią - A2 z węzła Konotopa - otwarto w 2012.
Przez ten czas warsiaski kierowca skazany był na desperackie kombo A2/DK50/S8, jeśli wyjeżdżał z miasta w godzinach szczytu. To był ciężki absurd, że nawet jadąc do Krakowa wyjeżdżało się na Poznań, ale jeszcze większym absurdem było stanie w korkach na Alei Krakowskiej.

To już za nami. Trudno powiedzieć, jak bardzo odciąży to Aleję Krakowską oraz samą A2 - która niedługo stanie się płatna i jednocześnie dojdzie jej darmowa konkurencja w postaci biegnącej w miarę równolegle S8.

Ale jednak moja typowa trasa wakacyjna w pierwszych latach istnienia tego blogaska wyglądała tak: Wisłostradą do Trasy Prymasa, tam stojący korek zwykle już zaczynał się od Obozowej, więc desperacki myk w Czorsztyńską i próba jazdy równolegle do trasy, przez Deotymy i Elekcyjną.

Oczywiście, do trasy trzeba było wreszcie wrócić, bo nie było (i do dzisiaj nie ma) innego przejazdu przez tory. Następny to do dzisiaj Dźwigowa, czyli Włochy, ale nie te, do których jechałem.

Do trasy włączałem się tylnym wjazdem od Ordona. Potem trzeba było swoje odstać w korku do skrzyżowania z Alejami. Nareszcie Aleje! Już się trochę rozpędzam i... zonk. Korek do skrzyżowania z Łopuszańską, też się czasem zaczynający przed torami.

Łopuszańska to lewoskręt, więc tak czy siak, horror. Ileś tam zmian świateł, w które wreszcie się jakoś wbijam, cudem unikając czołówki z tirem z naprzeciwka, który też ma zielone. Potem stoję na światłach na Łopuszańskiej, potem stojący korek do zjazdy w Krakowską.

Teraz już tylko odstać swoje na Alei Krakowskiej przez Raszyn i Janki i nareszcie utęskniona gierkówka. Skręcamy na Katowice, opisane oczywiście jako Wrocław.

Dzisiaj nawet gdybym chciał nostalgicznie powtórzyć tę samą trasę, już i tak będzie lepiej. Po pierwsze - obwodnica odciążyła Prymasa. Po drugie - udrożniono Aleje, a skrzyżowanie z Łopuszańską jest już dwupoziomowe.

A po trzecie - po co wam Łopuszańska, wystarcza dobry łącznik z obwodnicą. Łącznik już jest i bezkolizyjnie (nie stoimy na żadnym skrzyżowaniu) dowozi nas dziś od Dworca Zachodniego do węzła Opacz na S2. Tyle, że do dzisiaj ten węzeł był czynny na 3/4. Nie można nim obwodnicy przejechać na durch.

Wieczorem otworzą dalszy ciąg. Miniem Janki, miniem Raszyn, będziem na gierkówce. Gdzieś pod koniec roku dojdzie kolejny łącznik, do (nieekspresowego) wylotu na Kraków przez Radom.

Następnym bezkolizyjnym wylotem będzie obwodnica Marek, która przy okazji podłączy do Lizbony Wyszków - a zaraz potem Białystok. Potem dopiero wschodnia część południowej obwodnicy, razem z węzłem Lubelska (który pewnie przemianują na Warszawa Wschód), z którego ekspresowo wylecimy sobie na Lublin i Mińsk Mazowiecki. Ale to raczej 2020.

wtorek, 14 lipca 2015
Kurica nie ptica

Przepraszam, że znów o polityce, ale muszę wyrazić radość z dalekowzrocznej decyzji partii Razem o niewchodzeniu w rozmowy koalicyjne z SLD. Dopiero bym miał teraz zgryz patrząc na listę wyborczą, na której owszem, widniałby ktoś inteligentny i sympatyczny - ale za to na jedynkach straszyli Miller, Czarzasty, Wenderlich czy Joński.

Ta lista i tak przepadnie. Próg wyborczy dla koalicji to 8%. SLD miał o włos więcej w poprzednich wyborach parlamentarnych (8,2%). Troszkę lepiej poszło w 2014 - 8,8% w samorządowych (sejmiki) i 9,4% w eurowyborach, ale w prezydenckich katastrofa: 2,4%. Tendencja się z tego rysuje nieciekawa.

Przeciwnikiem tej koalicji nie jestem z powodów idealistycznych (jestem za stary na idealizm) tylko zimno pragmatycznych. Formuła „szerokie jednoczenie lewicy pod egidą OPZZ” nie jest dla SLD niczym nowym. Zawsze tak szli do wyborów.

Ćwierć wieku temu na gruzach PZPR powstała partia SdRP, która jednak nigdy nie startowała w wyborach samodzielnie. W pierwszych wyborach parlamentarnych wiele ugrupowan tworzyło niby-koalicje, w których główny podmiot otaczał wianuszek przystawek, np. Zjednoczenie Chrześcijańsko Narodowe startowało jako Wyborcza Akcja Katolicka.

SdRP zawiązało Sojusz Lewicy Demokratycznej, koalicję kilkudziesięciu podmiotów, w tym oczywiście OPZZ. Dopiero w 1999 koalicja formalnie przekształciła się w partię.

To nie miało większego znaczenia. Dla kogo to właściwie było istotne, że Danuta Waniek czy Jerzy Szmajdziński nie reprezentowali partii, tylko jakieś przystawkowe stowarzyszenie?

Jako partia SLD stworzyło kolejną koalicję, tym razem z Unią Pracy. Potem jeszcze z efemeryczną Partią Demokratyczną, by teraz z kolei uroczyście ogłosić jednoczenie lewicy z resztówkami po Palikocie. Jak zwykle pod patronatem OPZZ.

Kiedy sam byłem młodym idealistą, staliśmy przed dramatyczną decyzją o starcie PPS na listach SLD. Byłem za, bo przemawiał do mnie pragmatyczny argument, że warto mieć w Sejmie choć przez jedną kadencję Ikonowicza czy Miżejewskiego. I dalej uważam, że było warto.

Tylko że wtedy SLD jeszcze mogło wielkodusznie odpalić mniejszemu podmiotowi kilka mandatów, skoro samo zdobyło ich 171. Teraz jeśli nawet jakimś cudem prześliźnie przez próg, to prawdopodobnie będzie mieć wynik porównywalny do tego z 2011.

To oznacza, że w niektórych okręgach mandatu nie dostanie żadnego. W innych zaś dostanie tylko jeden. Taka jest logika ordynacji, niezbyt litościwej dla ugrupowania numer cztery czy pięć.

Bądźmy szczery: ten jeden mandat dostanie Znana Japa Z Telewizji. Cała reszta będzie tyrać na reelekcję celebryty, a po wieczorze wyborczym zostanie w sali, żeby posprzątać konfetti, gdy celebryta pojedzie do telewizji.

Mali koalicjanci zapłacą za to unicestwieniem swojego ugrupowania, bo jeszcze nikt nie przetrwał koalicji z SLD. PPS (1993), Unia Pracy (2001), Partia Demokratyczna (2007): wszyscy po tym wypadali z gry. Czy to się opłaca? Zwłaszcza za friko?

Żeby jeszcze lewicowy wyborca miał jakiś cień powodu, by się przejmować przetrwaniem SLD czy Palikota. Ale poza ogólnym hasłem „jerum jerum, Sejm bez lewicy” - czy mamy czego żałować? Czy zdarzyło się wam przez ostatnie lata spojrzeć z dumą na Iwińskiego albo Ryfińskiego i pomyśleć „jak to dobrze, że ci ludzie są w Sejmie?”

Ja nic takiego nie kojarzę, choć oczywiście zapraszam do odświeżania mi pamięci w komentarzach. Skoro nie było się z czego cieszyć, to i nie będzie czego żałować.

Nie obchodzi mnie, czy ta koalicyjna lista przekroczy 8% czy nie. Sejm z Millerem i Palikotem będzie dla mnie taki sam jak Sejm bez Millera i Palikota. Kurica nie ptica, SLD nie lewica.

Natomiast dla partii Razem - oby zebrała podpisy! - to będzie okazja do budowy struktur przed następnymi wyborami. Coś mi mówi, że będą wcześniej niż by to wynikało z kalendarza, bo Sejmy zdominowane przez prawicę są przeważnie niestabilne (Sejm I i VI kadencji wytrwały po 2 lata, Sejm III kadencji wytrwał do końca, bo koalicja AWS i UW rozpadła się po 3 latach, więc wybrano roczną agonię zamiast wyborów przedterminowych - co nie było dobrym pomysłem, ale to dygresja).

Jeśli Razem ma w tych następnych odegrać istotną rolę - teraz musi startować samodzielnie. Choćby miało dostać tylko jeden procent, będzie w nim także i mój głos.

wtorek, 30 czerwca 2015
Fejkowe ejtisy

A w czerwcowym rankingu od czapy - muzyka w miarę współczesna, ale silnie stylizowana na lata osiemdziesiąte. Bo też i nie ma nic milszego sercu starszego pana po czterdziestce, niż tamte klimaty.

Elektroniczna perkusja! Wysilone linie basowe! Solówki klawiszowe grane jednym paluszkiem! Charyzmatyczny wokalista miotający się w przedziwny sposób na estradzie! Och, jak głęboko to wmłotkowano w naszą podświadomość!

Na topie rankingu oczywiście Future Islands. Ich „Spirit” zasłyszany w radiu sprawił, że przypomniałem sobie, jak bardzo kocham tę estetykę.

Gdy próbowałem zarazić swoim entuzjastycznym „panowie, kurwa, to genialne!” duet Świąder/Sankowski, spotkałem się z lodowatym „a widziałeś ich występ u Kimmela”. Po czym padło słowo, na które odbezpieczam rewolwer - „postironiczność”.

Dla starszego pana #po40 rewolwer jest metaforą karty kredytowej, więc kupiłem sobie całą płytę Future Islands głownie Świąderowi i Sankowskiego na złość. Może oni mają procent od wqrwiani? No mniejsza.

Jak macie kliknąć tylko w jedną jutubkę z trzech tu zamieszczonych, kliknijcie w tą. Choć nie mam procentu.

Ale tak naprawdę cała ta moda zaczęła się od duetu autoKratz. Och, jak ja oszalałem z zachwytu, kiedy pierwszy raz usłyszałem ich „Always More!”. I wiem, nagrali też piosenkę z Peterem Hookiem, żeby było jeszcze bardziej ejtisowo - ale z ejtistami jest jak z najntisami.
Tak naprawdę to nikt nie chce wracać do tego syfu. Nostalgia wystarcza.

„Broken Bells” to tajny projekt kolesia, który jako Danger Mouse zapoczątkował w 2004 scenę mashupową, miksując czarny album Jay-Z z białym albumem Beatlesów, tworząc słynny „Szary Album”. Lipszycoidy argumentowali wtedy, że korporacje będą prześladować ludzi robiących nielegalne remiksy.

Oczywiście, to się nigdy nie wydarzyło. Po sukcesie „Szarego Albumu” Danger Mouse był zaparaszany do miksowania przebojowych płyt Gorillaz i Gnarls Barkley. Wydawanych, oczywiście, przez korporacyjne wytwórnie. Bo tylko taki bunt nam został: kupić płytę od korporacji na złość korporacjom, które chcą okradać muzyków przez serwisy streamingowe.

środa, 24 czerwca 2015
Eine kleine Chichrenfreude

Nie lubię pisać na blogu o polityce, ale zbliżające się przesilenie na lewicy trochę na mnie tę tematykę wymusza. Milczenie przecież też czasem bywa komentarzem, tu akurat takim, na jakim nie mam ochoty.

Nie ukrywam, że panikę polityków z mainstreamowej tzw. lewicy obserwuję z maleńkim Chichrenfreude. W tych wyborach z polskiej mapy politycznej znikną ostatnie resztki po Ruchu Palikota i niewykluczone, że poza Sejmem (a więc zapewne i poza polityką) wyląduje SLD.

Nie będę płakać po tych partiach. Od bardzo dawna żadna z nich nie zrobiła niczego, co by sprawiło, że bym zawołał „ach, jakie to szczęście, że w Sejmie jest SLD/Palikot”.

Jest wiele spraw, w których chciałbym usłyszeć głos lewicowych polityków. Pisany pod dyktando korporacji traktat TTIP (a przedtem ACTA). Korporacyjne i indywidualne kanty podatkowe. Śmieciówki. Komercjalizacja edukacji i służby zdrowia. Degresywność składki na ZUS. Bezzębność Inspekcji Pracy.

Kojarzycie z ostatnich lat jakieś działania polityków z SLD czy Palikota w tych kwestiach? Zapraszam do odpowiedzi w komentarzach. Możliwe, że ja tego nie kojarzę tylko z powodu mojej ogólnej politycznej apatii. Po prostu dawno już straciłem nadzieję, że któryś z 460 darmozjadów w Sejmie (i 100 w Senacie) poruszy jakąś istotną dla mnie kwestię. Więc przestałem ich słuchać.

Czasem skacząc po kanałach wpadnę na jakiś tzw. program publicystyczny z serii „ja panu nie przerywałem”. Chwilę popatrzę na nich wszystkich z jednakową dezaprobatą.

Nikt tam nie jest „mój”, nikomu nie kibicuję, z nikim nie chciałbym pójść na kawę (nie mówiąc już o piwie). Sprawy, którymi się zajmują, ja mam serdecznie gdzieś - np. pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej może se stanąć, może se nie stanąć, w sumie wisimito.

A nawet jeśli sprawy są istotne i dla mnie, to nie spodziewam się po nikim z tego towarzycha odkrywczych myśli. Serio, co polski polityk może ciekawego powiedzieć o Putinie? Nawet jeśli się będę z nim zgadzać, to przecież wiem, że poczęstuje mnie tymi samymi banałami, które znajdę gdzie indziej.

To jest najczęstszy błąd polskich elit - przekonanie, że mają jakiś spontaniczne poparcie. Że gdy grupka felietonistów ogłosi „zakładamy partię, przyłączcie się do nas”, ktoś faktycznie się przyłączy. Że kiedy partia wystawi w wyborach kogoś o wyglądzie i inteligencji lalki Barbie, elektorat karnie zagłosuje. Że ktoś ich w ogóle lubi albo szanuje.

I później to zdziwienie - że nie przyszli. Nie przyłączyli się. Nie zagłosowali. Nie chcą się jednoczyć.

Projekt partii „Razem” podoba mi się właśnie dlatego, że to już nie jest to zgrane towarzycho z pyskusji u Olejnik i Rymanowskiego. Automatycznie stracę zainteresowanie, jeśli tam się pojawią „znane twarze”, bo w polityce mam tak, że jeśli jakiegoś polityka znam - to go nie lubię.

Niewielki kredyt zaufania mogę mieć rzeczywiście do Barbary Nowackiej, ale tylko dlatego, że nic o niej nie wiem. O jej istnieniu dowiedziałem się pół roku temu, kiedy parę osób żałowało, że nie została wspólną kandydatką lewicy na prezydenta. Ale i ona wydaje mi się podejrzana o tyle, że jeśli ktoś mógł serio wiązać jakieś polityczne nadzieje z Palikotem, to, hmmm, niezbyt dobrze o nim świadczy.

I nie mówcie znowu „kto mógł przewidzieć”. Ja mogłem, to te wszystkie doktory i profesory nie mogły?

Cieszę się, że partia Razem nie dała się wciągnąć w pułapkę pt. „wspólna lista lewicy”. Bez względu na to, jak się to będzie nazywało - to i tak będzie oznaczało wchłonięcie pozostałych podmiotów przez SLD.

Sama nazwa „Sojusz Lewicy Demokratycznej” jest echem po tym, że Socjaldemokracja RP (tak brzmiała nazwa przemalowanej PZPR w latach 1989-1999) zawiązała w 1991 szeroką koalicję. Yep, też pod egidą OPZZ.

Podmioty z tej koalicji zostały wchłonięte do SLD lub przepadły. Zagładą współpraca z SLD kończyła się też dla późniejszych koalicjantów, Unii Pracy i Partii Demokratycznej.

I nawet byłbym za, gdybym w tym widział jakieś korzyści taktyczne. W czasach idealistycznej młodości popierałem wejście PPS na listy SLD, bo owszem, uważam, że warto było dla tych kilku mandatów. Nie chodzi mi o pryncypialne potępienie SLD za nieprawe pochodzenie.

Ale teraz nie będzie już nawet korzyści taktycznej. Cała ta „wspólna lista” i tak nie przekroczy 8% (przypominam, że próg dla koalicji jest wyższy niż dla partii startujących samodzielnie - które obowiązuje niższe 5%).

W tej sytuacji wolę zagłosować na Razem, choćby mieli dostać tylko 2%. To będzie wstęp do budowania struktury, która wejdzie do Sejmu za 4 lata. Zniknięcia z telewizyjnych pyskówek dawnych polityków SLD i Palikota nawet nie zauważę, bo i tak rzadko oglądam.

poniedziałek, 15 czerwca 2015
Państwo jak korporacja

Nowoczesna.pl for the win

Na marginesie rozmowy z Marcinem Celińskim z „Liberte” u Cezarego Łasiczki odniosę się na blogu do popularnego w dyskursie liberalnym hasła, żeby państwo było zarządzane sprawnie jak korporacja. Taki pomysł podobał się mojemu rozmówcy, ale widywałem go wcześniej w różnych miejscach.

Korporacje mogą się kojarzyć ze sprawnym działaniem tylko tym, którzy obserwują je z zewnątrz. Jeśli ktoś jest kontrprzykładem, tzn. zgadza się z Celińskim, ale przepracował parę lat w jakimś korpo, naprawdę chętnie przeczytam jego komentarz.

Od środka korporacja wygląda jak jeden wielki pierdolnik, w którym nic nie działa tak, jak powinno. Świetnie opisuje to popkultura, od komiksów o Dilbercie, przez „Avatar”, po powieść Mitchella „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” (o najstarszej korporacji świata, Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej).

Wolę się odwoływać do obrazów popkulturowych, bo oczywiście nie będę opowiadać anegdot z własnego doświadczenia. Ale popularność tych utworów wśród męczenników openspejsa doprawdy nie bierze się z naszego przekonania, że „Dilbert” jest oderwany od życia.

Inherentną wewnętrzną niesprawność strukturalną korporacji ilustruje to, co nazywam metaforycznie „korpo-fu”, a wy wszyscy to znacie, bracia i siostry w kubikach, a może i macie na to jakąś fajniejszą nazwę (poproszę!). To pakiet doświadczeń, niezbędnych do openspejsowego survivalu.

Ile go trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto zobaczy bezradność nowicjusza, który coś usiłuje załatwić zgodnie z procedurami. Czekaj tatka latka! Korpo-fu polega na wiedzy, do kogo się zgłosić, żeby te procedury przyśpieszyć.

Będę wdzięczny PT komcionautom za wskazanie jakiejś książkowej analizy tego zjawiska, bo fascynuje mnie prywatnie, ale nigdy poważniej go nie badałem. Korporacje wymyślają sobie wewnętrzne struktury - piony, działy, segmenty - i teoretycznie uczestniczą w tym jacyś zawodowcy od zarządzania.

A jednak to, co ci zawodowcy wymyślą, natychmiast okazuje się niesprawne. Korporacja próbująca działać zgodnie z wewnętrznymi procedurami i regulaminami nie przetrwa jednego dnia. To wszystko nie wali się tylko dzięki temu, że pracownicy tworzą między sobą nieformalne sieci powiązań, działające w poprzek oficjalnych struktur i często wbrew oficjalnym procedurom.

Oczywiście, w końcu i tak się wszystko wali. Chyba jeszcze żadna korporacja nie przetrwała więcej niż 200 lat. Majątek upadłej VOC znacjonalizowano w 1796, ale potem z kolei upadło państwo, które dokonało nacjonalizacji, więc trudno podać konkretną końcową datę.

Łatwiej znajdziemy państwo, które - mimo wszystkich problemów - zachowuje ciągłość organizacyjną przez więcej niż 200 lat. Dlatego nie wierzę w ogólną wyższość organizacyjną korporacji nad państwem.

Nie wierzę też w propozycje szczegółowe. Marcin Celiński w tej rozmowie przytoczył przykład banków, które sprawnie potrafią zorganizować bankowość online - a tymczasem państwo nie umie zorganizować wyborów online.

Celiński mógł znaleźć lepszą chwilę na rzucenie taką tezą, niż dni żenującej wtopy Plus Banku. Ale nie w tym tkwi problem.

Bank ma pełne prawo skupiać się tylko na tych klientach, z którymi wiąże nadzieję na zarobek - i zlewać pozostałych ciepłym parabolicznym. Państwo nie.

Państwo nie może się kierować wyłącznie rachunkiem ekonomicznym. Są obywatele, do których państwo będzie wyłącznie dopłacać (nieuleczalnie chory, nieresocjalizowalny przestępca). Mają takie same prawa jak reszta, państwu nie wolno ich wykluczać.

Korporacje potrafią tak naprawdę tylko jedno: maksymalizować zysk udziałowców. Nawet z tym bywa krucho, ale cała reszta dla korporacji jest produktem ubocznym. Z państwem jest odwrotnie, najważniejsze dla niego jest to, czego nie da się łatwo wyrazić ekonomicznie.

Celiński w radiu argumentował, że państwo można uznać w takim razie za szczególny przypadek korporacji, która nie kieruje się zyskiem, tylko dobrem obywateli. To dla mnie rozumowanie na zasadzie „wagon kolejowy to szczególny przypadek otwieracza do piwa” (wszak można kapsel odbić od bufora).

Skoro podobieństw jest mniej niż różnic, darujmy sobie przerabianie otwieracza na wagon. Ja chcę państwa sprawnego jak nordycka socjaldemokracja, a nie sprawnego inaczej jak Plus Bank.

niedziela, 31 maja 2015
Hibernatus

Na kongresie partii „Razem” wpadłem w małą dygresję, którą tu rozwinę jako majowy ranking od czapy. Wbrew popularnej opinii uważam, że wcale nie żyjemy w czasach przyśpieszonego rozwoju. Odwrotnie, uważam, że żyjemy w czasach stagnacji.

Ranking poświęcę więc technologiom, które mają wpływ na nasze życie - a które mają mniej więcej tyle lat, co ja. Czyli dużo.
Unix
To dotyczy nawet naszej najulubieńszej technologii cyfrowej. Wbrew pozorom, zasady działania iPhone’a byłoby łatwo wytłumaczyć komuś, kto w 1969 roku trzymał rękę na pulsie ówczesnych nowinek technicznych (czyli np. Lemowi - stąd w ogóle moja fascynacja tym tematem).

Powiedziałbym, że iPhone w środku ma mikroprocesor, takie coś, co założony w 1968 roku Intel próbuje już zrobić, mieszcząc architekturę PDP-11 na układzie scalonym (wymyślonym przez Bell Labs). Pracuje pod kontrolą systemu UNIX (też wymyślonego przez Bell Labs), na który nałożono GUI taki, jak w 1968 pokazał Douglas Englebart - tylko nie z myszką (której używamy do obsługi większych komputerów), ale z ekranem dotykowym, tak jak ówczesne „pióro świetlne”.

Internet? Tak, to ta sama sieć, co ją właśnie DARPA uruchamia w Kalifornii. Tyle, że działa na telefonach komórkowych, których prototyp (oraz „radiotelefony”) też zna

Hibernatusa z 1969 trochę by zdziwiło „gorilla glass” i bateria litowa, ale nie ma tu nic, czego by się nie dało mu wytłumaczyć odwołując się do znanych mu pojęć. Przeciwnie, myślę, że byłby rozczarowany, jak daleko temu do startrekowego komunikatora.
Audi
A gdybym owego przybysza z 1969 zabrał do typowego samochodu z 2015, na przykład do volkswagena passata, nic by go pod maską nie zdziwiło. Powiedziałbym mu, że to wersja rozwojowa doskonale znanego mu Audi 80, z podobnymi rozwiązaniami: silnik i napęd z przodu, chłodzenie cieczą, wtrysk i elektroniczny zapłon.

I znów, z kolei hibernatus z 1919 w roku 1969 mało co by rozpoznał pod maską ówczesnego Audi 80. Szukałby gaźnika, stalowych linek obsługujących hamulce, mechanicznego zapłonu. Powodzenia w tłumaczeniu mu pojęcia „elektroniczny”!
747
Zabrałbym go oczywiście w jakąś dalszą podróż. Ale by się zdziwił, gdybyśmy nadal lecieli doskonale mu znanym z jego epoki Boeingiem 747!

W Dreamlinerze może i by się chwilę bawił ściemnianiem okienka, ale szybko by zaczął narzekać - to już cały postęp? Nie udało się skrócić czasu podróży ani zmienić nic z innych rzeczy ważnych dla pasażera, tylko zamiast rolety jest przyciemniacz ciekłokrystaliczny (tak, będzie wiedział, co to).

A gdzie loty naddźwiękowe? Gdzie Concorde? Ze wstydem będziemy mu tłumaczyć, że już nie lata. Szybko nas oskarży, że wstrzymaliśmy postęp. I będzie miał rację.

Za jego czasów państwo brało korporacje za mordę i wymuszało na nich szukanie nowych technologii. Dlatego wtedy AT&T wymyślało układy scalone, UNIX i język C. Dziś wymyśla innowacyjne taryfy.

Podobnie linie lotnicze. Po co im innowacyjność, skoro kasę mają w optymalizowaniu siatek połączeń - co jest bezpośrednim skutkiem deregulacji lotów pasażerskich?

Korporacje nie przywrócą postępu technicznego. To może zrobić tylko państwo, jeśli wróci do roli regulatora-dzierżymordy, którą pełniło w latach 60.

Fot. Wikipedia - (1) Peter Hammer, (2) Subarufreak, (3) Eduard Marmet, CC-BY-SA

niedziela, 17 maja 2015
Oldskulowe Razem

Z wszystkich nowych inicjatyw lewicowych najbardziej podoba mi się partia „Razem”. Nie tylko dlatego przyjąłem ich zaproszenie na dyskusję - kiedy Platforma mnie zaprasza, też przecież nie odrzucam.

Jak to nazywa Edwin Bendyk, jestem kogniwojażerem. Rozwożę idee. W polityce moją centralną ideą jest przywiązanie do oldskulowej socjaldemokracji.

Od 1989 w Polsce nie było liczącej się partii o takim programie. Unia Pracy za czasów Bugaja powoływała się na „społeczną naukę papieża”. SLD od swojego początku aż do tegorocznego końca żonglowało pojęciami typu „nowa lewica” czy „trzecia droga”.

Staroświecka socjaldemokracja nie w smak też środowisku „Krytyki Politycznej”, zielonym czy aktywistom miejskim. Są oczywiście zacne wyjątki, ale zwykle nie są się w stanie przebić na etapie głosowania dokumentów programowych.

Że socjaldemokracja jest dziś czymś przestarzałym i niepotrzebnym, z tym - mam wrażenie - zgodzi się większość liderów opinii na lewicy. Jan Kapela i Krzysztof Nawratek, Jan Hartman i Jan Sowa, Katarzyna Bratkowska i Magdalena Środa. Będą się oczywiście różnić w odpowiedziach „co zamiast tego”, ale połączy ich wspólne chóralne „meh” wobec tradycyjnej polityki socjaldemokratycznej.

Zdefiniuję ją na użytek niniejszej blogonotki następująco. Gospodarka wolnorynkowa, ale z silną obecnością państwa jako regulatora i inwestora w tych gałęziach gospodarki, których nie można puścić na rynkowy żywioł. Przemysł jako główna gospodarcza lokomotywa. Ostra progresja podatkowa, służąca nie tylko maksymalizacji wpływów, ale także wypłaszczaniu nierówności.

I co najważniejsze: polityka gospodarcza zmierzająca do jak największego zatrudnienia na pełnoprawnych etatach. To dla socjaldemokraty priorytet, przebijający inne kryteria gospodarcze (np. wzrost czy inflację).

Argumenty przeciw odwołują się zwykle do tezy, że w naszych czasach już się tak nie da. Bo etaty nie wrócą, bo przemysł jest niepotrzebny, bo ekonomia dzielenia, bo drukarki 3D, bo globalizacja.

Nie wierzę w to wszystko z powodów, które już wielokrotnie wyjaśniałem na tym blogasku i w poważniejszej publicystyce. Najlepiej żyje się w krajach, których polityka gospodarcza jest w miarę zbliżona do powyżej zakreślonego socjaldemokratycznego ideału (albo po prostu jest socjaldemokratyczna).

Nie chodzi mi przy tym o etykietki. Jeśli taką politykę prowadził Adenauer czy Eisenhower (a rzeczywiście w Niemczech CDU doprowadziło do mistrzostwa politykę zapędzania SPD do narożnika ciosami z lewej mańki), to niech to się nazywa chadecją czy konserwatyzmem. W wyimaginowanej drugiej turze, w której taki socjaldemokratyczny chadek spotkałby się z aktywistą miejskim od kooperatyw płacących alterkami - zagłosuję na chadeka.

To nawet nie o to chodzi, że jestem wrogiem takich inicjatyw. Nie chciałbym ich zakazywać (poza oczywistymi przypadkami typu „kontrola z sanepidu stwierdziła nieprawidłowości”). Po prostu nie wierzę, że mogą być rozwiązaniem realnych problemów społecznych.

W komuny, poliamorie, squaty i guerilla gardening może się bawić garstka młodzieży w wielkim mieście. Większość z tego wyrośnie, bo dla rodziny z dziećmi priorytetem są bezpieczeństwo i stabilizacja.

„Razem” w Polsce robi wrażenie ugrupowania bardzo radykalnego po prostu dlatego, że w Polsce program gospodarczy Adenauera czy Eisenhowera robiłby wrażenie skrajnie lewicowego. Tak naprawdę jednak większość ich propozycji przetestowano z pozytywnym skutkiem w Danii, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Japonii, RFN czy nawet USA.

Czy ówczesne rozwiązania da się powtórzyć w dzisiejszej Polsce, to jest kwestia do dyskusji. Może nie wszystkie, może nie całkiem tak samo. Ale chciałbym móc chociaż jako obywatel w wyborach poprzeć partię, która przynajmniej chce dążyć w tym kierunku.

Mam już powyżej uszu „trzecich dróg”, „nowych lewic”, „inicjatyw alternatywnych” i „nowych centrów”. Marzę o oldskulu.

niedziela, 10 maja 2015
Optymizm Petera Thiela

Peter Thiel, choć i tak uważam go (i jemu podobnych) za chciwego socjopatę, powiedział w zeszłym roku coś, z czym się w gruncie rzeczy zgadzam. Poskarżył się na brak porządnego science-fiction o podboju kosmosu - zamiast tego, mamy jedną za drugą dystopię o ponurej przyszłości, którą nam zgotuje dyktatura Petera Thiela (i jemu podobnych).

Zgadzam się z tymi dystopiami. Uważam, że przyszłość będzie wyglądać jak w powieściach „Ready Player One” i „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna”. Ale bez względu na to, co myślę o przyszłości - brakuje mi oldskulowo optymistycznej science-fiction.

Dlatego „Marsjanin” Andy’ego Weira to była dla mnie miłość od pierwszej strony. Tam jest wszystko to, czego mi od tak dawna brakuje.

To jakby z „Instersellara” i „Grawitacji” wyciąć pieprzenie o miłości i osobistych problemach bohaterów - co tam dręczyło tą całą Bullock? trauma po rozwodzie? trauma po porodzie? hudefakkejrs! - a zostawić tylko śluzy, skafandry i ogólną poezję zawartą w słowach typu „Roger that, mission control, activating manual override”.

Jeśli ktoś jakimś cudem nigdy o tej powieści nie słyszał, blurbowe podsumowanie: Mark Watney uczestniczy w trzeciej załogowej wyprawie na Marsa. Wyprawę przerwał wypadek.

Podczas burzy piaskowej Watney został uznany za zmarłego, reszta zaś ewakuowała się w trybie awaryjnym. Watney musi znaleźć sposób na przeżycie - a sytuacja wygląda tym bardziej beznadziejnie, że na Ziemi nikt nie wie, że przeżył.

Autor podobno włożył dużo wysiłku w to, żeby powieść była maksymalnie realistyczna od strony naukowej. Jeśli są jakieś nieścisłości, są poza moim obszarem kompetencji, więc mnie kupił (może ktoś z komcionautów coś wynorał?).

Jest oczywiście jedna fundamentalna nielogiczność, która mnie walnęła na samym początku, gdy bohater tęskni do rodziny - ofkors! - i wzdycha, że „dałby wszystko, żeby móc ją powiadomić, że żyje”. Następny akapit zarotuję ze względu na spojlery.

„Hxłnqnw xnzvravr zbefrz, mvą” - bq enmh cbzlśynłrz ceml grw fpravr. Cbgrz obungre j xbńph anjvąmhwr łąpmabść m mvrzvą v qbcvreb m Ubhfgba qbjvnqhwr fvę, żr pnłl pmnf tb bofrejhwą. Qbcvreb jgrql mnpmlan hxłnqnć xnzvravr zbefrz. Zrfmhtr!

Poza tym oczywiście nie wierzę w żadną załogową wyprawę na Marsa. Gdy Ameryka zaczynała program Apollo, górna stawka podatku dochodowego wynosiła 91%. Nic dziwnego, że mieli z czego budować autostrady i rakiety kosmiczne.

Teraz górna stawka to 39.6%. To nie wystarczy nawet na bieżące remontowanie tych autostrad, które zbudował Eisenhower. Wszystko po to, żeby Peter Thiel sobie mógł kupić fafnasty odrzutowiec. Jak tęskno za dawną glorią NASA, niech się wysmarka w studolarówki.

Główny bohater jest postacią nieznośnie stereotypową, takim typowym all-american hero o kwadratowej szczęce. Zdecydowanie bliżej Kirka niż Picarda. W filmie ma go grać Matt Damon i już mi się robi niedobrze na myśl, jak Damon zinterpretuje niektóre teksty Watneya, które brzmią czerstwo nawet na papierze.

Wszyscy w NASA są nieznośnie stereotypowymi nerdami, z wyjątkiem rzeczniczki prasowej, która z kolei ciągle teatralnie wzdycha, że otaczają ją same nerdy. To już prowadzi do nieintencjonalnego komizmu.

W NASA jeden z pomysłów na uratowanie Watneya zyskuje nazwę kodową „Projekt Elrond”. Rzeczniczce oczywiście ta nazwa nic nie mówi, a gdy jej to ktoś wyjaśni, woła, że „nikt z was nie miał dziewczyny w liceum”.

„Władca Pierścieni” jako sekretna kultura nerdowska, znana tylko nielicznym w tajemniczonym i gwarantująca, że licealista nie getnie lajda? Andy Weir spędził ostatnie 30 lat w śpiączce? Witamy na planecie Ziemia, gdy kina robią walentynkowe promocje „Władcy Pierścieni”, „Gwiezdnych wojen” i „Star Treka”.

Nawet ten running joke o „nerdach z NASA” jestem gotów autorowi wybaczyć, bo można go odebrać jako właśnie nawiązanie do kultury geekowskiej sprzed 30 lat, kiedy jeszcze była czymś fajnym. A nie mizogyniczną walką z „etyką w dziennikarstwie growym”.

Ta manifestacyjna oldskulowość powieści prowadzi do paradoksalnego skutku. Pustynny Mars wydaje się gościnniejszą planetą niż Ziemia, bo przynajmniej gdy człowiekowi grozi śmierć głodowa na Marsie, to jest wielki dramat i cały świat się bardzo przejmuje. A na Ziemi to business as usual, przecież fafnasty odrzutowiec Thiela sam się nie sfinansuje.

piątek, 01 maja 2015
Rewolucja z drukarki 3D

Jan Sowa swojej książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” porusza mój ulubiony temat druku 3D. Nie mogę się do tego nie odnieść.

„Nie chcę wchodzić zbytnio w szczegóły techniczne, nie są one bowiem istotne. Interesuje mnie rola tego typu urządzeń w kształtowaniu nowej konfiguracji sił wytwórczych” - pisze Sowa.

Sformułowania typu „nie chcę wchodzić w szczegóły” zwykle oznaczają „nie chciało mi się tego sprawdzić”. Gdyby Sowa dokładniej obadał temat, wychodząc poza portalowe michałki z serii „wydrukowali pistolet!”, prysnęłyby jego mrzonki o „nowej konfiguracji”.

„W połączeniu ze skanerem przestrzennym drukarka 3D pozwala stworzyć bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” - ekscytuje się Sowa i twierdzi, że dzięki takim drukarkom można wytwarzać „przedmioty oraz maszyny, które do tej pory mogły powstawać wyłącznie w produkcji wielkoprzemysłowej”.

Technologię pozwalającą stworzyć „bardzo dokładną kopię niemal każdego przedmiotu” ludzkość zna od dobrych kilkuset lat i nie wymaga ona „produkcji wielkoprzemysłowej”. Nazywa się to „odlewem”.

Większość portalowych michałków o druku 3D - że pistolet, że części zamienne, że „proteza za sto pięćdziesiąt dolarów - można zrobić narzędziami znanymi od dziesięcioleci. Odlew, wtrysk, obróbka skrawaniem.

Portaloza nie kieruje się merytoryczną wartością niusa, tylko klikalnością. Drukarki 3D są klikalne jak majtki Dody czy bitcoiny.

Sowa pisze, że drukarka 3D - ponieważ można na niej „wydrukować” części do zrobienia innej drukarki 3D - jest czymś nowym jako „urządzenia zdolne do samoreplikacji”. Otóż tak samo jest z tradycyjną obrabiarką. Na czym je robią w fabryce obrabiarek? Na obrabiarkach!

Problem w tym, że gdyby dać Sowie w prezencie komplet części do złożenia obrabiarki czy drukarki 3D, nic z tego nie wyjdzie. Proszę, oto losowa instrukcja montażu z serwisu RepRap. Powodzenia!

O ile pojęcie „obróbka skrawaniem” zdradza, że mówimy o czymś, co wymaga kierunkowego wykształcenia, „drukarka 3D” ewokuje wizję urządzenia przyjaznego użytkownikowi. Ściągamy sobie z internetu plik z przepisem na „ekspres do kawy” albo „pistolet”, klikamy na „drukuj” - i gotowa maszyna wychodzi z podajnika.

Niestety, to tak nie działa. Niedawno portal lubujący się w takich michałkach postanowił przetestować drukarkę 3D. Swoją drogą to zabawne, ze po paru latach trzaskania tekstów o cudowności tej technologii, dopiero teraz to sprawdzili w praktyce.

„W ciągu najbliższych dni opublikujemy serię tekstów poświęconych drukowi 3D” - obiecała autorka „Teraz drukujemy Pałac Kultury. Jutro - królika z czekolady!”. Nie było serii, nie było „królika z czekolady”.

Nawet Pałac Kultury był nieudany („drukarka musiała się w pewnym momencie pogubić na tych niewielkich elementach”). A próby „druku” z czekolady były tak nieudane, że ne nadawały się na artykuł. Autorka tylko wrzuciła na fejsa smutne zdjęcie bezkształtnej brei z tekstem „Jak na razie drukowanie czekoladą wygląda przygnębiająco. Zapewne coś robimy źle”.

Dlatego tak mnie bawią nadzieje Sowy, że drukarki 3D zrewolucjonizują Trzeci Świat. „Nam, uprzywilejowanym mieszkańcom tej planety, kupującym potrzebne urządzenia po prostu w sklepie” - twierdzi - nie przychodzi do głowy, jak wielkie znaczenie będzie tam mieć „możliwość wydruowania części zamiennych, na przykład do pompy wodnej”.

Otóż ta możliwość jest już teraz. Te części zamienne przeważnie prościej i taniej jest wyprodukować na tokarce czy wtryskarce.

Dziwne, że Sowa nie pamięta, że ćwierć wieku temu sam żył w taim kraju. W PRL potrzebnych urządzeń „nie można było kupić w sklepie”, nie mówiąc już o materiałach eksploatacyjnych. Problem przetrwał niestety do lat 90.

Nie było drukarek 3D, a jednak kombinowaliśmy z dorabianiem części zamiennych. Sam 20 lat temu montowałem nadkole odlane z fiberglasu (bo było znacznie tańsze od oryginalnego elementu, „wyprodukowanego przemysłowo”). Na wsi powszechnym widokiem były przedziwne wehikuły-samoróbki.

Sowa sobie wyobraża fabrykę jako miejsce magiczne, gdzie w cudowny sposób pojawiają się przedmioty, które dopiero od niedawna - dzięki magii druku 3D - można otrzymywać chałupniczo. Po marksiście oczekiwałbym więcej zrozumienia dla procesu produkcji.

Prawie wszystko, co można produkować przemysłowo - można też produkować rzemieślniczo. Wyjątki są nieliczne i ani jeden nie pojawia się w tekście Sowy - nie jest to ani pistolet, ani proteza, ani „część do pompy”.

Tylko że chałupniczo zrobiony samochód będzie kosztować tyle, co Ferrari. Dlatego tak się opłaca robić tylko Ferrari.

Złudne są nadzieje, że drukarki 3D zdemokratyzują produkcję. Prawie wszystko w ten sposób wyjdzie drożej (znów, są nieliczne wyjątki, ale nie te, o których pisze Sowa). Pistolet i część do pompy lepiej będzie wyprodukować na klasycznej obrabiarce.

W PRL musieliśmy tak kompinować, bo czas pracy wykwalifikowanego pracownika wyceniano na okrągłe zero rubla transferowego. Wtedy kardiochirurg sam musiał układać posadzkę w klinice, którą kierował.

Rewolucja polegająca na rzemieślniczej - chałupniczej produkcji części zamiennych już się wydarzyła. Polską klasę średnią tworzyli ludzie, którzy tak dokonali pierwotnej akumulacji kapitału. Facet z wtryskarką, warsztat z tokarką, szwagier ze spawarką. Pan Zdzisiu od ogłoszenia drobnego „AAAAAby fachowca”.

Znam ich. To moi sąsiedzi z warsiaskich suburbiów. Ale nie tylko dlatego uważam, że Sowa powinien się im bliżej przyjrzeć. Wyjaśni mu to kilka rzeczy: między innymi to, dlaczego klasa średnia nie głosuje na lewicę oraz skąd prawicowy hejt na lemingi (które z punktu widzenia pana Zdzisia są bezpowrotnie utraconą klientelą, bo z królestwa szpachli skoczyli do królestwa nówkosztukowości).

Co będzie, gdyby do Burkina Faso przywieźć drukarkę 3D, żeby zapoczątkować wymarzoną przez Sowę rewolucję? To samo, co gdyby supernowoczesny kombajn dać w prezencie PGR-owi.

Nawet jeśli znajdzie się ktoś dość kompetentny, by to w końcu uruchomić, zabawa się skończy gdy się wyczerpią materiały eksploatacyjne: sznurek w przypadku kombajnu, filament w przypadku drukarki 3D. Prisajzli bikoz tam nie można będzie tego po prostu „kupić w sklepie”.

Czy kiedyś pojawią się drukarki 3D, działające zaraz po wyjęciu z pudełka, nadające się do obsługi przez laika? Wątpię. Gdzie mówimy o produkcji fizycznie istniejących przedmiotów, pojawiają się problemy takie jak kalibracja czy konserwacja.

To, co można „wydrukować” na drukarkach 3D skierowanych na rynek konsumencki, „wpada w kategorię <<pierdółki>>”, jak zauważyła cytowana autorka. Drukarki o większych możliwościach są z kolei kosmicznie drogie (podobnie zresztą jest z tradycyjnymi obrabiarkami - co innego tokarka w warsztacie w technikum, co innego instalowana na zamówienie w fabryce).

Portaloza zwykle dodaje przy tym „ale na pewno coś wynajdą i będzie taniej i lepiej”. To naiwne rozumowanie, odwołujące się do założenia, że każdej technologii towarzyszy nieustanny, wykładniczy wzrost - jak w przypadku „prawa Moore’a”.

Tak naprawdę to „prawo Moore’a” jest anomalią (zresztą ta anomalia na naszych oczach właśnie się kończy). W drukarkach 2D od kilkunastu lat nie ma już istotnego postępu.

I to jest typowa sytuacja: każda technologia w końcu wali o szklany sufit, który wyznaczają prawa fizyki. I za sto lat nie zrobią silnika spalinowego o wydajności większej niż pozwala prawo Carnota.

Ledwie polska lewica zajarzyła jaką ściemą są twitterowe rewolucje i demokracja na facebooku, już goni za kolejną mrzonką tego typu. Jakbyśmy ciągle marzyli, że Krzemowa Dolina rozwiąże nasze problemy ze zbieraniem podpisów w wyborach.

Revolution? There’s no app for that. And never will be.

piątek, 24 kwietnia 2015
Dowcip o buldogu

W liceum usłyszałem dowcip o buldogu, który jest śmieszniejszy, kiedy się go opowiada niż kiedy się go opisuje, bo śmieszność zależy od aktorskiej inwencji wkładanej w wypowiedzi buldoga (trzeba robić buldogowatą minę i mówić jak Marlon Brando w „Ojcu chrzestnym”). Ale nawet wtedy nie jest jakoś bardzo śmieszny, bo to dowcip z kategorii „skeczów męczących”.

Tych, którzy go znają, namawiam do przeskoczenia do markera „[Ha, ha, ha!]”, którym zaznaczyłem w notce koniec żartu. Tych, którzy nie znają, namawiam prawdę mówiąc do tego samego, bo jak zaznaczyłem, nie jest to najśmieszniejszy dowcip świata.

Otóż przychodzi facet na wyścigi psów i zastanawia się, na którego postawić. Nagle zaczepia go buldog i mówi: postaw pan na mnie.

Facet jest zielony, ale tyle wie, że psy wyścigowe nazywają się charty. Mają odpowiednią budowę ciała i w’ogle.

Ale buldog namawia dalej. „Uwierz mi pan, jestem psem całe życie. Pies nie wygrywa przez budowę ciała. No powiedz pan, widziałeś pan kiedyś przegranego buldoga?”.

Facet dalej ma wątpliwości. Skoro tak, to czemu wszyscy stawiają na charty? „No właśnie”, odpowiada buldog, „dlatego za moją wygraną bukmacherzy będą płacić z tysiąckrotnym przebiciem. Rób pan co chcesz, ale potem pan będziesz do końca życia wspominać zmarnowanie życiowej okazji”.

Facet sprawdza notowania - faktycznie, jeden do tysiąca. Mnoży sobie to przez zawartość portfela, zera mu się zajączkują pod czaszką. Podejmuje decyzję. Wpłaca wszystko na buldoga.

Bomba idzie w górę - czy co tam idzie w górę na wyścigach psów - charty wyskakują i pędzą, well, jak charty. Buldog biegnie nieśpiesznym truchcikiem.

Buldog, no co ty, wyprzedzili cię, gazu! - woła facet. Buldog się odwraca i leniwie mówi, „spoko spoko, zobaczysz pan, co się będzie działo pod metą”.

Pierwsze miejsce, drugie miejsce, trzecie miejsce... charty skończyły bieg. Po parunastu minutach leniwie do mety dobiega buldog.

Facet się piekli. „Buldog, ty świnio, zrujnowałeś mnie!”.

A buldog na to „Naprawdę nie mam pojęcia, co się stało - do samego końca byłem przekonany, że wygram!”.

To już niestety puenta. Uprzedzałem.

[Ha, ha, ha!]

Ten dowcip mi się cały czas przypomina, gdy śledzę kampanię wyborczą doktor Ogórkowej. Gdy napisałem na blogasku, że to się skończy łomotem, kilku komcionautów protestowało. Niektórzy snuli nawet wizje Ogórek w drugiej turze.

A w drugiej turze z Komorowskim rzeczywiście wygrać mógłby każdy, kto nie będzie z PiS. Jedyną zaletą Komorowskiego jest niebycie z PiS. I to mu wystarczy do reelekcji zresztą (zwłaszcza, jeśli Macierewicz odkryje jeszcze kilka wybuchów).

Ale skąd te nadzieje na sukces Ogórek? Ano stąd, że Leszek Miller jest jak buldog z tego dowcipu.
Ludzie ciągle uważają go za skutecznego polityka. Wiadomo, on się tak umie cynicznie uśmiechnąć, a osoba, która się tak uśmiecha, wydaje się być takim polskim Frankiem Underwoodem, co to z ukrycia pociąga za wszytkie sznurki.

Działacze SLD ciągle mu pamiętają, że pod przewodnictwem Millera SLD zgarnęło 40% głosów w wyborach do Sejmu. No to teraz zgarnie 4% i Miller zaliczy kolejne w swoim życiu „sztandar wyprowadzić”.

Tymczasem po wyborczym sukcesie sprzed kilkunastu lat lat Miller zachowywał się jak coś w rodzaju króla Midasa. Czego się dotknął, to się w coś zamieniało. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że to coś zdecydowanie nie pachnie jak złoto, no ale nikt nie jest doskonały.

Od afery Rywina aż po doktor Ogórkową, Miller popełnia wyłącznie błędy polityczne. Najwytrwalsi zwolennicy oczywiście wszystko mu wybaczą i do wszystkiego dorobią jakieś uzasadnienie, że dobrze powiedział o Putinie i dobrze powiedział o więzieniach CIA i dobrze powiedział o swoim starcie z listy Samoobrony... fanatyczni zwolennicy Kaczyńskiego też tak samo uzasadniają jego błędne decyzje.

Facet, który postawił na buldoga, robił sobie jeszcze jakieś złudzenia nawet parę minut po wyścigu. Komizm tego żartu polega na tym, że czekamy, że nastąpi jakiś zwrot akcji - dopiero po chwili sobie uświadamy, że puenta już padła.

W takiej samej sytuacji jest teraz SLD. Puenta już była, było nią wskazanie tak groteskowej kandydatki. Ha, ha, ha!

środa, 22 kwietnia 2015
Miasto wśród pól kapusty

Warsiaska wiocha

W niniejszej blogonotce raz na zawsze wyjaśnimy, dlaczego w Warszawie jest brzydko. Popularne wyjaśnienia - że zniszczenia wojenne, że komunizm, że Kongresówka - nie przekonują mnie.
Warszawa nie była jedynym zniszczonym czy jedynym porosyjskim miastem, a jednak docenianie jej specyficznej, mehemm, urody wymaga nawet od największego lokalnego patrioty sporej dawki turpizmu. Trzeba ją polubić razem z jej ogólną szpetotą.

Moim zdaniem, klucz do wyjaśnienia zawiera się w dwóch datach: 1916 i 1951. Odpowiadają im na załączonej mapce dwa koncentryczne kręgi, które nieporadnie zaznaczyłem na obszarze dzisiejszej Warszawy z Google Maps (nie cały mi się zmieścił, a przecież te kręgi i tak są na jego tle takie malutkie!).

To daty nagłego poszerzenia granic Warszawy. Dwukrotnie w XX wieku miasto powiększono bardziej niż o dwakroć.

Za każdym razem powiększenia dokonywano nagle, bez długich konsultacji społecznych, jakim to dzisiaj towarzyszy. Robiły to władze pozbawione choćby pozorów demokratycznego mandatu - najpierw niemieckie władze podczas tej mniej znanej (bo mniej krwawej) okupacji niemieckiej z pierwszej wojny światowej, potem władze stalinowskie.

W efekcie dzisiejsza Warszawa ma powierzchnię pięciokrotnie większą od Paryża, przy mniejszej o rząd wielkości gęstości zaludnienia. Znaczna część terenu Warszawy to do dzisiaj wygwizdów, nieużytki i ogólne zadupie.

Nic w tym dziwnego. Poszerzanie granic w 1916 i w 1951 nie polegało na przyłączaniu przedmieść. Przyłączano wsie i łejstlendsy.

Teksty o „nowych osiedlach na polu kapusty” są o tyle głupie, że to nie jest nowy fenomen. Te wszystkie „stare Bielany”, „stare Żoliborze”, „stare Ochoty”, „stare Sadyby” i „stare Mokotowy”, na których dzisiaj nieruchomości rzadko schodzą poniżej dyszki za metr, to były właśnie takie nowe osiedla wyrastające na polu kapusty (lub czegoś innego) na wiejskich terenach przyłączonych do Warszawy po 1916.

Żeby było śmieszniej, gdy dokonywano poszerzenia granic w 1951, jeszcze ciągle nie udało się zabudować wszystkiego co przyłączono w 1916. Różowymi plamami zaznaczyłem tereny, które w 1951 nadal miały charakter wiejski (lub były puszczonym bez opieki nieużytkiem). Te wszystkie „stare Żoliborze” ciągle otoczone były wtedy np. zdziczałymi sadami (nazwa osiedla „Sady Żoliborskie” zdradza nam, że tego osiedla nie zbudowano na dawnej gotyckiej tkance miejskiej).

Bodajże ostatnią wsią warszawską (tzn. położoną w granicach sprzed 1951) były Szopy Polskie. Właściwie już przestały istnieć (choć ciągle jeszcze stoi kilka reliktowych budynków, oraz zostało parę hektarów nieużytków między Wilanowską a Sobieskiego).

Jeszcze parę lat temu była tam regularna wieś, taka z porannym pianiem koguta i krowami spędzonymi z pastwiska. Od tej wsi nazwę wzięła stacja kolejki Grójeckiej „Szopy Polskie”, która dziś jest stacją metra „Wilanowska”.

Do niedawna granicę z 1951 roku instynktownie wyczuwał warsiaski kierowca, bo objawiała się bardzo namacalnie tym, że jedziemy sobie szeroką aleją typu Kasprowicza, a tu nagle ZONK! i droga się gwałtownie zwęża albo wręcz urywa w polu (jak Broniewskiego, którą pół wieku temu wybudowano prowizorycznie, w półprofilu i tylko do starej granicy... a w tym mieście najtrwalsza jest prowizorka).

Zwężenie na Kasprowicza wyeliminowano dosłownie w ostatnich miesiącach. Przebudowa Wołoskiej to eliminacja kolejnego reliktu dawnej granicy.

Dlatego niemądre wydają mi się też narzekania, że Białołękę zabudowali prywatni deweloperzy, którzy nie mają prawa oczekiwać od miasta dobudowania dróg. A co jeśli odwrotność jest prawdą i miasto jednak po prostu powinno wybudować (po sześciu faken dekadach!) sieć drogową adekwatną do granic z 1951? I nie ma co mieć pretensji do deweloperów, że wznoszą osiedla w administracyjnych granicach miasta?

W czasach studenckich zaciekle jak żeglarze szukający Przejścia Północnego próbowałem odnaleźć rowerowe połączenie Bielany - Ochota (a dokładniej Chomiczówka - Wydział Chemii UW). Bez powodzenia, wybudowano je dopiero w najnowszych czasach wraz z modernizacją Prasy Trymasa.

Do niedawna infrastruktura drogowa w Warszawie rozwijała się głównie wzdłuż dziewiętnastowiecznych wylotówek na Zakroczym, na Kraków, na Poznań, na Piaseczno. Te wszystkie „stare Bielany” i „stare Ochoty” miały więc połączenie z centrum, ale nie ze sobą nawzajem.

Dopiero teraz Warszawa kończy budowę infrastruktury drogowej integrującej nowe dzielnice. Ekstrapolacja sugeruje, że powinien nas najechać Putin, żeby władze okupacyjne mogły przyłączyć do Warszawy Czosnów, Otwock i Sochaczew, albo coś równie od czapy jak kiedyś Powsin czy Białołękę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79