Ekskursje w dyskursie
piątek, 23 stycznia 2015
Recepta dla Kopacz

W roku 1951 Konrad Adenauer przeprowadził w Niemczech ustawę, która jego partii zapewniła kilkanaście lat stabilnej większości (a i obecna polityczna potęga Angeli Merkel coś może jej zawdzięczać). O tym, jak bardzo przegięty w prawo jest polski system polityczny najlepiej świadczy to, że w Polsce coś takiego zaproponować można najwyżej na niszowym blogasku lewicowego dziennikarza.

Choć, nawiasem mówiąc, dla Platformy zaproponowanie podobnego rozwiązania byłoby szansą na ucieczkę do przodu przed jesiennymi wyborami. Mogłaby odzyskać inicjatywę strategiczną po porażce negocjacji z górnikami, rozwiązać problem nadchodzącej konfrontacji ze związkami i ośmieszyć opozycję.

Ustawa zatytułowana była z charakterystyczną teutońską lekkością pióra: „Gesetz über die Mitbestimmung der Arbeitnehmer in den Aufsichtsräten und Vorständen der Unternehmen des Bergbaus und der Eisen und Stahl erzeugenden Industrie”. Dla przyjaciół - Montanmitbestimmunggesetz, czyli Ustawa o współzarządzaniu w przemyśle ciężkim.

Zgodnie z nią, w radach nadzorczych przedsiębiorstw w przemyśle ciężkim wprowadzono parytet między przedstawicielami kapitału a przedstawicielami pracowników. Przysługuje im też wpływ na obsadę przynajmniej jednego stanowiska w zarządzie firmy (tzw. Arbeitsdirektor).

Później „mitbestimmung” rozszerzano o inne branże i inne formy pracowniczej partycypacji (dziś dotyczy to wszystkich firm zatrudniających więcej niż 500 pracowników). Jeśli nasz kapitalizm wygląda tak radykalnie inaczej od niemieckiego, to wynika także z tego, że tam z miejsca pracy radykalnie wyeliminowano 64 lata temu „folwarczny model zarządzania”, który do dziś jest ostoją Rzeczpospolitej.

Nie wiem, czy do państwa już dotarła radykalność niemieckiej reformy z 1951. Pracownicy w radzie nadzorczej! Ich przedstawiciel w zarządzie spółki! O tempora, o mores, o szajse, z jakiej partii był ten Adenauer, z Trockistowsko-Maoistycznego Frontu Jakiegoś Straszliwego Lewactwa?

Christlich Demokratische Union, meine Damen und Herren. To właśnie dlatego SPD bardzo długo nie było w stanie sformułować atrakcyjnej wyborczej kontroferty i nie potrafi do dzisiaj. Jeśli klasa robotnicza kojarzy największą zdobycz stulecia z chadekami, komu potrzebni są socjaldemokraci?

W Polsce takie rozwiązanie wydaje się czymś z jakiejś odległej, egzotycznej krainy - choć od kraju, w którym doskonale się sprawdza, oddzielają nas dwie niezbyt szerokie rzeki.

U nas neoliberalny publicysta powiedziałby zapewne, że gdyby pracowników dopuścić do współzarządzania zakładem, to rozkradną, przepiją i zrujnują. Ale tak naprawdę nie musi nawwet tego mówić, bo to temat, o którym w ogóle u nas nikt nie mówi, ani prawica, ani lewica.

Nie ma co o to pytać pana Leszka, pani Madzi czy pana Rysia (nie mówiąc o panu Januszku). Nie ma co też poruszać tego tematu wśród uczestników seminarium o znaczeniu fallusa w „Ecrits” Lacana - w przewodniku Krytyki Politycznej „Partycypacja” współzarządzaniu poświęcono jeden malutki rozdzialik (pióra Jarosława Urbańskiego).

Żeby było zabawnie, o pozytywnych doświadczeniach niemieckich dużo mówiono w okresie pierwszej „Solidarności”, bo to pasowało do wizji „rzeczpospolitej samorządnej”. Po 1989 osamotnionym propagatorem takich rozwiązań był Jacek Kuroń.

Z jego inicjatywy przeprowadzono „Pakt o przedsiębiorstwie”, który teoretycznie upodmiatawiał pracowników. Praktycznie jednak służył przede wszystkim ułatwieniu prywatyzacji, która u nas niemal zawsze kończyła się ubezwłasnowolnieniem pracowników.

Proponując takie rozwiązanie, Platforma mogłaby przed kolizją ze związkowcami uciec do przodu. Zamiast się zderzyć, dodać gazu, niczym w wypasionym BMW. Bo to przecież nie jest tak, że w Niemczech związki są słabe: wprost przeciwnie!

Ale związki, których reprezentanci uczestniczą we współzarządzaniu przedsiębiorstwem oraz ubiegają się w zakładzie o głosy wszystkich pracowników (w tym także niezrzeszonych) - po prostu działają inaczej. Patrząc na Niemcy powiedziałbym: z pożytkiem dla wszystkich.

W Polsce sami zbudowaliśmy sobie model kapitalizmu konfrontacyjnego. Zarząd korporacji ma gdzieś swoich pracowników, pracownicy mają gdzieś lamborghini prezesa. Każdy ma tyle, ile wyszarpie dla siebie, nikt nie myśli w dalekosiężnym interesie spółki.

Można inaczej. Co więcej, zmieniając ten stan rzeczy, Platforma mogłaby znokautować PiS i SLD tak samo, jak Adenauer znokautował nimi SPD. Oczywiście wiem, że nikt nikogo nie znokautuje, ale na niszowym blogasku pogdybać mi chyba wolno.

poniedziałek, 12 stycznia 2015
Mizeria

Jak wiadomo, prognozy są rzeczą ryzykowną, zwłaszcza gdy dotyczą przyszłości, ale nie mogę się powstrzymać przed jedną przepowiednią: dewastującej klęski pani Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich. Wróćmy do tej notki po wyborach, serdecznie zapraszam do nabijania się z mojej prognozy, jeśli okaże się nietrafna.

Pesymista to człowiek, który się cieszy, kiedy nie miał racji. Gdyby pani Ogórek udało się ustrzelić dwucyfrowy wynik i zagrozić duopolowi PO-PiS, taką będę miał z tego radochę, że wstyd za nietrafioną przepowiednię tego mi nie zepsuje.

Doprecyzuję ją, żeby łatwiej było szydzić: nie chodzi mi o to, że kandydatka SLD po prostu nie przejdzie do drugiej tury. Pod świetlanym kierownictwem Napieralskiego i Millera przywyczailiśmy się, że SLD to partia drugiej kategorii.

„Also ran”. „Guest starring”. Kiepski sportowiec, który jednak może liczyć na brązowy medal.

Otóż tym razem przewiduję, że wynik pani Ogórek będzie tak dewastujący, że pod znakiem zapytania stanie przetrwanie jesienią w wyborach parlamentarnych. Zdecydowanie bliższy 5% niż 13,6%, które 5 lat temu zgarnął Napieralski.

Wynik zbliżony do wyborczego progu wywoła w terenowych strukturach SLD, już rozczarowanych spadkiem z podium w wyborach samorządowych, syndrom „tonącego statku”. Lokalni liderzy będą podkupywani przez ugrupowania dające większe szanse na przetrwanie, co uruchomi błędne koło, im gorsze szanse, tym gorsze szanse.

Nie wiem, może to wszystko jest historycznie nieuchronne. Platforma Obywatelska narodziła się w końcu w 2001 roku w reakcji na kolejne samobójcze posunięcia przedostatniego szefa Unii Wolności, Leszka Balcerowicza.

Balcerowicz wytyczył szlak Millerowi. W połowie lat 90. Unia Wolności grała w pierwszej lidze. Uczestniczyła w koalicjach rządowych, kształtowała polską politykę.

Pod kierownictwem Balcerowicza spadła do drugiej ligi, a potem do okręgowej, a potem do „sztandar wyprowadzić”. W 2001 dostała 3,1% głosów i nie weszła do Sejmu.

Z ruin Unii wyrosła jednak Platforma, która szybko stała się najpierw najważniejszą partią opozycyjną, a potem najbardziej udanym projektem politycznym III RP. Może Miller musi najpierw sprowadzić SLD poniżej 5%, żeby coś wreszcie poszło do przodu?

Dlaczego nie wierzę w powodzenie Magdaleny Ogórek? Nawet nie chodzi mi o to, że się „nie nadaje na prezydenta”. Od kandydata SLD na prezydenta wymagamy dziś już tylko tyle, żeby przegrał elegancko, z dwucyfrowym wynikiem, jak Napieralski.

Po prostu wysunięcie kandydatury osoby, która jeszcze nigdy nie wygrała w żadnych wyborach i nie ma dorobku politycznego, o którym warto wspomnieć, kompromituje SLD. To dalszy ciąg pomysłów typu „ładnie się prezentuje przed kamerą, ciemny lud to kupi”.

Takich spinfelczerskich pomysłów, że może koleś z Big Brothera, a może jurorka z „Gwiazd tańczących pod lodem”, a może Miss Polonia, a może przypadkowy człowiek przećwiczony przez Tymochowicza w fachowym majtaniu łapskami, było już sporo. To nigdy nie zadziałało, najwyżej czasem taka osoba wchodziła na chwilę do Sejmu (ale nie wiadomo, czy była raczej lokomotywą wyborczą, czy wagonem hamulcowym).

Polscy wyborcy są jacy są, ale na takie numery się nie dają złapać. Raczej odwrotnie, przypisałbym im przesadne fetyszyzowanie politycznego doświadczenia (prowadzące np. do samorządowej patologii „wiecznych wójtów” i „niezatapialnych prezydentów”).

Polscy wyborcy chcą wiedzieć, co kandydat potrafi zdziałać w polityce - i tutaj zawsze incumbent ma łatwiej, bo może pokazać dorobek poprzedniej kadencji i jeśli jej kompletnie nie zawalił, to daje mu przewagę. Chcą też wiedzieć, jakie kandydat ma poglądy.

Co zdziałała pani Ogórek? Jakie ma poglądy? Cholera jedna wie. Na razie usłyszeliśmy tylko ogolniki pozbawione treści o „wizji prezydentury czynnej, a nie biernej”.

No fantastiko. Zgaduję, że kandydatka jest też za prezydenturą fajną, a nie niefajną. A nawet zdrową, a nie chorą. Pewnikiem też ładną, a nie brzydką. Ale co poza tym, panie Wacku?

Mamy gorzki strajk na Śląsku. Mamy kolejną kompromitację Arłukowicza. Mamy zamach w Paryżu i pomysły Tuska z serii „więcej uprawnień dla służb specjalnych” (o tak, to się świetnie sprawdziło poprzednim razem).

To wszystko okazja dla opozycyjnego kandydata, żeby zaprezentował swoje kontrpropozycje. Zgłosił się na mediatora. Zabłysnął jakimś działaniem.

Ogórek milczy. Widocznie z woli nieba.

poniedziałek, 05 stycznia 2015
Słuchajcie, towarzyszu... (EL 168)

Jako didżej-amator uciekam się do desperackiego chwytu. Przygotowuję na imprezę dwie plejlisty.
Jedna brzęczy sobie w tle, kiedy towarzystwo stoi z kieliszkami i dyskutuje o rewolucji, oby jak najrychlejszej. Druga zaś czeka w pogotowiu na chwilę, w której towarzystwo będzie „ready for the floor”.

Chwilę rozpoznaję po tym, że ludzie wbrew sobie zaczynają jednak podrygiwać. Od tego momentu zaczynam mieć przegwizdane, bo o ile ta pierwsza plejlista może sobie lecieć w automiksie, ta druga wymaga ciągłych modyfikacji.

Dlatego najlepiej wspominam chwilę nadejścia podrygu. Piosenkę, która rozruszała towarzystwo znienacka, wbrew jego intencjom. A przypominam, że bywam głównie na imprezach, w których średnia wieku przekracza pięćdziesiątkę (uch, moje stawy).

W tego sylwestra było to „Ecoutez-Moi Camarade” Rachida Taha, którego ubóstwiam od lat, a konkretnie oczywiście hipnotyczny refren. Tytuł sugeruje nie wiadomo jak radykalną politykę, ale to piosenka o miłości. Choć lubię ją odbierać metaforycznie, jak „Idę”.

Podmiot liryczny apeluje do swojego towarzysza, by ten dał sobie spokój z jakąś dziewczyną. I potem mamy lawinę idiomów i metafor, którymi tłumaczących towarzyszowi, że ta dwulicowa dziewczyna sprawi mu wyłącznie cierpienie.

Nawiasem mówiąc, nie rozumiem metafory (?) idiomu (?) „monsieur Pigeon”. Mersiboku de la montań za wyjaśnienie.

Na koniec okazuje się, że nie ma żadnego towarzysza. „Ale kim jest ten towarzysz? Jestem sam. Gadam do siebie. No więc to ja nim jestem, żałosny dupek, to właśnie ja”. Miej więcej taka jest ostatnia zwrotka („Le pauvre con / Et me voila”).

A hipnotyczny refren to po prostu „dobrze wiem, że ją kochasz, oddałeś jej swoją duszę”. I dlatego lubię odczytywać tę piosenkę metaforycznie: wszyscy mamy taką Sprawę, dla której staliśmy się „les pauvres cons / et nous voila”).

Blogobywalcy znają moją nieodwzajemnioną miłość do języka francuskiego. Kompletnie go nie znam, a jednak uwielbiam słuchać piosenek w tym języku i czytać komiksy w tym języku, a nawet próbuję się w nim czasem odzywać (po czym francuscy kelnerzy i tak przechodzą na angielski).

Nie znam tego społeczeństwa, więc nie rozumiem jego fobii. Dla mnie nie ma Francji bez Francuzów pochodzenia arabskiego, afrykańskiego czy aszkenazyjskiego. Francja bez Gainsbourga tak jak Francja bez Khaleda, nie byłaby kulturalny mocarstwem.

Wyszedłby raczej jakiś wypierdek, jak z polskiej kultury bez Tuwima, Schulza i Brzechwy. Dlatego nigdy nie mogłem zrozumieć nacjonalistów - działają na szkodę tego, co teoretycznie wychwalają.

niedziela, 28 grudnia 2014
Punkt bez powrotu

Nie ustają dyskusje na temat „Idy”, pozwolę sobie więc wrzucić swoje trzy eurocenty. Przeczytałem krytyczne recenzje, w których filmowi zarzuca się cechy, za sprawą których mi się podobał. Jestem wdzięczny Pawlikowskiemu, że zamiast zaspokajać potrzeby różnych nudziarzy, nakręcił coś dla mnie.

Oczekuję po filmie rozrywki. Odrzuca mnie od kina, które składa (z założenia moim zdaniem fałszywą) obietnicę Borykania Się z Najważniejszymi Faken Problemami Świata.

Borykać się na serio to można najwyżej próbować w eseju. Film fabularny się do tego nie nadaje.
Pełnometrażowy film musi przede wszystkim zmieścić się w określonym formacie. Scenariusz musi być podzielony na akty, role pierwszoplanowe oddzielone od drugoplanowych, fabuła musi być rozpięta na łuku „story arc”.

Tarantino może się wydawać realistyczny bo ma wartkie dialogi i wybuchowe efekty, ale to wszystko sztuczne jak teatr antyczny. Nie widzimy masek i koturnów, bo od małego Disney z Dreamworksem przyzwyczajają nas do tej konwencji.

Zarzuty najczęściej sprowadzają się więc do tego, że „Ida” nie podejmuje na serio tematu o Złożonych Relacjach Polsko Żydowskich, jest pozbawiona duchowości, postacie są stereotypowe i brakuje wyraźnego zajęcia stanowiska. Zgadzam się z tym i dlatego właśnie mi się podobało!

Z „Idą” miałem tak jak z „Rewersem”. Wołami trzeba było mnie zaciągać, bo na poziomie streszczenia mnie wszystko odrzucało. Agata Buzek dręczona przez ubeckich oprawców, Krystyna Janda w roli matki Polki cierpiętnicy, no po prostu zadzieram kiecę i lecę.

„Rewers” wzbudził mój zachwyt tym, że stalinizm jest w nim tylko stereotypowym tłem do zupełnie innej fabuły, zaczerpniętej z klasyki popkultury. To przeniesiona w polskie lata 50. historia opowiadana przedtem wielokrotnie przez najlepszych (najwięcej sentymentu mam do wersji z Peterem Lorre, by tak rzecz bezspojlerowo).

„Ida” na początku sugeruje, że fabuła pójdzie w stronę klasycznego polsko-rosyjskiego snuja metafizycznego, ale szybko okazuje się być stylowym road movie. I jak w klasycznym road movie, prawdziwym celem podróży okazuje się poznanie siebie samego, a nie pokonanie drogi z punktu A do punktu B.

Podróż Idy przypomina mi podróż Anduli z „Miłości blondynki” Formana (bo też i w ogóle cały film ma więcej wspólnego z czeską Nową Falą niż polskim kinem religianckim). Obie dziewczyny stoją na progu dorosłości i obie wyruszają w największą podróż swojego dotychczasowego (i zapewne także przyszłego) życia.

I obie - przepraszam za spojler, ale poprzedni recenzenci się nie obcyndalali, to i ja nie muszę - w finale podejmują taką samą decyzję. O powrocie z punktu B do punktu A prim. Jedna wraca do zakonu, druga do fabryki butów.

Ten zakon jest metaforą, tak samo jak ta fabryka. Oczekiwanie po „Idzie” prawd duchowych jest dla mnie równie meszuge, jak oczekiwanie od Formana prawd obuwniczych.

Wejście w dorosłość polega na odrzucenie dziecinnych marzeń. Wszyscy mamy w życiu taki Punkt Bez Powrotu, w którym dostajemy nieodwołalny wyrok od Tiary Przydziału: ten do korpo, ta do zakonu, ten do biznesu, ta do fabryki butów.

Nie można się przygotować na ten moment, bo przychodzi nagle, jak w „Przypadku” Kieślowskiego. Jedno jest pewne, po latach te nasze infantylne wyobrażenia o dorosłym życiu, które snuliśmy przed Punktem Bez Powrotu, będziemy wspominać już tylko dla beki, jak narrator „I twoją matkę też” Cuarona (filmu drogi o podobnym przesłaniu).

Chcemy pokazać uspriawiedliwienie, coś pościemniać (na tym mniej więcej polegają Centralne Fantazje hipsterów). W szkole to działało!

Ale Tiara Przydziału ma gdzieś nasze zaświadczenia o dysleksji i zwolnienia z wuefu. Ugramy tym najwyżej jeszcze gorszy wyrok, tyle że parę lat później.

Tak, ja też wiem, że według Paolo Coelho i Beaty Pawlikowskiej nigdy nie jest za późno i wystarczy chcieć. Cóż, oni akurat od Tiary Przydziału dostali monetyzację pocieszycielskich pierdoletów.

O tym jest dla mnie właśnie „Ida”. O tym, że Wielkie Wydarzenia Historii nie dotyczą nas bezpośrednio, bo to nie my w nich bierzemy udział, tylko wszyscy ci Wałęsowie i Mazowieccy.

Ale za ich sprawą lądujemy w korpo, w zakonie albo w fabryce butów. Bez prawa do powrotu.

środa, 24 grudnia 2014
Pomóżmy Ukrainie!

Drodzy blogobywalcy - jak sięgnę pamięcią, nie zanudzałem was chyba jeszcze żadnym apelem o wsparcie akcji charytatywnej. Zawsze musi być jakiś pierwszy raz.

Z jakiegoś powodu tragedia Ukrainy porusza mną bardziej od wszystkich nieszczęść ostatnich lat, którymi Wam głowy nie zawracałem. Może to po prostu dlatego, że to nasi najbliżsi sąsiedzi.

A może też dlatego, że w 1989 startowaliśmy z tego samego poziomu. Kiedy czytam książki Serhija Żadana nie odbieram ich jako opowieści o jakimś dalekim, egzotycznym kraju - tylko jako opowieści o mojej własnej młodości.

Polska przez te ćwierć wieku dokonała ogromnego postępu. Jasne, nie wszyscy z niego korzystamy w jednakowym stopniu, ale wszyscy korzystamy. Kto uważa, że nie korzysta wcale, niech spojrzy na Ukrainę.

Ukraińcy mieli jeszcze gorszych polityków niż my. Wiem, trudno w to uwierzyć, gdy się spogląda na posłankę P. lub posła N., ale nie ma głupszych słów od „gorzej być nie może”, bo zawsze może. Na Ukrainie gorzej niż u nas było przez ćwierć wieku.

Z winy głupoty swoich polityków ludzie spędzą tam więc zimę w miastach, które zrujnowała ta bezsensowna wojna. Nie mając dokąd ani jak uciekać. Bez prądu, bez wody bieżącej, bez jedzenia.

Pokażmy im, że od jednego sąsiada jadą do nich ciężarówki z pomocą, a od drugiego zielone ludziki z rosyjskim uzbrojeniem, które można kupić w każdym sklepie. Pokażmy im, że jeden kraj potrafił się rozwinąć, a drugi tylko przechlać bonanzę z chwilowo zwyżkujących cen ropy.

Polska Akcja Humanitarna przyjmuje różne formy płatności, więc nie ma to tamto, że komuś się nie chce logować w banku a ktoś inny nie ma przy sobie karty. Proponuję przelać coś, co każdy z nas uważa za typową cenę flaszki (dla jednego dycha, dla drugiego dwie stówy) - i zamiast obalenia flaszki, wznieść toast za Ukraińców wodą z kranu.

Bo to przecież też warto celebrować, że my w naszych miastach mamy zdatną do picia wodę w kranach. A oni często nie mają po prostu żadnej.

piątek, 19 grudnia 2014
Androidziarze, chodźcie się bić!

„World of Tanks Blitz” - gra, od której się ostatnio zrobiłem uzależniony, wyszła właśnie na Androida. Poświęciłem jej kiedyś „ranking od czapy”.

W grudniu zamiast rankingu zrobię więc małe wprowadzenie dla naszych nowych kolegów z Androidem. To będą nie tyle „często zadawane pytania”, co po prostu pytania dla początkujących. Może ktoś się skusi?

Co to jest „WOT Blitz” i czy można w to grać bez znajomości innych wersji gry?

To mobilna wersja multiplayera, który popularność zyskał na desktopach. Ja w wersję komputerową nie grałem prawie w ogóle, uzależniłem się dopiero od mobilnej. Jestem więc żywym dowodem na to, że jedna nie jest potrzebna do drugiej (zdaje się, że jest nawet wprost przeciwnie - po prostu do jednej z wersji gracz się w końcu przyzwyczaja i w drugiej wszystko go wtedy drażni).

Co w tej grze uzależnia?

Z punktu widzenia faceta w wieku średnim - dwie rzeczy. Raz, że pokolenie wychowane na „Czterech pancernych” i „Złocie dla zuchwałych” ma fetysz na punkcie pojazdów z drugiej światówki. Guslik ładujący „odłamkowym” działa nam silniej na wyobraźnię od komunikatu „counterterrorists win”.

Po drugie - mniej tu zależy od refleksu. Czołg to nie karabin, nie można zrobić przeciwnikowi błyskawicznego hedszota. Wieżyczka się obraca POWOOOOLI, poruszamy się po mapie z dostojnym chrzęstem gąsienic.

Dobra, to na czym polega sama gra?

Dziwaczny oddział, złożony z siedmiu pojazdów pancernych toczy bój spotkaniowy z drugim takim oddziałem. Celem jest zniszczenie wszystkich wrogich pojazdów lub utrzymanie bazy w centrum mapy przez 100 sekund.

Nie ma indywidualnych zwycięstw - oczywiście, na koniec można sobie porównywać statystyki w tabeli i ktoś z tej siódemki będzie najlepszy, a ktoś najgorszy, ale wygrywa lub przegrywa cały zespół. Bywa to wkurzające, bo zdarza się przegrać z cudzej winy, ale zdarzają się też bardzo przyjemne akty kooperacji (typu „ty go z tej, ja go z tamtej”).

Skoro gra jest za darmo, to gdzie jest haczyk?

Nie ma haczyka! Bardzo fajne w WOT jest to, że można się świetnie bawić, nigdy nie wydawszy ani grosza prawdziwej waluty. Płatności w WOT można podzielić na dwa rodzaje - jeden obejmuje środki, które „zarabiamy” grając. To są kredyty (szare monety”) i punkty doświadczenia (XP).

Drugi to złote monety, które można kupić tylko czerdżują prawdziwą kartę na prawdziwe euro (lub peeleny). Gra oferuje mechanizmy przeliczania złotych monet na szare monety lub na punkty XP, ale nie ma podobnego mechanizmu działającego w drugą stronę.

To dlaczego ludzie wydają prawdziwe pieniądze?

Konto gracza może być standardowe - albo „premium”. W tym drugim przypadku kredyty i ikspeki naliczane są nieco hojniej, a poza tym znikają komunikaty, które (dość łagodnie zresztą) namawiają do wykupienia konta premium. Kupić je można tylko za złote monety.

Jeśli do przyjemności grania dojdzie ci pasja kolekcjonerska, w pewnym momencie zacznie brakować ci miejsca w garażu na kolejne czołgi. Miejsce można dokupić tylko za złote monety.

Są też czołgi premium, które można dostać tylko za złote monety (choć raz twórcy gry dali wszystkim w prezencie premiumowego Stuart po prostu z okazji rocznicy). To są najczęściej jakieś odrzucone prototypy albo pojazdy, które wzięły udział tylko w jednej bitwie.

Paradoksalnie, czołgi premium wcale nie są lepsze od standardowych. Stuart to, jak wiadomo, szajs, którego nikt nie chciał (Amerykanie oddali go w ramach Lend Lease Rosjanom i Anglikom, którzy też w miarę możliwości wycofywali je z frontu). KW-5 i Loewe historycznie odrzucono na rzecz sensowniejszych projektów i na polu bitwy czujemy dlaczego.

Czemu więc ludzie kupują złe czołgi? Po pierwsze - kolekcja. Po drugie, wygrane bitwy z ich udziałem dają nam trochę więcej kasy od tych wygranych standardowymi.

Po trzecie, fajnie się nimi jeździ. KW-5 ma beznadziejną broń, kiepskie opancerzenie i fatalną manewrowość. Ale to jest 100 ton, którymi można tego lepiej uzbrojonego przeciwnika rozwalić taranując albo (my personal favorite) spychając go w przepaść.

Proponuję pojeździć najpierw za darmo, a kasę wydać tylko gdy gra wciągnie. A wciąga, oj wciąga!

niedziela, 30 listopada 2014
Echa

Rozczulającym easter eggiem w serialu „True Detective” jest strój, w którym Woody Harrelson infiltruje gang motocyklowy. Składa się na niego skórzana kurtka, bejsbolówka i koszulka z okładką płyty rockowej.

Tą płytą jest „Division Bell” Pink Floyd. Cud, że Woody wyszedł z tego żywy!

Taka koincydencja, że wychodzi nowa płyta Pink Floyd, a mój blogasek jeszcze istnieje, wymusza reakcję. Drugiej takiej okazji nie będzie.

Płyta „The Endless River” jest słaba. W tekście piosenki typowanej na hita pojawia się rym „fire desire”.

Masakrizejszyn. A jednak przesłuchałem parę razy i nawet mi trochę wpadło w ucho. Cóż, reaguję na te brzmienia jak pies Pawłowa tym bardziej, że tam jest mnóstwo autocytatów, jakby to był zbiór outtake’ów z ostatnich 40 lat.

Te cytaty uświadomiły mi jedno. To, za co zawsze lubiłem Pink Floyd, to nie były ani solówki Gilmoura, ani egotripy Watersa, ani aksamitne wokale ich obu. To były klawisze Richarda Wrighta. Tymże poświęcę więc listopadowy ranking od czapy.

Nie będzie zaskoczeń, bo czy można zaskoczyć pisząc o Pink Floyd. Szczytowym osiągnięciem Wrighta jest „Ciemna strona”, a zwłaszcza „The Great Gig in the Sky”.

Jak wiedzą blogobywalcy, ta płyta to dla mnie oskarżenie pod adresem internetu i tych wszystkich spotifajów. Fajosko, że muzycy nadal będą mogli zarabiać koncertami, ale to jednocześnie oznacza, że nie będzie im się opłacało dopieszczać studyjnych albumów takich jak „Ciemna strona”.

Gdybym wiedział, jak jest po szwedzku „fakju”, powiedziałbym tak Danielowi Ekowi. Na ołtarzu swojej chciwości skunksofoner zarżnął ten rodzaj muzyki, mam nadzieję, że w zaświatach za to  zapłaci.

Na „Wish You Were Here” wspaniały jest ten moment, w którym na chwilę elektronika ustępuje akustycznej gitarze i koledzy Waters i Gilmours odstawiają swój bieszczadzki numer. Ale ja się zawsze nie mogę doczekać, żeby gitara odeszła w fadeuot i wróciły moogi Wrighta - które mi teraz przypomniały autocytaty z nowej płyty (zwłaszcza „It’s What We Do”).

Na drugim miejscu wymienię więc codę - IX część suity „Shine On”, w której Wright wodzi rej, a reszta zespołu robi za sekcję rytmiczną. It’s what they’re meant to do.

A na trzecim miejscu wymieniłbym uroczą ramotkę. „Echoes”, produkt długich sesji, które pogrążony w kryzysie twórczym zespół podpisywał jako „Nothing, Parts 1–24” oraz „The Return of the Son of Nothing”, to zapewne szczytowe osiągnięcie tego, co się dało wycisnąć z elektrycznych organów Farfisa przepuszczonych przez różne efekty.

Potem Wright przestawił się już raczej na mooga i fortepian, choć Farfisa nadal bywała używana na koncertach. Ale z perspektywy czasu powiedziałbym, że w „Echoes” też najlepsze to, co zagrano na klawiszach. Szkoda, że brzmieć już będą tylko ich echa.

sobota, 29 listopada 2014
Przedmieścia

Siec drogowa koniec 2014

Wśród wyborczej ciszy ani słowa o polityce. Za to jest inny temat. Dziś pierwsi kierowcy pojechali nowym odcinkiem S8 Łask-Sieradz.

Jak to zwykle bywa z drogami, ta nazwa sama z siebie brzmi mało ekscytująco - podobnie jak „Stryków - Konotopa”. Ale to jest brakujący element układanki łączącej Łódź z Wrocławiem.

Jak widać na załączonym obrazku, Polska ma więc już dwie zacne sieci autostrad i dróg ekspresowych, takie po paręset kilometrów każda. Sieć północną (A1, A2 i S3) oraz sieć południową (A1, S1, A4 i A/S8).

Do niedawna najbliższym punktem obu sieci była obwodnica dla tirów (DK50) w rejonie Mszczonowa. Nadal zresztą wydaje mi się, że z Warszawy lepiej na gierkówkę wyjeżdżać wariantem A2/DK50, żeby nie stać w korku w Raszynie.

Teraz doszedł drugi punkt, w którym zbliżają się niemalże na rzut beretem. Wystarczy zjechać z A2 na Zgierz i dobić do Pabianic, a stamtąd już tylko S14, potem S8, potem polska A4, potem niemiecka A4 i już jesteśmy w Dreźnie, jeśli nie zgoła w Lizbonie (nie płacąc ani grosza Kulczykowi!).

Tyle tylko, że przejechanie przez aglomerację łódzką przy odrobinie pecha może zająć ze dwie godziny. Dlatego w praktyce o ile nie jedziemy o drugiej w nocy, proponuję warszawskim kierowcom jadącym na Wrocław po staremu zjeżdżać węzłem Dąbie i stamtąd przez Uniejów do Sieradza.

Ten zjazd dobrze znam, bo nawet gdy jeszcze nie było S8 w Sieradzu, jechałem tak na Syców (przez Grabów nad Prosną). Szybko nie było, ale było malowniczo.

Teraz tej malowniczości będzie tylko ciut-ciut (widoczki na zalew Jeziorsko). Akurat w sam raz, żeby jak człowiek już zacznie mieć dosyć, docierał do wjazdu na ekspresówkę.

Być może sensownie da się też pojechać gierkówką do Piotrkowa i stamtąd 91 na Tuszyn, ale trochę w to nie wierzę. Dołączymy przecież wtedy m.in. do wszystkiego, co jedzie E75 ze Śląska nad morze (i odwrotnie). To ja już wolę wiosną podumać nad Prosną (lub jakąkolwiek rzeczułką).

Tak czy siak, nowe połączenie przybliża Wrocław nie tylko do Łodzi, ale także do stolycy. Do niedawna każda forma podróży do Wrocławia była horrorem - pociąg był jak slasher, samochód jak splatter.

Pociąg dalej wygląda źle i to się nieprędko poprawi, ale opcja samochodowa wygląda już zacnie. Wyskok na weekend do Wrocławia (a nawet w Sudety!) wygląda już realistycznie.

Najdłuższa podróż samochodowa, jaką można teraz w Polsce odbyć po nowoczesnych drogach, to rajd Łódź - Rzeszów. Ok 660 km po S8 i A4. To oczywiście nie ma sensu, w praktyce rozsądniej będzie zaoszędzić 200-300 km i pojechać gierkówką do A2, albo wręcz w ogóle DK 74.

Najdłuższa podróż, jaka ma jeszcze sens praktyczny, to nadal więc rajd Warszawa - Szczecin (ok. 570 km po A2 i S3). Ciągle o nim marzę, ciągle brak czasu i kasy na takie fanaberie.

W przyszłym roku niestety nie czeka nas już wiele drogowych rewolucji. Powinien wreszcie dojść obwodnica Janek, łącząca istniejący fragment S8 bezpośrednio z warszawską obwodnicą (dzięki czemu dojdzie nam drugi po A2 niekorkujący się wylot z miasta).

Mam nadzieję, że dziesiątą rocznicę rozpoczęcia blogowania (sierpień 2016) będę obchodzić już po ukończeniu kluczowego fragmentu A1 jako wschodniej obwodnicy Łodzi. Wtedy Wrocław wreszcie stanie się przedmieściem Warszawy, a aglomeracja śląska wchłonie Trójmiasto. I otake Polske.

PS. Na mapce co niechlujnie maźnięte Paintbrushem - to moje, co ładne, dokładne i przemyślane to wikipedysta Jacek Śliwerski.

czwartek, 27 listopada 2014
Przed drugą turą...

Jak wiedzą o tym śledzący blogaska i moje wrzuty fejsowe, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie była moim pierwszym wyborem w pierwszej turze. W drugiej robi się z tego jednak tradycyjny duopol PO-PiS, a tutaj wybór jest oczywisty.

W latach 2002-2005 prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński. Wielokrotnie obiecywał, że do końca kadencji wybuduje Most Północny, którego pierwsze plany pojawiły się jeszcze w PRL. Zainteresowany historią budowy mostu czytelnik znajdzie ją w mojej blogonotce pisanej z okazji otwarcia.

Ekipa Kaczyńskiego nie była w stanie przygotować nawet papierów do przeprowadzenia przetargu, dlatego cały dorobek jego i jego następcy typu p.o. (w 2005 Kaczyński zostawił wakat na stanowisku prezydenta Warszawy, bo został prezydentem kraju) to dreptanie w kółko. Następca typu p.o. podczas swojego krótkiego pełnienia obowiązków zdążył jednak obiecać Warszawiakom, że „most będzie gotowy w 2009”.

Oczywiście, w paradzie pisowskich włodarzy Warszawy (tutaj puszczamy mentalnie muzyczkę „rampampara rara rampamparam”) najkomiczniejszym klaunem był Kazz Marcinkiewicz (2006-2007). On to, zamykając paradę na unicyklu, waląc cymbałami zapowiedział, że „odsunie autostradę od stolicy”.

Skoro takimi deklaracjami rzuca wpływowy polityk rządzącej partii (wtedy jeszcze jedno i drugie), a rząd się nie odcina - to zrozumiałe, że urzędnicy GDDKiA traktują to jak nową doktrynę rządu. Dlatego papierowe prace nad drogami A2 Stryków - Konotopa i S2 Konotopa-Lubelska odłożono ad acta, dopóki rząd nie dopracuje swojej koncepcji z autostradą biegnącą przez Górę Kalwarię.

Warszawskich kierowców suplikuję o ruch czaszką i wyobrażenie sobie, jak by wyglądał ruch samochodowy w aglomeracji, gdyby PiS nadal rządził. Załóżmy nawet optymistycznie, że Kazzostradę by do dzisiaj wybudowano.

Jak byśmy do niej dojeżdżali z Warszawy? Tłukąc się przez Konstancin, Piaseczno, Raszyn albo Grodzisk? Ja właśnie dlatego byłem i dalej jestem tak gorącym przeciwnikiem PiS - po prostu ich pomysły tłumaczone na konkret zawsze się okazywały mieć tyle sensu, co poezja Isabel Jużniemarcinkiewicz.

Cóż to, parada już przejechała, a jednak za Kazzem na unicyklu biegnie jeszcze jeden klaun? Ach tak, to kandydat PiS na prezydenta Warszawy w wyborach z 2010, Czesław Bielecki!

To on obiecywał wybudowanie „w dwa lata” obwodnicy śródmiejskiej Warszawy po zupełnie nowym szlaku. Nie wiadomo, jakimi magicznymi sposobami Bielecki chciał przyśpieszyć uzgodnienia środowiskowe i wybór wykonawcy tej inwestycji.

Dwa lata to sama budowa, więc Bielecki najwyraźniej sobie wyobrażał uzgodnienia i przetarg sprowadzone do najdalej miesiąca. Gdyby w ogóle spróbować coś takiego zrobić, to byłoby nielegalne jak pisowska trasa przez Rospudę, więc to było jasne, że nic z tego nie wyjdzie.

Na szczęście nic z tego nie wyszło. Warszawscy kierowcy zareagowali na tę obietnicę wyborczym benyhilem.

W porównaniu z tym, obietnica bezpłatnej komunikacji następnego kandydata, Jacka Sasina, wydaje się niemalże realistyczna. Da się przynajmniej oszacować jej astronomiczny koszt (w przypadku propozycji Bieleckiego i Marcinkiewicza to niemożliwe - po prostu od początku były zbyt odjechane, żeby w ogóle wziąć jakieś dane do wyliczeń).

W pewnym sensie jest to więc jakiś postęp. Ale ja jako wyborca  sprawę widzę prosto.

Mam dużo żalu pod adresem PO, ale doceniam, że to jest przynajmniej partia, która potrafi doprowadzić  inwestycję od wczesnej papierokologii do przecięcia wstęgi. PiS nie umie nawet tego.

Z tą świadomością pójdę na drugą turę.

wtorek, 25 listopada 2014
Sfałszowane wybory !!!

Zabawnym fenomenem (blogo-foro)sfery zawsze byli emigranci, próbowali wyobrazić sobie Polskę na podstawie tego, co wyczytali w portalozie i w wypowiedziach podobnych sobie blogo-foronautów. Dogorywający Salon24 jest bodajże ostatnim miejscem, w którym można jeszcze śledzić to zjawisko.

Teraz emigranci są przekonani, że w Polsce sfałszowano wybory samorządowe. Oczekują więc zaraz wyjdą jakieś tłumy demonstrantów.

Te tłumy, jak wiadomo, nigdy nie wychodzą. Wychodzi najwyżej jakaś niewielka grupka „obrońców krzyża”, która rozstawia swój biwak pośrodku szlaku knajpianego. I potem emigranci się oburzają, że skąd tam nocą pijani ludzie.

Skoro więc nie ma tłumu na ulicach to znaczy, że naród jest ogłupiony przez media. Mniej więcej tak to wygląda w typowym blogoforokomciu emigranta.

Media tymczasem owszem, odgrywają tutaj negatywną rolę, ale odwrotną - podkręcają problemy w poszukiwaniu klikalności. Stąd się wzięły wyolbrzymione plotki o możliwym wpływie niesprawnego programu komputerowego na wynik wyborów.

Wszyscy słyszeli, że „w Szczecinie wygrał kandydat, którego nie było na liście”, bo to jest klikalne i wiralne. Wiadomo, że social media maveni będą wrzucać takie wrzutki na swoje fejsy i twittery, bo też i po to portale je produkują.

A naprawdę było tak, że komisja w Szczecinie owszem, dostała najpierw błędny wynik, a potem go poprawiła. Nigdy nie było takiej możliwości, żeby błąd programu wpłynął na wyniki wyborów, bo zadaniem programu nie było zastąpienia liczenia głosów w komisjach, tylko agregacja wyników w skali ogólnokrajowej.

Awaria programu odpowiada więc za to, że z opóźnieniem dostaliśmy ładne infografiki dla mediów. Ale nie mogła wpłynąć na rozdział stanowisk w radzie gminnej w Myciskach Niżnych. Ani Wyżnych. Ani gdziekolwiek bądź.

Czy twierdzę, że nic się nie stało? Jasne, że się stało i oczekuję dymisji w PKW i KBW. Które zresztą już się posypały.

Czy nie dziwi mnie dobry wynik PSL? Nie.

Polska wieś przeskoczyła w polsku dwóch dekad dwa stulecia. Poznikały chatki kryte strzechą i furmanki sunące po polnych drogach.

Wszędzie już tylko asfalt, kostka bauma, blachodachówka i nowiuteńki traktor zaparkowany przed garażem otwieranym na pilota. I unijne logo na tablicy informującej, co w gminie zrobiono z brukelskiego dofinansu.

Nadzieja, że polska wieś poprze jakąś siłę antyunijną czy antydemokratyczną - jest naiwna. Nikt nie zyskał na transformacji i integracji tyle, co wieś.

A komu to zawdzięczają? W ich (często trafnym) przekonaniu - przede wszystkim PSL. No to dziwicie się, że wolą tę partię od PO-PiSu (razem wziętego?).

A jednocześnie w kraju, w którym „wieśniak” to ciągle obelga, nie dziwię się, że część ludzi może nie chcieć się przyznać ankieterowi do głosowania na PSL. Tak tłumaczę rozbieżność exit polls i rzeczywistych wyników.

Czy nie dziwi mnie wysoki odsetek głosów nieważnych? Też nie. W większości to są puste kartki. Czyli głosy „przeciw wszystkim”.

Za sprawą zaszłości z przeszłości, mamy obsesję na punkcie tego, żeby nasza ordynacja była demokratyczna aż do bólu. Nie mogliśmy się zdecydować, czy głosować na ludzi czy na partie, więc mamy ordynację, która to łączy.

Stąd nasze (nie)sławne „wyborcze książeczki”, na których trzeba zagłosować na jednego kandydata spośród kilkuset. To nie ma sensu, zwłaszcza w wyborach z natury upartyjnionych, jak głosowanie do sejmików wojewódzkich.

Spośród kandydatów na mojej karto-książeczce do sejmiku wojewódzkiego nie znałem literalnie nikogo. Myślę, że podobnie miała większość komcionautów.

Dlatego wcale mnie to nie dziwi, że osoba mająca zdecydowane preferencje co do kandydata na prezydenta miasta czy na radnego, jednocześnie nie miała zdania w wyborach do sejmiku wojewódzkiego. I po prostu wrzuciła czystą kartkę.

Procedurę wyborczą należy więc uprościć. Moim zdaniem, w wyborach do sejmiku (i być moze rady powiatu) można sobie odpuścić to „głosowanie na osoby”. Zostawmy partie/komitety, żeby wyborcza kartka znów mogła być kartką.

To pewnie propozycja zbyt radykalna i nie przejdzie, więc w takim razie przynajmniej przeróbmy wzór książeczko-karty zgodnie z sensownym postulatem, żeby pierwsza strona z zasady musiała zawierać spis treści i instrukcję. Ale znów, czy to powód do demonstrowania?

poniedziałek, 10 listopada 2014
Warszawska klasa niższa

Skarpa warszawska

Warszawa jest miastem generalnie płaskim, z wyjątkiem jednym, ale za to wpływającym na codzienne podróże Warszawiaków. To skarpa warszawska, zapewne powód, dla którego to miasto w ogóle tu powstało.

Wzniesiony na skarpie gotycki gród był dość blisko rzeki, żeby czerpać z tego rozmaite korzyści, ale jednocześnie dość wysoko, żeby nie bać się częstych w tym rejonie powodzi. Skarpa tworzyła też naturalny gradient dla strumieni, z których wodę czerpały wsie i folwarki, jak Ruda, Służew czy Mokotów.

Skarpa biegnie przez całą Warszawę. Jej południowy koniec to podwarszawski Klarysew (gdzie skarpa ustępuje dolinie Jeziorki), a północnego właściwie nie ma, ale od Burakowa na północ skarpa się wypłaszcza w łomiankowskie błonia.

Na współczesnej mapie (źródło: OpenStreetMap) pociągnąłem kreską zgrubny przebieg. Zgrubny - bo raz, że to tylko blogasek, a dwa, że nie chciało mi się drobiazgowo odtwarzać dwóch dużych dolin (rudzkiej i służewieckiej), nie mówiąc już o drobniejszych wąwozach, jak na przykład ten przy ulicy Wąwozowej.

Ważniejsze było dla mnie pokazanie tego, jak skarpa wpływa na komunikację w rejonie stolicy. Na żółto zaznaczyłem ulice, którymi samochód może w miarę swobodnie jeździć z góry na dół i z powrotem (jak Mickiewicza czy Wilanowska). Na czerwono ulice, na których ruch podlega różnym ograniczeniom (Karowa, Arbuzowa, Orszady itd.).

Nie zaznaczyłem Dewajtis, bo kończy się ślepo. Zaznaczyłem Dziwożony, bo prowadzi do sezonowego promu pieszo-rowerowego. Nie zaznaczałem tras przelotowych typu Łazienkowska czy S-8, bo są intencjonalnie odseparowane od ruchu „z dołu na górę” (nawet jeśli teoretycznie się da, wymaga to kręcenia się po ślimakach i nadkładania drogi).

Gołym okiem widać, że tych przejazdów jest niewiele, dlatego Tamka czy Wilanowska potrafią w godzinach szczytu tak stanąć, że hej. Przez wiele lat to nie było problemem, bo Warszawa rozwijała się głównie na górze.

Na dole był „ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z całego miasta” (...) „gdzie widać było rudery zapadnięte niżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył powychylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem.

Jak wiadomo, Wokulski zafundował sobie spacer ulicą Dobrą, rzut beretem od Krakowskiego Przedmieścia. I odkrył świat klasy literalnie niższej.

Problemu „dwóch pięter miasta” nie rozwiązała ani Druga Rzeczpospolita (która zostawiła nam legendy o czerniakowskich i marymonckich bandytach), ani PRL. Był ciekawy pierwotny plan zburzenia tego wszystkiego w cholerę i puszczenia ciągu zieleni od Łazienek po Lasek Bielański, ale głód mieszkań był zbyt duży.

Echem tego planu jest zrealizowany w latach 50. Centralny Park Kultury, który w ramach dekulturyzacji przemianowano w 1992 na Park Śmigłego Rydza. Ostatecznie jednak wyszła mikstura bezsensownych planów przedwojennych z jeszcze gorszymi powojennymi - tu elektrociepłownia, tam blokowisko, siam Wisłostrada.

Trzecia Rzeczpospolita zagospodarowała wreszcie dolny taras Warszawy - w swoim charakterystycznym stylu. Za najlepsze osiągnięcia uznałbym nowy BUW i Centrum Nauki Kopernik. Za najgorsze - centrum handlowe Sadyba (aaaa, moje oczy!).

Tak czy siak, mnóstwo ludzi w Warszawie ma teraz potrzebę, żeby przejechać z góry na dół, albo na odwyrtkę. I nie tylko samochodziarze mają z tym problem.

Rowerzysta ma więcej opcji (oczywiście pod warunkiem, że mu - sap! sap! - kondycja pozwala podjechać), a jeszcze więcej ma pieszy. Ale tylko jeśli jeśli jest w pełni sprawny ruchowo.

Pieszy ma do dyspozycji malownicze schody w powyższym parku albo na ulicy nomen omen Kamienne Schodki. Zapraszamy osoby o kulach i rodziców z dziećmi na wózkach.

Przejazdy dostępne dla samochodu znikają. Ja jeszcze pamiętam swobodną jazdę Agrykolą czy Dynasami. Tego już nie ma - i słusznie.

Najbardziej boleśnie problem skarpy odczuwają jednak kierowcy, którzy mogą nawet nie wiedzieć o jej istnieniu - jadący tranzytem. Autostrada A2, którą posłowie PiS wracają z samochodowej delegacji do Madrytu, zamienia się w węźle Konotopa w ekpresówkę S2 i nagle kończy na węźle Puławska.

Kierowców jadących dalej na wschód, do Siedlec czy też Czelabińska, kieruje się Doliną Służewiecką na Most Siekierkowski. Innej drogi po prostu nie ma.

Tyle że ta droga to także jedyne w tym rejonie połączenie góra-dół. W godzinach szczytu cały ruch na szlaku „Mordor na Domaniewskiej” - „Lemingrad w Miasteczku Wilanów” łączy się z ruchem tranzytowym w ciągu międzynarodowej drogi E-30. Auć.

Zbiorkom niewiele pomaga. Autobusy stoją w tych samych korkach. Transport szynowy góra-dół istniał w latach 1891-1973 (zlikwidowaną w 1973 linię tramwajową do Wilanowa odtwarzać będą najwcześniej w 2017).

Pierwszym promyczkiem postępu będzie druga linia metra. Stacja Centrum Nauki Kopernik będzie pierwszym przystankiem czegokolwiek szynowego w „dolnej” Warszawie od 41 lat!

Nieprzypadkowo jednak z tą stacją budowniczowie mają najwięcej problemów. W „dolnej” Warszawie po prostu wystarcza trochę pomachać łopatą, żeby się dokopać do wody gruntowej.

W dalszej kolejności możemy oczekiwać budowy dalszego ciągu Południowej Obwodnicy Warszawy. Kierowcy jadący do Czelabińska będą przefruwać nad Wilanowem po estakadzie, odciążą więc Dolinę Służewiecką.

Przy okazji zaś istniejąca na razie głównie na papierze dolna ulica Branickiego połączy się z istniejącą w realu górną ulicą Płaskowickiej. Być może wcześniej pojawi się ulica Nowokabacka.
Nikt nie wie, kiedy dojdzie ta, która miałaby akurat najwięcej sensu - łącznik Ciszewskiego-Oś Królewska. W Warszawie tradycyjnie im więcej sensu ma jakaś inwestycja, tym większe ma opóźnienie.

W każdym razie, te trzy kropki między Ursynowem a Wilanowem to już wszystko, co się na tej mapie pojawi nowego. Inne raczej będą znikać, w ramach stopniowego odchodzenia od transportu indywidualnego - tak jak już zniknęła Agrykola.

środa, 29 października 2014
Now Playing (167)

Ten Oldfield, co to go ostatnio wrzucałem, to wierzchołek góry lodowej. Jakoś tak ostatnio dużo słucham elektronicznych staroci. Na przykład Tangerine Dream.

Prosty klucz do słuchania ich płyt, gdyby ktoś chciał zacząć - najlepsze (tzn. nadające się do słuchania dla przyjemności) nagrywali dla wytwórni Virgin, czyli w latach 1973-1983. Potem przyjechali do Polski i nie wyszło im to na dobre.

Najlepsze ich dwa albumy dla Virgin to „Exit” i „Hyperborea” (ostatni z tej serii). Eksperymentowali wtedy z sitarem, ale na szczęście w sensie szukania ciekawych brzmień i aranżacji. W przypadku tego akurat zespołu niestety eksperymentowanie czasem oznaczało bezmelodyjne pobrzdąkiwanie od czapy.

„Cinnamon Road” słucha się bardzo przyjemnie, podobnie jak reszty płyty. Ale jednak nie jest aż tak przyjemnie, żebyśmy mieli wrażenie obcowania z muzyką do windy, jak to bywa w przypadku Jean-Michaela Jarre’a.

Proszę pamiętać: rok 1983. Ostatnie chwile, w których syntezatorowe brzmienia i zautomatyzowane rytmy jeszcze kojarzą się z awangardowymi poszukiwaniami. Combo TR-808/TB-303 już jednak zaczyna brzmieć na dyskotekach, na razie również tych bardziej odjechanych i awangardowych, ale wkrótce to już będzie codzienność każdego wesela.

Płyta „Hyperborea” to już koniec zabawy. Tak, wiem, potem jeszcze Jarre nagra Zoolooka (i po co?) a Kraftwerk „Electric Cafe” (na grzyba?). Dlatego wolę urwać to w ostatniej chwili, w której ta zabawa była jeszcze świeża i kreatywna.

„Cinnamon Road” to wspaniałe pożegnanie tego nurtu w muzyce pop. Lubię sobie wyobrażać, jak do taktu tego utworu odchodzi on jakąś wspaniałą procesją, cynamonowym szlakiem, w stronę zachodzącego słońca.

piątek, 17 października 2014
Bezpieczny Linux

A tymczasem z racji ciągłego biegania po różnych iwentach związanych z internetem usłyszałem jeszcze jeden mit, który teraz dopiszę jako suplement do poprzedniej blogonotki. Mit ten zapiszę w postaci dialogu podobnego do rozmowy, która miała miejsce w realu.

AKTYWISTA: Używam wyłącznie Linuksa i otwartego oprogramowania, bo w nim nie może być backdoorów. Nawet gdyby jakiś był, to zaraz go odkryją i załatają.
JA: Yeah, right, tak jak odkryli dziurę w bashu.
AKTYWISTA: Co to jest bash?

W kręgach z serii „Tarkowski cytujący Lipszyca cytującego Doctorowa” można zdumiewająco często napotkać na ludzi, którzy nabożną wiarę w Wolne Oprogramowanie łączą z brakiem zrozumienia jak to działa. Nic dziwnego, bo większość z nich to po prostu (c)humaniści - jak choćby mój ulubiony felietonista technologiczny.

Jeśli ktoś jest z wykształcenia kulturoznawcą, z centralnej fantazji poetą a z zawodu rozliczaczem grantów, to szanse, że odróżni kod źródłowy od wynikowego są żadne. Nie będzie umiał zdefiniować żadnego z tych pojęć (inna sprawa, że #dziecisieci w ogóle mało co potrafią zdefiniować, potrafią najwyżej bezmyślnie przekleić hasło z plwiki).

Mogę jednocześnie odgadnąć psychologiczny mechanizm stojący za ich magiczną wiarą w Linuksa. Opisywałem to w notce „Manifest pasywistyczny”.

W liberalnej teorii mityczny „trzeci sektor” ma być wyrazem społeczeństwa obywatelskiego. W teorii to powinny być ugrupowania oddolnie tworzone przez obywateli, utrzymujące się z ich składek.

W praktyce trzeci sektor żyje głównie kosztem pierwszych dwóch. Fundacje i NGO’sy żyją albo z partnerstwa z biznesem, albo z dofinansu ze środków publicznych, albo umiejętnie surfują między jednym a drugim.

Rzuca to nieustanną wątpliwość, czy nie zachodzi tu konflikt interesów. Czy dofinansowywany przez państwo NGO’s faktycznie może temu państwu „patrzeć na ręce”? Czy z dofinansu od Google’a można walczyć o prawo do prywatności?

Im większa niepewność konkretnego aktywisty w jego własny aktywizm, tym gorętsza wiara, że z jakimś innym NGO’sem jest inaczej. Gdzieś tam musi przecież istnieć ten prawdziwie mityczny obywatelski Trzeci Sektor - może nie tu, może nie tam, ale może w jakimś zupełnie innym miejscu?

Helou, nie ma go. Obywatelsko oddolne organizacje w Polsce to te, których neoliberalny Trzeci Sektor nie lubi - Kościół i związki zawodowe. Nie są cool, nie da się nimi chwalić w szarlocie przy tartej bułce.

Stąd nadzieja, że chociaż Linux jest produktem prawdziwie oddolnego ruchu hackerów, zdolnych studentów i cyberaktywistów. Zmieniajmy świat na lepsze instalujac Linuksa na laptopie, nawet jeśli od tego szlag trafi nam połączenie z komórką. Wolność wymaga poświęceń.

No więc chłopaki, dziewczyny i osoby trans. Linux jest tak samo oddolny i obywatelski, jak wasze NGO’sy.

Rozwojem Linuksa kieruje Fundacja Linuksa. To jest skład jej zarządu. Kogo tam widzimy? Przedstawicieli świata korporacji.

Czy to takie dziwne? Fundacja Linuksa, jak każda, zależy od wpłatodawców. Im więcej wpłacisz, tym więcej masz do gadania. Szary obywatel raczej nie ma szans wpłacać po pół megabaksa rocznie, jak tzw. „platynowe członki” (IBM, Samsung czy Hewlett-Packard).

Szary obywatel może oczywiście wpłacić na fundację, ale będzie miał na jej działania wpływ adekwatny do tej stówencji peelenów, z której wyskoczył. Czyli: ŻODYN.

Mit „zdolnego studenta, który przegląda kod źródłowy” to taki sam mit cyberaktywizmu, jak ta „rewolucjonistka z Macbookiem w Starbucksie”, z której się już parokrotnie chichrałem. To nie jest takie proste, przegryźć się przez kod źródłowy pod kątem reakcji programu np. na buffer overflow.

Linux od dawna nie jest już rozwijany przez „zdolnych studentów” i „cyberaktywistów”, tylko przez etatowych pracowników albo Fundacji Linuksa, albo korporacji będących „platynowymi członkami”. Co za tym idzie, w Linuksie rozwijane jest to, na czym zależy korporacjom.

A zwykły, szary użytkownik? Gdyby komukolwiek na nim zależało w tym ustroju, nazywalibyśmy go zwykłoszaryzmem, nie kapitalizmem.


poniedziałek, 06 października 2014
Internetowe bulszity

Mam taki zapieprz w przemyśle nienawiści, że niestety zaniedbuję blogaska. Ze zgrozą odkryłem, że nie było wrześniowego rankingu od czapy! Październik jeszcze młody, więc może nadrobię.

Zapieprz częściowo wiąże się z tym, że ciągle gdzieś coś mówię o internecie. I ciągle mam do czynienia z tymi samymi mitami, które niby już trylion razy obśmiali lepsi ode mnie, ale to ciągle wyłazi zza grobu, niczym Pan Spinacz w Microsoft Office 98.

Zrobię więc ranking bulszitów o internecie, ilustrowany stockowymi obrazkami, bo po wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej jestem zafascynowany tematem „estetyka stocków a portaloza”.

https://www.flickr.com/photos/aliestelle/3724030360/ CC-BY-SA

Mit numer jeden to rzekome korzenie wolności, które podobno były „u podstaw” Internetu. Wracał tutaj w komciach na blogu - mieliśmy nawet komcionautę, który argumentował to tym, że znał ludzi podłączających do Internetu Polskę i dobrze wie, że im chodziło o Wolność.

Może i chodziło, ale przecież Internet był już wtedy pełnoletni. Przypomnijmy, że Internet ma tyle lat co ja. Czyli dużo.

Zaczął się jako projekt wojskowy - więc nie było mowy o wolności. Potem go oddano naukowcom - i też nie było żadnej wolności, była państwowa instytucja (National Science Foundation).

W 1995 Al Gore kierował prywatyzacją tego, co wtedy nazywano NSFNet. Można go więc uznać za twórcę internetu komercyjnego. W którym, helou, też nigdy nie chodziło o żadną wolność, tylko o władzę amerykańskich korporacji.

Od początku taki był plan. Cyberkorpy, jak Google czy Facebook, nie przejęły Internetu podstępem czy znienacka - Al Gore zaplanował taki przebieg komercjalizacji i takie ramy prawne, żeby amerykańskie korporacje zawsze kontrolowały sieć.

Wszyscy więc obrońcy „wolności w Internecie” tak naprawdę bronią cyberpunkowej dystopii. Kto nie skacze, ten przeciw dyktaturze Tyrella!

Public Domain

„Internet nie zna granic”. Milion razy widziałem już komunikat z serii „ten materiał nie jest dostępny w twoim kraju”, a jednak nie dalej jak przedwczoraj usłyszałem tę brednię z ust „eksperta cyfryzacji” z Centrum Cyfrowego Project Polska.

Amerykanie władzę nad Internetem przekazali ICANN, typowej w tych kręgach pozarządowej organizacji wewnątrzrządowej. Pierwszą szefową ICANN była Esther Dyson, nominowana przez prezydenta Busha.

ICANN do dzisiaj jest zależne od amerykańskiego rządu, działa według prawa Kalifornii. Nie mam nic przeciwko prawu Kalifornii, z tym drobiazgiem, że nie głosuję na jej władze, więc nie podoba mi się to, że inne państwo decyduje o tym, jak się komunikuję z innymi polskimi obywatelami.

Nie popieram reżimu chińskiego czy rosyjskiego, ale nie dziwię się tym krajom, że oddzielają się od amerykańskiego internetu coraz wyraźniejszymi wariantami jakiegoś „Great Firewall of China”. Skoro Amerykanie chcą mieć wszystko, to prędzej czy później wylądują z niczym.

Na razie więc zamiast „internetu bez granic” widzimy postępującą bałkanizację - już teraz inne treści widzi w Internecie Duńczyk, inne Niemiec a inne Polak. „Zniesienia granic” nie ma nawet wewnątrz Unii Europejskiej, a co dopiero w skali globalnej.

https://www.flickr.com/photos/inju/290701877/sizes/o/ CC-BY-SA

„Internet pozwala obywatelom patrzeć władzy na ręce”. Och tak, to kapitalne, że możemy czytać projekty ustaw w RCL. Ale dlaczego znowu w sekrecie negocjowane jest kolejne międzynarodowe porozumienie TTIP, które prawdopodobnie będzie mieć wpływ na swobody obywatelskie?

Ach tak, „tajemnica handlowa”. Podobnie jak algorytmy Google’a i polityka moderacji Facebooka.
Internet umocnił tylko asymetrię w dostępie do informacji. Władza państwowa i korporacyjna wie o nas wszystko, może nas śledzić w czasie rzeczywistym - z kim się spotykamy, co kupujemy, o czym piszemy maile.

Za to wszystkie naprawdę ważne pytania odbijają się z donośnym „ZONK!” od żelaznego muru z napisem „tajemnica”. Internet pozwala władzy patrzeć nam na ręce i wszystkie inne części ciała. My najwyżej możemy zobaczyć rękę władzy pokazującą nam fakulca.

poniedziałek, 22 września 2014
Chatka w gąszczu stereotypów

Z opóźnieniem obejrzałem film „The Cabin in the Woods”, który tak mi się sposobał, że niniejszym polecam blogobywalcom tego allegrowicza. Trailery ukrywają, że film jest tyleż horrorem, co komedią - ale nie w sensie jawnej parodii, jak w serii „Straszny film”, już raczej w sensie „Krzyku”.

Podsumowałbym to jako „TV Tropes - The Movie”. Hasło tego filmu na TV Tropes to w końcu niemalże spis treści całego serwisu.

Fabuła to skrzyżowanie „Evil Dead”, „Piątku trzynastego”, „Wzgórze mają oczy” i „Teksańskiej masakry”. Grupa studentów jedzie na szalony weekend do leśnej chatki na odludziu.

Po drodze zatrzymują się na tankowanie. Dziwny pracownik stacji spluwa znacząco i spogląda spode łba, gdy się dowiaduje, dokąd jadą, aluzyjnie dając do zrozumienia, że nie spodziewa się, że stamtąd wrócą.

Wiemy co się stanie, bo już widzieliśmy te poprzednie filmy. Od klasycznego „teen slashera” film odróżnia wątek, którego prawie w ogóle nie widać w trailerach.

Straszny los studentom zgotuje jakaś dziwna organizacja, która w ogóle nie przypomina typowej mrocznej sekty czcicieli zła z tego typu horrorów. Film zaczyna się nie tyle od studentów, co od dwóch znudzonych pracowników korporacji, którzy przy automacie z kawą rozmawiają o sprawach osobistych.

Właśnie - korporacji? Urzędu? Cholera wie. To się nie wyjaśnia, ale wiemy, że to hierarchiczna instytucja, w której stażyści narzekają, że nie nalicza im się nadgodzin, a poszczególne piony uczestniczą w puli zakładów o to, jakie mroczne siły zła wykończą naszych biednych studentów.

Lekki spojler: jltenł qmvnł xbafrejnpwv, bofgnjvnwąp „MBZOVR ERQARPX GBEGHER SNZVYL”.
O co chodzi tej instytucji, dowiadujemy się w finale. W filmie złożonym ze stereotypów nie mogło zabraknąć Finałowego Spiczu Evil Overlorda.

Ten motyw zachwycił mnie jednak na dwóch poziomach. Na poziomie struktury narracyjnej - jako metanarracyjna refleksja na temat kompozycji typowego horroru.

Przecież wiemy, że studenci zginą (przynajmniej większość z nich). Zastanawiamy się tylko, co ich zabije (w piwnicy odnajdą Necronomicon? przyjdą sadystyczne rednecki? jeden z nich okaże się seryjnym mordercą?).

Sposób rozumiwania twórcy i odbiorcy tego typu widowiska przypomina trochę właśnie działanie takiej rutynowej, biurokratycznej instytucji. Znudzony Richard Jenkins przesuwa w odpowiednim momencie wajchę z napisem „RELEASE THE KRAKEN”.

Na szerszym poziomie wydaje mi się to zabawną refleksją cywilizacyjną. Tak przecież wygląda nowoczesne zło.

Za sprawą popkultury i kultury mainstreamowej wierzymy, że największym złem jest ludobójczy szaleniec. Hitler, Stalin albo Szalony Naukowiec z filmu science-fiction.

Podpierając się autorytetem Hannah Arendt („Eichmann w Jerozolimie”) i Stanisława Lema („Podróż jedenasta”) powiem, że największym zbrodniarzem jest „podstarzały, zaschły mężczyzna w szarym ubraniu, z bufiastymi zarękawkami, jakich używają biurowi urzędnicy”, który siedzi „za biurkiem, zawalonym papierami, strona po stronie wypełniając zadrukowane formularze”.

Te formularze mogą zawierać plany sprzedażowe Oberösterreichische Elektrobau AG, a mogą transporty do obozów zagłady. Jemu to zajedno.

Dzisiaj oczywiście to wszystko wygląda nowocześniej. Nie ma już bufiastych zarękawków, jest automat z kawą, stół pingpongowy i hamak dla relaksu. A formularze to dzisiaj tabelki w Excelu. Ale zasada ta sama.

Richard Jenkins z „The Cabin in the Woods” to najbardziej przerażający filmowy villain, jakiego ostatnio widziałem w horrorach. Nie dlatego, że wymachuje piłą łańcuchową tylko właśnie dlatego, że jest miły, uśmiechnięty i bardzo zaangażowany w swoją pracę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78