Ekskursje w dyskursie
piątek, 29 stycznia 2016
Sumliński: czemu kłamał?

Kiedy „Newsweek” zaczął ujawniać plagiaty w książce „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, Wojciech Sumliński odpowiedział blogonotką pod tytułem „W odpowiedzi Newsweekowi: do zobaczenia w sądzie”. Nigdy jednak nie wywiązał się z obietnicy pozwania „Newsweeka” za ten artykuł i za następne.

Szkoda. Polska może byłaby lepszym krajem, gdyby wprowadzono ustawowy zakaz kłamliwego zapowiadania wniesienia sprawy do sądu. Zapowiedziałeś to publicznie - no to faktycznie składaj pozew albo płać karę.

„Do zobaczenia w sądzie!” to w Polsce standardowa replika kłamcy przyłamanego na kłamstwie. To nic nie kosztuje, a może ktoś uwierzy w niewinność kłamcy.

Kiedyś obiecywałem sobie, że będę to monitorować i po paru latach ogłoszę listę fałszywych zapowiedzi procesu. Nigdy się za to nie zabrałem. No to powiedzmy, że zaczniemy od Sumlińskiego, który nie pójdzie z tym do sądu, bo jego sprawa wygląda beznadziejnie.

A dlaczego jego nikt nie pozwał? W Psychiatryku24 często pojawia się to jako argument, że przecież „gdyby kłamał, to by go pozwali”.
Otóż to nie jest takie proste. Polskie prawo generalnie jest przychylne kłamcom, plagiatorom, paszkwilantom. Sumliński zbudował z tego wygodny model biznesowy.

Znam z pierwszej ręki sprawę jego plagiatu tekstu Ewy Winnickiej. Gdy Ewa zadzwoniła do niego z pretensjami, ten wyjechał jej z płaczem, że ma ciężką sytuację i żeby się zlitowała. Więc się zlitowała (ale gdyby się nie zlitowała, niewiele by mu mogła zrobić - sąd by w najlepszym wypadku zasądził symboliczne zadośćuczynienie).

A dlaczego na kłamstwa nie zareagował Komorowski ani jego otoczenie? Pewnie jakoś zareagować powinni i można by to uwzględnić w wielotomowym dziele, zatytułowanym „Rzeczy, które sztab Komorowskiego powinien był zrobić, a jednak nie zrobił”.
Inna sprawa, że trudno wymyślić sensowną reakcję. Właśnie dlatego, że Sumliński tak bezczelnie kłamał - trudno o punkt zaczepienia..

Sumliński zapewne celowo przekręcał imiona czy nazwiska, opisując rzeczywiste postacie. Lichocki jest u niego Lichodzkim, Tobiasz Tobiszem, Jerzy Sutor Krzysztofem Sutorem. Sumliński regularnie spotyka się ze swoimi anonimowymi autorami w miejscach, które ewidentnie nie istnieją, jak „restauracja w Dziekanowie Leśnym” (i ja bym jej nigdy nie odkrył? droid, please...).

Te wszystkie nieścisłości pozwalają mu z jednej strony kłamać, że „wszystko co opisałem wydarzyło się naprawdę”, a z drugiej w razie ewentualnego procesu wszystkiego się wyprzeć. Gdyby Komorowski naprawdę poszedł z tym do sądu, usłyszałby, że to tylko proza political fiction.

I wtedy w najlepszym wypadku Komorowski wywalczyłby jakieś przeprosiny i wycofanie nakładu. Po czym Sumliński zremiksowałby swój bełkot i wydał od nowa pod zmienionym tytułem, a swoim zwolennikom przedstawiłby się jako męczennik zaszczuty przez komunistyczne sądy.

Przypuszczam jednak, że komentatorzy przeceniają wpływ tej książki na wybory prezydenckie. Nie wierzę, żeby Sumliński rzeczywiście odebrał Komorowskiemu wyborców. Nie wierzę, żeby ta książka mogła przekonać nieprzekonanego.

Ludzie, którzy twierdzą, że ją przeczytali i pod jej wpływem zmienili zdanie o Komorowskim - kłamią. Już wcześniej mieli do Komorowskiego jakieś uprzedzenia i wieść o istnieniu takiej książki ich utwierdziła w przekonaniu.

A i tak w większości jej nie przeczytali. Kupić - owszem. Ale żeby to przeczytać, trzeba być zawodowym recenzentem, który liczy na wierszówkę.

Przebiłem się przez „Operację Chusta” Terlikowskiego. Fedrowałem w „Dolinie nicości” Wildsteina. A jednak w kategorii prawicowej grafomanii Sumliński zaskoczył nawet mnie.

On po prostu nigdy się nie nauczył elementarnych zasad kompozycji. Skleja swoje książki z fragmentów, które do siebie nie pasują, więc czytelnika odrzucają ciągłe skoki nastroju. Chwilami jest absurdalnie szczególancki, a potem nagle przyśpiesza narrację. Robi błędy językowe na poziomie humoru zeszytów, typu „wydobycie od niego informacji było trudne jak wyciąganie łososia z bagna”.
Każdy jako-tako oczytany człowiek od razu zauważy, że ma do czynienia z grafomańskim mitomanem.

Kariera Sumlińskiego na polskiej prawicy to jeszcze jeden dowód na to, że prawicę w Polsce jednoczy nade wszystko jedno: niski poziom oczytania.

poniedziałek, 25 stycznia 2016
2016 nie bedzie jak 2006

Styczniowy ranking od czapy będzie znów bardzo polityczny, bo takie niestety czasy. Poświęcę go trzem powodom, dla których ta IV RP będzie zupełnie inna niż tamta IV RP, zatem wyciąganie wniosków z historii może prowadzić na manowce.

1. 500 na dziecko to nie Rywinland
Oni teraz wygrali dzięki hasłom socjalnym. Wtedy - dzięki obietnicy rozliczenia afer i rozbicia Układu. Rozbudzili więc innego rodzaju nadzieje, a co za tym idzie, szybciej poczują gniew rozczarowanych wyborców.

Zaspokajanie potrzeby rozliczania afer jest proste. Wystarczy spektakularnie oskarżyć aferzystów. Jeśli się ich nie uda odnaleźć - wystarczy dobrać z uczciwych ludzi, których czymś się obryzga. I styknie.

Poprzednia IV RP mogłaby tak jechać w nieskończoność. Żadnej naprawdę dużej afery nie udało im się zdemaskować. Ale co to za problem, łapać przypadkowych lekarzy, a może któremuś coś się w końcu uda udowodnić.

Teraz rozbudzili w wyborach konkretne nadzieje. Elektorat PiS czeka na te 500 w gotówce na każde dziecko, obniżenie wieku emerytalnego i podniesienie kwoty wolnej od podatku.

Na razie PiS jest w stanie grać na zwłokę, obiecując, że te obietnice zacznie wprowadzać w życie za linuksiarskie pół roku. Ale kiedyś w końcu będą musieli przyznać, że jednak wcale nie na każde dziecko, i chyba jednak nie w gotówce, i niekoniecznie 500.

A poza tym przeproszą za nieporozumienie. Chodziło o podniesienie wieku emerytalnego i obniżenie kwoty wolnej od podatku, ale zadziałał ten sam chochlik drukarski, który zamienił „pomoc dla franciszkanów” na „pomoc dla frankowiczów”.

Tego niczym nie będą w stanie przykryć. Wszystkie propagandowe sztuczki prezesa Kurskiego nie powstrzymają fali vqrvu ich własnego elektoratu, kiedy już wyjdzie na jaw, że obietnice socjalne były taką samą ściemą, jak ukrywanie Macierewicza w sejfie.

2. Upadek Psychiatryka
Poprzednia IV RP zbiegła się z rozkwitem blogosfery. Każdy wtedy zakładał bloga, nawet ja się dałem skusić (OJEZU! W TYM ROKU DZIESIĄTA ROCZNICA!).

Media obywatelskie były wtedy buzzwordem. Dziś buzzwordem są media społecznościowe. Blogerzy porzucają blogaski na rzecz fejsa, twita, jutuba, snapczata i cholera wie czego jeszcze.

To samo dotyczy prawicowej blogosfery, która jest tak bardzo martwa, że niedawno zauważyłem, że w 2015 nie użyłem ani razu taga „PsychWatch”, który kiedyś wymyśliłem dla tekstów kpiących z prawicowej blogosfery.

Jasne, ktoś tam ciągle jeszcze coś pisze dla Psychiatryka24, jakieś oznaki życia jeszcze dają serwisy odpryskowe - te wszystkie niepopki i blogpressy. Ale gdzie te wielkie jak Jubelgate, Upadek Fyma czy odkrycie przez Krzysztofa Kłopotowskiego (prawdziwe nazwisko Gene Meshukopf) prawdziwych nazwisk polskich polityków!

Gdzie te ich spotkania na grillu u Nicponia, na domówce u Leskiego czy na polu namiotowym u Koteusza! Gdzie te kampanie protestu bloggerów przeciwko zmianom regulaminu przez Igora Janke albo protesty Bogny Janke przeciw zmianom okręgów wyborczych w Konstancinie!

Gdzie te czasy, gdy Gniewomir protestował przeciwko kolejkom na poczcie i odkrywał, że Lesław Maleszka to pseudonim agregatu prądotwórczego! Gdzie te rozłamy i upadki różnych Tekstowisk i Nowych Ekranów!

Większość tych afer brała się z tego, że w tych serwisach kaczyści moderowali kaczystów. W mediach społecznościowych moderacja jest w rękach amerykańskiej korporacji, która ma gdzieś polską politykę. To jeszcze nie raz ich zaskoczy.

3. Autostrada Warszawa-Lizbona
I na koniec temat bardzo ważny dla mojego blogaska: autostrady. W 2006 jazda samochodem przez Polskę to było chażdienije pa mukam. Teraz na większości tras już jest całkiem przyjemnie, a jeśli nawet PiS niczego nie posunie naprzód (pewnie skądinąd nie posunie), Platforma zostawiła dość podpisanych umów, żeby kaczyści mieli przed czym przecinać wstęgi do końca kadencji.

W 2019 powinniśmy już być po domknięciu sieci, z S3 łączącą Szczecin z Legnicą (a przy okazji A2 z A4), tudzież z obwodnicą Częstochow i dużymi fragmentami S5 i S7. Nawet jeśli PiS nie zostawi swoim następcom nic do przecinania wstęgi, i tak będzie dobrze. Przynajmniej w tej kwestii...

sobota, 16 stycznia 2016
Związkowe przywileje

Przywileje związków zawodowych to temat o tyle zabawny, że związek zawodowy z definicji jest organizacją obdarzoną pewnymi przywilejami. Gdyby miał mieć takie same uprawnienia jak zwykłe stowarzyszenie - byłby zwykłym stowarzyszeniem.

Kiedy czytamy o tym, jak w XIX wieku związki były zakazane czy to w USA, czy to w II Cesarstwie, to nie oznacza, że pracownikom tak po prostu nie było wolno się zrzeszać. Amerykańskie proto-związki, które opisuję w swojej powieści, działały na przykład jako towarzystwa braterskiej samopomocy.

Zakaz oznacza właśnie brak owych przywilejów. Jeśli związek działa jako zwykłe stowarzyszenie, to nie wolno mu robić strajku, pikiety czy nawet występować w imieniu załogi przed pracodawcą.

We wszystkich cywilizowanych krajach w XX wieku przyjęto zasadę, że powinny istnieć organizacje obdarzone takimi przywilejami. Regulacje mogą być tak skrajnie odmienne, jak w starej Unii i w USA, ale jakieś przywileje są wszędzie.

Nawet ludzie dalecy od marksizmu pogodzili się bowiem z zasadniczym argumentem, wyłożonym przez papę Marksa w „Kapitale”: że na dalszą metę rynek pracy jest trwale niezrównoważony na korzyść pracodawców. Sytuacje, w których pracownicy mają chwilową przewagę i mogą dyktować warunki, są rzadkie i efemeryczne.

Puszczenie relacji pracownik - pracodawca na wolnorynkowy żywioł musi więc oznaczać dyskryminację tego pierwszego. Pracownicy w społeczeństwie stanowią większość, nie jest więc możliwa stabilna demokracja bez JAKIEJŚ formy uprzywilejowania organizacji pracowniczych.

Od dobrych stu lat nikt nie kwestionuje tej prostej prawdy w cywilizowanych krajach. Leży u podstaw różnych międzynarodowych aktów prawnych ratyfikowanych przez Polskę. Kwestionują ją najwyżej polscy korwinobalceryści, no ale oni potrafią kwestionować nawet globalne ocieplenie.

Polska ustawa o związkach zawodowych pochodzi z roku 1991. Przyjmował ją jeszcze Sejm kontraktowy (czyli ostatni Sejm PRL). Okoliczności sprawiły, że de facto jest ustawą o NSZZ „Solidarność”, dlatego stosunkowo łatwo dziś działać w tym związku, a stosunkowo trudno w innym, zwłaszcza branżowym (założenie branżowego od zera jest zaporowo trudne).

To prawda, że ta ustawa jest nieprzystosowana do dzisiejszych czasów i prowadzi do licznych patologii. Wydaje mi się, że potrafię w skrócie wyjaśnić, skąd te patologie się biorą.

Zgodnie z ustawą związek reprezentuje pracowników przed pracodawcą (art 4), ale ma do tego słaby mandat demokratyczny. Wystarczy 10 osób, by założyć zakładową organizację (art 25 prim) - i te 10 osób nagle zyskuje spore uprawnienia.

Nie, nie chodzi o ten mityczny etat związkowy, do tego musi ich być 150. Chodzi o podpis, bez którego pracodawca nie będzie mógł robić różnych rzeczy (np. dysponować milionami z funduszu socjalnego).

Jednocześnie jest instytucja, która ma mocny mandat, bo pochodzi z powszechnych wyborów - rada pracownicza. Ale z kolei ta nie ma praktycznie żadnych uprawnień.

Mamy więc sytuację, w której pracowników reprezentują dwa ciała. Jedno ma silny mandat i zerowe uprawnienia, drugie ma silne uprawnienia i słaby mandat.

Przyczyna jest prosta - ustawę o związkach dano „Solidarności” w prezencie za jej historyczne zasługi. A ustawę o radach pracowniczych przyjęto w ramach wdrażania unijnej dyrektywy 2002/14/WE - Unia kazała, no to na odczepnego przyjęliśmy niezbędne minimum.

W większości krajów demokratycznych przyjęto jakieś rozwiązania, które związkowe przywileje łączą z wymogiem demokratycznego mandatu. W Stanach nie wystarczy 10 założycieli, cała załoga musi najpierw zagłosować, czy chce być reprezentowana przez dany związek. W Niemczech związek działa przez wybranych przedstawicieli załogi.

Takie rozwiązania wystarczyłyby do ukrócenia polskich związkowych patologii. Skąd się bierze „kilkanaście organizacji w jednej kopalni”? Stąd, że dla pracodawcy mnożenie organizacji to skuteczna forma samoobrony - wtedy te organizacje nie mogą realizować części ustawowych uprawnień, bo się nie mogą dogadać.

Sama likwidacja „związkowych etatów” tego problemu nie rozwiąże, jeśli pozostawimy problem mandatu demokratycznego. Rozwiązanie tego problemu wymagałoby jednak kompleksowej zmiany wielu ustaw.

Jak już pisałem tu na blogu, najbardziej podoba mi się model niemiecki, w którym pracownicy ustawowo reprezentowani są w radzie nadzorczej. Akurat tutaj nie jestem za modelem nordyckim, czyli „systemem Ghent”, bo wymaga częściowego upaństwowienia związków (a ja z powodów historycznych jestem przywiązany do idei „niezależności i samorządności”).

Tak mi się dziwnie ułożyło, że dwie ustawy najważniejsze dla mojego życia zawodowego - prawo prasowe i ustawa o związkach zawodowych, są straszliwie przestarzałe i ewidentnie nie pasują do realiów roku 2016. Ale jednocześnie boję się złych skutków, gdyby jakiś Petru czy Kaczyński zaczął przy nich majstrować, więc ja też wolę, żeby zostało tak jak jest, niż żeby przyjąć kagańcowe prawo prasowe albo ustawę paraliżującą związki zawodowe.

poniedziałek, 11 stycznia 2016
Dlaczego protestujemy

demo

 

Jeśli w czymś widzę pierwiastek nadziei to w tym, że reżim wraz ze swoimi „niepokornymi” propagandystami zdaje się tak bardzo nie rozumieć opozycji, że ta propaganda trafia ślepą kulą w płot. Mogą najwyżej przekonywać już przekonanych, ale nie pozyskają już nowych zwolenników.

Ta propaganda polega najczęściej na atakowaniu liderów opozycji - że Kijowski jest taki, a Rzepliński siaki, a Lis to już w ogóle owaki. Prawdopodobnie wydaje im się, że funkcjonujemy tak jak oni.

Myślą, że my też wychodzimy na ulicę dlatego, że jakiś Prezessimus albo Padre Direttore nas do tego wzywa. Jeśli uda im się ich skompromitować, ich apele przestaną na nas działać. Tak to chyba sobie wyobrażają.

Oczywiście, to się nie może udać dlatego, że dla mnie, tak jak chyba dla znacznej części opozycji, personalia nie mają znaczenia. Nie chodzi mi o to, że prof. Rzepliński to jakiś mój umiłowany przywódca - chodzi mi o to, że Trybunał Konstytucyjny nie powinien być podporządkowany prezydentowi ani parlamentowi.

To samo z mediami publicznymi - nie o to chodzi, że szczególnie cenię sobie Tomasza Lisa. Nie oglądam go, bo mnie nudzi ten rodzaj publicystyki. Chodzi mi o to, że media publiczne nie powinny być podporządkowane rządowi.

I wreszcie tak samo jest z obroną demokracji. Nie uważam, że jest zagrożona, bo mnie do tego przekonał Mateusz Kijowski. Personalnie, to on by mnie nie przekonał nawet do zakupu iPhone’a. Uważam, że jest zagrożona, bo PiS od początku łamie różne demokratyczne zasady takie, jak konsultowanie ustaw czy vacatio legis.

Moje przekonania są niezależne od tego, kto rządzi. Gdyby do władzy doszła partia Razem, też bym chciał, żeby jej działalność była ograniczana przez Trybunał Konstytucyjny, a bez względu na to, jak chętnie bym oglądał program „Szpro na żywo”, nie chciałbym, żeby prowadzącą przywieziono na Woronicza w alizarynowej teczce.

Chodzę na te demonstracje niechętnie, bo w ogóle nie lubię chodzić na demonstracje. Sama idea chóralnego skandowania haseł kłóci się z moim indywidualizmem.

Dlaczego nie chodziłem na demonstracje, kiedy Platforma robiła coś, co mi się nie podobało? A nie podobało mi się wiele rzeczy, bywalcy bloga mogą pamiętać choćby moje bardzo krytyczne teksty w „Gazecie” i na blogu o specustawie dopalaczowej, nie mówiąc już o moich poglądach na politykę gospodarczą.

Tylko że przynajmniej za poprzednich rządów nie czułem się zagrożony właśnie w swoim prawie do krytycznego pisania o nich. Albo w prawie do wspierania opozycyjnych ugrupowań, takich jak Zieloni czy Razem.

Czułem więc, że mam ten komfort, że protestować mogę sobie stukaniem w klawiaturę. Ale nie muszę chodzić na manifestacje, bo szczerze tego nie cierpię. Teraz ten komfort straciłem.

Wszystkie konstytucyjne swobody - wolność słowa, wolność sumienia, wolność zgromadzeń i tak dalej - są warte tylko tyle, na ile może ich bronić niezależny od władzy Trybunał Konstytucyjny. Podporządkowując sobie Trybunał, władza nam już te swobody odebrała, bo teraz nic nie stoi na przeszkodzie w uchwalaniu sprzecznych z nimi ustaw.

Dlatego trzeba protestować. I cieszyć się, że oni nie rozumieją powodów protestu, więc propaganda reżimowa nic nie może zdziałać.

środa, 30 grudnia 2015
Żegnaj, Lemmy!

Ech, do wszystkich smutnych wiadomości roku 2015 musiała dojść jeszcze ta. Żegnaj Lemmy! W sylwestra wypiję niejeden toast poświęcony Twojej pamięci.

Pierwszą płytą Motorhead z jaką się zetknąłem, był koncert „No Sleep 'til Hammersmith”. I tak jak w przypadku poprzedniej piosenki na blogu - byłem wtedy nastolatkiem.

Pewnie z tego powodu mam tak wielki sentyment właśnie do tej płyty (i do, dajmy na to, pierwszych ajronów albo „Unleashed in the East” judasów). Ale hej, „Ace of Spades” to naprawdę wielka piosenka.

Dlatego ranking zacznę bez zaskoczeń. To nie tylko najlepsza piosenka „Motorhead”, ale zapewne jedna z najlepszych piosenek rockowych wszech czasów. Na pewno umieściłbym ją w pierwszej dziesiątce.

Mój drobnomieszczański styl życia jest oczywiście całkowitym zaprzeczeniem rokendrolowego etosu. A jednak pod chociaż jednym względem identyfikuję się z bohaterem tej piosenki. W życiu nie zależy mi na wygranej.

Raz wygrasz, raz przegrasz, dla mnie to na jedno wychodzi. Przyjemność jest w grze.

Podmiot liryczny dostał właśnie „rękę martwego człowieka”. Różnie się ją definiuje w pokerze, ale najczęściej chodzi o dwa czarne asy i dwie czarne ósemki.

Taką rękę dostał legendarny rewolwerowiec „Wild Bill” Hickok w swojej ostatniej partii pokera w roku 1876. Nie wiadomo, jaka byłaby jego piąta karta, bo partię przerwał zdradziecki strzał w plecy.

Od tej piątej karty zależy, czy mamy fulla czy tylko dwie pary. Jej odwrócenie jest więc dla każdego normalnego gracza dość emocjonującym momentem.

Ale nie dla podmiotu lirycznego. On już ma jedyną kartę, jaką chce mieć - asa pik...

Dwie następne piosenki mogą już trochę zdziwić. Jako nastolatek byłem zachwycony „(We Are) The Road Crew”, właśnie z tego koncertowego albumu.


Tak jak bohater rysunku Mleczki w zawodzie wikinga najbardziej sobie cenił gwałcenie, ja w hard rocku najbardziej cenię napierdalanie. Tym fachowym muzycznym określeniem nazywam sytuację, w której gitara rytmiczna, gitara basowa i perkusja tworzą jakąś potworną niszczycielską machinę, która brzmi jak silnik czołgu superciężkiego.

Teoretycznie w każdej piosence hardrockowej jest coś takiego. Ale praktycznie ta machina wymaga jakiegoś rezonansu (?), żeby naprawdę aż mosty się waliły od rytmicznego napierdalania. No więc: przy „The Road Crew” się walą.


I żeby nie było, że słucham tylko tego, czego słuchałem jako nastolatek - podoba mi się utwór z 2010 „Get Back In Line”. 65-letni Lemmy napierdala w nim jak naspidowany nastolatek. Jedno jest pewne: mają teraz niezły koncert w Valhalli...

środa, 23 grudnia 2015
Now Playing (172)

Jak wiadomo, najlepsza popkultura to ta, z którą zetknęliśmy się w wieku nastoletnim. Dla mnie zatem najlepszym bożonarodzeniowym hitem jest „Food For Thought” zespołu UB40.

Nazwa zespołu nawiązuje do formularza wypełnianego kiedyś przez bezrobotnych w Wielkiej Brytanii, by mogli skorzystać z zasiłku („unemployment benefit”). Polityczne zaangażowanie debiutanckiego singla nie było więc zaskoczeniem.

Zaskakujące było raczej to, że singiel przebił się na pierwsze miejsce listy przebojów, chociaż wydała go garażowa wytwórnia typu „my ze szwagrem”, a i tekst daleki był od standardów muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej. No ale jak już pisałem wielokrotnie, cokolwiek mówić o ejtisach, to przynajmniej teksty piosenek były należycie ponurackie.

Piosenka jest reakcją na obrazy nędzy i głodu Trzeciego Świata, które 35 lat temu szokowały mieszczuchów na sytym Zachodzie. Dziś już trochę się jakby przyzwyczailiśmy, ale wtedy nawet w niespecjalnie sytej Polsce bardzo się martwiliśmy wychudzonymi dziećmi z Etiopii.

W pierwszym wersie tekst ewokuje obraz Madonny z dzieciątkiem, która czeka na „mannę z Zachodu”. Dzieciątko już nie żyje, ale podmiot liryczny pociesza nas, że na szczęście nigdy się nawet nie dowiedziało, że umiera - to przecież było niemowlę.

Madonna też się trzyma resztkami sił. Jałowe jej łono, puste jak jej oczy, śmierć jedynym żniwem, jakie przynosi niebo.

To może być dzisiaj - choćby w bombardowanej Syrii czy w jakimś obozie uchodźców gdzieś w Afryce. To zdumiewające, jak szybko się zdążyliśmy do takich obrazów przyzwyczaić. Kiedyś to szokowało, na Zachodzie robili jakieś akcje humanitarne - pełne hipokryzji, ale jednak. A dziś wolimy, żeby madonna z dzieciątkiem zgniła w dalekim obozie, niż żeby naruszała granice fortecy Europa.

Madonna nie doczeka manny z zachodu. Politycy jeszcze nie zakończyli obrad. Ostrzą noże, chcąc wyszarpnąć co smakowitsze kąski. Życie niemowląt w tych targach jest przedmiotem, a nie podmiotem.

Czy ostatnia zwrotka jest gorzkim sarkazmem, czy głosem ponurej, ale jednak nadziei, tego nie umiem ocenić. Jak mawiają social media nindże, „a wy jak myślicie”?

W ostatniej zwrotce podmiot liryczny ogłasza nam bowiem dobrą nowinę. Usłyszcie grające dzwony i pieśń aniołów. Co nam zwiastują? Że mamy ucztować i świętować, bo Jezus syn Maryi narodził się dziś ponownie.

Ivory madonna dying in the dust,
Waiting for the manna coming from the west.

sobota, 12 grudnia 2015
Kaczynski to nie Orban

„Mam dla pana dwie wiadomości, dobrą i złą”, mówi lekarz. „Zacznijmy od dobrej”, prosi pacjent. „No więc: ta choroba będzie nazwana pańskim nazwiskiem!”.

Podobnie optymistyczna będzie niniejsza notka. Zacznę od wiadomości dobrej: nie wierzę, że Jarosław Kaczyński będzie polskim Viktorem Orbanem.

Nie może nim być z powodów czysto metrykalnych. Za parę lat stuknie mu siedemdziesiątka.
W tym wieku zdrowie zwyczajnie nie pozwala już człowiekowi na pełnienie roli żelaznego kanclerza, który dzierży wszystkie sznurki. Bismarck, na cześć którego wymyślono ten przydomek, stracił władzę w wieku lat 75, kiedy w parlamencie i na dworze cesarskim pojawiło się kolejne pokolenie polityków, lepiej od niego rozgrywających sztukę intrygi dworskiej i gabinetowej.

To znaczy, że nawet jeśli PiS na razie gra jak monolit, prąc Blitzkriegiem od „odzyskiwania” do „wyciszania”, w samej partii musi panować atmosfera wyczekiwania na zmianę przywództwa. Prezydent Duda ma rozsądne powody by oczekiwać, że ten temat pojawi się jeszcze za jego obecnej kadencji.

To nas prowadzi do tego, co uważam za wiadomość złą. Wielu komentatorów wydaje się żywić szczerą nadzieję, że Duda będzie szukać kompromisu z opozycją, albo w jakiś inny sposób wyłamie się z pisowskiego monolitu.

Bo mu wstyd, że jego promotor go potępia. Bo jego żona wygląda na osobę inteligentną i na poziomie. Bo się będzie bał Trybunału Stanu. Bo mu zależy na reelekcji - i tak dalej.

Moim skromnym zdaniem, Duda gra nie tylko o reelekcję, ale o sukcesję w PiS. Nie on jeden oczywiście, ale on ma przewagę, bo prezydentura Komorowskiego pokazała, że na tym stanowisku po prostu „wystarczy być”. Nawet Peter Sellers by miał wysokie notowania, gdyby jego rola w życiu politycznym ograniczała się do wygłaszania od czasu do czasu orędzia na ładnym tle.

PiS już miał sukcesyjne falstarty. Prezes dotąd potrafił usadzić i upokorzyć każdego rywala. W PiS wszyscy mają świadomość, że ta partia nie ma elektoratu, elektorat ma Kaczyński.

Jeśli Kaczyński jutro ogłosi z PiS i zakłada nową partię - ta partia przejmie większość poparcia PiS. Jeśli z taką inicjatywą wyjdzie Duda, skończy jak dr niehab Migalski.

Oczywiście, wszystko to działać będzie tylko do czasu. Myślę, że wyniki wszystkich badań lekarskich Jarosława Kaczyńskiego mają bogate życie, krążąc w licznych kopiach po politycznych gabinetach, analizowane przez potencjalnych następców, gotowych rozpocząć grę o tron.

Duda gra na przeczekanie. Na razie musi na każdym kroku demonstrować lojalność, bo jeśli Kaczyński go wyklnie, koniec nadziei na reelekcję. Ale to wszystko do czasu. Jeśli dobrze rozegra swoje karty, to on będzie polskim Orbanem.

Mam tylko nadzieję, że w tym blitzkriegu oni w końcu wytracą impet. Ale ciągle nie widzę dobrego pomysłu na kotrnatarcie opozycji.

niedziela, 29 listopada 2015
Auto - promocja

To jakiś paradoks, że mimo dojmującego uczucia, że moja kariera zabrnęła w ślepą uliczkę - ciągle coś mi ktoś jednak gdzieś wydaje, więc ciągle na blogu się autopromuję. Tym razem literalnie, bo w audiotece jest do ściągnięcia audiobook mojej starej książki „Ameryka nie istnieje”.

Jak mawiał Mickiewicz: czy to w korku, czy to na autobanie, przydaje się książki w głośnikach czytanie. W tym wypadku - książki o tym, jak pewien znacznie młodszy ode mnie dziennikarz pruje przez Amerykę wypożyczalnianym Fordem Mustangiem (a także okazjonalnie Mercurym Grand Marquisem, Chryslerem Neonem i Toyotą Camry, bo to jednak nie były notatki z jednej jedynej podróży).

Co za tym idzie, listopadowy ranking od czapy poświęcę smutnym piosenkom o amerykańskich podróżach. Numero uno to oczywiście Johnny Cash, bo nikt tak pięknie jak on nie śpiewał smutno o Ameryce.

Facet w czerni lubił w swoich piosenkach opisywać mężczyznę na tyle komfortowo czującego się w swojej męskości - że nie wstydzi się on przyznać do łez. Oczywiście, zazwyczaj wypłakanych przez „tę kobietę” (choć nie tylko).

W piosence „Big River” owa kobieta naszkicowana jest tak schematycznie, że można ją odczytać jako metaforę czegoś innego. Czegoś, co gna bohatera od St Paul, Minnesota do Nowego Orleanu wzdłuż Missisipi.

Podmiot liryczny tak gna i łka, a jego łzy wypełniają „wielką rzekę”. Nigdy nie udaje mu się jednak dogonić „tej kobiety”, która zawsze okazuje się przebywać w innej miejscowości niż bohater.

Nie wiem jak wy, ja to odczytuję jako metaforę pogoni za kasą i karierą. Nawet jak ją już prawie-prawie dopadniemy, to ona potem zawsze okazuje się być w innym biurowcu, po drugiej stronie korka na Domaniewskiej.

W piosence Bena Petersa „San Francisco Is A Lonely Town” kasę i karierę odnajduje ta kobieta. Przybyła nad zatokę razem z podmiotem lirycznym autobusem linii Greyhound.

Jej się udało. Podmiotowi lirycznemu nie. Przestaje pasować do kobiety sukcesu i jej nowych przyjaciół.

Kupuje więc bilet w jedną stronę Greyhoundem do domu (po stylu muzyki możemy zgadnąć, że do Nashville albo do Memphis). I modli się z trochę wredną intencją, żeby ona też odkryła, że San Francisco to samotne miasto.

Zdecydowanie najfajniejsze rozstanie ma podmiot liryczny „By the Time I Get to Phoenix” Johnny’ego Riversa. Większość tej piosenki to podróż Route 66 - i to jej najpiękniejszym krajobrazowo odcinkiem w Arizonie i Nowym Meksyku.

Podmiot liryczny mieszkał z „tą kobietą” w jakiejś małej miejscowości w Arizonie. Może w Yumie?

W każdym razie, na tyle blisko, że podmiot liryczny planuje, że gdy będzie dojeżdżać do Phoenix, „ta kobieta” wstanie i znajdzie kartkę, w której informuje ją o swoim odejściu. „Będzie się śmiać, bo odchodziłem już tyle razy”, zauważa trzeźwo.

W porze lunchu bohater planuje być w Albuquerque. Być może ona wtedy, korzystając z przerwy w pracy, zadzwoni do niego - i odkryje, że telefonu pod starym adresem już nikt nie odbiera.

Gdy dojedzie do Oklahomy, ona już będzie spać. Zawoła jego imię przez sen i rozpłacze się, bo teraz wreszcie do niej dotrze to coś, co podmiot liryczny od pewnego czasu próbował jej dać do zrozumienia.

Gdybym ja był nim, zaplanowałbym tę podróż inaczej. Śniadanie w Phoenix, lunch w Albuquerque, ogólny kierunek na Oklahoma City - to w takim razie koniecznie kolacja i nocleg w „Big Texan”!

Do swoich (jakże nielicznych) sukcesów zawodowych zaliczam to, że dwukrotnie udało mi się to miejsce odwiedzić na koszt wydawnictwa Pascal. I do końca swych dni żyć będę marzeniem, by tam kiedyś wrócić.

Przy tej piosence myślę więc: nie płacz, Johnny. Kierowca zapłakany gorszy niż pijany! Zatrzymaj się w Amarillo. Tamtejszy T-Bone pocieszyłby nawet takiego ponuraka, jak ja!

niedziela, 22 listopada 2015
Polska nie istnieje

f16cebcfc941550f419016124b92e715

Jak ten czas leci. W czasach prehistorii mojego blogaska wzruszony i podekscytowany informowałem czytelników o premierze mojej pierwszej książki. Siódmą odnotowuję już z kronikarskiego obowiązku.

Jej treść nie będzie zaskoczeniem dla osób śledzących bloga tak długo. To fabularne rozwinięcie notki ze stycznia 2010, w której snułem wizję socjalistycznej rewolucji wybuchającej zgodnie z prognozami Marksa w najbardziej rozwiniętym kraju kapitalistycznym.

Powieść dzieje się równolegle w dwóch płaszczyznach chronologicznych. W płaszczyźnie z roku 1877 mamy narrację historyczną - wszystko się dzieje z grubsza tak, jak w prawdziwej historii USA, czyli strajk kolejarzy z linii Baltimore & Ohio wymyka się spod kontroli i eskaluje do strajku generalnego.

Historycznie, jak wiadomo, strajk w końcu wygasł. Ale w mojej książce pojawia się bohater, który przestawia wajchę na zwrotnicy dziejów.

Zbudowałem go na wzór stereotypowego westernowego „bezimiennego jeźdźca”, bo tak poza tym przecież w tej epoce dzieje się akcja wielu westernów. Stereotypowy jeździec przybywa do miasta bezprawia, obala dyktaturę skorumpowanego bogacza i odjeżdża, pogwizdując coś z reperturaru Henia Morikone. U mnie w zasadzie podobnie, tyle że obaleniu ulega cały kapitalizm w USA.

Równolegle w powieści śledzimy krakowskiego studenta, który w alternatywnym roku 2015 dostał stypendium cesarsko-królewskiego Ministerium Informacji na projekt książkowy. Postanawia się zainteresować tym tajemniczym jeźdźcem, o którym w 2015 nadal niewiele wiadomo. I od razu okazuje się, że to temat, którego z jakichś przyczyn lepiej nie ruszać.

Zgryźliwy czytelnik zauważy, że tam jadę stereotypem westernu, a tu jadę archetypem opowieści o Młodzieńcu Wyruszającym W Podróż. I owszem, wszystko to razem nie jest przesadnie oryginalne, ale uważam, że jako debiutant nie powinienem się silić na udziwnienia. W pierwszej powieści staram się być raczej konserwatywny w doborze technik narracji i kompozycji fabuły.

W jednym się trochę wychylam od schematu. Alternatywne historie Polski zwykle popadają w jedną z dwóch skrajności. Albo opisują piekło, jak „Xavras Wyżryn” Dukaja, albo kompensacyjny raj, jak te wszystkie książki z serii „lotniskowiec Władysław Anders teleportuje się z Polski przyszłości do zatoki Gdańskiej we wrześniu 1939 i raptory z biało czerwoną szachownicą przychodzą naszym na odsiecz”.

Lubię czytać jedno i drugie, ubóstwiam Dukaja, a Ciszewskiego uważam za bardzo przyzwoitego rzemieślnika. Ale chciałem uciec przed tymi akurat schematami.

Alternatywna socjalistyczna ścieżka rozwoju nie jest więc rajem na ziemi. Rewolucja wydarzyła się w pewnym sensie za wcześnie, jeszcze zanim kapitalizm rozwiązał problemy, o rozwiązaniu których nie śniło się Marksowi.

Dwie rzeczy, które dziś traktujemy jako oczywistą oczywistość, dostępną proletariatowi i niższej klasie średniej, to obfitość pożywienia i swoboda podróży. W XIX wieku tak nie było.

Głód był codziennym doświadczeniem nawet wśród odpowiedników dzisiejszej średniej klasy średniej. Znali go kancelista, lekarz czy nauczyciel.

Dziś problemem niższych warstw społeczeństwa jest raczej nadwaga. Po prostu zbyt łatwo jest zaspokoić głód tanim, niezbyt wartościowym jedzeniem - batonikiem, chipsami, cheeseburgerem. To wszystko stało się możliwe dzięki kapitalistycznym wynalazkom takim jak syrop glukozowo-fruktozowy, nawozy sztuczne, mrożonki, liofilizacja czy przemysłowa hodowla zwierząt.

W mojej powieści w alternatywnym roku 2015 ludzie odżywiają się ciekawiej, bo hodują więcej różnych ras zwierząt czy odmian owoców, ale głód czai się ciągle za rogiem. Nie znają też naszej swobody podróży po prostu dlatego, że nie było wojen światowych, więc nie wynaleziono silnika turboodrzutowego, a i ze spalinowym postęp był słabszy.

Automobile istnieją, ale są rzadkością (założyłem za to, że od razu postęp poszedł w stronę napędu hybrydowego, spalinowo-elektrycznego). Podróż lotnicza jest droga (acz luksusowa) i odbywa się sterowcami.

Za to bardziej jest rozwinięta sieć połączeń kolejowych. Zamiast autostrady, doliną Wagu biegnie na przykład połączenie linii kolejowej dużych prędkości, łączące Wiedeń z dworcem Kraków-Balice. Tam właśnie swą podróż rozpoczyna mój bohater w alternatywnym 2015.

Jak kogoś kręcą takie klimaty - miłej lektury. Jak nie... to nie :-).

poniedziałek, 16 listopada 2015
O lewicowej prawicy

„Lewico, jeśli naprawdę chcesz zrealizować swoje cele - dogadaj się z prawicą!” - częściej niż zwykle spotykam się ostatnio z apelem tego typu. Może to dlatego, że prawica nagle odkryła istnienie środowiska wspierającego partię Razem, a więc musiała sobie poradzić z dysonansem poznawczym, że lewicowy światopogląd nie musi oznaczać sympatii do Palikota.

Te apele nie są niczym tak naprawdę nowym. Z czasów mojej idealistycznej młodości pamiętam dyskusje o tzw. „trzeciej pozycji”. Miała mieć nawet polskiego prekursora w postaci ideologa Zadrugi Stachniuka.

To było niepoważne wtedy i jest to niepoważne teraz. Bo co właściwie lewica w ten sposób miałaby uzyskać?

Istotą projektu lewicowego jest równość i emancypacja. Jako lewica chcielibyśmy, żeby to, kim ktoś się urodził (bogaczem, biedakiem, homo, hetero, na wsi, w mieście etc.) w jak najmniejszym stopni decydowało o jakości jego życia.

Chcemy też dać mu maksimum wolności, nie tylko przed opresyjnym państwem, ale także w miejscu pracy. Kapitalistyczny wyzysk sprawia bowiem, że kawał życia spędzamy w miejscu, w którym nie jesteśmy już wolnymi obywatelami, tylko popychadłem pracodawcy.

Różne odmiany lewicy różnie chcą rozwiązywać ten problem. Skrajne (w dzisiejszych czasach głównie postleninowskie) chciałyby zlikwidować rynek i tradycyjnie rozumianą demokrację. Socjalizm demokratyczny (czyli np. partia Razem) uważa, że da się to jakoś pogodzić.

Po której stronie tego sporu stoję ja, nie muszę chyba tłumaczyć. Historycznie największy sukces w realizacji tych ideałów odniesiono w modelu nordyckim, dla mnie to rozstrzyga sprawę.

I teraz: co nam może dać „porozumienie z prawicą”? Prawica nawet jeśli akceptuje egalitaryzm, to ogranicza go po prostu do nominalnej równości wobec prawa. To dalej przecież oznacza, że jeśli pechowo urodziłeś się w jakiejś wykluczonej grupie (obojętne, jak wykluczonej) - jesteś skazany, by rywalizować „jak równy z równym” z dzieckiem prezesa banku.

Podobnie z emancypacją. Cóż mi po papierowej wolności, jeśli w praktyce ograniczane mają być prawa związkowe czy pracownicze.

Prawica zamiast realnych działań emancypacyjnych czy wyrównujących ma do zaoferowania tylko rozdawnictwo godności. Bezrobotny z pegieerowskiej wioski nie dostanie od prawicy realnej pomocy, tylko propagandowy pakiet dumy z przodków wygrywających pod Kirchholmem.

Jeśli ma mieć z życia tylko tyle, to niech mu będzie tylko tyle. No ale właśnie o to chodzi lewicy, żeby miał jednak więcej, bo dumą z przodków dzieci się nie wykarmi.

Słyszę czasami, że Razem powinno poprzeć PiS, bo „Kaczyński jest prospołeczny”. Lisiewicz zaapelował w „Gazecie Polskiej” o „wspólne pozbawianiu przywilejów rządzącej Polską kasty”.

Gdybym wierzył w „prospołeczność” Kaczyńskiego, w ogóle głosowałbym na PiS, a nie na Razem. Ale nie wierzę w nią. Jak zwykle ograniczy się do pustych obietnic i „rozdawnictwa godności”. Senator Bierecki i prezes Morawiecki dokładnie tak samo należą do rządzącej Polską kasty, jak oligarchowie zblatowani z Platformą czy SLD.

Historia zna jeden rodzaj sytuacji, w której centroprawica może dokonywać reform bliskich lewicy. To wtedy, kiedy socjaliści, związkowcy czy socjaldemokraci są tak potężni, że centroprawicy pozostaje obchodzenie ich od lewej, żeby wygrać wybory.

Wiele takich historycznych przykładów opisywałem na blogasku i w publicystyce. To jest właśnie casus Finlandii, w której modelu nordyckiego nie budowali socjaldemokraci (przeważnie będący w opozycji), tylko obchodzących ich od lewej Urho Kekkonen. To Niemcy Adenauera. To Ameryka Eisenhowera.

Ameryka to przykład o tyle ciekawy, że Republikanie przez wiele dekad zabiegali o głosy związkowców, tradycyjnie wspierających raczej Demokratów. Co za tym idzie, gdy związki były silne, republikańskie administracje były nawet bardziej prozwiązkowe od demokratycznych.

W 1980 centrala AFL-CIO poparła Cartera. Lane Kirkland (jak się okazało, bardzo słusznie) skrytykował program Reagana mówiąc, że to będą tylko „cięcia podatków dla bogatych”, a model „trickle down” nie rozwiąże żadnych problemów przeciętnego Amerykanina.

Wiatr historii wiał już jednak w inną stronę, wiele związków na własną rękę ogłosiło poparcie dla Reagana. Wśród nich PATCO - związek kontrolerów ruchu lotniczego. Reagan nieprzypadkowo zaczął niszczenie ruchu związkowego właśnie od nich.

Dziś partia republikańska ma twarz Donalda Trumpa, nie Eisenhowera. Tak to się kończy, gdy lewica i związkowcy dadzą się nabrać na godnościową retorykę prawicy.

niedziela, 08 listopada 2015
My name is Kotek. Wlaz Kotek.

Bond to Bond. Do kina pójść po prostu trzeba. Ale szczerze mówiąc, „SPECTRE” oglądałem z narastającym poirytowaniem.

Scenariusz wydaje mi się fundamentalnie niedopracowany. Bond, jak wiadomo, jest jak planeta - świeci światłem odbitym. A prawdziwy, mroczny blask rzucają villain i henchmeni.

Czymże kreacja Rogera Moore’a bez Mayday i Nick Nacka. Czymże urok Seana Connery bez Goldfingera i duetu „Mr Kidd & Mr Wint”.

Dobry bondowski henchman (czyli zabójca wysyłany na Bonda w drugim akcie przez villaina, wciąż jeszcze przekonanego, że jest niepokonany) przechodzi do historii popkultury. Już nic nie pamiętamy z filmu, ale pamiętamy „tego faceta z zabójczym melonikiem” albo „tego faceta ze stalowym zgryzem”.

Henchmana ze „SPECTRE” zapominamy nim się skończy film. Jest szokująco bezbarwny. A villain?
Christoph Waltz jest w tym filmie jak operowa diva, którą zdeprawowany zylioner wynajął do zaśpiewania „Wlazkotka”. I diva owszem, daje z siebie wszystko. Ale im bardziej stara się włożyć jakieś emocje w arię o kotku, który mruga, tym bardziej widać, że to ejnt faken nessun dorma.

Na czym polega jego diaboliczny plan? Na stworzeniu globalnej sieci cyberinwigilacji.

Tak, dobrze słyszycie. Mam wrażenie, że wymyślili to jakieś 5 lat temu, na dobre przed Snowdenem. I nikt 2 lata temu nie zauważył, że intryga deczko się znieświeżyła.

A może zauważył, ale wszystkie gwiazdy już miały zaklepany brak poprawek do scenariusza. Łot ewa, kiedy już się dowiadujemy, co knują w tym filmie źli ludzie, słyszymy echo Doktora Evil, który się domaga okupu w wysokości „one million dollars” (and sharks with lasers!).

Waltz i tak ma lepiej, niż Monica Bellucci. Jej scena z Bondem przypomina filmy softporno z lat 70.
Spotykają się w besensownie nielogicznych okolicznościach. Po dialogu tak pozbawionym emocji, jakby pisał go sam Marek Piestrak, nagle się na siebie rzucają w niewygodnej pozycji i zaczynają dyszeć jak „Sapcio i Pufcio z wizytą u cioci”.

Radośnie przy tym ignorują fakt, że oboje się powinni gdzieś śpieszyć. I oboje nie mają też żadnego powodu, by odczuwać jakiś romantyczny nastrój włoskiego wieczoru. Dokładnie tak samo, jak w filmach z lat 70. ten roznosiciel pizzy, który przecież ma jeszcze do dostarczenia dwie kapricziozy i pepperoni, które jednak teraz stygną w jego skuterze, bo on tak po prostu pobiegł do sypialni wzywany przez dwie cycatki - i ani on się nie martwi, że go wywalą z roboty, ani te cycatki nie biorą pod uwagę, że obcy facet może im zajumać portfele, kiedy one się zaczną na jego oczach obmacywać.

A co najgorsze - ta scena nie wnosi absolutnie nic do fabuły. To jak niespodziewany pokaz nagości w filmie „Nad Niemnem”. Po prostu nagle robimy przerwę w pogoni za organizacją SPECTRE, żeby pokazać scenę erotyczną z Moniką Belucci.

OK, do tego każdy pretekst jest dobry, ale ja zapłaciłem za bilet na Bonda! A Bond - to sarkastyczne onelinery (i nie mówcie, że w Bondach z Craigiem ich nigdy nie ma, bo kto powiedział „yes, considerably” pociągając za spust albo „do I look like I give a damn?” barmanowi pytającemu, jak ma przyrządzić vodka martini?). To ratowanie świata przed straszliwymi szaleńcami. To innuendo z Moneypenny. To product placement naturalnie wpleciony w narrację.

OK, trochę tego było. Aktorzy dają z siebie wszystko. Ralph Fiennes, Andrew Scott i Ben Whishaw kradną show, wkładając w swoje „wlazkotki” mnóstwo ekspresji. Efekty specjalne też są fajne, ale bądźmy szczerzy, kogo dzisiaj w kinie kręcą efekty specjalne.

Kurczę, po „Casino Royale” i „Skyfall” naprawdę myślałem, że kiedyś napiszę, że miałem przyjemność żyć w czasach najlepszych Bondów ever. Po tym... po tym zatęskniłem za czasami Daltona.

Ale nie obwiniam o to Craiga (którego niezmiennie kocham) tylko scenariusz, ulepiony z materiału, którego nawet Auric Goldfinger by nie obrócił w złoto.

wtorek, 03 listopada 2015
Jak to było z tym podatkiem we Francji

(c) Kremlin.ru CC-BY 3.0

„We Francji wprowadzili podatek 75%, ale musieli się z niego wycofać, bo najbogatsi Francuzi masowo uciekali z kraju, a jeden znany aktor się nawet zrzekł obywatelstwa” - ta błędna wersja wydarzeń ciągle się gdzieś pojawia. Zapolemizuję sobie raz na blogasku, a potem odpuszczę, bo nec Hercules kontra bulszites.

Dlaczego ta wersja jest błędna? W skrócie - bo ten podatek od początku wprowadzono jako tymczasowy. Wygłupy Żerarda Renowicza Diepardiejewa nie miały na to żadnego wpływu, podobnie jak rzekoma „masowa ucieczka”.

Obywatelstwa nie można się tak po prostu zrzec. Rerard Żenowicz dał się wykorzystać propagandowo Putinowi, a potem wrócił. Zwykły idiota (nawet nie pożyteczny).

Dłuższa wersja wymaga zrozumienia wagi, jaką w francuskiej polityce mają wybory prezydenckie. Są ważniejsze nawet niż w Stanach, bo uprawnienia francuskiego prezydenta są większe niż amerykańskiego.

Konstytucję V Republiki pisano pod de Gaulle’a. A ściślej rzecz biorąc, de Gaulle ją pisał pod siebie. Dlatego tam w razie konfliktu prezydenta z parlamentem prezydent może po prostu arbitralnie rozwiązać parlament i cześć.

Stąd pomysł powieści Łelbeka „Uległość”, w której wybory wygrywa kandydat Bractwa Muzułmańskiego. Teoretycznie gdyby do tego doszło, islamistyczny prezydent mógłby przekształcić Francję na swoją modłę.

W praktyce wybory zwykle wyglądają tak, że zwycięzcami pierwszej tury są kandydaci centrolewicy i centroprawicy. Kandydaci radykalniejsi w pierwszej turze mają wtedy swoje pięć minut, a raczej pięć procent. W drugiej turze ich poparcie przechodzi na kandydatów centrowych.

W powieści Łelbeka do drugiej tury przechodzi kandydatka skrajnie prawicowa i kandydat muzułmański, który w drugiej turze zgarnia głosy centrum i lewicy. Raz już rzeczywiście ten system zrobił Francuzom niespodziankę: do drugiej tury przeszła prawica skrajna (Le Pen) i centrowa (Chirac).

Jospin, kandydat socjalistów, był o włos za Le Penem. Zabrakło mu niecałe 200 tysięcy głosów i ten marny ułamek procenta sprawił, że francuska lewica musiała w drugiej turze głosować na Chiraka. To jakbym ja musiał zagłosować na Kaczyńskiego, bo do drugiej tury przeszedłby z nim ktoś jeszcze bardziej mi obmierzły - na przykład Giertych czy Czarzasty.

Po tej klęsce centrolewica postanowiła urządzać prawybory w stylu amerykańskim. I nawet wydarzył się zwrot akcji w stylu amerykańskim, gdzie jeden skandal obyczajowy potrafi wszystko wywrócić do góry nogami.

Pewniakiem prawyborów w 2011 był polityk ubóstwiany przez media, lubiany w świecie, popierany przez biznes i mile widziany przez aparat partyjny. Był to Dominique Strauss-Kahn.

Ten jednak pojechał na weekend do nowojorskiego Sofitelu. W rezultacie niespodziewanym liderem wyścigu stała się Martine Aubry.

Przekładając polską politykę na francuskie realia, Aubry to odpowiednik partii Razem. Udało jej się przeprowadzić dwie reformy zgodne z programem tej partii - wprowadziła 35-godzinny tydzień pracy i zasadę powszechnej opieki zdrowotnej bez względu na ubezpieczenie.

Nie lubiły jej media i aparat partyjny. Po nerwowym poszukiwaniu następcy Strauss-Kahna, aparat postawił na Hollande’a - polityka, którego główną zaletą była urzędnicza nijakość.

Żeby wygrać prawybory, Hollande musiał coś obiecać zwolennikom Aubry. Wśród tych obietnic był ów podatek - ale z zaznaczeniem, że będzie tymczasowy.

Sam nigdy go nie chciał. Hollande reprezentuje środowisko Strauss-Kahna - ludzi obscenicznie bogatych, którzy już nawet nie umieliby zrobić zakupów w supermarkecie czy zachować się w klasie ekonomicznej.

Znajomy neoliberalny publicysta na dowód, że ten podatek wywołał ucieczkę bogaczy przytoczył artykuł z Forbesa o belgijskiej wiosce pełnej francuskich milionerów. Tylko że oni tam mieszkali już wcześniej.
Francja jest otoczona przez takie azyle podatkowe z każdej strony. Belgia, Luksemburg, Monaco i Andorra. I wyspy na kanale La Manche na dokładkę.

Kto mógł, już dawno do nich uciekł. Bo czy górna stawka to 50% czy 75%, i tak lepiej mieć 0%.

Nie wszyscy jednak mogą. Gdyby to było takie proste, mistrzostwa Europy w piłce nożnej rozgrywałyby się tylko między reprezentacjami Andory i Monaco.

W praktyce wystarczy np. egzekwowanie od podatnika zgłaszającego rezydencję w Monaco warunku udokumentowania, że faktycznie spędził tam 183 dni roku rozliczeniowego. Polska na razie nawet nie próbuje najprostszych metod walki z nadużyciami, po które od dawna sięgają Niemcy czy Francja.

Stąd naiwna wizja, że „biznesy uciekną”. Ciekawe, jak te gimbusy to sobie wyobrażają - że TVN się przeniesie razem z koncesją i Markusem Tellenbachem, żeby kręcić telenowele na Cyprze? Że prezes Filipiak zabierze Comarch do Andory i będzie informatyzować tamtejszy ZUS? Że Cezary Stypułkowski przeniesie Mbank do Monaco (to fakt, nazwę już ma) i będzie tam wdrażać swoje słynne innowacyjne tabele prowizji i opłat?

Że spółki przeniosą się z warszawskiej giełdy na jakąś inną? I co jeszcze, że KGHM się przeniesie razem ze złożami?

Więc nie, nie było we Francji „masowej ucieczki”, która „wymusiła wycofanie się z tego podatku”. Ta historia jest dla mnie raczej kolejnym argumentem przeciwko powszechnym wyborom prezydenckim.

To bez sensu, że tak wiele zależy od serii zbiegów okoliczności, od przepychanek w prawyborach, a potem od tego, czy centrolewica zgarnie parę procent więcej od centroprawicy (lub odwrotnie). W systemie parlamentarnym mniej zależy od przypadku, a więcej od realnego rozkładu preferencji w chwili wyborów.

piątek, 30 października 2015
Wot durak!

Od rozważań o polskiej polityce warto odskoczyć do rozważań o polityce gdzie indziej - bo prowadzi to do pocieszającego wniosku, że tam jest jeszcze gorzej. W takiej Rosji na przykład.

„Durak” to kolejny krytyczny portret rosyjskiego państwa i społeczeństwa. Pod wieloma względami przypomina „Lewiatana”, głównego rywala „Idy” do Oscara.

Oba filmy dobrze świadczą przynajmniej o wolności słowa w rosyjskiej kinematografii - nie jest z nią źle. Ale tak poza tym wyłania się z nich obraz kraju, od którego najlepiej po prostu uciekać, bo nic się tam nie da naprawić.

W „Duraku” dość łopatologicznie przedstawia to metafora budynku, symbolizującego Rosję. To katastrofa budowlana, której nie sposób wyremontować, bo same fundamenty źle położono jeszcze pół wieku temu.

Mieszkańców trzeba jak najszybciej ewakuować. Ale nie ma dokąd. W mieście stoją wprawdzie nowowybudowane apartamentowce pełne pustych mieszkań, ale oligarchowie  wykupili je jako lokatę kapitału jeszcze zanim ruszyła budowa.

To wszystko nie może się więc dobrze skończyć tym bardziej, że kiedy budynek się zawali, zawalą się także lokalne układy i układziki. Ktoś przecież podpisał się pod przeglądem przeciwpożarowym, ktoś przecież wydał na lewo kasę, którą oficjalnie przeznaczano na remont generalny (w rzeczywistości - nieprzeprowadzony, bo niemożliwy do przeprowadzenia).

W „Lewiatanie” przynajmniej od czasu do czasu gdzieś w tle są jakieś ładne widoczki. W „Duraku” od pierwszego kadru do ostatniego, wszystko jest niesamowicie wręcz paskudne.

Upiorne miasto nie jest nigdy nazwane w samym filmie. Z ciekawości wyguglałem, gdzie to kręcono: niektóre wnętrza w Moskwie, ale straszliwe plenery (z owym budynkiem włącznie) w Tule.

Niezbyt daleko. Ale jakoś mnie nie ciągnie.

Prawdę mówiąc, w ogóle oba te filmy jakoś mnie jednak odrzucają. Nie umiem sympatyzować z głównymi, pozytywnymi bohaterami.

W „Lewiatanie” to przynajmniej jakoś tam było psychologicznie uzasadnione. Główny bohater tamtego filmu faktycznie miał trudny charakter i widzimy, jak przez to sam brnie w pułapkę, która się wokół niego zatrzaśnie.

Ale o co chodzi tytułowemu „Durakowi”? Jest tak strasznie bezkompromisowo uczciwy, że nie lubiłbym takiego typka w realnym życiu.

Na Zachód od Bugu mamy określenie na drobiazgowego przestrzegania każdego przepisu. Nazywa się to „strajk włoski” (Włosi, nawiasem mówiąc, nazywają to z kolei „białym strajkiem”).

W obu tych filmach, paradoksalnie, najsympatyczniejsze wydają się postacie negatywne. Skorumpowani urzędnicy, rozrywkowi oligarchowie, sarkastyczni cynicy.

Kiedy w tych filmach kobiety robią wyrzuty bohaterom pozytywnym („przez ten twój upór twoja rodzina żyje w nędzy!”), ja stoję po stronie tych kobiet. To one mają racje, a nie duracy w rolach głównych.

Nie wiem, może to jakaś bariera kulturowa, przez którą nie umiem zrozumieć Co Poeta Chciał Przez To. Tytuł „Duraka” to, jak rozumiem, sarkazm, bo twórca chciał gloryfikować szlachetną postawę głównego bohatera.

Ja to oglądam i myślę - masz chłopie tak wspaniały fach, którego ci z całego serca zazdroszczę jako drugorzędny felietonista. Jesteś hydraulikiem, złotą rączką, co to każdą rurę potrafi odetkać. W Warszawie żyłbyś jak król. Jeśli zamiast tego wolisz klepać biedę w tym bezimiennym miasteczku... nastajaszczyj z tiebia durak.

poniedziałek, 26 października 2015
Daremne żale

Koalicyjna lista SLD-UP dostała w roku 2001 41,04% głosów, czyli nawet więcej niż obecnie PiS. Przez chwilę na podstawie sondaży wydawało się nawet, że oni jako pierwsi będą mieć samodzielną większość w Sejmie, ale skończyło się na skromnych 216 mandatach.

Jak Leszek Miller to wszystko spieprzył, to temat na grubą książkę, nie na blogonotkę. Skupię się tutaj na dwóch błędach, które szczególnie boleśnie odbiły się w tych wyborach.

Po pierwsze - afera Rywina, która wybuchła wkrótce po wyborach. Miller zareagował na nią przedziwnym stuporem, przypominającym reakcję Platformy na ośmiorniczkowe podsłuchy.

Tak jak teraz Platforma, tak wówczas SLD zachowywało się, jakby żadnej afery nie było. Jakby wszystko dało się sprowadzić tylko do paru grubańskich żartów, to w końcu wszyscy zapomną o sprawie.

Na bezczynności Millera zyskali harcownicy z sejmowej komisji śledczej, która - jak to sejmowe komisje śledcze - służyła bardziej autolansowi poszczególnych posłów, niż wyjaśnieniu czegokolwiek. Wszystko co Miller robił w tej sprawie było samobójczo głupie, wliczając w to finalne głosowanie, w którym SLD zakiwał się na amen, doprowadzając do przyjęcia tzw. raportu Ziobry (najbardziej niekorzystnej dla siebie finałowej wersji).

Dalsze 10 lat kariery Leszka Millera to 10 lat pomyłek. Trudno znaleźć choć jedną rozsądną decyzję z tego okresu.

Pięknym końcowym akcentem były próby ukrycia się za plecami dwóch kobiet - Ogórek i Nowackiej. Tylko tym razem już chyba nawet Joanna Senyszyn nie kupi bajeczki „to nie my przegraliśmy, tylko nasza kandydatka na urząd prezydenta/premiera”.

Zresztą, kupi czy nie kupi, jakie to teraz ma znaczenie. Zed is dead, baby.

Ciekawszy wydaje mi się drugi problem. Wielu politycznych liderów w Polsce ma skłonność do robienia błędu, który był specjalnością tych 10 lat kariery Leszka Millera.

To błąd traktowania wyborców jako feudalnych peonów, których jaśnie pan hrabia może sprzedać jaśnie panu dziedzicowi razem z wioską, lasem, bydłem i nierogacizną. To jest to przekonanie, że jeśli Miller i Palikot ogłoszą połączenie swoich majątków, bo ten ma cztery procent, a ten ma pięć procent, to razem im wyjdzie dziewięć.

Otóż są ludzie, którzy mogliby zagłosować na Millera startującego z SLD - ale nie zagłosują, gdy startuje z listy Samoobrony (o czym sam Miller się przekonał „the hard way” w 2007). Są zwolennicy SLD i zwolennicy Partii Demokratycznej, którzy nie zagłosują na koalicję LiD. Są zwolennicy Palikota, którzy nie zagłosują na wspólną listę Miller-Palikot - i tak dalej.

Miller, mam wrażenie, nigdy tego nie rozumiał. Bo co wybory, miał inny, genialny pomysł tego typu. Zawiązywał jedne koalicje, rozwiązywał drugie. Teraz wydawało mu się, że „Zjednoczona Lewica” po prostu przyniesie sumaryczny wynik wszystkich koalicjantów.

Nie przyszło mu do głowy, że wyborcy głosujący na Palikota, bo to taki swój chłop do blanta i do kieliszka - przerzucą się na Liroja z Kukizem. A wyborcy, którym odpowiada eseldowska postawa „twardy neoliberalizm w gospodarce i cieniutki antyklerykalizm w sprawach obyczajowych”, uciekną do Nowoczesnej Ryszardy.

A jaśnie pan hrabia zostanie sam, w pustej wiosce.

SLD popełniło samobójstwo jeszcze w wyborach prezydenckich. Żadna partia nie mogłaby przetrwać czegoś tak głupiego, jak kandydatura dr Ogórek.

Gdyby SLD wystartowało wtedy samodzielnie, wystawiając jakiegoś swojego lidera - może i by zgarnęło słaby wynik, coś między Korwinem a Palikotem. Ale to byłaby solidna podstawa do zawalczenia chociaż o pięć i pół w równie samodzielnym starcie do Sejmu.

Tak jak Platforma sama siebie skazała na obecne drugie miejsce skandalicznie niekompetentnie prowadzoną kampanią prezydencką - tak samo ówczesny błąd Millera skazał SLD na marginalizację. SLD było politycznym trupem od pół roku.

W tych wyborach SLD nie zginęło. Po prostu wreszcie odłączono zwłoki od respiratora. Czas rzucić grudkę i wygłosić przemówienie.

Ja wydeklamuję Asnyka.

środa, 21 października 2015
Now Playing (171)

Zbliża się cisza wyborcza, więc chciałem w tym tygodniu wrzucić kolejną notkę o moich muzycznych fascynacjach i odkryciach. Byłem w tym roku na Przystanku Woodstock i wpadła mi tam w ucho francuska grupa Shaka Ponk. Im więcej słucham, tym bardziej mi się podoba.

Nie umiem określić ich stylu. Ciocia Wiki też nie bardzo, używa też przerażającego określenia „experimental rock”.

Ale bez obaw, nie chodzi o to, że ktoś pół wieku po wczesnych Floydach znowu zaczyna się bawić przesterowanymi efektami. Przeciwnie, ta muzyka jest bardzo skoczna, melodyjna, wpada w ucho. Tyle że nie da się powiedzieć, czy to hip hop czy to punk rock. Ale cokolwiek to jest, jest bardzo fajne.

Domyślam się, że niektórzy komcionauci odczuwają presję, żeby coś tu napisać o medialnym triumfie Zandberga. Wyjątkowo będę tolerować offtopy (acz nie podczas ciszy wyborczej), a nawet sam się zaofftopuję.

Obserwuję partię Razem od początku z sympatią, mimo swojej dystwarzii i dyznazwiskii kojarzę Zandberga od paru lat, jako jednego z tych sympatycznych i inteligentnych młodych ludzi, szwendających się bezradnie po różnych lewicowych młodzieżówkach, bez szans na karierę polityczną, bo Millerów i Palikotów młodzi działacze interesowali zawsze tylko jako paprotki lub teczkowi.

Cieszę się, że ci ludzie wreszcie wyszli z tych organizacji i zaczęli działać razem. Od lat głosuję wbrew sobie, z obrzydzeniem, zatykając nos, robiąc dobrą minę do złej gry - koniec z tym. Ufff.

Ta debata wyjaśnia, dlaczego czuję się tak bardzo wyalienowany w świecie polskiej polityki. Z całej tej ósemki liderów Zandberg był jedyną osobą, z którą miałbym ochotę na towarzyską rozmowę.

To człowiek, który czyta książki, który wie coś o świecie, który ma poglądy własne, a nie wyprodukowane przez spindoktorów na podstawie fokusa w targecie. Przypadkowo mniej więcej takie same jak ja, ale to już dla mnie szczegół.

W polskiej debacie nie znoszę jej straszliwej miałkości. Z polskimi politykami da się może pogadać o piłce nożnej albo o celebrytach. Czyli o tym, o czym pisze pudelek, bo nic poza tym nie czytają.

Stąd ten przedziwny fenomen ludzi, którzy ciągle sobie wycierają gębę Adamem Smithem, a nigdy nie czytali nie tylko „Teorii uczuć moralnych”, ale nawet „Bogactwa narodów”. Wydaje im się więc, że to był orędownik dzikiego kapitalizmu (otóż nie był).

Tacy ludzie - niedouczeni, niedoczytani, klepiący w kółko te same ideologiczne zaklęcia - dominują niestety w naszym dyskursie. I nie ma tu znaczenia, „lewica” czy „prawica”, rządzi nami jakiś ponadpartyjny front bibliofobów.

Dlatego nie oglądam telewizyjnych programów typu „kłótnie polityków”. Dlatego nie chce mi się czytać publicystycznych „komentarzy i opinii”. Dlatego niemile widzę u siebie na blogu komcionautów przychodzących tu z portalowych forów czy z Twittera.

Wiem, że nic nowego się od nich nie dowiem. Usłyszę tylko jeszcze raz te same slogany, które znam na pamięć. Boooo-ring.

Z „razemitami” nie odbędę może ciekawej dyskusji politycznej, bo za bardzo się zgadzamy. Ale da się z nimi pogadać o „Marsjaninie” czy o Ha-Joon Changu.

Nie wyobrażam sobie interesującej rozmowy na takie tematy z nikim z siódemki pozostałych liderów. Z Zandbergiem? Spoko. Dlatego mój wybór to tak naprawdę kwestia smaku.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81