Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dorota Wellman kontra roszczeniowa młodzież

Najważniejsze pytanie dla mojego pokolenia, zaraz po „jaki samochód?” oraz „gdzie w tym roku na wakacje?”, to dlaczego pokolenie milenialsów nie chce dołączyć do naszych protestów. Teraz w wyjątkowo zabawny sposób zadała je Dorota Wellman.

Wydaje mi się, że rozumiem oba pokolenia. Sprobuję więc jednym wytłumaczyć racje drugich.

Wydarzeniem definiującym różnice między nami (mną czy Dorotą Wellman) a milenialsami było ogarnięcie rynku pracy przez korporacje. W mediach to się dokonało mniej więcej między 1999 (wejście Agory na giełdę) a 2004 (debiut Faktu).

W innych branżach kluczowe daty są podobne. Bo w szerszej perspektywie to wszystko było kwestią wejścia do Unii.

Co za tym idzie, sytuacja kogoś zaczynającego pracę w 1995 i w 2005 była radykalnie odmienna. Różnica jest większa niż np. między 2008 a 2018.

Rówieśnicy moi czy Doroty Wellman zaczynali pracę w firmach, które dzisiaj nazywalibyśmy „turkusowymi”. Nie było sztywnej hierarchii, łatwo było awansować. W 1990 cała Polska była startupem.

Mieliśmy poczucie sprawczości. Czuliśmy, że możemy podążać za swoimi marzeniami, realizować swoje projekty. I wielu z nas się to udało.

Płacono nam grosze, ale płacono od samego początku. W wielu branżach siłą rozpędu jeszcze obowiązywały układy zbiorowe zawarte za PRL. Także w mediach.

Młodszy od nas kolega zaczynający pracę w 2008, zwykle lądował na bezpłatnym stażu. Potem go brali na śmieciówkę i obiecywali, że jesienią może się zwolni etat.

Z jesieni robi się wiosna, z niej następna jesień, a jednocześnie nie wiedzieć czemu (w korpo wszystko jest tajemnicą, z wyjątkiem komunikatów giełdowych!) te etaty się znajdowały dla innych.

Nasz młody człowiek tracił poczucie sprawczości. Umacniała to polska szkoła zarządzania upokorzeniem. „Na twoje miejsce mam pięciu chętnych”, „Jeszcze nie zdecydowałem, czy ci zapłacę za ten miesiąc”, „Nasza branża to mały świat, mogę załatwić, że nikt cię nie zatrudni” - to przecież polska korpoklasyka.

Na Zachodzie też mają korporacje, ale za sprawą różnych lubrykantów fisting niewidzialną ręką rynku jest mniej bolesny. Tam korporacje stosują motywacje pozytywne: jasna ścieżka rozwoju, opcje na akcje, różne perksy.

Ludzi się tam nie gnoi tak jak w Polsce. To stały punkt opowieści rodaków na saksach: że nie tylko pieniądze większe, ale i nareszcie nie czują się traktowani jak zesłaniec w kolonii karnej.

Na stronie „Wiesławiec deluxe” był żart o polskich ścieżkach rozwoju. Pracownik HR do aplikanta: „na początek straci pan zdolność odbioru dzieł kultury, a po pięciu latach już będzie się pan śmiać z kolegami, kiedy będziecie sobie przy wódce pokazywać na telefonach memy o piłkarzach”.

I nie mówię tutaj o pracownikach Amazona, mówię o korpoludkach z klasy średniej, siedzących w nowoczesnych biurowcach. Pracujących nawet w tej samej branży, co ja czy Wellman, tylko pechowo młodszych o 10-20 lat.

Jeśli kiedykolwiek odczuwali wolność, sprawczość, podmiotowość itd., to tylko w życiu prywatnym. Można ich więc zmobilizować hasłami typu „aborcja”, ale tych tematów opozycja unika, bo po co drażnić xiędza dobrodzieja.

Tekst Wellman brzmi dla milenialsów jak dalszy ciąg polskiej szkoły motywowania negatywnego. Oż wy, roszczeniowe nieroby, na co czekacie, aż wam Netflixa wyłączą? Ruchy, ruchy, PiS się sam nie obali!

Opozycja tak przemawia do społeczeństwa od lat. Dlatego zresztą dziś jest opozycją.

Komorowski zaprezentował się w kampanii jak toksyczny szef, który nawet się nie stara, żeby go lubiono. Zero uśmiechu, wieczny foch. „Mam pięciu wyborców na twoje miejsce!”.

Jak przekonać młodzież do naszych racji? Na dalszą metę potrzebujemy innego programu szkolnego, w którym zamiast wiedzy o społeczeństwie będzie wychowanie obywatelskie.

Na razie szkoła uczy demokracji tak, jak się uczy przekroju żaby, „kto kogo może odwołać”. A powinna wyrabiać postawę „jestem świadom swoich praw i umiem ich bronić (np. w sądzie)”. To się powinno z kolei wiązać ze zmianą rynku pracy, żeby te prawa szanował.

To oczywiście zadanie na lata. Na krótką metę mam taką propozycję - zwrócić się o pomoc do grup rekonstruktorskich, odtwarzających pojedynki rycerskie. Przydzielić każdemu opozycyjnemu politykowi, dziennikarzowi, celebrycie lub innemu autorytetowi rycerza w pełnym rynsztunku, żeby za każdym razem, gdy opozycjonista zacznie połajankę z serii „wy roszczeniowa hołoto...!”, rycerz walił go gumowym kurczakiem bez łeb.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018
Kim był Andrzej Lepper

W lewicowym bąbelku - burza o Leppera. Mam nadzieję, że ci, którzy chcą mu dorabiać pozytywną legendę, po prostu nie pamiętają faktów.

Ten legendarny Lepper, w odróżnieniu od prawdziwego, miał być przywódcą ludowym, który pochodził z samego ludu, a więc przez to „prawdziwym”. Podobno to on pierwszy wyartykułował gniew przeciwko neoliberalizmowi i za to go zmiażdżyli wrogowie.

Tyle legenda, teraz fakty. Z okazji pięcioletniej rocznicy śmierci, Jarosław Tomasiewicz napisał Lepperowi laurkę w „Nowym Obywatelu”. Trzymajmy się tego, co w tej laurce.

Według niej, Lepper został w 1978 kierownikiem PGR. Od 1980 miał własne gospodarstwo na 63 ha - tyle pisze Tomasiewicz.

Ja jeszcze dodam na podstawie innych źródeł, że miał 2 kombajny, 6 przyczep i 3 traktory. W 1990 powiększył areał o kolejne 50 ha.

Że ktoś nie umie mówić po polsku, to jeszcze nie czyni go przedstawicielem ludu. Dla mnie to biografia typowego Janusza biznesu.

Nawet trzymając się tylko tego, o czym pisał Tomasiewicz: Lepper już w latach 80. był bogatszy niż wówczas ja czy kogokolwiek z moich szanownych komcionautów lub naszych nie mniej szanownych przodków. Chciałbym być z takiego „ludu”!

Jeśli ktoś jest panem na 113 hektarach, nie jest już rolnikiem, jest obszarnikiem. Latyfundystą. Przecież nie potrzebował 6 traktorów po to, żeby samemu nimi jeździć.

W 1990 Lepper chcąc się przestawić na przemysłową produkcję mączki ziemniaczanej, bierze kredyt. Inwestycja była nietrafiona, kredyt był niespłacalny.

Normalny biznesmen w takiej sytuacji ogłasza upadłość - i albo rozkręca nowy biznes, albo w ogóle daje sobie spokój z biznesem. Ale Lepper w 1992 zamiast tego zakłada ugrupowanie, reprezentujące przedsiębiorców takich jak on. O swoje nietrafione inwestycje oskarżają Balcerowicza.

Trzeba nie pamiętać tamtych czasów, by uważać, że Lepper był jakimś pionierem w krytyce Balcerowicza. Protesty trwały od samego początku reform.

W 1990 wszyscy czynni politycy byli przeciw rządowi Mazowieckiego - z wyjątkiem tych, którzy sami byli w rządzie. Najgłośniejszym krytykiem rządu (i Balcerowicza) był Lech Wałęsa, który od tego zaczął swoją kampanię prezydencką.

W tamtych wyborach jedyny kandydat popierający Balcerowicza nie przeszedł do drugiej tury. Wybieraliśmy w niej między jednym przeciwnikiem Balcerowicza a drugim.

Lepper nie był też pierwszym przywódcą poszkodowanych rolników. Słynną blokadę drogi pod Mławą z czerwca 1990 organizowali Roman Bartoszcze, Gabriel Janowski i Jacek Soska.

Ten protest obrósł legendą „szarży transporterów opancerzonych”. Czy ludzi, którzy w to wierzą, nie zastanawia brak ofiar śmiertelnych?

Nic się nikomu nie stało, bo nie było żadnej szarży. Drogę odblokowano pokojowo, w wyniku negocjacji między policją a protestującymi, w nocy z 15 na 16 czerwca.

Czy policja powinna była mieć aż tyle uzbrojenia? Protestujący też nie byli całkiem niegroźni, mieli ze sobą kosy - niby tylko nawiązanie do historycznego rekwizytu, ale dla mnie to także dzisiaj byłoby uzasadnienie, żeby wezwać antyterrorystów.

Lepper pojawia się stosunkowo późno. I nie jako krytyk kapitalizmu.

Początkowo był po prostu nacjonalistą i antysemitą. Na wiecach z lat 1993-1998 mówił, że polska bieda bierze się z ucisku „wrogich Polakom nacji”, zazwyczaj wymieniał niemiecką i żydowską (polecam cytaty z jego wypowiedzi w prasie lokalnej z tamtego okresu).

Sam kapitalizm dla Leppera był OK, dopóki sam Lepper czerpał profity, wraz ze swoimi kolegami. Ich lista ciągle się zmieniała. Ten zarządca komisaryczny, którego jego banda pobiła w 1994, również był jego dawnym współpracownikiem. Lepper nie był w stanie z nikim współpracować na dłużej, dlatego nie zbudował żadnej trwałej struktury.

Za Millera był wicemarszałkiem Sejmu. Za Kaczyńskiego był wicepremierem. Mimo to nie zostawił po sobie żadnego dorobku, żadnej ustawy. Nie zapisał się literalnie niczym trwałym w polskiej polityce - w laurce Tomasiewicza brak konkretnych przykładów, bo ich nie ma.

Pośrednio pozytywny wpływ miał taki, że seksafera w Samoobronie uświadomiła ludziom, że linia obrony „skoro nie odeszła z pracy, to znaczy, że się na to wszystko zgadzała” nie chroni molestatorów. Jedyne, co dobrego Lepper zrobił dobrego dla społeczeństwa, to że w 2007 wreszcie wypadł z polityki (choć Kukiz przejął pałeczkę).


sobota, 28 lipca 2018
Czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny?

Gdyby jakiś pisowiec miał ochotę na kolejną notkę (tak z rozpędu), proponuję mu chwilę refleksji nad tytułowym pytaniem. W bonusie odpowiem, dlaczego w 1989 utrzymano ciągłość ustrojową z PRL, zamiast ogłosić powrót do konstytucji kwietniowej.

Rzecz w tym, że prawo reguluje wiele aspektów życia codziennego, o których często nie myślimy w kontekście „walka o sądy”. Stąd jeden z najgłupszych cytatów III RP, „niczego o mnie nie ma w konstytucji”.

My tu gadu-gadu, a ktoś tam gdzieś się komuś oświadcza. Równocześnie ktoś inny mówi „z nami koniec, chcę rozwodu”. Jeszcze inny wytargował korzystną cenę za używany samochód, a następny właśnie został zwolniony z pracy.

Wszystkich tych ludzi łączy jedno. Chcą podpisać jakiś dokument zgodnie z taką czy inną ustawą. Ogłoszenie przerwania ciągłości prawnej będzie dla nich dramatem.

Nie będzie wiadomo, na podstawie jakich przepisów mają związek małżeński zawiązać lub rozwiązać. Jak zarejestrować i wyrejestrować samochód. Jak wyliczyć odprawę należną zwalnianemu. I tak dalej.

Dlatego nawet w podczas rewolucji czy zamachu stanu, nowe władze rzadko ogłaszają całkowitą likwidację wszystkich instytucji ancien regime’u. Stąd fenomen „dziwnych praw” obowiązujących w różnych krajach od głębokiego średniowiecza. Przykłady państw, w których doknano radykalnego zerwania (Kambodża, Irak, Rosja) nie są specjalnie zachęcające.

Nie zrobiono tego nigdy w Polsce. III RP zachowała ciągłość prawną z PRL, PRL z II RP, II RP z zaborami. W 1918 również przecież nie ogłoszono przywrócenia I Rzeczpospolitej, tylko kontynuowano prawo państw zaborczych (jego ostatnie relikty zniesiono dopiero w PRL; np. Kodeks Napoleona formalnie obowiązywał na terenie dawnej kongresówki do 1946).

Dobrze to pokazuje historia Sądu Najwyższego. Powołano go w marionetkowym Królestwie Polskim, które w 1916 proklamowali Niemcy i Austriacy.

Zaborcy (mówiąc ściślej, wtedy już okupanci) nie dogadali się między sobą co do tego, kto ma być „królem” tego państewka. „Rządziła” nim więc Rada Regencyjna, która stworzyła kilka instytucji, działających do dziś. Wśród nich Sąd Najwyższy.

Pierwszym I prezesem SN był Stanisław Srzednicki, kandydat kompromisowy, bo mianowali go zaborcy zachodni, ale był najwyższym rangą polskim sędzią w zaborze rosyjskim. Po zdobyciu niepodległości Piłsudski mógł go wywalić (jako Naczelnik Państwa mógł teoretycznie wszystko). Ale nie zrobił tego.

Niepodległość niepodległością, ale ktoś się wtedy przecież na przykład wtedy kolejny rok procesował z sąsiadem o miedzę. Nie pokochałby wolnej Polski, gdyby ta mu całą sprawę zresetowała do zera.

Ostatnim I prezesem w niepodległej Polsce był Leon Supiński. Po wojnie komuniści chcieli zachować pozory ciągłości, wzięli go więc do swojego Sądu Najwyższego, tym razem jako II prezesa. Wkrótce wypchnęli go w stan spoczynku.

Pierwszym komunistycznym I Prezesem SN był Wacław Barcikowski (od 1945 do 1956). Był znanym przed wojną prokuratorem i adwokatem. Cóż, kolaboranci wśród elit się znajdą nawet za Stalina.

Ostatnim I Prezesem komunistycznego Sądu Najwyższego był prof. Adam Łopatka. Rada Państwa powołała go w 1987 na 5-letnią kadencję (teoretycznie do maja 1992).

Rząd Mazowieckiego  przeprowadził jednak w Sejmie ustawę, która skracała tę kadencję. W maju 1990 wyrzucono wszystkich 109 sędziów SN.

Dlaczego dziś to skandal, a wtedy nie? Bo w czasach PRL sędziowie nie byli nieusuwalni. Peerelowskich sędziów wyrzucono zgodnie z peerelowskim prawem. Dopiero ich następcy mieli być nieusuwalni (jak się okazało, tylko na 28 lat).

Wbrew temu, co dziś twierdzi kacza propaganda, sędziowie przeszli czystkę. Zaakceptowano tylko 22 z tych 109, przepadł sam prof. Łopatka. Jego następcą został prof. Adam Strzembosz, pierwszy I prezes SN w wolnej Polsce.

Jeśli ktoś uwierzył w „Michnikowszczyznę” Ziemkiewicza, to pewnie wydaje mu się, że „Gazeta Wyborcza” broniła peerelowskich sędziów. Przypominam, że Ziemkiewicz napisał tę książkę na podstawie tego, co mu się wydawało, że zapamiętał - a nie kwerendy w archiwach.

Polecam artykuł „Samo-sąd” z 30 maja 1990, w którym Wanda Falkowska opisywała tę czystkę i uzasadniała ją tym, że „niektóre uchwały SN były po prostu haniebne”, przytaczając m.in. przykład politycznego wyroku z 27 czerwca 1988.

Reasumując, czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny? W pewnym sensie tak. Ale w takim samym, w jakim w II RP był postzaborczy. A nawet mniejszym, bo w 1918 nie było czystki.

czwartek, 26 lipca 2018
Drodzy pisowcy (po wyroku)

Trochę czasu minęło, kiedy do Was pisałem. Zauważyłem, że piszę do was głównie w sprawie Waszych reform sądownictwa, bo sądy to nasz wspólny problem.

Nawet, jeśli ktoś przeżyje całe życie bez styczności z prawem karnym (czego sobie i wam życzę), to pozostaje prawo cywilne, rodzinne, gospodarcze itd. Te wszystkie hipoteki, spadki, weksle, sądy pracy, notariusze i komornicy.

To nie działa dobrze. Gazeta, w której pracuję, miała dużo tekstów krytykujących np. powolne procedury czy samowole komorników.

Gdy szukamy ostatnich rzeczy, które łączą nas, jako Polaków - wyborców PiS i wyborców anty-PiS - to jedną z nich właśnie jest strach, że jeśli pójdziemy z czymś do sądu, to ugrzęźniemy tam na wiele lat, choćby sprawa była ewidentna.

Na początku Waszych reform ostrzegałem, że nic nie wskazuje na to, że Ziobro, Jaki i Piotrowicz coś w tej materii poprawią. Użyłem metafory motoryzacyjnej, że polskie sądownictwo jest jak rozklekotany samochód.

PiS zamiast naprawiać, zmienia kierowcę. Od tego ten sztrucel szybciej nie pojedzie.

Minęło dwa i pół roku. Czy coś się poprawiło? Znacie kogoś, kto wielbi ministra Ziobrę, że dzięki jego znakomitym reformom wszystko teraz szybciej działa?

Pytam ze szczerej ciekawości. Chętnie bym taką relację usłyszał. Choć przypuszczam, że gdyby była choć jedna taka osoba w całej Polsce, już by o niej zrobili materiał w TVPiS.

Ostatni wyrok TSUE w sprawie odmowy ekstradycji Artura C. sprawił, że nasz problem tymczasem zrobił się jeszcze gorszy. Koło odpadło od naszego sztrucla.

Prawicowi blogerzy zbywają to żarcikiem, który prawdopodobnie jest „przekazem dnia”, bo pojawił się nagle w różnych miejscach. Że to dobra wiadomość, bo przestępcy będą się teraz przenosić z Polski do Irlandii, a więc u nas będzie bezpieczniej, ha ha.

Na ten wyrok powoływać się będą nie tylko dealerzy narkotyków - także przestępcy gospodarczy. Aferzyści od następnego Amber Gold po prostu kupią sobie pałace po czeskiej stronie Cieszyna i będą bezkarni.

Spójrzcie na to z punktu widzenia tego waszego „wstawania z kolan”. Do 2018 roku polskie sądy były w Unii Europejskiej równe niemieckim czy francuskim. Od wczoraj są oficjalnie uznane za sądy gorszego sortu.

To nie będzie się ograniczać tylko do ekstradycji przestępców. To dotknie także innych sądów - cywilnych, rodzinnych, gospodarczych.

Wyobraźcie sobie konflikt między przedsiębiorcą polskim a jego niemieckim konkurentem. Albo rozwód Polaka z Niemką i sprawę o opiekę nad dziećmi i podział majątku. Albo proces polskiego pracownika z niemieckim pracodawcą.

Zamiast „niemieckiego” mógłbym wstawić „czeskiego” czy „francuskiego”, ale Wy macie jakąś szczególną fiksację na punkcie Niemiec. Otóż w Niemczech nasze wyroki teraz też będą podważane, podobnie jak w Czechach czy Francji.

To o tyle zabawne, że jeszcze przed chwilą snuliście fantazje na temat karania obcokrajowców za mówienie „polskie obozy zagłady”. To zawsze było głupie, ale skoro od wczoraj polskie wyroki nie będą respektowane na drugim brzegu Odry, to teraz ta głupota powinna być oczywista nawet dla Was.

Nie zwracam się do Was jakoś szczególnie przymilnie, bo ani Was nie lubię, ani nie chcę, żebyście mnie polubili. Ale ten problem z sądami jest i Wasz, i nasz. Skoro już jest źle, to moglibyście chociaż nie pogarszać.

Ziobro, Jaki i Piotrowicz już kilka razy obiecywali, że wszystko raz-dwa załatwią, tylko trzeba pośpiesznie przepchnąć jakąś ustawę. I za każdym razem było tylko jeszcze gorzej. Chyba już nawet Wy nie wierzycie, że tym razem jakimś cudem wreszcie im się udało?

Ministra Rafalska też musiała pokonać wiele przeszkód, żeby wprowadzić 500+. Ale wprowadziła, zamiast przedstawiać kolejne wymówki. Za to ją szanuję.

Minister Grabarczyk musiał zmienić wiele aktów prawnych, żeby wreszcie ruszyła budowa autostrad. Ale zmienił. I ruszyła. Za to go szanuję.

Są politycy, którzy rozwiązują problemy. I są politycy, którzy wymyślają wymówki.

Wasza ekipa od sądów należy do trzeciej kategorii, wzmacniaczy problemów. Zastali sądownictwo w złym stanie, udało im się je pogorszyć. Ich jedynym sukcesem, póki co, jest poupychanie znajomych na różnych wysokopłatnych fuchach.

Powinniście coś z nimi zrobić. Co? A to już, dla odmiany, wyłącznie Wasz problem.

środa, 18 lipca 2018
Niechęć do elit

Skąd niechęć wobec elit? Nie będę się bawić w medialnego eksperta od społeczeństwa, spróbuję opowiedzieć, skąd się bierze moja.

Moja niechęć jest zarezerwowana właściwie wyłącznie do elit politycznych i biznesowych. A więc - niestety - tych, od których należy nasza codzienność.

Nie mam problemu z elitami intelektualnymi. Jestem w dziennikarskim raju, kiedy jakiś profesor przybliża mi (a przy okazji czytelnikom/słuchaczom) tajniki swojej specjalizacji.

Nie lubię tylko intelektualistów czysto medialnych, których dorobek mierzony jest czasem antenowym, a nie publikacjami. Ale ich zwalcza samo środowisko akademickie, czego przezabawną ilustracją są kariery dr nhab Migalskiego czy mgr ndr Goliszewskiego.

Nie mam też problemu z elitami kulturalnymi. Mam swoją prywatną listę sympatii i antypatii, niekoniecznie zbieżną z różnymi nagrodami i rankingami, ale i też nie na tyle rozbieżną, żebym powiedział, że te nagrody to oszustwo.

Przejdźmy do polityków. Szacunek czuję do nielicznych, niezależnie od ekipy. Niewielu spełnia kryterium Engelkinga („czy chciałbym z kimś zjeść kolację”).

W każdym rządzie jest ze dwóch, trzech ministrów „merytorycznych”, fachowców od swojej działki. Wprowadzenie 500+ to był legislacyjny majstersztyk, za ktory szanuję Rafalską. Grabarczyk zidentyfikował wąskie gardła w kilkudziesięciu aktach prawnych, zmienił je - i dzięki temu podróż samochodem przez Polskę już nie jest horrorem takim jak 10 lat temu.

Z nimi owszem, chętnie bym sobie pogadał. Ale nie wierzę w ciekawą rozmowę z Dudą, Schetyną, Szydło, Petru czy Czarzastym. Ci ludzie wydają mi się być ekspertami wyłącznie w intrygach personalnych i walce o stołki. Nikogo w tym świecie nie znam osobiście, więc opisuję tylko swoje wyobrażenie budowane na podstawie ich publicznych wypowiedzi.

Z zachodnimi politykami tak nie jest. Nawet jeśli są zupełnie nie z mojej bajki, jak Sarkozy czy Cameron, to z zaciekawieniem przeczytałbym np. wywiady z nimi o ich ulubionych płytach, książkach czy filmach. Oni tam zresztą chętnie takich udzielają.

Ale na hasło „ulubione płyty prezydenta Dudy”, beka sama mi się zaczyna toczyć. Bajobongo - zgadłem?

Może to jest źródło wizerunkowych wtop Trzaskowskiego: jego pijarowcy chcą go wtłoczyć w ten uniwersalny schemat „swojego chłopa”. Jedyny jaki znają (fama głosi, że to sprawdzona ekipa po Komorowskim).

A on akurat mógłby zabłysnąć po zachodniemu. Autorska plejlista Trzaskowskiego? SŁUCHAŁBYM! Wywiad z Trzaskowskim o Rembrandcie? CZYTAŁBYM! (bez żadnej ironii).

Z elitami biznesowymi mam tak samo, tylko jeszcze bardziej. Tutaj wyjątek mam tylko dla gamedevu, bo w tej branży nawet na czele spółek notowanych na giełdzie nadal stoją ludzie autentycznie zakochani w grach, więc tematów do wspólnej rozmowy by nie zabrakło.

Lubię książki non-fiction, więc czytam dużo biografii biznesmenów i historii ich spółek. Zachodnich i polskich.

Różnica jest jeszcze bardziej uderzająca, niż w przypadku polityki. Na Zachodzie nawet jeśli za kimś nie przepadam, to znów, nie bałbym się „kryterium kolacji”, a z listą książek czy płyt polecanych przez Muska czy Zuckerberga zapoznałbym się z uwagą.

Opowieści o tamtych liderach biznesu przekuwane są w fascynujące książki, a w filmach grają ich Eisenberg czy Fassbender. Tymczasem typowy polski biznesmen, którego obraz wyłania się z tekstów Sroczyńskiego, Kwaśniewskiego czy Matysa, to raczej materiał dla Pazury czy Rewińskiego.

I to nie dlatego, że dziennikarze specjalnie ich tak przedstawiają. Michał Matys, że rzucę insajderską anegdotą na marginesie jego książki „Grube ryby” (którą gorąco zresztą polecam), początkowo podchodził do nich z sercem na dłoni.

Im więcej się o nich dowiadywał, tym bardziej tracił sympatię. Trudno polubić prezesa spółki technologicznej, którego główną innowacją był pomysł fikcyjnego przewożenia komputerów w te i nazad przez granicę, żeby se VAT odliczyć.

Gdyby miał polecić muzykę, to pewnie wymieni Pendereckiego (bo wie, że wypada) i Kozidrak (bo zna). O czym z kimś takim można gadać?

Moja niechęć do polskich elit biznesowo-politycznych bierze się więc po prostu z - eufemistycznie mówiąc - niezbyt pochlebnego mniemania o ich kompetencjach intelektualno-kulturowych. To nie jest nowe zjawisko, podobnie postrzegał (i karykaturalnie sportretował) Dołęga-Mostowicz elity II RP.

A skąd Wasza?

poniedziałek, 16 lipca 2018
Na srebrnej tacy

Jest taki słynny webcomic o żywotach równoległych Richarda i Pauli. Na początku wyglądają praktycznie jednakowo, jak to niemowlęta.

Ale rodzice Richarda dają sobie radę w życiu, rodzice Pauli niespecjalnie. W efekcie Richard dzielnie pnie się po kolejnych szczeblach edukacji, wspierany przez portfele i znajomości rodziców, a Paula sama walczy z kolejnymi przeszkodami.

W finale spotykają się na jakimś bankiecie, urządzonym z okazji kolejnego życiowego sukcesu Richarda. Paula jest tam kelnerką, roznoszącą przekąski na srebrnej tacy.

Richard machinalnie bierze przekąskę z tacy. Nie zwracając na Paulę najmniejszej uwagi, peroruje, że wszystko zawdzięcza swojej ciężkiej pracy i konkluduje „nikt mi niczego nie podał na srebrnej tacy”.

To niebezpieczne, kiedy przedstawiciele elit naprawdę szczerze uwierzą, że wszystko zawdzięczają sobie. Elity robią się wtedy wsobne, przestają uważać, że są cokolwiek winne społeczeństwu, interesuje je już tylko pomnażanie własnych przywilejów - czego klinicznym przypadkiem jest obrotowy Saryusz-Wolski.

Jestem tylko skromnym wyrobnikiem kątętu z średniej klasy średniej, ale daleki jestem od szalonej tezy, jakobym do wszystkiego doszedł sam. Urodziłem się w Warszawie, dorastałem w domu pełnym książek - to dostałem od bociana.

Potem musiałem skończyć studia, znaleźć pracę, potem drugą, potem trzecią, nauczyć się pisać, stać się autorem na tyle rozpoznawalnym, żeby mnie w końcu ściągnęli do „Wyborczej”, a potem żeby Znak zaproponował mi pierwszą umowę na książkę (itd), no ale to jasne, że było mi to wszystko łatwiej osiągnąć niż komuś urodzonemu w PGR.

Choć, oczywiście, mogło być jeszcze fajniej. Mogłem mieć takich naprawdę dzianych, ustosunkowanych rodziców, co to by mi załatwili zagraniczne stypendium. Albo studia na uczelni, w której czesne wynosi 25 000 euro rocznie, jak w Kolegium Europejskim w Natolinie.

Niczym komiksowy Richard, Rafał Trzaskowski konsekwentnie twierdzi, że wszystko zawdzięcza własnej pracy, równocześnie jednak mimochodem dodając wstawki o uprzywilejowanych przodkach i kosztownym wykształceniu. Wychodzi z tego nieintencjonalny komizm, z którego chichra się mój bąbelek na fejsie.

Wojciech Engelking na portalu podjął się próby obrony. I wyszło mu jeszcze śmieszniej.

„Kandydat PO na prezydenta Warszawy spełnia wszelkie wymagania, jakie bym postawił komuś, z kim miałbym ochotę zjeść kolację” - tak podsumowuje wywody Trzaskowskiego o studiach na Kolegium Europejskim w Natolinie, Rembrandcie i Morinie.

To jeden z moich największych lęków, gdy mnie zapraszają na Elegancką Kolację. Że mnie posadzą obok kogoś, kto by cały wieczór ględził o swojej elitarnej elitarności. Brrr!

Blur miał o tym piosenkę. „I met him in a crowded room / Where people go to drink away their gloom / He sat me down and so began / The story of a charmless man / Educated the expensive way / He knows his claret from his beaujolais (...) He thinks his educated heirs / Those family shares / Will protect him / That we'll respect him...”

Engelking myli się podwójnie, zarzucając „młodej inteligencji”, że „nienawidzi inteligenckości”, której uosobieniem rzekomo ma być elitaryzm Trzaskowskiego. Przede wszystkim podstawowym elementem etosu inteligencji jest świadomość własnego uprzywilejowania i chęć odwdzięczenia się za to społeczeństwu.

Natrzaskano o tym sporo esejów. Mencwel! Jedlicki! Cywiński! Wolicki! Michnik! Część z tych esejów była dosyć głośna.

Swoją oryginalną interpretacją „wsobnego elitaryzmu jako inteligenckości” Engelking pokazuje, że ich nie czytał. Streszczę mu, jak gdzieś nas kiedyś posadzą obok siebie.

Drugi błąd dotyczy zarzutu stawianego elitom. Nie, nie chodzi - jak twierdzi Engelking - o to, żeby przepraszały za pochodzenie.

Chodzi o to, żeby potrafiły przyznać, że nie wszystko zawdzięczają swojej ciężkiej pracy. Że sporo wygrały na loterii bocianiej. Ja to potrafię przyznać, choć wygrałem znacznie mniej, zwykłe UW, żaden tam Natolin.

Żeby nie byli jak bohater piosenki Blur, albo jak Richard z komiksu Toby’ego Morrisa. Żeby zauważyli podsuniętą im srebrną tacę. A może nawet i kelnerkę, która ich obsługuje.

Choć tu już może wymagam zbyt wiele.

środa, 04 lipca 2018
Towarzystwo Plaskiej Ziemi

W komentarzach pod notką o kandydaturze Śpiewaka pojawiła się ciekawa dygresja, która jednak zamarła razem z całą dyskusją. Kilku komentatorów, zwłaszcza niejaki Różowyguzik, domagało się uruchomienia lewicowego kanału na jutubie, atoli bowiem - jak twierdził - „wyjście z bańki na jutubie jest bardzo proste”.

Otóż nie jest nie tyle proste, co wręcz niemożliwe. Wyjaśnienie nieporozumienia wymaga ode mnie przybliżenia pewnego pojęcia z medialnego żargonu: tym pojęciem jest „ruch natywny”.
Pojęcie pojawiło się razem z internetem, bo w klasycznych mediach nie miałoby sensu. W klasycznych mediach był niemal wyłącznie taki.

Blog pod tym względem przypomina klasyczne media. Niemal wszyscy, moi drodzy komcionauci, jesteście mym ruchem natywnym. Jesteście tu, bo chcieliście tu zajrzeć.

Ale wszyscy z pewnością choć raz dla kogoś byliście ruchem nie-natywnym. To było wtedy, kiedy mieliście otwartą jakąś stronę w przeglądarce, i nie mogliście sobie przypomnieć, skąd się na tej stronie wzięliście, przecież dobrowolnie tak sami z siebie w życiu byście w taki badziew nie kliknęli.

W ten badziew wciągnął was system rekomendacji, przekierowań, clickbaitów, mający napędzać komuś odsłony. Otóż wracając do youtube’a: bez tego systemu nie zrobi się tam kariery. Ruch natywny tam z kolei jest mniejszością.

Legendarny sukces filmu z psem przebierającym S.A. Wardęgę za pająka nie wziął się przecież z ruchu natywnego, tj. z tego, że akurat nagle internauci masowo wpisali do wyszukiwarki „filmy o przebranych pająkach”. Wziął się z tego, że Youtube masowo polecił ten film w swoich rekomendacjach. Więc ludzie bezmyślnie kliknęli, bo przecież na tym polega tak zwana wolność w internecie, że internauci posłusznie klikają na rozkaz cyberkorpów.

Żeby zrobić jutubową karierę, trzeba być lubianym przez algorytm rekomendacji. Ale kogo on lubi?
Serwis żyjący z reklam chce jak najdłużej przytrzymać przy sobie odbiorców, bo wtedy najwięcej zarobi na sprzedawaniu ich uwagi. W medialnym żargonie wyrażamy to parametrem „bounce rate” (szybkość odchodzenia odbiorców).

Jeśli w Youtubie odkryjesz teorię spiskową, zgodnie z którą „oni” ukrywają „prawdę” na temat płaskiej ziemi, imperium lechickiego, chemtrailsów, kontrolowanego wyburzenia WTC, szczepionek wywołujacych autyzm, trotylu na tupolewie - zarwiesz całą noc. Dlatego rekomendacje promują treści tego typu.

Guillaume Chaslot, informatyk, który sam pracował nad tym algorytmem, przeprowadził serię eksperymentów, mających ujawnić opinii publicznej, jak działa Youtube. Zadawał serwisowi pytania typu „czy ziemia jest płaska”, „czy papież jest antychrystem” albo „czy pizzagate to prawda”. Youtube w odpowiedzi rekomenduje filmy promujące odpowiedź twierdzącą.

Youtube ma w tej chwili potężny bias „prospiskowy”. Szanse ma tam tylko lewica równie pieprznięta, jak nasza prawica smoleńska - w dużym stopniu za sprawą YT, w USA spora część lewicy wierzy w „kontrolowane wyburzenie WTC”.

To działa tak: jeśli ten serwis wie, że nie lubisz Busha (Komorowskiego), zakłada, że dasz się nabrać na dowolną bzdurę przedstawiającą Busha (Komorowskiego) w złym świetle. A choćby i w fantasmagorie o kontrolowanym wyburzeniu (niebezpiecznych związkach z WSI).

Znając historię wyszukiwań czy treść poczty z Gmaila (Google twierdzi, że tego nie łączy - nie wierzę im, bo wierzę tylko w to, co można zweryfikować), zna też słabe punkty. Każdemu z nas potrafi wcisnąć jakąś bzdurę.

Oni sami są przerażeni mechanizmem, który wykreowali. Większość Krzemowej Doliny była za Clinton, widać to choćby po ich datkach. Ale w pogoni za optymalizacją „bounce rate”, zbudowali machinę, która zapewniła zwycięstwo Trumpowi (a także Brexitowi i Dudzie).

Cały czas zmieniają te algorytmy, by eliminować chłam z polecanek. W lutym 2018 S. A. Wardęga płakał, że padł ofiarą zmian, już go Youtube nie rekomenduje. Groził zakończeniem kariery (obiecanki cacanki).

Może kiedyś zmienią je tak, że teza „ziemia jest płaska” przegra z tezą „ziemia jest okrągła”. Wtedy, owszem, będzie można promować lewicowy zdrowy rozsądek na Youtube.

Dziś jednak człowiek ma taki wybór. Albo napisze, czym naprawdę jest tak zwana „ustawa 447”, którą straszą promowani przez YT zawodowi kłamcy - a wtedy będzie to samotny głos na niszowym blogasku. Albo dołączy do Towarzystwa Płaskiej Ziemi.

piątek, 22 czerwca 2018
Wolność w internecie i inne ecie-pecie

Tydzień temu zaprosiłem do TOK FM Jarosława Lipszyca do dyskusji o unijnej inicjatywie, którą tzw. „obrońcy wolności w internecie” nazywają „nowym ACTA”. Kierując się - jak to ja - swoimi stereotypami, automatycznie zakładałem, że Lipszyc, który kiedyś protestował przeciwko ACTA, teraz też będzie przeciw.

Otóż nie był. W rozmowie tak bardzo się zgadzaliśmy, że aż czułem niedosyt - jak po flejmie, który wygasł ze względu na brak rozbieżności.

Tuszę, że blogobywalcy gdzieś już usłyszeli główne zastrzeżenia przeciw regulacji. Że mianowicie serwisy społecznościowe będą zobowiązane do wprowadzenia systemów automatycznie usuwających treści pirackie, a agregatory newsów będą musiały płacić firmom medialnym za licencję.

Obrońcy wolności mówią, że to oznacza „śmierć memów” (zazwyczaj wszak wykorzystujących kradzioną grafikę) oraz „koniec internetu jaki znamy”. Oba te hasła bawią mnie na tyle, że aż robię szyderczą blogonotkę.

Co roku mamy „koniec internetu jaki znamy”, bo internet się ciągle zmienia. Internet był zupełnie inny w 2006, kiedy zaczynałem blogować. A jeszcze inny w latach 90., kiedy w ogóle nie mówiono o „blogowaniu”.

Z mojego punktu widzenia, to były ciągłe zmiany na gorsze. Nie lubię obecnego internetu. Gdy go widzę, przypomina mi się słynny cytat ze Stanisława Lema: „erem merem tytyrytki, giń potworze boś ty brzydki”.

Jeśli w wyniku unijnej regulacji zdechną memy, to sam zapalę świeczkę na grobie Schumana. To byłaby jedna z najlepszych rzeczy, jakie dała nam Unia.

Pamiętam Internet bez memów. Da się żyć. Nie będę po nich płakać.

Niestety, pewnie wcale nie zdechną, tylko ich twórcy będą musieli pilnować licencji. Brać sobie obrazki z Creative Commons, albo z watermarkiem „Getty Images”. Dadzą sobie radę (mój przyjaciel Łajdefak Szudajgiwedamn już naszykował chusteczki, by płakać nad ich ciężkim losem).

Nie wierzę, żeby internauci chcieli na większą skalę stawiać opór przeciwko tym regulacjom. Historia powszechnego dostępu do internetu to dwie dekady nieustającej zgody na ograniczanie wolności.

Ilekroć internauci dostają propozycję typu „zabierzemy wam trochę wolności, ale w zamian damy wam emotki z animowanymi minionkami”, krzyczą w odpowiedzi „serduszko.gif”.

Nasze technologiczne przesiadki ostatnich lat, z ajpoda na spotifaja, z maila na mesendżera, z lokalnych backupów na chmurę, z blogów na fejsa, z otwartego WWW na aplikacje na smartfonie, były przesiadkami w stronę zniewolenia. Narzekałem, zrzędziłem, ostrzegałem, #mamotymksiazke: na próżno.

Nie będę teraz rozpaczać, że stracimy wolność w Internecie. Już dawno ją straciliśmy, a tak naprawdę nigdy jej nie mieliśmy. Od dawna jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę kartelu GAFA (Google / Apple / Facebook / Amazon).

Tym razem nie będzie żadnych protestów, bo protesty przeciwko ACTA nie były spontanicznym buntem internautów. To bajka, ktorą media same sobie opowiedziały i w nią uwierzyły, jak to media.

Protesty zainicjowały amerykańskie korporacje (głównie Google), które broniły swojej monopolistycznej pozycji. Nie musicie mi wierzyć na słowo, możecie przeczytać książkę entuzjasty tych protestów, Edwarda Lee. Sam Lipszyc ją reklamował na Fejsbuku (bo tam występuje).

Edward Lee przedstawiał te protesty jako ruch oddolny („grassroots movement”), ale z jego własnego opisu wynika, że zaczęły się od koordynacyjnego spotkania 9 listopada 2011, które NGO sponsorowany przez Google’a zorganizował w pobliżu siedziby Google’a, a na spotkanie zaproszono przedstawicieli Google’a i innych NGO’sów sponsorowanych przez Google’a.

W Polsce protesty zbiegły się z nieudaną wojną rządu Tuska z kibolami, którzy skorzystali z okazji. To dlatego protesty miały oprawę stadionową („kto nie skacze”).

Obecna regulacja jest uzgodniona z lobbystami GAFA, więc nie będzie „strajków internetu”. Obecna władza dobrze żyje z kibolami, ci też więc tym razem się nie zainteresują. Jeśli więc będą jakieś protesty, to będą wyglądały jak pamiętna demonstracja korwinistów przeciwko podatkom.

W „nowe wolnościowe media na blockchainie” też nie wierzę. Problem nie leży w technologii. Wolnościowe media JUŻ MIELIŚMY, ale sami się przesiedliśmy na fejsa i jutuba. W pewnym sensie nadal je mamy, ale z jakiegoś powodu nikogo tam nie ma.

Ciekawe z jakiego? Zamyslonyminionek.gif.

poniedziałek, 18 czerwca 2018
Samozaoranie pana Adriana

Tak mało dobrych wiadomości w sferze polityki, że trzeba wyssać każdego mikroheda z tego, co jest. Dlatego niestety napiszę 34981092 szyderczy komentarz na temat prezydenckiego referendum.

Prezydenta nie poparł nikt poza najbliższymi współpracownikami. A więc: nikt, komu za to poparcie nie płaci.

Część zaproponowanych pytań nie ma sensu. Część groziłaby polexitem (a poza tym też nie ma sensu - każdy kraj może sobie oczywiście ogłosić wyższość swojego prawa nad umowami międzynarodowymi, ale zapłaci za to cenę izolacji, jak Korea Północna).

Nie ma sensu komentować pytań jako takich. To po prostu będzie kolejne nieudane prezydenckie referendum, po pożegnalnym samobóju hrabiego Komorowskiego. Polegnie przez frekwencję.

Uczcijmy to więc raczej chwilą refleksji nad tym dziwnym objawem politycznej choroby, jakim jest syndrom pałacu namiestnikowskiego. Prezydent wydaje się mieć świetne narzędzia do budowy swojego obozu, a jednak nikomu się to nie udało.

Najpierw był Wałęsa. Kiedy się pokłócił z wszystkimi (poza tymi, którym płacił za poparcie), powołał własną partię, „Bezpartyjny Blok Wspierania Reform”.

Partia zdobyła 5,41% w wyborach z 1993, czyli niby sukces, bo weszli, ale jednak porażka, wobec tromtadrackich deklaracji Wałęsy. Cytując ciocię wiki: „W trakcie trwania II kadencji Sejmu RP w latach 1993–1997 Klub Parlamentarny BBWR okazał się najbardziej skłóconym klubem”.

Po serii rozłamów, BBRW ponownie startował w 1997. Zdobył 1,23%.

Po Wałęsie nastał Kwaśniewski, jedyny prezydent w dziejach 3RP, którego Polacy akceptowali na tyle, żeby go wybrać na drugą kadencję. W dodatku jak dotąd w jedynych wyborach rozstrzygniętych od razu w pierwszej turze (53,9% głosów; Lech Wałęsa startował i dostał 1,01%).

Wszyscy się wtedy głowili, co Kwaśniewski zrobi z tym ogromnym poparciem. Ciągle wybuchały plotki typu „Kwaśniewski spotkał się a to z tym, a to z tamtą, będą robić partię”.

Gdyby ją faktycznie zaczął robić odpowiednio wcześnie - to kto wie, kto wie. Skończyło się jednak... (drodzy kibice, jakie jest przeciwieństwo falstartu?) rozczarowaniem, powstała koalicja Lewica i Demokraci, która dostała wprawdzie w 2007 13,5% głosów (w tym mój), ale to był początek marginalizacji lewicy w polityce zdominowanej przez PO-PiS.

Ambicji budowy własnego obozu nie miał Lech Kaczyński (obviously), ale syndrom pałacu namiestnikowskiego udzielił się z kolei jego współpracowni(cz)kom. Założyli(ły) partię „Polska Jest Najważniejsza”, która w 2011 dostała 2,19%.

Bronisław Komorowski również nie próbował nic budować przeciwko Platformie, ale próbował zbudować coś dla siebie. Kończyło się to zawsze samoośmieszeniem.

Prezydentura Andrzeja Dudy wydaje się na razie lustrzanym odbiciem Komorowskiego. Nie w sensie, że nie uważam Komorowskiego za mniejsze zło (Duda jest dla mnie większym złem choćby ze względu na podsycanie antysemickich nastrojów), ale błędy robi podobne.

Duda chyba też nie zdaje sobie sprawy z tego, że dla znacznej części swojego elektoratu był tylko mniejszym złem. Tak jak Komorowski, nie wygrał „sympatią do siebie”, wygrał „antypatią do tego drugiego”.

Prezydentura Dudy jest jak Brexit, jak wygrana Trumpa. Nie miał wygrać, miał ładnie przegrać - dlatego Kaczyński go wysunął (dlatego też Trump wystartował, a Cameron zniszczył Wielką Brytanię).

Nie wysunął go dlatego, że cenił sobie jego zdolności polityczne, tylko wprost przeciwnie. Charakterystyka z „Ucha prezesa” Dudy jako „pana Adriana” jest moim zdaniem zasadniczo trafna.

Kaczyński lubi promować polityków takich, jak Kazz Marcinkiewicz, powerpoint Morawiecki czy techniczny Gliński bo wie, że mu nie zagrożą. Za mało lotni, żeby coś wykombinować.

Potrafią, owszem, tańczyć na studniówce albo na zlocie młodzieży chrześcijańskiej, udowadniać w tabloidach i telewizji śniadaniowej, że są „swoimi chłopami”, ziomać się na twitterze z „ruchadłem leśnym”, ale w polityce to jednak za mało.

W trwającej już dintojrze między wannabe-delfinami, pan Adrian sam sobie strzelił w stopę i się z niej wyeliminował. Albo się ośmieszy teraz (wycofując się z referendum), albo jesienią (gdy poznamy frekwencję). Nie żal mi go.

Choć pewnie wygra ktoś jeszcze gorszy...

wtorek, 12 czerwca 2018
Razem ze Spiewakiem

Wreszcie będziemy mieć spór polityczny w naszym bąbelku. Na miejscu zaglądających tu pisowców już bym szykował popcorn! A osoby mające poglądy inne niż ja uprzedzam, by nie zniżały się do poziomu Tomasza Lisa oraz Soku z Buraka, bo wytnę i zabanuję.

Od początku zakładałem, że w wyborach na prezydenta Warszawy zagłosuję na Śpiewaka lub Zandberga. Gdyby startowali przeciw sobie, oczywiście wybrałbym Zandberga, ale z rozpaczą, bo to by oznaczało przekreślenie szansy na podiumowe, trzecie miejsce.

Już przynajmniej wiadomo tyle, że nie będą startować przeciw sobie, tylko w ramach porozumienia wszystkich akceptowalnych dla mnie opcji (Zieloni i Nowacka do nich należą).

Zatem jest szansa na trzecie miejsce. SLD może kogoś wystawi, może nie wystawi, mój przyjaciel Łajdefak Szudajgiwedamn obserwuje to z wielkim zainteresowaniem.

Część mojego bąbelka społecznego Śpiewaka otwarcie nienawidzi. Ja nie kibicuję mu tak ultrasowsko, jak partii Razem, ale wobec tego, na ile mniejszych zeł (złów?) już głosowałem, na ich tle Śpiewak jest więcej niż OK.

Zarzuty wobec Śpiewaka dotyczą głównie formy, a nie treści, więc zacznę od nich. „Źle mu z oczu patrzy” (sic), „nie budzi zaufania”, „zachowuje się jak wariat”, „niepotrzebnie zraża do siebie ludzi”.

Mam deja vu, bo tak samo mówiono 25 lat temu o Ikonowiczu. Zgodzimy się chyba co do tego, że historia przyznała mu rację w sprawie warszawskiej reprywatyzacji (moim zdaniem, także w kilku innych; ale trzymajmy się stolycy).

Miał rację walcząc w Sejmie o ustawę o wygaśnięciu roszczeń reprywatyzacyjnych. Miał rację walcząc z Blidą o ochronę lokatorów. Kiedy tę walkę przegrał, miał rację blokując eksmisje (zanim to się zrobiło mainstreamowe).

Otóż do tej walki zawsze potrzeba było kogoś, kto zachowuje się trochę jak wariat. To walka z potężnym przeciwnikiem, którego stać na najlepszych prawników. Ba, kwiat palestry okazał się umoczony w warszawskie przekręty i miał materialne zainteresowanie w zachowaniu status quo.

Śpiewak ma u mnie ogromny szacunek za to, że się tych ludzi nie bał. Wytoczyli mu kilkadziesiąt procesów, wygrywa jeden po drugim (acz nie zawsze w pierwszej instancji).

Doświadczenie życiowe mówi mi, że te dwie zalety nie idą w parze - odwaga by robić takie rzeczy i temperament doskonale poukładanego krawaciarza.

Wybaczam mu więc wszystko, co się sprowadza do formy. A zaliczam tu także i to, że kiedy Kukiz ogłosił swoje poparcie, Śpiewak bąknął grzecznościowe frazesy w podziękowaniu, co sokizburaka rozdmuchują do „ogłoszenia współpracy”.

Taki idealny kandydat moich marzeń, z których identyfikowałbym się stuprocentowo, odpowiedziałby oczywiście Kukizowi, żeby ten się wypchał ze swoim poparciem. Idealni kandydaci moich marzeń mają jednak problem z wyjściem z 3%.

Tyle o formie. A co z meritum? Zapraszam do stawiania w komciach merytorycznych zarzutów Śpiewakowi (ale przypominam, że twitter Lisa to nie jest dka mnie wiarygodne źródło).

Zazwyczaj spotykam się z takim, że pokłócił się ze stowarzyszeniem „Miasto Jest Nasze”, które sam zakładał, co dowodzi jego niedoświadczenia i konfliktowości. To jest poważny zarzut, ale jeśli w ogóle ma się spełnić marzenie o przełamaniu duopolu PO-PiS (a marzę o tym bardzo), musimy dopuszczać do polityki ludzi nowych, ergo niedoświadczonych. W Razem też przecież są głównie tacy.

Drugi znany mi zarzut jest taki, że w swojej kampanii przeciw mafii reprywatyzacyjnej rzuca oskarżeniami pochopnie, na przykład sugerując, że ktoś mógł być umoczony w jakiś przekręt tylko dlatego, że jego podpis figuruje pod dokumentem kluczowym dla owego przekrętu.

To typowa linia obrony warszawskiego establishmentu - „to nie ja, to moi współphacownicy”. Nie przekonuje mnie.

Nawet jeśli w jakiejś sprawie winy (w sensie prawnokarnym) nie ponosi Ważny Dyrektor, tylko mniej ważny wicedyrektor, w dodatku jeszcze pochodzący z poprzedniego rozdania stołków, to pozostaje kwestia odpowiedzialności moralnej i politycznej. Szychy z ratusza powinny się posypywać popiołem za to, że to wszystko się działo na ich wachcie - a nie zasypywać Śpiewaka procesami.

Współpraca Razem ze Śpiewakiem bardzo mnie więc cieszy, a obecność Zielonych i Nowackiej traktuję jako dodatkowy bonus. Mam wrażenie, że to najbardziej przeszkadza tym komentatorom, którzy lansują suchara „razem jak zwykle osobno”. Ich zadowoliłoby chyba tylko samorozwiązanie lewicy i jej przekształcenie w Klub Sympatyków Platformy Obywatelskiej im. Jana Pawła Balcerowicza.

sobota, 09 czerwca 2018
Zimna wojna

zimna1

„Zimną wojną” Pawlikowskiego byłem zachwycony, podobnie jak wcześniej „Idą”. Skoro na mojego bloga zaglądają pisowcy, postanowiłem zamiast blogorecenzji napisać im blogowyjaśnienie, dlaczego te filmy dostają międzynarodowe nagrody (a „Smoleńsk” jakoś nie).

Można oczywiście odpowiedzieć, że przyczyną jest polityka. I że to antypolskie lobby (itd. itp.). Ale nawet wtedy pozostaje jednak pytanie, dlaczego to lobby lansuje akurat te filmy, a innych nie. Zwłaszcza, że „Zimna wojna” nie jest jakoś przesadnie antypolska. Zdecydowanie gorzej są w niej pokazani Francuzi.

Zacznę od tego, że Pawlikowski opowiada światu o złożonej polskiej historii językiem bliskim zachodniej (euroamerykańskiej) wielkomiejskiej klasy średniej. Nie stosuje strategii Piesiewicza/Kieślowskiego, żeby snuć bajeczki o egzotycznej krainie za Żelazną Kurtyną, w której wszyscy są tacy uduchowieni, nieostrzy i piwnicopodbaranowi.

Pawlikowski pokazuje dramaty doskonale zrozumiałe dla współczesnego korpoludka. Miłość, kariera, trudności z pogodzeniem jednego z drugim, szukanie własnej drogi w życiu, borykanie się z traumami z przeszłości.

Na początku „Zimnej wojny” widzimy casting młodych talentów do fikcyjnego ludowego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”). Wygląda to mniej więcej jak zaplecze współczesnego talent show, młodzi ludzie trochę sobie pomagają, a trochę jednak rywalizują bo wiedzą, że nie starczy miejsca dla każdego.

Kiedy zespół odniesie już sukces, jego założyciele zostają wezwani przed oblicze Ministra. Gra go Adam Ferency, minister nie ma nazwiska, ale to ewidentnie alter ego Sokorskiego.

Minister składa zespołowi propozycję nie do odrzucenia. Że te wszystkie ludowe pieśni i tańce są super, ale on by jeszcze chciał ludową pieśń o Stalinie. Jakby się takowa znalazła, to on to wynagrodzi.

Na fejsbuku Aleksego Uchańskiego wytworzył się taki running joke, komentarz „wszyscy byliśmy na tym zebraniu”, którym są opatrywane historie z dziejów wojen i dyktatur, trochę jakby przypominające korpoświat. Otóż na tym zebraniu z Ministrem też wszyscy byliśmy.

Powiedzmy, robiliśmy coś we współpracy z zewnętrznym partnerem i jemu się owszem, wszystko spodobało, ale ma jeszcze jedną uwagę. Że o tutaj by się przydał jego wielki logotyp, centralnie umieszczony, żeby się rzucał w oczy.

A że to wszystko wywraca do góry nogami cały projekt, który mu przed chwilą prezentowaliśmy? Cóż, to jak z ludową pieśnią kurpiowską „Stalinie, mój Stalinie, kocham cię nynie”. Co z tego że bzdura, skoro odpowiednio to nam wynagrodzą.

Oczywiście, dalszym ciągiem życia korporacyjnego jest to, co bohaterka Joanny Kulig robi pod koniec swojej (fikcyjnej) kariery. Wykonuje z estrady „Bajobongo” dla zachwyconej publiczności, a potem schodzi i mówi „przepraszam, muszę się wyrzygać”. Wszyscy pracowaliśmy przy tym projekcie!

Tak jak „Idę” swoją urodą tworzyła Agata Trzebuchowska, tak „Zimną wojnę” swoją charyzmą buduje Joanna Kulig. Bez ich obu te filmy dostałyby najwyżej wyróżnienie za muzykę.

Kulig kradnie show. I do tego filmu to pasuje, bo jej postać od początku charakteryzowana jest tak, że „ma w sobie to coś”. Nie mogło być do tego lepszej aktorki, z „Idy” też przecież najsilniej zapada w pamięć piosenka śpiewana przez Kulig. Aktorzy z taką charyzmą zdarzają się raz na pokolenie.

Zetknąłem się z zarzutem, że Kulig „gasi” Tomasza Kota. Ale przecież tak ma być w fabule. To opowieść o tragicznej miłości, która połączyła kolesia z klasy średniej z niesamowicie utalentowaną dziewczyną z klasy ludowej.

Nie mogą bez siebie żyć, ale ze sobą też nie bardzo. Bo on jest po inteligencku poukładany, jak mu przy nagraniu mówią, że fortepian ma wejść później - to wchodzi później. A ona raczej zerwie sesję.

Śpiewa sercem, a nie głową. Jak jej ktoś wejdzie w drogę, potrafi pchnąć nożem. Jej postać to wcielenie archetypu „gwiazdy z ludu”. Możemy sobie pod nią podłożyć a to Janis Joplin, a to Sida Viciousa.

Podsumowując, „Zimna wojna” to [tragi]komedia romantyczna, zbudowana z uniwersalnych archetypów. I ze świetną muzyką.
Tak jak „Idę” można interpretować jako teledysk jazzowy z wyjątkowo długim intro i outtro, tak „Zimną wojnę” można interpretować jak mockumentary o kulisach nagrania pewnej (fikcyjnej) genialnej płyty jazzowej.

Te tematy są uniwersalne. I tak się podbija świat, panie i panowie...

wtorek, 05 czerwca 2018
Zdrada elit 4 czerwca

Podmiot liryczny piosenki „Jolka, Jolka” gnając do tytułowej bohaterki, „żebrał wciąż o benzynę”. Co oznacza to zdanie? Że podmiot liryczny nie miał kasy, i dlatego zaczepiał obcych, żeby wyżebrać parę dych na paliwo?

Kasę miał, skoro wystarczało na „czarodziejkę gorzałkę”. Ale w tamtych czasach stacja paliw witała klienta zazwyczaj napisem „paliwa brak”. To logiczne, kawiarnia witała napisem „brak kawy”, piwiarnia napisem „brak piwa”, a sklep mięsny oczywiście napisem „mięsa brak”.

Nie, to nie jest Bareja. To jest (ówczesna) rzeczywistość. Komedie Barei dodawały do tego karykaturalne wyolbrzymienie, w rodzaju listy „tych klientów nie obsługujemy”.

Komunizm zmuszał nas nie do żebrania o pieniądze, tylko o zezwolenie na wydanie tych, które mieliśmy w portfelu. Bo na tych stacjach paliwo oczywiście było, w postaci obowiązkowej rezerwy, gdyby zatankować miała straż pożarna albo pogotowie.

Rzecz jasna, w praktyce pracownicy stacji sprzedawali na boku. A kierowca z pogotowia też miał specjalny kanisterek (robiłem wtedy prawo jazdy, regularnie jeździłem ze swoim instruktorem na stację, gdzie ten uskuteczniał podwójne tankowanie).

To żebranie z „Jolka Jolka” wyglądało więc mniej więcej tak:  „kierowniku, jest taka sprawa...” /  „nic nie mam, nic nie mogę, zarobiony jestem”. / [okazanie łapówki] / „znajdzie się dziesięć litrów”.

Przez ostatnie kilkanaście lat  PRL, wszystko w tym ustroju funkcjonowało teoretycznie. Tego często nie rozumieją młodzi ludzie, którzy to sobie wyobrażają, że była sprawnie działająca infrastruktura (pociągi, szpitale, przedszkola), ale przyszedł Balcerowicz i polikwidował.

Biada temu, kto PRL-owską fikcję wziął za dobrą monetę i na przykład uwierzył, że skoro według oficjalnego rozkładu jakiś pociąg jeździ od punktu A do punktu B. W praktyce to wyglądało tak, że pociąg owszem, jeździ, ale dwa razy w tygodniu. Albo że pekaes jest jeden dziennie. I tak stoisz na tym przystanku i stoisz, w końcu z godzinnym opóźnieniem pekaes się pojawia... i pędzi sobie dalej, nie zwracając uwagi na twoje rozpaczliwe machanie.

Nawet jeśli miałeś własny telefon (szczęściarzu!), to nie znaczyło, że się połączysz z Żoliborza z Mokotowem. Bywały tygodnie, gdy to po prostu nie było możliwe (o ironio, międzynarodowe zwykle działały).

Obecny ustrój jest jaki jest, ale przynajmniej jest przewidywalny. Na stacji benzynowej będzie benzyna (za droga, itd.). W mięsnym będzie mięso (ale nie z Kobe). W kawiarni będzie kawa (acz niekoniecznie z mlekiem migdałowym). W piwiarni będzie piwo („jak to nie ma kraftowego?”). Pociągi jeżdżą zgodnie z rozkładem (acz w Pendolino nadal brak WiFi).

Niech będzie, że zgodnie z najnowszą linią propagandową TVPiS to, co nastąpiło 4 czerwca 1989, to nie jest żaden upadek komunizmu, tylko „zdrada elit”. You can call it Susan if it makes you happy. Nazwijmy to choćby i „superdzyndzlem”.

Dzięki Superdzyndzlowi żyje się lepiej. Wszystkim. Tak, także tym, którzy wtedy stracili pracę.

Kto wtedy stracił pracę, dziś ma ok. 70 lat, a więc korzysta z ułatwień dla niepełnosprawnych. Wtedy nie było literalnie żadnych.

Rozumiem rozżalenie ludzi, którym tamten ustrój zmarnował kilkadziesiąt lat życia. Mi zmarnował tylko 20, to jeszcze da się przeżyć. Jak komuś zmarnował 40, to ten ktoś łaknie zemsty do dzisiaj.

W 1989 dzięki Superdzyndzlowi dostaliśmy chleb, a nawet chrupiące bułeczki. Ale nie dostaliśmy igrzysk w postaci wielkiej zemsty na ludziach dawnego reżimu.

Nie zależy mi, bo historia pokazuje, że takie zemsty są rzadkością. W historii Francji to na tyle często rotowało, że bez trudu znajdziemy człowieka, który zaliczył za życia dwa cesarstwa, dwie monarchie i ze trzy republiki.

Poza rzadkimi wyjątkami, nie było wtedy wielkiej zemsty, tylko po prostu elita monarchiczna stawała się nagle elitą republikańską. Albo z powrotem, jak było trzeba

Czy to znaczy, że w roku 1848 nie upadła monarchia lipcowa? Śmiała teza!

Ale niech wam będzie, drodzy kaczyści, że to był taki francuski superdzyndzel. Le sjupehzęzel.

A jak ta zemsta w końcu ma miejsce, efekty są rozczarowujące. Hasło „powiesić Ceausescu” pierwsi zaczną skandować właśnie funkcjonariusze reżimu Ceausescu i to oni obejmą władzę.

4 czerwca 1989 nie przenieśliśmy się do raju na ziemi. Ale zamiast czekać 20 lat na mieszkanie, spłacamy przez 20 lat kredyt, mieszkając jednak na swoim.

Znam jedno i drugie. Kolosalna różnica! Dlatego jest co świętować w rocznicę Superdzyndzla (czy tam zdrady elit, czy co tam chcecie).

środa, 30 maja 2018
Solo

Dawno nie pisałem na blogu o popkulturze, bo samo hasło „blog popkulturowy” zaczęło mi się kojarzyć z wujowym kontentem, który mi czasem wpada na fejsie do feeda z winy znajomych, którzy nie mogą się powstrzymać przed odpowiedzią na dowolne „a wy jak myślicie”.

Ale nowy pełnometrażowy film o „Gwiezdnych Wojnach” to wystarczająco ważny powód. A wy jak myślicie?

Otóż mi się podobało. I polecam wszystkim tym, którzy - tak jak ja - nie mają serca do rozszerzonego uniwersum, nie znają filmów animowanych, komiksów, gier itd. To nie jest wymagane.

„Solo” znakomicie broni się jako film standalone. Ba, nawet nie trzeba znać pozostałych filmów pełnometrażowych.

Znajomość jest o tyle wskazana, że różne kultowe cytaty, typu „I did the Kessel run in 12 parsecs”, „I love you / I know” czy „I have a bad feeling about this”, tutaj są podrzucone w zabawnej, przewrotnej wersji. Ale nawet jak się nie zauważy nawiązania, i tak brzmią fajnie (zwłaszcza wyjaśnienie zagadki tych „parseków”).

Z wszystkich „Gwiezdnych wojen”, ten film najbardziej przypomina western. Łatwo byłoby tę fabułę przerobić na historię o rewolwerowcach przewożących nitroglicerynę w czasach wojny secesyjnej i włączających się w bitwę z syndykatem zbrodni, terroryzującym górnicze miasteczko.

Spotkałem się z zarzutem, że Alden Ehrenreich, aktor grający tytułowego bohatera, za bardzo próbuje być Harrisonem Fordem. Nie zgadzam się.

Ford 40 lat temu był naturszczykiem, to była jego pierwsza duża rola. I to zresztą tradycja „Gwiezdnych wojen”, że główną rolę gra zwykle jakiś totalny Hudefak, wspierany dzielnie zawodowymi aktorami drugoplanowymi, którzy grają wspaniale, acz zazwyczaj robiąc tylko jedną minę (jak Alec Guinness).

Ehrenreich naturszczykiem nie jest, wprost przeciwnie. Jeśli bym cokolwiek mu zarzucił, to właśnie że w odróżnieniu od Forda za bardzo gra.

Miny ma różne i zazwyczaj skopiowane od innych aktorów. W najgorszych chwilach przypomina Jacka Blacka, w najlepszych Jacka Nicholsona. Harrisona Forda - raczej nie.

Ale to jakoś dziwacznie pasuje do tej fabuły. Ta jest wyjątko idiotyczna nawet jak na „Gwiezdne wojny”. Bohaterów niebywale często ratuje Niezwykły Zbieg Okoliczności aka Deus Ex Machina.

Nie raziło mnie to, bo od razu zacząłem sobie to wyobrażać tak, że Han Solo spisał pamiętniki (albo ktoś nagrał jego gwiezdne opowieści z kantyny na Tatooine). I to jest ekranizacja tych pamiętników czy przechwałek, w których każdą igłę przerobiono na eskadrę galaktycznych wideł.

Nadekspresyjna gra Ehrenreicha pasuje do takiej munchauseniady. W całym pakiecie - jakoś to kupuję.

Jeśli chodzi o kwestię „doświadczonych aktorów, którzy cały czas robią tę samą minę”, to najlepszy film z serii „Gwiezdne wojny”. No offense, sir Alec: Woody Harrelson, Paul Bettany, Donald Glover, Emilia Clarke i Thandie Newton po prostu lepiej wiedzieli, co mają zrobić, a pan przecierał pionierskie szlaki.

Szczególnie zachwycający jest Glover jako Lando Carlissian. Jego akurat widzimy w scenie pisania (właściwie nagrywania) pamiętników. Totalnie pójdę do kina na ewentualnego spinoffa „kroniki Lando”, jeśli będzie go grać Glover.

OK, jeśli nie, to pewnie też. Ale mniej entuzjastycznie.

A wy jak myślicie?

niedziela, 27 maja 2018
Imienia Solidarnosci Baranow

mosty

Obserwuję z przerażeniem pomysły rządu na rozwój infrastruktury. Na początku nie było nawet źle, rząd Szydło po prostu kontynuował to, co robiła Platforma.

Nie wiem, jak to sam sobie potrafi wytłumaczyć pisowski wyborca, że te same autostrady były budowane za drogo i nie tam gdzie trzeba, ale kiedy tylko PiS budował je tak samo, w tym samym miejscu, w tych samych cenach, to nagle się zrobiło OK. Ale jak na rząd PiS, to i tak plusik, że przynajmniej nic nie zepsuli.

Z Morawieckim jest dużo gorzej. Najpierw pojawił się szalony pomysł budowy centralnego portu lotniczego imienia Solidarności Baranów.

Jedno wiem na pewno: to lotnisko nigdy nie powstanie. Proszę bardzo, możecie zacytować moje słowa w 2027 i się ze mnie śmiać, jeśli się myliłem. Prawdę mówiąc, nawet chciałbym się mylić, bo nie chodzi mi o przepychankę „kto ma rację”, tylko o straszliwą niegospodarność zwiazaną z tym projektem.

Poprawcie mnie jeśli się mylę: wydaje mi się, że w ciągu ostatnich 20 lat żaden europejski kraj nie zbudował lotniska na zasadzie „greenfield” (inwestycji w dziewiczym terenie). Wszystkie wielkie projekty ostatnich lat były „brownfieldowe”, czyli były rozbudową infrastruktury już istniejącej (nowy terminal, nowy pas startowy, przeróbka wojskowego na cywilne).

Portugalia ma większy problem niż my z Okęciem. Lotnisko Portela leży w samym mieście, nisko przelatujące samoloty to codzienny widok (i co gorsza, dźwięk) w centrum Lizbony.

Lizbona to miasto troszkę atrakcyjniejsze turystycznie od Warszawy. Ma też naturalne położenie jako hub przesiadkowy tras transatlantyckich.

Wszystkie argumenty za budową nowego lotniska dla Warszawy, dla Lizbony będą ważne w dwójnasob. Jednak w 2013 Portugalia ostatecznie uznała, że jej zwyczajnie nie stać na „greenfieldową” inwestycję i plany odłożono ad calendas Graecas.

Jeśli na coś nie stać Portugalii - to tym bardziej nie stać na to Polski. A jeśli z czymś organizacyjne problemy mają Niemcy (że przypomnę o tasiemcowym serialu pt. „kolejna data otwarcia nowego lotniska w Berlinie”), tym bardziej będziemy mieć my.

A Niemcy też się nie szarpnęli na greenfield, tylko brownfieldowo rozbudowują enerdowskie lotnisko Schoenefeld. Greenfieldowe lotniska robią tylko wschodzące potęgi typu Dubaj czy Chiny, ale nie kraje europejskie (poproszę o kontrprzykłady).

Lotnisko to przecież nie tylko terminal. To także hotele, wypożyczalnie samochodów, siedziby linii lotniczych, parkingi, firmy spedycyjne, urząd celny itd. Te instytucje ciągną się wokół Okęcia kilometrami.

Obecne hotele i wypożyczalnie trzeba będzie w 2027 pozamykać, a za to budować je od zera dookoła Solidarności Baranów. To nie ma sensu, poza oczywiście stworzeniem okazji do zarobku dla krewnych i znajomych królika (wystarczy nie kraść - i można robić takie przekręty, że wystarczyłoby na wypełnienie jachtu Kusznierewicza obrazami Czartoryskich).

Jeszcze dziwniejszy wydaje mi się ogłoszony przez rząd program budowy mostów. Nie umiem skomentować propozycji spoza Warszawy, ale o dwóch przeprawach zaplanowanych wokół stolicy powiem to samo, nigdy nie powstaną.

Jeden ma łączyć Łomianki z Jabłonną, drugi Konstancin z Karczewem. Wiem, że ten drugi był przed wojną, ale nie odbudowano go od 1944. I dziś się już nie da - przechodziłby przez środek rezerwatu „Wyspy Świderskie”.

Z tym pierwszym jest jeszcze gorzej. Jedyny sens komunikacyjny miałoby połączenie DK61 z ulicą Armii Poznań w Kiełpinie (przy okazji mieszkańcy Kiełpina byliby zachwyceni przekształceniem tej sennej ulicy w drogę przelotową).

Jak widać po skrinie z Open Street Map, trasa przecinałaby rezerwat „Ławice Kiełpińskie”, a do tego biegłaby krawędzią zespołu parkowo-pałacowego w Jabłonnie i rezerwatu „Jezioro Kiełpińskie”. Gdyby nawet próbowali, to się skończy kosztownym blamażem, jak trasa przez Rospudę.

Może te pozostałe mosty mają więcej sensu - nie wiem, nie chce mi się wszystkich analizować. Skoro jednak takie błędy pojawiają się w okolicach Warszawy to znaczy, że Morawiecki chlapie tymi obietnicami od czapy, bez żadnej analizy.

Próbkę już mamy. Z fanfarami Morawiecki zainaugorował budowę nowego statku w stoczni szczecińskiej. Postukał ozdobnym młotkiem w stępkę i sobie poszedł. Potiomkinowska budowa zamarła.

Tylko że te fejkowe mosty i fejkowe lotnisko wyjdą dużo drożej...

środa, 16 maja 2018
Podatki i rozdawnictwo

Mam nadzieję, że w gronie osób zaglądających na tego bloga jest ktoś, do kogo powinienem skierować następujący postulat. Otóż brakuje mi razemowego odpowiednika grupy/fanpejdża „jak będzie w”, na którym omawiano by te prawdziwie alizarynowe rozwiązania wprowadzane przez premiera Zandberga i prezydentkę Zawiszę.

Jako podatnik zarabiający ponadprzeciętnie (ale bez większego bogactwa) sam nie wiem, jak bardzo powinienem się bać razemowych podatków. Z ichniego kalkulatora mi wyszło, że mi trochę podniosą, ale... ale i tak dla mnie najważniejsze jest liczenie kosztów.

Bo jeśli „ma być tak jak w Danii”, to mój odpowiednik w Danii może sobie wrzucić w koszty mnóstwo rzeczy, których nie może sobie wrzucać polski dziennikarz. To element schizofrenicznej polityki naszych władz - żadna nie chciała się przyznać, że podnosi podatki, więc podnosiła je bez podnoszenia (zamrażając progi, obcinając możliwości odliczeń itd.).

Mam nadzieję, że w razemtopii wprowadzona będzie porządna progresja, ale za to będzie też skandynawska swoboda w kwestii odliczania samochodu i kosztów reprezentacyjnych. To bym nawet wolał od tego nieszczęsnego 50% KUP - wolałbym wygenerować sobie te koszty podróżami, które bym przedstawił (w zasadzie zgodne z prawdą) jako risercz i koszty reprezentacyjne.

Ale to dygresja. Bo tak naprawdę chciałem pisać o nowym podatku „solidarnościowym”.
Rząd nie chce go nazwać podatkiem - bo nadal jest więźniem tej samej schizofrenii „niepodnoszenia”. Ale to oczywiście jest podatek, w dodatku skonstruowany tak ciekawie, że nareszcie znosi podatkową de facto liniowość.

Rządom PO zabrakło odwagi, by otwarcie wprowadzić podatek liniowy, ale szczątkową progresję łatwo obejść. Interesujące, że pisowski projekt to ignoruje - obowiązuje od miliona przychodów niezależnie od ich źródła, obejmie także te, które są opodatkowane liniową stawką.

W ten sposób rządy PiS będą mieć dwie historyczne zasługi, przełamania dwóch wielkich tabu. Pierwsze tabu, że „rozdawnictwo” jest be i musi doprowadzić do katastrofy, już upadło - razem z 500+.

Ja bym oczywiście dużo zmienił przy tym programie. Przede wszystkim przywróciłbym pisowską obietnicę, że „na każde dziecko”. I mam nadzieję, że jakaś przyszła partia to zrobi (może Razem?).

To był jednak śmiały krok w słusznym kierunku. Bodaj po raz pierwszy mamy świadczenie socjalne, które przysługuje obywatelowi tak po prostu - a nie zasiłek czy renta, które wymagają spełnienia szczególnych warunków i jakaś komisja oceni, czy się należy czy nie.

Tak powinno wyglądać państwo opiekuńcze. Dostajesz coś bez względu na to, czy jesteś bogaty czy nie (bo takie różnicowanie prowadzi do stygmatyzowania beneficjentów - a u nas ciągle np. „budownictwo komunalne” ma oznaczać „budownictwo dla biedoty”; to bez sensu).

Nie możemy nawet zacząć budowania modelu nordyckiego bez przełamania tabu „rozdawnictwa” - i chwała Pisowi, że to zrobił. A drugie tabu to właśnie progresja podatkowa.

„Nie wolno karać ludzi za pracowitość”, „nie należy zazdrościć bogaczom” i moje ulubione „nie wolno dzielić ludzi” - słyszymy to w kółko od 1989. Musimy z tym skończyć, żeby budować model nordycki.

W Polsce Kowalskiemu żyje się źle, bo Kowalski płaci podatki za wysokie, a Kulczykowie za niskie. Kowalskiemu trzeba obniżyć, a Kulczykom podnieść. It’s that simple.

Przy całej mojej niechęci do PiS, muszę im to przyznać, że zrobili pierwszy krok w tym kierunku. I tak jak w przypadku 500+, ja bym to zmienił, ale na zasadzie „więcej tego samego” (czyli: cztery procent to dla mnie za mało, milion to dla mnie za wysoki próg, itd).

I tak jak szanuję Platformę za autostrady i modernizację infrastruktury (nazwijmy to umownie) betonowo-światłowodowej, tak doceniam pierwszy krok w stronę budowy infrastruktury społecznej. Żeby teraz tylko ktoś zrobił następny - i niech to będzie choćby Schetyna (ale serio, czy ktoś tego po nim oczekuje?).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88