Ekskursje w dyskursie
niedziela, 07 października 2018
Kler (uwaga, spojlery)

Gajos w Bentleyu

Niniejsza notka przeznaczona jest tylko dla osób, które albo już widziały „Kler”, albo nie zamierzają oglądać. To złożony thriller, w którym kolejne elementy układanki wskakują na miejsce na długo po wyjściu z kina, dlatego należy unikać spojlerów.

Trailer intencjonalnie wprowadza widza w błąd. Tym, których zniechęcił do oglądania (sam do nich należałem!), jednak proponuję zobaczyć. Ostatnie słowo przed przejściem do ostrych spojlerów: to wcale nie jest film antykościelny.

Widziałem w paru miejscach opinię, że Janusz Gajos powtarza swoją rolę Wielkiego Złego z „Człowieka z żelaza” czy „Psów”. Tak może się wydawać gdy się widziało tylko trailer, ale...

[dalszy ciąg to już spojler].

Arcybiskup Mordowicz nie jest złym człowiekiem. Z pewnością ma inne kryteria „dobra” i „zła” niż ja czy moi PT komcionauci, ale byłbym dupa nie postmodernista, gdybym tylko z tego powodu uważał go za złego.

On jest szczery, gdy mówi, że najważniejsze dla niego jest dobro Kościoła - które rozumie m.in. jako wyciszanie wszystkich afer mogących zagrozić wizerunkowi KK. W imię tego dobra jest gotów zrobić dużo, ale nie wszystko.

Finałowy plot twist pokazuje nam, że za najgorsze rzeczy, które odchodzą w otoczeniu Mordowicza, odpowiada ktoś inny. Biskup jest mistrzem zakulisowych deali, ale nie jest złodziejem, molestatorem ani szantażystą.

Działa raczej przez klasyczny lobbying i PR. W finale mamy scenę, w której jego ekipie udało się zatuszować pewną wielką aferę. Wszyscy przybijają sobie piątki, niczym w kancelarii prawnej po wygraniu sprawy, albo w startupie po pozyskaniu wielkiego inwestora.

Gdyby Mordowicz robił to samo, ale w imię jakiejś bliskiej nam sprawy (czy to sformowania socjaldemokratycznego rządu, czy to ukończenia Half Life 3), bardzo byśmy go lubili. I wybaczylibyśmy mu dosadny język (no cóż, to jest, k..., język elit), a także to, że poszedł na kilka wątpliwych skrótów.

Wielkie chwilie z dziejów lewicy i rucho związkowego - rząd Attlee, New Deal, „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” - wyglądały z grubsza podobnie. „Wy nas poprzecie w tym i owym, to my wam zagwarantujemy tamto i siamto”.

Używając metafory rolplejowej, Mordowicz jest „neutral good”. Ma silne poczucie dobra i zła (znów: niekoniecznie takie same jak my), jest gotów walczyć metodami, które niekoniecznie są przesadnie „lawful”. Ale na pewno nie jest „evil”.

Wbrew temu, co sugeruje trailer, Mordowicz jest postacią drugoplanową. Na pierwszym planie jest trójka zaprzyjaźnionych księży. Jak bym ich klasyfikował w rolplejowej metaforze?

JESZCZE GRUBSZY SPOJLER

Otóż moim zdaniem nikt tu nie jest true evil. Ten najgorszy z najgorszych, odpowiadający za większość ekranowego zła, jest „chaotic neutral”.

Jest pozbawionym empatii psychopatą. Nawet nie to, że inaczej rozumie dobro i zło, w ogóle nie rozumie takiego kryterium.

Nie ma żadnych widocznych przejawów sumienia. Wszystko jest dla niego kwestią transakcji.
Uważa, że nawet najgorsza zbrodnia powinna mu ujść na sucho, jeśli tu podrzuci plik banknotów, tam komuś załatwi leczenie, a zgwałconemu dziecku da konsolę do gier. I co gorsza: faktycznie mu wszystko uchodzi na sucho („Kler 2” byłby o jego karierze w Watykanie).

Pozostali dwaj bohaterowie są moim zdaniem „neutral good” (Kukuła, taki mini-Mordowicz) i „lawful good” (Trybus). Trybus byłby idealnym księdzem, gdyby nie idiotyzm celibatu.

Jest za bardzo „lawful”, żeby to rozwiązać jak inni księża, którzy mają konkubinę gdzieś na boku, a parafia z jakiegoś powodu to akceptuje. Woli odejść.

Ze strony prawicowców, którzy nie widzieli filmu, mieliśmy falę wypowiedzi typu „znam fajnego księdza, dlaczego Smarzowski takich nie pokazał”. Otóż pokazuje fajnych, ale pokazuje też mechanizmy, promujące kariery niefajnych.

Celibat powoduje selekcję negatywną do zawodu, a nieprzejrzyste mechanizmy promują awans ludzi takich jak Lisowski. To oni kontrolują tą maszynerię, nawet jeśli decyzje sygnuje jakiś Mordowicz.

O tym problemie wiadomo od dawna. Piszą o tym od dawna także osoby sprzyjające Kościołowi, z prawej i z centrowej. Mówił też o tym były ksiądz Charamsa, medialna gwiazda sprzed kilku sezonów (w otoczeniu Mordowicza jeden z księży tak dokładnie kopiuje jego manieryzmy, jakby go udawał w „Uchu Prezesa”).

Szeroko pojęci „Lisowscy” to wspólny problem wierzących i niewierzących. Bardziej nawet wierzących, bo się z nimi częściej stykają - ale w nas rykoszetem uderza grabież majątku publicznego i dewastacja praworządności, dokonywana przez prokuratorów chroniących pedofili w sutannach („to było tylko ciumkanie”, etc.).

Jak wierzący tego wreszcie nie ogarną, będziemy musieli to w końcu posprzątać za nich.

wtorek, 25 września 2018
Szlachetny mobbing

Zacznijmy od scenki obyczajowej. Oto grupa przyjaciół umówiła się na grilla, ale okazuje się, jeden z nich, nazwijmy go Cześkiem, zapomniał rozpałki.

Widząc, że nici z grilla inny, nazwijmy go Grześkiem, wybucha wyzwiskami. Szydzi z Cześka, przypomina mu, że nie pierwszy raz tak nawalił, używa różnych niemiłych określeń.

Czesiek czuje się winny, ale też potraktowany niesprawiedliwie. Tydzień temu umawiali się na skrabla, Zdzisiek zapomniał planszy i nikt się go wtedy nie czepiał!

Wszystko kończy się awanturą. Czesiek wraca sam do domu.

Od dłuższego czasu awantury z Grześkiem przyprawiają go o bezsenność.
Leży na łóżku i snuje ruminacyjne monologi. Obwinia siebie o to, że jest taki beznadziejny („co ze mną jest nie tak? dlaczego znów o czymś zapomniałem?”). Ale też jest zły, że przyjaciele Zdziśkowi wybaczają gorsze rzeczy.

Z powodu niewyspania następnego dnia łamie nogę! [smutna muzyczka Preisnera]

Czy Grzesiek ponosi jakąś odpowiedzialność za bezsenną noc przyjaciela? W sensie prawnym - żadnej. W sensie moralnym - też niekoniecznie.

A teraz skomplikujmy sprawę. Wszystko pozostaje tak jak wyżej, poza jednym: ten grill nie był organizowany dla rozrywki, tylko w ramach działalności gospodarczej Grześka, dla jego klientów. Czesiek i Zdzisiek to jego pracownicy (niezależnie od tego, że koledzy).

Wszystko teraz wygląda inaczej. Cała ta sytuacja wyczerpuje kodeksową definicję mobbingu:

„...działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników”.

Czy Czesiek udowodni to w sądzie, to osobne pytanie. Ponieważ tak się składa, że jestem demiurgiem i wszechwiedzącym narratorem Uniwersum Rozpałki, to po prostu wiem, że Grzesiek się go czepiał „uporczywie i długotrwale”.

Ustawodawca w 2004 roku dodał przeciwdziałanie tak definiowanemu mobbingowi do rozdziału „obowiązki pracodawcy”, gdzie są też inne punkty, jak „kształtowanie w zakładzie pracy zasad współżycia społecznego” oraz „stosowanie obiektywnych i sprawiedliwych kryteriów oceny”.

W sprawach związanych z mobbingiem często spotykamy się z myleniem relacji towarzystkich z relacjami służbowymi. Słychać to np. w wypowiedziach obrońców ks. Stryczka, a także samego księdza, który porównał pracę dla niego do „ekstremalnej drogi krzyżowej”, na której ludzie dostają wycisk, ale sami się na niego godzą.

W udzielanych wcześniej wywiadach (na przykład dla money.pl) ksiądz deklarował explicite, że nie rozumie prawa pracy i korwinoidalnie argumentował za jego zniesieniem. To jakby ktoś, kto deklarował, że nie rozumie kodeksu drogowego i chciałby go zlikwidować (argumentami klasy „niby wszyscy jesteśmy równi, a tu niektórzy mają pierwszeństwo, skandal, dyskryminacja!), spowodował wypadek. Najmniejsze zdziwienie świata.

Zakładam, że w takich przypadkach mobbing bierze się z niewiedzy. Nie wszyscy ludzie na stanowiskach kierowniczych przeszli przeszkolenie z prawa pracy.

Mogą błędnie zakładać, że w zakładzie pracy panują takie same reguły, jak w życiu towarzyskim. Tymczasem korwinoidalne argumenty typu „jak mu się nie podobało, powinien był odejść” nie zadziałają w sądzie.

Udowodnienie mobbingu, jako się rzekło, może być trudne, ale jeśli Czesiek był regularnie opieprzany przy świadkach, a do tego leczył swoją bezsenność u terapeuty, Grzesiek może mieć w sądzie przykrą niespodziankę.

Jako związkowiec z zasady zawsze stoję po stronie pracownika, ale rozumiem, że to wszystko może być problemem dla pracodawcy, zwłaszcza niedużego. Jesteśmy ludźmi, więc obowiązek „stosowania obiektywnych i sprawiedzliwych” kryteriów nie zawsze jest łatwy do wypełnienia; co poradzić, jeśli Zdzisiek po prostu jest fajniejszy?

No i nie da się ukryć, że Czesiek faktycznie nawalił z tą rozpałką. Jakiś opieprz mu się należy. Jak dyscyplinować i motywować pracowników bez popadania w mobbing?

Może moim sekretem do osiągnięcia bogactwa i awansu społecznego byłoby rzucenie dziennikarstwa i założenie firmy robiącej takie szkolenia dla korpomenadżerów? W takim razie, pierwsza lekcja gratis: samo robienie takich szkoleń będzie dobrym argumentem w sądzie.

Kodeks zobowiązuje pracodawcę do „przeciwdziałania mobbingowi”, co w praktyce oznacza, że w sądzie trzeba zademonstrować konkretne przykłady takiego przeciwdziałania: wdrożenie procedur, szkolenia, dobra współpraca ze związkiem i radą pracowników, itd.

Jeśli jednak szef organizacji publicznie deklaruje, że nie rozumie prawa pracy i uważa, że jest niepotrzebne, to te wypowiedzi nie pomogą mu w procesie.

sobota, 22 września 2018
Polemika z Wosiem

Tekst Wosia o potrzebie zbliżenia lewicy i PiS wydał mi się tak głupi, że aż niewart polemiki. Jego jedynym pozytywnym skutkiem wydawało mi się sprowokowanie do polemiki Śpiewaka (co zabawne, ci, którzy się domagali od Śpiewaka jasnej deklaracji, że wyklucza współpracę z PiS i wrzucali jako #sprawdzoneinfo niby-przecieki, że będzie startował jako wiceprezydent u Jakiego, w ogóle tą deklarację przeoczyli).

Skoro ten tekst sprowokował te wszystkie ruchy kadrowe, które również nie wydają mi się przesadnie mądre (nie wierzę, że mediom liberalnym wyjdzie na dobre taka wymuszona jednomyślność), to jednak zapolemizuję.

Otóż PiS jest partią wodzowską, więc dopóki Jarosław Kaczyński stoi na jej czele, nie ma „rozmów z PiS”, są rozmowy z prezesem. Metafora „Ucha Prezesa” wydaje mi się zasadniczo trafna, PiS to nie jest grupa ludzi zjednoczonych jakimś wspólnym spojrzeniem na sprawy kraju, to jest grupa pokornych minionków Prezesa.

To się może bardzo radykalnie zmienić, gdy Prezes odejdzie na emeryturę. Nie wiadomo, czy to będzie za rok czy za dziesięć lat, więc póki co, nie ma o czym debatować.

Wiadomo natomiast, że przez 30 lat kariery politycznej Kaczyński zademonstrował, że potrafi działać tylko na zasadzie „aut Caesar, aut nihil”. Nie umie działać w zespole w innej roli niż rola wodza.

W jego świecie nie ma równorzędnych partnerów czy cenionych współpracowników. Wszyscy dzielą się dla niego na wrogów i wasali. Woś więc proponuje lewicy złożenie lennego hołdu Kaczyńskiemu.

Przez te 30 lat parokrotnie wyrażano nadzieję, że Kaczyński się zmienił. Kto je miał, ten się zawsze mylił.

Kaczyński się nie zmienia i nie zmieni, a zatem łatwo odpowiedzieć na pytanie, które Woś zadał w jednym z wywiadów. A co jeśli w 2020 PiS wygra wybory, ale będzie mu brakowało mandatów do sejmowej większości, a jednocześnie lewica wprowadzi kilkudziesięciu posłów.

Czy warto będzie poprzeć Kaczyńskiego, w zamian za jakieś socjalne postulaty? Nie, bo to będzie powtórka z lat 2005-2007, Kaczyński będzie udawał, że zawiązuje koalicję, ale jednocześnie inicjował prowokacje przeciwko ministrom własnego rządu.

Ten rząd będzie tak pochłonięty wewnętrznymi intrygami, że nic nie zdziała. Ani nie spełni tych socjalnych postulatów, ani żadnych innych. Jak rząd z lat 2005-2007.

Powyższe rozważania staną się oczywiście nieaktualne, gdy prezes odejdzie na emeryturę. Pozostaje jednak jeszcze strategiczna odpowiedź na tezy Wosia, już niezależna od zmian kadrowych w PiS.

Woś nie jest pierwszy z pomysłem, że skoro lud kocha batiuszkę cara, to lewica powinna wraz z nim wznosić pokorne suplikacje do Najjaśniejszego Pana. „Prawicowa lewica” czy „żółte związki” to jest koncepcja starsza od popa Hapona, można się z tym cofnąć co najmniej do bonapartyzmu.

Historia mówi, że to nie działa. Przykłady wielkich reform społecznych, które przyniosły ludowi realne korzyści, to przykłady lewicowe lub przynajmniej centrowe - kraje nordyckie, New Deal, ordoliberalizm.

Lud potrzebuje przede wszystkim podmiotowości. Socjalny ochłap w rodzaju 500+ mniej znaczy od stabilności zatrudnienia czy możliwości samorozwoju. Te zaś wymagają silnych związków i prawa pracy, które odgrywały kluczową rolę w powyższych przykładach udanych reform.

Wszystkie wcielenia prawicy łączy jedno: reprezentują klasę wyższą. Dlatego ze strony PiS można się spodziewać nowych zasiłków, ale nie likwidacji śmieciówek. Jeśli się mylę, to obiecuję Notkę Pochwalną; pesymiści lubią się mylić w prognozach.

PiS nawet specjalnie tego nie ukrywa, że celem deformy edukacji jest utrudnienie mobilności społecznej. Im to odpowiada, że bogaci poślą swoje dzieci do szkół tzw. „społecznych”, a biedota będzie skazana na teatr okrucieństwa minister Zalewskiej.

Obietnice „prawicy z programem socjalnym” nie działały w Hiszpanii Franco i Portugalii Salazara, nie zadziałają też w Polsce Kaczyńskiego. Kaczyński szykuje bogactwo dla swoich wasali, w tych wszystkich spółkach i fundacjach, i biedę dla całej reszty.

A że umowy są ważniejsze od zasiłków, o tym świadczą odmienne losy zwalnianych ostatnio dziennikarzy. Śmieciówkowca można zwolnić mailem, jak tego biedaka z Biełsatu. Etatowca można tylko przesunąć do innych zadań. Dlatego lepiej mieć etat niż pięć stów plus.

czwartek, 13 września 2018
Amerykański sen w Albuquerque

Dawno nie było na blogu nic o popkulturze, bo fejs to świetny format do bieżących rozmów o serialach, grach, muzyce, książkach itd. I tylko o polityce wolę tutaj.

Pod pretekstem kolejnego sezonu serialu „Better Call Saul” - prequela do genialnego „Breaking Bad”, zrobię wyjątek. Oba seriale analizowano pod wieloma kątami (sam mistrz Dukaj trzasnął essay o „BB” jako moralitecie!), a mnie fascynuje w nich temat amerykańskiego snu.

Fascynuje mnie po prostu sam ten sen (stąd choćby różne moje projekty książkowe). Nie miałem wprawdzie fazy „nastoletniego korwinizmu”, ale jako dziecko byłem zafascynowany amerykańskim stylem życia takim, jak go rozumiałem piąte przez dziesiąte z filmów i seriali pokazywanych w TVP z lat 70.

Część była w miarę aktualna („Pogoda dla bogaczy”), część już wtedy archiwalna (komedie romantyczne z Doris Day). Wyłonił mi się z tego obraz kraju, w którym Każdy Ma Szansę.

To ważny element ówczesnej amerykańskiej automitologii: że ich kraj to „land of opportunity”. Każdy ma tam nie tylko szansę, ale i drugą szansę (jeśli poprzednią zmarnował przez błędy młodości).

Prawdziwość tego mitu zdawały się potwierdzać opowieści krewnych, którzy tam wyemigrowali. Czasem przyjeżdżali, wyglądając i pachnąc jak przedstawiciele wyższej cywilizacji, częstując nas, dzieciaki, gumą Wrigley i batonikami Hershey.

Pokazywali zdjęcia swoich domów (!), przed którymi parkowali swoje samochody (!!) piękniejsze niż oczy szatana. Dodawali przy tym (zapewne zgodnie z prawdą), że wszystkiego dorobili się od zera.

Dziś oczywiście wiem, że społeczny optymizm bijący i z relacji wujków z USA, i z musicali z Frankiem Sinatrą, brał się z powojennego boomu. A i wtedy zapewne lepiej było od zera dorabiać się w Europie, z jej siatką bezpieczeństwa, zapewniającej REALNĄ drugą szansę.

Wydaje mi się, że najważniejszą zmianą w Ameryce po upadku Lehman Brothers było uświadomienie sobie, że amerykański sen już nie działa. A może nigdy nie działał. To uczucie jest wspólne dla elektoratów Trumpa i Sandersa.

„Breaking Bad” był wtedy między pierwszym a drugim sezonem. Pierwszy wyglądał trochę jak czarna komedia, a dziwne powiązania Waltera White’a z zagadkową firmą chemiczną, którą kiedyś współzakładał („Gray Matter”) sugerowały, że to wszystko może pójść w kierunku „Archiwum X”.

Dopiero w drugim poznajemy mecenasa Goodmana, firmy Pollos Hermanos i Madrigal GmbH, Gusa i Mike’a, wyliczenia dotyczące finansów Walta, rozmach działania kartelu z Juarez. Poznajemy geopolityczny kontekst czarnego rynku w Albuquerque.

Zwolennik Trumpa powie, że to seriale o potrzebie oddzielenia Ameryki murem od kartelu z Juarez oraz o odtworzeniu amerykańskiego snu z lat 50. Zwolennik Sandersa, że „BB” jest o potrzebie darmowej opieki medycznej, a „BCS” o potrzebie darmowej edukacji.

Serial jednak wymyka się prostym interpretacjom (uwaga, umiarkowane spojlery!). Kartel z Juarez ulega totalnej anihilacji, ale jego miejsce zajmują tylko jeszcze potworniejsi przestępcy - bo popyt na narkotyki zawsze wytworzy jakąś podaż, nie można tego zwalczyć, można tylko próbować cywilizować.

Parodią systemu wartości Ameryki z lat 50. są wypowiedzi Hanka Schradera, szwagra Waltera White’a. Schrader to postać w zasadzie sympatyczna, ale jednocześnie rasista i seksista. Powrót do tamtej „złotej ery” oznaczałby powrót do dawnej dyskryminacji, bo to wszystko jest w jednym pakiecie.

Seriale nie pasują też do pozytywnej utopii lewicowej. Od piątego odcinka wiemy, że problem Waltera White’a nie leży w samym tylko braku pieniędzy, te mógłby dostać od swojego dawnego wspólnika, ale nie chce. To kwestia dumy, woli być królem podziemia niż giermkiem na legalu.

Podobnie z karierą Jamesa McGilla w „BCS”. Serial się jeszcze nie skończył, więc kiedy piszę te słowa, jeszcze nie wiemy, jaki to Grande Finale Piątego Sezonu ostatecznie przekształci go z „chaotic neutral” w mafijnego consigliere.

Ale już widać, że Jimmy też mógłby zrealizować amerykański sen, gdyby nie jego patologiczna duma i ciągoty do autodestrukcji. On przecież nawet zrealizował amerykański sen: miał narożne biuro, osobistego asystenta i zarobki adekwatne do stanowiska, ale sam to wszystko niszczył.

Niektóre lewicowe utopie odwołują się do przekonania, że człowiek jest z natury dobry. Ja w to nie wierzę. Wierzę w rezydentne zło w naszej naturze. I socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze uważam po prostu za najlepsze rozwiązanie na trzymanie tego zła pod kontrolą.

Mit „amerykańskiego snu”, o karierze od pucybuta do milionera, może przemawiać do dziecka. Ale nastolatek powinien z tego wyrosnąć.

sobota, 08 września 2018
Notka o Biedroniu

Teksty z serii „co powinna zrobić lewica” wydają mi bezprzedmiotowe jak rozważania o taktyce mundialowej, kiedy jeszcze nie wiadomo nawet, kto przejdzie eliminacje. W tej metaforze są nimi nadchodzące wybory samorządowe.

To po nich zostaną rozdane karty gry o wybory parlamentarne w 2019, a dopiero jak je dostaniemy, nadejdzie czas na licytację i wista. Niedobrze, metafory w sąsiednich akapitach są jak grzyby w barszczu, muszę się odtąd ograniczać.

Jak będzie wyglądało głosowanie do sejmików i czy po przełożeniu na symulowane wybory do Sejmu, wyjdzie z nich samodzielna większość dla PiS? Czy PiS przejmie władzę w jakimkolwiek mieście wojewódzkim? Czy głosy na SLD i Razem rozłożą się raczej jak „6:2” czy „4:3”? Kto zajmie trzecie miejsce w Warszawie? Czy lewica w jakimkolwiek mieście obejmie władzę?

Dopóki nie znamy odpowiedzi, nie ma o czym mówić. A przecież poznamy za miesiąc.

Niezależnie od tych pytań, jedno tylko wiem na pewno. Nie podoba mi się pomysł „wspólnej listy całej opozycji”, którym ekscytuje się prawe skrzydło mojego bąbelka.

Gdyby jakimś cudem taka lista powstała, ja będę głosować na cokolwiek na lewo od niej. Już kiedyś głosowałem na tej zasadzie na Zielonych, którzy dostali coś koło 0,2%. No i super, i tak wolałem Erbel od HGW.

Nie przekonują mnie argumenty, że to potrzebne do obrony demokracji. Nie lekceważę autorytarnych zapędów PiS, ale sama struktura polskiego państwa utrudnia orbanizację.

Nie lubię ani Dudy, ani Morawieckiego, więc nie kibicuję żadnemu z nich podczas przepychanek typu „jak oni mi podłożyli świnię podczas mojego wyjazdu do Australii, to ja im się zemszczę wetem”. A raczej: kibicuję im obu, niech zadają sobie jak najsilniejsze ciosy.

Cieszy mnie sama ta przepychanka, bo to pozostaje ostatnie już z systemu zabezpieczenie z konstytucyjnego systemu „checks and balances”. Nawet jeśli ta sama partia wyhaczy prezydenta i premiera, sama natura obu stanowisk wbija klin między nich.

Duda prywatnie może sobie być większym zamordystą od Morawieckiego (pewnie zresztą jest), ale już parę razy ratował nas przed pomysłami typu zmiana ordynacji wyborczej. Nie z miłości do demokracji, we własnym interesie.

Nie wierzę więc w „polski faszyzm”, najwyżej w „drugą sanację”. Wtedy też nie było „jednego frontu opozycyjnego”, tylko centrolew i centropraw (Front Morges). I pojedyncze miasta rządzone przez socjalistów, jak Łódź, Radom czy Sosnowiec.

Z powyższymi zastrzeżeniami, przejdę do najbardziej palącego dziś pytania. Co z Biedroniem?

Może na niego kiedyś zagłosuję, może nie. Wydaje się naturalnym kandydatem na wybory prezydenckie 2020, ale po drodze będą jeszcze parlamentarne, które znów przemeblują scenę. Kto wie, co się z nich wyłoni.

A na kogo będę głosować w parlamentarnych, a wcześniej w eurowyborach? To zależy od tego, co będzie z partią Razem po wyborach samorządowych.

Jeśli zrobi jakiś Centrolew z Biedroniem, proszę bardzo. Jeśli Biedroń zrobi go z SLD, pomijając Razem, to nie bardzo. W wielki lewicowy obóz, łączący Biedronia, Razem i SLD, na razie nie wierzę, ale wybory samorządowe mogą tu dużo zmienić.

Prywatnie Biedroń budzi we mnie mniej entuzjazmu od Razem. Razem postrzegam jako partię „ludzi mniej więcej takich jak ja”, którzy mówią moim językiem, oglądają te same seriale, mogliby być moimi kolegami z pracy (czasem nawet są/byli).

Biedronia postrzegam jako kogoś z establishmentu, a to - jak wiecie - nie jest dla mnie komplement. Nie umiem go sobie wyobrazić jako kolegi z pracy, kogoś zajmującego równorzędne stanowisko. Za to bez trudu wyobrażam go sobie jako kogoś ważnego z korpowierchuszki, kto mi wydaje polecenia.

Domyślam się, że etykieta „partii wielkomiejskich korpoludków” prawdopodobnie szkodzi razemitom. Nie mam pojęcia. Nie znam się na marketingu, politycznym ani jakimkolwiek.

Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby 90% gospodyń domowych wybrało jakiś proszek do prania, albo na kogoś zagłosowało. Może image korpomenadżera to klucz do serc mitycznej klasy ludowej? Duda i Morawiecki też taki mają.

O rety, zwłaszcza Morawiecki! Wszyscy pracowaliśmy pod takim dżokejem powerpointa. Który się potem okazał klaunem excela, ale miało już nie być metafor.

W każdym razie, do mojego nie jest. Oczywiście, rozumiem, że korporacje potrzebują menedżerów, a polityka liderów. Więc nie wykluczam, że zagłosuję (zwłaszcza w jakiejś drugiej turze!), ale entuzjazmu z mojej strony raczej nie będzie.

piątek, 24 sierpnia 2018
Ziemia Sosabowskiego

Program Polski Walczącej, której symbol zawłaszczyli dziś sobie producenci bielizny patriotycznej, miał 10 naczelnych postulatów. Przyjął je rząd londyński 15 lipca 1943, a potem krajowa namiastka parlamentu, Rada Jedności Narodowej, 15 marca 1944. Powstańcy warszawscy, armia Andersa i WiN walczyli o poniższe wartości:

1. odzyskanie niezależności i suwerenności
2. swobody demokratyczne
3. reforma rolna
4. poprawa bytu mas pracujących i udział ich w rządach
5. samorząd terytorialny, gospodarczy i kulturalny
6. odzyskanie ziem na Zachodzie
7. nienaruszalność granicy wschodniej
8. związek narodów Europy środkowej
9. sojusz z demokracjami Zachodu i dobre stosunki z ZSRR
10. prawdziwa demokracja międzynarodowa

Te postulaty wielokrotnie precyzowano, np. w Testamencie Polski Walczącej. Wyjaśniano m.in. jak rozumiana jest demokracja (jako „pięcioprzymiotnikowe wybory” i „rządy prawa obowiązujące zarówno rządzących, jak rządzonych”). Samorząd gospodarczy obejmował zaś także samorząd pracowniczy.

Ktokolwiek wysuwa pomysły demokracji nieliberalnej, prymatu suwerena nad sądami, skłócania nas z demokracjami Zachodu, Polexitu, przywrócenia przedwojennego obszarnictwa, konstytucji kwietniowej, nieskrępowanego rynku, jednomandatowych okręgów większościowych - łamie Testament Polski Walczącej. W szczególności z tym programem rozmijają się korwiniści, kukizowcy, monarchiści i narodowcy.

Wszyscy rozmijamy się z punktem (7), bo Testament Polski Walczącej pisano ze świadomością porażki. To były postulaty do realizacji w razie wygranej przez Zachód III WŚ.

Resztę Testamentu spełniłby dopiero rząd premiera Zandberga, bo większość partii głównego nurtu ignoruje punkty (4) i (5). Pierwsze skrzypce w rządzie londyńskim grały PPS i PSL, więc gdyby ten wrócił do Warszawy w 1945, odrodzona Polska realizowałoby politykę zbliżoną do fińskiej czy szwedzkiej.

Czy da się wymyślić alternatywny scenariusz historii, taki z powrotem generała Andersa? Jak to sygnalizowałem w dyskusji pod poprzednią notką, takim scenariuszem mogło być powodzenie operacji Market-Garden.

Operacja była ambitną próbą przełamania frontu zachodniego we wrześniu 1944 przez aliantów. Prawie się udało, tzn. alianci zdobyli kilkudziesięciokilometrowy korytarz - bezużyteczny, bo nie udało się opanować słynnego mostu przez Ren.

Gdyby się udało, pojawiłaby się szansa unicestwienia wojsk niemieckich na zachodzie w wielkim kotle. A ponieważ front wschodni się zatrzymał, to być może alianci dotarliby do Berlina pierwsi, i to jeszcze w grudniu 1944.

Historycznie Brytyjczycy winę za swoje błędy zrzucili na generała Sosabowskiego. Churchill użył tego już w październiku 1944, wywierając presję na rząd londyński, żeby ten zaczął współpracować z marionetkowym rządem lubelskim.

Sukces Market Garden sprawiłby, że Sosabowski (razem z Montgomerym i Eisenhowerem) stał się bohaterem światowej sławy. W Londynie stałby dziś jego pomnik, w każdym polskim mieście byłaby jego ulica.

Konferencja jałtańska (luty 1945) miałaby inny przebieg i nie byłaby w Jałcie. Historycznie miejsce narzucił Stalin, bo to jego wojska były wówczas na przedpolach Berlina, a alianci ugrzęźli w Ardenach.

W alternatywnej linii czasu (nazwijmy ją „Ziemią Sosabowskiego”) jest odwrotnie. Konferencja odbywa się, zgodnie z sugestiami aliantów, na Malcie lub na Cyprze. Albo od razu w Poczdamie.

Alianci negocjują z pozycji siły i stawiają mocniejsze warunki. Powrót armii Andersa i rządu londyńskiego do Polski, razem z jakimś wariantem fińskiego traktatu o neutralności.

Ceną za Szczecin i Wrocław byłaby rezygnacja z zachodniej Ukrainy i Białorusi, ale Lwów byłby do utrzymania (jego losy ważyły się do Poczdamu). To byłaby inna Polska, w której powojenną odbudowę przynajmniej początkowo prowadzono by w duchu demokratycznego socjalizmu, z Arciszewskim, Pużakiem i Ciołkoszami w rządzie.

„Ziemia Sosabowskiego” nie jest rajem. Część NSZ nie uznawała rządu londyńskiego i państwa podziemnego. Zapewne trwałaby wojna domowa, trochę przypominającą grecką, tylko że z partyzantką skrajnie prawicową. To jest świat, w ktorym można sobie wyobrazić żołnierzy wyklętych robiących zamach na generała Andersa (i gdybym z tego robił powieść, to byłby story arc).

Polska uniknęłaby jednak innej tragedii. Komuniści w 1945 zawłaszczyli hasło „demokracji”. To wszystko działo się w jej imieniu.

W efekcie dla wielu ludzi samo słowo uległo kompromitacji. Jedyną siłą zdolną stawiać opór komunistom - bierny i intelektualny, ale jednak - stał się Kościół. A kto miał poglądy postępowe, grawitował nolens volens w stronę obozu władzy.

Po 1945 Polacy o orientacji liberalno-demokratycznej byli albo w Londynie, albo na cmentarzu, albo w jakimś głębokim ketmanie, służąc albo antyliberalnej lewicy, albo antyliberalnej prawicy. To dlatego polska opozycja spotykała się w kościołach, a czeska w gospodach.

Do dziś nam się to odbija czkawką. Ech, żeby tego Sosabowskiego zrzucili w lepszym miejscu...!


poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dorota Wellman kontra roszczeniowa młodzież

Najważniejsze pytanie dla mojego pokolenia, zaraz po „jaki samochód?” oraz „gdzie w tym roku na wakacje?”, to dlaczego pokolenie milenialsów nie chce dołączyć do naszych protestów. Teraz w wyjątkowo zabawny sposób zadała je Dorota Wellman.

Wydaje mi się, że rozumiem oba pokolenia. Sprobuję więc jednym wytłumaczyć racje drugich.

Wydarzeniem definiującym różnice między nami (mną czy Dorotą Wellman) a milenialsami było ogarnięcie rynku pracy przez korporacje. W mediach to się dokonało mniej więcej między 1999 (wejście Agory na giełdę) a 2004 (debiut Faktu).

W innych branżach kluczowe daty są podobne. Bo w szerszej perspektywie to wszystko było kwestią wejścia do Unii.

Co za tym idzie, sytuacja kogoś zaczynającego pracę w 1995 i w 2005 była radykalnie odmienna. Różnica jest większa niż np. między 2008 a 2018.

Rówieśnicy moi czy Doroty Wellman zaczynali pracę w firmach, które dzisiaj nazywalibyśmy „turkusowymi”. Nie było sztywnej hierarchii, łatwo było awansować. W 1990 cała Polska była startupem.

Mieliśmy poczucie sprawczości. Czuliśmy, że możemy podążać za swoimi marzeniami, realizować swoje projekty. I wielu z nas się to udało.

Płacono nam grosze, ale płacono od samego początku. W wielu branżach siłą rozpędu jeszcze obowiązywały układy zbiorowe zawarte za PRL. Także w mediach.

Młodszy od nas kolega zaczynający pracę w 2008, zwykle lądował na bezpłatnym stażu. Potem go brali na śmieciówkę i obiecywali, że jesienią może się zwolni etat.

Z jesieni robi się wiosna, z niej następna jesień, a jednocześnie nie wiedzieć czemu (w korpo wszystko jest tajemnicą, z wyjątkiem komunikatów giełdowych!) te etaty się znajdowały dla innych.

Nasz młody człowiek tracił poczucie sprawczości. Umacniała to polska szkoła zarządzania upokorzeniem. „Na twoje miejsce mam pięciu chętnych”, „Jeszcze nie zdecydowałem, czy ci zapłacę za ten miesiąc”, „Nasza branża to mały świat, mogę załatwić, że nikt cię nie zatrudni” - to przecież polska korpoklasyka.

Na Zachodzie też mają korporacje, ale za sprawą różnych lubrykantów fisting niewidzialną ręką rynku jest mniej bolesny. Tam korporacje stosują motywacje pozytywne: jasna ścieżka rozwoju, opcje na akcje, różne perksy.

Ludzi się tam nie gnoi tak jak w Polsce. To stały punkt opowieści rodaków na saksach: że nie tylko pieniądze większe, ale i nareszcie nie czują się traktowani jak zesłaniec w kolonii karnej.

Na stronie „Wiesławiec deluxe” był żart o polskich ścieżkach rozwoju. Pracownik HR do aplikanta: „na początek straci pan zdolność odbioru dzieł kultury, a po pięciu latach już będzie się pan śmiać z kolegami, kiedy będziecie sobie przy wódce pokazywać na telefonach memy o piłkarzach”.

I nie mówię tutaj o pracownikach Amazona, mówię o korpoludkach z klasy średniej, siedzących w nowoczesnych biurowcach. Pracujących nawet w tej samej branży, co ja czy Wellman, tylko pechowo młodszych o 10-20 lat.

Jeśli kiedykolwiek odczuwali wolność, sprawczość, podmiotowość itd., to tylko w życiu prywatnym. Można ich więc zmobilizować hasłami typu „aborcja”, ale tych tematów opozycja unika, bo po co drażnić xiędza dobrodzieja.

Tekst Wellman brzmi dla milenialsów jak dalszy ciąg polskiej szkoły motywowania negatywnego. Oż wy, roszczeniowe nieroby, na co czekacie, aż wam Netflixa wyłączą? Ruchy, ruchy, PiS się sam nie obali!

Opozycja tak przemawia do społeczeństwa od lat. Dlatego zresztą dziś jest opozycją.

Komorowski zaprezentował się w kampanii jak toksyczny szef, który nawet się nie stara, żeby go lubiono. Zero uśmiechu, wieczny foch. „Mam pięciu wyborców na twoje miejsce!”.

Jak przekonać młodzież do naszych racji? Na dalszą metę potrzebujemy innego programu szkolnego, w którym zamiast wiedzy o społeczeństwie będzie wychowanie obywatelskie.

Na razie szkoła uczy demokracji tak, jak się uczy przekroju żaby, „kto kogo może odwołać”. A powinna wyrabiać postawę „jestem świadom swoich praw i umiem ich bronić (np. w sądzie)”. To się powinno z kolei wiązać ze zmianą rynku pracy, żeby te prawa szanował.

To oczywiście zadanie na lata. Na krótką metę mam taką propozycję - zwrócić się o pomoc do grup rekonstruktorskich, odtwarzających pojedynki rycerskie. Przydzielić każdemu opozycyjnemu politykowi, dziennikarzowi, celebrycie lub innemu autorytetowi rycerza w pełnym rynsztunku, żeby za każdym razem, gdy opozycjonista zacznie połajankę z serii „wy roszczeniowa hołoto...!”, rycerz walił go gumowym kurczakiem bez łeb.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018
Kim był Andrzej Lepper

W lewicowym bąbelku - burza o Leppera. Mam nadzieję, że ci, którzy chcą mu dorabiać pozytywną legendę, po prostu nie pamiętają faktów.

Ten legendarny Lepper, w odróżnieniu od prawdziwego, miał być przywódcą ludowym, który pochodził z samego ludu, a więc przez to „prawdziwym”. Podobno to on pierwszy wyartykułował gniew przeciwko neoliberalizmowi i za to go zmiażdżyli wrogowie.

Tyle legenda, teraz fakty. Z okazji pięcioletniej rocznicy śmierci, Jarosław Tomasiewicz napisał Lepperowi laurkę w „Nowym Obywatelu”. Trzymajmy się tego, co w tej laurce.

Według niej, Lepper został w 1978 kierownikiem PGR. Od 1980 miał własne gospodarstwo na 63 ha - tyle pisze Tomasiewicz.

Ja jeszcze dodam na podstawie innych źródeł, że miał 2 kombajny, 6 przyczep i 3 traktory. W 1990 powiększył areał o kolejne 50 ha.

Że ktoś nie umie mówić po polsku, to jeszcze nie czyni go przedstawicielem ludu. Dla mnie to biografia typowego Janusza biznesu.

Nawet trzymając się tylko tego, o czym pisał Tomasiewicz: Lepper już w latach 80. był bogatszy niż wówczas ja czy kogokolwiek z moich szanownych komcionautów lub naszych nie mniej szanownych przodków. Chciałbym być z takiego „ludu”!

Jeśli ktoś jest panem na 113 hektarach, nie jest już rolnikiem, jest obszarnikiem. Latyfundystą. Przecież nie potrzebował 6 traktorów po to, żeby samemu nimi jeździć.

W 1990 Lepper chcąc się przestawić na przemysłową produkcję mączki ziemniaczanej, bierze kredyt. Inwestycja była nietrafiona, kredyt był niespłacalny.

Normalny biznesmen w takiej sytuacji ogłasza upadłość - i albo rozkręca nowy biznes, albo w ogóle daje sobie spokój z biznesem. Ale Lepper w 1992 zamiast tego zakłada ugrupowanie, reprezentujące przedsiębiorców takich jak on. O swoje nietrafione inwestycje oskarżają Balcerowicza.

Trzeba nie pamiętać tamtych czasów, by uważać, że Lepper był jakimś pionierem w krytyce Balcerowicza. Protesty trwały od samego początku reform.

W 1990 wszyscy czynni politycy byli przeciw rządowi Mazowieckiego - z wyjątkiem tych, którzy sami byli w rządzie. Najgłośniejszym krytykiem rządu (i Balcerowicza) był Lech Wałęsa, który od tego zaczął swoją kampanię prezydencką.

W tamtych wyborach jedyny kandydat popierający Balcerowicza nie przeszedł do drugiej tury. Wybieraliśmy w niej między jednym przeciwnikiem Balcerowicza a drugim.

Lepper nie był też pierwszym przywódcą poszkodowanych rolników. Słynną blokadę drogi pod Mławą z czerwca 1990 organizowali Roman Bartoszcze, Gabriel Janowski i Jacek Soska.

Ten protest obrósł legendą „szarży transporterów opancerzonych”. Czy ludzi, którzy w to wierzą, nie zastanawia brak ofiar śmiertelnych?

Nic się nikomu nie stało, bo nie było żadnej szarży. Drogę odblokowano pokojowo, w wyniku negocjacji między policją a protestującymi, w nocy z 15 na 16 czerwca.

Czy policja powinna była mieć aż tyle uzbrojenia? Protestujący też nie byli całkiem niegroźni, mieli ze sobą kosy - niby tylko nawiązanie do historycznego rekwizytu, ale dla mnie to także dzisiaj byłoby uzasadnienie, żeby wezwać antyterrorystów.

Lepper pojawia się stosunkowo późno. I nie jako krytyk kapitalizmu.

Początkowo był po prostu nacjonalistą i antysemitą. Na wiecach z lat 1993-1998 mówił, że polska bieda bierze się z ucisku „wrogich Polakom nacji”, zazwyczaj wymieniał niemiecką i żydowską (polecam cytaty z jego wypowiedzi w prasie lokalnej z tamtego okresu).

Sam kapitalizm dla Leppera był OK, dopóki sam Lepper czerpał profity, wraz ze swoimi kolegami. Ich lista ciągle się zmieniała. Ten zarządca komisaryczny, którego jego banda pobiła w 1994, również był jego dawnym współpracownikiem. Lepper nie był w stanie z nikim współpracować na dłużej, dlatego nie zbudował żadnej trwałej struktury.

Za Millera był wicemarszałkiem Sejmu. Za Kaczyńskiego był wicepremierem. Mimo to nie zostawił po sobie żadnego dorobku, żadnej ustawy. Nie zapisał się literalnie niczym trwałym w polskiej polityce - w laurce Tomasiewicza brak konkretnych przykładów, bo ich nie ma.

Pośrednio pozytywny wpływ miał taki, że seksafera w Samoobronie uświadomiła ludziom, że linia obrony „skoro nie odeszła z pracy, to znaczy, że się na to wszystko zgadzała” nie chroni molestatorów. Jedyne, co dobrego Lepper zrobił dobrego dla społeczeństwa, to że w 2007 wreszcie wypadł z polityki (choć Kukiz przejął pałeczkę).


sobota, 28 lipca 2018
Czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny?

Gdyby jakiś pisowiec miał ochotę na kolejną notkę (tak z rozpędu), proponuję mu chwilę refleksji nad tytułowym pytaniem. W bonusie odpowiem, dlaczego w 1989 utrzymano ciągłość ustrojową z PRL, zamiast ogłosić powrót do konstytucji kwietniowej.

Rzecz w tym, że prawo reguluje wiele aspektów życia codziennego, o których często nie myślimy w kontekście „walka o sądy”. Stąd jeden z najgłupszych cytatów III RP, „niczego o mnie nie ma w konstytucji”.

My tu gadu-gadu, a ktoś tam gdzieś się komuś oświadcza. Równocześnie ktoś inny mówi „z nami koniec, chcę rozwodu”. Jeszcze inny wytargował korzystną cenę za używany samochód, a następny właśnie został zwolniony z pracy.

Wszystkich tych ludzi łączy jedno. Chcą podpisać jakiś dokument zgodnie z taką czy inną ustawą. Ogłoszenie przerwania ciągłości prawnej będzie dla nich dramatem.

Nie będzie wiadomo, na podstawie jakich przepisów mają związek małżeński zawiązać lub rozwiązać. Jak zarejestrować i wyrejestrować samochód. Jak wyliczyć odprawę należną zwalnianemu. I tak dalej.

Dlatego nawet w podczas rewolucji czy zamachu stanu, nowe władze rzadko ogłaszają całkowitą likwidację wszystkich instytucji ancien regime’u. Stąd fenomen „dziwnych praw” obowiązujących w różnych krajach od głębokiego średniowiecza. Przykłady państw, w których doknano radykalnego zerwania (Kambodża, Irak, Rosja) nie są specjalnie zachęcające.

Nie zrobiono tego nigdy w Polsce. III RP zachowała ciągłość prawną z PRL, PRL z II RP, II RP z zaborami. W 1918 również przecież nie ogłoszono przywrócenia I Rzeczpospolitej, tylko kontynuowano prawo państw zaborczych (jego ostatnie relikty zniesiono dopiero w PRL; np. Kodeks Napoleona formalnie obowiązywał na terenie dawnej kongresówki do 1946).

Dobrze to pokazuje historia Sądu Najwyższego. Powołano go w marionetkowym Królestwie Polskim, które w 1916 proklamowali Niemcy i Austriacy.

Zaborcy (mówiąc ściślej, wtedy już okupanci) nie dogadali się między sobą co do tego, kto ma być „królem” tego państewka. „Rządziła” nim więc Rada Regencyjna, która stworzyła kilka instytucji, działających do dziś. Wśród nich Sąd Najwyższy.

Pierwszym I prezesem SN był Stanisław Srzednicki, kandydat kompromisowy, bo mianowali go zaborcy zachodni, ale był najwyższym rangą polskim sędzią w zaborze rosyjskim. Po zdobyciu niepodległości Piłsudski mógł go wywalić (jako Naczelnik Państwa mógł teoretycznie wszystko). Ale nie zrobił tego.

Niepodległość niepodległością, ale ktoś się wtedy przecież na przykład wtedy kolejny rok procesował z sąsiadem o miedzę. Nie pokochałby wolnej Polski, gdyby ta mu całą sprawę zresetowała do zera.

Ostatnim I prezesem w niepodległej Polsce był Leon Supiński. Po wojnie komuniści chcieli zachować pozory ciągłości, wzięli go więc do swojego Sądu Najwyższego, tym razem jako II prezesa. Wkrótce wypchnęli go w stan spoczynku.

Pierwszym komunistycznym I Prezesem SN był Wacław Barcikowski (od 1945 do 1956). Był znanym przed wojną prokuratorem i adwokatem. Cóż, kolaboranci wśród elit się znajdą nawet za Stalina.

Ostatnim I Prezesem komunistycznego Sądu Najwyższego był prof. Adam Łopatka. Rada Państwa powołała go w 1987 na 5-letnią kadencję (teoretycznie do maja 1992).

Rząd Mazowieckiego  przeprowadził jednak w Sejmie ustawę, która skracała tę kadencję. W maju 1990 wyrzucono wszystkich 109 sędziów SN.

Dlaczego dziś to skandal, a wtedy nie? Bo w czasach PRL sędziowie nie byli nieusuwalni. Peerelowskich sędziów wyrzucono zgodnie z peerelowskim prawem. Dopiero ich następcy mieli być nieusuwalni (jak się okazało, tylko na 28 lat).

Wbrew temu, co dziś twierdzi kacza propaganda, sędziowie przeszli czystkę. Zaakceptowano tylko 22 z tych 109, przepadł sam prof. Łopatka. Jego następcą został prof. Adam Strzembosz, pierwszy I prezes SN w wolnej Polsce.

Jeśli ktoś uwierzył w „Michnikowszczyznę” Ziemkiewicza, to pewnie wydaje mu się, że „Gazeta Wyborcza” broniła peerelowskich sędziów. Przypominam, że Ziemkiewicz napisał tę książkę na podstawie tego, co mu się wydawało, że zapamiętał - a nie kwerendy w archiwach.

Polecam artykuł „Samo-sąd” z 30 maja 1990, w którym Wanda Falkowska opisywała tę czystkę i uzasadniała ją tym, że „niektóre uchwały SN były po prostu haniebne”, przytaczając m.in. przykład politycznego wyroku z 27 czerwca 1988.

Reasumując, czy Sąd Najwyższy jest postkomunistyczny? W pewnym sensie tak. Ale w takim samym, w jakim w II RP był postzaborczy. A nawet mniejszym, bo w 1918 nie było czystki.

czwartek, 26 lipca 2018
Drodzy pisowcy (po wyroku)

Trochę czasu minęło, kiedy do Was pisałem. Zauważyłem, że piszę do was głównie w sprawie Waszych reform sądownictwa, bo sądy to nasz wspólny problem.

Nawet, jeśli ktoś przeżyje całe życie bez styczności z prawem karnym (czego sobie i wam życzę), to pozostaje prawo cywilne, rodzinne, gospodarcze itd. Te wszystkie hipoteki, spadki, weksle, sądy pracy, notariusze i komornicy.

To nie działa dobrze. Gazeta, w której pracuję, miała dużo tekstów krytykujących np. powolne procedury czy samowole komorników.

Gdy szukamy ostatnich rzeczy, które łączą nas, jako Polaków - wyborców PiS i wyborców anty-PiS - to jedną z nich właśnie jest strach, że jeśli pójdziemy z czymś do sądu, to ugrzęźniemy tam na wiele lat, choćby sprawa była ewidentna.

Na początku Waszych reform ostrzegałem, że nic nie wskazuje na to, że Ziobro, Jaki i Piotrowicz coś w tej materii poprawią. Użyłem metafory motoryzacyjnej, że polskie sądownictwo jest jak rozklekotany samochód.

PiS zamiast naprawiać, zmienia kierowcę. Od tego ten sztrucel szybciej nie pojedzie.

Minęło dwa i pół roku. Czy coś się poprawiło? Znacie kogoś, kto wielbi ministra Ziobrę, że dzięki jego znakomitym reformom wszystko teraz szybciej działa?

Pytam ze szczerej ciekawości. Chętnie bym taką relację usłyszał. Choć przypuszczam, że gdyby była choć jedna taka osoba w całej Polsce, już by o niej zrobili materiał w TVPiS.

Ostatni wyrok TSUE w sprawie odmowy ekstradycji Artura C. sprawił, że nasz problem tymczasem zrobił się jeszcze gorszy. Koło odpadło od naszego sztrucla.

Prawicowi blogerzy zbywają to żarcikiem, który prawdopodobnie jest „przekazem dnia”, bo pojawił się nagle w różnych miejscach. Że to dobra wiadomość, bo przestępcy będą się teraz przenosić z Polski do Irlandii, a więc u nas będzie bezpieczniej, ha ha.

Na ten wyrok powoływać się będą nie tylko dealerzy narkotyków - także przestępcy gospodarczy. Aferzyści od następnego Amber Gold po prostu kupią sobie pałace po czeskiej stronie Cieszyna i będą bezkarni.

Spójrzcie na to z punktu widzenia tego waszego „wstawania z kolan”. Do 2018 roku polskie sądy były w Unii Europejskiej równe niemieckim czy francuskim. Od wczoraj są oficjalnie uznane za sądy gorszego sortu.

To nie będzie się ograniczać tylko do ekstradycji przestępców. To dotknie także innych sądów - cywilnych, rodzinnych, gospodarczych.

Wyobraźcie sobie konflikt między przedsiębiorcą polskim a jego niemieckim konkurentem. Albo rozwód Polaka z Niemką i sprawę o opiekę nad dziećmi i podział majątku. Albo proces polskiego pracownika z niemieckim pracodawcą.

Zamiast „niemieckiego” mógłbym wstawić „czeskiego” czy „francuskiego”, ale Wy macie jakąś szczególną fiksację na punkcie Niemiec. Otóż w Niemczech nasze wyroki teraz też będą podważane, podobnie jak w Czechach czy Francji.

To o tyle zabawne, że jeszcze przed chwilą snuliście fantazje na temat karania obcokrajowców za mówienie „polskie obozy zagłady”. To zawsze było głupie, ale skoro od wczoraj polskie wyroki nie będą respektowane na drugim brzegu Odry, to teraz ta głupota powinna być oczywista nawet dla Was.

Nie zwracam się do Was jakoś szczególnie przymilnie, bo ani Was nie lubię, ani nie chcę, żebyście mnie polubili. Ale ten problem z sądami jest i Wasz, i nasz. Skoro już jest źle, to moglibyście chociaż nie pogarszać.

Ziobro, Jaki i Piotrowicz już kilka razy obiecywali, że wszystko raz-dwa załatwią, tylko trzeba pośpiesznie przepchnąć jakąś ustawę. I za każdym razem było tylko jeszcze gorzej. Chyba już nawet Wy nie wierzycie, że tym razem jakimś cudem wreszcie im się udało?

Ministra Rafalska też musiała pokonać wiele przeszkód, żeby wprowadzić 500+. Ale wprowadziła, zamiast przedstawiać kolejne wymówki. Za to ją szanuję.

Minister Grabarczyk musiał zmienić wiele aktów prawnych, żeby wreszcie ruszyła budowa autostrad. Ale zmienił. I ruszyła. Za to go szanuję.

Są politycy, którzy rozwiązują problemy. I są politycy, którzy wymyślają wymówki.

Wasza ekipa od sądów należy do trzeciej kategorii, wzmacniaczy problemów. Zastali sądownictwo w złym stanie, udało im się je pogorszyć. Ich jedynym sukcesem, póki co, jest poupychanie znajomych na różnych wysokopłatnych fuchach.

Powinniście coś z nimi zrobić. Co? A to już, dla odmiany, wyłącznie Wasz problem.

środa, 18 lipca 2018
Niechęć do elit

Skąd niechęć wobec elit? Nie będę się bawić w medialnego eksperta od społeczeństwa, spróbuję opowiedzieć, skąd się bierze moja.

Moja niechęć jest zarezerwowana właściwie wyłącznie do elit politycznych i biznesowych. A więc - niestety - tych, od których należy nasza codzienność.

Nie mam problemu z elitami intelektualnymi. Jestem w dziennikarskim raju, kiedy jakiś profesor przybliża mi (a przy okazji czytelnikom/słuchaczom) tajniki swojej specjalizacji.

Nie lubię tylko intelektualistów czysto medialnych, których dorobek mierzony jest czasem antenowym, a nie publikacjami. Ale ich zwalcza samo środowisko akademickie, czego przezabawną ilustracją są kariery dr nhab Migalskiego czy mgr ndr Goliszewskiego.

Nie mam też problemu z elitami kulturalnymi. Mam swoją prywatną listę sympatii i antypatii, niekoniecznie zbieżną z różnymi nagrodami i rankingami, ale i też nie na tyle rozbieżną, żebym powiedział, że te nagrody to oszustwo.

Przejdźmy do polityków. Szacunek czuję do nielicznych, niezależnie od ekipy. Niewielu spełnia kryterium Engelkinga („czy chciałbym z kimś zjeść kolację”).

W każdym rządzie jest ze dwóch, trzech ministrów „merytorycznych”, fachowców od swojej działki. Wprowadzenie 500+ to był legislacyjny majstersztyk, za ktory szanuję Rafalską. Grabarczyk zidentyfikował wąskie gardła w kilkudziesięciu aktach prawnych, zmienił je - i dzięki temu podróż samochodem przez Polskę już nie jest horrorem takim jak 10 lat temu.

Z nimi owszem, chętnie bym sobie pogadał. Ale nie wierzę w ciekawą rozmowę z Dudą, Schetyną, Szydło, Petru czy Czarzastym. Ci ludzie wydają mi się być ekspertami wyłącznie w intrygach personalnych i walce o stołki. Nikogo w tym świecie nie znam osobiście, więc opisuję tylko swoje wyobrażenie budowane na podstawie ich publicznych wypowiedzi.

Z zachodnimi politykami tak nie jest. Nawet jeśli są zupełnie nie z mojej bajki, jak Sarkozy czy Cameron, to z zaciekawieniem przeczytałbym np. wywiady z nimi o ich ulubionych płytach, książkach czy filmach. Oni tam zresztą chętnie takich udzielają.

Ale na hasło „ulubione płyty prezydenta Dudy”, beka sama mi się zaczyna toczyć. Bajobongo - zgadłem?

Może to jest źródło wizerunkowych wtop Trzaskowskiego: jego pijarowcy chcą go wtłoczyć w ten uniwersalny schemat „swojego chłopa”. Jedyny jaki znają (fama głosi, że to sprawdzona ekipa po Komorowskim).

A on akurat mógłby zabłysnąć po zachodniemu. Autorska plejlista Trzaskowskiego? SŁUCHAŁBYM! Wywiad z Trzaskowskim o Rembrandcie? CZYTAŁBYM! (bez żadnej ironii).

Z elitami biznesowymi mam tak samo, tylko jeszcze bardziej. Tutaj wyjątek mam tylko dla gamedevu, bo w tej branży nawet na czele spółek notowanych na giełdzie nadal stoją ludzie autentycznie zakochani w grach, więc tematów do wspólnej rozmowy by nie zabrakło.

Lubię książki non-fiction, więc czytam dużo biografii biznesmenów i historii ich spółek. Zachodnich i polskich.

Różnica jest jeszcze bardziej uderzająca, niż w przypadku polityki. Na Zachodzie nawet jeśli za kimś nie przepadam, to znów, nie bałbym się „kryterium kolacji”, a z listą książek czy płyt polecanych przez Muska czy Zuckerberga zapoznałbym się z uwagą.

Opowieści o tamtych liderach biznesu przekuwane są w fascynujące książki, a w filmach grają ich Eisenberg czy Fassbender. Tymczasem typowy polski biznesmen, którego obraz wyłania się z tekstów Sroczyńskiego, Kwaśniewskiego czy Matysa, to raczej materiał dla Pazury czy Rewińskiego.

I to nie dlatego, że dziennikarze specjalnie ich tak przedstawiają. Michał Matys, że rzucę insajderską anegdotą na marginesie jego książki „Grube ryby” (którą gorąco zresztą polecam), początkowo podchodził do nich z sercem na dłoni.

Im więcej się o nich dowiadywał, tym bardziej tracił sympatię. Trudno polubić prezesa spółki technologicznej, którego główną innowacją był pomysł fikcyjnego przewożenia komputerów w te i nazad przez granicę, żeby se VAT odliczyć.

Gdyby miał polecić muzykę, to pewnie wymieni Pendereckiego (bo wie, że wypada) i Kozidrak (bo zna). O czym z kimś takim można gadać?

Moja niechęć do polskich elit biznesowo-politycznych bierze się więc po prostu z - eufemistycznie mówiąc - niezbyt pochlebnego mniemania o ich kompetencjach intelektualno-kulturowych. To nie jest nowe zjawisko, podobnie postrzegał (i karykaturalnie sportretował) Dołęga-Mostowicz elity II RP.

A skąd Wasza?

poniedziałek, 16 lipca 2018
Na srebrnej tacy

Jest taki słynny webcomic o żywotach równoległych Richarda i Pauli. Na początku wyglądają praktycznie jednakowo, jak to niemowlęta.

Ale rodzice Richarda dają sobie radę w życiu, rodzice Pauli niespecjalnie. W efekcie Richard dzielnie pnie się po kolejnych szczeblach edukacji, wspierany przez portfele i znajomości rodziców, a Paula sama walczy z kolejnymi przeszkodami.

W finale spotykają się na jakimś bankiecie, urządzonym z okazji kolejnego życiowego sukcesu Richarda. Paula jest tam kelnerką, roznoszącą przekąski na srebrnej tacy.

Richard machinalnie bierze przekąskę z tacy. Nie zwracając na Paulę najmniejszej uwagi, peroruje, że wszystko zawdzięcza swojej ciężkiej pracy i konkluduje „nikt mi niczego nie podał na srebrnej tacy”.

To niebezpieczne, kiedy przedstawiciele elit naprawdę szczerze uwierzą, że wszystko zawdzięczają sobie. Elity robią się wtedy wsobne, przestają uważać, że są cokolwiek winne społeczeństwu, interesuje je już tylko pomnażanie własnych przywilejów - czego klinicznym przypadkiem jest obrotowy Saryusz-Wolski.

Jestem tylko skromnym wyrobnikiem kątętu z średniej klasy średniej, ale daleki jestem od szalonej tezy, jakobym do wszystkiego doszedł sam. Urodziłem się w Warszawie, dorastałem w domu pełnym książek - to dostałem od bociana.

Potem musiałem skończyć studia, znaleźć pracę, potem drugą, potem trzecią, nauczyć się pisać, stać się autorem na tyle rozpoznawalnym, żeby mnie w końcu ściągnęli do „Wyborczej”, a potem żeby Znak zaproponował mi pierwszą umowę na książkę (itd), no ale to jasne, że było mi to wszystko łatwiej osiągnąć niż komuś urodzonemu w PGR.

Choć, oczywiście, mogło być jeszcze fajniej. Mogłem mieć takich naprawdę dzianych, ustosunkowanych rodziców, co to by mi załatwili zagraniczne stypendium. Albo studia na uczelni, w której czesne wynosi 25 000 euro rocznie, jak w Kolegium Europejskim w Natolinie.

Niczym komiksowy Richard, Rafał Trzaskowski konsekwentnie twierdzi, że wszystko zawdzięcza własnej pracy, równocześnie jednak mimochodem dodając wstawki o uprzywilejowanych przodkach i kosztownym wykształceniu. Wychodzi z tego nieintencjonalny komizm, z którego chichra się mój bąbelek na fejsie.

Wojciech Engelking na portalu podjął się próby obrony. I wyszło mu jeszcze śmieszniej.

„Kandydat PO na prezydenta Warszawy spełnia wszelkie wymagania, jakie bym postawił komuś, z kim miałbym ochotę zjeść kolację” - tak podsumowuje wywody Trzaskowskiego o studiach na Kolegium Europejskim w Natolinie, Rembrandcie i Morinie.

To jeden z moich największych lęków, gdy mnie zapraszają na Elegancką Kolację. Że mnie posadzą obok kogoś, kto by cały wieczór ględził o swojej elitarnej elitarności. Brrr!

Blur miał o tym piosenkę. „I met him in a crowded room / Where people go to drink away their gloom / He sat me down and so began / The story of a charmless man / Educated the expensive way / He knows his claret from his beaujolais (...) He thinks his educated heirs / Those family shares / Will protect him / That we'll respect him...”

Engelking myli się podwójnie, zarzucając „młodej inteligencji”, że „nienawidzi inteligenckości”, której uosobieniem rzekomo ma być elitaryzm Trzaskowskiego. Przede wszystkim podstawowym elementem etosu inteligencji jest świadomość własnego uprzywilejowania i chęć odwdzięczenia się za to społeczeństwu.

Natrzaskano o tym sporo esejów. Mencwel! Jedlicki! Cywiński! Wolicki! Michnik! Część z tych esejów była dosyć głośna.

Swoją oryginalną interpretacją „wsobnego elitaryzmu jako inteligenckości” Engelking pokazuje, że ich nie czytał. Streszczę mu, jak gdzieś nas kiedyś posadzą obok siebie.

Drugi błąd dotyczy zarzutu stawianego elitom. Nie, nie chodzi - jak twierdzi Engelking - o to, żeby przepraszały za pochodzenie.

Chodzi o to, żeby potrafiły przyznać, że nie wszystko zawdzięczają swojej ciężkiej pracy. Że sporo wygrały na loterii bocianiej. Ja to potrafię przyznać, choć wygrałem znacznie mniej, zwykłe UW, żaden tam Natolin.

Żeby nie byli jak bohater piosenki Blur, albo jak Richard z komiksu Toby’ego Morrisa. Żeby zauważyli podsuniętą im srebrną tacę. A może nawet i kelnerkę, która ich obsługuje.

Choć tu już może wymagam zbyt wiele.

środa, 04 lipca 2018
Towarzystwo Plaskiej Ziemi

W komentarzach pod notką o kandydaturze Śpiewaka pojawiła się ciekawa dygresja, która jednak zamarła razem z całą dyskusją. Kilku komentatorów, zwłaszcza niejaki Różowyguzik, domagało się uruchomienia lewicowego kanału na jutubie, atoli bowiem - jak twierdził - „wyjście z bańki na jutubie jest bardzo proste”.

Otóż nie jest nie tyle proste, co wręcz niemożliwe. Wyjaśnienie nieporozumienia wymaga ode mnie przybliżenia pewnego pojęcia z medialnego żargonu: tym pojęciem jest „ruch natywny”.
Pojęcie pojawiło się razem z internetem, bo w klasycznych mediach nie miałoby sensu. W klasycznych mediach był niemal wyłącznie taki.

Blog pod tym względem przypomina klasyczne media. Niemal wszyscy, moi drodzy komcionauci, jesteście mym ruchem natywnym. Jesteście tu, bo chcieliście tu zajrzeć.

Ale wszyscy z pewnością choć raz dla kogoś byliście ruchem nie-natywnym. To było wtedy, kiedy mieliście otwartą jakąś stronę w przeglądarce, i nie mogliście sobie przypomnieć, skąd się na tej stronie wzięliście, przecież dobrowolnie tak sami z siebie w życiu byście w taki badziew nie kliknęli.

W ten badziew wciągnął was system rekomendacji, przekierowań, clickbaitów, mający napędzać komuś odsłony. Otóż wracając do youtube’a: bez tego systemu nie zrobi się tam kariery. Ruch natywny tam z kolei jest mniejszością.

Legendarny sukces filmu z psem przebierającym S.A. Wardęgę za pająka nie wziął się przecież z ruchu natywnego, tj. z tego, że akurat nagle internauci masowo wpisali do wyszukiwarki „filmy o przebranych pająkach”. Wziął się z tego, że Youtube masowo polecił ten film w swoich rekomendacjach. Więc ludzie bezmyślnie kliknęli, bo przecież na tym polega tak zwana wolność w internecie, że internauci posłusznie klikają na rozkaz cyberkorpów.

Żeby zrobić jutubową karierę, trzeba być lubianym przez algorytm rekomendacji. Ale kogo on lubi?
Serwis żyjący z reklam chce jak najdłużej przytrzymać przy sobie odbiorców, bo wtedy najwięcej zarobi na sprzedawaniu ich uwagi. W medialnym żargonie wyrażamy to parametrem „bounce rate” (szybkość odchodzenia odbiorców).

Jeśli w Youtubie odkryjesz teorię spiskową, zgodnie z którą „oni” ukrywają „prawdę” na temat płaskiej ziemi, imperium lechickiego, chemtrailsów, kontrolowanego wyburzenia WTC, szczepionek wywołujacych autyzm, trotylu na tupolewie - zarwiesz całą noc. Dlatego rekomendacje promują treści tego typu.

Guillaume Chaslot, informatyk, który sam pracował nad tym algorytmem, przeprowadził serię eksperymentów, mających ujawnić opinii publicznej, jak działa Youtube. Zadawał serwisowi pytania typu „czy ziemia jest płaska”, „czy papież jest antychrystem” albo „czy pizzagate to prawda”. Youtube w odpowiedzi rekomenduje filmy promujące odpowiedź twierdzącą.

Youtube ma w tej chwili potężny bias „prospiskowy”. Szanse ma tam tylko lewica równie pieprznięta, jak nasza prawica smoleńska - w dużym stopniu za sprawą YT, w USA spora część lewicy wierzy w „kontrolowane wyburzenie WTC”.

To działa tak: jeśli ten serwis wie, że nie lubisz Busha (Komorowskiego), zakłada, że dasz się nabrać na dowolną bzdurę przedstawiającą Busha (Komorowskiego) w złym świetle. A choćby i w fantasmagorie o kontrolowanym wyburzeniu (niebezpiecznych związkach z WSI).

Znając historię wyszukiwań czy treść poczty z Gmaila (Google twierdzi, że tego nie łączy - nie wierzę im, bo wierzę tylko w to, co można zweryfikować), zna też słabe punkty. Każdemu z nas potrafi wcisnąć jakąś bzdurę.

Oni sami są przerażeni mechanizmem, który wykreowali. Większość Krzemowej Doliny była za Clinton, widać to choćby po ich datkach. Ale w pogoni za optymalizacją „bounce rate”, zbudowali machinę, która zapewniła zwycięstwo Trumpowi (a także Brexitowi i Dudzie).

Cały czas zmieniają te algorytmy, by eliminować chłam z polecanek. W lutym 2018 S. A. Wardęga płakał, że padł ofiarą zmian, już go Youtube nie rekomenduje. Groził zakończeniem kariery (obiecanki cacanki).

Może kiedyś zmienią je tak, że teza „ziemia jest płaska” przegra z tezą „ziemia jest okrągła”. Wtedy, owszem, będzie można promować lewicowy zdrowy rozsądek na Youtube.

Dziś jednak człowiek ma taki wybór. Albo napisze, czym naprawdę jest tak zwana „ustawa 447”, którą straszą promowani przez YT zawodowi kłamcy - a wtedy będzie to samotny głos na niszowym blogasku. Albo dołączy do Towarzystwa Płaskiej Ziemi.

piątek, 22 czerwca 2018
Wolność w internecie i inne ecie-pecie

Tydzień temu zaprosiłem do TOK FM Jarosława Lipszyca do dyskusji o unijnej inicjatywie, którą tzw. „obrońcy wolności w internecie” nazywają „nowym ACTA”. Kierując się - jak to ja - swoimi stereotypami, automatycznie zakładałem, że Lipszyc, który kiedyś protestował przeciwko ACTA, teraz też będzie przeciw.

Otóż nie był. W rozmowie tak bardzo się zgadzaliśmy, że aż czułem niedosyt - jak po flejmie, który wygasł ze względu na brak rozbieżności.

Tuszę, że blogobywalcy gdzieś już usłyszeli główne zastrzeżenia przeciw regulacji. Że mianowicie serwisy społecznościowe będą zobowiązane do wprowadzenia systemów automatycznie usuwających treści pirackie, a agregatory newsów będą musiały płacić firmom medialnym za licencję.

Obrońcy wolności mówią, że to oznacza „śmierć memów” (zazwyczaj wszak wykorzystujących kradzioną grafikę) oraz „koniec internetu jaki znamy”. Oba te hasła bawią mnie na tyle, że aż robię szyderczą blogonotkę.

Co roku mamy „koniec internetu jaki znamy”, bo internet się ciągle zmienia. Internet był zupełnie inny w 2006, kiedy zaczynałem blogować. A jeszcze inny w latach 90., kiedy w ogóle nie mówiono o „blogowaniu”.

Z mojego punktu widzenia, to były ciągłe zmiany na gorsze. Nie lubię obecnego internetu. Gdy go widzę, przypomina mi się słynny cytat ze Stanisława Lema: „erem merem tytyrytki, giń potworze boś ty brzydki”.

Jeśli w wyniku unijnej regulacji zdechną memy, to sam zapalę świeczkę na grobie Schumana. To byłaby jedna z najlepszych rzeczy, jakie dała nam Unia.

Pamiętam Internet bez memów. Da się żyć. Nie będę po nich płakać.

Niestety, pewnie wcale nie zdechną, tylko ich twórcy będą musieli pilnować licencji. Brać sobie obrazki z Creative Commons, albo z watermarkiem „Getty Images”. Dadzą sobie radę (mój przyjaciel Łajdefak Szudajgiwedamn już naszykował chusteczki, by płakać nad ich ciężkim losem).

Nie wierzę, żeby internauci chcieli na większą skalę stawiać opór przeciwko tym regulacjom. Historia powszechnego dostępu do internetu to dwie dekady nieustającej zgody na ograniczanie wolności.

Ilekroć internauci dostają propozycję typu „zabierzemy wam trochę wolności, ale w zamian damy wam emotki z animowanymi minionkami”, krzyczą w odpowiedzi „serduszko.gif”.

Nasze technologiczne przesiadki ostatnich lat, z ajpoda na spotifaja, z maila na mesendżera, z lokalnych backupów na chmurę, z blogów na fejsa, z otwartego WWW na aplikacje na smartfonie, były przesiadkami w stronę zniewolenia. Narzekałem, zrzędziłem, ostrzegałem, #mamotymksiazke: na próżno.

Nie będę teraz rozpaczać, że stracimy wolność w Internecie. Już dawno ją straciliśmy, a tak naprawdę nigdy jej nie mieliśmy. Od dawna jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę kartelu GAFA (Google / Apple / Facebook / Amazon).

Tym razem nie będzie żadnych protestów, bo protesty przeciwko ACTA nie były spontanicznym buntem internautów. To bajka, ktorą media same sobie opowiedziały i w nią uwierzyły, jak to media.

Protesty zainicjowały amerykańskie korporacje (głównie Google), które broniły swojej monopolistycznej pozycji. Nie musicie mi wierzyć na słowo, możecie przeczytać książkę entuzjasty tych protestów, Edwarda Lee. Sam Lipszyc ją reklamował na Fejsbuku (bo tam występuje).

Edward Lee przedstawiał te protesty jako ruch oddolny („grassroots movement”), ale z jego własnego opisu wynika, że zaczęły się od koordynacyjnego spotkania 9 listopada 2011, które NGO sponsorowany przez Google’a zorganizował w pobliżu siedziby Google’a, a na spotkanie zaproszono przedstawicieli Google’a i innych NGO’sów sponsorowanych przez Google’a.

W Polsce protesty zbiegły się z nieudaną wojną rządu Tuska z kibolami, którzy skorzystali z okazji. To dlatego protesty miały oprawę stadionową („kto nie skacze”).

Obecna regulacja jest uzgodniona z lobbystami GAFA, więc nie będzie „strajków internetu”. Obecna władza dobrze żyje z kibolami, ci też więc tym razem się nie zainteresują. Jeśli więc będą jakieś protesty, to będą wyglądały jak pamiętna demonstracja korwinistów przeciwko podatkom.

W „nowe wolnościowe media na blockchainie” też nie wierzę. Problem nie leży w technologii. Wolnościowe media JUŻ MIELIŚMY, ale sami się przesiedliśmy na fejsa i jutuba. W pewnym sensie nadal je mamy, ale z jakiegoś powodu nikogo tam nie ma.

Ciekawe z jakiego? Zamyslonyminionek.gif.

poniedziałek, 18 czerwca 2018
Samozaoranie pana Adriana

Tak mało dobrych wiadomości w sferze polityki, że trzeba wyssać każdego mikroheda z tego, co jest. Dlatego niestety napiszę 34981092 szyderczy komentarz na temat prezydenckiego referendum.

Prezydenta nie poparł nikt poza najbliższymi współpracownikami. A więc: nikt, komu za to poparcie nie płaci.

Część zaproponowanych pytań nie ma sensu. Część groziłaby polexitem (a poza tym też nie ma sensu - każdy kraj może sobie oczywiście ogłosić wyższość swojego prawa nad umowami międzynarodowymi, ale zapłaci za to cenę izolacji, jak Korea Północna).

Nie ma sensu komentować pytań jako takich. To po prostu będzie kolejne nieudane prezydenckie referendum, po pożegnalnym samobóju hrabiego Komorowskiego. Polegnie przez frekwencję.

Uczcijmy to więc raczej chwilą refleksji nad tym dziwnym objawem politycznej choroby, jakim jest syndrom pałacu namiestnikowskiego. Prezydent wydaje się mieć świetne narzędzia do budowy swojego obozu, a jednak nikomu się to nie udało.

Najpierw był Wałęsa. Kiedy się pokłócił z wszystkimi (poza tymi, którym płacił za poparcie), powołał własną partię, „Bezpartyjny Blok Wspierania Reform”.

Partia zdobyła 5,41% w wyborach z 1993, czyli niby sukces, bo weszli, ale jednak porażka, wobec tromtadrackich deklaracji Wałęsy. Cytując ciocię wiki: „W trakcie trwania II kadencji Sejmu RP w latach 1993–1997 Klub Parlamentarny BBWR okazał się najbardziej skłóconym klubem”.

Po serii rozłamów, BBRW ponownie startował w 1997. Zdobył 1,23%.

Po Wałęsie nastał Kwaśniewski, jedyny prezydent w dziejach 3RP, którego Polacy akceptowali na tyle, żeby go wybrać na drugą kadencję. W dodatku jak dotąd w jedynych wyborach rozstrzygniętych od razu w pierwszej turze (53,9% głosów; Lech Wałęsa startował i dostał 1,01%).

Wszyscy się wtedy głowili, co Kwaśniewski zrobi z tym ogromnym poparciem. Ciągle wybuchały plotki typu „Kwaśniewski spotkał się a to z tym, a to z tamtą, będą robić partię”.

Gdyby ją faktycznie zaczął robić odpowiednio wcześnie - to kto wie, kto wie. Skończyło się jednak... (drodzy kibice, jakie jest przeciwieństwo falstartu?) rozczarowaniem, powstała koalicja Lewica i Demokraci, która dostała wprawdzie w 2007 13,5% głosów (w tym mój), ale to był początek marginalizacji lewicy w polityce zdominowanej przez PO-PiS.

Ambicji budowy własnego obozu nie miał Lech Kaczyński (obviously), ale syndrom pałacu namiestnikowskiego udzielił się z kolei jego współpracowni(cz)kom. Założyli(ły) partię „Polska Jest Najważniejsza”, która w 2011 dostała 2,19%.

Bronisław Komorowski również nie próbował nic budować przeciwko Platformie, ale próbował zbudować coś dla siebie. Kończyło się to zawsze samoośmieszeniem.

Prezydentura Andrzeja Dudy wydaje się na razie lustrzanym odbiciem Komorowskiego. Nie w sensie, że nie uważam Komorowskiego za mniejsze zło (Duda jest dla mnie większym złem choćby ze względu na podsycanie antysemickich nastrojów), ale błędy robi podobne.

Duda chyba też nie zdaje sobie sprawy z tego, że dla znacznej części swojego elektoratu był tylko mniejszym złem. Tak jak Komorowski, nie wygrał „sympatią do siebie”, wygrał „antypatią do tego drugiego”.

Prezydentura Dudy jest jak Brexit, jak wygrana Trumpa. Nie miał wygrać, miał ładnie przegrać - dlatego Kaczyński go wysunął (dlatego też Trump wystartował, a Cameron zniszczył Wielką Brytanię).

Nie wysunął go dlatego, że cenił sobie jego zdolności polityczne, tylko wprost przeciwnie. Charakterystyka z „Ucha prezesa” Dudy jako „pana Adriana” jest moim zdaniem zasadniczo trafna.

Kaczyński lubi promować polityków takich, jak Kazz Marcinkiewicz, powerpoint Morawiecki czy techniczny Gliński bo wie, że mu nie zagrożą. Za mało lotni, żeby coś wykombinować.

Potrafią, owszem, tańczyć na studniówce albo na zlocie młodzieży chrześcijańskiej, udowadniać w tabloidach i telewizji śniadaniowej, że są „swoimi chłopami”, ziomać się na twitterze z „ruchadłem leśnym”, ale w polityce to jednak za mało.

W trwającej już dintojrze między wannabe-delfinami, pan Adrian sam sobie strzelił w stopę i się z niej wyeliminował. Albo się ośmieszy teraz (wycofując się z referendum), albo jesienią (gdy poznamy frekwencję). Nie żal mi go.

Choć pewnie wygra ktoś jeszcze gorszy...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89