Ekskursje w dyskursie
czwartek, 26 marca 2015
Blejmowanie wiktima

Oskarżanie klasy średniej o nowobogactwo wydaje mi się o tyle jałowe, że klasa średnia może najwyżej być nowośredniacka. Tymczasem w tych ostatnio modnych paszkwilach na klasę średnią żongluje się elementami takimi, jak grill, SUV, kredyt w frankach czy grodzone osiedle, z radosnym pominięciem dwóch drobiazgów.

Po pierwsze - niewiele mówią o czyimś statusie materialnym. Kiedyś w Psychiatryku24 rej wodził niejaki Nicpoń, który miał w awatarze upozowane zdjęcie na masce Forda Explorera, strutzelwagena, którego można mieć za cenę kompletu felg do czegoś porządnego.

A po drugie, grillowanie jest rozrywką demokratyczną. Za cenę torebeczki z tartą bułką w ulubionym lokalu aktywistów miejskich można mieć solidny plaster karkówki. I jeszcze na piwko zostanie.

Drogi samochód może kłuć w oczy, ale w aglomeracji takiej jak Warszawa różnice między metrem kwadratowym powierzchni mieszkalnej może się wahać od 5 do 10 tysięcy złotych (pomijając ekstrema, bo oczywiście sky is the limit). To znaczy, że w przypadku mieszkania dla rodziny z dziećmi rozsądna jest kalkulacja typu „100 metrów z dobrą komunikacją publiczną równa się 100 metrów na zadupiu plus SUV nówka sztuka plus jeszcze zostanie paręset tysięcy na czarną godzinę”.

Dlatego gdy aktywista miejski sarka na kogoś dowożącego dzieci do szkoły samochodem, że „trzeba było kupić coś z dobrym dojazdem i ze szkołą w zasięgu pieszego spaceru”, to tak naprawdę jego słowa sprowadzają się do „trzeba było kupić coś o ćwierć banki droższego”. Tylko kto wtedy jest bucem?

Pretensje do klasy średniej o to, że polski kapitalizm wygląda tak a nie inaczej, to klasyczne obwinianie ofiary. Chcecie szukać winnych, to szukajcie ich wśród prezesów banków. Tam będziecie mieć nowobogackich spasionych na gigantycznym przekręcie, jakim są kredyty frankowe.

Jasne, że ludzie biorący kredyt w frankach na sumę, na którą nie mieli zdolności w złotówkach, zachowali się nieodpowiedzialnie. Tylko że nie mieli innego wyjścia.

Gdy tylko weszły kredyty w frankach, ceny nieruchomości poleciały w kosmos. Komu się udało kupić dom czy mieszkanie w Warszawie w epoce przedhipotecznej, czyli do pierwszych lat XXI wieku, ten zaliczył życiowego jackpota.

Wzrost mógł być nawet dziesięciokrotny. Czyli np. ze stu tysięcy na milion. W ciągu dekady.

Ludzie, którym się udała ta sztuczka, nie potrzebują dziś kredytów we frankach. I mogą sobie z wyższością ganić innych za lekkomyślność.

Ale tak naprawdę właśnie dlatego, że ta sztuczka im się udała, osoba przyjeżdżająca do Warszawy za pracą 10 lat temu, po prostu nie miała innego wyjścia. Bo tak zawsze będzie działać rynek nieruchomości, że mieszkanie będzie kosztować trochę powyżej horyzontu możliwości ciężko pracującego człowieka.

Jeśli damy mu szansę wzięcia kredytu, rynek zareaguje po prostu wzrostem cen. Gdy kredytów nie było, mieszkania były też trochę poza horyzontem - ale jednak znacznie tańsze, co z kolei dawało szansę skoku za horyzont metodami bezfrankowymi (np. przez oszczędnościową budowę systemem gospodarczym).

Poza prezesami banku, wygranymi na tym nieuczciwym rynku byli po prostu urodzeni w Warszawie. Odcięliśmy kupony od decyzji podjętych czasem wiele pokoleń temu przez naszych rodziców czy dziadków.

Ale czy to uczciwe? Czy daje nam to moralnego hajgraunda do mówienia z wyższością o słoikach, osiedlających się na Białołęce? I beg to disagree.

Dlatego mierżą mnie narzekania aktywistów miejskich na klasę średnią, która po prostu próbuje grać zgodnie z regułami tej nieuczciwej gry. Pewnie, że najfajniej jest mieć mieszkanie po rodzicach (albo od nich). Pewnie, że bycie #childfree eliminuje problem dowożenia do przedszkola, a do tego pozwala przetrwać w mniejszym metrażu (a więc: w hipsterskiej starej kamienicy! party time!).

Tyle, że prawdziwy problem jest gdzie indziej. Prawdziwym problemem jest to, że Niewidzialna Ręka Rynku jest u nas ciągle poza krytyką. Nie mamy realnych działań mających poskromić bonanzę bankierów, deweloperów i spekulantów gruntami.

Po co, skoro łatwiej rzucić się na zastępczy temat. Jeden ruch ręki i już sfora ujadając pędzi za zapachem grillowanej karkówki z lidla, omijając rezydencję signore Luigi Lovaglio.

czwartek, 19 marca 2015
Na cześć drugiej linii metra

Chciałem uczcić notką otwarcie drugiej linii metra, niestety z powodu natłoku roboty mi się to opóźniło. Wyszło mi więc meta-uczczenie.

W czasach mej młodości określenie „pojadę metrem” oznaczało „nielegalnie wsiądę do pociągu dalekobieżnego, by na gapę przejechać z Centralnego na Wschodni (lub odwrotnie). Krążyła legenda miejska (?) o nastolatku, który spróbował tego w rosyjskim pociągu i wylądował w więzieniu.

Zazdrościliśmy wtedy mieszkańcom Trójmiasta czy Śląska ich kolei miejskich. A jednocześnie widzieliśmy, że Warszawa jest pełna torów. Pytaliśmy: czemu nie można nimi puścić choćby szynobusa?

Piszę tę notkę trochę, żeby wyjaśnić to sobie samemu z młodości. A także Blogonautom, którzy się nad tym zastanawiają dziś.

Problemem Warszawy, jak zawsze, jest jej złożona historia. Dzieje warszawskiego węzła kolejowego świetnie zrekonstruowane są w serwisie warszawa1939.pl. Po 1939 nie pojawiło się już nic nowego (!), aż do metra właśnie.

Pierwszym dworcem kolejowym w Warszawie był dworzec kolei warszawsko-wiedeńskiej (1845). Nazwa mówi nam dwie rzeczy: po pierwsze, był to dworzec czołowy, czyli pociąg na nim kończył bieg. Po drugie: miał zachodni rozstaw torów.

To ważne, bo Warszawa leżała w zaborze rosyjskim. A jak wiadomo, gdy cara zapytano, czy tory w Rosji mają być normalne czy szersze, odpowiedział „na ch... szersze” i zrozumiano go zbyt dosłownie.
Kolejne dwa dworce, Petersburski (1862) i Terespolski (1866) miały rosyjski rozstaw osi. Dziś z grubsza odpowiadają im Wileński i Wschodni.

Puszczenie linii kolejowej „na durch” w XIX wieku nie miało sensu. Pociąg jadący z Berlina do Moskwy i tak musiał w Warszawie mieć postój techniczny. W dodatku widmo nadchodzącej wojny światowej sprawiało, że władze carskie wcale nie chciały ułatwiać tranzytu z Berlina do Moskwy.

W roku 1876 dworce na wschodnim brzegu Warszawy połączono więc z dworcem wiedeńskim linią obwodową, którą zaprojektowano tak, żeby mogła służyć jako element fortyfikacji, broniących miasto przed atakiem z północy i zachodu. Linia obwodowa jest dosłownie przyklejona do Cytadeli.

Jak to bywa z fortyfikacjami, przeważnie korzysta z nich nie ten, kto je zbudował. Rosjanie opuścili Warszawę bez walki, za to niszcząc co się da z infrastruktury (w tym: dworce Petersburski i Terespolski).

Linia obwodowa bardzo się jednak przydała Niemcom. Była naturalnym elementem ogrodzenia getta, a w dodatku bocznicą z Umschlagplatzu mogli wysyłać transporty do Treblinki, a potem jednym z gwoździ do trummy Powstania Warszawskiego (kontrolując linię obwodową, Niemcy nie dopuścili do połączenia sił zgrupowań AK na Starówce i na Żoliborzu.

Razem z linią obwodową władze carskie wybudowały linię kolejową przejeżdżającą przez warszawę „na durch”, ale na linii północ-południe, tzw. Kolej Nadwiślańską z Kowla do stacji granicznej w Mławie. Z punktu widzenia mieszkańców Warszawy taka linia mało się przydaje, bo mało kto jeździ regularnie na trasie Falenica - Choszczówka.

Miało to oczywiście sens strategiczny. W razie wojny front miał stanąć na Wiśle, dlatego kluczowe elementy węzła warszawskiego są na prawym brzegu.

Polska niepodległa dodała do tego kolej radomską (1934) i połączyła dawny dworzec Wiedeński z dworcem Terespolskim (który stał się dworcem Brzeskim) linią średnicową (1933). Lina średnicowa była zaś inżynieryjnym wysiłkiem porównywalnym z obecną drugą linią metra.

Z tego wszystkiego Warszawa wyłoniła się jako miasto, którego większość połączeń kolejowych budowano w oderwaniu od potrzeb mieszkańców. Teoretycznie istnieją stacje „Gocławek” i „Służewiec”, ale nic z nich nie wynika dla mieszkańców Gocławia i Służewia.

PRL czasem wspominany jest z nostalgią przez entuzjastów zbiorkomu, ale w Warszawie nie uruchomił żadnego nowego połączenia kolejowego. Budowę pierwszej linii metra owszem, rozgrzebano za Jaruzelskiego, ale wstęgę przecięto na pierwszym odcinku w 1995.

Na usprawiedliwienie PRL można dodać, że musiał to wszystko odgruzować i odbudować. Likwidacja niektórych połączeń (np. do Palmir) polegała więc po prostu na rezygnacji z odbudowy. Inne jednak świadomie likwidowano (np. kolej grójecką i marecką), choć dziś można za nimi tęsknie wzdychać. O ileż mniej byłaby dziś zatkana Puławska, gdyby Dworzec Południowy łączył metro z Piasecznem, jak w latach 60.?

Północny kraniec pierwszej linii metra z dzisiejszej perspektywy nie ma sensu. Za komuny najważniejsze było dowożenie pracowników do Huty Warszawa, która dziś działa na ograniczoną skalę. Lepszy byłby zakręt na Chomiczówkę, ale było już za późno na takie modyfikacje.

Druga linia - gdyby zrealizować już dziś wszystkie plany, obejmujące Gocław, Bródno i Bemowo - akurat idealnie by działała na potrzeby kapitalistycznej Warszawy, dowożąc korpoludki z peryferyjnych osiedli do biurowców w centrum. Tylko że historia pokazuje, że te inwestycje kończone są w innym mieście i w innym ustroju, niż je rozpoczęto...

sobota, 28 lutego 2015
Czarno-białe snuje

Z okazji triumfu „Idy” lutowy ranking od czapy postanowiłem poświęcić polskim filmom, których reżyserów nie było stać na kolorową taśmę. Czyli polskim czarno białym snujom, takim jak „Ida”.

Choć te rankingi są tak subiektywne, że aż od czapy - to jednak nawet mi zadrżałaby klawiatura, gdyby na pierwszym miejscu było coś innego, niż „Rękopis znaleziony w Saragossie”. To po prostu jeden z najlepszych filmów „tak w ogóle”, a więc na pewno także podzbioru „najlepszych polskich czarno białych”.

Wojciech Has wyczarował w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej siedemnastowieczną Hiszpanię, pełną sił nadprzyrodzonych - żywych wisielców, kabalistów i mauretańskich widm. Co tu dużo gadać, jeśli ktoś nie widział tego filmu, to po prostu powinien.

Mam ogromny sentyment do filmu Jerzego Skolimowskiego „Bariera”. Jego znajomość jest trochę bardziej hipsta, bo po 1968 Skolimowski znalazł się na indeksie. Jego „Ręce do góry” w ogóle trafiły na półkę, a „Bariery” już nie pokazywano.

To obowiązkowa pozycja dla miłośnika dziwnych miejsc w Warszawie (np. możemy w nim zobaczyć skocznię narciarską na Mokotowie z czasów jej świetności). Ja lubię ten film, bo podobnie jak Ida, traktuje o moim ulubionym temacie - dwudziestoparolatka podejmującego Ważne Życiowe Decyzje.

Dialogi należą do najbardziej poetyckich w polskim kinie, że zacytuję moją ulubioną rozmowę głównego bohatera (Jan Nowicki) z oberkelnerem (Ryszard Pietruski):
- Za pięćdziesiąt mówię „panie radco”, za sto „szefie”, dwieście „prezesie”, „minister” u mnie pięćset kosztuje.
- To poproszę za sto.
- Tak jest, szefie.

Bardzo też lubię „Pociąg” Kawalerowicza - kameralną tragikomedię antyromantyczną. Główni bohaterowie (Lucyna Winnicka i Leon Niemczyk) są już poza taką fazą życia, w której wierzy się w nagłe porywy uczuć.

Cokolwiek się między nimi wykluje, nie będzie mieć znaczenia. Dlatego to wykluwanie się tak ciekawie ogląda.

Reszta pasażerów przeżywa jednak swoje dramaty, większe i mniejsze, straszne i zabawne. Wśród nich - Staszek, niewydarzony amant głównej bohaterki, swoim autodestrukcyjnym zachowaniem w jakiś przerażający sposób przepowiadający śmierć grającego go aktora (Zbigniew Cybulski).

„Nóż w wodzie” Polańskiego tylko jako honorejbl menszyn, bo każdy to przecież oglądał ze sto razy...

niedziela, 08 lutego 2015
IQ Murzynów

Słuchałem niedawno w TOK FM rozmowy z Janem Cieńskim, w której oburzyło mnie akurat nie to, z czego portaloza zrobiła clickbaita, tylko wcześniejszy fragment o wolności słowa. Jak wiecie, jestem jej bardzo daleko idącym zwolennikiem (aż do poziomu amerykańskiego Brandenburg vs Ohio, mówiąc w skrócie).

Omawiając ograniczenia w wolności słowa na amerykańskich uniwersytetach Cieński wspomniał o „książce pewnego profesora, który porównywał wyniki testów IQ Białych i Murzynów” i którego zakrzyczano, „że nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”, a „on argumentował, że wszystko powinno być badane przez uniwersytety, nawet jeśli wyniki są niekomfortowe”.

Każdemu się może zdarzyć coś chlapnąć w programie na żywo, więc nie chodzi mi teraz o personalne czepialstwo - ale o to, że takie mity pomagają budować ideologię „prawicy czerwonej pigułki”, o której niedawno strzeliłem felieton.

Kiedy w 1994 wyszła książka „The Bell Curve”, byłem redaktorem pisma naukowego. Pod prestekstem doskonalenia warsztatu namiętnie czytałem anglojęzyczną prasę naukową, przede wszystkim tygodnik „Nature”.

Na jego łamach toczyła się fascynująca dyskusja na temat tej książki. Zdaje się, że tak starego archiwum „Nature” nie ma online, więc teraz ja odwołam się do swoich wspomnień - czytałem to jednak z większą uwagą niż Cieński, skoro na przykład pamiętam nazwiska obu autorów (nie zlali mi się w jednego apokryficznego „profesora, który argumentował”).

Nie pamiętam zarzutów „nie powinien był w ogóle wchodzić w ten temat”. Może „Nature” po prostu odrzucało takie listy do redakcji, jako nic nie wnoszące.

Pamiętam natomiast dużo konkretnych warsztatowych zarzutów, składających się na klasyczny peer review. Czytając je, przy okazji sam się bardzo dużo dowiedziałem o testach na inteligencję i o ich analizie statystycznej.

Obaj autorzy wyszli w tej książki poza swoją dziedzinę. Jeden z nich był wprawdzie psychologiem, ale behawioralnym. Richard Herrnstein zrobił karierę na obserwowaniu gołębi ze swoim szefem, B.F. Skinnerem.

Dorobek tej szkoły spotkał się z krytyką, bo nie wiadomo, czy zachowanie zwierząt pozwala na wnioskowanie o zachowaniu ludzi. Behawioryści tak zakładali, a potem się bardzo cieszyli, że udowodnili własne założenia. Dla mnie to coś na zasadzie „gdy trzymasz młotek, wszystko wygląda jak gwóźdź”.

Jego współautor Charles Murray w ogóle nie był psychologiem. Był konserwatywnym politologiem (najwyraźniej niczym Marek „Niehab” Migalski uznał, że wprawdzie się na niczym nie zna, ale ma poglądy, to chociaż się spróbuje doktoryzować ze swoich poglądów).

Wśród specjalistów obaj skompromitowali się więc niezrozumieniem tego, co tak naprawdę mierzą testy na IQ. I nie chodzi tu nawet o wyświechtaną formułę, że mierzą umiejętność rozwiązywania testów na IQ.

Nie rozumieli czegoś jeszcze ważniejszego. Ja to zrozumiałem dopiero pod wpływem tamtej debaty (hej, miałem 25 lat, to okres formacyjnych lektur!). Wrzucę tutaj, może kogoś to też oświeci.

Wyniki testów na IQ układają się w krzywą dzwonową, zgodnie z rozkładem naturalnym, a pośrodku jest zawsze 100. To nie jest przypadek, tylko odwrotnie: te testy tak się standaryzuje, żeby tak wyszło.

Innymi słowy, zawsze średnia to będzie 100 i zawsze dostaniemy rozkład normalny. Ktoś, kto powie, że inteligencja ma rozkład normalny, będzie się mylić. Tak naprawdę testy się układa z takim założeniem (zasadniczo niedowodliwym).

Najciekawsze jest to, że od wielu dekad w większości krajów IQ przez cały czas powolutku rośnie, dlatego testy się regularnie rekalibruje. Dzisiejsza stówka to niegdysiejsze sto dziesięć.

O tych drobiazgach trzeba pamiętać, kiedy się porównuje wyniki testów w różnych krajach, z różnych lat. Herrnsteinowi i Murrayowi wykazano tego typu błędy w ich analizie danych, czym się ośmieszyli przed środowiskiem.

Zarzut nie brzmiał więc „nie powinniście wchodzić w ten temat” tylko „z takim zrozumieniem statystyki gołębie szczać prowadzać, a nie wchodzić w ten temat”. I śmiem twierdzić, że podobnie jest w każdym przypadku, z którego potem buduje się redpillowe legendy o naukowcu, któremu zabroniono czegoś badać.

Ideologia redpill odwołuje się do naiwnej wiary w mit Zaszczutego Dysydenta. Naukowiec, który ujawnił, że szczepionki wywołują autyzm albo że nie ma globalnego ocieplenia, traktowany jest w niej jako prorok niosący Prawdę - a krytyczny peer review jako „zaszczucie przez system”.

Prywatnie uważam więc, że wolność badawcza uniwersytetu nie powinna być w ogóle ograniczana prawnie. Powinna być natomiast ograniczana wartością poznawczą - pewne tematy są już tak dokładnie wyjaśnione, że tu nie da się powiedzieć nic nowego.

Nie jestem więc za ograniczającym badania zakazem „kłamstwa oświęcimskiego”, ale co tu można jeszcze nowego badać, po procesie Irving kontra Lipstadt? Nie mam nic przeciwko kwestionowaniu globalnego ocieplenia, ale tylko pod warunkiem znalezienia nowych argumentów, których jeszcze nie obalono w dotychczasowej debacie.

I tak dalej.

czwartek, 29 stycznia 2015
Je suis Charlie (la suite)

Masakra w Charlie Hebdo spowodowała, że przypomniałem sobie, jak bardzo zawsze lubiłem frankofońskie komiksy. Stąd styczniowy ranking od czapy.
Partia polowan
Wzorem superdoskonałości w tej materii zawsze było dla mnie „Partie de Chasse” duetu Enki Bilal / Pierre Christin (1983). Polski tytuł „Polowanie” nie do końca oddaje dubl antandr oryginału - w tym wypadku akurat pasowałoby też pozornie błędne tłumaczenie „Partia polowań”.

Komiks jest graficzną metaforą partii komunistycznej. Na początku lat 80. w zamkniętym ośrodku wypoczynkowym spotykają się na polowaniu działacze komunistyczni. Bohaterowie są fikcyjni, ale każdy z nich symbolizuje jakąś prawdziwą biografię ówczesnych komunistów.

Czewczenko, „stary bolszewik”, symbolizuje kogoś, kto przetrwał wszystkie czystki i ciągle siedzi w Politbiurze, trochę jak Susłow (1902-1982). Gospodarz polowania, Tadeusz Boczek to polski komunista, odsunięty na boczny tor.

Günther Schütz, reprezentant NRD, to chłodny technokrata, dla którego komunizm to tylko kwestia sprawnego zarządzania. Wasyl Stojanow (Bułgaria) to partyzant, kiedyś o mało co nie stracony za titoizm - i tak dalej.

Nagle na polowaniu ginie ktoś ktoś typowany na nowego numer jeden. Kto go zastąpi? Śmierć wywołuje u bohaterów autorefleksję - jak to u Bilala, rzeczywistość miesza się ze snem. Życiowy dorobek bohaterów okazuje się bezsensownym polowaniem na przypadkowe ofiary.

Po 1990 kolejne wydania (w tym polskie) uzupełniano o epilog, pokazujący koniec „partii polowań”.
Kurczak
Poulet aux prunes” („Kurczak ze śliwkami”) Marjane Satrapi (2004) to jeden z powodów, dla których tak bardzo mnie śmieszą hiperpoprawni lewicowcy, którzy potępiają „Charlie Hebdo” za obrażanie uczuć muzułmanów. Wyobrażają sobie, że muzułmanie we Francji to tylko zastraszeni biedni imigranci wykładający chemię w supermarkecie.

No jednak nie. To także na przykład Satrapi, która nie wypiera się swoich korzeni. W jej komiksach często rozmawia się o Bogu czy cytuje poezję Omara Chajjama. Jednym z bohaterów „Kurczaka” jest demoniczny anioł Azrael.

Infantylna wizja islamu jako czegoś w rodzaju rozkapryszonego dziecka, któremu wszystko trzeba wybaczać, bo jak nie dostanie zabawki to zrobi bałagan w swoim pokoju, płynie z orientalizmu rzekomych postępowców.

„Kurczak ze śliwkami” nie jest komiksem politycznym, ale jest opowieścią o depresji, w której Iran pogrążył się po zamachu stanu z 1953 roku. Anglo-amerykański wywiad pomógł wtedy obalić demokratycznego, świeckiego i liberalnego premiera Mossadegha, zamieniając Iran w groteskową dyktaturę szacha Reza Pahlaviego.

Nadzieje wielu zwyczajnych ludzi na normalne życie zostały wtedy podeptane. Tak jak w naszych czasach w Syrii i w Iraku.

Zachód ma za sobą kilkadziesiąt lat zdradzania sił prodemokratycznych w świecie islamu, bo ważniejsze są zawsze interesy British Petroleum albo Halliburtona. To tu jest źródło problemu, a nie karykatury Proroka...
Mgla na moscie
Gdy zdjąłem z półki swój egzemplarz „Brouillard au pont de Tolbiac” („Mgła na moście Tolbiac”), znalazłem swoją zakładkę sprzed ćwierć wieku: bilet ZTM „dwukrotnego kasowania” na sumę 2 x 3000 złotych. Dwukrotnie skasowany, ówczesnym „dziurkowym systemem”.

Kupiłem ten komiks na pamiątkę po studenckiej wyprawie do Paryża. Spaliśmy pokotem na podłodze w mieszkaniu pewnego Araba, który nocą zmywał naczynia w restauracji, umowa była więc taka, że gdy rano wraca z pracy - my mamy zniknąć na cały dzień. Pasowało nam, bo płaciliśmy za ten nocleg ulubioną studencką cenę. Rien de rien.

Pamiątkowa wartość bierze się z tego, że akcja komiksu działa się w dzielnicy, w której mieszkaliśmy - dzielnicy trzynastej (Les Gobelins). „Mgła” to adaptacja powieści kryminalnej Leo Maleta (1956), który wymyślił prywatnego detektywa Nestora Burmy, byłego (?) anarchistę o melancholijno-cynicznym poczuciu humoru, który w każdym tomie prowadzi śledztwo w innej dzielnicy.

Trzynasta 60 lat temu była zdominowana przez repatriantów (to lepsze słowo niż „imigranci”) z Algerii. Dziś raczej z Indochin, tak czy siak, to dzielnica bardzo multi-kulti.

Tyle że we Francji człon „kulti” jest traktowany bardzo serio. We Francji bestsellerami są komiksy o Iranie, Wybrzeżu Kości Słoniowej czy Polsce.

Amerykanie nie potrafią opowiadać o innych kulturach, potrafią najwyżej opowiadać o „Amerykaninie w innej kulturze” (w Paryżu, w Tokio, w Manili). Dlatego z kolei wszystko na co ich stać, to głupkowata tabuizacja. Niech żyje Francja!

piątek, 23 stycznia 2015
Recepta dla Kopacz

W roku 1951 Konrad Adenauer przeprowadził w Niemczech ustawę, która jego partii zapewniła kilkanaście lat stabilnej większości (a i obecna polityczna potęga Angeli Merkel coś może jej zawdzięczać). O tym, jak bardzo przegięty w prawo jest polski system polityczny najlepiej świadczy to, że w Polsce coś takiego zaproponować można najwyżej na niszowym blogasku lewicowego dziennikarza.

Choć, nawiasem mówiąc, dla Platformy zaproponowanie podobnego rozwiązania byłoby szansą na ucieczkę do przodu przed jesiennymi wyborami. Mogłaby odzyskać inicjatywę strategiczną po porażce negocjacji z górnikami, rozwiązać problem nadchodzącej konfrontacji ze związkami i ośmieszyć opozycję.

Ustawa zatytułowana była z charakterystyczną teutońską lekkością pióra: „Gesetz über die Mitbestimmung der Arbeitnehmer in den Aufsichtsräten und Vorständen der Unternehmen des Bergbaus und der Eisen und Stahl erzeugenden Industrie”. Dla przyjaciół - Montanmitbestimmunggesetz, czyli Ustawa o współzarządzaniu w przemyśle ciężkim.

Zgodnie z nią, w radach nadzorczych przedsiębiorstw w przemyśle ciężkim wprowadzono parytet między przedstawicielami kapitału a przedstawicielami pracowników. Przysługuje im też wpływ na obsadę przynajmniej jednego stanowiska w zarządzie firmy (tzw. Arbeitsdirektor).

Później „mitbestimmung” rozszerzano o inne branże i inne formy pracowniczej partycypacji (dziś dotyczy to wszystkich firm zatrudniających więcej niż 500 pracowników). Jeśli nasz kapitalizm wygląda tak radykalnie inaczej od niemieckiego, to wynika także z tego, że tam z miejsca pracy radykalnie wyeliminowano 64 lata temu „folwarczny model zarządzania”, który do dziś jest ostoją Rzeczpospolitej.

Nie wiem, czy do państwa już dotarła radykalność niemieckiej reformy z 1951. Pracownicy w radzie nadzorczej! Ich przedstawiciel w zarządzie spółki! O tempora, o mores, o szajse, z jakiej partii był ten Adenauer, z Trockistowsko-Maoistycznego Frontu Jakiegoś Straszliwego Lewactwa?

Christlich Demokratische Union, meine Damen und Herren. To właśnie dlatego SPD bardzo długo nie było w stanie sformułować atrakcyjnej wyborczej kontroferty i nie potrafi do dzisiaj. Jeśli klasa robotnicza kojarzy największą zdobycz stulecia z chadekami, komu potrzebni są socjaldemokraci?

W Polsce takie rozwiązanie wydaje się czymś z jakiejś odległej, egzotycznej krainy - choć od kraju, w którym doskonale się sprawdza, oddzielają nas dwie niezbyt szerokie rzeki.

U nas neoliberalny publicysta powiedziałby zapewne, że gdyby pracowników dopuścić do współzarządzania zakładem, to rozkradną, przepiją i zrujnują. Ale tak naprawdę nie musi nawwet tego mówić, bo to temat, o którym w ogóle u nas nikt nie mówi, ani prawica, ani lewica.

Nie ma co o to pytać pana Leszka, pani Madzi czy pana Rysia (nie mówiąc o panu Januszku). Nie ma co też poruszać tego tematu wśród uczestników seminarium o znaczeniu fallusa w „Ecrits” Lacana - w przewodniku Krytyki Politycznej „Partycypacja” współzarządzaniu poświęcono jeden malutki rozdzialik (pióra Jarosława Urbańskiego).

Żeby było zabawnie, o pozytywnych doświadczeniach niemieckich dużo mówiono w okresie pierwszej „Solidarności”, bo to pasowało do wizji „rzeczpospolitej samorządnej”. Po 1989 osamotnionym propagatorem takich rozwiązań był Jacek Kuroń.

Z jego inicjatywy przeprowadzono „Pakt o przedsiębiorstwie”, który teoretycznie upodmiatawiał pracowników. Praktycznie jednak służył przede wszystkim ułatwieniu prywatyzacji, która u nas niemal zawsze kończyła się ubezwłasnowolnieniem pracowników.

Proponując takie rozwiązanie, Platforma mogłaby przed kolizją ze związkowcami uciec do przodu. Zamiast się zderzyć, dodać gazu, niczym w wypasionym BMW. Bo to przecież nie jest tak, że w Niemczech związki są słabe: wprost przeciwnie!

Ale związki, których reprezentanci uczestniczą we współzarządzaniu przedsiębiorstwem oraz ubiegają się w zakładzie o głosy wszystkich pracowników (w tym także niezrzeszonych) - po prostu działają inaczej. Patrząc na Niemcy powiedziałbym: z pożytkiem dla wszystkich.

W Polsce sami zbudowaliśmy sobie model kapitalizmu konfrontacyjnego. Zarząd korporacji ma gdzieś swoich pracowników, pracownicy mają gdzieś lamborghini prezesa. Każdy ma tyle, ile wyszarpie dla siebie, nikt nie myśli w dalekosiężnym interesie spółki.

Można inaczej. Co więcej, zmieniając ten stan rzeczy, Platforma mogłaby znokautować PiS i SLD tak samo, jak Adenauer znokautował nimi SPD. Oczywiście wiem, że nikt nikogo nie znokautuje, ale na niszowym blogasku pogdybać mi chyba wolno.

poniedziałek, 12 stycznia 2015
Mizeria

Jak wiadomo, prognozy są rzeczą ryzykowną, zwłaszcza gdy dotyczą przyszłości, ale nie mogę się powstrzymać przed jedną przepowiednią: dewastującej klęski pani Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich. Wróćmy do tej notki po wyborach, serdecznie zapraszam do nabijania się z mojej prognozy, jeśli okaże się nietrafna.

Pesymista to człowiek, który się cieszy, kiedy nie miał racji. Gdyby pani Ogórek udało się ustrzelić dwucyfrowy wynik i zagrozić duopolowi PO-PiS, taką będę miał z tego radochę, że wstyd za nietrafioną przepowiednię tego mi nie zepsuje.

Doprecyzuję ją, żeby łatwiej było szydzić: nie chodzi mi o to, że kandydatka SLD po prostu nie przejdzie do drugiej tury. Pod świetlanym kierownictwem Napieralskiego i Millera przywyczailiśmy się, że SLD to partia drugiej kategorii.

„Also ran”. „Guest starring”. Kiepski sportowiec, który jednak może liczyć na brązowy medal.

Otóż tym razem przewiduję, że wynik pani Ogórek będzie tak dewastujący, że pod znakiem zapytania stanie przetrwanie jesienią w wyborach parlamentarnych. Zdecydowanie bliższy 5% niż 13,6%, które 5 lat temu zgarnął Napieralski.

Wynik zbliżony do wyborczego progu wywoła w terenowych strukturach SLD, już rozczarowanych spadkiem z podium w wyborach samorządowych, syndrom „tonącego statku”. Lokalni liderzy będą podkupywani przez ugrupowania dające większe szanse na przetrwanie, co uruchomi błędne koło, im gorsze szanse, tym gorsze szanse.

Nie wiem, może to wszystko jest historycznie nieuchronne. Platforma Obywatelska narodziła się w końcu w 2001 roku w reakcji na kolejne samobójcze posunięcia przedostatniego szefa Unii Wolności, Leszka Balcerowicza.

Balcerowicz wytyczył szlak Millerowi. W połowie lat 90. Unia Wolności grała w pierwszej lidze. Uczestniczyła w koalicjach rządowych, kształtowała polską politykę.

Pod kierownictwem Balcerowicza spadła do drugiej ligi, a potem do okręgowej, a potem do „sztandar wyprowadzić”. W 2001 dostała 3,1% głosów i nie weszła do Sejmu.

Z ruin Unii wyrosła jednak Platforma, która szybko stała się najpierw najważniejszą partią opozycyjną, a potem najbardziej udanym projektem politycznym III RP. Może Miller musi najpierw sprowadzić SLD poniżej 5%, żeby coś wreszcie poszło do przodu?

Dlaczego nie wierzę w powodzenie Magdaleny Ogórek? Nawet nie chodzi mi o to, że się „nie nadaje na prezydenta”. Od kandydata SLD na prezydenta wymagamy dziś już tylko tyle, żeby przegrał elegancko, z dwucyfrowym wynikiem, jak Napieralski.

Po prostu wysunięcie kandydatury osoby, która jeszcze nigdy nie wygrała w żadnych wyborach i nie ma dorobku politycznego, o którym warto wspomnieć, kompromituje SLD. To dalszy ciąg pomysłów typu „ładnie się prezentuje przed kamerą, ciemny lud to kupi”.

Takich spinfelczerskich pomysłów, że może koleś z Big Brothera, a może jurorka z „Gwiazd tańczących pod lodem”, a może Miss Polonia, a może przypadkowy człowiek przećwiczony przez Tymochowicza w fachowym majtaniu łapskami, było już sporo. To nigdy nie zadziałało, najwyżej czasem taka osoba wchodziła na chwilę do Sejmu (ale nie wiadomo, czy była raczej lokomotywą wyborczą, czy wagonem hamulcowym).

Polscy wyborcy są jacy są, ale na takie numery się nie dają złapać. Raczej odwrotnie, przypisałbym im przesadne fetyszyzowanie politycznego doświadczenia (prowadzące np. do samorządowej patologii „wiecznych wójtów” i „niezatapialnych prezydentów”).

Polscy wyborcy chcą wiedzieć, co kandydat potrafi zdziałać w polityce - i tutaj zawsze incumbent ma łatwiej, bo może pokazać dorobek poprzedniej kadencji i jeśli jej kompletnie nie zawalił, to daje mu przewagę. Chcą też wiedzieć, jakie kandydat ma poglądy.

Co zdziałała pani Ogórek? Jakie ma poglądy? Cholera jedna wie. Na razie usłyszeliśmy tylko ogolniki pozbawione treści o „wizji prezydentury czynnej, a nie biernej”.

No fantastiko. Zgaduję, że kandydatka jest też za prezydenturą fajną, a nie niefajną. A nawet zdrową, a nie chorą. Pewnikiem też ładną, a nie brzydką. Ale co poza tym, panie Wacku?

Mamy gorzki strajk na Śląsku. Mamy kolejną kompromitację Arłukowicza. Mamy zamach w Paryżu i pomysły Tuska z serii „więcej uprawnień dla służb specjalnych” (o tak, to się świetnie sprawdziło poprzednim razem).

To wszystko okazja dla opozycyjnego kandydata, żeby zaprezentował swoje kontrpropozycje. Zgłosił się na mediatora. Zabłysnął jakimś działaniem.

Ogórek milczy. Widocznie z woli nieba.

poniedziałek, 05 stycznia 2015
Słuchajcie, towarzyszu... (EL 168)

Jako didżej-amator uciekam się do desperackiego chwytu. Przygotowuję na imprezę dwie plejlisty.
Jedna brzęczy sobie w tle, kiedy towarzystwo stoi z kieliszkami i dyskutuje o rewolucji, oby jak najrychlejszej. Druga zaś czeka w pogotowiu na chwilę, w której towarzystwo będzie „ready for the floor”.

Chwilę rozpoznaję po tym, że ludzie wbrew sobie zaczynają jednak podrygiwać. Od tego momentu zaczynam mieć przegwizdane, bo o ile ta pierwsza plejlista może sobie lecieć w automiksie, ta druga wymaga ciągłych modyfikacji.

Dlatego najlepiej wspominam chwilę nadejścia podrygu. Piosenkę, która rozruszała towarzystwo znienacka, wbrew jego intencjom. A przypominam, że bywam głównie na imprezach, w których średnia wieku przekracza pięćdziesiątkę (uch, moje stawy).

W tego sylwestra było to „Ecoutez-Moi Camarade” Rachida Taha, którego ubóstwiam od lat, a konkretnie oczywiście hipnotyczny refren. Tytuł sugeruje nie wiadomo jak radykalną politykę, ale to piosenka o miłości. Choć lubię ją odbierać metaforycznie, jak „Idę”.

Podmiot liryczny apeluje do swojego towarzysza, by ten dał sobie spokój z jakąś dziewczyną. I potem mamy lawinę idiomów i metafor, którymi tłumaczących towarzyszowi, że ta dwulicowa dziewczyna sprawi mu wyłącznie cierpienie.

Nawiasem mówiąc, nie rozumiem metafory (?) idiomu (?) „monsieur Pigeon”. Mersiboku de la montań za wyjaśnienie.

Na koniec okazuje się, że nie ma żadnego towarzysza. „Ale kim jest ten towarzysz? Jestem sam. Gadam do siebie. No więc to ja nim jestem, żałosny dupek, to właśnie ja”. Miej więcej taka jest ostatnia zwrotka („Le pauvre con / Et me voila”).

A hipnotyczny refren to po prostu „dobrze wiem, że ją kochasz, oddałeś jej swoją duszę”. I dlatego lubię odczytywać tę piosenkę metaforycznie: wszyscy mamy taką Sprawę, dla której staliśmy się „les pauvres cons / et nous voila”).

Blogobywalcy znają moją nieodwzajemnioną miłość do języka francuskiego. Kompletnie go nie znam, a jednak uwielbiam słuchać piosenek w tym języku i czytać komiksy w tym języku, a nawet próbuję się w nim czasem odzywać (po czym francuscy kelnerzy i tak przechodzą na angielski).

Nie znam tego społeczeństwa, więc nie rozumiem jego fobii. Dla mnie nie ma Francji bez Francuzów pochodzenia arabskiego, afrykańskiego czy aszkenazyjskiego. Francja bez Gainsbourga tak jak Francja bez Khaleda, nie byłaby kulturalny mocarstwem.

Wyszedłby raczej jakiś wypierdek, jak z polskiej kultury bez Tuwima, Schulza i Brzechwy. Dlatego nigdy nie mogłem zrozumieć nacjonalistów - działają na szkodę tego, co teoretycznie wychwalają.

niedziela, 28 grudnia 2014
Punkt bez powrotu

Nie ustają dyskusje na temat „Idy”, pozwolę sobie więc wrzucić swoje trzy eurocenty. Przeczytałem krytyczne recenzje, w których filmowi zarzuca się cechy, za sprawą których mi się podobał. Jestem wdzięczny Pawlikowskiemu, że zamiast zaspokajać potrzeby różnych nudziarzy, nakręcił coś dla mnie.

Oczekuję po filmie rozrywki. Odrzuca mnie od kina, które składa (z założenia moim zdaniem fałszywą) obietnicę Borykania Się z Najważniejszymi Faken Problemami Świata.

Borykać się na serio to można najwyżej próbować w eseju. Film fabularny się do tego nie nadaje.
Pełnometrażowy film musi przede wszystkim zmieścić się w określonym formacie. Scenariusz musi być podzielony na akty, role pierwszoplanowe oddzielone od drugoplanowych, fabuła musi być rozpięta na łuku „story arc”.

Tarantino może się wydawać realistyczny bo ma wartkie dialogi i wybuchowe efekty, ale to wszystko sztuczne jak teatr antyczny. Nie widzimy masek i koturnów, bo od małego Disney z Dreamworksem przyzwyczajają nas do tej konwencji.

Zarzuty najczęściej sprowadzają się więc do tego, że „Ida” nie podejmuje na serio tematu o Złożonych Relacjach Polsko Żydowskich, jest pozbawiona duchowości, postacie są stereotypowe i brakuje wyraźnego zajęcia stanowiska. Zgadzam się z tym i dlatego właśnie mi się podobało!

Z „Idą” miałem tak jak z „Rewersem”. Wołami trzeba było mnie zaciągać, bo na poziomie streszczenia mnie wszystko odrzucało. Agata Buzek dręczona przez ubeckich oprawców, Krystyna Janda w roli matki Polki cierpiętnicy, no po prostu zadzieram kiecę i lecę.

„Rewers” wzbudził mój zachwyt tym, że stalinizm jest w nim tylko stereotypowym tłem do zupełnie innej fabuły, zaczerpniętej z klasyki popkultury. To przeniesiona w polskie lata 50. historia opowiadana przedtem wielokrotnie przez najlepszych (najwięcej sentymentu mam do wersji z Peterem Lorre, by tak rzecz bezspojlerowo).

„Ida” na początku sugeruje, że fabuła pójdzie w stronę klasycznego polsko-rosyjskiego snuja metafizycznego, ale szybko okazuje się być stylowym road movie. I jak w klasycznym road movie, prawdziwym celem podróży okazuje się poznanie siebie samego, a nie pokonanie drogi z punktu A do punktu B.

Podróż Idy przypomina mi podróż Anduli z „Miłości blondynki” Formana (bo też i w ogóle cały film ma więcej wspólnego z czeską Nową Falą niż polskim kinem religianckim). Obie dziewczyny stoją na progu dorosłości i obie wyruszają w największą podróż swojego dotychczasowego (i zapewne także przyszłego) życia.

I obie - przepraszam za spojler, ale poprzedni recenzenci się nie obcyndalali, to i ja nie muszę - w finale podejmują taką samą decyzję. O powrocie z punktu B do punktu A prim. Jedna wraca do zakonu, druga do fabryki butów.

Ten zakon jest metaforą, tak samo jak ta fabryka. Oczekiwanie po „Idzie” prawd duchowych jest dla mnie równie meszuge, jak oczekiwanie od Formana prawd obuwniczych.

Wejście w dorosłość polega na odrzucenie dziecinnych marzeń. Wszyscy mamy w życiu taki Punkt Bez Powrotu, w którym dostajemy nieodwołalny wyrok od Tiary Przydziału: ten do korpo, ta do zakonu, ten do biznesu, ta do fabryki butów.

Nie można się przygotować na ten moment, bo przychodzi nagle, jak w „Przypadku” Kieślowskiego. Jedno jest pewne, po latach te nasze infantylne wyobrażenia o dorosłym życiu, które snuliśmy przed Punktem Bez Powrotu, będziemy wspominać już tylko dla beki, jak narrator „I twoją matkę też” Cuarona (filmu drogi o podobnym przesłaniu).

Chcemy pokazać uspriawiedliwienie, coś pościemniać (na tym mniej więcej polegają Centralne Fantazje hipsterów). W szkole to działało!

Ale Tiara Przydziału ma gdzieś nasze zaświadczenia o dysleksji i zwolnienia z wuefu. Ugramy tym najwyżej jeszcze gorszy wyrok, tyle że parę lat później.

Tak, ja też wiem, że według Paolo Coelho i Beaty Pawlikowskiej nigdy nie jest za późno i wystarczy chcieć. Cóż, oni akurat od Tiary Przydziału dostali monetyzację pocieszycielskich pierdoletów.

O tym jest dla mnie właśnie „Ida”. O tym, że Wielkie Wydarzenia Historii nie dotyczą nas bezpośrednio, bo to nie my w nich bierzemy udział, tylko wszyscy ci Wałęsowie i Mazowieccy.

Ale za ich sprawą lądujemy w korpo, w zakonie albo w fabryce butów. Bez prawa do powrotu.

środa, 24 grudnia 2014
Pomóżmy Ukrainie!

Drodzy blogobywalcy - jak sięgnę pamięcią, nie zanudzałem was chyba jeszcze żadnym apelem o wsparcie akcji charytatywnej. Zawsze musi być jakiś pierwszy raz.

Z jakiegoś powodu tragedia Ukrainy porusza mną bardziej od wszystkich nieszczęść ostatnich lat, którymi Wam głowy nie zawracałem. Może to po prostu dlatego, że to nasi najbliżsi sąsiedzi.

A może też dlatego, że w 1989 startowaliśmy z tego samego poziomu. Kiedy czytam książki Serhija Żadana nie odbieram ich jako opowieści o jakimś dalekim, egzotycznym kraju - tylko jako opowieści o mojej własnej młodości.

Polska przez te ćwierć wieku dokonała ogromnego postępu. Jasne, nie wszyscy z niego korzystamy w jednakowym stopniu, ale wszyscy korzystamy. Kto uważa, że nie korzysta wcale, niech spojrzy na Ukrainę.

Ukraińcy mieli jeszcze gorszych polityków niż my. Wiem, trudno w to uwierzyć, gdy się spogląda na posłankę P. lub posła N., ale nie ma głupszych słów od „gorzej być nie może”, bo zawsze może. Na Ukrainie gorzej niż u nas było przez ćwierć wieku.

Z winy głupoty swoich polityków ludzie spędzą tam więc zimę w miastach, które zrujnowała ta bezsensowna wojna. Nie mając dokąd ani jak uciekać. Bez prądu, bez wody bieżącej, bez jedzenia.

Pokażmy im, że od jednego sąsiada jadą do nich ciężarówki z pomocą, a od drugiego zielone ludziki z rosyjskim uzbrojeniem, które można kupić w każdym sklepie. Pokażmy im, że jeden kraj potrafił się rozwinąć, a drugi tylko przechlać bonanzę z chwilowo zwyżkujących cen ropy.

Polska Akcja Humanitarna przyjmuje różne formy płatności, więc nie ma to tamto, że komuś się nie chce logować w banku a ktoś inny nie ma przy sobie karty. Proponuję przelać coś, co każdy z nas uważa za typową cenę flaszki (dla jednego dycha, dla drugiego dwie stówy) - i zamiast obalenia flaszki, wznieść toast za Ukraińców wodą z kranu.

Bo to przecież też warto celebrować, że my w naszych miastach mamy zdatną do picia wodę w kranach. A oni często nie mają po prostu żadnej.

piątek, 19 grudnia 2014
Androidziarze, chodźcie się bić!

„World of Tanks Blitz” - gra, od której się ostatnio zrobiłem uzależniony, wyszła właśnie na Androida. Poświęciłem jej kiedyś „ranking od czapy”.

W grudniu zamiast rankingu zrobię więc małe wprowadzenie dla naszych nowych kolegów z Androidem. To będą nie tyle „często zadawane pytania”, co po prostu pytania dla początkujących. Może ktoś się skusi?

Co to jest „WOT Blitz” i czy można w to grać bez znajomości innych wersji gry?

To mobilna wersja multiplayera, który popularność zyskał na desktopach. Ja w wersję komputerową nie grałem prawie w ogóle, uzależniłem się dopiero od mobilnej. Jestem więc żywym dowodem na to, że jedna nie jest potrzebna do drugiej (zdaje się, że jest nawet wprost przeciwnie - po prostu do jednej z wersji gracz się w końcu przyzwyczaja i w drugiej wszystko go wtedy drażni).

Co w tej grze uzależnia?

Z punktu widzenia faceta w wieku średnim - dwie rzeczy. Raz, że pokolenie wychowane na „Czterech pancernych” i „Złocie dla zuchwałych” ma fetysz na punkcie pojazdów z drugiej światówki. Guslik ładujący „odłamkowym” działa nam silniej na wyobraźnię od komunikatu „counterterrorists win”.

Po drugie - mniej tu zależy od refleksu. Czołg to nie karabin, nie można zrobić przeciwnikowi błyskawicznego hedszota. Wieżyczka się obraca POWOOOOLI, poruszamy się po mapie z dostojnym chrzęstem gąsienic.

Dobra, to na czym polega sama gra?

Dziwaczny oddział, złożony z siedmiu pojazdów pancernych toczy bój spotkaniowy z drugim takim oddziałem. Celem jest zniszczenie wszystkich wrogich pojazdów lub utrzymanie bazy w centrum mapy przez 100 sekund.

Nie ma indywidualnych zwycięstw - oczywiście, na koniec można sobie porównywać statystyki w tabeli i ktoś z tej siódemki będzie najlepszy, a ktoś najgorszy, ale wygrywa lub przegrywa cały zespół. Bywa to wkurzające, bo zdarza się przegrać z cudzej winy, ale zdarzają się też bardzo przyjemne akty kooperacji (typu „ty go z tej, ja go z tamtej”).

Skoro gra jest za darmo, to gdzie jest haczyk?

Nie ma haczyka! Bardzo fajne w WOT jest to, że można się świetnie bawić, nigdy nie wydawszy ani grosza prawdziwej waluty. Płatności w WOT można podzielić na dwa rodzaje - jeden obejmuje środki, które „zarabiamy” grając. To są kredyty (szare monety”) i punkty doświadczenia (XP).

Drugi to złote monety, które można kupić tylko czerdżują prawdziwą kartę na prawdziwe euro (lub peeleny). Gra oferuje mechanizmy przeliczania złotych monet na szare monety lub na punkty XP, ale nie ma podobnego mechanizmu działającego w drugą stronę.

To dlaczego ludzie wydają prawdziwe pieniądze?

Konto gracza może być standardowe - albo „premium”. W tym drugim przypadku kredyty i ikspeki naliczane są nieco hojniej, a poza tym znikają komunikaty, które (dość łagodnie zresztą) namawiają do wykupienia konta premium. Kupić je można tylko za złote monety.

Jeśli do przyjemności grania dojdzie ci pasja kolekcjonerska, w pewnym momencie zacznie brakować ci miejsca w garażu na kolejne czołgi. Miejsce można dokupić tylko za złote monety.

Są też czołgi premium, które można dostać tylko za złote monety (choć raz twórcy gry dali wszystkim w prezencie premiumowego Stuart po prostu z okazji rocznicy). To są najczęściej jakieś odrzucone prototypy albo pojazdy, które wzięły udział tylko w jednej bitwie.

Paradoksalnie, czołgi premium wcale nie są lepsze od standardowych. Stuart to, jak wiadomo, szajs, którego nikt nie chciał (Amerykanie oddali go w ramach Lend Lease Rosjanom i Anglikom, którzy też w miarę możliwości wycofywali je z frontu). KW-5 i Loewe historycznie odrzucono na rzecz sensowniejszych projektów i na polu bitwy czujemy dlaczego.

Czemu więc ludzie kupują złe czołgi? Po pierwsze - kolekcja. Po drugie, wygrane bitwy z ich udziałem dają nam trochę więcej kasy od tych wygranych standardowymi.

Po trzecie, fajnie się nimi jeździ. KW-5 ma beznadziejną broń, kiepskie opancerzenie i fatalną manewrowość. Ale to jest 100 ton, którymi można tego lepiej uzbrojonego przeciwnika rozwalić taranując albo (my personal favorite) spychając go w przepaść.

Proponuję pojeździć najpierw za darmo, a kasę wydać tylko gdy gra wciągnie. A wciąga, oj wciąga!

niedziela, 30 listopada 2014
Echa

Rozczulającym easter eggiem w serialu „True Detective” jest strój, w którym Woody Harrelson infiltruje gang motocyklowy. Składa się na niego skórzana kurtka, bejsbolówka i koszulka z okładką płyty rockowej.

Tą płytą jest „Division Bell” Pink Floyd. Cud, że Woody wyszedł z tego żywy!

Taka koincydencja, że wychodzi nowa płyta Pink Floyd, a mój blogasek jeszcze istnieje, wymusza reakcję. Drugiej takiej okazji nie będzie.

Płyta „The Endless River” jest słaba. W tekście piosenki typowanej na hita pojawia się rym „fire desire”.

Masakrizejszyn. A jednak przesłuchałem parę razy i nawet mi trochę wpadło w ucho. Cóż, reaguję na te brzmienia jak pies Pawłowa tym bardziej, że tam jest mnóstwo autocytatów, jakby to był zbiór outtake’ów z ostatnich 40 lat.

Te cytaty uświadomiły mi jedno. To, za co zawsze lubiłem Pink Floyd, to nie były ani solówki Gilmoura, ani egotripy Watersa, ani aksamitne wokale ich obu. To były klawisze Richarda Wrighta. Tymże poświęcę więc listopadowy ranking od czapy.

Nie będzie zaskoczeń, bo czy można zaskoczyć pisząc o Pink Floyd. Szczytowym osiągnięciem Wrighta jest „Ciemna strona”, a zwłaszcza „The Great Gig in the Sky”.

Jak wiedzą blogobywalcy, ta płyta to dla mnie oskarżenie pod adresem internetu i tych wszystkich spotifajów. Fajosko, że muzycy nadal będą mogli zarabiać koncertami, ale to jednocześnie oznacza, że nie będzie im się opłacało dopieszczać studyjnych albumów takich jak „Ciemna strona”.

Gdybym wiedział, jak jest po szwedzku „fakju”, powiedziałbym tak Danielowi Ekowi. Na ołtarzu swojej chciwości skunksofoner zarżnął ten rodzaj muzyki, mam nadzieję, że w zaświatach za to  zapłaci.

Na „Wish You Were Here” wspaniały jest ten moment, w którym na chwilę elektronika ustępuje akustycznej gitarze i koledzy Waters i Gilmours odstawiają swój bieszczadzki numer. Ale ja się zawsze nie mogę doczekać, żeby gitara odeszła w fadeuot i wróciły moogi Wrighta - które mi teraz przypomniały autocytaty z nowej płyty (zwłaszcza „It’s What We Do”).

Na drugim miejscu wymienię więc codę - IX część suity „Shine On”, w której Wright wodzi rej, a reszta zespołu robi za sekcję rytmiczną. It’s what they’re meant to do.

A na trzecim miejscu wymieniłbym uroczą ramotkę. „Echoes”, produkt długich sesji, które pogrążony w kryzysie twórczym zespół podpisywał jako „Nothing, Parts 1–24” oraz „The Return of the Son of Nothing”, to zapewne szczytowe osiągnięcie tego, co się dało wycisnąć z elektrycznych organów Farfisa przepuszczonych przez różne efekty.

Potem Wright przestawił się już raczej na mooga i fortepian, choć Farfisa nadal bywała używana na koncertach. Ale z perspektywy czasu powiedziałbym, że w „Echoes” też najlepsze to, co zagrano na klawiszach. Szkoda, że brzmieć już będą tylko ich echa.

sobota, 29 listopada 2014
Przedmieścia

Siec drogowa koniec 2014

Wśród wyborczej ciszy ani słowa o polityce. Za to jest inny temat. Dziś pierwsi kierowcy pojechali nowym odcinkiem S8 Łask-Sieradz.

Jak to zwykle bywa z drogami, ta nazwa sama z siebie brzmi mało ekscytująco - podobnie jak „Stryków - Konotopa”. Ale to jest brakujący element układanki łączącej Łódź z Wrocławiem.

Jak widać na załączonym obrazku, Polska ma więc już dwie zacne sieci autostrad i dróg ekspresowych, takie po paręset kilometrów każda. Sieć północną (A1, A2 i S3) oraz sieć południową (A1, S1, A4 i A/S8).

Do niedawna najbliższym punktem obu sieci była obwodnica dla tirów (DK50) w rejonie Mszczonowa. Nadal zresztą wydaje mi się, że z Warszawy lepiej na gierkówkę wyjeżdżać wariantem A2/DK50, żeby nie stać w korku w Raszynie.

Teraz doszedł drugi punkt, w którym zbliżają się niemalże na rzut beretem. Wystarczy zjechać z A2 na Zgierz i dobić do Pabianic, a stamtąd już tylko S14, potem S8, potem polska A4, potem niemiecka A4 i już jesteśmy w Dreźnie, jeśli nie zgoła w Lizbonie (nie płacąc ani grosza Kulczykowi!).

Tyle tylko, że przejechanie przez aglomerację łódzką przy odrobinie pecha może zająć ze dwie godziny. Dlatego w praktyce o ile nie jedziemy o drugiej w nocy, proponuję warszawskim kierowcom jadącym na Wrocław po staremu zjeżdżać węzłem Dąbie i stamtąd przez Uniejów do Sieradza.

Ten zjazd dobrze znam, bo nawet gdy jeszcze nie było S8 w Sieradzu, jechałem tak na Syców (przez Grabów nad Prosną). Szybko nie było, ale było malowniczo.

Teraz tej malowniczości będzie tylko ciut-ciut (widoczki na zalew Jeziorsko). Akurat w sam raz, żeby jak człowiek już zacznie mieć dosyć, docierał do wjazdu na ekspresówkę.

Być może sensownie da się też pojechać gierkówką do Piotrkowa i stamtąd 91 na Tuszyn, ale trochę w to nie wierzę. Dołączymy przecież wtedy m.in. do wszystkiego, co jedzie E75 ze Śląska nad morze (i odwrotnie). To ja już wolę wiosną podumać nad Prosną (lub jakąkolwiek rzeczułką).

Tak czy siak, nowe połączenie przybliża Wrocław nie tylko do Łodzi, ale także do stolycy. Do niedawna każda forma podróży do Wrocławia była horrorem - pociąg był jak slasher, samochód jak splatter.

Pociąg dalej wygląda źle i to się nieprędko poprawi, ale opcja samochodowa wygląda już zacnie. Wyskok na weekend do Wrocławia (a nawet w Sudety!) wygląda już realistycznie.

Najdłuższa podróż samochodowa, jaką można teraz w Polsce odbyć po nowoczesnych drogach, to rajd Łódź - Rzeszów. Ok 660 km po S8 i A4. To oczywiście nie ma sensu, w praktyce rozsądniej będzie zaoszędzić 200-300 km i pojechać gierkówką do A2, albo wręcz w ogóle DK 74.

Najdłuższa podróż, jaka ma jeszcze sens praktyczny, to nadal więc rajd Warszawa - Szczecin (ok. 570 km po A2 i S3). Ciągle o nim marzę, ciągle brak czasu i kasy na takie fanaberie.

W przyszłym roku niestety nie czeka nas już wiele drogowych rewolucji. Powinien wreszcie dojść obwodnica Janek, łącząca istniejący fragment S8 bezpośrednio z warszawską obwodnicą (dzięki czemu dojdzie nam drugi po A2 niekorkujący się wylot z miasta).

Mam nadzieję, że dziesiątą rocznicę rozpoczęcia blogowania (sierpień 2016) będę obchodzić już po ukończeniu kluczowego fragmentu A1 jako wschodniej obwodnicy Łodzi. Wtedy Wrocław wreszcie stanie się przedmieściem Warszawy, a aglomeracja śląska wchłonie Trójmiasto. I otake Polske.

PS. Na mapce co niechlujnie maźnięte Paintbrushem - to moje, co ładne, dokładne i przemyślane to wikipedysta Jacek Śliwerski.

czwartek, 27 listopada 2014
Przed drugą turą...

Jak wiedzą o tym śledzący blogaska i moje wrzuty fejsowe, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie była moim pierwszym wyborem w pierwszej turze. W drugiej robi się z tego jednak tradycyjny duopol PO-PiS, a tutaj wybór jest oczywisty.

W latach 2002-2005 prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński. Wielokrotnie obiecywał, że do końca kadencji wybuduje Most Północny, którego pierwsze plany pojawiły się jeszcze w PRL. Zainteresowany historią budowy mostu czytelnik znajdzie ją w mojej blogonotce pisanej z okazji otwarcia.

Ekipa Kaczyńskiego nie była w stanie przygotować nawet papierów do przeprowadzenia przetargu, dlatego cały dorobek jego i jego następcy typu p.o. (w 2005 Kaczyński zostawił wakat na stanowisku prezydenta Warszawy, bo został prezydentem kraju) to dreptanie w kółko. Następca typu p.o. podczas swojego krótkiego pełnienia obowiązków zdążył jednak obiecać Warszawiakom, że „most będzie gotowy w 2009”.

Oczywiście, w paradzie pisowskich włodarzy Warszawy (tutaj puszczamy mentalnie muzyczkę „rampampara rara rampamparam”) najkomiczniejszym klaunem był Kazz Marcinkiewicz (2006-2007). On to, zamykając paradę na unicyklu, waląc cymbałami zapowiedział, że „odsunie autostradę od stolicy”.

Skoro takimi deklaracjami rzuca wpływowy polityk rządzącej partii (wtedy jeszcze jedno i drugie), a rząd się nie odcina - to zrozumiałe, że urzędnicy GDDKiA traktują to jak nową doktrynę rządu. Dlatego papierowe prace nad drogami A2 Stryków - Konotopa i S2 Konotopa-Lubelska odłożono ad acta, dopóki rząd nie dopracuje swojej koncepcji z autostradą biegnącą przez Górę Kalwarię.

Warszawskich kierowców suplikuję o ruch czaszką i wyobrażenie sobie, jak by wyglądał ruch samochodowy w aglomeracji, gdyby PiS nadal rządził. Załóżmy nawet optymistycznie, że Kazzostradę by do dzisiaj wybudowano.

Jak byśmy do niej dojeżdżali z Warszawy? Tłukąc się przez Konstancin, Piaseczno, Raszyn albo Grodzisk? Ja właśnie dlatego byłem i dalej jestem tak gorącym przeciwnikiem PiS - po prostu ich pomysły tłumaczone na konkret zawsze się okazywały mieć tyle sensu, co poezja Isabel Jużniemarcinkiewicz.

Cóż to, parada już przejechała, a jednak za Kazzem na unicyklu biegnie jeszcze jeden klaun? Ach tak, to kandydat PiS na prezydenta Warszawy w wyborach z 2010, Czesław Bielecki!

To on obiecywał wybudowanie „w dwa lata” obwodnicy śródmiejskiej Warszawy po zupełnie nowym szlaku. Nie wiadomo, jakimi magicznymi sposobami Bielecki chciał przyśpieszyć uzgodnienia środowiskowe i wybór wykonawcy tej inwestycji.

Dwa lata to sama budowa, więc Bielecki najwyraźniej sobie wyobrażał uzgodnienia i przetarg sprowadzone do najdalej miesiąca. Gdyby w ogóle spróbować coś takiego zrobić, to byłoby nielegalne jak pisowska trasa przez Rospudę, więc to było jasne, że nic z tego nie wyjdzie.

Na szczęście nic z tego nie wyszło. Warszawscy kierowcy zareagowali na tę obietnicę wyborczym benyhilem.

W porównaniu z tym, obietnica bezpłatnej komunikacji następnego kandydata, Jacka Sasina, wydaje się niemalże realistyczna. Da się przynajmniej oszacować jej astronomiczny koszt (w przypadku propozycji Bieleckiego i Marcinkiewicza to niemożliwe - po prostu od początku były zbyt odjechane, żeby w ogóle wziąć jakieś dane do wyliczeń).

W pewnym sensie jest to więc jakiś postęp. Ale ja jako wyborca  sprawę widzę prosto.

Mam dużo żalu pod adresem PO, ale doceniam, że to jest przynajmniej partia, która potrafi doprowadzić  inwestycję od wczesnej papierokologii do przecięcia wstęgi. PiS nie umie nawet tego.

Z tą świadomością pójdę na drugą turę.

wtorek, 25 listopada 2014
Sfałszowane wybory !!!

Zabawnym fenomenem (blogo-foro)sfery zawsze byli emigranci, próbowali wyobrazić sobie Polskę na podstawie tego, co wyczytali w portalozie i w wypowiedziach podobnych sobie blogo-foronautów. Dogorywający Salon24 jest bodajże ostatnim miejscem, w którym można jeszcze śledzić to zjawisko.

Teraz emigranci są przekonani, że w Polsce sfałszowano wybory samorządowe. Oczekują więc zaraz wyjdą jakieś tłumy demonstrantów.

Te tłumy, jak wiadomo, nigdy nie wychodzą. Wychodzi najwyżej jakaś niewielka grupka „obrońców krzyża”, która rozstawia swój biwak pośrodku szlaku knajpianego. I potem emigranci się oburzają, że skąd tam nocą pijani ludzie.

Skoro więc nie ma tłumu na ulicach to znaczy, że naród jest ogłupiony przez media. Mniej więcej tak to wygląda w typowym blogoforokomciu emigranta.

Media tymczasem owszem, odgrywają tutaj negatywną rolę, ale odwrotną - podkręcają problemy w poszukiwaniu klikalności. Stąd się wzięły wyolbrzymione plotki o możliwym wpływie niesprawnego programu komputerowego na wynik wyborów.

Wszyscy słyszeli, że „w Szczecinie wygrał kandydat, którego nie było na liście”, bo to jest klikalne i wiralne. Wiadomo, że social media maveni będą wrzucać takie wrzutki na swoje fejsy i twittery, bo też i po to portale je produkują.

A naprawdę było tak, że komisja w Szczecinie owszem, dostała najpierw błędny wynik, a potem go poprawiła. Nigdy nie było takiej możliwości, żeby błąd programu wpłynął na wyniki wyborów, bo zadaniem programu nie było zastąpienia liczenia głosów w komisjach, tylko agregacja wyników w skali ogólnokrajowej.

Awaria programu odpowiada więc za to, że z opóźnieniem dostaliśmy ładne infografiki dla mediów. Ale nie mogła wpłynąć na rozdział stanowisk w radzie gminnej w Myciskach Niżnych. Ani Wyżnych. Ani gdziekolwiek bądź.

Czy twierdzę, że nic się nie stało? Jasne, że się stało i oczekuję dymisji w PKW i KBW. Które zresztą już się posypały.

Czy nie dziwi mnie dobry wynik PSL? Nie.

Polska wieś przeskoczyła w polsku dwóch dekad dwa stulecia. Poznikały chatki kryte strzechą i furmanki sunące po polnych drogach.

Wszędzie już tylko asfalt, kostka bauma, blachodachówka i nowiuteńki traktor zaparkowany przed garażem otwieranym na pilota. I unijne logo na tablicy informującej, co w gminie zrobiono z brukelskiego dofinansu.

Nadzieja, że polska wieś poprze jakąś siłę antyunijną czy antydemokratyczną - jest naiwna. Nikt nie zyskał na transformacji i integracji tyle, co wieś.

A komu to zawdzięczają? W ich (często trafnym) przekonaniu - przede wszystkim PSL. No to dziwicie się, że wolą tę partię od PO-PiSu (razem wziętego?).

A jednocześnie w kraju, w którym „wieśniak” to ciągle obelga, nie dziwię się, że część ludzi może nie chcieć się przyznać ankieterowi do głosowania na PSL. Tak tłumaczę rozbieżność exit polls i rzeczywistych wyników.

Czy nie dziwi mnie wysoki odsetek głosów nieważnych? Też nie. W większości to są puste kartki. Czyli głosy „przeciw wszystkim”.

Za sprawą zaszłości z przeszłości, mamy obsesję na punkcie tego, żeby nasza ordynacja była demokratyczna aż do bólu. Nie mogliśmy się zdecydować, czy głosować na ludzi czy na partie, więc mamy ordynację, która to łączy.

Stąd nasze (nie)sławne „wyborcze książeczki”, na których trzeba zagłosować na jednego kandydata spośród kilkuset. To nie ma sensu, zwłaszcza w wyborach z natury upartyjnionych, jak głosowanie do sejmików wojewódzkich.

Spośród kandydatów na mojej karto-książeczce do sejmiku wojewódzkiego nie znałem literalnie nikogo. Myślę, że podobnie miała większość komcionautów.

Dlatego wcale mnie to nie dziwi, że osoba mająca zdecydowane preferencje co do kandydata na prezydenta miasta czy na radnego, jednocześnie nie miała zdania w wyborach do sejmiku wojewódzkiego. I po prostu wrzuciła czystą kartkę.

Procedurę wyborczą należy więc uprościć. Moim zdaniem, w wyborach do sejmiku (i być moze rady powiatu) można sobie odpuścić to „głosowanie na osoby”. Zostawmy partie/komitety, żeby wyborcza kartka znów mogła być kartką.

To pewnie propozycja zbyt radykalna i nie przejdzie, więc w takim razie przynajmniej przeróbmy wzór książeczko-karty zgodnie z sensownym postulatem, żeby pierwsza strona z zasady musiała zawierać spis treści i instrukcję. Ale znów, czy to powód do demonstrowania?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78