Ekskursje w dyskursie
piątek, 19 grudnia 2014
Androidziarze, chodźcie się bić!

„World of Tanks Blitz” - gra, od której się ostatnio zrobiłem uzależniony, wyszła właśnie na Androida. Poświęciłem jej kiedyś „ranking od czapy”.

W grudniu zamiast rankingu zrobię więc małe wprowadzenie dla naszych nowych kolegów z Androidem. To będą nie tyle „często zadawane pytania”, co po prostu pytania dla początkujących. Może ktoś się skusi?

Co to jest „WOT Blitz” i czy można w to grać bez znajomości innych wersji gry?

To mobilna wersja multiplayera, który popularność zyskał na desktopach. Ja w wersję komputerową nie grałem prawie w ogóle, uzależniłem się dopiero od mobilnej. Jestem więc żywym dowodem na to, że jedna nie jest potrzebna do drugiej (zdaje się, że jest nawet wprost przeciwnie - po prostu do jednej z wersji gracz się w końcu przyzwyczaja i w drugiej wszystko go wtedy drażni).

Co w tej grze uzależnia?

Z punktu widzenia faceta w wieku średnim - dwie rzeczy. Raz, że pokolenie wychowane na „Czterech pancernych” i „Złocie dla zuchwałych” ma fetysz na punkcie pojazdów z drugiej światówki. Guslik ładujący „odłamkowym” działa nam silniej na wyobraźnię od komunikatu „counterterrorists win”.

Po drugie - mniej tu zależy od refleksu. Czołg to nie karabin, nie można zrobić przeciwnikowi błyskawicznego hedszota. Wieżyczka się obraca POWOOOOLI, poruszamy się po mapie z dostojnym chrzęstem gąsienic.

Dobra, to na czym polega sama gra?

Dziwaczny oddział, złożony z siedmiu pojazdów pancernych toczy bój spotkaniowy z drugim takim oddziałem. Celem jest zniszczenie wszystkich wrogich pojazdów lub utrzymanie bazy w centrum mapy przez 100 sekund.

Nie ma indywidualnych zwycięstw - oczywiście, na koniec można sobie porównywać statystyki w tabeli i ktoś z tej siódemki będzie najlepszy, a ktoś najgorszy, ale wygrywa lub przegrywa cały zespół. Bywa to wkurzające, bo zdarza się przegrać z cudzej winy, ale zdarzają się też bardzo przyjemne akty kooperacji (typu „ty go z tej, ja go z tamtej”).

Skoro gra jest za darmo, to gdzie jest haczyk?

Nie ma haczyka! Bardzo fajne w WOT jest to, że można się świetnie bawić, nigdy nie wydawszy ani grosza prawdziwej waluty. Płatności w WOT można podzielić na dwa rodzaje - jeden obejmuje środki, które „zarabiamy” grając. To są kredyty (szare monety”) i punkty doświadczenia (XP).

Drugi to złote monety, które można kupić tylko czerdżują prawdziwą kartę na prawdziwe euro (lub peeleny). Gra oferuje mechanizmy przeliczania złotych monet na szare monety lub na punkty XP, ale nie ma podobnego mechanizmu działającego w drugą stronę.

To dlaczego ludzie wydają prawdziwe pieniądze?

Konto gracza może być standardowe - albo „premium”. W tym drugim przypadku kredyty i ikspeki naliczane są nieco hojniej, a poza tym znikają komunikaty, które (dość łagodnie zresztą) namawiają do wykupienia konta premium. Kupić je można tylko za złote monety.

Jeśli do przyjemności grania dojdzie ci pasja kolekcjonerska, w pewnym momencie zacznie brakować ci miejsca w garażu na kolejne czołgi. Miejsce można dokupić tylko za złote monety.

Są też czołgi premium, które można dostać tylko za złote monety (choć raz twórcy gry dali wszystkim w prezencie premiumowego Stuart po prostu z okazji rocznicy). To są najczęściej jakieś odrzucone prototypy albo pojazdy, które wzięły udział tylko w jednej bitwie.

Paradoksalnie, czołgi premium wcale nie są lepsze od standardowych. Stuart to, jak wiadomo, szajs, którego nikt nie chciał (Amerykanie oddali go w ramach Lend Lease Rosjanom i Anglikom, którzy też w miarę możliwości wycofywali je z frontu). KW-5 i Loewe historycznie odrzucono na rzecz sensowniejszych projektów i na polu bitwy czujemy dlaczego.

Czemu więc ludzie kupują złe czołgi? Po pierwsze - kolekcja. Po drugie, wygrane bitwy z ich udziałem dają nam trochę więcej kasy od tych wygranych standardowymi.

Po trzecie, fajnie się nimi jeździ. KW-5 ma beznadziejną broń, kiepskie opancerzenie i fatalną manewrowość. Ale to jest 100 ton, którymi można tego lepiej uzbrojonego przeciwnika rozwalić taranując albo (my personal favorite) spychając go w przepaść.

Proponuję pojeździć najpierw za darmo, a kasę wydać tylko gdy gra wciągnie. A wciąga, oj wciąga!

niedziela, 30 listopada 2014
Echa

Rozczulającym easter eggiem w serialu „True Detective” jest strój, w którym Woody Harrelson infiltruje gang motocyklowy. Składa się na niego skórzana kurtka, bejsbolówka i koszulka z okładką płyty rockowej.

Tą płytą jest „Division Bell” Pink Floyd. Cud, że Woody wyszedł z tego żywy!

Taka koincydencja, że wychodzi nowa płyta Pink Floyd, a mój blogasek jeszcze istnieje, wymusza reakcję. Drugiej takiej okazji nie będzie.

Płyta „The Endless River” jest słaba. W tekście piosenki typowanej na hita pojawia się rym „fire desire”.

Masakrizejszyn. A jednak przesłuchałem parę razy i nawet mi trochę wpadło w ucho. Cóż, reaguję na te brzmienia jak pies Pawłowa tym bardziej, że tam jest mnóstwo autocytatów, jakby to był zbiór outtake’ów z ostatnich 40 lat.

Te cytaty uświadomiły mi jedno. To, za co zawsze lubiłem Pink Floyd, to nie były ani solówki Gilmoura, ani egotripy Watersa, ani aksamitne wokale ich obu. To były klawisze Richarda Wrighta. Tymże poświęcę więc listopadowy ranking od czapy.

Nie będzie zaskoczeń, bo czy można zaskoczyć pisząc o Pink Floyd. Szczytowym osiągnięciem Wrighta jest „Ciemna strona”, a zwłaszcza „The Great Gig in the Sky”.

Jak wiedzą blogobywalcy, ta płyta to dla mnie oskarżenie pod adresem internetu i tych wszystkich spotifajów. Fajosko, że muzycy nadal będą mogli zarabiać koncertami, ale to jednocześnie oznacza, że nie będzie im się opłacało dopieszczać studyjnych albumów takich jak „Ciemna strona”.

Gdybym wiedział, jak jest po szwedzku „fakju”, powiedziałbym tak Danielowi Ekowi. Na ołtarzu swojej chciwości skunksofoner zarżnął ten rodzaj muzyki, mam nadzieję, że w zaświatach za to  zapłaci.

Na „Wish You Were Here” wspaniały jest ten moment, w którym na chwilę elektronika ustępuje akustycznej gitarze i koledzy Waters i Gilmours odstawiają swój bieszczadzki numer. Ale ja się zawsze nie mogę doczekać, żeby gitara odeszła w fadeuot i wróciły moogi Wrighta - które mi teraz przypomniały autocytaty z nowej płyty (zwłaszcza „It’s What We Do”).

Na drugim miejscu wymienię więc codę - IX część suity „Shine On”, w której Wright wodzi rej, a reszta zespołu robi za sekcję rytmiczną. It’s what they’re meant to do.

A na trzecim miejscu wymieniłbym uroczą ramotkę. „Echoes”, produkt długich sesji, które pogrążony w kryzysie twórczym zespół podpisywał jako „Nothing, Parts 1–24” oraz „The Return of the Son of Nothing”, to zapewne szczytowe osiągnięcie tego, co się dało wycisnąć z elektrycznych organów Farfisa przepuszczonych przez różne efekty.

Potem Wright przestawił się już raczej na mooga i fortepian, choć Farfisa nadal bywała używana na koncertach. Ale z perspektywy czasu powiedziałbym, że w „Echoes” też najlepsze to, co zagrano na klawiszach. Szkoda, że brzmieć już będą tylko ich echa.

sobota, 29 listopada 2014
Przedmieścia

Siec drogowa koniec 2014

Wśród wyborczej ciszy ani słowa o polityce. Za to jest inny temat. Dziś pierwsi kierowcy pojechali nowym odcinkiem S8 Łask-Sieradz.

Jak to zwykle bywa z drogami, ta nazwa sama z siebie brzmi mało ekscytująco - podobnie jak „Stryków - Konotopa”. Ale to jest brakujący element układanki łączącej Łódź z Wrocławiem.

Jak widać na załączonym obrazku, Polska ma więc już dwie zacne sieci autostrad i dróg ekspresowych, takie po paręset kilometrów każda. Sieć północną (A1, A2 i S3) oraz sieć południową (A1, S1, A4 i A/S8).

Do niedawna najbliższym punktem obu sieci była obwodnica dla tirów (DK50) w rejonie Mszczonowa. Nadal zresztą wydaje mi się, że z Warszawy lepiej na gierkówkę wyjeżdżać wariantem A2/DK50, żeby nie stać w korku w Raszynie.

Teraz doszedł drugi punkt, w którym zbliżają się niemalże na rzut beretem. Wystarczy zjechać z A2 na Zgierz i dobić do Pabianic, a stamtąd już tylko S14, potem S8, potem polska A4, potem niemiecka A4 i już jesteśmy w Dreźnie, jeśli nie zgoła w Lizbonie (nie płacąc ani grosza Kulczykowi!).

Tyle tylko, że przejechanie przez aglomerację łódzką przy odrobinie pecha może zająć ze dwie godziny. Dlatego w praktyce o ile nie jedziemy o drugiej w nocy, proponuję warszawskim kierowcom jadącym na Wrocław po staremu zjeżdżać węzłem Dąbie i stamtąd przez Uniejów do Sieradza.

Ten zjazd dobrze znam, bo nawet gdy jeszcze nie było S8 w Sieradzu, jechałem tak na Syców (przez Grabów nad Prosną). Szybko nie było, ale było malowniczo.

Teraz tej malowniczości będzie tylko ciut-ciut (widoczki na zalew Jeziorsko). Akurat w sam raz, żeby jak człowiek już zacznie mieć dosyć, docierał do wjazdu na ekspresówkę.

Być może sensownie da się też pojechać gierkówką do Piotrkowa i stamtąd 91 na Tuszyn, ale trochę w to nie wierzę. Dołączymy przecież wtedy m.in. do wszystkiego, co jedzie E75 ze Śląska nad morze (i odwrotnie). To ja już wolę wiosną podumać nad Prosną (lub jakąkolwiek rzeczułką).

Tak czy siak, nowe połączenie przybliża Wrocław nie tylko do Łodzi, ale także do stolycy. Do niedawna każda forma podróży do Wrocławia była horrorem - pociąg był jak slasher, samochód jak splatter.

Pociąg dalej wygląda źle i to się nieprędko poprawi, ale opcja samochodowa wygląda już zacnie. Wyskok na weekend do Wrocławia (a nawet w Sudety!) wygląda już realistycznie.

Najdłuższa podróż samochodowa, jaką można teraz w Polsce odbyć po nowoczesnych drogach, to rajd Łódź - Rzeszów. Ok 660 km po S8 i A4. To oczywiście nie ma sensu, w praktyce rozsądniej będzie zaoszędzić 200-300 km i pojechać gierkówką do A2, albo wręcz w ogóle DK 74.

Najdłuższa podróż, jaka ma jeszcze sens praktyczny, to nadal więc rajd Warszawa - Szczecin (ok. 570 km po A2 i S3). Ciągle o nim marzę, ciągle brak czasu i kasy na takie fanaberie.

W przyszłym roku niestety nie czeka nas już wiele drogowych rewolucji. Powinien wreszcie dojść obwodnica Janek, łącząca istniejący fragment S8 bezpośrednio z warszawską obwodnicą (dzięki czemu dojdzie nam drugi po A2 niekorkujący się wylot z miasta).

Mam nadzieję, że dziesiątą rocznicę rozpoczęcia blogowania (sierpień 2016) będę obchodzić już po ukończeniu kluczowego fragmentu A1 jako wschodniej obwodnicy Łodzi. Wtedy Wrocław wreszcie stanie się przedmieściem Warszawy, a aglomeracja śląska wchłonie Trójmiasto. I otake Polske.

PS. Na mapce co niechlujnie maźnięte Paintbrushem - to moje, co ładne, dokładne i przemyślane to wikipedysta Jacek Śliwerski.

czwartek, 27 listopada 2014
Przed drugą turą...

Jak wiedzą o tym śledzący blogaska i moje wrzuty fejsowe, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie była moim pierwszym wyborem w pierwszej turze. W drugiej robi się z tego jednak tradycyjny duopol PO-PiS, a tutaj wybór jest oczywisty.

W latach 2002-2005 prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński. Wielokrotnie obiecywał, że do końca kadencji wybuduje Most Północny, którego pierwsze plany pojawiły się jeszcze w PRL. Zainteresowany historią budowy mostu czytelnik znajdzie ją w mojej blogonotce pisanej z okazji otwarcia.

Ekipa Kaczyńskiego nie była w stanie przygotować nawet papierów do przeprowadzenia przetargu, dlatego cały dorobek jego i jego następcy typu p.o. (w 2005 Kaczyński zostawił wakat na stanowisku prezydenta Warszawy, bo został prezydentem kraju) to dreptanie w kółko. Następca typu p.o. podczas swojego krótkiego pełnienia obowiązków zdążył jednak obiecać Warszawiakom, że „most będzie gotowy w 2009”.

Oczywiście, w paradzie pisowskich włodarzy Warszawy (tutaj puszczamy mentalnie muzyczkę „rampampara rara rampamparam”) najkomiczniejszym klaunem był Kazz Marcinkiewicz (2006-2007). On to, zamykając paradę na unicyklu, waląc cymbałami zapowiedział, że „odsunie autostradę od stolicy”.

Skoro takimi deklaracjami rzuca wpływowy polityk rządzącej partii (wtedy jeszcze jedno i drugie), a rząd się nie odcina - to zrozumiałe, że urzędnicy GDDKiA traktują to jak nową doktrynę rządu. Dlatego papierowe prace nad drogami A2 Stryków - Konotopa i S2 Konotopa-Lubelska odłożono ad acta, dopóki rząd nie dopracuje swojej koncepcji z autostradą biegnącą przez Górę Kalwarię.

Warszawskich kierowców suplikuję o ruch czaszką i wyobrażenie sobie, jak by wyglądał ruch samochodowy w aglomeracji, gdyby PiS nadal rządził. Załóżmy nawet optymistycznie, że Kazzostradę by do dzisiaj wybudowano.

Jak byśmy do niej dojeżdżali z Warszawy? Tłukąc się przez Konstancin, Piaseczno, Raszyn albo Grodzisk? Ja właśnie dlatego byłem i dalej jestem tak gorącym przeciwnikiem PiS - po prostu ich pomysły tłumaczone na konkret zawsze się okazywały mieć tyle sensu, co poezja Isabel Jużniemarcinkiewicz.

Cóż to, parada już przejechała, a jednak za Kazzem na unicyklu biegnie jeszcze jeden klaun? Ach tak, to kandydat PiS na prezydenta Warszawy w wyborach z 2010, Czesław Bielecki!

To on obiecywał wybudowanie „w dwa lata” obwodnicy śródmiejskiej Warszawy po zupełnie nowym szlaku. Nie wiadomo, jakimi magicznymi sposobami Bielecki chciał przyśpieszyć uzgodnienia środowiskowe i wybór wykonawcy tej inwestycji.

Dwa lata to sama budowa, więc Bielecki najwyraźniej sobie wyobrażał uzgodnienia i przetarg sprowadzone do najdalej miesiąca. Gdyby w ogóle spróbować coś takiego zrobić, to byłoby nielegalne jak pisowska trasa przez Rospudę, więc to było jasne, że nic z tego nie wyjdzie.

Na szczęście nic z tego nie wyszło. Warszawscy kierowcy zareagowali na tę obietnicę wyborczym benyhilem.

W porównaniu z tym, obietnica bezpłatnej komunikacji następnego kandydata, Jacka Sasina, wydaje się niemalże realistyczna. Da się przynajmniej oszacować jej astronomiczny koszt (w przypadku propozycji Bieleckiego i Marcinkiewicza to niemożliwe - po prostu od początku były zbyt odjechane, żeby w ogóle wziąć jakieś dane do wyliczeń).

W pewnym sensie jest to więc jakiś postęp. Ale ja jako wyborca  sprawę widzę prosto.

Mam dużo żalu pod adresem PO, ale doceniam, że to jest przynajmniej partia, która potrafi doprowadzić  inwestycję od wczesnej papierokologii do przecięcia wstęgi. PiS nie umie nawet tego.

Z tą świadomością pójdę na drugą turę.

wtorek, 25 listopada 2014
Sfałszowane wybory !!!

Zabawnym fenomenem (blogo-foro)sfery zawsze byli emigranci, próbowali wyobrazić sobie Polskę na podstawie tego, co wyczytali w portalozie i w wypowiedziach podobnych sobie blogo-foronautów. Dogorywający Salon24 jest bodajże ostatnim miejscem, w którym można jeszcze śledzić to zjawisko.

Teraz emigranci są przekonani, że w Polsce sfałszowano wybory samorządowe. Oczekują więc zaraz wyjdą jakieś tłumy demonstrantów.

Te tłumy, jak wiadomo, nigdy nie wychodzą. Wychodzi najwyżej jakaś niewielka grupka „obrońców krzyża”, która rozstawia swój biwak pośrodku szlaku knajpianego. I potem emigranci się oburzają, że skąd tam nocą pijani ludzie.

Skoro więc nie ma tłumu na ulicach to znaczy, że naród jest ogłupiony przez media. Mniej więcej tak to wygląda w typowym blogoforokomciu emigranta.

Media tymczasem owszem, odgrywają tutaj negatywną rolę, ale odwrotną - podkręcają problemy w poszukiwaniu klikalności. Stąd się wzięły wyolbrzymione plotki o możliwym wpływie niesprawnego programu komputerowego na wynik wyborów.

Wszyscy słyszeli, że „w Szczecinie wygrał kandydat, którego nie było na liście”, bo to jest klikalne i wiralne. Wiadomo, że social media maveni będą wrzucać takie wrzutki na swoje fejsy i twittery, bo też i po to portale je produkują.

A naprawdę było tak, że komisja w Szczecinie owszem, dostała najpierw błędny wynik, a potem go poprawiła. Nigdy nie było takiej możliwości, żeby błąd programu wpłynął na wyniki wyborów, bo zadaniem programu nie było zastąpienia liczenia głosów w komisjach, tylko agregacja wyników w skali ogólnokrajowej.

Awaria programu odpowiada więc za to, że z opóźnieniem dostaliśmy ładne infografiki dla mediów. Ale nie mogła wpłynąć na rozdział stanowisk w radzie gminnej w Myciskach Niżnych. Ani Wyżnych. Ani gdziekolwiek bądź.

Czy twierdzę, że nic się nie stało? Jasne, że się stało i oczekuję dymisji w PKW i KBW. Które zresztą już się posypały.

Czy nie dziwi mnie dobry wynik PSL? Nie.

Polska wieś przeskoczyła w polsku dwóch dekad dwa stulecia. Poznikały chatki kryte strzechą i furmanki sunące po polnych drogach.

Wszędzie już tylko asfalt, kostka bauma, blachodachówka i nowiuteńki traktor zaparkowany przed garażem otwieranym na pilota. I unijne logo na tablicy informującej, co w gminie zrobiono z brukelskiego dofinansu.

Nadzieja, że polska wieś poprze jakąś siłę antyunijną czy antydemokratyczną - jest naiwna. Nikt nie zyskał na transformacji i integracji tyle, co wieś.

A komu to zawdzięczają? W ich (często trafnym) przekonaniu - przede wszystkim PSL. No to dziwicie się, że wolą tę partię od PO-PiSu (razem wziętego?).

A jednocześnie w kraju, w którym „wieśniak” to ciągle obelga, nie dziwię się, że część ludzi może nie chcieć się przyznać ankieterowi do głosowania na PSL. Tak tłumaczę rozbieżność exit polls i rzeczywistych wyników.

Czy nie dziwi mnie wysoki odsetek głosów nieważnych? Też nie. W większości to są puste kartki. Czyli głosy „przeciw wszystkim”.

Za sprawą zaszłości z przeszłości, mamy obsesję na punkcie tego, żeby nasza ordynacja była demokratyczna aż do bólu. Nie mogliśmy się zdecydować, czy głosować na ludzi czy na partie, więc mamy ordynację, która to łączy.

Stąd nasze (nie)sławne „wyborcze książeczki”, na których trzeba zagłosować na jednego kandydata spośród kilkuset. To nie ma sensu, zwłaszcza w wyborach z natury upartyjnionych, jak głosowanie do sejmików wojewódzkich.

Spośród kandydatów na mojej karto-książeczce do sejmiku wojewódzkiego nie znałem literalnie nikogo. Myślę, że podobnie miała większość komcionautów.

Dlatego wcale mnie to nie dziwi, że osoba mająca zdecydowane preferencje co do kandydata na prezydenta miasta czy na radnego, jednocześnie nie miała zdania w wyborach do sejmiku wojewódzkiego. I po prostu wrzuciła czystą kartkę.

Procedurę wyborczą należy więc uprościć. Moim zdaniem, w wyborach do sejmiku (i być moze rady powiatu) można sobie odpuścić to „głosowanie na osoby”. Zostawmy partie/komitety, żeby wyborcza kartka znów mogła być kartką.

To pewnie propozycja zbyt radykalna i nie przejdzie, więc w takim razie przynajmniej przeróbmy wzór książeczko-karty zgodnie z sensownym postulatem, żeby pierwsza strona z zasady musiała zawierać spis treści i instrukcję. Ale znów, czy to powód do demonstrowania?

poniedziałek, 10 listopada 2014
Warszawska klasa niższa

Skarpa warszawska

Warszawa jest miastem generalnie płaskim, z wyjątkiem jednym, ale za to wpływającym na codzienne podróże Warszawiaków. To skarpa warszawska, zapewne powód, dla którego to miasto w ogóle tu powstało.

Wzniesiony na skarpie gotycki gród był dość blisko rzeki, żeby czerpać z tego rozmaite korzyści, ale jednocześnie dość wysoko, żeby nie bać się częstych w tym rejonie powodzi. Skarpa tworzyła też naturalny gradient dla strumieni, z których wodę czerpały wsie i folwarki, jak Ruda, Służew czy Mokotów.

Skarpa biegnie przez całą Warszawę. Jej południowy koniec to podwarszawski Klarysew (gdzie skarpa ustępuje dolinie Jeziorki), a północnego właściwie nie ma, ale od Burakowa na północ skarpa się wypłaszcza w łomiankowskie błonia.

Na współczesnej mapie (źródło: OpenStreetMap) pociągnąłem kreską zgrubny przebieg. Zgrubny - bo raz, że to tylko blogasek, a dwa, że nie chciało mi się drobiazgowo odtwarzać dwóch dużych dolin (rudzkiej i służewieckiej), nie mówiąc już o drobniejszych wąwozach, jak na przykład ten przy ulicy Wąwozowej.

Ważniejsze było dla mnie pokazanie tego, jak skarpa wpływa na komunikację w rejonie stolicy. Na żółto zaznaczyłem ulice, którymi samochód może w miarę swobodnie jeździć z góry na dół i z powrotem (jak Mickiewicza czy Wilanowska). Na czerwono ulice, na których ruch podlega różnym ograniczeniom (Karowa, Arbuzowa, Orszady itd.).

Nie zaznaczyłem Dewajtis, bo kończy się ślepo. Zaznaczyłem Dziwożony, bo prowadzi do sezonowego promu pieszo-rowerowego. Nie zaznaczałem tras przelotowych typu Łazienkowska czy S-8, bo są intencjonalnie odseparowane od ruchu „z dołu na górę” (nawet jeśli teoretycznie się da, wymaga to kręcenia się po ślimakach i nadkładania drogi).

Gołym okiem widać, że tych przejazdów jest niewiele, dlatego Tamka czy Wilanowska potrafią w godzinach szczytu tak stanąć, że hej. Przez wiele lat to nie było problemem, bo Warszawa rozwijała się głównie na górze.

Na dole był „ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z całego miasta” (...) „gdzie widać było rudery zapadnięte niżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył powychylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem.

Jak wiadomo, Wokulski zafundował sobie spacer ulicą Dobrą, rzut beretem od Krakowskiego Przedmieścia. I odkrył świat klasy literalnie niższej.

Problemu „dwóch pięter miasta” nie rozwiązała ani Druga Rzeczpospolita (która zostawiła nam legendy o czerniakowskich i marymonckich bandytach), ani PRL. Był ciekawy pierwotny plan zburzenia tego wszystkiego w cholerę i puszczenia ciągu zieleni od Łazienek po Lasek Bielański, ale głód mieszkań był zbyt duży.

Echem tego planu jest zrealizowany w latach 50. Centralny Park Kultury, który w ramach dekulturyzacji przemianowano w 1992 na Park Śmigłego Rydza. Ostatecznie jednak wyszła mikstura bezsensownych planów przedwojennych z jeszcze gorszymi powojennymi - tu elektrociepłownia, tam blokowisko, siam Wisłostrada.

Trzecia Rzeczpospolita zagospodarowała wreszcie dolny taras Warszawy - w swoim charakterystycznym stylu. Za najlepsze osiągnięcia uznałbym nowy BUW i Centrum Nauki Kopernik. Za najgorsze - centrum handlowe Sadyba (aaaa, moje oczy!).

Tak czy siak, mnóstwo ludzi w Warszawie ma teraz potrzebę, żeby przejechać z góry na dół, albo na odwyrtkę. I nie tylko samochodziarze mają z tym problem.

Rowerzysta ma więcej opcji (oczywiście pod warunkiem, że mu - sap! sap! - kondycja pozwala podjechać), a jeszcze więcej ma pieszy. Ale tylko jeśli jeśli jest w pełni sprawny ruchowo.

Pieszy ma do dyspozycji malownicze schody w powyższym parku albo na ulicy nomen omen Kamienne Schodki. Zapraszamy osoby o kulach i rodziców z dziećmi na wózkach.

Przejazdy dostępne dla samochodu znikają. Ja jeszcze pamiętam swobodną jazdę Agrykolą czy Dynasami. Tego już nie ma - i słusznie.

Najbardziej boleśnie problem skarpy odczuwają jednak kierowcy, którzy mogą nawet nie wiedzieć o jej istnieniu - jadący tranzytem. Autostrada A2, którą posłowie PiS wracają z samochodowej delegacji do Madrytu, zamienia się w węźle Konotopa w ekpresówkę S2 i nagle kończy na węźle Puławska.

Kierowców jadących dalej na wschód, do Siedlec czy też Czelabińska, kieruje się Doliną Służewiecką na Most Siekierkowski. Innej drogi po prostu nie ma.

Tyle że ta droga to także jedyne w tym rejonie połączenie góra-dół. W godzinach szczytu cały ruch na szlaku „Mordor na Domaniewskiej” - „Lemingrad w Miasteczku Wilanów” łączy się z ruchem tranzytowym w ciągu międzynarodowej drogi E-30. Auć.

Zbiorkom niewiele pomaga. Autobusy stoją w tych samych korkach. Transport szynowy góra-dół istniał w latach 1891-1973 (zlikwidowaną w 1973 linię tramwajową do Wilanowa odtwarzać będą najwcześniej w 2017).

Pierwszym promyczkiem postępu będzie druga linia metra. Stacja Centrum Nauki Kopernik będzie pierwszym przystankiem czegokolwiek szynowego w „dolnej” Warszawie od 41 lat!

Nieprzypadkowo jednak z tą stacją budowniczowie mają najwięcej problemów. W „dolnej” Warszawie po prostu wystarcza trochę pomachać łopatą, żeby się dokopać do wody gruntowej.

W dalszej kolejności możemy oczekiwać budowy dalszego ciągu Południowej Obwodnicy Warszawy. Kierowcy jadący do Czelabińska będą przefruwać nad Wilanowem po estakadzie, odciążą więc Dolinę Służewiecką.

Przy okazji zaś istniejąca na razie głównie na papierze dolna ulica Branickiego połączy się z istniejącą w realu górną ulicą Płaskowickiej. Być może wcześniej pojawi się ulica Nowokabacka.
Nikt nie wie, kiedy dojdzie ta, która miałaby akurat najwięcej sensu - łącznik Ciszewskiego-Oś Królewska. W Warszawie tradycyjnie im więcej sensu ma jakaś inwestycja, tym większe ma opóźnienie.

W każdym razie, te trzy kropki między Ursynowem a Wilanowem to już wszystko, co się na tej mapie pojawi nowego. Inne raczej będą znikać, w ramach stopniowego odchodzenia od transportu indywidualnego - tak jak już zniknęła Agrykola.

środa, 29 października 2014
Now Playing (167)

Ten Oldfield, co to go ostatnio wrzucałem, to wierzchołek góry lodowej. Jakoś tak ostatnio dużo słucham elektronicznych staroci. Na przykład Tangerine Dream.

Prosty klucz do słuchania ich płyt, gdyby ktoś chciał zacząć - najlepsze (tzn. nadające się do słuchania dla przyjemności) nagrywali dla wytwórni Virgin, czyli w latach 1973-1983. Potem przyjechali do Polski i nie wyszło im to na dobre.

Najlepsze ich dwa albumy dla Virgin to „Exit” i „Hyperborea” (ostatni z tej serii). Eksperymentowali wtedy z sitarem, ale na szczęście w sensie szukania ciekawych brzmień i aranżacji. W przypadku tego akurat zespołu niestety eksperymentowanie czasem oznaczało bezmelodyjne pobrzdąkiwanie od czapy.

„Cinnamon Road” słucha się bardzo przyjemnie, podobnie jak reszty płyty. Ale jednak nie jest aż tak przyjemnie, żebyśmy mieli wrażenie obcowania z muzyką do windy, jak to bywa w przypadku Jean-Michaela Jarre’a.

Proszę pamiętać: rok 1983. Ostatnie chwile, w których syntezatorowe brzmienia i zautomatyzowane rytmy jeszcze kojarzą się z awangardowymi poszukiwaniami. Combo TR-808/TB-303 już jednak zaczyna brzmieć na dyskotekach, na razie również tych bardziej odjechanych i awangardowych, ale wkrótce to już będzie codzienność każdego wesela.

Płyta „Hyperborea” to już koniec zabawy. Tak, wiem, potem jeszcze Jarre nagra Zoolooka (i po co?) a Kraftwerk „Electric Cafe” (na grzyba?). Dlatego wolę urwać to w ostatniej chwili, w której ta zabawa była jeszcze świeża i kreatywna.

„Cinnamon Road” to wspaniałe pożegnanie tego nurtu w muzyce pop. Lubię sobie wyobrażać, jak do taktu tego utworu odchodzi on jakąś wspaniałą procesją, cynamonowym szlakiem, w stronę zachodzącego słońca.

piątek, 17 października 2014
Bezpieczny Linux

A tymczasem z racji ciągłego biegania po różnych iwentach związanych z internetem usłyszałem jeszcze jeden mit, który teraz dopiszę jako suplement do poprzedniej blogonotki. Mit ten zapiszę w postaci dialogu podobnego do rozmowy, która miała miejsce w realu.

AKTYWISTA: Używam wyłącznie Linuksa i otwartego oprogramowania, bo w nim nie może być backdoorów. Nawet gdyby jakiś był, to zaraz go odkryją i załatają.
JA: Yeah, right, tak jak odkryli dziurę w bashu.
AKTYWISTA: Co to jest bash?

W kręgach z serii „Tarkowski cytujący Lipszyca cytującego Doctorowa” można zdumiewająco często napotkać na ludzi, którzy nabożną wiarę w Wolne Oprogramowanie łączą z brakiem zrozumienia jak to działa. Nic dziwnego, bo większość z nich to po prostu (c)humaniści - jak choćby mój ulubiony felietonista technologiczny.

Jeśli ktoś jest z wykształcenia kulturoznawcą, z centralnej fantazji poetą a z zawodu rozliczaczem grantów, to szanse, że odróżni kod źródłowy od wynikowego są żadne. Nie będzie umiał zdefiniować żadnego z tych pojęć (inna sprawa, że #dziecisieci w ogóle mało co potrafią zdefiniować, potrafią najwyżej bezmyślnie przekleić hasło z plwiki).

Mogę jednocześnie odgadnąć psychologiczny mechanizm stojący za ich magiczną wiarą w Linuksa. Opisywałem to w notce „Manifest pasywistyczny”.

W liberalnej teorii mityczny „trzeci sektor” ma być wyrazem społeczeństwa obywatelskiego. W teorii to powinny być ugrupowania oddolnie tworzone przez obywateli, utrzymujące się z ich składek.

W praktyce trzeci sektor żyje głównie kosztem pierwszych dwóch. Fundacje i NGO’sy żyją albo z partnerstwa z biznesem, albo z dofinansu ze środków publicznych, albo umiejętnie surfują między jednym a drugim.

Rzuca to nieustanną wątpliwość, czy nie zachodzi tu konflikt interesów. Czy dofinansowywany przez państwo NGO’s faktycznie może temu państwu „patrzeć na ręce”? Czy z dofinansu od Google’a można walczyć o prawo do prywatności?

Im większa niepewność konkretnego aktywisty w jego własny aktywizm, tym gorętsza wiara, że z jakimś innym NGO’sem jest inaczej. Gdzieś tam musi przecież istnieć ten prawdziwie mityczny obywatelski Trzeci Sektor - może nie tu, może nie tam, ale może w jakimś zupełnie innym miejscu?

Helou, nie ma go. Obywatelsko oddolne organizacje w Polsce to te, których neoliberalny Trzeci Sektor nie lubi - Kościół i związki zawodowe. Nie są cool, nie da się nimi chwalić w szarlocie przy tartej bułce.

Stąd nadzieja, że chociaż Linux jest produktem prawdziwie oddolnego ruchu hackerów, zdolnych studentów i cyberaktywistów. Zmieniajmy świat na lepsze instalujac Linuksa na laptopie, nawet jeśli od tego szlag trafi nam połączenie z komórką. Wolność wymaga poświęceń.

No więc chłopaki, dziewczyny i osoby trans. Linux jest tak samo oddolny i obywatelski, jak wasze NGO’sy.

Rozwojem Linuksa kieruje Fundacja Linuksa. To jest skład jej zarządu. Kogo tam widzimy? Przedstawicieli świata korporacji.

Czy to takie dziwne? Fundacja Linuksa, jak każda, zależy od wpłatodawców. Im więcej wpłacisz, tym więcej masz do gadania. Szary obywatel raczej nie ma szans wpłacać po pół megabaksa rocznie, jak tzw. „platynowe członki” (IBM, Samsung czy Hewlett-Packard).

Szary obywatel może oczywiście wpłacić na fundację, ale będzie miał na jej działania wpływ adekwatny do tej stówencji peelenów, z której wyskoczył. Czyli: ŻODYN.

Mit „zdolnego studenta, który przegląda kod źródłowy” to taki sam mit cyberaktywizmu, jak ta „rewolucjonistka z Macbookiem w Starbucksie”, z której się już parokrotnie chichrałem. To nie jest takie proste, przegryźć się przez kod źródłowy pod kątem reakcji programu np. na buffer overflow.

Linux od dawna nie jest już rozwijany przez „zdolnych studentów” i „cyberaktywistów”, tylko przez etatowych pracowników albo Fundacji Linuksa, albo korporacji będących „platynowymi członkami”. Co za tym idzie, w Linuksie rozwijane jest to, na czym zależy korporacjom.

A zwykły, szary użytkownik? Gdyby komukolwiek na nim zależało w tym ustroju, nazywalibyśmy go zwykłoszaryzmem, nie kapitalizmem.


poniedziałek, 06 października 2014
Internetowe bulszity

Mam taki zapieprz w przemyśle nienawiści, że niestety zaniedbuję blogaska. Ze zgrozą odkryłem, że nie było wrześniowego rankingu od czapy! Październik jeszcze młody, więc może nadrobię.

Zapieprz częściowo wiąże się z tym, że ciągle gdzieś coś mówię o internecie. I ciągle mam do czynienia z tymi samymi mitami, które niby już trylion razy obśmiali lepsi ode mnie, ale to ciągle wyłazi zza grobu, niczym Pan Spinacz w Microsoft Office 98.

Zrobię więc ranking bulszitów o internecie, ilustrowany stockowymi obrazkami, bo po wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej jestem zafascynowany tematem „estetyka stocków a portaloza”.

https://www.flickr.com/photos/aliestelle/3724030360/ CC-BY-SA

Mit numer jeden to rzekome korzenie wolności, które podobno były „u podstaw” Internetu. Wracał tutaj w komciach na blogu - mieliśmy nawet komcionautę, który argumentował to tym, że znał ludzi podłączających do Internetu Polskę i dobrze wie, że im chodziło o Wolność.

Może i chodziło, ale przecież Internet był już wtedy pełnoletni. Przypomnijmy, że Internet ma tyle lat co ja. Czyli dużo.

Zaczął się jako projekt wojskowy - więc nie było mowy o wolności. Potem go oddano naukowcom - i też nie było żadnej wolności, była państwowa instytucja (National Science Foundation).

W 1995 Al Gore kierował prywatyzacją tego, co wtedy nazywano NSFNet. Można go więc uznać za twórcę internetu komercyjnego. W którym, helou, też nigdy nie chodziło o żadną wolność, tylko o władzę amerykańskich korporacji.

Od początku taki był plan. Cyberkorpy, jak Google czy Facebook, nie przejęły Internetu podstępem czy znienacka - Al Gore zaplanował taki przebieg komercjalizacji i takie ramy prawne, żeby amerykańskie korporacje zawsze kontrolowały sieć.

Wszyscy więc obrońcy „wolności w Internecie” tak naprawdę bronią cyberpunkowej dystopii. Kto nie skacze, ten przeciw dyktaturze Tyrella!

Public Domain

„Internet nie zna granic”. Milion razy widziałem już komunikat z serii „ten materiał nie jest dostępny w twoim kraju”, a jednak nie dalej jak przedwczoraj usłyszałem tę brednię z ust „eksperta cyfryzacji” z Centrum Cyfrowego Project Polska.

Amerykanie władzę nad Internetem przekazali ICANN, typowej w tych kręgach pozarządowej organizacji wewnątrzrządowej. Pierwszą szefową ICANN była Esther Dyson, nominowana przez prezydenta Busha.

ICANN do dzisiaj jest zależne od amerykańskiego rządu, działa według prawa Kalifornii. Nie mam nic przeciwko prawu Kalifornii, z tym drobiazgiem, że nie głosuję na jej władze, więc nie podoba mi się to, że inne państwo decyduje o tym, jak się komunikuję z innymi polskimi obywatelami.

Nie popieram reżimu chińskiego czy rosyjskiego, ale nie dziwię się tym krajom, że oddzielają się od amerykańskiego internetu coraz wyraźniejszymi wariantami jakiegoś „Great Firewall of China”. Skoro Amerykanie chcą mieć wszystko, to prędzej czy później wylądują z niczym.

Na razie więc zamiast „internetu bez granic” widzimy postępującą bałkanizację - już teraz inne treści widzi w Internecie Duńczyk, inne Niemiec a inne Polak. „Zniesienia granic” nie ma nawet wewnątrz Unii Europejskiej, a co dopiero w skali globalnej.

https://www.flickr.com/photos/inju/290701877/sizes/o/ CC-BY-SA

„Internet pozwala obywatelom patrzeć władzy na ręce”. Och tak, to kapitalne, że możemy czytać projekty ustaw w RCL. Ale dlaczego znowu w sekrecie negocjowane jest kolejne międzynarodowe porozumienie TTIP, które prawdopodobnie będzie mieć wpływ na swobody obywatelskie?

Ach tak, „tajemnica handlowa”. Podobnie jak algorytmy Google’a i polityka moderacji Facebooka.
Internet umocnił tylko asymetrię w dostępie do informacji. Władza państwowa i korporacyjna wie o nas wszystko, może nas śledzić w czasie rzeczywistym - z kim się spotykamy, co kupujemy, o czym piszemy maile.

Za to wszystkie naprawdę ważne pytania odbijają się z donośnym „ZONK!” od żelaznego muru z napisem „tajemnica”. Internet pozwala władzy patrzeć nam na ręce i wszystkie inne części ciała. My najwyżej możemy zobaczyć rękę władzy pokazującą nam fakulca.

poniedziałek, 22 września 2014
Chatka w gąszczu stereotypów

Z opóźnieniem obejrzałem film „The Cabin in the Woods”, który tak mi się sposobał, że niniejszym polecam blogobywalcom tego allegrowicza. Trailery ukrywają, że film jest tyleż horrorem, co komedią - ale nie w sensie jawnej parodii, jak w serii „Straszny film”, już raczej w sensie „Krzyku”.

Podsumowałbym to jako „TV Tropes - The Movie”. Hasło tego filmu na TV Tropes to w końcu niemalże spis treści całego serwisu.

Fabuła to skrzyżowanie „Evil Dead”, „Piątku trzynastego”, „Wzgórze mają oczy” i „Teksańskiej masakry”. Grupa studentów jedzie na szalony weekend do leśnej chatki na odludziu.

Po drodze zatrzymują się na tankowanie. Dziwny pracownik stacji spluwa znacząco i spogląda spode łba, gdy się dowiaduje, dokąd jadą, aluzyjnie dając do zrozumienia, że nie spodziewa się, że stamtąd wrócą.

Wiemy co się stanie, bo już widzieliśmy te poprzednie filmy. Od klasycznego „teen slashera” film odróżnia wątek, którego prawie w ogóle nie widać w trailerach.

Straszny los studentom zgotuje jakaś dziwna organizacja, która w ogóle nie przypomina typowej mrocznej sekty czcicieli zła z tego typu horrorów. Film zaczyna się nie tyle od studentów, co od dwóch znudzonych pracowników korporacji, którzy przy automacie z kawą rozmawiają o sprawach osobistych.

Właśnie - korporacji? Urzędu? Cholera wie. To się nie wyjaśnia, ale wiemy, że to hierarchiczna instytucja, w której stażyści narzekają, że nie nalicza im się nadgodzin, a poszczególne piony uczestniczą w puli zakładów o to, jakie mroczne siły zła wykończą naszych biednych studentów.

Lekki spojler: jltenł qmvnł xbafrejnpwv, bofgnjvnwąp „MBZOVR ERQARPX GBEGHER SNZVYL”.
O co chodzi tej instytucji, dowiadujemy się w finale. W filmie złożonym ze stereotypów nie mogło zabraknąć Finałowego Spiczu Evil Overlorda.

Ten motyw zachwycił mnie jednak na dwóch poziomach. Na poziomie struktury narracyjnej - jako metanarracyjna refleksja na temat kompozycji typowego horroru.

Przecież wiemy, że studenci zginą (przynajmniej większość z nich). Zastanawiamy się tylko, co ich zabije (w piwnicy odnajdą Necronomicon? przyjdą sadystyczne rednecki? jeden z nich okaże się seryjnym mordercą?).

Sposób rozumiwania twórcy i odbiorcy tego typu widowiska przypomina trochę właśnie działanie takiej rutynowej, biurokratycznej instytucji. Znudzony Richard Jenkins przesuwa w odpowiednim momencie wajchę z napisem „RELEASE THE KRAKEN”.

Na szerszym poziomie wydaje mi się to zabawną refleksją cywilizacyjną. Tak przecież wygląda nowoczesne zło.

Za sprawą popkultury i kultury mainstreamowej wierzymy, że największym złem jest ludobójczy szaleniec. Hitler, Stalin albo Szalony Naukowiec z filmu science-fiction.

Podpierając się autorytetem Hannah Arendt („Eichmann w Jerozolimie”) i Stanisława Lema („Podróż jedenasta”) powiem, że największym zbrodniarzem jest „podstarzały, zaschły mężczyzna w szarym ubraniu, z bufiastymi zarękawkami, jakich używają biurowi urzędnicy”, który siedzi „za biurkiem, zawalonym papierami, strona po stronie wypełniając zadrukowane formularze”.

Te formularze mogą zawierać plany sprzedażowe Oberösterreichische Elektrobau AG, a mogą transporty do obozów zagłady. Jemu to zajedno.

Dzisiaj oczywiście to wszystko wygląda nowocześniej. Nie ma już bufiastych zarękawków, jest automat z kawą, stół pingpongowy i hamak dla relaksu. A formularze to dzisiaj tabelki w Excelu. Ale zasada ta sama.

Richard Jenkins z „The Cabin in the Woods” to najbardziej przerażający filmowy villain, jakiego ostatnio widziałem w horrorach. Nie dlatego, że wymachuje piłą łańcuchową tylko właśnie dlatego, że jest miły, uśmiechnięty i bardzo zaangażowany w swoją pracę.

poniedziałek, 15 września 2014
Zasada legalizmu

Seria kontrowersyjnych wyroków sądowych wygenerowała przewidywalną reakcję w postaci narzekania na sędziowską niezawisłość. Częstym grepsem jest w tej sytuacji zarzut, że sędziowie są „niezawiśli od rozumu”, bo oczekujemy kierowania się zdrowym rozsądkiem, a nie paragrafami.

Moim zdaniem to jedna z tych żiżkowskich sytuacji, w których nieoczywista odwrotność jest prawdą. Sami ściągamy na siebie te problemy, nie ufając sędziom i nie chcąc im dać prawdziwej swobody.

W konstytucji i w kodeksie postępowania karnego mamy zapisaną zasadę legalizmu. Zgodnie z nią organy władzy muszą działać „na podstawie i w granicach prawa”, a prokuratura nie może zignorować żadnego przestępstwa ściganego z urzędu, o którym się dowie.

Na papierze to brzmi świetnie. Kto by się odważył być przeciwnikiem legalizmu? Kto by chciał dostać etykietkę pobłażającego przestępcom albo chcącego, żeby organy władzy nie musiały działać na na podstawie i w granicach prawa?

I wreszcie: skoro nie ufamy sędziom, to kto by chciał im dać więcej swobody? Chyba tylko trzeciorzędny bloger bez znaczenia.

Sądy ostatnio zbierają krytykę za to, że uznały kierownika więzienia winnego wpłacenia grzywny za chorego psychicznie skazanego za kradzież wafelka oraz dziennikarza za to, że sfałszował dokumenty by pokazać, jak traktowani są uchodźcy w ośrodku dla cudzoziemców. W obu wypadkach chcielibyśmy, żeby sędziowie docenili dobrą wolę oskarżonych.

Skoro jednak tego chcemy, to dlaczego wcześniej jako społeczeństwo przyjęliśmy zasadę legalizmu? Ona tak właśnie działa w praktyce. Sprowadza się do rzymskiej maksymy „durny lex, sed lex”.

Sami zamieniliśmy  sędziów i prokuratorów w urzędników, którzy muszą się bezdusznie kierować przepisami i margines swobody mają ewentualnie co do samego wyroku, ale nie co do uznania winy czy decyzji o wszczęciu postępowania. I sami bijemy brawo politykom próbującym wprowadzić ręczne sterowanie w wymiarze sprawiedliwości.

Z punktu widzenia sędziów i prokuratorów tu chyba nie ma większej różnicy między rządami PiS i PO. Kolejne reformy sprowadzają się do takich czy innych prób ograniczenia niezawisłości i niezależności - a to mamy prokuratora generalnego rozsyłajecego powielaczowe instrukcje, a to ministra reformującego sądy publiczne w taki sposób, żeby sędziowie żyli w niepewności.

Wydaje mi się to elementem szerszego zjawiska, jakim jest nasza niezdolność do myślenia o wymiarze sprawiedliwości w sposób pragmatyczny. Zamiast zastanawiać się, jakie będą praktyczne skutki konkretnych decyzji, wolimy przyklasnąć tym, którzy rzucają tanim potępieniem i pomagają nam się umocnić w poczuciu moralnej wyższości.

Weźmy temat karania pijanych rowerzystów - w każdej publicznej debacie na ten temat pojawią się świętoszki zapowiadające, że oni by nigdy przenigdy i chcące zaostrzenia kar. Jeśli nie zdominują komentarzy na tym blogu to pewnie tylko dlatego, że im nie pozwolę.

Weźmy aborcję - zawsze w końcu pojawią się ci, którzy muszą nam powiedzieć, że oni nigdy, bo każde życie jest święte i czy rzuciłbyś granatem, gdybyś nie miał pewności. Tak jakby o karaniu za próby samobójcze (w Irlandii do 1993!) dyskutować mogli tylko ludzie z depresją.

Każdemu takiemu moralnie wzmożonemu chciałbym odpowiedzieć, że to super, że ty nigdy-przenigdy, poklep się z tej okazji po plecach. Medal z kartofla czeka do odebrania na recepcji. Ale twoja moralna wyższość nad nami grzesznymi to twoja prywatna sprawa.

Jako obywatele nie powinniśmy zadawać sobie pytania o to, kto by czego nigdy przenigdy. Powinniśmy pytać, jakie będą praktyczne skutki danej regulacji prawnej.

To super, że wierzysz w życie od poczęcia, ale czy jesteś gotów na wszystkie negatywne skutki społeczne całkowitego zakazu aborcji? Genialnie, że ty byś nigdy nie wstrzykiwał sobie marihuany, ale czy naprawdę chcesz więzień pełnych ludzi skazanych za skręta? Fpytkę, że byś nigdy nie jechał rowerem pod wpływem, ale czy naprawdę chcesz, żeby policja sobie mogła w ten sposób nabijać statystyki, zamiast ganiać prawdziwych przestępców?

Tak samo jest z zasadą legalizmu. Nie ufamy sędziom, więc ich zmuszamy do ślepego kierowania się literą prawa. Tylko dlaczego mamy do nich potem o to pretensje?

środa, 27 sierpnia 2014
Now Playing (166)

W ramach radykalnego niebycia cool postanowiłem sięgnąć po Mike’a Oldfielda (spróbujcie przelicytować to - ha ha!). Stosunkowo najlepiej próbę czasu znoszą utwory, w których śpiewała z nim Maggie Reilly - a z tych „Five Miles Out”, tytułowy utwór z albumu z 1982.

Oldfield eksperymentował na nim z cyfrowym syntezatorem Fairlight CMI, wtedy drogim i rzadkim, a już za chwilę przestarzałym. Za kilka lat byle kapela weselna będzie miała lepszy sprzęcior.

Jak muzycy z Kraftwerku czy Tangerine Dream, Oldfield więc musiał pieczołowicie programować sobie rytmy i efekty, które za chwilę będzie się wybierało jednym klawiszem na jakimś TB-303 czy CZ-101. W efekcie wszystko chwilami przypomina drum’n’bass, chwilami art rocka lat 70. (serowe solówki!), a chwilami disco polo.

Piosenka opowiada o lataniu samolotem, a więc doświadczeniu, które wydaje mi się najważniejsze dla współczesnej cywilizacji. Przyszłość świata, jak wiecie, widzę raczej ponuro.

Czuję, że jeszcze będę pośród ruin miasta, przy kuble z żarzącymi się węgielkami, opowiadać swoim wnukom, że kiedyś latało się maszyną cięższą od powietrza tysiące kilometrów, tylko żeby się pobawić w wyjątkowo dużym parku zabaw. Przecież będą tego słuchać jak my w PRL legend o Wieniawie wjeżdżającym konno do Adrii.

Latam oczywiście wyłącznie jako pasażer, w życiu nie odważyłbym się pilotować nawet motolotni. Statystycznie to zapewne nie ma sensu i bardziej ryzykuję po prostu jadąc samochodem przez Warszawę, ale ten strach płynie z najgłębszych pokładów podświadomości.

Poruszanie się po ziemi samochodem jest przecież jak poruszanie się po ziemi na nogach - tyle że szybciej (choć przez Warszawę i to nie zawsze). Lot jednak nie przypomina niczego i szczerze mówiąc, do dzisiaj się boję latać.

Podmiot liryczny pilotuje niewielki samolot śmigłowy Beechcraft 18 o rejestracji G-MOVJ. Dowiadujemy się o tym z tego, że ziemia zwraca się do samolotu per „18”, a samolot sam siebie identyfikuje jako „Golf Mike Oscar Victor Juliet”.

Rozmowa z ziemią przebiega dramatycznie, bo samolot ma jeszcze dwadzieścia mil do lotniska („it’s 24 miles to the beacon”), a odszedł od wyznaczonej trasy na 5 mil (stąd tytuł). Co gorsza, ma 30 stopni przechyłu i grozi mu przeciągnięcie, o czym zaczynają go alarmować kontrolki („you've got 30 degrees and you’re stalling out”).

Nie będzie dobrze, bo dookoła burza. Widoczność zerowa (IMC - Instrumental Meteorogical Conditions, warunki meteo takie, że trzeba lecieć na podstawie wskazań instrumentów). „CU.NIMB.ICING” oznacza chmurę burzową (cumulonimbus) i oblodzenie.

Tyle dobrego, że lotnisko zareagowało na „mayday, mayday” i nadało samolotowi priorytet („your number 1 anticipating you”). Ale łączność zanika - „You’re lost in static, 18”. Pozostaje przestawienie transpondera na „squawk emergency”, czyli częstotliwość dla samolotu w opałach.

Jednym z błędów pilota (być może wymuszonych przez okolicznościa) było zanurkowanie. „Don't take that dive again” - przestrzega sam siebie - „Push through that band of rain”. Na szczęście wszystko zmierza do jakiegoś happy-endu, o czym informuje nas nabieranie wysokości („climbing climbing”).

Ale straszne oko huraganu dopiero teraz chce pokazać, co ma najgorszego: „and the evil eye of the hurricane / coming in now for the kill”. Grafomańskie i pretensjonalne jak solówki Oldfielda, ale jako pamiątka epoki - jednak zabawne.

niedziela, 24 sierpnia 2014
Neoliberalizm - co to znaczy?

Wojciech Maziarski napisał, że nie rozumie, skąd w neoliberalizmie przedrostek „neo” - „liberalizm to liberalizm, nic w nim szczególnie nowego”. Chętnie wyjaśnię.

Liberalizmu nie da się sprowadzić do tautologii „foto to foto”. Zbyt wiele różnych światopoglądów używa tej samej etykiety.

W Ameryce mój światopogląd klasyfikowany jest jako skrajnie liberalny. Tak się tam określa polityków, na których sam bym głosował - jak Elizabeth Warren czy Bernie Sanders.

Proponują oni opodatkowanie najbogatszych, państwową kontrolę nad korporacjami i wzmocnienie związków zawodowych. Czyli rozwiązania, które w Polsce z kolei sklasyfikujemy jako antyliberalne.

Ten liberalizm, który wyznaje Maziarski, nazywany jest neoliberalizmem właśnie dlatego, że powstał kilkadziesiąt lat temu jako intelektualna opozycja do głównego nurtu liberalizmu. Ten główny nurt zresztą też kiedyś nazywano „nowym liberalizmem” - wywodzi się z „New Liberalism” Leonarda Hobhouse’a.

To ani pierwszy, ani ostatni przypadek w dziejach historii doktryn politycznych, kiedy jakieś środowisko postanawia odciąć się od głównego nurtu i samookreśla się przez dodanie „neo” czy „nowy”. To jest odpowiedź na pytanie Maziarskiego.

Liberalizm na takie rozłamy jest szczególnie podatny, bo pojęcia „wolności” nie da się precyzyjnie zdefiniować, a co dopiero stosować operacyjnie. Wszyscy to znamy z życia: w jakimś momencie nasza wolność (np. do słuchania głośno muzyki) wchodzi w konflikt z wolnością sąsiada (np. do odpoczynku w ciszy). Czyja wolność jest wolnościejsza?

W konfliktach społecznych najczęściej OBIE STRONY są przekonane, że walczą o wolność. Nawet dżihadyści. Ba, nawet komuniści, bo komunizm, że przypomnę Engelsa, to „skok z królestwa konieczności do królestwa wolności”.

Wszyscy po prostu rozumieją wolność trochę inaczej. Jeśli więc ktoś mówi, że jest „zwolennikiem wolności”, trzeba mu odpowiedzieć słowami wieszcza Mleczki: „ale co poza tym, panie Wacku?”.

Podobno pierwszym nowożytnym filozofem, który to sobie uświadomił (podaję to za „Liberal Beginnings” Kalyvasa i Katznelsona) był Adam Ferguson. To przedstawiciel szkockiego oświecenia, którego neorzymski republikanizm wywarł tak istotny wpływ na amerykańskich Ojców Założycieli, że można go nazwać Dziadkiem Założycielem Ameryki.

Jako proto-liberał Ferguson chwalił ducha wolnego handlu, ale zauważył, że ma on negatywny wpływ na publiczną moralność. „In this we counsult the success of good Work; but slight the Honours of human Nature: We furnish good Work; but educate men, gross, sordid, void of sentiments and Manners” (uwielbiam Pisownię z tamtej Epoki).

Odpowiedzią Fergusona na ten problem było ustanowienie powszechnej przymusowej służby paramilitarnej. Walcząc ramię w ramię z sąsiadami nabierzemy „Honours and Manners” i osiągniemy ideał Fergusona: „to mix the military Spirit with a civil and commercial Policy”.

Odpowiedź Fergusona trąci dziś myszką (acz wyjaśnia obsesję Amerykanów na punkcie Drugiej Poprawki), ale problem pozostał.  Z liberalizmu lubimy słyszeć „róbta co chceta”, ale w praktyce zawsze towarzyszy temu „nie chciejta robić zła”.

A dlaczego? A tu już różni liberałowie odpowiadają różnie - bo Dekalog (konserwatywny liberalizm) albo bo solidarność społeczna (socjalny liberalizm).

Adam Smith, którego każdy polski liberał umie zacytować, a żaden nie czytał, udzielał różnych. Historycy idei nazywają to „problemem Smitha” - wczesny Smith był surowym moralistą, późny Smith zaczął wierzyć w cnotę egoizmu.

Który Smith napisał „Bogactwo narodów”? Nie wiadomo. W kluczowym momencie (księga I, rozdział 2) po prostu pisze, że to wykracza poza temat niniejszego dzieła. To sprawia, że do dziedzictwa Smitha przyznają się dziś liberałowie bardzo różnych orientacji.

Jerzy Szacki w książce „Liberalizm po komunizmie” cytuje Mirosława Dzielskiego, który mawiał, że w czasach PRL liberalizm w Polsce był „jednoosobową partią Stefana Kisielewskiego”. Rozwój liberalizmu w Polsce nie przebiegał przez przejęcie całego bogactwa tej doktryny z Zachodu, tylko poprzez felietony jednego autora.

To tłumaczy zdumienie polskich liberałów, że istnieją jakieś inne nurty poza tym jednym, który lansowali Dzielski z Kisielewskim. Że w ogóle w liberalizmie może chodzić o coś innego niż niskie podatki i prywatyzację.

Przeklęty prowincjonalizm. To właśnie widzę, gdy patrzę na polską neoliberalną publicystykę.

czwartek, 21 sierpnia 2014
Zmiany, zmiany

W sierpniu wypada rocznica mojego blogowania, w tym roku już ósma. Dziesiątą już jakoś wypadałoby uczcić, ale pewnie znów zapomnę. W każdym razie, sierpniowy ranking od czapy poświęcę autotematycznie zagadnieniom, które z największą regularnością się tu pojawiały od 2006.

Zacznę od dróg. W 2006 moja frustracja jako kierowcy sięgała zenitu. Czwarta Rzeczpospolita oznaczała zamrożenie programu drogowego - już gotowe do podpisania projekty umów wyrzucono do kosza, nowych nie było.

Premier Kazimierz Marcinkiewicz nie podpisał ani jednej nowej umowy na budowę autostrady - jako pierwszy taki premier od czasu Jana Olszewskiego. Potem zaś jako prezydent Warszawy zablokował budowę A2 do stolicy, proponując odsunięcie autostrady do Góry Kalwarii.

Ale by się nam świetnie jeździło, gdybyśmy do najbliższego wjazdu na A2 tłukli się drogą wojewódzką 724 przez Konstancin! To odsunięcie było realizacją obietnicy, którą poprzednik Marcinkiewicza w stołecznym ratuszu, Lech Kaczyński złożył swoim wyborcom - że zrobi wszystko, żeby zablokować autostradę w Warszawie.

Mam sfatygowaną mapę samochodową Europy z 2006, towarzyszkę wielu wypraw. A4 ciągnie się na niej od Krakowa po Krzyżową. A2 to droga Konin-Nowy Tomyśl (jedno i drugie traktowałem wtedy jako wielki postęp w porównaniu do lat 90.!). A1 w ogóle nie ma, tzn. jest ten pipsztyczek przy Piotrkowie, zbudowany w stanie wojennym.

Z jaką zazdrością wtedy patrzyłem na drogi czeskie czy słowackie! Teraz to się odwróciło. Od tego czasu postęp u naszych południowych sąsiadów dokonał się marginalny, za to u nas - inny kraj.

Z mapą z 2006 dalej spokojnie można jeździć po Czechachczy Słowacji, ale po Polsce to nie ma sensu. Za dużo nowych dróg. Przy wszystkim, co złego można powiedzieć po Platformie, to jednak pierwsza partia w dziejach Polski, która obiecywała budowę, a nie blokowanie autostrad. Zarówno PiS jak PO swoje obietnice spełniły.

Oczywiście, to nigdy nie dotrze do szajbusów z prawicowej blogsfery, którym poświęciłem szalenie niepolitycznie poprawny tag „PsychWatch”. Tylko czy oni jeszcze mają jakieś znaczenie?

Dawno nie używałem tego tagu, ostatni raz - ho ho! - w listopadzie 2013. Ale co tam jeszcze watchać?

Sam #Psychiatryk24 jest fenomenem dlatego, że nadal istnieje. Ale wszyscy ci odpryskowcy, którzy odchodzili od Igora Janke, bo chcieli mieć własne serwisy - Jarecki, Nicpoń, Melsztyński, Krzysztopa, Leski, Fym, Łazarz - kończyli smutno. Albo pokornie wracali na łono Salonu24, albo wegetowali z blogaskami, na które nie zaglądał pies z kulawą nogą.

A przecież kiedyś ci ludzie byli potęgą. Gdy zakładałem bloga, straszono mnie, że tu przyjdą „Galba i Kataryna”. Galby chyba nie ma już wcale, a Kataryna ma niszowego niepublicznego twittera.

Wtedy mówiono, że ludzie tacy jak Igor Janke zrewolucjonizują polskie media. Rewolucję świsnęły im sprzed nosa blogaski lajfstajlowe i blogowiska udające serwisy redakcyjne, jak natemat i jego klony.

Prawicową blogosferę zabiła katastrofa smoleńska. Rzucili się na nią jak kot na kocimiętkę. A co jeden, to musiał wymyślić teorię bardziej zwariowaną od poprzedników - żeby zaistnieć.

Fatalną przysługę wyrządzili im Cezary Gmyz i „eksperci” z zespołem Macierewicza. Żeby przelicytować nawet ich, trzeba było wymyślać coś tak szalonego, jak „hipoteza dwóch miejsc”. W efekcie prawicowa blogosfera jest dziś smutnym miejscem, w którym już każdy każdego uważa za „ruskiego agenta”, bo zdążyli się kiedyś śmiertelnie poprztykać o teorię, że tupolewy były dwa (i trzeci malutki).

Po trzecie - kwestie państwo-kościół. Tu też widziałbym jakiś postęp, choć już nie tak duży, jak w kwestii budowy dróg czy rozpadu prawicowej blogosfery.

Kiedy zaczynałem blogować, Giertych był wicepremierem a Wojciech Wierzejski jego zastępcą we władzach partii rządzącej. Palikot był wydawcą ultraklerykalnego tygodnika „Ozon”, który zasłynął głownie z okładki „zakaz pedałowania” i wylansowania Tomasza Terlikowskiego (ciekawe, czy obaj panowie dziś się kumplują?). Cezary Michalski, Jan Wróbel i Robert Krasowski robili konserwatywną rewolucję za pieniądze Ringer Axel Springer.

Dziś Wierzejski przepadł jak śliwka w zbiorniku asenizacyjnym. Palikot, Giertych i Michalski zaś robią wszystko, żebyśmy zapomnieli już o tym, co wyprawiali osiem lat temu.

Potrzebujemy ludzi-chorągiewek, żeby wiedzieć, gdzie wieje wiatr. A ciągle wieje w słusznym kierunku, wystarczy spojrzeć na Giertycha.

sobota, 02 sierpnia 2014
Syndrom Kucbergera

Rodzicom dobrze znana jest faza korwinizmu, przez którą dzieci przechodzą gdzieś między przedszkolem a wczesną podstawówką. W tej fazie dziecko krzyczy „to moje cukierki! nie poczęstuję ich!” i tupie nóżką z zaciekłością, której nie powstydziłby się Jego Ekscelencja Włodzimierz Putin.

Zadaniem rodzica (a jeśli rodzic zawiedzie, to szkoły podstawowej) jest oduczenie dziecka tej postawy i przekazanie dziecku elementarnej prawdy życiowej, że często właściwą odpowiedzią na odwieczny dylemat „zjeść ciastko czy mieć ciastko” jest: nie mieć i nie zjeść tylko oddać do wspólnej puli. Bo wspólna zabawa z innymi dziećmi, w wyniku której, tak bywa, zjedzą ci wszystkie ciastka, i tak będzie fajniejsza od ukrycia się w krzakach i żarcia ich tam wszystkich aż do wyrzygu.

W Polsce trochę zawiedli rodzice. Swój etat mam po facecie, który pracował przy polskiej produkcji serialu „Tata, a Marcin powiedział”.

To była polska wersja niemieckiego „Papa, Charly hat gesagt…”. Niemiecki pierwowzór był o rodzinie z wyższej klasy średniej, w której dziecko ciągle przynosi ze szkoły lewackie dekonstrukcje mitu o merytokracji, w który wierzy jego ojciec.

„W Polsce nikt by tego nie oglądał”, powiedział mi ów facet, „za to w Polsce widzów szokuje to, że ojciec rozmawia z własnym synem, więc rozwinęliśmy to w tym kierunku”. To mi się wydaje wyjaśniać, jak dzisiejszych korwinistów wychowywano w latach 90. („ej, chodźcie przed telewizor, ale jaja, Fronczewski rozmawia z dzieckiem”!).

Szkoła też w większości zawiodła, bo nikt jej nie kazał uczyć socjalizacji, kazano jej za to uczyć „nauki o przedsiębiorczości”. W efekcie więc mamy ogólnokrajowy deficyt umiejętności pracy zespołowej.

Dziecięcy korwinizm wydaje mi się nieszkodliwą i naturalną fazą w rozwoju. W normalnych warunkach dziecko wyrośnie z niego tak samo, jak kiedyś przestanie wierzyć w wróżkę zębuszkę.

Każdy musi kiedyś zrozumieć, że nie jest primadonną. A nawet jak przypadkowo nią jest, taką bona fide primadonną z Metropolitan Opera (w której nawiasem mówiąc trwa właśnie akcja strajkowa), to se dużo może śpiewać bez wsparcia tego tłumu ludzi niebędących primadonnami, ale pozwalających primadonnie być primadonną - dźwiękowców, oświetleniowców, gościa grającego królewskiego posłańca i facetów, którzy zbudowali makiety piramid.

W historii tego bloga ktoś kiedyś z aprobatą powoływał się na tego przygłupiastego architekta z powieści Ayn Rand, „Źródło”, który chce ignorować powszechne konwencje i budować po swojemu. W prawdziwym życiu nie ma miejsca dla takich architektów.

Tylko w powieści Ayn Rand taki architekt odnajdzie w końcu inwestora (ma się rozumieć, self-made miliardera) i postawi mu gigantycznego fallusa. W prawdziwym życiu taka inwestycja też wymaga umiejętności gry zespołowej, choćby w sensie dobrego życia z samorządowcami.

Nie idealizuję tej umiejętności jako takiej. Pewnie, że najprostszy przykład zespołu to sitwa. Wiem tylko jedno, że primadonna, która nie będzie się umiała dogadać z dźwiękowcem, prędzej czy później się sprzęgnie albo zaniknie.

To jest jeden z powodów, dla których cenię sobie wszystkich, którzy próbują załatać tę lukę i przekazać naszym zatrzymanym w rozwoju dzieciom urok pracy w zespole. Nawet jeśli nie są bohaterami z mojej bajki, cieszę się, że walczą z tym deficytem.

Odrzucam więc neoliberalną filozofię, która przyświeca Owsiakowi. Nie podobają mi się nacjonalistyczne aspekty harcerstwa (a Baden-Powell wydaje mi się być na granicy zbrodniarza wojennego, Wielka Brytania w wojnie burskiej to byli zdecydowanie „bad guys”).

Ale doceniam pozytywny wpływ wychowawczy tych inicjatyw. Nastolatki wyrosną z tego ideolo tak jak się wyrasta z wróżki zębuszki. Ale rozkoszny smak niezjedzonego ciastka zapamiętają na całe życie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78