|
Ekskursje w dyskursie
środa, 28 lipca 2010
Przelicytowali Korwina
Jak zwykł mawiać Rafał Ziemkiewicz, „polityk, który narzeka na media, przypomina żeglarza, który narzeka na wiatr”. Żaden risercz ziemkiewiczowski tylko copypasta z komentarza Ziemkiewicza do wyborczego lania, które PiS dostał w wyborach samorządowych z 2006. Cytat na czasie, bo zapowiada się kolejna wyborcza masakra, przeczuwając którą nasz ulubiony dr niehab żali się w Psychiatryku, jak to na ten PiS uwzięli się dziennikarze i piosenkarze. Słowem: politycy PiS to świetni żeglarze, tylko wiatr i fale robią im wbrew. Znów polityka na moim blogu, bo dramatyczne podrygi kaczystów budzą we mnie chęć do rzucenia wielkiego „A NIE MÓWIŁEM?” w ogólnym kierunku Krytyki Politycznej i osób snujących tam zwariowaną teorię, jakoby porażka wyborcza oznaczała wzmocnienie PiS. Parokrotnie wyrażała ją np. Kinga Dunin. Ja jako prosty drobnomieszczanin uważam, że porażki partie osłabiają a zwycięstwa wzmacniają - i chyba wychodzi na to, ze miałem rację. Porażka osłabia PiS, bo wzmacnia w tym środowisku efekt oblężonej twierdzy, który popycha do gestów skrajnych i zrażających większość społeczeństwa. Z kolei wygrana oznaczałaby wiatr w żaglach, optymizm na twarzy Prezesa, nową strategię medialną, odmłodzenie kadr i elektoratu. Bo wszyscy, nawet podświadomie, lubimy zwycięzców a nie lubimy mazgajów beczących, że wszyscy się sprzysięgli przeciw nim. Miesiąc po wyborach mamy więc sytuację, w której polska prawica stała się tak stuknięta, że Janusz Korwin-Mikke na tle wypada na osobę rozsądną i trzymającą się logiki. Dzięki za linka, którego ktoś tu podrzucił - blogorelacja Korwina ze spotkania w klubie Ronin to rzeczywiście zabawna lektura. „Rozumiecie Państwo: Ruskie w zupełnej tajemnicy montują jakąś potężną aparaturę (po katastrofie w kwadrans sprawnie zdemontowaną i ukrytą) wytwarzającą sztuczną mgłę na obszarze kilkunastu kilometrów kwadratowych - po to, by Prezydent III Rzeczypospolitej spóźnił się trzy godziny!!! (...) Uległy [szaleństwu] tak tęgie umysły, jak Józef Orzeł, Marcin Wolski i Bronisław Wildstein – a to, co wygadywał p.Tomasz Sakiewicz, NaczRed „Gazety Polskiej”, biło wszelkie rekordy (...) Ruskie najpierw doprowadziły do katastrofy, w kwadrans pozbierały szczątki i rozsypały w to miejsce przygotowane szczątki innego samolotu”. Przelicytować Korwina w obłędzie, to nie byle co - moje najserderczniejsze gratulacje, panie Bronku, panie Tomku, panie Marcinie. Lewica w tym kraju jest tak pierdułowata, że w was cała nasza nadzieja. U progu wyborów samorządowych mamy więc sytuację, w której PO będzie mówiło o boiskach, obwodnicach, oczyszczalniach ścieków, chodnikach i deptakach - a PiS o niewidzialnym helikopterze i krzyżu pod Pałacem. Już wynik wyborów z 2006 PiS interpretował jako porażkę - w tych zostaną zmiażdżeni. To z kolei spowoduje odpływ działaczy lokalnych, w rezultacie osłabianie lokalnych struktur, a więc braki kadrowe w wyborach parlamentarnych 2011. Jeśli Napieralski wykorzysta dobrą passę po niezłym wyniku wyborów prezydenckich, w tych wyborach kilkunastoprocentowy PiS będzie już grać w tej samej lidze co SLD. A to z kolei będzie odejściem od duopolu dwóch partii centroprawicowych. I otake Polske. PS. Rozpaczliwe poszukiwania argumentów niehelikopterowych przez prawicę czasem prowadzą w publicystyce do żartów o obietnicy rozpoczęcia budowy „1000 km w ciągu 500 dni” z kampanii Komorowskiego. Z tej okazji zauważę, że deklaracja Komorowskiego w mediach pojawiła się 2 lipca. Od tego czasu ruszyła budowa 89 km autostrad i dróg ekspresowych: 7 lipca 35 km A4 (Tarnów - Pustynia), 9 lipca 39 km A1 (dwa odcinki: Kowal - Sójki i Kotliska - Piątek) i 20 lipca 15 km S69 (Bielsko-Biała - Żywiec). Ogółem w budowie jest 1023 km, co stanowi absolutny historyczny rekord wszech czasów na ziemiach polskich.
poniedziałek, 26 lipca 2010
Now Playing (109)
![]() Od pewnego czasu bardzo cenię sobie mashupowego artystę, który chyba nie załapał się jeszcze nigdy na składankę „Best of Bootie”. To Austriak o pseudonimie DJ Clive$ter. W Jutubce znajdziemy kilka fanowskich teledysków, niestety nie akurat do utworu, który mi ostatnio przypasował: „Rock This Night”, zbitka „One Of These Nights” The Eagles i „Rock This Town” Dimitri From Paris. Mashupy to jednak taki nielegal, że nie ma się co bawić w jakieś tubkowe strumienie, kto chce niech sobie ściąga. Clive$terowi udał się ideał sztuki mashupowej - połączył dwa utwory, które z osobna są raczej mdłe i bezbarwne, tworząc nową jakość, zaskakująco świeżą i chwytliwą. W mojej wyobraźni natychmiast zaczyna brzmieć ta piosenka ilekroć sam snuję jakieś plany na przyjemny wieczór. Dimitris Yerasimos (czyli Dimitri from Paris) ma niezaprzeczalny dryg do tworzenia rytmicznych dubów - zawsze będę go kochać za remiks „Erase & Rewind” Cardigansów - ale jak się zabiera za całą piosenkę, to całość wychodzi mu plastikowa. Bez serc, bez ducha, to elektro bity. Z kolei piosenka The Eagles jest uczuciowa do ostatniego wyrzygu. Właśnie takie kawałki sprawiają, że alergicznie reaguję na hasło „classic rock”, chociaż lubię klasykę rocka. W pierwotnej wersji tekst opowiada o planach na jakiś czarowny wieczór, o których z góry wiadomo, że podmiot liryczny nigdy nie wcieli w życie. „Classic rock” w wersji The Eagles to muzyka dla smętnych, przegranych ludzi, którzy potrafią tylko przy piwie snuć plany o tym, co to by nie zrobili, gdyby za dużo czasu nie zajmowało im snucie planów przy piwie. Ze skocznym podkładem Dimitriego tekst niby nadal ten sam, ale w innym kontekście odbieram go inaczej. Teraz „one of these nights” to nie są plany na święty Nigdy, tylko naprawdę na jeden z najbliższych wieczorów. Zaraz pójdzie rozruszać to miasto, szukać córki demona i anioła w bieli. Już za chwilkę... tylko jeszcze sprawdzi, czy nic ciekawego nie ma na blogu...
piątek, 23 lipca 2010
Pas startowy
![]() Powiem coś odkrywczego: mam dość polskiej polityki. Całkowicie od czapy zapraszam na spotkanie ze Strusiem Pędziwiatrem. Nie da się już pewnie ustalić, kim był pracownik telewizji polskiej, który czterdzieści lat temu nadał ten tytuł kreskówce z importu. Przez niego do dziś mamy problem, bo przecież kreskówkowy ptak jest za mały na strusia. I jak tu teraz po polsku pisać o piosenkach „Road Runner” (istnieją dwa różne standardy rockowe o tym samym tytule)? No i jak pisać o samym ptaszku, Geococcyx californianus? Ma on wprawdzie polską nazwę (kukawka kalifornijska), ale to nie upraszcza sytuacji, bo piosenki nawiązują do skojarzenia z serialem. Kukawka vel struś przebiegła mi parokrotnie drogę podczas mojej amerykańskiej podróży. Nie miałem szans na zrobienie zdjęcia, bo typowe spotkanie z road runnerem wygląda tak: spokojnie sobie pomykasz przez pustynię, aż tu nagle ptak wybiega ci pod koła, zaczynasz hamować, ale na szczęście frrrrruuu, Geococcyx wylatuje prosto spod maski. Zblazowanym Amerykanom pewnie nie chce się hamować, więc kukawka jest na liście gatunków zagrożonych. Gubi ją wygodnictwo, które prowadzi do synantropijności. Geococcyx jest prawie nielotny, do wzbicia się w powietrze potrzebuje sporego rozbiegu. Niby na pustyni da się rozpędzić, ale oczywiście łatwiej na asfalcie. Zdjęcie, które zamieszczam, zrobiłem w Alamogordo. Zwiedzałem muzeum lotów kosmicznych. Z nieba lał się gorąc, gdybym zostawił laptopa w samochodzie, to pewnie zastałbym po powrocie kałużę rozpuszczonego aluminium. Zostawiłem więc torbę z elektroniką w kasie muzeum. Przypomniałem sobie o niej jakieś sto mil dalej (moje życie, jak widać, pełne jest ekscytujących przygód). Wracałem w ponurym humorze, bo w ogóle nie cierpię wracać tą samą drogą. Szczególnie gdy jest to najgorszy rodzaj powrotu: nie na tarczy, nie z tarczą, tylko po tarczę (dowcip skradziony braciom Minkiewiczom, mieli fajny rysunek przedstawiający hoplitę robiącego facepalma). W Alamogordo stanąłem na czerwonym świetle i patrzę... Geococcyx! Będzie startować! Szybko, gdzie aparat? Jak widać - zdążyłem. Los wynagrodził mi powrót po tarczę fajnym photo-opem. Zwierzątko, które występuje tylko w Ameryce Północnej i najłatwiej je spotkać na asfaltowej drodze, jest oczywiście pięknym symbolem narodowym. Doczekało się dwóch piosenek na swoją cześć: Bo Diddleya z 1960 roku i młodszą o 10 lat zespołu Modern Lovers (poświęcona jest leżącej bardzo daleko od habitatu kukawki wielkiej obwodnicy Massachusets, Route 128). Obie kowerowali klasycy punk rocka - Bo Diddley spodobał się Kleszom a Modern Lovers Pistolsom. Moją ulubioną pieśnią o kukawce jest szalony cover z płyty „The Great Rock’n’Roll Swindle”, z Rottenem jęczącym, że nie zna słów. Choć tak w ogóle jakby ktoś pytał, to jestem za Kleszami.
poniedziałek, 19 lipca 2010
Prawda o Smoleńsku
„Wiem, że nic nie wiem oprócz jednego: blogerzy nieporównanie lepiej niż profesjonalne media analizują, co się mogło stać w sobotę rano z prezydenckim samolotem” - napisał kiedyś w Psychiatryku Krzysztof Leski i w tym akurat się zgadzam. Od kiedy moronail skiepścił interfejs, moim głównym źródłem internetowej śmiechawki jest blog Dlaczego Nie Napalm, wybierający co celniejsze blogowe analizy.
Teoria wyjaśnia dlaczego opóźniano samochód prezesa. Bo Rosjanie „musieli przed nim przewieź ciało prezydenta z Moskwy do Smoleńska”. Kocham tę teorię, bo odwołuje się do mojego ulubionego motywu popkulturowego, jaką jest Przesadnie Skomplikowana Pułapka Śmierci - że chomik w klatce napędzi dynamko, które uruchomi elektromagnes przyciągający zawór uruchamiający dopływ gazu do palnika podgrzewający kocioł, z którego para napędzie katapultę wystrzeliwującą kowadło. Gdy Dr. Evil chce kogoś zabić, to nie może go tak po prostu zastrzelić - musi go wrzucić do basenu pełnego rekinów z laserami. Podobnie z „Ruskimi”, nie mogą tak po prostu zastrzelić polskiego prezydenta, muszą zaaranżować rozbicie dwóch samolotów (ostatnio to już nawet są dwa duże i trzeci malutki). ![]() Większość psychiatrycznych teorii smoleńskich pochodzi z „analizowania” słynnego „filmu 1:24”, polegającego na podkręcaniu głośności i wgapianie się w artefakty kompresji, by usłyszeć okrzyki typu „nie zabijajcie nas” (które - oczywiście po polsku - wydaje z siebie ocalona załoga fałszywego Tupolewa) oraz dostrzeganiu w trzęsącej się pikselozie obiektów takich jak „biała postać udająca śmigło”. Ostatnio w pikselozie zauważono nawet linę, którą na miejsce katastrofy opuszczono zestaw orczykowy z bezgłośnego śmigłowca lub sterowca (co do tego mamy na razie dwie frakcje). Mamy więc już nie tylko dwa samoloty i trzeci malutki, ale także niewidzialny i bezgłośny śmigłowiec, którym spiskowcy ukradli kokpit. Nie wiadomo po co, skoro kokpit polskiego tupolewa mieli już na wykrytym przez Figurską tajnym lotnisku wojskowym - ale moze po prostu chodziło o konsekwencję w dezinformacji. ![]() Prawicowi blogerzy znają już praprzyczynę smoleńskiego zamachu („tak na 90 procent” to był zamach - precyzyjnie wyliczył wybitny prawicowy publicysta Piotr Lisiewicz). Przyczyną był po prostu tranzyt Plutona przez Urana. Ustalił to wybitny astrolog biznesowy Wojtek Suchomski. Wróżka Kinga Cichocka przebadała dodatkowo sprawę tarotem. „III Buław mówi że samolot był sprawny, a widoczność dość dobra (...) VIII Mieczy jest ciekawa, ponieważ sugeruje że już w ostatniej fazie lotu piloci byli “oślepieni”, ale nie dosłownie, nie tylko przez złą pogodę. VIII Mieczy jest kartą związaną z falami radiowymi i elektroniką, można ją rozumieć jako poważne kłopoty z nawigacją, chaos informacyjny (...) pasuje pod teorię meaconingu”. Wróżka oczywiście także jest obecna w Salonie24 i jej wywody Krzysztof Leski może podziwiać w odpowiedniej dyskusji. Gdy czytam te pasjonujące i przenikliwe analizy, po raz kolejny uświadamiam sobie, jak mądra jest polska prawica. I jak bardzo niesprawiedliwe jest szydercze nazywanie jej głównego miejsca sieciowych spotkań „psychiatrykiem”.
czwartek, 15 lipca 2010
Mama i tata na Europride
![]() Zrozumienie, o co chodzi „Fundacji Mamy i Taty” protestującej przeciwko Europride, trochę mnie przerasta - oni się boją tego, że ich dzieci dowiedzą się, że geje istnieją? A może tego, że jak tylko taka parada przejdzie ulicą, ojcowie i matki masowo powychodzą z szaf, przez co ich dzieci staną się dziećmi gejów i lesbijek? Beats me. Wyjaśnię więc, dlaczego popieram paradę homo z punktu widzenia hetero. Kiedy jeszcze byłem młodym rodzicem, uderzało mnie to, jak swobodnie rodzice małych dzieci mogą się czuć w metropoliach opanowanych przez cywilizację śmierci takich jak Paryż, Berlin czy Wiedeń. W Polsce panowała wtedy kultura, której ostatnie niedobitki ujawniły się przed laty przy podobnej dyskusji na moim blogu w postach komentatorki o ksywce Pellerina: „Ja kiedy chciałam iść do knajpy to dzieci zostawiałam z mamą/teściową/starszą córką...”. Słowem, nie ma mowy o tym, żeby rodzina poszła gdzieś razem, bo po prostu lubi razem spędzać czas. Jeśli matka chce wyjść z domu, dziecko musi zostawić z niepracującą babcią (jeśli nie ma takiej babci - to już jej wina). Jeśli ktoś chce się napić piwa, to tylko w specjalnym smutnym barze dla złamasów, jak w „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. A w cywilizacji śmierci tak wspaniale siedziało się wieczorem w knajpianych ogródkach z całymi rodzinami Włochów czy Francuzów, gdzie wśród brzęku sztućców i kieliszków słychać też było dziecięce zabawy. A gdy jakieś niemowlę zaczynało płakać, goście prześcigali się w robieniu dziwnych min i odgłosów, żeby je uspokoić i dać matce trochę pożyć normalnym życiem! Tak się składa, że w tych samych cywilizacjośmierciowych metropoliach na ulicy często zdarzał się widok spacerujących mężczyzn, którzy trzymali się za rękę. Albo nawet, God forbid, całowali. I doszedłem do wniosku, jest tu bezpośredni związek przyczynowy. Po prostu społeczeństwo, które tolerancyjnie traktuje rodzinę z małym dzieckiem, to także społeczeństwo tolerancyjnie traktujące gejów czy lesbijki. Bo to po prostu społeczeństwo wyżej stawiające ogólną zasadę „spędźmy przyjemny wieczór” od zasady „sprawdzajmy wszystkim dopasowanie do heteronormatywnych wzorców”. Teraz już nie mam małych dzieci. Ale to się wiąże z tym, że coraz w większym stopniu jestem osobą po czterdziestce. Dlatego zaczynam się bać osób mówiących na przykład, że nie zgadzają się na to, by geje publicznie się całowali, bo brzydzi myśl o tym, jak nieestetycznie wygląda gejowskie współżycie. Jak ktoś ma takiego szmergla, że na widok całującej się pary obsesyjnie sobie usiłuje wyobrazić „jak oni to robią” (miast odwrócić wzrok, jak sugerowałyby to politpoprawne dobre maniery), to oczywiście przeszkadzać mu też będzie całująca się para po czterdziestce. Albo po pięćdziesiątce. Strach nawet pomyśleć o parze po sześćdziesiątce. Jeśli przeszkadzają mu geje, to pewnie przeszkadzać mu też będzie takie małżeństwo, które już odchowało dzieci. Od niego też będzie żądać, żeby nie obnosiło się ostentacyjnie ze swoją orientacją. Bo kto to widział, żeby osoby po pięćdziesiątce się trzymały za rękę w miejscu publicznym? To gorsze od młodych lesbijek przecież. Na apel fundacji taty i mamy odpowiedziałbym więc tak: drogi tato, droga mamo, wyluzujcie. Idźcie razem z potomstwem do jakiejś knajpy z ogródkiem. Zidentyfikujcie najbardziej nieestetyczną parę w zasięgu wzroku (homo czy hetero, wszystko jedno) i pomyślcie, że są ludzie, dla których wy też jesteście tacy paskudni. Albo będziecie za 20, 30 lat. Co w związku z tym? Chcecie o tym z nimi dyskutować? Ale po co, nie można przecież nikogo przekonać do uznania czegoś za estetyczne lub nieestetyczne? Proponuję prostsze rozwiązanie, przećwiczone przez naszych sąsiadów w Unii. Nie gapić się na ludzi, którzy się całują. Niezależnie od tego, czy są dla nas estetyczni czy nie. Uszanujmy ich prawo do szukania szczęścia na swój sposób. Celem parady jest popularyzacja tego szacunku. Droga mamo, drogi tato, my też na tym skorzystamy, bo nie ma pary tak bardzo stuprocentowo heteronormatywnej, żeby żadna zdewociała moherowa babcia się nie miała do czego przyczepić. „Kto to widział, za ręce się trzymać, obraza boska...”.
środa, 14 lipca 2010
Jak w ruskiej trumnie
Trochę się już nawet stęskniłem za Jarosławem Kaczyńskim. Tym prawdziwym, a nie tą pacynką, z wyraźnym brakiem przekonania recytującą w kampanii wyborczej przygotowane przez spindoktorów teksty o pragnieniu zasypywania podziałów. Przyzwyczaiłem się do Kaczyńskiego wiecznie pragnącego śledztw, rozliczeń, represji i zemsty za coraz bardziej urojone krzywdy. No i wrócił, z pięknym akompaniamentem Joachima Brudzińskiego (choć zmianę retoryki sygnalizowały już wcześniej równie aberracyjne wypowiedzi naszego ulubionego doktora niehabilitowanego w naszym ulubionym serwisie Psychiatryk24). To aż zdumiewające, jak wielu ludzi w kampanii wyborczej dało się nabrać na tę rzekomą przemianę prezesa. Nie chcę nikogo wytykać palcami, ale takie osoby przewijały się nawet przez mojego bloga. Na szczęście apele wysuwane m.in. przez środowisko Krytyki Politycznej o skreślenie obu kandydatów w drugiej turze, zostały masowo zignorowane przez lewicujący elektorat. Dzięki nam, cały ten agresywny słowotok pochodzi od polityka, który przegrał czwarte wybory z rzędu - a nie od prezydenta-elekta. W słynnym wywiadzie Kaczyński mimowolnie odsłonił typowy dla siebie mechanizm rozumowania. Rzuca poważne oskarżenie pod adresem premiera o to, że ten celowo spowalniał przejazd jego samochodu do Smoleńska. Ale jakie ma na to dowody? - Rozmawialiśmy z kierowcą. Mówił nam „nie lzja” - wyjaśnia Kaczyński - Ale jak limuzyna z premierem Tuskiem bez zatrzymania nas minęła, rozkaz przestał obowiązywać. Dopiero w Smoleńsku znowu nas spowalniano. Jednym słowem, dowodem jest to, że gdy już ich minął Tusk, to „oni” ich przestali spowalniać. Choć jednak spowalniali ich dalej („W pewnym miejscu zaczęliśmy dosłownie kręcić się w kółko, zanim dotarliśmy do lotniska”). A „nie lzja” po rosyjsku oznacza, oczywiście, „działam na rozkaz tajnej organizacji stworzonej przez Putina i Tuska”. Jak mawiają Rosjanie, no żeż Jezu Jezu. Człowiek, który nie ma prawa jazdy, będzie teraz oceniać, że samochód jechał powoli nie dlatego, że takie w tym miejscu było ograniczenie, tylko dlatego, że spisek. Człowiek, który jest patriotą tak wielkim, że celowo nie uczył się języków obcych, wydobędzie w rozmowie z kierowcą ujawnienie prawy o spisku. I oczywiście jako osoba, która nigdy sama nie prowadziła samochodu w obcym mieście, prezes świetnie potrafi ocenić, czy kierowca jeździł w kółko, bo tak zażądali spiskowcy, czy po prostu zabłądził albo taka była organizacja ruchu. Dla rozsądnego człowieka to wszystko brzmi absurdalnie. Tylko że to przecież nie jest kierowane do rozsądnych ludzi - znów podkręcając poziom paranoi, prezes dyscyplinuje własne środowisko. Lustracja i dekomunizacja nie są już w modzie, ale zastąpi je równie paranoiczne tropienie tych, którzy kiedykolwiek spojrzeli na Jego Brata. Pierwszy trop nasuwa się zresztą automatycznie - kto prezesowi podsunął ruskiego kierowcę spowalniającego jazdę na rozkaz spiskowców? Nie można było wziąć bryki z Hertza i za kółkiem posadzić jakiegoś certyfikowanego genetycznego patrioty z PiS? Jest w Polsce pewien niewielki odsetek ludzi, którzy cenią sobie atmosferę paranoicznej podejrzliwości i bardzo ostrych oskarżeń formułowanych na podstawie bardzo kruchych przesłanek. Jarosław Kaczyński najwyraźniej zrezygnował już z marzeń o wygraniu jakichkolwiek wyborów w dającej się przewidzieć przyszłości - wystarczy mu bycie królem tej mniejszościowej grupy. I fajnie. Platforma może zaoszczędzić na kampanii, całą robotę znów za nią wykonają wolontariusze z PiS.
wtorek, 13 lipca 2010
Now Playing (108)
Jako melancholijny emo-nastolatek z lat osiemdziesiątych słuchałem bardzo dużo This Mortal Coil. Dzisiejsza młodzież tego oczywiście nie pamięta, czego uroczym przykładem jest hasło w Wikipedii: „This 1980s punk rock album-related article is a stub”.
piątek, 09 lipca 2010
Tysiąc kilometrów Komorowskiego
![]() Po raz kolejny przepraszam czytelników za to, że polityki u mnie na blogu tradycyjnie za dużo - ale bzdury wypisywane przez prawicowych publicystów na temat „tysiąca kilometrów dróg obiecanych przez Komorowskiego” zmuszają mnie do skomentowania. Wbrew temu, jak zrealacjonowały to prawie wszystkie media - wypowiedź Komorowskiego nie była obietnicą. „W ciągu pierwszych 500 dni kadencji rozpocznie się budowa tysiąca kilometrów nowych dróg: autostrad, dróg krajowych i lokalnych oraz obwodnic miast” to po prostu stwierdzenie faktu, o czym wiedzą wszyscy ludzie interesujący się infrastrukturą. Wśród takich ludzi jest niejaki Toonczyk, który na odpowiednim forum regularnie uaktualnia wykres pokazujący, ile dróg samochodowych (autostrad + ekspresówek) jest w tej chwili w budowie, a ile w eksploatacji. Notkę ilustruję wykresem Toonczyka - mam nadzieję, że wybaczy taki fair use? - brzydko przeskalowanym i opatrzonym przeze mnie komentarzem o tym, kto w której fazie był u władzy i komu zawdzięczamy lot krzywej ku wyżynom lub jej załamanie. Polecam łaskawej uwadze zwłaszcza załamkę 2006/2007. W tej chwili w Polsce w budowie mamy 932 km autostrad i ekspresówek. W zaawansowanej papierkologii (przetarg w toku) mamy dalsze 725 km. Te, które są teraz w fazie przetargu, raczej na pewno w ciągu najbliższych 500 dni będą już w budowie. Nie śledzę statystyk budowy innych dróg, ale zapewne spokojnie w innych fazach zaawansowanej papierkologii znajdzie się te dodatkowe 300 km, które dają ten tysiąc. Reasumując: Komorowski niczego nie obiecał, po prostu opisał obecne tempo budowy. Wystarczy, że Platforma je utrzyma - bo jakby miała jeszcze przyśpieszyć, to się zacznie już betonowanie parkowych alejek. Przypomnijmy podstawowe fakty: budowa drogi od rozstrzygnięcia przetargu do przecięcia wstęgi typowo trwa trzy sezony budowlane. Na razie trwamy w dołku wynikajacym z tego, że w roku 2007 rządzili nami nieudacznicy, którzy budowę dróg wręcz spowolnili (widać na wykresie). W przyszłym roku - mam nadzieję, że przed wyborami - oddawane będą pierwsze inwestycje platformiane, czyli A1 Toruń-Grudziądz i pierwsze odcinki obwodnic Wrocławia i Warszawy. Dopiero w 2012 czeka nas rekordowy rok, w którym sieć drogowa wydłuży się o kilkaset kilometrów. To wszystko jest tak zaawansowane, że nawet gdyby PiS objął władzę w 2011 i znowu zaczął sabotować drogownictwo, już dużo nie napsują. Cała planowana sieć autostrad powinna być wtedy w budowie lub w eksploatacji. Co w połowie będzie zasługą rządów PO - drugą połowę zbudowały inne rządy zajmujące się tym na ziemiach polskich, od NSDAP przez PZPR po PiS.
środa, 07 lipca 2010
Michnik i piloci we mgle
Zmęczyłem powieść Czesława Bieleckiego „Scenarzysta” - raczej za późno, żeby o niej pisać do gazety, ale skoro przegryzłem się przez powieść prawicowego publicysty, to chciałbym się podzielić ze światem wrażeniami. Bielecki na prawicy jest outsiderem. Chociaż powieść jest wyjątkowo niedobra, to fedrowałem dzielnie by poznać sposób myślenia prawicowca innego niż Terlikowski czy Ziemkiewicz. Nie jest jednak aż tak bardzo inny, jak się tego spodziewałem - o czym za chwilę. Powieść jest straszliwie grafomańska (tak, nawet na tle). Akcja dzieje się w roku 2029, ale nic z tego nie wynika dla miłośników sf. Autor datę dobrał dlatego, że chciał umieścić akcję już po swojej śmierci. I tu wpadamy na pierwszą wspólną wadę prozy polskich prawicowych publicystów: są głęboko przekonani, że sami z siebie stanowią fascynujący temat. Koniecznie więc muszą umieścić w powieści swoją Mary Sue, jak Terlikowski w „Chuście”. Bielecki przelicytowuje w tej materii kolegów. Otóż wkrótce po śmierci jego alter ego (imieniem Al!), hollywoodzki scenarzysta nazwisiem Frank Warning odkrywa, że żywot Bieleckiego to temat w sam raz na film. Przyjeżdża do Warszawy, spotykać dawnych współpracowników i „kobiety Ala”. „Frank Warning”? Można sobie wyobrazić ten moment, w którym Bielecki uświadomił sobie, że „szczere ostrzeżenie” po angielsku brzmi jak czyjeś imię i nazwisko. I zamarzył, by napisać powieść o kimś takim. Grafoman to człowiek, któremu brak instynktu dającego szczerze ostrzeżenie przed realizacją takich marzeń. Grafomania autora najlepiej widoczna jest w dialogach. Próbka: „Czy uda ci się kiedykolwiek odbudować ten świat żywych obrazów?”, pyta Pola, jedna z „kobiet Ala”. „Jeśli dopilnuję punktów zwrotnych, to uda się zachować i gęstosć obrazów i logikę narracji - powiedział Frank i zamyślił się”. Nawet wiem o czym myślał - „może szukają tu w makdonaldzie kogoś na mopa? Bo ze swoim drygiem do dialogów jako scenarzysta kariery nie zrobię”. Głowną osią dramatu w prozie polskich prawicowców często jest lęk przed modernizacją - o tym jest „Operacja Chusta”, „Czerwone dywany” Ziemkiewicza i cały Pilipiuk. Myślałem, że Bielecki będzie wreszcie prawicowcem promodernizacyjnym, tymczasem zaskakująco mało różni go od Terlikowskiego. „Do cholery, dlaczego tylko Polska ma się zmieniać, wy też przesadzacie z tą polityczną poprawnością” - mówi „kobieta Ala”, wyjaśniając Frankowi, że USA też ma swoje wady. Warning dociera do publicystyki i notatek Ala, co daje Bieleckiemu okazję do wypełnienia powieści felietonami na bieżące tematy. Chwilami zaskakująco bieżące. „Czarna skrzynka wykazała, że piloci (...) przez szybę wypatrywali we mgle pasa startowego. Nie zorientowali się, że lecą za nisko” - to o Smoleńsku? Nie, to o wcześniejszej katastrofie wojskowej Casy. Przerażająco podobnej do katastrofy Tupolewa. Bielecki diagnozuje tę katastrofę jako dalszy ciąg peerelowskiego tumiwisizmu, z którym przez całe życie walczył jego bohater. Na postawienie właściwiej diagnozy nie pozwala mu światopogląd. Jako zwolennik eurokołchozowej cywilizacji śmierci obie te katastrofy postrzegam jako skutek tego samego sarmackiego lekceważenia procedur bezpieczeństwa. To dlatego jeszcze wcześniej zginęli polscy pielgrzymi w Alpach: ich autokar minął ileś tam znaków zakazu wjazdu dla autokarów, ale kierowca uznał, że te znaki nie dotyczą Polaków. Są dla pozbawionych fantazji Niemców, dla wymoczkowatych Francuzów, dla tchórzliwych Pepików może - no ale nie dla nas. My, jak trzeba, to na drzwiach od stodoły przecież. Jednym z powodów, dla których tak gorąco popieram integrację europejską, jest moje pragnienie, by Europa narzuciła nam swoje normy bezpieczeństwa i ochrony konsumenta. Znak „CE” traktuję niemalże jak symbol religijny. Chciałbym, żeby wszystko dookoła mnie miało bezpieczniki różnicowe, redundatne zasilanie awaryjne i ze sześć poduszek powietrznych. Na tym właśnie polega modernizacja: na wprowadzeniu procedur zmuszających do uzyskania certyfikatu bezpieczeństwa, zapinania pasów i zabraniających komukolwiek, choćby to był nie wiadomo jaki generał, włazić do kabiny pilotów. Polska prawica na razie w ogóle w takich kategoriach nie umie rozumować, dlatego nie umie myśleć o modernizacji - jaką receptę na autostrady ma Jarosław Kaczyński? Jak zwykle, „wielki narodowy zryw”. Ja bym się bał jechać wiaduktem wzniesionym w ramach patriotycznego pospolitego ruszenia Sarmatów - natomiast nie bałbym się jechać wiaduktem wzniesionym zgodnie z normami unijnymi. Prawicowa powieść, w której nie występuje Adam Michnik, jest jak amerykański horror bez cycatej blondynki. Michnik więc oczywiście pojawia się i tutaj, w swojej tradycyjnej roli Osoby, Która Strasznie Skrzywdziła Głównego Bohatera. I jak zwykle nie bardzo wiadomo, na czym konkretnie ta krzywda polegała. Obserwując obrady okrągłego stołu Al wzdycha do Natalii (innej swojej kobiety), że solidarnościową stronę zdominowała „Komunistyczna Partia Polski”, bo „oni wszystko wiedzą lepiej”. I to już wszystko. Natalia nie docieka, na czym polegały te krzywdy i dlaczego Al zapisuje Michnika do partii politycznej wymordowanej pół wieku wcześniej przez Stalina. Jedyne prawicowe książki, które próbowały to jakoś bliżej opisać, to „Dolina nicości” Wildsteina i „Gorsze światy” Michalskiego, ale i tam odpowiedź sprowadza się w gruncie rzeczy do „bo Michnik zrobił większą karierę od nas i strasznie nas to wkurza”. Prawicowa powieść, która dokładniej wyjaśniałaby zjawisko kompleksu Michnika, mogłaby wreszcie być bardzo ciekawa.
niedziela, 04 lipca 2010
Monsieur le President
Szanowny panie prezydencie - wiem, że nie ma pan czasu na czytanie blogów, ale ostatnio wróciła mi fascynacja Borisem Vianem, więc korci mnie napisanie własnego „monsieur le president”. Wygrał pan między innymi dzięki głosowi mojemu i ludzi mniej więcej takich jak ja, którzy w różnych sprawach są ode mnie czasem na lewo a czasem na prawo, ale średnio rzecz biorąc jesteśmy na lewo nawet od obecnego kursu Platformy Obywatelskiej (nie mówiąc już o czasach niedoszłego „premiera z Krakowa”). Termin drugiej tury dla ludzi mniej więcej taki jak ja był dość nieszczęśliwy. Ja musiałem lecieć niewygodnym połączeniem, żeby jeszcze zdążyć rano zagłosować, ale to i tak drobiazg, moi znajomi skracali zagraniczne wojaże, przekładali urlopy albo będąc na zasłużonych wakacjach, schodzili z plaży, by dojechać do najbliższego punktu wyborczego. Kiedy o tym piszę, znów sobie uświadamiam, do jak szczęśliwego pokolenia Polaków należę. To fantastyczne, że dla ojczyzny poświęcamy najwyżej leżenie na plaży albo wygodę korzystniejszego połączenia lotniczego. Takiego historycznego farta nie mieli pańscy rówieśnicy, nie mówiąc już o pańskich rodzicach. Nie piszę więc o tym dla jakiejś martyrologii, tylko po prostu dla zaznaczenia, że wygrał pan dzięki nam - choć bardzo niewiele pan zrobił, żeby pozyskać nasze głosy. Z góry założył pan, że my i tak przełkniemy te wszystkie „duńskie kaszaloty” pamiętając prezydenturę i premierostwo Kaczyńskiego. Ta strategia - sądząc po exit polls - okazała się skuteczna, ale sądząc po tych samych exit polls, naprawdę pan ostro ryzykował. Kaczyński o nasze głosy zabiegał bardzo energicznie i niestety czasem skutecznie. Gdyby Parada Równości odbywała się przed drugą turą, pewnie przemaszerowałby w niej na wysokich obcasach w koszulce z Che Guevarą, by zdobyć jeszcze więcej głosów lewicy. Jak mawiał trener Górski, w piłce nożnej podstawowym zadaniem jest strzelenie drużynie przeciwnej więcej bramek, niż ona strzeli nam. Zdobył pan więcej głosów - i w polityce tylko to się teraz liczy. Ale jednak powinien pan myśleć o drugiej kadencji oraz wyborach parlamentarnych, w których partia, z której pan się wywodzi, ma szansę być pierwszą partią w dziejach Trzeciej Rzeczpospolitej, która utrzymała się przy władzy przez drugą kadencję. W moim interesie i w pańskim, panie prezydencie, jest wyciągnięcie z tej kampanii wyborczej następującego wniosku: walka o głosy ludzi mniej więcej takich jak ja opłaca się bardziej od walki o poparcie Episkopatu czy rozgłośni Ojca Dyrektora. Nie jest nas w tym kraju tak dużo jak w jakiejś Francji czy Szwecji, ale nie jest nas też tak mało jak na jakichś Węgrzech czy Słowacji. Pewnie z powodów biograficznych lepiej by się pan czuł wygrywając dzięki poparciu biskupów, no ale ewidentnie wygrał pan dzięki nam. Nie proszę, by myślał pan o nas z wdzięcznością. Proszę tylko, by myślał pan o nas w kontekście drugiej tury 2015. Kaczyści pewnie już też o niej myślą.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Kieślowski o wyborach
![]() Tym razem swój wyborczy manifest ogłoszę z wyprzedzeniem, żeby dyskusja samoistnie wygasła przed ciszą wyborczą. Ilustruję go zdjęciem pokazującym powody, dla których gotów jestem wybaczyć Komorowskiemu wszystkie jego gafy. Będę w tych wyborach głosować nie tyle za Komorowskim i nawet nie tyle przeciw Kaczyńskiemu - co przeciw zwolennikom Kaczyńskiego. Uznaję argument, że prezydenckie uprawnienia są niewielkie i wybór Kaczyńskiego nie przyniesie powrotu IV RP, ale przecież poza samym Kaczyńskim są jeszcze kaczyści. W IV RP najgorsze było to, że nagle zewsząd wyłonili się ludzie o osobowości nocnego portiera z filmu Kieślowskiego. Poczuli, że to może być ich epoka: bo ich wymarzone postulaty, żeby Wziąć Za Pysk, Zapędzić Do Roboty i Przykręcić Śrubę, znów są w modzie. Większość ich pomysłów na szczęście pozostała na papierze, ale co gorliwsi zaganiali się już do zwalczania narkomanii przez karanie więzieniem za pokazywanie obrazu liścia konopii, snuli projekty godziny policyjnej dla młodzieży czy militaryzacji służby zdrowia. Są ludzie, dla których przymus jest celem samym w sobie. Dla nich „porządek musi być” bez względu na to, czy ludzie się w tym porządku czują dobrze czy źle. Zakładałem bloga w 2006, kiedy ci ludzie byli przekonani, że IV RP będzie trwać bardzo długo, co najmniej dwie pełne parlamentarne kadencje. Przychodzili tu nakręceni hasłami swoich mentalnych przywódców - Dorna, Ziobry, Rokity, Marcinkiewicza, Kaczyńskiego wreszcie - snując wizje tego, jak wszystkich wezmą w kamasze, rozliczą i zaprowadzą swoje porządki. Przyjemnie mi było potem patrzeć na moralne porażki ich liderów. Wszyscy oczywiście finansowo wyszli na tym do przodu, u nas przegrany polityk zawsze miękko wyląduje jako członek rady nadzorczej albo w najgorszym wypadku komentator „Dziennika”, ale politycznie się skończyli. Fajnie było patrzeć, jak autora hasła o „szarpnięciu cuglami” palcatem potraktowała stewardessa Lufthasy. Przyjemnie było patrzeć, jak głoszący chrześcijańsko-narodowe wartości rodzinne były premier ośmiesza się żałosnym romansem. Kwintesencją kaczyzmu były dla mnie szkolne mundurki - Jacek Kurski i Roman Giertych w ostatnim sejmie IV RP jeszcze kłócili się o to, czy przeforsowanie tego idiotyzmu to bardziej zasługa PiS czy LPR. Sądząc po wynikach wyborczych, Giertych wygrał ten spór. Na zasadzie „pars pro toto” ten sposób rozumowania zilustruję cytatem jednego komentatora na moim blogu - w notce obaliłem wszystkie argumenty zwolenników mundurków (że bezpieczeństwo, że wyrównywanie różnic itd.). Spytał mnie o argumenty przeciw. Odpisałem, że głównym jest niepotrzebne utrudnianie życia rodzicom. „No faktycznie mocny argument” - ironizował, bo w roku 2007 rzeczywiście taki argumet nie wystarczał. Gdy kaczyści mieli możliwość sterowania dyskursem, sterowali go w kierunku zagadnień, które nie mają żadnego związku z komfortem codziennego życia. Samo pytanie typu „no dobrze, ale co ja jako obywatel mam z wyliczenia Niemcom strat za powstanie”, wtedy uważano za nieistotne. Nie twierdzę, że Platforma dba o wygodę życia przeciętnego obywatela, ale twierdzę, że porażka kaczyzmu zrehabilitowała dyskurs utylitarny jako taki. Pytanie „ale co ma z tego obywatel” znów jest ważniejsze od pytania „ale kto był agentem”. Nawet jeśli Platforma udziela na to pytanie złych odpowiedzi, ma u mnie wielki plus za odejście od pytań stawianych w IV RP. Zwycięstwo Kaczyńskiemu znowu da tym ludziom wiatr w żagle. Nie będą to już oczywiście Dorn, Marcinkiewicz czy Rokita, ale nie chodzi mi o konkretne osoby, chodzi mi o punkt widzenia nocnego portiera.
piątek, 25 czerwca 2010
Now Playing (107)
Wybory sprawiły, że stanowczo za dużo na moim blogu o polityce. Jakbym nic nie czytał, nic nie oglądał, w nic nie grał, niczego nie słuchał. Ale tak to jest z blogującymi dziennikarzami - czytam na zmianę „Łzy mojego ojca” Updike’a (to był naprawdę geniusz literacki, sam mam chwilami łzy w oczach) i „Kod Brytania”, no ale o jednym i o drugim chcę coś napisać za wierszówkę, więc na razie nie chcę palić na blogu. Gram w „Bioshocka” i nawet chciałem się włączyć w tę zletka vo duyen portalową dyskusję „czy gry mogą być poważną sztuką”, ale tekst o „Bioshocku” przed wyborami i tak byłby odebrany jako paszkwil na korwinizm (dla niegrających: gra dzieje się w świecie, w którym filozofię Ayn Rand wcielono na serio). W tej sytuacji w ramach przyczyniania się do upadku szkolnictwa wyższego, wyjątkowo bezczelny plagiat, czyli blogonotka zainspirowana pracą na zaliczenie semestru. Tematem były stereotypy w wybranym teledysku i jedna ze studentek wybrała piosenkę, która za mną od tego czasu wciąż chodzi (choć natychmiast ściągnąłem z ajtjunsów bardziej taneczną wersję „Dahlback and Dahlback Mix”). W teledysku przepiękn(y)a szwedzk(i)a drag queen Rickard Engfors występuje dla publiczności, która stereotypowo wydaje nam się być całkowicie nieprzygotowana na zabawy genderonautyczne. Zabawne, że każdy w tej publiczności widzi kogoś innego - wyguglałem tekst, w którym Amerykanin uznaje, ze to impreza Legionu Amerykańskiego („Since The Knife is Swedish, we'll have to assume there's a Legion over there-or is it talent night in Bulgaria, or what's the deal?”). Bywalcy tego bloga z pewnością skojarzą scenerię teledysku z różnymi przewijającymi się tutaj fikcyjnymi miejscowościami-symbolami antymodernizacyjnej Polski B, typu Myciska Niżne. Widzimy w tej widowni legendarnego Pana Ziutka - choć skoro to Szwecja, to jeszcze na dokładkę będzie paru emigrantów z kraju, w którym żyje się jeszcze gorzej niż w „fucking jävla kuk-Åmål”. Może nawet jakiś polski hydraulik? Rickard Engfors wydaje się do tego świata nie pasować jeszcze bardziej, niż agent Smith do australijskiego interioru. Reakcja publiczności początkowo jest lodowato nieprzyjazna, ale nieoczekiwanie jeden z wyjątkowo chamowato wyglądających dresiarzy zaczyna tańczyć (rzekomego dresiarza gra Olof Dreijer, który stanowi instrumentalną połowę duetu The Knife - jego siostra Karen, czyli połowa wokalna, siedzi na sali i zostaje jedyną osobą, której do końca to wszystko się nie podoba). Reszta bułgarskich legionistów w Szwecji zaczyna jednak reagować pozytywnie. Znikają bariery klasowe, etniczne i genderowe. Znikają wrogie spojrzenia. Zostaje integrująca zabawa. „And everybody's praying that Arafat, Bush and Sharon will download this video and cut loose together” - pisze zacytowany powyżej Richard Van Camp, uniemożliwiając mi wymyślenie dowcipniejszej puenty.
czwartek, 24 czerwca 2010
Tomorrow There's Gonna Be Some Fur
Wszystkim pamiętającym i nie pamiętającym ejtisy serdecznie polecam komedię „Jutro będzie futro”. Po chwilowym szoku nawet zaakceptowałem polski tytuł - tak jak „Tajne przez poufne”, nie ma nic wspólnego z oryginalem, ale mogę zaakceptować. Dosłowne kombinacje z „Hot Tub Time Machine” są niemożliwe, bo jak to pokazała dyskusja o wannie ministra Wassermanna, my nawet nie mamy dobrego odpowiednika „hot tub”, wszystkie uprzyjemniacze życia tego typu hurtowo nazywamy „jacuzzi”. Komedia opowiada o grupie przyjaciół cofających się do roku 1986. Pomysł przypomina naszego „Konia trojańskiego” i dobrze pokazuje wyższość kina amerykańskiego nad naszym (for starters, scenarzystom chciało się wymyślić jakiegoś MacGuffina uzasadniającego ten cały czasowy pomysł). Ale ja nie o tym. Jeden żart w tym filmie przypomniał mi niedawny miniflejm o beznadziejności seriali telewizyjnych z lat 80. W minflejmie MRW trafnie wykazał mi, że zachodnie ejtisy u nas kojarzą się z początkiem lat 90., kiedy dzięki zdradzie w Magdalence nagle zyskaliśmy dostęp do Alfa i Billa Cosby, co niejedną osobę szybko doprowadziło do pytania, czy otake Polske walczylyśmy. Mi się udało w latach 80. parokrotnie zaliczyć zachodnią krynicę wolności w okolicznościach wakacyjnych, jako nastolatka szczególnie interesowały mnie tamtejsze sklepy płytowe, telewizja i komiksowa sekcja FNAC. Sklepy jak sklepy, komiksy jak komiksy - porobiłem dużo cudownych odkryć chodzących za mną do dzisiaj. Ale telewizja, telewizja była straszna. Także na Zachodzie. W Polsce ludzie mogli kierować się złudzeniem, że gdzieś na świecie puszczają coś ciekawego w telewizji, to tylko nas odcina od tego hunta Haruzelskiego. Ja te złudzenia straciłem zapoznawszy się z najbardziej beznadziejnym, najbardziej kiczowatym i najdebilniejszym serialem telewizyjnym, ucieleśniającym ducha lat 80. Nazywał się „Manimal”. Serial wspomniany jest w „Jutro będzie futro” przez niejakiego Lou, który w filmowej paczce przyjaciół pełni rolę podobną do Cartmana w „South Parku” (note to self: śledzić dalszą aktorską karierę Roba Corddry). Pierwszym pomysłem Lou na to, jak bohaterowie mogą pozytywnie zmienić historię, skoro cofnęło ich do lat 80., jest właśnie wpłynięcie na NBC, zeby wznowiło produkcję „Manimala”. Jak sama nazwa wskazuje, serial opowiada o facecie, który może zmieniać się w różne zwierzęta (man - animal, got it?) i wykorzystuje to Dla Dobra Ludzkości. Efekty specjalne były tandetniejsze niż w „Przybyszach z Matplanety”, więc śmieszyło to nawet chłopca zza żelaznej kurtyny. W męskiej modzie ejtisów najgorszy był proto-metroseksualizm, w którym już niby akceptowano to, że mężczyzna powinien chodzić do kosmetyczki, ale z drugiej strony nadal oczekiwano, żeby wyglądał Bardzo Poważnie (nieprzypadkowo w tej dekadzie rozkręca się wreszcie kariera Leslie Nielsena). Kobiety niby już mogły być policjantkami i wymachiwać ganem, ale trzepocząc przy tym rzęsami i falując trwałą. A wszystko do tego filmowane tym znienawidzonym przeze mnie brokatowym filtrem, którego techniczny aspekt rozgryzali u mnie wielbiciele fotografiki w pożegnalnej notce o Farrah Fawcett. „Manimal” był serialem typu „kretyn i idiotka na tropie” - mogę go ostrożnie polecić wielbicielom „Dempseya i Makepeace”. Tam było wszystko to samo, tylko jeszcze bardziej. I do tego główny bohater zmieniał się w panterę, yay! Akurat w sam raz serial dla takiej postaci, jak Lou w „Jutro będzie futro”.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Zed Zejden, nasz kandydat
Możliwość oddania ważnego głosu przeciw wszystkim po raz ostatni mieliśmy 4 czerwca 1989 roku. Była reliktem po ordynacji wyborczej z czasów PRL, w której teoretycznie istniała możliwość skreślenia całej listy FJN/PRON (z Karolem Karskim włącznie). Gdyby zrobiła to połowa wyborców, mielibyśmy w PRL zabawny kryzys konstytucyjny, który w 1989 roku w miniaturze pojawił się przy okazji tzw. listy krajowej, w której rzeczywiście opcja „żaden z powyższych” zatriumfowała i potrzebna była zmiana ordynacji w trakcie trwania wyborów. W krajach demokratycznych „ważny głos przeciw wszystkim” to zjawisko rzadkie, ale nie aż tak rzadkie, żeby się nie dorobiło własnego hasła w Wikipedii. Możemy znaleźć tam m.in. anegdoty o politykach, którzy prawnie zmienili nazwisko, żeby na karcie wyborczej pojawić się jako „NONE, Of The Above”. Oraz o przyjętym w Wielkiej Brytanii w roku 2005 zakazie rejestrowania partii politycznej o takiej nazwie. W Polsce mamy tę szczęśliwą sytuację, że kandydat nazwiskiem „Żaden” miałby niemalże gwarantowane znalezienie się na samym dole układanej alfabretycznie karty wyborczej. Gdyby do tego legalnie miał na imię „Z. Powyższych” - pojawiłby się jako „ŻADEN, Z. Powyższych”. Pokusa postawienia przy nim krzyżyka byłaby wtedy ogromna! Mamy ten problem, że u nas nie można zmienić nazwiska o tak sobie. Sprawa jest jednak do przeskoczenia - wyjechać do kraju, w którym jest taka możliwość, zmienić nazisko na „Żaden”, spłodzić syna, nadać mu imiona „Z. Powyższych”, a potem wychowywać go z myślą o starcie w wyborach prezydenckich w Polsce. Wtedy młody Zed Zejden (jak zapewne mówiliby na niego koledzy w szkole) na karcie wyborczej pojawiłby się tak jak nasz znany narodowy agropolityk Richard Henry Tscharnetzky, z pierwotną pisownią imienia i nazwiska. Mało prawdopodobne, ale mieliśmy już kandydata z czwartego wymiaru. Argumenty za daniem polskim wyborcom takiej możliwości wyrażono w dyskusji pod moją poprzednią wyborczą notką. Większość bywalców tego bloga do wszystkich polskich polityków ma stosunek wahający się między niechęcią umiarkowaną a skrajną wrogością. Mój głos na Komorowskiego też był raczej głosem przeciwko Kaczyńskiemu, niż aprobatą dwururki. Ciekawszym argumentem jest odebranie głosów kandydatom protestu - ile głosów na Korwina było w tych wyborach tak naprawdę głosem na Zeda Zejdena? A ile przedtem na Leppera czy Tymińskiego? O ileż kulturalniej byłoby dać wyborcom możliwość protestu bez jednoczesnego lansowania kolejnego buraka! Są też jednak poważne argumenty przeciw. Przede wszystkim, wybory w demokracji nie służą wyrażaniu uczuć - służą załatwieniu pewnej procedury. Na każdym zebraniu można by wydłużyć porządek dzienny o kłótnię o to, czy to zebrania w ogóle jest potrzebne - ale większość ludzi wolałaby po prostu załatwić to, po co się zebraliśmy i wrócić do domu. Gdy wybieramy prezydenta - to wybieramy prezydenta. Czy naród kandydatów kocha, lubi, szanuje, czy też nie chce, nie dba lub wręcz z nich sobie żartuje - to pytania dla socjologów, nie dla komisji wyborczej. Dodatkowa kratka „żaden z powyższych” komplikuje proces liczenia, a tak naprawdę niewiele zmienia. W USA jedynym stanem dającym taką opcję jest Nevada, gdzie opcja „None of These Candidates” regularnie w wyborach zgarnia 1-3 procent. Czy Nevada jest przez to bardziej demokratyczna od innych stanów? Gdyby wybory mogły coś zmienić, to byłyby zakazane - powiedziała Emma Goldman (rzekomo, bo to cytat równie apokryficzny jak ten o tanczeniu - ale równie śliczny). Dodałbym, że to samo dotyczy ordynacji. Dopuszczenie Zeda Zejdena narobi trochę zamieszania wśród kandydatów folklorystycznych i jestem ogólnie za, ale nie robię sobie z tym większych nadziei. To nie jest klucz do poprawy polskiej demokracji.
czwartek, 17 czerwca 2010
Podarujmy sobie ten weekend!
Żeby zdążyć przed ciszą wyborczą, jeszcze mój krótki manifest. Przed wyborami zwykle publikowałem swoje „latarniki” i „kompasy” - tym razem tego nie zrobię, bo to wyjątkowo nie ma sensu. Na wiele pytań - i to właśnie tych, wokół których skupiła się debata - nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Czy szpitale powinny być sprywatyzowane? A jakie to ma znaczenie? Chcę, żeby wszystkim obywatelom, bez względu na zamożność, przysługiwał pewien podstawowy koszyk usług medycznych. Spierać się mogę o zawartość tego koszyka, ale czy świadczenia realizowane są przez państwo w szpitalach państwowych czy przez jakiś tam fundusz (nie upieram się, że akurat o nazwie NFZ) na podstawie przetargów, to kwestia czystego pragmatyzmu. Czy wycofać się z Afganistanu? No pewnie, że jestem za. Ale skoro to jest operacja NATO, to nie w Warszawie zapadnie decyzja. Po to chcieliśmy być w tym sojuszu, zeby ewentualna decyzja „czy umierać za Gdańsk?” też nie zapadała w Paryżu. Do końca miałem rozterki, czy Napieralski, który lubi surfować (bo to jednak coś w rodzaju lewicy), czy Komorowski, który przed wyborami co otworzył usta, to mi się odechciewało głosować. Ma decision est prise. Jednak Komorowski. Z dwóch zasadniczych przyczyn: po pierwsze, wyobraźmy sobie, że w pierwszej turze weźmie 48%. Nie chcę się znaleźć wśród tych 2%, za sprawą których moi znajomi będą musieli wracać wcześniej z Openera na drugą turę. Tłum ludzi w tym kraju odetchnie z wielką ulgą, jeśli się okaże wieczorem, że druga tura nie będzie potrzebna. Nawet kaczystom przyda się miły lipcowy weekend. Nie ma powodów, żebyśmy jako naród mieli sobie ten weekend odbierać tylko dla iluzji pluralizmu (dychotomia PiS/PO mi też się nie podoba, ale SLD w obecnym kształcie i tak jest bez znaczenia). Po drugie: Grzegorz Napieralski odpowiada za medialną koalicję z PiS. To więcej niż zbrodnia, to błąd. Mniejsza, że nie mogę mu wybaczyć niesympatycznego koalicjanta - ale gołym okiem widać, że Napieralski wyszedł na tym sojuszu jak Zabłocki na mydle. Oddał PiSowi wszechwładzę w mediach publicznych, a dla swojej partii nie dostał w zamian nic. Kto mógł przewidzieć? Hm - każdy? Przynajmniej każdy, kto pamiętał, jak na koalicji z PiS wyszły przystawki IV RP? Już inteligencja na poziomie kota Alika chyba by wystarczyła do wyciągnięcia wniosków? Strach pomyśleć, że prezydentem kraju byłby człowiek z takim talentem do negocjowania umów. Medialna koalicja PiS-SLD na płaszczyźnie międzynarodowej byłaby czymś takim, jak sprzedanie całego narodu w niewolę Burkinie Faso w zamian za perkal z autografem Poszpieszalskiego i paciorki jednego różańca. Widząc, z jakim powodzeniem Napieralski kieruje swoją partią - wolałbym go trzymać jak najdalej od jakichkolwiek funkcji państwowych. A więc: chociaż mi też się nie podobają żarty o Dunkach czy słynna dwururka, jednak Komorowski. |