Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 18 lutego 2019
Silvergate

Afera taśmowa rozwija się fajnie. Reżim nie nadąża z produkowaniem kolejnych usprawiedliwień - najpierw „nie było faktur”, potem „nie było umowy”, teraz „nie ma dowodów”.

Na każdym etapie odsłania się kolejna porcja brudów pod dywanem. Okazuje się, że najbliższymi współpracownikami Kaczyńskiego są TW „Ryszard” i jakiś przedziwny „ksiądz zaginiony”.

Na tym się raczej nie skończy, bo PiS znalazł się w sytuacji, w której nawet genialny strateg nie znajdzie dobrego wyjścia. Kto ma dla niego jakiś dobry pomysł, niech zdradzi w komciu.

Wyobraźmy sobie wariant najprostszy, metodę na „nie mamy pańskiego płaszcza”. Czyli: PiS wszystkiemu zaprzecza, kontrolowana przez ministra Ziobrę prokuratura nawet nie wzywa Kaczyńskiego na przesłuchanie, sprawa zostaje umorzona.

W takim razie proces przenosi się do Austrii/Strasburga. Nasz austriacki biznesmen ma teraz argumenty na uzasadnienie tezy, że Polsce nie może liczyć na uczciwy proces.

Nie wiem, czy tak będzie, ale wiem, czego na pewno nie będzie. Bardzo proszę, wyśmiewajcie moje słowa w przyszłości, jeśli się pomylę.

Nie będzie czegoś takiego, jak pisowska wygrana w austriackim sądzie (albo po prostu unijnym). Łagodnie mówiąc, na meczach wyjazdowych PiS radzi sobie raczej tak sobie.

Dlaczego? Moi szanowni prawicowi lurkerzy zapewne interpretują to tak, że świat się uwziął na PiS, w jednej wielkiej konspiracji izraelsko-irańsko-amerykańsko-norwesko-brukselskiej.

Ja interpretuję to tak, że Kaczyński nie rozumie świata. Jest nieuleczalnie prowincjonalny, jak ci wszyscy naiwniacy wierzący w „strefy szariatu w Szwecji”.

Niezależnie od interpretacji, zgodzimy się chyba co do jednego. W interesie PiS leży to, żeby ta sprawa nie wyszła poza Polskę.

Co za tym idzie: polska prokuratura musi działać bezstronnie, albo przynajmniej przekonująco to udawać. To w tej sytuacji oznacza teraz przesłuchanie Kaczyńskiego.

I nawet załóżmy, że nie uda się udowodnić koperty z gotówką dla księdza. Sam nie mogę w nią uwierzyć - ksiądz domagający się „marności” w łapówce? Tego nie było od czasu Borgiów!

Prezes wszystkich prezesów i tak będzie więc teraz odpowiedzieć na niewygodne dla niego pytania. Na przykład: w jakiej roli występował w tych negocjacjach.

Jako szeregowy poseł? Jako szef partii? Jako przedstawiciel fundacji? Jako biznesmen?

Każda z tych odpowiedzi prowadzi do jakiejś nieprawidłowości. A jednocześnie grozić mu będzie odpowiedzialność za fałszywe zeznania. Jasne, w tej kadencji nie ma się czego obawiać... ale ta się właśnie kończy.

Przypominam, że posłowi zawodowemu nie wolno prowadzić działalności gospodarczej. Żadnemu zaś posłowi nie wolno prowadzić działalności gospodarczej z udziałem skarbu państwa (dajmy na to, na preferencyjny kredyt od państwowego banku).

Jak Kaczyński się w to wpakował? Swoje wieżowce planował na początku kadencji. Liczył wtedy na karierę drugiego Orbana.

Wspomnijmy tamte czasy. Let’s party like it’s 2016!

Komisja Amber Gold miała zniszczyć Tuska. Komisja Jakiego miała zatopić Gronkiewicz.
Macierewicz miał wzmocnić armię zakupem misiokopterów (lepszych i tańszych od caracali!) i wykryć tupol na trotylewie i zwrowadzić sprak. Deforma oświaty miała przejść bezproblemowo, opozycyjne media miały być zrepolonizowane, a Unia miała mieć za dużo problemów, żeby blokować przechwycenie sądownictwa.

W efekcie PiS miał przechwycić samorządy, a potem zyskać w Sejmie większość konstytucyjną. To się nie wydarzyło i nie wydarzy: w samorządach stracili wszystkie miejskie miasta, a w Sejmie mogą liczyć najwyżej znów na kruchą większość, być może w kłopotliwej koalicji z Kukizem/Korwinem.

W 2020 mogą też stracić prezydencki długoPiS. Ergo: drugim Orbanem Kaczyński już nie zostanie. Znowu zawiedli go prawie wszyscy współpracownicy.

Tymczasem tylko w kapitalizmie Orbana czy Putina nikt nie zadaje kłopotliwych pytań o dziwne interesy, które wódz robi z udziałem swojego kuzyna, państwowego banku, kucharza czy trenera judo. Bo nie ma opozycyjnych mediów ani niezależnych sędziów.

Swoich wieżowców Kaczyński nie mógł budować normalnie, wolnorynkowo, z komercyjnym kredytem. Wtedy musiałby np. swój deweloperski biznes wpisać do oświadczenia majątkowego...

Grill dopiero się rozpala, ale danie zapowiada się smakowicie.

poniedziałek, 11 lutego 2019
Fyre!

I'm on Fyre

Drogie komentatorki, drodzy komentatorzy, ogłaszam film „Fyre: The Greatest Party That Never Happened” kanoniczną pozycją. Każdy, kto z jakiegokolwiek powodu zagląda na tego bloga będzie się dobrze bawił przy oglądaniu.

Film opowiada o próbie zorganizowania „luksusowego festiwalu muzycznego” w 2017 przez Billy’ego McFarlanda, którego dziś (w świetle wyroków) można nazwać oszustem, wtedy zaś za to groził proces. McFarland był wtedy przedsiębiorcą, człowiekiem sukcesu, wygłaszaczem motywacyjnych spiczów.

Hejtowałbym go już tylko za to. Nawet gdyby festiwal Fyre okazał się sukcesem (w istocie wtedy hejtowałbym go jeszcze bardziej).

Ogólnie nienawidzę opowieści, że sukces jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy ciężko pracować i nie jeść tostów z avocado. Zdradzę wam sekret sukcesu: trzeba mieć dzianych rodziców

A już szczególnie nienawistną nienawiścią darzę instagramowych influencerów, wrzucających zdjęcia, jak zjeżdżają na nartach z lodowca albo jak są z partnerem na Malediwach #mega!. Kto się tak pokazuje tego ja nie szanuję (joła).

Uważam, że to nie jest nawet po prostu głupie, jak żółte karteczki Pawlikowskiej. To jest społecznie szkodliwe.

99% populacji nie może dołączyć do górnego 1% populacji. Niby tautologia, ale młodym ludziom wmawia się, że oni też mogą trafić do tego 1%, między Lewandowską a Chodakowską, wystarczy wyjść ze strefy komfortu.

Póki McFarland nie trafił za kratki, snuł podobną opowieść. Oto dwudziestoparolatek, który bez dyplomu trafia do Nowego Jorku i udaje mu się założyć jednorożcowego startupa. Zobaczcie, to ja w moim maserati #mega!

Jednorożec McFarlanda monetyzował te marzenia, była to bowiem firma Magnises, oferująca millenialsom elitarną kartę kredytową, która była z prawdziwego metalu, więc jej premiumowość czuło się na dotyk i nawet na dźwięk (brzdęk!).

Do promocji McFarland zatrudnił przygłupiastego hiphopera i odkrył, że proces wynajmowania gwiazd jest upierdliwy. Wymyślił startupa, mającego być „uberem wynajmowania gwiazd”.

Idea była prosta. Jesteś fxui bogaty i stać cię, żeby Ja Rule zarapował ci hepi bersdej? Kliknij na Ja Rule, przesuń palcem żeby zapłacić.

Taka aplikacja mogłaby mieć sens. Niestety McFarland wymyślił, że w celach promocji zorganizuje luksusowy festiwal muzyczny, na prywatnej wyspie na Bahamach, pełen okazji do zrobienia sobie selfika z hasztagiem #mega!

Goście zapłacili fortunę. Po przybyciu okazało się, że nie ma festiwalu i nie ma samolotów mogących ich zabrać z powrotem. Spędzili piekło w przeciekających namiotach, gdzie mokły ich kosztowne ciuchy i cyfrowe gadżety, nie było jedzenia, nie było prądu, nie było k... niczego.

Nikt ich nie żałował - gdy krzywda spotyka palanta w ciuchach za 3k, Bóg głaszcze kotka. Szkoda ludzi z klasy średniej, których McFarland zrujnował swoimi mrzonkami - tych restauratorów, którym nie zapłacił albo ludzi pracujących w dobrej wierze nad aplikacją Fyre.

Z filmu wyłania się obraz McFarlanda jako toksycznego szefa, który wszelką krytykej sprowadzał do prostej alternatywy, zaczerpniętą z motiwejszyningowo kołczingowych pierdoletingów: „czy szukasz problemów czy szukasz rozwiązań? Jeśli nie szukasz rozwiązań, won z mojej firmy”.

W efekcie ego ludzie faktycznie szukali rozwiązań, zamiast powiedzieć szefowi: „tego się nie da zrobić”. Paradoksalnie prowadzili tym siebie do bezrobocia, a McFarlanda za kratki.

Nie płynie z tego prosta lekcja życiowa. Sam należę do ludzi, którzy zbyt szybko mówią, że coś jest nie do zrobienia. Po latach współpracy ze sobą nauczyłem się, że rzadko bo rzadko, ale pesymiści też się czasem mylą (#nano!).

Mimo to twierdzę, że aspirowanie do górnego 1% nie ma sensu. Przeciętny Człowieku, nie będziesz miał Ferrari. Nie będziesz latać własnym samolotem na prywatną wyspę. Chyba, że to odziedziczyłeś to po przodkach (ale wtedy zamiast komciać na blogaskach, noblesa se obliż).

Co ma sens - to dążenie do poziomu akceptowalnej porażki. Nieźle można żyć będąc kimś drugorzędnym. Walić Bahamy, we Włoszech też jest fajnie. Albo i w Krynicy, w zależności jak ustawimy sobie suwaczek.

Kapitalizm dobrze działał, dopóki zaspokajał potrzeby w miarę szerokiej rzeszy średniaków. Coca-Cola, Ford czy Apple miały sens dzięki ofercie dla Johna Smitha.

System zaspokajający potrzeby 1%, to już nie kapitalizm. Ani demokracja. Im więcej McFarlandów za kratkami, tym lepiej (#mega! #jeszcze #jeden!).

poniedziałek, 04 lutego 2019
Luźne tezy o Biedroniu

Jak mniemam, wszyscy szanowni komcionauci mają jakąś opinię na temat inicjatywy Biedronia. Doceniam, że jeszcze nie ruszył szał offtopicznych komentarzy. Proponuję ewentualną debatę prowadzić pod tą wystukaną na kolanie blogonotką.

Tezy mam luźne, właściwie przy żadnej się nie upieram, może ktoś mnie do czegoś przekona, bardzo proszę. Tak naprawdę nawet pisowcom nie zabraniam tu pisać, zabraniam tylko pisać mętnie, chamsko i nie na temat (niestety, pisowcy zazwyczaj mają problem z dyscypliną intelektualną, ale to już nie moja wina).

A oto i tezy:

1. Partią mojego pierwszego wyboru pozostaje „Razem” i ewentualna koalicja, w której ta partia weźmie udział. Za najważniejszy element programu lewicowego/progresywnego uważam sprawy pracownicze.
Biedroń w ogóle nie poruszył tego tematu (a mówił o kilku sprawach rangi duperelnej, w rodzaju darmowego internetu). Na stronie partii figuruje propozycja, która nie ma sensu (urlop przy umowie o dzieło? czy oni tam w ogóle rozumieją, do czego służy ta umowa?).

To znaczy, że dla niego to po prostu nieistotne. A to znaczy, że to nie są roboty, których szukam.

2. Uwzględniając powyższe, nie wykluczam głosowania na Biedronia, zwłaszcza w okolicznościach typu „druga tura wyborów prezydenckich”. Uważam, że polska polityka rozpaczliwie potrzebuje uwolnienia się od zapachu naftaliny.

To bardzo cenna metafora Ewy Kopacz, ale nie jestem pewien, czy przemyślała jej bogactwo znaczeniowe. Naftalina bucha z ekranu telewizora nie tylko gdy pojawiają się tam weterani „zakonu PC”. Polska polityka jest ciągle w rękach tych samych ludzi, którzy podzielili się wpływami w latach 1988-1991. Kiedyś Niesiołowski, Kaczyński i Wałęsa byli w jednym obozie, potem się przetasowali, ale  czas już ich wszystkich (WSZYSTKICH!) zastąpić kimś innym.

3. Teza, że Biedroń osłabia opozycję, jest dla mnie absurdem. Kto twierdzi, że to wynika z ordynacji - ten nie rozumie ordynacji (tradycyjny caveat: nie kłóć się ze mną o system d’Hondta, jeśli nie umiesz go matematycznie opisać).

Sekretem niedawnych triumfów populistycznej prawicy było nie tyle pozyskiwanie centrum, co zniechęcanie najsłabiej zmotywowanych przeciwników. Tych, którym wprawdzie nie podobał się Trump, ale Clinton też niespecjalnie. Albo: Kopacz i Komorowski.

Pomysły typu „zjednoczona opozycja” odtworzą tę sytuację. Część Antypisu zostanie w domu, bo po prostu nie będzie mogła znieść myśli o głosowaniu na Kazza Marcinkiewicza albo Leszka Millera.

Biedroń zmobilizuje tą część elektoratu antypisowskiego, która na „zjednoczoną opozycję” by nie zagłosowała. Lepiej wprowadzić do Sejmu jeszcze jedno ugrupowanie antypisowskie, niż snuć mrzonki o powszechnym poparciu kilku niesympatycznych naftalinersów.

4. W eurowyborach stawką i tak nie jest jeszcze obalenie Kaczyńskiego. To dobry moment na eksperymenty, na konsolidację środowiska, na zaprezentowanie własnego programu. Dlatego ucieszyłbym się z koalicji wiosenno-alizarynowej, ale nie zmartwię się bardzo jej brakiem. Ci się konsolidują, tamci się konsolidują - normalka („co robił Mikołaj, Wilq...?”).

5. Za samą złość, którą Biedroń wzbudził w liberalnym establishmencie, ma już u mnie ogromnego plusa. To mogło utopić jego projekt na samym początku: gdyby przedstawiciele elit 3RP go zaczęli hołubić i wychwalać w tych swoich programikach z serii „publicysta jedzie samochodem i nagle dosiada się ksiądz Sowa”.

Zareagowali hejtem, i bardzo dobrze. Polskie elity wciąż zapominają, jak potężny mają elektorat negatywny. Im goręcej kogoś zwalczają, tym bardziej rośnie on w siłę. Sami wsadzili Biedronia na falę wznoszącą - ciekawe jak daleko na niej zaserfuje.


niedziela, 03 lutego 2019
Jak RSW likwidowano

Pewien przemiły młody człowiek, którego część komentatorów może kojarzyć pod nickiem ^ols, skomentował towergate m.in. następującymi zdaniami:

uwłaszczenie na majątku społecznym było ustalone przy okrągłym stole - państwowa prasa została wtedy podzielona pomiędzy różne środowiska (...) założyciele Agory byli aktywnymi politykami, posłami, ministrami (...) Kaczyński planował monetyzację będąc w głębokiej opozycji, ministrów wtedy nie miał

Zakładam, że w dobrej woli wierzył w to, co napisał. A więc edukacyjnie przybliżę okoliczności transformacji.

Nie było takich ustaleń przy okrągłym stole, bo komuniści byli przy nim przekonani, że jeszcze nie oddają władzy. Wolne wybory miały być dopiero w 1993.

Władze PRL zgodziły się na wydawanie 1 opozycyjnej gazety i 1 opozycyjnego tygodnika, oraz na uwolnienie 35% mandatów w Sejmie. Nikt się wtedy nie spodziewał, że w całości zdobędą je kandydaci Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, co uruchomi lawinę wydarzeń.

Założyciele Agory byli wtedy inteligenckimi gołodupcami. Gdyby ktoś im wtedy powiedział „zaprawdę powiadam wam, nim ten rok przeminie, jeden z was ministrem zostanie”, zabiliby go śmiechem.

Nadzieję na reelekcję w 1993 komuniści wiązali z filarami władzy, od których odstąpić nie zamierzali. Był to prezydent o dyktatorskich uprawnieniach (Jaruzelski) oraz kontrola nad prawie wszystkimi mediami.

Z kilkoma sławnymi wyjątkami (typu „Tygodnik Powszechny”), prawie wszystkie czasopisma w PRL należały do wydawnictwa RSW (od gazet ogólnopolskich po miesięczniki hobbystyczne). To z kolei niemal w całości należało do PZPR.

Partii komunistycznej nie wypadało prowadzić działalności gospodarczej, więc posługiwała się przedziwną formułą „spółdzielni osób prawnych” (praktycznie jednoosobowej). Coś jak te dzisiejsze fundacje komandytowe.

Komuniści stracili władzę dużo wcześniej, niż planowali (sierpień 1989). Dyktatorskim prezydentem został Lech Wałęsa (grudzień 1990). Wolne wybory odbyły się w październiku 1991.

W marcu 1990 Sejm przyjął ustawę o likwidacji RSW. Posłowie z PZPR (zwłaszcza Izabela Sierakowska) gorąco protestowali, nazywając ją „zamachem na pluralizm”. Poseł Adam Michnik zaproponował jej swój stary powielacz (polecam poczytać stenogram).

Przyjęta w tych warunkach ustawa musiała jednak być kompromisowa - zostawiać postkomunistom jakieś furtki. Jedną z nich była możliwość przejęcia tytułu przez dziennikarską spółdzielnię pracy. Poseł Juliusz Braun otwarcie mówił, że mogą z tego skorzystać redakcje sympatyzujące z PZPR/SdRP, a że było ich sporo, ta partia będzie na „w gruncie rzeczy uprzywilejowanej pozycji”.

Mało mówiono w tej debacie o potrzebach czytelników. A przecież wiele czasopism wydawanych przez RSW cieszyło się naprawdę sporą popularnością.

To nie jest tak, że wszyscy się od razu rzucili na „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Solidarność”. Przede wszystkim przez dłuższy czas do kiosków poza Warszawą trafiała de facto wczorajsza „Wyborcza” - i ze względu na ówczesne ograniczenia techniczne, to była bolączka całej tzw. prasy ogólnokrajowej.

Przypuszczam, że to inspirowało Stanisława Lema w opowiadaniu o komputerze dziennikarskim, który nie znając wyniku meczu, z którego ma napisać „relację”, wypełniał przestrzeń „frazesami o dzielnej postawie obu drużyn”. Tak wyglądała ogólnopolska gazeta w Krakowie.

Stąd nieustająca popularność tych wszystkich „Gazet Krakowskich” i „Wieczorów Wybrzeża”. Tam przynajmniej wczorajszy mecz relacjonował ktoś, kto znał wynik.

„Gazeta Wyborcza” musiała na każdym z tych rynków stoczyć walkę z lokalnym liderem. Nie wszędzie się to udało do dzisiaj.

W Warszawie wyjątkowo popularne były: popołudniówka „Express Wieczorny” (na jej weekendowe trzeba było się zapisywać u zaprzyjaźnionego kioskarza) i „Życie Warszawy”, które miało monopol na ogłoszenia drobne typu „sprzedam pralkę” czy „wyrób kapeluszy”.

Uważano wtedy te gazety za najbardziej smakowite kąski w całym torcie. W kolejce po „Express” ustawiło się wiele instytucji (m.in. Region Mazowsze „S” i PPS - partia, która tę gazetę wiele lat wcześniej założył).

W „Życiu Warszawy” na samym początku zmieniono naczelnego, na bliskiego współpracownika premiera Mazowieckiego, intelektualistę Kazimierza Woycickiego. To posunięcie miało dalekosiężne skutki, których wtedy nikt nie mógł przewidzieć.

Nim komisja likwidacyjna zakończyła pracę, zmienił się rząd (styczeń 1991). Rząd Bieleckiego, podobnie jak rząd Mazowieckiego, nie miał pełnego mandatu demokratycznego - powołał go ten sam niedemokratyczny sejm kontraktowy, ktory nie zmienił składu. Zmieniła się tylko osoba prezydenta.

W Polsce nie było wtedy demokracji, tylko transformacyjny autorytaryzm. To grzech pierworodny III RP: wiele decyzji, których skutki odczuwamy do dziś, podejmowano bez demokratycznego mandatu (z planem Balcerowicza na czele).

Nie podoba mi się to, ale nie wiem, co tu można było zrobić lepiej/inaczej. Gdyby wcześniej zrobić wybory - byłyby prowadzone przy postkomunistycznej kontroli nad mediami!

Nowy rząd zmienił skład komisji likwidacyjnej, finalne decyzje podejmowano więc w kwietniu 1991 w składzie: Kazimierz Strzyczkowski (prawnik akademicki), Jan Bijak („Polityka”), Andrzej Grajewski („Gość Niedzielny”), Alfred Klein (prawnik; wycofał się w trakcie), Krzysztof Koziełł-Poklewski („Prawo i życie”), Maciej Szumowski („Gazeta Krakowska”), Donald Tusk („Gazeta Gdańska”).

71 tytułów przekazali spółdzielniom, pozostałe prywatyzowali drogą przetargu ofertowego, w którym cena była tylko jednym z kryteriów. Pozostałymi była wola zespołu dziennikarskiego oraz poparcie organizacji społecznych.

„Gazeta Wyborcza” nie bez ironii wyliczała co dziwniejsze organizacje, deklarujące swoje poparcie dla tego czy innego oferenta (Polski Związek Wędkarski, Tarnowskie Stowarzyszenie Radiestetów, Polski Związek Filatelistów, biskup Gocłowski, regiony NSZZ „S”...). Grubą Bertą było poparcie Lecha Wałęsy, który poparł m.in. przekazanie „Expressu” fundacji powiązanej z bliskim mu (wówczas) Porozumieniem Centrum.

Wbrew pozorom, komisja wcale nie faworyzowała partii politycznych. Najhojniej obdarowała KPN - zapomnianą dziś, przedziwną partię neopiłsudczyków, którzy głośno wtedy krzyczeli, że są prześladowani, bo nie było ich przy Okrągłym Stole.

Dostali dwa atrakcyjne tytuły - „Razem” i „Motor”. Wszystko zarżnęli, nie zbudowali na tej bazie niczego trwałego.

Poza tym zdarzały się oferty quasi-partyjne. Na przykład: „Gazetę Krakowską” przekazano dziennikarzom sympatyzującym z krakowską Unią Demokratyczną, a „Dziennik Łódzki” sympatykom ZChN. Oba tytuły szybko się jednak usamodzielniły.

Spotkałem się w kilku miejscach z wersją, że „Życie Warszawy” przekazano liberałom z KLD. To jakieś nieporozumienie.

Rzeczywiście, była taka oferta - ze strony Krajowej Izby Gospodarczej (powiązanej z KLD) i Roberta Maxwella, szemranego magnata medialnego, który pół roku później zginął w tajemniczych okolicznościach.

W połowie kwietnia 1991 tę ofertę odrzucili pracownicy w wewnętrznym referendum (nigdy przedtem ani nigdy potem pracownicy gazet nie mieli tak dużo do gadania!). Stosunkiem głosów 94:81 wybrali ofertę spółki Życie Press, firmowanej przez Wóycickiego i jego zastępcę, wybitnego eksperta od dryblingów, wolejów i dośrodkowań, komentatora sportowego Tomasza Wołka - który w tym duecie grał pierwsze skrzypce.

Komisja likwidacyjna uznała decyzję pracowników. Głosy dziennikarzy rozłożyły się inaczej (64:59 na rzecz Maxwella i KLD), część zespołu odeszła i założyła konkurencyjne „Życie Codzienne”.

To był początek końca „Życia Warszawy”. W spółce „Życie Press” mniejszościowe udziały miała tajemnicza włoska firma STI oraz Wielkopolski Bank Kredytowy (dziś: Santander), który udzielił na ten zakup 40 mld starych złotych pożyczki. Kredyt był wysoko oprocentowany (to czasy hiperinflacji!), „Życie” było więc ciągle na minusie.

W 1993 WBK odsprzedał swoje udziały Włochom (teraz mieli już 55%). Okazało się, że to tak naprawdę jeden Włoch, niejaki Nicola Grauso. Nic więcej na ten temat nie odważę się napisać.

Przemiły ^ols myli się pisząc, że Kaczyńscy byli wtedy w opozycji. Byli wtedy u szczytu swoich dwudziestowiecznych wpływów - z którego wkrótce zlecą, ale przetrwają wiele lat chudych właśnie dzięki zgromadzonemu wtedy tłuszczykowi.

Najcenniejszym asem w ich talii kart był minister budownictwa Adam Glapiński. Był działaczem KLD i PC jednocześnie - to wtedy nie było sprzeczne, w tych czasach Donald Tusk był w jednym wałęsowskim obozie z Jarosławem Kaczyńskim.

Czasy były jednak tak dziwne, że Glapiński w pewnym momencie zwrócił się do „Solidarności” w Ursusie, z notorycznym Wrzodakiem na czele, żeby ci demonstrowali przeciwko rządowi, w którym ten zasiadał (!), żeby wywierać nacisk na jak najszybsze przyjęcie ustawy, mającej przyśpieszyć budowę mieszkań.

Postawił na swoim, ustawę przyjęto w październiku 1991. A w niej znalazło się jedno zdanie, za sprawą którego otoczenie Kaczyńskiego uwłaszczyło się na swoich nieruchomościach.

Gdyby mieli ministra zdrowia, poszliby w farmację. Gdyby ministra sportu - w budowę stadionów. A że mieli ministra budownictwa, poszli w deweloperkę.

Czy to wszystko było legalne? Prawo lat 90. było tak dziurawe, że wcale bym się nie zdziwił. Ale wysuwany zwykle przez sympatyków PiS argument „gdyby coś znaleźli, to by wyciągnęli” może być też stosowany wobec innych liderów biznesu tej epoki - Kulczyka, Krauzego, Gudzowatego.

Odczuwanym do dzisiaj skutkiem likwidacji RSW jest dominacja zagranicznego kapitału w prasie lokalnej. Bo co miała zrobić taka biedna, niedoinwestowana spółdzielnia dziennikarzy „Tygodnika Wąchockiego”? Znaleźć inwestora, przecież raczej nie polskiego.

W 1995 prasoznawca Zbigniew Bajka przeanalizował 1400 polskich gazet i czasopism i ustalił, że 65% nakładu oraz 70% tytułów jest w rękach firm z udziałem zachodniego kapitału. W samych ogólnopolskich wyglądało to wtedy tak: „Rzeczpospolita” - 49%, „Nowa Europa” - 80%, „Sztandar Młodych” - 70%, „Express Wieczorny” - 80%, „Życie Warszawy” - 97%, „Gazeta Wyborcza” - 12,5%. Do „Super Expressu” właśnie wchodzili wtedy Szwedzi.

Czy to było do uniknięcia? Wątpię.

Gdyby w ustawie umieścić zakaz przyjmowania zagranicznych wspólników, redakcje obchodziłyby to kombinejszynami typu „100% polskie wydawnictwo, które ma 5% udziałów w agencji reklamowej razem z koncernem Hersant”. A gdyby i tego zakazać, polskie gazety by umarły, wypierane przez nowe tytuły takie jak „Fakt”.

Czytelnicy mieli wtedy dość czarno-białych gazet drukowanych na kiepskim papierze w dziewiętnastowiecznej technologii. Chcieli koloru, offsetu, ładnych zdjęć.

Dziennikarze też tego chcieli, a do tego: podwyżek. To w praktyce oznaczało szukanie inwestora: niemieckiego, szwedzkiego, austriackiego, francuskiego, szwajcarskiego...

To się musiało tak skończyć.

To chyba najdłuższa notka w dziejach bloga! Kto dojechał do końca, niech w komciu napisze „REFERNAZOR”, by uzyskać mą przychylność.

Korzystałem z artykułów z „GW”: „Referendum w Życiu Warszawy”, 17.4.1991; „Krajobraz po likwidacji”, 30.4.1991; „Życie Warszawy na kredyt”, 27.7.1993; „Prasa i kapitały”, 24.1.1995; „Taśmy Kaczyńskiego”, 31.1.2019

środa, 30 stycznia 2019
Illegal Tower

Czy taśma Kaczyńskiego jest „bombą” czy „kapiszonem”, tego nie wiem i w ogóle nie zamierzam się zniżać do oceniania tego w takich kategoriach. Ten sposób podejścia do spraw publicznych wydaje mi się godny przepychanek na Twitterze, zainteresowani niech się tam z tym przeniosą.

To, co mnie interesuje jako obywatela tego kraju, to praworządność. Obrońcy PiS błyskawicznie zapewnili, że taśma Kaczyńskiego nie demonstruje łamania prawa.

„Nie widzę tam nic nielegalnego. Oto starszy, kulturalny pan, chce wybudować wieżowce” - napisał w przezacnym serwisie Salon24 jego czołowy przedstawiciel, Grzegorz Wszołek.

Założę tu dobrą wolę - powiedzmy, że wszyscy piszący w ten sposób po prostu nie znają prawa. Oto zatem kaganek oświaty.

Przed kulturalnym starszym panem, który marzy o wybudowaniu wieżowców, prawo stawia zasadniczo trzy drogi. Musi się zdecydować na jedną z nich.

W jednej z tych dróg nasz starszy pan może zostać biznesmenem. Może tymi wieżowcami bezpośrednio zarządzać, budując je na przykład w ramach swojej sieci hotelowej, jak kilkadziesiąt lat temu zrobił to Conrad Hilton. Może też użyczać im swoje nazwisko jako brand, jak Donald Trump.

W tym celu nasz starszy pan musi zarejestrować działalność gospodarczą. W praktyce zrobi to w formie spółki, ale bardzo teoretycznie rzecz biorąc mógłby postawić niewielki wieżowiec w ramach samozatrudnienia (PPHU Interntransjanusz Tower).

Druga droga to ścieżka non-profitu. Nasz przemiły, kulturalny starszy pan może zarejestrować stowarzyszenie lub fundację, której celem będzie zbudowanie Cat Tower - wieżowca, będącego miejscem spotkań miłośników kotów.

W praktyce non-profity rzeczywiście często inwestują w nieruchomości. W centrum Sztokholmu i Oslo stoją gmachy z siedzibami związków zawodowych - nie są to wprawdzie wieżowce w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, ale widać w nich pewien rozmach i optymizm socjaldemokracji sprzed prawie 100 lat.

Największymi inwestorami tego typu są chyba związki wyznaniowe. Opisywałem kiedyś na blogasku przedziwną dzielnicę Świadków Jehowy w sercu Nowego Jorku. W Warszawie niedługo stanąć ma Nycz Tower, widomy dowód, która denominacja chrześcijańska najlepiej sobie radzi w deweloperce.

I wreszcie trzecia opcja to droga polityki. Nasz przemiły starszy pan może zostać działaczem społecznym lub politycznym, którego marzeniem będzie stawianie wieżowców w interesie publicznym (takim, jak on go pojmuje) - tu też są realne przykłady, na przykład Robert Moses w Nowym Jorku.

I teraz mamy kluczowe pytanie: W JAKIEJ KONKRETNIE ROLI JAROSŁAW KACZYŃSKI WYSTĘPUJE W NAGRANEJ ROZMOWIE?

Dowcip polega na tym, że tych ról nie wolno mieszać. Donaldowi Trumpowi nie wolno łączyć roli dewelopera z rolą prezydenta, ani nawet kandydata na prezydenta (dochodzenie w sprawie tzw. collusion dotyczy właśnie domniemanego mieszania tych ról, na przykład celem uzyskania pozwolenia na Trump Tower w Moskwie).

Działalność komercyjna (for-profit), działalność społeczna (non-profit) i działalność polityczna są regulowane odpowiednimi ustawami. Partiom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, fundacjom czerpać zysków, biznesmenom korzystać z protekcji - itd.

Otóż każda odpowiedź na pytanie o rolę Kaczyńskiego w tej rozmowie prowadzi do wniosku, że złamał przynajmniej jedną z tych ustaw. Jeśli był tam jako polityk - łamał ustawę o partiach i przepisy antykorupcyjne. Jeśli jako biznesmen, uczestniczył w tzw. firmanctwie (zachodzi wtedy, kiedy ktoś, potocznie zwany „słupem”, tylko udaje, że prowadzi działalność gospodarczą, w rzeczywistości prowadzoną przez kogoś innego). Traktowanie fundacji jako własnej firmy też jest niehalo, o czym boleśnie przekonał się niejaki Jakub Ś.

Część z tych naruszeń prawa ścigana jest przez prokuraturę, część przez urząd skarbowy, część cywilnoprawnie. Zważywszy, że w grę wchodzi austriacki przedsiębiorca, niewykluczone są też działania na szczeblu międzynarodowym. Mam nadzieję, że jego prawnicy warci są zapłaty swojej - to do nich należy kolejny ruch.

Argument „wszyscy tak robią” jest o tyle bezsensowny, że jeśli nawet: no to jak ich ktoś nagra czy w inny sposób przyłapie, też powiem, że to skandal. Nawet gdyby to miało dotyczyć Zandberga (nie mówiąc już o Schetynie). Nie będę miał litości także dla tych, na których sam głosuję.

Zauważę jednak na koniec, że PiS miał dobre 3 lata na znalezienie dowodów na podobnie nielegalne działania Platformy - i to dopiero był zamokły kapiszon. Nawet na taśmach ośmiorniczkowych nie ma dowodów przestępstwa - jest tylko trochę brzydkich wyrazów.

To smutne, że ktoś woli kulturalnych przestępców od praworządnych obywateli, którzy przeklinają przy wódce.

sobota, 26 stycznia 2019
Jak działa ordynacja DHondta

W wielu dyskusjach widzę teraz ludzi wymieniających nazwisko pewnego belgijskiego matematyka jako zamiennik argumentu. Sam okrzyk „D’Hondt”! ma wystarczyć.

Tak bym chciał wiedzieć, o co im chodzi! Gdy pytam, czy potrafiliby zdefiniować tę metodę, oczywiście obruszają się, że NO JASNE, ale jak się dociśnie, to się obrażą, ewentualnie bezmyślnie wkleją hasło z wikipedii (rzecz jasna, polskiej).

Wyjaśnijmy sobie więc to przystępnie. Nazwa metody pochodzi od Victora D’Hondta, który ją opisał (acz to nie on ją wymyślił).

Wyobraźmy sobie, że głosów w danym okręgu padło 100.000 (wtedy łatwo nam będzie zamieniać procenty na tysiące) i że pięć list przekroczyło próg wyborczy, tak jak to było w 2015. Pomińmy 1 mandat mniejszości niemieckiej dla uproszczenia.

Wyobraźmy sobie, że najwięcej głosów dostała partia... nazwijmy ją Zwis (38 tysięcy), a najmniej - ale powyżej progu - partia, dajmy na to, Pezel (5 tysięcy). A wszystkich mandatów z tego okręgu mamy do obsadzenia 20.

Zgodnie z metodą D’Hondta dzielimy te wyniki przez kolejne liczby całkowite (1, 2, 3 itd.) i zapisujemy w tabelce. Wybieramy 20 największych ilorazów i przypisujemy mandaty tym partiom, które te ilorazy miały w odpowiedniej rubryczce.

Partia Zwis miała kolejno: 38.000, 19.000, 12.667, 9.500, 7.600, 6.333 i 5.429. Musi więc dostać 7 mandatów jeszcze zanim choć jeden dostanie Pezel.

Alternatywą jest stosowana kilkakrotnie w Polsce (i popularna na świecie) metoda Sainte-Lague. Tam wyniki dzielimy przez kolejne liczby nieparzyste (1, 3, 5, itd.).

W tej metodzie mamy większy skok pomiędzy kolejnymi ilorazami. Dla Partii Zwis będzie to teraz: 38.000, 12.667, 7.600, 5.429. Czyli wystarczy jej dać 4 mandaty i już jakiś dostaje także nasz biedny Pezel.

Tyle matematyka. Niektórzy chumaniści przypisują tej metodzie jakieś przedziwne własności, w rodzaju „przyznawania głosów partii, które nie przekroczyły progu, partii najsilniejszej”, a nawet „przyznawania jej większości z automatu”.

To bzdury. W praktyce nie ma uniwersalnego przelicznika. Za dużo zależy od różnicy między wynikiem partii #1 i partii #2, oraz od tego, ile partii przekroczyło próg.

Dodajmy, że cały czas rozpatrujemy to na przykładzie jednego okręgu wyborczego. W wyborach do Sejmu jest ich 41. Kolejność będzie w nich różna, w niektórych to właśnie partia Pezel dostanie premię od D’Hondta.

Twierdzenie, że PiS wygrał wybory w 2015 dzięki ordynacji D’Hondta, jest matematycznie nieprawdziwe. W powyższym przykładzie w 20-mandatowym okręgu mandaty rozłożyłyby się tak: 9-6-2-2-1. Czyli: Zwis nie ma większości.

Gdyby wyniki wyborów były geograficznie homogenne, tzn. w każdym okręgu PiS miałby 37,58% głosów, a Platforma 24,09% głosów (itd.), PiS miałby dwieście kilkanaście mandatów.
Musieliby tworzyć koalicję z Kukizem.

Albo mieli cholernie dużo szczęścia, albo mądrze do tego podeszli od strony socjo-matematycznej i skupili się akurat na tych okręgach, na których powinni. Your guess is as good as mine.

Trochę mniejsze znaczenie ma porażka listy ZLEW-TRUP. Jak pamiętamy, dostała 7,55%, ale z powodu samobójczej brawury Millera i Palikota, była zarejestrowana jako koalicja, a więc obowiązywał ją większy próg (i weź tu nie hejtuj jednego z drugim).

Wielu komentatorów wiązało sukces PiS z zagładą lewicy. Matematyka na to nie wskazuje. Podział w 20-mandatowym okręgu, przy uwzględnieniu wejścia ZLEW-TRUP, to 9-6-2-1-1-1. Ten dodatkowy mandat zabierają Nowoczesnej Ryszardzie Petru.

Wejście SLD do Sejmu nie oznacza jednak zupełnie innej ścieżki historii. W koalicji z Kukizem robiliby mniej więcej to samo.

Z zabawy w symulowanie ordynacji - do której PT czytelników serdecznie zapraszam - płynie kilka wniosków.

PIERWSZY: geografia rządzi. W Polsce nie ma „swing states”, ale i u nas do strategii wyborczej należy podchodzić na zasadzie „Łomżę możemy stracić, ale musimy jak najwięcej ugrać w Legnicy”. Od tego zależy, czy te same 35% przełoży się na 220 czy 240 mandatów.

DRUGI: premię D’Hondta zgarnia nie tylko partia numer 1. W powyższym przypadku skorzystałyby pierwsze trzy (tzn. ich procent byłby zaokrąglony w górę).

TRZECI: im więcej list uczestniczy w podziale, tym mniejsze znaczenie ma ta premia. Już przy 6 listach żaden socjogeograficzny trick nie dałby PiSowi 230 mandatów.

CZWARTY: gdyby nawet to liczyć według Sainte-Lague, PiS stworzyłby rząd z Kukizem. Wygrali nie dzięki metodzie liczenia, tylko dzięki dobremu rozłożeniu poparcia na mapie.

Miasta, które mają inne wnioski, niech się wpisują.

sobota, 19 stycznia 2019
Mowa nienawiści - co to?

Wielu pyta dziś, „co to jest mowa nienawiści” albo co gorsza używa tego pojęcia ewidentnie inaczej, niż jest definiowane w aktach prawnych. Widziałem już sugestie, że mową nienawiści są spektakl „Klątwa” albo słowa o „dorzynaniu watahy”.

Otóz nie są. Nie są nią nawet wypowiedzi typu „nienawidzę PiS” / „nienawidzę PO”. Na początek kilka definicji.

Wyobraźmy sobie, że jeden pan powiedział do drugiego „ty ch...”. Czy to mowa nienawiści?

Nie, to oldskulowa zniewaga (ścigana z art 216 kk), czyli obrażenie kogoś słowem powszechnie uważanym za obelżywe. Słowo „ch...” niewątpliwie takim jest.

Ciekawie wyglądałby proces w sprawie zarzutów, wytoczonych pewnemu panu przez podmiotkę liryczną (Irena Kwiatkowska) w Kabarecie Starszych Panów:

Szuja, obrzydliwa larwa i szczeżuja!
Szuja - do najtępszych pierwotniaków rym!
Szuja, bezlitosny kamień i statuja!
Fałsz i ruja bezustannie powodują nim!

Szuja! Pióra by pożyczyć od Anouilha,
Szuja! By opisać co to jest za typ!
Szuja! kawał matrymonialnego zbója,
Z pieszczot dwója, nieudana galareta z ryb

Kilka wersów tutaj mogłoby podchodzić pod zniewagę, ale widzę też zniesławienie, czyli wypowiedzi godzące w cześć i dobre imię. Inny problem, inny paragraf: art 212 kk, zapewne też nawet inny kodeks, bo także naruszenie dóbr osobistych (art 23 i 24 KC).

Zniesławienie nie musi być wulgarne. Może mieć superuprzejmą formę - np. „Szanowny pan nie ma kwalifikacji do pełnionego stanowiska, które uzyskał dzięki protekcji”.

Często gdy ktoś przegrywa proces o zniesławienie, potem biega po mediach ze spreparowaną wersję wyroku („to już nie wolno nawet napisać, że ktoś nie ma kwalifikacji”?), solicytując przewidywalne głosy poparcia od przygłupersów nie rozumiejących, jak działa prawo. Wielu z nich zawodowo para się prawicową publicystyką.

Otóż różne rzeczy można (byle z wolna i ostrożna). I do zniewagi, i do zniesławienia mamy sporo wyłączeń opisanych w kodeksie - a także ugruntowanych orzecznictwem. Kodeks przewiduje, że nie będzie kary za zniewagę, jeśli „ty ch...” było ripostą na „ty sk...”. A w przypadku zniesławienia/naruszenia: jeśli zarzuty są prawdziwe albo podnoszone w interesie społecznym.

Ważne: to nie sąd będzie sprawdzać. Na tym się przejechał Wałęsa, któremu się wydawało, że to sąd będzie szukać Mitycznego Nagrania Ostatniej Rozmowy Braci.

Ciężar dowodzenia spoczywa na tym, kto wysuwa oskarżenie. Nieważne, czy jest Wałęsą czy Kowalskim.

I wreszcie mamy groźbę bezprawną/karalną, ściganą z art 115 i 190 kk. To wypowiedzi typu „zginiesz”, „zgwałcimy cię” (a także „moi fumfle obleją twoją córkę na studiach”).

To wszystko nie jest ścigane z urzędu, tylko na wniosek poszkodowanego, z oskarżenia prywatnego lub z powództwa cywilnego. W mojej antypisowskiej bańce przegraną Wałęsy komentowano czasem pytanio-narzekaniem, „a co w takim razie z posłami, których Kaczyński nazwał kanaliami”.

A co? A nic. Nie ścigali, to co ma być. Samo z siebie nic się tu nie zadzieje.

Jak do tego wszystkiego ma się mowa nienawiści? Luźno. O ile zniewaga i zniesławienie są z nami od stuleci i historię ich prawnego definiowania można cofnąć do starożytnego Rzymu, mowa nienawiści to koncepcja stosunkowo nowa.

Bierze się ze słusznego założenia, że na pewne cechy nie mamy wpływu. Są to w szczególności: rasa, narodowość, płeć/gender, wiek, wyznanie i orientacja seksualna.

Powyższe przykłady a mogłyby się stać mową nienawiści, gdyby ktoś powiedział „rurytański ch...” i „roboseksualna szuja” o pochodzącym z Rurytanii roboseksualiście. W polskim prawie (art 256 i 257 kk) niestety pominięto „orientację seksualną”. Tak, zgadliście, rządziła wtedy Platforma.

Niejeden czytelnik rzucił teraz jakimś wulgaryzmem pod adresem Platformy. Czy to była mowa nienawiści?

Nie, bo orientacji politycznej nie ma na tej liście. To nie jest niezmienna cecha człowieka. W istocie obrzucamy się politycznymi obelgami właśnie w nadziei na zmianę czyichś postaw wyborczych.

Bez entuzjazmu przyjąłem propozycję redakcji „Liberte”, żeby w związku z niedawną tragedią przyjąć „wzorem innych krajów europejskich” ustawę „zapobiegającą i penalizującą mowę nienawiści w przestrzeni publicznej”.

Jeżeli „mowę nienawiści” będziemy definiować „wzorem innych krajów europejskich”, to hejt na Owsiaka nią nie jest. Hejterzy nie zwalczają go za to, że jest heteroseksualnym białym Polakiem płci męskiej w wieku średnim.

To skandal, że prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie ewidentnej groźby karalnej w postaci „aktów zgonu”, wystawionych przez skrajną prawicę m.in. Adamowiczowi. To jednak też nie była mowa nienawiści. Problemu upolitycznionej prokuratury nie rozwiążemy zaś żadną ustawą.

Problem nie w tym, że polskie prawo jest zbyt łagodne, tylko wprost przeciwnie. Gdyby sądy literalnie traktowały Art 212 kk, nie można byłoby napisać, że minister prowadzi błędną politykę, że urzędnik jest niekompetentny, że dany reżyser robi kiepskie filmy, że gdzieś panuje korupcja (dopóki nie zapadną prawmocne wyroki).

Nie chcemy tego, więc prokuratura i sądy zwykle te wątpliwości rozstrzygają na korzyść wolności słowa. Nie podoba mi się to w niektórych przypadkach, ale podoba mi się jako ogólna zasada.

Jeśli bym coś tu zmieniał, to raczej złagodziłbym przepisy tak, żeby można je było ściślej egzekwować. Teraz zbyt wiele zależy od arbitralnych decyzji sędziów i prokuratorów.

Nie sądzę, że ustawa napisana w pośpiechu przez posłankę Pawłowicz i posła Niesiołowskiego (a mamy jakiś inny Sejm?) poprawi ten stan rzeczy. Zamiast pisać nowe prawo, lepiej egzekwujmy już istniejące, by ograniczyć obecność zniewag, pomówień i gróźb karalnych.

I dodajmy, na litość boską, tę orientację seksualną do ustawowej definicji mowy nienawiści, because it’s 2019.

wtorek, 15 stycznia 2019
Nienawiść (duet)

Pytanie „kto zatruł polski dyskurs nienawiścią” wydaje mi się tyleż jałowe, co niebezpieczne społecznie. Takie pytania prowadzą nas do tradycyjnego bałkańskiego „nie mam nic do Chorwatów, ale chcę pomścić dziadka, zamęczonego przez ustaszów”, a więc dawaj, generujmy kolejne powody do zemsty.

Moim zdaniem, nikt nie zaczął, bo nienawiść jest w polityce stałym elementem. Oś nienawiści „PiS” / „Antypis” narastała w pierwszej dekadzie XXI wieku równolegle do zaniku osi nienawiści „postkomuna” / „postsolidarność”.

Ta druga osłabła tak bardzo, że nagle osoby związane z SLD są teraz mile widziane w mediach pisowskich. I w ogóle Czarzasty zdaje się już przeszkadzać już tylko garstce lewaków.

Gdyby w 2010 ktoś powiedział braciom Karnowskim, że zaprawdę powiadam, nie przeminie jeszcze ta dekada, a Aleksandra Jakubowska będzie u was stałą felietonistką, to by się zapluli w oburzeniu, że potwarz, oszczerstwo, ostateczne przekroczenie wszelkich granic. „Nasza mocna odpowiedź!” (etc.).

Mam czytelników, którzy nie pamiętają lat 90. z racji przywileju późnego urodzenia. Mogą się dziwować, „a za co można było nienawidzieć obozu postolidarnościowego”.

Otóż przede wszystkim za Balcerowicza. Jak już parę razy pisałem, w 1991 uczestniczyłem jako wolontariusz w przegranej kampanii Piotra Ikonowicza w Radomiu, łaziłem od mieszkania do mieszkania i nasłuchałem się wielu ludzkich tragedii.

Ci ludzie nienawidzili (a) obozu politycznego, który obwiniali o swoją kondycję (b) mediów i autorytetów, które ich obrażały, mówiąc im, że sami są sobie winni, bo są „homosowietikusami” lubo też „roszczeniowo-populistycznym elementem antyreformatorskim”.

Rozumiałem ich nienawiść. Rozumiałem też jej drugą składową, związaną z zaniepokojeniem rosnącymi świeckimi wpływami kościoła. W latach 90. tylko postkomuniści od czasu do czasu wyrażali sprzeciw.

Nieśmiało, na pół gwizdka (stąd niestety konkordat!) - ale tylko oni. Dlatego aż do 2011 jeśli głosowałem, to na lewicę, co w praktyce niemal zawsze oznaczało postkomunistów.

W latach 90. wiele było takich dni, że jak człowiek szedł spać, to nie wiedział w jakim ustroju się obudzi. Tym bardziej, że demokracja była młoda, a większość dekady przejechaliśmy na prowizorium konstytucyjnym.

Dziś w wielu sprawach możemy się odwołać do doświadczzenia. Wtedy nie było wiadomo co będzie, gdy prezydent i premier będą z wrogich obozów, albo gdy upadnie rząd, albo gdy prezydent spotka się z generałami celem namawiania ich do wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi (Lech Wałęsa, 29 września 1994).

Podczas wyborów w 1995 prezydencki minister Andrzej Milczanowski oskarżył premiera Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Zarzuty okazały się bzdurą, ale dopiero po wyborach.

Mimo tego brudnego chwytu, Kwaśniewski jednak wygrał. Obóz solidarnościowy probował to zablokować w sądzie pod błahym pretekstem, że Kwaśniewski przypisał sobie wykształcenie wyższe, choć nie obronił dyplomu.

Przez kilka strasznych tygodni nie wiedzieliśmy, czy premier jest rosyjskim szpiegiem i kto wygrał wybory. Cud, że wtedy nikt nie zginął, bo poziom nienawiści był podobny.

Potem solidaruchy jeszcze podkręciły bębenek, gdy w 1997 Tomasz Wołek opublikował serię tekstów Jacka Łęskiego i Rafała Kasprowa, oskarżających o agenturalność Kwaśniewskiego (też bezpodstawnie). Teraz Wołek i Łęski są, zdaje się, po przeciwnych biegunach osi nienawiści, wtedy byli w jednym.

Ja to zawsze oglądam z pozycji rozbitka, co to nigdzie nie jest „u siebie”, bo najbardziej to bym chciał głosować na lewicę nordycką. SLD i PO to dla mnie tylko mniejsze zło.

Nienawiść w polityce jest jak bieguny magnetyczne. Nie można pokroić magnesu tak, żeby mieć tylko jeden biegun - dostaniemy dwa magnesy, oba z północnym i południowym.

Oś nienawiści komuchy/solidaruchy wygasła razem z komuchami. Wtedy solidaruchy podzieliły się na Pis i Antypis.

Jeśli jeden z tych obozów wygra tę walkę - natychmiast sam się podzieli na dwa zwalczające się obozy. PiS to od dawna kilka wrogich obozów, które scala tylko osoba Prezessimusa, a w Antypisie już ruszyła walka Team Biedroń vs Team Schetyna.

I tak w polityce było zawsze. Brytyjską politykę dzieli oś labour/torysi, kiedyś wigowie/torysi. Amerykańską dziś Trump/Clinton, kiedyś Jefferson/Hamilton.

I to nie jest tak, że kiedyś się łagodniej kłócili. Obóz Jeffersona zarzucał obozowi Hamiltona szpiegowanie na rzecz Wielkiej Brytanii, a tamci się rewanżowali oskarżeniem o agenturalność francuską. Zaowocowało to słynnym pojedynkiem, w którym trzeci wiceprezydent USA zastrzelił pierwszego sekretarza skarbu USA (jest o tym musical).

Czy coś możemy zrobić, jako ludzie pióra? Ja mam ciągle tę samą poradę: to naturalne, że się dzielimy na obozy polityczne i „ci drudzy” będą dla nas: głupkami, chamami, nieogarami itd. (w parlamencie II Rzeczpospolitej nie takie słowa fruwały; a co się działo w I Rzeczpospolitej, polecam poczytać Paska).

Nikomu jednak nie wolno życzyć śmierci ani cieszyć się z niej. Osobiście zawsze wycinam takie komentarze u siebie (a bywały, np. po Smoleńsku).

Jeśli od „głupców” chcemy przejść do zarzutów pachnących prokuratorem (złodzieje, szpiedzy, zdrajcy itd.), powinniśmy to robić wyłącznie na podstawie solidnych dowodów i pod adresem konkretnych osób (a nie: całego obozu). Niby drobiazg, ale już u nas w Antypisie widziałem sporo publicystyki, nazywającej np. PiS „organizacją przestępczą”.

Bóg (a raczej Zuckerberg) mi świadkiem, że protestuję przeciw takim wypowiedziom. Zwalczam też krążące w Antypisie pomysły powoływania „trybunałów obywatelskich”, które miałyby na pisowcach przeprowadzić samosąd, bo „Trybunał Stanu (...) jest ciałem de facto martwym” (jak argumentował prof. Sadurski w swoim nieśmiesznym żarcie).

Otóż nawet jeśli złota rybka Antypisu spełni nam trzy życzenia: dymisja prezydenta, dymisja rządu i samorozwiązanie PiSu, i tak będziemy musieli żyć z trzydziestoma paroma procentami rodaków, którzy mają pisowskie poglądy. Ich głosy zagospodaruje jakiś PiS-bis - i wrócimy do punktu wyjścia.

Różni poeci pisali o nienawiści. Jak wiecie - lubię rockową poezję. A konkretnie piosenkę „Hatred (A Duet)” zespołu The Kinks, z której sobie zrobię puentę:

Hate's the only thing we have in common
There's no escape, we'll always be this way
So we might as well just learn to live together
'Cause we're gonna be this way till our dying day


Trzymajcie się ciepło, wszyscy (hejterzy też; że im wytnę komentarze to nie znaczy, że im źle życzę).

środa, 09 stycznia 2019
W eurowyborach zagłosuję na...

To będzie blogonotka o polityce, ten temat przyciąga debiutantów zamieszczających tu swój pierwszy komentarz (przynajmniej pierwszy pod daną ksywką), więc tradycyjny caveat. Przed debiutem warto pośledzić poprzednie dyskusje i liczyć z tym, że komentarze niespełniające pewnych określanych przeze mnie norm, wylatują.

Tu w szczególności wylatywać będą te, w których komentator będzie się powoływał na mitycznego „dhonta” (bonus za błędną pisownię), jeśli wyczuję, że nie umie matematycznie zdefiniować tej metody. Generalnie nie pisz (don’t!) „d’Hondt”, jeśli nie umiałbyś odróżnić tej ordynacji od konkurencyjnej Sainte-Lague na podstawie samego opisu metody.

By dalej nie przedłużać, przejdźmy do meritum. Ogłoszenie przez lewicę społeczną wspólnego startu w eurowyborach rozwiązuje wszystkie moje rozterki.

Już mnie nie interesuje, co Biedroń w lutym, a co Czarzasty, a co Schetyna z Nowacką. Głosuję zgodnie ze swoim światopoglądem: na podniesienie podatków tłustym misiom, radykalną laicyzację, wtrącanie się państwa w gospodarkę, rozdawnictwo socjalne, populizm i roszczeniowe związki zawodowe.

Jeśli partia Biedronia dołączy do tej listy, to super. Jeśli Czarzasty zadeklaruje chęć, to trochę mniej super, acz mógłbym zagłosować na koalicję, w której SLD nie będzie głównym rozgrywającym, tylko jednym z wielu podmiotów.

Ale to wszystko nie ma znaczenia. Biedroń nie dołączy, a dla SLD naturalną opcją będzie dołączenie do Zjednoczonej Opozycji. Błogosławieństwo na drogę [machu-machu rąsią].

A teraz kilka odpowiedzi na przewidywalne komentarze:

Czy nie chcę obalenia rządu PiS? Chcę, ale to i tak nie nastąpi w eurowyborach. Nawet jeśli PiS przerżnie w nich koncertowo, rządzić będzie co najmniej do parlamentarnych.

Oczywiście, porażka w eurowyborach osłabi ich morale przed decydującą rozgrywką, tylko że to będzie tak jak w wyborach samorządowych. Wszystkie partie powiedzą, że odniosły sukces w eurowyborach.

PiS samorządowe teoretycznie też wygrał, a jednak nie było widać radości na ich konwencji. Teraz będzie zapewne podobnie.

Czy nie boję się Zmarnowania Głosu? Nie, bo głos to nie jest cenna inwestycja, która ma przynieść dywidendy. Realnie od pojedynczego wyborcy niewiele zależy.

To udział w rytuale, obrzędy religijne dla zwolenników demokracji. Kościoły żyją dzięki temu, że mają masy wiernych, ale nie zauważają dojścia czy odejścia pojedynczego wiernego. Odejdź, zostań, dołącz kierując się głosem serca, ale nie rób sobie złudzeń, że od tego zależy przetrwanie danego wyznania (o ile nie jesteś, powiedzmy, Medyceuszem).

Jest jeden gwarantowany sposób na zmarnowanie głosu. To głosowanie przeciwko własnemu światopoglądowi. Nie zamierzam tego robić.

A co najważniejsze, eurowybory mają najniższą frekwencję (24% w 2014 wobec 51% w parlamentarnych z 2015). Niska mobilizacja działa na niekorzyść partii rządzącej i na korzyść partii dziwnych, offowych, radykalnych - w eurowyborach łatwiej przekroczyć 5%.

Pojawiające się tu i ówdzie apele o jedność opozycji obrażają mnie jako wyborcę. Że sympatyzuję z partią Razem, to nie znaczy, że Zandberg z Zawiszą mogą mnie przehandlować niczym dziewiętnastowieczny obszarnik, sprzedający wieś z „duszami”.

Nie zamierzam być przedmiotem transakcji typu „my wnosimy trzy procent, wy siedem procent, dzielimy się tak”. To mnie obraża. Traktowanie tak mojego głosu to najlepszy sposób, żeby go stracić.

Zamiast wyklinać wyborców innych partii, przywódcy Platformy Obywatelskiej powinni popracować nad przedstawieniem wyborcom propozycji wychodzącej poza „żeby znów było jak dawniej”. Na razie tego nie widać, a co gorsza, pojawiają się pomysły typu „Komorowski jako lokomotywa wyborcza”.

Nawet przeciwnicy PiS nie chcą, żeby było jak dawniej. Większości ludzi poprawiła się stopa życiowa w porównaniu z 2015 (będę ciekaw kontr-narracji czytelników, którym się pogorszyła).

Nie twierdzę, że to zasługa PiS - twierdzę, że to nie ma znaczenia. Przeciętny Polak nie wzdycha z nostalgią „ech, żeby znów było za Tuska”. Odczuwają ją, być może, przedstawiciele elit („ech, Zdzisiek był wtedy ministrem, a Czesiek wojewodą...”), ale nie Jan Kowalski, co pokazują liczne sondaże.

Panie i Panowie z Platformy, nie myślcie, jak pognębić Biedronia czy Zandberga. Myślcie, jak odzyskać Kowalskiego. Czego wam życzę w nowym roku.

niedziela, 06 stycznia 2019
Zapaterisación continua!

Nie masz w Rzeczpospolitey mniejszości srodzej prześladowanej niżli rzymscy katolicy. Tę prostą prawdę ponad wszelką wątpliwość wykazały pióra tak znakomite jak Terlikowski, Lisicki czy Pospieszalski. Byłem trochę zaskoczony, gdy swoje trzy grosze postanowił dołożyć do tego Jerzy Sosnowski, który obiegł ostatnio media ze swoją skargą na ateistów, którzy go prześladują za wiarę.

Zarzuty Sosnowskiego są tyleż emocjonalne, co niekonkretne. Nie wiadomo, których konkretnie ateistów ma na myśli (w miarę konkretnie wskazuje tylko Jacka Dehnela).

Czy ma na myśli także mnie? Tego wprost nie mówi, ale odniosłem takie wrażenie.

Najbliżej konkretu Sosnowski jest wtedy, gdy określa jaka forma ateizmu jest dla niego akceptowalna. Otóż może łaskawie dopuścić istnienie „ateistów argumentujących jak Iwan Karamazow”.

To bardzo interesujący wyjątek. Iwan Karamazow jest postacią fikcyjną, wymyśloną przez Dostojewskiego w jednym celu: jego światopogląd ma ulec w finale spektakularnej kompromitacji.

Iwan Karamazow jest dla chrześcijanina wygodnym workiem treningowym. Jego argumentacja jest groteskowo niespójna. Tak naprawdę nawet nie jest ateistą, najsłynniejszy rozdział tej powieści to „Wielki Inkwizytor”, w którym Iwan przedstawia Aloszy swój poemat o Chrystusie (helou?) i spiera się z nim o to, jaki jest Bóg (HELOU?).

Nigdy nie będę „ateistą argumentującym jak Iwan Karamazow”, bo - o ile mi wiadomo - nie jestem postacią literacką napisaną przez mistycyzującego chrześcijanina. Dosyć już tej dostojewszczyzny, użyję metafory odwołującej się do gier komputerowych.

Występują w nich postacie niegrywalne - „non player characters”, swojsko zwane enpecami. Dobrze skonstruowane enpece możemy bardzo lubić, ale ich zadanie jest proste: mamy je albo zabić, czasem uratować, czasem ominąć.

Nie wolno im prowadzić samodzielnej gry. W końcu to nie one płacą.

Człowiek, który się za bardzo przyzwyczaił do grania w fabularne single playery, czasami odczuwa dyskomfort w multiplayerach. Poniekąd sam kimś takim jestem, więc doskonale rozumiem Sosnowskiego.

Jak fajnie jest walczyć z Iwanem Karamazowem! W finale Katarzyna Iwanowna wyrywa mu serce, toż to babality!

Mimowolnie Jerzy Sosnowski pokazał słabość publicystyki katolickiej w Polsce. Od dziesięcioleci grają na cheacie. Papież im dał IDDQD, konkordat im dał IDKFA, przechwycenie mediów daje im NOCLIP.

Ateiści tacy jak Urban, Hartman czy Palikot doskonale się do tego nadawali. Ich głupkowaty ateizm jest samo-deprecjonujący, łatwiej ich ośmieszyć od Karamazowa.

Są jako ten NPC, który chodzi w kółko według algorytmu, więc tak łatwo go zajść od tyłu. Z ateistą takim jak Dehnel to już nie jest takie proste. Nie można zanajfować nooba, w każdym razie, bez obrazy, nie na tym skillu.

Sosnowski ciska te swoje najpotężniejsze bronie, które kiedyś dostał dzięki cheatowi. Odpala „PORÓWNAM WAS WSZYSTKICH DO PRL”. Dodaje combo „I Z TEGO WYCHODZI MI ŻE JESTECIE GORSI OD PRL” (kopipasta verbafuckingatim z jego tekstu: "Komuniści, jak się okazuje, byli lepiej wyedukowani od dzisiejszych nowych ateistów...").

Kastuje spella „Zasługi Kościoła dla Narodu!”. Ładuje działa ekstrapenetracyjną amunicją JP2!

I nic! „Puff” zmokłego kapiszona. Ateiści nie chcą paść na kolana i się rozpłakać na łonie Katarzyny Iwanownej.

Ateista w Polsce z konieczności musiał się stać weteranem multiplejerów. Gdybyśmy się przejmowali tym, że ktoś nas obraża za nasze poglądy - musielibyśmy oszaleć albo wejść w jakiś ketman. I pewnie wielu tak zrobiło.

Kiedyś ogłosiłem na blogu początek zapateryzacji. Młodzież może nie kojarzyć tego pojęcia, chodzi o premiera Hiszpanii z lat 2004-2011, który zerwał ze starymi kompromisami państwo-kościół i zapoczątkował otwartą laicyzację.

Laicyzacja oznacza koniec single playera z cheatem. GAME OVER. To se ne vrati. Deal with this.

Jerzy, witaj w świecie moim, w świecie Jacka Dehnela, w świecie innych moich przyjaciół. Nasz światopogląd obrażany jest codziennie w prime-time, na pierwszych stronach gazet, przez tzw. Autorytety. Przyzwyczailiśmy się, ty też dasz radę, jesteś dużym chłopcem.

Może chciałbyś, żeby nikt nikogo nie obrażał? Świetny pomysł! A gdyby tak, na początek, powstrzymać się przed porównywaniem oponentów do funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu?

niedziela, 30 grudnia 2018
Jazz niepodległości

Skoro kończy się rok stulecia niepodległości, rzutem na taśmę zrobię notkę na bazie artykułu, do którego zacząłem nawet robić risercz, ale ostatecznie go nie dokończyłem. Planowałem go do cyklu o bohaterach niepodległości.

Wśród fenomenów stulecia niepodległości fascynował mnie temat polskiego jazzu. Na którym się nie znam, dlatego w końcu poczułem, że temat mnie przerasta i tekst nie powstał.

Znam się jednak jako-tako na rocku i zaryzykowałbym taką tezę: Polski jazz właściwie od razu po wyjściu z katakumb (1955) ma światowy poziom, w sensie, że od razu „Ptaszyn” gra z Amerykanami jak równy z równymi (w ramach niedokończonego riserczu rozmawiałem o tym z „Ptaszynem”; odpowiedział skromnie, że Amerykanie po prostu byli uprzejmi dla kolegi z biednego kraju).

Nawet jeśli rzeczywiście dostał „punkty za pochodzenie”, to jednak kariery typu Komeda / Dudziak / Urbaniak chyba uzasadniają moją tezę. Próżno w każdym razie szukać analogicznych karier w polskim rocku.

Skąd potęga polskiego jazzu? Znakomita płyta „Noc w wielkim mieście” jazz-bandu Młynarski-Masecki uświadomiła mi, że polski jazz miał wysoki poziom jeszcze przed wojną.

Najstarsza wzmianka o graniu jazzu w Polsce pochodziła z magazynu związku muzyków polskich „Rytm” (1/1922) i miała przeuroczy tytuł „Profanacja sztuki. Przeróbki Chopina przez Jazz-bandę”:

„Kilka dni temu z oburzeniem stwierdzono, jak Jazz-band w Wielkiej Ziemiańskiej wygrywał Fox-trotta, na którego trzy części składają się przeróbki Chopina Fantasie-Improptu cis moll op 66, walc Des dur op 64 nr 1 i marsz Żałobny! Jak to wyglądało przy porykiwaniu trąbek, wyciu gwizdków, warczeniu rozmaitych bębenków, kastanietów, ksylofonów i innych nieodzownych dodatków tej murzyńskiej muzyki, można sobie wyobrazić (...) wypadek powyższy zainteresował zjednoczenie związku muz. pol. i na najbliższym posiedzeniu Rada Głowna przedsięweźmie odpowiednie kroki celem zapobieżenia na przyszłość podobnej profanacji.”

Wielu wirtuozów przedwojennego jazzu było pochodzenia żydowskiego, rok 1939 więc po prostu urwał tę epokę. Potem był stalinizm. Skąd kolejne pokolenie mistrzów po 1955?

Intuicyjnie czułem, że takie umiejętności można przenosić tylko w systemie czeladnik-mistrz. Tę intuicję potwierdził Ptaszyn, który powiedział mi: „nauka improwizowania polega na nauce harmonii, mnie tego nauczył Komeda, Komedę Matuszkiewicz”.

A kto nauczył Matuszkiewicza? W ramach niedokończonego riserczu zadzwoniłem i do niego - odpowiedział, że wszystko co miał do powiedzenia dziennikarzom, już opowiedział i uprzejmie lecz stanowczo zakończył rozmowę.

Paweł Brodowski, redaktor naczelny Jazz Forum - któremu w ramach niedokończonego riserczu zabrałem kawał dnia - podał mi kilka nazwisk „nauczycieli Dudusia”. Byli to przede wszystkim Kazimierz Turewicz i Zbigniew Wróbel, którzy po wojnie grali w krakowskich restauracjach Casanova przy Floriańskiej i Feniks przy Rynku.

Muzycy, którzy przenieśli jazz od przedwojnia do powojnia, byli głównie muzykami knajpianymi. Był to na przykład Karel Nejdely (Charles Bovery), który do Warszawy przeniósł się w 1942. Po wojnie grał w restauracji w ruinach hotelu Europejskiego, wyemigrował w 1958.

Pojawiały się też inne nazwiska - Zbigniew Wróbel, Józef Łysak, Zygmunt Karasiński, Władysław Figiel. Ich losy podczas okupacji były dramatycznie odmienne, niektórzy uprawiali de facto kolaborację, grając w lokalach „nur fur Deutsche” (Nejdely), inni zaś żyli z muzyki weselnej i działali w AK (Figiel).

Poczułem, że to tak fascynujące historie, że nie jestem w stanie tego opisać syntetycznie. Zacząłem tylko fantazjować o powieści/filmie o jazzie knajpianym (1939-1955). Jest taka świetna czteropłytowa składanka „Polish Jazz 1946-1956” (chyba nie ma jej na Youtube?), na której można posłuchać m.in. Bovery’ego właśnie. A więc soundtrack już mamy...

Knajpiany i katakumbowy współegzystowały, bo nawet gdy jazz oficjalnie wyklęto i zakazano (sierpień 1949, zjazd muzyków w Łagowie), grywano go na poły potajemnie w nocnych lokalach i na zabawach studenckich. Witold Skrabalak, którego w swojej lewicowej młodości zdążyłem poznać jako sympatycznego staruszka, zapadł wtedy ludziom w pamięć jako czujny strażnik studenckich potańcówek, interweniujący za każdym razem, gdy orkiestra zagrała niedozwoloną synkopę.

Próbowałem zrozumieć, co mieli w głowach ludzie - często niegłupi - zwalczający jazz z taką zapalczywością. Nie było to proste, bo zazwyczaj teksty potępiające jazz, potępiały także coś innego, w stylu: „[brońmy] kultury przed imperialistami, którzy chcieliby z nas uczynić mięso armatnie, a z kultury pornografię i jazz” (Tadeusz Borowski, 1953).

W marcu 1950 artykuł „Umasowić studenckie zabawy” w tygodniku „Po prostu” uruchomił ciekawą dyskusję. W miarę klarownie sformułowano tam potępienie jazzu: chodzi o to, że tańcząc go, człowiek wykonuje uwłaczające rozumowi i godności ludzkiej ruchy, tak zwane boogie woogie.

To oczywiście prowadziło do pytania: a co gdyby słuchać jazzu bez tańczenia (useless trivia: pierwszy siedzący koncert jazzu w Polsce był w 1929 w filharmonii poznańskiej)? Albo tańczyć innymi krokami? Zadał je w liście do redakcji (opublikowanym w numerze 4/1951) „student politechniki gdańskiej Andrzej Kożuchowski”.

Ideologicznego odporu udzieliło mu wielu autorów, w tym Paweł Beylin (6/1951): „„naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego kol. Kożuchowski odrywa sposób tańczenia od samego utworu tanecznego (...) boogie woogie to jeden ze społecznych przejawów imperialistycznego bandytyzmu i jako taki jest nam wrogi i obcy i powinniśmy go potępiać”.

Kończył swój tekst retorycznymi pytaniami: „Czy może istnieć boogie woogie, które bez wstydu mógłby zatańczyć student Polski Ludowej? Czy może istnieć kapitalista, który dobrowolnie rozda majątek robotnikom i stanie u boku klasy robotniczej?” i ówczesnym zwyczajem na wszelki wypadek odpowiadał: „nie liczyłbym ani na jedno ani na drugie”.

Bo „tańczyć można naprawdę ładnie” - pisał w 1953 Andrzej Mandalian - „a można w konwulsyjnych podrygach, grymasach klasy, która według uwagi pisarza Panfierowa, przyszła z Marsylianką, a odeszła z foxtrotem”. I z tej okazji życzę wszystkim naprawdę ładnego, burżuazyjnego Sylwestra!

środa, 26 grudnia 2018
Którędy na Kraków?

Siodemka na mapie z 1913

Moja autostradowa pasja zaczęła się jakieś dwadzieścia parę lat temu, gdy jako dziennikarz oraz jako rodzic zacząłem w miarę regularnie jeździć po Polsce. Jeździło się wówczas strasznie, co obrosło całą kulturą porad typu „do Wrocławia przez Turek”, która szczęśliwie przechodzi już do historii.

Dla Warszawiaka najważniejszym pytaniem z tej serii od prawie 30 lat było: którędy na Kraków (a więc także Zakopanego itd.).  Początek był prosty, opuszczamy centrum Aleją Krakowską. Ta dowoziła nas do spadku po gierkowskiej modernizacji: potwornie dysfunkcjonalnego skrzyżowania w Jankach, w którym łączyły się trzy dwujezdniowe drogi.

Stał tu drogowskaz - w lewo z napisem „7 - Kraków”, w prawo z napisem „8 - Wrocław”. Kierowca, któremu życie miłe, powinien był jechać na Katowice. Czyli, rzecz jasna, na Wrocław (a: w drodze powrotnej na Warszawę opisaną jako Łódź).

Tu maleńka dygresja: niedoświadczony kierowca często błędnie interpretuje drogowskaz typu „666 Myciska” jako wskazanie najlepszej możliwej drogi do Mycisk. Drogowskaz tymczasem informuje po prostu o tym, że tędy biegnie droga numer 666, a najbliższą dużą miejscowością będą Myciska.

Drogowskazów w sensie „najlepsza droga” nie ma u nas w zasadzie wcale. Pytania typu „dlaczego” i „czy powinno”, to tematy na osobną notkę, jako pragmatyk po prostu informuję, że tak jest.

Stąd paradoksalne obrazki, latające czasem po fejsie, pokazujące rozstaje dróg, na których drogowskazy w obu kierunkach prowadzą do tej samej miejscowości. Albo jeszcze widoczny na warszawskiej obwodnicy ślad po przemalowaniu „Sandomierza” na „Piaseczno”.

Biada temu, kto pojechał zgodnie z drogowskazem. Do Grójca było jako tako - jechało się drogą w standardzie „gierkówkowym” - czyli dwie jezdnie, ale częste kolizyjne skrzyżowania, przejścia dla pieszych, obszary zabudowane i czerwone światła. Za Grójcem zaczynało się 300 km tragedii.

Siódemka, tak jak większość polskich dróg krajowych jeszcze w roku 2000, miała przebieg wytyczony w XIX wieku. Niemal w całości widzimy ją na mapie samochodowej Królestwa Polskiego z roku 1913 (za serwisem igrek.amzp.pl).

Jedyną różnicą w stosunku do tej mapy była wschodnia obwodnica Kielc, którą rozgrzebano w czasie wielkiego gierkowskiego zrywu i ukończono w 1984, kosztem mnóstwa posunięć oszczędnościowych. Był to pierwszy zalążek dzisiejszej drogi ekspresowej S7, ale z jedną jezdnią, brakiem poboczy itd.

Lepiej było więc wtedy jechać kombinacją gierkówka + obwodnica GOP + autostrada A4. Ta ostatnia, choć też substandardowa, dawała jednak namiastkę „zachodu” (a kto jechał do Zakopanego, mógł nią Kraków ominąć, aż do zakopianki).

Potem stałem w korkach spowodowanych ruchem wahadłowym z okazji budowy obwodnicy Szydłowca. Potem z radością przywitałem obwodnicę Białobrzegów - bo tamtejszy przedwojenny most był perełką architektury, ale stało się na nim w masakrycznym, stojącym korku.

Z tej okazji miałem swoje pierwsze polskie doświadczenie a la „Route 66” - przydrożny bar Vabank, który bardzo lubiłem, został odcięty od ekspresówki. Dziś tylko uważny pasażer dostrzeże zarastające drzewami ruiny.

Około 2010 ta trasa na tyle się poprawiła, że zrobiła się opłacalna w porównaniu do gierkówki (przechodzącej bolesny proces upgrade do ekspresówki S8). Potem kolejny fragment A1 sprawił, że bardziej się opłacało combo A2/A1/A4 (mimo potężnego nadkładania drogi).

Jednak teraz już mamy niemal nieprzerwany ciąg ekspresówki od Grójca po granicę województwa małopolskiego. Gdzie siódemka dalej biegnie dokładnie według mapy z 1913. Nadal jednak opłaca się teraz jechać tędy, tym bardziej, że ostatni fragment gierkówki czeka teraz bolesny proces upgrade do A1.

Ziemowit Szczerek wydał w 2014 powieść „Siódemka” o kierowcy jadącym z Krakowa do Warszawy, który mija „siedem cudów siódemki”. Teraz minie już tylko pierwsze dwa: mural pod mostem w Krakowie i hotel „Zameczek” w Książu Wielkim.

Pierwszy odpadł hotel „Lord” w Warszawie przy Alei Krakowskiej, bo otwarto obwodnicę Janek wraz z łącznikiem do DK7. Miesiąc temu odpadł Radom.

Warszawski kierowca powinien wyrobić nowy odruch. Teraz w większości przypadków należy unikać Alei Krakowskiej i kierować się na obwodnicę. Tę należy opuścić preclowatym węzłem Opacz, cały czas trzymając się opcji „S7 Kraków”.

To też tymczasowe, bo gdzieś od 2022 będziemy już jechać krótszą drogą, z węzła Warszawa Południe, omijając Tarczyn. Rok później swoje powinni odfedrować od strony Krakowa. I wtedy miniemy już wszystkie szczerkowe „cuda siódemki”, a mapa z 1913 nareszcie stanie się bezużyteczna.

czwartek, 13 grudnia 2018
O co chodzi Unii Europejskiej?

Zgodnie z tradycją blogaska, tytułowe pytanie proponuję rozważać w szerokim kontekście historycznym, w oderwaniu od bieżączki. Pretekst do zadania może być bieżący, kontekst nie.

Tym kontekstem niech będzie dwanaście stuleci prób zaprowadzenia pokoju w Europie. Od czasu Karolingów co kilkadziesiąt lat w rożnych miastach spotykają się dyplomaci i możnowładcy, rysują kreski na mapach i spisują coraz dłuższe traktaty - na prożno.

Z wszystkich tych prób, Unia Europejska jest najbardziej udaną. To jest fakt bezsporny - 61 lat po jej zainicjowaniu traktatem rzymskim (1957), nadal nie było wojny między sygnatariuszami. Czy można to powiedzieć o jakiejkolwiek takiej inicjatywie od czasu traktatu z Verdun (843)?

Tym traktatem spadkobiercy Karola Wielkiego dzielili między siebie imperium, które zaczęło się rozpadać jeszcze za życia jego założyciela. Karol scalił wcześniej istniejące królestwa Neustrii i Austrazji (bardzo lubię ich nazwy, bo brzmią jak coś z fantasy), z których potem przez wiele etapów pośrednich powstaną Francja i Niemcy.

Traktat dzielił imperium między trzech wnuków Karola Wielkiego. Ambitnemu Lotarowi przypadł wąski pasek od dzisiejszego Beneluksu po Włochy. Zgodnie z traktatem, władca tej części (Lotaryngii) z automatu był cesarzem.

Wiadomo, czym się to musiało skończyć - permanentną wojną Neustrii z Austrazją o kontrolę nad Lotaryngią. I w zasadzie tak można podsumować historię Europy Zachodniej do 1945.

Profesja „cesarza rzymskiego” była zawodem podwyższonego ryzyka, bo samo przyjęcie tego tytułu gwarantowało wrogość Bizancjum, Neustrii, Austrazji, papieża, włoskich magnatów, i wuj wie kogo. Ostatnim był nieszczęsny Berengar I, na którym ten tytuł wygasł w 924.

Wznowił go w 962 Otton Wielki, syn Henryka Ptasznika (znanego nam z gry „Return to Castle Wolfenstein”), który prowadził mieszaną politykę wobec Słowian, czasem z nimi wojując, czasem uznając za lenników. Historię Europy Wschodniej można do dzisiaj podsumować jako „Tysiąc lat Hassliebe Słowian i Niemców”.

Tak się zaczęła kolejna idea zjednoczeniowa - cezaropapizmu. Europa Zachodnia teoretycznie stała się rzeczpospolitą chrześcijan, „Res Publica Christiana” - w której wszyscy uznają w sprawach duchowych prymat papieża, a w sprawach politycznych cesarza (elekcyjnego).

W praktyce to nie zadziałało. Papieże ciągle borykali się z antypapieżami, a cesarze z pretendentami.

Ludzie średniowiecza ciągle jednak mieli nadzieję, że uniwersalizm cezaropapieski w końcu jakoś zadziała i zapobiegnie wojnom. Wracała na kolejnych soborach, np. w Konstancji (1414-1418), m.in. za sprawą słynnego udziału Pawła Włodkowica.

Ostatecznie te nadzieje przekreślił trolling tysiąclecia w postaci 95 tez Lutra (1515). Katolicy i protestanci przez pewien czas testowali nowy pomysł na pokój w Europie: wymordowanie tych drugich. Nie udało się, mimo usilnych starań.

Stąd kolejny pomysł: pokoje augsburski (1555) i westfalski (1648), wprowadzające zasady „cuius regio eius religio”. Stawiały dotychczasowy uniwersalizm na głowie (gdy PiS się powołuje na „suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie odwołuje się do ładu westfalskiego).

Zastąpienie światopoglądowej wspólnoty cyniczną grą interesów doprowadziło do tzw. „kadryla dyplomatycznego”. Państwa zrywały i zawiązywały „odwieczne sojusze” z dowolnego powodu, mordując się o byle co.

To się skończyło razem z Napoleonem, pierwszym władcą Neustrii od IX stulecia, który sięgnął po tytuł cesarza. Spróbował zjednoczyć Europę pod hasłem Praw Człowieka i Obywatela. I prawie mu się udało... ale jednak prawie.

Kongres Wiedeński w 1815 ustanowił Święte Przymierze, mające przynieść Europie pokój pod hasłami kontrrewolucji i legitymizmu. Ludzie tego nienawidzili i od 1830 obalali ten system w kolejnych powstaniach i rewolucjach (w tym: w Polsce). Ostatecznie szlag go trafił po Wiośnie Ludów.

Po wojnie francusko-pruskiej wytworzył się system, który przyniósł Europie 40 lat pokoju. Trochę przypominał zimną wojnę. Niemcy, Włochy i Austro-Węgry stworzyły blok militarny, którego przeciwwagą była równie silna Ententa.

To była beczka z prochem, która w końcu eksplodowała. Kończący ją Traktat Wersalski teoretycznie miał przynieść pokój (znów na bazie wspólnych wartości), ale okazał się fatalnie skonstruowany. Kolejna eksplozja była jeszcze gorsza.

Potem nadeszła zimna wojna, znów oparta na równowadze wrogich bloków - ale jednocześnie w 1957 ruszyła inicjatywa pokojowo-zjednoczeniowa, którą dziś pan Adrian hejtuje za zakaz sprzedaży żarówek. Otóż nawet gdyby jego krytyka była słuszna (a nie jest), lepszy zakaz żarówek od wojny.

Unia Europejska ma oficjalną listę 11 „ojców założycieli”. Na tej liście aż 9 pochodzi z królestwa Lotara. To nie jest przypadek.

Idea unijna polega na przekreśleniu westfalskiej suwerenności (tak drogiej Kaczyńskiemu). Po prostu jest aż nadto dowodów, że to nie jest sposób na pokój.

Jest też wiele dowodów na to, że wojny handlowe mogą być równie okrutne i krwawe, jak wojny ideologicze. Brak wojen handlowych wymaga zaś wspólnych regulacji.

Europejskie normy dotyczące żarówek czy bananów mogą szokować pana Adriana, bo to nieuk. Ale podobne normy działały jeszcze w średniowieczu, że przypomnę choćby słynny Reinheitsgebot (czyli normę unifikującą skład piwa w całym cesarstwie).

Z pewnością da się wymyślić coś lepszego od obecnej Unii. Tak jak wielu Ojców Założycieli jestem federalistą: docelowo marzę o Stanach Zjednoczonych Europy.

Moja teza brzmi jednak tak: to najlepsze, co w tej kwestii wymyślono od czasu Pax Romana. Ergo, może nie najlepsze z rozwiązań wymarzonych, ale najlepsze z realnie wypróbowanych.

Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do jego przestawienia - acz debiutantów tradycyjnie namawiam, żeby przedtem przejrzeli inne dyskusje.

sobota, 08 grudnia 2018
Faszyzm z Krzemowej Doliny

Jest taka piosenka, stawiająca jedno z najważniejszych pytań popkultury: „Who put the bop in the bop shoo bop”. Tego się nigdy nie dowiemy, natomiast łatwo odpowiedzieć na pytanie - „kto umieścił krzem w Krzemowej Dolinie”.

Był to William Shockley, który w 1956 założył w Mountain View firmę Shockley Semiconductor. Krzemowa Dolina rozwija się przez podział. Gdyby narysować drzewo genealogiczne firm takich, jak Apple, Motorola, Intel, Facebook czy Google, będą się wszystkie wywodzić z Shockley Semiconductor.

Shockley był jednym z współwynalazców tranzystora - za co dostał Nagrodę Nobla (do podziału z Brattainem i Bardeenem). Zasadniczego wynalazku dokonał w Bell Labs, na drugim końcu kontynentu, w New Jersey.

Firmę założył w pobliżu Palo Alto, bo tam mieszkała jego starzejąca się matka. Gdyby matka zmarła wcześniej, być może Shockley zostałby w New Jersey i zamiast Krzemowej Doliny mielibyśmy Krzemowe Wybrzeże.

Możemy Shockleya spokojnie nazwać Ojcem Założycielem Krzemowej Doliny. Równocześnie jest on jednak - i tu się robi ciekawie - ojcem założycielem alt.right.

Krzemową Dolinę stać na najlepszych pijarowców, wykreowała więc pozytywny image miejsca, w którym spotykają się postępowe geeki. Dlatego gdy wychodzi z nich seksizm, rasizm czy randroidyzm, w mediach lecą komentarze typu „co poszło źle, skąd się to wzięło”.

Skrajnie prawicowe poglądy przyjechały do Krzemowej Doliny razem z krzemem. Są niczym „shoo” dla krzemowego „bop” w harmonijnym „bop shoo bop” Elona Muska i Petera Thiela.

Shockley był związany z ekstremistyczną organizacją Pioneer Fund, założonej w latach 1930. dla sprzeciwiania się Ameryce Nowego Ładu. Jej celem było przywrócenie XIX-wiecznego kapitalizmu, z systemem przywilejów dla najbogatszych białych ludzi i zniewolenia dla całej reszty.

Forsowany przez nich światopogląd streściłbym tak: przywileje bogaczy są zasłużone, bo dorobili się bogactwa dzięki swemu IQ. Biedni powinni uznawać ich władzę we własnym interesie, bo sami spieprzą władzę nawet jak ją dostaną.

Powszechna edukacja nie ma sensu, bo inteligencja jest dziedziczna. Biednych najlepiej sterylizować, dla poprawy gatunku.

A poza tym skoro kobiety są genetycznie głupsze od mężczyzn, a czarni od białych, należy przywrócić XIX-wieczne zasady. Odebrać kobietom prawo głosu, utrzymać dominację białej rasy.

Shockley uważał siebie za geniusza, który zasługuje na bogactwo i przywileje. Rzeczywiście był bardzo zdolnym fizykiem, ale jego kariera wyglądała dziwnie.

Odszedł z Bell Labs, bo się pokłócił ze swoim zespołem. Chciał założyć firmę, która zdominuje światowy rynek półprzewodników.

Znalazł sobie zdolnych młodych podwładnych, ale jego faszystowski styl zarządzania (możecie sobie wyobrazić ten koszmar - szef, który wierzy w ideolo Ayn Rand!) sprawił, że odeszli. Shockley nazwał ich „zdradziecką ósemką”, oni tę nazwę przyjęli z dumą.

To oni - a nie on - założyli wielkie firmy (w tej ósemce był Gordon Moore, ten od „prawa Moore’a”). Biznes Shockleya się bez nich rozsypał.

Jako noblista bez trudu zyskał etat na Stanfordzie. Resztę kariery spędził jako szalony profesor, który przynosi coraz większy wstyd uczelni, ale nie można go zwolnić.

Shockley uważał siebie za geniusza, ale jego kariera pokazuje, że umiejętności społeczne miał poniżej przeciętnego afroamerykańskiego barbera z Oakland. Co to może nie umiałby rozpisać kwantowo ruchu elektronów w półprzewodniku, ale umiał utrzymać lojalnych klientów i pracowników.

Przez wiele lat rekrutacja do Google’a była ukierunkowana na szukanie geniuszy, kandydatom kazano więc rozwiązywać testy i zagadki. Po latach firma, która przykłada Big Data do wszystkiego, przyłożyła to do siebie samej i odkryła, że te testy nie miały sensu. Nie przekładały się na późniejsze osiągnięcia pracownika.

Dziś rekrutacja premiuje umiejętność pracy w zespole. To przecież najważniejszy skill - czy to w korpo, czy na uczelni, czy na boisku.

Duch Williama Shockleya do dziś straszy w mrocznych zakątkach serwerowni w Krzemowej Dolinie. Pamiętajmy więc, że gdy cyberoligarchowie (albo finansowane przez nich NGO’sy) obiecują nam „uczynienie świata lepszym miejscem” - to niekoniecznie oznacza miejsce lepsze dla ludzi takich jak ja czy ty.

Chodzi o „lepsze dla białych miliarderów, przekonanych że im się wszystko po prostu należy”.

środa, 28 listopada 2018
Panna brzydka i kłótliwa

Bycie pisowcem, który próbuje ufać prorządowym mediom, musi być dzisiaj wyjątkowo ciężkie. Przekazy dnia zaczynają sobie przeczyć. Notką chciałbym biednym pisowcom rozwiązać wątpliwości w sprawie pani ambasador i TVN.

Z nasłuchów prawicowych blogowisk zauważyłem, że część pisowców uwierzyła, że TVN swoim reportażem o urodzinach Hitlera dokonał jakiegoś nielegalnego czynu, za który grozi mu gigantyczna kara. To widziałem w wielu komentarzach, często w wersji „w Ameryce by się z tego nie wypłacili”, więc to pewnie musiał być przekaz dnia.

Zamieściłem jeden z takich komentarzy jako ilustrację. Chciałbym kiedyś komuś takiego zajrzeć do głowy i dowiedzieć się, jak on sobie wyobraża prawo.

Kto, w jakim trybie, z jakiego paragrafu miałby zasądzić te „miliardowe odszkodowania”? Karnie, cywilnie, administracyjnie?

W tym komentarzu jest wiele pięter absurdu. Zaczynając od samej góry: ujawnienie istnienia neonazistów w Polsce, to nie jest „szkoda na wizerunku Polski”.

W Stanach, Francji i Niemczech też są neonaziści. Nikt tego nie ukrywa. To ani powód do dumy, ani do hańby.

Wizerunkowi dobrze robi istnienie niezależnych mediów, które neonazistów demaskują. Wizerunek kraju hańbi ich zwalczanie.

Można by TVN wrobić w zarzuty o propagowanie nazizmu - tak jak to próbowała zrobić prokurartura, ale zrezygnowała. To by upadło już w sądzie pierwszej instancji (najdalej na etapie Strasburga). I w żadnym wypadku nie wyszłyby z tego „miliardowe odszkodowania”.

Pisowcy zdają się przyjmować za przekazem dnia, że nie było żadnych urodzin Hitlera, to wszystko prowokacja TVN. Cała ta wersja bazuje wyłącznie na zeznaniach uczestników owych urodzin (którzy mają powody, żeby kłamać - i pełne prawo do tego; przypominam, oskarżony może kłamać, świadek nie).

Nawet jednak jeśli przyjmiemy tę wersję - nadal nie ma podstaw ani do kary, ani do „miliardowych odszkodowań”. Dziennikarze mają prawo do prowokacji dziennikarskich, których celem jest ujawnienie tego, że ktoś byłby skłonny złamać prawo (wziąć łapówkę, przekroczyć uprawnienia, propagować nazizm).

Porządnego człowieka nie da się sprowokować do udziału w urodzinach Hitlera. Porządny człowiek po prostu odmówi (nawet jeśli mu się zaproponuje dwadzieścia tysięcy).

Nawet więc w tej wersji to nadal nie ma sensu. Jeśli połączyć to z tym, że PiS od dawna obiecuje przyjęcie jakiejś ustawy wymierzonej specyficznie w TVN, oburzenie Amerykanów jest zrozumiałe.

Otóż w Ameryce nie można by w takiej sytuacji telewizji wrobić nawet w propagowanie nazizmu (w Ameryce to w ogóle jest legalne). Z punktu widzenia Amerykanina tu nie ma podstaw do jakiejkolwiek kary czy odszkodowania, niezależnie od wersji wydarzeń.

Trump też ma swoje udry z mediami, ale zauważcie, że nie jest na tyle szalony, żeby nasłać na CNN prokuraturę albo zapowiadać ustawę wymierzoną w „failing NYT”. Chyba nawet pisowiec powinien zauważyć pewną istotną różnicę?

A że list pani ambasador jest nieuprzejmy? No cóż, jak słusznie zauważył Bartoszewski, Polska to panna brzydka i bez posagu, więc musi dostosować do tego swoją dyplomację.

Czy się to komu podoba czy nie, taka jest brutalna prawda. „W dyplomacji nie ma sentymentów, są interesy” - sami pisowcy uwielbiają to powtarzać.

Jakie interesy można robić z Polską? Kupić w przedsprzedaży dużą partię tych elektrycznych samochodów, co to kiedyś kiedyś może może wyprodukuje Morawiecki? I może wziąć w pakiecie przyszłoroczną produkcję stoczni szczecińskiej, co to ją Morawiecki rzekomo wznowił stukając młotkiem w jakieś przypadkowe żelastwo?

A może sprzedać nam te korwety albo helikoptery, co to jeszcze Macierewicz storpedował? Obiecywał, że zamiast tego kupimy coś lepszego i tańszego. I co? I jajco, jak zwykle.

Udało wam się dokonać tyle, że teraz Polska jest panną brzydką i bez posagu, ale dodatkowo z opinią kłótliwej awanturnicy, w dodatku stukniętej.

A że odgoniła zalotników z Brukseli, to już jej został tylko ten jeden, przystojniaczek z pomarańczową grzywką na plaster. Nie jest to człowiek lotnego umysłu, ale nawet on wie, co z tego wynika, że ktoś nie ma innego wyjścia. Wykorzysta to teraz na maksa.

Pisowcy, wpakowaliście nas wszystkich w tą sytuację z własnej głupoty. Mądrzy ludzie ostrzegali was od trzech lat, że to się tak skończy. Ale nie, wy woleliście wierzyć, że Trump z prawicy i Kaczyński z prawicy, to się dogadają.

May I ask, po jakiemu?


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90