Ekskursje w dyskursie
Kategorie: Wszystkie | PCP/IP | Pathfinder | Plejlista | Polityka | Pop | Potpourri | Promocja | Psych Watch
RSS
sobota, 19 maja 2012
Dzieje budowy autostrad

Autostrady w Polsce

Na targach książki kupiłem monografię prof. Janusza Kalińskiego „Autostrady w Polsce, czyli drogi przez mękę”. Coś mi mówi, że sensacyjny tytuł to już radosna twórczość wydawnictwa. Książka jest ciekawa, ale szkodzi jej powierzchowne opracowanie edytorskie.
Materiały graficzne przygotowano na kolanie. Mapy ilustrujące postęp w budowie dróg zaczerpnięto z fleszowej animacji na (nieistnijącym już?) serwisie nowedrogi.pl - to niedobrze, bo ta animacja pokazywała wyłącznie drogi, które autostradowe oznakowanie zachowały do naszych czasów, pomijając dla uproszczenia drogi zdeklasowane, jak S22, DK88 czy DW142.
To nie ma sensu, kiedy w tekście obok akurat autor opisuje historię budowy tych dróg jako autostrad. Schematyczna mapa na stronie 32 to skandal, proszę zobaczyć, gdzie na niej jest Częstochowa! A to mapa pokazująca ostateczne utrwalenie w 1996 roku koncepcji autostrady A1 jako zachodniego obejścia Częstochowy (którą na tej mapie przeniesiono na trasę S8).
Szczególnie interesująca jest błędna mapa ze strony 87. Podpisano ją „źródło: GDDKiA” i pokazuje „przewidywaną sieć w roku 2013”. Widziałem reprodukcje tej mapy z tymi samymi grubymi błędami w różnych mediach, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, więc zrobił je raczej właśnie ktoś z GDDKiA.
Te błędy pokazują sytuację jako dużo gorszą niż w rzeczywistości. Nie ma na tej mapie dróg, które już są (podkrakowskich odcinków S7, S1 przy Cieszynie, S1 przy Tychach). Nie ma tych, które są w tak zaawansowanej budowie, że będą jeszcze w tym roku (np. S8 z upgrade gierkówki).
Charakterystyczna cecha, po której można poznać tą błędną mapę, to S3 jako obwodnica omijająca Zieloną Górę od zachodu (błędnie), a nie od wschodu. Oczywiście, zaznaczono ją jako niegotową w 2013, choć istnieje od 2005.
Jeśli ktoś w ministerstwie i GDDKiA z całą pewnością NIE zasługuje na nagrodę, to są to osoby odpowiedzialne za pijar. To już szczególny absurd, mylić się na własną niekorzyść i dawać mediom mapki, z których te będą budować swoje tradycyjne jeremiady „zabiorom, nie zdonżom”.
W książce, za którą zapłaciłem 45 PLN (promocyjna cena targowa), wolałbym nie mieć takich błędnych map. Wolałbym nie mieć też zdjęć podpisanych „źródło: internet” i wolałbym nie wzdychać, że zaufanie można mieć tylko do tych map, które wzięto z wikipedii.
To wszystko oczywiście nie jest winą autora. Profesor Kaliński dzieje budowy autostrad na ziemiach polskich ciekawie nanosi na historyczną perspektywę. Przypomina, że w wolną Polskę weszliśmy mając 240 km. Niedużo, ale to ciągle więcej niż wtedy miała Grecja (190 km), Irlandia (8 km) czy Norwegia (73 km).
W latach 1990-2004, w których zdaniem kiepskich publicystów nie budowano nic w ogóle, wybudowano w rzeczywistości 340 km. W tym samym czasie Węgrzy zbudowali 91 km, Rumuni 115 km,, Słowacy 118 km, Słoweńcy 229 km i Chorwaci 429 km.
Wielkiego przyśpieszenia budowa autostrad doznała u nas po wejściu do Unii - i wyróżniamy się tutaj pozytywnie na tle innych nowych krajów członkowskich. W latach 2004-2009 w Polsce wybudowano 324 km od podstaw (za profesorem pomijam teraz nowe odcinki budowane śladem rozsypujących się dróg pohitlerowskich), podczas gdy w Czechach 164 km, na Węgrzech 147 km, na Słowacji 11 km, w Bułgarii 3 km, w Estonii 1 km. Nic nie wybudowały w tym okresie Litwa i Rumunia.
Te wyliczenia nie obejmują zaś prawie wcale platformianego przyśpieszenia, pod koniec 2010 - gdy profesor Koliński układał tę tabelę - w budowie były 743 kilometry, które sukcesywnie oddawane są do użytku w tym roku. Na tle Europy to naprawdę nie wygląda źle.

piątek, 18 maja 2012
O nagrodach za autostradę A2

Drażni mnie zamieszanie wokół nagród dla urzędników za autostradę A2, bo pokazuje, jak bardzo fetysz piłki kopanej odbiera nam zdolność racjonalnego myślenia. Obiektywnie rzecz biorąc, budowa autostrady A2 biegnie rekordowo szybko.
Gdy Platforma obejmowała władzę, A2 miała 250 kilometrów i zarówno jej wschodni, jak zachodni kraniec wypadały bez sensu w miejscach, których nie przewidziano jako koniec autostrady, więc sznury samochodów grzęzły w ponurych miejscach takich, jak centrum Strykowa. Jednocześnie zarówno w kwestii ekspansji na wschód, jak na zachód, byliśmy wtedy w lesie - na zachód mieliśmy spór z koncesjonariuszem, na wschód brak koncepcji.
To, że już za parę miesięcy będziemy mieli czterysta parędziesiąt kilometrów łączących Warszawę z Lizboną, to świetny wynik. Przetarg na odcinek Stryków (Łódź-Północ) - Konotopa (Warszawa) rozpisano przecież wiosną 2009, umowy z wykonawcami podpisywano jesienią tego samego roku.
To jest rekord za rekordem. Przetarg trwający pół roku, pierwsze samochody jadące nową trasą nim minie trzy lata od podpisania umowy z wykonawcą, to bardzo dobre wyniki. Tym bardziej, że tym razem nie było tego ułatwienia, które mieliśmy na innych odcinkach A2, że droga biegnie przez pustkowia i nikt się nie czepia.
Chińska wtopa, która opóźniła budowę centralnego odcinka, nie wzięła się z winy urzędników. Musieli zrobić przetarg zgodnie z ustawą, bo urzędnik ma taki obowiązek (też ustawowy zresztą). A ustawę napisano tak, żeby przetargi faworyzowały kryterium cenowe, w dużym stopniu za sprawą strachu przed mitycznym Układem.
W normalnych warunkach bankructwo wykonawcy (albo rozwiązanie z nim umowy z innych przyczyn) paraliżuje budowę co najmniej na rok. Tak było na przykład na S1, która przez rok (2006-2007) miała dziurę w postaci niedokończonej obwodnicy Skoczowa. Jeśli w przypadku A2 pechowy odcinek oddany będzie miesiąc czy dwa później po reszcie, to znowu rekordowe tempo.
Widać, że ktoś tutaj musiał zostać po godzinach, ktoś tutaj musiał wziąć robotę na weekend. Przypuszczam, że gdyby ci sami urzędnicy zamiast nagrody uznaniowej zażądali ustawowego rozliczenia nadgodzin, wyszłoby to dużo drożej.
Chociaż mam opinię autostradowego optymisty, od dawna nie wierzyłem w gotowość tej drogi na to całe bejzbolowe święto. Ba, nawet nie wierzyłem w jej gotowość na wakacje ‘2012. Wygląda na to, że rzeczywiste tempo prześcignie moje oczekiwania.
Tak, za to należy się nagroda, bez względu na medialne nagonki.

czwartek, 17 maja 2012
Pogoda na leżenie z tabletem

Lemologia w Google Play

Pogoda zrujnowała plany na weekend. Oto propozycja dla posiadaczy tabletów z Androidem (tym razem już wszystkich, nie tylko Samsunga), oraz dla oszczędnych użytkowników urządzeń z iOS.
Pełnowartościowa, hipertekstowa Lemologia z wszystkimi bajerami znanymi z pełnej wersji iPadowej (między innymi z pięknymi, unikalnymi ilustracjami Daniela Mroza), jest już na Androida.
Niestety, wbrew wcześniejszym obietnicom nie udało jej się wypuścić na Android Market. Zmienili nazwę, zanim dopuścili polskich komercyjnych deweloperów. Dlatego wypuściliśmy ją na Google Play.
Zubożona wersja ePubowa, o której pisaliśmy wcześniej, będzie natomiast do końca niedzieli dostępna za jedyne 99 centów. Taniej już nie będzie!

poniedziałek, 14 maja 2012
Ludzie honoru w kraju cywilizowanym

Obserwuję z nadzieją prezydenturę Fracois Hollande’a, trzymam za niego kciuki, mam nadzieję, że to zapowiedź zwrotu całej Unii w lewo. To będzie zupełnie inna unia, gdy duet Merkel-Sarkozy zastąpi duet socjalisty z socjaldemokratą.
Pomysł karania firm za robienie zwolnień zbiorowych gdy nie wymaga tego sytuacja spółki, nie jest nowy na francuskiej lewicy. W 2001 roku koncern Danone wzbudził gniew opinii publicznej, gdy Le Monde ujawnił plany zwolnień grupowych w koncernie, który jednocześnie ogłaszał spore zyski.
Polskie media informowały o tym nader skąpo, ale we Francji to była wielka afera, z bojkotem, z procesami wytaczanymi przez Danone organizatorom bojkotu za naruszenie trademarku (w ważnym procesie w 2003 sąd orzekł, że wolność słowa jest ważniejsza od interesów korporacji), z próbą wyduszenia od „Le Monde” źródeł przecieku itd.
Przypuszczam, ze obecna propozycja Hollande'a to echo tamtej afery. Wyborcza.biz cytuje ekspertów twierdzących, że ten pomysł jest „absurdalny”. „Udowodnienie firmom, że zwolnienia są przeprowadzone tylko dla zwiększenia zysków, byłoby bardzo trudne” - twierdzi Ryszard Petru.
Nie wiem, jak to zrobić we Francji, ale w Polsce sprawa jest stosunkowo prosta. Niniejszym zgłaszam swój pomysł; jeśli czytają mojego bloga jakieś lewicowe think tanki lub lewicowi politycy, proszę o tym pomyśleć podczas kampanii 2014/2015.
Zwolnienia oszczędnościowe reguluje w Polsce „Ustawa o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników” z 2003 roku. Zwolnienia niezgodne z tą ustawą groziłyby pracodawcy, że zwolnieni skutecznie odwołają się w sądzie pracy, co mogłoby być dla niego kosztowne.
W Polsce odpowiednik „lex Hollande” powinien więc mieć formę poprawki do tej ustawy, nakładającej na pracodawcę dodatkowy warunek. Nie idę tak daleko jak francuska lewica i nie uważam, że należy zabronić zwalniania zawsze, gdy firma przynosi zyski.
Zarząd może z prognoz tendencji rynkowych widzieć, że zyski się skończą za rok-dwa i podjąć oszczędności wyprzedzające. To dla mnie jest jeszcze OK, natomiast uważam, że zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje zarządowi zaczynanie oszczędności od siebie.
W Polsce za „lex Hollande” wystarczy więc poprawka do „Ustawy o szczególnych...”, w której zwalnianie w tym trybie wymagałoby od zarządu zamrożenia swoich zarobków i dywidendy. Jako osoba umiarkowana akceptowałbym kompromis w postaci możliwości rezygnacji z tego wymogu, ale wtedy odprawy dla zwalnianych liczono by wobec podwójnej stawki ustawowej.
Powstałaby w ten sposób instytucjonalna zachęta dla członków zarządu, żeby w pierwszej kolejności obcinali sobie budżet na yachting, golfing i cygaring, dopiero w dalszej zwalniali ludzi. Pilnowanie prawdziwości deklaracji o zamrożeniu zarobków można powierzyć fiskusowi.
Postulat, żeby zarząd zaczynał oszczędności od siebie, wynika z przesłanek ogólnohumanistycznych. To nie jest skrajna lewicowość, tylko takie bardzo tradycyjne, oldskulowe dobro i zło. Tylko w naszym kapitalizmie łupanym to jest uważane za coś szokującego, w Japonii tak się robi od dawna.
Czytałem fascynującą analizję tego, jak w Japonii uratowano przed zamknięciem firmę Toyo Kogyo (obecnie Mazda). Bank Sumitomo, który mógłby doprowadzić tę firmę do bankructwa, zamiast tego zaproponował plan ratunkowy, zgodnie z którym do zarządu Mazdy dołączył wiceprezes banku Tsutomu Murai, dla pokazania, że bank traktuje uratowanie dłużnika jako sprawę honorową.
W ramach oszczędności zarobki zarządu obniżono, zarobki managementu średniego szczebla zamrożono - a jedynym wyrzeczeniem, o jakie poproszono robotników, było pogodzenie się, że doroczne podwyżki nie będą nadążać za inflacją. Mazdę uratowano wspólnym wysiłkiem wszystkich stron.
Tak kwestię oszczędności rozwiązują ludzie honoru w cywilizowanym kraju. Wprowadzenie w Polsce „lex Hollande” byłoby krokiem w stronę cywilizowania naszych relacji pracowniczych.

niedziela, 13 maja 2012
Pater noster, qui es in caelis

Lata 80. były dla mnie bardzo istotną dekadą, pełną życiowych punktów zwrotnych. Jak to nastolatek, dużo myślałem o Bogu (i doszedłem do wniosku, że to jednak jakaś ściema musi być), dużo obcowałem też z zachodnią popkulturą (i doszedłem do wniosku, że jest strasznie fajna).
Dzisiejsza młodzież z soundhoundami na smartfonach nigdy nie zrozumie tego uczucia epifanii, jakim dla nastolatka z lat 80. było niespodziewane zrozumienie tekstu obcojęzycznej piosenki pop. Majowy ranking od czapy poświęcę piosenkom, w których nagle uświadomiłem sobie miłe memu sercu bluźnierstwo - rany boskie, cytują „Ojcze nasz”!

Ta piękna modlitwa była pierwszą, jaką poznałem w języku angielskim. Od razu w całości, za to nie od razu. Trudno przecenić wpływ przełomowej płyty „Upstairs at Eric’s”, debiutanckiego albumu duetu Yazoo.
Słuchałem jej w kółko, starając się zrozumieć to, co śpiewa Alison Moyet. To jest głos, na którym łatwo się zresztą zafiksować. Głosy w tle - opisane na płycie jako „extra chit-chat” (z okładki tej płyty poznałem słowo „chat”!), puszczałem mimo uszu.
I ta epifania: RANY BOSKIE, TO PRZECIEŻ OJCZE NASZ! Już nie pamiętam, co zrozumiałem najpierw, „thy kingdom come” czy „thy will be done”, ale to był oczywiście klucz do całej reszty. I tak w ciągu sekundy nabrałem umiejętności modlenia się po angielsku, choć nie zamierzałem się wtedy już modlić w żadnym języku.

Retroaktywnie zrozumiałem wtedy tytuł „Hallowed Be Thy Name” Iron Maiden. Jak się państwo domyślają, dla nastolatka rozpoczęcie słuchania Yazoo oznaczało zakończenie słuchania metalu, a więc: postrzyżyny. No bo albo-albo, tak to postrzegaliśmy w młodości i stąd na starość nasza fascynacja mash-upami.
Kiedy słuchałem ajronów, byłem na ociupińkę wcześniejszym etapie rozwoju życiowego, niż kiedy zacząłem słuchać Yazoo. Z piosenek hardrockowych i heavy metalowych rozumiałem co dziesiąte słowo, bezradnie kombinując ze słownikiem Stanisławskiego („Shot Down In Flames” - „Mienię się w dole kolorami?”; „Mob Rules” - „Zasady poruszania się w tłumie?”).
O co chodziło w tych piosenkach, odkryłem już kiedy przestały mieć dla mnie tak duże znaczenie (jakim rozczarowaniem byłoby zrozumienie „Smoke On The Water”, kiedy jeszcze mnie to obchodziło!). No cóż, główną zaletą Iron Maiden nie były nigdy dobre teksty - ale nawet teraz doceniam, że to świetny kawałek, zwłaszcza w tym najlepszym momencie, kiedy trzy gitary napierdalają unisono. Tum-tudududum, tudududum, dududum, dududum dudududu...

Pisałem już kiedyś o napisanym do szuflady pomyśle na musical o latach 80., z piosenkami z lat 80. Wymyśliłem sobie, że znalazłaby się tam inna piosenka, cytująca inny fragment „Ojcze nasz”. Piękne słowa „nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego, amen”.
„Pokusa” ma tyle samo sylab po polsku i po angielsku, „nie wódź nas na pokuszenie” da się chyba wpisać w chórek tej piosenki, stąd pomysł układu choreograficznego, w którym główny bohater (ofkorsjalistycznie, nastolatek w latach 80.) wyznaje swoim przyjaciołom, że nie umie panować nad swoimi pokusami, śpiewając właśnie ten utwór (z chórem akompaniującym "PO-KU-SA!").
Sam w sobie nie jest jakoś super, ale doceniam, że pan Glenn Gregory - choć używa słowa „desire” - nie zrymował go ze słowem „fire”, bo tego nienawidzę. Latający potwór spaghetti zbawił go ode złego! Amen.

środa, 09 maja 2012
O umowach śmieciowych

W mediach często spotykam ostatnio apele, by nie używać określeń „umowy śmieciowe”. Zamiast tego proponuje się określenie „umowy cywilnoprawne”. Będę je nadal nazywał „śmieciowymi”, oto krótkie uzasadnienie.
Umowy śmieciowe stosuje się dla obejścia prawa pracy. Zgodnie z nim każda umowa, w której ktoś pracuje „w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę” i „pod jego kierownictwem”, jest umową o pracę „bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy” (cytaty pochodzą z art. 22 kodeksu pracy).
Nie mam oczywiście nic przeciwko umowym cywilnoprawnym zawieranych przez prawdziwych wolnych strzelców. Powiedzmy, ktoś ma małe studio graficzne, opracowujące projekty dla różnych zleceniodawców - niech się z nimi umawia jak chce, nikomu nic do tego.
Jednak tam, gdzie mamy łamanie lub obchodzenie art. 22 kodeksu pracy, tam na pewno nie mamy umowy cywilnoprawnej. Art. 58 kodeksu cywilnego mówi, że „czynność prawna sprzeczna z ustawą albo mająca na celu obejście ustawy jest nieważna”.
Ponieważ pracodawca najczęściej zmusza pracownika do podpisania takiej umowy stosując prawo kaduka, mogę ewentualnie zgodzić się na określenie „umowy kadukoprawne”, „umowy haraczowe”, „umowy bandyckie” czy „umowy bezprawne”. Jako osoba z natury umiarkowana wolę kompromisowe określenie „umowy śmieciowe”.
Prawo pracy nie wzięło się znikąd. Chroniąc pracownika i pracodawcę przed niespodziewanym rozwiązaniem stosunku pracy, ułatwia im obu inwestowanie w kapitał ludzki.
W typowej sytuacji pracownik z czasem nabiera większej wartości dla swojego pracodawcy, bo poza skrajnymi przypadkami zawodów nie wymagających absolutnie żadnych kwalifikacji (jak prezes, poseł czy dziennikarz), doświadczenie nabyte choćby przez kilka miesięcy procentuje pracą wydajniejszą, bezpieczniejszą, lepszej jakości. Inwestycja w kapitał ludzki też przynosi odsetki.
Pracodawca zatrudniający na śmieciówkach musi się liczyć z tym, że pracownik z dnia na dzień może przestać przychodzić do pracy - nie ma więc powodów, by inwestować w jego ludzki kapitał. I odwrotnie, pracownik wiedząc, że w każdej chwili może być zwolniony, nie ma zachęty do podnoszenia kwalifikacji.
Pojęcie „umowy śmieciowej” dobrze więc metaforycznie opisuje wzajemną relację. Pracodawca proponując taką umowę pokazuje pracownikowi, że traktuje go nie jak cenny kapitał ludzki, tylko jak śmiecia. Pracownik byłby w tej sytuacji szalony, gdyby swoje śmieciowe zatrudnienie traktował serio - powinien raczej odwalać byle jaką chałturę i szukać lepszej oferty gdzie indziej.
Ofiarą tej śmieciowej relacji w pierwszej kolejności pada konsument, któremu w banku śmieciowy doradca źle wytłumaczy warunki oferty, w sklepie nieuprzejmie go potraktuje śmieciowy sprzedawca, śmieciowa infolinia nie będzie umiała rozwiązać jego problemu, a na deser dostanie po oczach błędem ortograficznym od śmieciowego środka masowego przekazu.
Gniew konsumenta, na razie skierowany pod adresem „idiotki z infolinii” czy „analfabety z portalu”, obróci się w końcu przeciwko przedsiębiorcy, który zapłaci za tę oszczędność swoją reputacją. Przedtem jednak ofiarą śmieciówki padnie pracownik, któremu nie dano szansy na życiową stabilizację, umożliwiającą rozwój zawodowy i osobisty.
W ostateczności za śmieciowe umowy zapłaci społeczeństwo, bo zaludniać je będą śmieciowi obywatele - pozbawieni ustawowego prawa do rozwoju i wypoczynku, nie mający czasu ani środków na czytanie książek czy chodzenie do kina. Życie społeczne zastąpi im sport i plotki o celebrytach. To się przecież już dzieje.
W szerszej perspektywie umowy śmieciowe są więc marnowaniem ogólnospołecznego kapitału ludzkiego dla krótkoterminowego zysku pracodawcy. Płacimy za to wszyscy, także szczęśliwcy na legalnych etatach - bo marnowanie kapitału ludzkiego uderza w całe społeczeństwo. Jak ludzie pracujący na śmieciówkach mają choćby zakładać rodziny?
Przeciwnicy tego określenia apelują o nieużywanie go, bo to określenie nie jest neutralne. Piętnuje i stygmatyzuje tę formę zatrudnienia. Otóż z przyczyn wyłożonych powyżej, zamierzam je piętnować i stygmatyzować, bo umowy śmieciowe na nic innego nie zasługują.


sobota, 05 maja 2012
Wyklęty lud smoleński

Poszukiwaczom prawicowych aberracji internetowych polecam piękny dokument, „List -apel blogerów Salonu 24 do Radia Maryja” (interpunkcja oryginału, jesteśmy wszak na prawicy). Znaleźć w nim możemy przystępne wyłożenie popularnej wśród blogowych radykałów doktryny h2m.
Jej zwolennicy unikają wykładania jej wprost, bo czują się podwójnie zaszczuci: oczywiście przede wszystkim przez nas, cywilizacjośmierciowy politycznie poprawny Układ, ale także przez rzekomych swoich, przez lud smoleński.
Zaszczucie sprawia, że zwolennicy h2m krążą po obrzeżach prawicowych foro-blogowisk, posługując się slangiem trudnym do rozgryzienia dla niewtajemniczonego. Boją się, że gdy będą zbyt szczerze wyjaśniać, o co im chodzi, zabanują ich na tych ostatnich prawicowych forach, na których jeszcze mają aktywne konta - muszą więc być ostrożni.
W liście do Ojca Dyrektora chcą go przeciągnąć na swoją stronę, bo część z nich wierzy, że dostęp do Radia Maryja i TV Trwam pozwoliłby im przekonać całe społeczeństwo. Gdyby tylko mogli wszystkim pokazać to, co oni sami widzą, wpatrując się w rozpikselowane zdjęcia!
Skoro go chcą przeciągnąć - muszą przemówić otwartym tekstem, bez szyfrów. Oto więc credo h2m („hipotezy dwóch miejsc”): „jak wszystko wskazuje, okolice lotniska Siewierny, okazywane jako miejsce katastrofy samolotu TU154 z Delegacją, są miejscem fikcyjnym. Nie było tam samolotu z Delegacją, a szczątki były układane w sposób sztuczny. Które następnie ewentualnie zostały wysadzone kontrolowanym wybuchem”.
Tam, gdzie my z Układu widzimy katastrofę a lud smoleński widzi zamach, tam zwolennicy h2m widzą „inscenizację smoleńską”. Prezydencki tupolew według nich nigdy nie doleciał do Smoleńska (a nawet nigdy nie wystartował z Okęcia).
Co się więc stało z polską delegacją? Zwolennicy h2m mają różne wersje, które kiedyś ten ruch w końcu rozsadzą w ramach klasycznego prawicowego mnożenia przez podział. Jedni uważają, że zabito ją gdzie indziej, inni że jest więziona w łagrze, a inni piszą: „Niektorzy do dzisiaj zyja . I to nie jak niektorzy mysla w lagrach , tylko jak paczek w masle!!!!!” (pisownia oryginału).
Dla głównego nurtu kaczyzmu h2m jest problemem taktycznym i strategicznym. Taktycznym, bo z zwolennicy h2m atakują śledczego Macierewicza i redaktora Sakiewicza, oskarżając ich o ukrywanie prawdy o inscenizacji przez pisanie o rzekomych wybuchach w nieistniejącym samolocie.
Strategicznym - bo na dalszą metę zwolennicy h2m ośmieszają samą metodę tropienia zamachu smoleńskiego przez doszukiwanie się sprzeczności w oficjalnych materiałach. Dowody przecież mają tak samo solidne (albo - z naszego punktu widzenia - tak samo słabe) jak Zespół Macierewicza. Nawet też mają swojego profesora.
Co więcej, zgodnie z zasadą, że im bardziej szalona teoria spiskowa, tym lepiej wszystko tłumaczy, hipoteza h2m jest wolna od logicznych luk teorii zamachu. Na przykład: skoro Błasik to najwybitniejszy dowódca lotniczy w historii, dlaczego mimo strasznej lekcji Mirosławca dopuścił do tego, żeby cała wierchuszka znowu wsiadła do jednego samolotu? Albo: skoro Protasiuk to tak świetny pilot, to czemu w ogóle lądował w nieodpowiednich warunkach?
Na te pytania Macierewicz i Sakiewicz nie mają dobrych odpowiedzi. A ponieważ wersje samego prezesa Kaczyńskiego miotają się od „dali prezydentowi gorszą załogę” po obronę „godności polskich pilotów, którzy zostali oskarżeni bezpodstawnie”, zapewne będą unikać jednoznacznych deklaracji, bo łaska prezesa na narowistym koniu jeździ.
Zwolennicy h2m te wątpliwości wyjaśniają znakomicie: Protasiuk nie lądował, bo nie startował. A nie startował, bo Błasik nie pozwolił, by cała wierchuszka wsiadła do jednego tupolewa. Ich wszystkich porwano wcześniej i gdzie indziej, rzekomi naoczni świadkowie z Okęcia i Smoleńska to po prostu tłum agentów.
Absurdalne? Naturalnie, ale dokładnie tak samo, jak teorie ludu smoleńskiego o sztucznej mgle i dwóch wybuchach. Z czego co bardziej cyniczni prawicowi publicyści, którzy ze Smoleńska zrobili sobie kolejną maszynkę do drukowania pieniędzy, zdają sobie sprawę - dlatego h2m będą tępić.
Ojciec Dyrektor zawsze wiedział, gdzie leżą konfitury, nie wierzę więc, by prawicowych blogerów zaszczycił odpowiedzią, choćby negatywną. Szkoda, bo hipotetyczny „h2m show” w TV Trwam przyćmiłby sławą samego mięsnego jeża.

niedziela, 29 kwietnia 2012
Ustąp, ojciec, ustąp

Szukając pomysłu na notkę na 1 maja, kartkowałem tomy „PPS. Wspomnienia z lat 1918-1939” wydane w 1987. Nagle zauważyłem pojęcie „związek chemiczny” we wspomnieniu towarzysza Przetacznika. Bingo...

Kiedy objąłem związek chemiczny [w 1928 - WO] to była ruina. Wszystkie związki chemików na terenie fabryk zostały rozbite. Zostały mi dwie lub trzy małe fabryki w Warszawie, w Hajnówce i w Grodzisku Mazowieckim (...) w Hajnówce, gdzie posłem był Stanisław Dubois, toczyła się ciężka walka, bo policja atakowała strajkujących robotników i było sporo pobitych i rannych. Na zakończenie strajku przyjechałem do Hajnówki i byłem zdumiony - na dworcu stoi orkiestra, stoi także ze stu robotników ze sztandarem i orkiestra gra marsza. Ponieważ pociąg był relacji Paryż-Moskwa, więc wszyscy pasażerowie podeszli do okna (było to bardzo rano) i patrzą, co to za dygnitarz przyjechał, a tu biedny, skromny młody człowiek wysiada z pociągu i to jego witają. Byłem tym bardzo zażenowany i prosiłem, aby później mi więcej takich parad nie robili. Odpowiedzieli, że przyszli specjalnie, aby mnie policja w drodze nie zgarnęła.
(...)
Prowadziliśmy dwutygodniowy strajk okupacyjny w fabryce mydła Majdego na ul. Okopowej. Pracowało tam około 300 ludzi, a fabrykant się tłumaczył, że nie może dać podwyżki, bo zbankrutuje. Majde miał młodego syna, inżyniera, który też siedział z nami przy stole podczas konferencji. Kiedy stary tłumaczył, że nie może, bo zbankrutuje, to syn jego mrugał do nas: nie dajcie się! Po dwu tygodniach ciężkiej walki (...) zawarliśmy umowę zbiorową, wybraliśmy delegatów. Po tym strajku, w dwa tygodnie później, fabrykant Majde kupił dwa piękne samochody ciężarowe, a więc był to dowód, że nie zbankrutował.
Podobną akcję mieliśmy w fabryce Franaszka, gdzie pracowało ok. 800 ludzi. Na czele fabryki stał senior Franaszek, starszy pan, wówczas ok. 70-letni, a zastępował go syn - Kazimierz Franaszek, który został rozstrzelany wraz z robotnikami w czasie okupacji niemieckiej.
Mieliśmy tam ciężką akcję. Stary się rękami i nogami bronił, walił pięścią w stół, że nie może dać podwyżki, a p. Kazimierz mówił do niego po cichutku: ustąp, ojciec, ustąp. To świadczy o nim jako o dobrym człowieku.
(...)
Była fabryka farb anilinowych do tkanin - Winnica. Było to konsorcjum francuskie (...) Dyrektor fabryki, który był jednocześnie profesorem Politechniki Warszawskiej powiedział, że nie będzie z komunistami rozmawiał. I w Inspekcji Pracy podczas rozmów on siedział w innym pokoju, my w innym (...) Przyjechał przedstawiciel tego konsorcjum z Paryża (...) Spojrzałem na dyrektora, a ten zrobił się blady. Nie chciał rozmawiać z „komunistami”, a przedstawiciel z Paryża, który był przyzwyczajony do twardości francuskich związków, podpisał bez dyskusji. Bo co dla niego znaczyło w Polsce te parę groszy? Z tych paru groszy doszło do tego, że po paru latach robotnicy zarabiali tam po 400-500 zł miesięcznie, co było bardzo dużo”.
(...)
Dyrektorem naczelnym u Spiessa był profesor Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, p. inż. Holtorf. Ciekawa postać. Bardzo miły, bardzo sympatyczny i w duchu sprzyjający nam. I kiedy występowaliśmy z żądaniami, to tak wszytko robił, aby nam pójść na rękę.
Kiedyś powiedział mi prywatnie: proszę pana, niech pan pamięta, że w przemyśle metalowym koszta robocizny wynoszą ok. 20%, a w fabrykach takich, jak Spiess, Klawe, Wende - farmaceutycznych - koszta robocizny wynoszą ułamek promila (...) przyszli z dyrekcji naczelnej prowadzić rozmowy, w czasie których narzekali, że ciężko itd. - to wtedy powiedziałem, co ile kosztuje i niech nie argumentują kosztami robocizny, bo my mamy w naszej partii i organizacji fachowców i wiemy, co to kosztuje. I akcję wtedy wygraliśmy.

No proszę. Szukałem hasła na 1 maja, znalazłem hasło o wyższości chemii na uniwerku nad chemią na polibudzie. Ale pierwszomajowe hasło też się znalazło. „Ustąp, ojciec, ustąp”, jak mawiają dobrzy ludzie.
Wszystkim blogobywalcom z okazji święta pracy życzę sukcesów w wyszarpywanie ka$iory od pracodawców.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Nachalna narracja (NP 138)

W spóźnionej reakcji na dzień sklepów płytowych, pochwalę się zakupioną za psi pieniądz w sklepiku dla hipsterów płytą, którą kiedyś kupiłem na tzw. kasecie magnetofonowej i była żelaznym powerplayem na stareńkim walkmanie. To soundtrack z serialu telewizyjnego „Twin Peaks”.
Jak wiadomo, gust muzyczny mam raczej prymitywny. Lubię melodie narracyjne, przy których wystarczy zamknąć oczy, by wyobraźnia sama kreśliła jakieś wizje. Hej, po to się brało walkmana do zbiorkomu.
Narracyjność Angelo Badalamentiego jest chwilami prawie aż zbyt nachalna, jak w piosence „Into The Night”, w której bardzo klarowne przesłanie niesie dźwięk, który pozwolę sobie opisać fachowym muzykologicznym terminem „jedubudmento”. No więc może to i jest tandetne, ale na mnie działa.
Majstersztykiem narracji jest dla mnie temat Laury Palmer. Gdy pierwszy raz go usłyszałem - a było to, jak należy, podczas premiery pilota w „TVP”, gdy zobaczyliśmy twarz Sheryl Lee owiniętej w plastik; najlepsza rola trupa w dziejach telewizji, if you ask me - powalił mnie dosłownie tymi dwoma dźwiękami, które słychać na początku.
Nie wiedziałem wtedy, że Badalamenti skomponował ten temat akompaniując na żywo rzeczywistej narracji Davida Lyncha. Jeśli wierzyć jego opowieści (a pamiętajmy, że artyści bywają w tych kwestiach nieszczerzy), Lynch opowiedział mu narrację w trzech miniaktach.
Najpierw mamy sobie wyobrazić ciemny las, groźny i piękny w świetle księżyca. To te ponure dźwięki, które mnie rozwaliły 20 lat temu przed telewizorem.
Potem mamy sobie wyobrazić piękną dziewczynę, idącą w stronę kamery. To wtedy melodia wędruje o oktawę w górę, robi się bardziej wyrafinowana i romantyczna, prawie całkiem normalna. Ale urywa się nagle, zostawiając nas w poczuciu niedosytu, jakby zabrakło kilku nutek.
Wracamy do ponurego tematu początkowego i uświadamiamy sobie, że on cały czas towarzyszył tej romantycznej melodyjce, tylko na chwilę zagłuszony wyższymi tonami. Las pochłonął dziewczynę.
Badalamenti wśród współpracowników Lyncha znalazł się prawie przypadkiem. Miał być trenerem głosu Isabelli Rossellini na planie „Blue Velvet”. Gdy się okazało, że Lynch nie jest w stanie zapewnić praw autorskich do piosenki, którą Lynch chciał wykorzystać w pierwotnych planach, pojawiła się potrzeba nowej kompozycji.
Badalamenti wykorzystał swoją szansę na sukces i zaproponował własną kompozycję. Cóż, lubię takie historie.

czwartek, 19 kwietnia 2012
Cezary Michalski kontra (szwedzka) oligarchia

Miło, że Cezary Michalski zechciał mi odpisać, miło też, że tym razem zamiast „Młodych wilków” i „Ekstradycji” sięgnął po jakieś fakty i cyferki. Problem w tym, że nadal wizję „elity polskiego biznesu” - pojęcie kluczowe dla jego polemiki, pojawiające się w niej sześciokrotnie - czerpie z tych filmów.
A to niedobrze, bo właśnie ta wizja „pana Krzysztofa Jarzyny ze Szczecina” uniemożliwia mu zauważenie istoty problemu. Pisze bowiem Michalski: „kiedy minister Jerzy Polaczek (...) spróbował elicie polskiego biznesu budowę autostrad odebrać, skończyło się to tylko sparaliżowaniem budowy autostrad w Polsce na ponad dwa lata, ponieważ (...) ekipa Kaczyńskiego i Polaczka nie potrafiła zaproponować dla elity polskiego biznesu żadnej skutecznej alternatywy”.
Polaczek próbował odebrać tylko jedną koncesję (przypominam: wszystkich jest trzy), przedsiębiorstwu Gdańsk Transport Company. Zamiast mgławicowego pojęcia „elit polskiego biznesu” można by sprawdzić, jak się nazywa ten konkretnie polski oligarcha, który je trzyma w swych spoconych łapskach.
Szkoda, że Michalski tego nie zrobił, bo samo nazwisko dałoby mu sporo do myślenia. Nazywa się on mianowicie Torbjörn Nohrstedt.
Dziwne nazwisko, jak na postać, którą w polskim filmie gangsterskim miałby grać Janusz Rewiński albo Marian Dziędziel. Nie wiem zresztą, czy potrafiliby się wcielić w bezwąsego bohatera.
Firma Skanska Aktiebolaget, która jest dominującym akconariuszem GTC ma siedzibę w miejscowości o nazwie Solna. Być może słowiańskość tej nazwy zmyliła Michalskiego, trudno jednak tę firmę uważać za elitę polskiego biznesu.
Problem z elitą polskiego biznesu leży bowiem zupełnie nie tam, gdzie Michalski go szuka. Kino sensacyjne lat 90. kreowało obraz wszechmocnego oligarchy, ale w praktyce gdy na nasz rynek weszli globalni gracze - ci wąsaci władcy powiatu okazali się za chudzi w uszach na rywalizację.
Gdy mówimy o polskich inwestycjach drogowych, najczęściej padają nazwy firm takich jak Skanska, Strabag, Dragados czy Bilfinger-Berger. „Elita polskiego biznesu” owszem, pojawia się tam, ale na drugim planie. Cały system zamówień publicznych działa w sposób faworyzujący największych graczy.
I to jest właśnie najciekawszy problem związany z polską transformacją. Towarzyszyło jej marzenie o „polskim Apple”, o którym niedawno wspominałem.
Marzenie o wielkiej korporacji, która wyrosła z czyjegoś garażu, stanowiło kanoniczny dogmat religii neoliberalnej. Przygotowywana przez wyznawców tej religii transformacja miała nas wszystkich zachęcić do zakładania własnych biznesów, żeby najlepsi z najlepszych zostali w końcu Blejkami Karingtonami.
Ja w tę wizję nigdy nie wierzyłem, bo jajako marksista interesowałem się od dawna historią realnego kapitalizmu. Wiem więc, że scenariusz „z garażu do karingtona” zdarza się w nim rzadko. W praktyce wielkie firmy powstają najczęściej odgórną decyzją czynników rządowych.
Kawał globalnej popkultury należy na przykład teraz do francuskiego koncernu Vivendi (właściciela m.in. brandów Blizzard / Activision, Universal Music Group i oczywiście Canal+). Ten koncern założył w 1853 roku Napoleon III, przyznając grupie „elity francuskiego biznesu” koncesję na budowę wodociągów w Lyonie (a potem w Paryżu).
Tak powstają „elity biznesu” - nie tak, że ktoś się pnie z garażu na salony tylko tak, że rząd daje komuś koncesję na budowę kolei Union Pacific albo zamawia automatyzację spisu powszechnego.
Nawet te wyjątki w postaci firm zakładanych w garażach podczas rewolucji komputerowej przestają być wyjątkami, jeśli zobaczymy, że start-upy z lat 70. korzystały z infrastruktury stworzonej przez klasyczne korporacje, upasione na zamówieniach rządowych. Nie byłoby Microsoftu bez IBM. Nie byłoby IBM bez rządowego kontraktu na automatyzację spisu powszechnego z 1900 roku (itd.).
Wielkim grzechem zaniechania początków transformacji było właśnie to, że nie próbowano u nas wykreować dużych grup kapitałowych w oparciu o to, co zostało po PRL. O „czempionach gospodarczych” zaczęto mówić, gdy już było po ptokach.
Wszyscy (z naprawdę bardzo nielicznymi wyjątkami) mieli wtedy na oczach neoliberalne klapki, które narzucały jedyną odpowiedź na wszystkie problemy: „sprywatyzować w cholerę”. I stąd paradoks pozornej prywatyzacji, jaką jest sprzedaż polskich potencjalnych czempionów państwowym firmom niemieckim, francuskim czy skandynawskim.
Michalski ostrze swojej polemiki wymierzył więc w twór fantomowy. Budowa autostrad w Polsce pokazuje właśnie słabość, a nie korupcyjną wszechmoc elit polskiego biznesu.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Cezary Michalski kontra oligarchia

Cezary Michalski popełnił felieton, w którym wypowiada się m.in. na temat autostrad. Obiecałem, że nie będę już kpić z publicystyki „Krytyki Politycznej”. Postaram się więc serio wyjaśnić, dlaczego zacytowany poniżej fragment jest - mówię to z absolutnie kamienną twarzą - straszliwie głupi.

„Choć koncesje na autostrady rozsprzedano już w początkach lat 90. (cyt. za Ekstradycją i Młodymi wilkami, te filmy pokazują polskich oligarchów autostradowych dość realistycznie, a są to wciąż ci sami oligarchowie autostradowi), to żadnych autostrad nikt tu nie budował. Dopiero jak nasi autostradowi oligarchowie dostali unijne miliardy, to za jakąś część tych pieniędzy autostrady jednak w Polsce zaczęli budować. Ze skromnych środków dawanych im wcześniej na ten cel przez balcerowiczowską III RP na same autostrady nie starczało już nic.”

Ten tekst jest publicystyczny w pejoratywnym znaczeniu tego słowa. Autor niewiedzę i niechęć do riserczu wypełnia miksturą wyobrażeń i klisz popkulturowych. Michalski ulepił sobie z tej mikstury dwie wizje - że głównym problemem są koncesje i że w latach 90. nie budowano nic.
Koncesje przyznano w roku 1997, a więc w takim sensie „w początkach lat 90.”, w jakim Michalski jest na początku piątego krzyżyka (cholera, chyba zakpiłem, bardzo przepraszam, już się poprawiam). Przyznano je na trzy odcinki: A1 Gdańsk-Toruń (151 km), A2 Konin - granica (z wyłączeniem obwodnicy Poznania - 191 km), A4 Kraków - Mysłowice (61 km).
To są wszystkie koncesyjne autostrady w Polsce. Były przymiarki do budowania innych odcinków w systemie koncesyjnym, ale nic z tego nie wyszło (głównie ze względu na kryzys).
Ja też jestem krytycznie nastawiony do tych koncesji i do okoliczności, w jakich je przyznano, ale są już faktem dokonanym. Można być niezadowolonym z umowy jałtańskiej, ale trzeba działać w ramach nakreślonych w niej granic.
Samo zsumowanie długości koncesyjnych odcinków pokazuje jednak, że to nie one są głównym problemem. Na kraj tej wielkości paręset kilometrów to drobiazg, autostrady tej długości można tu w ogóle nie zauważyć. Michalski dowodem.
Ja wiem, dlaczego mu się wydaje, że przed wejściem do Unii autostrad w 3RP nie budowano wcale. Ta, którą budowano mieszkańcowi Warszawy jest na plaster. Warszawiak widzi z niej tylko koncesyjny fragment Stalexportu (który zapewne odpowiada za oba złudzenia Michalskiego).
Gdybym w 1989 roku został pierwszym komunistycznym premierem Polski, podejmowałbym decyzje mniej więcej podobne do tych, jakie podejmowali włodarze 3RP. Skoro po dyktaturach poprzednich dekad odziedziczyliśmy cztery fragmenty w różnym stadium rozgrzebania (lubuski, dolnośląski, górnośląski i małopolski), najrozsądniej było rzucić „skromne środki” na ich scalenie, bo tam najprościej było uzyskać porządną krechę na mapie.
Scalona krecha na 400 kilometrów pojawiła się na mapie w 2005. Urządziłem sobie wtedy z tej okazji specjalną wycieczkę. Jestem pewien, że Michalski nie tylko nie zauważył otwarcia brakującego odcinka (był wtedy zbyt pochłonięty walką z „Polską Michnika i Kiszczaka”), ale nawet przez poprzednie lata był radośnie nieświadomy jej budowy.
Demoniczny gangstero-biznesmen z polskich filmów z lat 90. to głupia klisza popkulturowa. Jako kpiarz i trefniś wolę zresztą lajtowe wcielenie tego samego stereotypu, w postaci kreacji Janusza Rewińskiego i Edwarda Lubaszenko („pan Krzysztof Jarzyna ze Szczecina”).
Fajnie jest fantazjować, że przeszkodą w budowie autostrad było to, że „oligarchowie rozkradli”. Ale jak już Michalskiego rzuciło z prawicy na lewicę, powinien przestać po prawicowemu opisywać własne fantazje i sięgnąć od czasu do czasu po jakiś konkretny fakt.
Pokrętne dzieje inwestycji drogowych w 3RP opisałem na kilku konkretnych przypadkach. Porażki 3RP to porażki nas wszystkich - chcemy mieć autostrady, ale nie w swojej okolicy. Chcemy, żeby je budowało państwo i żeby były za darmo, ale nie chcemy płacić podatków. Ubolewamy nad złym przygotowaniem procesu inwestycyjnego, ale domagamy się od ministerstwa redukcji etatów.
Mit Układu to trzecioerpowe opium dla mas. Powtarzamy sobie, że „autostrad nie ma bo oligarchowie rozkradli” - wracając z zebrania komitetu „Nie damy rozjechać Pierdziszewa !!!”, na którym uchwaliliśmy, że autostradę owszem, mogą se budować, byle w jedynie słusznym wariancie myciskim.

sobota, 14 kwietnia 2012
Emerytowany zbawca narodu

Jestem wdzięczny prezesowi Kaczyńskiemu, bo dzięki niemu obejrzałem telewizyjny film „My, Oni, Ja” z Teresą Torańską, nakręcony z okazji premiery jej książki. Trochę zabawnie Prezes teraz wypada, wypierając się „wiedzy i zgody” na publikację wywiadu, skoro w 1994 roku książkę promowano z wielkim hukiem, a on sam uczestniczył w wybieraniu swojego zdjęcia do książki.
W YouTube pojawiły się fragmenty bezpośrednio związane z samym Prezesem, ale gorąco polecam obejrzenie całości. #Dziecisieci na pewno będą umiały odnaleźć. Mam nadzieję, że jakaś telewizja to kiedyś powtórzy.
W tym filmie znowu uderza to, że Teresa Torańska prawie 20 lat temu mówiła takim językiem i rozumowała w taki sposób, jakbyśmy ją tam wysłali z naszych czasów DeLoreanem. Jej rozmówcy są cali wycięci z PRL i zeszłego stulecia, Torańska - Europa, Zachód, rok modelowy 2012.
To mnie uderzało jako jej czytelnika jeszcze kiedy nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będę miał zaszczyt ją poznać we własnej osobie. Kiedy na początku lat 90. rynek książkowy zalały pozycje typu „zabili go i uciekł”, ona podjęła pierwszą próbę przeanalizowania mentalności klasy politycznej wykraczającą horyzontem poza bieżączkę.
Wcześniej, kiedy w drugim obiegu wydawano pozycje typu „wywieźli go i uciekł”, Torańska z kolei zaskoczyła czytelników - w tym pewnego skromnego żoliborskiego licealistę - pierwszą poważną próbą przeanalizowania mentalności elit PRL. Na początku lat 80. mało kto rozumiał, jaki to ważny i ciekawy temat - ale Torańska już wtedy myślała w kategoriach XXI wieku.
O swoim stosunku do autoryzacji pisałem przy okazji pierwszych protestów Bielana. Nie jestem jej przeciwnikiem, dopóki rozumiemy ją jako szansę na poprawienie błędów i wyklarowanie myśli.
Z wypowiedzi Kaczyńskiego i Bielana wynika jednak, że rozumieją oni autoryzację tak, że chcą wręczyć dziennikarzowi zupełnie inny tekst, dowolnie oderwany od tego, co spisano na taśmie. To jest nadinterpretacja Art 14 prawa prasowego, którą w dodatku już obalono w Strasburgu.
Dziennikarz powinien oczywiście zachować należytą staranność spisując treść rozmowy, co nie musi oznaczać robienia z niej stenogramu (z wszystkimi „eeee” i „prawda”). Ale akurat w tym filmie widzimy Torańską przy pracy, widzimy jak odsłuchuje nagrania ze staroświeckiego dyktafonu i spisuje to na staroświeckim laptopie (ekran w trybie tekstowym bez pliterek!).
To śmieszno-smutne, że Bielan i Kaczyński nie zarzucają Torańskiej tego, że przekręciła ich słowa. Kaczyński mówi: „spędziliśmy kilka godzin na autoryzacji i ja jej do późnej nocy tłumaczyłem, jak ta autoryzacja powinna wyglądać”.
To znaczy, że Kaczyński przez parę godzin wypierał się tych słów, które zarejestrowano na taśmie - bo gdyby mógł zarzucić Torańskiej konfabulację, to by zarzucił. Podobnie Bielan, który protestuje tylko przeciw temu, że wywiad ukazał się tu i teraz, a nie za dwa lata w książce.
No tak se chłopina wykarkulował, że za dwa lata już znowu mu się będzie opłacało być przeciw Prezesowi, no ale teraz akurat mu się nie opłaca, więc żal i krzyk, że go Torańska skrzywdziła. A skrzywdziła go tym, że tak jak 30 i tak jak 20 lat temu, ciągle jest na zachód od polskich polityków i autoryzację rozumie tak jak trybunał w Strasburgu a nie jak lokalny polityk w powiecie kościańskim.
#Upadekprasypapierowej skłania mnie ostatnio do osobistego bilansu. Co wyliczę to wyliczę, ale zawsze wtedy powiem, że najbardziej dumny jestem z tego, że byłem z Teresą Torańską w jednym dziale.

piątek, 13 kwietnia 2012
Zdumienie Mazurka

Nie mam przyjemności znać Roberta Mazurka od strony towarzyskiej, już nigdy nie dowiem się, jak wyglądały jego kpiny, które opisał w swoim tekście tak: „Jeszcze tego samego dnia rano kpiłem z Gazety Wyborczej, która z góry wiedziała, że pod Pałacem będzie wiec sympatyków PiS. Okazało się, że to oni mieli rację, nie ja”.
Szkoda, bo w ogóle lubię kpinę jako metodę ekspresji. Podoba mi się uwaga Scotta Adamsa, że wprawdzie jeszcze nikt nie zmienił zdania pod wpływem racjonalnej argumentacji, ale niektórzy przynajmniej mogą się przymknąć w obawie, że ktoś wyszydzi brednie, które wygadują (sauce).
Jak te kpiny Mazurka-sprzed-przemiany mogły wyglądać? „Ho ho ho, bo tylko PiS wierzy w wiarygodność Zespołu Macierewicza”? „Hi hi hi, bo tylko PiS uważa Lecha Kaczyńskiego za najlepszego prezydenta ever”?
Oczywiście, Mazurek-sprzed-przemiany mógłby mieć rację o tyle, że gdzieś wokół PiS ciągle pałętają się te śmieszne odpryski z doktorem niehabilitowanym Migalskim i eks-delfinem Ziobro, których nazw celowo nie próbuję zapamiętać, bo mam już swoje lata, niejeden konwent św. Katarzyny już widziałem i wiem, że oni się jeszcze będą tak jednoczyć i dzielić, i znowu jednoczyć i znowu dzielić. Więc po co mam sobie głowę zaśmiecać ich tymczasowymi szyldami.
Może więc tak brzmiała ta kpina Mazurka-sprzed-przemiany? „Ho ho ho, bo prawica to tylko PiS, jakby nie istniała Narodowo-Katolicko-Konserwatywna Partia 'Mule Są Najsmaczniejsze'”?
To by jednak chyba nie tłumaczyło skali jego rozczarowania. Wszak z Mazurka-sprzed-przemiany stał się Mazurkiem-po-przemianie, wszak w drodze do Damaszku przekroczył Rubikon i dotarł do Canossy, wszak z Gustawa stał się Konradem. Ogłosił w każdym razie miastu i światu, że więcej już pod pałac nie pójdzie.
Co takiego tak bardzo zaskoczyło Mazurka w drugą rocznicę detonowania przez „ruskich” bomby termobarycznej w obłoku sztucznego helu (podczas przelotu bezgłośnego helikoptera dokonującego meaconingu)? Jeśli dobrze rozumiem jego manifest, zaskoczyło go to, że Jarosław Kaczyński wykorzystał żałobną uroczystość do zrobienia wiecu partyjnego, a Tomasz Sakiewicz do promocyjnego iwentu swego czasopisma.
No dobrze, ale gdzie Mazurek miał oczy przez ostatnie dwa lata? Ja mogę zrozumieć wszystko - niechęć do „Gazety Wyborczej”, miłość do Jarosława Kaczyńskiego, zaufanie do Antoniego Macierewicza, nie umiem tylko zrozumieć jego zaskoczenia.
Jeśli Mazurek jest zaskoczony tym, że Jarosław Kaczyński wykorzystuje żałobę po swoim bracie do zbijania kapitału politycznego - to gdzie on właściwie był podczas kampanii prezydenckiej? Też zażywał jakieś silne leki?
Jeśli Mazurka zdumiewa to, że Sakiewicz zbudował na handlu smoleńskimi teoriami spiskowymi zgrabny biznesik (i to nieważne, że teoria z tego miesiąca przeczy teorii z zeszłego miesiąca, ciemny lud to kupi)? Prawicowi publicyści nie czytają się już nawzajem, czy co?
Naprawdę nie chodzi mi o to, że mam z Mazurkiem inne poglądy polityczne. Jako lewicowy wyborca mieszkający w kraju, w którym teoretycznie są dwie partie lewicowe, ale obie popierają podatek liniowy, od dwudziestu trzech lat głosuję na „mniejsze zło”. Nie ma takiej partii, której bym dał swój 1%.
Jeśli więc ja za mniejsze zło uważam PO, bo przynajmniej buduje autostrady, a Mazurek za mniejsze zło uważa PiS, bo... eeee... bo coś tam, nieważne, to nie jest tak, że ja mam mu jakoś strasznie za złe to, że ma inne kryteria. „Mniejsze zło” to pojęcie szalenie arbitralne.
Chodzi mi o to, że nie rozumiem jego zaskoczenia. Pójść na smoleński iwent i się zdziwić, że Kaczyński robi kampanię a Sakiewicz robi promocję, to jak pójść na koncert Iron Maiden i się dziwować, że mają długie włosy i śpiewają o szatanie.
Szkoda, że nawet jeśli kiedyś poznam Mazurka, on już mi nigdy tego nie wytłumaczy. Mazurek-po-przemianie z definicji jest innym Mazurkiem, niż Mazurek-przed-przemianą. Pewnie będzie teraz kpić z tego poprzedniego Mazurka tak, jak poprzedni Mazurek kpił z „Gazety Wyborczej” za to, że ta formowała diagnozy zbliżone do obecnego Mazurka...

poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Za garść peelenów

Święta skłaniają do myślenia o sprawach najważniejszych. Kwietniowy ranking od czapy poświęcam więc filmom, które w tytule mają pieniądze.


Ach, „Za garść dolarów”! Genialność trylogii Sergio Leone to temat wykraczający poza lakoniczną formułę rankingu od czapy. Za każdym razem, gdy ktoś mówi o „westernowym uproszczeniu dobra i zła” wyobrażam sobie, że odziany w poncho Clint Eastwood wyłania się znikąd, daje w ryja i odjeżdża ku zachodzącemu słońcu, pogwizdując.
Pogwizdując! Z braku miejsca na porządną analizę geniuszu tych filmów, nieporządnie przyjrzyjmy się jednemu z ważnych aspektów: mistrz gwizdania, Alessandro Alessandroni. No dobrze, wszyscy kochamy Henia, ale bez Alessandroniego mógłby sobie najwyżej pomachać batutą do orkiestry.
Gdy myślimy o muzyce z trylogii Leone, słyszymy gwizdanie. Gwizdanie genialne. Gwizdanie ewokujące samotność jeźdźca przemierzającego prerie, mesy i kaniony.
Jeźdźca oddalonego od cywilizacji, ale na tyle cywilizowanego, że pragnie choć najprostszej formy kultury. Gwizdana melodyjka jest być może ostatną cienką słomką, która oddziela go od szaleństwa.
Reszta świata już się w nim pogrążyła. Może gdyby mieszkańcy granicznego miasteczka San Miguel więcej gwizdali, nim do miasteczka zawitał Bezimienny - udałoby się uniknąć jatki?

Cudowny zapach forsy

Francuską komedię „Cudowny zapach forsy” oglądałem dziecięciem będąc, być może błędnie więc ją wspominam jako świetny film. The golden age of movies is eleven.
Fabułę zapamiętałem tak: młody człowiek pracujący w jakimś biurze dostaje depeszę, że zmarł jego strasznie bogaty krewny. Ma się stawić w rodowym zamczysku na odczytaniu testamentu.
Chłopak niewiele myśląc wchodzi do gabinetu, w którym jego le patron je swój wystawny, prezesowski le dejeuner. Bierze solniczkę i pieprzniczkę i wysypuje prezesowi na talerz całą ich zawartość. Wychodzi trzaskając drzwiami.
Na zamczysku okazuje się, że testator chcąc uchronić majątek przed rozproszeniem, zapisał całość najstarszej osobie z rodu. Okazuje się nim być apodyktyczna starsza pani, jeżdżąca na wózku inwalidzkim, która oznajmia pozostałym spadkobiercom, że z zamku ich wprawdzie nie wyrzuci (bo nie może), ale nie da im ani grosza.
Wkrótce wózek ma dziwną awarię - nagle zaczyna pędzić jak oszalały. Starsza pani tonie w zamkowym stawie. Fortuna przechodzi na kolejnego seniora rodu, ten jednak też wkrótce ginie w wypadku na polowaniu. Jego następca nie cieszy się majątkiem długo, i tak dalej.
Tej rzezi chciwych starców z odrazą przyglądają się główny bohater i sympatyczne młode dziewczę. Oni są inni, oni są młodzi, oni gardzą chciwością, materializmem i konsumpcyjnym stylem życia.
W końcu zostają tylko chłopak i dziewczyna. Umawiają się na romantyczną kolację przy świecach. Dziewczyna zrobiła potrawkę z grzybów, chłopak wyszukał w piwnicy najlepszą butelkę wina. Ona mu dokłada, on jej dolewa...
Na koniec okazuje się, że w testamencie była furtka, zgodnie z którą gdyby zabrakło żywych potomków - całość dziedziczy zamkowa służba. Może to ona stała za tymi wypadkami? W filmie nigdy nie widzieliśmy, kto psuje wózek, kto smaży muchomory i kto zatruwa wino...
W każdym razie, obejrzany w dzieciństwie film znacząco wpłynął na moje postrzeganie kapitalizmu.

Tomasz Lengren is my love

Ostatni film w rankingu jest otwarcie niedobry, ale mam nieuleczalny sentyment do kiepskich polskich filmów z lat osiemdziesiątych. I osobny sentyment do Tomasza Lengrena, zapewne za fajną postać drugoplanową za „Trzeba zabić tę miłość”.
„Tanie pieniądze” to kolejna porażka w kwestii prób zrobienia w Polsce kina gatunkowego. No nie ma siły, gangster w FSO 1500 wygląda komicznie nawet gdy gra go Bogusław Linda (i wyglądał komicznie już w 1985 - socjalistyczne namiastki motoryzacji po prostu wszystkie wtedy były w oczach docelowej widowni jednym wielkim obciachem).
Dziś peerelowskie złomy znowu stają się hipst. Nostalgię też budzi plac budowy autostrady Chrzanów - Balice (budowa ciągnęła się całe lata 80., więc występuje też w innych filmach dekady). Ogólnie polecam więc jako pozycję na kolejny przegląd złych polskich filmów, bo nie jednym Piestrakiem nasza kinematografia stoi. Czy też leży (bo artyście się należy).

czwartek, 05 kwietnia 2012
Dobry Miller to Miller Lite

Już pisałem o swojej ocenie udostępnienia polskiego terytorium CIA na torturowanie rzekomych terrorystów. Tym razem zirytowało mnie co innego - skłonność do formuły „a gdyby to na twój dom napadli” w publicystycznych reakcjach.
Fantazje o tym, jak to jeden publicysta z drugim w razie napaści zachowa się jak połączenie Czakanorisa, Dżekiczana i Stiwenasigala w jednym, dobrze obśmiał kiedyś Radkowiecki. Teraz już każdy komentarz będzie albo plagiatem Radkowieckiego, albo będzie głupi.
To zdumiewające, że to w ogóle trzeba tłumaczyć, że służby specjalne nie powinny się zachowywać jak zwykły obywatel. W końcu sama nazwa służb specjalnych sugeruje, że powinny mieć w sobie coś specjalnego.
Podejrzewam, że u nas to jest ciągle skutek spoglądania na politykę obronną przez pryzmat wierszy o tym, jak to przyjdą nocą i kolbami załomocą. Te wiersze dowodzą jednego: że kraje tak traktujące swoją obronność rozlatują się w razie ataku wroga jak domek z kart pstryknięty palcem.
Istotą dobrze prowadzonej polityki obronnej jest wypracowanie procedur, za sprawą których w razie zagrożenia nie reagujemy paniką i chaotycznymi decyzjami - jak zwykły człowiek na napaść - tylko wyciągamy kopertę przewidzianą akurat na, dajmy na to, chemiczny atak na województwo podlaskie. Wojny wygrywają te kraje, które mają dobre procedury.
Przypadkowy człowiek w sytuacji zagrożenia siebie i swoich najbliższych, jeśli nie daj Boże będzie miał broń palną - zareaguje prawdopodobnie serią przypadkowych strzałow w przypadkowe cele. Żołnierza od przypadkowego człowieka odróżnia to, że swojej broni używa on zgodnie z procedurą, czyli zgodnie z RoE („Rules of Engagemenent”).
Żołnierz też człowiek, też może wpaść w panikę i też może puścić przypadkową serię w przypadkowych ludzi. Tylko że wtedy będzie miał na głowie prokuratora za złamanie procedur i postępowanie niezgodne z RoE.
To samo dotyczy dowódcy tego żołnierza, i dowódcy tego dowódcy, i tak aż do samej góry, aż do premiera, prezydenta i ministra obrony. Różnie się tylko nazywają instytucje, które można mieć na głowie za złamanie procedur - czasem jest to prokuratura wojskowa, czasem cywilna, czasem Trybunał Stanu, a czasem trybunał w Hadze.
Umiem to sobie psychologicznie wyobrazić, że kiedy przywódcy polskiego państwa spotkali się z żądaniem pomocy ze strony amerykańskiego sojusznika, zgłupieli i zapomnieli o procedurach. Tylko że tak jak odpowiedzialności za przestrzeganie RoE oczekuję od szeregowca, tak samo oczekuję jej od premiera (który przysięga wierność „postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej”).
Chcę więc, żeby - znowu zgodnie z przepisami - zajęły się tym odpowiednie instytucje. I żeby to zrobiły jak najszybciej, bo przeciąganie tego w nieskończoność sprawi, że - zgodnie z ratyfikowanymi przez Polskę umowami - zajmie się tym w końcu Międzynarodowy Trybunał Karny. A to dopiero będzie wstyd.
Premier Miller broni się słowami „dobry terrorysta, to martwy terrorysta”, świadomie lub nie parafrazując amerykańskiego generała Sheridana, który podczas pacyfikowania buntu Czejenów zmienił Rules of Engagement, przewidujące oszczędzanie kobiet i dzieci. Uznał, że to za bardzo spowalnia operację i polecił swojemu podwładnemu, pułkownikowi Custerowi zabijanie wszystkich jak leci.
27 listopada 1868 oddział Custera zaatakował wioskę Czejenów. Ich wódz Moke-tav-a-to wyszedł na spotkanie kawalerii ze swoją żoną, chcąc ogłosić kapitulację. Mógł sobie gadać do kul. Oboje zginęli wraz ze 103 Czejenami, wśród których było tylko 11 wojowników.
To przy tej okazji Sheridan powiedział „jedyni dobrzy Indianie, jakich widziałem, byli martwi”. Słowa zapamiętał porucznik Nordstrom, który je przekazał dalej, aż w końcu zrobił się z tego aforyzm zasłyszany przez Millera.
Aforyzm nawet dziwnie pasuje do tej sytuacji. Po pierwsze - są poważne powody by przypuszczać, że CIA torturowało jednak nie tylko terrorystów, także przypadkowo zgarnięte ofiary, których główną zbrodnią było niewłaściwe pochodzenie etniczne.
Po drugie, zmiana ROE nie wyszła na dobre Custerowi. Swoim okrucieństwem zjednoczył przeciw sobie okolicznych Indian i doprowadził siebie i swój oddział do zagłady pod Little Bighorn.
Lider SLD znalazł sobie świetny wzór do naśladowania.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64