Ekskursje w dyskursie
środa, 16 kwietnia 2014
Popieram Erbel

Detroit

Do głosowania na „zielonych” podchodzę trochę jak pies do jeża. Jak wiadomo, nie lubię tej cholernej przyrody acz (niechętnie) akceptuję naukowe argumenty za tym, że jest nam tak ogólnie potrzebna.

Wolałbym oczywiście głosować na czerwonych. Ale w odwiecznym wyczekiwaniu sensownej lewicy nie mogę ignorować tego, że nie widzę już większych programowych różnic między mną a „zielonymi”- owszem, mam inne priorytety (prawa pracownicze przed strzyblą błotną), ale to tylko kwestia innego poustawiania tych samych klocków.

„Zieloni” nie mają realnych szans na wygraną. W wyborach do europarlamentu nie zarejestrowali nawet list w całym kraju. Tym bardziej nie będę się więc martwił tym, że inaczej bym poukładał ich postulaty - cieszę się przede wszystkim z samego ich wprowadzenia do debaty.

Przed publicznym ogłoszeniem poparcia dla Joanny Erbel postanowiłem przeprowadzić z nią mailowy miniwywiad skupiony na pytaniach istotnych dla tego blogu i jego czytelników - co kandydatka myśli o sieci drogowej węzła warszawskiego? Jakie ulice chciałaby zwężać, a gdzie zaakceptuje nawet autostradę?

Zapraszam do lektury i komentowania szczególnie kolegów z SISKOM. Jak widać, kandydatka nie jest przeciwniczką dróg samochodowych jako takich. Nie postuluje wstrzymania budowy warszawskiego ringu ani rezygnacji z Trasy Olszynki Grochowskiej.

Co do tego, że trasa N-S zaczyna wyglądać na redundantną wobec innych dróg, właściwie się z nią zgadzam. Gdybym był warszawskim dyktatorem wybudowałbym tylko kawałek do Żwirek, bo tam i tak nie ma jakiejś szczególnie wartościowej tkanki miejskiej, dla której taka trasa byłaby uciążliwa - a bez sensu, że gotowy węzeł stoi i się marnuje.

Trochę kandydatkę ponosi optymizm, gdy mówi o licznych ogrodach miejskich w Detroit. To już raczej w Warszawie jest więcej ogródków działkowych.

Ale Detroit to z kolei w ogóle przykład, który powinien dać do myślenia wszystkim entuzjastom motoryzacji. Przy okazji pozwolę sobie zareklamować mój reportaż w „Dużym Formacie”.

Notkę ilustruję zdjęciem znaku drogowego, o którym piszę w reportażu. W tle widać opuszczone od kilkunastu lat wieżowce osiedla Brewster Douglass. Na pierwszym planie - znak kierujący ruch przez widmową osiedlową ucieczkę na autostrady, które się krzyżują w pobliżu (zaraz za tymi wieżowcami). Obawiam się, że świadomie lub nie, nasi luminarze samorządowi dążą do zbudowania w swoich miastach drugiego Detroit (te libeskindy, te ekspresówki, te kwitnące suburbia!).

Kocham motoryzację, identyfikuję się z określeniem „petrolhead”, moja ulubiona forma turystyki to turystyka samochodowa. Ale ideałem miasta jest dla mnie Wiedeń, a nie Los Angeles - najbardziej podoba mi się miasto, po którym można leniwie spacerować i wszędzie dojechać zbiorkomem, ale jak się chce wyskoczyć na dalszą lub bliższą wycieczkę, autostradowa obwodnica jest tuż tuż.

Mam wrażenie, że zieloni myślą o takim właśnie mieście. Wiedniem zresztą rządzi koalicja zielono-czerwona. Czerwieni w sensie zachodnioeuropejskim się już u nas raczej nie doczekam, pozostaje mi więc zieleń. Przestaję narzekać na brak pomidorów i zaczynam wcinać ogórki.

piątek, 04 kwietnia 2014
Teraz odtwarzane (162)

Rzadko tu piszę o polskiej muzyce pop, bo ta rzadko wpada mi w ucho. Problem mam z nią niemal zawsze ten sam: wokal.

Mógłbym słuchać Myslovitz, Cool Kids of Death albo nawet muzykującej rodziny Waglewskich. Ale najpierw musieliby zatrudnić wokalistę, który ma ciekawy głos i umie śpiewać. Wiem, że „not gonna happen”, więc jednak podziękuję.

Ania Rusowicz może nie jest polską Arethą Franklin, ale stosuje prosty trick, na których chętnie daję się nabrać. Ja nie jestem malkontentem, jako odbiorca muzyki pop jestem jak agent Mulder. I WANT TO BELIEVE.

Śpiewa nisko i jakby od niechcenia. Daje to przynajmniej nadzieję, że chciała, to podniesie głos tak, że żyrandole będą pękać. Tyle mi wystarczy.

Rusowicz to córka gwiazd bigbitu z czasów młodości moich rodziców - tragicznie zmarłej Ady Rusowicz i Wojciecha Kordy, muzycznego lidera Niebiesko-Czarnych. Nawiązuje do rodzinnych tradycji, w swoich piosenkach tworząc fałszywy klimat lat 60.

Fałszywy - bo wtedy mało kto umiał w Polsce nagrywać muzykę rockową. Pierwsze porządnie zmiksowane płyty pojawiają się w latach 70., gdzieś z Breakoutem, Niemenem i SBB.

Wtedy problem był jakby symetrycznie odwrotny. Nie było trudno o ciekawe głosy. Ale jak strasznie płasko brzmiały te gitary, ta perkusja ewidentnie łapana jednym mikrofonem, ten rachityczny bas!

Faux bigbit Ani Rusowicz ma fajną, profesjonalnie nagłośnioną perkusję i psychodeliczną gitarę, która powinna się spodobać nawet Krzysztofowi Vardze (który zadeklarował kiedyś, że brytyjska muzyka gitarowa jest jego ojczyzną). Pewnie ci biedni gitarzyści z lat 60. chcieli brzmieć właśnie tak, ale jak to osiągnąć na enerdowskiej gitarze puszczonej przez radziecki wzmacniacz.

Ale do tego, no właśnie, mocny, trochę tajemniczo brzmiący kobiecy głos. Aż se wziąłem i kupiłem z ajtjunsów...

niedziela, 30 marca 2014
Wszystkie kalendarze świata

Gdybym miał wymienić najważniejszą różnicę między blogowaniem a dziennikarstwem powiedziałbym, że blogować można w pojedynkę, a dziennikarstwo wymaga przynajmniej dwóch osób - autora i redaktora. Różnica nie jest oczywista dla czytelnika, bo redaktor zwykle pozostaje niewidzialny, ale odczuwa ją sam autor.

Na blogaska człowiek rzuca sobie co chce. Teksty dziennikarskie albo ktoś u niego zamawia (tak jest najfajniej, bo jak zamówili - to zapłacą), albo trzeba je zaproponować i sprzedać. A potem, zdarza się, smakować gorycz porażki, kiedy tekst odrzucą.

Marcowy ranking od czapy poświęcę odrzuconym tekstom z antologii „Killed. Great Journalism Too Hot to Print”. Antologia ma kilka wielkich nazwisk, otwiera ją tekst Orwella o głupocie brytyjskiego kolonializmu odrzucony przez Observera w 1942 (bo godził w morale wojenne) oraz tekst Betty Friedan o młodych absolwentkach, którego odrzucenie w 1958 doprowadziło ją do napisania „Feminine Mystique”.

Rurka
Z największą przyjemnością przeczytałem jednak odrzucony przez Vanity Fair tekst P.J. O’Rourke’a z 1984, „A Ramble Through Lebanon”. Doskonale rozumiem powody, dla których Tina Brown z Vanity Fair go odrzuciła - tekst był próbą napisania poważnego reportażu przez autora specjalizującego się w satyrze.

O’Rourke pojechał na wariata do kraju zniszczonego przez wojnę domową, szukając atrakcji turystycznych opisanych w podręcznikach - i opisując, co tam jest teraz, z wisielczym humorem typu „Stary budynek ambasady amerykańskiej jest w takim samym stanie, jak nasza bliskowschodnia polityka zagraniczna” albo „Ruiny Holiday Inn to radość dla oka. Kto nie marzył kiedyś o wysadzeniu jednego z nich w powietrze?”.

O’Rourke starał się zwiedzić wszystkie strefy kraju, wliczając w to okupowaną przez Izrael. „Zapłaciłem ze swoich podatków za twój karabin, więc może wycelowałbyś go teraz w kogoś innego” - myśli spotykając izraelskich żołnierzy, ale nie mówi tego na głos. Na głos woła „jestem AMERYKANINEM!”.

Tekst się czyta świetnie, ale ogólna wymowa jest niesmaczna. Przeczytałem go z wielką przyjemnością, ale nie puściłbym go do druku. Dzisiaj dziennikarze mają od takich rzeczy blogaski, w 1984 mogli najwyżej wydać to w książce (O’Rourke opublikował w zbiorze swoich tekstów podróżniczych „Holidays In Hell”).

Hatfield
U zarania blogowania pisałem o asymetrii w populacji świrów na polskiej prawicy i lewicy. W 2006 praktycznie każda osoba pieprznięta w czaszeczkę na punkcie teorii spiskowych lądowała w Polsce na prawicy.

Dziś się to już mocno wyrównało dzięki najnowszej fali lewicowej śmieciowej publicystyki. W Stanach było wtedy odwrotnie.

Lewica była skłonna uwierzyć w absolutnie wszystko, co stawiało Busha w złym świetle. Tak jakby fakty o Bushu były za mało wymowne i trzeba je było jeszcze doprawić bajkami o „kontrolowanym wyburzeniu”.

W 1999 roku mało znany autor James Hatfield wyskoczył w książce „Fortunate Son” z rewelacją: G.W. Bush ma kryminalną przeszłość, był aresztowany za posiadanie kokainy w 1972, ale dzięki wpływom ojca sprawę zatuszowano. Sprawa okazała się być wyssana z palca, a sam Hatfield popełnił w 2001 roku samobójstwo.

Czy to na pewno było samobójstwo? Czy na pewno Hatfield wymyślił swoje źródła? „Rolling Stone” zamówił u Marka Shone’a śledczy tekst o tej aferze.

Tekst się redakcji nie spodobał. To reportaż o socjopatycznym oszuście, budującym karierę na nieustannym kłamstwie - który zabrnął w tym tak daleko, że już kłamstwa nie wystarczały. I wtedy się zabił.

Fakty są bezlitosne, a jednak wyssane z palca rewelacje Hatfielda do dzisiaj krążą wśród amerykańskiej lewicy. Cóż, podobny tekst można by w Polsce napisać o Lepperze, a jednak wszystkie kalendarze świata nie sprawią, że red. red. Gdula i Kurkiewicz uwierzą, że Lepper mówiąc o „talibach w Klewkach” nie mógł „ujawniać więzienia w Szymanach”.
Pod tym względem jesteśmy już Ameryką.

Robert Fisk
Spory wokół książki Domosławskiego o Kapuścińskim przywołały kiedyś odwieczny problem prawa dziennikarza do opowiadania się po jakiejś stronie. Tu wrzucamy tradycyjną porcję bajeczek o tym, jak to w Ameryce, panie, byłoby to nie do pomyślenia.

Robert Fisk w 2002 roku napisał dla „Harper’s” świetny tekst o tym, jak amerykańscy dziennikarze ocipieli po 11 września na punkcie demonstrowania swojego poparcia. Fotografowali się w mundurze, nawet z karabinem.

Przyjęli stronniczy język, w którym palestyńskie dzieciaki z kamieniami są „terrorystami”, ale Ariel Sharon jest tylko „wojownikiem”. Izraleczycy giną w „zamachach”, Palestyńczycy w „strzelaninie”.
Fisk cytuje Waltera Isaacsona, dziś znanego głównie z biografii Steve’a Jobsa, a wtedy szefa CNN. Poinstruował on swoich dziennikarzy, żeby nie mówili zbyt dużo o cywilnych ofiarach w Afganistanie, bo to „pomaga talibom”.

Pamiętam tamte czasy. W Polsce było podobnie. Kto miał wątpliwości w kwestii inwazji na Irak, zachowywał je dla siebie. Polskie media też ogarnął wtedy powszechny proamerykański wycipingiel. Wodzu, prowadź nas na Bagdad!

Dlatego tekst Fiska polecałbym do dzisiaj wszystkim studentom dziennikarstwa.

piątek, 21 marca 2014
M 6800

Malanowska 6800

Motorola MC6800 to chip, który nie odegrał większej roli w ośmiobitowej rewolucji. Reklama tego procka zdradza istotę jego problemu.

Debiutująca na raczkującym rynku mikroprocesorów firma wyobrażała sobie swoją kostkę w profesjonalnych systemach. Chcieli firmom montującym na tej bazie własne komputery osobiste oferować cały zestaw chipów, obejmujących nawet sterownik modemu (MC 6860).

Pierwsze popularne ośmiobitowce stawiały tymczasem na układy oferowane przez MOS (6510, procek mego dzieciństwa) i Zilog Z80 (panie, ja nie jestem rolnikiem). Nie miały żadnych zalet, poza ceną.

Skutkiem ubocznym było drastyczne okrojenie funkcjonalności pierwszych popularnych komputerów. Ciężko było do nich podłączyć nie tylko modem, ale nawet stację dysków (nie mówiąc już o dysku twardym). Ciekawe jak by wyglądała alternatywna ścieżka rozwoju IT, gdyby już w połowie lat 70. popularne komputery można było łączyć w sieć?

Porażkę Motorola odkuła sobie przygotowując następcę 6800 - czyli szesnastobitowego 68000 z elementami architektury trzydziestodwubitowej, co pozwalało na późniejsze w miarę bezbolesne upgradowanie do 68020 i 68040. Przez chwilę komputery z Motorolką oferowały użytkownikom więcej od komputerów z prockami od Intela (skrępowanych bezsensownymi zaszłościami z ośmiobitowej przeszłości).

Skojarzenie z Motorolą 6800 to jedyne, co mi przyszło do głowy w miarę poważnego w reakcji na okrzyki Kai Malanowskiej, że tylko tyle zarobiła na pisanej przez 16 miesięcy książce. Poza tym już moją reakcją było tylko „lol”.

Niektórzy blogonauci narzekali, że Malanowska nie wywołała poważnej debaty na temat poziomu życia pisarzy w Polsce. Tak jakby czyjekolwiek wulgaryzmy na fejsie kiedykolwiek gdziekolwiek wywołały poważną debatę o czymkolwiek.

Te pierwsze odpowiedzi, które Malanowskiej udzielali Dehnel i Żulczyk, zawierały poważne i praktyczne porady. Jak negocjować zaliczki, jak podpisywać umowy, jakich wydawnictw unikać.

Gdybym kiedyś sam miał załamanie nerwowe związane fatalnymi wpływami z moich książek (o co oczywiście łatwo), oczekiwałbym tylko takich porad. „Słuchaj, czy wiesz, że z Europejskiego Funduszu Promocji Nihilizmu można obczaić dofinans na książki, które w tytule mają coś o nieistnieniu” - ach, jaki byłbym szczęśliwy, gdyby jakiś starszy kolega wyszedł z taką poradą.

Malanowskiej takie porady nie interesują. To czego właściwie oczekuje? Przytulenia, poklepania, pogłaskania po główce i szepnięcia „wszystko będzie dobrze”?

Jej brak zainteresowania przyziemnymi sprawami takimi jak umowa czy zaliczka pokazuje nieszczerość jej deklaracji o traktowaniu pisarstwa jako zawodu. Zawodowo zajmujemy się tym, co jest naszym głównym źródłem utrzymania - wszystko inne jest najwyżej odpłatnym hobby.

Dla Malanowskiej pisanie to hobby. Dla Vargi, Żulczyka czy Dehnela to jest tymczasem główne źródło utrzymania. Ja na razie ciągle jestem zawodowym dziennikarzem, ale pisanie książek szykuję sobie jako plan B na wypadek, gdyby ten zawód zechciał pożegnać się ze mną (mi z nim na tyle dobrze, że to nie ja pierwszy powiem „zostańmy przyjaciółmi”).

Malanowska ma więc ten luksus, że jeśli nawet poświęci 16 miesięcy na zarobienie 6800, nie stanie przed problemem zalegania z bieżącymi rachunkami. Varga, Żulczyk, Dehnel czy Jors Truli tymczasem w takiej sytuacji mieliby, hmmm, kłopot.

Bardzo jej tego luksusu zazdroszczę. Serio. Varga pewnie też (dlatego nie rozumiem uwag Karpowicza, że Varga przemawia z pozycji silniejszego - niby pod jakim względem Varga jest silniejszy? Na pewno nie pod finansowym...).

Ale skoro ona ma ten luksus, to trudno o porozumienie. Syty głodnego nie zrozumie. Jej fantazje o byciu zawodowym pisarzem to coś na zasadzie osiemnastowiecznych arystokratów, fantazjujących o prostym życiu pastuszka.

Ludzie żyjący z pisania po prostu nie mogą sobie pozwolić na luksus nieczytania umów, nienegocjowania zaliczek, nieinteresowania się źródłami dofinansowania ze środków publicznych. A z wypowiedzi Malanowskiej widać, że ona nawet nigdy się dotąd nie interesowała tym, czy przypadkiem gdzieś nie czekają na nią pieniądze.

Rynek książki w Polsce jest chory pod wieloma względami. Dominują na nim dwaj gracze: empik i chomik, obaj z różnych stron dołujący honoraria autorów. Wsparcie publiczne wbrew pozorom istnieje, ale trzeba wiedzieć jak działa, żeby je krytykować.

Jest o czym rozmawiać. Ale przecież nie z kimś, komu się nawet nie chce czytać własnej umowy.

PS. Będą wylatywały komcie zawierające fantazje komcionautów o sytuacji zawodowej czy materialnej Vargi, mojej czy czyjejkolwiek; proszę się opierać o publiczne wypowiedzi i weryfikowalne fakty


poniedziałek, 17 marca 2014
Spinfelczerzy

Zgodnie ze znaną psychologiczną prawidłowością, gdy już podjąłem decyzję o niegłosowaniu na PO, wszędzie widzę kolejne uzasadnienia. Uzasadnieniem nie wymagającym zbędnych słów jest obecność znanego wielbiciela Pinocheta na biorącym miejscu w eurowyborach (a przypominam, że ze względu na specyfikę tych wyborów, głos na kogoś zasługującego na szacunek, np. Danutę Hübner jest jednocześnie głosem na Miśka).

Na marginesie tego platformianego strzału w stopę pozwolę sobie na chwilę refleksji nad zjawiskiem spindoktorów. Prywatnie jestem nastawiony bardzo sceptycznie do tej profesji.

Nawet jeśli spindoktorzy odnoszą jakieś mierzalne sukcesy, to na krótką metę. Karl Rove odpowiadał za kilka sukcesów Republikanów w USA, ale na dalszą metę raczej zaszkodził tej partii.

U nas co wybory, to seria prasowych artykułów o rzekomym mózgu stojącym za czyimś sukcesem wyborczym. Już Kwaśniewskiemu prezydenturę rzekomo miał zapewnić Jacques Séguéla. Jego następcy - geniusz Adama Bielana i Michała Kamińskiego. Leppera rzekomo do Sejmu wprowadzić miał Tymochowicz, i tak dalej.

Tymochowicz to przykład o tyle pasujący mi do notki, że z wszystkich polskich doradców najbardziej wyraźnie widać, że ściemnia. Często mam wrażenie, że sam Tymochowicz podpuszcza tych, którzy traktują go serio - jak można uwierzyć, że kluczem do wygranej w wyborach jest kurs kreatywnego wymachiwania rękami?

To wrażenie umacnia dziwaczny film dokumentalny Łozińskiego, w którym Tymochowicz podjął się wyzwania wykreowania lidera z przeciętnego człowieka przy pomocy swojego voodoo. Oczywiście, nie udało mu się to, jego przeciętny człowiek pozostał przeciętnym człowiekiem. Co nie przeszkadza Tymochowiczowi dalej udawać specjalistę od wizerunku.

Najśmieszniejsze oczywiście, kiedy spinfelczer sam sobie uwierzy w swoją eksperckość. Dr nhab. Marek Migalski prawdopodobnie szczerze wierzył, że jego bezwartościowe porady tak bardzo pomagały PiS-owi w kampanii, że może sobie poradzić bez PiSu.

To jakaś zawodowa choroba spinfelczerów. Przeceniając rolę, jaką odgrywają w polityce, zakładają te wszystkie kanapowe partyjki, które odróżniają tylko specjaliści - Solidarna Polska Razem Jest Najważniejsza XXI.

Misiek przynajmniej miał dość zdrowego rozsądku by zauważyć, że pod sztandarami którejś z tych zakładanych przez siebie partyjek do europarlamentu się nikt nie dostanie. I mule będzie wcinał kto inny, sacrebleu.

Pozostaje pytanie, po co to było Platformie. Elektorat PO to przecież w dużym stopniu negatywny elektorat PiS.

Pozytywna wizja Polski w wykonaniu Platformy to zwykle jakaś bzdura w stylu „zrobimy drugi Dubaj” Szejnfelda. Ale negatywna wizja „jak przegramy, wygra PiS” przez dłuższy czas mobilizowała elektorat.

Skoro jednak wygrana PO ma oznaczać powrót najbardziej skompromitowanych osobników z PiS, negatywny elektorat machnie ręką. Co za różnica, czy do parlamentu wprowadzimy wielbiciela Pinocheta z etykietką „PO” czy z etykietką „PiS”? Miśka bym nie poparł nawet gdyby kandydował jako PPS.

czwartek, 06 marca 2014
Z braku Cthulhu

Kampania wyborcza do europarlamentu rusza w nieoczekiwanie ponurych okolicznościach. Wszystkim wyborcom przyda się przypomnienie, że wybory zwykle robimy w czasach pokoju, ale w trakcie kadencji wybrani politycy być może będą musieli się zmierzyć z groźbą wojny.

Miejmy nadzieję, że groźba okaże się czysto wirtualna. Ale ja już teraz się cieszę, że premierem w chwili zagrożenia jest chłodny Tusk, a nie skłonny do bezsensownego wymachiwania pistolecikiem Kaczyński.

Europoseł Protasiewicz przypomniał jednak jednocześnie, że rzekoma różnica między PO a PiS to twór marketingu politycznego. Skutek tego, że w pewnym momencie jedyną raison d’etre Platformy było zapełnienie próżni na lewo od PiS.

A przecież nie tak dawno temu mentor Protasiewicza, Jan Maria (y otros, y otros) Rokita, mówił o „naszych przyjaciołach w PiS”. Widział siebie w roli płemieła z Kłakowa, wspartego przez dwie bliźniacze partie.

W Protasiewiczu przeraża mnie nie tyle jego pijackie hajhitla, co konferencja prasowa, którą zrobił na trzeźwo. Zobaczyliśmy patologicznego germanofoba, którego dwie kadencje u waaadzy przyzwyczaiły do permanentnej bezkarności.

Dotąd każdego policjanta czy urzędnika Protasiewicz (a wcześniej Rokita) mógł postawić na baczność, wymachując immunitetem czy dyplomatycznym paszportem. I podobnie jak Rokita, w końcu zapomniał, że na zachód od Odry to nie działa.

Ilu Platforma jeszcze ma takich baronów, którzy uwierzyli w swoją oligarchiczną bezkarność? Ilu ich będzie miała pod koniec trzeciej kadencji u władzy?

Nie ma lepszej terapii na arogancję władzy od przejścia do opozycji. Czołowi politycy PO potrzebują takiej terapii. Może kiedy HGW straci limuzynę z kierowcą i sama usiądzie za kółkiem, przestanie robić gafy typu „warszawscy kierowcy chwalą sobie objazd, bo mogą podziwiać widoki”.

Nie zamierzam potępiać w czambuł dorobku tych dwóch kadencji PO. Polska dokonała przez ten największego skoku modernizacyjnego w nowoczesnej historii. Za unijną kasę, rzecz jasna, ale trzeba ją było umieć pozyskać i wydać. Poprzednicy mieli z tym problemy.

Tutaj jednak przeraziła mnie gafa mniejszego kalibru, ale znacząca - poseł Szejnfeld wrzucający na fejsa zdjęcia wieżowców z Dubaju jako wizję Polski po trzeciej kadencji PO. To pokazuje, że czołowi politycy Platformi wyobrażają sobie modernizację na wzór trzecioświatowej gigantomanii - wieżowce oplecione drogami szybkiego ruchu, a wśród nich brak miejsca na przestarzałe rozrywki takie jak leniwy spacer trotuarem.

Czas wymyślić nowy pomysł na modernizację. Już nie chodzi o wieżowce i autostrady, bo te zaraz skończymy budować. Chodzi o tych ludzi wędrujących trotuarami - o ich jakość życia, o ich umowy o pracę, o ich kulturę, oświatę, rozrywkę, zdrowie i bezpieczeństwo. Nie wiem, czy PO przedstawi jakąś wizję w wyborach 2014/2015.

Dostali już jeden mój parlamentarny głos w podzięce za autostrady. Drugi by mogli dostać za koleje albo służbę zdrowia, ale na to się nie zanosi.

Gdyby w eurowyborach startowały ogólnoeuropejskie partie, wybory byłyby takie proste. Bywalcy niniejszego bloga wahaliby się między ALDE a lewicą nordycką, z przewagą głosujących na socjalistów i demokratów. Pojedynczy chadek głosujący na EPP byłby tu rarogiem takim, jak nasz niedawny rezydentny kaczysta, kol. Jerzman.

Wszystko jest jednak u nas poprzesuwane. Gdzie w zbliżających się eurowyborach szukać naszego ulubionego Mniejszego Zła?

Szanuję ludzi, którzy po rozważeniu wszystkiego wybierają jednak Platformę. Szanuję też wyborców SLD i sam bym pewnie zatkał nos i zagłosował na Millera, gdyby ten ostatnio nie zmarnował świetnej okazji do siedzenia cicho.

Tak jak z Protasiewiczem, tłumaczenia Millera w sprawie więzień CIA są jeszcze trudniejsze do wybaczenia od samych więzień. Mógłbym przełknąć linię obrony typu „Amerykanie nas oszukali”. Nie mogę zaakceptować „nowoczesne państwo od czasu do czasu musi sobie kogoś potorturować”.

To trochę gest rozpaczy, ale w związku z tym w eurowyborach zagłosuję na Zielonych (o ile zbiorą podpisy). Ich podejście do energetyki jądrowej i GMO jest meszuge, ale to się i tak nie rozstrzygnie w tych wyborach.

I wiem, że to zapewne będzie tzw. „głos zmarnowany” w takim sensie, że Zielonym nie uda się nikogo oddelegować do konsumpcji muli. Trudno. Ale jak zgarną chociaż ze trzy procent, będzie to jakiś lewar do negocjacji przy układaniu list Sensownej Opcji Lewicowej w następnych wyborach

czwartek, 27 lutego 2014
Beks-rank

Z oczywistych powodów dużo ostatnio myślę o Tomaszu i Zdzisławie Beksińskich. Lutowy ranking od czapy będzie więc poświęcony piosenkom ponurackich wykonawców, lansowanych przez tego pierwszego.

Próbę czasu najlepiej znosi This Mortal Coil. Wtedy była to dla mnie po prostu supergrupa ponuraków z wytwórni 4AD. Dopiero jako dorosły człowiek zrozumiałem, że to jednocześnie pionierzy gatunku „coverów od czapy”, który pokochałem jako, well, dorosły człowiek.

Kiedyś już pisałem, jakim odkryciem był dla mnie pierwowzór „My Father” z płyty „Filigree & Shadow”. Ale takim najlepszym najlepszym kawałkiem z całego dorobku tej supergrupy jest jednak dla mnie „Strength of Strings”.

To też cover - ale pierwowzór to był po prostu hipisowski folk. Z całym szacunkiem dla pana Gene’a Clarka, ja zawsze będę wolał gotycką, ponuracką wersję This Mortal Coil. Przykro mi.

Gdyby pominąć covery, próbę czasu z kolei najlepiej z kolei moim zdaniem wytrzymuje Peter Murphy. Po prostu dlatego, że to piękny głos. I tutaj polecam z jego solowej płyty piosenkę „Roll Call”.

Podmiot liryczny jest jakiś ciekawym przykładem socjopaty (?), narkomana (?), świra (?), który wprawdzie usiłuje prowadzić jakieś życie towarzyskie, ale „jego oddech jest jego jedynym przyjacielem”. Podczas kolejnej próby podjęcia życia towarzyskiego w wyobraźni ustawia swoich znajomych w szeregu i robi im mentalne „kolejno odlicz” (z tej piosenki się dowiedziałem w połowie lat 80., jak to się mówi po angielsku!).

Kiedy jednak chcę sobie przypomnieć, kim byłem ćwierć wieku temu - nic nie służy mi lepiej niż Clan of Xymox. „Back Door” to wspaniałe zakończenie albumu „Medusa”, chyba w ogóle najlepszego w dorobku grupy. Te analogowe syntezatory i ta prymitywna pukawka perkusyjna - wszędzie indziej to brzmi kiepsko, a tutaj jednak stanowi koherentną całość, która do dziś robi na mnie wrażenie.

Chyba nie tylko dlatego, że ożywia wspomnienia. Inni wykonawcy z tej epoki też ożywiają wspomienia, a jednak nie puszczam ich na full w samochodzie.

sobota, 15 lutego 2014
W Internecie wszyscy są akwizytorami

Kultura 2.0

Mam nadzieję, że cyberpesymizm zaczyna wreszcie zapuszczać korzenie tam, gdzie dotąd głoszono hasła „internet nie jest zagrożeniem, lecz szansą”. Czyżby udało się zdobyć nawet mury fortecy Centrum Cyfrowego Project Polska?

Podstawy do tej nadziei widzę w blogowym wpisie dr Aleksandra Tarkowskiego, socjologa Internetu. Zawarł w nim postulat: „Chciałbym, żeby w cenniku Piano obok ceny usługi była wyliczona wartość danych o mnie, które serwis zbierze”.

Od uświadomienia sobie tego, że rzeczywista cena usługi w Internecie to „x + dane osobowe” jest już tylko krok do uświadomienia sobie, że to obowiązuje także wtedy, gdy x=0. Otwartyści, jeszcze jeden wysiłek, jeśli chcecie zrozumieć jak działa Internet!

Od dawna powtarzam, że w Internecie nie ma „wolności”, „równości”, „otwartości”. Dominującym modelem biznesowym jest „darmowość w zamian za inwigilację”.

Trawestując linuksiarskie powiedzonko, model „free as in free speech, not as in free beer” przegrał w czasach Usenetu łupanego. Wygrał model „free as in: sign here to confirm that you waive your rights to freedom of speech and privacy - and then enjoy your complimentary beer, cheers!”.

W swojej książce próbuję pokazać historię tego modelu. Moim zdaniem, nawet nie jest tak, jak sugerowali to wcześni cyberentuzjaści, że ten model jest jakimś naturalnym wyborem antropomorfizowanej informatyki („information wants to be complimentary”).

Ten stan sztucznie wytworzono przy pomocy przywilejów prawnych dla cyberkorpów, które USA narzuciły całemu światu przy okazji WIPO. Skasować te przywileje, a od razu okaże się, że „information wants to be expensive”. I to mi się wydaje lepszym rozwiązaniem od psucia prawa autorskiego tylko po to, żeby lepiej pasowało do tego chorego modelu.

Ja nie lubię tego modelu. Ja jestem raczej za przykręceniem śruby cyberkorpom. Chcę, żeby cenę „x+prywatność” europarlament zamienił na cenę „x+0”. Tak, żeby cyberkorpom po prostu i zwyczajnie zakazać w cholerę handlu danymi osobowymi.

Ubocznym skutkiem będzie oczywiście to, że samo x zapewne nie będzie wtedy mogło być zerowe. Fajn baj mi.

Wyszukiwarka, której płacę miesięczny abonament w zamian za nieszpiegowanie? Wchodzę w to. A raczej: wszedłbym, gdybym miał taką możliwość. Nie mam jej nie dlatego, że „ludzie tego nie chcą”, tylko dlatego, że na razie w myśl dyktatu USA prawo faworyzuje inwigilację.

Cieszę się, że do Tarkowskiego dotarło wreszcie, że w świecie komercyjnego Internetu linkowanie nie jest czymś niewinnym, bo zamienia linkującego w akwizytora kliknięć. Oczywiście, nie mogę się powstrzymać przed pytaniem: dude, odkryłeś to w 2014? Gdzie byłeś 10-15 lat temu, kiedy ten proces się dokonywał?

Dla „socjologa Internetu” odkrycie, że „linki tracą tym samym niewinność”, to jak dla literaturoznawcy odkrycie, że mówi prozą. I to nie jest kwestia paywalla, bo w formule „x + inwigilacja”, inwigilacja nie znika gdy x=0.

Dostarczyciel darmowych treści też jest akwizytorem. Blogonocię ilustruję skrinem z bloga Kultura 2.0 widzianego z punktu widzenia nakładki Ghostery.

Na blogu Kultura 2.0, jak to na blogu, x=0. Ale kogo widzimy po stronie inwigilacji! Starzy znajomi, gugiel z fejsem, a na dobitkę oczywiście Gemius, bo to Polska, mieszkam w Polsce.

Szanowny panie doktorze, za późno już na martwienie się o „niewinność linkowania” i wynikającą z jej braku rolę akwizytora. Od wielu lat występuje Pan w roli akwizytora kliknięć dla Gugla, Fejsa, polskiego Gemiusa i czeskiego BBElements. Z tego co widzę, nadal nieświadomie.

Myślał Pan, że „w Internecie wszyscy są twórcami”. A tak naprawdę w Internecie wszyscy są akwizytorami dla kompleksu reklamowo-marketingowo-inwigilacyjnego.

Nie minął rok od manifestu, który ogłosiliście z ministrem Ostrowskim o tym, jak to Internet totalnie absolutnie w żadnym wypadku wewogle nie jest żadnym tam zagrożeniem, jest tylko i wyłącznie szansą dla „rozwoju kultury i wiedzy”. Może jednak czas na przemyślenie, jak to właściwie jest z tymi szansami i tymi zagrożeniami?

czwartek, 13 lutego 2014
Los Angeles, 2019

Los Angeles, 2013

Los Angeles, 2019. Dla miłośnika science-fiction to wyjątkowy czas i miejsce. Ja już leniwie planuję podróż-pielgrzymkę do Bradbury Building (na zdjęciu dach, TEN DACH, zaznaczony strzałeczką).

Ciekawe, czy w 2019 będę jeszcze dziennikarzem? Czy będę jeszcze blogerem? Ze względu na #upadekwszystkiego ciągle sobie zadaję takie pytania.

I może dlatego właśnie film „Ona” wydaje mi się niebezpośrednią polemiką z „Blade Runnerem”. To będzie notka bezspojlerowa, bo skupiona na ubocznym wątku tego filmu, jakim jest wizja Los Angeles przyszłości.

Podobieństwa są intrygujące. W obu filmach Los Angeles jest pełne wieżowców, których jeszcze nie ma (trochę ich jest, ale niewiele ponad to, co na załączonej fotce). Skyline Los Angeles z „Onej” zapada w pamięć tak samo jak z „Blade Runnera”.

Oba filmy traktują o samotności - w „Blade Runnerze” mamy samotnych ludzi (ahem, nie wnikajmy) w futurystycznym Los Angeles, Tyrella z własną piramidą, Deckarda z małym mieszkankiem i J.F. Sebastiana, który ma do dyspozycji cały Bradbury Building, bo kto mógł, ten już wyemigrował na pozaziemskie kolonie, w Los Angeles zostali tylko Chińczycy i nieudacznicy.

Oba traktują też o sztucznej inteligencji i o tym, jak ta sztuczna inteligencja próbuje zrozumieć ludzi. Obserwuje ich, imituje ich zachowania, próbuje zrozumieć.

W obu w rozmowie między człowiekiem a sztuczną inteligencją pada prośba „opowiedz mi o swojej matce”, aczkolwiek rozmowa przebiega odwrotnie. Bo też i „Ona” jest jakby rewersem „Blade Runnera”.

Los Angeles w „Onej” jest piękne, wysprzątane i zadbane. Zawsze jest ładna pogoda - do tego stopnia, że bohater kasuje bez czytania wiadomość od newslettera z prognozą pogody (wyobrażenie IT w tym filmie jest mocno nieżyciowe - newsletter z prognozą pogody? there’s an app for that!).

W prawdziwym Los Angeles budowa metra na zachód jest od kilkudziesięciu lat blokowana przez wpływowych mieszkańców bogatych dzielnic, które nie chcą się czuć zbyt dobrze połączone z South Central czy, lajk, Doliną. Ich stać na taksówki, a czym dojeżdżają ich meksykańscy ogrodnicy, to im już zwisa.

W filmie „Ona” metro tymczasem dociera do samego oceanu. Działa tak dobrze, że główny bohater w ogóle nie odczuwa potrzeby posiadania samochodu.

Chodzi po Los Angeles na piechotę (!), dalsze dystanse pokonując metrem. Nawet do wynajętego domku na odludziu jedzie pociągiem. Film sugeruje, że w Ameryce za kilkadziesiąt lat wreszcie ruszy odpowiednik europejskiego TGV.

Los Angeles przyszłości stworzono miksując zdjęcia z prawdziwego Los Angeles i z Szanghaju. Geografia filmu jest pełna sprzeczności - z okna mieszkania głównego bohatera widać budynki, które rzeczywiście istnieją, ale nie pasują do nazwy osiedla „Beverly Wilshire” (chyba, że założyć, że osiedle o takiej nazwie będzie dostatecznie daleko od Beverly Drive, żeby bohater miał za oknem One Wilshire).

Prawdziwe Los Angeles jest miastem, w którym na większości terytorium w ogóle nie widać białych ludzi. Chowają się w kilku enklawach klasy średniej i wyższej, przede wszystkim na zachodzie aglomeracji.

„Blade Runner” ekstrapolował tą tendencję pokazując miasto, w którym biała klasa średnia barykaduje się odizolowanych budynkach. W „Onej” odwrotnie, całe Los Angeles wydaje się być w klasie średniej. Bezdomni i bezrobotni zniknęli.

Pojawia się oczywiście pytanie - gdzie? Jak Los Angeles dokonało Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Skid Row?

Focia przedstawia Downtown LA o wschodzie słońca (tradycyjny jetlagowy atak bezsenności), widziane od północy. W nocy te ulice, których siatkę widzimy na pierwszym planie (Main i Los Angeles versus trzecia gdzieś do piątej), należą do bezdomnych.

Trzecia ulica oficjalnie uważana jest za północną granicę Skid Row. W nocy w tej dzielnicy wyrasta koczowisko, improwizowane shanty town, w którym bezdomni budują przemyślne konstrukcje z kartonów i wszystkich odpadów, jakie wpadły im w ręce. W dzień znikają, ale zostają po nich ślady.

Kapitalizm taki, jakim go znamy, nie jest w stanie rozwiązać tego problemu. W „Onej” go rozwiązano. Jak? Czy zmienił się ustrój, czy jeszcze coś innego? Sterylność futurystycznego Los Angeles w tym filmie budzi niepokój przez to, że brak wyraźnej odpowiedzi na to pytanie.

piątek, 07 lutego 2014
Analiza techniczna indeksu WIG-20

Zostaje z OFE

Z opóźnieniem odniosę się do dyskusji na temat filmu „Wilk z Wall Street” - w związku z czym uwaga, będą fundamentalne spojlery. Chcę się odnieść do tych zarzutów merytorycznie, co wymaga zdradzania zwrotów akcji.

Filmowi zarzucano gloryfikowanie postaci Jordana Belforta, giełdowego oszusta, którego gra Leonardo DiCaprio, na podstawie wspomnień tegoż. Z zarzutem wyszła córka innego aferzysty, umoczonego w ten sam przekręt, za nią podchwyciły to media z całego świata.

To nie jest nowa sytuacja. „Wall Street” Stone’a też przecież był potępieniem Wall Street, ale sam pamiętam, jak w Polsce był potem szał na noszenie czerwonych szelek. W filmie „Boiler Room” inspirowanym również aferą Belforta, postać luźno wzorowaną na Belforcie gra Ben Affleck i tam też jest kapitalna scena, w której bohaterowie filmu oglądają „Wall Street” i recytują monologi Gordona Gekko.

Znają je na pamięć. To ich idol.

Filmy o ludziach noszących garnitury od Hugo Bossa mają ten sam problem, co filmy o ludziach noszących mundury od Hugo Bossa - jak uchwycił to kiedyś w swojej wystawie Uklański, oni są tak dobrze ubrani, że robią wrażenie na ludziach o słabych umysłach. Takich podatnych na „simple Jedi mind tricks”.

Nie ulega to dla mnie wątpliwości, że postać Jordana Belforta będzie imponować wannabe wilczkom giełdowym. Tak samo imponował im Michael Douglas jako Gordon Gekko.

No trudno, to są przecież właśnie dokładnie takie same mendy jak Belfort. Czego oczekujecie po tych ludziach, moralnej przemiany podczas seansu kinowego? Zarżą bezmyślnie na dowcipach z dziwkami, a potem wrócą do studiowania analizy technicznej wykresu WIG-20.

Zarzuty o gloryfikowanie takiej postawy biorą się z dwóch błędów, które zademonstruję na przykładzie recenzji z serwisu foch.pl. Autorka kwalifikuje ten film jako „bromance”, a w scenie z „prowadzeniem po lemonach” pisze, że „nie sposób też nie czuć (...) przekornego podziwu dla ułańskiej fantazji bohatera”.

Zacznę od sceny z lemonami. Nie, nie czułem podziwu. Czułem współczucie.
Jasne, że ja też chciałbym być trochę bogatszy niż jestem, ale nie zazdrościłem Belfortowi jego bogactwa. Do spełnienia wszystkich marzeń związanych z kasą wystarczyłoby mi, powiedzmy, 50% podwyżki.

Ponieważ moje wynagrodzenie jest zależne od tego, ile piszę, mógłbym tę podwyżkę dać sobie sam, po prostu wcześniej wstając i później idąc spać. Na przykład regulując jedno i drugie jakimiś prochami (legalnymi).

Wiecie co? Nie chcę. Może i mógłbym dzięki temu jeździć droższym samochodem, ale to nie wydaje mi się tego warte.

Jordan Belfort tymczasem wszystkie swoje „sukcesy” odnosi przy pomocy prochów dużo mocniejszych i zdecydowanie nielegalnych. I te prochy stały się dla niego celem samym w sobie, on już nawet nie odczuwa przyjemności z tych wszystkich złotych kranów i marmurowych sedesów.

Jest narkomanem, jedyne co mu sprawia przyjemność, to chemiczny odlot. W tej scenie cały jego świat właśnie się wali, bo z powodu narkotyków nie może na czas powstrzymać przyjaciela (Donniego), przed wypaplaniem ich wspólnych sekretów przez telefon na podsłuchu.

Prosta czynność, jaką jest podjechanie samochodem i odebranie przyjacielowi słuchawki, w tej sytuacji go przerasta. Pełznie po ziemi, zdrętwiałym językiem usiłuje coś wykrzyczeć do żony, wdaje się z przyjacielem w groteskową bijatykę. Czego tu zazdrościć? Co tu podziwiać?

Z tym przyjacielem to też nie jest takie proste, jak w „bromance”. Przyjaciela genialnie gra Jonah Hill i faktycznie, zdaje się być osobą najbliższą Belfortowi.

Gdy już FBI kazało mu nosić podsłuch, podaje przyjacielowi kartkę: „don’t incriminate yourself, I’m wearing a wire”. Przyjaciel tę kartkę odkłada na bok, niby żeby ją ukryć... a w następnej scenie z tą kartką w dłoniach w domu Belforta pojawia się agent FBI (też świetny Kyle Chandler), żeby go zabrać do ciupy za złamanie warunków współpracy.

Chwilę przedtem widzieliśmy ostatnią rozmowę przyjaciół bez podsłuchu. Belfort wreszcie przestał ćpać i chlać, więc zrozumiał, w jakim żyje ekskremencie. Donnie odmawia detoksu. Nałóg jest silniejszy.

Jak to z narkomanami bywa - Donnie zdradza więc najbliższego przyjaciela. Bo dzięki temu zostanie na wolności. A więc, z łatwym dostępem do dragów.

To ma być „bromance”? To ja już wolę swoje nudne i szare życie. Przynajmniej nie muszę pełzać w panice i nie mam takich „przyjaciół”.

niedziela, 02 lutego 2014
Budki na autostradach

Oklahoma Turnpike

„Punkty ręcznego poboru opłat są uprzykrzającym życie anachronizmem”, napisał dawny poseł KPN i obecny „analityk społeczeństwa informacyjnego” Krzysztof Król w „Gazecie Wyborczej”. Ilustruje to sceną z „Ojca chrzestnego”, w której Santino Corleone ginie przy punkcie poboru opłat przy wjeździe Jones Beach na autostradzie prowadzącej do Nowego Jorku.

Ta scena rozegrała się 65 lat temu, a więc - sugeruje Król - punkty poboru opłat są czymś przynależnym tamtej epoce. Czemu jednak te budki tam stoją do dzisiaj i do dzisiaj wywołują korki w godzinach szczytu? Dlaczego Amerykanie nie są tak mądrzy, jak nasz były poseł?

Jego tekst zawiera wyłącznie argumenty przeciwko punktom poboru opłat na polskich autostradach i za ujednoliceniem systemu, najlepiej w formie elektronicznej winiety. Brakuje w nim jednak najważniejszego: próby zastanowienia się, dlaczego tego nie zrobiono w innych dużych krajach?

W Stanach na przykład istnieje system E-ZPass, który pozwala na zautomatyzowany pobór opłat za niektóre płatne drogi. Podkreślam: niektóre.

Fotka przedstawia punkt poboru opłat na autostradzie I-44 w Oklahomie. „Exact change required”. To nie jest widok, który ucieszy zaskoczonego europejskiego turystę.

Banknoty i karty kredytowe nie pomogą, takoż terminal E-ZPass na przedniej szybie. Stałem na poboczu i czekałem, aż ktoś się zlituje i rozmieni.

Anegdotami o tym, jak się stoi w korkach we Włoszech, Francji czy Stanach przy budkach poboru opłat (zautomatyzowanych lub nie - wbrew pozorom, to niewiele poprawia), moglibyśmy się z posłem Królem przerzucać. Zapewne on też ma takie wspomnienia. Szkoda, że nie zrobił kroku dalej i się nie zastanowił, skąd ten problem.

Ma rację, te budki to anachronizmy. Są pamiątką po czasach, w którym władze postanowiły przyśpieszyć budowę nowej drogi. Zwykle polegało to na tym, że prywatne konsorcjum dostawało koncesję na zarabianie na tych opłatach w zamian za jak najszybsze wybudowanie drogi, która potrzebna była „na wczoraj”.

Drogę pod Nowym Jorkiem, od której swój artykuł zaczął Król, budowano w pośpiechu, żeby zdążyć na wystawę światową z 1939. Ta w Oklahomie, na której stałem na poboczu, wzięła się z frustracji władz stanowych, które nie mogąc się doczekać federalnego programu budowy autostrad - same się zajęły rozładowaniem korków w Oklahoma City (przez co w tym stanie I-44 jest jednocześnie substandardowa i płatna).

Podobnie jest z płatnymi drogami we Włoszech czy z Francji, budowanymi w latach 50. i 60. przez koncesjonariuszy. I podobnie jest z naszymi trzema koncesjami z 1997. Na ile one rzeczywiście przyśpieszyły budowę dróg, to osobna kwestia, ale dzisiaj stoimy przed konkretnym faktem: są trzy firmy, cieszące się koncesjami, które wygasną dopiero za ćwierć wieku.

Z technicznego punktu widzenia włączenie tych koncesyjnych odcinków do powszechnego systemu poboru opłat jest oczywiście bardzo proste. Problem leży gdzie indziej - z tymi firmami trzeba by wynegocjować warunki finansowe tego włączenia.

Nie możemy im tych koncesji tak po prostu odebrać. To byłoby niezgodne z prawem, o czym przekonaliśmy się w okresie IV RP, gdy minister Polaczek zamiast budować autostrady, bezskutecznie szarpał się z koncesjonariuszami i przegrał w sądzie (co kosztowało nas wszystkich dwa lata opóźnienia i trzy miliardy złotych).

Trzeba by te koncesje odkupić albo zaproponować koncesjonariuszom takie warunki, że na jedno wyjdzie. Czy naprawdę nie mamy teraz pilniejszych wydatków?

czwartek, 30 stycznia 2014
Nienakręcony Tarantino

One of them is in cahoots

Życie dziennikarza piszącego cotygodniowy felieton o Internecie na papier to życie w nieustannym strachu, że ktoś mi świśnie temat. Między oddaniem felietonu a jego wylądowaniem w kioskach mija prawie pełny tydzień, dość czasu, żeby jakiś temat do znudzenia przewałkowały portale.
Weźmy ostatnią głośną sprawę - wyciek scenariusza Tarantino „Hateful Eight”. Pomyślałem, że to fajny #pomysłnafelieton - recenzja z nienakręconego Tarantino.

Ale co będzie, martwiłem się, jeśli jakiś portal zrobi to samo? Wprawdzie to nie pasowało do takiej wizji portalozy, jaką od lat roztaczam w swoich tekstach, ale przecież podobno agregację w portalach ma w końcu kiedyś zastąpić dziennikarstwo (zaraz po triumfie Linuksa na desktopach). A ja ze swoim tygodniowym cyklem nie mam szans z nimi rywalizować na szybkość publikacji.

Mimo to spróbowałem, bo uznałem, że warto napisać coś więcej o samym filmie. Nie zobaczymy go w kinach, to jedno już niestety wiadomo na pewno.

I wielka szkoda, bo ze scenariusza wygląda to na coś świetnego - skrzyżowanie „Django” z „Reservoir Dogs”. Ze sceną strzelaniny slo-mo, którą potem internauci by rozkminiali, kto strzelił pierwszy i kto zabił kogo. W scenariuszu oczywiście mamy to łopatologicznie wyjaśnione.

Na blogasku za to mogę zrobić coś, czego nie mogę zrobić w felietonie - czyli zrobić intuicyjne user friendly „japko shift 4” (srsly, Steve, what were you thinking?) i zilustrować tekst kawałkiem scenariusza. To dialog między kobietą skazaną na śmierć (Domergue) i dwoma łowcami głów.

Jeden z nich, major Warren, to ktoś w rodzaju „Django 20 lat później”. Grałby go zapewne Samuel Jackson (o rety! o rety! jaki to byłby genialny film!). Warren zaciągnął się na ochotnika w wojnie secesyjnej, żeby zabijać białasów, a potem został łowcą głów, żeby dalej zabijać białasów.

Jego kolega po fachu, John Ruth, ma inne podejście. Ilekroć plakat mówi „wanted dead or alive”, dostarcza przestępcę może nieco pokiereszowanego, ale jednak „alive”. „Kat też chce z czegoś żyć”, mawia.

Śnieżna zamieć sprawiła, że wspomniana wyżej trójka znalazła się w zajeździe dla dyliżansów na górskiej przełęczy w Wyoming. Muszą tu spędzić noc. Że mało kto dożyje poranka - it goes without saying. Domergue nawet nie ukrywa, że w zajeździe jest ktoś, kto zaraz ją uwolni.

W scenariuszu uderzyła mnie dysortografia Quentina. W tym filmie nikt nie pije kawy, wszyscy piją „coffy”. Nie ma tam drani, są „bastreds” (jeszcze inna pisownia niż w „Ingloriousach!”). „Your” i „you’re” są jednym słowem, trzeba się domyślać z kontekstu.

Gdyby to było tylko w dialogach, można by to uznać za stylizację. Skądinąd scenariusz podkreśla, że niektórzy tu mówią z silnym akcentem południowym, inni z jankeskim. Jedna postać mówi z akcentem brytyjskim (grałby ją może Tim Roth?), a jeszcze inna z francuskim (grałby ją zapewne Christoph Waltz).

Błędna ortografia jest jednak nawet w didaskaliach (np. „pours himself some coffy”). Cóż, Quentinowi wybaczyłbym nawet błędną pisownię w komciach na blogasku. Ale innym radzę pamiętać: nigga, you ain’t no goddamn’ Tarantino.

czwartek, 23 stycznia 2014
Now Playing (161)

Film „American Hustle” jest świetny z każdego punktu widzenia. Wspomnę tutaj obsadę, w której znani aktorzy grają kogoś innego zwykle (Christian Bale - rozlazłego grubasa, Louis C.K. - nudnego biurokratę, Bradley Cooper - agenta Tomka, Jack Huston - gangstera z Atlantic City... a nie, to akurat zły przykład).

Pierwotnym tytułem miało być „American Bullshit”, ale nawet w Ameryce nie można mieć tak fajnych tytułów. Film luźno inspirowany jest prawdziwą akcją FBI znaną jako Operacja Abscam.

W jej wyniku zrujnowano kariery kilku polityków, niektórych kongresmenów nawet posłano za kratki. Operacja była jednak prowadzona na tyle chaotycznie, że zostawiła po sobie w społeczeństwie spory niesmak - po raz kolejny nie udało się rozbić struktur zorganizowanej przestępczości, wpadli akurat ludzie dość przypadkowi, którzy nieostrożnie dali się przyłapać na odebraniu od amerykańskich „agentów Tomków” walizek z pieniędzmi.

Ludzi takich jak Meyer Lansky nie da się w ten sposób złapać, bo oni przecież zawsze mają ludzi od wysyłania ludzi wysyłających ludzi wysyłających ludzi po odbiór walizki od wysłanych ludzi. Da się złapać ludzi, którzy są winni najwyżej chwilowego ulegnięcia pokusie.

Jak ja bym zareagował, gdyby pojawiła się pokusa zrobienia czegoś nielegalnego za walizkę pełną dolarów? No, to akurat wiem, ale walizka pełna euro! O, to już prawdziwe wyzwanie.

Na szczęście nie jestem nikim ważnym, więc nigdy nie będę tak testowany. Ale to żaden powód do dumy, dlatego nie umiem potępić posłanki Sawickiej czy burmistrza Polito (fikcyjnej postaci z tego filmu, luźno jednak wzorowanej na prawdziwym burmistrzu, wrobionym w przyjęcie łapówki w operacji Abscam).

Wisienką na torcie, za którą pokochałem ten film już bez reszty, była jednak piosenka, która brzmi w scenie, w której pojawia się fałszywy szejk. Również wzorowany na prawdziwym fałszywym szejku (uh huh) z operacji Abscam.

Jak wiedzą blogobywalcy, mam słabość do ciekawych kobiecych głosów, oraz słabość do odczapistycznych coverów. Specjalnie dla tego filmu odczapistyczny arabski cover „White Rabbit” Jefferson Airplane wykonała studentka libańskiego pochodzenia, Mayssa Karaa. Piękno i dobro, jak mawialiśmy w czasach nieistniejącego #ttdkn!

wtorek, 07 stycznia 2014
Internet. Czas polemizować.

Pojawiają się pierwsze recenzje mojej książki. Przeważnie miłe, a nawet te nie do końca miłe mają swój urok, bo zarzuty sprowadzają się do „wszystko fajnie, dopóki autor nie zacznie się czepiać mnie albo mojej firmy”.

Postanowiłem odnieść się na blogu do dwóch grup zarzutów, które pojawiają się w uwagach krytycznych. Jedną jest zarzut o stronniczość książki, drugą o to, że organizacje takie jak Electronic Frontier Foundation traktuję niekonsekwentnie, bo raz się z nimi zgadzam, a raz nie.

Wobec obu zarzutów od razu przyznaję się do winy. Guilty as charged. Ale dziwi mnie to, że kogoś to dziwi.

Zarzut stronniczości jest szczególnie paradoksalny, gdy wychodzi z klawiatury autorów manifestów z serii „Internet nie jest zagrożeniem, ale niespotykaną dotąd szansą rozwoju kultury i wiedzy”. Albo raportów „Fajni kulturalni”, w których piractwo wybiela się przez skupienie na niereprezentatywnej próbce piratów sympatycznych, mniamuśnych i słitaśnych, co to ich motywuje wyłącznie pragnienie archiwizowania przedwojennych filmów w jidysz.

Od kilkunastu lat, jeszcze od czasów pionierskiej publicystyki ś.p. Marka Cara, jesteśmy młotkowani tekstami o tym, jak to internetu nie należy się bać, jak to stwarza niespotykane szanse i możliwości, jak to ktoś se kupił smartfona i to go uczyniło „człowiekiem plus”, a znowuż inny zobaczył drukarkę 3D i uwierzył, że można na tym wydrukować samochód albo i pistolet. Tamte teksty też przecież są stronnicze.

No i dobrze. Ich zbójeckie prawo. Ktoś woli pisać o szansach, niż o zagrożeniach - jego wybór.
Ale dlaczego pierwsza polska książka zwracająca uwagę na zagrożenia ma być jednocześnie tą pierwszą, która ma być wyważona między „za” i „przeciw”? Dlaczego ci, którym nie przeszkadzały manifesty z serii „Internet nie jest zagrożeniem”, oczekują po mnie książki „Internet jako taki”?

Nie ma sprawy, taką też mogę napisać. Na priv proszę wysłać propozycję umowy i zaliczki (tylko grafomani piszą przed wpłynięciem zaliczki na konto). Akurat ten wydawca zamówił jednak taką.

Drugi zarzut jest jeszcze dziwniejszy. Nie ma takiej organizacji na świecie, z którą bym się zgadzał w stu procentach. Ludzie, których to dziwi, mnie już nawet nie dziwią, ale wręcz przerażają, to mi się kojarzy z lemowskimi „czórkami maszerującymi nieprzyjemnie regularnym krokiem”.

To dla mnie naturalne, że z - dajmy na to - Jarosławem Lipszycem i jego Fundacją Nowoczesna Polska mogę mówić w miarę zgodnym chórem na temat Snowdena i jednocześnie różnić się w sprawie prawa autorskiego. Jak spotkam kogoś, z kim się zacznę zgadzać we wszystkim, dopiero wtedy zacznę się bać, już tak na serio, bo to brzmi jak początek odcinka „Z Archiwum X” typu MOTW.

I odwrotnie, wiadomo, że z prawie każdą, nawet bardzo niesympatyczną osobą, człowiek się w końcu z czymś zgodzi. Jako entuzjasta budowy autostrad muszę się godzić z tym, że łączy mnie to z Konradem Adenauerem, a nawet jeszcze mniej sympatycznymi niemieckimi politykami.

Ogólnie nie ma przecież innego wyjścia, niż czytać raporty i stanowiska takich organizacji i samemu podejmować decyzję - zgadzam się czy nie. Niepokoją mnie ludzie, którzy słowa ludzi takich jak Moglen, Lessig czy Stallman traktują jak kazanie proroka, wierzą bezkrytycznie tylko dlatego, że to Moglen, Lessig czy Stallman. Ja po prostu nie mam kogoś takiego i bardzo mi z tym dobrze.

czwartek, 02 stycznia 2014
Autostrada wolności

Nowy rok 2014

W drogowym podsumowaniu roku wyprzedził mnie pan prezydent, rzucając propozycję nadania imion dwóm polskim autostradom. Propozycja wzbudziła histeryczny sprzeciw u tych samych ludzi, którzy szydzili, gdy Komorowski w kampanii prezydenckiej zapowiadał rozpoczęcie budowy tysiąca kilometrów nowych dróg w ciągu najbliższych 500 dni.

To nie była obietnica, to była diagnoza stanu faktycznego. Mimo to, prawicowi blogerzy przekonani, że Platforma utrzyma marazm inwestycyjny okresu IV RP, szydzili na swoich blogaskach, pisząc na przykład pod kolejnymi datami, ile kilometrów dróg powinno być oddanych do tego dnia.

Potem im przeszło. Nie dziwię się. Gdy Komorowski wygłaszał tę deklarację, mieliśmy w Polsce 1381 km autostrad i dróg ekspresowych. Dziś mamy ich 2805, do końca 2014 dojdzie jeszcze sto parędziesiąt.

Te, które moim zdaniem dojdą, oznaczyłem na mapie na różowo. Jak widać, jestem pesymistą jeśli chodzi o ostatnie odcinki A4. Termin formalnie jest na koniec roku. Cóż, ucieszę się, jeśli się będę mylił w swoim pesymizmie.

Podoba mi się propozycja nazwania A2 autostradą „Wolności”, a A1 austostradą „Solidarności”. Argument „czy wolność i solidarność mają się przecinać w Strykowie” nie ma sensu. Przecinają się pod Łodzią, węzłem, który oficjalnie się nazywa Łódź Północ.

Niemieckie A1 i A2 się przecinają w węźle Kamener Kreuz, który nazwę czerpie od miejscowości Kamen (43.496 mieszkańców). Co w tym dziwnego? Autostrady nie powinny się krzyżować w centrum wielkiego miasta.

Jak widać z mapki, żadna z polskich trzech dużych autostrad nie jest jeszcze w pełni ukończona. A1 do końca 2014 będzie mieć dwie dziury: Łódź i gierkówkę.

Nazwanie jej „autostradą Solidarności” będzie miało więc zabawny wydźwięk symboliczny. Żeby zbudować w Polsce solidarność, musimy skończyć z kapitalizmem „Ziemi obiecanej” oraz z modernizacją rozumianą po gierkowsku.

To pierwsze wydaje się prostsze. Termin połowy 2015 wydaje mi się bezpieczny - na miejscu Tuska stanąłbym na uszach, żeby przecięcie wstęgi na wschodniej obwodnicy Łodzi było raczej tuż przed wyborami niż tuż po nich.

Tym bardziej, że jak widać z mapy, to nie będzie tylko kwestia jednej obwodnicy. Od połowy 2015 między Wejherowem a Wenecją najgorszym odcinkiem drogi będzie fragment czesko-austriacki, bo tam jest gorzej niż na gierkówce. How cool is that?

Dla mojego pokolenia to i tak wystarczająco szokujące, że między Warszawą a Berlinem najgorszym odcinkiem jest niemiecka A12. Tak ją od zjednoczenia remontują i remontują, i wyremontować nie mogą. Jak to dziwnie brzmi, „od Warszawy do granicy była fajna autostrada, dopiero w Niemczech zaczął się syf”...

Symbolika wolnościowa też będzie zabawna. Wolność już mamy między Warszawą a Berlinem. Ale żeby ją dociągnąć do Mińska trzeba jeszcze dużo się nabudować.

Trzymając się tej poetyki, A4 proponowałbym nazwać autostradą jedności europejskiej. Dla Ukraińców ona i tak już nią jest. To pierwsze, co widzą po przekroczeniu granicy Schengen.

I oni mają większy sentyment do tej drogi od Polaków. Jako dowód przytoczę wzruszającą scenę finałową ze znakomitej powieści Mariny Lewyckiej „Zarys dziejów traktora po ukraińsku” (w której tą drogą jedzie rolls royce z ruskimi kracianymi torbami na bagażniku dachowym).

Jest jeden problem. Polskie autostrady równoleżnikowe mają nieprawe pochodzenie. Obie zaczął budować Hitler, na A4 nawet parę fragmentów zdążył dokończyć, na A2 zdążył zostawić ślady prac ziemnych, które teraz niemal w całości przykryła gotowa autostrada, biegnąca prawie dokładnie szlakiem dawnej hitlerowskiej Autobahn nach Posen.

Moim zdaniem, dla odczarowania tej złej karmy, przydałby się jakiś pomnik pamięci więźniów i jeńców, którzy wykonywali te prace ziemne. Na przykład jakaś wspólna inicjatywa polsko niemiecka po obu stronach Odry, trochę jak pomnik historycznej roli przełęczy Brenner na pograniczu włosko-austriackim.

Sama idea nazywania autostrad jest naturalną praktyką. Gdy Amerykanie w 1913 wytyczyli pierwszą transkontynentalną drogę Nowy Jork - San Francisco, nazwali ją „drogą Lincolna”. Amerykańskie autostrady do dzisiaj mają poza numerami nazwy typu „Golden State Freeway” albo „Will Rogers Turnpike”. Francuzi mają „Autoroute du Soleil”. Czemu nie „Autostrada Wolności”, jako dodatkowa nazwa obok A2?

PS. Na mapce co brzydko i niedokładnie pociągnięte Paintbrushem - to moje, co ładne, dokładne i przemyślane to wikipedysta Jacek Śliwerski.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76