Ekskursje w dyskursie
czwartek, 13 grudnia 2018
O co chodzi Unii Europejskiej?

Zgodnie z tradycją blogaska, tytułowe pytanie proponuję rozważać w szerokim kontekście historycznym, w oderwaniu od bieżączki. Pretekst do zadania może być bieżący, kontekst nie.

Tym kontekstem niech będzie dwanaście stuleci prób zaprowadzenia pokoju w Europie. Od czasu Karolingów co kilkadziesiąt lat w rożnych miastach spotykają się dyplomaci i możnowładcy, rysują kreski na mapach i spisują coraz dłuższe traktaty - na prożno.

Z wszystkich tych prób, Unia Europejska jest najbardziej udaną. To jest fakt bezsporny - 61 lat po jej zainicjowaniu traktatem rzymskim (1957), nadal nie było wojny między sygnatariuszami. Czy można to powiedzieć o jakiejkolwiek takiej inicjatywie od czasu traktatu z Verdun (843)?

Tym traktatem spadkobiercy Karola Wielkiego dzielili między siebie imperium, które zaczęło się rozpadać jeszcze za życia jego założyciela. Karol scalił wcześniej istniejące królestwa Neustrii i Austrazji (bardzo lubię ich nazwy, bo brzmią jak coś z fantasy), z których potem przez wiele etapów pośrednich powstaną Francja i Niemcy.

Traktat dzielił imperium między trzech wnuków Karola Wielkiego. Ambitnemu Lotarowi przypadł wąski pasek od dzisiejszego Beneluksu po Włochy. Zgodnie z traktatem, władca tej części (Lotaryngii) z automatu był cesarzem.

Wiadomo, czym się to musiało skończyć - permanentną wojną Neustrii z Austrazją o kontrolę nad Lotaryngią. I w zasadzie tak można podsumować historię Europy Zachodniej do 1945.

Profesja „cesarza rzymskiego” była zawodem podwyższonego ryzyka, bo samo przyjęcie tego tytułu gwarantowało wrogość Bizancjum, Neustrii, Austrazji, papieża, włoskich magnatów, i wuj wie kogo. Ostatnim był nieszczęsny Berengar I, na którym ten tytuł wygasł w 924.

Wznowił go w 962 Otton Wielki, syn Henryka Ptasznika (znanego nam z gry „Return to Castle Wolfenstein”), który prowadził mieszaną politykę wobec Słowian, czasem z nimi wojując, czasem uznając za lenników. Historię Europy Wschodniej można do dzisiaj podsumować jako „Tysiąc lat Hassliebe Słowian i Niemców”.

Tak się zaczęła kolejna idea zjednoczeniowa - cezaropapizmu. Europa Zachodnia teoretycznie stała się rzeczpospolitą chrześcijan, „Res Publica Christiana” - w której wszyscy uznają w sprawach duchowych prymat papieża, a w sprawach politycznych cesarza (elekcyjnego).

W praktyce to nie zadziałało. Papieże ciągle borykali się z antypapieżami, a cesarze z pretendentami.

Ludzie średniowiecza ciągle jednak mieli nadzieję, że uniwersalizm cezaropapieski w końcu jakoś zadziała i zapobiegnie wojnom. Wracała na kolejnych soborach, np. w Konstancji (1414-1418), m.in. za sprawą słynnego udziału Pawła Włodkowica.

Ostatecznie te nadzieje przekreślił trolling tysiąclecia w postaci 95 tez Lutra (1515). Katolicy i protestanci przez pewien czas testowali nowy pomysł na pokój w Europie: wymordowanie tych drugich. Nie udało się, mimo usilnych starań.

Stąd kolejny pomysł: pokoje augsburski (1555) i westfalski (1648), wprowadzające zasady „cuius regio eius religio”. Stawiały dotychczasowy uniwersalizm na głowie (gdy PiS się powołuje na „suwerenność”, mniej lub bardziej świadomie odwołuje się do ładu westfalskiego).

Zastąpienie światopoglądowej wspólnoty cyniczną grą interesów doprowadziło do tzw. „kadryla dyplomatycznego”. Państwa zrywały i zawiązywały „odwieczne sojusze” z dowolnego powodu, mordując się o byle co.

To się skończyło razem z Napoleonem, pierwszym władcą Neustrii od IX stulecia, który sięgnął po tytuł cesarza. Spróbował zjednoczyć Europę pod hasłem Praw Człowieka i Obywatela. I prawie mu się udało... ale jednak prawie.

Kongres Wiedeński w 1815 ustanowił Święte Przymierze, mające przynieść Europie pokój pod hasłami kontrrewolucji i legitymizmu. Ludzie tego nienawidzili i od 1830 obalali ten system w kolejnych powstaniach i rewolucjach (w tym: w Polsce). Ostatecznie szlag go trafił po Wiośnie Ludów.

Po wojnie francusko-pruskiej wytworzył się system, który przyniósł Europie 40 lat pokoju. Trochę przypominał zimną wojnę. Niemcy, Włochy i Austro-Węgry stworzyły blok militarny, którego przeciwwagą była równie silna Ententa.

To była beczka z prochem, która w końcu eksplodowała. Kończący ją Traktat Wersalski teoretycznie miał przynieść pokój (znów na bazie wspólnych wartości), ale okazał się fatalnie skonstruowany. Kolejna eksplozja była jeszcze gorsza.

Potem nadeszła zimna wojna, znów oparta na równowadze wrogich bloków - ale jednocześnie w 1957 ruszyła inicjatywa pokojowo-zjednoczeniowa, którą dziś pan Adrian hejtuje za zakaz sprzedaży żarówek. Otóż nawet gdyby jego krytyka była słuszna (a nie jest), lepszy zakaz żarówek od wojny.

Unia Europejska ma oficjalną listę 11 „ojców założycieli”. Na tej liście aż 9 pochodzi z królestwa Lotara. To nie jest przypadek.

Idea unijna polega na przekreśleniu westfalskiej suwerenności (tak drogiej Kaczyńskiemu). Po prostu jest aż nadto dowodów, że to nie jest sposób na pokój.

Jest też wiele dowodów na to, że wojny handlowe mogą być równie okrutne i krwawe, jak wojny ideologicze. Brak wojen handlowych wymaga zaś wspólnych regulacji.

Europejskie normy dotyczące żarówek czy bananów mogą szokować pana Adriana, bo to nieuk. Ale podobne normy działały jeszcze w średniowieczu, że przypomnę choćby słynny Reinheitsgebot (czyli normę unifikującą skład piwa w całym cesarstwie).

Z pewnością da się wymyślić coś lepszego od obecnej Unii. Tak jak wielu Ojców Założycieli jestem federalistą: docelowo marzę o Stanach Zjednoczonych Europy.

Moja teza brzmi jednak tak: to najlepsze, co w tej kwestii wymyślono od czasu Pax Romana. Ergo, może nie najlepsze z rozwiązań wymarzonych, ale najlepsze z realnie wypróbowanych.

Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do jego przestawienia - acz debiutantów tradycyjnie namawiam, żeby przedtem przejrzeli inne dyskusje.

sobota, 08 grudnia 2018
Faszyzm z Krzemowej Doliny

Jest taka piosenka, stawiająca jedno z najważniejszych pytań popkultury: „Who put the bop in the bop shoo bop”. Tego się nigdy nie dowiemy, natomiast łatwo odpowiedzieć na pytanie - „kto umieścił krzem w Krzemowej Dolinie”.

Był to William Shockley, który w 1956 założył w Mountain View firmę Shockley Semiconductor. Krzemowa Dolina rozwija się przez podział. Gdyby narysować drzewo genealogiczne firm takich, jak Apple, Motorola, Intel, Facebook czy Google, będą się wszystkie wywodzić z Shockley Semiconductor.

Shockley był jednym z współwynalazców tranzystora - za co dostał Nagrodę Nobla (do podziału z Brattainem i Bardeenem). Zasadniczego wynalazku dokonał w Bell Labs, na drugim końcu kontynentu, w New Jersey.

Firmę założył w pobliżu Palo Alto, bo tam mieszkała jego starzejąca się matka. Gdyby matka zmarła wcześniej, być może Shockley zostałby w New Jersey i zamiast Krzemowej Doliny mielibyśmy Krzemowe Wybrzeże.

Możemy Shockleya spokojnie nazwać Ojcem Założycielem Krzemowej Doliny. Równocześnie jest on jednak - i tu się robi ciekawie - ojcem założycielem alt.right.

Krzemową Dolinę stać na najlepszych pijarowców, wykreowała więc pozytywny image miejsca, w którym spotykają się postępowe geeki. Dlatego gdy wychodzi z nich seksizm, rasizm czy randroidyzm, w mediach lecą komentarze typu „co poszło źle, skąd się to wzięło”.

Skrajnie prawicowe poglądy przyjechały do Krzemowej Doliny razem z krzemem. Są niczym „shoo” dla krzemowego „bop” w harmonijnym „bop shoo bop” Elona Muska i Petera Thiela.

Shockley był związany z ekstremistyczną organizacją Pioneer Fund, założonej w latach 1930. dla sprzeciwiania się Ameryce Nowego Ładu. Jej celem było przywrócenie XIX-wiecznego kapitalizmu, z systemem przywilejów dla najbogatszych białych ludzi i zniewolenia dla całej reszty.

Forsowany przez nich światopogląd streściłbym tak: przywileje bogaczy są zasłużone, bo dorobili się bogactwa dzięki swemu IQ. Biedni powinni uznawać ich władzę we własnym interesie, bo sami spieprzą władzę nawet jak ją dostaną.

Powszechna edukacja nie ma sensu, bo inteligencja jest dziedziczna. Biednych najlepiej sterylizować, dla poprawy gatunku.

A poza tym skoro kobiety są genetycznie głupsze od mężczyzn, a czarni od białych, należy przywrócić XIX-wieczne zasady. Odebrać kobietom prawo głosu, utrzymać dominację białej rasy.

Shockley uważał siebie za geniusza, który zasługuje na bogactwo i przywileje. Rzeczywiście był bardzo zdolnym fizykiem, ale jego kariera wyglądała dziwnie.

Odszedł z Bell Labs, bo się pokłócił ze swoim zespołem. Chciał założyć firmę, która zdominuje światowy rynek półprzewodników.

Znalazł sobie zdolnych młodych podwładnych, ale jego faszystowski styl zarządzania (możecie sobie wyobrazić ten koszmar - szef, który wierzy w ideolo Ayn Rand!) sprawił, że odeszli. Shockley nazwał ich „zdradziecką ósemką”, oni tę nazwę przyjęli z dumą.

To oni - a nie on - założyli wielkie firmy (w tej ósemce był Gordon Moore, ten od „prawa Moore’a”). Biznes Shockleya się bez nich rozsypał.

Jako noblista bez trudu zyskał etat na Stanfordzie. Resztę kariery spędził jako szalony profesor, który przynosi coraz większy wstyd uczelni, ale nie można go zwolnić.

Shockley uważał siebie za geniusza, ale jego kariera pokazuje, że umiejętności społeczne miał poniżej przeciętnego afroamerykańskiego barbera z Oakland. Co to może nie umiałby rozpisać kwantowo ruchu elektronów w półprzewodniku, ale umiał utrzymać lojalnych klientów i pracowników.

Przez wiele lat rekrutacja do Google’a była ukierunkowana na szukanie geniuszy, kandydatom kazano więc rozwiązywać testy i zagadki. Po latach firma, która przykłada Big Data do wszystkiego, przyłożyła to do siebie samej i odkryła, że te testy nie miały sensu. Nie przekładały się na późniejsze osiągnięcia pracownika.

Dziś rekrutacja premiuje umiejętność pracy w zespole. To przecież najważniejszy skill - czy to w korpo, czy na uczelni, czy na boisku.

Duch Williama Shockleya do dziś straszy w mrocznych zakątkach serwerowni w Krzemowej Dolinie. Pamiętajmy więc, że gdy cyberoligarchowie (albo finansowane przez nich NGO’sy) obiecują nam „uczynienie świata lepszym miejscem” - to niekoniecznie oznacza miejsce lepsze dla ludzi takich jak ja czy ty.

Chodzi o „lepsze dla białych miliarderów, przekonanych że im się wszystko po prostu należy”.

środa, 28 listopada 2018
Panna brzydka i kłótliwa

Bycie pisowcem, który próbuje ufać prorządowym mediom, musi być dzisiaj wyjątkowo ciężkie. Przekazy dnia zaczynają sobie przeczyć. Notką chciałbym biednym pisowcom rozwiązać wątpliwości w sprawie pani ambasador i TVN.

Z nasłuchów prawicowych blogowisk zauważyłem, że część pisowców uwierzyła, że TVN swoim reportażem o urodzinach Hitlera dokonał jakiegoś nielegalnego czynu, za który grozi mu gigantyczna kara. To widziałem w wielu komentarzach, często w wersji „w Ameryce by się z tego nie wypłacili”, więc to pewnie musiał być przekaz dnia.

Zamieściłem jeden z takich komentarzy jako ilustrację. Chciałbym kiedyś komuś takiego zajrzeć do głowy i dowiedzieć się, jak on sobie wyobraża prawo.

Kto, w jakim trybie, z jakiego paragrafu miałby zasądzić te „miliardowe odszkodowania”? Karnie, cywilnie, administracyjnie?

W tym komentarzu jest wiele pięter absurdu. Zaczynając od samej góry: ujawnienie istnienia neonazistów w Polsce, to nie jest „szkoda na wizerunku Polski”.

W Stanach, Francji i Niemczech też są neonaziści. Nikt tego nie ukrywa. To ani powód do dumy, ani do hańby.

Wizerunkowi dobrze robi istnienie niezależnych mediów, które neonazistów demaskują. Wizerunek kraju hańbi ich zwalczanie.

Można by TVN wrobić w zarzuty o propagowanie nazizmu - tak jak to próbowała zrobić prokurartura, ale zrezygnowała. To by upadło już w sądzie pierwszej instancji (najdalej na etapie Strasburga). I w żadnym wypadku nie wyszłyby z tego „miliardowe odszkodowania”.

Pisowcy zdają się przyjmować za przekazem dnia, że nie było żadnych urodzin Hitlera, to wszystko prowokacja TVN. Cała ta wersja bazuje wyłącznie na zeznaniach uczestników owych urodzin (którzy mają powody, żeby kłamać - i pełne prawo do tego; przypominam, oskarżony może kłamać, świadek nie).

Nawet jednak jeśli przyjmiemy tę wersję - nadal nie ma podstaw ani do kary, ani do „miliardowych odszkodowań”. Dziennikarze mają prawo do prowokacji dziennikarskich, których celem jest ujawnienie tego, że ktoś byłby skłonny złamać prawo (wziąć łapówkę, przekroczyć uprawnienia, propagować nazizm).

Porządnego człowieka nie da się sprowokować do udziału w urodzinach Hitlera. Porządny człowiek po prostu odmówi (nawet jeśli mu się zaproponuje dwadzieścia tysięcy).

Nawet więc w tej wersji to nadal nie ma sensu. Jeśli połączyć to z tym, że PiS od dawna obiecuje przyjęcie jakiejś ustawy wymierzonej specyficznie w TVN, oburzenie Amerykanów jest zrozumiałe.

Otóż w Ameryce nie można by w takiej sytuacji telewizji wrobić nawet w propagowanie nazizmu (w Ameryce to w ogóle jest legalne). Z punktu widzenia Amerykanina tu nie ma podstaw do jakiejkolwiek kary czy odszkodowania, niezależnie od wersji wydarzeń.

Trump też ma swoje udry z mediami, ale zauważcie, że nie jest na tyle szalony, żeby nasłać na CNN prokuraturę albo zapowiadać ustawę wymierzoną w „failing NYT”. Chyba nawet pisowiec powinien zauważyć pewną istotną różnicę?

A że list pani ambasador jest nieuprzejmy? No cóż, jak słusznie zauważył Bartoszewski, Polska to panna brzydka i bez posagu, więc musi dostosować do tego swoją dyplomację.

Czy się to komu podoba czy nie, taka jest brutalna prawda. „W dyplomacji nie ma sentymentów, są interesy” - sami pisowcy uwielbiają to powtarzać.

Jakie interesy można robić z Polską? Kupić w przedsprzedaży dużą partię tych elektrycznych samochodów, co to kiedyś kiedyś może może wyprodukuje Morawiecki? I może wziąć w pakiecie przyszłoroczną produkcję stoczni szczecińskiej, co to ją Morawiecki rzekomo wznowił stukając młotkiem w jakieś przypadkowe żelastwo?

A może sprzedać nam te korwety albo helikoptery, co to jeszcze Macierewicz storpedował? Obiecywał, że zamiast tego kupimy coś lepszego i tańszego. I co? I jajco, jak zwykle.

Udało wam się dokonać tyle, że teraz Polska jest panną brzydką i bez posagu, ale dodatkowo z opinią kłótliwej awanturnicy, w dodatku stukniętej.

A że odgoniła zalotników z Brukseli, to już jej został tylko ten jeden, przystojniaczek z pomarańczową grzywką na plaster. Nie jest to człowiek lotnego umysłu, ale nawet on wie, co z tego wynika, że ktoś nie ma innego wyjścia. Wykorzysta to teraz na maksa.

Pisowcy, wpakowaliście nas wszystkich w tą sytuację z własnej głupoty. Mądrzy ludzie ostrzegali was od trzech lat, że to się tak skończy. Ale nie, wy woleliście wierzyć, że Trump z prawicy i Kaczyński z prawicy, to się dogadają.

May I ask, po jakiemu?


sobota, 24 listopada 2018
Czaszki, lochy i Neapol

Czaszki

Stanisław Lem wymyślił „Katar” - powieść o turystach, którzy giną w tajemniczych okolicznościach w Neapolu - z nadzieją, że przejedzie się z małżonką na koszt wydawcy. Nie pozwoliło mu na to zdrowie, więc napisał z wyobraźni.

Odbyłem wędrówkę szlakiem alternatywnej powieści, którą Lem by mógł napisać, gdyby zobaczył to miasto. Dla pełni wrażeń wynająłem samochód (zaprawdę: „zobaczyć Neapol i umrzeć” to nic, „przejechać i przeżyć”, to dopiero wyzwanie).

Miasto założyli Grecy, rozbudowali Rzymianie, którzy wytyczyli siatkę ulic dzisiejszego centro storico. Stojące tam dziś budynki mają piwnice pochodzące z czasów antycznych.

Na zdjęciu satelitarnym zobaczycie na przykład w centrum dziwnie kolisty układ ulic (wpisać: San Paolo). Budynki stoją tu na dobrze zachowanym greckim teatrze, który częściowo jest dostępny dla zwiedzających.

Ikoniczny obraz Neapolu, z praniem wiszącym nad wąskimi uliczkami, to renesansowa dzielnica hiszpańska. Do dziś jest niebezpieczna i concierge w hotelu uprzedzi, żeby się tam nie zapuszczać po zmroku.

Dolną krawędź tej dzielnicy wyznacza via Toledo, reprezentacyjny deptak, pełen knajp i butików. Wieczorem turysta czuje się tam dziwnie, bo idzie rozświetloną, gwarną ulicą, ale w bok odchodzą mroczne przecznice.

Czasem na horyzoncie widać światła kolejnej knajpy. Zaryzykować?

Jak daleko można się oddalić od via Toledo? Wyobrażam tu sobie dialog z tym kryminologiem-statystykiem z „Kataru”.

Zafascynowały mnie dwa kościoły, które mogłyby pasować do fabuły. Jeden z nich to Cappella Sansevero.

Książę Sansevero, odpowiedzialny za jej dzisiejszy kształt, był postacią ważną dla włoskiego Oświecenia - masonem, alchemikiem, libertynem i wynalazcą. Podobnie jak - tuszę - większość moich komcionautów, ogólnie identyfikuję się ze spuścizną Oświecenia, ale tego północnego, z Humboldtem, Kantem, Lockiem i Smithem.

Ludzie Oświecenia w Hiszpani i we Włoszech byli tak porypani,  że może i już bym wolał poczciwych jezuitów. Kaplica Sansevero szczyci się czymś w rodzaju rzeźbiarskiego komiksu, w którym pokazana jest masońska mistyczna droga duchowego samodoskonalenia.

Jedna z najsłynniejszych rzeźb to „Il Disinganno” - „Porzucenie złudzeń” (pamiętacie „iluzje i deluzje” pod koniec powieści?).

Postać na tej rzeźbie rzekomo uwalnia się z krępującej ją sieci. Ale miałem wrażenie, że się w te sieci dobrowolnie sama zaplątuje, co przypomina tą scenę, w której główny bohater sam siebie skuwa kajdankami (oraz: metaforę Odyseusza z „Dialektyki Oświecenia”).

Z interpretacji tych rzeźb można ukręcić fabułę a la Dan Brown. I mógłby to zrobić któryś z bohaterów...

Jeszcze większym odkryciem był dla mnie kościół Santa Maria delle Anime del Purgatorio, w pewnym sensie zaprzeczenie tamtego. To siedziba kultu czaszek, oficjalnie zakazanego przez Kościół w 1969, ale nadal uprawianego (to Neapol, tu się nie da tak po prostu „zabronić”).

Kult polega na założeniu, że dusze ludzi, którzy nie mieli poprawnego pochówku, są zawieszone gdzieś między naszym światem a zaświatami. Dlatego mogą nam służyć za pośrednika - zaprzyjaźniona czaszka prędzej wysłucha naszych modlitw, niż jakiś odległy i zapracowany święty, nie mówiąc już o Jezusie.

Na marginesie mody na Ferrante: to bardzo neapolitańska postawa, że nie ma co liczyć na odległą sprawiedliwość sądu czy policji, trzeba znaleźć opiekuna gdzieś blisko.

Formalnie w kościele działa muzeum. Po kupieniu biletu zostajemy wpuszczeni do zakrystii, w której nie ma nic ciekawego. To już lepsze muzeum jest w zakrystii katedry w Lublinie (#polecasie).

Dopiero na naszą wyraźną prośbę, że chcemy zobaczyć podziemia - pani odczepia aksamitną linę, niczym selekcjoner w klubie. I po krętych, kamiennych schodach schodzimy do innego świata.

Lądujemy w katakumbach, w których urządzono zaimprowizowane kapliczki. Niektóre są wyłożone kafelkami, mają własne oświetlenie, świeże kwiaty.

Tu spoczywają czaszki, zaadoptowane przez wyznawców kultu. Są oczyszczone, czasem leżą na aksamitnych poduszkach.

Szczęściary! Piętro niżej w ossuarium leżą porzucone stosy czaszek i kości ofiar zarazy z XVIII wieku (nie można tam zejść, ale można zajrzeć).

Wyznawcy składają czaszkom dowody swojej pielgrzymki (zazwyczaj to po prostu bilety na zbiorkom, czasem na pociąg dalekobieżny), drobne datki i kartki z prośbami. To krępujące, bo te kartki każdy może przeczytać - to prawie jak zaglądanie innym ludziom do ich intymnych myśli.

Największym kultem jest otoczona czaszka Łucji, która według legendy, zmarła jako panna młoda w dniu ślubu. Uważana jest za patronkę młodych par.

Nie wolno tam robić zdjęć. Ukradkiem fotografowałem - ale nic nie wrzucę. Ilustruję zdjęciem przedstawiającym oznakowanie WEJŚCIA do kościoła (i znów: formalnie to tylko jakieś dziecięce bazgroły, nie ma się do czego przyczepić...).

Kartka na samym wierzchu: „CIAO LUCIA. MÓDL SIĘ ZA NAS. POZDRAWIAMY CIĘ DZIŚ WSPÓLNIE (dwa podpisy). Data z wczoraj.

Jak nie rozumiem religii, tak rozumiem lęk młodej pary - czy nam się uda? Mam 50 lat, widziałem wiele rozwodów małżeństw, które początkowo były jak z pocztówki - i trochę okrągłych rocznic par, za które nikt na początku by nie dał trzech groszy.

Życie mówi więc nam tyle, co Chuck Berry w piosence spopularyzowanej przez „Pulp Fiction”: „C'est la vie - said the old folks - it goes to show you never can tell”.

W tych najważniejszych sprawach - czy małżeństwo się uda, czy dziecku się powiedzie w życiu, jesteśmy bezradni jak starożytni. Modlitwa do czaszki będzie równie skuteczna jak porady kołczinogowo-parentingowe.

Wychodząc, możemy od tej samej pani kupić symbole kultu - przypinki i drobną biżuterię z czaszką albo z liczbą „85”.

Dlaczego 85? Bo Neapol, podobnie jak inne włoskie regiony, ma swoją kabałę - smorfia napoletana. Liczby 1-90 mają w niej swoją symbolikę. 85 to czyściec.

Od tego zupełnie odleciałem. To byłby świetny wątek w „Katarze”. Recepcjonista wręczający turyście klucze do pokoju numer 85... denat analizujący swoją datę urodzenia, numer paszportu, numer karty kredytowej, numer wynajętego samochodu by odkryć, że całe jego życie było drogą, która się kończy tu, w czyśću, którym jest pewien pensjonat w Neapolu...

Rzeźby z San Severo też mają numery i można je analizować kabalistycznie. Według kabały, „porzucenie złudzeń” to „hańba”...

Ciekawe, czy Lem by coś z tego wykorzystał. Ale i bez tego „Katar” jest znakomity.

Niech czaszki będą z wami!

wtorek, 20 listopada 2018
Doniczkowe nanoboty Biedronia

Cytat z Broussard

W ekskursyjnym klubie książki kolejna rekomendacja - Meredit Broussard, „Artificial Unintelligence”. Wspominałem o tej książce w gazetowym tekście o Hararim, bowiem Broussard napisała ją specjalnie dla obalenia mitów na temat AI, w które Harari zdaje się wierzyć.

W odróżnieniu od futurologów o wykształceniu humanistycznym, Broussard zajmuje się AI zawodowo. Książka jest bardzo pouczająca, autorka przeprowadza czytelnika przez proste tutorialowe przykłady machine learning (w pythonie).

Wszyscy mamy wdrukowane pewne wyobrażenie sztucznej inteligencji na podstawie SF. Odruchowo je przywołujemy, gdy słyszymy niusy z serii „komputer pokonał arcymistrza”.

Na tej podstawie snujemy fantazje o lepszym świecie, zarządzanym przez Obiektywne Algorytmy. Ale może jednak strasznym, bo sztuczna inteligencja się zbuntuje i wypowie nam wojnę. Sporo tych fantazji u Harariego.

W kręgu specjalistów takie wizje AI określane są ironicznym akronimem GOFAI („Good Old Fashioned...”). To, nad czym się realnie pracuje, to słaba/wąska AI.

GOFAI raczej z tych prac się nie wyłoni, bo to tak jakby rakieta kosmiczna powstała jako uboczny skutek udoskonalania roweru (i to pojazd, i to pojazd...). A nad GOFAI jako takim mało kto dziś pracuje na serio.

Kiedy Harari fantazjuje np. o bezpieczeństwie na drogach, które zapanuje dzięki autonomicznym pojazdom, fantazjuje właśnie o GOFAI. Broussard jest sceptyczna wobec samej idei samochodów bez kierowcy.

Wszyscy słyszeliśmy tę liczbę - że 95% wypadków bierze się z winy człowieka. Przywołuje ją Harari, pojawia się w różnych prezentacjach TED, przeważnie bez źródła (co już powinno wywołać sceptycyzm).

Z tej liczby nic nie wynika: dziś po prostu samochody prowadzą prawie wyłącznie ludzie, a więc formalnie za wszystko odpowiadają. Nawet kiedy Autopilot(TM) Tesli(TM) walnie czołowo w betonową barierę, to błąd denata, że autopilotowi na to pozwolił.

NHTSA wprowadziła klasyfikację samochodowej autonomii od SAE Level 0 po Level 5. Obecnie żaden komercyjnie dostępny samochód nie oferuje nic powyżej SAE Level 2 (wspomaganie kierowcy, który cały czas musi trzymać ręce na kółku).

Tesla de facto oferuje tylko Level 2, ale sugeruje, że to Level 3 (czyli możliwość jazdy na autopilocie). Wprawdzie instrukcja uprzedza użytkowników, żeby nie traktowali funkcji Autopilot (TM) jak autopilota, ale może w takim razie Musk nie powinien jej tak nazywać?

Subaru również oferuje SAE Level 2, ale poza ostrzeżeniami w instrukcji, robi jeszcze jedno: gdy system wykryje, że kierowca puścił kierownicę, system najpierw go napomina brzęczykiem i komunikatem na desce rozdzielczej, a potem wyłącza silnik. Tak powinno być w każdej Tesli.

A „autonomiczne” samochody Google’a? Tak jak pierwsze autonomiczne samochody, demonstrowane prawie sto lat temu (!), są po prostu zdalnie sterowane.

Przy obecnym stanie techniki da się osiągnąć tyle, że ciężarówka przejedzie USA od wybrzeża do wybrzeża. Brzmi imponująco, ale sprowadza się do jazdy jedną autostradą (I-10). Z informatycznego punktu widzenia to prostsze niż przejechanie z Hożej na Ząbkowską.

Nic nie daje podstaw do nadziei na bezbłędne autonomiczne samochody, zmniejszające liczbę wypadków. Jest natomiast wypróbowane i tanie rozwiązanie: transport publiczny.

Taką postawę, w której odrzucamy rozwiązania tanie i wypróbowane na rzecz niepewnych i drogich, ale „nowoczesnych”, Broussard nazywa „technoszowinizmem”. Wcześniej Morozov lansował określenie „solucjonizm”, ale Broussard łączy to z obserwacją - jak na cytacie na zdjęciu - że łączy ich wspólna orientacja etno-socjo-ideolo-genderowa.

Ilustruje to anegdotą o Marvinie Minskim, ojcu AI. Kolega go raz spytał o poradę, jak walczyć z pasożytami atakującymi rośliny doniczkowe. Minsky w odpowiedzi zaczął snuć wizję armii antypasożytowych nanobotów.

„No dobrze, ale tak konkretnie to co mam zrobić” - spytał kolega. „Nie wiem, pytaj moją żonę”, zbył go Minsky.

Nie chciałem tu pisać o polityce, ale Biedroń - którego inicjatywę bardzo chciałbym polubić - zarobił u mnie krechę propozycją „głosowania przez internet”. Technoszowinizm w pigułce: jeśli chcemy usprawnić głosowanie, dajmy podwyżki członkom komisji. Usprawnijmy głosowanie korespondencyjne, wprowadźmy ułatwienia w dojeździe do komisji, itd.

Ale nie, oczywiście fajniej jest sypnąć kasą na kosztowne i niebezpieczne rozwiązanie. A doniczkowych nanobotów pan nie dorzucisz w zestawie?

wtorek, 13 listopada 2018
Metafora leminga

Skrin z serialu

W moim bąbelku panują skrajnie przeciwstawne opinie na temat nowego serialu HBO „Ślepnąc od świateł” - jedni zachwyceni, drudzy zniesmaczeni. Nie może zabraknąć mojego głosu w tej debacie - tym bardziej, że chyba rozumiem powody tej rozbieżności.

Zacznę od tego co dobre. Od strony czysto produkcyjnej to serial zrobiony z największym rozmachem w III RP, kasuje nawet najkosztowniejsze superprodukcje PRL.

Efekty specjalne są na poziomie średniej hollywoodzkiej, zwłaszcza pokazana już w pierwszym odcinku sekwencja snu głównego bohatera, w którym Warszawę pochłania biblijny potop. Potem świetnie też zrealizowane jest coś, czego pozornie w ogóle nie da się zrobić (acz uważny widz zauważy tricki montażowe), czyli wielki pożar w centrum Warszawy.

Bardzo dobra jest też ścieżka dźwiękowa, w obu znaczeniach. W różnych scenach brzmią fragmenty utworów klasyki polskiego rocka - Maanam, Lombard, Kult, Siekiera, Breakout, dobrane ze smakiem i a propos. Jest też dużo fajnej elektroniki i do kompletu „Nokturny” w wykonaniu Maseckiego.

Dobre jest też udźwiękowienie - wieloletnia pięta Achillesowa polskiego kina. Tutaj efekty dźwiękowe są na poziomie zachodnim.

Kto ma surrounda, ten parę razy podskoczy od tego, co mu zabrzmi za plecami. Z pietyzmem zrealizowano też odgłosy, dajmy na to, łamania ludziom kości albo wbijania szydła do ucha, bo - zapomniałem dodać - to thriller gangsterski.

I tak przechodzimy do wad. Kuba, główny bohater (debiut Kamila Nożyńskiego) jest handlarzem kokainą, specjalizującym się w obsłudze elit: celebryci, politycy, bananowa młodzież.

Jako drobnomieszczanin - już go nie lubię. To nie jemu kibicuję, tylko antypatycznemu prokuratorowi (Michał Czernecki - gra esesmana w filmie dokumentalnym Borysa Lankosza o Lemie). Chcę, żeby zapuszkował tego dealera razem z wszystkimi jego kumplami i kumpelami.

Jeśli już robimy film/serial o przestępcy, potrzebujemy jakiegoś redeeming factor, czegoś pokazującego lepszą stronę jego oblicza (roślinka Leona Zawodowca). Kuba go nie ma. Z odcinka na odcinek życzyłem mu coraz gorzej.

Serial pokazuje go jako człowieka o ponadprzeciętnej inteligencji, który w mig podejmuje chłodne i racjonalne decyzje. W takim razie, dlaczego w ogóle wybrał karierę dilera dragów? Na co właściwie liczył?

Dojechałem do ostatniego odcinka głównie z nadzieją, że zobaczymy jakieś wyjaśnienie (jak w „Better Call Saul”). Otóż żadnego nie ma. Nie mówcie mi, że to spojler, to przyjacielskie ostrzeżenie.

Raz na kwadrans zdarza się scena znakomita (teledysk „rapera Pioruna”, monolog Więckiewicza o depresji, monolog Pazury o ciężkim życiu celebryty). Ale reszta to typowy polski snuj - bohater snuje się po mieście, bohaterowi coś się śni, bohater o czymś marzy, panorama miasta, panorama niemiasta. Boo-ring.

Domyślam się, że bohater ma być metaforą warszawskiego leminga. Zgodnie ze stereotypem, wszyscy w tym mieście robimy coś, czego nie lubimy i karmimy się marzeniem, żeby rzucić to i wyjechać (główny bohater marzy o Argentynie).

Jeśli metaforą, to nietrafną. W Warszawie trzyma nas Ogólna Przyjemność Życia: knajpy, sklepy, kultura, wiele możliwości zarobku. I bliskość lotniska, z którego zawsze można się do tego Buenos przefrunąć.

Ja nie mogę bez tego żyć, bardzo by mi tego brakowało po przeprowadzce do Mycisk Niżnych. I tak bym stamtąd ciągle jeździł do najbliszego dużego miasta.

Kuba z tego nie korzysta. Lubi muzykę, kolekcjonuje winyle, ale to akurat można wszędzie. Po co mu więc to wszystko? Nie dowiadujemy się.

Sytuacji nie ułatwia to, że grający go debiutant ma charyzmę manekina. To pasuje do pierwszego odcinka, w którym jego rola polega na rzucaniu monosylabami z pokerową twarzą. Ale potem, gdy ma grać jakieś uczucia, po prostu nie daje rady (podobnie jak inni naturszczycy w obsadzie).

Na początku w jego ręce trafia torba z kokainą niewiadomego pochodzenia. Wszyscy wiemy z popkultury czym to się kończy: tropem takiej torby idzie jakiś Anton Chigurh (którego tutaj gra Jan Frycz, jak zwykle przegenialny).

Główny bohater niby ma jakieś opory, ale jednak zaczyna handlować trefnym towarem. Nawet gdybym go polubił, to i tak bym nie żałował, sam się wpakował w kłopoty na własną prośbę.

Podobno to serial z kluczem, w którym sparodiowano jakieś prawdziwe postacie z warszawskich elit. Ja rozpoznałem tylko pierwowzór celebryty, granego przez Cezarego Pazurę, ale nie czytam Pudelka, więc reszty nie kojarzę. Ktoś coś?

piątek, 09 listopada 2018
Notka o Niepodległości

Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu - czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? - więc niestety, znowu o polityce.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy fajną akcję „Bohaterowie naszej niepodległości”, do której się włączyłem, opisując Lidię Ciołkoszową (w wywiadzie z prof. Andrzejem Friszkę), Maurycego Allerhanda, oraz, ahem, swojego dziadka, który wprawdzie nie jest postacią historyczną, ale dla mnie jest bohaterem.

Ponieważ to była akcja specjalna, teksty nie są za paywallem. Zapraszam do czytania i komentowania (do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic).

Mam zero sympatii do zadymiarzy z faszystowskimi transparentami, ale uważam, że jest co świętować. Lewica woli wcześniejszą rocznicę rządu lubelskiego, ale dopiero 11 listopada wszystkie ośrodki władzy abdykowały na rzecz Naczelnika Państwa.

To ważne, bo w powietrzu wisiała wojna domowa „białych” z „czerwonymi”, która naprawdę wybuchła w Finlandii. W tej wojnie ważnym graczem byłyby wojska niemieckie, które już nie miały centralnego dowództwa, ale nadal były regionalną potęgą.

Trzeba było z nimi pokątnie negocjować warunki ewakuacji przez terytorium odradzającej się Polski. Stety lub niestety, droga Berlin-Moskwa prowadzi przez Warszawę.

Tutaj ojcowie niepodległości wykazali się klasycznym „soft power”. Niemcy uważali Polaków za partnerów wiarygodnych i poukładanych, dlatego chętnie oddawali nam kontrolę nad takimi węzłami komunikacyjnymi jak Grodno - o które walczyli także Litwini i ze dwa rządy białoruskie.

Sukces polskiego listopada często bagatelizowany jest hasłem „inne też zyskały niepodległość, bo koniunktura”. Otóż to prawda, że wysyp nowych państw w tym regionie był ubocznym skutkiem niemieckiego planu Ober-Ost (i kapitulacji Niemiec)

Mogły jednak powstawać w różnych konfiguracjach, bo natychmiast rzuciły się do wzajemnej walki o granice. Polska na przykład nie musiała powstać jako Polska, mogłaby powstać jako osobne księstwo poznańskie, królestwo polskie (na bazie kongresówki) i rzeczpospolita krakowska (bo w takiej konfiguracji Lwów by pozostał ukraiński).

Samo scalenie ziem rozbiorowych było niewyobrażalnym osiągnięciem (na co staram się zwrócić uwagę tekstem o Allerhandzie). Po wiośnie ludów w wielu miejscach Europy pojawiało się takie hasło, „hej, jesteśmy jednym narodem, przedzielonym bezsensownymi granicami, zjednoczmy się”. Wychodziło to zazwyczaj tak sobie.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza Polską do dzisiaj z takich unii przetrwały tylko Niemcy i Włochy. Przy czym we Włoszech cały czas hasło „podzielmy się, zjednoczenie było pomyłką” obecne jest w głównym nurcie polityki.

Kolejna różnica: w Polsce zjednoczenie było dobrowolne. W Niemczech dokonało się drogą podboju przez Prusy, we Włoszech przez Piemont.

Podzielona Polska słabiej by sobie radziła w wojnach granicznych, nie miałaby Śląska, Wilna ani Lwowa. Obawiam się, że w 1920 nie dałaby rady bolszewikom.

Powie ktoś - co z tego, a mi tam obojętne, w jakim kraju żyję. Szczepan Twardoch uwielbia takie deklaracje.

Odpowiem eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie kogoś, kto 100 lat temu mieszka w miejscowości, którą nowa granica przetnie na pół. Ma tydzień na podjęcie decyzji.
Załóżmy, że nie może tej miejscowości opuścić dobrowolnie, bo oczywiście najmądrzejsza będzie emigracja do USA). Wybór sprowadza się do: Polska czy jakiś jej sąsiad?

W większości przypadków Polska będzie lepszym wyborem po prostu jako Fajniejszy Kraj (TM). Nie dotyczy to może Czechosłowacji, Najfajniejszego Kraju Regionu (acz nie zapominajmy, że to trochę symulakrum z prozy Hrabala).

No i wolnego miasta Gdańska. Wolne miasta są fajne, bo są wolne i miejskie.

Ale poza tym - Litwa? Od 1926 miała prawdziwy faszyzm (nie pieszczotki jak w sanacji, full totalitaryzm). W Rumunii demokracji nie było nawet w teorii.

W Niemczech nasz bohater będzie miał nazizm już w 1932 (bo Prusy). A w ZSRR albo zostanie zamorzony głodem w ramach stalinowskiego ludobójstwa Ukrainy, albo zamęczony w ramach operacji polskiej NKWD.

Stalin, jako wielki językoznawca, bardzo prosto rozstrzygał dylematy ludzi takich jak Twardoch. Bruno Jasieński też twierdził, że nie jest polskim inteligentem. Nie pomogło.

Nawet więc jeśli ktoś neguje jakikolwiek patriotyzm (to nie ja; kocham Polskę, kocham Warszawę), musi obiektywnie przyznać, że Polska to całkiem fajny kraj (jak na ten region Europy). Oby takim pozostał.

wtorek, 06 listopada 2018
Pisowcy - oszukano was

Jak wiecie, podglądam was na waszych blogowiskach i z satysfakcją zauważyłem, że także do was dotarło, że komisja ds. Amber Gold zakończyła swoją działalność blamażem. Obiecywano wam, że Tusk wyląduje za kratkami, że znajdą się niepodważalne dowody na roztaczanie nad aferzystami parasola ochronnego... a skończyło się niejasnym zarzutem, że nie sterował ręcznie prokuraturą i służbami (do czego Tusk się akurat przyznaje).

Ufam, że co inteligentniejsi z Was już widzą tu szerszą prawidłowość. Nie wierzycie też już, że Macierewicz sprowadzi wrak i znajdzie dowody na zamach. Dociera do Was, że konflikt z Unią o Sąd Najwyższy jest nie do wygrania.

Z powerpointowych fantazji Morawieckiego nabijacie się tak jak my, tylko że my robimy to publicznie. Postukał młotkiem w zardzewiałe żelastwo, które NAWET NIE BYŁO STĘPKĄ, i w tym stylu ma przekopać lotnisko, zbudować mierzeję i podbić świat elektrycznymi samochodami. No przecież nawet wy jesteście na to zbyt inteligentni.

Jest mi was szkoda, bo jesteście okłamywani od dawna. Obserwowałem to u siebie na blogu, kiedy jeszcze pozwalałem wam tu w miarę swobodnie komentować.

Przychodziliście z głowami nabitymi prawicowymi narracjami o spiskach, zdradach i układach. Przekonywaliście mnie tutaj, że Platforma nie buduje autostrad, że w Paryżu i Sztokholmie są strefy szariatu, że Gmyz znalazł trotyl itd.

Zauważyłem już dawno, że spokojne tłumaczenie faktów - na przykład merytoryczna rozmowa o autostradach - wywołuje u was agresję. Dlatego większość was zabanowałem, bo niepotrzebne mi są tutaj przepychanki jak na Twitterze, interesuje mnie tylko merytoryczna rozmowa typu „czy POW będą otwierać od razu w całości, czy fragmentami (ktoś coś?)”.

Wasza agresja jest psychologicznie zrozumiała. Nikt nie chce się dowiedzieć, że był naiwny, że dał się nabrać. No ale może to jest dobry moment, żebyście to sobie przemyśleli?
Przypomnę wam kilka punktów.

1. NIE WIERZYLIŚCIE W AUTOSTRADY PLATFORMY. Pamiętam superkretyński tekst niejakiego Wiktora Świetlika w „wpolityce” i debilny wywiad Antoniego Krauze dla któregoś prawicowego tygodnika, obaj dowodzili, że platformiane inwestycje są pozorne („takie wykopki jak za Gierka” - Krauze). Był też zbiorowy wycipingiel, kiedy Komorowski zapowiedział rozpoczęcie budowy tysiąca kilometrów (po latach widać, że zbudowali dużo więcej).
Chyba wy też już parę razy zdążyliście się przejechać A1, A2, A4, S3, S7, S8? I co, był jakiś dysonansik poznawczy, czy gładko przeszliście do następnej wersji:

2. BUDOWALI, ALE NAJDROŻEJ NA ŚWIECIE (W UNII)
Z niejakim posłem Abramowiczem zdążyłem się nawet o to spierać na fejsie, na wallu wspólnego znajomego. Poseł twierdził, że w Czechach autostrady budują za milion dolarów za kilometr.
Podałem mu kilka przykładowych czeskich kontraktów, a potem zaproponowałem wymianę dolarów na korony po takim kursie. Gdyby sam wierzył w swoje słowa, zrobiłby interes życia - ale jakoś nie chciał.

PiS buduje autostrady w takich samych cenach, jak Platforma. Argument „najdrożej na świecie” nigdy nie miał uzasadnienia, a argument „najdrożej w Unii” miał pozorne, jeśli się przeliczyło na średnie zarobki (w przeliczeniu na zarobki WSZYSTKO było u nas najdroższe w Unii).

3. W SMOLEŃSKU BYŁ ZAMACH, A RZĄD ODDAŁ ŚLEDZTWO ROSJI
Nie oddał - bo skoro wypadek był w Rosji, to i śledztwo było rosyjskie. Na tym polega suwerenność. Państwo może ewentualnie łaskawie się zgodzić na dopuszczenie innych śledczych, ale nie można go do tego zmusić. Tak samo byłoby z wypadkiem rosyjskiego samolotu w Polsce.

Zespół Macierewicza i prawicowi blogerzy wymyślali coraz dziwaczniejsze hipotezy, że zestrzelili, podłożyli bombę, rozpylili sztuczną mgłę itd., ale najlepiej do faktów pasuje proste wyjaśnienie, że to był klasyczny CFIT jakich wiele. Zdezorientowany, słabo wyszkolony pilot podjął błędną decyzję, zszedł poniżej bezpiecznego pułapu przy zerowej widoczności.

4. STREFY SZARIATU W SZTOKHOLMIE!
Mało podróżujecie, więc wierzycie w takie bzdury. Strefy, o których mówi szwedzka policja to strefy, w których gangi  zaznaczają swoją obecność np. robiąc grafiti. Według szwedzkich kryteriów prawie cała Polska byłaby taką strefą, bo prawie wszędzie mamy napisy typu „HWDP”.

5. WSZYSTKIM STERUJE UKŁAD Z MAGDALENKI (WSI, itd.)
Skoro tak, to dlaczego PiS nie przedstawił dowodów, ani przez te 3 lata, ani przedtem (2005-2007)? Ten Układ jest tak potężny, że nawet Kaczyński się go boi? To dlaczego ciągle obiecuje jego rozbicie?

Może go po prostu w ogóle nie ma? Za to, owszem, co jakiś czas zdarza się afera typu Amber Gold czy GetBack. Zawsze sie będzie zdarzać, w USA czy w Niemczech też się od czasu do czasu zdarza. Smutne, ale nieuchronne.

To na razie tyle. Przemyślcie to sobie. I jeśli jesteście w stanie grzecznie i merytorycznie skomentować, to nie wytnę.

środa, 31 października 2018
Lokomotywy cichy gwizd

O nadchodzących wyborach do europarlamentu kilka rzeczy można stwierdzić z pewnością, o innych można wiarygodnie pospekulować - temu poświęcę niniejszą notkę.

Po pierwsze, frekwencja będzie rzędu maks. 30%. Poprzednio to się układało tak: 20,9 - 24,5 - 23,8. Ta krzywa już raczej nie wystrzeli do sufitu.

Po drugie, przy tak niskiej frekwencji, wynik jest bardziej funkcją zmobilizowania danej grupy wyborców niż rozkładu preferencji. I to dla Antypisu dobra wiadomość, bo spodziewam się słabszej mobilizacji elektoratu pisowskiego.

Czemu? Bo po 2a, PiS tradycyjnie traktuje europarlament jako miejsce luksusowej zsyłki dla polityków, którzy się skompromitowali na odcinku krajowym, ale z racji zasług czy wpływów Kaczyński nie może ich tak po prostu wywalić.

Jedynkami na listach będą więc „lokomotywy” takie, jak Szydło czy Jaki. Tu nie będzie entuzjastycznej kampanii, raczej coś na zasadzie „a niech już jedzie do tego Strasburga, przynajmniej przestanie grasować na polskich drogach”.

Po naszej stronie będzie więcej wigoru i energii, bo tak poza tym w ogóle my jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do Unii Europejskiej, a oni są w rozkroku między pełnym Polexitem a bredzeniem o walce z islamistycznymi żarówkami o reparacje wojenne. U nas na listach  będą autentyczni fachowcy od Unii, pojawią się może jakieś nowe talenty (Trzaskowski przecież tak właśnie zadebiutował w polityce).

Zaś po 2b, oba te obozy mają swoich hardkorowców i każualowców. Twarde jądro PiS to ludzie, którzy popierają tę partię bezwarunkowo we wszystkim, dostosowują się do każdego przekazu dnia.

Hardkorowcy PiSu naprawdę wierzą, że hen hen, kiedyś kiedyś, gdzieś między paruzją a kalendami greckimi, Morawiecki dostarczy elektryczne samochody, CPL im Solidarności Baranów, i przekopie stępkę. Macierewicz odzyska wrak, znajdzie trotyl z gmyzogenu i zakupi helikoptery lepsze od caracali. Reforma Ziobry przyniesie jakikolwiek pozytywny skutek i coś się usprawni w sądach - i tak dalej.

Reszta to każualowcy, którzy prywatnie też w to nie wierzą, ale jednak popierają na zasadzie Mniejszego Zła. Ja przecież sam mam taki każualowy stosunek do PO.

To nie jest partia moich marzeń, ale byłem jej wdzięczny za tysiące kilometrów nowoczesnych dróg. Podróż do Wrocławia kiedyś była horrorem, teraz combo A2/A1/S8 to czysta przyjemność. I nigdy nie zapomnę, komu to zawdzięczam: ministrowi Cezaremu Grabarczykowi.

Mimo to jednak nigdy nie głosowałem na PO w eurowyborach. W 2014 oddałem głos protestu na Zielonych, którzy nie mieli szans, bo nawet nie zarejestrowali list w całym kraju - po prostu to była jedyna opcja lewicowa.

W 2009 w eurowyborach startowała koalicja, która na papierze wyglądała całkiej fajnie. Nazywała się „Centrolewica” i składała się z niedobitków Partii Demokratycznej i różnych nieeseldowskich środowisk lewicowych.

W moim okręgu (obwarzanek podwarszawski) jedynką na liście jednak był Marek Czarnecki, wystawiony przez PD. Poprzednio był europosłem z Samoobrony (!), a przedtem działał w AWS, Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym i Porozumieniu Chrześcijańskich-Demokratów.

W następnych wyborach startował (również bez powodzenia) z Polski Razem Gowina. Nie zdziwię się, jak w tych wyborach będzie lokomotywą liście PiS (lokomotywy cichy gwizd, łu łu, i wagoonów jednostaajny rytm, telep telep...)

W czyjej pustej czaszeczce pojawił się pomysł uczynienia go jedynką centrolewicowego ugrupowania - nigdy się już pewnie nie dowiem. Centrolewica zebrała 2,4% głosów i przepadła jak słupek wbity przez Kaczyńskiego.

Samo istnienie takich koalicji prowadzi mnie do - po trzecie - wniosku, że eurowybory są dobrym sandboksem do testowania nowych inicjatyw. Różne egzotyczne inicjatywy lewicowe i prawicowe niespodziewanie przeskakiwały próg - w 2004 efemeryczna Socjaldemokracja PL wprowadziła 3 europosłów, w 2014 największy sukces w dziejach miał Korwin (7%!).

A nawet te niewydarzone, jak wspomniana Centrolewica czy przedziwne ugrupowanie „Europa Plus” (Kalisz, Siwiec, Palikot, Piskorski, Celiński... brrr!), dostało 3,6%. Słowem, jeśli Biedroń chce pokazać nowe ugrupowanie, to - cytując O’Ren Ishii - teraz jest właściwy moment.

Prekampania zaczyna się świetnie dla Antypisu. PiS czekają w najbliższych dniach dwie kompromitacje - porażka Ziobry w konflikcie z TSUE i krępujące pytanie, na co właściwie techniczny minister Gliński wydał te 200 mln, na race dla kiboli?

Sami siebie będą o to grillować. Oby aż do maja!

piątek, 26 października 2018
Do usłyszenia!

Bardzo uważni słuchacze mogli zauważyć, że rozmowy ze wspaniałą Ewą Lipską nie zakończyłem słowami „do usłyszenia jak zawsze za tydzień”, tylko po prostu „do usłyszenia”. Już wiedziałem, że to prawdopodobnie ostatni „Piąteczek”, acz skoro nie było oficjalnego komunikatu, to i nie chciałem robić falstartu.

Komunikat już jest, ograniczę się więc do zacytowania go za „Pressem”:

Jak wyjaśnia rzeczniczka Agory Agata Staniszewska, po zakończeniu akcji "Usłysz swoje miasto" i drugiej turze wyborów samorządowych w wieczornej ramówce Tok FM o 20 będzie nadawany nowy program realizowany z udziałem słuchaczy. Od września w tym paśmie był emitowany "Hyde park", który - jak informuje Staniszewska - "spotkał się z wyjątkowym zainteresowaniem odbiorców i odniósł ogromny sukces". - W związku z tym na antenę stacji nie powrócą już audycje pasma "Salon radia Tok FM" - stwierdza rzeczniczka spółki.

Bardzo lubiłem to robić, sprawiało mi to dużo radości i satysfakcji. Poza jechaniem samochodem przez pustkowia, jako dziennikarz najbardziej lubię rozmowy z ekspertami.

To trochę dziwne u takiego starego pryka, ale nadal bardzo lubię się uczyć. W sensie, dowiadywać nowych rzeczy.

To jest raczej niemożliwe w klasycznym dziennikarstwie opinii, typu „siedzi kilku publicystów i dyskutuje o wyborach”. Ale to jest możliwe, gdy zapraszamy kogoś, kto się na czymś zna - na ciemnej materii, na genetyce, na Biblii, na historii Polski, na Unii Europejskiej, na karierze Benedicta Cumberbatcha.

Nie chcę wymieniać nazwisk i konkretnych przykładów, bo musiałbym wymienić praktycznie wszystkich. Ja się sporo dowiedziałem od swoich gości i gościń, mam nadzieję, że słuchacze też.

Dużo się też nauczyłem za kulisami. Tak jak tekst zawsze ma de facto dwóch autorów, tego podpisanego i tego na poły anonimowego (który zamówił i zredagował), tak w radiu i telewizji poza kojarzonym z twarzy i głosu dziennikarzem, jest też na poły anonimowy wydawca.

Te padające na koniec słowa, w moim przypadku „audycję przygotowała Zuzanna Piechowicz”, to nie jest tylko kurtuazja. Stoi za tym kawał czyjejś roboty (na czym polega praca wydawcy, to z grubsza pokazuje film „The Insider” Michaela Manna, w którym wydawcę gra Al Pacino; używam tego filmu jako materiałów szkoleniowych na zajęciach ze studentami).

Zdaję sobie sprawę, że cały czas to ja byłem najsłabszym ogniwem. Za szybą nad wszystkim czuwają profesjonaliści, na fotelu gościa mam eksperta/ekspertkę, i tylko ja to wszystko psuję swoim eee... tegoo. Nieśmiało zasugerowałbym, że może jednak trochę się nauczyłem i poprawiłem, no ale wychodzę z tej przygody nadal czując się totalnym amatorem.

Piosenka, którą wybrałem na zakończenie „piąteczków”, pochodzi z płyty, którą mam bardzo wysoko na liście „polskich winyli must have”. Album „Droga za widnokres” Marka Grechuty, „Pewność” do tekstu Ewy Lipskiej, drugi utwór na stronie B.

Jest świetną piosenką na zakończenie w zasadzie czegokolwiek. Nie ma pewności, jak to pójdzie, jest pewność, że zostanie po tym „uroczysty cmentarz”.

Uprzedzając ewentualne pytanie - oraz rozbrajając jeszcze bardziej ewentualną krępującą ciszę, wywołaną brakiem tego pytania - nie wiem, czy i kiedy wrócę na antenę (i jaką, a może bezantenowo na podcast, etc.).

Jak to w korpo, nie ma pewności, jaka będą przyszłe decyzje. Jest pewność, że nic tu ode mnie nie zależy.

Bardzo dziękuję słuchaczom, gościom i współpracownikom za te wspaniałe 3 lata. Excel to świetna strzelanka, tylko szkoda, że nie ma trybu fabularnego dla jednego gracza. Mic drop, pionteczek out.

poniedziałek, 22 października 2018
Powyborczo

Cisza wyborcza sprawiła, że nie mogłem napisać notki o tym, co uważam za najważniejsze polityczne wydarzenie ostatnich dni - może nawet ważniejsze od samych wyborów. Czyli oczywiście o pierwszym z serii wyroków TSUE w sprawie pisowskiej reformy Sądu Najwyższego.

Z mnóstwem satysfakcji obserwowałem w piątek paniczną miotaninę komentatorów w Psychiatryku24. Próbowali się pocieszać na różne żałosne sposoby, np. „Wiceprzewodniczący TSUE, to jeszcze nie Trybunał” („Julian Olech”) albo „W sumie z tego politycznego, bo zaraz przed wyborami niby wyroku, w dodatku nieoficjalnie opublikowanego, można wywnioskować pozytywną dla Polski informację ONI SIĘ NAS BOJĄ!” („amigo166”).

Nikt się was nie boi. Unia wam zrobiła klepu-klepu jak z Benny Hilla, prof. Gersdorf wróciła do kierowania Sądem Najwyższym, wasz minister już zapowiedział zmianę ustawy.

A to dopiero początek, bo nawet wasza rządowa propaganda podkreślała, że to tylko postanowienie wstępne. Tym gorzej dla was, następne będą jeszcze gorsze.

Jeśli będziecie dalej fikać, Unia w końcu nałoży wam jedną ze swoich ulubionych kar, w stylu „milion euro dziennie”. I co wtedy, odmówicie zapłaty? Potrącą sobie z tego, co nam przelewają.

Nie możecie tego wygrać. Dlaczego: to dokładnie opisywałem z kolejnych notkach z serii „drodzy pisowcy”.

Jesteście jak ofiara nieuczciwego adwokata, który wkręca swojego klienta w proces niemożliwy do wygrania. Dla adwokata to oczywiście żaden problem, bo liczy sobie za kolejne pisma, ale klient pójdzie z torbami. I nic nie wygra.

Najpierw (jeszcze w 2015!) miało być tak, że Waszczykowski zaprosi Komisję Wenecką i wszystko jej wytłumaczy. Zaprosił, tłumaczył, nie przekonał.

Potem (w 2017) było tak, że Morawiecki zna angielski, więc pojedzie do Brukseli i im tam wszystko wytłumaczy ich językiem. Prawicowi publicyści i blogerzy naprawdę w to wierzyli, archiwa znajdziecie w Psychiatryku.

Potem Ziobro, pezetpeerowski prokurator Piotrowicz i mgr Przyłębska wyszukiwali uzasadnień. A że polska konstytucja mówi tak, a że Niemcy kiedyś zrobiły siak. To też nic nie dało, bo nie mogło dać.

Tak jak z ustawą o IPN, nie pozostaje wam nic innego, niż skapitulować. A im później to zrobicie, tym gorzej dla was, bo to wszystko prawdopodobnie już miało wpływ na wynik wyborów, a jeszcze większy będzie mieć w wyborach nadchodzących.

Co do nich, zrobiłem się umiarkowanym optymistą. PiS już teraz, sądząc z wyborów do sejmików, nie byłby w stanie rządzić samodzielnie. A spalił sobie wszystkie opcje koalicyjne.

Jasne, z wyjątkiem Kukiza. Ale czy jego ugrupowanie dotrwa do wyborow w 2019?

Wątpię. Już się rozsypuje. Kukiz będzie jak Palikot, Tymiński czy Partia Przyjaciół Piwa, gwiazdą jednego przeboju.

Możliwe więc, że z przyszłorocznych wyborów wyłoni się Sejm, w którym PiS będzie największym klubem - ale bez większości. Władzę więc obejmie jakaś koalicja typu KO + PSL + jakaś forma lewicy.

No właśnie, lewica... Tutaj już oczywiście nie mam powodu do radości, może poza symbolicznym faktem, że w Warszawie na podium stanął jednak Śpiewak.

Poza tym jednak oczywiście wszystkie formy lewicy dostały łomot. Tym bardziej upokarzający, że gdyby zsumować głosy, wyjdzie jakieś 10% (przynajmniej w Warszawie).

Koalicja nie jest magicznym rozwiązaniem. Razem gdzie się dało, wchodziło w koalicje. I wszystko co z tego ma, to koszulka „Wygra Warszawa”.

Nie pomogły przedziwne fejki, wypuszczane także przez komcionautów na moim blogu, jak to Śpiewak podobno potajemnie sprzyja PiS, a nawet ma wystartować jako wiceprezydent u Jakiego. Nie będę jednego z drugim pokazywać palcami, ale można to sobie znaleźć pod notką z czerwca.

Cóż, było, minęło. Teraz jeśli gdzieś jest nadzieja, to tylko w Biedroniu. Oby nie skończyło się tym, że na lewicy dojdzie po prostu jeszcze jedna lista, która zgarnie kolejne 3,5%.

czwartek, 18 października 2018
Heros korpoludków

Zmęczony dysputą teologiczną, znów napiszę coś o popkulturze. Tym razem o Jo Nesbo, bo odczuwam niedosyt pisania o nim zawodowo.

Postaram się nie spojlerować, bo chcę przemówić do tych, którzy się zastanawiają, czy warto zaczynać przygodę z Jedenastoma Grubymi Cegłami. Ale mile widziana będzie Kompetentna Dysputa z udziałem tych, co je znają.

Otóż warto - bo nordycki thriller to jak niegyś szwajcarski zegarek. Kraj pochodzenia to znak jakości. A Jo Nesbo w tym gatunku to mistrz nad mistrze. Jak on pisze thriller, nie ma wuja w fiordzie.

Mistrzostwo wypracowywał stopniowo. W cyklu o Harrym Hole dwa pierwsze tomy są przeciętne, dopiero od trzeciego widać geniusz.

Przeciętne jak na nordycki kryminał - a więc nadal dobre, w końcu gdyby się źle sprzedały, nie byłoby zamówień na następne. Czytanie od początku jest więc jedną z opcji.

Przemawia za nią to, że te powieści są podatne na spojlery. W TYCH POWIEŚCIACH KAŻDY MOŻE ZGINĄĆ.

Tu nie ma takiej licencji jak w innych kryminałach, że - dajmy na to - sympatyczny sidekick albo odwieczny antagonista musi dożyć następnego tomu. U Conan Doyle’a śmierć doktora Watsona czy inspektora Lestrade'a byłaby nie do pomyślenia.

Jo Nesbo by ich nie tylko zabił, ale jeszcze rozegrał to fabularnie. Przez trzy tomy Holmes by szukał zabójcy Lestrade’a i odkryłby, że to Watson (itd.)

Kilka powieści zmierza w kierunku, którego logicznym zakończeniem byłaby śmierć Harry’ego. Już to, że nadal żyje, jest spojlerem. Sama lista bohaterów jedenastego tomu spojluje poprzednie dziesięć.

Ja zacząłem od „Pierwszego śniegu” (2007). To siódma powieść o Harrym Hole i najlepsza w całym cyklu, jeśli chodzi o klasyczny thriller o seryjnym mordercy.

Mówiąc krótko, NAPRAWDĘ SIĘ BAŁEM. To nie byle co, wytrącić ze zblazowania takiego wypalonego krytyka jak ja.

Powieść niestety ma kiepską adaptację. Jeśli ktoś oglądał film, to nie zdziwi mnie jego reakcja typu „nie rozumiem, o co tyle szumu”. A z kolei wszystko ma tak zaspojlowane, że nie wiem, czy teraz ma sens czytanie książki.

Najwybitniejszy literacko wydaje mi się tom trzeci „Czerwone gardło” (2000), ale ten jest z kolei najbardziej odległy od konwencjonalnego thrillera. Narracja toczy się się równolegle we współczesnej Norwegii (gdzie Harry Hole śledzi neonazistów planujących zamach terrorystyczny) i podczas drugiej wojny światowej, wśród ochotników Waffen SS na froncie wschodnim.

W dużej części jest to więc panoramiczna powieść wojenna, której akcja przenosi się spod obleganego Leningradu, przez wojenny Wiedeń do bombardowanego Hamburga. Narracji wojennej towarzyszy pewna zagadka, która łączy się ze współczesnym śledztwem, a w finale Wszystko Się Wyjaśnia.

Dwie pierwsze powieści pisane było z zastosowaniem narratora w trzeciej osobie, ale jednak subiektywnego (wiedzącego tyle, ile wie Harry). W „Czerwonym gardle” pisarz po raz pierwszy użył narratora wszechwiedzącego, który celowo zwodzi czytelnika.

Te narracyjne gry stały się specjalnością prozy Jo Nesbo. Dzięki nim może pokazywać sceny samych zbrodni, z punktu widzenia ofiary lub sprawcy.

Te sceny najsilniej zapadają w pamięć. Po pewnym czasie z trudem sobie przypominasz, kto właściwie był zabójcą, ale dokładnie pamiętasz ostatnie minuty życia jakiegoś nieszczęsnego Svena Umlautssona, plastycznie opisywane przez kilkadziesiąt stron.

Przyjemność z czytania literatury sensacyjnej częściowo polega na tym, że pozwala nam względnie bezpiecznie rozważać najważniejsze pytanie, jakie w ogóle możemy sobie zadać (i dlatego go unikamy): jak będą wyglądały moje ostatnie minuty.

Szpital? Własne łóżko? Kartonowe pudło pod mostem? Koziołkujący samochód? Ruiny bombardowanego miasta?

Wiadomo jedno: nie padniemy ofiarą seryjnego mordercy, który planuje zbrodnie tak, żeby się układały na mapie Oslo w pentagram (tom piąty, 2003). Zawsze-ć to jakaś pociecha.

Z różnych wypowiedzi Jo Nesbo wynika, że swojego wypalonego detektywa wymyślił w Australii (tam się dzieje akcja pierwszego tomu, „Człowiek nietoperz”, 1997), do której wyjechał odpocząć od zawrotnych sukcesów, które odnosił jako finansista i gwiazdor muzyki pop. Wydawca zamówił autobiografię, a dostał thriller.

Jeśli to prawda, to powieści o Harrym są jakby tęsknym listem miłosnym do pozycji klasowej na naszym ulubionym szczebelku MMC, z którego Jo Nesbo odfrunął hen hen, ku wyżynom celebryctwa ok. 35 roku życia. Ale tęsknił, bo do niewątpliwych zalet MMC należy to, że możesz spokojnie sączyć piwo U Schroedera i żadna cholera nie będzie ci robić zdjęć.

Już od pierwszego tomu zwrotne momenty często dzieją się na zebraniach albo podczas ploteczek przy służbowym ekspresie z kawą. W jednej z powieści ten ekspres zresztą... ale miało nie być spojlerów.

Od drugiego tomu („Karaluchy”, 1998) antagonistami Harry’ego są nie tylko przestępcy, ale także karierowicze z rządu i z policji: utrudniający mu śledztwo i manipulujący nim dla swoich celów. Detektyw nie umie lub nie chce grać w ich grę, jego interesuje tylko złapanie zabójcy.

Harry Hole jest więc spełnieniem marzeń każdego korpoludka. Czy to w cztery oczy, czy to na zebraniu, zawsze potrafi szefowi szczerze wypalić, co o tym wszystkim myśli, zupełnie nie dbając o karierę.

Ta więc powinna się skończyć już w pierwszym tomie - i w pewnym sensie tak jest. Na początku widzimy Harry’ego odsuniętego od śledztw i zesłanego do Australii, żeby tam zniknął ludziom z oczu i wykonał papierkową robotę związaną z transportem zwłok norweskiej obywatelki.

Dziesięć tomów później widzimy Harry’ego od dawna poza policją, ale nakłonionego szantażem do rozwikłania śledztwa, z którym policja nie może sobie poradzić. Nie liczyłem, ale książki, w których Harry Hole prowadzi rutynowe śledztwo w ramach regularnych obowiązków, są chyba w mniejszości - zazwyczaj go przekupują/zmuszają/okłamują, a on coś i tak robi po swojemu.

Głównym karierowym problemem Harry’ego jest nawet już nie jego wieczna niesubordynacja, ale alkoholizm (właściwie za to go wywalili na samym początku). Przez większość książek jest tzw. niepijącym alkoholikiem, ale zazwyczaj mamy choć jedną scenę, w której Harry pęknie i popłynie.

Czekamy na te sceny tak, jak w „Panu Samochodziku” na kolejną demonstrację możliwości wehikułu. Zazwyczaj są epickie, przy czym nie ma tu w ogóle „glamoryzacji” nałogu, przeciwnie, cały czas wszechwiedzący narrator podkreśla, że Harry bardzo przy tym cierpi.

Za nas wszystkich, siedzących cicho na zebraniach.

niedziela, 07 października 2018
Kler (uwaga, spojlery)

Gajos w Bentleyu

Niniejsza notka przeznaczona jest tylko dla osób, które albo już widziały „Kler”, albo nie zamierzają oglądać. To złożony thriller, w którym kolejne elementy układanki wskakują na miejsce na długo po wyjściu z kina, dlatego należy unikać spojlerów.

Trailer intencjonalnie wprowadza widza w błąd. Tym, których zniechęcił do oglądania (sam do nich należałem!), jednak proponuję zobaczyć. Ostatnie słowo przed przejściem do ostrych spojlerów: to wcale nie jest film antykościelny.

Widziałem w paru miejscach opinię, że Janusz Gajos powtarza swoją rolę Wielkiego Złego z „Człowieka z żelaza” czy „Psów”. Tak może się wydawać gdy się widziało tylko trailer, ale...

[dalszy ciąg to już spojler].

Arcybiskup Mordowicz nie jest złym człowiekiem. Z pewnością ma inne kryteria „dobra” i „zła” niż ja czy moi PT komcionauci, ale byłbym dupa nie postmodernista, gdybym tylko z tego powodu uważał go za złego.

On jest szczery, gdy mówi, że najważniejsze dla niego jest dobro Kościoła - które rozumie m.in. jako wyciszanie wszystkich afer mogących zagrozić wizerunkowi KK. W imię tego dobra jest gotów zrobić dużo, ale nie wszystko.

Finałowy plot twist pokazuje nam, że za najgorsze rzeczy, które odchodzą w otoczeniu Mordowicza, odpowiada ktoś inny. Biskup jest mistrzem zakulisowych deali, ale nie jest złodziejem, molestatorem ani szantażystą.

Działa raczej przez klasyczny lobbying i PR. W finale mamy scenę, w której jego ekipie udało się zatuszować pewną wielką aferę. Wszyscy przybijają sobie piątki, niczym w kancelarii prawnej po wygraniu sprawy, albo w startupie po pozyskaniu wielkiego inwestora.

Gdyby Mordowicz robił to samo, ale w imię jakiejś bliskiej nam sprawy (czy to sformowania socjaldemokratycznego rządu, czy to ukończenia Half Life 3), bardzo byśmy go lubili. I wybaczylibyśmy mu dosadny język (no cóż, to jest, k..., język elit), a także to, że poszedł na kilka wątpliwych skrótów.

Wielkie chwilie z dziejów lewicy i rucho związkowego - rząd Attlee, New Deal, „porozumienie z ulicy Kanclerskiej” - wyglądały z grubsza podobnie. „Wy nas poprzecie w tym i owym, to my wam zagwarantujemy tamto i siamto”.

Używając metafory rolplejowej, Mordowicz jest „neutral good”. Ma silne poczucie dobra i zła (znów: niekoniecznie takie same jak my), jest gotów walczyć metodami, które niekoniecznie są przesadnie „lawful”. Ale na pewno nie jest „evil”.

Wbrew temu, co sugeruje trailer, Mordowicz jest postacią drugoplanową. Na pierwszym planie jest trójka zaprzyjaźnionych księży. Jak bym ich klasyfikował w rolplejowej metaforze?

JESZCZE GRUBSZY SPOJLER

Otóż moim zdaniem nikt tu nie jest true evil. Ten najgorszy z najgorszych, odpowiadający za większość ekranowego zła, jest „chaotic neutral”.

Jest pozbawionym empatii psychopatą. Nawet nie to, że inaczej rozumie dobro i zło, w ogóle nie rozumie takiego kryterium.

Nie ma żadnych widocznych przejawów sumienia. Wszystko jest dla niego kwestią transakcji.
Uważa, że nawet najgorsza zbrodnia powinna mu ujść na sucho, jeśli tu podrzuci plik banknotów, tam komuś załatwi leczenie, a zgwałconemu dziecku da konsolę do gier. I co gorsza: faktycznie mu wszystko uchodzi na sucho („Kler 2” byłby o jego karierze w Watykanie).

Pozostali dwaj bohaterowie są moim zdaniem „neutral good” (Kukuła, taki mini-Mordowicz) i „lawful good” (Trybus). Trybus byłby idealnym księdzem, gdyby nie idiotyzm celibatu.

Jest za bardzo „lawful”, żeby to rozwiązać jak inni księża, którzy mają konkubinę gdzieś na boku, a parafia z jakiegoś powodu to akceptuje. Woli odejść.

Ze strony prawicowców, którzy nie widzieli filmu, mieliśmy falę wypowiedzi typu „znam fajnego księdza, dlaczego Smarzowski takich nie pokazał”. Otóż pokazuje fajnych, ale pokazuje też mechanizmy, promujące kariery niefajnych.

Celibat powoduje selekcję negatywną do zawodu, a nieprzejrzyste mechanizmy promują awans ludzi takich jak Lisowski. To oni kontrolują tą maszynerię, nawet jeśli decyzje sygnuje jakiś Mordowicz.

O tym problemie wiadomo od dawna. Piszą o tym od dawna także osoby sprzyjające Kościołowi, z prawej i z centrowej. Mówił też o tym były ksiądz Charamsa, medialna gwiazda sprzed kilku sezonów (w otoczeniu Mordowicza jeden z księży tak dokładnie kopiuje jego manieryzmy, jakby go udawał w „Uchu Prezesa”).

Szeroko pojęci „Lisowscy” to wspólny problem wierzących i niewierzących. Bardziej nawet wierzących, bo się z nimi częściej stykają - ale w nas rykoszetem uderza grabież majątku publicznego i dewastacja praworządności, dokonywana przez prokuratorów chroniących pedofili w sutannach („to było tylko ciumkanie”, etc.).

Jak wierzący tego wreszcie nie ogarną, będziemy musieli to w końcu posprzątać za nich.

wtorek, 25 września 2018
Szlachetny mobbing

Zacznijmy od scenki obyczajowej. Oto grupa przyjaciół umówiła się na grilla, ale okazuje się, jeden z nich, nazwijmy go Cześkiem, zapomniał rozpałki.

Widząc, że nici z grilla inny, nazwijmy go Grześkiem, wybucha wyzwiskami. Szydzi z Cześka, przypomina mu, że nie pierwszy raz tak nawalił, używa różnych niemiłych określeń.

Czesiek czuje się winny, ale też potraktowany niesprawiedliwie. Tydzień temu umawiali się na skrabla, Zdzisiek zapomniał planszy i nikt się go wtedy nie czepiał!

Wszystko kończy się awanturą. Czesiek wraca sam do domu.

Od dłuższego czasu awantury z Grześkiem przyprawiają go o bezsenność.
Leży na łóżku i snuje ruminacyjne monologi. Obwinia siebie o to, że jest taki beznadziejny („co ze mną jest nie tak? dlaczego znów o czymś zapomniałem?”). Ale też jest zły, że przyjaciele Zdziśkowi wybaczają gorsze rzeczy.

Z powodu niewyspania następnego dnia łamie nogę! [smutna muzyczka Preisnera]

Czy Grzesiek ponosi jakąś odpowiedzialność za bezsenną noc przyjaciela? W sensie prawnym - żadnej. W sensie moralnym - też niekoniecznie.

A teraz skomplikujmy sprawę. Wszystko pozostaje tak jak wyżej, poza jednym: ten grill nie był organizowany dla rozrywki, tylko w ramach działalności gospodarczej Grześka, dla jego klientów. Czesiek i Zdzisiek to jego pracownicy (niezależnie od tego, że koledzy).

Wszystko teraz wygląda inaczej. Cała ta sytuacja wyczerpuje kodeksową definicję mobbingu:

„...działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników”.

Czy Czesiek udowodni to w sądzie, to osobne pytanie. Ponieważ tak się składa, że jestem demiurgiem i wszechwiedzącym narratorem Uniwersum Rozpałki, to po prostu wiem, że Grzesiek się go czepiał „uporczywie i długotrwale”.

Ustawodawca w 2004 roku dodał przeciwdziałanie tak definiowanemu mobbingowi do rozdziału „obowiązki pracodawcy”, gdzie są też inne punkty, jak „kształtowanie w zakładzie pracy zasad współżycia społecznego” oraz „stosowanie obiektywnych i sprawiedliwych kryteriów oceny”.

W sprawach związanych z mobbingiem często spotykamy się z myleniem relacji towarzystkich z relacjami służbowymi. Słychać to np. w wypowiedziach obrońców ks. Stryczka, a także samego księdza, który porównał pracę dla niego do „ekstremalnej drogi krzyżowej”, na której ludzie dostają wycisk, ale sami się na niego godzą.

W udzielanych wcześniej wywiadach (na przykład dla money.pl) ksiądz deklarował explicite, że nie rozumie prawa pracy i korwinoidalnie argumentował za jego zniesieniem. To jakby ktoś, kto deklarował, że nie rozumie kodeksu drogowego i chciałby go zlikwidować (argumentami klasy „niby wszyscy jesteśmy równi, a tu niektórzy mają pierwszeństwo, skandal, dyskryminacja!), spowodował wypadek. Najmniejsze zdziwienie świata.

Zakładam, że w takich przypadkach mobbing bierze się z niewiedzy. Nie wszyscy ludzie na stanowiskach kierowniczych przeszli przeszkolenie z prawa pracy.

Mogą błędnie zakładać, że w zakładzie pracy panują takie same reguły, jak w życiu towarzyskim. Tymczasem korwinoidalne argumenty typu „jak mu się nie podobało, powinien był odejść” nie zadziałają w sądzie.

Udowodnienie mobbingu, jako się rzekło, może być trudne, ale jeśli Czesiek był regularnie opieprzany przy świadkach, a do tego leczył swoją bezsenność u terapeuty, Grzesiek może mieć w sądzie przykrą niespodziankę.

Jako związkowiec z zasady zawsze stoję po stronie pracownika, ale rozumiem, że to wszystko może być problemem dla pracodawcy, zwłaszcza niedużego. Jesteśmy ludźmi, więc obowiązek „stosowania obiektywnych i sprawiedzliwych” kryteriów nie zawsze jest łatwy do wypełnienia; co poradzić, jeśli Zdzisiek po prostu jest fajniejszy?

No i nie da się ukryć, że Czesiek faktycznie nawalił z tą rozpałką. Jakiś opieprz mu się należy. Jak dyscyplinować i motywować pracowników bez popadania w mobbing?

Może moim sekretem do osiągnięcia bogactwa i awansu społecznego byłoby rzucenie dziennikarstwa i założenie firmy robiącej takie szkolenia dla korpomenadżerów? W takim razie, pierwsza lekcja gratis: samo robienie takich szkoleń będzie dobrym argumentem w sądzie.

Kodeks zobowiązuje pracodawcę do „przeciwdziałania mobbingowi”, co w praktyce oznacza, że w sądzie trzeba zademonstrować konkretne przykłady takiego przeciwdziałania: wdrożenie procedur, szkolenia, dobra współpraca ze związkiem i radą pracowników, itd.

Jeśli jednak szef organizacji publicznie deklaruje, że nie rozumie prawa pracy i uważa, że jest niepotrzebne, to te wypowiedzi nie pomogą mu w procesie.

sobota, 22 września 2018
Polemika z Wosiem

Tekst Wosia o potrzebie zbliżenia lewicy i PiS wydał mi się tak głupi, że aż niewart polemiki. Jego jedynym pozytywnym skutkiem wydawało mi się sprowokowanie do polemiki Śpiewaka (co zabawne, ci, którzy się domagali od Śpiewaka jasnej deklaracji, że wyklucza współpracę z PiS i wrzucali jako #sprawdzoneinfo niby-przecieki, że będzie startował jako wiceprezydent u Jakiego, w ogóle tą deklarację przeoczyli).

Skoro ten tekst sprowokował te wszystkie ruchy kadrowe, które również nie wydają mi się przesadnie mądre (nie wierzę, że mediom liberalnym wyjdzie na dobre taka wymuszona jednomyślność), to jednak zapolemizuję.

Otóż PiS jest partią wodzowską, więc dopóki Jarosław Kaczyński stoi na jej czele, nie ma „rozmów z PiS”, są rozmowy z prezesem. Metafora „Ucha Prezesa” wydaje mi się zasadniczo trafna, PiS to nie jest grupa ludzi zjednoczonych jakimś wspólnym spojrzeniem na sprawy kraju, to jest grupa pokornych minionków Prezesa.

To się może bardzo radykalnie zmienić, gdy Prezes odejdzie na emeryturę. Nie wiadomo, czy to będzie za rok czy za dziesięć lat, więc póki co, nie ma o czym debatować.

Wiadomo natomiast, że przez 30 lat kariery politycznej Kaczyński zademonstrował, że potrafi działać tylko na zasadzie „aut Caesar, aut nihil”. Nie umie działać w zespole w innej roli niż rola wodza.

W jego świecie nie ma równorzędnych partnerów czy cenionych współpracowników. Wszyscy dzielą się dla niego na wrogów i wasali. Woś więc proponuje lewicy złożenie lennego hołdu Kaczyńskiemu.

Przez te 30 lat parokrotnie wyrażano nadzieję, że Kaczyński się zmienił. Kto je miał, ten się zawsze mylił.

Kaczyński się nie zmienia i nie zmieni, a zatem łatwo odpowiedzieć na pytanie, które Woś zadał w jednym z wywiadów. A co jeśli w 2020 PiS wygra wybory, ale będzie mu brakowało mandatów do sejmowej większości, a jednocześnie lewica wprowadzi kilkudziesięciu posłów.

Czy warto będzie poprzeć Kaczyńskiego, w zamian za jakieś socjalne postulaty? Nie, bo to będzie powtórka z lat 2005-2007, Kaczyński będzie udawał, że zawiązuje koalicję, ale jednocześnie inicjował prowokacje przeciwko ministrom własnego rządu.

Ten rząd będzie tak pochłonięty wewnętrznymi intrygami, że nic nie zdziała. Ani nie spełni tych socjalnych postulatów, ani żadnych innych. Jak rząd z lat 2005-2007.

Powyższe rozważania staną się oczywiście nieaktualne, gdy prezes odejdzie na emeryturę. Pozostaje jednak jeszcze strategiczna odpowiedź na tezy Wosia, już niezależna od zmian kadrowych w PiS.

Woś nie jest pierwszy z pomysłem, że skoro lud kocha batiuszkę cara, to lewica powinna wraz z nim wznosić pokorne suplikacje do Najjaśniejszego Pana. „Prawicowa lewica” czy „żółte związki” to jest koncepcja starsza od popa Hapona, można się z tym cofnąć co najmniej do bonapartyzmu.

Historia mówi, że to nie działa. Przykłady wielkich reform społecznych, które przyniosły ludowi realne korzyści, to przykłady lewicowe lub przynajmniej centrowe - kraje nordyckie, New Deal, ordoliberalizm.

Lud potrzebuje przede wszystkim podmiotowości. Socjalny ochłap w rodzaju 500+ mniej znaczy od stabilności zatrudnienia czy możliwości samorozwoju. Te zaś wymagają silnych związków i prawa pracy, które odgrywały kluczową rolę w powyższych przykładach udanych reform.

Wszystkie wcielenia prawicy łączy jedno: reprezentują klasę wyższą. Dlatego ze strony PiS można się spodziewać nowych zasiłków, ale nie likwidacji śmieciówek. Jeśli się mylę, to obiecuję Notkę Pochwalną; pesymiści lubią się mylić w prognozach.

PiS nawet specjalnie tego nie ukrywa, że celem deformy edukacji jest utrudnienie mobilności społecznej. Im to odpowiada, że bogaci poślą swoje dzieci do szkół tzw. „społecznych”, a biedota będzie skazana na teatr okrucieństwa minister Zalewskiej.

Obietnice „prawicy z programem socjalnym” nie działały w Hiszpanii Franco i Portugalii Salazara, nie zadziałają też w Polsce Kaczyńskiego. Kaczyński szykuje bogactwo dla swoich wasali, w tych wszystkich spółkach i fundacjach, i biedę dla całej reszty.

A że umowy są ważniejsze od zasiłków, o tym świadczą odmienne losy zwalnianych ostatnio dziennikarzy. Śmieciówkowca można zwolnić mailem, jak tego biedaka z Biełsatu. Etatowca można tylko przesunąć do innych zadań. Dlatego lepiej mieć etat niż pięć stów plus.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89