Ekskursje w dyskursie
środa, 23 lipca 2014
Now Playing (165)

Odczuwam ostatnio nostalgię za latami zerowymi. Ach, jakie wszystko było proste, kiedy cyberkorpy były fajne (z wyjątkiem oczywiście Microsoftu, tego „ostatniego monopolisty”), giełda rosła, dziennikarzy zasypywały propozycje pracy, a co do sensu ataku na Irak można było się jeszcze spierać, bo ten bezsens nie był jeszcze tak krwawo oczywisty.

Na soundtrack do nostalgii polecam oczywiście elektro/shoegazing. Sam w każdym razie ostatnio wróciłem do Ladytrona, którego parokrotnie już chwaliłem na tym blogu (hej, ten blog pochodzi z lat zerowych).

Moją ulubioną płytą z tego zespołu jest „Velocifero”, a z niego ulubionym utworem jest „Versus”. W ogóle bardzo lubię to słowo, dowiedziałem się o jego istnieniu jako nastolatek grając w grę „Spy vs Spy” (niestety, w odciętej od świata komunistycznej Polsce najpierw się poznawało grę na podstawie komiksu, a dopiero potem komiks).

Tekst buduje opowieśćć wokół tego słowa, które jest tu niemalże rzeczownikiem. Albo wręcz osobą. W każdym razie, urządzeniem narracyjnym, który prowadzi nas przez jakąś niemalże fabułę.

Zaczyna się od definicji szybkości („Distance versus time”), prowadzi przez jakąś smutną historię miłosną („versus curses in your eyes”), kończy się zaś na stwierdzeniem podmiotu lirycznego, że jego/jej główny problem to „me versus me”.

Opowieść jest uniwersalna genderowo, bo do eterycznego głosu Helen Marnie dołącza chwilami Daniel Hunt. Zdaje się, że autor tekstu zresztą.

A jak wasza nostalgia za latami zerowymi? Też ją odczuwacie, czy to coś specyficznie dziennikarskiego?

czwartek, 17 lipca 2014
World of Świrs

To były lata 80. Kolega z liceum miał tatę-biznesmena, który świetnie prosperował za późnego PRL, ale nie odnalazł się we wczesnej 3RP (długa i smutna historia).

Jako syn prywaciarza, kolega opływał w symbole dostatku takie jak biała czekolada czy oryginalne gry komputerowe. Wśród nich - legendarne „Kampfgruppe” legendarnej firmy SSI. Rolnicy mogą ją znać z jej późniejszego remake’u na pecety, „Steel Panthers”.

Przedtem niespecjalnie interesowałem się militariami. Grałem już w pierwsze najprostsze gry strategiczne, ale tam się przesuwało prostokąciki, w najlepszym wypadku - heksy, które miały najwyżej jakieś umowne „punkty siły”.

W „Kampfgruppe” dowodzenie było na poziomie taktycznym, a więc nie tylko istotna była różnica między ciężkim oddziałem rozpoznania a lekkim oddziałem pancernym, ale też która jednostka patrzy w jakim kierunku i przede wszystkim: jaki ma sprzęt.

Przedtem wiedziałem o drugiej wojnie światowej z grubsza tyle, co z „Czterech pancernych”. Że były jakieś T-34, jakieś tygrysy i jakieś pantery. Dopiero instrukcja obsługi „Kampfgruppe” otworzyła dla mnie świat tych wszystkich zonderkraftfarcojgów i ich ausfiringów. Zawierała sylwetki tych pojazdów wraz z krótkim, treściwym opisem.

Gdy teraz gram w „World of Tanks”, przypominam sobie tamtą instrukcję. I tamte multiplayery - wielokrotnie z owym kolegą całe noce spędzaliśmy na atakowaniu i bronieniu tych wszystkich Stalingradów.

 

Lipcowy ranking od czapy poświęcę więc pojazdom bojowym z drugiej światówki. Wśród których moim numerem jeden zawsze był StuG III Ausf. G. W grach, w których można sobie coś wybrać, to zwykle mój pierwszy wybór.

Bywalcy bloga mogą zauważyć mój szacunek do wszystkiego, co jest prostym i skromnym rozwiązaniem problemu - i awersję do gwiazdorzenia. Ubocznym skutkiem szaleństwa Hitlera była jego gigantomania.

Strach pomyśleć, co Trzecia Rzesza mogłaby osiągnąć, gdyby jej wojskami dowodził ktoś kompetentny. Hitler ciągle zatwierdzał projekty pojazdów bojowych, które miały być największymi, najcięższymi, najlepiej uzbrojonymi i opancerzonymi na całym froncie. I to zwykle były zmarnowane pieniądze, jak Elefant czy Jagdtiger.

StuG III był tani, bo to nawet nie jest czołg, tylko działo samobieżne. Jednocześnie był zdumiewająco uniwersalny, zaprojektowano go jako broń ofensywną (stąd nazwa - Sturmgeschütz), ale okazał się być świetny w defensywie. Tego drugiego Hitler od 1942 potrzebował bardziej, ale kierował przemysł zbrojeniowy w realizację swoich coraz bardziej oderwanych od frontowej sytuacji fantazji.

Stalin też miał skłonność do gigantomanii, ale w tym też był sprawniejszy. Jak chcę w takich grach pojeździć czymś większym i cięższym, biorę ISU-152.

Jeśli uda się czymś takim zakampić w jakimś zakamarku chroniącym tył pojazdu (w World of Tanks kampienie jest czymś naturalnym, przecież po to się w ogóle robi niszczyciele czołgów), ISU-152 będzie nie do ruszenia. Powiedziałbym, że pojedynek między zakampionym ISU-152 a trzema panterami byłby wyrównany.

 

Z wszystkich fantazji kompensacyjnych o alternatywnej historii, w której „silni, zwarci i gotowi” nie rozsypują się jak domek z kart w kampanii wrześniowej, lubię fantazję o „małej entencie”. Gdyby tak udało się stworzyć sojusz wojskowy obejmujący Mitteleuropę, dalibyśmy radę nawet obu tym świrom razem wziętym!

Oczywiście - wiem, że to nigdy nie było realne. Za dużo było antagonizmów między tymi państwami (z jakim zażenowaniem czyta się dziś propagandowy reportaż Melchiora Wańkowicza z zajętego Zaolzia...), za mało bezpośrednich wspólnych interesów.

Poza tym druga wojna światowa była wojną infrastruktur. Pytanie „ile kto ma dywizji” było równie istotne na „jak szybko te dywizje może przerzucić z jednego końca kraju na drugi”. A dobrego połączenia Warszawa-Dubrownik czy Praga-Konstanca nie ma nawet dzisiaj (a co dopiero wtedy).
Pz-38(t) byłby zapewne głównym czołgiem takiej zjednoczonej armii Mitteleuropy. W każdym razie, gdy z niego strzelam do czołgów niemieckich i radzieckich, lubię fantazjować, że bronię Małej Ententy przed tymi dwoma psychopatami.

poniedziałek, 14 lipca 2014
Etyka dziennikarska i "Wprost"

Nie komentowałem na bieżąco afery podsłuchowej, bo nikomu w niej nie kibicuję. Złe zdanie o Latkowskim wyrobiłem sobie jeszcze na podstawie tych jego niemądrych filmów dokumentoidalnych. To człowiek z tabloidową mentalnością.

Oczywiście, to nie znaczy, że lubię Giertycha. Co o nim myślę, pisałem w czasach IV Rzeczpospolitej i nie zmieniłem zdania ani na jotę.

Cała ta sytuacja jest jednak bardzo interesująca dla każdego, kto się interesuje etyką dziennikarską. A dziennikarz musi się nią interesować, bo inaczej ona kiedyś zainteresuje się nim (ba-bum-psss).

Polski system, jak wielokrotnie pisałem, jest zły. Mamy trzydziestoletnie prawo prasowe, w którym nie ma wzmianki o internecie, jest za to wzmianka o Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Nieprędko ktoś to ruszy, bo wynikający z tego bajzel jest na rękę politykom i dziennikarzom (a ściślej rzecz biorąc, wydawcom prasy). Skutkiem ubocznym jednak jest to, że etykę dziennikarską można łamać praktycznie bezkarnie, o ile dzieje się to poza radiem i telewizją (działającym według odrębnej ustawy i nadzorowanym przez KRRiTV).

Osobie zniesławionej czy znieważonej przez media teoretycznie pozostaje droga cywilna lub karna. Praktycznie wynik będzie losowy, bo sądy muszą na własną rękę szukać równowagi między ważnymi wartościami (wolność słowa kontra prawo do obrony dóbr osobistych).

Za rozwiązanie zbliżone do ideału uważam rozwiązanie szwedzkie. Tam na straży etyki dziennikarskiej stoi Rada Prasowa i urząd prasowego Ombudsmana.

Dziennikarzom zaproszonym na Stockholm Internet Forum zaaranżowano spotkanie w urzędzie. Mogliśmy więc porównać systemy w swoich krajach do rozwiązań szwedzkich.

W każdym kraju kluczowym kryterium przy ocenie etyki dziennikarskiej jest pojęcie „interesu publicznego”. Tabloidy zwykle dążą do przesunięcia go w stronę „tego, czym interesuje się publiczność” i zwykle są w tym mniej lub bardziej temperowane przez sądy i instytucje kontrolne (także w Polsce).

Samo pojęcie „interesu publicznego” odwołuje się do założenia, że istnieje coś takiego, jak „sfera publiczna” w odróżnieniu od „sfery prywatnej”. Rozmowa Dody i Herbuś na temat Natalii Siwiec to prywatna sprawa zainteresowanych celebrytek, rozmowa ministra z prezesem banku centralnego - już niekoniecznie, nawet jeśli odbyła się w prywatnych okolicznościach.

Szwedzi swoje podejście do tego tematu zilustrowali nam takim przykładem. Pewien szwedzki tygodnik ilustrowany bardzo nie lubił pewnego polityka i zaatakował go serią tekstów ingerujących w jego prywatność (w związku z czym polityk ów wniósł skargę do Rady Prasowej).

Jeden artykuł informował o tym, że w służbowym, opłacanym przez podatnikow mieszkaniu polityk ów żyje razem ze swoją partnerką. Drugi pokazywał go, jak ostro chla w swoim letnim domku - otwiera kolejną puszkę piwa radośnie nieświadomy, że ktoś go fotografuje teleobiektywem (inna sprawa, że minę na tej okładce ma taką, jakby już w ogóle był mało czego świadomy).

Rada Prasowa potępiła tę drugą publikację, ale już nie tę pierwszą. Skoro mieszkanie było służbowe, polityk stracił prawo do argumentowania „to moja prywatna sprawa, kto ze mną mieszka”. Miałby je, gdyby z prywatnej kieszeni opłacał czynsz i media (a przynajmniej połowę za swoją partnerkę).

Za to jego prywatne pijaństwo, na prywatnej posesji, za prywatne pieniądze - było jego prywatną sprawą. Dlatego tygodnik został za tę okładkę ukarany grzywną i naganą.

Przy całej mojej niechęci do „Wprost” uważam, że mieli prawo publikować nagrania polityków biesiadujących za publiczne pieniądze. To ma się oczywiście nijak wobec tego, że z kolei ludzie odpowiadający za nielegalny podsłuch popełnili przestępstwo, chodzi mi wyłącznie o kwestie etyki dziennikarskiej.

Nie ma jednak żadnego usprawiedliwienia na publikację prywatnej rozmowy Giertycha. Że jest „adwokatem ministrów”, to jeszcze nie znaczy, że jest osobą publiczną.

Gdyby jeszcze ujawnione materiały zawierały jakiś dowód na zagrożenie dla porządku publicznego ze strony Giertycha. Ale widzę normalne działanie adwokata, którego klient wysłał na delikatne rozmowy z potencjalnym szantażystą.

A prywatnie uważam, że powinniśmy mieć także nordyckie podejście do służbowych mieszkań i kart kredytowych naszych polityków. Karać ich za wszelkie wykorzystanie do celów prywatnych, ale i płacić im tyle, żeby nie musieli dziadować.

poniedziałek, 07 lipca 2014
Manifest pasywistyczny

W ramach upadku blogowania, wrócę do nieformalnego cyklu, który miał dotąd trzy odcinki - w poszukiwaniu Absolutu (może być Finlandia). Wyrażam w nim swoje Fundamenty Światopoglądowe, czyli Ogólną Filozofię Życiową.

Zawsze czytam takie rzeczy na blogach z zażenowaniem, no bo w końcu co ciekawego może o tym napisać prosty bloger. Ale z drugiej strony, typowe funkcje blogowe typu „internetowy pamiętniczek” już dawno pożarły social media. Gdzie filozofować, jak nie na blogasku?

Opisałem już swoje poglądy epistemologiczne, etyczne i nawet eschatologiczne. Dziś czas na moją antropologię.

Swoje spojrzenie na Naturę Lucka na własny użytek nazywam „pasywizmem”. Wymyślanie własnych określeń oczywiście dyskwalifikuje filozofa-amatora, ale ja nie klasyfikuję siebie nawet w takiej kategorii. Hej, ja tylko prowadzę blogaska.

Ludzie badający Naturę Lucka mniej lub bardziej zawodowo są z natury rzeczy aktywistami. To znaczy - ludźmi, którzy lubią działać, którym zorganizowanie sympozjum czy wzięcie udziału w dyskusji panelowej sprawia autentyczną, nieskrywaną przyjemność.

Do tego stopnia, że są gotowi to robić za darmo albo za te symboliczne punkty, którymi ocenia się dorobek naukowy. Nauka z samej swojej organizacyjnej natury przyciąga ludzi, których to kręci a odstrasza ludzi, których to nie kręci, nienawidzą organizowania czegokolwiek, a za udział w panelu oczekują honorarium.

Jako pasywista twierdzę, że w ten sposób wpadamy jednak w pułapkę błędu poznawczego znanego jako „fałszywy konsensus”. Większość ludzi ma skłonność do zakładania, że większość ludzi podziela ich poglądy.

Mój pasywizm oczywiście też może mieć źródło w podobnym błędzie. Ja jestem bowiem przekonany, że większość ludzi nie lubi być aktywna.

Podejrzewam, że większość aktywistów nie jest z kolei świadoma, że robią taki błąd poznawczy. Skoro im aktywność i kreatywność sprawia przyjemność, zakładają, że każdy tak ma.

Wiele radykalnych utopii politycznych zawiera na przykład milczące założenie, że jeśli ludziom damy możliwość decydowania o swoich sprawach na codzień np. w jakiejś formie demokracji bezpośredniej, to będą chcieli z niej skorzystać. Dlatego właśnie tak mówią, „damy możliwość”, bo są przekonani, że ludzie tego chcą, ale nie mają takiej możliwości.

Utopia anarchosyndykalistyczna czy trockistowska, w której o zakładzie pracy decyduje sama załoga na wiecach, ma swój oczywisty urok - ale przecież większość ludzi po fajrancie wolałaby wrócić do domu, oglądać coś głupiego w telewizji i pić piwo. Większość ludzi woli czas wolny spędzać pasywnie.

Tutaj widzę też źródło fiaska utopii cyberoptymistów, których proroctwa internetu radykalnie rozminęły się z rzeczywistością. Jarosław Lipszyc do dzisiaj jest przekonany, że większość internautów chce być twórcami, trzeba więc reformować prawo autorskie tak, żeby im to umożliwić. Ja uważam, że większość internautów jest zadowolona z pasywnej konsumpcji treści serwowanych im przez cyberkorpy - w postaci portalozy, w postaci debilnych filmików na Youtubie, w postaci bieda-kontentu społecznościowego z serwisów typu Bezużyteczna Wiedza czy Kwejk.

Pytanie „a co jeśli ludzie NIE CHCĄ być aktywni, NIE CHCĄ brać swoich spraw w swoje ręce, NIE CHCĄ decydować sami o sobie, NIE CHCĄ tworzyć treści” zdumiewająco rzadko padają w traktatach politycznych czy socjologicznych. Nie ma tego w cyberutopiach Jenkinsa, Moglena czy Aigraina, ale nie ma tego też pismach Brzozowskiego czy Róży Luksemburg.

Przypuszczam, że to dlatego, że Ebena Moglena i Różę Luksemburg sporo może różnić, ale oboje nie potrafiliby  zgrokować tego, że ktoś może zwyczajnie woleć walnąć się leniwie na kanapie i pozwolić, żeby ważne decyzje podejmował ktoś inny. Nie potrafią sobie wyobrazić kogoś takiego jak ja.

Mój argument na poparcie tezy, że takich jak ja jest większość, jest prosty - modele biznesowe czy polityczne odwołujące się do pasywności zawsze wygrywają. Facebook pochłonął blogi, Lego z oferty „klocki pozwalające na wszystko” przeszło do oferty „klocki pozwalające zrobić to co na pudełku”, a najpopularniejsze urządzenia do łączenia się z internetem to dziś czarne skrzynki, w których nie wolno nam grzebać, bo dobrowolnie porzuciliśmy konfigurowalne do bólu beige-boksy.

Tyle tylko, że o ile łatwo o opisy aktywizmu - aktywiści lubią opisywać samych siebie jeszcze bardziej niż działać - pasywizm pozostaje milczącą stroną ludzkości. Może i dałoby się zrobić wspaniałe sympozjum „Bierność przez stulecia”, dyskusję panelową „Pasywizm a podmiotowość” albo i napisać manifest pasywistyczny. Ale kto by to miał zorganizować...

sobota, 28 czerwca 2014
Drogi na wakacje 2014

Prognozy

Jak w zeszłym roku, zamiast rankingu od czapy - wakacyjna mapka drogowa. Konwencja ta sama, na czarno drogi, które już są, a na różowo drogi, których brak możemy boleśnie odczuć w tegorocznych trasach - ale pocieszając się, że w przyszłe wakacje już tam będzie autostrada lub ekspresówka.

W paru sprawach okazałem się przesadnym optymistą, a w paru innych - przesadnym pesymistą. Nie zaznaczyłem przygranicznego odcinka A1, bo skrajnie pesymistyczne wersje mówiły o konieczności rozbierania całego pechowego mostu.

Parę słów przypomnienia, skąd się wzięła ta cała afera. Austriacka firma Alpine Bau od roku jest w stanie bankructwa. Nim upadła, zdążyła dwukrotnie zrobić w Polsce brzydki numer, który można by w analogii do życia codziennego opisać tak.

Do kapitalnego remontu mieszkania zatrudniamy pana Zdzicha, złotą rączkę i umawiamy się, że remont ma trwać miesiąc i kosztować dychacza. Po trzech tygodniach pan Zdzichu tu coś skuł, tam coś przebił - i nagle oznajmił, że nie dotrzyma oryginalnego terminu, chyba że dostanie dodatkowego piątala.

Co robić w takiej sytuacji? Szukanie innego wykonawcy na pewno będzie trwało dłużej niż tydzień. W dodatku zanim on wejdzie, będzie musiał zrobić jakąś inwentaryzację tego, co już zrobił pan Zdzichu. Nie wiadomo, jaką on zaśpiewa cenę.

Alpine najpierw wycięło taki numer na przygranicznym odcinku A4. Oznajmiło, że nie wyrobi się w terminie - i dostało aneks do umowy z dodatkowym terminem.

Ludzie obserwujący budownictwo drogowe złościli się wtedy, że państwo jest takie słabe i ulega takim wykonawcom. Aneksy z prolongatą dostawano wtedy od ręki. Były to czasy IV RP.

Potem nastała Platforma i Alpine oznajmiło, że może odstąpić od aneksu i wrócić do pierwotnego terminu. Ale za dopłatą. Rząd (w praktyce: GDDKiA) powiedział: nie.

Znaliśmy to w wersji „gotowa autostrada czeka na przecięcie wstęgi przez urzędników”. A tak naprawdę była to odmowa dania panu Zdzichowi więcej, niż było w pierwotnej umowie. Tamtą drogą już jeździmy.

W przypadku A1 sprawa była bardziej skomplikowana, bo Alpine powiedziało, że projekt jest wadliwy i most grozi zawaleniem. Owszem, mogą dokończyć nanosząc poprawki do projektu, ale za dopłatą. Rząd znowu ich pogonił, budowę ostatecznie dokończyła mała polska firma Intercor.

Most się póki co nie zawalił, więc to chyba jednak była słuszna decyzja. Mam nadzieję, że ta historia odstraszy następnych nieuczciwych panów Zdzichów od tego typu zagrywek.

Poślizgi na S5, S8 i S17 sprawiają, że niestety wyczekiwane odcinki umilą podróże dopiero jesienią, choć już w sierpniu może otworzą kawałek obwodnicy Lublina i wylot z Łodzi na Łask. Tu się okazałem przesadnym optymistą - przepraszam.

Za to to, co już jest, nakazuje kierowcom przestawienie mentalnych GPS-ów. Po pierwsze, drodzy Warszawiacy: zapominamy o Cieszynie. Od kiedy ukończyli ten ostatni kawałek A1, pchanie się na Cieszyn nie ma już sensu, chyba że ktoś w ogóle docelowo kieruje się w stronę słowackich gór.

W dalszych trasach - odbijamy z gierkówki za Siewierzem do A1 (albo od razu DK78, albo chwilę potem S1 - czasowo na jedno wychodzi). Wjeżdżamy na nowiuteńką polską autostradę i syf się zrobi dopiero w Czechach.

Kierowcom wyjeżdżającym z północnej części aglomeracji sugeruję też wyjazd autostradą A2 i przebicie się DK50 do dawnej gierkówki, zapgrejdowanej w tym miejscu już do S8 (czyli Wiskitki-Mszczonów). Do 2016 niestety nie będzie innego fajnego wylotu na południe, omijającego korki w Raszynie.

W te wakacje po raz pierwszy będzie można skorzystać z S3 rozciągającej się między Goleniowem a Nową Solą. To znaczy, że niespodziewanie blisko Warszawy znalazły się miejscowości takie jak Świnoujście, Międzyzdroje, Zielona Góra czy nawet odległy, egzotyczny Szczecin.

Kierowcy jadący ze Śląska nad Baltyk z pewnością docenią zaś ciągłość A1 między Trójmiastem a Łodzią. Tyle, że jak wiadomo, na ostatnich bramkach będzie tradycyjny megakorek podczas szczytów urlopowych, więc albo należy zjechać w Tczewie, albo unikać szczytów, albo podejść do tego z wakacyjnym zen, z którym analogiczne korki na bramkach traktują Włosi czy Francuzi.
Wakacyjnie życzę szerokiej drogi, joie de vivre i naturalnie la dolce vita!

PS. Na mapce co brzydko i niedokładnie pociągnięte Paintbrushem - to moje, co ładne, dokładne i przemyślane to wikipedysta Jacek Śliwerski.


piątek, 20 czerwca 2014
Sfałszowane nagrania (NP 164)

Amerykańskie fochy na punkcie Lany Del Rey są dla mnie jak „awaria garderoby Janet Jackson” - nie jestem w stanie nawet zacząć próbować to zrozumieć. Jeśli dobrze rozumiem, hipsteriada z Pitchforka była sfrustrowana, że okazało się, że to nie jest genialna niezależna artystka, która nagrała sobie wideo własnym sumptem, tylko produkt starannej pracy producenta, menadżera i wizażysty.

Lana Del Rey to fejk. Nie ma takiej kobiety, to tylko sceniczna persona skromnej girl next door imieniem Elizabeth Grant. Próbowała zaistnieć ze swoim wyglądem i swoim głosem - nie udało się, więc wróciła jako female female impersonator.

No ale le helou, w czym problem? Sztuka przecież jakby z definicji jest sztuczna. „Born To Die” to świetna płyta, nawet jeśli wszystko na niej jest sfałszowane.

To zresztą w tym fałszerstwie podoba mi się najbardziej. Póki Bitelsi byli Bitelsami, ich płyty były po prostu mniej lub bardziej przypadkowym zlepkiem piosenek. Dopiero kiedy zaczęli budować wokół siebie mitologię, nagrali „Sierżanta Pieprza”.

Sfałszowana piękność prowadzi nas więc przez swoje płyty od początku do końca. Trzeba ich słuchać w całości, choć poszczególne piosenki też się bronią.

Najnowsze „Ultraviolence” też mi się podoba jako całość, chociaż najbardziej wpadło mi w ucho „West Coast”. Blogobywalcy wiedzą, że bardzo ważne dla mnie są fajne teksty - a zwłaszcza teksty, które się fajnie zaczynają.

„Down on the West Coast, they got a sayin': If you're not drinkin', then you're not playin', but you...” - to jest świetne otwarcie piosenki miłosnej. I oczywiście wiem, że wszystko tu jest fałszywe, że nigdy nie istniał ani podmiot liryczny, ani „you” ani uczucie między nimi.

Ale i tak wiem, że jeśli będę jeszcze kiedyś wypożyczać samochód na West Coast, to będzie pierwszy kawałek, który w nim poleci z mojego iPoda.

wtorek, 10 czerwca 2014
Kolej przez Łomianki

Stary tor

Podobnie jak Los Angeles, Warszawa kryje pod sobą szczątki rozebranych linii kolejowych. Legenda miejska mówi, że w Los Angeles o ich rozebraniu zadecydował spisek firm motoryzacyjnych.

Według mojego skromnego riserczu to nieprawda, podobnie jak polska skłonność do oskarżania o to PRL. Przeczy temu choćby to, że rozbiórka linii kolejowych ruszyła w Warszawie już w latach 30.

Ledwie je zbudowano, to już je rozbierano. Istniejącą kiedyś stację Warszawa - Belweder (to dziś brzmi tak szokująco, że lubość sprawia mi samo napisanie tej nazwy) skasowano na przykład w 1935 - co było wyrokiem śmierci na kolej grójecką.

Gdyby istniała do dzisiaj, czy redaktor Warzecha jechałby samochodem z Piaseczna na Centralny? Zabawnie jest fantazjować o alternatywnej Warszawie, w której dalej istnieją te wszystkie połączenia.

Szczególnie ciepłe miejsce w moim sercu zajmuje oczywiście kolej młocińska. Przez bardzo krótki czas łączyła Dworzec Gdański z Palmirami, pełna trasa podobno trwała 27 minut.

Wyobrażacie sobie, jak wspaniale jeździłoby się nią z Łomianek do metra? Gdyby tak wszyscy mieszkańcy suburbiów wsiadali do pociągu zamiast do samochodów, zniknęłyby wieczne korki na DK7...

Tutaj rzeczywistość robi reality check fantazjom o alternatywnej rzeczywistości. DK7 w Łomiankach biegnie właśnie szlakiem dawnej kolei młocińskiej (i nieprzypadkowo nazywa się ulicą Kolejową).

Dwa pozostałe odcinki w Łomiankach to ulice Lutza i Stary Tor. Ten ostatni uległ niedawno kolejnemu skróceniu przy okazji budowy hipermarketu Auchan.

Nim go zbudowano, widoczne było nieuporządkowane klepisko będące śladem po stacji Buraków-Pancerz. Rozstawiali się tu sezonowi kupcy, latem z napojami w cenach hurtowych, zimą z choinkami.

Na północ od Lutza nasyp po starym torze staje się rowerowym szlakiem turystycznym. Fragment widać na zdjęciu. Nie polecam tego szlaku, bo jak jest sucho - problem z piachem, jak jest mokro - z błotem.

Na południe od łomiankowskiej ulicy Stary Tor przez pewien czas można jechać starym nasypem przez dosyć syfiasty i zaniedbany las, który chyba nawet nie ma oficjalnej nazwy (?) - wciśnięty między Las Młociński a Komunalny Cmentarz Północny i Puszczę Kampinoską.

Zaliczymy tam romantyczny mostek na kanale młocińskim, a potem dojedziemy do w zasadzie warszawskiej, ale nadal mocno peryferyjnej ulicy Balaton. Dalej na południe odtworzenie pierwotnej trasy dawnej kolei robi się trudne.

Wiadomo, że biegła wzdłuż Marymonckiej, ale nie zachowały się już ślady, które można zobaczyć dzisiaj. Kolej obchodziła od tyłu Halę Marymoncką i zdaje się, że niektóre do dzisiaj dziwnie wyglądające parcele przy Włościańskiej są pozostałościami po bocznicach.

Kolej uruchomiono w 1924, a zaraz potem zbankrutowała. Przewozy towarowe trwały do 1939. Później podobno rozebrali ją Niemcy, ale kiedy? Brak źródeł.

Kolej młocińska od początku była złym pomysłem. Idea była taka, że wzdłuż tej linii wyrosną miasta-ogrody takie jak wzdłuż kolei otwockiej czy milanowskiej.

Stety lub niestety, na północy w okresie międzywojennym konkurencją dla planowanych miast-ogrodów typu Dąbrowa Leśna była nadpodaż atrakcyjnych gruntów dla deweloperów na Bielanach i Żoliborzu. Po co się tłuc z Łomianek, jeśli można było w podobnej cenie kupić willę na Cegłowskiej?

Wille na Starych Bielanach zawsze były dla mnie przedmiotem głębokiej zawiści. Chodziłem tam do szkoły, więc miałem znajomych, którzy w takich mieszkali.

Tak się składa, była to solidarnościowa inteligencja, prześladowana przez reżim. Komuchy mieszkały na blokach, jak ja. Oczywiście, nie uogólniam tego na cały kraj, po prostu piszę, jak to wyglądało u mnie na dzielni.

Uogólnię za to prywatną teorię dotyczącą rozbiórki kolei. Sądzę, że zaczęła ją sama ludność okoliczna, potrzebująca zaraz po 1939 wszystkiego, czym się dało naprawić domy uszkodzone po bombardowaniach i oblężeniu.

Mam na to anegdotyczne źródło w postaci relacji znajomego, który robił kapitalny remont jednej z tych willi. Okazało się, że szyny kolejowe zastępowały belki stropowe.

Dawny tor widnieje na niektórych powojennych mapach, ale warszawski odcinek kolei młocińskiej uległ ostatecznemu zniszczeniu pół wieku temu podczas budowy ulicy Broniewskiego i osiedla Sady Żoliborskie. Tam już nie ma żadnego śladu.

Dziś wraca idea szynowego połączenia pętli Młociny z lotniskiem w Modlinie (via Łomianki), ale to będzie musiała być zupełnie nowa inwestycja, spełniająca współczesne wymogi środowiskowe, zapewne idąca trochę inną trasą. I super, i otake Polske.

środa, 04 czerwca 2014
Korwin, syn Popisa

Medialną panikę związaną z wygraną Korwina obserwuję z rozbawieniem. Jak już pisałem - nie widzę powodów do darcia szat.

Jakaś skrajna prawica być musi (z definicji). Z dwojga złego wolę fiśniętych libertarian od fiśniętych nacjonalistów, dlatego wcale nie czekam z utęsknieniem na rozpad partii Korwina.

Pewnie się w końcu rozpadną, ale to co wyrośnie na tej glebie będzie prawdopodobnie jakąś kolejną inkarnacją nacjonalistycznego kibolstwa. Komu do tego śpieszno? Dlaczego właściwie Korwin budzi panikę większą od niegdysiejszego Giertycha?

Moja hipoteza: bo większość uczestników tej debaty stara się nie dostrzec słonia w pokoju, który odpowiedź ma wypisaną wielkimi literami na swoim cielsku. Korwin nie jest obcą naroślą na zdrowej tkance Trzeciej Rzeczpospolitej, odwrotnie, to jest jej krew z krwi, kość z kości.

Establishment Trzeciej Rzeczpospolitej wpadł w panikę, bo widzi w Korwinie własne odbicie w krzywym zwierciadle. Rzeczy, które Korwin wygaduje, brzmią szokująco obrzydliwie - a jednocześnie są po prostu logicznym rozwinięciem światopoglądowych fundamentów miłościwie nam panującego ustroju.

Czym właściwie obrzydliwe żarciki na temat gwałtu czy rasy w wydaniu Korwina różnią się od analogicznych żarcików tego celebritto di tutti celebritti, niepolitycznie poprawnego Kuby Wojewódzkiego? Czym to się różni od dowcipasków gwiazd polskiej sceny kabaretowej, co to z imponującą odwagą nabijają się z gejów albo nawet (gasp!) feminazistek?

W czym lepsi od Korwina są aktorzy, którzy wylansowali swoje twarze dzięki naszym podatkom, żeby odprzedać je bankom? I teraz występują w nejtiwach obchodzących zakaz reklamowania OFE albo udzielają sążnistych wywiadów, jak zajebiaszczo im się żyje za bankowy szmalec?

Weteranom blogosfery dobrze znany jest fenomen „gejokorwinizmu”, czyli osób popierających obyczajowe postulaty lewicy, ale zgadzających się z Korwinem w sprawie jego „logicznych poglądów na gospodarkę”. Wiadomo, bogaty gej sobie poradzi. A biednych nie ma, biedne mogą być najwyżej zwykłe pedały.

W czym są lepsi ci  działacze ruchów społecznych na rzecz komercyjnej edukacji, co to totalnie wewogle są za lewicą, paradą równości, Oburzonymi i legalizacją skręta. Ale ich dzieci chodzą na Bednarską, bo przecież nie będą się mieszać z tym motłochem w szkołach publicznych.

W ostatnich dniach gejokorwinizmowi doszedł dżenderowy odpowiednik. To femikorwinizm, który popiera postulaty dotyczące aborcji czy antykoncepcji, ale żeby zaraz jakieś żłobki? Z budżetu? No nie, przecież Nika Bochniarz już płaci za duże podatki.

Bajka o biedzie wynikającej z rozrzutności i lenistwa biednych, bo król truskawek nie może znaleźć chętnych do pracy, a z samej wody zaoszczędzonej na zakręcaniu kranu podczas mycia zębów ubodzy mogą zaoszczędzić fortunę, panie, fortunę, jest w naszym kraju ważniejsza od konstytucji czy katechizmu. Konstytucję przecież pisano z tą bajką na uwadze, a oba polskie kościoły, otwocki i falenicki, jednoczy energiczne zapraszanie kupców do świątyni.

Establishment ma z Korwinem problem, bo nie ma dla niego dobrej riposty. Korwin bierze jego ideologię i doprowadza ją do logicznej konkluzji.

Jeśli wierzymy, że obniżanie podatków i deregulacja prowadzą do wzrostu - no to czemu nie obniżyć jeszcze bardziej i nie zderegulować wszystkiego. Jeśli rozwijamy szkolnictwo komercyjne kosztem publicznego - no to chcemy mieć dziedziczne plebs i arystokrację, nawet jeśli mamy gęby pełne frazesów o demokracji.

Frazesami hojnie obdarowujemy też Ukraińców, ale traktujemy ich na przejściach granicznych tak, jakbyśmy chcieli ich wepchnąć w objęcia Putina. W czym więc gorszy Korwin, który głosi to samo, ale bez hipokryzji?

To samo ze żłobkami i przedszkolami - jeśli nie będą dostępne powszechnie, młode matki będą uwięzione w kuchni. Femikorwinizm to też korwinizm, tyle że pełen zakłamania.

Nie da się zakwestionować korwinizmu, zgadzając się jednocześnie z nim w potępieniu dla wszelkich form „socjalizmu”. Jego wywody wydają się „logiczne” tylko tym, którzy dzielą te same założenia, bo z głupich założeń wyjdą wnioski tyleż głupie - co logiczne.

Trzecią Rzeczpospolitą zbudowano na tych założeniach. Czas na ich rewizję.

Na razie zwalczającym Korwina mam ochotę pojechać spafarazowanym Gogolem: co zwalczacie? Siebie samych zwalczacie!

sobota, 31 maja 2014
Now Playing (163)

Do pozytywnych aspektów wycofania się przez Michała Radomiła z blogowania na rzecz opisywania fascynujących losów współczesnych trzydziestolatków należy to, że już się nie boję, że mi przyjdzie się wyzłośliwiać. Więc mogę się otwarcie przyznać do zamiłowania do grupy Stereophonics.

No cóż, nic w niej nie ma z hipsterskiej hipsterskości. Bejzikli, to taki Dire Straits XXI wieku. Dlatego tak jak lubiłem Dire Straits w zeszłym stuleciu, tak dzisiaj lubię Stereophonics.

To tytułowy utwór z albumu, którego nie powinno już w ogóle być. Zespół zaliczał jakieś rozpady, jakieś konflikty w wydawcą, jakieś zawieszenia działalności. Myślałem, że się po tym nie podniesie.

Piosenka opowiada o podobnej wiadomości, której nie powinno być. Podobno frotmena/wokalistę zainspirowała historia nastolatków włamujących się na jego posesję.

Gdy ich złapał, okazało się, że nie chodziło im o jego włości. To był dla nich skrót do torów kolejowych. Chodziło im o napsikanie graffiti na pociągu.

Naturalnie, podoba mi się to jako metafora pisania piosenek, artykułów czy powieści. Żeby to chociaż było takie proste, że one do nikogo nie docierają - ależ docierają, ale zwykle zupełnie nie do tych, do których miały dotrzeć i nie tak, jak miały dotrzeć. Graffiti na pociągu.

W piosence mamy metaforyczny opis sytuacji faceta, który się nie może przebić ze swoim miłosnym wyzwaniem do jakiejś kobiety. Bo piosenki, jak to piosenki, muszą być o miłości. Ale problem jest uniwersalny.

Ciekawe, czy w ogóle będzie kolejna płyta? „Graffiti on the Train” byłoby fajnym pożegnaniem...

poniedziałek, 26 maja 2014
Not bad

Z wyborów jestem ogólnie zadowolony. Nie przeraża mnie to, że Korwin będzie teraz mieć sos od muli na wąsach.

Każdy kraj demokratyczny musi mieć skrajną prawicę, to logicznie nieuniknione. Czterech korwinistów jako kabaretowa ekstrema to ciągle coś mniej groźnego od ekstremizmu francuskiego czy brytyjskiego - a także mniej mnie przerażają od innych wariantów polskiej skrajnej prawicy.

Jeszcze parę lat temu zamiast Korwina mieliśmy partię Giertycha i Wierzejskiego. Partię koneserów „piosenki patriotycznej”, lubujących się w towarzystwie półnagich młodzieńców „zamawiających pięć piw”.

Giertych został ministrem edukacji, na litość boską. Korwin, ze swoją zerową zdolnością koalicyjną, po prostu narobi trochę bydła w europarlamencie. Bez znaczenia, bo w europarlamencie albo działasz w jakiejś większej frakcji, albo jesteś nieszkodliwym generatorem śmiesznych filmików na jutuba.

Cieszy mnie za to odpadnięcie pozostałych partii prawicowych. Nie chciało mi się zapamiętywać ich nazw, bo wiadomo było, że długo już tych muli żreć nie będą. Cieszę się więc, że mogę wreszcie zapomnieć o tej uogólnionej Solidarnej Polsce IXI, która Jest Najważniejsza.

Nie zapamiętywałem nazw tych partyjek, ale zapamiętałem tego boksera, co to teraz na deskach leży (gdy słychać drobiu krzyk nieświeży). Tego nieszczęsnego doktora niehabilitowanego.

Tego pirata drogowego, który szczęśliwie nie będzie już mieć immunitetu, po raz kolejny łamiąc przepisy w swoim BMW. I tego nieszczęsnego intelektualisty o umyśle tworzącym konstrukcje tak imponujące, że biedak dawno już ze szczętem sam się w nich zagubił.

Cieszy mnie porażka Ruchu Palikota, czy jak on tam się teraz w końcu nazywa - też mi się nie chciało zapamiętywać, bo też czułem, że to kolejna efemeryda. Byłoby mi przykro, gdyby jarmarczny satanizm Armanda Ryfińskiego albo świńskie ryje Palikota naprawdę okazały się kluczem do budowy nowoczesnej lewicy w Polsce.

Deklaracja Ryszarda Kalisza, że chce reprezentować Polskę przedsiębiorczą i używkową, odstraszyła mnie od niego na dobre. Chcę lewicy reprezentującej głównie ludzi pracy - tego słowa, na którym rok temu Leszek Miller zaciął się podczas przemówienia.

Czerwono-zielona koalicja, na którą sam głosowałem, też oczywiście odpadła, ale ewidentny sukces tego samego środowiska w krakowskim referendum to jednocześnie dobry prognostyk dla wyborów samorządowych. Era niezatapialnych prezydentów miast się chyba już kończy - i całe szczęście.

Nie neguję tego, co oni dokonali dla swoich miast. Ta nieszczęsna kostka bauma jest brzydka i banalna, ale ja pamiętam, co tam było przedtem - błoto, rozjechany asfalt albo w najlepszym wypadku nierówne płyty chodnikowe.

Nie potępiam więc tej formuły modernizacji w czambuł. Odegrała swoją rolę historyczną, która się właśnie skończyła. Już nie ma czego pokrywać kostką, teraz ważniejsze są pytania o ludzi, którzy po tej kostce gdzieś tam sobie idą w różnych sprawach.

Czy biegną do pracy? Czy z dzieckiem do przedszkola? Czy chcą kupić pietruszkę czy wynająć mieszkanie? Co samorząd może zrobić, żeby im to wszystko ułatwić?

„Niezatapialni prezydenci” rzadko mieli na to odpowiedź. Zwykle ograniczali się do „bla bla bla niewidzialna ręka rynku pierdu pierdu klasa kreatywna mumble bumble wspieranie biznesmenów tworzących miejsca pracy”.

I tak ich wspierali, że firma nadal płacąca jakieś podatki w Polsce wygląda na frajerów. Więc zamykali szkoły, żeby znaleźć pieniądze na kolejny stadion. A gdy ktoś mówił o żłobkach, obrażali się, że to temat niegodny niezatapialnego prezydenta.

Wygląda na to, że w nadchodzących wyborach samorządowych niejeden niezatapialny Titanic spotka swoją górę lodową. To będzie chwila dla czerwono-zielonej koalicji, która z natury rzeczy ma więcej do powiedzenia o ludziach biegających po kostce bauma szukając żłobka czy mieszkania - raz, że z powodów generacyjnych w tej koalicji jest wielu młodych rodziców na dorobku, dwa, że w odróżnieniu od niezatapialnych, nie są wożeni przez osobistych kierowców w służbowych limuzynach.

Nie mówię, że ta koalicja jesienią obejmie władzę w polskich miastach. Ale kto ją zignoruje, prawdopodobnie przegra. Kluczem do wygrania tych wyborów będzie albo wciągnięcie jej do koalicyjnej współpracy, albo próba odebrania jej głosów przez przejęcie jej postulatów.

A więc tak czy siak, czerwono-zieloni umocnią wpływ na władzę. A to będzie dobre przygotowanie do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych.

sobota, 24 maja 2014
Polska, panstwo nordyckie

Skoro trwa cisza wyborcza, majowy ranking od czapy zrobię apolityczny. Ćwierć wieku polskiej wolności to także ćwierć wieku opowieści o tym, jak to nordycki model się nie sprawdził, zaraz zbankrutuje, a w dodatku zaraz tam będą rządzić Arabowie.

Dla mnie to się nawet zaczęło trochę wcześniej, bo krytyczne teksty o Szwecji i okolicach ukazywały się już w prasie drugoobiegowej. Lata 80. to zresztą rzeczywiście okres gospodarczych problemów w krajach nordyckich (w każdym z innego powodu).

Od dłuższego czasu jednak kraje nordyckie okupują czołówkę wszystkich możliwych rankingów. Najniższa korupcja? Najlepsze warunki do robienia biznesu? Najszczęśliwsi ludzie? Najlepsza edukacja? Kolejność jest różna, ale czołówka to niemal zawsze Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia i Islandia.

MIT PIERWSZY to bezpośrednie dziecko kryzysowych komentarzy z lat 80. Brzmi: „najpierw kapitaliści budują dobrobyt, żeby potem socjaldemokraci mieli co przejadać, aż się skończy - i właśnie się kończy”.

Mit ten wynika, oczywiście, z nieznajomości historii. W Danii socjaldemokracja po raz pierwszy objęła władzę w 1924, w Szwecji w 1920. Kraje nordyckie nie były wtedy uważane za oazę dobrobytu, przeciwnie, ludzie za chlebem uciekali do Niemiec, do Stanów, do Wielkiej Brytanii.

Świadomość tego, że szwedzki dobrobyt budowali ludzie pamiętający nędzę lat 20. i kryzys lat 30., trochę wyjaśnia patologie, demaskowane przez dziennikarzy takich jak Maciej Zaremba.
Per Albin Hansson i Tage Erlander za priorytet uważali to, żeby każdy miał co jeść i gdzie mieszkać. Szukali najprostszych rozwiązań, często bardzo okrutnych według dzisiejszych kryteriów - jak sterylizacja marginesu czy przesiedlenia ludności do blokowisk.

Oburzamy się dzisiaj, czytając o tych praktykach, bo podświadomie zakładamy, że robiła to wszystko bogata Szwecja, którą stać było na bardziej humanitarne rozwiązania. A szwedzka socjaldemokracja zdemoralizowana nadmiarem kasy, budująca niepotrzebnie „milion mieszkań” tylko dlatego, że to ładnie brzmi jako hasło - to się zaczyna dopiero za Palmego (i zaraz zresztą kończy, bo wchodzimy w  załamanie lat 80.).

 

MIT DRUGI każe tłumaczyć ten dobrobyt jakimiś specjalnymi źródłami bogactwa, przypisanymi tylko krajom nordyckim. Że Szwecja ma rudy żelaza i była neutralna. Że Norwegia i Dania mają ropę. Że Islandia ma energię geotermalną.

Wszystko to prawda, tylko że ropę z Morza Północnego zaczęto eksploatować na początku lat 70, w drugiej wojnie światowej nie wszyskim było dane pozostać neutralnym, my też mamy rudy i kopalnie, ale u nas o tym się mówi per „deficytowe huty i kopalnie”, a poza tym, co właściwie ma Finlandia? Lasy i bagna? My też mamy lasy i bagna.

Wygląda na to, że kraje nordyckie jakoś potrafią gospodarczo wykorzystać to, co jest do wykorzystania - tak, żeby na tym jak największa część społeczeństwa miała coś dla siebie. Sposoby są różne, np. Norwegowie znacjonalizowali wydobycie ropy i gazu, a Duńczycy dali koncesję dynastii Maersk, do której należy w ogóle kawał dunskiej gospodarki, ale płacą podatki, więc są OK, podobnie jak szwedzcy oligarchowie.

Ale wychodząc z nędzy na początku XX wieku kraje, które składają się głównie z bagien, lasów, jałowych skał i lodowców, wszystkie sto lat później okupują czołowe miejsca w rankingach. Może by to przemyśleć i u nas, zamiast bezmyślnie klepać te same neoliberalne pierdolety o krzywych Laffera i skapywaniu bogactwa?

Ależ nie, odpowiada MIT TRZECI. Kraje skandynawskie mogą mieć ten model dlatego, że mają Specjalny Charakter Narodowy, zupełnie inny, niż my.

Mit jest oczywiście absurdalny dla kogoś, kto choćby troszkę sobie tam popodróżował, bo na przykład rubaszni Duńczycy mają zupełnie inny charakter, niż introwertyczni Szwedzi Nie mówiąc o Finach (przypominam, że Paszczaki w Muminkach to karykatura Finów widzianych oczami szwedzkiej mniejszości).

Można argumentować, że Islandię, Danię, Szwecję, Norwegię i Finlandię więcej dzieli niż łączy. Islandię założyli ludzie, którzy chcieli się odciąć od Skandynawii i gotowi byli na straszne wyzwania, żeby tego dokonać. Znaczna część Finów nie uważa siebie za Skandynawów.

Czy nas rzeczywiście kulturowo więcej dzieli z państwami nordyckimi, niż np. Finlandię z Islandią? Przyzwyczailiśmy się tak myśleć, ale przecież w centrum Warszawy stoi pomnik króla ze szwedzkiej dynastii, byliśmy też ważną stroną w Wielkiej Wojnie Północnej, która ukształtowała dzisiejszą Skandynawię.

Mamy lasy, mamy bagna, mamy porty na Bałtyku. I huty. I kopalnie. To wszystko, czego trzeba, żeby zacząć budować nordycki dobrobyt!

wtorek, 20 maja 2014
Autorytet i koszulka

Anonimowy Uosiu to sarna (3 l.)!

Jedna z najbardziej ikonicznych scen w dorobku Hitchcocka to ta z Carym Grantem stojącym na poboczu wiejskiej drogi rzekomo w stanie Indiana. Rzekomo, bo tak naprawdę Hitchcock wypatrzył tę lokalizację jadąc do jednej ze swoich ulubionych winnic - to zgodne z zasadą „cały filmowy świat leży w pobliżu Hollywood”, o której więcej piszę w swojej starej książce.

Grant ma tam spotkać tajemniczego pana Kaplana, za sprawą którego od pewnego czasu cały świat chce go zabić. Zamiast Kaplana jednak spotka go tam Zabójczy Samolot.

Gdyby Cary Grant wiedział, że gra w filmie Hitchcocka, nie uwierzyłby słowom hitchcockowskiej blondynki, która go tam wysłała. Ale podstawowa zasada kina stylu zerowego polega na tym, że bohaterowie zachowują się tak, jakby nigdy dotąd nie widzieli żadnego filmu, beztrosko więc paplają np. o swoich planach na emeryturę, jakby nie wiedzieli, że od tego się ginie w następnej scenie.

W naszej epoce tak się już nie da robić filmów. Wszystko jest dzisiaj zapożyczone od kogoś, kto zapożyczył od kogoś i bohaterowie filmów i seriali są tego świadomi.

Stąd jednak potrzeba sięgnięcia do źródła. Kim był ten pierwszy bohater popkultury, który rzeczywiście mógł być w takiej sytuacji zaskoczony?

To Richard Hannay, bohater pięcioksięgu Johna Buchana. Powieści o Hannayu cieszyły się ogromną popularnością w świecie anglojęzycznym, a do dzisiaj w teatralnych zagłębiach Europy Zachodniej gdzieś tam na pewno na afiszu jest w tej chwili sztuka „39 steps”.

Sztuka jednak jest typowym dla naszej epoki produktem metanarracji i autoironii, w której aktorzy rozmontowują „czwartą ścianę” i nie ukrywają tego, że są aktorami (a czasem nawet rekwizytami). To już nie thriller, to komedia.

Tymczasem Buchan w 1914 nie miał takich problemów. Powieść, która wykreowała stereotypowy motyw Zwykłego Faceta Wplątanego W Straszliwy Spiseg, jest pełna metanarracji. „To czysty Conan Doyle zmieszany z H.R. Haggardem!”, woła w tej powieści jeden z drugoplanowych bohaterów.

Sam Richard Hannay, bohater-narrator, zdaje sobie sprawę z tego, że jego przygody mogą się wydać czytelnikowi nieprawdopodobne. Gdy wydarzy się jakiś naciągany zwrot akcji, Hannay rozbraja naszą niewiarę uwagą typu „sam byłem tym zaskoczony”.

A kiedy zwrot akcji jest już tak naciągany, że trzaskają żelbetowe kołki do zawieszania niewiary, Hannay (a właściwie Buchan), sięga po trick, na który nie pozwoliłby sobie dzisiejszy autor thrillerów. Powołuje się na zmyślony autorytet niejakiego Petera Pienaara, wybitnego znawcę od Tych Rzeczy, którego Hannay poznał był w młodości. To Pieneaar powiedział mu, że Te Rzeczy wyglądają właśnie tak.

I czytelnik się od razu przymyka ze swoim kwękaniem, że ten zwrot akcji był nieprawdopodobny. Peter Pienaar byłby innego zdania. A kim ty jesteś, koleś, w porównaniu z Peterem Pienaarem?

Do radosnej lektury przygód Richarda Hannaya, który ma pełne prawo nie wiedzieć, że występuje w stereotypowym thrillerze szpiegowskim - bo to on tworzy ten stereotyp - zapraszam w kolejnej edycji BoookRage. Premierowy polski przekład - Marceli Szpak!

Jako autor posłowia (powyższe potraktujmy jak bezspojlerowy wstęp) mam swoją zachlastaną fifulkę w promowaniu tego pakietu. Dlatego osoba, która wpłaci najwięcej, dostanie ode mnie symboliczny prezent. Który z kolei ja dostałem za liczne ciepłe słowa pod adresem „Faktoidu”.

To wściekle czerwona koszulka z faktoidowym nagłówkiem, informującym o Wojciechu O. (45 l.) tropiącym Anonimowego Łosia z Internetu. Koszulka jest rozmiaru M, więc nawet jej nie wyjmowałem z folii (stąd te refleksy na zdjęciu!), dlatego nie wiem do końca, co się stało z Łosiem, ale jakoś jest w to zamieszana sarna (3 l.).

Koszulkę szczególnie polecam swym hejterom. Całą kwotę mogą przecież przeznaczyć na Lipszyca, żebym ja z tego nic nie miał.

W zamian dostaną ode mnie ciucha z moim zdjęciem. Mogą weń odziać np. manekin, który będą potem ostrzeliwać z broni wiatrowej. Brzmi jak lepsza zabawa od wieloletniego przeżywania batherta po banie na moim blogu!

piątek, 09 maja 2014
Sukces rebeliantów

Dopadła mnie zemsta karmiczna. Jak wiedzą znajomi, którzy ze mną dyskutują o grach - nieprzychylnie wyrażam się o modelu „Free To Play”.

Oskarżam go o psucie szlachetnej sztuki projektowania gier. Kiedyś grę kupowaliśmy jako skończone dzieło sztuki, które najwyżej rozwijaliśmy o dodatkowe poziomy, plansze czy scenariusze, ale generalnie już to coś, co przyszło w tym pierwszym pudełku, musiało być grywalne.

Free To Play prowadzi do sytuacji, w których ten pierwszy, darmowy pakiet pełni funkcję „pierwszej działki na zachętę”, do której potem tak czy inaczej jesteśmy przymuszeni do dokupywania elementów wspierających mechanikę gry. W tym modelu nie ma miejsca dla geniuszy od projektowania konkretnych poziomów, jak American McGee.

A właściwie - miejsce niby jest, ale podrzędne. Ważniejszy staje się producent, który wymusza rozwiązania typu „a ten poziom będzie nie do przejścia, jeśli się nie dokupi Mighty Eagle”. A więc McGee nie mógłby zabłysnąć poziomem prostym do przejścia, jak się wpadnie na pomysł (jak „The Crusher”).

Karma - a właściwie znajomy z gamedevu, który sam się specjalizuje w f2p - podsunął mi grę, która jest karą dla takich jak ja. To „Faster Than Light”, idealna gra dla oldskulowców, skrzyżowanie „Frontiera” z rogalikami.

Akcja dzieje się w świecie z grubsza space operowym. Główny bohater dowodzi okrętem bojowym jakiejś podupadającej Federacji, podbijanej przez Rebelię.

Losy Federacji zależą od tego, czy dotrzemy na czas do Ósmego Sektora i rozwalimy bossa, czyli The Rebel Flagship, który tam właśnie rozwala główną bazę Federacji.

Boss jest wredny, bo niestety trzeba go pokonać trzy razy. Zamiast umrzeć jak grzeczny pokonany przeciwnik, teleportuje się i wraca w innym konfigu.

Na razie mój rekord to rozwalenie drugiego bossa, ale te dwie walki mnie tak wykańczają, że trzeci przychodzi i jednym pstryczkiem. JAK TO CHOLERSTWO PRZEJŚĆ DO KOŃCA.

Ii nie mówcie mi, że wystarczy wyguglać, bo tyle to i ja wiem; ale wiem też, że nie wystarczy, bo to rogalik. Na nic porada „trzeba mieć to czy tamto”, jak po prostu ci się nie wygeneruje iwent dający takie artefakty.

I oczywiście gdyby to była gra typu Free To Play, teraz bym wydał duże pieniądze na okręt bojowy, który nawet ironicznie mógłby się nazywać Mighty Eagle. Ba, wydałbym je nawet na złom (w tej grze złom jest walutą), żeby sobie odpowiednio dokonfigurować jakiegoś zwykłego Kestrela czy Torusa.

Ale nie można. Mam czego chciałem. Za osiem euro zamknięta całość - i nie ma zmiłuj. Nie ma też cheata. Można tylko heksem edytować sejwy (ale przecież też nie na iPadzie).

Od strony fabularnej gra dekonstruuje motyw space opery. Ze szczątków dostępnych informacji wygląda na to, że ta Federacja była dosyć wredna i właściwie zasługuje na upadek.

Słyszymy to czasem od mijanych NPC. I samemu możemy się o tym przekonać na przykładzie własnej załogi.

Oszczędzanie jej życia ma sens tylko jeśli się chce zdobyć acziwmenta „No Redshirts Here”. Ale poza tym to nie ma sensu (tym bardziej, że można ich klonować).

„Humans are common and uninteresting” - tak opisany jest nasz gatunek w tej grze. A tylko my mamy właściwie ten dziwny fetysz na punkcie życia jednostki ludzkiej. Inne rasy, z którymi się stykamy w FTL, traktują hive-mind jako stan naturalny.

Dla mojego pokolenia fandomistów ten problem najlepiej wyraziło opowiadanie „Myśleć jak dinozaury” Kelly’ego. Ludzie nie pasują do space opery. Każdy space operowy świat będzie z założenia antyludzki, ludzie mogą w nim zaistnieć tylko za cenę wyrzeczenia się człowieczeństwa.

Może to i dobrze, że ta cholerna Federacja zawsze przegrywa.

niedziela, 04 maja 2014
Bill Gates i jego stara

Nie lubię, kiedy mój blog się zamienia w dział łączności z czytelnikami „Gazety Wyborczej”, ale nic nie poradzę, dyskusja pod poprzednią notką uległa hajdżakowaniu przez komentarze do majówkowego artykułu. Proponuję przenieść to tutaj, bo na bloksie źle się prowadzi rozmowę po przekroczeniu setnego komcia.

Bill Gates był korporacyjny villainem de choix mojego pokolenia (choć oczywiście dzisiaj wydaje się poczciwiną na tle Zuckerberga czy Bezosa). Bardzo mnie to ucieszyło, że McQuaig i Brooks poświęcają cały rozdział książki na wykazanie, że Gates nie doszedł do swoich miliardów własnym wysiłkiem.

Oczywiście, to nie są nowe rzeczy dla kogoś, kto się interesuje historią Krzemowej Doliny. Sam wokół tej zagadki, dlaczego właściwie IBM wybrał ofertę Gatesa zamiast oferty Kildalla, osnułem ze dwa opowiadanka sajens-fikszyn (najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie to oczywiście to z mamuśką, ale ze względu na późniejszą śmierć Kildalla można odlecieć w superfajoskie teorie spiskowe).

Mit merytokracji jednak obserwuję w swoim najbliższym otoczeniu. „Ale oni przecież to bogactwo zawdzięczają zdolnościom” - uwierzcie mi lub nie, ale wielu warszawskich dziennikarzy do dzisiaj szczerze w to wierzy.

Zdolności kończą się gdzieś na poziomie wyższej klasy średniej. Zdolności mogą kogoś doprowadzić do poziomu, dajmy na to, Steve'a Wozniaka.

Bycie w klasie wyższej wymaga jednak albo urodzenia się w klasie wyższej (pierwszy milion najlepiej odziedziczyć), albo wbicia noża w plecy przyjacielowi. Mimo to cyberoligarchowie ciągle budzą irracjonalną sympatię nawet u ludzi deklarujących powierzchownie rozumianą lewicowość.

Nowoczesną lewicową politykę trzeba zacząć od rozbijania mitu merytokracji. Pasożyty z klasy wyższej należy po prostu opodatkować, nie przejmując się ich pierdoletami, że to ich „zniechęca”.

A niech się zniechęcą. Nie ma sprawy. To nie jest tak, że oni są jacyś szczególnie mądrzy ani nawet szczególnie ważny. Od bycia mądrymi mają inżynierów, projektantów, informatyków.

Oni są tylko prezesami i członkami rad i zarządów. Fajnie to jest pokazane w filmie „Margin Call”. Co się dzieje w tym banku, to rozumieją Spacey, Bettany i Quinto.

Ale to nie oni są ważni i bogaci - ważni i bogaci są Irons, Baker i Demi Moore. Z całej matematyki stojącej za operacjami banku rozumieją tylko tyle, ile Quinto i Bettany im przystępnie wyjaśnią w popularnonaukowym spiczu, kiedy już ważni i bogaci zaproszą ich na spotkanie zarządu.

Świat będzie lepszym miejscem, jeśli symboliczne postacie, które grają w tym filmie Irons i Baker, się zniechęcą. W istocie jednego z drugim dobrze byłoby po prostu pogonić do jakiejś uczciwej roboty.

Zniechęcać ich oczywiście należy ostrą progresją podatkową oraz  opodatkowaniem majątku i transakcji finansowych (na przykład tak, jak to proponuje Piketty). To nieprawda, że „uciekną do rajów podatkowych”.

Raje podatkowe istnieją dlatego, że zachodnie demokracje na to pozwalają. Nie wystarczy, że jakiś archipelag Hula-Gula jednostronnie ogłosi siebie rajem podatkowym.

Żeby nim faktycznie się stał, zamożne kraje pierwszego świata muszą podpisać z nim umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania (które za Shaxsonem lubię nazywać „umowami o podwójnym unikaniu opodatkowania). Współczesne raje podatkowe stworzono sztucznie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, często z historycznych przyczyn, które już dzisiaj są nieaktualne (jak np. finansowanie wojny w Wietnamie, praprzyczyna „holenderskiej kanapki”).

Jasne, że oligarchowie nie poddadzą się bez walki. Bardzo możliwe, że my - jako klasa średnia - tę walkę przegramy. Ale to nie znaczy, że mamy uwierzyć w ich bajki o „merytokracji”. Ja przynajmniej zamierzam w tej walce przegrać mówiąc o tych gościach szczerze, co o nich myślę.

niedziela, 27 kwietnia 2014
Cud obalenia komunizmu

Jako marksista nie wierzę w rolę wyjątkowych jednostek w historii. Uważam, że historia rządzi się własnymi prawami i jednostki niewiele mogą zmienić. Gdyby nawet wsiąść w wehikuł czasu i zastrzelić Lenina czy Hitlera, mniej więcej podobne zbrodnie mniej więcej w tym samym czasie zrobi kto inny - nie NSDAP to DNVP, nie bolszewicy to biali.

Pytanie „komu zawdzięczamy cud obalenia komunizmu” jest więc dla mnie absurdalne. Nikomu, tak się szczęśliwie dla nas przekręciła „historii sprężyna”.

Wiele osób jednak uważa siebie (lub jest uznawanych) za głównych obalaczy. Kwietniowy ranking od czapy poświęcę moim ulubionym.

Jeśli o to chodzi - to prywatnie jestem nawet skłonny uwierzyć, że obalenie komunizmu było cudem religijnym, za który odpowiadał niejaki Amon Fremon, kapłan voodoo. Sprowadził go do Polski w 1980 roku Jerzy Grotowski, który jak każdy wybitny człowiek teatru, był mistrzem w pozyskiwaniu dofinansu.

Komunistyczne władze jadły mu z ręki i wyskakiwały z kaski nawet w sprawie najbardziej idiotycznych pomysłów Grotowskiego. I chyba tylko żeby to zademonstrować innym ludziom teatru, Grotowski wymyślił głupi pomysł, który miał skończyć inne głupie pomysły: sprowadzenie z Haiti kapłana voodoo w ramach poszukiwania pierwotnych funkcji performatywnych, czy co tam wpisano w uzasadnienie wniosku.

Gierkowska polska się wali, w sklepach nie ma żarcia, w gniazdkach nie ma prądu, w kranach nie ma wody, ale znajdują się środki na fruwanie helikopterem po Haiti w poszukiwaniu odpowiedniego kapłana. A potem sprowadzenie go do Polski.

Amon Fremon doszedł do wniosku, że generał Jaruzelski opętany jest przez demona. Dlatego właśnie musi chodzić w ciemnych okularach, bo inaczej byłoby widać, że mu się oczy świecą na czerwono (logiczne!).

Powiedział nawet, jak się ten demon nazywa. Nazywał się Baron Samedi (purkła nie dimansz?). Odbył stosowne obrzędy, pokonał demona barona i zdedemonizowany Jaruzelski pokojowo oddał władzę. Logiczne jak każda religia.

Drugi w kolejności jest David Hasselhoff, który swoje głębokie przekonanie, że to on właśnie obalił komunizm opiera głównie na częstym na Zachodzie skojarzeniu, że chodziło o upadek muru berlińskiego. Skoro u nas tak popularne jest przekonanie, że nie było żadnego Okrągłego Stołu, tylko zdrada w Magdalence, daliśmy sobie świsnąć symbol.

Hasselhoff nagrał jakąś piosenkę o wolności, która była hitem po obu stronach muru. I wygląda na to, że wierzy, że to właśnie pod wpływem tej piosenki Niemcy się ruszyli z kilofami. Oh well. Logiczne nie mniej od wersji religijnych.

Tak na serio uważam, że najważniejszą rolę w upadku komunizmu odegrało opisywane m.in. przez Petera Schweizera tajne porozumienie Amerykanów z Saudyjczykami w sprawie obniżenia cen ropy. Wiadomo, tania ropa to słaba Rosja, tak samo jest dzisiaj.

Prawica przypisuje ten sukces Reaganowi, ale przecież wszystko się zaczęło od doktryny Cartera. Między innymi dlatego nie wierzę w wybitne jednostki - w praktyce każdy Napoleon po prostu kontynuuje to, co zaczął jego Dyrektoriat.

W każdym razie jeśli na serio mamy powiedzieć, że komunizm obalili Amerykanie przy pomocy układu Afganistan/ropa/Saudyjczycy/mudżahedini, zaczęło się od Cartera, nie od Reagana.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77