Ekskursje w dyskursie
środa, 24 sierpnia 2016
Słuchajcie no, Wajda...

W czasach PRL kinematografia podlegała ministerstwu kultury. Pomiędzy ministrem a, dajmy na to, Andrzejem Wajdą były wprawdzie różne urzędy, zarządy, agencje i zespoły, ale teoretycznie minister mógł przekazać polecenie typu „słuchajcie no, Wajda...” przez hierarchię służbową. A gdyby hierarchia stawała okoniem, mógł teoretycznie wszystkich po kolei powyrzucać, z Wajdą włącznie.

W 1968 zresztą zrobiono to praktycznie - rozwiązano zespoły filmowe. Uboczną ofiarą padł projekt kręcenia „Powrotu z gwiazd” - czy Aleksander Ford by temu podołał, to osobne pytanie, ale nigdy się już nie dowiemy, bo wziął i wyemigrował.

Wydawałoby się, że po czymś takim środowisko filmowe powinno się już nie podnieść, tymczasem skutki były odwrotne. Środowisko okopało się w szańcach Stowarzyszenia Filmowców Polskich i zrobiło się jeszcze bardziej nieposłuszne.

Władze wyznaczyły na pacyfikatora Janusza Wilhelmiego, który w latach 60. nie bez pewnych sukcesów pacyfikował środowisko literackie. Jak wiadomo bywalcom tego bloga, został on złośliwie sportretowany w „Głosie pana” Lema jako Wilhelm Eeney, „najlepiej ubrany człowiek Projektu”.

W 1977 Wilhelmi przyjechał na forum filmowców, towarzyszące festiwalowi (który wtedy był w Gdańsku), z prostym przesłaniem, które z kolei mistrz Wajda włożył w „Człowieku z marmuru” w usta Bogusława Sobczuka: kręcicie filmy za państwowe pieniądze, więc macie realizować państwową politykę. Ku jego zaskoczeniu, nikt go nie poparł, nawet filmowcy, których władze uważały za „swoich”.

W rezultacie festiwal objęto zapisem cenzorskim. Relacja ukazała się tylko w drugoobiegowym „Zapisie”.

To było pyrrusowe zwycięstwo. Ludzie apolityczni, unikający angażowania się po którejkolwiek stronie („trzeci Witek” z „Przypadku” Kieślowskiego), zaczęli sięgać po „Zapis” po prostu dlatego, że chcieli się czegoś dowiedzieć o festiwalu polskich filmów.

Ostatnie dwa lata gierkowskiej kinematografii to paradoksalny okres, w którym im bardziej władza przykręcała filmowcom śrubę, tym odważniejsze kręcili filmy. Władzy na złość.

Wszystko to przypomniało mi się, gdy minister kultury zajął kuriozalne stanowisko w sprawie pominięcia miłego władzom filmu w festiwalowej selekcji. „W demokratycznym kraju nie powinno mieć miejsca blokowanie filmów przez komisje festiwalowe” - napisał.

Jest akurat odwrotnie. W demokratycznym kraju organizatorzy festiwalu blokują, kogo chcą i promują, kogo chcą. Ich zbójeckie prawo. Niezadowolonym pozostaje zrobienie własnego festiwalu.

Czasem tak się dzieje. Festiwal w Cannes pomyślano jako odpowiedź demokratycznej Europy na faszystowski festiwal w Wenecji. Który z kolei powstał dlatego, że rodzina Volpich namówiła Mussoliniego, żeby Duce na koszt państwa wydłużył sezon w ich ośrodkach na Lido.

Decyzje jurorów na festiwalach często są polityczne, w co najmniej trzech znaczeniach. W sensie - excusez le mot - technicznym („reżyser X nie lubi reżysera Y”), w sensie ideowym (zainteresowanych odsyłam do mojego artykułu o bojach Felliniego z włoską prawicą), wreszcie w sensie geopolitycznym („wypadało nagrodzić kogoś z Maghrebu”).

Narzekanie na decyzje Festiwalu w Gdyni ma trwającą dobre cztery dekady tradycje. Pisząc książkę o PISF, prześledziłem dość wnikliwie te boje.

Szukano przede wszystkim formuły festiwalu. Czy ma być wewnętrzną sprawą Stowarzyszenia Filmowców Polskich? A może ma być autorską imprezą dyrektora artystycznego o nieograniczonych uprawnieniach?

Wypróbowano już różne opcje i nikt (chyba) nie twierdzi, że obecna formuła zostanie na zawsze. Zdumiewa mnie co innego. Minister kultury zamiast skorzystać z okazji do przedstawienia własnego pomysłu na festiwal (chętnie poznamy!), strzelił bezproduktywnego focha. Kolejnego już w swoim bogatym dorobku.

Czy chce zostać zapamiętany tylko z tego? Jak na razie, jedynym jego osiągnięciem jest to, że udało mu się wepchnąć do kadru w fotorelacjach z otwarcia nowego odcinka A1 (z którym jego rząd nie miał nic wspólnego; otwarcia pisowskich dróg, jak Bóg da, zaczną się w 2019).

Niedługo będziemy pisali podsumowania roku rządów PiS. Niektórym resortom sporo się udało zmienić. Nie mówię, że „dobrze”, nie mówię, że „źle” - mówię, że sporo.

Jak będzie wyglądać podsumowanie roku działalności ministra Glińskiego? Przeciął kilka wstęg, zajął kilka stanowisk, ogłosił kilka pustych obietnic.

I to by było na tyle.

wtorek, 16 sierpnia 2016
Notka o polityce

Z komentarzy pod notką rocznicową wynika, że jednak najbardziej to wszyscy chcą, żebym pisał o polityce. Przypominam jednak, że brzydzę się polityką rozumianą tak, jak ją rozumieją serwisy typu „300 polityka”, więc proszę po mnie nie oczekiwać „dziennikarstwa opinii”. Macie od cholery innych miejsc w internecie na dyskusje typu „Schetyna to, Petru tamto”.

Wolę politykę na poziomie idei. Chyba nigdy tu nie pisałem o swoim światopoglądzie w konwencji cyklu „Szukając Absolutu (może być Finlandia)”, w którym wyrażałem swoje filozoficzne poglądy epistemologiczne, etyczne, eschatologiczne i antropologiczne. No to politykę walnę, w swoim ulubionym ujęciu historycznym.

Nowożytna politologia zaczyna się od „Lewiatana” Hobbesa. Autor, filozof i matematyk, będący świadkiem wojny domowej w Anglii, doszedł do oczywistego wniosku, że wojny domowe to zły czas dla filozofów, matematyków i właściwie wszystkich grup zawodowych, z wyjątkiem żołnierzy i bandytów (podczas wojny domowej nieodróżnialnych).

Uznał, że najlepszą alternatywą jest państwo potężne jak tytułowy biblijny potwór. Trzymając wszystkich za mordę, będzie nas przynajmniej chronić przed jeszcze gorszym losem, jakim jest permanentna wojna każdego z każdym.

Jeśli ruszymy choć jedną cegiełkę w strukturze społecznej, ryzykujemy, że wszytko się zawali. Dlatego każdy, kto chce coś zmienić, jest nieodpowiedzialnym szaleńcem, a w dodatku działa bezprawnie, bo ład społeczny zrodził się z przymierza, które lud zawarł ze swoim Suwerenem - tego przymierza nikt już potem nie ma moralnego prawa modyfikować.

Szczególnymi szaleńcami są ci, którzy chwalą wolność jednostki. Bo gdy jednostka uzyska wolność, będzie robić to, co chce robić najbardziej: krzywdzić bliźniego swego.

„Lewiatanem” Hobbes zapoczątkował nowożytną, świecką politologię. Przedtem autorzy piszący na ten temat albo odwoływali się do starożytnych, albo do teologii, albo do jakiejś mikstury. Hobbes używał argumentów rozumowych.

Wielu ludzi od razu odrzuciło jego rozumowanie (podpadł obu stronom wojny domowej, nie tylko republikanom - przeciwko którym kierował „Lewiatana”). Trudniej było znaleźć kontrargumentację równie mocną, jak logiczny wywód „Lewiatana”.

W następnym stuleciu udało się to filozofom szkockiego Oświecenia, którzy stworzyli filozofię liberalną (w odróżnieniu od konserwatyzmu, rozwijanego przez zwolenników Hobbesa). Adam Smith w „Teorii uczuć moralnych” napisał, że społeczeństwo wolnych jednostek nie musi popaść w hobbesowską „wojnę każdego z każdym”.

Wszyscy mamy naturalne uczucie do empatii (Smith nie używał tego słowa, bo wynaleziono je po stu latach, ale o to mu chodziło). Wolne jednostki nie potrzebują więc żadnego Lewiatana, żeby działać na rzecz wspólnego pożytku - empatia kieruje nimi niczym niewidzialna ręka.

Pewnie znacie cytat o „niewidzialnej ręce rynku”. Problem z nim jest taki, że to cytat z Balcerowicza albo Gwiazdowskiego, ale z pewnością nie jest cytatem ze Smitha.

On nigdy nie wyjaśnił, czyja jest ta ręka.Tak naprawdę uważał, że to ręka Opatrzności (tutaj szerzej to wyjaśniam), bo jak wielu filozofów swojej epoki, uważał wprawdzie osobowego Boga za coś w rodzaju „zbędnej hipotezy”, ale wierzył, że Bóg stworzył nas tak, żebyśmy sami z siebie dążyli do wolności i dobrobytu.

W Stanach liberalizm w ten sposób w prostej linii doszedł do dzisiejszego liberalizmu, będącego odpowiednikiem europejskiej lewicy. Po prostu empatią i emancypacją obejmowano kolejne grupy, przez „jacksonowską demokrację”, trzynastą poprawkę, dziewiętnastą poprawkę, New Deal i Freedom Summer aż po Lawrence vs.Texas.

W Europie to było bardziej skomplikowane, bo u nas to szło zygzakiem. W ciągu pół wieku przewalili się Robespierre, Napoleon, Fryderyk Wilhelm i Earl Grey.

Te zygzaki sprawiły, że z większą subtelnością patrzyliśmy na problem wolności jednostki. W Nadrenii, która zdążyła doświadczyć dwóch despotyzmów - wolnościowego (Napoleon) i konserwatywnego (Fryderyk Wilhelm), grupa przedsiębiorców powierzyła w 1842 pewnemu młodemu liberałowi redagowanie liberalnego czasopisma, „Rheinische Zeitung”.

Ten zauważył, że zasadniczy spór w społeczeństwie nie biegnie między zwolennikami i przeciwnikami wolności, ale między posiadaczami środków produkcji i całą resztą, która musi na tych posiadaczy zapierdzielać. Posiadacze ci tworzą różne ideologie, by ten miły ich kieszeniom stan usprawiedliwiać - arystokraci tworzą konserwatyzm, burżuazja liberalizm, ale oba sprowadzają się do tego samego przesłania dla mas: harujcie i morda w kubeł.

Liberał ów spopularyzował słowo „socjalizm”, którym dotąd posługiwały się głównie quasi-mistyczne sekty (w których działał m.in. Adam Mickiewicz). Oba ruchy ostatecznie oddzieliły się od siebie w 1848: w lutym liberałowie i socjaliści tworzyli wspólny, rewolucyjny rząd w Paryżu, w czerwcu już do siebie strzelali.

Jestem marksistą, bo też uważam, że nie ma ważniejszego konfliktu od konfliktu praca/kapitał. Z zasady jestem po stronie pracowników, nawet jeśli dany właściciel środków produkcji - Stoczni Gdańskiej w 1980 czy wegańskiej burgerowni w 2016 - będzie udawać, że ma coś wspólnego z lewicą.

Jednocześnie jestem jednak socjalistą demokratycznym. Rozumiem argumenty Smitha, a nawet Hobbesa. Wolę pokojowe dogadywanie się od rewolucji czy wojen domowych.

Jestem tyleż pod wpływem Marksa, co amerykańskich liberałów, których książki w dużym stopniu ukształtowały mój światopogląd. No to tyle Absolutu na dzisiaj, cheers.

środa, 03 sierpnia 2016
Nieudany pucz na Woronicza

Nieudany pucz na Woronicza sprawił, że jednak odzyskałem odrobinę optymizmu. Może będzie tak jak 10 lat temu - rozwalą się od wewnętrznych tarć?

Nie ma sensu doszukiwać się różnic ideowych między frakcjami „Gapola” i „Wpotylice”. To raczej konflikt o stołki, bo kto kontroluje stołki, ten kontroluje dostęp do koryta. Ale przecież o koryto walczy się prawdziwie zażarcie (babum-pss).

Jak tu już parokrotnie pisałem, kibicuję opozycji, ale dręczy mnie melancholia kibica lokalnego klubu ligi okręgowej. Ani Schetyna, ani Petru, ani tym bardziej Kijowski bramek w tym meczu raczej nie strzelą.

Wszelkie nadzieje wiążę z samobójami PiS. I na szczęście ta drużyna słynie ze skłonności do nich. To aż dziwne, że tak długo wytrzymali jako pozorny monolit - prawie rok! ho ho! uczą się!

Dżouk w tym, że te wszystkie konsultacje społeczne, transparentność podejmowania decyzji, niezależność sądu konstytucyjnego i inne drobiazgi, pogardliwie odrzucane przez PiS jako zbędne komplikacje w sprawowaniu władzy przez Suwerena, mają też wymiar praktyczny. Chronią przed bublami legislacyjnymi.

Chronią oczywiście tylko w takim sensie, w jakim parasol chroni przed deszczem. Żaden parasol nie gwarantuje, że na jego użytkownika nie spadnie podczas ulewy żadna, najdrobniejsza kropelka.

Gwarancja jest za to na coś odwrotnego. Że bez parasola przemoknie do suchej nitki.
Bardzo proszę więc o odpuszczenie sobie argumentów typu „za PO też się zdarzały buble” albo „PO też często olewało konsultacje”. Sprowadzanie parlamentu do maszynki do głosowania, a prezydenta do maszynki do podpisywania i przepychanie ustaw w nocnym maratonie bez debaty, to specjalność obecnej ekipy.

Zwolennicy PiS chwalą to jako przykład sprawnego zarządzania. Ale czym się to kończy, to właśnie zobaczyliśmy.

Żeby ominąć (zbajpasować) kompetencje krajowej rady RiTV, na chybcika stworzono nową instytucję, „Radę Mediów Narodowych” o niejasnych kompetencjach i niedookreślonym przeznaczeniu. Rzeczywistym przeznaczeniem było oczywiście wcielanie woli Suwerena, czyli Prezessimusa.

Skończyło się gigantyczną kompromitacją. Dawno już wiadomości ze świata polityki nie wywołały u mnie tak szerokiego uśmiechu!

I nie chodzi o to, że jestem za Kurskim, a przeciw Czabańskiemu (albo odwrotnie). Dla mnie to jak „Alien versus Predator” a rebours - whoever loses, we win.

Takie sytuacje będą się mnożyć, bo wbrew prostackiemu urokowi wizji centralizacji władzy jako sposobu na uniknięcie bałaganu, życie pokazuje, że jest odwrotnie. Kiedy o wszystkim decyduje SMS z Nowogrodzkiej, zaczynają się walki buldogów pod dywanem o prawo do wysyłania i interpretowania tych esemesów, esemesy z wtorku odwołują te z poniedziałku, a te popołudniowe te przedpołudniowe.

Zaczyna się! Ja nastawiam popcorn...


poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Dziesięć lat wsród kurdli i ośmiołów

Pierwszy sierpnia to dla mnie osobista rocznica (jeśli ktoś chce poznać mój lewacki punkt widzenia na Powstanie Warszawskie, oto link do starej notki; nie będę się powtarzać). Dziesięć lat temu zacząłem blogować, pozwolę sobie więc dzisiaj na odrobinę nostalgii.

To była ta zupełnie pierwsza notka - wyjaśniająca, dlaczego chcę mieć zielono na czarnym. Wszystko to już jest deczko nieaktualne, wersja mobilna i tzw. „nowy blox” i tak olewają kustomowe ustawienia.

Usilne ich lansowanie przez Agorę sugeruje, że - in the immortal words of Colargol - już najwyższy czas opuścić ten las. Blogi umierają, wszystko przechwyciły Twitter z Fejsem.

Myślałem nawet, że dziesiąta rocznica będzie fajnym momentem na Pożegnanie z Czytelnikami. Ale blogów się tak raczej nie zamyka. Po prostu człowiek w pewnym momencie odkrywa, jak parę lat temu zrobił to pewien wybitny szczeciński prozaik, że już mu się nie chce...

EDIT: holi muddafakkin krap, blog MRW się poruszył 10 dni temu! It's alive!

No więc jednak jeszcze nie dziś. Sorki. Acz dużo tu zależy od tego, ile czego mi się będzie chcieć w nadchodzących miesiącach.

Zdecydowałem się na blogowanie za poprzedniego Kaczyńskiego. Czułem się wtedy równie bezsilny, jak dziś. To mnie motywowało: „przynajmniej ich na blogu obśmieję!”.

Wtedy również prawica była potęgą w Internecie, zwłaszcza na forach i blogach Agory. Najstarsi komcionauci pamiętają te obawy, że kiedyś mojego bloga w końcu odkryją Galba i Kataryna i się tu zalęgną w komentarzach.

Też się tego bałem, więc nieustannie czuwałem z plonkownicą. I zgrabny kopenwdupen, którym ich oboje stąd wykatapultowałem, do dzisiaj uważam za jeden z najfajniejszych momentów z dziejów bloga.

Poza tym - pojadę banałem - strasznie dużo się wydarzyło w moim życiu. Kiedy zaczynałem, miałem jedną rozgrzebaną książkę i właściwie już od pierwszej notki najbardziej nie mogłem się doczekać tej najważniejszej (wtedy dla mnie), która okazała się mieć tylko jedno zdanie!

Tysiąc lat później nie byłbym w stanie tak z marszu powiedzieć, ile tych książek już napisałem. To ciągle jeszcze (chyba) da się policzyć na palcach, ale musiałbym liczyć. Plus zapytać, czy liczą się akcje typu Book Rage.

Najbardziej w tych książkach żal mi Błędu Życiowego, za sprawą którego z Dobrze Się Zapowiadającego Autora Książek Podrożniczych przekwalifikowałem się na autora kolejnych tomów z serii „Zagrzebany w kwerendzie”. Nawet jak dostałem zamówienie na powieść, to jak ostatni idiota wymyśliłem se pomysł wymagający intensywnego riserczu.

Dziesięć lat temu czułem się może nie aż od razu młody, ale przynajmniej spoglądałem w przyszłość z optymizmem. Wydawało mi się, że najciekawsze jeszcze przede mną.

Przez te dziesięć lat faktycznie dużo się wydarzyło. W życiu bym na przykład w 2006 nie przewidział, że w 2012 zostanę działaczem związkowym Acz to jest mniej ekscytujące, niż sobie wyobrażacie: polega głównie na pisaniu pism typu „zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia...”. A największe sukcesy to wyszarpanie paru tysięcy dla paruset osób oraz paru stów dla paru tysięcy osób.

O tym, co mnie czeka przez następne 10 lat, myślę już wyłącznie ze strachem. Zero nadziei. Lepiej już było.

I ten osobisty, egzystencjalny pesymizm przekłada się na moje postrzeganie spraw publicznych. W 2006 wszystko było takie proste - Unia jako najwspanialsze imperium w dziejach Europy, NATO jako sojusz, któremu nikt nie podskoczy!

Niech Cthulhu ma nas w swojej opiece wobec tego, co mi i Wam szykują nadchodzące lata.

środa, 13 lipca 2016
Brexitowe postapo

Brexit się być może źle skończy dla nas wszystkich - ale na pewno źle się skończy dla Brytyjczyków. Mają słabą pozycję w negocjacjach warunków wyjścia, im bardziej zależy na dostępie do naszego rynku, niż reszcie Europy - więc słono zabulą za nieodpowiedzialność chłopaczków z dobrych szkół przyzwyczajonych do bezkarności od małego, bo nigdy nie mieli takich problemów, jakich nie rozwiązałby portfel tatusia.

Przyszłość Wysp widzę czarno. Popkultura na szczęście zostawiła nam wiele dystopijnych wizji wysp brytyjskich; poświęcam im więc niniejszy ranking od czapy.

„Ludzkie dzieci” Cuarona są de best of de best. Londyn, 2027. Ludzkość dotknęła tajemnicza choroba, za sprawą której przestały się rodzić dzieci.

Spowodowało to globalny krach gospodarczy, bo aż trudno wyliczyć, ile pekabu zawdzięczamy tylko temu, że bierzemy pod uwagę przyszłe pokolenia. W takim scenariuszu np. nieruchomości od razu lecą na pysk; a więc także deweloperka, a więc także banki, itd.

Wielka Brytania próbuje zachować resztki normalności poprzez „splendid isolation”. Uchodźcy jednak próbują się przedstać ze zniszczonej przez wojnę Europy. Zamykani są w obozach i traktowani jak zwierzęta.

W tym piekle pojawia się nadzieja - w postaci ciężarnej kobiety. Ale że ona sama jest uchodźcą, Brytyjczycy ją prędzej zabiją niż uratują ludzkość...

Bardzo to wyszło prorocze. A kręcono w prawdziwym Londynie, który tylko troszeczkę dobrudzono i dotrzecioświatowano!

Oczywiście, nie byłoby „Ludzkich dzieci” bez matki wszystkich londyńskich dystopii: „Mechanicznej pomarańczy”. Do dzisiaj o pewnego rodzaju architekturze mówię z przekąsem „Municipal Flat Block 18A, Linear North” - tam mieszka upiorny główny bohater filmu.

Zgadzam się z krytykami, którzy zarzucali Kubrickowi, że zdradził go jego własny talent. Zrobił film wybitny, ale niemoralny. Więcej współczucia okazuje Aleksowi niż jego ofiarom.

Z tymi wszystkimi zastrzeżeniami: jako dystopijna wizja przyszłości film nic nie stracił na wartości. Niestety zresztą.

Widać tam karykaturę brytyjskiej lewicy i prawicy. Obie mają w gruncie rzeczy gdzieś ludzi takich jak Alex, traktują go jako kartę przetargową w swoich przepychankach.

Widać też coś, co teraz pewnie tam wróci - skutki brytyjskiej doktryny suwerenności parlamentarnej, zgodnie z którą każda ustawa jest z definicji zgodna z prawem. Tak nie jest w USA, tak nie jest w (większości) krajów europejskich i tak nie jest przede wszystkim w Unii jako takiej.

Lata doświadczeń pokazały nam, że demokracja bez równowagi władz i sądownictwa konstytucyjnego niezależnego od parlamentarnej większości, może się zmienić w coś tak strasznego, jak w „Mechanicznej pomarańczy” (w której formalnie nadal odbywają się wybory). Po Brexicie znów nic nie będzie ograniczać suwerena...

I znów: bez „Pomarańczy” nie byłoby „Szpitala Britania”, satyry na początki thatcheryzmu. Podobno film był taką porażką kasową, że zniszczył karierę Lindsaya Andersona. No coż, mam dziwny gust, ale akurat lubię go NAJBARDZIEJ z całej jego trylogii o McDowellu.
We wszystkich tych filmach podoba mi się w nim zderzenie tej całej anachronicznej „brytyjskości” (o której mówiła niedawno w Dużym Formacie pewna wkurzająca damuleńka z klasy wyższej), z wyzwaniami nowoczesnej cywilizacji.

Tu sztuczna inteligencja, tam kurs dygania przed królową matką. Śpiewają „Auld Lang Syne” i odpalają supernowoczesne metody policyjnej opresji - coś jakby Stasi śpiewało „Odę do Radości”.

To będzie teraz bardzo nieprzyjemny kraj. Trzymam kciuki za Szkotów w zjednoczonej Europie!

poniedziałek, 11 lipca 2016
Majmurek ma rację

Tekst Majmurka o NATO w Krytyce Politycznej wydaje mi się zawierać same oczywiste oczywistości. Jeśli więc odzywam się ze swoim „/me2” to tylko dlatego, że zaskoczyły mnie polemiki z Majmurkiem pokazujące, że jednak nie dla każdego jest to oczywiste.

Tekst Majmurka streściłbym tak: lewica ma wiele powodów, by patrzeć krytycznie na NATO, ale dla Polski nie ma teraz innego sposobu na bezpieczeństwo. Podobnie zresztą Unia, bez względu na to jak parszywe jest to, że eurokraci najpierw forsują rozwiązania korzystne dla Goldman Sachs (typu CETA/TTIP/TISA), a potem dostają tam synekurę - nie ma lepszego pomysłu na Europę.

Lewica powinna dążyć do reformowania EU i NATO, a nie do rozbicia tych instytucji. W szczególności dotyczy to lewicy w krajach nieprzyjemnie blisko położonych Rosji.
Wydaje mi się to wszystko tak oczywiste, że aż niekontrowersyjne. Ze zdumieniem więc czytałem polemiki, z których jako pars pro toto przytoczę polemikę Piotra Nowaka ze strajk.eu.

Nowak pisze o „rzekomym” (sic!) zagrożeniu ze strony Rosji i oskarża NATO o agresywną postawę. „Przebieg zdarzeń w ciągu ostatnich 20 lat pokazuje jednak, że to sojusz był stroną, która istniejący porządek zakłócała. 12 dni po rozszerzeniu paktu o Polskę, Węgry i Czechy, co samo w sobie było już jawnym afrontem wobec Moskwy, na mieszkańców Belgradu spadły pierwsze bomby”

Odwołuje się do „antymilitarnego idealizmu lewicy” i ubolewa, że „lekceważące zdania o aktywistach antywojennych, którzy – naiwnie wierząc w pokój pomiędzy wszystkimi narodami – potępiają militaryzm i zbrojenia” padały dotąd z ust prawicy, a tu proszę, Majmurek zdradził i też nie wierzy w pokojowe intencje Putina.

Świadomie lub nieświadomie, Nowak fałszuje przebieg zdarzeń w ciągu ostatnich 20 lat. Rozszerzenie paktu o Polskę, Węgry i Czechy nie byłi „jawnym afrontem wobec Moskwy”. Do niedawna każdy rozszerzeniowy akt był negocjowany z Moskwą i zależał od jej aprobaty.

Na nasze wejście do NATO zgodę wyraził Borys Jelcyn podczas swojej wizyty w Polsce latem 1993. Dopiero od tego momentu polscy dyplomaci mogli otwarcie zacząć ubiegać się o przyjęcie Polski do Sojuszu.

Przedtem oczywiście też się o to ubiegano, ale zakulisowo. Zgoda Rosji była bowiem traktowana przez NATO jako nienaruszalny warunek.

Na szczęście wszystkie liczące się siły polityczne w latach 90., mimo podziałów werbalnie równie ostrych, jak dzisiaj - w tej przynajmniej sprawie mówiły jednym głosem. Dlatego to prawda, że Jarosław Kaczyński tu też miał swój skład, ale skandalem jest pomijanie roli Skubiszewskiego, Geremka, Mazowieckiego.

Wałęsa wprawdzie miał kompromitujące wypowiedzi, że Polska zamiast przystępować do NATO i EWG powinna założyć „EWG-bis i NATO-bis”, ale jednak to on w naszym imieniu zawierał tę historyczną umowę z Jelcynem. Jak to z Wałęsą więc było, plusy dodatnie przeważały mu plusy ujemne.

W odróżnieniu od Rosji, NATO nikogo nie zmusza do współpracy. To nie była inwazja Europy Zachodniej na Polskę, taka jak Rosji na Ukrainę. Sami chcieliśmy - i sami prosiliśmy Rosję o zgodę, którą Rosja wyraziła.

A że „bomby spadały na mieszkańców Belgradu”? Sam w latach 90. byłem idealistyczną lewicą, co między innymi oznaczało, że miałem do Zachodu żal o bezczynność wobec tragedii Sarajewa czy Srebrenicy.

Ta bezczynność brała się z tego, że wojska pokojowe podlegały ONZ, gdzie Rosja do dzisiaj ma prawo weta. Korzysta z tego weta, by chronić dyktatorów takich, jak Miloszewicz (wtedy) czy Asad (dzisiaj).

Nie ma czegoś takiego, jak demokratyczny kraj, którego demokratycznie wybrane władze chcą zbliżenia z Rosją. Bywają tylko dyktatorzy, którzy zbliżają się wbrew woli swojej populacji.

Gdy Serbia chciała w Kosowie urządzić drugą Bośnię, NATO zareagowało. I chwała mu za to. Szkoda tylko, że nie zrobiło tego wcześniej.

Z reakcją na agresję rosyjską NATO też czekało aż do jawnego podeptania umów zawieranych z Rosją w latach 90. Nietykalność terytorialną Ukrainy Rosjanie zagwarantowali w 1994, rok po zgodzie na wejście Polski do NATO.

Złamali tę umowę. I ja też bym wolał, żeby Rosja po prostu się wycofała i wróciła do honorowania tamtych porozumień. Póki tego nie zrobi, nie czas na pacyfistyczne popierdółki.


piątek, 01 lipca 2016
Pożegnanie z Łodzią

cwiek

No więc: to dziś. Dziś w pełni funkcjonalne jest najważniejsze skrzyżowanie autostrad w Polsce - A1 i A2, czyli węzeł Łódź Północ (de domo Stryków I).

Kiedyś można było go użyć tylko do jednego - do wjechania na A2 prowizorycznym, zawsze zakorkowanym łącznikiem ze starej, strasznej drogi, której nie musimy oglądać od 2012. Potem można było z niego z A2 skręcić na północ (do Gdańska), ale nie na południe (do Wiednia).

Teraz już działa w każdą stronę. Dzisiejszy dzień można uznać za dzień wbicia symbolicznego złotego ćwieka podczas budowy Union Pacific. Sieć jest już prowizorycznie spojona.

Topornie zaznaczyłem na mapie drogi z „wielkiej czwórki”: pionowo A1 i S3, poziomo A2 i A4. Poza nimi uwzględniłem DK1/S1, czyli gierkówkę (na szaro) oraz A8/S8 na czarno, bo to jest w tej chwili jedyne spoiwo w stanardzie drogi ekspresowej, łączące sieci północną i południową, które od paru lat wyrosły wokół A2 i A4.

Jak widać, można w jednej podróży zaliczyć Szczecin, Gdynię, Wrocław, Warszawę, Kraków i Rzeszów bez opuszczania dróg wysokiego standardu. Dojazd z Gdyni czy z Warszawy do Wrocławia jest już bardzo przyjemny (uwaga Warszawiacy: tradycyjnie olewamy drogowskazy i wyjeżdżamy ze stolycy A2 na Poznań, nie na S8 na Wrocław!).

Dojazd z Rzeszowa do Szczecina trochę gorszy, ale jego najgorszym odcinkiem będzie ten, który kiedyś był najlepszy, czyli gierkówka. Jeśli ktoś jest bardzo zdesperowany, żeby trzymać się wyłącznie dróg wysokiej jakości, może z Rzeszowa dojechać do Wrocławia i cofnąć się do Łodzi, ale to nie ma sensu. Gierkówka nie jest aż tak zła.

Do listy miast podłączonych do sieci do 2019 powinny dojść Kielce, Koszalin, Lublin i Białystok. Wtedy też S3 powinna dotrzeć do A4, być może będzie też już gotowa S5 (niezaznaczona na schemacie) między Wrocławiem a Poznaniem, pojawi się więc możliwość jeżdżenia tymi autostradami i ekspresówkami w kółko.

I wtedy dopiero zabierałbym się za upgrade centralnego odcinka gierkówki do A1. Na razie ciągle jest zbyt ważny jako jedyna dwujezdniowa droga północ-południe na tym odcinku. Dopiero gdy będzie można megakorek podczas remontu ominąć alternatywami w postaci S5 czy S7, można będzie ograniczać ruch na gierkówce (czyli po 2019).

Ale już teraz problem jakości polskich dróg przestał mieć takie znaczenie jak 10 lat temu, gdy zakładałem tego bloga. Każdy ma dziś najdalej parędziesiąt kilometrów do jakiejś autostrady lub ekspresówki (miasta, które nie mają, niech się wpisują). A tam już ustawiamy tempomat - i hajda do Lizbony...

czwartek, 30 czerwca 2016
Balcerowicz jak Binienda

Dygresja o motywacji i zarządzaniu, która wyskoczyła pod moją poprzednią notką, przypadkowo zbiega się z moimi ostatnimi zainteresowaniami lekturowymi. Pociągnę ją więc w notkę promującą najnowszy felieton.

Zbieżność tematów jest przypadkowa. Felietony piszę z tygodniowym wyprzedzeniem. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się, że będę miał na blogu obrońcę „piramidy Maslova” w naukowo-naukowej „teorii zarządzania”.

Problem, który mnie fascynuje, wygląda w skrócie tak. Ekonomia neoklasyczna odwołuje się do trzech założeń na temat Natury Lucka, które ciocia Wiki (za Weintraubem) definiuje tak:

1. People have rational preferences between outcomes that can be identified and associated with values.
2. Individuals maximize utility and firms maximize profits.
3. People act independently on the basis of full and relevant information.

To, co ludzie tacy jak Balcerowicz nazywają „nauką”, jest sztuką konstruowania modeli matematycznych odwołujących się do tych założeń. Jeśli je odrzucimy, większość pojęć ekonomicznych, które traktuje się jako niedyskutowalne prawdy (np. teoria przewagi komparatywnej) robi „trrrach!” o kant bioder.

Dowcip polega na tym, że te założenia są w oczywisty sposób fałszywe. Jako ludzie jesteśmy nieracjonalni. A nawet gdybyśmy byli racjonalni, to nie mamy „full and relevant information” o skutkach większości naszych decyzji. Nasze najważniejsze decyzje życiowe, typu wybór pracy, założenie rodziny czy wybór miejsca zamieszkania, rzadko służą maksymalizowaniu użyteczności - i tak dalej.

Istnieje nawet żartobliwe określenie „homo economicus” na określenie takiego typu jednostki, która pasowałaby do tych założeń. Być może są tacy ludzie, ale to jakieś szuje, jak Martin Shkreli. Chyba nikt z moich PT komcionautów nie jest reacjonalnym „homo economicus” (Balcerowicz przecież też nie).

Oczywiście, nie będę udawał, że pracuję nie dla pieniędzy. Ale moja kariera też wyglądałaby inaczej, gdybym pracował tylko dla nich.

Opisywałem tu już chyba anegdotę, jak kiedyś w czasach świetności „Dziennika” kusili mnie i zaproponowali, żebym sam określił swoje zarobki, zaakceptują dowolne. Zacząłem się zastanawiać, za jakie pieniądze mógłbym chcieć współpracować z Cezarym Michalskim i odkryłem, że nie umiem wymyślić takiej sumy.

Pewnie, zgodziłbym się za „jaskinię pełną złotych monet” (smok opcjonalnie), „brylant wielkości głowy” albo „śmigacza antygrawitacyjnego”. Ale jakieś takie realne kwoty, typu 20k miesięcznie... to jednak nie.

W końcu nie podałem im nawet zaporowej stawki. Dzięki temu byłem w lepszej sytuacji, niż mój kolega, kuszony podobnie. Podał zaporową stawkę, oni się od razu zgodzili i on potem musiał strasznie naściemniać, dlaczego jednak nie.

Ekonomia neoklasyczna razem ze swoimi wypustkami, w rodzaju „naukowych metod zarządzania”, odwołuje się do fałszywego wyobrażenia ludzkich potrzeb i motywów. Dlatego te symulacje komputerowe, którymi kiedyś uzasadniano pozytywne skutki traktatu NAFTA, a teraz korzyści z TPP i TTIP, są bezwartościowe jak symulacje Biniendy.

Błędne założenia - błędne wnioski. Garbage in - garbage out.

Nie neguję, że istnieje wiedza o zarządzaniu, ale traktowanym nie jako nauka, tylko technika. Są takie i takie narzędzia do zarządzania projektem, typowe projekty napotykają na takie i takie problemy, można je rozwiązywać tak lub siak.

Podobnie jest z dziennikarstwem. Prasoznawstwa też nie uważam za naukę (w sensie ścisłym), ale sam potrafiłbym prowadzić warsztatowe zajęcia z różnicy między esejem a felietonem.

Tylko że błędne teorie prasoznawcze nie spowodowały tylu nieszczęść, co ekonomia neoklasyczna. Traktat NAFTA był strasznym błędem dla wszystkich jego sygnatariuszy - a teraz ciągle jeszcze grozi nam TTIP...

środa, 22 czerwca 2016
Upadek Janusza B.

Poprzednią notkę pisałem jako swoje 0,03 PLN do tekstu Czuchnowskiego. W międzyczasie wybuchnął konflikt pracowniczy w lokalu Krowarzywa, co nadało tamtemu tekstowi nowy kontekst, więc to pociągnę.

Pierwsze 10 lat mojego bloga to 10 lat śledzenia modernizacji infrastruktury drogowej w Polsce. Na dziesięciolecie - to już za chwilę! - będę mógł napisać notkę symbolizującą wbicie Złotego Ćwieka.

Domkną obwodnicę Łodzi, zakończą A4 (w 100% od granicy do granicy!), praktycznie przez całą Polskę będzie można już przejechać trzymając się dróg o standardzie w najgorszym razie „gierkówki”. Ten problem już jest właściwie rozwiązany (głównie dzięki Grabarczykowi).

Luka płacowa jest moim zdaniem w tej chwili najważniejszym problemem Polski. Jeśli rząd PiS coś z tym zrobi, będzie miał mój niechętny, ale szacunek - tak jak Platforma za budowę autostrad.

Być może naprawdę widzimy początki rozwiązywania tego problemu. To przecież nie będzie wyglądało tak, że pracodawcy sami z siebie, z dobroci serca, dadzą pracownikom podwyżki.

„Kochani, mieliśmy dobry rok, wszystkim podnosimy z tej okazji podstawę, a śmieciówkowców przesuwamy na etaty” - said no CEO ever. Prezes korporacji to osoba, która musi umieć tego samego dnia posłać komunikat do akcjonariuszy treści „kolejny udany rok, rekomenduję dubeltową dywidendę”, a do pracowników treści „wicie rozumicie, piniondza ni ma, podwyżek nie byndzie”.

Dlatego oni muszą tak dużo zarabiać. To nie jest takie proste, ani przy tym mrugnąc, ani się zająknąć. Na MBA najtrudniejsze zajęcia to coaching z bezwstydingu.

Początki rozwiązania będą wyglądać raczej tak jak konflikt w Krowarzywa(ch?). Janusz przeszarżuje, pracownicy się zbuntują i nagle po raz pierwszy w swoim życiu wielki pan kapitalista będzie musiał usiąść do negocjacji ze swoimi zasobami ludzkimi.

Sądząc po tym, jak nieporadnie właściciel knajpy rozegrał ten konflikt, polskim Januszom przydałby się zbiorowy coaching z lideringu biznesingiem. Najpierw beztrosko ogłosił na fanpejdżu, że szuka nowych pracowników.

To wywołało tak gniewne reakcje, że wykasował to ogłoszenie, a potem pobiegł do tego uniwersalnego powiernika i pocieszyciela polskich biznesmenów, serwisu inn poland, który uwierzy im we wszystko - nawet w opowieść, jak to NASA ukradło polskiej firmie technologię sterowania dronami.

„Pracownicy poinformowali mnie o jego [związku - WO] założeniu. W tej chwili sprawa czeka na opinię prawnika, czy mieli do tego prawo. Wedle naszej wiedzy, zostały zawiązane już po zwolnieniu” - powiedział serwisowi inn poland, a serwis zrobił minę zadowolonej drony, którą ktoś z NASA posmyrał pod statecznikiem.

Opinia prawnika zaczynała się zapewne od „czy was doszczętnie porąbało? przecież te słowa mogą być dowodem w sądzie!” (lub semantycznego ekwiwalentu). W następnej wypowiedzi pracodawca zaprzeczył swojej poprzedniej wypowiedzi:

„Nieprawdą jest, że zwolniliśmy pracowników po przystąpieniu przez nich do związku zawodowego. Zwolniliśmy tylko jednego pracownika, a po tym fakcie pracownicy z restauracji przy ul. Hożej przystąpili do związku zawodowego, czego jako pracodawca nie kwestionujemy”

Gdy piszę te słowa, nie doszło do porozumienia. Ale nawet jeśli do niego nie dojdzie, ten bunt był sukcesem. Moje szczere słowa uznania dla tych, co zastrajkowali w obronie kolegi - tak się zmienia świat na lepsze!

A co dalej? Mamy rynek pracownika, zwłaszcza w Warszawie. Pracownicy bez trudu znajdą sobie inną fuchę przy podobnych stawkach.

Janusze Biznesu muszą sobie uświadomić, że skończyły się czasy gadki „mam dziesięciu na twoje miejsce”. Odwrotnie, to pracownik ma dziś do wyboru dziesięć ofert pracy. Owszem, wszystkie porównywalnie nieatrakcyjne, ale to już zmienia równowagę sił.

Polscy pracodawcy muszą zacząć uczyć się trudnej sztuki zdobywania lojalności pracownika atrakcyjnymi warunkami pracy - tak, żeby to właśnie ich oferta była atrakcyjniejsza od tych dziesięciu pozostałych. Trochę im to zajmie, zgoda. To zadanie równie trudne, jak wybudowanie tysiąca kilometrów nowoczesnych dróg.

W Polsce jest ich teraz trochę ponad trzy tysiące (i przeszło tysiąc w budowie). Dziesięć lat temu nie było nawet tysiąca.

Proszę państwa, 19 czerwca skończył się w Polsce januszyzm!

poniedziałek, 20 czerwca 2016
PPHU Transinterjanuszexpol

Bardzo mnie ucieszył komentarz Wojciecha Czuchnowskiego (z którym w stu procentach się zgadzam). Polecam PT Komcionautom, którym mógł umknąć (dla kolegi Wraithofux: link do komentarza jest w słowie „komentarz”).

Rozbieżność między tempem wzrostu PKB a wzrostem płac uważam za najważniejszy problem dzisiejszej Polski. W sensie, gdyby złota rybka mogła mi zaproponować rozwiązanie jednego (ale tylko jednego), wybrałbym ten.

Będzie śmiesznie, jeśli ubocznym skutkiem programu 500+ będzie redukcja podaży pracowników, skutkująca przesunięciem równowagi na niekorzyść pracodawców i idące za tym powszechne podwyżki dla zarabiających najmniej. Wtedy tak jak uznałem wkład PO w rozwiązanie problemu modernizacji infrastruktury (mimo wszystkich zastrzeżeń), tak teraz uznałbym zasługę PiS.

Nie przemawia przeze mnie tylko idealizm. Jestem materialnie zainteresowany tym, żeby jak najwięcej Polaków miało w miarę przyzwoite zarobki, gwarantowane ustawowo urlopy i weekendy i dysponowała swobodnie dysponowalną nadwyżką dochodów.

Wszystkie modele biznesowe w mojej branży odwołują się przecież do ludzi, którzy mają wolny czas i wspomnianą nadwyżkę. Zadaniem dziennikarza w kapitalizmie jest wypełnianie przestrzeni między reklamami - gdy ludzie żyją w biedzie, nie ma czego reklamować, a więc nie ma miejsca dla dziennikarzy.

To samo dotyczy rynku książki. Sens biznesowy wydania książki zależy od tego, ilu ludzi ma czas wolny, by czytać - i kasę, by kupić książkę.

Dlatego za gigantyczny błąd i strzał w stopę z pancerfausta uważam postawę wielu mediów w Polsce, które odruchowo w takich konfliktach zwykle biorą rację drugiej strony - tej, która jest z kolei materialnie zainteresowana trzymaniem Polaków w biedzie, bo swoje modele biznesowe zbudowali na taniej sile roboczej. W moim bąbelku soszialmediowych nazywamy ich „Januszami Biznesu”.

Być może jacyś Janusze wypowiedzą się tu w komentarzach - lojalnie uprzedzam, że na tym blogu panuje lewactwo, socjalizm, marksizm i prozwiązkowość. Z poglądami libertariańskimi i neoliberalnymi proponuję się przenieść gdzie indziej.

W szczególności proszę odpuścić sobie argumenty typu „NIE WSZYSCY DROBNI PRZEDSIĘBIORCY SĄ ŹLI”. No pewnie, że nie wszyscy! Ale to nie fantasy tolkienowska, nie mówimy tu o podziale na Archetypalne Zło i Archetypalne Dobro.

Jeśli na przykład chcę, żeby Polacy dobrze zarabiali, to nie dlatego, że jestem „dobry”. I nie dlatego, że ich lubię - w rzeczywistości, jak wiadomo, jestem raczej cynicznym i zgorzkniałym mizantropem, nie mówiąc już o elemencie antypolskim.

Janusz Biznesu z kolei może być prywatnie duszą człowiekiem, co to do rany przyłóż. Ale jeśli jego model biznesowy zakłada konieczność zatrudniania pracowników za pięć złotych za godzinę to jest materialnie zainteresowany utrzymywaniem polskiej biedy (tak jak ja jestem zainteresowany jak najszerszym awansem Polaków przynajmniej do klasy średniej).

Głos Januszów Biznesu słyszymy ostatnio chóralnie w medialnych materiałach typu „DRAMAT PRZEDSIĘBIORCÓW, NIE MOGĄ ZNALEŹĆ CHĘTNYCH DO PRACY Z POWODU 500+”. Słyszeliśmy go przed wyborami w tekstach „NIEMCY CHCĄ ZNISZCZYĆ NASZYCH PRZEWOŹNIKÓW ZMUSZAJĄC ICH DO PŁACENIA KIEROWCOM NIEMIECKICH STAWEK NA NIEMIECKIM TERYTORIUM”.

Od 1989 nieustannie słyszymy, że państwo powinno na Januszy chuchać i dmuchać, bo oni Tworzą Miejsca Pracy. Co jest, oczywiście, bzdurą: miejsce pracy tworzy popyt, który wymusza podaż.

Jeśli danej luki rynkowej nie zaspokoi Janusz, to zrobi to jego kumpel Ziutek. Jeśli zaś tej luki nie będzie, to nie zrobi tego ani jeden, ani drugi. Pracownikowi jest zaś obojętne, dla którego z nich pracuje - byle hajs się zgadzał.

Dlatego jednak przerażają mnie pomysły typu „Frasyniuk na lidera opozycji”. Dla pisowców aż nadto łatwo będzie przedstawić go jako kogoś, kto nie chce, żeby Polacy zarabiali tyle co Niemcy.

I znowu: nie wnikam tutaj w „jak jest naprawdę”. Piszę po prostu, jak kaczyści to zaspinują w soszial mediach, w których mają potężną przewagę.

Opozycja na razie nie ma pomysłu na odwojowanie utraconego teryrorium - w którym, przypomnę, jeszcze nie tak dawno temu to właśnie kaczyści byli wyszydzaną mniejszością. I moim zdaniem: dopóki beneficjenci 500+ będą się bać, że liberałowie im to odbiorą, dopóty nie ma na to szans.

piątek, 17 czerwca 2016
Wodorowa przyszłość motoryzacji

Korek na I5

Postanowiłem od czasu do czasu produkować osobną notkę o swoich audycjach radiowych, bo skomentowanie u mnie na blogu to właściwie jedyna forma interaktywnego kontaktu ze mną. Programowo nie czytam wiadomości od nieznajomych na Facebooku, nieznajomi nie mogą też u mnie komentować - i nie planuję tego zmieniać.

Nie chcę mieć radiowych offtopów pod notkami na inne tematy. Ale zgadzam się, że nie można w nieskończoność komentować pod notką z marca, pod którą komcionauta Steelman wyraził swe zastrzeżenia w sprawie mojej ostatniej audycji (o przyszłości motoryzacji).

„Ze źródłami zasilania to trochę panowie chyba popłynęliście” - pisze Steelman i (słusznie) zwraca uwagę na to, że elektroliza wodoru to mało wydajny sposób jego otrzymywania. Od redakcji: masz rację, ważniejsze dla mnie jest to, że przyszłością transportu kołowego (zapewne) jest wodór niż upieranie się przy tej metodzie jego otrzymywania, która wygra w przyszłości.

Wodór jest produktem ubocznym wielu procesów chemicznych, czasami się go po prostu wypuszcza w atmosferę, bo nie wiadomo co z nim zrobić. Kiedy wodór się upowszechni i Toyotę Mirai będzie można zatankować na każdej stacji, pojawi się wielu producentów i cholera wie, jaka metoda stanie się najpopularniejsza. Kiedyś już miałem o tym notkę.

Ważne są te oczywiste korzyści, że uwolnimy się wreszcie od polityczno-gospodarczej zależności od roponośnych złóż Bliskiego Wschodu. Oraz że indywidualna motoryzacja w ogóle będzie mogła w ten sposób ocaleć - bo najbardziej się boję dystopijnej przyszłości, w której nie ma dla niej miejsca.

Jak to wielokrotnie pisałem na tym blogu (i nie tylko), kocham prowadzić samochód. Jedni to lubią, drudzy nie, zapewne tym drugim wytłumaczyć pojęcia „przyjemności z prowadzenia” nie da się tak samo, jak mi „przyjemności z kibicowania mundialowi”.

U zarania tego blogaska marzyłem o polskich autostradach. Teraz cieszę się, że je już zbudowano. Ale na horyzoncie widzimy zapowiedzi końca motoryzacji. Chciałem z Pertynem pogadać o perspektywach na jej ocalenie (stąd wodorowa nadzieja).

Objeździłem kawał Europy (i skromną część Ameryki; zdjęcie przedstawia korek na I-5 spowodowany nagłym atakiem śnieżycy; i pomyśleć, że se kabrioleta wypożyczyłem w nadziei na kalifornijskie słońce!). Typowe trasy wakacyjne znam zaś tak bardzo na pamięć, że do Toskanii, Wenecji czy na Costa Brava dojechałbym dziś bez żadnej mapy czy GPSa.

Wiem, gdzie łatwo znaleźć nocleg po zmroku, a gdzie lepiej nie próbować. Znam zalety i wady pokonywania Alp przez Brenner i przez Klagenfurt, oraz omijania ich przez Francję. Wiem, gdzie przy autostradzie jest Burger King, gdzie pizzeria w budynku zaprojektowanym przez Hundertwassera, a gdzie bar, przy którym stoi rower będący pozornie atrapą (a jednak jeśli na nim zakręcimy pedałami, ruszają się kufle i szklanki na półkach).

Cała ta wiedza oczywiście stopniowo przestaje mi być potrzebna, od kiedy przestałem już być ojcem małym dzieciom, dla którego bardzo ważną kwestią jest zatrzymanie się tam, gdzie jest fajny plac zabaw. Już tylko książkę mógłbym o tym napisać, z poradami dla młodych ojców wyruszających w takie wojaże po raz pierwszy w życiu (jak ja, 15 lat temu). Jeśli tego blogaska czytają potencjalni wydawcy - I’m your man.

Ale najbardziej i tak przeraża mnie scenariusz, w którym w ogóle przestanie być potrzebna. A i tak dystopia „przyszłości bez samochodu” przeraża mnie mimo wszystko mniej, niż dystopia Europy, po której nie będzie już można podróżować swobodnie, w związku z rozpadem Schengen i powrotem granicznych zasieków.

O tych scenariuszach też lubię rozmawiać z gośćmi. To mój temat na dzisiaj, ale o końcu świata, jaki znamy, rozmawialiśmy już parę razy z gośćmi przeróżnemi. Komentarze pt. słuchaczy będą mile widziane (ale tu).

Do usłyszenia, do zaflejmowania.

wtorek, 24 maja 2016
Każde pokolenie ma swoje Kombi

Temat pokoleń w polskiej polityce tak mnie nagle zaciekawił, że go pociągnę. Światowe kryzysy i wojny wytworzyły kilka wielkich ogólnoświatowych fal pokoleniowych.

Z czynnej polityki już w zasadzie się wycofało Wielkie Pokolenie („great generation”), które pamięta drugą wojnę światową. To było ostatnie pokolenie, które miało wspólne doświadczenia po obu stronach Żelaznej Kurtyny.

To oni tę kurtynę zbudowali. I to oni ją obalili. „Mister Gorbachev, tear down this wall!”, powiedział jeden przedstawiciel tego pokolenia do drugiego.

Przez dłuższy czas po obu stronach Żelaznej Kurtyny każdy polityk musiał mieć w swoim życiorysie jakiś epizod z II wojny światowej. Dlatego w latach 80. i 90. światowa polityka tetryczała razem z Wielkim Pokoleniem - Thatcher (‘25), Mitterrandem (‘16), Kohlem (‘30), Reaganem (‘11) i Bushem (‘24). Ostatnim wielkim przywódcą z tego pokolenia był chyba Chirac (‘32), który oddał władzę w 2007.

Po nich nadeszli „baby boomers”, czyli pokolenie powojennego wyżu (urodzeni w latach 1945-1955). Przejęli władzę razem z Clintonem (‘46), Blairem (‘53) i Putinem (‘52) i nadal w dużym stopniu rządzą światem: wybory w USA rozstrzygną się między Trumpem (‘46) a Clintonową (‘47).

Potem nadeszło pokolenie X. Rządzi dziś Polską. To prezydent (‘72) i premier (‘63), a także trzej samozwańczy liderzy opozycji: Schetyna (‘62), Kijowski (‘68) i Petru (‘72).

Oczywiście, tak naprawdę Polską rządzi z tylnego siedzenia klasyczny boomer: Kaczyński (‘49). To w Polsce ostatni lider z tego pokolenia: i tu dochodzimy do najciekawszego.

W historii III Rzeczpospolitej mieliśmy wielu polityków z pokolenia boomersów, którzy już-już, zdawało się, dzierżyli berło przywódców centrolewicy, centroprawicy, centrocentrum czy wręcz Całego Narodu Wybierającego Przywódcę Bez Drugiej Tury. Wszyscy już są na politycznej emeryturze.

Ich imię jest legion: Krzaklewski (‘50), Cimoszewicz (‘50), Balcerowicz (‘47), Olechowski (‘47), Kwaśniewski (‘54), Komorowski (‘52), Miller (‘46). Dorzuciłbym tu jeszcze Wałęsę (‘43).

Wspólną cechą większości ich porażek było przekombinowanie. Wymyślali tak wyrafinowane gambity, że w końcu sami sobie dawali mata.

Świeży przykład to polityczna eutanazja Leszka Millera. W 2001 jego partia dostała ponad 41% głosów. Z własnej głupoty (afera Rywina!) zredukował to do 11,3 w 2005. A potem... Ogórek, Zlew-Trups i do widzenia.

Wyrafinowany drybling zakończony malowniczym samobójem ze środka boiska zobaczymy w przypadku politycznych karier ludzi tak różnych, jak Kwaśniewski i Krzaklewski. W Polsce to pokolenie ma w sobie jakiś przedziwny gen politycznej samozagłady, w odróżnieniu od swoich rówieśników na Zachodzie.

Ten jedyny wyjątek to skutek smoleńskiej tragedii. Gdyby nie ona, Kaczyński wypadłby z obiegu razem z porażką swojego brata w wyborach z 2010. Prawica wcześniej wtedy przeprowadziłaby dintojrę, która tak czy siak ją czeka.

Polscy liderzy z tego pokolenia do czynnej polityki weszli za późno. Nawet przy Okrągłym Stole zasiadali w cieniu rozgrywających z Wielkiego Pokolenia - Jaruzelskiego (‘23), Kiszczaka (‘25), Rakowskiego (‘26), Mazowieckiego (‘27), Geremka (‘32) i Glempa (‘29).

Za rządzenie krajem zabierali się bez doświadczenia w rządzeniu gminą czy firmą. Charakterystyczne, że w samorządach boomersi radzą sobie nieźle (np. większość „niezatapialnych” to oni). Porażkę ponieśli na szczeblu krajowym.

Spędzili najlepsze lata w konspirze (solidaruchy) albo na ławce rezerwowych (komuchy). Nie nauczyli się trudnej sztuki budowania zespołu i kierowania nim.

Widać to na przykładzie politycznej samotności Komorowskiego - zabrakło w jego otoczeniu kogoś, kto by mu wyperswadował co gorsze pomysły. Otaczali go pochlebcy i szarlatani: „orzeł z czekolady! to genialne! a to referendum? majstersztyk! Bronek, reelekcję masz już w kieszeni!”

Pewnie stąd te samobóje. Na środku boiska odkrywali, że są sami. Nie mieli komu podać.

Baby boomers stanowią liczną grupę (niejako z definicji). W Polsce to emeryci, którzy murem stoją za Kaczyńskim: bo to jeden z nich. Nigdy nie zaufają komuś z generacji X.

Rozumiem ich. Jak pisałem w poprzedniej notce, sam swojej generacji nie ufam. Swoje polityczne nadzieje wiążę z pokoleniem millenialsów, które wszędzie na świecie woli 70-latków od nas. Ale może z tej pokoleniowej asymetrii płynie taki wniosek, że liberalno-lewicową opozycję może uratować tylko 70-latek, jak w Austrii?

sobota, 21 maja 2016
Generacja S

Nie czytałem wszystkich książek Hugo-Badera (są tematy takie jak np. Tragedia Na Bored Peak, które mi zwisają bez względu na autora), więc do tej rekomendacji należy podchodzić z dystansem: „Skucha” to jego najlepsza rzecz. Nie tylko świetnie się to czyta, ale także Otwiera Oczy Na Różne Sprawy.

Książka to portret jego opozycyjnego środowiska z lat 80., czyli siatki tworzącej i kolportującej organ Regionu Mazowsze „Wola”. W wolnej Polsce część z tych ludzi porobiła wspaniałe kariery. Część żyje w biedzie. Jednych i drugich łączy poczucie klęski, stąd tytułowa „Skucha”.

Jak wiedzą to wierni czytelnicy tego bloga - nie wierzę w obiektywne dziennikarstwo, a już zwłaszcza w coś takiego jak „obiektywny reportaż”. Sam dobór temat i selekcja materiału już zniekształcają rzeczywistość, a co dopiero zabiegi formalne - po które Jacek sięga często - typu „z trzech prawdziwych postaci konstruujemy fikcyjną”.

Każdy reporter w gruncie rzeczy opowiada przede wszystkim o sobie. Nie przeszkadza mi to, jako czytelnik też przecież najchętniej czytam o sobie.

Subiektywna książka Hugo-Badera przetworzona przez mój subiektywny filtr jest więc książką o różnicy pokoleniowej między nami. Istotnej w Polsce, choć na Zachodzie zakwalifikowano by nas obu jako Pokolenie X.

Dla naszych rówieśników w Stanach, Wielkiej Brytanii, Francji czy RFN wchodzących w dorosłość w latach 80., cała ta dekada wygladała mniej więcej tak samo. Unosił się nad nią wszechobecne oblicze jakiegoś ówczesnego Wielkiego Przywódcy - Thatcher, Reagana, Kohla czy Mitteranda.

W Polsce ktoś wchodzący w dorosłość w 1981 miał dramatycznie inne doświadczenia pokoleniowe niż ktoś wchodzący w dorosłość w 1989. Rozbija nas to na dwie części, które na użytek tej notki nazwę generacjami S (pierwszej „Solidarności”) i T (transformacji).

Pokolenie Hugo-Badera z młodzieńczym optymizmem rzuciło się w karnawał „Solidarności”. Gdy nastał stan wojenny, resztki tego optymizmu kazały im Coś z Tym Zrobić. I przetrwali dekadę walki: teoretycznie zakończonej wygraną, ale jednak została w nich gorycz osamotnienia.

Bo przecież pod koniec lat 80. konspiracja była w strzępach. Stan wojenny wywołał gigantyczną apatię, w której dorastałem ja. Gdyby dwudziestoparoletni Hugo-Bader wpadł na ulicy na nastoletniego mnie i poprosił o pomoc - umiem to sobie wyobrazić: „stary, gonią mnie, słuchaj, to trzeba gdzieś ukryć, a tamto zanieść pod ten adres...”, odmówiłbym.

Miałbym pewnie potem straszne wyrzuty, ale odmówiłbym. Na ile siebie pamiętam, powiedziałbym mu, że przykro mi, ale nie chcę się w to wszystko angażować.

Kiedy nadeszła transformacja - zacząłem budować swoje miejsce w tym kraju. Ale transformacja nie była dla mnie czymś, co wywalczyliśmy „my” - to była sprawka „Onych”, którymi dla mnie byli tak samo Jaruzelski, jak Mazowiecki czy Wałęsa.
Dlatego szybko w III RP wróciłem do politycznej apatii. Nawet jak głosowałem, to na „mniejsze zło”. Nie wszyscy tak mają, zgoda - ale widzę tu ciekawą symetrię w całym pokoleniu T.

Mój rówieśnik założył KOD i mam wrażenie, że na zawsze pozostał wierny poglądowi popularnemu w moim pokoleniu w 1989: że podział na prawicę i lewicę nie ma sensu i najlepiej, żebyśmy wszyscy poparli Apolityczną Partię Ludzi Rozsądnych, która wtedy się nazywała ROAD.

Ja o ROAD myślałem z niechęcią, on z entuzjazmem. Ale obie postawy wydają mi się być awersem i rewersem patrzenia na politykę jako coś, co robią Oni.

Skoro prof. Balcerowicz się po prostu „zna” na gospodarce, a prof. Zoll się „zna” na prawie, to my nie mamy prawa do własnego zdania (zwłaszcza odrębnego), prawda? Bez względu na to, czy odpowiesz „prawda” czy „nieprawda”, wylądujesz jako ktoś w gruncie rzeczy wyalienowany z polityki. Bo albo nie głosujesz (jak ja przez większość III RP), albo z entuzjazmem łykasz wszystko co ogłoszą Autorytety (jak sympatycy ROAD), albo ich bezrefleksyjnie hejtujesz (jak przedstawiciele pokolenia T na prawicy).

Pokolenie S tymczasem nadal (po tylu latach!) widzi cały obóz postsolidarnościowy jako „my”. Dlatego zarzucają sobie nawzajem zdradę - do tego trzeba mieć CO zdradzać.

Oni powiedzą: „nie wyszła nam 3RP”. Ja przewrotnie potwierdzę: nie wyszła WAM. Transformację Balcerowicza postrzegam jak stan wojenny - jako coś, co „Oni” mi narzucili nie pytając mnie o zdanie.

Nie lubię tej swojej apatii. Jestem wdzięczny pokoleniu millenialsów, że założyło partię, na którą wreszcie mogę głosować z entuzjazmem (yay, Razem!). Książka Hugo-Badera pomogła mi zrozumieć, skąd się wzięła.

czwartek, 19 maja 2016
Bizantyjski audyt

Może jestem przesadnym optymistą, ale wydaje mi się, że „audyt”, szykowany przez PiS na propagandową bombę, okazał się zmokłym kapiszonem. Wziąłem to słowo w cudzysłów, bo słowo „audyt” rezerwuję dla drobiazgowych rozliczeń, przeprowadzanych z zachowaniem ustalonych procedur, zakończonych wreszcie pisemnym raportem - tymczasem tutaj mieliśmy tylko klasyczną „śmierdziuchę”, pełną niejasnych insynuacji, ubogą w konkrety.

Powód do optymizmu widzę głównie w tym, że to nie chwyciło. Przeglądam prawicową blogosferę - i tym razem nie widziałem fali kaczystów z entuzjazmem powtarzających „przekaz dnia” z Nowogrodzkiej. Mało kogo to obeszło, nawet w kwestii tzw. „inwigilacji blogerów” (o czym za chwilę).

Podobnie było podczas poprzedniego takiego głupkowatego happeningu, gdy ówczesny komendant głowny policji próbował oczerniać swojego poprzednika, demonstrując rzekomy „bizantyjski przepych”: czyli prysznic, rozkładaną kanapę z ikei i zestaw do telekonferencji.

Skończyło się pośmiewiskiem, podobnie jak superkrótka kariera owego komendanta - to dygresja, ale to jest dopiero żałosne, że mamy się czuć bezpieczniej dzięki specustawom nadającym służbom dyktatorskie uprawnienia, a tymczasem oni mają nawet problem z nieumoczonymi kandydatami na kierownicze stanowiska w nich.

Prawicowych blogerów niespecjalnie nawet wzmożyła zagadkowa i niekonkretna (jak zawsze) wzmianka o inwigilowaniu blogerów serwisu Salon24. Kiedyś wzbudziłoby to w tym serwisie wielką chryję, teraz ograniczyło się do niemrawych debat na kilku blogaskach.

Pamiętam „obrońców krzyża” w Salonie24 - i pewnie pamiętają ich też niedobitki wciąż wierne temu serwisowi. Jego dzisiejszy opłakany stan to w dużej mierze ich zasługa.

Rozłamy zdarzały się tam już wcześniej (przypomnę „blogmedia” i „tekstowisko”), ale po katastrofie smoleńskiej to się mnożyło jak komórki HeLa. Uaktywnili się strasznie dziwni ludzie, snujący coraz dziwniejsze teorie spiskowe - w których najdziwniejszą z dziwnych była „hipoteza dwóch miejsc”.

Odeszli i zaczęli szaleć w odpryskowym serwisie „Nowy Ekran”, który szybko przestał istnieć. Część wróciła do Salonu, część kontynuowała w kolejnych serwisach odpryskowych, ale wielu prawicowych blogerów do dziś się nienawidzi z powodu tamtych rozłamów.

Tamci najwięksi radykałowie oskarżali PiS o próbę ukrycia prawdziwego zamachu. Nazywali polityków PiS „maskirowką” i atakowali ich prymitywnymi środkami, np. przekręcając nazwiska.

Co się dziwić, w prawicowej blogosferze a dowód na zamach uznano w pewnym momencie to, że nazwiska Komorowskiego, Arabskiego i Tuska układają się w skrót „KAT”. Dowód przedziwny, ale w sumie równie dobry jak „piii-fiuu” czy Gmyz o trotylu.

W tym środowisku zupełnie serio rozważano sięgnięcie po nielegalne środki w walce z „maskirowką”. Jeden z blogerów (który potem chyba zniknął?) proponował na przykład „obywatelskie ekshumacje”.

Ciężko będzie dziś to znaleźć, bo większość tych blogów już nie istnieje. Przestały istnieć całe platformy, a na tych co zostały, swój dorobek wykasowali sami blogerzy z powodu kolejnej kłótni czy rozłamu. Zapewne najbogatszym repozytorium ówczesnego wariactwa krzyżowo-smoleńskiego jest szyderczy blog Dlaczego Nie Napalm.

Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że najwięksi rozrabiacy w tym środowisku byli inspirowani przez Rosję. Niezależnie od tego uważam, że blogerzy nawołujący do przestępstwa (typu „obywatelskie ekshumacje”) powinni być na dyskretnym oku służb. Zdaje się, że ten pogląd podziela choć część niedobitków na Salonie24, stąd niewielkie zainteresowanie tą kwestią.

Nie jestem aż takim optymistą, by twierdzić, że PiS już zaczął przegrywać, czy coś w tym guście - ale wygląda na to, że ich Blitzkrieg wytracił impet. Rok temu byli w stanie „przekonywać nieprzekonanych”. Już to stracili.

Może gdyby ten „audyt” zawierał jakieś sensowne, udokumentowane oskarżenia, byłoby jak rok temu. Ale dotarli tylko do swoich zdeklarowanych zwolenników, reszta będzie się teraz chichrać z kłamstw o złotym mercedesie.

poniedziałek, 09 maja 2016
Serio o uchodźcach

Czuję się tak zrozpaczony narzuconym przez prawicę dyskursem na temat uchodźców, że napiszę notkę, która dla większości blogobywalców będzie po prostu zbiorem oczywistości. No trudno, może do kogoś jednak dotrze to, jak dalece prawica ściemnia w tej kwestii.

W prawicowym dyskursie to brzmi mniej więcej tak: „Europie grozi zalanie islamem, bo lewacy niepotrzebnie ich zaprosili w imię ideologii multi-kulti. Trzeba ich wyrzucić, a przynajmniej nie sprowadzać więcej. W niektórych europejskich miastach już są dzielnice, po których strach spacerować. Musimy ochronić Polskę przed takim losem”.

Streszczanie poglądów oponenta zawsze wiąże się z ryzykiem kreowania chochoła. Jeśli ktoś uważa, że źle rozumiem stanowisko prawicy - bardzo proszę sprostować (ale jak zwykle ostrzegam, że będę bardzo ostro moderować próby wprowadzenia u mnie Psychiatryka24 w komciach).

A teraz po kolei wyjaśnię, dlaczego uważam, że to bzdura. Zacznijmy od początku: skąd się wzięli mieszkańcy „islamskich” dzielnic Brukseli, Wuppertalu czy Marsylii? Kto ich zapraszał w imię czego?

Nie zrobili tego „lewacy”. I nie chodziło o żadną ideologię - chyba, że zwykłą kapitalistyczną chciwość uznamy za ideologię.
Powojenny boom gospodarczy sprawił, że w przemyśle brakowało rąk do pracy. Aż trudno dziś sobie wyobrazić, że kiedyś tak mogło być w kapitalizmie - ale podczas „złotej ery”, o której tutaj pisałem, faktycznie tak było.

W nieco mniejszym stopniu dotyczyło to też krajów bloku radzieckiego, które były w stanie rozwiązać ten problem przez chaotyczną rozbudowę miast i masowy transfer ludności wiejskiej. Kraje kapitalistyczne, zwłaszcza w Europie, też tak robiły, ale szybko doszły do ściany - przemysł nie był w stanie nadążać za zamówieniami, wciąż potrzebował kolejnych tysięcy robotników.

Następnym krokiem było więc otwarcie się na ludność dawnych kolonii (w tych krajach, które miały takowe, np. Francji czy Wielkiej Brytanii), albo po prostu zaproszenie tzw. Gastarbeiterów poprzez umowę międzypaństwową. Niemieckie „dzielnice islamu” to bezpośredni skutek umowy między Turcją a RFN z 1961 roku.

Pół wieku później te miejsca pracy odjechały do Chin (które teraz u siebie powtarzają ten sam cykl pośpiesznej urbanizacji, która w przyszłości stworzy podobne problemy społeczne). Gdy dzieci będą dorastać w świadomości braku perspektyw, patrząc, jak ich rodzice tracą pracę i się degenerują - to się skończy postawami asocjalnymi i radykalizacją. Mogą iść w fanatyzm islamski albo kibolski. To nie zależy od narodowości, koloru skóry czy religii.

Dzielnice bezrobotnicze (dawniej robotnicze) w Marsylii, Detroit, Bytomiu czy Londynu są więc niebezpiecznymi miejscami. Ale nie z powodu islamu.

Tego problemu nie da się rozwiązać prostymi pomysłami typu „wyrzucić ich”, bo nawet do końca nie wiadomo, jakich „ich”. Polskie rasistowskie powiedzonko „ciapaty” jest o tyle interesujące, że nigdy do końca nie wiadomo, kogo opisuje - Arabów? Berberów? Sefardyjczyków? Turków? Kurdów? Sikhów? Persów? Pasztunów? Bengalczyków?

Dla Europejczyka oni wszyscy wyglądają tak samo. Dlatego zresztą w filmach Arabów często grają Hindusi (por. Naveen Andrews, czyli Sayid z „Lostów”).

Pomijam już to, że oni mają europejskie paszporty (a mają je, bo 60 lat temu Mercedes czy Renault potrzebowali robotników), więc wyrzucenie „ciapatych” jest prawnie niemożliwe. Ale to nawet nie jest możliwe na poziomie czysto technicznym, bo tego się zwyczajnie nie da zrobić tak, żeby obywatelstwo zachował ten „dobry” Berber Zidane, a stracił je jakiś „niedobry” zwolennik radykałów.

Nie wszyscy „ciapaci” są też muzułmanami, a z kolei nie wszyscy muzułmanie są islamistami. Za to dyskryminując ich wszystkich hurtowo na pewno pogorszymy sytuację - tak jak już ją pogorszyliśmy, nie wiadomo po jaką cholerę najeżdżając na Irak i Afganistan.

Wiem za to jedno: nie grozi nam „druga Marsylia” czy „druga Bruksela”, bo nie mamy potomków Gasterbeiterów. Mamy własne problemy w podobnych postindustrialnych miastach - i też strach tam chodzić po zmierzchu.

Uchodźcy niczego tu nie polepszą ani nie pogorszą - tak jak 70 lat temu uchodźcy z Grecji nie spowodowali hellenizacji. Za mało ich, za dużo nas. Natomiast odmawiając solidarnej pomocy innym krajom europejskim zachowujemy się z samobójczą krótkowzrocznością - bo owszem, teraz to jest bardziej problem Francuzów, niż nasz. Ale kiedyś będzie odwrotnie. Sami daliśmy ich eurosceptykom argument za tym, żeby Polakom nie pomagać w kłopotach.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82