Ekskursje w dyskursie
piątek, 22 kwietnia 2016
Ostatnie głosowanie w Reichstagu

Definitywnym końcem republiki weimarskiej było przyjęcie przez parlament ustawy o pełnomocnictwach (Ermächtigungsgesetz) 23 marca 1933. Tego samego dnia przyjęły ją obie izby parlamentu, a wieczorem podpisał ją prezydent.

Ustawa dawała rządowi (w praktyce - kanclerzowi) pełnomocnictwo do stanowienia prawa z pominięciem parlamentu. Prawo to wprowadzono tymczasowo dla wyprowadzenia Rzeszy i Narodu ze stanu kryzysowego („Behebung der Not von Volk und Reich”) na cztery lata.

Dwukrotnie je potem przedłużono i pewnie przedłużano by dalej, gdyby nie upadek tysiącletniej Rzeszy. Po jego przyjęciu parlament stracił jakiekolwiek znaczenie, spotykał się coraz rzadziej, po 1942 już wcale.

Do wprowadzenia takiego przepisu NSDAP potrzebowała większości konstytucyjnej - dwóch trzecich głosów. Nie miało jej, nawet wliczając wszystkich koalicjantów. W tym ostatnim głosowaniu koalicjantami NSDAP byli już wszyscy (liberałowie, chadecy, narodowcy, konserwatyści, agraryści), z wyjątkiem lewicy: komunistów i socjaldemokratów.

W ostatnich wielopartyjnych wyborach z 5 marca 1933 komuniści dostali 12,3% głosów i zdobyli 81 mandatów (na 647 wszystkich). Nie dopuszczono ich jednak do udziału w głosowaniu. Partia była już wtedy nielegalna i każdą osobę choćby podejrzaną o związki z KPD więziono bez sądu.

Hitler pozwolił im wystartować w wyborach po prostu dlatego, że nie chciał, żeby wszystkie głosy lewicy zgarnęła ostatnia siła opozycyjna - SPD. Socjaldemokraci dostali więc w tych wyborach tylko 18,2% głosów i 120 mandatów.

Póki w Niemczech jeszcze funkcjonowała demokracja, SPD regularnie zgarniała około 30% głosów. Od 1930 jednak swobody demokratyczne zawieszono, w Rzeszy wprowadzono stan wyjątkowy i w tych warunkach opozycja nie mogła już prowadzić normalnej kampanii wyborczej czy nadzorować liczenia głosów.

Republika Weimarska była państwem federacyjnym. Największym krajem związkowym były Prusy, z powodów historycznych obejmujące przeszło połowę terytorium, od Nadrenii po Królewiec.

W lipcu 1932 kanclerz von Papen bezprawnie rozpędził demokratyczny rząd Prus i ogłosił, że będzie tym terytorium władać bezpośrednio. Ten krok zakwestionował niemiecki Trybunał Konstytucyjny, ale rząd zignorował ten wyrok - była to zresztą już ostatnia decyzja Trybunału.

Wybory na terenie połowy kraju można więc już było regularnie fałszować, co tłumaczy spadek poparcia dla SPD i wzrost poparcia dla NSDAP w kolejnych wyborach. W żadnych jednak NSDAP nie mogło zdobyć wystarczającej większości. W tym ostatnim parlamencie mieli razem z koalicjantem (volkistami, czyli w uproszczeniu narodowcami - DNVP) niewielką większość, 288+52=340 przy połowie wynoszącej 324.

Hitlerowi udało się pozyskać poparcie innych ugrupowań, każdemu obiecując coś w zamian. Katolikom konkordat (istotnie podpisany parę miesięcy potem), liberałom przywrócenie w kraju porządku (mieli 5 mandatów). Te ostatnie przemówienia przywódców różnych ugrupowań to fascynująca lektura. Część (np. ksiądz Ludwig Kaas, lider chadeków) sprawiała wrażenie, jakby nie zdawała sobie sprawy, że to przemówienie jest już ostatnim w ich karierze.

Marszałek Goering bał się, że w ostatniej chwili ktoś się wyłamie z tej koalicji, więc na wszelki wypadek bezprawnie ogłosił, że będzie inaczej liczyć quorum - z pominięciem 81 mandatów posłów KPD. Dzięki temu obniżył quorum do 378.

Głosy posłów nieobecnych liczono tak, jakby byli obecni, ale się wstrzymali. To było oczywiście bezprawne, ale nie było już Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby to orzec...

poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Pożytki z Panamy

Z afery Panama Papers pożytek wydaje mi się na razie taki, że z jednej strony pokazuje ona zmianę w podejściu opinii publicznej do ukrywania dochodów przed fiskusem - jeszcze 10 lat temu w Polsce i Stanach dominowałoby zapewne pobłażanie na zasadzie dobrze znanego błędu poznawczego „biznesmeni tacy jak ja czy Kulczyk muszą się chronić przed fiskusem” - a z drugiej brak dobrej odpowiedzi politycznego establishmentu na tę zmianę.

Panama stała się pralnią brudnych pieniędzy dzięki umowie handlowej z USA. Hillary Clinton i Barrack Obama siedzą w tym wszystkim po uszy - podpisywanie takich umów było sztandarowym elementem polityki gospodarczej Demokratów jeszcze za Clintona (Billa).
Lata 90. to szczytowy moment globalnego zaczadzenia neoliberalizmem. Nawet tak zwana lewica (Blair, Schroeder, Clinton) nawracają się na wolny rynek i wiarę, że bogactwo kiedyś wreszcie zacznie skapywać.

Wyrazem tej wiary jest przekształcenie się GATT w WTO, traktaty NAFTA i MERCOSUR, a nawet w jakimś stopniu rozszerzenie Unii Europejskiej o nas. I ostatnim westchnieniem zdychającej ideologii są traktaty TPP i TTIP, które Obama chce przeforsować na zakończenie swojej kadencji.

TTIP początkowo miał się nazywać TAFTA i ten rebranding pokazuje, że nawet do establishmentu już dotarło, że NAFTA ma w Ameryce negatywne skojarzenia. Bo, jak wiadomo, bogactwo jednak nie skapuje - skutkiem tych traktatów było Eldorado dla górnego 1% i pogorszenie lub najwyżej stagnacja dla dolnego 99%.

Establishment nie ma dziś języka politycznego, by o tym mówić. „Świat jest w kryzysie, potrzebuje jeszcze jednego traktatu o wolnym handlu, żeby z niego wyjść” - to nam na temat TTIP powiedzą w Polsce politycy wszystkich mainstreamowych partii politycznych: PiS, PO czy Nowoczesnej. W USA to samo powie Hillary Clinton i niepsychotyczni politycy partii republikańskiej (choć oczywiście będą robili na złość Obamie w ramach ogólnego robienia na złość Obamie).

Odpowiedni język do krytykowania takich deali mają tylko politycy lewicowej opozycji - autentycznie lewicowej, a nie takiej leszkomillero-ryśkokaliszo-rozenkopalikociej. Czyli Sanders, Corbyn, Warufakis, a w Polsce partia Razem.

Tutaj podobieństwa się oczywiście urywają. W Polsce Razem to ciągle margines, Sanders i Corbyn u siebie są już głównym nurtem. Nawet jeśli Clinton dostanie nominację, to jednak kosztem ubernienia swojego programu, a przynajmniej retoryki.

Pewnie mojego bloga czytają ludzie, którzy jeszcze nie do końca otrząsnęli się z jakiejś formy wiary w „trickle down” i na przykład uważają, że TTIP to dobry pomysł. Albo w jakiś wariant publicystyki Witolda Gadomskiego, że w samym zjawisku nie ma nic złego, bo ludzie powinni mieć jakiś azyl przed żarłocznym fiskusem.

To jeszcze raz, wyjaśnienie co w tym złego. W swojej książce z 2013 pisałem (za Shaxsonem), że pojęcie „raju podatkowego” jest tak naprawdę mylące. Nie chodzi tam o ucieczkę przed podatkami, chodzi o ucieczkę przed ewidencją.

W normalnych warunkach człowiek (lub korporacja), która obraca dużymi sumami pieniędzy niewiadomego pochodzenia, szybko przyciągnie uwagę prokuratora. Raj podatkowy to sposób na legalizację tych sum.

Dlatego mylą się ci, którzy myślą, że Polska mogłaby (czy wręcz: powinna) sama stać się rajem podatkowym po prostu obniżając podatki. Raj podatkowy tworzy ktoś inny, jakiś większy partner, który z jakichś przyczyn mówi mniejszemu partnerowi (zwykle uzależnionemu politycznie) „będę przymykać oko na twoją nierzetelną księgowość wobec moich elit”.

Dlatego rzadko zdarzają się „raje podatkowe ogólnego przeznaczenia”. Gabon to raj dla elit francuskich. Cypr dla rosyjskich. Antyle Holenderskie to sposób na pranie pieniędzy płynących między USA a Unią (dlatego tak je lubią cyberkorpy) - i tak dalej.

Ponieważ kluczowy tutaj jest brak transparentności i rzetelnej ewidencji, nie można wierzyć ludziom, którzy mówią, że nie chcieli w Panamie zrobić nic złego, ot tak po prostu mieli jakiś pomysł biznesowy. Musielibyśmy im uwierzyć na słowo, że byli gotowi słono płacić za ukrywanie swoich przychodów... właściwie nie wiadomo po co.

Ja już prędzej uwierzę Piskorskiemu, że miał tyle szczęścia w ruletce.

poniedziałek, 28 marca 2016
Rive gauche

Most

Jak widać na zdjęciu, pieszy lub rowerzysta próbujący przekroczyć Wał Miedzeszyński na węźle z Trasą Łazienkowską ma dwie opcje: przejście podziemne (1) i napowietrzna kładka (2).

Kiedy rok temu spłonął most, kierowcy wpadli w panikę. Władze miasta obiecały mieszkańcom, że odbudują go w ciągu jednego roku. Mało kto w to wierzył, a jednak obietnicy dotrzymano dzięki nowatorskiej technice budowy.

Ale dżouk w tym, że razem z jezdnią zniszczeniu uległy także ciągi rowerowo-piesze. Obiecywano, że zamiast nich zrobią coś nowego, superfajoskiego (bo dotychczasowe rozwiązania były skandalicznie niewygodne). Na razie nic się nie dzieje, bo takie są w tym mieście priorytety.

W czasach młodości lubiłem jechać rowerem po obu brzegach Wisły. Przekraczałem ją ówczesnymi skrajnymi mostami - czyli albo toruńskim fte, a łazienkowskim wefte, albo odwrotnie.

Tym szlakiem zainaugurowałem tegoroczny sezon, acz od mojej młodości szlak się znacznie wydłużył. Teraz jedzie się od północnego do siekierkowskiego.

Lewym brzegiem generalnie jedzie się przyjemnie. Wyjątkiem nadal jest najgorszy odcinek między Śląsko-Dąbrowskim a Centrum Nauki Kopernik.

Jak wiadomo z prawie nieczytelnej dziś tablicy pamiątkowej, 80 lat temu ukończenie tego odcinka planowano na rok „194x”. Na tablicy zostawiono wolne miejsce na dostukanie cyferki. Obecny termin to lato 2017.

Za komuny raz się zawziąłem, żeby pokonać cały ten szlak brzegiem Wisły. Rower musiałem nieść. Było to trochę hardkorowe, zwłaszcza kiedy przeskakiwałem z nim nad ujściem kolektora ściekowego.

Na szczęście już doprowadzili te bulwary do takiego stanu, że w razie kolejnego załamania cywilizacji, dzisiaj dałoby się w zasadzie całość przejechać. A nigdzie nie trzeba skakać.

Poza tym odcinkiem, na lewym brzegu Warszawa wygląda jak piękne, europejskie miasto. Nic tylko biegać z selfiestikiem i robić słitfocie. Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna tutaj ogłosić kolejny start w wyborach pod hasłem „BHAWO JA!”.

Co innego brzeg prawy. Tutaj zaraz po przejechaniu Wisły mostem północnym czy siekierkowskim wpadamy w krainę z reportaży Ziemowita Szczerka.

Mijamy peerelowskie biurowce typu Lipsk zakryte płachtami „PRYWATNA WYŻSZA SZKOŁA BIZNESU, ADMINISTRACJI, PRAWA I GOTOWANIA NA GAZIE”, przedziwne baraki z napisem HURTOWNIA FARB albo WESELA KOMUNIE TANIO NA WYNOS, ogrodzone osiedla o nazwie „ZACISZNY ZAKĄTEK”, które pewnie ładnie wyglądały na folderach, ale przed nabywcami ukryto, że będą tu skazani na samochód, jakby nie mieszkali w mieście.

Prawy brzeg Wisły nie jest uregulowany. To unikalne w europejskiej stolicy i też uważam, że powinno tak zostać. Ale w praktyce to znaczy też, że nie ma tu żadnego odpowiednika nadwiślańskiego szlaku rowerowego.

Na północy ścieżka rowerowa urywa się zaraz po zjechaniu z mostu. Na południu w miarę przyjemnie dojedziemy do Portu Praskiego.

Co pomiędzy? Możemy się uprzeć, żeby jechać mniej lub bardziej dzikimi, nieutwardzonymi ścieżkami przez nadwiślańskie krzaczory - przejezdność zależeć będzie pod pogody.

Alternatywą są nieprzyjemne ulice, wzdłuż których w praktyce lepiej nielegalnie jechać chodnikiem. Ale te chodniki są wybrukowane staroświeckimi płytami - w piekle każą po nich jeździć na rowerach snobom narzekającym na kostkę bauma. W rejonie zoo w dodatku w weekend chodniki będą zastawione parkującymi samochodami.

To raj dla konesera urban decay. Na Tarchominie i Żeraniu miniemy rozsypujące się ruiny fabryk, jak w Detroit. Na Wale Miedzeszyńskim ruiny basenów i ciekawostki takie, jak schody, które kiedyś prowadziły nad Wisłę, a ponieważ są już katastrofą budowlaną, odcięto je kratą, żeby ktoś sobie krzywdy nie zrobił.

Krata już zardzewiała. Beton zdążył porosnąć mchem. A ten mech zdążył obrosnąć trawą. Następnym etapem będą drzewa, może dożyję, nim to ucywilizują.

Na prawym brzegu jedyna oaza cywilizacji to otoczenie Narodowego. Tu nagle jest fajnie. Ścieżki rowerowe są pokryte równą kostką albo i nawet gładkim asfaltem.

Ale jak którąś odjedziemy w bok, dotrzemy do granicy kontraktu - i ścieżka albo się urwie, albo znów zrobi paskudna. Silna tu jest pokusa, żeby zjechać eurodekadencką windą do gejoliberalnego metra i uciec nim na sojową latte na Zbawiksa.

Na prawym brzegu wszystko jest brzydkie. Ładnie mogłaby wyglądać Saska Kępa, ale nie widać jej zza ekranów akustycznych. Neogotycki Święty Florian tu tylko czasem miga zza brzydkich bloków, lepiej go widać z lewego brzegu.

Nawet ludność okoliczna zachowuje się tu inaczej. Był lany poniedziałek, więc zapobiegliwie ukryłem ajfonsa w wodoodpornej wewnętrznej kieszonce sakwy, żeby nie paść przypadkową ofiarą polewania dam.

Na lewym brzegu tego nie było. Na prawym - blokersi ścigali blokersówny z polewaczkami, jak na rynku w Małkinii.

Lewym brzegiem nie boję się jechać nocą. Rozświetlony odcinek bulwarów między łazienkowskim a kopernikiem nawet do tego zaprasza.

Prawym brzegiem bym się bał, zwłaszcza Modlińską czy tzw. Wybrzeżem Puckim (ulicą istniejącą głównie na mapie). Choć o trzeciej w nocy pewnie lepiej być tu niż tam - tutaj przynajmniej na tym odcinku miniemy z dziesięć całodobowych stacji benzynowych, część z McDonaldsami. Na lewym będą ze dwie, nie ręczę za ich całodobowość.

Komuś, kto nie zna Warszawy, ten opis mógłby się ułożyć w prosty schemat. Tu Polska A, tu Polska B. Tu polska Ziemowita Szczerka, tu Polska Filipa Springera. Tu Polska PiS, tu Polska KOD. Tu ludzie sukcesu, tam ofiary transformacji - i tak dalej.

Na pewno nie jest tak. Na prawym brzegu w postindustrialnych budynkach CD Projekt pisze gry komputerowe, które socjolodzy kultury analizują na SWPS. Na prawym brzegu mieszkają Czubaj, Hugo-Bader i ciotka Johanna.

Morał z tego jest więc chyba bardziej skomplikowany. Warszawa to miasto rozwijające się w sposób chaotyczny. To nie jest tylko wina obecnych władz, choć oczywiście te dołożyły swoje błędy - a do dzisiaj mają tendencję do olewania miastotwórczej roli ciągów pieszo-rowerowych.

Prawy brzeg to wspólne dziedzictwo dwóch stuleci zaniedbań i gospodarki ekstensywnej. Przyjemnie się o tym duma, gdy rower trzęsie się na betonowych płytach. Ale jeszcze przyjemniej jest potem dać nogę na lewy brzeg Wisły...

poniedziałek, 21 marca 2016
Lewacki głos w twoim domu

I tak się już pojawiają takie offtopy w komentarzach, zatem skanalizujmy je tutaj. No więc owszem, zacząłem właśnie stawiać pierwsze niepewne kroki w branży radiowej.

Audycja nazywa się „Piąteczek”, jej dżyngiel to kryptyczne nawiązanie do kolorystyki niniejszego bloga oraz (jeszcze bardziej kryptyczne) do zwyczaju znanego blogera Radkowieckiego, który co piątek wrzuca u siebie na fejsa piosenkę Shakiry o Pacmanie w Afryce („waka waka coś tam śmoś tam Afrika”).

Ci z was, którzy słuchacie jej tylko w internecie, nie słyszycie - zdaje się? - piosenek. No i dobrze wam tak, jak ja siedzę w piątek o 20:00 w pracy, to wy moglibyście chociaż słuchać mnie na żywo.

Być może zrobię z tego jakiś blogowy cykl uzupełniający? Na razie uzupełnię pierwsze trzy audycje. W pierwszej rozmawiałem z Jarosławem Lipszycem i Radkiem Czajką o metadanych i inwigilacji, towarzyszyła nam ballada o von Braunie Toma Lehrera. W drugiej z Miładą Jędrysik i Pauliną Kozłowską, towarzyszył nam Gil Scott-Heron (w ramach pozdrowień dla Razemitów marznących pod kancelarią premiera - podobno też to puszczali).

I w trzeciej wreszcie z profesorem Janem Zielonką oraz Romkiem Imielskim z działu zagranicznego martwiliśmy się kryzysem Unii Europejskiej. Towarzyszyła nam europejska kobieta Stranglersów, piosenka z dwuznacznym tekstem, który można interpretować jako opowieść o miłości do kobiety, ale także do Europy („widziałem ją na pewnej Strasse, na pewnej Rue, a także na High Street” - mówi podmiot liryczny i obiecuje, że „będziemy razem przez tysiąc lat”).

Pomysł na piosenkę do następnej audycji już mam, podobnie jak pomysł na temat, ale wolę tym jednak zaskakiwać słuchaczy i gości. No to do usłyszenia!

poniedziałek, 14 marca 2016
Premier Zandberg

konst1

„Jedynym zadaniem Trybunału Konstytucyjnego jest ocenianie zgodności ustaw z konstytucją. Spór wziął się z tego, że prof. Rzepliński przekroczył swoje uprawnienia” - podobne argumenty usłyszycie od wielu funkcjonariuszy reżimu. Na zdjęciu: moja fejsbukowa rozmowa z pewną prorządową dziennikarką (zamazałem nazwisko, ale zdjęcie, ustawiła sobie apel o uwolnienie Sawczenko, który skądinąd popieram).

Wygląda na to, że to jakis pisowski przekaz dnia, bo spotykamy to równie często jak (równie absurdalne) „przeciek wyroku pokazał, że Trybunał kpi sobie z prawa, przecież kilkasetstronicowy wyrok powinien powstać ostatniego dnia rozprawy metodą burzy mózgów”.

Niniejsza notka ma być podręcznym arsenałem kontargumentów - poświęcę ją tym zapisom konstytucji, w których mowa o kompetencjach TK innych niż „ocenianie zgodności ustaw z konstytucją”.

Zacznijmy nie po kolei, od art. 189. To dobry kontrargument przeciwko tym, którzy twierdzą, że Trybunał Konstytucyjny przekroczył swoje uprawnienia, wtrącając się w spory kompetencyjne pomiędzy organami państwa. Artykuł ów mówi bowiem, że „Trybunał Konstytucyjny rozstrzyga spory kompetencyjne pomiędzy centralnymi konstytucyjnymi organami państwa”.

O innych uprawnieniach mówią: art. 131 (określający udział TK w procedurze stwierdzeniu przeszkody w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta), art. 188 p. 4 (dający TK prawo do oceniania „zgodności z Konstytucją celów lub działalności partii politycznych”), art. 133 i częściowo art. 183, o prawie do oceny umów międzynarodowych.

Art. 186 mówi o ocenianiu „aktów normatywnych w zakresie, w jakim dotyczą one niezależności sądów i niezawisłości sędziów” i tutaj dochodzimy do kolejnego ciekawego zagadnienia. Nawet tam, gdzie konstytucja mówi o ocenianiu ustaw przez Trybunał Konstytucyjny, dodaje coś w stylu „lub innych aktów normatywnych”.

To jest bardzo ważny dodatek, bo w intencji ustawodawcy zabezpiecza nas przed próbą przeforsowania czegoś, co nie będzie się nazywało „ustawą”, ale de facto nią będzie. Dajmy na to, Sejm powie, że to nie była ustawa, tylko uchwała (ale jednocześnie tą uchwałą będzie próbować narzucić lub unieważnić jakąś regulację prawną).

Gdy prof. Rzepliński w odpowiedzi na pytania typu „kto panu daje prawo do decydowania o tym, co wolno Sejmowi?”, udziela odpowiedzi typu „Konstytucja”, to faktycznie nie brzmi dobrze z pijarowego punktu widzenia. 80% gospodyń domowych z Gdańska zapewne odbiera to jako arogancję.

Ale ani ja, ani on nic nie możemy poradzić na to, że tak faktycznie jest. Konstytucja pozycjonuje Trybunał Konstytucyjny jako hamulcowego zmian, mogących naruszyć ład konstytucyjny, tzn. posłużyć centralnym organom władzy do zmiany konstytucji w sposób nieformalny.

Ja to rozumiem, że komuś się nie podoba konstytucja. Niech zbierze większość konstytucyjną i ją zmieni. PiS jej nie ma, nawet jeśli doliczymy jego quasi-koalicjanta, Kukiza. Trudno, niech gra w te szachy zgodnie z regułami, a nie próbuje wywrócić szachownicę czy też nazywać pionka damką.

Już to parokrotnie pisałem, ale powtórzę: tak, tego samego oczekiwałbym po premierze Zandbergu, gdyby kiedyś „moja” opcja wygrała wybory. Uważam, że w polityce od pytania „kto ma rządzić?” ważniejsze jest pytanie „jak urządzić państwo tak, żebyś nie bał się nawet władzy kogoś, kto twoim zdaniem nie powinien rządzić”.

PiS chce rządzić bez żadnych hamulców i to się podoba (niektórym?) zwolennikom PiS. Mi idea braku takich hamulców nie podoba się niezależnie od tego, kto będzie u władzy. I doceniam mądrość twórców konstytucji, którzy te hamulce zamontowali.

niedziela, 13 marca 2016
Now Playing (173)

Wpadła mi w ucho piosenka Jurija Wizbora (w Polsce szerzej znanego jako Martin Bormann z „Siedemnastu mgnień wiosny”) zatytułowana „Opowieść technologa Pietuchowa o jego spotkaniu z delegatami forum państw Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej, które miało miejsce 27 lipca w kawiarnio-lodziarni Gwiazdeczka o godzinie siedemnastej trzydzieści”. Głównie dlatego, że pół wieku temu wpadła też w ucho Stanisławowi Lemowi podczas wizyty w Rosji aż tak bardzo, że podekscytowany streszczał ją w liście do przyjaciela.

To i ja ją streszczę Wam, choć se przecież możecie kliknąć w jutubkę. Technolog Pietuchow styka się w niej z różnymi zarzutami pod adresem Rosji - że klimat tu nie taki i że twista tu nie tańczą.
Technolog Pietuchow ma na to wszystko mniej więcej taką samą odpowiedź: że ale my mamy rakiety, wybudowaliśmy tamę na Jeniseju, a w kwestii baletu, to już jesteśmy najlepsi na planecie wsiej.

Ze zwrotki na zwrotkę odpowiedź jest coraz bardziej bełkotliwa, bo towarzystwo już rozpracowało „po trista” (rym do „twista!”), a potem jeszcze zalało to „szampanskim”. Co oni tam mają za „kawiarnio-lodziarnie”?

Nie wiem, kto powiedział (może też Lem?), że z Rosją jest taki problem, że jej kultura wytwarza fałszywe mniemanie o jej społeczeństwie. A potem człowieka czeka zdziwko, kiedy się dowie, że Łukianienko też popiera Putina.

Z tym zastrzeżeniem zapraszam do autoironicznej piosenki Rosjanina o rosyjskiej mocarstwowości...

środa, 09 marca 2016
Drodzy wyborcy PiS...

Wiem, wiem, nie ma was wśród stałego grona komentatorów na tym blogu - bo całkiem słusznie obawiacie się, że będę wam wycinać komentarze. Teraz też to zrobię, jak pojedziecie bluzgami na „Polaków gorszego sortu”. Ale pewnie jednak jakaś część Was ukradkiem go czyta, tak jak ja przeglądam Wasze blogi.

Słuchajcie, ja rozumiem i podzielam Waszą nieufność wobec władzy sądowniczej w Polsce. Po naszej stronie barykady też wiele osób uważa, że wymiar sprawiedliwości to jedna z największych porażek III Rzeczpospolitej (najnowsza książkowa sensacja u nas to przecież książka Łazarewicza o nieudanym procesie oprawców Przemyka).

Krytycznie odnosimy się do różnych orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego z przeszłości. Mamy za złe Platformie notoryczne granie na zwłokę przy wprowadzaniu tych orzeczeń w życie (dla mnie wyjątkowym skandalem było tolerowanie niekonstytucyjności ustawy o związkach zawodowych).

Wielu z nas by przyklasnęło sensownym propozycjom PiS zmierzającym do usprawnienia działania sądów czy choćby Trybunału. Tylko że to, co PiS zrobił w tej sprawie, to naprawa mikroskopu młotkiem - nawet jeśli przedtem obraz był słaby i rozmazany, nie zrobi się od tego lepszy.

Po waszej stronie, z tego co widzę, panuje skłonność do sprowadzania tego do konfliktu personalnego („a bo temu Rzepińskiemu źle z oczu patrzy”) albo politycznego („a bo Platforma zaczęła, a Komisja Wenecka stanęła po jej stronie”). Tak jakby niesprawny mikroskop miał się stać sprawny tylko dlatego, że używać go będzie sympatyczny polityk z sympatycznej partii.

Po naszej panuje natomiast przekonanie, że musi istnieć jakiś sąd orzekający zgodność prawa z konstytucją i że musi on być niezależny od prezydenta i większości parlamentarnej. On się nie musi nazywać „Trybunałem Konstytucyjnym”, proszę bardzo, niech się nazywa „Izbą Konstytucyjną Sądu Najwyższego” albo choćby „Erem Merem Tytyrytki”, to są drugorzędne szczegóły.

Kluczowa jest ta niezależność. Pisowska propozycja - czyli ów młotek mający naprawić mikroskop - to Trybunał zależny od prezydenta i parlamentu. To bez sensu. Funkcji kontrolnej nie może pełnić ktoś zależny od kontrolowanego.

Propozycji PiS nie zaakceptują więc USA ani Unia Europejska, nasi najważniejsi sojusznicy. Być może zyska poklask w Budapeszcie, zapewne też w Moskwie, w Mińsku, Duszanbe czy innym Taszkiencie, ale nie w Brukseli i nie w Waszyngtonie.

„Komisja wenecka nie jest dla mnie żadnym autorytetem” - masowo deklarują pisowscy blogerzy. No i super, autorytety wszyscy mają inne, ale problem pozostaje taki, że to nie pisowcy blogerzy rozdzielają unijne fundusze.

Wszystko wskazuje na to, że awantura o trybunał zmierza w stronę unijnych sankcji. Naprawianie mikroskopu młotkiem przestaje już być takie zabawne, kiedy naprawiacz dostanie grzywnę za niszczenie mienia.

Unijne sankcje zablokują wiele elementów „dobrej zmiany”, na które liczyliście, wybierając tego swojego młotkowego suwerena. Wyrwa budżetowa sprawi, że nie będzie już mowy o podniesieniu kwoty wolnej od podatku albo obniżenie wieku emerytalnego. Plan Morawieckiego trzeba będzie odłożyć ad acta.

Na co wy właściwie liczycie? Że uda się Wam przekonać Zachód, że Wasze propozycje nie naruszają zasady niezawisłości Trybunału Konstytucyjnego? OK, część z Was mogła się tak łudzić, kiedy reżimowe media Wam opowiadały o sukcesie Szydło w Europarlamencie oraz o tym, jak miło przedstawicielom Komisji Weneckiej się rozmawiało z naszymi władzami.

To się już skończyło. To co teraz? Dyskredytowanie Komisji, że jest lewacka, platformerska, rowerowa i wegetariańska? Że skoro dopuściła się przecieku, to się tym skompromitowała?

To są argumenty, które mogą podziałać w zaklętym kręgu pisowców popierających innych pisowców. Ziemkiewicz zretweetuje Gmyza szerującego Warzechę, a ci sami komentatorzy co zwykle zrobią taką samą klakę jak zwykle.

Ale przecież musicie chyba mieć świadomość, że ta argumentacja nie wystarczy w Brukseli, Strasburgu czy w Waszyngtonie. Co gorsza, agresywne wypowiedzi przedstawicieli władz takie, jak niedawny spicze prezydenta i nadpremiera, nie ułatwiają dyplomatycznych wysiłków na rzecz załagodzenia sytuacji (pomijając już to, czy Waszczykowski umiałby załagodzić cokolwiek).

Jak to więc właściwie z wami jest? Liczycie na to, że Zachód da się w tej sprawie udobruchać? A może odwrotnie, zatupać i zakrzyczeć? A może jak jeszcze raz Szydło ich zapewni, że wszystko jest OK, to jej tym razem już naprawdę uwierzą?

Jakby ktoś z Was umiał KULTURALNIE odpowiedzieć na to pytanie, to obiecuję, że nie usunę. Naprawdę jestem ciekaw!

poniedziałek, 29 lutego 2016
Fajni ludzie sukcesu

Wygwizdanie przywódców partii Zielonych na demonstracji KOD pokazało, że nierówności społeczne i podziały klasowe są największym tabu III Rzeczpospolitej. W innych kwestiach dokonał się spory postęp przez ostatnie paręnaście lat.

Jeszcze gdzieś w roku 2005 samo niebycie katolikiem odbierane było jako obrazę załoby Wielkiego Polaka. Skazanie Urbana za obrażenie papieża prawomocnym wyrokiem w 2006 wszystkie media przyjęły z aprobatą. A dzisiaj, proszę bardzo, te same media potrafią nawet, ho ho, krytykować nauczanie Kościoła (radośnie nieświadome, że wyrok sprzed 10 lat stworzył niebezpieczny precedens).

Jeszcze ciekawsza ewolucja dokonała się w kwestii praw LGBT (wiem, że ostatnio doszły jakieś nowe literki, ale proszę mi wybaczyć, że będę się trzymać tej wersji). W 2005 roku obsesje księdza Oko jeszcze uważano za akceptowalne w publicznym dyskursie, nawet wydrukowano jego manifest w „Wyborczej”.

Wtedy najradykalniejsza opcja tolerancji sprowadzała się do „pozwalajmy im istnieć, byle robili to w domu po kryjomu i się  z tym nie afiszowali” (to jest polski liberalizm anno 2007!). Dzisiaj postawa „rób to w domu po kryjomu” dalej wyznacza granicę, ale teraz tę drugą - moherowo-konserwatywną, bo ksiądz Oko wyleciał poza mainstream.

W tej sprawie mamy więc niewątpliwy postęp. Lewica ograniczająca się wyłącznie do szeroko rozumianej obyczajówki będzie mile widziana w mediach, ważni redaktorzy będą wpadać na jej manify i parady, jej przedstawiciele będą zapraszani do komentowania bieżących wydarzeń.

Ale niech ktoś coś powie, dajmy na to, o redystrybucji albo o podziałach klasowych. Wuwuzele zrobią „wiuuu!”.

Pod tym względem zamiast postępu jest regres. W kampanii wyborczej 1995 Aleksander Kwaśniewski postulował wprowadzenie nowej (czwartej) stawki podatkowej dla najlepiej zarabiających. Jego następca Leszek Miller wprowadził podatek liniowy dla przedsiębiorców, a PiS skasował trzecią stawkę.

I tutaj, co jest dla mnie szczególnie interesujące, nie ma różnic między Kaczyńskim, Petru, Schetyną czy Nowacką. Legenda o „socjalnej wrażliwości PiS” jest legendą. Program 500+ również skonstruowano przecież tak, żeby ubodzy bezdzietni zrzucali się na rodzinnego SUV-a dla klasy średniej z trójką dzieci.

Swój socjalny dyskurs PiS bowiem konstruuje tak, jakby podziały klasowe nie istniały. Źródłem biedy jest w nim zawsze niewidzialny Układ, który jednako ciemięży(ł) Romana Kluskę, jako i sprzątaczkę w Optimusie.

Nigdy nie ma tam więc postulatów typu „zabrać bogatym, żeby dać biednym”. Są za to działania de facto odwrotne, jak np. przywileje podatkowe dla najbogatszych i wycofywanie się z obietnic, na których skorzystaliby najbiedniejsi (np. podniesienie kwoty wolnej od podatku).

Płacimy jako społeczeństwo cenę za to, że daliśmy sobie wmówić, że podziały klasowe były w XIX wieku, a teraz są czymś przestarzałe. „Każdy ma szansę na sukces”, to nieustanny przekaz neoliberalnych mediów, które wychowały w ten sposób elektorat PiS - wyborców przekonanych, że odnieśliby sukces, gdyby tylko Układ przestał ich gnębić, a państwo wsparło polską przedsiębiorczość.

Jedyny podział społeczny, o jakim wolno mówić bez naruszenia tabu, to podział na „beneficjentów transformacji” i „osoby poszkodowane przez transformację”. Podział bezsensowny, bo wszyscy coś na transformacji zyskali i wszyscy coś stracili, ale w przypadku większości z nas nasza obecna pozycja na klasowej drabinie III RP była zdeterminowana pozycją na klasowej drabinie PRL naszej lub naszych rodziców.

Skoro więc „każdy ma szansę na sukces”, logicznym wnioskiem kogoś, kto sukcesu nie odniósł, jest mniej lub bardziej urojona autoidentyfikacja w roli „poszkodowanego przez transformację”. Tymczasem prawda jest arcybanalnie arcyprosta: NIE WSZYSCY MOGĄ ODNIEŚĆ SUKCES.

Tylko że tabu działa właśnie tak, że o słoniu w pokoju się nie mówi i już. Stąd złość fajnopolaków z KOD na działaczy partii „Zielonych”, którzy poruszyli zakazany temat.

Gdybym dostał dychę za każdy publicystyczny tekst typu „Partia Razem powinna się przyłączyć do KOD”, byłbym człowiekiem sukcesu (zwłaszcza, że za suchara „powinni się nazywać Osobno, le hurr de le durr” należy się dubeltowa stawka). Ciekawa w tych tekstach jest asymetria: pretensje są wyłącznie do Razem, ale nigdy nie ma pytania, czy KOD w ogóle przewiduje współpracę z kimś poza „ludźmi sukcesu” w rodzaju Giertycha, Petru czy Nowackiej.

Już wiemy, że nie bardzo. A przecież alternatywa jest prosta - albo dostosuje się do tej porady, albo przegra tak jak opozycja na Węgrzech.

piątek, 26 lutego 2016
Ubecki ranking

Skoro ubecy stali się ostateczną wyrocznią w kwestii zawiłości naszej historii, lutowy ranking od czapy poświęcę najwspanialszym kreacjom oficerów UB i SB w polskim kinie. Numero uno jest dla mnie oczywisty: Nie masz, ach nie masz ubeka nad kapitana Wirskiego w „Człowieku z żelaza” (Andrzej Seweryn).

Wirski

Wielu ludzi błędnie zakłada, że „Człowiek z żelaza” kończy się dobrze (albo że głównym bohaterem jest Lech Wałęsa; nie jest, pojawia się w tle w roli samego siebie, podobnie jak Walentynowicz czy Borowczak, którzy odgrywali przecież nie mniej istotną rolę w sierpniowym strajku). Otóż kończy się źle. Przegapili to nawet w oficjalnym streszczeniu w serwisie filmpolski.pl!

Główny wątek fabuły to prowokacja, którą Wirski montuje razem z obleśnym partyjnym aparatczykiem Badowskim (Franciszek Trzeciak). Chodzi o skompromitowanie jednego ze strajkujących stoczniowców, Tomczyka. To postać fikcyjna, acz luźno wzorowana na Borusewiczu (Jerzy Radziwiłłowicz).

Wirski i Badowski chcą, żeby upadły dziennikarz Winkel (Marian Opania) sporządził kompromitujący reportaż, tak zwaną (wówczas) „śmierdziuchę”. Podstawą reportażu ma być teczka Tomczyka, którą Opani wręcza Wirski.

Teczka przedstawia Tomczyka jako zdegenerowanego psychopatę. Jako widzowie możemy jednak zrobić to, czego nie możemy zrobić z żadną ubecką teczką w rzeczywistości - obejrzeć we flashbackach, jak coś wyglądało naprawdę, a jak SB to przedstawiło w swoich zafałszywanych papierach.

Gdyby mogło tak być teraz, że przy każdym świstku z teczki Kiszczaka pokazują nam się prawdziwe okoliczności jego powstania! Ale w życiu to równie niemożliwe, jak wyciągnięcie MacLuhana zza kadru.

W finale więc wprawdzie Winkel się w końcu buntuje i zrywa współpracę z Wirskim, ale to nie ma znaczenia. SB będzie miała swoją śmierdziuchę z nim albo bez niego.

Dzidek (Bogusław Linda), symboliczny wahający się polski inteligent, wierzy w ich wersję i wierzy, że to Winkel jest kłamcą. „Ale ja ci to wszystko mogę wytłumaczyć” - bełkocze przerażony Winkel. „Ten pan nam już wszystko wytłumaczył” - odpowiada Dzidek. Już jest ich, cały na wieki, już nic sobie nie da wyjaśnić. Samo życie!

Maurer

Lubię myśleć, że kreacje Lindy w wczesnych filmach Pasikowskiego to kontynuacja kreacji Lindy w „Przypadku” i „Człowieku z żelaza” - sympatycznego ale pochopnego inteligenta, którym strasznie łatwo jest manipulować. Porucznik Arek i Franz Maurer mają jakieś ogólnikowo nakreślone „backstory”: że kiedyś Kochali i się Nacięli, kiedyś byli Idealistami, a teraz już Wiedzą O Co Chodzi.

To backstory pasuje do kogoś takiego jak Dzidek albo Witek z „Przypadku”. Pomijając przecież ten cały samolot - zapewne w każdym wariancie Witka czeka życiowe rozczarowanie. Rozczaruje go albo partia, albo opozycja, albo miłość, bo Witek robi wrażenie człowieka, który jako trzydziestolatek nie umie się pogodzić z życiową prawdą, że „takie jest selawi”.

A jak już się pogodzi koło czterdziestki, to kosztem przeistoczenia się w tego wypalonego cynika. I dopiero w tej kreacji zresztą zrobił wreszcie zasłużoną karierę, bo wypalony cynik to idealny „gieroj naszego wriemieni” Trzeciej Rzeczpospolitej.

Siwy/Kapielowy

Porządny ubek powinien przede wszystkim przerażać. Z Franzem Maurerem lepiej nie zadzierać, ale nie robi wrażenie skondensowanego zła. Wirski już bardziej, ale jednak ma jakieś ludzkie cechy, wydaje się osobą, z którą dałoby się pogadać (choć tu nawet nie wystarcza zasada „lepiej z nim nie zadzierać”, bo nigdy nie wiadomo, kiedy on zadrze z tobą).

Nikt, naprawdę nikt (zapraszam do kontrprzykładów!) nie przerażał w roli ubeka tak jak Janusz Gajos. Brr! Jest straszny w „Przesłuchaniu” i jest straszny w „Psach”. Tu też lubię sobie wyobrażać, że ta druga postać jest kontynuacją tej pierwszej (chociaż oczywiście wiek się nie zgadza).

Seweryn zresztą też w „Uwikłaniu” Bromskiego gra jakby tę samą postać, co w „Człowieku z żelaza” - jego Prezes jest jakby kontynuacją Wirskiego. Co prowadzi do smutnego wniosku, że jesteśmy w tym kraju zatrzaśnięci w pułapce wiecznej sequelozy, w której te same postacie ciągle odgrywają ten sam dramat.

poniedziałek, 15 lutego 2016
Now Playing (172)

Obejrzałem właśnie z zachwytem trzy pierwsze odcinki nowego serialu HBO „Vinyl” (więcej na razie dziennikarzom nie udostępnili). Moje skojarzenia są dziwne jak ja, więc zamiast glam rocka czy rnb, pod wpływem tego serialu zaczęła mi brzęczeć w głowie grecka piosenka „Efige, Efige”.

Źródło skojarzenia jest w gruncie rzeczy banalne. Kapitalną postać drugoplanową w „Vinylu” gra Paul Ben-Victor.

W „Vinylu” jest stereotypowym Aszkenazyjczykiem z powiązaniami z Kosher Nostra (jak amerykańska prasa żartobliwie nazywała żydowskie odgałęzienie mafii). W serialu „The Wire” Ben-Victor z kolei grał niejakiego Vondasa, który uchodzi za Greka (ale jak pamiętamy z dialogu między nim a jego szefem w finale drugiego sezonu - „ma wiele nazwisk i wiele narodowości”).

W obu serialach Ben-Victor gra w gruncie rzeczy tę samą postać. Człowieka pozornie bardzo sympatycznego, który jednak potrafi się uśmiechnąć tak przyjaźnie, że ciarki idą po grzbiecie.

Pod koniec drugiego sezonu, jak pamiętamy, Frank Sobotka idzie na decyzującą rozmowę z Vondasem. Z której już nie wraca, bo tak się kończą takie decydujące rozmowy. Finałowi towarzyszy właśnie „Efige, Efige” Steliosa Kazantzidisa.

Sądząc po komciach z jutuba, większość nowych fanów tej piosenki trafiła na nią właśnie via HBO. Typowe komcie to „Business. Always business” albi „Reelect Frank Sobotka”!

Piosenka jednak rzeczywiście jest piękna i jeśli jacyś komcionauci zechcą wystąpić w roli geniusza-podpowiadacza (jeśli lubisz to, to spodoba ci się też tamto), będę dźwięczny. Chociaż z jednej strony od razu kojarzy nam się z Grecją - coś w tym brzmi strasznie arabsko. Ale jako totalna noga z muzykologii, nawet nie wiem co (metrum? harmonia? wszystko na raz?).

Bardzo się ucieszę, jeśli ktoś zechce się powymądrzać...

piątek, 29 stycznia 2016
Sumliński: czemu kłamał?

Kiedy „Newsweek” zaczął ujawniać plagiaty w książce „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, Wojciech Sumliński odpowiedział blogonotką pod tytułem „W odpowiedzi Newsweekowi: do zobaczenia w sądzie”. Nigdy jednak nie wywiązał się z obietnicy pozwania „Newsweeka” za ten artykuł i za następne.

Szkoda. Polska może byłaby lepszym krajem, gdyby wprowadzono ustawowy zakaz kłamliwego zapowiadania wniesienia sprawy do sądu. Zapowiedziałeś to publicznie - no to faktycznie składaj pozew albo płać karę.

„Do zobaczenia w sądzie!” to w Polsce standardowa replika kłamcy przyłamanego na kłamstwie. To nic nie kosztuje, a może ktoś uwierzy w niewinność kłamcy.

Kiedyś obiecywałem sobie, że będę to monitorować i po paru latach ogłoszę listę fałszywych zapowiedzi procesu. Nigdy się za to nie zabrałem. No to powiedzmy, że zaczniemy od Sumlińskiego, który nie pójdzie z tym do sądu, bo jego sprawa wygląda beznadziejnie.

A dlaczego jego nikt nie pozwał? W Psychiatryku24 często pojawia się to jako argument, że przecież „gdyby kłamał, to by go pozwali”.
Otóż to nie jest takie proste. Polskie prawo generalnie jest przychylne kłamcom, plagiatorom, paszkwilantom. Sumliński zbudował z tego wygodny model biznesowy.

Znam z pierwszej ręki sprawę jego plagiatu tekstu Ewy Winnickiej. Gdy Ewa zadzwoniła do niego z pretensjami, ten wyjechał jej z płaczem, że ma ciężką sytuację i żeby się zlitowała. Więc się zlitowała (ale gdyby się nie zlitowała, niewiele by mu mogła zrobić - sąd by w najlepszym wypadku zasądził symboliczne zadośćuczynienie).

A dlaczego na kłamstwa nie zareagował Komorowski ani jego otoczenie? Pewnie jakoś zareagować powinni i można by to uwzględnić w wielotomowym dziele, zatytułowanym „Rzeczy, które sztab Komorowskiego powinien był zrobić, a jednak nie zrobił”.
Inna sprawa, że trudno wymyślić sensowną reakcję. Właśnie dlatego, że Sumliński tak bezczelnie kłamał - trudno o punkt zaczepienia..

Sumliński zapewne celowo przekręcał imiona czy nazwiska, opisując rzeczywiste postacie. Lichocki jest u niego Lichodzkim, Tobiasz Tobiszem, Jerzy Sutor Krzysztofem Sutorem. Sumliński regularnie spotyka się ze swoimi anonimowymi autorami w miejscach, które ewidentnie nie istnieją, jak „restauracja w Dziekanowie Leśnym” (i ja bym jej nigdy nie odkrył? droid, please...).

Te wszystkie nieścisłości pozwalają mu z jednej strony kłamać, że „wszystko co opisałem wydarzyło się naprawdę”, a z drugiej w razie ewentualnego procesu wszystkiego się wyprzeć. Gdyby Komorowski naprawdę poszedł z tym do sądu, usłyszałby, że to tylko proza political fiction.

I wtedy w najlepszym wypadku Komorowski wywalczyłby jakieś przeprosiny i wycofanie nakładu. Po czym Sumliński zremiksowałby swój bełkot i wydał od nowa pod zmienionym tytułem, a swoim zwolennikom przedstawiłby się jako męczennik zaszczuty przez komunistyczne sądy.

Przypuszczam jednak, że komentatorzy przeceniają wpływ tej książki na wybory prezydenckie. Nie wierzę, żeby Sumliński rzeczywiście odebrał Komorowskiemu wyborców. Nie wierzę, żeby ta książka mogła przekonać nieprzekonanego.

Ludzie, którzy twierdzą, że ją przeczytali i pod jej wpływem zmienili zdanie o Komorowskim - kłamią. Już wcześniej mieli do Komorowskiego jakieś uprzedzenia i wieść o istnieniu takiej książki ich utwierdziła w przekonaniu.

A i tak w większości jej nie przeczytali. Kupić - owszem. Ale żeby to przeczytać, trzeba być zawodowym recenzentem, który liczy na wierszówkę.

Przebiłem się przez „Operację Chusta” Terlikowskiego. Fedrowałem w „Dolinie nicości” Wildsteina. A jednak w kategorii prawicowej grafomanii Sumliński zaskoczył nawet mnie.

On po prostu nigdy się nie nauczył elementarnych zasad kompozycji. Skleja swoje książki z fragmentów, które do siebie nie pasują, więc czytelnika odrzucają ciągłe skoki nastroju. Chwilami jest absurdalnie szczególancki, a potem nagle przyśpiesza narrację. Robi błędy językowe na poziomie humoru zeszytów, typu „wydobycie od niego informacji było trudne jak wyciąganie łososia z bagna”.
Każdy jako-tako oczytany człowiek od razu zauważy, że ma do czynienia z grafomańskim mitomanem.

Kariera Sumlińskiego na polskiej prawicy to jeszcze jeden dowód na to, że prawicę w Polsce jednoczy nade wszystko jedno: niski poziom oczytania.

poniedziałek, 25 stycznia 2016
2016 nie bedzie jak 2006

Styczniowy ranking od czapy będzie znów bardzo polityczny, bo takie niestety czasy. Poświęcę go trzem powodom, dla których ta IV RP będzie zupełnie inna niż tamta IV RP, zatem wyciąganie wniosków z historii może prowadzić na manowce.

1. 500 na dziecko to nie Rywinland
Oni teraz wygrali dzięki hasłom socjalnym. Wtedy - dzięki obietnicy rozliczenia afer i rozbicia Układu. Rozbudzili więc innego rodzaju nadzieje, a co za tym idzie, szybciej poczują gniew rozczarowanych wyborców.

Zaspokajanie potrzeby rozliczania afer jest proste. Wystarczy spektakularnie oskarżyć aferzystów. Jeśli się ich nie uda odnaleźć - wystarczy dobrać z uczciwych ludzi, których czymś się obryzga. I styknie.

Poprzednia IV RP mogłaby tak jechać w nieskończoność. Żadnej naprawdę dużej afery nie udało im się zdemaskować. Ale co to za problem, łapać przypadkowych lekarzy, a może któremuś coś się w końcu uda udowodnić.

Teraz rozbudzili w wyborach konkretne nadzieje. Elektorat PiS czeka na te 500 w gotówce na każde dziecko, obniżenie wieku emerytalnego i podniesienie kwoty wolnej od podatku.

Na razie PiS jest w stanie grać na zwłokę, obiecując, że te obietnice zacznie wprowadzać w życie za linuksiarskie pół roku. Ale kiedyś w końcu będą musieli przyznać, że jednak wcale nie na każde dziecko, i chyba jednak nie w gotówce, i niekoniecznie 500.

A poza tym przeproszą za nieporozumienie. Chodziło o podniesienie wieku emerytalnego i obniżenie kwoty wolnej od podatku, ale zadziałał ten sam chochlik drukarski, który zamienił „pomoc dla franciszkanów” na „pomoc dla frankowiczów”.

Tego niczym nie będą w stanie przykryć. Wszystkie propagandowe sztuczki prezesa Kurskiego nie powstrzymają fali vqrvu ich własnego elektoratu, kiedy już wyjdzie na jaw, że obietnice socjalne były taką samą ściemą, jak ukrywanie Macierewicza w sejfie.

2. Upadek Psychiatryka
Poprzednia IV RP zbiegła się z rozkwitem blogosfery. Każdy wtedy zakładał bloga, nawet ja się dałem skusić (OJEZU! W TYM ROKU DZIESIĄTA ROCZNICA!).

Media obywatelskie były wtedy buzzwordem. Dziś buzzwordem są media społecznościowe. Blogerzy porzucają blogaski na rzecz fejsa, twita, jutuba, snapczata i cholera wie czego jeszcze.

To samo dotyczy prawicowej blogosfery, która jest tak bardzo martwa, że niedawno zauważyłem, że w 2015 nie użyłem ani razu taga „PsychWatch”, który kiedyś wymyśliłem dla tekstów kpiących z prawicowej blogosfery.

Jasne, ktoś tam ciągle jeszcze coś pisze dla Psychiatryka24, jakieś oznaki życia jeszcze dają serwisy odpryskowe - te wszystkie niepopki i blogpressy. Ale gdzie te wielkie jak Jubelgate, Upadek Fyma czy odkrycie przez Krzysztofa Kłopotowskiego (prawdziwe nazwisko Gene Meshukopf) prawdziwych nazwisk polskich polityków!

Gdzie te ich spotkania na grillu u Nicponia, na domówce u Leskiego czy na polu namiotowym u Koteusza! Gdzie te kampanie protestu bloggerów przeciwko zmianom regulaminu przez Igora Janke albo protesty Bogny Janke przeciw zmianom okręgów wyborczych w Konstancinie!

Gdzie te czasy, gdy Gniewomir protestował przeciwko kolejkom na poczcie i odkrywał, że Lesław Maleszka to pseudonim agregatu prądotwórczego! Gdzie te rozłamy i upadki różnych Tekstowisk i Nowych Ekranów!

Większość tych afer brała się z tego, że w tych serwisach kaczyści moderowali kaczystów. W mediach społecznościowych moderacja jest w rękach amerykańskiej korporacji, która ma gdzieś polską politykę. To jeszcze nie raz ich zaskoczy.

3. Autostrada Warszawa-Lizbona
I na koniec temat bardzo ważny dla mojego blogaska: autostrady. W 2006 jazda samochodem przez Polskę to było chażdienije pa mukam. Teraz na większości tras już jest całkiem przyjemnie, a jeśli nawet PiS niczego nie posunie naprzód (pewnie skądinąd nie posunie), Platforma zostawiła dość podpisanych umów, żeby kaczyści mieli przed czym przecinać wstęgi do końca kadencji.

W 2019 powinniśmy już być po domknięciu sieci, z S3 łączącą Szczecin z Legnicą (a przy okazji A2 z A4), tudzież z obwodnicą Częstochow i dużymi fragmentami S5 i S7. Nawet jeśli PiS nie zostawi swoim następcom nic do przecinania wstęgi, i tak będzie dobrze. Przynajmniej w tej kwestii...

sobota, 16 stycznia 2016
Związkowe przywileje

Przywileje związków zawodowych to temat o tyle zabawny, że związek zawodowy z definicji jest organizacją obdarzoną pewnymi przywilejami. Gdyby miał mieć takie same uprawnienia jak zwykłe stowarzyszenie - byłby zwykłym stowarzyszeniem.

Kiedy czytamy o tym, jak w XIX wieku związki były zakazane czy to w USA, czy to w II Cesarstwie, to nie oznacza, że pracownikom tak po prostu nie było wolno się zrzeszać. Amerykańskie proto-związki, które opisuję w swojej powieści, działały na przykład jako towarzystwa braterskiej samopomocy.

Zakaz oznacza właśnie brak owych przywilejów. Jeśli związek działa jako zwykłe stowarzyszenie, to nie wolno mu robić strajku, pikiety czy nawet występować w imieniu załogi przed pracodawcą.

We wszystkich cywilizowanych krajach w XX wieku przyjęto zasadę, że powinny istnieć organizacje obdarzone takimi przywilejami. Regulacje mogą być tak skrajnie odmienne, jak w starej Unii i w USA, ale jakieś przywileje są wszędzie.

Nawet ludzie dalecy od marksizmu pogodzili się bowiem z zasadniczym argumentem, wyłożonym przez papę Marksa w „Kapitale”: że na dalszą metę rynek pracy jest trwale niezrównoważony na korzyść pracodawców. Sytuacje, w których pracownicy mają chwilową przewagę i mogą dyktować warunki, są rzadkie i efemeryczne.

Puszczenie relacji pracownik - pracodawca na wolnorynkowy żywioł musi więc oznaczać dyskryminację tego pierwszego. Pracownicy w społeczeństwie stanowią większość, nie jest więc możliwa stabilna demokracja bez JAKIEJŚ formy uprzywilejowania organizacji pracowniczych.

Od dobrych stu lat nikt nie kwestionuje tej prostej prawdy w cywilizowanych krajach. Leży u podstaw różnych międzynarodowych aktów prawnych ratyfikowanych przez Polskę. Kwestionują ją najwyżej polscy korwinobalceryści, no ale oni potrafią kwestionować nawet globalne ocieplenie.

Polska ustawa o związkach zawodowych pochodzi z roku 1991. Przyjmował ją jeszcze Sejm kontraktowy (czyli ostatni Sejm PRL). Okoliczności sprawiły, że de facto jest ustawą o NSZZ „Solidarność”, dlatego stosunkowo łatwo dziś działać w tym związku, a stosunkowo trudno w innym, zwłaszcza branżowym (założenie branżowego od zera jest zaporowo trudne).

To prawda, że ta ustawa jest nieprzystosowana do dzisiejszych czasów i prowadzi do licznych patologii. Wydaje mi się, że potrafię w skrócie wyjaśnić, skąd te patologie się biorą.

Zgodnie z ustawą związek reprezentuje pracowników przed pracodawcą (art 4), ale ma do tego słaby mandat demokratyczny. Wystarczy 10 osób, by założyć zakładową organizację (art 25 prim) - i te 10 osób nagle zyskuje spore uprawnienia.

Nie, nie chodzi o ten mityczny etat związkowy, do tego musi ich być 150. Chodzi o podpis, bez którego pracodawca nie będzie mógł robić różnych rzeczy (np. dysponować milionami z funduszu socjalnego).

Jednocześnie jest instytucja, która ma mocny mandat, bo pochodzi z powszechnych wyborów - rada pracownicza. Ale z kolei ta nie ma praktycznie żadnych uprawnień.

Mamy więc sytuację, w której pracowników reprezentują dwa ciała. Jedno ma silny mandat i zerowe uprawnienia, drugie ma silne uprawnienia i słaby mandat.

Przyczyna jest prosta - ustawę o związkach dano „Solidarności” w prezencie za jej historyczne zasługi. A ustawę o radach pracowniczych przyjęto w ramach wdrażania unijnej dyrektywy 2002/14/WE - Unia kazała, no to na odczepnego przyjęliśmy niezbędne minimum.

W większości krajów demokratycznych przyjęto jakieś rozwiązania, które związkowe przywileje łączą z wymogiem demokratycznego mandatu. W Stanach nie wystarczy 10 założycieli, cała załoga musi najpierw zagłosować, czy chce być reprezentowana przez dany związek. W Niemczech związek działa przez wybranych przedstawicieli załogi.

Takie rozwiązania wystarczyłyby do ukrócenia polskich związkowych patologii. Skąd się bierze „kilkanaście organizacji w jednej kopalni”? Stąd, że dla pracodawcy mnożenie organizacji to skuteczna forma samoobrony - wtedy te organizacje nie mogą realizować części ustawowych uprawnień, bo się nie mogą dogadać.

Sama likwidacja „związkowych etatów” tego problemu nie rozwiąże, jeśli pozostawimy problem mandatu demokratycznego. Rozwiązanie tego problemu wymagałoby jednak kompleksowej zmiany wielu ustaw.

Jak już pisałem tu na blogu, najbardziej podoba mi się model niemiecki, w którym pracownicy ustawowo reprezentowani są w radzie nadzorczej. Akurat tutaj nie jestem za modelem nordyckim, czyli „systemem Ghent”, bo wymaga częściowego upaństwowienia związków (a ja z powodów historycznych jestem przywiązany do idei „niezależności i samorządności”).

Tak mi się dziwnie ułożyło, że dwie ustawy najważniejsze dla mojego życia zawodowego - prawo prasowe i ustawa o związkach zawodowych, są straszliwie przestarzałe i ewidentnie nie pasują do realiów roku 2016. Ale jednocześnie boję się złych skutków, gdyby jakiś Petru czy Kaczyński zaczął przy nich majstrować, więc ja też wolę, żeby zostało tak jak jest, niż żeby przyjąć kagańcowe prawo prasowe albo ustawę paraliżującą związki zawodowe.

poniedziałek, 11 stycznia 2016
Dlaczego protestujemy

demo

 

Jeśli w czymś widzę pierwiastek nadziei to w tym, że reżim wraz ze swoimi „niepokornymi” propagandystami zdaje się tak bardzo nie rozumieć opozycji, że ta propaganda trafia ślepą kulą w płot. Mogą najwyżej przekonywać już przekonanych, ale nie pozyskają już nowych zwolenników.

Ta propaganda polega najczęściej na atakowaniu liderów opozycji - że Kijowski jest taki, a Rzepliński siaki, a Lis to już w ogóle owaki. Prawdopodobnie wydaje im się, że funkcjonujemy tak jak oni.

Myślą, że my też wychodzimy na ulicę dlatego, że jakiś Prezessimus albo Padre Direttore nas do tego wzywa. Jeśli uda im się ich skompromitować, ich apele przestaną na nas działać. Tak to chyba sobie wyobrażają.

Oczywiście, to się nie może udać dlatego, że dla mnie, tak jak chyba dla znacznej części opozycji, personalia nie mają znaczenia. Nie chodzi mi o to, że prof. Rzepliński to jakiś mój umiłowany przywódca - chodzi mi o to, że Trybunał Konstytucyjny nie powinien być podporządkowany prezydentowi ani parlamentowi.

To samo z mediami publicznymi - nie o to chodzi, że szczególnie cenię sobie Tomasza Lisa. Nie oglądam go, bo mnie nudzi ten rodzaj publicystyki. Chodzi mi o to, że media publiczne nie powinny być podporządkowane rządowi.

I wreszcie tak samo jest z obroną demokracji. Nie uważam, że jest zagrożona, bo mnie do tego przekonał Mateusz Kijowski. Personalnie, to on by mnie nie przekonał nawet do zakupu iPhone’a. Uważam, że jest zagrożona, bo PiS od początku łamie różne demokratyczne zasady takie, jak konsultowanie ustaw czy vacatio legis.

Moje przekonania są niezależne od tego, kto rządzi. Gdyby do władzy doszła partia Razem, też bym chciał, żeby jej działalność była ograniczana przez Trybunał Konstytucyjny, a bez względu na to, jak chętnie bym oglądał program „Szpro na żywo”, nie chciałbym, żeby prowadzącą przywieziono na Woronicza w alizarynowej teczce.

Chodzę na te demonstracje niechętnie, bo w ogóle nie lubię chodzić na demonstracje. Sama idea chóralnego skandowania haseł kłóci się z moim indywidualizmem.

Dlaczego nie chodziłem na demonstracje, kiedy Platforma robiła coś, co mi się nie podobało? A nie podobało mi się wiele rzeczy, bywalcy bloga mogą pamiętać choćby moje bardzo krytyczne teksty w „Gazecie” i na blogu o specustawie dopalaczowej, nie mówiąc już o moich poglądach na politykę gospodarczą.

Tylko że przynajmniej za poprzednich rządów nie czułem się zagrożony właśnie w swoim prawie do krytycznego pisania o nich. Albo w prawie do wspierania opozycyjnych ugrupowań, takich jak Zieloni czy Razem.

Czułem więc, że mam ten komfort, że protestować mogę sobie stukaniem w klawiaturę. Ale nie muszę chodzić na manifestacje, bo szczerze tego nie cierpię. Teraz ten komfort straciłem.

Wszystkie konstytucyjne swobody - wolność słowa, wolność sumienia, wolność zgromadzeń i tak dalej - są warte tylko tyle, na ile może ich bronić niezależny od władzy Trybunał Konstytucyjny. Podporządkowując sobie Trybunał, władza nam już te swobody odebrała, bo teraz nic nie stoi na przeszkodzie w uchwalaniu sprzecznych z nimi ustaw.

Dlatego trzeba protestować. I cieszyć się, że oni nie rozumieją powodów protestu, więc propaganda reżimowa nic nie może zdziałać.

środa, 30 grudnia 2015
Żegnaj, Lemmy!

Ech, do wszystkich smutnych wiadomości roku 2015 musiała dojść jeszcze ta. Żegnaj Lemmy! W sylwestra wypiję niejeden toast poświęcony Twojej pamięci.

Pierwszą płytą Motorhead z jaką się zetknąłem, był koncert „No Sleep 'til Hammersmith”. I tak jak w przypadku poprzedniej piosenki na blogu - byłem wtedy nastolatkiem.

Pewnie z tego powodu mam tak wielki sentyment właśnie do tej płyty (i do, dajmy na to, pierwszych ajronów albo „Unleashed in the East” judasów). Ale hej, „Ace of Spades” to naprawdę wielka piosenka.

Dlatego ranking zacznę bez zaskoczeń. To nie tylko najlepsza piosenka „Motorhead”, ale zapewne jedna z najlepszych piosenek rockowych wszech czasów. Na pewno umieściłbym ją w pierwszej dziesiątce.

Mój drobnomieszczański styl życia jest oczywiście całkowitym zaprzeczeniem rokendrolowego etosu. A jednak pod chociaż jednym względem identyfikuję się z bohaterem tej piosenki. W życiu nie zależy mi na wygranej.

Raz wygrasz, raz przegrasz, dla mnie to na jedno wychodzi. Przyjemność jest w grze.

Podmiot liryczny dostał właśnie „rękę martwego człowieka”. Różnie się ją definiuje w pokerze, ale najczęściej chodzi o dwa czarne asy i dwie czarne ósemki.

Taką rękę dostał legendarny rewolwerowiec „Wild Bill” Hickok w swojej ostatniej partii pokera w roku 1876. Nie wiadomo, jaka byłaby jego piąta karta, bo partię przerwał zdradziecki strzał w plecy.

Od tej piątej karty zależy, czy mamy fulla czy tylko dwie pary. Jej odwrócenie jest więc dla każdego normalnego gracza dość emocjonującym momentem.

Ale nie dla podmiotu lirycznego. On już ma jedyną kartę, jaką chce mieć - asa pik...

Dwie następne piosenki mogą już trochę zdziwić. Jako nastolatek byłem zachwycony „(We Are) The Road Crew”, właśnie z tego koncertowego albumu.


Tak jak bohater rysunku Mleczki w zawodzie wikinga najbardziej sobie cenił gwałcenie, ja w hard rocku najbardziej cenię napierdalanie. Tym fachowym muzycznym określeniem nazywam sytuację, w której gitara rytmiczna, gitara basowa i perkusja tworzą jakąś potworną niszczycielską machinę, która brzmi jak silnik czołgu superciężkiego.

Teoretycznie w każdej piosence hardrockowej jest coś takiego. Ale praktycznie ta machina wymaga jakiegoś rezonansu (?), żeby naprawdę aż mosty się waliły od rytmicznego napierdalania. No więc: przy „The Road Crew” się walą.


I żeby nie było, że słucham tylko tego, czego słuchałem jako nastolatek - podoba mi się utwór z 2010 „Get Back In Line”. 65-letni Lemmy napierdala w nim jak naspidowany nastolatek. Jedno jest pewne: mają teraz niezły koncert w Valhalli...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81