Ekskursje w dyskursie
Kategorie: Wszystkie | PCP/IP | Pathfinder | Plejlista | Polityka | Pop | Potpourri | Promocja | Psych Watch
RSS
czwartek, 16 maja 2013
Mekanik destruktiw kommandoh

Hamster Jovial

W ramach straszliwego ataku prokrastynacji dogrzebałem się na Know Your Meme do bardzo głębokiego pokładu wspomnień z dzieciństwa. Tak niejasnych, że sam już dokładnie nie pamiętam, co było naprawdę, a co sobie dopowiadam.

Moje najprzyjemniejsze wspomnienia to komiksy. Czasem po angielsku, czasem po francusku, czasem po niemiecku. Nie mam pojęcia, jakimi drogami do mnie trafiały - mieszkania warszawskiej inteligencji w latach 70. generalnie były pełne rzeczy, które ktoś przywiózł z jakiegoś wyjazdu, a potem komuś pożyczył, albo przyszedł w gości z dzieckiem i dziecko świsnęło. A kto to dziś rozkmini.

Wysilam swoją pamięć, ale kompletnie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Hamsterem Jovialem. Według cioci Wiki to mogło być na łamach komiksowego magazynu „Fluide glacial” albo na łamach muzycznego pisma „Rock et Folk”.

Pojęcia nie mam. Oba tytuły budzą jakieś niejasne wspomnienia. Mam wrażenie, że mogłem mieć dostęp do pojedynczych numerów ich obu. Może w domu, może u kolegi, a może dopiero w liceum, gdy zacząłem jeździć do biblioteki Instytutu Francuskiego?

Hamster Jovial był w każdym razie parodią estetyki rocka pierwszej połowy lat 70. Okładki płyt, które wtedy były katowaniem edża, a nie zabawnymi ramotkami, jak dzisiaj, rysownik przerabiał na zbereźną opowieść o instruktorze skautingu i jego małych skauciątkach.

W jutubie ktoś przygotował galerię, w której okładki Hamstera Joviala porównane są do oryginałów. Dobry test - czy każdą rozpoznasz? Ja też poległem na niektórych. Dopiero teraz odkryłem na przykład francuski zespół Magma, który śpiewał piosenki w fikcyjnym języku, będącym zbitką „germańsko-słowiańską”.

Kolega Szpak z pewnością zasugeruje nam odpowiednie uprzyjemniacze, adekwatne do oglądania teledysku „Mekanik Destruktiw Kommandoh” z 1977. Internet to bardzo niebezpieczne narzędzie dla ludzi, którzy mają pilną robotę.

wtorek, 14 maja 2013
Śniadanie z celebrytą

W najlepszej tradycji social media maveningu odniosę się na blogu do tego, co się działo na Facebooku, gdy Bartosz Węglarczyk poskarżył się, że w pewnym lokalu nie chcieli mu już zaserwować jajecznicy, zasłaniając się zasadą, że jajecznica jest tam serwowana tylko do południa.

Węglarczyk przedstawił to jako złe traktowanie klientów przez ten lokal, któremu w związku z tym przepowiedział bankructwo. Zapewnił też, że podróżuje po świecie i w innych krajach to nie do pomyślenia, wszędzie jajecznicę serwowano mu o dowolnej porze.

Doznał potem inwazji #ttdkn-istów, którzy na różne sposoby próbowali mu pokazać, że świat jest pełen lokali, które mają zróżnicowaną ofertę na śniadanie, obiad i kolację i jakoś wcale z tego powodu nie bankrutują. Wycinał i banował, przez co oczywiście narastało Chichrenfreude w innych zakątkach fejsa.

Szczególnie obruszył się na Szprotę za to, że ta nazwała go „celebrytą”. Nie pierwszy raz to obserwuję, ale za każdym razem mnie to dziwi - ludzie siedzący w samym sercu celebrytozy, w tych wszystkich telewizjach śniadaniowych i debilnych teleturniejach, jednak strasznie nie chcą, żeby ich nazywano celebrytami. Dlaczego?

Niestety, czy to się Bartkowi podoba czy nie, jego jajecznicowy rant doskonale się wpisuje właśnie w polską celebrytozę. Polscy celebryci w telewizjach śniadaniowych występują w roli znawców od nawozów i od świata, wygłaszając z powagą swoje opinie o medycynie, polityce, piłce nożnej, budowie autostrad i gastronomii.

Bo przecież znają się na tym wszystkim, prawda? Znają się na autostradach, bo jeżdżą samochodem. Znają się na gastronomii, bo jadają w restauracjach. Znają się na polityce, bo oglądają program Tomasza Lisa i znają się na piłce, bo oglądają program Tomasza Lisa.

Życie im czasem za to wystawia rachunek, bo gdy w końcu szczerze uwierzą, że się na tym wszystkim znają - wypróbowują tę wiedzę w praktyce. Zakładają więc restaurację, sklep z winem albo własną firmę kosmetyczną i kończy się to przeważnie brutalnym zderzeniem celebryty z realnym lajfem.

Dlaczego uważam, że to zasługuje na notkę, a nie tylko na odrobinkę lulzów na fejsie? Bo celebrytoza zatruwa polski dyskurs publiczny.

Kiedyś niejaki Robert Gwiazdowski se chlapnął, że „1 km autostrady = 3 km drogi szybkiego ruchu”. Czemu akurat „3”, nikt tego nie odgadnie, równie dobrze mógł tam wrzucić pięć albo osiem, to przecież liczba wyciągnięta z kiszki.

Niestety, ludzie takie coś traktują serio i do dzisiaj słyszę, że drogi ekspresowe są średnio trzykrotnie tańsze od autostrad, co udowodnili amerykańscy naukowcy. Celebryci uwielbiają rzucić takiego faktoida w mediach i nie przejmują się, że odbiorcy w to wierzą.

Węglarczykowi też zapewne jacyś jego fani uwierzyli, że normą na świecie jest, że restauracje przez całą dobę utrzymują dostępność wszystkich dań w menu - śniadanie, lunch, kolacja, wszystko jedno, o każdej porze można wszystko zamówić. Ich akurat spotka najwyżej przykre rozczarowanie, jak kiedyś wyściubią nos poza Polskę.

Kiedy jednak jakaś szołbiznesowa słodka idiotka rzuci coś o szczepionkach wywołujący autyzm, to już może zagrażać życiu i zdrowiu ludzi, którzy słuchają tych farmazonów. Brednie wygadywane przez celebrytów są groźne dla całego społeczeństwa.

Nie ma zapewne prostego sposobu na powstrzymanie tego zjawiska. Dyskurs publiczny łatwiej jest zepsuć niż naprawić. Bezpośrednim skutkiem tego, że dominuje w nim głos gwiazd chlapiących coś od czapy w telewizji śniadaniowej, telewizji obiadowej i telewizji kolacyjnej jest to, że politykom nawet nie opłaca się starać.

Po co, skoro i tak o wszystkim zadecyduje losowy wynik wspólnego bełkotu Dody, Kuźniara i Felicjańskiej w kolejnej edycji jakiegoś talk show. Przykro mi, że celebrytoza zjadła Węglarczyka z jajecznicą na śniadanie.

wtorek, 07 maja 2013
W łapach solucjonistów

Paul Auster

Ukazał się kolejny numer „Magazynu Książki”, a w nim moje dwa teksty. W jednym próbujemy się przelicytować z nowojorskim pisarzem na to, który jest większą zrzędą i malkontentem. W drugim - staram się streścić dwie książki króla cyberpesymizmu, Evgeny Morozova.

W „The Net Delusion” Morozov dużo uwagi poświęca Jaredowi Cohenowi, szefa think tanku Google Ideas. Cohen to orędownik ideologii, którą Morozov nazywa złośliwie „cybercon”, przez analogię do „neocon”.

Cohen łączy neokońskie przekonanie, że USA powinny się nieustannie wtranżalać w wewnętrzne sprawy innych krajów, z cyberoptymizmem, zgodnie z którym cały świat się stanie lepszy, jak już wszyscy sobie pozakładamy konta na Twitterze, Fejsie i Gieplusie. I niestety administracje Busha i Obamy traktują te farmazony serio.

Najnowsza książka Cohena i jego starszego brata, szefa Google Erika Schmidta, „The New Digital Age”, to fascynujące świadectwo intelektualnej pustki obu dżentelmenów. Nie wątpię, że za chwilę wyjdzie po polsku i będzie się tym zachwycać ta sama grupa kołowo się cytujących autorów, co zwykle.

Książka jest o tyle zabawna, że jak to bywa z korpoprojektami, autorów obowiązuje korpooptymizm przy opisywaniu usług Google’a. Twierdzą na przykład, że funkcja automatycznego uzupełniania czyni nas bardziej kreatywnymi, bo podsuwa nam nowe pomysły.

Helou? Pomysły? Chyba na prokrastynację w postaci wrzucania skrinszota na fejsa, „patrzcie, jak mi gugiel uzupełnił, ha ha”.

Punktem wyjścia Cohena i Schmidta jest zasada „informacja chce być wolna”. To dla nich niedyskutowalny aksjomat (a ja bym chciał przede wszystkim wiedzieć, czy informacja chce być antropomorfizowana).

Wyciągają z tego takie na przykład wnioski (przeklep verbatim): „Since information wants to be free, don't write anything down you don't want read back to you in court or printed on the front page of a newspaper”). Nie widzą sprzeczności między tym, a zdaniem: „In the future, people will increasingly trust cloud storage over physical machinery”.

A przecież właśnie dlatego, że w Internecie wszytko można wykorzystać przeciwko mnie, nigdy nie zaufam chmurze i dobrowolnie nie oddam fizycznych nośników. Szczere przedyskutowanie tego tematu po prostu nie jest możliwe w korporacji, która z chmury zrobiła jeden z filarów strategii.

Cohena i Schmidta gubi to, co Morozov zdiagnozował w „To Save Everything, Click Here” - solucjonizm. Absurdalny fetysz technologicznych rozwiązań.

Twierdzą na przykład, że ludobójstwo w Rwandzie nie mogłoby się dzisiaj wydarzyć, bo w kraju, w którym wszyscy mają dostęp do Internetu, nie da się podburzać Tutsi i Hutu. Internet uniemożliwia manipulowanie informacją, bo internauci odkryją, że na przykład jakieś zdjęcie zmanipulowano.

No na litość boską, „This Looks Shopped” to mem. Nie ma czegoś takiego, jak „oddolna kontrola internautów”. Kto kontroluje główne huby rozprzestrzeniania informacji, ten zdecyduje, czy wygrają ci, co wrzucili zdjęcie czy ci, którzy demaskują manipulację.

Prawdziwą czy rzekomą - to nie ma znaczenia w Internecie. Tu wygrywa ten, kto ma większego Edge- i Page Ranka. Nieważne, kłamie czy nie.

Internetowe lincze z cyklu „człowiek na tym zdjęciu zrobił coś złego, łapcie go!”, Schmidt i Cohen opisują z aprobatą i to mnie już przeraża. Piszą np. o tropieniu przez chińskich internautów kobiety, która zabiła obcasem słitaśnego kotećka (Mój Boże, większą zbrodnią w Internecie może być już chyba tylko głosowanie za ACTA).

Podoba im się sama idea „śledztw internautów”, chcieliby tylko, żeby na końcu wytropione osoby miały uczciwy proces. Jako idealne rozwiązanie tropienia zbrodniarzy wojennych postulują więc na przykład wypuszczenie przez Międzynarodowy Trybunał Karny „opensourcowej aplikacji”.

A przecież problemem w tropieniu zbrodniarzy wojennych nie jest technologia, tylko polityka. Są państwa, które celowo blokują działalność MTK - na przykład USA, zgodnie z neokońską doktryną. There’s no app for that.

Przy zbrodniach wojennych autorzy odlatują w wizję tego, jak na przykład uchodźcy będą mogli przy pomocy Google Maps dokumentować granice swoich posesji, żeby wiedzieli, gdzie potem wracać. A zburzone budowle będą odtwarzać dzięki skanom 3D (nie zmyślam tego, naprawdę podają takie przykłady).

Że też nikt dotąd nie wpadł na takie rozwiązanie problemu bliskowschodniego! Niech Palestyńczycy po prostu naniosą swoje utracone wioski na Google Maps, a potem wydrukują makiety gajów oliwnych na drukarkach 3D.

Doprawdy, nie mogę się doczekać entuzjastycznych recenzji „The New Digital Age” w polskiej prasie.

czwartek, 02 maja 2013
Z dziejów anarchizmu

Ulotka czarnej fali

Czegoś ostatnio szukałem w książce Daniela Grinberga o historii anarchizmu i znalazłem w niej zakładkę - dokument z historii anarchizmu. To ulotka zapraszająca na happening pod giełdą, zorganizowany przez środowisko Komuny Otwock (po lekko przegadanym stylu poznaję chyba klawiaturę towarzysza Wielgosza, dziś „Le Monde Diplo”?).

Rewers ulotki to miniprospekt inwestycyjny oferowanych podczas happeningu papierów wartościowych. Były to akcje wojny w Jugosławii, głodu w Somalii, nieba gwiaździstego, policji, godziny 16:57 i siebie samego.

„Pomyśl o tym wszystkim, co ludzie mogą robić o 16:57! Już od dziś możesz czerpać z tego legalne zyski” oraz „Zostań posiadaczem kontrolnego pakietu własnego ciała, zanim zostanie nim ktoś inny” - proponowała ulotka, wyznaczając cenę emisyjną na „jeden guzik”.

Hasło „POZNAJ SIŁĘ SWOICH GUZIKÓW” parodiowało ówczesną kampanię programu powszechnej prywatyzacji, z jej debilnym hasłem „POZNAJ SIŁĘ SWOICH PIENIĘDZY”. Pozwolę sobie podkreślić, że nie wziąłem udziału.

Zdaje się, że na tym zakichanym świadectwie udziałowym można było zarobić coś koło stówy. Uważałem, że jak już chcą kupić moje poparcie dla tego wszystkiego, to ja bardzo chętnie, ale nie za tyle.

Stawiałem wtedy pierwsze kroki w zawodzie dziennikarza w dzienniku „Sztandar Młodych”. Pracowało w nim wielu żurnalistów bardzo starej daty, którzy nic nie rozumieli z nowego ustroju, ale bardzo chcieli być „za”.

Na własne oczy widziałem publicystę gospodarczego, który przyniósł tę ulotkę na kolegium i interpretował ją tak, że to młodzież, zaniepokojona zbyt powolnym tempem prywatyzacji w Polsce, chce dać znać politykom, że żąda więcej spółek na WGPW. Nie pamiętam niestety, czy w końcu napisał taki lolkomentarz.

Lliberalizm w 3RP zawsze miał deficyt obywatelskości. Ngdy nie było oddolnych ruchów domagających się przyśpieszenia prywatyzacji, obniżenia podatków najbogatszym czy deregulacji zawodów. Politycy wprowadzali takie reformy ponad naszymi głowami, jednocześnie udając liberalnych demokratów.

Ten problem trwa do dzisiaj. Liberalne En Dżi Ousy często korzystają z pomocy publicznej. Tworzą je ludzie wyszkoleni na specjalnych kursach dla działaczy En Dżi Ousów, co samo w sobie brzmi już żenująco. Nawet w ich własnych relacjach, jak choćby w opowieści znanej działaczki Katarzyny Sadło.

Prawdziwie obywatelski charakter w Polsce mają za to ruchy antyliberalne. Często bardzo niemiłe autorowi tych słów i czytelnikom tego bloga, ale na litość boską, odróżniajmy opis od oceny.

Anarchiści są autorowi mili (nie mylmy ich z jakimiś przygłupiastymi randroidami). Bo choć autor tego bloga jest przekonany, że państwo jest najlepszym rozwiązaniem wielu problemów, to jednak nie wolno zapominać, że jest *tylko* mniejszym złem od niewidzialnej piąchy rynku.

A jak już się na to mniejsze zło decydujemy, to pilnujmy, żeby było takie jak w opisie na opakowaniu. A nie takie, jak sprywatyzowana policja, która miała się wyłonić z tego happeningu, pod hasłem „już nigdy łobuz i łachmianiarz nie będzie miał takich samych praw co solidny biznesmen, akcjonariusz policji”. Za jeden guzik!

wtorek, 30 kwietnia 2013
By nie stracić czujności

Snuję się właśnie po mieście, w którym wyjątkowo przyjemnie słucha mi się dołującej muzyki. Dlatego kwietniowy ranking od czapy poświęcę moim ulubionym smutaśnym piosenkom ze złotej ery smutaśnej muzyki, gdy mieliśmy całą wytwórnię płytową w niej wyspecjalizowaną - 4AD.

„No Human Can Drown” (Clan of) Xymox to dziwna piosenka miłosna, zaczynająca się od prośby: „let me be alone, let me dream in silence and enjoy the cold, wonderful night”. Recepta na idealne emo-walentynki!

Pochodzi z debiutanckiej płyty, na której Xymox używał bardzo prymitywnych aranżacji. Lepiej zniosła próbę czasu zwłaszcza od tego, co Xymox nagrywał potem dla Polygramu. W synhtopopie nie ma co kombinować, methinks.

A jak już kombinować - to po prostu całkowicie zrywając z synthopopową estetyką. Ivo Watts-Russell robił to pod szyldem supergrupy złożonej z muzyków różnych zespołów z jego stajni - This Mortal Coil.

Płyta „Filigree and Shadow” zdołuje nawet najbardziej hardkorowego optymistę. Lubię jej słuchać, gdy z powodu jakiegoś niedopatrzenia wydaje mi się, że wszystkie sprawy idą w dobrym kierunku.

Nie wolno tak myśleć, to osłabia czujność. Najlepsze lekarstwo to „Filigree and Shadow”, a z tej płyty osobliwie polecam cover psychofolkowej ballady „Jeweller” - o jubilerze, który poleruje popiołem stare monety, aż krew popłynie mu z palców.

Jeszcze zanim seryjni mordercy stali się ulubionym motywem współczesnej popkulturzy i stali się misiaczkowaci i przytulaśni jak Dexter, Wolfgang Press miał uroczą piosenkę „I Am The Crime”, która nie tylko dołuje, ale jeszcze mindfuckuje przybraniem punktu widzenia zbrodniarza.

Podmiot liryczny piosenki właśnie, zdaje się, zamierza przejść od zabijania dla przyjemności psów do zabijania dla przyjemności ludzi. Widać z jego wewnętrznej narracji, że kompletnie mu odbiło, ale - uwielbiam to pytanie - kim jesteśmy my, tak zwani normalni?

wtorek, 23 kwietnia 2013
En Lecture (153)

Przez to, że nie oglądam reklam, nawet nie wiedziałem, że wpadła mi w ucho melodia wylansowana przez reklamę Żywca. Kufel zimnej wody wylał mi do głowy dopiero niestrudzony redaktor Sankowski, gdy mu powiedziałem „stary! jest taki genialny kawałek...!”

No cóż, jedno z przykazań Dan Le Saca i Scroobiusa to: „Thou shalt not stop liking a band just because they’ve become popular”. A w dodatku wpadło mi to w ucho w wersji francuskiej.

Ach, francuski. Język, który bezgranicznie kocham całkowicie bez wzajemności. Francuski tekst jest fajniejszy od angielskiego, bo o miłości. A język francuski to najwspanialszy język miłosny („You always were a cunning linguist, James”).

Akcent na ostatnią sylabę pozwala Francuzom bezpretensjonalnie rymować wszystko z wszystkim. Wiele słów występujących w tej piosence istnieje też w języku angielskim i ma mniej więcej to samo znaczenie („panorama/cinema”, „Shakespeare/inspire”, „Elvis/vice”, „Jesus/issue”), ale się w nim nie rymują.

Trzy ostatnie pochodzą ze środkowej zwrotki, wyjątkowo sarkastycznej. Podmiot liryczny zaczyna ją z wysokiego diapazonu - ogłaszając, czym jest „miłość po Jezusie”. Potem wykłada nam istotę „miłości po Szekspirze” i „miłości po Elvisie”.

Oczywiście, każdy z tych wykładów jest tylko pretekstem do żartobliwej rymowanki. Miłość po Elvisie jest tym fajniejsza, że jest trochę grzeszna. Miłość po Szekspirze jest tchnieniem, które nas inspiruje. A miłość po Jezusie to bez wątpienia dla nas jedyna istotna sprawa.

W podobny sposób podmiot liryczny w pierwszej zwrotce przedstawia nam miłość w piosence, w bajkach pana Perrault oraz miłość w kinie. W ostatniej zaś przedstawia różne fazy miłości, w tym bardzo ważną fazę, w której „zaczynają grać skrzypce” (ta faza, zauważa podmiot liryczny, jest wyjątkowo śliczna, rymując „violon” z „mignon”).

Tytuł piosenki to jednak „La Gueule Du Loup”, czyli „Paszcza wilka”. Bo z tymi Jezusami, Szekspirami, skrzypcami i panoramami kontrastuje refren, w którym podmiot liryczny zwraca się do kogoś per „biedactwo” („pauvre petit chou”, czyli dosłownie „biedna mała kapustko” - Francuzi lubią terms of endeaement, które nie mają sensu, ale żeby je wymówić, trzeba zrobić śmieszną minę).

Owe biedactwo właśnie za chwilę rzuci się w tytułową paszczę wilka. Bo miłość, w gruncie rzeczy, jest „marzeniem, od którego nam wszystkim odbija szajba” („l’amour apres tout, n’est-ce pas qu’un reve qui nous rend fous?”)

LE DISKLEMERHRHRH: wiem, że Daan Stuyven jest Belgiem, ale to by głupio wyglądało w notce, gdybym wszędzie zamiast „Francuzi” wstawiał „frankofoni” (ale poprawnie tak powinno być)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Coś mocniejszego

Nie podzielam nadziei prof. Kleibera, że „nauka może rozbroić Smoleńsk”. Gdyby „eksperci” zespołu Macierewicza byli zainteresowani rzetelną debatą, umożliwiliby ją wcześniej - choćby pokazując założenia przyjęte przy ich komputerowych symulacjach.

Konsekwentna odmowa z ich strony jest wystarczającym dowodem złej woli. Nauką jest to, co potwierdzą inni naukowcy. Jeśli ktoś nie publikuje swoich prac w sposób umożliwiający kontrolę przez kolegów po fachu, wyklucza je z naukowego obiegu.

Naukowiec przecież może być także kibicem jakiejś drużyny sportowej, zwolennikiem jakiejś partii politycznej albo fanem jakiejś piosenkarki. Jeśli profesor fizyki mówi, że najnowsza płyta Shakiry jest świetna, ta opinia nie staje się od tego fizyką.

Warunek stawiany przez stronę pisowską: „zgodzimy się na wspólną debatę, o ile będzie transmitowana w mediach” pokazuje, o co im tak napradę chodzi. Nie o debatę tylko o pajacowanie przed kamerami.

„Parcie na szkło” to fenomen dla mnie całkowicie niepojęty, ale jestem go świadom jako obserwator mediów. Ludzie robią bardzo dziwne rzeczy tylko po to, żeby pokazano ich w telewizji.

Dla pracownika naukowo-technicznego z prowincjonalnego uniwersytetu ogłoszenie „teorii smoleńskiej” to szansa na „bycie w telewizji”. Zawsze lepiej odkryć „dwa wybuchy” niż wystąpić u Springera.

Odbiorcy tych farmazonów też są straconym przypadkiem, co pokazuje ich reakcja na kolejne odkrycia dziennikarza śledczego Cezarego Gmyza. A ten już odkrył nie tylko „trotyl typu C4”, ale nawet „oktogen, heksogen i oraz tzw. materiał inicjujący para-mononitrotoulen (p-MNT)”.

I znów Gmyz nie rozumie słów, które bezmyślnie skądś przekleja. O tej niesłychanie groźnej substancji pisałem wcześniej w swoim wykładzie chemii smoleńskiej.

MNT to nie jest materiał wybuchowy tylko marker - substancja dodawana do materiałów wybuchowych po to, żeby łatwiej je było wykrywać m.in. lotniskowymi detektorami. Same detektory są bowiem urządzeniami mało skutecznymi, zamachowiec może obok nich przejść z bombą w bucie, a te nic nie wykryją.

Konwencja montrealska zobowiązuje wszystkie cywilizowane kraje do dodawania markerów do produkowanych w nich materiałów wybuchowych. W praktyce terrorysta albo tajne laboratorium siepaczy Putina może sobie oczywiście wyprodukować jednak na własny użytek niewykrywalną mieszaninę.

Jeśli zamachowcy użyli ładunku zawierającego MNT to znaczy, że chcieli, żeby ich wykryto. Po cóż, ach, po cóż? Już widzę pasjonującą analizę lewą ręką za prawe ucho, którą z tego wysmaży wybitny analityk, Rafał Aleksander Ziemkiewicz.

A arcyboleśnie arcybanalnie arcyprosta prawda kryje się w przeklejanym bezmyślnie przez Gmyza słowie, cytuję, „przesiewowe”, koniec cytatu. Co ono oznacza? Ono oznacza, że te wyniki nie mają znaczenia.

Przesiewowy detektor materiałów wybuchowych nie wykrywa bomb, tylko typuje kandydatów do dokładniejszego przeszukania. Równie dobrze można by ich typować na podstawie kart tarota, ale urządzenie, które mruga lampkami i robi „bip bip” wygląda poważniej, a ludzie w takich resortach chcą wyglądać poważnie.

Przesiewowe badania generują dużo fałszywych alarmów. Podobnie jest w diagnostyce medycznej - nie wszyscy, u których wykryto przekraczający normę poziom PSA w morfologii, naprawdę mają raka prostaty.

Żeby to wszystko zrozumieć, trzeba znać podstawowe pojęcia („badanie przesiewowe”, „marker”, „false positive”). Trzeba ogarniać podstawy rachunku prawdopodobieństwa i oczywiście chemii analitycznej.

Lud smoleński tworzą przede wszystkim ludzie, którym brak tej wiedzy. Musieliby się do tego przyznać i pozwolić sobie to spokojnie wytłumaczyć. To psychologicznie nieprawdopodobne.

Po reakcjach na mój tekst w Psychiatryku24 i blogowiskach odpryskowych widziałem ich mechanizmy wyparcia. Nie rozumieją tych wszystkich trudnych słów, a więc odrzucają ich treść. Wolą absurdalne argumenty w rodzaju „przedstawiciel producenta detektorów zapewnił, że jego produkty są nieomylne”.

Nauka tu nie jest rozwiązaniem. Rozwiązaniem jest czas - coraz mniej ludzi przychodzi na smoleńskie manifestacje, coraz mniej posłów PiS chce odgrywać rolę statystów w kabarecie Macierewicza. Ilu ich zostanie za rok?

To kalendarz rozbroi Smoleńsk, tak jak w USA powoli rozbraja teorie o „drugim strzelcu” w Dallas czy o „kontrolowanym wyburzeniu” WTC7.

piątek, 19 kwietnia 2013
Przodownik 14 komisariatu

Warsaw Ghetto

„Kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3” - mówi jeden z najbardziej idiotycznych przepisów prawnych, które zostały nam po IV Rzeczpospolitej.

IPN zrobił rzecz wspaniałą, która może ten przepis łamać. Uczcił rocznicę powstania w getcie internetową publikacją raportu Stroopa w opracowaniu Andrzeja Żbikowskiego.

To niesamowita lektura nawet dla kogoś, kto teoretycznie wszystko to wie z „Rozmów z katem” czy „Zdążyć przed panem Bogiem”. Spojrzenie na Holocaust oczami sprawcy to czytelnicze doznanie ekstremalne.

Widzimy wtedy wprawdzie „polskich bandytów” okazjonalnie wspierających w walce „bandytów żydowskich”, przede wszystkim widzimy jednak polskich sojuszników. W niewyobrażalnie okrutnej eksterminacji mieszkańców „żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej” Stroopa wspierało 367 polskich policjantów i 166 polskich strażaków.

Jeden z nich, Julian Zieliński, przodownik 14 komisariatu, zginął, kilku innych ciężko raniono. Stroop wymienia go wśród „poległych za Führera i Ojczyznę”, kończąc ten ustęp zdaniem „Złożyli oni największą ofiarę – swoje życie. Nie zapomnimy ich nigdy”.

To jest problem, który mam z odkłamującym kwestię polskiego udział w Holocauście filmem „Pokłosie”. Pasikowski poszedł na łatwiznę, przypisując zbrodnicze dziedzictwo „innym”.

Dyskurs wykluczający służy tutaj jako mechanizm wyparcia. Owszem, Polacy pomagali Niemcom mordować Żydów, ale to byli jacyś inni, gorsi Polacy. Pasikowski charakteryzuje ich na chodzące stereotypy, jak zombiaki w „Resident Evil IV”.

Ale prawda jest jeszcze straszniejsza. Holocaust byłby niemożliwy bez współpracy granatowej policji i polskiej administracji, zwłaszcza na terenach zajętych w wyniku operacji Barbarossa.
W depeszach Grota-Roweckiego czytamy: „w mniejszych miasteczkach jest tylko Hilfspolizei, złożona z dawnych polskich policjantów oraz miejscowych Polaków i Białorusinów [...]. W magistratach urzędują przeważnie Polacy” (wrzesień 1941) oraz „Wkroczenie wojsk niemieckich rozpętało w stosunku do Żydów potwornych wręcz rozmiarów terror, uprawiany przez wojsko ze znacznym udziałem ludności miejscowej” (październik 1941).

Chcemy to sobie wyobrażać na wzór Pasikowskiego -  w jakiejś wsi gdzieś daleko na bagnach tłuszcza nocą przyszła z pochodniami. Nie, to byli pan starosta, pan przodownik, pan radca. I także tutaj za rogiem, w sercu Warszawy.

Oczywiście, Niemcom pomagała też „zielona” policja żydowska. Tylko że ci ludzie ratowali swoje życie. Robili w tym celu rzeczy straszne, ale przecież nie mieli realnego wyboru. Granatowy policjant zawsze mógł odejść ze służby albo choćby mało gorliwie realizować polecenia okupanta.

Tymczasem we wszystkich relacjach granatowi pojawiają się jako największe zagrożenie dla ukrywających się Żydów. Raport Stroopa to bardzo prosto tłumaczy:

„Polskiej policji zezwolono na oddanie każdemu polskiemu policjantowi, w razie zatrzymania przez niego Żyda w aryjskiej części miasta Warszawy, 1/3 gotówki tego Żyda. Zarządzenie to okazało się skuteczne”.

Najbardziej niesamowie w raporcie jest to, gdy Stroop próbując dehumanizować ofiary - mimowolnie składa im hołd. Istnieje stereotyp Żydów bezwolnie idących do gazu z podniesionymi rękami, umacniany zresztą przez jedno z najsłynniejszych zdjęć z tego raportu.

„Na jednym z betonowych budynków wywieszono flagi żydowską i polską jako wezwanie do walki przeciwko nam. Jednakże już drugiego dnia akcji udało się specjalnej jednostce bojowej zdobyć te dwie chorągwie. W tej walce z bandytami poległ SS-Untersturmführer Dehmke”.

Już drugiego dnia nadludzie zdobyli dwie flagi, kosztem jednej ofiary! Stroop nakazał więc podpalanie budynków z miotaczy ognia i burzenie z ostrzału artyleryjskiego. Ale i to nie pomogło.

„Nieraz Żydzi pozostawali w płonących domach tak długo, aż wreszcie (...) woleli wyskakiwać z pięter (...) Z połamanymi kośćmi usiłowali się oni potem jeszcze czołgać przez ulicę do bloków, które bądź wcale, bądć tylko częściowo stały w płomieniach” - pisze Stroop i konkluduje:
„Tylko dzięki nieprzerwanemu i niezmordowanemu udziałowi w akcji wszystkich sił udało się ująć lub z całą pewnością zgładzić ogółem 56 065 Żydów. Do tej liczby należy jeszcze dodać Żydów, którzy zginęli na skutek wysadzenia w powietrze, pożarów itd., których liczby nie można było jednak ustalić”.

Nigdy nie dowiemy się, grobem ilu właściwie ofiar jest północno-zachodnia część śródmieścia Warszawy, z Intraco, Złotymi Tarasami i TGI Friday’s. Ale więcej by ocalało, gdyby nie wysiłki Juliana Zielińskiego, przodownika 14 komisariatu.

PS. Gdzie nie cytuję IPN i Stroopa, tam cytuję książkę „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali” Stefana Zgliczyńskiego.

wtorek, 16 kwietnia 2013
Zamek z piasku, który runął

Niewiele jest spraw, w których popieram rząd, więc w tej akurat wypowiem się blogonotką. Słowa ministra Rostowskiego w TOK FM: „Intelektualny system, który podtrzymywał OFE, runął w gruzy. Musimy zastanowić się, jak wyprowadzić Polskę z tej pułapki”, to samo #pięknoidobro.

Pierwszego większego flejma na ten temat miałem u siebie na blogu w 2008. Wspominam go z rozrzewenieniem, bo wypowiadali się w nim komentatorzy z mózgami zlasowanymi przez neoliberalną propagandę - Lapacz w Zycie, Amatil i Wojtekr. Wyrażali swoje rozumienie reformy OFE, odzwierciedlające ów „intelektualny system, który runął”.

Zacytuję najpierw własny komentarz: „To konto, to sprawdzanie jego stanu, to tylko bardzo kosztowne teatrum, z którego nic w praktyce nie będzie wynikało. Ale akurat ten spór niebawem zostanie rozstrzygnięty. Już w 2009 rozmowy o tej wielkiej reformie będą przebiegały inaczej, znowu na zasadzie szukania winnego porażki”.

Zapytany wprost o swoje rozumienie reformy Wojtekr napisał: [rozumiem ją tak, że] „będą mi je wypłacać co miesiąc, dzieląc zebrany kapitał przez oczekiwany czas życia”. Amatil sekundował: „W [systemie] kapitałowym sumę emerytury określają czynniki obiektywne, więc nie będzie możliwości wymuszania podwyżek decyzją polityczną”.

Odpowiadałem, że wirtualny zapis na naszych „kontach emerytalnych” nie ma znaczenia, bo realna wysokość emerytury będzie brała się z podzielenia tej sumy przez parametr, który ironicznie nazywałem „Teh Mysterious X Factor” (dalej zwany TMXF). Jego wartość w ostatecznym rozrachunku narzucą politycy, choćby ustawą.

Lapacz W Zycie najpierw oponował, a potem bezradnie wyraził nadzieję, że nie będzie „aż tak absurdalnie dużej ingerencji państwa w zakłady emerytalne”. Neoliberałowie w 2008 mieli jeszcze  nadzieję, że TMXF będzie jakimś obiektywnym parametrem, w rodzaju oczekiwanej wartości życia w chwili przejścia na emeryturę.

W roku 2011 już było wiadomo, że OFE nie będą działać zgodnie z nadziejami neoliberałów. Napisałem notkę, ale byłem zbyt leniwy, żeby szukać głosów z 2008. Wtedy jeszcze nie było szokującej propozycji OFE, żeby TMXF wyznaczać sztywno na przykład na 10 lat.

Ta propozycja jest tak naprawdę logiczną konsekwencją reformy. OFE było obietnicą kwadratowego koła. Nie można łączyć socjalnej funkcji systemu emerytalnego z komercyjnymi inwestycjami.

Komercyjne ubezpieczenia wiążą się z pracą aktuariuszy, wyznaczających indywidualne ryzyko. Każdemu z nas na podstawie parametrów takich, jak wiek, miejsce zamieszkania, status społeczny i obciążenia dziedziczne można wyliczyć indywidualnie sprofilowaną wartość oczekiwaną dalszego życia.

Tak nie może działać emerytura. Jeśli zamiast TMXF weźmiemy wyliczenia aktuariusza, wyjdzie nam monstrualna niesprawiedliwość, w której emeryci będą karani lub nagradzani za adres zamieszkania, płeć albo status społeczny.

TMXF dla wszystkich równolatków musi być taki sam. Jego indywidualne wyliczanie byłoby tak niesprawiedliwe, że akceptowaliby to najwyżej najskrajniejsi libertarianie (którzy z kolei i tak odrzucą jakikolwiek przymus emerytalny, więc niech się nie wcinają w dyskusję).

Jeśli jednak TMXF ma być dla wszystkich taki sam, to OFE nie mogą działać jak komercyjny fundusz inwestycyjny czy zakład ubezpieczeń. Chcąc nie chcąc, stają się zakładem ubezpieczeń społecznych, który jednym będzie dokładać kosztem drugich.

Kiedy ich przedstawiciele proponują przyjęcie sztywnej wartości TMXF, w jakimś sensie ich rozumiem. Realizując neoliberalną utopię w 1998 roku wybudowaliśmy fabrykę kwadratowych kół. To nie jest wina jej dyrekcji, że nie może zrealizować zamówienia.

Neoliberałowie będą oczywiście twierdzić, że doktryna była słuszna, tylko nie zrealizowano jej dostatecznie konsekwentnie. Każdy doktryner tak komentuje swoje porażki.

Powiedzą więc na przykład, że do naprawienia OFE wystarczy „likwidacja przywilejów emerytalnych”. To byłaby kradzież, bo nie można się z kimś umawiać „pracujesz za trzy tysiaki plus wcześniejsza emerytura”, a po latach powiedzieć „z kiciorem”. Przecież gdyby nie wcześniejsza emerytura, ten ktoś poszedłby gdzie indziej pracować za trzy pięćset - kto mu teraz zwróci różnicę?

Fabryki kwadratowych kół nie uratujemy okradając górników i mundurowych. Ona po prostu nie ma prawa działać. Każdy system emerytalny musi polegać na solidarności społecznej. W 1998 daliśmy sobie wcisnąć bzdurę, że może być inaczej, w tym cały problem.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Wężowy całokształt

Jednym z powodów, dla których konsekwentnie odmawiam zapamiętywania nazwisk starletek, o których piszą Plotek z Pudelkiem jest kompletny brak szacunku do tego, jak i w czym grają. Chętnie zapamiętam nazwisko nawet trzecioplanowego aktora z porządnego serialu, ale polską produkcją nie zamierzam sobie zaśmiecać pamięci.

Trochę niezręcznie się więc czułem wczoraj na gali wręczania nagród dla najgorszego, co się działo w 2012 roku w polskiej kinematografii, bo większości z tych filmów nie oglądałem i nie mam ochoty oglądać. Polskie złe filmy nie są niestety złe w takim sensie, w jakim złe są filmy Tromy czy Eda Wooda, ciężko się to ogląda nawet przy założeniu „oglądania dla beki”.

Najbardziej mnie w nich razi właśnie ta celebrycka pretensjonalność. Nazwiska aktorów grających w „Toksycznym mścicielu” znają tylko specjaliści. Gwiazdy dennych polskich filmów i seriali tymczasem z automatu stają się celebrytami i zaczynają nas straszyć z reklam typu „znana osoba kupuje smartfona”.

Widzę tu paralelę z polskimi sportowcami (których też, jak wiadomo, nie lubię). Choćby patałachy z reprezentacji przegrały do zera z San Marino, i tak przy każdym euro w mundialu miasto zaroi się od bilbordów z konterfektami przygłupów noszących krótkie majteczki w barwach narodowych.

Sensem tych reklam ma być coś w stylu „wygrywaj jak piłkarz” albo „bądź tak dobry w swojej branży, jak starletka w swojej”. Tak to przynajmniej teoretycznie działa w innych krajach.

Przez to, że chodzi o polską piłkę, polskie kino i polskie seriale, sumarycznym przekazem polskich mediów staje się kult nieudacznictwa. „Trać zasięg z naszą siecią komórkową tak często, jak bramkarz reprezentacji przepuszcza piłki”. „Wyglądaj żałośnie jak amant w polskiej komedii romantycznej”. „Bądź przygłupiastą pipulinką jak gwiazda polskiego serialu”.

Dlatego z wszystkich polskich złych aktorów, złych scenarzystów, złych producentów i złych reżyserów mam coś w rodzaju szacunku tylko dla Mariusza Pujszo, który odebrał wczoraj nagrodę za całokształt twórczości (i jeszcze kilka statuetek za konkretne osiągnięcia).

Tak porządnie od początku do końca wytrzymałem w kinie tylko na dwóch jego filmach. W jednym napisał tylko scenariusz („Francuski numer”), w drugim także występuje, koprodukuje i pewnie jeszcze dostarczał catering. To zajawione powyżej „Gun Blast Vodka”.

Pujszo jest o tyle zabawnym przypadkiem, że on bardzo chce być komikiem, ale jest całkowicie pozbawiony poczucia humoru. To trochę tak, jakby ktoś pozbawiony słuchu bardzo chciał być muzykiem i poświęcał temu tyle energii, że w końcu regularnie jednak udawało mu się zaaranżować jakiś koncert tu czy tam, podczas którego z zapałem bezmyślnie stuka w przypadkowe klawisze fortepianu.

Bo Pujszo jakimś cudem ciągle jest w stanie znaleźć pieniądze na swoje kolejne projekty. Nie mam pojęcia, jak on to robi, chociaż z grubsza mogę się domyślić.

Świat produkcji filmowej na całym świecie pełen jest ściemniaczy. Ludzi, którzy tak naprawdę nic nie mogą i nic nie potrafią, ale drukują sobie wizytówki z napisem „aktor”, „producent”, „reżyser” i starają się bywać na iwentach tylko po to, żeby ludzie branży im się w końcu zaczęli machinalnie odkłaniać.

Pujszo nie jest ściemniaczem. Ma autentyczny dorobek. Co z tego, że poniżej krytyki. Dla ściemniaczy to on teraz jest autorytetem, drogowskazem, obiektem podziwu. I ci ściemniacze prędzej czy później nagonią mu kapitałowego inwestora - kogoś, kto w branży stawia pierwsze kroki i (jeszcze ciągle) ma szmal.

I pewnie go straci, ale za to będzie mógł potem z dumą opowiadać, że poznał prawdziwe gwiazdy. Cóż, różne dziwne rzeczy ludzie robią ze swoimi milionami. Tych od turystyki ekstremalnej też nie rozumiem.

To charakterystyczne, że na pudelku Pujszo pojawia się tylko w kontekście „seks afery w szołbiznesie”. Oraz w kontekście wczorajszej ceremonii.

Obracał się wśród celebrytów i celebrytek, ale nie został jednym z nich. Za to ma u mnie plusa, bo celebryckiej ściemy nienawidzę nawet bardziej od pospolitego braku talentu.

czwartek, 11 kwietnia 2013
Now Playing (152)

Już kiedyś pisałem o piosence „Ghost Town”, ale wiadomość z minionego tygodnia sprawiła, że znów zacząłem jej słuchać. Piosenka wydaje mi się najlepszym muzycznym komentarzem do thatcheryzmu.

Oczywiście dla nas w Polsce lat 80. piosenka o wyludnionym mieście, w którym strach wieczorem snuć się po klubach, budziła zupełnie inne skojarzenia. Stąd pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków, którzy nigdy się nie wyleczą z ukąszenia balcerowiczowskiego, umrą razem z nim.

Bezpośrednią inspiracją do utworu było Glasgow, wyjatkowo mocno trzepnięte „urban decay” na początku lat 80. Oddajmy złej wiedźmie sprawiedliwość - to nie była tylko jej wina.

Po drugiej wojnie światowej labourzyści wcielali w Wielkiej Brytanii w życie urbanistyczne wizje tego świra Le Corbusiera, proponując klasie robotniczej wyprowadzenie się z zatęchłych kamienic w centrum do „new towns” - nowoczesnych osiedli budowanych w szczerym polu tak, by pominąć błędy poprzednich epok.

Utopię zabawnie pokazuje propagandowy film „Cumbernauld, Town for Tommorrow” z 1970. Cumbernauld to jedno z „new towns” wybudowanych dla odciążenia Glasgow i uwolnienia jego mieszkańców od korków, hałasu i zatłoczenia. Zaprojektowano je tak, żeby nie było w nim potrzebne ani jedno skrzyżowanie ze światłami.

Ach, wszyscy znamy te wizje tych głupków, urbanistów. Oddzielmy ruch kołowy od ruchu pieszego. W sercu osiedla dajmy integrujące centrum handlowo-edukacyjno-obywatelskie, do którego mieszkańcy będą pieszo zasuwać z siatami na zakupy (doskonały zbiorkom uczyni samochody osobowe przeżytkiem).

Film sprzed czterdziestu paru lat ogląda się dzisiaj z wielkim rozbawieniem. To, co reżyser filmu uważał za urok osiedla (ta panorama niekończących się identycznych okien i balkonów na początku!), dziś budzi grozę.

Cumbernauld jest dzisiaj regularnym zwycięzcą rankingów typu „najbardziej gówniane miasto w Wielkiej Brytanii”. Kretyni, którzy to projektowali nie pomyśleli, że te ich wymarzone ciągi piesze będą idealnym miejscem do dilowania dragów, wyrywania torebek, gwałtów i pobić.

A co ze starym Glasgow? Labourzyści poranili tkankę miejską, wyburzając stare budynki pod trasy przelotowe i obwodnice. Thatcher zadała kolejny cios, przyśpieszając zamykanie deficytowych przemysłów.

Dziś miasto cierpi od kolejnej utopii - wiary w „kreatywną klasę”, która ma odrodzić miasta walnięte bezrobociem. Oh dear. Piosenka The Specials jeszcze przez wiele lat nie straci na aktualności.

piątek, 05 kwietnia 2013
WIMP, MACHO i RAMBO

W „Piątku Extra” Piotr Cieśliński pisze o możliwym potwierdzeniu hipotezy ciemnej materii w modelu WIMP. Mam sporo słabości do tego tematu, bo ciemna materia była gorąco debatowana gdy studiowałem.

Vera Rubin, twórczyni tej hipotezy, powiedziała ponoć w 1980 na pierwszym sympozjum o ciemnej materii, że zagadka powinna zostać rozwiązana w ciągu dekady. Nie została, choć było kilka fałszywych alarmów.

Studiując ruchy gwiazd w galaktykach Rubin odkryła, że to wszystko się powinno porozlatywać. A jednak jakaś siła trzyma galaktyki do kupy. Przyjęto założenie, że to dodatkowa materia, o której nic nie wiemy.

W najpopularniejszym wariancie to WIMP, czyli słabo oddziałujace masywne cząsteczki. Masywne - bo trzymają w kupie. Słabo oddziałujące - bo nic o nich nie wiemy.

Inne hipotezy mają też zabawne skróty. Alternatywna hipoteza to MACHO - masywny zwarty („compact”) obiekt halo. MACHO trzymałby galaktyki w kupie od zewnątrz.

Jeszcze jedna hipoteza to RAMBO - trwała („robust”) asocjacja masywnych obiektów barionowych. To hipoteza zakładająca, że ciemna materia jest mniej więcej taka sama, jak nasza (czyli barionowa), ale poupychano je w słabo widocznych skupiskach materii zbyt lekkiej, żeby ruszyła w nich synteza teremojądrowa, w rodzaju brązowych karłów czy samotnych planet.

To taki zabawny moment w dziejach nauki, w którym każda hipoteza jest dobra. Zapraszam oczywiście blogobywalców do peer review i zmiażdżenia moich wywodów (w takich sprawach lubię, gdy mi się wykazuje błędy, bo takie wykazanie jest ciekawą lekturą).

Na razie nie wiadomo, czy ciemna materia w ogóle istnieje, a jeśli już istnieje, to czy jako WIMP (nowy rodzaj cząstek elementarnych), czy jako MACHO (nowy rodzaj obiektów astronomicznych), czy jako RAMBO (istniejące obiekty astronomiczne, ale skitrane tak, że trudno je wykryć). Każdemu wolno gdybać.

Moja ulubiona hipoteza nie ma niestety fajnego skrótu. Na nią bym postawił swoje trzy grosze, ryzykując drwiny przyszłych pokoleń, które już znają odpowiedź.

To hipoteza MOND (zmodyfikowanej dynamiki newtonowskiej), zgodnie z którą nie ma żadnych wimpów ani maczo, tylko po prostu stareńki wzór papy Newtona na siłę grawitacji okaże się być tylko przybliżeniem sprawdzającym się w naszym najbliższym otoczeniu. W skali kosmologicznej jednak wzór wymagałby modyfikacji.

Lubię MOND z kilku przyczyn. Po pierwsze, intuicyjnie wydaje mi się naturalne to, że skoro już musieliśmy modyfikować inne wzory papy Newtona i akceptować to, że wszechświat się zachowuje dziwnie w skali kwantowej, to dlaczego akurat to sakramentalne gieemem przez er kwadrat mamy traktować jak wykute w kamiennej tablicy?

Po drugie, MOND załatwia też problem ciemnej energii. Ludzie czasem wymieniają ją jednym tchem z ciemną materią, a to błąd, bo cały witz w tym, że to zupełnie co innego.

Ciemna materia trzyma galaktyki w kupie, za to ciemna energia rozwala cały wszechświat. Wiadomo na pewno, że wszechświat rozszerza się szybciej, niż wynikałoby to ze znanych nam oddziaływań.

MOND rozwiązuje obie zagadki - nie ma ani tej materii, ani tej energii, za to po prostu z tym „przez er kwadrat” robi się różnie dla odpowiednio dużych er. Przy okazji wyjaśniamy też zagadkę anomalnej trajektorii sond Pioneer 10 i Pioneer 11, które zachowują się tak, jakby miały jakiś „ciemny silniczek”.

Problem z MOND jest taki, że po pierwsze, trudno o falsyfikujący eksperyment. Po drugie, prawo grawitacji odgrywa tak ważną rolę dla fizyki, że na wszelkie próby kwestionowania naukowcy reagują lakatosowsko - wymyślaniem ad hoc hipotez pomocniczych.

W gruncie rzeczy tym przecież są WIMP, MACHO i RAMBO. Używając metafory Lakatosa tworzą ochronny pas, który naukowcy roztaczają wokół twardego jądra swoich przekonań. Mechanika newtonowska to tak hardkorowe twarde jądro nauki, jakby AC/DC zaśpiewało piosenkę o zasadzie zachowania energii.

Nie jestem naukowcem. Zmodyfikowanie starego równania mnie nie przeraża. Ale naprawdę jestem ciekaw, czy dożyję wyjaśnienia zagadki.

niedziela, 31 marca 2013
Z pokładu katamarana

Chciałem marcowy ranking od czapy zamieścić na pierwszy dzień wiosny - bo zamarzyła mi się garść porad kierowcy samochodu dla motocyklistów. Pierwszy dzień wiosny wyglądał strasznie, ostatni dzień marca jeszcze gorzej, no ale dłużej już nie mogę czekać.

A więc, drodzy motocykliści. Nie rozumiem waszego hobby, ale nie wszyscy musimy się rozumieć. Prawo o ruchu drogowym i tak nakłada na nas obowiązek wzajemnego dbania o bezpieczeństwo.

Route 66

Jako kierowca zwykle ustępuję miejsca motocyklom, tworząc „specjalny pas” na zakorkowanej ulicy. Daję też znać prawym kierunkowskazem, że nadeszła dobra chwila na wyprzedzanie, bo wiem, że więcej widzę z dalszego przebiegu drogi.

Motocykliści czasem za to dziękują charakterystycznym ruchem ręki. Mam wrażenie, że robią tak dużo częściej w USA czy w Europie Zachodniej niż w Polsce.

Zdaję sobie sprawę z tego, że moja percepcja jest silnie zaburzona tym, że w USA czy w Europie Zachodniej częściej jeżdżę drogami, którymi się jedzie dla przyjemności. W USA mają nawet wytyczone alternatywne przebiegi głównych dróg o nazwie „scenic byway” i ma się rozumieć, że tam mnie spotkacie w bryce z wypożyczalni.

Zaryzykuję jednak hipotezę, że to nie tylko to. To ogólnie kwestia większej kultury na jezdni. W Ameryce i Europie Zachodniej ogólnie ludzie jeżdżą ostrożniej, bo wszędzie policja i radary.

Pamiętajcie, że kierowca, któremu podziękowano za uprzejmy gest to kierowca, który z większym prawdopodobieństwem zrobi go ponownie. Jasne, zapewne nie skorzystasz na tym bezpośrednio ty, tylko jakiś twój kolega. Ale chyba i tak warto?


Gdzies w Alpach

Rozmawiając z motocyklistami odniosłem wrażenie, że wypowiadają się pogardliwie o tych, którzy dbają o wygląd swojego stroju i pojazdu. Podrzuciłbym jednak argument za tym, że ozdóbki, flagi, frędzelki i wymyślne kostiumy mogą mieć wymierny wpływ na bezpieczeństwo.

Plagą kierowcy w dalekiej trasie jest nuda. Z nudy chętnie gapimy się na wyróżniające się pojazdy. Kierowca, który się będzie gapić na ciekawie wyglądający motocykl, to kierowca, który go nie potrąci niechcący. Może jest seryjnym mordercą, który gotów byłby to zrobić dla samego zabijania, ale to jednak statystycznie mało prawdopodobne.

W bezpieczeństwie ruchu klasyfikuje się to jako bezpieczeństwo aktywne zewnętrzne. Aktywne - bo chodzi o zapobieganie wypadkom (a motocyklista ma praktycznie tylko bezpieczeństwo aktywne, od strony bezpieczeństwa pasywnego motocykl wygląda fatalnie). Zewnętrzne - bo chodzi o wpływ na zachowanie innych podmiotów.

W trosce o bezpieczeństwo aktywne zewnętrzne samochodów wprowadzono m.in. obowiązek jazdy na światłach w dzień i trzeci stop. Normy dotyczące motocykli są mniej wyśrubowane, o swoje bezpieczeństwo muszą zadbać sami motocykliści.

Wszystko, co zwraca uwagę, a choćby i absolutnie kiczowata trupia czacha na plecach skórzanej kurtki, zwiększa bezpieczeństwo aktywne zewnętrzne. Warto, nawet za cene pośmichujek na zlocie.

Opowiesci Lasku Wiedenskiego

Na koniec - wszyscy mamy tendencję do poświadomego zakładania, że reszta ludzi jest mniej więcej taka sama jak my. To jeden z typowych błędów poznawczych, nazywanych fachowo błędem fałszywego konsensusu.

Mam wrażenie, że ten błąd udziela się uczestnikom drogi. Podświadomie zakładamy, że inne pojazdy mają podobną charakerystykę do naszego.

Kierowca samochodu osobowego odruchowo zakłada, że TIR ma taką samą manewrowalność, jak jego kompakcik. Dlatego odmowę zjazdu na pobocze dla ułatwienia wyprzedzania kierowca traktuje jako chamstwo kierowcy TIRa, podczas gdy tak naprawdę może chodzić o to, że manewrując jak osobówka, TIR się po prostu wywróci. Kto wie, jedną z ofiar wynikającego karambolu mógłby być właśnie ten kierowca, któremu się tak bardzo śpieszyło?

Patrząc na niektórych motocyklistów z klubu MC Kamikadze mam wrażenie, że oni też są przekonani, że każdy kierowca ich widzi w lusterku i każdy kierowca zdąży wykonać nagły manewr. A przecież osobówka do motocykla ma się mniej więcej tak, jak TIR do osobówki.

Nawet kierowca, który bardzo chce ustąpić, z jakiegoś powodu być może akurat nie jest w stanie to zrobić w danym momencie. Nie zakładaj złej woli. W końcu samo to, że motocykliści (przeważnie) dojeżdżają żywi do finału podróży jest dowodem na to, że większość z nas to nie seryjni mordercy, wbrew pozorom.

Miłego sezonu (albo i niemiłego, byle się wreszcie zaczął)!

sobota, 30 marca 2013
Irański ruch wolności

Z opóźnieniem poszedłem w końcu na film „Operacja Argo”. Polecam, kawał bardzo solidnie zrobionego kina. W dodatku doceniam wysiłki podjęte przez Afflecka, żeby nie wyszła czarno-biała amerykanocentryczna narracja.

Popkultura jednak wymaga tej czarno-białości, wysiłki więc przyniosły w najlepszym wypadku połowiczny sukces. To się nakłada na moje ulubione zagadnienie stereotypów w popkulturze, więc postanowiłem trzasnąć nocię.

Wszyscy wiemy, jak powinien wyglądać stereotypowy Irańczyk. Może być nawet przystojny, proszę bardzo, ale musi mieć świdrujące oczy fanatycznego psychopaty. Iranka z kolei może być sympatyczna, ale musi być cicha, pokorna i mieć oczy opuszczone do podłogi.

Ten stereotyp pasuje do medialnego przekazu, który dociera do nas z Iranu. I nie psuje go nawet spotkanie w realu prawdziwej Iranki, w rodzaju Marjane Satrapi, bo klasyfikujemy ją jako wyjątek potwierdzający regułę - że ona nie pasuje do tej kultury i wyjechała tworzyć komiksy we Francji (ignorując to, jak bardzo te komiksy są przesycone perską tradycją).

Film opowiada o udanej akcji wywiezienia z Teheranu 6 pracowników ambasady amerykańskiej, którzy uciekli z budynku podczas szturmu studentów. Nie zostali zakładnikami i ukrywali się w domach różnych dyplomatów. W filmie uproszczono to do pobytu w jednym domu, u kanadyjskiego ambasadora Kena Taylora.

Sama akcja ukrywania ich wymagała współpracy wielu Irańczyków. W filmie Irańczyków sprowadzono ich do jednej fikcyjnej postaci - Sahar, służącej ambasadora. Rzecz jasna, chodzący stereotyp, ucieleśnienie pokornego poddaństwa.

W popkulturze czas narracji pozwala tylko na pogłębienie postaci z pierwszego planu. Bohaterem pierwszego planu jest, oczywiście, agent CIA, grany przez Bena Afflecka.

Już drugi plan należy do postaci stockowych, na przykład „sztywnego-ale-w-chwili-próby-szlachetnego” szefa głównego bohatera, którego gra sam Bryan Cranston, serialowy Walter White. Im dalsze plany, tym bardziej wszystko musi być stereotypowe, inaczej narracja zamiast mknąć jak dobrze naoliwiona machina, będzie zgrzytać na każdym wystajacym elemencie.

Tylko że tutaj akurat stereotypizacja wypacza nam obraz całości. Affleck chciał pokazać, że Amerykanie sami na siebie ściągnęli ten kryzys. Zaczął od obalenia Mossadegha, wspomniał też, że być może azyl dla obalonego szacha to nie był taki dobry pomysł.

Pominął najważniejszy element, który nie pasuje do stereotypu. Fatalna w skutkach decyzja o udzieleniu szachowi azylu została ogłoszona 22 października 1979. Szturm na ambasadę miał miejsce 4 listopada.

Jesienią 1979 jeszcze nie było wiadomo, jaki kształt ustrojowy wyłoni się z irańskiej rewolucji. Pierwszym posunięciem Chomeiniego po powrocie z wygnania było mianowanie tymczasowym premierem Mehdiego Bazargana, świeckiego polityka, który postrzegany był jako szansa na dokończenie przerwanych przez Amerykanów reform Mossadegha. Amerykanie znów je przerwali, choć tym razem inaczej.

Amerykanie mieli pół roku na dyplomatyczne rozegranie tego, że premier Iranu opowiadał się za świecką demokracją. Nie zrobili nic, żeby pomóc Bazarganowi choćby metodami czysto dyplomatycznymi. Oczywistym rezultatem był wzrost nastrojów antyokcydentalnych i fundemantalistycznych.

Azyl dla szacha skompromitował opcję świecką w oczach opinii publicznej, choć między 22 października a 4 listopada Amerykanie jeszcze mogli próbować jakoś odwrócić skutki swojej decyzji. Nie próbowali, co wykorzystali fundamentaliści z otoczenia Chomeiniego do wygryzienia liberałów.

4 listopada studenci zaatakowali ambasadę. Tego samego dnia Bazargan podał się do dymisji, grzebiąc kolejną nadzieję na demokratyzację Iranu. Sam jej jednak nie stracił do końca życia, działał dalej w partii o nazwie Irański Ruch Wolności.

Czy te szanse istnieją dziś? Oczywiście, za każdym razem, gdy Zachód się wypina na prodemokratyczne ruchy w krajach islamu, te ruchy ulegają osłabieniu. A nie wierzymy w sens ich podejmowania dlatego, że oglądamy między innymi takie filmy.

Polecam więc ten film, ale apeluję o pamiętanie o tym, że nie widzimy tam Teheranu. Odpowiednie plenery odnaleziono w metropolii Los Angeles, konkretnie w dolinie San Fernando (ojczyźnie, lajk, valspiku). Prawda jest zawsze bardziej skomplikowana od popkultury, bo nie płacimy w kasie za chwilę prawdy, tylko za chwilę zapomnienia.

poniedziałek, 25 marca 2013
Fart For Malawi!

Bohater powieści Piotra Czerwińskiego „Pigułka wolności” jest klasycznym „social media mavenem”, czyli osobą, której życie polega głównie na „opisywanie na Facebooku tego, co robi na Twitterze”. Daleko mu jednak do statusu tych wielkich, pierwszoligowych „social media nindżów”, jak Art Kurasiński czy Poeta Czerski, na początku powieści widzimy go na samym dnie.

Bohater nie ma pracy, nie ma perspektyw, ma Windows XP i za mało RAM na upgrade. Ma Nokię E7 i udaje, że to z nonkonformizmu, ale po prostu nie stać go na zmianę.

I wtedy w jego życiu następuje przełom. Fanpejdż „Fart For Malawi”, założony przez bohatera w reakcji na wiadomość o wprowadzonym (naprawdę!) w Malawi zakazie pierdzenia, niespodziewanie zyskuje międzynarodową popularność.

Lajeczki nadchodzą gromadnie z całego świata. Flash moby i demonstracje poparcia dla akcji Fart For Malawi organizowane są w Paryżu, Berlinie i Bangalore. Do swojego telewizyjnego talk show bohatera zaprasza sam słynny redaktor Lajkoń. Medialne autorytety zastanawiają się, czym jest nowy internetowy fenomen i co nam to mówi o dzisiejszych czasach.

Na fali tej popularności z bohaterem zaprzyjaźniają się przez Facebooka trzy osoby. Żadna nie występuje pod imieniem i nazwiskiem, chociażby ściemnionym. Ich awatary nazywają się E-Reneusz, Candy Pants i Ultra Maryna.

Jak można odgadnąć na samym początku, fabuła powieści obracać się będzie wokół prawdziwej tożsamości tych trzech osób. Kim są? Czy ich rzeczywisty gender i wiek pokrywają się z deklarowanym? Czy dobrze życzą głównemu bohaterowi?

Bez spojlowania ocenię, że o ile zagadkę Ultra Maryny autor obmyślił nawet zgrabnie, z Candy Pants jest już słabiej, a kiedy poznajemy prawdzią tożsamość E-Reneusza, ochlapują nas fale żenady. Najgorsza możliwa sztampa z dolnych pokładów tvtropes.org.

I tak nie jest jednak źle, jak na to, czego można oczekiwać po powieści o Facebooku. W tej kategorii jest nawet bardzo dobrze. To nie jest zła książka, jest bohater, jest intryga, są ze dwa zwroty akcji. Jest nawet jakieś tam przesłanie, w dodatku bliskie memu sercu.

Powieść jest kpiną z mediów, personifikowanych tutaj przez przygłupiastego i sprzedajnego redaktora Lajkonia, który nic nie rozumie z Internetu, ale bardzo chce się przypodobać młodzieży. Lubi więc „serfować” nie mniej od samego Napieralskiego.

Przede wszystkim jednak jest kpiną z samej kultury społecznościówek i wiary w internetową wolność. Autor nie nawiązuje wprost do protestów przeciw ACTA, ale międzynarodowa sława akcji „Fart For Malawi” trochę to przypomina. Weźmy takie dwa fragmenty:

- Nikt nie będzie nas kontrolować! - wpisał we środę o siedemnastej trzydzieści, meldując się z kawiarni w Złotych Tarasach, którą lubiło półtora tysięcy ludzi. Drugie dwa tysiące natychmiast polubiło jego złote słowa
(...)
Lubienie czegokolwiek było ich największym hobby. Uwielbiali uwielbiać. A kiedy się nauwielbiali za wszystkie czasy, udostępniali tę miłość innym. Lubili urząd gminy, Coca-Colę, McDonalds’a, Ronaldo i Wojewódzkiego, Wedla i Panadol, Armię Krajową i proszek Ariel, Starbucksa, Snickersa, Mad Maxa, Samsunga Galaxy i Pana Kleksa (...) NASA, Naleśniki El Paso i chleb Wasa.

Rekomendując tę powieść drogim blogobywalcom, czuję tę samą niezręczność, co w przypadku „Dnia kobiet”. Jej wadą jest publicystyczność. Autor tak bardzo nam chce wyrazić swój pogląd na społecznościówki, że zadanie opowiedzenia nam jakiejś ciekawej historii chwilami schodzi na drugi plan.

Nie przeszkadza mi to, bo oczywiście zgadzam się z tą publicystyką. Autor równie pesymistyczne jak ja spogląda na śmieciowe relacje międzyludzkie w społecznościówkach. Tak samo jak mnie śmieszą go kolesie na serio wierzący w wolność w internecie czy „ahierarchiczne struktury międzyludzkie” (serio znam ludzi przekonanych, że Facebook jest ahierarchiczny!).

To, że się zgadzam z tą publicystyką, automatycznie osłabia jednak wiarygodność mojej rekomendacji. Jak mawiają social media guru, a wy jak myślicie?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71