Ekskursje w dyskursie
Kategorie: Wszystkie | PCP/IP | Pathfinder | Plejlista | Polityka | Pop | Potpourri | Promocja | Psych Watch
RSS
piątek, 27 stycznia 2012
Twórca Faktoidu przerywa milczenie !!!

Jak wiedzą o tym blogobywalcy, do mediów portalowych odnoszę się bez entuzjazmu - mówiąc bardzo łagodnie. Oryginalne jakościowe materiały pojawiają się w nich głównie dzięki umowom pozwalającym im pobierać kontent (lub chociaż autorów) z mediów tradycyjnych - to, co produkują własnymi siłami, jest przeważnie poniżej krytyki.
Faktoida” obserwuję jednak z sympatią. To jest w tej chwili moje ulubione źródło satyry na absurdy życia codziennego. Klasyczną satyrę i kabaret trochę za bardzo zeżarła konieczność opowiedzenia się „czy jesteś za Smoleńskiem”. „Faktoid” tymczasem znalazł formułę bycia jednocześnie przeciw wszystkim (bo z wszystkich robi jaja) i za wszystkimi (bo robi je ciepło i z gracją).
„Faktoid” kpi z mniej więcej tego samego, co Wojewódzki w rubryce „Mea pulpa” - ale ileż więcej ma klasy. Dla wroga portalozy jest ciekawym kontrprzykładem, bo „Faktoid” to twór czysto portalowy.
Można sobie oczywiście wyobrazić jego druk w jakimś ilustrowanym tygodniku, ale to byłoby chyba równie bezensowne, jak „rickrolling w realu”. Pewne rzeczy mają sens tylko w internecie (a inne tylko na papierze, a jeszcze inne tylko w radiu, itd.).
Od dłuższego czasu zastanawiam się, kto to właściwie robi - a w koncu postanowiłem to wyjaśnić od początku do konca. Zapraszam do wywiadu, dzięki któremu sam się dowiedziałem, kim jest mój ulubiony satyryk!

 

Ekskursje w Dyskursie: Jestem fanem Faktoidu i od paru miesięcy zastanawiam się, kim jest jego twórca. Zaspokoisz moją ciekawość?
Filip Połoska: Mam 24 lata, odkąd pamiętam fascynują mnie nowe media, prawdopodobnie dlatego, że rozwijały się razem ze mną. Pamiętam jak miałem 13 lat i pierwszy komputer a z nim kartkę A4 z kilkunastoma „ciekawymi adresami” stron www. Gdy byłem na pierwszym roku studiów, nie było jeszcze YouTube ani Facebooka...
Na czwartym roku wziąłem udział w konkursie deseru.pl na okładkę tabloidu. Zrobiłem pracę „Poszedł do sklepu i zapomniał masła”. Niestety nie wygrałem - zająłem drugie miejsce, ale moja praca stała się bardzo popularna na różnych portalach. Gdy rok później zobaczyłem, że deser organizuje druga edycję konkursu postanowiłem, że tym razem muszę wygrać. Wysłałem maksymalną dopuszczalną ilość prac (3) i udało się. Po wygranej dostałem propozycję współpracy i stąd „Faktoid”. Jestem autorem tekstów oraz grafiki. Do dzisiaj powstało ok 70 numerów (wraz z numerami specjalnymi), w ciągu roku na Facebooku udało się zdobyć grupę 17.000 aktywnych fanów.

EwD: Skąd bierzesz pomysły?
FP: Oczywiście z tabloidów. Jestem w pewnym sensie ich fanem i doceniam to co robią ich redaktorzy. Po prostu produkt, na który jest popyt. Grunt, to rozumieć konwencję i nie wierzyć w każde słowo w prasie brukowej.
Z konieczności zaglądam również na serwisy plotkarskie, których nie znoszę - jestem dumny ze swojej ignorancji jeżeli chodzi o polskie i zagraniczne gwiazdeczki.
Ale głównym źródłem inspiracji dla mnie jest... cały internet. Spędzam w sieci po kilkanaście godzin dziennie. Zawsze czytam komentarze internautów. Pomiędzy setkami śmieci można znaleźć prawdziwe, przesycone sarkazmem perełki. Często więc inspiruję się tym komentarzami, viralami i popularnymi śmiesznymi obrazkami. Czytelnicy Faktoidu to społeczność internetowa, więc staram się w każdym numerze poukrywać różne smaczki, które odczytać umieją tylko koneserzy.

EwD: Świetnie parodiujesz język stabloidyzowanych mediów - ale nie masz wrażenia, że w portalu to trochę autoparodia?
FP: Szczerze mówiąc, nigdy się nie zwróciłem na to uwagi. Faktoid jest parodią sposobu przekazywania informacji i ogólnie mediów. Często faktycznie śmiejemy się z celebrytów inspirując się sposobem, w jaki formułowane są newsy na portalach plotkarskich. Autoironia świadczy o dystansie do siebie i jest pozytywną cechą. Nigdy nie odniosłem wrażenia, że jest to parodiowania portalu, którego jestem częścią...

wtorek, 24 stycznia 2012
ACTA pod presją

Wyjątkowo nie chce mi się rozmawiać o ACTA na blogu, bo nie podoba mi się sama idea zajmowania się za darmo międzynarodową umową o ochronie własności intelektualnej. Z tego powodu odrzuciłem też wszystkie zaproszenia o tym, żeby o ACTA mówić do kamery lub do mikrofonu.
Kapitulując przed falą komcionautów, którzy koniecznie bardzo chcą coś o tym tutaj napisać, tworzę jednak specjalną blogonotkę. Zamierzam się przy jej napisaniu napracować dokładnie tyle, ile drodzy komcionauci zapłacili za jej przeczytanie.
Swój stosunek do ACTA wyłożyłem już dwoma tekstami do „Gazety”. W pierwszym wyrażałem żal, że tak kontrowersyjnych kwestii nie poddano konsultacjom społecznym. W drugim zakpiłem z Jacka Żakowskiego, któremu się wydaje, że piractwo w ogóle nie jest żadnym problemem, bo między artystą a odbiorcą nie powinna stać chciwa korporacja.
Oczywiście, sam też strasznie chciałbym pochodzić z bogatej rodziny i móc tworzyć całkowicie za darmo. Ale nie pochodzę, więc nie mogę. Dlatego bardzo mi przykro, ale moim największym zawodowym marzeniem jest podpisanie z jakąś chciwą korporacją umowy, która pozwalałaby mi wziąć zaliczkę w zamian za napisanie fajnej książki.
Albo i niefajnej, o ile zaliczka będzie odpowiednio wysoka (drogie chciwe korporacje - jakby co, to wiecie gdzie mnie znaleźć).
Co do ACTA, bardzo ciekawe wydają mi się zastrzeżenia opisane na tym blogu. Nie podoba mi się „niezwykle szerokie określenie kręgu osób, co do których posiadacz praw może żądać udzielenia informacji” oraz odejście „od zasady wprowadzonej przez art. 122 prawa autorskiego, który uzależniał działanie organów ścigania – w większości przypadków – od wniosku pokrzywdzonego”.
Być może autor tego bloga ściemnia, być może nadinterpretuje - nie wiem. Ale nie wyrażę swojego poparcia dla ACTA, dopóki nie usłyszę od rządu przekonującego wyjaśnienia tych wątpliwości. Wyjaśnianie takich kwestii służą konsultacje społeczne - które tutaj olano ciepłym parabolicznym (co nie podoba mi się z przyczyn ogólnych, już nawet nie wnikając w to, kto ma rację).
Chociaż nie popieram ACTA, nie chcę jednak stać w jednym rzędzie z obrońcami serwisów typu napisy czy chomikuj. Piractwo trzeba zwalczać, problemem jest tylko wyważenie tego z obroną naszych praw obywatelskich. W negocjacjach nad ACTA wysłuchano tylko jednej strony sporu, zapominając o prawach obywatelskich - to mi się nie podoba. Ale nie sama idea walki z piractwem czy podróbkami produktów markowych.

wtorek, 17 stycznia 2012
Poważny ranking

Styczniowy ranking od czapy chciałbym wreszcie poświęcić jakiejś poważnej kwestii. Liejdisy i dżientielmieny, oto najpiękniejsze piosenki o pieniądzach!

Pominąć w takim rankingu Pink Floyd to jak pominąć Deus Ex w rankingu o grach wideo. „Money” z „Ciemnej strony” rządzi na tak wielu poziomach, że samo suche wyliczenie wystarczyłoby na notkę. Pozwolę więc sobie tylko wrzasnąć LINIA BASU!
Lubię też tekst ze względu na jego niejednoznaczność. To nie jest „goody good bullshit” w stylu biblijnego „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (Tm 6:10).
Oczywiście, te słowa padają jako cytat, ale z zaznaczeniem dystansu: „Money, so they say, is the root of all evil today”. Czy zgadza się z tym podmiot liryczny? Trudno powiedzieć, unika jednoznacznego stanowiska.
Zgadywałbym, że piosenka to autoironiczne podejście przez Rogera Watersa do awansu do klasy wyższej, który - jak słusznie podejrzewał - miała mu przynieść nagrywana właśnie płyta. Jak bardzo odmieni go osiągnięcie takiego bogactwa, w którym już można sobie kupić drużynę piłkarską albo prywatny odrzutowiec?

Generalny zamiąch, jaki przeżywali w sprawach finansowych Bitelsi wskazuje, że niestety nie zadawali sobie tego pytania - w każdym razie, nie w okresie, w którym coverowali „Money” dla pijanych Niemców w obskurnych hamburskich spelunach. Świadczy o tym choćby późniejsze zdziwienie George’a Harrisona że jak to tak, podatki od tego trzeba płacić?
Estetyka przesterowanej gitary bliska jest memu sercu, w rankingu umieszczam więc współczesny cover w wykonaniu zespołu zgromadzonego ad hoc na potrzeby znakomitego filmu „Backbeat”. Pierwotne wykonanie Barretta Stronga dla Tamla Motown też jednak daje radę.
Ponury cynizm tekstu tej piosenki, razem z genialnym rymem „Your love is such a thrill / but your love won’t pay my bills” to miód na moje serce. Gdybym był Robertą Flack powiedziałbym, że pan Strong łagodnie zabija mnie swoją piosenką, opowiadając całe moje życie w swoich słowach.

Trzecią pozycją nie będzie ani Abba ani AC/DC ani Lisa Minelli ani nawet Patti Smith. Propozycja będzie trochę od czapy, no ale jak mawiają Francuzi, noweź obliż.
Piosenka „Up On The Catwalk” Simple Minds nie ma w tytule słowa „pieniądze”, ale za to pada w niej nazwa nieistniejącej już waluty, do której wszyscy chyba czujemy nostalgię. Ou sont les deutschmarks d’antan?
Jak to u Simple Minds, tekst jest mętny i balansuje między poezją a grafomanią w sposób wymagający sporej dawki dobrej woli by uwierzyć, że jest jeszcze po tej dobrej stronie. Zespoły z lat 80. budzą we mnie jednak sporo dobrej woli.
Metaforycznym wybiegiem z tekstu tej piosenki jest - jak hipotetyzuję - sława, która niebawem czeka pana Jima Kerra. Finansowo wprawdzie nigdy się nie obłowił tak jak Roger Waters, ale można zaryzykować, że muzyka pozwoliła mu przewędrować z dolnych do górnych zakresów klasy średniej. Tyż piknie.
W piosence opisuje jednak chyba mniej więcej to samo co Waters - obawy i nadzieje związane z tym, że wkrótce znajdzie się na wybiegu, po którym biegają celebryci i policy, a wielkie koło młyńskie mieli dolary i dojczmarki. Ale, jak sam przyznaje, na razie niewiele wie o tym, co go tam czeka...
Hiphop to nie jest moja filiżanka herbaty, ale jako honorejbl menszyn wymienię „Paid In Full” Erika B i Rakima. Urok tej rymowanki („so I start my mission - leave my residence / thinkin’ how could I get some dead presidents”) podbije serce każdego. Nawet zdeklarowanego fana rockowych rytmów.
Komcionautom serdecznie życzę w roku 2012 dobrych pomysłów na zdobywanie papierków z portretami martwych królów. Albo i prezydentów, w końcu mamy globalizację...

czwartek, 12 stycznia 2012
Stacja dokujaca do Androida !!!

Facepalm nogąFacepalm nogą

Jak zabić śmiechem Europejczyka w Stanach? Pokazać mu najstarszy budynek w Los Angeles. Jak zabić śmiechem użytkownika Ajfona? Pokazać mu zapowiedź przywitanej z entuzjazmem przez środowisko użytkowników Androida pierwszej „stacji dokującej” na ich telefony.
Stacji jeszcze nie ma w sprzedaży, ale Cory Doctorow już się cieszy jak dziecko („This is pretty much my bedside holy grail. I'm going to try to get hold of one and review it”). Za chwilę będę opisywał właściwości tej stacji - użytkownicy sprzętu z jabłuszkiem proszeni są o przybranie pozycji, w której ewentualne zglebienie przyniesie im minimalne obrażenia.
W stacji telefon ładuje się przez USB, a dźwięk pobierany jest przez gniazdko słuchawkowe. Te dwie wtyczki dają łatwość obsługi, którą producent określa jako „plug-and-play”, choć to raczej „wyciągnij jeden kabel, wyciągnij drugi kabel, podłącz jeden kabel, podłącz drugi kabel, zamocuj urządzenie w stelażu, schowaj nadmiar kabla i doistaluj aplikację”.
Aplikację? No tak. To, co w świecie jabłuszka jest tak bardzo zelbstfersztendlyś, że się nad tym nawet niespecjalnie zastanawiamy - po prostu wkładamy nasze iCośtam w najrozmaitsze stacje dokujące i od razu użytkujemy - wynika po prostu z tego, że system operacyjny projektowali mądrzy ludzie i przewidzieli odpowiednie funkcje.
Tutaj zaś musimy sięgnąć po „beta technology from Sonr” (aaa!), w której dane przekazywane są po wtyczce słuchawkowej (AAA!) i modlić się, że zadziała. Nawet dla Doctorowa największą zaletą tego rozwiązania wydaje się jego zbędność - „no app necessary if you’re content controlling the device from the touch screen”.
Android to fascynujący przykład tego, jak w kapitalizmie realnie wygląda wolność wyboru. Użytkownicy iPodów, iPhonów i iPadów mają do wyboru nieprawdopodobnie bogatą kolekcję najrozmaitszych stacji dokujących - tutaj mamy listę „top 15” takich w miarę normalnych, ale poza tym kto chce, może mieć stację w kształcie Hello Kitty, w kształcie ducha z Pacmana, wreszcie specjalną do kibla.
I wszystkie są naprawdę plug-and-play rozumianym po makówkarsku, że wkładasz i działa. Do licha, coraz więcej hoteli oferuje gościom budzik ze stacją dokującą, żebyś mógł się obudzić od ulubionej piosenki!
To bogactwo wyboru zawdzięczamy opracowanemu przez Apple własnemu standardowi wtyczki, tzw. dock connector. Idzie po nim zasilanie, audio, wideo, dane i sygnały sterujące. Dock jednocześnie sam w sobie ma zaczepy sprawiające, że dalsze mocowanie już nie jest konieczne.
Oczywiście, najlepiej byłoby dla mnie tak, że analogiczny standard opracuje komisja powołana przez Ludowy Komisariat Technologii Cyfrowych w Socjalistycznej Federacji Europejskiej. Ale jako rozwiązanie „najlepsze z realistycznych” wolę takie, w którym megakorp po prostu narzuci „standard de facto” drobnym producentom.
Taka sytuacja to win-win dla wszystkich: dla konsumentów, bo mają wybór - i dla drobnych producentów, bo im się po prostu opłaca robić takie gadżety, skoro na dzień dobry wiedzą, że mają miliony nabywców z kompatybilnym urządzeniem. A stacja dokująca na Androida ma działać na „większości urządzeń”, ale pewnie nikt nie potrafi opracować konkretnej listy kompatybilnych i niekompatybilnych.
Android ma tę zasadniczą zaletę, że telefony z nim są dostępne już za złotówkę w promocji. I OK, szanuję tę zaletę, ale jakbym miał już brać telefon za złotówkę, to wolałbym dumbfona bez wodotrysków.
Jeśli ktoś chce wykorzystywać smartfona w pełni - a więc oglądać na nim filmy, słuchać z niego muzyki, używać komercyjnych aplikacji, wpada w Androidzie w piekło, które entuzjaści tej platformy nazywają „wolnością”, a cała reszta „bajzlem”.
Nie podłączysz do telewizora - bo do tego modelu nie ma kabelka. Nie zaktualizujesz systemu - bo ten model zatrzymał się na Froyo. Nie będziesz sterował z klawiszy w kierownicy samochodu - bo takie coś to tylko na ajfonie. Nie włożysz do hotelowego docka - bo tam jest applowska wtyczka.
To ja od tak rozumianej wolności zdecydowanie wolę przemyślany iStandard.

środa, 11 stycznia 2012
Namlulu

W 1957 asyriolog Stanley Noah Kramer opublikował na łamach miesięcznika „Crime & Delinquency” bardzo ważny tekst, którego przekaz w jakiejś formie dotarł zapewne do wielu tutejszych blogobywalców. Jest równie fajny jak legenda miejska o Eskimosach mających kilkadziesiąt/kilkaset słów na określenie różnych rodzajów śniegu - tyle, że prawdziwy.
Kramer przetłumaczył starożytne zapisy pismem klinowym na tabliczkach odnalezionych przez Sir Leonarda Woolleya w Ur. Tabliczki dawały wgląd w codzienne życie Sumerów, były więc bezcennym źródłem wiedzy o wczesnej epoce brązu.
Największą karierę a w XX wieku naszej ery zyskał dokument, który był popularny także w XX wieku przed naszą erą (wnioskując z tego, że zachował się w 57 kopiach). Zatytułowany „Skryba i jego zepsuty syn” jest najstarszą znaną ludzkości tyradą na „dzisiejszą młodzież”.
Skrybowie pełnili w Ur rolę z grubsza przypominającą dzisiejszą klasę średnią. Żyło im się oczywiście lepiej niż niewolnikom fizycznie zasuwającym w polu, ale zawodowo zależni byli od możnych, którzy ich zatrudniali.
Jednocześnie jako pierwsi odkryli przyjemność pisania dla samego pisania, stąd kilka tekstów o codziennym życiu skryby, o szkoleniu na skrybę i łapówkach, które trzeba zapłacić, żeby nauczyciel przestał się czepiać. Słowem, XXI pne, XXI ne, same shit.
„Skryba i jego zepsuty syn” zaczyna się jak dialog, w którym ojciec pyta syna: „dokąd idziesz”. Odpowiedź „donikąd” wywołuje u ojca ranta, zaczynającego się od słów „to czemu się lenisz?”.
Rant prowadzi go do monologu, z którego fragmenty przytoczę na podstawie Marvin E. Wolfgang, „Youth and Crime: Sumer and Later” (courtesy of Google Books).
„Nie snuj się po publicznych placach czy po bulwarach. Bądź pokorny i okazuj szacunek swojemu nauczycielowi. Jeśli pokażesz strach, nauczyciel cię polubi. Wy, którzy snujecie się po placach, czy odniesiecie sukces?”
W swojej tyradzie skryba odlatuje potem w ponadczasowe „twoi rówieśnicy mają gorzej”: „Czy kazałem ci zbierać trzcinę? Młodzież i dzieci wszędzie to robią, ty nigdy nie musiałeś. Nigdy nie wysłałem cię, żebyś pracował na moim polu. Nigdy nie powiedziałem - idź, pracuj, utrzymuj mnie. A teraz dzień i noc cierpię przez ciebie, a ty dzień i noc marnujesz na przyjemności...”
Mimo tych narzekań (a może właśnie w związku z tym) widać, że skryba kocha leniwego syna, bo kończy diatrybę błogosławieństwami. Wśród nich jest urocze „stań się jednym z najlepszych wśród uczonych twego miasta, żeby twoje miasto, to piękne miejsce, wypowiadało twoje imię ku chwale!”.
W wyrzutach ojca pojawiało się słowo widniejące w tytule tej notki. Według Kramera „namlulu” należy czytać tak: nam- to przedrostek oznaczający rzeczowniki abstrakcyjne. „Lu” to „człowiek”, powtórzenie to liczba mnoga. „Namlulu” po sumeryjsku oznacza więc „człowieczeństwo”.
Ojciec narzeka na to, że leniwy syn nigdy nie uzyska „namlulu”, czyli człowieczeństwa definiowanego jako znośna pozycja na rynku pracy. Dopiero przyzwoite „namlulu” sprawi, że miasto Ur zacznie wypowiadać imię syna w chwale.
Dla marksisty to jest bardzo ciekawy przyczynek do rozważań o alienacji pracy i definiowania człowieczeństwa przez relację społeczną. Pisanie samo dla siebie jest przyjemnością, o czym świadczy samo powstawanie tego typu dokumentów - ale jednocześnie skryba musi pisać dla kasy, bo bez tego nie ma namlulu.
Dla konserwatysty ten tekst w ogóle nie powinien zaś istnieć, bo rozwala on fundamentalną naiwność konserwatywnego założenia, że kiedyś istniała jakaś „złota era”, kiedy uczniowie okazywali szacunek nauczycielom a synowie powielali system wartości ojców.
Skoro taki klasyczny konserwatywny rant znajdujemy już w Sumerze cztery tysiące lat temu to znaczy, że także do współczesnych rantów tego typu należy podchodzić ze sceptycyzmem. Czy rzeczywiście dzisiejsza młodzież jest wyjątkowo rozpasana i „pani kochana, za moich czasów to byłoby nie do pomyślenia”, czy po prostu idealizowanie przeszłości jest nieodłączną cechą namlulu?
Choć rozumiem racje stojące w tym dokumencie za starym skrybą, cieszę się jednak, że przez ostatnie cztery tysiące lat nie wszyscy synowie skrybów dokładnie powielali system wartości swoich ojców. Dzięki temu przyjemności czytania i pisania nie realizujemy dziś glinianymi tabliczkami.

sobota, 07 stycznia 2012
Drogowego roku 2012

Mapka autostrad na 2012

A na froncie drogowym - zaczyna się właśnie rok, w którym oddanych będzie najwięcej nowych odcinków autostrad i dróg ekspresowych w historii. Nigdy tak dużo się nie budowało i już nigdy tak dużo się nie będzie budować, bo ukończenie najważniejszych projektów to perspektywa najbliższych paru lat.
Gdy zaczynałem pisać tego bloga, nie można było nawet podawać orientacyjnych dat, w których doczekamy się w Polsce np. pierwszego skrzyżowania autostrad. Skrzyżowania już mamy, a rzutem na taśmę w ostatnim roku załatwiono już ostatnie DŚU, czyli teraz wszędzie w *najgorszym razie* mamy już za sobą najtrudniejszą fazę papierkologii.
Schematyczna mapka (zrobiona w pośpiechu, bez próby oddania detali takich, jak zakrętasy śląskiego precla A1) pokazuje obecny stan. Najsłabsze zaawansowanie to odcinki narysowane na zielono - tam mamy dopiero zapalenie zielonego światła do rozpoczęcia budowy przez pola, na których na razie jeszcze pastuszki grają na fujarcie w cieniu rosochatej wierzby.
Kolor czerwony to budowa: w większości wypadków na tyle zaawansowana, że zakończy się w tym roku. Niekoniecznie na te jakieś mistrzostwa mundialu, co to media się nimi ekscytują ale wielokrotnie już sygnalizowałem, że to nie jest blog o piłce nożnej.
Razem z połączeniem Torunia ze Strykowem (powinno mieć miejsce do końca roku), wyłoni się północny zalążek autostradowej sieci złożonej z A1 i A2, która za rok powinna łączyć już Gdańsk, Toruń, Poznań, Łódź i Warszawę - z niemiecką siecią autostrad.
Niestety, połączenie tej północnej sieci z gierkówką to dopiero 2013. Przez jakiś rok kierowca jadący z Gdańska do Dubrownika będzie musiał przejechać przez centrum Łodzi. Dopiero w 2013 ominie ją A1, którą będzie stanowić wschodni element pierścienia łódzkiego (złożonego z istniejącego już fragmentu A2, budowanej S8 i planowanej S14, która na koniec domknie to od zachodu).
Dalej ów kierowca przejedzie kawałek substandardowego odcinka A1 zbudowanego w ostatnich latach PRL, a potem już będzie jechał gierkówką - oznaczoną jasnoszaro jako droga, która już ma dwie jezdnie, ale do autostrady jej daleko. Potem zielony fragment zachodniego obejścia Częstochowy, którego jeszcze nie ma nawet w budowie - i wpadamy w południową sieć, którą już teraz tworzy A4 z przyległościami.
A4 to pierwsza z „dużych” autostrad, która zostanie ukończona w całości. Niestety, tutaj poślizgi są już takie, że to nastąpi dopiero na początku 2013, ale pod koniec 2012 już powinien istnieć spory kawałek od Tarnowa po ukraińską granicę. Od zachodu A4 już jest połączona z niemiecką siecią autostrad i to na dwa sposoby - dobrą drogą na Drezno i kiepską na Berlin, oznaczoną na szaro, bo tak jak gierkówka, autostradą jeszcze nie jest.
Pełne zakończenie budowy autostrad w Polsce wymaga już tylko przedłużenia A2 od Warszawy do granicy białoruskiej. Papiery są wreszcie gotowe, ale kiedy będzie w tej sprawie jakiś przetarg - nie wiadomo, różne niespodzianki może nam robić kryzys (na szczęście w obie strony - kasy ubywa, ale ceny lecą w dół). Podobnie z przetargami na centralny odcinek A1.
Do końca kadencji jednak ten rząd ma szanse rozpocząć budowę. Co sprawiałoby, że ja osobiście gotów byłbym Tuskowi naprawdę sporo wybaczyć - jako temu, kto dokończył polskie autostrady.
Mapkę rysowałem na kolanie, nie miałem więc zdrowia do dróg ekspresowych. A to już wiadomo na pewno, że to dzięki nim dokona się scalenie sieci północnej i południowej w spójną sieć ogólnopolską.
Cała S8 od Wrocławia po Łódź jest już w budowie. Takoż S3 od Gorzowa Wielkopolskiego po Zieloną Górę. To znaczy, że w 2014 będzie można już poruszać się między Gdańskiem, Wrocławiem, Szecinem, Katowicami, Rzeszowem i Warszawą bez opuszczania autostrad i ekspresówek.
Oczywiście, na trasach typu Rzeszów - Warszawa to byłoby piramidalne nadkładanie drogi, ale i tak nowe drogi wymuszą na nas zmianę dotychczasowych przywyczajeń. Wiele tras, które teraz rozpoczynamy podwarszawskimi korkami przez Raszyn czy Łomianki, nagle przejdzie do historii - bo na Gdańsk, Szczecin, Wrocław i Katowice będzie się opłacało wyjechać A2. Mindblowing!

wtorek, 03 stycznia 2012
Ready Player MacGuffin

Ready Player One” to już lektura obowiązkowa dla drogich blogobywalców - obojętnie czy należą do entuzjastów bezkrytycznych (jak ja), czy do kręcących nosem, że owszem, może i fajne, ale jednak fochu-fochu-fochu, jak MRW. Po prostu wypada już mieć swoje zdanie.
Swoje lakonicznie wyraziłem w felietonie na koniec roku. Kiedyś pewnie napiszę o tym większy tekst, jak się ukaże polski przekład (o ile jeszcze będzie istniała prasa papierowa).
Foching MRW (przepraszam, nie mogę się uwolnić od prześladującego mnie ostatnio określenia „serwis parentingowy”) wynika z tego, że skupił się on na wątku popkultury lat 80. Ja ją w tej książce traktuję jako MacGuffina.
To mógł być kryminał, to mogła być opera - nieważne. Dla mnie ta powieść traktuje przede wszystkim o przyszłości kapitalizmu. To ciekawa ekstrapolacja tendencji, które być może będą się rzeczywiście nasilać.
Może ten kryzys będzie się naprawdę ciągnąć dekadami? Może towarzyszyć mu będzie (jak w proroctwach Marksa) nieodwracalny zanik klasy średniej? Któremu nie będzie (wbrew proroctwom Marksa) towarzyszyć rewolucja ani żadna próba oddolnej organizacji wywłaszczonych i wydziedziczonych?
W dystopii Cline’a nieproporcjonalnie dużą rolę odgrywa jedna ponadnarodowa korporacja, nadzorująca tytułową grą, która wchłonęła w siebie praktycznie wszystkie kanały łączności - także to, co dzisiaj nazywamy „internetem”. Ta korporacja ucieleśnia system wartości współczesnego stereotypowego nerda-korwinisty.
Z jednej strony: sędziwy Cory Doctorow czuwa nad regulaminem gry tak, żeby zachować jedyne wolności, jakie mogą go interesować. Dystopia, w której ktoś w rodzaju Stallmana czy Raymonda dysponowałby absolutną władzą, byłaby przerażającym światem - bo mielibyśmy zagwarantowane prawo do grzebania w kodzie (które większości zwisa i powiewa), ale stracilibyśmy wszystkie inne.
Korwinizm to fenomen zatrzymania się w emocjonalnym rozwoju na poziomie gimnazjum. Kimś takim ewidentnie był powieściowy James Halliday, który na poziomie gimnazjum był akurat w latach 80., więc tę dekadę utrwalił w swojej grze - ale to mogła być dowolna dekada albo inny przedmiot jego obesji. Ważniejsze jest to, że ta obsesja przesłoniła mu cały świat i jego problemy.
Czy czeka nas totalna gimnazjalizacja? Mam nadzieję, że nie, ale są procesy społeczne, które na krótką metę można tak interpretować. Portalizacja mediów i kult mema już teraz zatruwają sferę publiczną, utrudniając merytoryczny dyskurs (jeden ładny lolkotek zawsze może sprawić, że „your argument is invalid, LOL”).
Otwarte zakończenie powieści można, bez spojlowania, interpretować jako pytanie, czy bohater umie przejść do następnego poziomu gry - czyli życia poza grą. Halliday nie znalazł do tego poziomu walkthrough więc odpadł na pojedynku z bossem, mówiąc metaforycznie.
Czy Wade sobie poradzi? Ba!

czwartek, 29 grudnia 2011
The last days of Bear Stearns

Film „Margin Call” jest na tyle niszowy, że gdy zacząłem guglać ciekawostki na jego temat, wśród wyników wyszukiwania dominowały strony, w których słowo „margin call” pojawiało się jako element finansowego żargonu.
Najpierw o żargonowym znaczeniu: „margin call” to sytuacja, w której instytucja finansowa doszła do kresu możliwości lewarowania - czyli braniu realnego miliona i ubijania z niego piany o nominalnej wartości miliarda. W takiej sytuacji trzeba albo sprzedać to, czego się ma za dużo (albo dokupić to, czego jest za mało). Piana opada i światu ukazuje się kryjący pod nią brzydko pachnący balasek.
Guglanie podziałało jak wehikuł czasu. Ponad wynikami dotyczącymi filmu znalazłem dwa odnośniki z czasów przedkryzysowych. Na samej górze był artykuł z inwestorskiego serwisu portfolio.com.
Serwis portfolio.com zamieścił 29 lipca 2007 (paręnaście miesięcy przed upadkiem Lehman Brothers!) artykuł zatytułowany „Why Margin Calls Need Not Destroy the CDO Market”, czyli z grubsza „Dlaczego sytuacje typu Margin Call nie muszą zniszczyć rynku instrumentów pochodnych kreowanych przez bicie piany z kredytów hipotecznych”.
Autor, finansowy dziennikarz Felix Salmon, odnosi się do swojego polemisty, który zarzucił Salmonowi przesadny optymistyzm i zauważył, że cała konstrukcja CDO’s może się wykopyrtnąć od jednego „margin call”.
Co się zresztą wydarzyło. Felix Salmon jednak w lipcu 2007 odpowiedział, że niekoniecznie musi tak być i podał cztery przyczyny.
Pierwszą było to, że Bear Stearns uniknął bankructwa, kiedy doszło do margin call w czerwcu. „We still don't know the endgame to that story, but we do know that $7 billion of leverage got brought down pretty painlessly to $1.2 billion in leverage without any fire sales and without any bailout from Bear itself. Clearly, there are non-fire-sale solutions to these kind of problems”.
Cóż, my już znamy „endgame to that story”. Będzie nim przejęcie Bear Stearns po śmieciowych cenach przez JPMorgan w marcu 2008. Plus kilka procesów, z których niestety złodziejom udało się wykręcić bezkarnie (zero koma zero na moim zdziwieniometrze).
Argumentem drugim jest zasadnicza różnica między CDO a CDS, której nie rozumieją laicy. Tutaj Felix Salmon miał rację: te pierwsze waliły się w 2008 robiąc „pieeeerdut!”, a te drugie „je-budu!”.
Argumentem trzecim jest możliwa dalsza ewolucja tych narzędzi. Znów miał rację: nie ma ewolucji bez ekstynkcji.
Argument czwarty znów przekleję: „Finally, I wonder whether banks are quite as rule-bound as the epicurean dealmaker imagines”. Racja: actually, they are not. We have learned that the hard way, thank you very much.
Jak wynika z jego hasła w wiki, Felix Salmon w roku 2010 dostał nagrodę za „the highest standards of scientific reporting”. Teraz pracuje dla Reutersa.
Jego artykuł to piękne narzędzie dekonstrukcji publicystyki finansowej. Trochę przemądrzałości („wiem, czym się rożnią CDO od CDS”), trochę pustosłowia („nie wiadomo, jak to będzie ewoluować”), trochę non sequiturów („fundusz hedgingowy Bear Stearns zlatuje z czterdziestego piętra, nie znamy jeszcze endgame to that story, ale na wysokości piątego piętra jest pretty painlessly”) - i wychodzi nam tekst dla inwestorów.
Dekonstrukcję tego rodzaju publicystyki uprawia (anty)ekonomiczny blog nakedcapitalism, który - quelle surprise! - w guglu wylądował zaraz za Felixem Salmonem. Susan Webber, ukrywająca się pod pseudonimem Yves Smith, od lat ośmiesza tam brednie, które ludziom są wciskane jako „nauka zwana ekonomią”.
22 czerwca 2007 Yves Smith pisał mniej więcej o tym samym, co Salmon - o cuchnącym balasie w Bear Stearns. Zauważył, że „Financial Times” i „Bloomberg” przynajmniej już dostrzegają powagę sytuacji, podczas gdy „Wall Street Journal” ciągle nie chce dać tego na pierwszą stronę.
Zamiast tego „WSJ” dał optymistyczny artykuł o ludziach, którzy chętnie kupują papiery (bez)wartościowe Bear Stearns, widząc w tym okazję.
„“There’s an opportunity out there to buy these loans at a discount,” says Lou Morrell, vice president for investments and treasurer at Wake Forest University”.
Rok później tenże sam Lou Morrell będzie się tłumaczyć z 24-procentowego spadku wartości uniwersyteckiego funduszu: „That’s about what Harvard and Yale have done with their huge portfolios,” he said. “We always pride ourselves on having returns similar to theirs.”
Jakie to piękne - sprzedajni ekonomiści tworzą bzdurne teorie sprzyjające ich sponsorom. W te teorie wierzą kwestorzy ich uczelni, którzy inwestują w MBS-y na rok przed ich załamaniem. A potem ich główne usprawiedliwienie jest takie, że inne uczelnie wtopiły tak samo...

środa, 28 grudnia 2011
Now Playing (133)

„Congratulations” MGMT to oficjalnie najbardziej niedoceniana płyta, jaką kupiłem sobie w 2011. Kupiłem trochę z rozpędu pod wpływem zachwytu „Kids”, ale podejrzewałem, że to będzie grupa jednego przeboju.
Jakże błędnie! W miarę słuchania poszczególne piosenki awansowały u mnie w ajtjunsach z trzech na cztery, a wreszcie na pięć gwiazdek i teraz „Kids” do „Congratulations” mają się dla mnie mniej więcej jak „Arnold Layne” do „Wish You Were Here”.
Ciekawe ilu komcionautów mam dostatecznie starych, żeby zrozumieć tę metaforę? Dla mnie znaczna część zauroczenia „Congratulations” płynie z nostalgii za dziedzictwem psychodelicznego rocka - które z kolei dla odpowiedzialnych za MGMT panów Goldwassera i VanWyngardena, urodzonych gdy to dziedzictwo konało w wymęczonym „Final Cut”, było przeszłością zamierzchłą jak dla mnie Frank Sinatra.
Panowie MGMT mają jednak gusta wyrafinowane i eklektyczne, o czym świadczy choćby ich miks w cyklu „Late Night Tales”, z Suicide, Velvet Underground i Durutti Column oraz ich coverem Bauhaus. No aż mi się czasy wymieniania winylami z tow. Zgliczyńskim przypomniały. Może po prostu wydają płyty dla ludzi w moim wieku bo wiedzą, że już tylko my kupujemy płyty - a może ja naprawdę przypadkowo spędziłem młodość w wyjątkowo inspirującej dekadzie?
Najwięcej słucham ostatnio otwierającego płytę „It’s Working”, ale polecam serdecznie całość - to nie będą zmarnowane pieniądze. Najwyżej uznacie je za wyjątkowo nieatrakcyjny kurs wymiany za pieniążek w plastikowej kopercie, ukryty wewnątrz płyty. Można nim zdrapać okładkę, żeby była inna - oczywiście, nigdy tego nie zrobię, tak jak nie zdrapałem nalepek na okładkach „Pink Floyd”.

czwartek, 22 grudnia 2011
Jezus był socjalistą

W polskim liberalizmie zawsze fascynowało mnie to, że to filozofia ludzi unikających czytania książek. Oczywiście, wiem że nie można tego uogólniać na cały liberalizm jako taki, Isaiah Berlin parę książek w swoim życiu przeczytał - ale weźmy typowe egzemplum liberała po polsku, pana Krzysztofa Kolany z serwisu bankier.pl.
Pan Krzysztof twierdzi, że „Jezus Chrystus był liberałem” i uzasadnia to następująco: „Jednym z moich ulubionych fragmentów Ewangelii jest przypowieść o talentach (Mt 25, 14-30), w której właściciel kapitału powierza go swoim trzem sługom”. I z powierzchownej interpretacji tej przypowieści wysnuwa tezę, jakoby była to pochwała mnożenia kapitału na wolnym rynku.
Panie Krzysiu, pan se weźmie jakąś Biblię - w tym kraju egzemplarz zawsze się znajdzie pod ręką - i Pan ją otworzy na tej przypowieści. Proszę spojrzeć na margines. Co pan tam widzi?
Ano tak, tajemnicze literki i cyferki, Łk 19,12-27. Co one oznaczają?
Ewangelie Marka, Mateusza i Łukasza nazywamy „ewangeliami synoptycznymi”. W odrożnieniu od Ewangelii Jana, opisują one mniej więcej te same wydarzenia, ale z różnych punktów widzenia.
W biblistyce to się nazywa fachowo „problemem synoptycznym” i bibliści od setek lat się spierają, jak go ugryźć - prawdopodobnie najstarsza jest ewangelia Marka, ale Łukasz i Mateusz uzupełnili ją o inne źródła (albo źródło).
Nie wnikajmy tutaj w liczenie ewangelistów na końcu szpilki, powiedzmy po prostu, że interpretowanie dowolnej przypowieści w jednej z ewangelii synoptycznych bez sprawdzenia tego, jak ją przedstawił inny synoptyk - to coś mniej więcej równie głupiego jak, nie wiem, wzięcie kredytu bez sprawdzenia oprocentowania.
No i co na ten temat pisze drugi synoptyk, Łukasz? W podanej przez Pana internetowej wersji Biblii Tysiąclecia mamy łopatologiczny link. Klikamy... i czytamy:
«Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: "Zarabiajcie nimi, aż wrócę". Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: "Nie chcemy, żeby ten królował nad nami". Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. Stawił się więc pierwszy i rzekł: "Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min". Odpowiedział mu: "Dobrze, sługo dobry; ponieważ w drobnej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami!" Także drugi przyszedł i rzekł: "Panie, twoja mina przyniosła pięć min". Temu też powiedział: "I ty miej władzę nad pięciu miastami!" Następny przyszedł i rzekł: "Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: chcesz brać, czegoś nie położył, i żąć, czegoś nie posiał". Odpowiedział mu: "Według słów twoich sądzę cię, zły sługo! Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: chcę brać, gdzie nie położyłem, i żąć, gdziem nie posiał. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał". Do obecnych zaś rzekł: "Odbierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min". Odpowiedzieli mu: "Panie, ma już dziesięć min". "Powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Tych zaś przeciwników moich, którzy nie chcieli, żebym panował nad nimi, przyprowadźcie tu i pościnajcie w moich oczach.
W wersji Łukasza to już nie jest przypowieść o sprawiedliwym władcy, który nagrodził obrotnego liberała. Wersja Łukasza jest taka, jakby ją napisał sam Karol Marks - to opowieść o władcy niesprawiedliwym i znienawidzonym przez swoich poddanych. Kimś w rodzaju prezesa korporacji w oczach marksisty.
Kim jest dla marksisty pracodawca? Kimś, kto chce „brać, gdzie nie położył i żąć, gdzie nie posiał”. Może tak robić, bo panuje niesprawiedliwy system, w którym bogaci są coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi - czyli, według Łukasza, „Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. Kto podskakuje - ten się spotka z aparatem królewskiej przemocy.
Oczywiście, nie zamierzam dowodzić, że Jezus był marksistą. Jako marksista lubię czytać książki, a więc znam tę podstawową zasadę biblistyki: „jedenaste: porównaj innego synoptyka”.
W kazaniu na górze Jezus według Łukasza mówi, że Krolestwo Niebieskie przypadnie „ubogim”. U Mateusza mówi, że przypadnie „ubogim duchem”. Nic dziwnego, że polscy liberałowie wolą Mateusza...

poniedziałek, 19 grudnia 2011
Subtelność Zanussiego

Gdy zobaczyłem zajawkę wywiadu z Zanussim z cytatem „feminizm jest jak cholesterol” - jeszcze w sklepie wiedziałem, że od tego materiału zacznę poranną lekturę „Gazety”. I faktycznie wywiad to prawicowy lolkontent dnia - nie sądzę, żeby znalazł się dziś pacjent #psychiatryka24 i serwisów pokrewnych, który to przelicytuje.
„Zaznałem goryczy odrzucenia” - mówi Zanussi, opowiadając o tym, jak to międzynarodowe lewactwo prześladuje chrześcijan. I najpiękniej egzemplifikuje to prześladowaniami, jakie spotkały go za niewinną wypowiedź u Moniki Olejnik na temat sprawy Polańskiego.
„Powiedziałem tam, że historia oskarżenia o gwałt na nieletniej nie mieści się w ramach tabloidalnej opowieści o rozpustniku i niewinnej dzieweczce. Przypominałem, że dziewczynka była w rękach matki stręczycielki” - mówi reżyser i puentuje „Padłem ofiarą języka, jakim o tym mówiono, wykluczającego wszelkie subtelności”.
Sub... telności... Naprawdę użył tego rzeczownika w tym kontekście! Jak się czyta tych polskich zawodowych chrześcijan, wybór ateizmu okazuje się być po prostu herbertowską kwestią smaku.
Jeśli dla nich nazwanie ofiary gwałtu „prostytutką” dla wybielenia kolegi jest „subtelnością” - pozostaje być tylko dumnym z tego, że się nie jest jednym z nich. W słowach Zanussiego tyle było subtelności, co w pamiętnym „czy można prostytutkę zgwałcić, he he he” Leppera.
Słowa Zanussiego można sobie odświeżyć na stronie TVN24. Bagatelizując znaczenie występku Polańskiego, Zanussi opisał go słowami „on skorzystał z usług nieletniej prostytutki” tak, jakby to była taka sama kategoria moralna jak, powiedzmy, „wybrał hamburgera w zestawie powiększonym”.
Olejnik przerwała mu (i chwała jej za to, że jako jedna z nielicznych polskich dziennikarek potrafi zareagować na takie dictum polityka czy celebryty): „no nie nie nie, to nie była prostytutka, to była dziewczynka trzynastoletnia, to nie było za pieniądze, więc to nie była prostytucja”.
„No wie pani, w tym świecie masę rzeczy się nie robi za pieniądze, tylko dla sławy, dla kariery - odpalił Zanussi. Klip TVN24 się w tym momencie urywa, być może montażysta zaliczył glebę. Nie dziwię mu się.
Bardzo wysoko cenię sobie Polańskiego jako artystę i akceptuję argumenty jego obrońców, że jego występek w świetle europejskiego prawa uległ przedawnieniu, a on sam jest już innym człowiekiem. Ale to ciągle nie jest powód, żeby bagatelizować sam występek.
Skomentowałbym to z adekwatnym poziomem „subtelności”, ale nie chcę przeklinać na swoim blogu. No bo czy można katolickiego reżysera zgwałcić, he he he?

czwartek, 15 grudnia 2011
Związkowe FAQ

Zamiast grudniowego rankingu będzie FAQ. Jak zapewne większość komcionautów już wie, współzakładałem ostatnio pewną organizację związkową. Świetna sprawa, szczerze polecam każdemu - nic, co można mieć za pieniądze, nie daje więcej radości.
Zakładanie związku obejmuje pewną dozę agitowania, a agitowanie oznacza między innymi odpowiadanie na pytania. Niektóre są na tyle powtarzalne, że aż się to prosi o FAQ. Without further ado...

Boję się! A jak mi coś za to zrobią?

To ty wtedy do prokuratora. Ustawa o związkach zawodowych ma sympatyczny rozdział piąty zatytułowany „przepisy karne”. Utrudnianie zakładania zgodnie z prawem organizacji związkowej lub jej działalności jest ścigane z urzędu.

Wewnętrzne przepisy w naszej firmie na to nie pozwalają...

Wolność zrzeszania się w związkach zawodowych należy do kanonu podstawowych praw człowieka, co potwierdzają międzynarodowe konwencje ratyfikowane przez Polskę. Tę wolność gwarantuje nam art. 59 konstytucji RP, w której wymieniona jest niezależnie od ogólnej wolności zrzeszania (art. 58), dla podkreślenia jej szczególnej ochrony. Niezależnie od tego tę wolność daje nam także wspomniana wyżej ustawa i pewnie jeszcze kilka innych aktów prawnych, ale to już chyba wystarczy?

Dlaczego ta centrala, a nie inna?

Wyobraź sobie, że jesteś gimnazjalistą, któremu klasowy osiłek odebrał kieszonkowe. Szczęśliwie jesteś jednak najmłodszym dzieckiem w rodzinie wielodzietnej, zamierzasz więc odwiedzieć klasowego osiłka ze swoim starszym rodzeństwem, by renegocjować podział kieszonkowego.
Czasem lepiej będzie przyjść z najstarszym bratem, który jest wysoki i masywny, a czasem z nieco młodszym, ale za to trenującym karate. A czasem, jak w genialnym dowcipie Mrożka, najskuteczniejsza będzie starsza siostra.
Pracownik w Polsce jest w sytuacji takiego właśnie dziecka z licznym starszym rodzeństwem. Czasem skuteczniejsze będzie OPZZ, czasem „Solidarność”, czasem Inicjatywa Pracownicza, czasem jeszcze coś innego. Wszystko się sprowadza do jednego pytania: z kim wiążesz nadzieje na wynegocjowanie jak najkorzystniejszego podziału kieszonkowego.

Jako liberał jestem przeciwnikiem związków!

Twoja sprawa, ale zauważ, że dziwnym trafem tylko pracownicy najemni aż tak ślepo wierzą w wolny rynek. Zmowy cenowe, kartele, mono- i oligopole muszą być rozbijane przez panie Viviane Reding lub Annę Streżyńską, albo inne uokiki.
Słyszałeś, żeby jeden prezes powiedział do drugiego: „jako liberał jestem przecinikiem oligopolizacji, odrzucam propozycję udziału w zmowie cenowej”? Ja też nie. Kolego liberale, nie masz uczucia, że jesteś strasznym frajerem, jeśli chciałbyś, żeby akurat wartość Twojej pracy była tym jednym jedynym dobrem podlegającym swobodnej wycenie rynku?

Ale co nam da związek?

Oczywiście, nie odwoła kryzysu ani nie przywróci świetności umierającej branży. Ale jak to świetnie opisała Naomi Klein, „kryzys” to hasło nader często nadużywane do ograniczania naszych praw w sposób niekoniecznie wynikający z przyczyn obiektywnych.
Wśród ustawowych obowiązków zakładowej organizacji związkowej jest „sprawowanie kontroli nad przestrzeganiem w zakładzie pracy przepisów prawa pracy”. Tam, gdzie wbrew prawu ludzie są przetrzymywani na śmieciówkach albo fikcyjnym samozatrudnieniu, tam niekoniecznie jedynym wyjściem jest donos na infolinię PIP.
Zadzwonić nigdy nie zawadzi, ale może warto też przyjść ze starszym bratem (lub starszą siostrą)?

niedziela, 11 grudnia 2011
Now Playing (132)

Zbliża się rocznica stanu wojennego - niedzieli, na którą wyczekiwałem w wielkim napięciu, bo w radiu mieli wtedy nadać najnowszą płytę mojego ulubionego zespołu. Już-już miałem naszykowaną kasetę do nagrywania... a tu na ukaefie cisza.
Młodzieży wyjaśnijmy, że komunizm miał swoje wady, ale dla entuzjasty poglądów Richarda Stallmana miał jedną zasadniczą zaletę: praktycznie nieskrępowaną wolność kopiowania dóbr kultury. Płyty w całości nadawano w audycjach radiowych, puszczając nawet przedtem sygnał pozwalający słuchaczom dostroić magnetofony.
Moim ulubionym zespołem w tę ponurą zimę jeszcze ciągle było AC/DC - choć nie wiedziałem jeszcze wtedy, że gdy zamkną szkoły, będę miał więcej czasu na słuchanie muzyki, a w efekcie moje gusty zaczną ewoluować. A ulubioną jego piosenką, to już naprawdę wstyd przyznać, było „Hells Bells” z albumu „Back In Black”.
No hej, byłem wtedy w wieku, który dziś określa się mianem „gimbusiarskiego” - a co ma się podobać gimbusowi, jak nie wizja piekielnych dzwonów, apokalipsy, nadejścia ery szatana, i w ogóle, no wiecie, „black sensations down your spine”. Uprzedzając następne pytanie: tak, Iron Maiden też bardzo lubiłem i do dzisiaj mam sentyment zwłaszcza do pierwszej płyty.
Odbyłem ostatnio dość szaloną podróż Bruksela (konferencja) - Manchester (Lem) - Londyn (Lem) i będąc pierwszy raz w życiu w Manchesterze, splądrowałem oczywiście małe sklepiki z płytami. Niby wszystko jest w internecie, ale jak w lemowskiej „Wyprawie Szóstej”, nadmiar informacji to jednocześnie brak informacji.
Przykład: Dandy Warhols, jeden z moich ulubionych zespołów współczesnych, nagrał już 10 lat temu jako B-track do singla „Bohemian Like You” cover mojej ulubionej piosenki sprzed 30 lat. A ja niby codziennie zaglądam na Youtube czy do Wikipedii, gdzie jest zapisana ta informacja, ale nie miałem jak się o tym dowiedzieć.
Takie wyszukiwanie sieci, że będzie można powiedzieć „Siri, czy są jakieś fajne covery od czapy, ktorych jeszcze nie mam?”, to będzie dopiero na iPhone 5S. Na razie nie ma lepszego sposobu na szukanie dziwnych B-tracków od analogowego łażenia własnymi nogami po antykwariatach w miastach, do których człowieka cisną wichry podróży służbowej...

środa, 07 grudnia 2011
Uczciwy błąd

Tyle się dzieje, że przegapiłem dziesiątą rocznicę upadku Enronu - a przecież widać w nim było zapowiedź obecnego kryzysu. Są zresztą liczby pokazujące, że kryzys roku 2001 nigdy się nie skończył - i dlatego właśnie całą dekadę lat zerowych żyliśmy na kredyt.
2 grudnia 2001 giełdowy gigant, jeszcze przed chwilą siódma co do wielkości firma w USA, jeszcze przed chwilą wychwalany przez magazyn „Fortune” za „innowacyjność” - niespodziewanie ogłosił bankructwo.
Akcje spółki, niedawno notowane po 100 dolarów na giełdzie (i dające jej łączną kapitalizację sięgającą ćwierć biliona), poleciały do zera. 4000 pracowników przekonanych, że mają stabilne miejsca pracy z gwarancją dostatniej emerytury - poszło na bruk, a ich ulokowane w akcje emerytury wyparowały.
Nic nie zapowiadało krachu. Enron regularnie spełniał prognozowane przez analityków wyniki finansowe - a te zawsze wyglądały rewelacyjnie. Uczciwość rozliczeń swoim autorytetem poświadczała jedna z najbardziej prestiżowych firm księgowych świata - Arthur Andersen.
Dopiero 11 grudnia 2001 szef Andersena Joseph Berardino zeznając przed kongresem USA wyjaśnił, w czym rzecz. Jego słowa to tak przepiękna klasyka korporacyjnego łgarstwa, że przytoczę je w całości (za „New York Times”):
„Uważamy teraz, po dokładniejszym przyjrzeniu się sprawie, że nasza ekipa popełniła błąd - uczciwy błąd, ale jednak błąd. Ale uważam, że zachowaliśmy się profesjonalnie”.
Piękne, prawda? Ale to nie koniec. Prezes Berardino chwilę potem przelicytował samego siebie, odpowiadając na pytanie kongresmena, czy ten „uczciwy błąd” nie miał aby czegoś wspólnego z gigantycznymi honorariami, które Arthur Andersen brał od Enrona za tajemnicze „konsultacje”.
„Nie uważam, że otrzymywane przez nas honoraria wpływały na niezależność naszych sądów. Niektórzy mogą być innego zdania i muszę jakoś sobie z tym poradzić” - odpowiedział z godnością prezes Berardino.
Rocznie Arthur Andersen brał od Enronu dwa miliony za księgowość i dwadzieścia pięć za „konsultacje”. Bądźmy szczerzy: to są sumy, za które każdy z nas na pytanie „ile jest dwa razy dwa” odpowiedziałby „a ile ma wyjść?”.
Przekręty tuszowane przez Arthura Andersena wyglądały tak (o ile nie zaznaczyłem inaczej, ciekawostki biorę stąd): żeby regularnie wykazywać zysk, firma okradała samą siebie. Weszła na przykład w układ ze swoimi leasingodawcami, Merrill Lynch i JP Morgan, że odkupią od niej po atrakcyjnej cenie barki w Nigerii.
Dlaczego Merrill Lynch i JP Morgan kupowali poleasingowy sprzęt po zawyżonych cenach? Bo mogli to odbić sobie gdzie indziej w kosztach leasingu. W ten sposób Enron wykazywał zysk przez tworzenie sobie coraz trudniejszego w obsłudze zadłużenia, którego jednak Arthur Andersen był gotów, w ramach „uczciwego błędu”, nie dostrzegać.
Dług ukrywano przez przerzucanie go do spółek zależnych (którym nadawano fikuśne nazwy m.in. z „Gwiezdnych wojen”). W końcowej fazie spółki zadłużały się po to, żeby skupować akcje Enronu i windować ich kurs.
W przekręcie uczestniczyło wiele instytucji finansowych, wśród nich - Lehman Brothers, który już za parę lat zrobi jeszcze fajniejsze zdziwko. W wyniku procesu wytoczonego przez zrujnowanych akcjonariuszy, bank zgodził się wypłacić im 222,5 megabaksa.
Nie wszystko jednak udało się wyjaśnić. David Duncan, bezpośrednio odpowiadający za Enrona w firmie Arthur Andersen, wykazał się refleksem księgowego i większość dowodów zdążył wrzucić do niszczarki.
Teoretycznie groziło mu 10 lat za utrudnianie śledztwa, praktycznie poszedł na układ z prokuraturą, dostał minimalne zarzuty, a potem tak od jednej instancji do drugiej - w końcu się wykręcił sianem.
Szef Enrona Kenneth Lay mógł mieć surowy wyrok, ale nagle umarł w swojej posiadłości na odludziu w Górach Skalistych. Ciało natychmiast skremowano. Zważywszy, że mówimy o zawodowym kłamcy powiązanym z administracją Busha, podejrzenie o sfingowanie śmierci jest całkiem uzasadnione.
Numer dwa w organizacji Jeffrey Skilling - zręczny inżynier finansowy, który osobiście projektował te przekręty - siedzi do dziś (yaaay!). Numer 3 Andrew Fastow ma niestety wyjść jeszcze przed tymi Świętami.
Poza tą trójką zarzuty jeszcze dostało ok. 30 osób, wszystkie są już na wolności. Większość bohaterów tej historii ładnie spadła na cztery łapki, na przykład prezes Berardino prezesuje teraz firmie konsultingowej Alvarez & Marsal.
Skandal pokazał parę rzeczy: przede wszystkim jak głupim pomysłem jest uzależnianie zarobków zarządu bezpośrednio od bieżących wyników spółki - co wytwarza oczywiście pokusę wykazywania krótkoterminowych zysków kosztem przyszłości firmy. Skąd szychy z Wall Street mają brać kręgosłup moralny, żeby takie pokusy od siebie odsunąć?
Ale to i tak betka w porównaniu z ważniejszym pytaniem: skąd księgowi, audytorzy i nadzór finansowy mają brać kręgosłup moralny, żeby odsuwać od siebie pokusę zrobienia „uczciwego błędu” w zamian za malusią konsultacyjkę?
Niestety, przez te 10 lat nie odnaleziono dobrej odpowiedzi, o czym świadczą choćby późniejsze losy Lehman Brothers.

sobota, 03 grudnia 2011
Ho ho ho, kiszka!

Alan Turing (z japkiem)

W Manczesterze będąc, odbyłem maleńką pielgrzymkę do pomnika Alana Turinga - który dziś jest przedmiotem dumy tego miasta.
Turing był bohaterem wojennym. Jego wkład w kryptologię przyczynił się do tego, że możemy sobie teraz pogaduszkować po polsku. Jego wkład w informatykę przyczynił się do tego, że pogaduszkujemy sobie przez Internet.
W popularnym odbiorze Turing najbardziej znany jest nie z tego, co wniósł w informatykę na serio, tylko z żartobliwego „testu Turinga”. Że nie ma sensu go traktować na poważnie, o tym świadczy filmik, na którym pomnik Turinga przechodzi test Turinga (w oczach psa, który uznał pomnik za człowieka).
Wszyscy natomiast musimy dziś od czasu do czasu przejść odwrotny test Turinga, czyli udowodnić, że jesteśmy człowiekiem. A nie psem.
Turing był homoseksualistą w kraju, w którym homoseksualizm był przestępstwem. W 1952 poznał żulika, który go okradł. Jako praworządny obywatel Turing zgłosił to na policję.
I tu się pojawił problem: od 1885 roku homoseksualizm był w Wielkiej Brytanii przestępstwem ściganym z urzędu. Kretyn, który przeforsował ten zapisek, był posłem z partii liberalnej, jednym z pionierów libertarianizmu. A przy okazji zaciekłym homofobem i antysemitą.
Tak tak, proszę państwa, liberalizm i libertarianizm to nie tylko historia walki o niskie podatki dla najbogatszych, to także tak fascynujące postacie, jak poseł Henry Du Pre Labouchere. Byłoby czasem fajnie, gdyby polscy liberałowie poczytali o historii swojej ukochanej doktryny, ale chyba wymagam zbyt wiele.
Policja, jak to policja, zamiast zainteresować się żulikiem - podbiła sobie „wykrywalność” przez wykrycie przestępcy siedzącego po drugiej stronie biurka. Alan Turing został oskarżony o bycie homoseksualistą i postawiony przed wyborem - więzienie albo chemiczna kastracja.
Turing wybrał kastrację. Szkoda, może gdyby nie to, dożyłby nawet zniesienia w 1967 zakazu liberała Labouchere'a? Jego życie takie, jakie znał dotąd, tak czy siak było już skończone. Turing wyrównał więc różnice między swoim stanem społecznym a swoim stanem biologicznym, zjadając jabłko nasączone trucizną.
Pomnik geniusza odsłonięto w 2001 roku. Dopiero w 2009 roku premier Gordon Brown oficjalnie przeprosił za zbrodnię sądową, którą kilka dekad wcześniej Wielka Brytania popełniła na swoim wojennym bohaterze.
Przypadek Turinga jest wyjątkowo ciekawy z punktu widzenia bredni polskiej prawicy o „równi pochyłej” - że zaczniemy od ślubów homoseksualnych, a skończymy na legalizacji pedofilii. O ile na to nie ma żadnych argumentów, poza głębokim przeczuciem prawicowych felietonistów, to niestety jest sporo konkretnych argumentów na tezę odwrotną.
Przykład Turinga smutno pokazuje, że zaczyna się od debilnych żarcików typu „ho ho ho, kiszka stolcowa”, które śmieszą ludzi zatrzymanych w rozwoju na poziomie gimnazjum - a kończy się na zaszczuwaniu wojennych bohaterów i genialnych naukowców.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62