Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Jazz niepodległości

Skoro kończy się rok stulecia niepodległości, rzutem na taśmę zrobię notkę na bazie artykułu, do którego zacząłem nawet robić risercz, ale ostatecznie go nie dokończyłem. Planowałem go do cyklu o bohaterach niepodległości.

Wśród fenomenów stulecia niepodległości fascynował mnie temat polskiego jazzu. Na którym się nie znam, dlatego w końcu poczułem, że temat mnie przerasta i tekst nie powstał.

Znam się jednak jako-tako na rocku i zaryzykowałbym taką tezę: Polski jazz właściwie od razu po wyjściu z katakumb (1955) ma światowy poziom, w sensie, że od razu „Ptaszyn” gra z Amerykanami jak równy z równymi (w ramach niedokończonego riserczu rozmawiałem o tym z „Ptaszynem”; odpowiedział skromnie, że Amerykanie po prostu byli uprzejmi dla kolegi z biednego kraju).

Nawet jeśli rzeczywiście dostał „punkty za pochodzenie”, to jednak kariery typu Komeda / Dudziak / Urbaniak chyba uzasadniają moją tezę. Próżno w każdym razie szukać analogicznych karier w polskim rocku.

Skąd potęga polskiego jazzu? Znakomita płyta „Noc w wielkim mieście” jazz-bandu Młynarski-Masecki uświadomiła mi, że polski jazz miał wysoki poziom jeszcze przed wojną.

Najstarsza wzmianka o graniu jazzu w Polsce pochodziła z magazynu związku muzyków polskich „Rytm” (1/1922) i miała przeuroczy tytuł „Profanacja sztuki. Przeróbki Chopina przez Jazz-bandę”:

„Kilka dni temu z oburzeniem stwierdzono, jak Jazz-band w Wielkiej Ziemiańskiej wygrywał Fox-trotta, na którego trzy części składają się przeróbki Chopina Fantasie-Improptu cis moll op 66, walc Des dur op 64 nr 1 i marsz Żałobny! Jak to wyglądało przy porykiwaniu trąbek, wyciu gwizdków, warczeniu rozmaitych bębenków, kastanietów, ksylofonów i innych nieodzownych dodatków tej murzyńskiej muzyki, można sobie wyobrazić (...) wypadek powyższy zainteresował zjednoczenie związku muz. pol. i na najbliższym posiedzeniu Rada Głowna przedsięweźmie odpowiednie kroki celem zapobieżenia na przyszłość podobnej profanacji.”

Wielu wirtuozów przedwojennego jazzu było pochodzenia żydowskiego, rok 1939 więc po prostu urwał tę epokę. Potem był stalinizm. Skąd kolejne pokolenie mistrzów po 1955?

Intuicyjnie czułem, że takie umiejętności można przenosić tylko w systemie czeladnik-mistrz. Tę intuicję potwierdził Ptaszyn, który powiedział mi: „nauka improwizowania polega na nauce harmonii, mnie tego nauczył Komeda, Komedę Matuszkiewicz”.

A kto nauczył Matuszkiewicza? W ramach niedokończonego riserczu zadzwoniłem i do niego - odpowiedział, że wszystko co miał do powiedzenia dziennikarzom, już opowiedział i uprzejmie lecz stanowczo zakończył rozmowę.

Paweł Brodowski, redaktor naczelny Jazz Forum - któremu w ramach niedokończonego riserczu zabrałem kawał dnia - podał mi kilka nazwisk „nauczycieli Dudusia”. Byli to przede wszystkim Kazimierz Turewicz i Zbigniew Wróbel, którzy po wojnie grali w krakowskich restauracjach Casanova przy Floriańskiej i Feniks przy Rynku.

Muzycy, którzy przenieśli jazz od przedwojnia do powojnia, byli głównie muzykami knajpianymi. Był to na przykład Karel Nejdely (Charles Bovery), który do Warszawy przeniósł się w 1942. Po wojnie grał w restauracji w ruinach hotelu Europejskiego, wyemigrował w 1958.

Pojawiały się też inne nazwiska - Zbigniew Wróbel, Józef Łysak, Zygmunt Karasiński, Władysław Figiel. Ich losy podczas okupacji były dramatycznie odmienne, niektórzy uprawiali de facto kolaborację, grając w lokalach „nur fur Deutsche” (Nejdely), inni zaś żyli z muzyki weselnej i działali w AK (Figiel).

Poczułem, że to tak fascynujące historie, że nie jestem w stanie tego opisać syntetycznie. Zacząłem tylko fantazjować o powieści/filmie o jazzie knajpianym (1939-1955). Jest taka świetna czteropłytowa składanka „Polish Jazz 1946-1956” (chyba nie ma jej na Youtube?), na której można posłuchać m.in. Bovery’ego właśnie. A więc soundtrack już mamy...

Knajpiany i katakumbowy współegzystowały, bo nawet gdy jazz oficjalnie wyklęto i zakazano (sierpień 1949, zjazd muzyków w Łagowie), grywano go na poły potajemnie w nocnych lokalach i na zabawach studenckich. Witold Skrabalak, którego w swojej lewicowej młodości zdążyłem poznać jako sympatycznego staruszka, zapadł wtedy ludziom w pamięć jako czujny strażnik studenckich potańcówek, interweniujący za każdym razem, gdy orkiestra zagrała niedozwoloną synkopę.

Próbowałem zrozumieć, co mieli w głowach ludzie - często niegłupi - zwalczający jazz z taką zapalczywością. Nie było to proste, bo zazwyczaj teksty potępiające jazz, potępiały także coś innego, w stylu: „[brońmy] kultury przed imperialistami, którzy chcieliby z nas uczynić mięso armatnie, a z kultury pornografię i jazz” (Tadeusz Borowski, 1953).

W marcu 1950 artykuł „Umasowić studenckie zabawy” w tygodniku „Po prostu” uruchomił ciekawą dyskusję. W miarę klarownie sformułowano tam potępienie jazzu: chodzi o to, że tańcząc go, człowiek wykonuje uwłaczające rozumowi i godności ludzkiej ruchy, tak zwane boogie woogie.

To oczywiście prowadziło do pytania: a co gdyby słuchać jazzu bez tańczenia (useless trivia: pierwszy siedzący koncert jazzu w Polsce był w 1929 w filharmonii poznańskiej)? Albo tańczyć innymi krokami? Zadał je w liście do redakcji (opublikowanym w numerze 4/1951) „student politechniki gdańskiej Andrzej Kożuchowski”.

Ideologicznego odporu udzieliło mu wielu autorów, w tym Paweł Beylin (6/1951): „„naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego kol. Kożuchowski odrywa sposób tańczenia od samego utworu tanecznego (...) boogie woogie to jeden ze społecznych przejawów imperialistycznego bandytyzmu i jako taki jest nam wrogi i obcy i powinniśmy go potępiać”.

Kończył swój tekst retorycznymi pytaniami: „Czy może istnieć boogie woogie, które bez wstydu mógłby zatańczyć student Polski Ludowej? Czy może istnieć kapitalista, który dobrowolnie rozda majątek robotnikom i stanie u boku klasy robotniczej?” i ówczesnym zwyczajem na wszelki wypadek odpowiadał: „nie liczyłbym ani na jedno ani na drugie”.

Bo „tańczyć można naprawdę ładnie” - pisał w 1953 Andrzej Mandalian - „a można w konwulsyjnych podrygach, grymasach klasy, która według uwagi pisarza Panfierowa, przyszła z Marsylianką, a odeszła z foxtrotem”. I z tej okazji życzę wszystkim naprawdę ładnego, burżuazyjnego Sylwestra!

niedziela, 30 grudnia 2018, wo

Polecane wpisy

  • Czaszki, lochy i Neapol

    Stanisław Lem wymyślił „Katar” - powieść o turystach, którzy giną w tajemniczych okolicznościach w Neapolu - z nadzieją, że przejedzie się z małżonk

  • Metafora leminga

    W moim bąbelku panują skrajnie przeciwstawne opinie na temat nowego serialu HBO „Ślepnąc od świateł” - jedni zachwyceni, drudzy zniesmaczeni. Nie mo

  • Heros korpoludków

    Zmęczony dysputą teologiczną, znów napiszę coś o popkulturze. Tym razem o Jo Nesbo, bo odczuwam niedosyt pisania o nim zawodowo. Postaram się nie spojlerować, b

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/12/30 20:04:34
Na Pol'andRock (Woodstock) nocna scena Jazzu pod patronatem Jazz Forum jest zawsze pełna.
-
2018/12/30 21:07:06
Korekta Obywatelska: kariei -> kariery.
-
2018/12/31 15:07:44
@wo

...Knajpiany i katakumbowy współegzystowały, bo nawet gdy jazz oficjalnie wyklęto i zakazano (sierpień 1949, zjazd muzyków w Łagowie), grywano go na poły potajemnie w nocnych lokalach...

Tak mi się skojarzyło. Weźmy Popiół i diament Wajdy.Ten film to trochę później i o czym innym, ale czy jazz nie pobrzmiewał w knajpianych scenach, gdzie akcja to 45/46 rok, czyli przed tym zjazdem, ale produkcja to rok 58? Taki mały manifest? Mogę się mylić, ale to brzmi w moich uszach(nie sprawdziłem, dawno nie oglądałem), mimo kultowej sceny z Makami spod Monte Cassino.

...To oczywiście prowadziło do pytania: a co gdyby słuchać jazzu bez tańczenia

Tu fajna scena z Wojny domowej Gruzy(ale to już czasy małej stabilizacji) gdzie Pawełek umawia się na jem session, a jego starzy nic nie rozumieją z tego siedzenia i przeżywania muzyki.To oczywiście satyra, ale czy nie symptomatyczna do
tego co piszesz? Pokolenie jego rodziców, wychowane na tym oficjalnym zakazie,musi zmierzyć się z nowym pokoleniem.
Niby nic, ale to przecież przedział czasu raptem jednego pokolenia.Ba, 49 a mała stabilizacja to tylko jakieś piętnaście lat. Nawet nie pełne pokolenie!
A mówi się, że dzisiaj czas przyspieszył.
Lipa! Zawsze gonił.
-
2018/12/31 22:58:06
"starzy nic a nic nie rozumieją"
Ale wiedzą co to "dżem seszyn" :)
-
2019/01/01 17:37:14
@wo:
"Zacząłem tylko fantazjować o powieści/filmie o jazzie knajpianym (1939-1955)."

Coś w rodzaju Był jazz?
-
wo
2019/01/01 18:17:22
@lapacz
"Coś w rodzaju Był jazz?"

On jest właśnie raczej o katakumbowym, natomiast mnie bardziej fascynowałoby coś w stylu "sierpień 1939, warszawski [fikcyjny] knajpiany kwintet odrzuca zaproszenie do USA, bo zbliża się wojna i może będą utrudnienia w podróży". I narracja doprowadzona do końca katakumb (jam session na Wspólnej w 1955).
-
2019/01/02 04:35:56
KO: analogicznych karier*
-
2019/01/02 14:01:23
Status polskich muzyków jazzowych w ogólnoświatowym jazzie - anegdotka: 1990 r. Miles przyjeżdża do Europy na trasę, jako support chcą zagrać wszyscy, którzy się w europie liczą - przecież gra z Milesem to bilet do sławy, na szczyt.. Walk Away jako jedyni negocjują stawki :)
-
wo
2019/01/02 14:32:04
@contrare
"Walk Away jako jedyni negocjują stawki :)"

Ha! Nie umiem tego fachowo nazwać, bo - jak powiedziałem - na jazzie się nie znam. Gdzieś w połowie lat 60., być może za sprawą potrzeby odróżnienia się od rocka/bluesa - to wszystko idzie dla mnie w jakimś złym kierunku. W każdym razie, o ile z przyjemnością słucham choćby wspomnianego czteropłytowego wyboru polskiego jazzu z lat 1945-1955, to jazz typu Walk Away / Lora Szafran / Mietek Szcześniak (itd.) budzi we mnie tylko rozdrażnienie.
-
2019/01/03 02:43:39
@mw.61

"A mówi się, że dzisiaj czas przyspieszył.
Lipa! Zawsze gonił."

Ja to bym powiedział, że to nie jest w ogóle kwestia historyczna, a zwyczajnie psychologiczna, być może wręcz biologiczna. Sentymentalność (i generalnie konserwatyzm) to domena ludzi, którzy zamknęli okres dorastania. Niezależnie od tego, czy po prostu stali się wiekowi i nowe wspomnienia nie tworzą się u nich tak wyraźne i świeże, jak wcześniej, czy też nadal są teoretycznie zdolni do wytworzenia nowej symboliki zbudowanej ze współczesnych elementów znaczących, ale odrzucają je z tego czy innego powodu, preferując zatopienie się w tym, co znane i lubiane.

Tak czy owak, to odcięcie między odkrywaniem tego, co jest a betonowaniem tego, co było zazwyczaj ma miejsce całkiem wcześnie. Anecdata mówi, że już w liceum. Do tej pory nie mogę się nadziwić, jak odwiedzam czasem starych znajomych z licbazy, a oni nadal słuchają tej samej muzyki, co dwadzieścia lat temu w drugiej klasie. Przy tak wczesnym zawieszeniu gustów/poglądów naprawdę ciężko mi się dziwić, że ludzie narzekają, że czas przyspiesza albo obudowują zmiany kulturowe klasycznymi teoriami o upadku obyczajów.
-
2019/01/03 04:29:09
@wo

"Nie umiem tego fachowo nazwać"

Toż to stare, dobre fuision (czyt. fujżyn).

(I nie wiem, czy z potrzeby odróżnienia się od rocka - powiedziałbym, że wręcz z chęci przejęcia/zaadaptowania pewnych elementów rocka [oraz soulu i funku]. Jazzmanom faktycznie w latach 60. zaczęło doskwierać, że do jazzu przestano tańczyć, i niektórzy zaczęli szukać antidotum w taki sposób. Nawiasem mówiąc, można w tym znaleźć ciekawy wątek cherchez la femme - ówczesna żona Milesa Davisa, Betty Davis, była bardzo na bieżąco z muzyką popularną swojego czasu, zresztą 19 lat różnicy wieku też nie było bez znaczenia. [Nawiasem w nawiasie mówiąc, później Betty Davis nagrała kilka płyt funkowych, moim zdaniem - bardzo dobrych]. Mąż robił jej karczemne awantury, jakoby była za bardzo zafascynowana Jimi Hendrixem nie tylko jako artystą, ale też podobno uważnie słuchał płyt, które mu podsuwała. Potem już poszło - Bitches Brew, On the Corner i cała reszta. Aż do Mietka Szcześniaka, bless his heart).
-
2019/01/03 08:42:55
1. Czytałem kiedyś esej (chyba Stefana Kisielewskiego) o historii jazzu w Polsce lat 50.
Podobno rozkwit oficjalnego jazzu w połowie dekady spowodowany był potraktowaniem przez władze tej muzyki jako ujścia dla buntu młodzieży.
Dozwolono, a nawet promowano coś, co było uprzednio zakazane i liczono na wyładowanie młodzieżowej energii w tym kierunku.

2. Z materiałów archiwalnych wynika, że jeszcze na początku lat 60. w polskiej publicystyce jazz był terminem dość ogólnym - np. zaliczano do tego nurtu i Beatlesów.
Później ukuto termin big-beat.
-
2019/01/03 09:18:36
@drobiazgowy

"potraktowaniem przez władze tej muzyki jako ujścia dla buntu młodzieży"

A to chyba nie tak różnie od sytuacji polskiego rocka w latach 80. Z tym że o ile efektem rozkwitu oficjalnego jazzu były nagrania i artyści na - bez żadnej przesady - absolutnie światowym poziomie, o tyle, choć nie można zaprzeczyć, że polski rock miał w latach 80. kilka lokalnie ciekawych propozycji, to jednak różnica jest bezsprzeczna.
-
2019/01/03 09:30:07
@wo
Próbowałem zrozumieć, co mieli w głowach ludzie (...) zwalczający jazz z taką zapalczywością.

Przypuszczalnie: "zwalczając jazz, dajesz odpór bikiniarzom".
-
2019/01/03 09:55:41
@gammon_no.82

"zwalczając jazz, dajesz odpór bikiniarzom"

Może nawet na zasadzie "zwalczając blackened death metal [przepraszam, jeśli pomyliłem nazwę], dajesz odpór neonazistom"; "zwalczając opery Wagnera, dajesz odpór Hitlerowi".

Trzeba przyznać, że władzom USA udało się całkiem skutecznie opakować jazz jako muzyczną reklamówkę życia w tzw. wolnym świecie. Najpierw w starciu w III Rzeszą, potem w ramach zimnej wojny. Co jest smutnym paradoksem, jeśli wziąć pod uwagę, jak najwybitniejsi twórcy tego świetnego produktu eksportowego - czarni Amerykanie - byli traktowani w swoim kraju.
-
wo
2019/01/03 10:27:42
@drobiazgowy
"Podobno rozkwit oficjalnego jazzu w połowie dekady spowodowany był potraktowaniem przez władze tej muzyki jako ujścia dla buntu młodzieży.
Dozwolono, a nawet promowano coś, co było uprzednio zakazane i liczono na wyładowanie młodzieżowej energii w tym kierunku. "

To na pewno nieprawda, zwłaszcza jeśli autorem był Kisielewski (srlsy, co on mógł wiedzieć o "intencjach władzy"?). W języku władzy w ogóle nie mieściło się sformułowanie postulatów typu "młodzież się buntuje, trzeba szukać ujścia". To wiadomo z tych papierów, które zostały w IPN (a powiedzmy sobie szczerze, papierów dotyczących jazzu nie palili w pierwszej kolejności). Znakomicie to opisuje właśnie Brodowski, który przebadał te papiery. Partia wysłała na festiwal jazzu w Sopocie swojego wysłannika, niejakiego Jerzego Kościelnego, który wyprodukował taki klasyczny, paskudny donos typu "kto tam kogo nie lubi".

"to był on! niepozorny osobnik w wytartym paltocie i pogniecionym jakby kalepuszu, w okularkach z nieprawdopodobnie grubymi szkłami i nieodłączną bieda-teczką (starał się być taki brat łata... ale jakiś taki smutas był jednak" (cytat z wypowiedzi Lecha Terpiłowskiego, cytowanego z kolei przez Brodowskiego).

@m.bied
"(I nie wiem, czy z potrzeby odróżnienia się od rocka - powiedziałbym, że wręcz z chęci przejęcia/zaadaptowania pewnych elementów rocka [oraz soulu i funku]"

Kurna, ale mam wrażenie, że jeśli o to im chodzi, to oni po prostu z rocka nic nie rozumieją. Nawet w wersji Pink Floyd u szczytu megalomanii - rock nie polega na tym, żeby nagle perkusista i basista zaczęli improwizować solo.
-
2019/01/03 12:02:41
@wo

"rock nie polega na tym"

Bo też co innego przejmowali, a mianowicie rytmy (osławiona "ósmawka"), tzw. groove'y i brzmienia. A robili z tymi elementami to, co jazzmani post-bop i post-free mieli w zwyczaju robić, czyli m.in. równoczesne improwizacje. No cóż, fujżyn w nadmiarze i mnie nudzi niepomiernie, ale szczytowe realizacje brzmią wg mnie ekscytująco nawet po latach. (Dla mnie: A Tribute for Jack Johnson i Agharta/Pangaea Davisa czy Headhunters Hancocka, a pewnie inni mają jakieś inne miłe uchu).
-
wo
2019/01/03 12:04:38
@gammon
"Przypuszczalnie: "zwalczając jazz, dajesz odpór bikiniarzom".

To jest chyba bardziej skomplikowane (i nie pasuje choćby do cytatu z Borowskiego). Jest też kilka niesamowitych wspomnień z likwidacji jazzowej płytoteki w YMCA, jakiś działacz z autentyczną pasją i zaangażowaniem rozbijał młotkiem płytę po płycie. Żadnych bikiniarzy przecież i tak przy tym nie było, sami swoi...

@m.bied
"Trzeba przyznać, że władzom USA udało się całkiem skutecznie opakować jazz jako muzyczną reklamówkę życia w tzw. wolnym świecie. "

Chciałem wrzucić proto-teledysk w postaci "Piosenki o wolności" Binga Crosby, w finale jest wielki portret Roosevelta właściwie jak w propagandzie totalitarnej, z musicalu "Holiday Inn" (1942). Niestety, nie ma na Youtubie, tzn. jest sama piosenka, ale bez wizualizacji nie robi takiego wrażenia: www.youtube.com/watch?v=BrXFHYfKV54 (to jest dokładnie to, co masz na myśli).

" Co jest smutnym paradoksem, jeśli wziąć pod uwagę, jak najwybitniejsi twórcy tego świetnego produktu eksportowego - czarni Amerykanie - byli traktowani w swoim kraju."

Ale tam były zawsze elementy emancypacyjne, także w tym musicalu (acz po latach jest klasyfikowany jako rasistowski, bo Bing ma jeden numer jako blackface).

PS. Więc, wracając do mojego nierozumienia jazzu, Bing Crosby cacy, Herbie Hankok be.
-
2019/01/03 12:32:39
@wo

"jakiś działacz z autentyczną pasją i zaangażowaniem rozbijał młotkiem płytę po płycie. Żadnych bikiniarzy przecież i tak przy tym nie było, sami swoi..."

Stawiam hipotezę że właśnie o swoich chodziło, żeby zobaczyli jak bardzo towarzysz Iksiński jest zaangażowany w walkę z imperialistyczną zgnilizną. A sam mechanizm zwalczania jazzu przypomina trochę walkę toczoną niewiele później za oceanem pod hasłem "rock and roll jest diabelską muzyką".
-
2019/01/03 12:34:41
@wo " rock nie polega na tym, żeby nagle perkusista i basista zaczęli improwizować solo."

W rocku też to się pojawiło, tylko później. Całe koncerty Vaia czy Satrianiego brzmią jak jedno wielkie solo, co złośliwi nazywają "gitarowym onanizmem".
-
2019/01/03 13:14:18
@unierad

Przykład o tyle nietrafny, że Vai i Satriani (a jeszcze bardziej Malmsteen) to faktycznie gitarowi onaniści, ale przecież nie chodzi o jakiekolwiek improwizacje, tylko totalne - w rocku naturą gitary solowej jest, well, solówka, jak naturą sekcji jest dyscyplina (w/w soliści mieli bardzo karne sekcje). WO chodziło, jak mniemam, właśnie owo jazzowe złamanie tej dyscypliny.

I akurat w rocku też się to zdarza - IMHO najlepsze przykłady to koncerty Cream (miewali momenty, kiedy wszyscy trzej improwizowali) albo Allman Brothers Band.
-
wo
2019/01/03 14:36:07
@rambler
"I akurat w rocku też się to zdarza - IMHO najlepsze przykłady to koncerty Cream (miewali momenty, kiedy wszyscy trzej improwizowali) albo Allman Brothers Band."

W życiu bym nie poszedł na koncerty tych akurat wykonawców, ale studyjne hiciory Cream są w miarę ortodoksyjne - z sekcją rytmiczną, która konkretnie napierdala i solówką od czasu do czasu. Można się śmiać z tego, że muzycy w sekcji rytmicznej są nieważni i nieutalentowani (itd.), ale jednak bez tego równego łomotu basu i perkusji nie ma rocka.
-
2019/01/03 15:15:09
@wo

No, mnie akurat do tego nie trzeba przekonywać - a co do Cream, to Baker/Bruce to bezapelacyjna sekcja wszechczasów i nawet w największych odjazdach trzymali rytmiczną bazę (Baker zresztą zawsze brzmiał jakby miał sześć rąk).
-
2019/01/03 15:25:30
@wo

"Bing Crosby cacy, Herbie Hankok be"

Ja znowuż słyszę ciągłość między obydwoma, i jedno i drugie sprawia mi przyjemność.

"były zawsze elementy emancypacyjne"

No ba, w sztuce powyżej pewnego poziomu zawsze jest potencjał emancypacyjny, na moje.

@midnight_rambler

"jazzowe złamanie tej dyscypliny"

No nie wiem, czy bywały bardziej zdyscyplinowane sekcje rytmiczne niż w zespołach Davisa. Za najmniejsze niedociągnięcia wylatywało się na kopach, z tego co czytałem. To jest po prostu inny język (muzyczny). Trudno bezpośrednio porównywać.

Z kolei po tej (powiedzmy) rockowej stronie rozgraniczenia, jest np. takie King Crimson (autorzy płyty, nomen omen, Discipline), gdzie w sekcji trzech perkusistów i trzech basistów jednocześnie napieprza na koncercie ile fabryka dała, i też nie sądzę, żeby z ustalonej partytury.

PS Zachęcam do odsłuchania pierwszych trzech minut (albo i więcej, jeżeli wciągnie, jako i mnie wciąga) tego nagrania: www.youtube.com/watch?v=4gFIi--jHyk - jako ilustracji tego, co w fujżyn może cieszyć po latach.
-
2019/01/03 15:44:50
@m.bied

Jazz ma 200 lat i jest cholernie pojemnym pojęciem, a ja nigdzie nie sugerowałem, że to jest jakiś definiujący rdzeń tego, czym jest. Odnosiłem się jedynie do, mocno chybionego w mojej opinii, komentarza unierad o solówkach _gitarowych_ onanistów w odpowiedzi na "rock nie polega na tym, żeby nagle perkusista i basista zaczęli improwizować solo".

Też się specjalnie nie znam na jazzie, ale też wydaje mi się, że w tym współczesnym bywają czasem zbyt duże odloty w totalną improwizację. Nie mam jednak ambicji o tym dyskutować, jedynie protestuję przeciw przywoływaniu nużących i schematycznych wypierdków typu Satriani jako jakiś ekwiwalent total-free grania w muzyce rockowej. Jeśli już, to właśnie raczej Cream i Allmani (ok, wcześni Floydzi czy późne King Crimson też, może jeszcze ELP... znalazłoby się).

A Frippa nie trawię właśnie za jego poglądy o konieczności "dyscypliny" w graniu, tym bardziej, że on mówił to o gitarze. No i za to jego "matematyczne" granie. No i oczywiście za myszowatą mordę też.
-
2019/01/03 16:00:23
@m.bied: "co w fujżyn może cieszyć po latach"

Po latach to chyba najbardziej cieszy Kamasi Washington czy Sons of Kemet, których fenomenalnej muzyki bez Milesa i Herbiego by nie było. Sons of Kemet zawsze grają koncerty na dwie perkusje i braku dyscypliny u nich nie słychać ani trochę. Momentami brzmią wręcz jakby ktoś zaaranżował klasyki electro/house na bębny i saksofon, tak równo to idzie. Rytmy szalone, ale tym większa dyscyplina.

W ogóle, na ile rozumiem klasyfikacje jazzowe to Urbaniak czy Dudziak - a co najmniej część ich dorobku - to przecież też jak najbardziej fusion...? A Mietek Szcześniak to chyba bardziej smooth jazz jakiś?

@midnight_rambler "Też się specjalnie nie znam na jazzie, ale też wydaje mi się, że w tym współczesnym bywają czasem zbyt duże odloty w totalną improwizację."

A masz jakieś konkretne przykłady? Bo ja z hitów kojarzę głównie nieimprowizowane odloty (jak Washington właśnie).

@notka

Super nocia, szkoda że Pan Redaktor nie dopisał jeszcze Tomasza Stańki w roku żałobnym. Jedyny polski wykonawca, którego trasy po Wielkiej Brytanii w ostatniej dekadzie ogłaszane były w normalnych gazetach, a nie w witrynach sklepów z piwem żywieckim i kiełbasą zwyczajną.
-
wo
2019/01/03 18:50:32
@rambler
"Jazz ma 200 lat i jest cholernie pojemnym pojęciem,"

Kocham definicję z mojego ukochanego musicalu (w dużym stopniu wyrażającego mój Pogląd Na Świat), "High Society" (1956). Znów Bing Crosby!

www.youtube.com/watch?v=xum6ULWbIX0

PS. Identyfikuję się z wujaszkiem, który zapowiada.

@jakub jot
"Super nocia, szkoda że Pan Redaktor nie dopisał jeszcze Tomasza Stańki w roku żałobnym."

No bo to wszystko rozpaczliwy recykling notatek.
-
2019/01/03 19:29:21
@m.bied

...pakować jazz jako muzyczną reklamówkę życia w tzw. wolnym świecie. Najpierw w starciu w III Rzeszy


III Rzesza vc jazz.
Znakomity film Dzieci swinga.
Obowiązkowo.
-
2019/01/03 19:57:37
"A masz jakieś konkretne przykłady? Bo ja z hitów kojarzę głównie nieimprowizowane odloty (jak Washington właśnie)."

No właśnie - hitów. Kamasi jest świetny i w ogóle, ale to jest przecież taki jazz dla niejazzowców, który może polecić i Pitchfork i jakiś tygodnik opinii. Z tego co się orientuję to wśród osób siedzących w gatunku częstą reakcją było uznanie Washingtona za (cytując znanego krytyka) "łagodne pitu pitu, że jest jazz malowany i jazz prawdziwy spod lady, a Kamasi reprezentuje opcję pierwszą dla mięczaków. I oni będą sobie słuchać limitowanych edycji skandynawskich improwizatorów, szorować na kameralne koncerty do zadymionych klubów".

" Jeśli już, to właśnie raczej Cream i Allmani (ok, wcześni Floydzi czy późne King Crimson też, może jeszcze ELP... znalazłoby się). "

Najbardziej to scena Canterbury. Takie "Third" na przykład to właśnie jest dojście do fusion, tylko od strony rocka.
-
2019/01/03 21:12:08
@m.bied
"Potem już poszło - Bitches Brew, On the Corner i cała reszta. Aż do Mietka Szcześniaka, bless his heart)."

No, tylko trzeba jednak (w miarę obiektywnie stwierdzić), że fusion jako takie miało dość krótki żywot w sensie wpływu na gatunek, scenę, jako takiej istotności. I nie pokusiłbym się o podobne nazwiska w tym samym zestawieniu, bo na Bitches Brew oprócz łączenia gatunków istotną rolę miał też pierwiastek "free", który już jako taki przeżył bardzo długo (jako prominentny w obecnym rozwoju gatunku, a przynajmniej jednej ze ścieżek, choć oczywiście każdego free-impro jazzem się nazwać nie da). Równie dobrze można obok Milesa i Mietka umieścić Tribal Tech i Scotta Hendersona, Mike'a Sterna, jak również groove'owe albumy Scofielda, tylko że to nie ma wielkiego sensu. Siła oddziaływania samej tylko fuzji rocka z jazzem nie wychodzi poza lata 70. i może wczesne ejtisy. Już na progu 90. to nie było nic ożywczego. Gdy teraz się słyszy jakieś skalowe modalne bieganiny na wieśle, to się na ogół ziewa. I nie chodzi wcale o shredding przesadny.

Dla samego jazzu (zwłaszcza tego najczarniejszego z czarnych) bardziej niszczycielskie było to, że po freejazzowym apogeum z late sixties ta muzyka przestała być nośnikiem jakiegoś politycznego kopa, idei, emancypacji itd. To się przeniosło do funku (zupełnie nie fjużynowego oraz hip-hopu np.). Polski jazz z racji historii jest specyficzny (te archiwalne materiały mogą obecnie być odbierane jako groteska - kto to w ogóle wymyślił, że jazz jest imperialistyczny?!), ale faktycznie zawsze był w pierwszej lidze - Muniak na koncercie z Don Cherrym w jakichś zamierzchłych wczesnych ejtisach nawet przemawia do mnie bardziej niż przykład Urbaniaka z solo u Davisa.

@unit
"Kamasi jest świetny i w ogóle, ale to jest przecież taki jazz dla niejazzowców"

Kamasi do baaardzo mainstreamowy i "ładny" "grzeczny" artysta JAZZOWY, ale jest potwornie solidny, choćbyś uwielbiał tylko Brotzmanna, jak masz w miarę sprawne ucho, to musisz docenić i taki materiał.
-
2019/01/03 22:11:01
@unit3000-21: "Kamasi reprezentuje opcję pierwszą dla mięczaków."

Za to właśnie bardzo go szanuję, jazz dla twardzieli odpuściłem sobie gdzieś między studniówką a maturą.
-
2019/01/04 04:34:21
Trochę boję się komentować we właściwym temacie notki, bo jazz znam głównie z późnolicealnych fascynacji Davisem (zwłaszcza Bitches Brew) i (o zgrozo, ale wcale się tego nie wstydzę) Chickiem Coreą - przy czym też mi niezbyt Hancock wchodził - ale ogólnie wydaje mi się, że jazz w rozumieniu kolegi unita jest tworzony przede wszystkim dla Prawdziwych Jazzpersonowych Szkotów.

Diagnoza wstępna: PJS zwraca uwagę przede wszystkim na szczegóły nie tyle techniczne, co emocjonalno-grupowe. Porządny Wykonawca z jednej strony nie może być dyletantem, ale z drugiej nie może też być zbyt popularny. Musi, jeżeli nie wywodzić się, to przynajmniej obracać w kręgach, w których obraca się PJS. Do tego przekaz, jeżeli istnieje, powinien być ukryty w drobnych detalach poupychanych w pozornie obskurnej kakofonii.

Nie wiem czy mam rację, bo mało czasu spędziłem z tym gatunkiem, ale w innych znanych mi gatunkach tak właśnie wygląda definicja Prawdziwego Artysty, Który Się Nie Sprzedał.

Poza Prawdziwie Czystym Jazzem (którego w semiwspółczesnej odsłonie praktycznie nie znam) zdecydowanie uwielbiam wpływy jazzowe w elektronice eksperymentalnej i klubowej (breakcore, IDM) oraz w rocku, a nawet w metalu - norweski Shining, wczesny Ephel Duath albo niektóre motywy solowego Ihsahna chwytają mnie przez sam fakt wplecenia w nie motywów jazzowych, nawet jeżeli są one prostackie typu solówka trąbką w wolnej chwili.

Tak więc z jednej strony zdaję sobię sprawę z własnych braków w edukacji gatunkowej, ale z drugiej wiem, że jazz to kopalnia, z której można czerpać w nieskończoność w praktycznie każdej sytuacji (vide Kendrick Lamar) i praktycznie zawsze prowadzi to do czegoś dobrego.

PS. Puściliśmy sobie z żoną Kamasiego, wszedł od razu. Muszę znaleźć te trzy godziny na ostatnią płytę kiedyś.
-
2019/01/04 05:06:38
@wo

"Kocham definicję"

Trafnie powiedziane (zaśpiewane) - "approximately". Z całym szacunkiem (niemałym do ogromnego) dla występujących muzyków, trzeba powiedzieć, że jest to mniej więcej takie przybliżenie jazzu z 1956 r., jakim ścieżka dźwiękowa niezapomnianego filmu Śmierć Johna L. była przybliżeniem polskiego rocka z lat 80. [1]

@jakub_jot

"Po latach to chyba najbardziej cieszy"

Miałem bardziej na myśli "co mnie cieszy po latach (40+) od nagrania" niż "co z tamtego wypączkowało aż do teraz" - ale dziękuję za polecenie, nie znałem. Moja pierwsza reakcja na Kamasi Washingtona była taka, że to niejako rewers pierwotnego jazz-rocka, tzn. świetnie zaaranżowana i zagrana nowoczesna muzyka rozrywkowa, czerpiąca dużymi garściami z idiomu jazzowego. Natomiast na drugi rzut ucha wypada mi się zgodzić z @martin.slenderlink - to nie są wyłącznie cytaty, ale twórcze podjęcie tematu, właśnie tak: bardzo solidne. Może na podobnej zasadzie, jak klasyczny funk u Prince'a.

@martin.slenderlink

"nie pokusiłbym się o podobne nazwiska"

To Gospodarz zaczął, zestawiając Szcześniaka w jednym ciągu z Walk Away i Lorą Szafran jako przykłady entartete Jazz - ja tylko nawiązałem do jego toku rozumowania ;)

A poważniej mówiąc, to jakieś pokrewieństwo między muzyką Walk Away i tą wykonywaną przez Szcześniaka można by znaleźć, trochę naciągając, a między elektrycznym Davisem i Walk Away - też, naciągając sporo mniej. Więc to taka naciągnięta relacja przechodniości.

Co do kondycji jazzu bardziej ogólnie, to mam wrażenie, że w ostatnich latach coś się rusza w dobrym kierunku, tak jakby następowało przebudzenie z akademicko-rekonstrukcyjnej drzemki w kierunku właśnie większego wyczulenia na sprawy społeczeństwa, przy okazji: otwartości na środki wypracowane w gatunkach, których ludzie faktycznie słuchają (np. J Dilla swing) itp. Muszę powiedzieć, że jestem tym podbudowany.

-----

[1] Kto widział, ten wie (trudno to, moim zdaniem, odzobaczyć), a dla ciekawych, co nie widzieli, a mają mocne nerwy, fragment: www.youtube.com/watch?v=6-GGrERwtxY&t=11m57s (kompozycja: znany rockowy zakapior, Zbigniew Preisner; nie zmyślam).
-
2019/01/04 09:05:01
kto to w ogóle wymyślił, że jazz jest imperialistyczny

Wtedy to był chyba raczej epitet ("złowieszczo Imperialistyczny fetor bił z jego ust"), niż opis czegokolwiek.
-
2019/01/04 11:45:44
@rozowyguzik: "Poza Prawdziwie Czystym Jazzem..."

Ze wszystkich gatunków muzycznych, pretensjonalność obrońców prawdziwego jazzu jest chyba najśmieszniejsza. Dla mnie też dziedzictwo jazzu jako gatunku muzyki rozrywkowej to dziś przede wszystkim ciekawa elektronika (Coby Sey, który w klubach techno gra z skasofonistą) i to nowe, niespięte pokolenie muzyków z Los Angeles (jak Kamasi Washington) i Londynu (jak Shabaka Hutchings). Do tego zespoły typu BadBadNotGood czy GoGoPenguin, których nikt jeszcze nie wspomniał a które, choć też improwizują, ogólnie grają bardzo zdyscyplinowaną i dojrzałą muzykę czerpiącą z jazzu, często konkretnie z fusion, pełnymi garściami.

@m.bied: "Moja pierwsza reakcja na Kamasi Washingtona była taka, że to niejako rewers pierwotnego jazz-rocka"

Tak, ja o tym pisałem w duchu zgody a nie polemiki - mamy te same ulubione płyty sprzed czterdziestu(pięciu) lat! Chciałem tylko podkreślić, że jest też żywe dziedzictwo tej muzyki, stąd rekomendacje. Washington oczywiście jest bardziej mainstreamowo jazzowy, i dla mnie bardziej świetny niż solidny, ale polecam też zespoły Shabaki Hutchingsa: Sons of Kemet i the Comet is Coming. Oni są fenomenalni na żywo i - wracając do ducha notki - bardzo polityczni, włącznie z ognistymi przemówieniami w trakcie koncertów. Można posłuchać, można wykorzystać na przerwę w tańczeniu i wizytę w barze. Win-win.

BadBadNotGood robią rzeczy podobne w duchu, tylko zamiast rocka inspirują się hip-hopem i grają go używając jazzowych narzędzi. I co z tego, że profesor z konserwatorium obleje im projekt zaliczeniowy, jeśli są w stanie zapełnić duże kluby w Europie i Ameryce, i sprawić, że dzieciaki znów tańczą do jazzu? A jazz ten, częściowo właśnie przez hip-hopowe inspiracje, jest bardzo polityczny ("Fuck the CIA, DEA and the feds // They got you bugged son, microchip in your meds").

Tak na koniec, w marcu Kamasi Washington ma grać koncert w Stodole, z tego co widzę. Warszawiakom zazdraszczam.
-
2019/01/04 12:12:46
@jakub_jot

Ze wszystkich gatunków muzycznych, pretensjonalność obrońców prawdziwego jazzu jest chyba najśmieszniejsza

Jest jeszcze śmieszniejsze (czy nie typowo polskie?) zjawisko - wiązanie zamiłowania do jazzu z byciem elitą kulturalną w białym kołnierzyku i długim kijem w dupie, niejako zupełnie na odwrót do cytowanych w notce przedwojennych krytyków tej muzyki (i zazwyczaj z totalnym jej nierozumieniem, rzecz jasna). Kilkanaście lat temu miałem okazję być na wykładzie Andrzeja Schmidta z cyklu "historia jazzu" i dość komiczne było obserwowanie tych wszystkich zmarszczonych czół w śmiertelnej powadze wysłuchujących skocznych i frywolnych ilustracji muzycznych, puszczanych przez prowadzącego 80-latka, który sam z radosnym uśmieszkiem lekko podrygiwał w tym czasie na swoim krzesełku. Może komizm całego wykładu potęgował fakt, że odbywał się on w Krakowie...

Ale co do ortodoksji obrońców "prawdziwego Szkota" w muzyce to widzę jednak mocną konkurencję u miłośników true bluesa (choć raczej nie w Polsce, gdzie wizerunek bluesa został strasznie wypaczony przez środowisko Dudka). Osobiście zresztą uważam, że dowolnie przesadna ortodoksja w bluesie ma swój urok :).
-
wo
2019/01/04 12:28:29
@m.bied
"Trafnie powiedziane (zaśpiewane) - "approximately". Z całym szacunkiem (niemałym do ogromnego) dla występujących muzyków, trzeba powiedzieć, że jest to mniej więcej takie przybliżenie jazzu z 1956 r.,"

I teraz nikt mi nie uwierzy, że tę "definicję" traktowałem żartobliwie! Niemniej jednak to fakt, że o ile płytę z soundtrackiem z tego musicalu kupiłem sobie na winylu i zdarza mi się słuchać jej dla przyjemności, to wspomniany Mietek Szcześniak sprawiałby mi po prostu autentyczną nieprzyjemność, w sensie, musiałbym wyjść albo zmienić kanał.
-
wo
2019/01/04 12:30:23
@m.bied
"To Gospodarz zaczął, zestawiając Szcześniaka w jednym ciągu z Walk Away i Lorą Szafran jako przykłady entartete Jazz - ja tylko nawiązałem do jego toku rozumowania ;)
"

Bo bardziej chodzi mi o daty. Płyta jazzowa, której słucham z przyjemnością, musi być albo najpóźniej, powiedzmy, z 1965 (jakiś Stan Getz), albo być projektem rekonstruktorskim (Młynarski-Masecki). Już Coltrane mnie nudzi. Może jeszcze nie sprawia mi fizycznego bólu, jak Lora Szafran, ale już nie sprawia przyjemności.
-
2019/01/04 13:44:48
@midnight_rambler

"w rocku naturą gitary solowej jest, well, solówka, jak naturą sekcji jest dyscyplina (w/w soliści mieli bardzo karne sekcje). WO chodziło, jak mniemam, właśnie owo jazzowe złamanie tej dyscypliny."

Jeśli tak to nie będę się spierał, natomiast w zasadzie mogę się pospierać ze zdaniem z notki:

@wo

"Próżno w każdym razie szukać analogicznych karier w polskim rocku."

Możne nie aż na taką skalę, ale za rockowy odpowiednik uznałbym Vadera. W końcu mają na swoim koncie najlepiej sprzedające się demo w historii death metalu (za MTV/Headbangers Ball), a teledysk do ich pierwszej płyty robiła im również MTV (rok 1992, o polskim MTV wtedy nikt nie śnił). Całkiem spore osiądnięcie jak na zespół "znikąd". Problem jest jedynie tej natury, że death metal zawsze był gatunkiem niszowym i nijak mu do popularności jazzu z okresu, o którym pisze Gospodarz. Zresztą, gdyby nie zmiany ustrojowe i bałagan z tym związany to kto wie, czy takich karier nie byłoby więcej, wtedy sporo polskich grup metalowych wydawało płyty na zachodzie. "Last Warrior" Turbo ukazał się nakładem wytwórni Noise, która wydawała m.in Kreatora i Helloween. Acid Drinkers i zapomniane już dzisiaj zespoły Wolf Spider i Dragon wydawały w Under One Flag obok takich grup jak Venom, Death i Bathory. Debiutancki LP "Metal and Hell" Kata też najpierw ukazał się na zachodzie, dopiero potem było polskie wydanie. Z wywiadów pamiętam różne historie, jak to komuś nie chcieli dać paszportu, zagranicznej gwieździe buchnęli w Polsce sprzęt, a podejrzenie spadło na polskich muzyków, stąd skończyło się na pojedynczych płytach. Następny, któremu się udało był bodaj Behemoth, ale ich droga do sławy była nieco dłuższa. Tak, czy siak, jest się czym pochwalić.
-
2019/01/04 15:02:46
@nienapięty jazz

Skoro i ja się nie znam na jazzie, to też się wypowiem. Bardzo gorąco polecam Moon Hooch, np. Acid Mountain. Chłopaki grają to, czym personalnie chciałbym żeby był gatunek fjużyn: totalna napierdalanka, którą można kulturalnie konsumować ubranym w serwetkę, z najmniejszym palcem odgiętym stylowo od filiżanki z bimbrem.

Do zobaczenia tu: www.youtube.com/watch?v=5Vx3bXFdowo
-
2019/01/04 17:36:47
@jakub_jot
"Ze wszystkich gatunków muzycznych, pretensjonalność obrońców prawdziwego jazzu jest chyba najśmieszniejsza."

Dla mnie to jest zjawisko kuriozalne, śmiać to mi się już dawno odechciało, bo żeby jazz był taki napraaaawdę prawdziwy, to musiałby się skończyć na latach sześćdziesiątych i być grany obecnie jak muzyka muzealna i zakonserwowana w danym kształcie. Z drugiej strony to zjawisko wcale nie jest tożsame z wyznawaniem wyłącznie "jazzu dla twardzieli" - nie twierdzę, że gdzieś stawiałeś taką tezę, ale ktoś mógłby tak pomyśleć. To nawet nie o to chodzi - dla "twardzieli" w moim przekonaniu to bardziej będzie już katalog Not Two czy Okka Disk lub Clean Feed etc. niż granie klimatów około "Love Supreme" czy nawet jakiegoś pana Dolphy'ego czy Sheppa w stylu "przeżyjmy to jeszcze raz, bo nic innego już nikt nie wymyśli". I tutaj jednak zdziwiłaby mnie wśród tej ostatniej grupy postawa w stylu "bronię prawdziwego jazzu". W życiu, call it free-impro, call it Susan, I could not care less.

"i Londynu (jak Shabaka Hutchings)"

Dopisuję się do tej rekomendacji - to żyje i jest relewantne współcześnie. Nie zaszkodzi zarzucić, nawet jeśli jest się twardzielem i po, dajmy na to, "Annular gift" (skądinąd świetnym) Vandermarka odpala się od razu coś z Chicago Tentet.
Do wspomnianych przez Ciebie pozycji dorzuciłbym jeszcze Shabaka and the Ancestors. W ogóle tutaj istotne jest czerpanie przez niego z nurtów czarnej muzyki, które zostały trochę zepchnięte przez historię na ubocze, specyficzne podejście rzeczonego do muzyki karaibskiej, czy właśnie kolaboracja z ludźmi z południowej półkuli, w tym pobyty w RPA. I nie jest to nic z półki tanich fuzji z muzyką świata, to Shabaka pojechał tam ze swoją muzyką jammować, a nie stworzył coś inspirując się tamtejszymi dźwiękami wcześniej.

"Tak na koniec, w marcu Kamasi Washington ma grać koncert w Stodole, z tego co widzę. Warszawiakom zazdraszczam."

U Krakusów już był w każdym razie i to całkiem niedawno.

@midnight_rambler
"Kilkanaście lat temu miałem okazję być na wykładzie Andrzeja Schmidta z cyklu "historia jazzu" i dość komiczne było obserwowanie tych wszystkich zmarszczonych czół w śmiertelnej powadze wysłuchujących skocznych i frywolnych ilustracji muzycznych, puszczanych przez prowadzącego 80-latka..."

Nie wiem, gdzie dokładnie to miało miejsce, ale też miałem przyjemność (w krakowskim ŚOK-u) ;). Bardzo miły starszy pan i kopalnia wiedzy - tylko że na tych wykładach bywali po prostu uczniowie szkoły II stopnia i zmarszczone czoła mnie raczej by nie dziwiły, bo gdzie student czy uczeń czoła nie marszczy? Faktycznie jednak śmiertelna powaga przy dźwiękach typu rag time (to był cykl wykładów obejmujących spory kawał historii, chyba od początków w stylu "czarni wrzucają blue notes do psalmów") może śmieszyć. A tak z innej beczki, raz pod nieobecność Schmidta wykład poprowadził wspomniany przez autora notki Brodowski, akurat trafiło na wdzięczny temat: "jazz na Sardynii".
-
2019/01/04 17:47:25
@meself
"poprowadził wspomniany przez autora notki Brodowski"

A wała tam. Nie Brodowski tylko Brodacki. I nie Paweł, a Krystian to był. Ech, ta pamięć do nazwisk.
-
2019/01/04 21:02:30
Problemem polskiego rocka jest język - nie na darmo nasze zespoły robiące karierę na świecie (Vader, Behemoth) śpiewają angielsku. A przecież Maanam czy Republika przyćmiewały wiele zachodnich kapel promowanych np. w Rozgłośni Harcerskiej w latach 80-tych.

BTW - taką perełkę niedawno odkryłem: youtu.be/JCLsoFLS3MY

P.S. A jak Miles to oczywiście "On the Corner" i "Dark Magus" :-P



-
2019/01/04 21:07:27
@true jazz

Gdzieś w 1990-91 Namysłowski w wywiadzie dla "Jazz Forum" dziwił się fenomenowi popularności "Young Power" - to leciało jakoś w stylu "z przodu rock, z tyłu bzdety".
-
2019/01/04 22:41:45
@wo

PS. Identyfikuję się z wujaszkiem, który zapowiada.

I o to chodzi. Ja też. Może jeszcze tylko jeszcze jedna ważna definicja warta propagowania: www.youtube.com/watch?v=XsFHUdkDIOI

@martin.slenderlink

Nie wiem, gdzie dokładnie to miało miejsce, ale też miałem przyjemność (w krakowskim ŚOK-u)

To było gdzieś przy Rynku... Niezłe jaja, ale to mogło być to samo miejsce :). ŚOK na Mikołajskiej? Rok jakoś 2004.
-
2019/01/04 23:26:51
@midnight_rambler
"ŚOK na Mikołajskiej? Rok jakoś 2004."

Tak. Nie istniejący zresztą już - całkiem niedawno pozwalniali ludzi, zmienili formułę i powołali jakiś nowy twór o innej nazwie. Trochę skrótowo mi się wcześniej napisało. Tak, teraz nie mam żadnych wątpliwości, że byłeś na wykładzie w ramach tego samego cyklu. Tylko roku nie podam dokładnie, bo to mogło być i w 2003 i 2002 roku też - te wykłady w tym miejscu chyba nie przez jeden rok miały miejsce.

Jeszcze słówko o tym, dlaczego Shabaka jest taki ciekawy (nie będę się upierał, że dla każdego musi) - trochę pokazuje, że ta wymyślna dyskusja o jazzie dla twardzieli i mięczaków jest wobec tej postaci irrelewantna. Pomijając już fakt, że poza wyżej wymienionymi przez Jakuba formacjami własnymi udzielał się dość wszechstronnie, od Sun Ra Arkestra po Hieroglyphic Being, to gość, który urodził się w UK, w wieku 6 lat przeniósł się z rodziną do Barbados, by w wieku 16 lat wrócić do Birmingham (dalsza część edukacji muzycznej), a potem za kilka lat znaleźć się w londyńskiej Guildhall (w jednym z wywiadów wspominał, że tamtejszy nauczyciel saksofonu kazał mu improwizować na 4 nutach, kiedy on wolał studiować harmonię Steve'a Colemana, czy język muzyczny Messiaena, a teraz to docenia po latach). Co ciekawe, jazz dla "twardzieli" (nie wiem, czy używam precyzyjnie, ale umownie niech będzie) też nie był dla niego obcy, bo po tym, jak niejaki Steve Beresford zaprosił go do London Improvisers Orchestra, słuchał sporo Cecila Taylora czy Evana Parkera. Tego ostatniego wspomina zresztą ze względu na proces "unlearning", czyli kolejną woltę w grze spowodowaną graniem z tymże tuzem "free". Courtesy of WO (jeśli nie zmarszczy czoła, stwierdzając, że to raczej na osobnego blogaska), ale jakoś tak ta opozycja twardziele-mięczaki to nie zawsze i tego... no, jakieś słabe to jest. Wolę już, jak ktoś wyraźnie stwierdza, że musi być do tańca. Z mojej strony koniec tego wątku pobocznego.
-
2019/01/05 12:24:32
@wo

...Płyta jazzowa, której słucham z przyjemnością, musi być albo najpóźniej, powiedzmy, z 1965 (jakiś Stan Getz), albo być projektem rekonstruktorskim ...

Ha, czy to nie syndrom inżyniera Mamonia?
Na jazzie się nie znam, ale w rocku mam to samo. Z przyjemnością słucham to co przed 78 rokiem plus rodzynki ( U2, Marillion, grunge z Seattle no może jeszcze coś), a potem jakoś nic mnie nie wbija w fotel.
No, ale to może tylko moja demencja starcza, a nie muzyczna wtórność dzisiejszego rocka?
-
2019/01/05 12:41:02
@mw.61
"Ha, czy to nie syndrom inżyniera Mamonia?"

Myślę, że to nie ten przypadek ;). Pewnie autor sam Ci odpowie, ale z grubsza chodzi o to, że jak ktoś zapoda na imprezie "Ghost of Stephen Foster" (Squirrel Nut Zippers), to nie ma bata, musi Ci się nóżka ruszyć, choćbyś słyszał pierwszy raz. To jest typowy przykład projektu rekonstrukcyjnego i nie tylko ze względu na sam gatunek nie trąci to muzealnym skostnieniem (he he, cokolwiek mogłem pisać wyżej o prawdziwym jazzie).
-
2019/01/05 13:10:16
@martin.slenderlink: "Dla mnie to jest zjawisko kuriozalne, śmiać to mi się już dawno odechciało, bo żeby jazz był taki napraaaawdę prawdziwy, to musiałby się skończyć na latach sześćdziesiątych i być grany obecnie jak muzyka muzealna i zakonserwowana w danym kształcie."

Mnie to jednak głównie śmieszy. Jazz to bodaj najbardziej synkretyczny i crossoverowy gatunek muzyczny, jaki kiedykolwiek powstał. Od zawsze łączył nie tylko różne tradycje etniczne, ale też elementy muzyki poważnej, rozrywkowej i ludowej, a potem jeszcze dokładał luźną interpretację i mnóstwo improwizacji. Zawsze też był przez kogoś tam oskarżany o to, że jest naruszeniem norm i traktowany z abominacją. Tyle, że kiedyś przez spiętych przeciwników, a teraz przez spiętych fanów twierdzących, że prawdziwy jazzman to może być tylko jakiś Duńczyk grający na ksyloklarnecie w zadymionej knajpie, w której nie ma nikogo (no i gdzie niby jest ta knajpa, bo albo nie w Skandynawii, albo nie w tym stuleciu). To nie przestaje mnie bawić.

To powiedziawszy, dzięki za rzucenie kilkoma nazwiskami w Twoich komentarzach. Obsłucham na pohybel elitarystom.
-
2019/01/05 13:11:33
Podobno wg ekspertów gust muzyczny kształtuje się u większości ludzi w okresie dojrzewania i tak już zostaje. Dlatego dla mnie jazz to była polska scena jassowa. Byli wtedy równie kultowi jak na scenie rockowej Seattle i rewolucyjni jak Komeda.

Ale ogólnie to trudno mi zrozumieć potrzebę słuchania płyt jazzowych, poza nielicznymi wyjątkami. To muzyka do słuchania na żywo, najlepiej w klubie. I chyba do dzisiaj tak mam, że wolę posłuchać studentów akademii muzycznej tnących coś za darmochę i po znajomości w knajpie niż muzycznych geniuszy z doskonałej płyty.

Swoją drogą pamięta ktoś RadioJazz? Pamiętam do dziś niekończące się dyskusje Coltrane czy Davis i dlaczego, to było interesujące mimio, że kompletnie się na tym nie znałem.
-
2019/01/05 14:30:15
@bantus
"Ale ogólnie to trudno mi zrozumieć potrzebę słuchania płyt jazzowych, poza nielicznymi wyjątkami. To muzyka do słuchania na żywo"

To nie dotyczy tylko jazzu. Co leci z głośnika nawet najlepszego odtwarzacza to już ciut inny twór niż to, co grane jest na instrumentach na żywo i ostatnią rzeczą, którą jakiś inżynier, w przypadku kilku gatunków przynajmniej, powinien mieć w głowie to niepohamowana ambicja, żeby to wiernie odzwierciedlić. Mission impossible. Kiedyś słuchający już od jakiegoś czasu Pendereckiego Jonny Greenwood w jednym z tekstów zwierzał się, że miał taki super duper hi-fi sprzęt i warunki do słuchania kompozycji naszego słynnego kompozytora, był zaintrygowany, podobało mu się, aż poszedł na jakiś polski wieczór w Londynie, gdzie grano go na żywo. I zaliczył opad szczęki, gdy usłyszał, jak 48 instrumentów smyczkowych (każdy kolejny grający jeden dźwięk o ćwierćtonu inny łącznie w dwóch oktawach - dla ścisłości: oktawa to 12 półtonów) grało imitację "white noise" (nigdy nie wiem, czy po polsku "biały" jest poprawnie, bo w tłumaczeniach już się nawet z różowym spotkałem, więc na wszelki wypadek zostawiam w oryginale). Na żywca, plus to wszystko odbija się od ścian w doskonałej akustyce itd., zwątpił w dalsze używanie odtwarzacza do puszczania pana Krzysztofa. Poza tym oczywiście, że punk rock czy hip hop będzie mniej wymagający, to wynika z natury gatunkowej i ze stylistycznego środka ciężkości. Co do studyjnego jazzu - po prostu nad czym innym się pracuje. Jest potrzebny, ale jest też potężna nadprodukcja. Wciąż są studyjne rzeczy, które mnie zaskakują.

"Swoją drogą pamięta ktoś RadioJazz?"

Jazz Radio nawet chyba, choć głowy sobie uciąć nie dam. Ponad dekadę temu wyhaczyłem stamtąd bilet na Stańkę z New Balladyna Quartet. To na tym gigu pierwszy raz usłyszałem Maćka Obarę, o którym niżej. Ale flejm z Milesem i Tranem musiał być dawniejszy, bo nie kojarzę.

@jakub_jot
"Duńczyk grający na ksyloklarnecie w zadymionej knajpie, w której nie ma nikogo"

To wciąż dla mnie osobliwe wyobrażenie sceny skandynawskiej, ale każdy spotyka innych ludzi trochę w tych różnych "bąblach". Osobliwe, bo np. na koncercie takiego Maćka Obary w składzie polsko-norweskim cała Manggha była zapełniona oraz dlatego, że jak się tej sceny "skandynawskiej" trochę liźnie, to się okazuje, że tam jest wszystko, od sonorystyki i free dla największych "koneserów" przez przestrzenne granie (rodem z ECM) po agresywne rzeczy zahaczające o ekspresję rockową - przy czym nie chodzi mi o jakieś klasyczne fusion delikatnie przesterowanej gitary z jazzowym instrumentarium, a o podobny ogień do rocka w stricte dęciakowo-sekcyjnym składzie.
-
2019/01/05 15:05:57
@jazz, Kamasi i inne
No więc Kamasi kompletnie mi nie podszedł. Będę się starał, ale póki co to czuję nic.
Nie wiem czy to true jazz, ale kompletnie nie widzę w komentarzach jazzu śpiewanego (np. przez kobiety). Ja uwielbiam Patricie Barber (Cafe Blue, Modern Cool czy Companion), lubię Alxis Cole (A Kiss in the Dark), Cassandra WIlson (New Moon Daughter), jakieś kawałki Rebecca Pidgeon i cokolwiek Diana Krall.
No i pewnie jakieś lajtowe brzdąkanie typu Spyro Gyra.

@Fusion
Klasycznie The Brecker Brothers, ale takie współczesne fusion czyli połączenie soul, R&B czy hip-hop z jazzem to Jose James. Co płyta to inna mieszanka fusion, choć zaczynał klasycznie (pure jazz). Na jakichś nagraniach koncertowych (Jazz in Vienna czy iTunes Festival) to typowy hiphopowiec z ich ruchami, gestykulacją, tyle że śpiewający jazz. Lekki mindfuck. :)

@Gusta w okresie dojrzewania.
To ja późno dojrzewałem, bo grubo po 30. zacząłem słuchać, a po 40. lubić jazz.
-
2019/01/05 15:19:26
Pozwolę sobie dorzucić jeszcze moje 0,3 PLN:
@fusion
Medeski, Martin & Wood (+Scofield)!

@jazzowe wokalistki
Patricia Barber to moja wielka miłość ("Winter" przed chwilą słuchałem), a niedawne odkrycie to Melody Gardot.
-
2019/01/05 15:27:57
@martin.slenderlink
imitację "white noise" (nigdy nie wiem, czy po polsku "biały" jest poprawnie, bo w tłumaczeniach już się nawet z różowym spotkałem, więc na wszelki wypadek zostawiam w oryginale)

40-50 lat temu biały szum nazywał się białym szumem, ale teraz nie można być niczego pewnym.
-
2019/01/05 15:29:25
P.s. różowy ma inne widmo od białego oidp.
-
2019/01/05 16:27:24
@magister.sianko
Dzięki za Melody Gardot! Posłucham. Ktoś już mi kiedyś, ale zapomniałem.

MM&W (i S) słuchałem, ale szybko mi się nudzą. Mam wrażenie, że grają cały czas to samo. Ale może za mało słuchałem.
-
2019/01/05 16:55:53
@martin.slenderlink: "Jak się tej sceny "skandynawskiej" trochę liźnie, to się okazuje, że tam jest wszystko."

Oczywiście, i tak było od dawien dawna bo przecież choćby Garbarek, EST, czy gwiazdorski zespół Stańki z Dark Eyes. Ta wstawka o eksluzywnym skandynawskim jazzie to chyba jednak trochę przypadkowe pudło było, @unit zamilkł więc się nie dowiemy. W ogóle to ciekawe, że Skandynawowie (z Finlandią ale bez Islandii) mają chyba trochę podobny profil muzyczny do nas, bo też eksportują głównie z jazz i metal. Choć oni jednak mieli też prawdziwe gwiazdy pop, a my tylko Violettę Villas.

@junoxe: "Nie wiem czy to true jazz, ale kompletnie nie widzę w komentarzach jazzu śpiewanego."

Kiedyś bardzo lubiłem, dawno nie słuchałem, ale to jak najbardziej zacna muzyka. Tylko to jest jednak trochę retro, a - wbrew teorii o gustach - ja lubię rzeczy nowe. Jak Kamasi nagra piątą trzygodzinną płytę na tę samą nutę, to też mi się znudzi.
-
2019/01/05 22:44:36
Ja tam jazzu jakoś nie za bardzo, może w kontrze do starszego brata, który bardzo, ale kilka rzeczy pozytywnie kojarzę: Tutu Milesa (swoją drogą pierwszy w miarę porządnie wytłoczony przez Polaków winyl jaki miałem na talerzu), jakaś solowa płyta koncertowa Keitha Jarreta (no grał bombowo, ale oglądać go nie daję rady, a próbowałem znaleźć na YT te dźwięki, które zapamiętałem). Może coś jeszcze, ale nie pamiętam nazwisk. Jazz "tradycyjny" mnie irytuje, tak samo jak blues.

Ale nie o tym chciałem. Poszedłem sobie kiedyś posłuchać wreszcie Trzaski, który akurat wtedy z jakimiś Skandynawami dwoma grywał (było to jakieś 15 lat temu). Trzaska to generalnie czysty eksperyment (ma to od dziecka swoją drogą) i jakoś nie ciąnęło mnie nigdy by go posłuchać. No więc słuchając jak sobie hardkorowo improwizują doszedłem do wniosku, że oni ze sobą rozmawiają. Dźwiękami. I to mi się nawet spodobało. I może o to w tych jazzowych improwizacjach chodzi. O rozmowę właśnie.

A tak poza tym to nie znam się, nie orientuję i tylko mnie refleksja naszła.

ps. a propos Skandynawów to takie coś mi się podoba, ale co to jest to cholera wie (w sensie gatunku).
-
2019/01/05 23:51:39
@naduzyty
"jakaś solowa płyta koncertowa Keitha Jarreta"

Pewnie chodzi o ten z Kolonii. Jest to wydane przez ECM i na pewno dostępne na apple music. Na jutubie, jak to na jutubie, jest np. cały zwał wrzut z interpretacjami tegoż przez kogoś innego, więc ciężko się szuka, ale tu znalazłem.
-
wo
2019/01/06 13:02:53
No i zrobiła mi się audycja Kydryńskiego, a ja nawet nie mogę powiedzieć, że to offtopic!

@mw.61
"Ha, czy to nie syndrom inżyniera Mamonia? "

Skoro jako graniczną datę podałem ok. 1965, to w ogóle nie ma mowy - dorastałem akurat kiedy ta muzyka była skrajnie niemodna, więc swoje (dziś) ukochane swingowe standardy poznawałem głównie via covery muzyków rockowych (wspomniane już High Society coverują w duecie Iggy Pop i Debbie Harry - myślałem, że to ich własne!) albo, ahem, Robbiego Williamsa. A do dzisiaj kopalnią odkryć są dla mnie elektroswingowe przeróbki typu Bert & Baker.

Co chyba jednak pozwala mi zdefiniować, na czym polega "jazz który lubię": to taki, który mógłby zremiksować Parov Stelar (lub kompatybilni).

@jakubjot
" Do tego zespoły typu BadBadNotGood czy GoGoPenguin,"

W zasadzie do dzisiaj nie wiem kto to, ale kupiłem sobie w ciemno jedną płytę winylową z jedną piosenką BadBadNotGood. Jestem fanem składanek "Late Night Tales", kupiłem "ich" składankę (formuła jest taka, że zespół wybiera "muzykę która go ukształtowała" + daje własny cover czegokolwiek).
-
2019/01/07 02:43:00
Chwilę mnie nie było i widzę, że chyba wyraziłem się nieprecyzyjnie i skutkiem tego zostałem źle zrozumiany. Postawa opisana w cytacie z red. Dejnarowicza jest mi obca (tak jak i jemu), ale przywołałem ją dlatego, że mam wrażenie jest trafną oceną zachowania dużej części pasjonatów jazzu. Dlatego Kamasi, Shabaka, BadBadNotGood, czy Christian Scott zdają mi się być raczej niereprezentatywnymi dla jazzowej sceny wyjątkami, będącymi bardziej częścią mainstreamu, ale w sumie mogę się mylić. Po prostu mam wrażenie, że po wczesnych latach 70tych jazz podzielił się na już wspomniany hardkor dla koneserów i jakieś miałkie pitolenie, a brakowało właśnie takich, mogących aspirować do mainstreamu, artystów środka, którzy jednocześnie tworzyliby naprawdę wartościową muzykę.
Osobiście jestem słuchaczem muzyki popularnej i do jazzu podchodzę z tej perspektywy. Zdecydowanie chętniej posłucham Kamasiego niż Broetzmanna, a moje ulubione jazzowe albumy to "In a Silent Way", "Black Saint and the Sinner Lady" i "Africa/Brass", więc od jazzowego elitaryzmu jestem chyba jak najdalej.
-
2019/01/07 10:30:52
@unit3000-21
"na już wspomniany hardkor dla koneserów i..."

OK, może i tak, ale ten hardkor to już nie będzie (nie może być) obrona "true jazzu" albo ktoś taki ma nierówno pod kopułą moim zdaniem. Gdzieś tam pod dużą warstwą gęstej impro może się mieścić jakaś cząstka tradycji, ale przy takim Peterze Broetzmannie bym jednak nawet z tym uważał, a tym bardziej przy jakichś improwizacjach na styku tzw. muzyki współczesnej (choć to jeszcze inna stylistyka). Osobiście lubię Petera i nie stronię od ekstremy, bardzo dobrze się bawię przy Hairy Bones, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby bronić tego jako jazzu najprawdziwszego. Zresztą podobne nastawienie będą mieli muzycy, choćby Toshinori Kondo, który (no nie może być!) udzielał się w "łagodnych" projektach również. Nie mówiąc już o Sonny Sharrocku czy Billu Laswellu z Last Exit.

"więc od jazzowego elitaryzmu jestem chyba jak najdalej"

Może istnieje jakiś snobizm na ekstremę, nie wiem, ale nie jestem pewien, czy to elitaryzm. W każdym razie istnieje jeszcze całe morze nagrań na granicy mainstream-free, jak np. album "Somalia" Billy Harpera (skoro już Afryka się pojawiła w komciu) - kiedyś byłem na świetnym jego koncercie z Wojtasikiem w nieistniejącym już Razzy Dazzy w Krakowie i koncert wgniatał w fotel energią, a jednak wychodziły z niego mądre głowy i w zadumie kiwając mówiły, "ale to trudna muzyka". No nie wiem, nie wiem. Lubię obu trębaczy, ale nie porównywałbym ich z Peterem. EOT na serio ;).
-
2019/01/07 12:11:12
@wo: "W zasadzie do dzisiaj nie wiem kto to."

Nie sprawdzaj! Młodzieńcy z Toronto, którzy łączą post-bop z hip-hopem. Na ile rozumiem Twój gust, to nie ma szans się podobać (ale jak co, ich płyta z Ghostface Killah z Wu-Tang Clanu wymiata).

@martin.slenderlink: "Może istnieje jakiś snobizm na ekstremę, nie wiem, ale nie jestem pewien, czy to elitaryzm."

To zależy jak zdefiniować elitaryzm. Dla mnie jest to rodzaj elitaryzmu intelektualnego przez wysoką barierę wejścia: wydaje mi się, że potrzeba sporo edukacji muzycznej - niekoniecznie formalnej - by ją docenić. Ale też nie będę się kłócił, bo to nawet nie do końca moja teza i to już na pewno jest off-top. Dzięki za bogactwo przykładów w dyskusji, obsłucham niektóre. Jak napisałeś "byłem na świetnym jego koncercie z Wojtasikiem" to przez moment aż pomyślałem, że z Wojtasikiem na koncerty chadzasz - tak się znasz. Dla mnie też eot.
-
2019/01/07 15:41:30
@jakub_jot
"że z Wojtasikiem na koncerty chadzasz"

Wybacz styl w komciach - do elitaryzmu werbalnego jest mi w nich daleko. Oraz "obu trębaczy" - ha, ha, ha - jak to się stało. Facepalm (ucieka, chowa się pod szafę). Drugiej trąbki oprócz Wojtasika raczej na tym koncercie nie było - przynajmniej nie pamiętam, był na pewno drugi saksofonista Maciej Sikała i perkusista Billy Hart (też zacny).
-
2019/01/08 13:00:26
@martin.slenderlink
Pewnie chodzi o ten z Kolonii.

Nie, nie to. Ale grzebnąłem ostatecznie w dyskografii Jarreta i znalazłem (jak się okazuje pamiętam nie tylko motyw muzyczny, ale również okładkę płyty). Więc jednak nie solowo, a trio Jarrett/Peacock/DeJohnette, płyta Changeless, utwór Dancing. Oryginału nie znalazłem, ale inne wykonanie już tak, czyli Rachoń/Rak/Betliński - Dancing - (Keith Jarrett)
-
2019/01/08 13:38:00
A jednak znalazłem oryginał w jakimś przedziwnym miejscu.