Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Zimna wojna

zimna1

„Zimną wojną” Pawlikowskiego byłem zachwycony, podobnie jak wcześniej „Idą”. Skoro na mojego bloga zaglądają pisowcy, postanowiłem zamiast blogorecenzji napisać im blogowyjaśnienie, dlaczego te filmy dostają międzynarodowe nagrody (a „Smoleńsk” jakoś nie).

Można oczywiście odpowiedzieć, że przyczyną jest polityka. I że to antypolskie lobby (itd. itp.). Ale nawet wtedy pozostaje jednak pytanie, dlaczego to lobby lansuje akurat te filmy, a innych nie. Zwłaszcza, że „Zimna wojna” nie jest jakoś przesadnie antypolska. Zdecydowanie gorzej są w niej pokazani Francuzi.

Zacznę od tego, że Pawlikowski opowiada światu o złożonej polskiej historii językiem bliskim zachodniej (euroamerykańskiej) wielkomiejskiej klasy średniej. Nie stosuje strategii Piesiewicza/Kieślowskiego, żeby snuć bajeczki o egzotycznej krainie za Żelazną Kurtyną, w której wszyscy są tacy uduchowieni, nieostrzy i piwnicopodbaranowi.

Pawlikowski pokazuje dramaty doskonale zrozumiałe dla współczesnego korpoludka. Miłość, kariera, trudności z pogodzeniem jednego z drugim, szukanie własnej drogi w życiu, borykanie się z traumami z przeszłości.

Na początku „Zimnej wojny” widzimy casting młodych talentów do fikcyjnego ludowego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”). Wygląda to mniej więcej jak zaplecze współczesnego talent show, młodzi ludzie trochę sobie pomagają, a trochę jednak rywalizują bo wiedzą, że nie starczy miejsca dla każdego.

Kiedy zespół odniesie już sukces, jego założyciele zostają wezwani przed oblicze Ministra. Gra go Adam Ferency, minister nie ma nazwiska, ale to ewidentnie alter ego Sokorskiego.

Minister składa zespołowi propozycję nie do odrzucenia. Że te wszystkie ludowe pieśni i tańce są super, ale on by jeszcze chciał ludową pieśń o Stalinie. Jakby się takowa znalazła, to on to wynagrodzi.

Na fejsbuku Aleksego Uchańskiego wytworzył się taki running joke, komentarz „wszyscy byliśmy na tym zebraniu”, którym są opatrywane historie z dziejów wojen i dyktatur, trochę jakby przypominające korpoświat. Otóż na tym zebraniu z Ministrem też wszyscy byliśmy.

Powiedzmy, robiliśmy coś we współpracy z zewnętrznym partnerem i jemu się owszem, wszystko spodobało, ale ma jeszcze jedną uwagę. Że o tutaj by się przydał jego wielki logotyp, centralnie umieszczony, żeby się rzucał w oczy.

A że to wszystko wywraca do góry nogami cały projekt, który mu przed chwilą prezentowaliśmy? Cóż, to jak z ludową pieśnią kurpiowską „Stalinie, mój Stalinie, kocham cię nynie”. Co z tego że bzdura, skoro odpowiednio to nam wynagrodzą.

Oczywiście, dalszym ciągiem życia korporacyjnego jest to, co bohaterka Joanny Kulig robi pod koniec swojej (fikcyjnej) kariery. Wykonuje z estrady „Bajobongo” dla zachwyconej publiczności, a potem schodzi i mówi „przepraszam, muszę się wyrzygać”. Wszyscy pracowaliśmy przy tym projekcie!

Tak jak „Idę” swoją urodą tworzyła Agata Trzebuchowska, tak „Zimną wojnę” swoją charyzmą buduje Joanna Kulig. Bez ich obu te filmy dostałyby najwyżej wyróżnienie za muzykę.

Kulig kradnie show. I do tego filmu to pasuje, bo jej postać od początku charakteryzowana jest tak, że „ma w sobie to coś”. Nie mogło być do tego lepszej aktorki, z „Idy” też przecież najsilniej zapada w pamięć piosenka śpiewana przez Kulig. Aktorzy z taką charyzmą zdarzają się raz na pokolenie.

Zetknąłem się z zarzutem, że Kulig „gasi” Tomasza Kota. Ale przecież tak ma być w fabule. To opowieść o tragicznej miłości, która połączyła kolesia z klasy średniej z niesamowicie utalentowaną dziewczyną z klasy ludowej.

Nie mogą bez siebie żyć, ale ze sobą też nie bardzo. Bo on jest po inteligencku poukładany, jak mu przy nagraniu mówią, że fortepian ma wejść później - to wchodzi później. A ona raczej zerwie sesję.

Śpiewa sercem, a nie głową. Jak jej ktoś wejdzie w drogę, potrafi pchnąć nożem. Jej postać to wcielenie archetypu „gwiazdy z ludu”. Możemy sobie pod nią podłożyć a to Janis Joplin, a to Sida Viciousa.

Podsumowując, „Zimna wojna” to [tragi]komedia romantyczna, zbudowana z uniwersalnych archetypów. I ze świetną muzyką.
Tak jak „Idę” można interpretować jako teledysk jazzowy z wyjątkowo długim intro i outtro, tak „Zimną wojnę” można interpretować jak mockumentary o kulisach nagrania pewnej (fikcyjnej) genialnej płyty jazzowej.

Te tematy są uniwersalne. I tak się podbija świat, panie i panowie...

sobota, 09 czerwca 2018, wo

Polecane wpisy

  • Solo

    Dawno nie pisałem na blogu o popkulturze, bo samo hasło „blog popkulturowy” zaczęło mi się kojarzyć z wujowym kontentem, który mi czasem wpada na fe

  • Dziadzio Spielberg

    UWAGA: notka będzie zawierała umiarkowane spojlery do filmu i książki „[Ready] Player One”. Jeśli ci to przeszkadza, wracaj do lat 90., złotej dekad

  • Wielkie Powieści Amerykańskie

    Z okazji zbliżających się świąt zreanimuję zarzuconą jakiś czas temu formułę rankingu od czapy, rekomendując PT blogonautom trzy Wielkie Powieści Amerykańskie.

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/06/10 19:01:40
Opowieść o tragicznej miłości...
Nie może być inaczej, gdy taki w miare normalny człowiek spotyka jednostkę nieprzystosowaną do życia w społeczeństwie. Wszyscy inni omijają taką jednostkę z daleka, a ten sie wpakował. Na kogokolwiek by nie trafiło, to nie mogło się to dobrze skończyć.

Disclaimer: Na filmie nie byłem, dopiero się wybiorę.
-
wo
2018/06/10 19:43:18
@fksiegowy
Słusznie zwracasz uwagę na ten wątek, ale ponieważ w notce streszczam tylko pierwsze 10 minut, żeby nikomu nie zrobić spojlera, oto jak się to potem rozwija (w rot13):

cbgrz ban fvę ebov cbhxłnqnan v xbzcebzvfbjn, n ba cbfgnanjvn mebovć Pbś Fmnybartb, wnxol bobwr pupvryv fcenjqmvć, pml jerfmpvr oęqą fmpmęśyvjv cb mnzvnavr eóy; bgóż gb wrqanx grż avr qmvnłn, ob tqmvrxbyjvrx vqmvrzl, jfmęqmvr vqą mn anzv anfmr qrzbal
-
2018/06/10 21:22:40
Może jestem zblazowanym hipsterem, ale niezbyt mam ochotę oglądać filmy nagrodzone na zachodnich festiwalach. Pewnie w niemałej części dlatego, że będą to filmy przemawiające do ichnich korpoludków. Przy takich projektach też pracowałem i w kinie wolałbym od tego uciec.

(Smoleńska też nie widziałem, ale z innych powodów.)
-
2018/06/10 21:38:16
@wo: "dostałyby najwyżej wyróżnienie za muzykę"

Oraz za zdjęcia! Dawno nie widziałem tak pięknych kadrów.

@tymczasowe

Pójdź, wrócisz zachwycony. A jeśli nie, to nawet lepiej: może będziesz umiał wyjaśnić mi dlaczego. Próbowałem zrozumieć ludzi rozczarowanych Idą z powodów innych niż ideologiczne i mi się nie udało.
-
2018/06/11 00:58:01
@mkwa: "Ida" miała tak fatalny dźwięk, że powinna być emitowana z napisami. "Zimna wojna" jest pod tym względem dużo lepsza choć i tak czasami trzeba było mocno nadstawić ucha aby zrozumieć treść dialogów.
-
2018/06/11 07:30:28
@WO
"Zacznę od tego, że Pawlikowski opowiada światu o złożonej polskiej historii językiem bliskim zachodniej (euroamerykańskiej) wielkomiejskiej klasy średniej."

Podobnie jak w swoim poprzednim filmie, Pawlikowski nie opowiada tu o Polsce, nie próbuje tłumaczyć Polski i nie stara się wprowadzić odbiorcy do polskiego mentalnego uniwersum. Tak robili Wajda, Holland, Kieślowski, z różnym skutkiem. Natomiast Pawlikowski podchodzi do polskiej powojennej historii jak do magazynu rekwizytów, z którego okiem wprawnego antykwariusza wybiera landszafty i bibeloty, jakie spodobają się zachodniemu widzowi. To dobry reżyser, ma rzemieślniczą dyscyplinę narracji, kompozycji kadru, rozwoju postaci. Ponadto w "Zimnej wojnie", syty wcześniejszym sukcesem, wykazał więcej dojrzałości w dopuszczaniu do głosu współtwórców. Zachował więcej z warstwy scenariuszowej Janusza Głowackiego i dał większą swobodę operatorską Łukaszowi Żalowi. To czyni ten film bardziej ziarnistym niż była estetyzująca "Ida". Nadal jednak Polska nie jest w tym filmie światem przedstawionym, lecz scenografią, krajobrazem spaghetti westernu. Jak pisałem przy okazji "Idy", serce się buntuje przeciw tej instrumentalizacji, rozum ją aprobuje. Żyjemy w świecie wielkich nierówności nie tylko ekonomicznych, lecz też "ikonograficznych": walka z jąkaniem się angielskiego króla jest w nim więcej warta niż Katyń, nie mówiąc już o Treblince czy Kigali. Trzeba być wprawnym komiwojażerem aby w takim świecie opakować Polskę jako ciekawy krajobraz dla satysfkacjonującej emocjonalnie opowiastki, nie kolejną za smutną i za trudną historię. To jest optymalna strategia półprowincji, i dla Polski dobrze, że objawił się ten nasz Zoltan Fabri/ Asghar Farhadi. A gdy ktoś naprawdę chce zajrzeć w polski odmęt - "Smoleńsk" to pozycja obowiązkowa.
-
wo
2018/06/11 10:36:52
@awal
"Nadal jednak Polska nie jest w tym filmie światem przedstawionym, lecz scenografią, krajobrazem spaghetti westernu."

To o tyle dobre porównanie, że przecież spaghetti westerny dużo mówiły o historii Ameryki i zaryzykowałbym, że przynosiły portret pełniejszy niż rozrywkowe widowiska z Johnem Wayne (na przykład nie pomijały Meksykanów, którzy w klasyce westernu są mocno niedoreprezentowani).

@tymczasowe
"Przy takich projektach też pracowałem i w kinie wolałbym od tego uciec"

No ale na tym polega sztuka, że nasze prawdziwe problemy opakowuje w fantazmatyczne alegorie. Podobnie powiedziałbym, że w nowych "Gwiezdnych wojnach" mamy więcej żartów o życiu korpoludków, bo my mamy dzisiaj inne lęki i traumy niż pokolenie George'a Lucasa, już nas nie dołuje to, że nasze rządy prowadzą niesłuszne wojny, bo się przyzwyczailiśmy, wkurza nas kierownik projektu Snoke.
-
2018/06/11 16:23:38
Czy można o tym jakiego megasamobója strzeliły sobie dzisiaj razemki w Warszawie? Czy to za bardzo off topic?
-
wo
2018/06/11 16:27:41
Sam jesteś megasamobój, ale proponuję z flejmem poczekać na notkę dedykowaną jak obsługa intercity.
-
2018/06/11 16:58:53
@awal

...gdy ktoś naprawdę chce zajrzeć w polski odmęt - "Smoleńsk" to pozycja obowiązkowa...

I wizyta w Licheniu. Co prawda nie widziałem ani jednego ani drugiego, ale ryzykuję taką opinię na podstawie lektury Międzymorza Szczerka.
Czy paralela trafna w kontekście komcia gospodarza? Nie wiem, na sztuce za bardzo się nie znam. Ale spójrzmy. Był czas, że w Ameryce co miasto to jakis Kapitol z kolumnadą. Co europejskie miasto to łuk tryumfalny czy kolumna zwycięstwa. Ba, nawet świątynie jak Sacré-Coeur w Paryżu czy Sagrada Família w Barcelonie. Wszędzie potrzeba manifestacji potęgi i nadzwyczajności narodu. Gdy nie trzeba było już niczego udowadniać, to zaczęto doceniać umiar i wartości bardziej uniwersalne. A my , spóźnieni, też chcemy te kapitole i łuki tryumfalne. I filmy które nas nobilitują, a te w naszym wyobrażeniu, muszą być z wypierdem. Jak jakaś Bitwa o Anglię czy inna bohaterska, sztampowa epopeja że głowa mała.
Coś mi się zdaje, że Wojtkowe blogowyjaśnienie to głos na puszczy. Jego koledzy po fachu z drugiej opcji, pewnie na film pójdą i się zachwycą, tyle że tego nie napiszą, bo czego innego oczekuje ich odbiorca. Trochę im współczuję, bo jak pojawi się taki filmowy Licheń, to co oni bidoki mają zrobić. Być uczciwym i wyśmiać (przecież to nie są idioci) czy się, hmm, jak to nazwać? Prostytuować?
-
2018/06/11 19:12:55
Widziałem Smoleńsk i byłem w Licheniu. Obawiam się że mógłbym mieć spore problemy tłumacząc komukolwiek że ani jedno ani drugie to nie jest prowokacja artystyczna, coś celowo kiczowatego. Licheń zresztą odwiedziłem właśnie dlatego - żeby to zobaczyć na własne oczy, bo nie wierzyłem.

I nie dziwię się że filmy robione z przekonaniem Misji Dziejowej bo Polska Wielkim Narodem Jest ale Strasznie Nas Gnębiono przegrywają z wysunięciem na pierwszy plan zwykłych ludzkich historii (jak z walką człowieka ze swoimi słabościami - ale z historią w tle) bo u nas większość twórców nie chce opowiadać zwykłej historii tylko Wielką Prawdę o Polsce.

-
2018/06/13 01:31:26
Wrażenia z filmu.

Format 4/3 i B&W.
Gdyby film był kolorowy, świat i bohaterowie byliby bliżsi, bardziej ludzcy, przez tą manierę oglądamy świat jak z Polskiej Kroniki Filmowej.
Ten brak koloru ma za zadanie łopatologicznie w każdej sekundzie przypominać widzowi: "to bardzo dawno temu było, bardzo bardzo bardzo...".

Można też przesadzić w drugą stronę - nowy Łowca Androidów miał tak intensywne kolory, że warstwa wizualna przeszkadzała w odbiorze filmu.

Losy bohaterów.
Oglądałem ten film jak Titanica lub Pearl Harbour. Nieważne co sie wydarzy po drodze, i tak wiadomo jak się skończy.