Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Zdrada elit 4 czerwca

Podmiot liryczny piosenki „Jolka, Jolka” gnając do tytułowej bohaterki, „żebrał wciąż o benzynę”. Co oznacza to zdanie? Że podmiot liryczny nie miał kasy, i dlatego zaczepiał obcych, żeby wyżebrać parę dych na paliwo?

Kasę miał, skoro wystarczało na „czarodziejkę gorzałkę”. Ale w tamtych czasach stacja paliw witała klienta zazwyczaj napisem „paliwa brak”. To logiczne, kawiarnia witała napisem „brak kawy”, piwiarnia napisem „brak piwa”, a sklep mięsny oczywiście napisem „mięsa brak”.

Nie, to nie jest Bareja. To jest (ówczesna) rzeczywistość. Komedie Barei dodawały do tego karykaturalne wyolbrzymienie, w rodzaju listy „tych klientów nie obsługujemy”.

Komunizm zmuszał nas nie do żebrania o pieniądze, tylko o zezwolenie na wydanie tych, które mieliśmy w portfelu. Bo na tych stacjach paliwo oczywiście było, w postaci obowiązkowej rezerwy, gdyby zatankować miała straż pożarna albo pogotowie.

Rzecz jasna, w praktyce pracownicy stacji sprzedawali na boku. A kierowca z pogotowia też miał specjalny kanisterek (robiłem wtedy prawo jazdy, regularnie jeździłem ze swoim instruktorem na stację, gdzie ten uskuteczniał podwójne tankowanie).

To żebranie z „Jolka Jolka” wyglądało więc mniej więcej tak:  „kierowniku, jest taka sprawa...” /  „nic nie mam, nic nie mogę, zarobiony jestem”. / [okazanie łapówki] / „znajdzie się dziesięć litrów”.

Przez ostatnie kilkanaście lat  PRL, wszystko w tym ustroju funkcjonowało teoretycznie. Tego często nie rozumieją młodzi ludzie, którzy to sobie wyobrażają, że była sprawnie działająca infrastruktura (pociągi, szpitale, przedszkola), ale przyszedł Balcerowicz i polikwidował.

Biada temu, kto PRL-owską fikcję wziął za dobrą monetę i na przykład uwierzył, że skoro według oficjalnego rozkładu jakiś pociąg jeździ od punktu A do punktu B. W praktyce to wyglądało tak, że pociąg owszem, jeździ, ale dwa razy w tygodniu. Albo że pekaes jest jeden dziennie. I tak stoisz na tym przystanku i stoisz, w końcu z godzinnym opóźnieniem pekaes się pojawia... i pędzi sobie dalej, nie zwracając uwagi na twoje rozpaczliwe machanie.

Nawet jeśli miałeś własny telefon (szczęściarzu!), to nie znaczyło, że się połączysz z Żoliborza z Mokotowem. Bywały tygodnie, gdy to po prostu nie było możliwe (o ironio, międzynarodowe zwykle działały).

Obecny ustrój jest jaki jest, ale przynajmniej jest przewidywalny. Na stacji benzynowej będzie benzyna (za droga, itd.). W mięsnym będzie mięso (ale nie z Kobe). W kawiarni będzie kawa (acz niekoniecznie z mlekiem migdałowym). W piwiarni będzie piwo („jak to nie ma kraftowego?”). Pociągi jeżdżą zgodnie z rozkładem (acz w Pendolino nadal brak WiFi).

Niech będzie, że zgodnie z najnowszą linią propagandową TVPiS to, co nastąpiło 4 czerwca 1989, to nie jest żaden upadek komunizmu, tylko „zdrada elit”. You can call it Susan if it makes you happy. Nazwijmy to choćby i „superdzyndzlem”.

Dzięki Superdzyndzlowi żyje się lepiej. Wszystkim. Tak, także tym, którzy wtedy stracili pracę.

Kto wtedy stracił pracę, dziś ma ok. 70 lat, a więc korzysta z ułatwień dla niepełnosprawnych. Wtedy nie było literalnie żadnych.

Rozumiem rozżalenie ludzi, którym tamten ustrój zmarnował kilkadziesiąt lat życia. Mi zmarnował tylko 20, to jeszcze da się przeżyć. Jak komuś zmarnował 40, to ten ktoś łaknie zemsty do dzisiaj.

W 1989 dzięki Superdzyndzlowi dostaliśmy chleb, a nawet chrupiące bułeczki. Ale nie dostaliśmy igrzysk w postaci wielkiej zemsty na ludziach dawnego reżimu.

Nie zależy mi, bo historia pokazuje, że takie zemsty są rzadkością. W historii Francji to na tyle często rotowało, że bez trudu znajdziemy człowieka, który zaliczył za życia dwa cesarstwa, dwie monarchie i ze trzy republiki.

Poza rzadkimi wyjątkami, nie było wtedy wielkiej zemsty, tylko po prostu elita monarchiczna stawała się nagle elitą republikańską. Albo z powrotem, jak było trzeba

Czy to znaczy, że w roku 1848 nie upadła monarchia lipcowa? Śmiała teza!

Ale niech wam będzie, drodzy kaczyści, że to był taki francuski superdzyndzel. Le sjupehzęzel.

A jak ta zemsta w końcu ma miejsce, efekty są rozczarowujące. Hasło „powiesić Ceausescu” pierwsi zaczną skandować właśnie funkcjonariusze reżimu Ceausescu i to oni obejmą władzę.

4 czerwca 1989 nie przenieśliśmy się do raju na ziemi. Ale zamiast czekać 20 lat na mieszkanie, spłacamy przez 20 lat kredyt, mieszkając jednak na swoim.

Znam jedno i drugie. Kolosalna różnica! Dlatego jest co świętować w rocznicę Superdzyndzla (czy tam zdrady elit, czy co tam chcecie).

wtorek, 05 czerwca 2018, wo

Polecane wpisy

  • O co chodzi Unii Europejskiej?

    Zgodnie z tradycją blogaska, tytułowe pytanie proponuję rozważać w szerokim kontekście historycznym, w oderwaniu od bieżączki. Pretekst do zadania może być bież

  • Notka o Niepodległości

    Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu - czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? - więc niestety, znowu o p

  • Pisowcy - oszukano was

    Jak wiecie, podglądam was na waszych blogowiskach i z satysfakcją zauważyłem, że także do was dotarło, że komisja ds. Amber Gold zakończyła swoją działalność bl

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/06/05 14:48:11
Dzięki. Tekst jak ściągawka do dyskusji z matołkami. Super!
-
2018/06/05 14:53:53
Mnie zawsze zadziwia łatwość z jaką PiS zapomina, że obaj Kaczyńscy należeli do elity Solidarnościowej (nawet jeżeli nie z pierwszego rzędu).

Niewiele pamiętam z PRL-u, bo przeżyłem w nim tylko 7 lat, ale za to nie zapomnę gdy naiwnie się zapytałem czy możemy kupić w Pewexie R2-D2 sterowanego na radio (zapewne kosztował 3x pensji rodziców). Śmiech kolejki to jedno z mocniejszych wspomnień jakie mam. Pamiętam też kolejkę do lokalnej stacji benzynowej - dwugodzinną.

Przy wszystkich minusach obecnego ustroju nie tęsknię za sprawdzaniem jak działał PRL dalej.
-
2018/06/05 15:01:55
Mam jedną uwagę do "międzynarodowe działały". Otóż, działały tak: we Wrocku dopiero gdzieś ok 1987-88 uruchomiono automatyczne połączenia międzynarodowe (może wcześniej działały w Wawie). Wcześniej dzwoniło się na centralę międzynarodową i zamawiało rozmowę międzynarodową. Potem trzeba było, czasem przez kilka dni, 24/h, warować przy telefonie, który w każdej chwili mógł zadzwonić. Wtedy słyszało się: "Międzynarodowa, łączę" i centrala międzynarodowa realizowała połączenie międzynarodowe. Po uruchomieniu połączeń automatycznych teoretycznie wystarczyło wykręcić międzynarodowy kierunkowy - no ale to też nie było proste bo chętnych było więcej niż dostępnych łączy. Pamiętam, że wielokrotnie kręciłem 0049... (do Niemiec) powtarzając to czasem przez kilka godzin. Zamiast palca (bo opuszek spuchnięty) używałem ołówka ;) Wielką innowacją w tym zakresie był klawiaturowy model aparatu telefonicznego "Bartek" (może "Bratek"?), który miał automatyczne powtarzanie uruchamiane jednym klawiszem
-
wo
2018/06/05 15:19:21
@izbkp
"(może wcześniej działały w Wawie). "

Faktycznie, w Warszawie całe lata 80. Przykład Żoliborz / Mokotów pochodzi z anegdoty Andrzeja Wajdy, że kiedy trzeba było kogoś pilnie zawiadomić, jedynym sposobem było zadzwonienie do zagranicznego współpracownika, żeby ten z kolei zadzwonił do tej osoby.
-
2018/06/05 15:27:19
Ja bym jeszcze dodała, że efektem ogólnej mizerii lat osiemdziesiątych było to, że pewne współczesne problemy (jeszcze) nie występowały. Nie było obecnych korków ani problemów z miejscami do parkowania. Bloki nie stały okno w okno tylko były rozdzielone zaroślami i betonowymi placami. Zamiast jeść przetworzone fastfoody na mieście, ludzie spotykali się w domach, gdzie sami gotowali naturalne posiłki ;-)
-
2018/06/05 15:43:01
@wo

Tekst o tyle dobry, co... IMHO nietrafny. Nostalgia za PRL-em nie jest nostalgią za tamtą rzeczywistością. Ale za spełnieniem tamtych marzeń. PiS i pokrewne podmioty nie obiecują 2 godzinnych kolejek, 20 letnich czekań czy też wyrobu czekoladopodobnego w opakowaniu zastępczym. Ta nostalgia to polski samochód (a niechby nawet licencjonowane 126p, choć lepiej do Poloneza). To władza, która wybiera słuszne książki na lektury i słuszne filmy do oglądania. To kraj w którym decydowało cwaniactwo, układy, znajomości, a nie jakieś edukacje czy prawa. To wreszcie takie skrzyżowanie świata widzianego oczami Karwowskiego i Borewicza, gdzie mimo (przejściowych, oczywiście) trudności Trasa Łazienkowska powstaje na czas a brygada antyterrorystyczna jest na każde zawołanie. Ludzie tęskniący za PRL-em to tacy czytelnicy "Przerwanej Dekady", którzy mają nadzieję na takiego drugiego Gierka.

@m1977

Nie zapominajmy, że te "naturalne posiłki" to były pomidory z działki, kurczaki z ogródka a nawet króliki na balkonie. Bo w sklepach jedzenia było jak na lekarstwo. A dla reszty pozostawała kombinacja mąki, cukru i ewentualnie jajek, czasem jakiś farsz. Mało naturalne, ale nostalgia za 1001 rodzajów kluch pozostała mi do dziś.
-
2018/06/05 15:56:54
Dla młodszych od prowadzącego bloga, opowieści jak było za PRL nie mają znaczenia, bo to trochę jak opowieści dziadków, jak było za Niemca. Kluczowe jest to jak ludzie pamiętają czas po 89.

Z punktu widzenia klasy średniej z dużego miasta 4 czerwca to rzeczywiście był czas bycia na fali wznoszącej. Dla niższej z tzw. Mycisk Niżnych lata 90 to był raczej trudny do przejścia okres. Masy patrzyły jak w rękach nielicznych gromadzono pokaźne majątki, wykształcona klasa średnia robiła mniejsze lub większe kariery a przy tym pluła na "leniwą" klasę niższą, że nie docenia możliwości zaistniałych po 89. Dlatego wielu dziś patrzy na tę datę jak na zdradę elit.

Dopiero wejście do UE sprawiło, że ci z najniższej poczuli, że maja realne szanse wzięcia spraw w swoje ręce i nie potrzebowali już takich outsiderów jak np Lepper.
-
2018/06/05 16:19:48
@wo "4 czerwca 1989 nie przenieśliśmy się do raju na ziemi. Ale zamiast czekać 20 lat na mieszkanie, spłacamy przez 20 lat kredyt, mieszkając jednak na swoim."

Bardzo optymistyczne spojrzenie na rzeczywistość. Fakt, że gdy ma się etat w dużym wydawnictwie, to kredyt na 20 lat jest osiągalny, ale nawet wtedy może się okazać, że starczy co najwyżej na większą kawalerkę na dalekiej Białołęce. Anecdata: wielu moich znajomych po studiach technicznych w wieku 30+ wynajmuje pokoje jak studenci. Bo jednak wolą mieszkać w bardziej cywilizowanych okolicach niż daleka Białołęka, a jedyną opcją na to jest dzielenie mieszkania z kimś.
-
2018/06/05 16:42:22
@magdalaena1977:
IMHO, urbanistyka stała przed 1989 rokiem na wyższym poziomie. Produkowano też więcej lokomotyw zapewne, ale to wszystko drobiazgi w ogólnie pozytywnym obrazie przemian.

@unierad:
Ja bym chętnie pokrytykował Gospodarza, w wielu punktach (bo i przemiana była płynna*; i dzisiaj Bareja by sporo dla siebie znalazł; i oczekiwanie krwawej zemsty jest mocno ahistoryczne w przypadku gdzie ponad 1/4 Polaków popierała PRL...), ale jak odpowiadałem Magdalenie -- to kwestie raczej drugorzędne. Polska stała się krajem większych możliwości, krajem bardziej zamożnym, krajem funkcjonującym lepiej (by choćby wskazać na problem korupcji, bo kolej to bym jednak zostawił...). To nie była zdrada elit, nawet jeśli miewałem wrażenie, że właśnie w IIIRP trochę elity przekupywano, by poparły przemiany. To był rozsądny kompromis, pomiędzy słabnącym państwem "komunistycznym", a niezbyt silną opozycją, tworzony w warunkach pionierskich, gdy nie było wzorców i nie było absolutnej pewności, że jeszcze ZSRR nie spróbuje się zemścić. I tworzony przez ludzi, którzy swoje interesiki na nim robili, ale co wcale nie stoi w sprzeczności z tym, że chcieli dla kraju dobrze.

*) Pamiętam w Muzeum Inzynierii Miejskiej Krakowa twierdzenie, że dopiero IIIRP rozwiązała problem braku wody w Krakowie, który istniał przez cały PRL. A kiedy poprawiła? W 1988...
-
wo
2018/06/05 16:49:45
@magdalena
"Zamiast jeść przetworzone fastfoody na mieście, ludzie spotykali się w domach, gdzie sami gotowali naturalne posiłki ;-)"

Ale to właśnie było okropne. Posiłków często nie było z czego zrobić (nie mam żadnej nostalgii za tymi wszystkimi kluchami i pulpetami), a co najgorsza, jak byłeś głodny na mieście, nie było dobrych opcji. Miewałem takie dni (chemia to ciężkie studia), kiedy literalnie 10 godzin byłem na uczelni. Ten głód był straszny! Na stołówce tylko fasolka po bretońsku (a i to nie zawsze). Jak ja wtedy marzyłem, żeby móc po prostu kupić choćby i najtańszy zestaw w McDonaldsie!
-
wo
2018/06/05 16:51:51
@haneman
"Z punktu widzenia klasy średniej z dużego miasta 4 czerwca to rzeczywiście był czas bycia na fali wznoszącej. "

Wcale nie. To znaczyło przede wszystkim, że wszystkie twoje plany leżą w gruzach. Poza tym nagle potraciliśmy oszczędności (osobno złotówkowe, osobno dewizowe), a jednocześnie kredyty poleciały w kosmos. Że jestem na jakiejś fali wznoszącej, to poczułem chyba dopiero w drugiej połowie lat 90.
-
wo
2018/06/05 17:00:27
@unierad
"Bardzo optymistyczne spojrzenie na rzeczywistość. Fakt, że gdy ma się etat w dużym wydawnictwie, to kredyt na 20 lat jest osiągalny, ale nawet wtedy może się okazać, że starczy co najwyżej na większą kawalerkę na dalekiej Białołęce. "

Wtedy nie było nawet takiej opcji. Pozostawało 20 lat czekania, aż coś zbudują na Tarchominie.
-
2018/06/05 17:12:13
@pak455

...że jeszcze ZSRR nie spróbuje się zemścić...

Właśnie! Zapominamy, że ruskie wojska cały czas stacjonowały w Polsce. Zagrożenie, że jakiś popaprany Stalinek dorwie się do władzy i użyje tej machiny było realne. Dzisiaj można wciskać kit, że trzeba było szybciej, odważniej, ale Wałęsa i reszta musiał brać to pod uwagę. Tym bardziej, że Kiszczak zapewne nie omieszkał przypominać im o tym przy byle okazji.
-
2018/06/05 17:12:51
"Biada temu, kto PRL-owską fikcję wziął za dobrą monetę i na przykład uwierzył, że skoro według oficjalnego rozkładu jakiś pociąg jeździ od punktu A do punktu B. W praktyce to wyglądało tak, że pociąg owszem, jeździ, ale dwa razy w tygodniu. Albo że pekaes jest jeden dziennie. I tak stoisz na tym przystanku i stoisz, w końcu z godzinnym opóźnieniem pekaes się pojawia... i pędzi sobie dalej, nie zwracając uwagi na twoje rozpaczliwe machanie."

Hm. Pamięć podpowiada dziesiątki jazd pociągami i autobusami bez takich atrakcji. Może to kwestia PRL-A i PRL-B (skądś się ta scenka "ja mam bardzo dobre połączenie" wzięła)?
-
2018/06/05 17:14:20
@wo
"Wcale nie. To znaczyło przede wszystkim, że wszystkie twoje plany leżą w gruzach. Poza tym nagle potraciliśmy oszczędności (osobno złotówkowe, osobno dewizowe), a jednocześnie kredyty poleciały w kosmos. Że jestem na jakiejś fali wznoszącej, to poczułem chyba dopiero w drugiej połowie lat 90."

Ale to jednak co innego stracić oszczędności, a co innego stracić pracę bez szans znalezienia innej przez wiele lat.
-
2018/06/05 17:49:58
Do tego co jakoś tam pamiętam z PRL, czyli do lat 80 nie mam żadnego sentymentu. Pustki na półkach, kolejki do sklepów, sypiąca się infrastruktura, kombinowanie i załatwianie, pociąg do Zakopanego na stojąco przez pół Polski (z obowiązkową awarią po drodze) Jednak najbardziej wnerwiającym aspektem PRLu w mojej pamięci były przerwy w dopływie prądu. Pod koniec lat 80 ten prąd był wyłączany tak często, że była to właściwie norma. Zaczynałem czytać wieczorem książkę (jakiegoś Lema czy Zajdla). I światło gasło. I szukanie świeczek. I zastanawianie się: włączą czy nie włączą. Włączyli. Gaszenie świeczek. I po minucie znów światło gaśnie. Włączyli na próbę? Czekanie włączą czy nie włączą. Brrr.
Niemniej, był to jednocześnie czas pewnego bezpieczeństwa ontologicznego: jeść co było, funkcjonować się dało. System był przewidywalny.
Lata 90 z mojej perspektywy (i mojej rodziny) charakteryzowały się brakiem takiego poczucia bezpieczeństwa. To były sytuacje w rodzaju: oglądam z bratem telewizję, wchodzi komornik i zabiera telewizor. Albo nagle nie ma pieniędzy na bilet miesięczny, żebym mógł dojeżdżać do liceum. Mama sprzedaje pierścionek i na kilka miesięcy sytuacja jest zabezpieczona. Albo moja mama, pielęgniarka, nagle dowiaduje się, ze ZOZy zostają rozwiązane, nie będzie karetek, a ona ma założyć firmę (indywidualna praktyka pielęgniarska) i zapewnić sobie transport do chorych. Oczywiście jest osobą sporo po czterdziestce, nie ma prawa jazdy, samochodu ani pieniędzy na jego zakup. Na zakładaniu firmy, podatkach etc. też się nie zna. No i zapożyczanie się po rodzinie (i gdzie się da), robienie prawa jazdy, kupno jakiegoś rzęcha malucha, zakładanie firmy Aha w sumie to wszystkim zwolnionym pielęgniarkom należą się odprawy, ale nikt ich nie dostaje. I wprost zostaje powiedziane, że jeśli któraś z nich upomni się sądowo o odprawę, to nikt z nią kontraktu nie podpisze. I powinny się cieszyć, że mają perspektywę pracy.
Mógłbym takich anegdotycznych historii przytoczyć wiele (z całej mojej rodziny). Tak czy owak: z perspektywy mieszkańca dużego miasta z rodziny inteligenckiej na pewno po czerwcu 1989 roku wiele zmieniło się na lepsze już w połowie lat 90. Ale to nie jest jedyna możliwa perspektywa.
Przy tym, oczywiście, mogło być zdecydowanie gorzej (w sumie miałem bardzo fajne dzieciństwo i młodość). Znany dokument Ewy Borzęckiej Arizona jest oczywiście podkręcony i przerysowany. Ale kilku moich kolegów z podstawówki mieszkało w oddalonym o kilka kilometrów PGRze. I w połowie lat 90 to, co tam się działo nie różniło się wiele od obrazu z tego filmu.
-
2018/06/05 17:58:02
@że skoro według oficjalnego rozkładu jakiś pociąg jeździ od punktu A do punktu B.
Dzisiaj w tych miejscach często nie ma nawet torów. A owi 70 letni beneficjenci zaczynają się powoli zastanawiać, jak dojechać na rodzinny cmentarz, bo nie da się dłużej udawać, że wzrok ciągle pozwala na bezpieczną jazdę samochodem. Aha osobieście nie tęsknię za tamtymi czasami, ale skoro chodziłem w tamtych czasach do przedszkola, to raczej nie mam problemów z wyobrażaniem sobie, że takowe funkcjonowały. To moje chyba nawet udało się ochronić przed likwidacją przez stworzenie zespołu przedszkolno-podstawówko-gimnazjo-licealnego. To oczywiście nie są wspomnienia z wielkiego miasta - beneficjenta modelu rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego.

@Pamiętam też kolejkę do lokalnej stacji benzynowej - dwugodzinną.
To nie jest szczególnie dłużej niż dzisiejsze stania w kolejce w dyskoncie jak mięso rzucą w promocji. Zmieniły się możliwości omijania takich kolejek. Kiedyś trzeba było być w partii lub ZOMO, dziś wystarczy być zamożnym.

@Dla młodszych od prowadzącego bloga, opowieści jak było za PRL nie mają znaczenia, bo to trochę jak opowieści dziadków, jak było za Niemca. Kluczowe jest to jak ludzie pamiętają czas po 89

Młodzi czas po 89 pamiętają ze śmieciówek i pism z ZUSu, który ich emeryturę wyceniał na jakieś dwu- trzycyfrowe kwoty. Tzn. obecni 30- 40latkowie. Bo Ci jeszcze młodsi to wyczytali na kwejku, że nie mają żadnej przyszłości, gdyż mityczna lewica zbuduje roboty, które zabiorą im pracę.

@ To kraj w którym decydowało cwaniactwo, układy, znajomości, a nie jakieś edukacje czy prawa.

A gdzie tam, antyanty PIS przecież walczy z układami, cwaniactwem i networkingiem. Prawo zmienia z brakiem poszanowania, bo było uchwalane przez osoby bez legitymacji. Swoją drogą antyPIS też zdaje się marzyć o zemście (kogo to tam nie postawią przed trybunałem stanu) i naprawie nieprawych decyzji. Na chwilę obecną chyba tylko lewica ma inne priorytety, więc notka tym bardziej potrzebna. Gruba kreska to piękna polska tradycja.
-
2018/06/05 18:23:14
@wo

"nie mam żadnej nostalgii za tymi wszystkimi kluchami i pulpetami"

Może u mnie to kwestia jakości (domowe kluchy to jednak nie stołówka), może też to, że nie był to mus ale uzupełnienie jadłospisu między zapiekankami "z niczego" (ewentualnie "owoce" lasów i łąk) a czymś konkretnym z własnej hodowli / uprawy?

(Z oryginalnego wpisu)
"Biada temu, kto PRL-owską fikcję wziął za dobrą monetę"

Taka myśl, że jest całkiem spora grupa ludzi, która woli "PRL dream" niż szarą skrzeczącą rzeczywistość neo-libu. Wolą te 20 lat czekać na iluzję, niż dziś wiedzieć, że nie mają zdolności kredytowej. Jeżeli jest źle, to nadzieja na to, że będzie lepiej, jest bezcenna.

@hanneman
"co innego stracić oszczędności, a co innego stracić pracę"

Na pewno "co innego", ale czy lepsze czy gorsze? Niejeden zakładał firmę lub emigrował po utracie pracy. Natomiast utrata oszczędności życia w jakiejś "Bezpiecznej Kasie" czy wejście komornika, bo się mama na Wigilię zadłużyła to specjalnie fajne nie jest.

@loleklolek_pl
Może to kwestia upałów, ale napisałeś tekst jak mój stary internetowy znajomy Smok E. Możesz jeszcze raz, ale zrozumiale?
Być może też wyraziłem się niejasno, ale jest różnica między neo-libskim networkingiem a PRL-owską nomenklaturą. Jak już odniosłeś to do dzisiejszych wydarzeń, to na "taśmach prawdy" widzę jednak networking (różne partie, organizacje czy inne podmioty), w tzw. batalii o sądy to już jednak nomenklatura partyjna.
-
2018/06/05 19:26:11
"ktoś łaknie zemsty do dzisiaj"

Mam wrażenie, że jeśli już to chodzi o zemstę na elitach III RP, raczej nie PRL. Są jacyś maniacy, którzy może młodość spędzili na fantazjach zamiany miejsc. Na zasadzie - my jesteśmy partią i gnoimy opozycję, rozkazujemy, że tego i tego mają obsmarować w mediach, temu dać medale. Co dziś mogą zrobić? Zabrać emeryturę jakimś 90latkom, wykopać kogoś z grobu i urządzić trupi synod? To hejt na IIIRP jest motorem.

Ci ludzie, którzy może byli tylko szeregowymi członkami Solidarności, może nawet niczym się obiektywnie nie narażali, ale w latach 90tych wygrali, komuna upada, a tu bam, zakład likwidują, pracy nie ma, mogą wejść i pozabierać wszystko z mieszkania za długi. Znajome twarze ze styropianu w TV, w rządzie, na dyrektorskich stanowiskach. Zdrada elit to wytłumaczenie proste i wbijające się w głowę jak przebój radiowy.

To działo się wszędzie, nawet gospodarz nie raz wspomina znajomych, którzy poszybowali na salony. To chyba sytuacja raz na kilka pokoleń. Jednego roku razem na kolejnych imieninach, następnego już przepaść klasowa. Ot zakład się przekształca, są cegiełki, pierwsze demokratyczne wybory, wszystko git, kolega zostaje dyrektorem. Za pożyczone i zebrane po rodzinie pieniądze skupuje te cegiełki i przejmuje kontrolę nad zakładem. Kto by się dalej połapał w tych przekształceniach własnościowych? I fizyce wbrew łódź tylko kapitana do góry unosi z rodziną. Potem wyrzuca się z łodzi marynarzy, żeby nie zatonęła. Tak czy inaczej wspólnych imienin nigdy później nie będzie. Bo ktoś był już prezesem a ktoś nadal zwykłym ciułaczem.

Czy to powód do zemsty albo nienawiści? Nie, ale do zazdrości, czemu nie. Ktoś był sprytniejszy, bardziej zorientowany, miał więcej znajomości, zachował zimną krew i wygrał przyszłość. Mało brakowało. Takich historii pewnie blogobywalcy znają na pęczki. Teraz mogę sobie tylko wyobrazić, że to samo spotyka ludzi, którzy jakoś tam działali, którzy choć raz przed tą milicją razem wiali. To rodzi poczucie braterstwa, a stąd do poczucia zdrady w takiej sytuacji tylko jeden krok.

Swoją drogą jest bardzo ładne słowiańskie słowo na określenie zemsty - wróżda. Jednak nawet w czasach barbarzyńskich od płacenia głową można było się wykupić bezkrwawo. I tak też jest teraz, mimo potrząsania szabelkami. Słychać tylko mlaski wygłodzonych i powarkiwania, gdy ktoś posiłku zbyt blisko podejdzie. Reszta niewiele ich obchodzi.

Na koniec dodam, że jednej rzeczy mi brakuje z prlu, że na tych imieninach bawili się w przyjaznej atmosferze i kierownik budowy, inżynier geodeta, brygadzista spawacz i kierowca ciężarówki, a na podwórku latem ich dzieci. I było to coś bardzo dobrego co potem zniknęło jak sen.
-
2018/06/05 19:31:09
No co do pociągów to jednak z punktualnością było kiepsko, ale w ogóle były. Może z punktu widzenia dużych miast się poprawiło, ale z mojego rodzinnego Głogowa nie dojedzie się pociągiem do Legnicy od lat, a od niedawna nie dojedzie się nawet do Leszna, z którego była całkiem sensowna przesiadka d Poznania. Obecnie, żeby z Głogowa trafić do Poznania trzeba przesiadać się we Wrocławiu (z którym też połączeń jest mniej niż kiedyś) albo w Zielonej Górze. Nie mówiąc już o miejscowościach mniejszych od Głogowa. Że teraz pod tym względem jest lepiej to może mówić ktoś, kto porusza się koleją tylko między dużymi miastami.
-
wo
2018/06/05 20:04:31
@hannemann
"Ale to jednak co innego stracić oszczędności, a co innego stracić pracę bez szans znalezienia innej przez wiele lat"

To jasne, że w wielkim mieście ogólnie zazwyczaj lepiej niż w małym. Między innymi dlatego nas tu tak dużo, wszyscy to zauważyliśmy. Kwestionowałem tezę, cytuję, "Z punktu widzenia klasy średniej z dużego miasta 4 czerwca to rzeczywiście był czas bycia na fali wznoszącej", koniec cytatu.

-
wo
2018/06/05 20:06:30
@ausir
" Że teraz pod tym względem jest lepiej to może mówić ktoś, kto porusza się koleją tylko między dużymi miastami."

I licząc wszystkie możliwości dzissiejszego ustroju (a więc także te wszystkie dalekobieżne autokary + mikrobusiki trasy Głógów-Legnica działające w ramach PPHU Transinterjajuszexcorp) powiedziałbyś, że się pogorszyło i gdyby złota rybka mogła zamienić dzisiejszą ofertę na przywrócenie stanu z 1985 (zakładając, że reszta zostałaby bez zmian), to byś powiedział "ok rybko, robimy to"?
-
2018/06/05 20:29:45
@wo

Tak, w przypadku Głogowa i Legnicy czy Głogowa i Leszna i Poznania niestety jest gorzej, nawet z mikrobusikami. Generalnie obecnie jako tako się trzymają połączenia mniejszych miast z najbliższą metropolią (czyli Głogowa z Wrocławiem, Legnicy z Wrocławiem, Leszna z Poznaniem), ale już mniejszych miast między sobą nie bardzo, w tym dawnych połączeń przesiadkowych.
-
wo
2018/06/05 21:19:02
@ausir
No właśnie, ale gdybym mieszkał w Głogowie, najważniejsze byłoby dla mnie regularne i wiarygodne (as in, "reliable") połączenie z Wrocławiem, a nie z czymś malutkim. Chyba że miałbym tam ciotkę albo cuś, ale to już szukanie egzotycznych wyjątków.
-
2018/06/05 21:23:42
No ale jednak Głogów jest tak położony, że dobre połączenie z Poznaniem dla głogowian też zawsze też było istotne i z przesiadką w Lesznie było naprawdę spoko, a teraz właśnie znikło i trzeba bez sensu przez Wrocław albo Zieloną Górę. A Legnica to też nie do końca "coś malutkiego". Zresztą co do ciotki to jednak mnóstwo ludzi rzeczywiście ma rodzinę rozrzuconą po całym byłym legnickim, czy to w Lubinie, Polkowicach czy Legnicy.
-
2018/06/05 22:27:48
@wo
No akurat trasa Legnica-Głogów to nie jest egzotyczny wyjątek. Oba miasta są częścią czegoś o nazwie Legnicko-Głogowski Okręg Miedziowy, sam jestem zdziwiony że nie ma tam lepszej komunikacji.
-
2018/06/05 22:58:43
" Chyba że miałbym tam ciotkę albo cuś, ale to już szukanie egzotycznych wyjątków."

No przecież PRL-owskie miasta co najmniej w połowie są złożone z takich "egzotycznych" wyjątków, bo co najmniej połowa ma rodzinę na wsi i oczywiście nie jest to ta sama wieś dla połowy miasta. Kumulacja likwidacji połączeń do takich kilkunastu "egzotycznych" wsi jakoś tam generuje większy efekt wkurwu niż generowałaby likwidacja jednego połączenia dziennie.

"To znaczyło przede wszystkim, że wszystkie twoje plany leżą w gruzach. Poza tym nagle potraciliśmy oszczędności (osobno złotówkowe, osobno dewizowe), a jednocześnie kredyty poleciały w kosmos."

Większość starszych popierających PiS nie mogło sobie pozwolić nawet na takie plany. Większość z nich była w pierwszym albo drugim najwyżej pokoleniu miejskim proletariatem i problemy klasy średniej były dla nich abstrakcyjne. Akurat jestem z mocno lewicowej rodziny i łapię, że remedium na tego typu rozjazdy w percepcji może być tylko skandynawskie podejście do roli państwa. Nie można jednak po prsotu zbywać podejścia typu "zdrada elit" argumentem, że w PRLu nie było paliwa a kelnerka w restauracji była chamska a teraz jest lepiej i cieszyć się trzeba, bo dla wielu potomków chłopów III RP była niestety powtórką z II RP, kiedy byle leśniczy (prawie inteligencja!, teraz reprezentowana przez menedżera z MMC) mógł skopać ich dziadków-wieśniaków bezkarnie i w tym kontekście PRL nawet przy braku paliwa wydawał się sprawiedliwszy (nie tylko dlatego, że brakowało i im i potomkom tego leśniczego).
-
wo
2018/06/06 08:35:37
@ausir
"Zresztą co do ciotki to jednak mnóstwo ludzi rzeczywiście ma rodzinę rozrzuconą po całym byłym legnickim, czy to w Lubinie, Polkowicach czy Legnicy."

Zatem w fully automated luxury razem socialism zrobimy tam sprawny zbiorkom, ale przypuszczam, że bliskość zachodniej granicy sprawiła, że jednak każda ciotka ma tam siostrzeńca z samochodem, który w razie czego jednak podrzuci.

@majowy.wirus
"Nie można jednak po prsotu zbywać podejścia typu "zdrada elit" argumentem, że w PRLu nie było paliwa a kelnerka w restauracji była chamska a teraz jest lepiej "

No ale jest. Również dla proletariatu przecież. W czasach PRL np. inteligentowi było łatwiej o deficytowe towary, bo miał więcej znajomości, mógł mieć legalny dostęp do dewiz (z jakiegoś stypendium itd.), natomiast gdy rodzina robotnicza chciała np. kupić pralkę, trzeba było rotacyjnie w kolejce stać przez całą noc. Między innymi dlatego przecież ten ustrój obaliły robotnicze protesty, najpierw te z 1980, a potem te z 1988, które były zaskoczeniem i dla przywódców PZPR, i podziemniej "Solidarności".

"dla wielu potomków chłopów III RP była niestety powtórką z II RP"

PRL i wojna na tyle przemieliły społeczeństwo, że nie można zakładać, że dzisiejszy robotnik jest potomkiem chłopów z II RP. Znaczna część wielkomiejskiej klasy średniej to potomkowie przedwojennych chłopów (albo robotników czy drobnego rzemiosła).
-
2018/06/06 09:59:26
Wszyscy znowu marzą o zbiorkomie, który jakoś jest w kontrze do działań Polaków na polu "własny samochód".

Link za długi, więc pierwszy lepszy hit w Google - np. "Polacy mają już więcej aut niż Francuzi i Brytyjczycy" - pokazuje, iż problem braku komunikacji jest demonizowany. W Polsce jest ponad 500 aut na 1000 mieszkańców (potrojenie w dekadę). Nawet jeśli zbiory nie do końca się pokrywają, to można założyć, że większość rodzin ma pod ręką jakiś samochód. Oczywiście, że są ludzie, którzy nie mają na samochód i wówczas zbiorkom jest ważny, ale są też tacy, którzy nie mają na bilet.

Zawsze coś, gdzieś nie do końca działa i nie tylko w Polsce. Proponuję pojechać np. do Holandii poza Amsterdam i zobaczyć, jak działa ten wymarzony zbiorkom na świecie. Bywa, że jak ucieknie dyliżans o 05:00, a na 7:00 trzeba być w pracy, to zostaje bucik albo rower, bo kolejny może być o 7:00. Rower w zimie nie jest zbyt wygodny, a bucik... zaraz, przecież rozmawiamy o tym, że w Polsce jest źle, a na świecie dobrze.

Czas odnotować fakt - naprawdę dotarliśmy w Polsce do punktu, w którym jakość samochodu i cena paliwa są większymi problemami niż brak możliwości poruszania się.

Odnotowuję w tych wszystkich dyskusjach coś, z czym polemizuje książka Leszczyńskiego "No dno po prostu jest Polska".
-
wo
2018/06/06 10:23:44
@majowy.wirus
" kiedy byle leśniczy (prawie inteligencja!, teraz reprezentowana przez menedżera z MMC) mógł skopać ich dziadków-wieśniaków bezkarnie i w tym kontekście PRL nawet przy braku paliwa wydawał się sprawiedliwszy (nie tylko dlatego, że brakowało i im i potomkom tego leśniczego)."

Chciałbym to dokladniej zrozumieć. Czy mam tu komcionautę, który sobie wyobraża, że stosunki pracy w III RP uległy POGORSZENIU w porównaniu do PRL; czyli że w PRL traktowano robotnikow z szacunkiem, mieli swoje prawa i niezależne związki zawodowe, a potem nagle się to pogorszyło i byle menadżer z MMC się bezkarnie pastwił, więc dlatego PRL wydawał się sprawiedliwszy?
-
wo
2018/06/06 10:26:44
@a.stanczak
"Wszyscy znowu marzą o zbiorkomie, który jakoś jest w kontrze do działań Polaków na polu "własny samochód"."

Zgoda - i teraz czas na zbiorkom (zwłaszcza, że program budowy autostrad i ekspresówek zbliża do szczęśliwego finału). Ale w latach 80. i tak dokonywała się quasi-dobrowolna przesiadka na transport indywidualny po prostu dlatego, że zbiorowy się rozsypywał, tzn. istniał coraz bardziej na papierze. Teraz coraz częściej zdarza się, że można wybrać pociąg, tramwaj czy metro jako alternatywe dla samochodu, kierując się WYGODĄ (hura!). W latach 80. takiej motywacji nie było, siedziałeś w pociągu wyłącznie dlatego, że nie było cię stać na samochód (benzynę).
-
2018/06/06 10:40:54
@4 czerwca i "zdrada elit"

Najpierw kilka liczb: wybory 4 czerwca 1989 r. nie zainteresowały 38% obywateli, którzy nie poszli do urn (w drugiej turze 18 czerwca absencja wyniosła 75%). Podobna wielka skala desinteressement ujawniła się w referendum konstytucyjnym 1997 r. (67% niegłosujących) i unijnym 2003 r. (41%). W ostatnich wyborach parlamentarnych z 2015 r. nie głosowało 49% uprawnionych.

Jakiejś z grubsza połowy narodu przemiany ustrojowe nie obchodzą na tyle mocno, aby pofatygować się do urn choćby od wielkiego dzwonu. Dla tej wielkiej rzeszy naszych współobywateli 4 czerwca nie istnieje jako żadna istotna cezura, tym bardziej zresztą że - inaczej niż w poprzednich polskich "miesiącach" - był to przełom negocjowany, którego symbolem był okrągły mebel, a nie czołgi i krew. Podejrzewam, że gdyby przeprowadzić stosowne badania wśród owej rzeszy która w wyborach 1989 r. została w domu, okazałoby się, że czas ten kojarzą z pojawieniem się "Teleekspresu" w TVP (co nastąpiło wcześniej), wyborem Wałęsy na prezydenta (później), względnie czwartą pielgrzymką papieską albo np. otwarciem lokalnego targu z ciuchami. Przełom ustrojowy wcale nie zawsze i nie od razu miał bezpośredni wpływ na tę grupę - wielu pracowało w tych samych zakładach, które niekoniecznie od razu upadały, albo w tym samym "rodzinnym gospodarstwie rolnym", które niekoniecznie przeżywało szczególne kłopoty. Z tej perspektywy dopiero zamknięcie przychodni czy likwidacja lokalnego połączenia PKS, które "zawsze było" urasta do rangi faktycznej "przemiany ustrojowej", nie ma się czemu dziwić. PiS stara się mobilizować dla siebie takich wyborców ofertą w rodzaju 500+ i piórnikowego - czyli nieideologicznymi działaniami dającymi poczucie, że "państwo robi coś dla nas" i jednocześnie utrwalającymi mentalny zrost: państwo=PiS. Dopiero silna, lokalnie zakorzeniona partia lewicowa będzie w stanie realnie konkurować z PiSem na tym polu, jeżeli będzie umiała przyjąć perspektywę tego wyborcy.

Natomiast PiSowska narracja o "zdradzie" czy "zmowie" elit kierowana jest do ich bardziej rdzeniowego wyborcy, potrzebującego rozbudowanej spójnej wizji świata. W tej narracji PiS jest reprezentantem mitycznej wspólnoty narodowej, skrzywdzonej przez spisek postkomunistów z "koncesjonowaną" opozycją. Jest to narracja ahistoryczna choćby z tego powodu, że władze PRL jeszcze w połowie lat 80-tych usilnie starały się "koncesjonować" przede wszystkim opozycję przykościelną, prawicową - taka była rola i skład Rady Konsultacyjnej utworzonej w 1986 r. przy Jaruzelskim, takie były nadzieje władzy wobec środowiska Macierewicza (opisywane w najnowszej książce Gielewskiej i Dzierżanowskiego), które Macierewicz jak najbardziej odwzajemniał (artykuł programowy w "Głosie" z 1983 r. o sojuszu kościoła z wojskiem[1]). Tymczasem Michnik, Kuroń, Frasyniuk czy Bujak byli wówczas dla kierownictwa PZPR synonimem najgorszego politycznego wroga. Gdyby kościelna prawica umiała się zorganizować, okrągły stół odbyłby się pomiędzy PZPR a nią właśnie. Lecz nie umiała, była bezładna i niereprezentatywna. Oddała pole środowiskom "KORowskim" mającym struktury, rozbudowaną poligrafię, kontakty z Zachodem. "Zdrada elit" - owszem, prawicowych.

[1] konserwatyzm.pl/niedoszly-sojusz-macierewicz-jaruzelski/
-
2018/06/06 10:48:30
Przepraszam serdecznie, poprawka: "... w referendum konstytucyjnym 1997 r. (57% niegłosujących)..."
-
2018/06/06 12:23:19
@ wo

Bez polemiki. Też za dobrze pamiętam koszmarek tzw. komuny, żeby narzekać dziś na to, jak 4 czerwca.

Osobiście sam doświadczam przymusu posiadania dwóch samochodów, bo - jednak całkiem sprawnie - działająca komunikacja gminna "u mnie we wsi" zwyczajnie jest dla mnie nieużywalna. Jeśli jednak potrzebuję (raz na kilka miesięcy), to kilka razy dziennie, mam możliwość przejechania się pustym autobusikiem. Przyznam, że daje poczucie bezpieczeństwa. Wymaganie jednak, żeby jeździła częściej wydaje mi się przesadne.

W dyskusji nad samochodami w Polsce nie padł jeszcze jeden wątek - dostępności prawa jazdy. Odważę się na tezę, iż część ludzi w Polsce może nie mieć prawa jazdy, bo nie zrobiła kiedy była młoda, później nie mieli na samochód, a dziś nie mają odwagi nauczyć się jeździć samochodem. W części możemy mieć do czynienia ze zwyczajnym... nie wiem, jak to nazwać delikatnie, jakimś wyłączeniem technologicznym.

Offtopicznie, pozwolę sobie odnotować książkę, która może zainteresować czytelników bloga: Strange Stars: David Bowie, Pop Music, and the Decade Sci-Fi Exploded

-
wo
2018/06/06 13:58:00
@awal
"Jakiejś z grubsza połowy narodu przemiany ustrojowe nie obchodzą na tyle mocno, aby pofatygować się do urn choćby od wielkiego dzwonu."

A to nie jest po prostu artefakt statystyczny wynikający z tego, że z oczywistych powodów z listy wyborców skreśla się ludzi raczej niechętnie, rozstrzygając wątpliwości na rzecz nieskreślenia - więc znaczna część tej "z grubsza połowy" to emigranci, ubezwłasnowolnieni, bezdomni, ogarnięci demencją itd., a więc tak czy siak po prostu nieuczestniczący w życiu społecznym?
-
2018/06/06 14:02:45
"W dyskusji nad samochodami w Polsce nie padł jeszcze jeden wątek - dostępności prawa jazdy."

Są nawet na to jakieś badania. Generalnie mniej kobiet niż mężczyzn ma prawo jazdy i wraz z wiekiem drastycznie maleje liczba posiadaczek prawa jazdy. Wdowy na groby mężów zwykle musi dowieźć rodzina lub zbiorkom. (dane były w którejś audycji Tok FM z cyklu Skołowani). Więc brak zbiorkomu mocno wyklucza starsze kobiety z jakiekolwiek aktywności.
-
2018/06/06 14:40:13
@wo
"a to [niska frekwencja] nie jest po prostu artefakt statystyczny?"

Osobiście zaskakująco często stykałem się (i to wśród ludzi, których wcześniej bym o to nie podejrzewał) z postawą "paaanie, a co mnie wybory, przecież to wszystko jedna banda złodziejów; co to za różnica, która świnia przy korycie siedzi". Tego typu wypowiedzi słyszałem nie tylko w parku od pana Czesia z jabolem, ale również od osób wykształconych, dobrze zarabiających. Przy powszechnej postawie olewczej niska frekwencja przestaje zaskakiwać.

To zresztą nie tylko polska specjalność; miesiąc temu w Iraku na wybory poszło niespełna 45% uprawnionych (a w Basrze czy Bagdadzie nawet około 1/3), bo "politycy kradną".
-
2018/06/06 14:55:20
@ wo: "Czy [...] stosunki pracy w III RP uległy POGORSZENIU w porównaniu do PRL; czyli że w PRL traktowano robotnikow z szacunkiem, mieli swoje prawa i niezależne związki zawodowe, a potem nagle się to pogorszyło[...]?

Na mój rozum na tak postawione pytanie nie da się sensownie odpowiedzieć jednym słowem, bo sprawa jest złożona. W niektórych aspektach rzeczywiście uległy pogorszeniu.

Pamiętam np. jak władza niemal błagała górników, żeby raczyli pofedrować także w soboty i w zamian oferowała im tzw. książeczki G, uprawniające do zakupu deficytowych towarów (dzięki takiej książeczce i kuzynowi pracującemu na kopalni, jako młode małżeństwo inteligentów mieliśmy z żoną na nowej drodze życia pralkę automatyczną).

Pamiętam też, jakie problemy ze sprzątaczkami i palaczami miał dyrektor szkoły, w której wtedy belfrowałem (nie dziwiły teksty typu: jak się panu nie podoba, jak ja sprzątam, to pójdę gdzie indziej).

I pamiętam, że - gdy już po 1989 r. - sam byłem dyrektorem innej szkoły, to musiałem stopniowo zmniejszyć zatrudnienie w tzw. obsłudze niemal do połowy pierwotnego stanu (a pracy nie ubyło) i miałem prawdziwą władzę, bo mogłem wybierać wśród wielu chętnych na stanowisko woźnej czy konserwatora.

Jeszcze raz powtarzam, sprawa jest złożona (bo np. w PRL-u pełnoetatowa sprzątaczka ogarniała swój rewir w 2-3 godziny, a później kazali jej pracować 8), ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że z perspektywy wielu ludzi stosunki pracy się pogorszyły.
-
2018/06/06 14:59:33
@awal
@wo
analiza "ciemnej połowy" nieuczestniczącej w głosowaniach

Jestem tego bardzo ciekaw! Zarówno ten konkretny wątek, jak i ogólnie powracający koncept 'biernej (prawie) połowy'. Spotykałem się z tym w wielu sytuacjach, m.in. w głosowaniach we wspólnocie mieszkaniowej, w ankietach wewnątrzfirmowych, na zebraniach rodziców w szkole. To pasjonujące, naprawdę, rodzi pytanie o rzeczywisty mechanizm działania zwany "tyranią status quo".

Co do konkretnych pozycji:

emigranci,
- przecież głosują, zwykle bardziej konserwatywnie, liczebności do sprawdzenia; na szybko oszacowałem na ok. 150 tys. głosujących (www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/wybory-parlamentarne-jak-glosowali-polacy-za-granica,589709.html)

ubezwłasnowolnieni,
- w Polsce poniżej 100 tys., i zwykle to są demencyjni, niemobilni staruszkowie (czyli nakłada się z innymi powodami) (www.rynekzdrowia.pl/Prawo/W-Polsce-rosnie-liczba-osob-ubezwlasnowolnionych,158909,2.html)

bezdomni,
- w Polsce kilkadziesiąt tys. (www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-03-09/policzyli-bezdomnych-w-calej-polsce-jest-ich-ponad-33-tysiace/), nawet biorąc poprawkę na dokładność pomiaru

ogarnięci demencją
- tu raczej zmieniłbym na "z różnych względów wykluczeni społecznie" - i tu upatrywałbym największej 'ciemnej liczby'.

-
2018/06/06 15:13:43
@WO
"A to nie jest po prostu artefakt statystyczny..."

No cóż, w ostatnich wyborach parlamentarnych głosowało 60% Czechów, 66% Finów, i 75% Włochów i 76% Niemców. W Belgii, gdzie głosowanie jest obowiązkowe pod (słabo egzekwowanym) rygorem kary, udział sięga 90%. Ten ostatni wskaźnik pokazuje, że skala możliwej "nadrejestracji" wyborców to nie więcej niż 10%. Po prostu mamy u nas do czynienia (podobnie jak w innych krajach z krótkim stażem demokratycznym np. Litwa, Ukraina) z polityczną absencją dużego segmentu społeczeństwa, dla którego partyjne szyldy to coś, ja wiem, nazwy klubów futbolowych dla Ciebie: tyle samo im one mówią, takie samo mają dla nich znaczenie. Może nawet bardziej: nazwy klubów hokejowych z USA. Obcy nieznany świat. Ja zresztą wcale nie marzę o tym, aby ci niegłosujący nagle masowo zagłosowali - gdy to robią, skutkiem są zjawiska w rodzaju wyniku Tymińskiego w pierwszej turze wyborów prezydenckich 1990 r. (kiedy frekwencja przekroczyła wyśrubowane jak na Polskę 60%). Chciałbym widzieć stopniowe oddolne zagospodarowanie jakieś części tego elektoratu przez zakorzenioną w nim lewicę.
-
2018/06/06 15:53:14
@awal and all

"Podejrzewam, że gdyby przeprowadzić stosowne badania wśród owej rzeszy która w wyborach 1989 r. została w domu, okazałoby się, że czas ten kojarzą z pojawieniem się "Teleekspresu" w TVP (co nastąpiło wcześniej), wyborem Wałęsy na prezydenta (później), względnie czwartą pielgrzymką papieską albo np. otwarciem lokalnego targu z ciuchami."

Moim zdaniem w tej konkurencji wygrywa uwolnienie cen żywności które było jedną z ostatnich decyzji odchodzącego rządu Rakowskiego. Z dnia na dzień bez żadnego uprzedzenia i bez zastosowania jakichkolwiek osłon dla kogokolwiek ceny jedzenia wzrosły o kilkaset procent co kompletnie zdemolowało domowe budżety, z dnia na dzień skokowo sytuacja zmieniła się z "mamy pieniądze, nie ma co kupić" na "już jest co kupić ale za co". Do tego natychmiast oczywiście po czymś takim wystartowała hiperinflacja. Z dnia na dzień wielki kawał społeczeństwa i to niezależnie od klasy i miejsca zamieszkania (choć na wsi było niewątpliwie z tym łatwiej) wylądował w autentycznej biedzie i to ten szok ludzie najbardziej zapamiętali, mimo że oczywiście nie pamiętają szczegółów. Dlatego gdyby kogokolwiek pytać obciążyłby on zapewną winą za to przysłowiowego Balcerowicza, kiedy w rzeczywistości stało się to jeszcze za Rakowskiego.
-
2018/06/06 16:07:38
neolib vs komuna

Miałem ten wątpliwy zaszczyt wchodzić w dorosłość po koniec lat 70 i obserwować usamodzielnianie się mojego syna ok. 2005. Tego nie da się porównać. Z tej mitycznej, komunistycznej krainy szczęśliwości pamiętam tylko marazm, beznadzieję, kolejki, szarość, zapchane, zdezolowane autobusy czy śmierdzące pociągi. Pamiętam swoją pierwszą pracę gdzieś około 84. Ogólne olewactwo od góry do sprzątaczki, kradzież i niegospodarność aż zęby bolały. Pamiętam jak siedzieliśmy w biurze w trójkę młodych inżynierów i nic nie robiliśmy, bo całą robotę zrobiłbym sam i jeszcze miałbym luz. Mieszkanie? Zapomnij. Wynajem? Za co? Pralka? Miesiąc stania w społecznej kolejce pod sklepem. Itd.
No i mój syn startujący w tym wstrętnym neolibie. W porównaniu do mnie on może wszystko. Z całej jego licealnej grupy większość realizuje swoje marzenia. Jedni zarabiają w korpo i jest im z tym dobrze bo mają kasę. Inni to zlewają i robią różne dziwna rzecz i też nie narzekają. Wszyscy podróżują i wiedzą, że Londyn to żaden paradise.
Czy można było transformację zrobić lepie, bardziej dla ludzi mniej obrotnych?
Jasne, że tak. Ale argument, że kiedys był pociąg z Głogowa a dzisiaj go nie ma to nadużycie. Tym bardziej, że po 89, kiedy samochód (czy też jego namiastka w postaci pełnoletniego rzęcha) stał się dobrem nie luksusowym a ogólnie dostępnym. Zbiorkom dla wielu stał się przeżytkiem co przełożyło się na działania gminy. Pewnie nie jeden powiatowy władca zadawał sobie to pytanie: walczyć o autobus czy pociąg i wydawać na to kasę, czy może robić np. wodociąg? No ale skoro w każdej zagrodzie stoi jakieś toczydło, to decyzja mogła być tylko jedna.
Kto wspomina komunę jako krainę szczęśliwości?
Myslę, że ci co załapali się na krótki okres quasi prosperity wczesnego Gierka. Ci co zdążyli załapać się na spółdzielcze M, zanim to wszystko pierdyknęło. Ci co mieli gdzie mieszkać i mieli biedapracę, choć ich praca często nie miała żadnego sensu. Oni byli za starzy by po 89 zaczynać od nowa a wartością była ta biedapewnosć.
Kto jeszcze?
Chyba młodzi idealiści, którym skandynawski socjalizm hasłowo pomylił się z realną komuną. Taki głos na komciu chyba był.
A czego zazdrości mi mój syn?
Powiem to, choć zabrzmi to banalnie i górnolotnie. Tego mojego studenckiego karnawału roku 80/81 i rzucania kamieniami w ZOMO w stanie wojennym.
-
2018/06/06 17:20:17
@mw.61

"Kto wspomina komunę jako krainę szczęśliwości?"

Dla tej części społeczeństwa która była związana życiowo z wsią, PRL to niekoniecznie kraina szczęśliwości (pamiętane były dostawy obowiązkowe zlikwidowane dopiero za Gierka!, brak nawozów, nasion), ale też nie był to taki obraz beznadziei, jak to wspominasz. Tych ludzi PRL-owski marazm dotykał niejako poprzez swoisty ekran wygłuszający, bo oni jednak żyli zasadniczo w świecie rządzonym przez rytm natury i prac polowych, mniej więcej takim jaki dziś tworzą "ekologiczni rolnicy" na zachodzie. A jak szerzej wspominałem pod innym postem, nie byli to tylko starzejący się ludzie w drewnianych chatach, niezałapani na PRL-owską industrializację. Dla wielu "chłopointeligentów" - wcale licznej i słabo zbadanej klasy PRL - wieś była właśnie obszarem swobodnej aktywności, gdzie mogli robić cokolwiek sensownego poza nawiasem systemu. Kiedyś na początku lat 90-tych u takiego chłopointeligenta zauważyłem w ręku "Gazetę Wyborczą", tą jeszcze z logo Solidarności, de facto biuletyn OKP. Zdziwiło mnie to, gdyż wcześniej nie dał się poznać jako zainteresowany polityką. Po chwili okazało się, że kupił, bo potrzebował papieru do wyłożenia przeciekających łubianek na porzeczki. Na tym właśnie polegała przemiana ustrojowa w jego świecie: łubianki wykładane "Trybuną" stały się łubiankami wykładanymi "Gazetą"
-
wo
2018/06/06 17:45:31
@korba
"Pamiętam np. jak władza niemal błagała górników, żeby raczyli pofedrować także w soboty i w zamian oferowała im tzw. książeczki G, uprawniające do zakupu deficytowych towarów (dzięki takiej książeczce i kuzynowi pracującemu na kopalni, jako młode małżeństwo inteligentów mieliśmy z żoną na nowej drodze życia pralkę automatyczną). "

No tak, ale jak już cię do tej kopalni (czy do tego zmilitaryzowanego zakładu przemysłowego) zwabili zarobkami i książeczkami, to byłeś tam traktowany jak popychadło. Dokładnie tak jak dzisiaj - gdzie owszem, korpo może cię wabić takim czy innym perksem ("karta multisport!"), ale będziesz w nim popychadłem. To właśnie dziś łatwiej się postawić, bo np. możesz mieć niezależny związek.

"Pamiętam też, jakie problemy ze sprzątaczkami i palaczami miał dyrektor szkoły, w której wtedy belfrowałem (nie dziwiły teksty typu: jak się panu nie podoba, jak ja sprzątam, to pójdę gdzie indziej)"

W tej branży znów tak jest, por. lamenty w prasie liberalnej o "braku chętnych do pracy za 2200".
-
2018/06/06 19:17:05
@ wo
"To właśnie dziś łatwiej się postawić, bo np. możesz mieć niezależny związek."

Niby tak, ale te historie o wyrzucaniu z pracy ludzi, którzy próbowali zakładać związki, to chyba nie była lewacka propaganda? Prawda?

"W tej branży znów tak jest, por. lamenty w prasie liberalnej o "braku chętnych do pracy za 2200"

Ale kiedy ja zwalniałem sprzątaczki i przez ładnych parenaście lat potem tak nie było. Dopiero od niedawna się poprawiło.
-
2018/06/06 20:01:02
Aha, żeby nie było wątpliwości.
Jestem przekonany, że jeśli przełom 1989 r. można uznać za zdradę elit, to była to najfajniejsza zdrada jaka nam się przydarzyła od Mieszka I. I choć w 1989 r. wynik wyborów 4 czerwca nie wzbudził we mnie przesadnego entuzjazmu (nigdy nie byłem fanem Solidarności), bilans zmian uważam za zdecydowanie pozytywny.

Co więcej, dopiero po dłuższym czasie dotarło do mnie, że bilans mógł być jeszcze lepszy, bo straty w ludziach mogły być o wiele mniejsze. Mogliśmy na przykład tak radośnie nie likwidować PGR-ów i przedszkoli. Gdyby ten bilans był lepszy, to dzisiaj być może nie musiałbym się bać, że teraz to już będzie tylko gorzej i że kolejnego demokratycznego przełomu nie dożyję.
-
2018/06/06 20:58:36
W Trybunie Robotniczej tyż były sążniste artykuły, że za sanacji po wsi chodzili komornicy, analfabetyzm był, zabierali zboże za długi, a w ogóle to się latało za stodołę. Taka argumentacja jest bezcelowa, nikt z wyborców PiS nie chce powrotu komuny. Oni tak nie myślą.
Sęk w tym, że owo wielkie poczucie kosmicznego awansu i skoku w "złoty wiek", jaki miałby się odbyć po 4 czerwca, nie jest wcale oczywiste dla wielu. Sam wo pisał tutaj notki o dysonansie pomiędzy propagandą "25 lat wolności" i "orzeł może" a ponurym realem. Tak samo zresztą było z propagandą sukcesów w PRL. Wystarczająco dobrze pamiętam tę ponurą bękę, jaką miało się z sukcesów ogłaszanych w wieczornym DTV, że tyle narobili lokomotyw i okrętów, gdy nie było co do gara włożyć.
Jakiś czas temu na tym blogu ktoś napisał, że dla sporej części ludzi PRL skończył się dopiero w 2015 r. Wniósłbym poprawkę - skończył się dopiero, gdy dostali pieniądze na dzieci i podwyżkę w tym swoim Lidlu/Biedronce albo Januszowej hurtowni. I przestano im wmawiać, że jak są ekonomicznie kopani w zadki, to od tego łomotu będą zdrowsi.
Kurski sprytnie na tym gra, wciskając te kity o 4 czerwcu jako zmowie elit. To jest po prostu powiedzenie, że "tak dobrze, jak macie teraz, to mogło być już wiele, wiele lat temu, ino te zdradzieckie elity to zablokowały. To przez nich się tak męczyliście".
Tylko tyle, i aż tyle, bo publiczność to kupuje. Krzepiące, że oglądalność TVP leci na pysk, więc chyba idzie otrzeźwienie.
-
2018/06/07 06:09:26
@korba_p

"Jestem przekonany, że jeśli przełom 1989 r. można uznać za zdradę elit, to była to najfajniejsza zdrada jaka nam się przydarzyła od Mieszka I."

O błogosławiony grzechu! Przy czym jednak Mieszko I przyjmujący chrzest to nie był odpowiednik "układu okrągłostołowego", lecz raczej Jaruzelskiego wprowadzającego stan wojenny. Prowadzona przez mieszkowych poprzedników polityka ekspansji finansowanej dewizami (sprzedaż niewolników) wchodziła właśnie w fazę kryzysową - książę miał przeciw sobie zarówno jakichś solidarnych Lechitów wśród podbitej ludności, jak i jakichś skrytych za moczarami Popielitów spośród obalonych plemiennych elit. Bratnia pomoc (czeska, saska) dla pogańskiego kraju była już może w drodze wraz z przydzielonymi jej misjonarzami, gdy Mieszko ogłosił, iż w obronie "honoru woja polskiego" zaprowadzi nowe porządki religijne własnymi siłami. Sukces Mieszka i jego następców był jednak pozorny: niewydolny system gospodarczy (monarchia wojenna) nadal destabilizował kraj, prowadził do upadku i marazmu: kronikarze wspominają o zdegradowanej infrastrukturze (kościoły), w której zaległy się dzikie zwierzęta i falach protestów społecznych (powstania ludowe). W końcu za Kazimierza Odnowiciela przyszedł czas rozmów z opozycją: władca ten, dogadawszy się z możnowładcami, przeprowadził śmiałe reformy: postawił na prywatyzację (nadania feudalne) i specjalne strefy ekonomiczne (jak opactwo w Tyńcu). Jedynie malkontenci sarkali na ten "turbofeudalizm" i narzekali, że rozbudowa świeżo stołecznego Krakowa odbywa się kosztem mniejszych ośrodków, jak Głogów czy Legnica
-
2018/06/07 07:34:52
@bierna połowa
Ponieważ akurat niedawno śledziłem nieco podobną dyskusję, podpowiem, że w wyborach w 1985 roku, kiedy opozycja wezwała Naród do bojkotu wyborów, partia ogłosiła frekwencję na poziomie 78%, a opozycja na podstawie swoich obserwacji wyborów na poziomie 66%.
I teraz można zadać pytanie, jak się mają względem siebie 66% z okresu państwowej presji na uczestniczenie w wyborach, do 62% z 1989 i późniejszej malejącej frekwencji.
-
2018/06/07 08:20:21
@aldek_blox:
Lata po 1989 roku były różne. Nie wierzę, by dopiero 2015 był dla kogoś przemianą (chyba, że ktoś mocno zindoktrynowany...).

Lata były różne. Początkowe bywały trudne. Pamiętam ludzi szczerze wkurzonych na popiwek -- tłumiono inflację płacami robotników, nie dając nawet szansy przedsiębiorstwom państwowym na racjonalizację prac i płac. Pamiętam chaos i dość mafijne stosunki. Pamiętam też, by kontynuować stronę krytyczną, schłodzenie gospodarki za "drugiego Balcerowicza", gdzie z miesiąca na miesiąc okazało się, że sytuacja na rynku pracy jest trudniejsza.

Ale też pamiętam, jak z różnych źródeł słyszałem, że "o, teraz to jest dla mnie rynek, mogę się odkuć, zarobić, zobaczyć perspektywy". Z chudszymi latami przeplatały się tłustsze. I w sumie nie da się nie zauważyć, że to "tłustsze" przeważało. Wszędzie zobaczysz, że ludziom żyje się dostatniej.

Podsumowując: to dla mnie bardziej kwestie tożsamościowo-świadomościowe, niż czysto ekonomiczne. Bo owszem, zmieniła się, ale narracja.

@Zmowa elit:
Ja bym dodał czynniki pozaekonomiczne. Dziedzictwem PRL był też brak dyskusji ideowej wśród Polaków. Po 1989 roku wciąż spotykałem ludzi, którzy uważali, że tak jak oni myślą wszyscy, a jakimś dziwnym, spiskowym trybem, rządzą ludzie o bardziej liberalnych, demokratycznych, a czasem i socjalistycznych poglądach. Zwłaszcza w okolicach kościelnych takie wypowiedzi słyszałem.

Jak się porównuje "zdradę elit 4 czerwca" z "nożem w plecy w 1918" też bym widział analogie -- opór konserwatystów przeciwko liberalnym przemianom w sferze obyczajowej. Nagłe otwarcie się na Zachód społeczeństwa zamkniętego i konserwatywnego był dla niego szokiem.

Na ewentualne uwagi, że wiele osób przyjmuje poglądy demokratyczne, liberalne, czy nawet sympatyzuje z socjaldemokracją, odpowiadam, że owszem, to prawda. Też dlatego dopiero po latach taka postawa, a i to "tylnymi drzwiami" , taka postawa doszła do władzy. Ważne, że to postawa dostrzegalna, że jest ją komu sprzedawać w mediach.
-
2018/06/07 09:53:23
a.stanczak
"Osobiście sam doświadczam przymusu posiadania dwóch samochodów, bo - jednak całkiem sprawnie - działająca komunikacja gminna "u mnie we wsi" zwyczajnie jest dla mnie nieużywalna. Jeśli jednak potrzebuję (raz na kilka miesięcy), to kilka razy dziennie, mam możliwość przejechania się pustym autobusikiem. Przyznam, że daje poczucie bezpieczeństwa. Wymaganie jednak, żeby jeździła częściej wydaje mi się przesadne."

W przemianie jaka dokonała 4 czerwca, najgorsze jest to, że ci będący na dole (a było ich niemało) stali się praktycznie niesłyszalni, niewidoczni i nikt nie brał pod uwagę ich potrzeb. Państwo liczyło się głównie z potrzebami klasy średniej i wyższej.

Co do komunikacji i samochodów. Jeśli ktoś twierdzi, że samochód przestał być dobrem luksusowym, tylko czymś ogólnie dostępnym, to dlaczego pisze, że czuje przymus posiadania dwóch aut?

mw.61
"Tym bardziej, że po 89, kiedy samochód (czy też jego namiastka w postaci pełnoletniego rzęcha) stał się dobrem nie luksusowym a ogólnie dostępnym. Zbiorkom dla wielu stał się przeżytkiem co przełożyło się na działania gminy. Pewnie nie jeden powiatowy władca zadawał sobie to pytanie: walczyć o autobus czy pociąg i wydawać na to kasę, czy może robić np. wodociąg?"

Na działania samorządów przełożył się fakt przerzucania na nie kolejnych obowiązków, ale nie szły za tym jakiekolwiek dodatkowe fundusze. Dopiero wejście do UE zmieniło tę sytuację.
-
wo
2018/06/07 11:09:30
@awal
"Jedynie malkontenci sarkali na ten "turbofeudalizm" i narzekali, że rozbudowa świeżo stołecznego Krakowa odbywa się kosztem mniejszych ośrodków, jak Głogów czy Legnica "

Z braku lajeczków, wypiszę manualnie serduszko za ten komentarz!
-
wo
2018/06/07 11:12:01
@hanneman
"W przemianie jaka dokonała 4 czerwca, najgorsze jest to, że ci będący na dole (a było ich niemało) stali się praktycznie niesłyszalni, niewidoczni i nikt nie brał pod uwagę ich potrzeb. "

Nieprawda, przecież właśnie klasa ludowa przez całe lata 90. potrafiła głośno, barwnie (i czasem skutecznie) protestować. Nie było tygodnia bez takiej czy innej demonstracji w Warszawie (górników, hutników, rolników etc.). To właśnie rodząca się klasa średnia siedziała wtedy cicho i bez większego oporu pozwalała sobie pogarszać warunki umowy albo odbierać przywileje emerytalne. Dziennikarze pozwalali robić ze sobą rzeczy, od których górnicy by puścili Warszawę z dymem.
-
2018/06/07 12:02:52
@Nieprawda, przecież właśnie klasa ludowa przez całe lata 90. potrafiła głośno, barwnie (i czasem skutecznie) protestować. Nie było tygodnia bez takiej czy innej demonstracji w Warszawie (górników, hutników, rolników etc.). To właśnie rodząca się klasa średnia siedziała wtedy cicho i bez większego oporu pozwalała sobie pogarszać warunki umowy albo odbierać przywileje emerytalne. Dziennikarze pozwalali robić ze sobą rzeczy, od których górnicy by puścili Warszawę z dymem.

Głośne protesty były, ale mało kto słuchał tych ludzi tylko dość brutalnie je tłumił. Swoja drogą, mam wrażenie, że jeszcze moment a przeczytam, że górnik z biedaszybów czy kilkuhektarowy rolnik pod koniec lat 90 miał o wiele lepiej niż pracownik Agory, którego w tamtym momencie było stać na kupno nowego Espero.
-
wo
2018/06/07 12:55:00
@hanneman
"Głośne protesty były, ale mało kto słuchał tych ludzi tylko dość brutalnie je tłumił (...) górnik z biedaszybów"

Protestów "górników z biedaszybów" nie było, więc i nie było czego tłumić. Protesty górników działających na legalu jednak były i w ich wyniku utrzymali np. przywileje emerytalne (które dziennikarze właśnie wtedy stracili - bo nie protestowali), a odchodzili z odprawami, za które można było kupić coś wielokrotnie droższego od espero, nawet i samego volkswagena passata.

-
2018/06/07 13:55:12
@a.stanczak, @wo, @hannemann i zbiorkom

Co tu jest skutkiem, a co przyczyną? Czy zbiorkom przestawał być potrzebny z powodu rzekomych aspiracji Kowalskiego, żeby przesiąść się do "wymarzonych" własnych czterech kółek, czy też Kowalski, wściekły że PKS znów z tajemniczego powodu nie przyjechał (awaria? zmiana trasy? kaprys bóstw?), zaciskał zęby i kupował jakiś złom, byle tylko móc się wydostać.

Liberałowie naiwnie wyobrażali sobie zachód jako krainę benzyną i ropą płynącą, gdzie każdy ma po dwa samochody, a zbiorkom to "dla jakichś Murzynów z gett" (co było prawdą w odniesieniu do USA, Meksyku czy innego liberalnego raju, ale już nie do Europy Zachodniej). Może stąd u niektórych Januszów do dziś pokutuje burackie podejście "wezmę taksówkę, bo w metrze to, panie, bezdomni zarażają wszawicą, a narkomani hiv-em". Dla mnie ikonicznym symbolem ciężkiego zaczadzenia liberalizmem była krucjata Korwina przeciw "socjalistycznym" tramwajom (kto chce, niech wygoogla), ale w wersji light to myślenie udzielało się wszystkim.

Argumentacja na zasadzie "polikwidowano PKS-y, bo ludzie kochają jeździć własnymi samochodami (no bo skoro tyle ich nakupowali, to dowodzi, że zbiorkom jest niepotrzebny)" jest naiwna i fałszywa. To czysty balceryzm, który sprzedawano, żeby uzasadnić rzekomą konieczność likwidacji połączeń PKS/PKP i przerzucenia problemu na cudze barki: niech ludzie sobie kupią samochody albo przeniosą do miasta ("weź kredyt i zmień pracę"). Nie trzeba dopłacać do zbiorkomu? Jeden problem z głowy!

Ludzie oczywiście wolą zbiorkom od transportu prywatnego, tylko pod warunkiem, że jest on przewidywalny (dostępny, tani i punktualny) i tylko z powodu jego degradacji w latach 80-tych (niepunktualność, przestarzały tabor, awarie) musieli - z konieczności - przesiąść się do jakichś najtańszych, bitych sztrucli (i bać się, czy się nie rozlecą na wiejskiej dróżce). W latach 90-tych wykorzystano ten trend, aby uzasadnić likwidację nierentownych połączeń, a nawet zamykania ("wygaszania") całych linii kolejowych, co jeszcze napędzało cały proces: im więcej likwidujesz, tym bardziej zbiorkom traci na popularności, a więc tym więcej możesz likwidować (bo nierentowne). I w ten sposób Polska B, stopniowo pozbawiana komunikacji zbiorowej, stawała się złomowiskiem zachodniej Europy, a niektóre samochody są starsze od ich właścicieli.
-
wo
2018/06/07 14:04:12
@bamberas
"Co tu jest skutkiem, a co przyczyną? Czy zbiorkom przestawał być potrzebny z powodu rzekomych aspiracji Kowalskiego, żeby przesiąść się do "wymarzonych" własnych czterech kółek, czy też Kowalski, wściekły że PKS znów z tajemniczego powodu nie przyjechał (awaria? zmiana trasy? kaprys bóstw?), zaciskał zęby i kupował jakiś złom, byle tylko móc się wydostać."

Tu nawet nie ma pytania. Zbiorkom w latach 80. przeszedł ogólny kolaps (podobnie jak cała gospodarka). Rozkłady jazdy były fikcją, a w mieście regularnie miałeś "dzień pieszego pasażera" (tzn. Bareja znów to przerysował, ale naprawdę bywało, że nic nie jeździ i nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo kiedy ruszy). Przejechanie zbiorkomem z jednego końca aglomeracji na drugi (Chomiczówka-Natolin) zajmowało 2 godziny, on a good day. Samochód w mieście nie był wtedy zbytkownym luksusem (a poza miastem był już w ogóle must have).
-
2018/06/07 14:20:52
@wo
"(Chomiczówka-Natolin) zajmowało 2 godziny, on a good day. "

Dzisiaj zajmuje nominalnie (jakdojade) 1:22h bez metra i 47 minut z metrem. Moje doświadczenie wskazuje, że nominalne czasy jazdy autobusów nader często są zbyt optymistyczne.

Warszawa ma prawdopodobnie najlepszy zbiorkom w Polsce.

Poprawiło się niewątpliwie, ale szału nie ma.
-
2018/06/07 14:37:55
@awal
Przedstawiona przez Ciebie historia Polski mogłaby wyjść spod palców Szczerka.
-
wo
2018/06/07 15:13:35
@naturalucka
"Dzisiaj zajmuje nominalnie (jakdojade) 1:22h bez metra i 47 minut z metrem. (...) szału nie ma"

A bez Alp, Austria to zupełnie płaski kraj. Już nic znacząco lepszego ponad te 47 minut nie będzie (dopóki nie uruchomią hyperloopa). To już jest wystarczający szał, jak dla mnie.
-
2018/06/07 16:09:37
@wo

"Zbiorkom w latach 80. przeszedł ogólny kolaps
(...)
Samochód w mieście nie był wtedy zbytkownym luksusem (a poza miastem był już w ogóle must have)."

Może należy do tego rachunku dodać "zagęszczenie samochodów", które w latach 80-90 było znacznie niższe, więc przejechanie z jednego końca miasta na drugi było ograniczone tylko światłami i dziurami na drogach. Zbiorkom miejski na zachodzie nie jest wymysłem tylko ekologów i wegetarian, ale był reakcją na kolaps komunikacji indywidualnej w zakorkowanych miastach.

A poza miastem samochód jest must-have także na Zachodzie, przynajmniej w moim kraju emigracji. W mniejszych osadach czasem nawet sklepu nie ma, w większych pozostaje problem dowożenia dzieci na różne zajęcia szkolne i poza-szkolne. Landflucht i tak postępuje.
-
2018/06/07 16:52:04
"A bez Alp, Austria to zupełnie płaski kraj. Już nic znacząco lepszego ponad te 47 minut nie będzie (dopóki nie uruchomią hyperloopa). To już jest wystarczający szał, jak dla mnie. "

No właśnie. To daleko jest, nawet samochodem poniżej pół godziny byłoby ciężko a już w godzinach szczytu to spokojnie byłoby blisko tych 2h. To duże miasto jest.

Zbiorkom w Warszawie wtedy a teraz w ogóle nie ma porównania. Wtedy i w Warszawie i poza nią zbiorkom był teoretyczny. Albo był albo nie było. Nie zapomnę ile set razy dmuchałem do szkoły na piechotę a na Jelonkach szkół nie było i miałem tego parenaście przystanków. Nie ma czego porównywać. Nawet jeśli śmierdzi w tramwajach (a w lato śmierdzi i nie ma co w imię ideologii udawać że nie, jeżdżę codziennie). I śmiem twierdzić że na wsi też jest lepiej, przynajmniej tej mazowiecko-podlaskiej gdzie koleji nigdy nie było. Teraz może na papierze busy są dużo rzadziej ale jak są na papierze to są też w rzeczywistości, kiedyś były tylko na papierze, bo nawet jak przyjechał to się nie zatrzymał.
-
2018/06/07 17:14:47
@antonio

...ludzie kochają jeździć własnymi samochodami (no bo skoro tyle ich nakupowali, to dowodzi, że zbiorkom jest niepotrzebny)" jest naiwna i fałszywa. To czysty balceryzm, który sprzedawano, żeby uzasadnić rzekomą konieczność likwidacji połączeń PKS/PKP...

Nie do końca z tobą się zgodzę. Kupno samochodu w 90 , czy czegoś co go przypominało to była nobilitacja. To było spełnienie marzeń. To była ta Ameryka. Myślenie naszymi współczesnymi kategoriami, że metro, tramwaj czy co tam masz w okolicy, nijak się nie przekłada na tamte czasy. Samochód to było coś. Może to było takie swoiste odreagowanie po latach totalnej zapaści? Nie wiem. Ale myślę, że gdyby wtedy zapytano co ważniejsze: tramwaj na moje osiedle czy prawie autostrada do śródmieścia, większość wybrałaby autostradę. Ba, dzisiaj ten sposób myślenie nadal jest mocny. W moim mieście każda próba ograniczenia ruchu by zmusić do przesiadki w tramwaj spotyka się z ogromną kontrą. Tak to pewnie wygląda wszędzie.
Czy to był balceryzm? A może jednak pragmatyzm gminnych władz? Jakiś margines chce tramwaju, ale większość chce autostrady. No to robimy.
-
2018/06/07 17:49:58
@drogi.drogi

Może Szczerek rozwinie wpis awala i napisze alternatywną wersję historii, tę z ostatecznym rozliczeniem 966 (Zmowy Elit i Zdrady Okrągłochrztowej)? Lud, zorganizowany pod wodzą mściwego starca z bagien Kaczysława, przegania zaprzedane elity i stawia opór postępującej chrystianizacji, Macierewoj rozlicza zdrajców i organizuje pospolite ruszenie, Leppemir unieważnia nadania feudalne, Szydłochna nie wpuszcza żydowskich uchodźców, a Dudomysł odbudowuje święte gaje. Mam już pomysł na tytuł: "Wielka Lechia Wstaje Z Kolan".
-
2018/06/07 19:03:55
@stanczak
"kilka razy dziennie, mam możliwość przejechania się pustym autobusikiem."
"Wymaganie jednak, żeby jeździła częściej wydaje mi się przesadne."

Jak nie będzie jeździł częściej, to zawsze będzie pusty. Mieszkałem w Niem. pod granicą z Aust. i miałem porównanie. Autobusy (duże) po niemieckiej stronie jeździły 3 rano, 2 popołudniu i schluss. Jeździły puste, bo skoro i tak musisz mieć samochód - bo np. wracając z podróży pociągiem lądujesz na dworcu a najbliższy autobus jest za 4 godziny - to po jaką cholerę tracić czas w autobusie? Po austriackiej stronie (2 km?) autobusy były mniejsze, jeździły co godzinę i były pełne. No bo po co się tłuc samochodem, skoro wiadomo, że zawsze jest ten autobus.

Rzadko kursujący zbiorkom można zwyczajnie zamknąć, bo jest na nic.
-
2018/06/07 19:26:31
@gdybym mieszkał w Głogowie, najważniejsze byłoby dla mnie regularne i wiarygodne (as in, "reliable") połączenie z Wrocławiem, a nie z czymś malutkim

Wystarczy, że w tym czymś malutkim jest zlokalizowany Twój szpital powiatowy. Dodajmy, że do dzisiaj widać, że ostatnim, który remontował dróżkę to tego czegoś malutkiego był Gierek oraz moment, w którym kolapsła komuna (droga na tym odcinku zamienia się na szutrową). Takie tam pocztówki ze ściany wschodniej.

@Czy mam tu komcionautę, który sobie wyobraża, że stosunki pracy w III RP uległy POGORSZENIU w porównaniu do PRL
Ogromny postęp w pilnowaniu czy aby pracownik się nie obija i nie kradnie jest IMO niezaprzeczalny. Te wszystkie trackery gps, oprogramowania śledzące czy monitoring i ogólnię wyższy poziom harówy raczej nie wpływają na pozytywne postrzeganie stosunków pracy.

@Wdowy na groby mężów zwykle musi dowieźć rodzina
Rodzina wyjechała za chlebem do Lądka lub do jakiejś metropolii na drugim końcu Polski. To może być postrzegane, jako dość realny koszt, a do tego być wiązane z transformacją.

@bert - prościej
Ludzie nie głosują na PiS, dlatego, że marzą o powrocie układów i cwaniactwa. PiS deklaruje właśnie walkę z układami i cwaniactwem. I owszem dzisiejszy networking to nie ta jakość co dawniejsze układziki (dziś zakłada się, że jednak efektem tego networkingu jest coś co działa, a mecz nie musi być wydrukowany, by było show). Ale:
1. Przekonanie o występowaniu układzików jest dość powszechne, w tym o konieczności dawania łapówek w zamian za dostęp do publicznych pieniędzy.
2. Przekonanie to było wspierane przez zielonowyspową propagandę sukcesu
3. Przekonanie to było wspierane przez narrację o tym, że znajomości to samo zło. Dopiero teraz się to zmienia i raczej ze strony prywatnych podmiotów.
4. Do tego w administracji publicznej płaci się często bardzo słabo, co sprzyja nieprawidłowościom (przy ośmiorniczkami mówiła o tym Bieńkowska, ale PO nie potrafiła przekuć tego na swój sukces - widocznie nie pasowało do ogólnej narracji PO). Musi ona też działać w warunkach Prawa Zamówień Publicznych, w myśl którego nie musi być ani tanio, ani dobrze, lecz musi być konkurencyjnie.

@Jeśli ktoś twierdzi, że samochód przestał być dobrem luksusowym, tylko czymś ogólnie dostępnym, to dlaczego pisze, że czuje przymus posiadania dwóch aut?
Przymus posiadania samochodów wynika z charakteru odbywanych podróży (nie da się ich odbyć innymi środkami transportu), a nie ceny samochodu.

@Ba, dzisiaj ten sposób myślenie nadal jest mocny. W moim mieście każda próba ograniczenia ruchu by zmusić do przesiadki w tramwaj spotyka się z ogromną kontrą.
Bo nasza polityka jest niestety ogólnie odklejona od rzeczywistości. Przecież wystarczy uciszyć lewaków i pobudować parkingi podziemne po dwieście baniek sztuka. A że nikt nie ma takiej nadwyżki pieniędzy, to musi być wina jakiegoś spisku.
-
2018/06/07 20:09:50
@balceryzm
Gdzieś wyżej któryś kolega pisze, że obcinali zbiorkom, bo trzeba było oszczędzać. Nie sądzę, żeby o to chodziło, bo jednocześnie planowano coraz to nowe drogi, które za darmo przecież nie są. Wg mnie to bardziej kwestia klasowa. Klasie średniej potrzeba było dróg, coby można było szybciej jeździć, więc to było super ważne, a wydatki na zbiorkom uznawano za marnotrawstwo, bo skoro ja i sąsiad mamy auta, to pewnie wszyscy mają, więc po co komu zbiorkom. No a tych np. emerytów, czy uczniów, co potrzebowali do szkoły dojechać, nikt nie słuchał. A że wyobrażenia o świecie brano z amerykańskich filmów, to myślano, że tak wszędzie, to dopiero jak weszliśmy do UE i każdy zobaczył, a w dodatku jeszcze okazało się, że na 4 pasach też mogą być korki, to się niektórym otworzyły oczy.
A i jeszcze jedno - koledzy podają, że w Warszawie komunikacja była okropna w l. 80. Może i tak, ale Warszawa to nie cała Polska, ja pamiętam, że w moim regionie pociągami lokalnymi jeździło się całkiem dobrze, kursy wypadały głównie zimą i trochę latem, ale i tak lepiej jak jest 12 kursów dziennie, z których można liczyć na 90%, a w razie czego się godzinę poczeka i przeprosi szefa, niż 4, w tym ostatni o 16. Ja pamiętam taką sekwencję, że najpierw polikwidowano połączenia, które próbowano zastępować autobusami, ale bywało ich tyle, że można było nie wejść, więc ci których było stać, zaczęli kupować samochody. A co to za postęp, kiedy muszę wydać pieniądze na coś, na co nie chciałem?
Jeżeli chodzi o zdradę, to myślę, że nie chodzi o to, jak było, a o to, że pewna grupa ludzi miała inne oczekiwania. W latach 80. robotnicy walczyli głównie o godną płacę i wolne związki, a tu ani jednego, ani drugiego. Jest dość liczne pokolenie które zaczęło naście lat temu odchodzić na emeryturę, więc żadnej poprawy nie odczuli, bo masowych podwyżek, które w mojej okolicy pierwszy raz nastąpiły po wejściu do Unii - nie doczekali, a emerytury niskie. Są też miejsca, głownie w Polsce B, że poprawa była b. krótka, a potem przyszedł kryzys finansowy, zwolnienia i kolejne ożywienia skorelowało akurat z rządami PiSu.
-
wo
2018/06/07 20:46:54
@grzespelc
"Nie sądzę, żeby o to chodziło, bo jednocześnie planowano coraz to nowe drogi, które za darmo przecież nie są. "

Przecież to nie to samo. Zamykanie to lata 90., nowe drogi to wejście do Unii (przedtem tam była dekada marazmu). I razem z wejściem do Unii zaczęła się modernizacja zbiorkomu.

@lolek
"Ogromny postęp w pilnowaniu czy aby pracownik się nie obija i nie kradnie jest IMO niezaprzeczalny. Te wszystkie trackery gps, oprogramowania śledzące czy monitoring i ogólnię wyższy poziom harówy raczej nie wpływają na pozytywne postrzeganie stosunków pracy. "

Chodziło o bycie pomiatanym przez menadżera, a nie o to, że ogólnie trudniej się obijać, bo monitoring.
-
2018/06/08 10:16:43
@wo
Likwidacja połączeń trwała prawie do dziś. Największa redukcja to 2009. Autostrady budowano może od początku wieku (remonty A4 już wcześniej, pamiętam tam w końcówce lat 90. już było trochę zrobione), ale przecież prace projektowe itp. to jeszcze dobre kilka lat wstecz. Od ok. 20 lat to są procesy równoległe: zwija się kolej, bo niby nie ma kasy, chociaż jest na budowę dróg.
-
wo
2018/06/08 11:36:24
@grszespelc
"ale przecież prace projektowe itp. to jeszcze dobre kilka lat wstecz. Od ok. 20 lat to są procesy równoległe: zwija się kolej, bo niby nie ma kasy, chociaż jest na budowę dróg"

Kolej też planowano (i planuje się nadal), po prostu drogi trzeba było zrobić jako pierwsze, ze względu na ich znaczenie gospodarcze. Z dróg korzysta każdy, nawet ten, kto nie jeździ (ale drogami do niego przyjeżdża ta puszka zimnego napoju, którą się właśnie orzeźwia).
-
2018/06/08 12:01:35
@wo: "I razem z wejściem do Unii zaczęła się modernizacja zbiorkomu."

Generalnie prawda, w Warszawie też. Jednakowoż w takim Poznaniu szybki tramwaj zbudowano w 1997 i w ogóle późne najntisy to był czas intensywnej modernizacji zbiorkomu, bardzo udanej zresztą. Trochę się te nowe autobusy i tramwaje psuły na początku, ale jednak był postęp ogromny. Mimo tego i tak wszyscy się na samochody rzucili. To była konieczność dla wielu, ale dla równie wielu był to lajfstajlowy trend. Tramwajem na poważne spotkanie zwyczajnie nie wypadało jechać, no i samochód na randce też mocno poprawiał szanse na udany rezultat.
-
2018/06/08 12:02:53
@kraina szczesliwosci

A czy to nie było tak, ze PZPR miala ze 3M członków i im oraz ich rodzinom żyło się lepiej, "normalnie"?

@frekwencja

Obowiązek głosowania to ciekawa sprawa. Podobno dodaje lewicy kilka punktów procentowych i ma wpływ na wysokość podatków, ale z drugiej strony Australia nie wydaje się jakimś superlewackim krajem w porównaniu do Skandynawii.
-
2018/06/08 13:26:22
@zbiorkom w Rajach

Dwa anegdotyczne przykłady, z dwóch różnych modeli top-cywilizacji

1. Lotnisko Stewart International Airport (na północ od NYC, blisko Westpoint): oddaję wypożyczony samochód, żeby się potem jakoś dostać do NYC. Godzina przed 18-tą (tzn. 6 pm). Pytam w firmie wynajmującej, jak się dostać do miasta, na co dostaję odpowiedź, że jest tu jakiś autobus, ale już ostatni dziś pojechał. Może Uber, ale będzie drogo (to ponad 100 km od NYC). Po drążeniu dowiedziałem się, że w odległym o jakieś 10 km Beacon jest linia kolejowa do NYC. Szukam Ubera - brak kierowców. Plątam się bezradnie, nagle jedzie klasyczne taxi. Wsiadam i uradowany jadę do Beacon, płacąc za kurs 46 USD.

2. Haugesund, Norwegia. Dotarłem autobusem do miasta, chcę się dostać na pobliskie lotnisko. Google, rozkład jazdy i lokalsi zgodnie twierdzą, że nie ma żadnego shuttla. Nie - dziś nie ma. Nie - o tej porze nie ma. Literalnie nie ma, żadnego. Znając norweskie ceny, nie odważyłem się zapytać o taxi.
Dojechałem autobusem do krzyżówki odległej od lotniska 2-3 km, po czym idąc z buta złapałem stopa.

O ile USA jeszcze rozumiem, to ikona lewackiego raju mnie srogo zaskoczyła.
-
2018/06/08 14:21:17
bantus

"A czy to nie było tak, ze PZPR miala ze 3M członków i im oraz ich rodzinom żyło się lepiej, "normalnie"? "

Zwykły szeregowy członek a nawet sekretarz POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej) w małej firmie to mogli tyle co nic. Dzięki legitymacji mniej się przychrzaniano. Były resorty, gdzie w partii oficjalnie byli prawie wszyscy, więc to nic nie znaczyło, bo twój szef był partii wyżej lub miał lepsze dojścia.
-
2018/06/08 14:55:04
@midnight rambler
Z USA to dałbym sobie spokój, tam wyjątkiem są miejsca gdzie można liczyć na zbiorkom.

Co do Haugesund to well, na stronie lotniska piszą o dwóch rodzajach autobusów.

Ale tak czy inaczej, na zbiorkom nie da się liczyć zawsze, wszędzie i w każdych warunkach. Nawet w takiej niby gęsto zaludnionej Małopolsce, tam gdzie robi się wyżej i gdzie wsie rozciągają się na kilka-kilkanaście kilometrów wąskich dolin, to ciężko zrobić dobrze za rozsądne pieniądze.
-
2018/06/09 08:25:54
@charliebravo

Haugesund - tylko jak se przeklikasz te połączenia na stronie lotniska, to finalnie znajdzie Ci jakieś "sorry, not found". Też się z początku nabrałem.

USA - no wiem, tylko że jednak akurat lotnisko, i to międzynarodowe, powinno być właśnie takim wyjątkiem.

Ogólnie - chyba nie ma lepszego przykładu obiektu, który potrzebuje jakiegokolwiek zbiorkomu, niż lotnisko. Opcję "tylko taksówki" to ja sobie wyobrażałbym w jakimś Bangladeszu. A tu jednak "balceryzm" zadziałał najwyraźniej nawet w Norwegii - nie wiem, jakie konkretnie obciążenie ma Haugesund, ale jak byłem tam koło południa, to wyświetlali dwa loty do końca dnia.
-
2018/06/09 09:43:59
@Haugesund
Mnie twardo wychodzi, że na/z lotniska jeździ cztery razy na dobę w dni robocze i dwa razy na dobę w niedziele. Nie jeździ w soboty.
Cena taksówki to 3,5/4,5x cena biletu na autobus.

Ale ja bym takie rzeczy sprawdzał przed rezerwowaniem biletu.
-
2018/06/09 10:10:23
@nonamenoneed

Sprawdzałem, ale uznałem, że jakiś błąd strony, jak mi nie znalazł żadnego połączenia. Tak, to była sobota. I jednak też coś w sobotę tam leciało.

Ale nie gadamy o moim rozgarnięciu przy planowaniu podróży, tylko o zbiorkomie w Norwegii. No więc, idealny nie jest.
-
2018/06/09 13:01:56
W Norwegii poza regionem Oslo zbiorkom jest wszędzie raczej symboliczny. Jest ogólnie mało ludzi i wszyscy mają samochody, a drogi i tak są puste, jeśli są troche mniej puste to z powodu turystów. Nie byłoby komu nim jeździć. W Norwegii jest trochę jak w Austrii, gdzie jest Wiedeń i jest Austria i te dwa światy mają ze sobą mało wspólnego. W Norwegii jest Oslo, które jest takie jak wszyscy myślą o Skandynawii i jest reszta Norwegii która taka nie jest i w wielu dziedzinach bardziej przypomina amerykański zachód niż Europę (z powodu właśnie życia spędzanego w samochodach, powszechnego posiadania broni i używania jej na codzień itp).
-
2018/06/09 13:25:25
Panowie, ale rozmawiacie tu o lotnisku, na którym ruch jest porównywalny z Rzeszowem (600 tys. rocznie) i które ma dziennie po kilka starów i lądowań, więc te 4 autobusy dziennie to może nawet obsługują większość ruchu. Dziwi tylko ta sobota i niedziela.
Faktem jest, że tam mało ludzi mieszka (Haugesund to 40 tys. ludzi), to i o dobry zbiorkom trudno.
-
wo
2018/06/09 13:29:29
@embercadero
"W Norwegii poza regionem Oslo zbiorkom jest wszędzie raczej symboliczny. "

Takoż w północnej Szwecji, takoż w Finlandii. Sam byłem parę razy zaskoczony tym, że wynajęcie samochodu na lotnisku było jedyną sensowną opcją.
-
2018/06/09 14:08:34
"rozmawiacie tu o lotnisku, na którym ruch jest porównywalny z Rzeszowem (600 tys. rocznie) i które ma dziennie po kilka starów i lądowań"

I które na dodatek leży na osobnej wyspie na skraju archipelagu, w bok od głównej drogi do największej wioski na tej wyspie.
-
2018/06/09 17:40:21
No więc nie jest tak, że w wyidealizowanej Norwegii byle trzy chałupy, a już pełna oferta zbiorkomu. Widmo Balcerowicza krąży po (północnej) Europie.
-
2018/06/09 23:57:14
@Norwegia
Do tego warto pamiętać że to jest kraj w którym większość miast zbudowano w miejscach optymalnych ze względu na dostęp od strony morza a nie lądu. Teraz juz tego problemu w zasadzie nie widać, ale np jeszcze kilkanaście lat temu jedyna droga z Oslo do Bergen nie wymagająca użycia promów bywała zimą nieczynna całymi miesiącami, bo była nieprzejezdna z powodu śniegu. Dopiero budowa tunelu w Laerdal zlikwidowała ten problem definitywnie. A to sie stało już w XXI wieku, jak pierwszy raz w życiu byłem w Bergen to jeszcze tej drogi nie było i jechało się przez jebitne góry gdzie metr śniegu potrafił leżeć i latem. Płaskich miejsc na lotniska też w Norwegii za wiele nie ma, więc "lotnisko na innej wyspie a po drodze 3 promy" to całkiem częste zjawisko. Itp.

Innymi słowy Norwegia to bardzo specyficzny kraj jeśli chodzi o transport i nie ma co szukać do niej analogii gdzie indziej a już na pewno nie u nas.
-
2018/06/10 09:18:23
Re: teoretyczność zbiorkomu w PRL

Właśnie w TOK FM padło, że dziś kolej przewozi ~300 mln pasażerów rocznie, gdy na początku lat 90. było to ~700 mln. #KronikarskieOCD
-
2018/06/10 10:09:38
Gościem Grzegorza Sroczyńskiego był Karol Trammer[1]. Wywiad[2] z nim ukazał się 19. maja w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej.

[1] audycje.tokfm.pl/podcast/Kolej-na-nierentownosc-O-tym-jak-likwidacja-polaczen-kolejowych-wplywa-na-spoleczenstwo/63149
[2] wyborcza.pl/magazyn/7,124059,23416601,pociag-odwolany-kup-wiesniaku-starego-diesla-jak-warszawa.html
-
wo
2018/06/10 19:44:15
Przecież teza nie jest taka, że ponieważ tych pociągów/pekaesów w ogóle nie było, tylko że nie dawało się na ich podstawie zaplanować dnia (czy ogólnie podróży). Dlatego właśnie z radością przesiadaliśmy się choćby i do dwudziestoletnich rzęchów.
-
2018/06/11 08:01:35
Komentarz z pespektywy człowieka, który przez ostatnie ćwierć wieku z okładem intensywnie korzystał z transportu publicznego - głównie PKP. Jak najbardziej planowałem swój dzień i podróże korzystając z transportu publicznego, podobnie jak tysiące osób.

Od początku lat 90-tych dojeżdżałem regularnie do pracy w Warszawie korzystając z pociągów - głównie pospiesznych/dalekobieżnych, ale również podmiejskich.
Dla mnie jakość transportu przez całe 25 lat ulegała ciągłej stopniowej poprawie. Gdy zaczynałem dojeżdżać miałem alternatywę pociąg pospieszny co dwie godziny - często w pakiecie ze staniem na korytarzu, lub podmiejski co godzinę. Pociągi były często zatłoczone do granic możliwości, zdarzały się sytuacje, że ludzie nie mieścili się na korytarzu i stali w środku przedziałów.
W ciągu kilku lat częstotliwość pociagów pospiesznych wzrosła do godzinnej, pociągi się wydłużyły nawet do 11 wagonów (więcej się nie mieści na peronach) ale problem tłoku pozostał bo liczba pasażerów wzrosła gwałtownie. Potem obserwowałem stopniową poprawę czystości wagonów, stanu taboru, potem w kluczowych momentach częstotliwość zwiększyła się do dwóch pociągów pospiesznych na godzinę, oprócz tego w kluczowych godzinach na trasie pojawiły się pociągi przyspieszone, jadące po torach dalekobieżnych, a nie podmiejskich. Po wejściu do UE pojawiły się nowe składy - z takimi atrakcjami jak klimatyzacja. Niestety ED74 były zawodne, a przede wszystkim za małe do swoich celów. Ktoś, kto wymyślił, żeby zamienić pociąg tradycyjny składający się z 11 wagonów o łącznej liczbie miejsc siedzących prawie 1000 (8 dwójek, 3 jedynki - ) pociągiem, w którym miejsc siedzących było mniej niż 500, powinien do końca swoich dni jeździć takim pociągiem na trasie Łódź Warszawa w pozycji stojącej.
Potem była katastrofa, czyli remont torów dalekobieżnych między Warszawą a Skierniewicami. Spóźnienia rzędu 30 minut nie były warte nawet wspomnienia, ale zdarzały się i dwugodzinne. Mnóstwo ludzi przesiadło się wtedy na samochody, korzystając z A2 (i powiększając korki w Warszawie).
Ostatnio Intercity kupiło nowy tabor, co dramatycznie poprawiło jakość podróży, również w innych pociągach, bo wagony z dawnych ekspresów jeżdżą na innych połączeniach. Nowy tabor kupiły również Koleje Mazowieckie - klimatyzowane, z gniazdkami przy siedzeniach.
Stan obecny jest bardzo dobry - dwa pociągi IC/TLK na godzinę, pociąg osobowy raz na godzinę, kilka pociągów IR na dobę, tabor nowoczesny, czysty i klimatyzowany.
Czego brakuje - wspólnego biletu odcinkowego dla różnych przewoźników (3 różnych), stałego taktu (pociągi odjeżdżają z różnymi odstępami), pociągów powrotnych po 23.

Dzisiaj mam bezpośrednie połączenia kolejowe z Warszawą, Łodzią, Wrocławiem, Krakowem, Gdańskiem, Katowicami, Białymstokiem i Olsztynem.

ALE - mieszkam w (prawdopodobnie) najlepiej skomunikowanym małym mieście w Polsce, na linii łączącej Warszawę z Łodzią, Częstochową i Śląskiem, więc moje doświadczenia na pewno nie są uniwersalne.
-
2018/06/11 19:14:13
@pohjois & all
Jestem daleki twierdzenia, że pociągi w Polsce są najlepsze w UE, ale myślę, że trzeba to odnieść do cen biletów. Być może mamy niższe płace niż reszcie UE, ale też nie wszystkie skłądowe kosztów kolei to pochodne kosztu siły roboczej, a ceny są nadal dość atrakcyjne. Wystarczy przejechać się koelją nawet w Hiszpanii, która jest nam najbliższa w starej Unii aby boleśnie to odczuć. A to, ze kolej dalekobieżna i podmiejska jest kiepsko połączona z innym zbiorkomem, co powoduje, że traci się cenny czas na przesiadki to inna sprawa i niestety kiepska współpraca pańśtwowych i prywatnych spółek z samorządami i rządem aby zlikwidować bariery komunikacyjne nie bardzo się poprawia, patrz brak przejścia z I liniii metra w Warszawie na Dw. Śródmieście, czy otwarcie stacji metra przy Rondzie Daszyńskiego bez przejść podziemnych pod rondem (przejście zajmuje 2 zielone światła bez biegania).
-
2018/06/12 02:47:59
@wo

Nie lubię uogólnień. PKS w okolicach willi postawionej przez moich dziadków w częstochwskiem działał na tyle sprawnie, że siedząc na ostańcu jurajskim byłem w stanie kalibrować zegarek (elektroniczny z komunii). Teraz tam nie dojeżdża nic.
Raz spotkałem się z sytuacją że nie dojechał - bo były zaspy, i to był rzeczywisty powód. Ad rem: z mojego punktu widzenia zbiorkom pozamiejski był lepszy (a i punktualny) i będę przedkładał przepełnione ogórki nad każdy rodzaj busa.