Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Filozofia Porażki

W Dwutygodniku ciekawy blok tekstów o filozofii przegrywu. Polecam zwłaszcza tekst znanego szczecińskiego prozaika.

Lansowałem przegrywizm zanim to się zrobiło mainstreamowe. To się dla mnie zaczęło na początku lat 90., kiedy większość moich rówieśników oszalała na punkcie pogoni za sukcesem. Sukces kochali chyba wtedy nawet bardziej, niż papieża i Korwina.

Wrył mi się w pamięć teleturniej „Klub Yuppies”, w którym młodziutki Krzysztof Ibisz wrzeszczał, że ktoś przechodzi do następnego etapu konkursu z zaangażowaniem emocjonalnym przypominającym sprzedawcę magicznych garnków dla seniorów.

Postanowiłem wtedy nie odnosić tak pojmowanego sukcesu. Za swój życiowy drogowskaz a rebours przyjąłem monolog Aleka Baldwina z filmu „Glengarry Glen Ross” z 1992. Polecam ten film millenialsom, bo on chyba przeszedł na tyle bez echa - mimo genialnej obsady: Spacey, Alda, Harris, Baldwin, Pacino, Lemmon! - że część pewnie do dzisiaj żyje w błogiej nieznajomości.

Większość mojego pokolenia identyfikowała się z villainami z tych filmów. Z Gordonem Gekko z „Wall Street”, z Benem Afflekiem z „Boiler Room”. Jakieś ćwierć wieku temu postanowiłem, że machnę oburęcznym fakulcem w generalnym kierunku tej większości.

Trochę to wyszło samo z siebie. Kiedy masz małe dzieci, które musisz o siedemnastej odebrać z przedszkola, nie bardzo możesz uczestniczyć w życiu ludzi sukcesu.

Dużo o tym mogę powiedzieć, bo miałem w swoim towarzyskim bąbelku wielu ludzi, którzy odnieśli sukces. Sukces był czymś naturalnym i oczywistym dla Warszawiaka z mojego pokolenia.

Gdy ktoś z moich znajomych się załapał na bycie jurorem w fajansiarskim teleturnieju albo ważnym menadżerem na wyżynach jakiegoś korpo, to już wiedziałęm, że widzimy się po raz ostatni, choćbyśmy przez wiele lat siedzieliśmy biurko w biurko. Po prostu nagle dramatycznie rozminą nam się rozkłady dobowe i nawet gdybyśmy bardzo chcieli się spotkać, to będzie niemożliwe (może wtorek? nie, ja wtedy nurkuję w Morzu Czerwonym, a środa? - no niestety, ja z kolei mam wtedy wywiadówkę).

Ku mojemu gigantycznemu zaskoczeniu, na rok przed 50. urodzinami odniosłem swój pierwszy (i zapewne ostatni) zawodowy sukces, a raczej jego namiastkę, bo to nadal zaledwie cień jurorowania albo menadżerowania. Moja ósma czy dziesiąta (w zależności jak liczyć e-booki, itd) książka odniosła pierwszy w mojej tzw. karierze sukces sprzedażowy.

Naraża mnie to na docinki kolegów, którzy twierdzą, że straciłem prawo do uważania siebie za „człowieka porażki”. Traktuję to jako tymczasową niedogodnosć, bo w tej okrutnej branży każdy jest tak dobry, jak jego ostatni projekt, więc pewnie moje następne książki będą się zapewne sprzedawać po staremu i skończy się ta anomalia.

Unikanie sukcesu w kapitalizmie było dla mnie zawsze herbertowską sprawą smaku. Kto wie gdyby mnie lepiej i piękniej kuszono? Ale ta korporacyjna retoryka jest aż nazbyt parciana łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy składnia pozbawiona urody koniunktiwu (wszyscy byliśmy na tym korpozebraniu!).

Mniej więcej wiem, co powinienem robić - a na pewno wiem, czego powinienem unikać - żeby odnieść Sukces. Ot, choćby zachowywać na tych zebraniach swoje wątpliwości dla siebie, bo żaden menadżer nie lubi podwładnych operującym koniunktiwem.

Od prawie 30 lat wiem też, jakie w Polsce trzeba mieć poglądy polityczne, żeby zrobić prawdziwą karierę. Trzeba albo się podczepić pod postkomuchów, albo po jedną z dwóch odmian postsolidaruchów - liberalną lub klerykalną.

Komo bliższe tradycje demokratycznego socjalizmu - ten miał przegwizdane w 1989 i ma przegwizdane nadal. Nikt o mnie nie pomyśli podczas rozdawania stołków w państwowych spółkach ani publicznych mediach. Nie będę Kają Godek (chlip chlip).

Kilkanaście lat temu kłóciłem się z moim kolegą z sąsiedniego biurka, który właśnie miał odfrunąć w rejony Prawdziwego Sukcesu jako juror w teleturnieju. Uważałem, że popełnia błąd (dalej tak uważam!), szukałem uzasadnienia.

Wyszło mi takie: kapitalizm to okrutny system, ale większość z nas potrafi znaleźć dla siebie jakąś umiejętność, za którą ludzie Sukcesu nam zapłącą. Ja i mój kolega, potrafiliśmy jedno, wystukać im tekst na (parę/naście/set) tysięcy znaków, za który nam zapłacą parę(dziesiąt) (stów/tysiaków).

Rządy będą się zmieniać, korporacje medialne będą rozkwitać i upadać - ale ktoś zawsze ode mnie kupi trochę kątętu. Mi to wystarcza. Mojemu koledze nie, więc pognał za Sukcesem.

Nie zazdroszczę mu.

poniedziałek, 02 kwietnia 2018, wo

Polecane wpisy

  • Elity na grodzonych osiedlach

    To już osiem lat, gdy krytykowałem na blogu tekst Adama Leszczyńskiego o zamkniętych osiedlach, w którym Leszczyński pisał, że ludzie chcą na takich mieszkać,

  • Wodzu prowadź!

    Polityka zagraniczna II Rzeczpospolitej w jej ostatnich latach była samobójczo błędna. Poniekąd dlatego zresztą były to ostatnie lata. Polska leżała między dwom

  • Technokraci i populiści

    Gdy myślę o dzisiejszej polityce, dostaję trzęsiączki wzdłużnej, więc zamiast tego pociągnę wątek zasygnalizowany jakiś czas temu w komentarzach. O dwojgu polit

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/04/02 21:32:29
Ech, jeśli życie WO to jest porażka, to miliony ludzi w Polsce marzą o takiej porażce. I to kompletnie pomijając sukces ostatniej książki.

Ja wiem, że jak się człowiek obraca w kręgach przynajmniej stykających się z klasą wyższą, to inaczej na to patrzy, ale dla mnie, osoby z prowincji (przynajmniej z punktu widzenia Warszawy), która do tego wchodziła na rynek pracy, gdy liczba bezrobotnych w Polsce osiągała szczyty, a w ostatnich latach patrzyła na znajomych ledwie wiążących koniec z końcem, brzmi to trochę zabawnie.
-
wo
2018/04/02 21:45:34
@froz
"osoby z prowincji (przynajmniej z punktu widzenia Warszawy)"

No ale właśnie moi znajomi mieszkający na prowincji porobili wspaniałe kariery, pobudowali sobie rezydencje i jeżdżą pięknymi suvami...
-
2018/04/02 22:46:24
@"No ale właśnie moi znajomi mieszkający na prowincji porobili wspaniałe kariery"
Każdemu jego bąbelek. Ale zgadzam się froz, łatwo hejtować sukces z domku w suburbiach z suvem w garażu. Fajfer mógłby o ty mema zrobić, gdyby akurat nie lansował się z porażkowiczką o nazwisku Halber, zamiast o niej mema zrobić.
-
wo
2018/04/02 22:52:47
@amatil
"Fajfer mógłby o ty mema zrobić, gdyby akurat nie lansował się z porażkowiczką o nazwisku Halber, zamiast o niej mema zrobić"

Fejfer też umie stukać w literki, oceniam to jako fachowiec z tej samej branży (w ramach peer review). Spokojnie swoim kątętem w ciągu 10 lat może zarobić na suva, o ile w ogóle samochody go kręcą.
-
2018/04/02 23:05:51
O, to kryzys w mediach został już odwołany i wystarczy umieć stukać w literki? Jako konsumenta kątętu cieszy mnie to bardzo.
-
wo
2018/04/02 23:20:29
@amatil
"O, to kryzys w mediach został już odwołany i wystarczy umieć stukać w literki?"

Kryzys w mediach to zawsze był bardziej problem mediów jako instytucji, niż stukaczy w literki jako branży. Jeśli umiesz stukać, to znajdziesz nabywcę na swoje kilka(dziesiąt/set) tysięcy znaków. To niekoniecznie będzie o tym, o czym chciałbyś stukać (but then again, co nowego), ale z głodu nie umrzesz.
-
2018/04/02 23:26:43
jak sobie swoim złym, tabloidowym okiem łypnąłem na ten trój-ględzi-wywiad Fajfer/Halber/Żukowski, to po pierwszym, obowiązkowym co-oni-tu-p... naszła mnie myśl druga, że owa porażka stała się teraz nową zabawką zblazowanego, dobrze urodzonego państwa z dużego miasta. Znamienne, że ględzenie o tej "porażce" zawsze musi być poprzedzone obowiązkową wystawą rodowych sreber (zrobiłem dwa fakultety, byłam gwiazdą telewizji). A i bez tego wiemy, że owi państwo mieli taką samą szansę na porażkę, jak Bill Gates na zawijanie czisów w makdonaldzie.
Nie mogę się doczekać, aż tefałen w telewizji śniadaniowej "porażkę" ostatecznie nobilituje, i o swoich "porażkach" poględzą nam Rozenek z Zamachowską.
-
wo
2018/04/02 23:37:33
@aldek
"A i bez tego wiemy, że owi państwo mieli taką samą szansę na porażkę, jak Bill Gates na zawijanie czisów w makdonaldzie"

Przy ocenie sukcesu/porażki zawsze trzeba brać pod uwagę stan wyjścia. Dla kogoś urodzonego w przykładowej Pegieerowskiej Wiosce samo zrobienie martury to już sukces. No ale dla kogoś z wielkomiejskiej inteligencji (za PRL) przetransferowanie się do średniej klasy średniej (w 3RP) to ani sukces, ani porażka, tylko utrzymanie stanu posiadania. Jeśli więc ktoś się urodził w wyższej średniej (a tak bym klasyfikował potomstwo poselstwa) i zjechał do średniej średniej, to jednak porażka.
-
2018/04/03 10:01:11
@wo
"...sukces sprzedażowy"

Przede wszystkim gratulacje. Pomimo, że osobiście mam kilka zastrzeżeń do książki (gdzie info o Orderze Orła Białego ja się pytam?), to generalnie jest to kawał dobrej roboty.

Ja jednak o czym innym. Czy mógłbym prosić o definicję "sukcesu sprzedażowego" w naszym pięknym kraju? Bo domyślam się, że benchmarkiem nie jest tutaj choćby "Sezon burz" Sapkowskiego, który można było dostać nawet w osiedlowej Żabce, tudzież wodospad książek Mroza, za którym nie nadążają sadzić lasów?
-
2018/04/03 10:15:59
@WO

"Moja ósma czy dziesiąta (w zależności jak liczyć e-booki, itd) książka odniosła pierwszy w mojej tzw. karierze sukces sprzedażowy."

Można nawet zamarkować jak sukces ten przedstawiono by na korpozebraniu: "Wojtek zdisruptował ustalone segmentacje rynku "silver economy" i pokazał możliwości harnassowania ikonicznego brandu w niedocenianym targecie middle income male 50+".

"Unikanie sukcesu w kapitalizmie było dla mnie zawsze herbertowską sprawą smaku. Kto wie gdyby mnie lepiej i piękniej kuszono?"

Problem horyzontu moralnego. Masz ten horyzont za szeroki, co nie znaczy że zupełnie nieograniczony. Patrzę na przykłady dwóch zdolnych naukowców średniego pokolenia. Obaj mieli ważne publikacje, zainteresowania daleko wykraczające poza polską prowincję. Obaj szybko zachodzili na szczyty środowiskowych hierarchii i równie szybko wywoływali tam awantury wynikające ze swojego nonkonformizmu. Widać było po nich fizyczne cierpienie, gdy zmuszono ich do lekkiego ugięcia karku, a potem ulgę i pryncypialną dumę, gdy rzucali papierami. Po latach jeden sprzedaje snake oil ("transformacyjne kursy rozwoju zawodowego") drugi zajął się softkorupcyjnym lobbyingiem dla postsowieckich dyktatorów (taka mikrobranża). Jak to godzą z wcześniejszą postawą? Moralne dylematy uwierały, gdy miały skalę polskiego podwórka - że nie dotrzymujemy standardów na naszym wydziale, że prywata i kumoterstwo Te same, a nawet dużo większe, dylematy blakną, gdy przychodzą w otoczce dużych pieniędzy i prestiżu "transformacyjny kurs" ma nalepkę Ivy League, postsowieckim despotom można doradzać pod szyldami World Banku itp. Ty też gdybyś wszedł na drogę sukcesu kapitalistycznego, zapewne wiele razy z niej spadłbyś przez swój niekonformistyczny charakter (nie dość zwinnie oszukiwałbyś wspólników, nie dość giętko lobbował dla Big Pharma, itp.), jednak gdybyś jakimś cudem przetrwał te upadki, w końcu trafiłbyś do miejsca gdzie dylematy zniknąłby za horyzontem moralnym, a pozostałyby prestiż i dochody. Jest kilka miejsc - np. związanych z infrastrukturą rynków kapitałowych: miliardy obrotów - gdzie mógłbyś (wyjechawszy z kraju) tę nirwanę osiągnąć.
-
2018/04/03 10:53:01
Na początku: gratuluję sukcesu sprzedażowego książki. Cieszy mnie to szczerze, bo raz: sam dołożyłem swoje niemal dosłownie trzy grosze (jeden egzemplarz dla siebie, dwa na prezenty) a zawsze dobrze być częścią sukcesu (coś jak z głosowaniem na zwycięską partię ), dwa: zasłużyłeś, bo Lem to świetna książka. Spróbuję skomplementować tak jak by to zrobił ten norweski cieśla, z którym robiłeś wywiad w Książkach lub DF: to była dobrze wykonana rzemieślnicza praca. Czytając dało się poznać, że risercz robiłeś już od wielu lat.
Natomiast w temacie notki: do dyskusji brakuje mi tu jasnej definicji sukcesu i porażki. Postać i mowa Baldwina z Glengarry Glen Ross jest jednak zbyt karykaturalna by tak po prostu zdefiniować, że ja na odwrót.
Mam wrażenie, że gdy mówisz o swoich znajomych i karierach z lat 90-tych, to tak naprawdę wyśmiewasz ich nieudolne próby osiągnięcia sukcesu i że musieli się dużo bardziej starać, ryzykować, ośmieszać, walczyć i stresować, a na koniec nie mają dużo lepiej niż Ty albo wręcz mają się dużo gorzej.
Sam mówisz, że masz takiego skilla w trafianiu w odpowiednie klawisze, że zawsze ktoś kupi Twój kontent. To jest sukces według Baldwina. On ich nie motywuje, by sprzedawali w taki czy inny sposób, mówi nie ważne jak, macie po prostu sprzedać.
Ty na takim zebraniu siedzisz spokojnie, bo dla Ciebie jest mniej więcej wszystko jedno czy wygrasz 1 miejsce i samochód, 2 miejsce i noże czy 3 miejsce i szukasz nowej roboty. Masz skilla, który zawsze sprzedasz, więc od razu możesz zrezygnować z jakiegoś durnego konkursu i robić swoje. Wiele osób nie ma tego komfortu, bo żadnego takiego skilla nie mają lub boją się, że go nie mają.
Dlatego tak wielu łapie się na korpo gadki motywacyjne, konkursy sprzedażowe i inspirujących mówców guru, którzy wmawiają, że liczy się tylko wola, że siła jest w każdym, że determinacja, wizualizacja i osiągniesz wszystko. Ty to wyśmiewasz, bo masz komfort, że dasz radę. Wiele osób boi się, że ich jedynym atutem jest właśnie determinacja, pracowitość i parcie do celu. Zawsze znajdą się cwaniaki, które strach wykorzystają.
Jeśli porażkę zdefiniujesz jako nie ścigałem się po sukces, miałem czas dla rodziny, a na koniec i tak umiem coś co pozwoli mi zawsze przeżyć na godnym poziomie, to życzę wszystkim takiej porażki. Więc IMHO koledzy nie mają racji, że nie możesz tak mówić o sobie po sukcesie książki, nie mogłeś tak mówić już od momentu, gdy siedziałeś spokojnie na korpo zebraniu w Agorze.
Jeśli sukces to kontrakt na jurora w trzech seriach telewizyjnego show, a potem zjazd finansowy i zawodowy to przecież to nie jest sukces według żadnych standardów, czy to lata 90te czy 80te czy Millenialsi czy X albo Y.
Może źle wyczułem i ta notka jest bardzo ironiczna, jeśli tak to sorry.
@WO
Jeśli więc ktoś się urodził w wyższej średniej (a tak bym klasyfikował potomstwo poselstwa)
Poseł to zawsze wyższa średnia? Poseł w Polsce? Przecież to kontakt na 4 lata, z pensją średniego managmentu w byle korpo (plus jakieś dodatki na biuro i darmowe podróże) i dużym ryzykiem braku przedłużenia. Obecnie to już w ogóle: szeregowy poseł to taki chłopiec na posyłki dla partyjnej góry. Klasowo o pośle będzie decydowała sytuacja klasowa poza posłowaniem: co innego poseł Misztal albo Cezary Kucharski, a co innego poseł Ikonowicz, poseł Śpiewak czy cała ekipa posłów z Samoobrony. Przecież taki poseł Filipek po karierze politycznej wrócił do stróżowania.
-
2018/04/03 11:08:55
Ja bardzo przepraszam, że tak zupełnym offtopikiem wtrącę, ale chciałem zapytać Gospodarza jako specjalistę o jedną rzecz która mnie dręczy po przeczytaniu materialiku o Margaret Hamilton:
czy Lem pisząc "Ananke" (pierwsza publikacja 1971) znał lub mógł znać temat błędu 1202 podczas lądowania Apollo 11?
-
wo
2018/04/03 11:16:22
@gadu
"Mam wrażenie, że gdy mówisz o swoich znajomych i karierach z lat 90-tych, to tak naprawdę wyśmiewasz ich nieudolne próby osiągnięcia sukcesu"

Przecież bywały bardzo udolne. To są często literalnie milionerzy (i to nie złotówkowi, tylko eurowi, a nawet funtowi). Moje pokolenie zasiada teraz w zarządach spółek notowanych na giełdzie. Milion złotych to dla nich sama tylko roczna premia za dobre wyniki.

"Jeśli porażkę zdefiniujesz jako nie ścigałem się po sukces, miałem czas dla rodziny, a na koniec i tak umiem coś co pozwoli mi zawsze przeżyć na godnym poziomie, to życzę wszystkim takiej porażki. "

Nie no, chyba wyraźnie piszę, że chodzi mi wyłącznie o sukces zawodowy (w latach 90. nie mówiono o innym, te wszystkie "work/life balance" to jakieś nowinki ostatniej dekady).

"Postać i mowa Baldwina z Glengarry Glen Ross jest jednak zbyt karykaturalna by tak po prostu zdefiniować, że ja na odwrót. "

Może to jest pokoleniowe, ale dla mnie to nie była karykatura. Dla mnie to było wcielenie diabła (w rozumieniu świeckim, ofc.), dla części moich znajomych obiekt aspiracji. Nie śmieszył nas wtedy, tylko jednych przerażał, a innych zachwycał. Teraz to samo zresztą wróciło z "Wilkiem z Wall Street", części dzisiejszej młodzieży główny bohater imponuje, mi imponuje ten koleś z FBI, co go rozpracował.

"Więc IMHO koledzy nie mają racji, że nie możesz tak mówić o sobie po sukcesie książki, nie mogłeś tak mówić już od momentu, gdy siedziałeś spokojnie na korpo zebraniu w Agorze. "

Ale z kolei nigdy nie było takiego momentu, bo taką postawę mam od samego początku (a to za sprawą wspomnianych filmów).

"Poseł to zawsze wyższa średnia?"

No na pewno tak jest w przypadku tego posła! W wyższej średniej jesteś, jeśli zajmujesz jakieś kierownicze stanowisko, możesz komuś wydawać polecenia (choćby typu "pani Krysiu, dwie kawy proszę i nie ma mnie dla nikogo"). Ja na przykład klasyfikuję siebie jako średnią średnią, bo niezależnie od sukcesu jednej książki, nadal jestem (i już raczej zawsze będę) tylko kimś, u którego się zamawia pięć tysięcy znaków na jutro (albo dwadzieścia na przyszły tydzień, albo pięćset na koniec roku).
-
2018/04/03 11:16:24
gadu_08
"Poseł to zawsze wyższa średnia? Poseł w Polsce? Przecież to kontakt na 4 lata, "

Teraz. Styropianowi posłowie jak Romaszewski mieli siedem kadencji, a potem jak nie wszedł do parlamentu to został przez kolegów wybrany członkiem Trybunału Stanu.
Wielu takich było, Dorn poseł na Sejm III, IV, V, VI i VII kadencji, Komorowski poseł na Sejm I, II, III, IV, V i VI itd.
-
wo
2018/04/03 11:42:18
@noname
"czy Lem pisząc "Ananke" (pierwsza publikacja 1971) znał lub mógł znać temat błędu 1202 podczas lądowania Apollo 11?"

Nie umiem odpowiedzieć wprost - tak nie wprost, to Lem był kompulsywnym czytaczem zachodniej (i wschodniej) prasy popularno-naukowej i nie tylko popularno-. Więc jeśli coś opisywano w "Scientific American" albo w "Woprosach Fiłosofii", Lem o tym na pewno przeczytał.

@awal
" Jest kilka miejsc - np. związanych z infrastrukturą rynków kapitałowych: miliardy obrotów - gdzie mógłbyś (wyjechawszy z kraju) tę nirwanę osiągnąć. "

Dzięki za miłe słowa i za wiarę w moje siły, ale to chyba nie jest moim marzeniem. Oczywiście, ucieszylbym się, gdyby taki hajs przyniosła mi Złota Rybka bez wysiłku z mojej strony, ale nie marzy mi się kariera brokera. Studentom proponuję taki eksperyment myślowy, żeby sobie wyobrazili coś na kształt zajdlowskiej Pracmaszyny - że dostają tysiąc złotych za godzinę pracy na jakimś Urządzeniu do Pracy, ale haczyk jest taki, że urządzenie ma dwie wersje.

Jedna wymaga pracy po 10 godzin dziennie (w dni robocze, ofc, z możliwością nadrabiania zaległości w weekendy), druga pozwala na maks 10 godzin miesięcznie. Eksploatacja niezgodnie z warunkami powoduje, że zaraz wam tą maszynę zdalnie wyłączą. Którą wolicie?

Oczywiście, studenci - jak to studenci - marzą o pracy po 10 godzin dziennie za ćwierć bańki miesięcznie. Moje marzenie, to pracować 10 godzin miesięcznie za dychę miesięcznie. Bo po co pieniądze, jak nie ma czasu, żeby się nimi nacieszyć?

W każdym razie, studentom rysuję dwie trajektorie kariery w mediach, na które powinni się zdecydować na samym początku. Albo ich marzeniem jest wejście do zarządu (i wtedy ćwierć bańki miesięcznie jest realnie do zrobienia, ba, nawet dużo więcej, ale jak się będziesz za bardzo obijać, w końcu cię wykolegują), albo bycie freelancerem z mocną pozycją. Że tu sobie pojurorujesz, tam sobie coś napiszesz, a tak poza tym możesz podróżować, czy co tam cię kręci.
-
2018/04/03 12:58:13
Wielu takich było, Dorn poseł na Sejm III, IV, V, VI i VII kadencji, Komorowski poseł na Sejm I, II, III, IV, V i VI itd.

No właśnie nie tak wielu. Dużo więcej takich, którzy załapali się na jedną kadencję. Część załapała się na jakąś inną posadę w polityce lub biznesie, ale tylko część.
-
wo
2018/04/03 13:12:14
No ale tego konkretnie posła to na pewno nie dotyczy, to UMC z krwi i kości - przedtem telewizyjny celebryta, potem jeden z polityków rozdających stołki (chwała nam i naszym kolegom, etc.).
-
2018/04/03 13:49:20
@WO

"nie marzy mi się kariera brokera..."

Nie myślę o obrocie aktywami (odpowiedniku poszukiwania złota w Klondike), myślę o infrastrukturze obrotu (odpowiedniku sprzedaży łopat poszukiwaczom). A raczej o pilnowaniu regulacyjnych interesów operatorów infrastruktury. Odnalazłbyś się w tym, bo to taka "neutralna", techniczna działka, hidden in plain view, wszyscy ekscytują się tym, że na rynkach hossa lub bessa, mało kto pyta, co to właściwie znaczy "na rynkach", kto te rynki prowadzi, kto je "serwisuje", kto np. dostarcza unikalnej numeracji emitentów [1]. A to ogromny biznes, mówimy o de facto globalnym kartelu banków i branży IT, przy którym filmy o wilkach z Wall Street to takie opowiastki dla młodzieży.

"Studentom proponuję taki eksperyment myślowy..."

Dajesz im wybór między "indentured servitude" a "freelance operator" i wybierają to pierwsze. Ten wybór jest może smutnym komentarzem do natury ludzkiej, jednak uciec z kamieniołomów by zostać Cyganem-wędrownym kowalem to też nie jest dobry deal. Siły w płucach kiedyś zabraknie, mięśnie zwiotczeją, samochody zastąpią konie i ludziom przestaną być potrzebne podkowy... Jak mówiła celnie w niedawnym wywiadzie Agnieszka Suchora (pamiętna dla targetu Twojej książki jako jedna z bardziej rozpoznawalnych twarzy Kabaretu Olgi Lipińskiej): nie ma nic gorszego niż los starzejącej się aktorki, żebrzącej o ogony w serialach - dlatego ona sama cieszy się, że nigdy nie grała za dużo, zaś pieniądze zarobione kiedyś w sitcomie zainwestowała w butik i pensjonat [2].

Ja studentowi doradzałbym: po pierwsze, zrób tak, aby Twoja praca miała komponent autonomii zadaniowej (bo "tak warto żyć" i to kreuje nieoczekiwane możliwości). Nie daj się jednak zwieść szyldom: często praca "wolnego strzelca" ma znamiona niewolnictwa, w którym "właściciel" (korporacja) outsourcuje na niewolnika funkcję jego własnego zarządcy. Za to czasem praca pozornie zhierarchizowana może pozwalać na dużą autonomię (np. w niektórych obszarach administracji publicznej). Po drugie, dochody zarówno z pracy, jak i z innych źródeł z czasem dywersyfikuj i na ile się da uniezależniaj od ryzyk: ryzyka utraty sił i zdrowia, ryzyka zmiany technologicznej lub politycznej. Zainwestuj w proste zrozumiałe aktywa np. mieszkanie na wynajem w dobrej lokalizacji, synekurę w organizacji, w której pat decyzyjny uniemożliwia zmiany kadrowe. Raczej miej dzieci niż nie miej, ale nie licz przesadnie na ich pomoc. Za to sam nienachalnie pomagaj innym młodszym koleżankom i kolegom, nie stosując kryteriów rodzinnych czy etnicznych - nie po to, by odwdzięczyli się w chwili kryzysu, raczej po to by oddalili jego groźbę, utrzymując Cię w orbicie swoich zainteresowań. Takie Desiderata prozą.

[1] Odpowiedź na dwa pierwsze pytania tu: www.wiley.com/en-us/Plumbers+and+Visionaries%3A+Securities+Settlement+and+Europe%27s+Financial+Market-p-9780470724255, na trzecie tu: www.gleif.org/en/

[2] weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,23172510,agnieszka-suchora-nie-utyje-do-roli-stu-kilogramow-nie-zaglodze.html
-
wo
2018/04/03 15:16:06
@awal
"Odnalazłbyś się w tym, bo to taka "neutralna", techniczna działka, hidden in plain view, wszyscy ekscytują się tym, że na rynkach hossa lub bessa, mało kto pyta, co to właściwie znaczy "na rynkach", kto te rynki prowadzi, kto je "serwisuje", kto np. dostarcza unikalnej numeracji emitentów [1]."

A, to faktycznie bardzo chętnie (jakby ktoś miał jakąś ofertę, I'm your man).

"Dajesz im wybór między "indentured servitude" a "freelance operator" i wybierają to pierwsze."

Ciekawe że tak to odbierasz. Przecież to pierwsze to metaforyczny opis prawdziwego Suckesu, czyli wejścia do zarządu. Hajs jest taki (albo i lepszy), ale jednak musisz cały czas się pilnować przed "boardroom coup".
-
2018/04/03 15:55:33
@WO

"Ciekawe że tak to odbierasz."

No bo model 10 godzin dziennie plus weekendy a za 10 lat board membership (i dalej 10/dziennie plus weekendy) to kamieniołom przecież. I jeszcze to pilnowanie pleców korporacyjnych, a w Polsce też przeważnie: politycznych.

Co innego independent non-executive w 2-3 spółkach, bez musiku (a to można bez kamieniołomu, wystarczy dobry network, co z kolei można osiągnąć pracując bardziej głową niż wysiadując pupą). Jest o tym książka (historyczna): Niall Ferguson, "The Square and the Tower"
-
2018/04/04 07:14:33
@awal

...Za to czasem praca pozornie zhierarchizowana może pozwalać na dużą autonomię...

Na przykład listonosz.
To wcale nie żart. Tak zrobił Laskowik i to była raczej ucieczka przed poprzednim życiem, a nie rozpaczliwe poszukiwanie jakiego kol wiek zajęcia.
-
2018/04/04 09:57:28
"Na przykład listonosz.
To wcale nie żart. Tak zrobił Laskowik ..."

Dziś listonosz ma normy sprzedażowe, werbowanie klientów do banku itp.
Sytuacje, gdy można było być nocnym stróżem czy palaczem i pisać książki kapitalizm mocno zaorał.
-
2018/04/04 10:35:15
@wo

Czy kontrakt na Pracmaszynę1000 jest na czas nieograniczony, na jakiś okres, czy na liczbę godzin do wypracowania?
-
2018/04/04 11:44:40
@rpyzel
"Sytuacje, gdy można było być nocnym stróżem czy palaczem i pisać książki kapitalizm mocno zaorał."

Nie mówiłem o takich sytuacjach. Ktoś kto chce być dziennikarzem albo, szerzej, autorem literatury faktu (również: publicystą, historykiem), staje przed ogólnym wyborem: być ornamentystą czy esencjonalistą. Zdecydowana większość wybiera to pierwsze - opisuje jakiś ornament rzeczywistości: pisze biografie piosenkarzy, recenzje filmowe, reportaże z Kaukazu, eseje o polskiej prowincji. Robi to w lepszym lub gorszym stylu, przy pewnej dozie wprawy i dobrych nawyków dokumentacyjnych może osiągnąć równy poziom i nawet znaleźć skromny model zarobkowania na takiej działalności. Pisanie esencjalne jest trudniejszym zadaniem: polega na dochodzeniu do prawdy o współczesnym świecie na wyższym stopniu ogólności, próbie uchwycenia perspektywy syntetycznej. Do tego trzeba mieć więcej niż tylko pracowitość i talent - a raczej talentu nie trzeba tak bardzo jak znalezienia się w "kontekstach informacyjnych" o dużej gęstości, bezpośredniej obecności przy procesach kumulujących kluczowe współczesne trendy. Gdybyśmy mówili o XVI wieku, dobrze byłoby pracować w hierarchii kościelnej wszystko od odkryć geograficznych po teorie budowy układu słonecznego wymagało interpretacji z tego źródła i tam był ten gęsty kontekst. W połowie XIX wieku kontekst taki zapewniały wielkie ośrodki przemysłowe i rodzący się w nich ruch rewolucyjny (z tego wyrósł Marks). W latach 60-tych XX wieku to były ogniska protestu i konktrkultury, ruchy dekolonizacyjne. Obecnie obstawiałbym pewne elementy infrastruktury finansowej (jako "surowy" substrat, a poniekąd surogat, polityki), oraz obszary nauki i biznesu związane z big data i life science. Znalezienie się jako insider w takim kontekście pozwala na skalę spojrzenia niedostępną nawet najprzenikliwszemu outsiderowi. Jak pisałem tu o WO, książka Raghurama Rajana "Fault Lines" wydana w 2010 r. opisywała kolejną dekadę (łącznie z precyzyjnym wskazaniem na źródła trumpizmu i Brexitu) lepiej zarówno niż ówcześni apologeci globalizacji jak i jej amatorscy krytycy (np. Naomi Klein). Rajan nie jest wybitnym stylistą, ale jest ekspertem z biednego kraju (Indie), który zrobił karierę w bogatym kraju, w instytucji o dużej gęstości kontekstu informacyjnego (IMF). To dało mu możliwość skorzystania z wysokiej klasy zestawów danych w sposób trzeźwy i przenikliwy.

Dla kogoś zaś żyjącego w Polsce najbliższy odpowiednik takiej sytuacji to praca w pewnych obszarach administracji publicznej, tych zwłaszcza które są polskim interfejsem z administracją UE. Niezależnie od tego kto jest polskim premierem i "nadpremierem" oraz jakie parafialne obsesje siedzą w jego głowie, na skrzynkę pocztową dyrektora departamentu w ministerstwie np. gospodarki (ale również w ministerstwie pracy, zdrowia, w UOKiK, NBP) co tydzień przychodzi kilka ważnych projektów regulacyjnych które pokazują perspektywę realnych procesów gospodarczych i społecznych w skali europejskiej lub globalnej. Przy czym odniesienie się do tych projektów - spraw o skalę istotności przekraczających tematykę partyjnych "przekazów dnia" - jest nierzadko kwestią bardziej dojrzałości decyzyjnej i wiedzy eksperckiej konkretnej osoby, niż hierarchicznego rozkazu: hierarchia, zwłaszcza PiSowska, zajęta polską wojną "GISZu" z "Zamkiem" (w jakiejkolwiek jej aktualnej inkarnacji) abdykuje kompetencyjnie z wielu takich obszarów. Komuś, kto ma ambicje esencjonalistyczne (jako decydent, badacz czy autor) polecałbym zbliżenie się do takich gęstych kontekstów, nie mając do nich dostępu lepiej zająć się ornamentami.
-
wo
2018/04/04 12:25:31
@steelman
"Czy kontrakt na Pracmaszynę1000 jest na czas nieograniczony, na jakiś okres, czy na liczbę godzin do wypracowania?"

Czasami zadają podobne pytania! Odpowiadam wtedy, że czas nieograniczony, ale tą menadzerską ci zabiorą jak się nie będziesz wyrabiał z 50 godzinami tygodniowo (odpowiednik boardroom coup za plecami prezesa, który na chwilkę się odwrócił i już nie wiedział, co knuje rada).
-
2018/04/05 07:08:31
@wo

"Czasami zadają podobne pytania!"

To znaczy, że dobrze czują czym jest kapitalizm. To jest system w którym wygrywa kapitał.

Pomijając wzrost apetytu wraz z konsumpcją, można sobie przeliczyć, że w dwa lata zarobi się ~5M. Dwa lata i niech sobie robią przewroty boardroomowe ile chcą, a 5M wystarczy by dalej żyć z renty (3% rocznie daje 10k netto miesięcznie). Niby to samo co 10h/mies. ale na koniec pozostaje kapitał dla spadkożerców.

Gdyby nie fakt, że wciąż żyjemy w kapitalizmie, tobym siadał przy Pracmaszynie1000 na dziesięć godziny w miesiącu bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
-
wo
2018/04/05 08:20:56
@steelman
"Pomijając wzrost apetytu wraz z konsumpcją, można sobie przeliczyć, że w dwa lata zarobi się ~5M. "

Pod tym względem jesteśmy podobni. Ja z tego samego powodu fundamentalnie nie rozumiem motywacji ludzi w UMC. Gdybym sam był w zarądzie spółki giełdowej, przemęczyłbym właśnie jakieś takie rozsądne minimum niezbędne, by się stać rentierem i potem spełniłbym swoje największe marzenie zawodowe, jakim jest niepracowanie (przy utrzymaniu mmcowego poziomu życia, ofc).

Skądinąd mamy jednak mnóstwo dowodów, anegdotalnych i rzeczywistych, że oni się często na tym etapie nie zatrzymują, tylko fedrują dalej. Nie rozumiem ich.
-
2018/04/05 08:51:16
@WO
"Skądinąd mamy jednak mnóstwo dowodów, anegdotalnych i rzeczywistych, że oni się często na tym etapie nie zatrzymują, tylko fedrują dalej. Nie rozumiem ich."

Częściowo wyjaśnieniem jest to, o czym pisałem powyżej: dostęp do gęstego kontekstu informacyjnego. Wspierany naoliwioną infrastrukturą: asystentka, plan korpomitingów, służbowych podróży, rautów (zwanych kongresami, panelami, czy jak tam). To nie jest tak, że nie można sobie przy rentierskim dochodzie na poziomie 10k/ mies ustawić podobnego dostępu - trzeba wtedy inwestować w dobrze dobrane inteligenckie kontakty, podróże, staranny plan wydarzeń kulturalnych, własną aktywność umysłową. Niby można. Ale przesiedziawszy kilka lat na tej sterydowej karmie w zarządzie, jest już bardzo trudno o odwyk. Dlatego wylatując ze stanowisk oni często wpadają w samooszukiwanie, że dalej mogą to ciągnąć na własną rękę - przeżerają zarobione kwoty na start-upy z niesprawdzonymi inwestorami, którzy wiedzą jak ich podejść. Spłukani, kończą jako "doradcy strategiczni" u jakiegoś dawnego konkurenta, który akurat potrzebuje znajomości z jakimś ministrem.
-
2018/04/05 09:00:47
@WO
"Skądinąd mamy jednak mnóstwo dowodów, anegdotalnych i rzeczywistych, że oni się często na tym etapie nie zatrzymują, tylko fedrują dalej. Nie rozumiem ich."

Awal111 ma rację. A poza tym, czy apetyt nie rośnie w miarę jedzenia? Dziś Twoją przystanią jest 10k miesięcznie bez kiwania palcem, a co będzie za dwa lata, gdy okaże się, że Twoi koledzy zamiast luksusowego mieszkania na miarę mmc mają już wille na hektarach, a ci najbardziej obrotni własne jachty pełnomorskie? Mieszkanie 120 mkw. w Warszawie nie zacznie być ciasne i duszne, a stek łykowaty, bo nie hasał jeszcze rano po łące pod Kobe?
-
2018/04/05 10:38:45
@tpiat

"...stek łykowaty, bo nie hasał jeszcze rano po łące pod Kobe?"

Co ciekawe, tego delikatnego (w istocie) steka z Kobe można sobie zjeść a nawet samemu ugotować jako middle classowy turysta [1] i będzie to naprawdę taki sam stek jak ten, za którego CEO na korporaucie zapłaci równowartość medianowej pensyjki. "Ekskluzywność" wielu tych doświadczeń wyraża się nie w tym, że są zupełnie niedostępne dla podrzędnego ludu, tylko w tym że sprzedaje się je korpobogom w sposób wzmacniający ich własne poczucie niezwykłości, stąpania pół metra ponad ziemią, nie tykania palcem spraw praktycznych. W wielu miejscach świata widziałem, że wożeni tymi psychicznymi lektykami nadludzie tak naprawdę mało widzą i rozumieją, doświadczają zubożonej, odcedzonej rzeczywistości (bo Gulfstream przecież nie wszędzie wyląduje gdzie dojedzie turstyczny dżip, mało która starożytna świątynia jest klimatyzowana, a hotele z odpowiednio wyszkoloną służbą stoją w nielicznych enklawach luksusu). Korpobogowie z rozsądniejszym podejściem do życia starają się od czasu zamienić w półbogów chociaż, spać w średniej klasy hotelach, jeść w zwykłych miejscach, utrzymywać kontakty z różnorodnymi ludźmi spoza kasty

[1] Tu na przykład: www.kyoto-cooking-class.com/
-
2018/04/05 10:57:33
> fedrują dalej

Fantazjujcie. Mówimy naprawdę o jakiejś garstce, która ma te miliony, większość ma tylko okresowo większy "cash flow", który jest wykorzystany do "powiększenia zdolność kredytowej". Jeśli rozumieją, że czasami te kilka lat trzeba wykorzystać do zbudowania poduszki finansowej, to stają się wolni nawet w korporacji. Jeśli jednak wykorzystają lepszy czas na szukanie "młodszej żony" i "zamiłowanie do luksusu", "szybszych samochodów na kredyt", to będą zmuszeni do fedrowania dalej, bo za chwilę muszą z tego fedrowania obdzielić banki, byłe żony, dzieci starsze i nowe żony z młodszymi dziećmi. Każdy chce kawałek.

Znam gościa, który w mniejszym lub większym stopniu ma na swoim utrzymaniu cztery osobne mieszkania razem z mieszkańcami. Faktycznie z tego jego "sukcesu" żyją cztery osobne systemy, które mają związek z nim samym, ale są dość dziwaczne (jak np. płacenie za mieszkanie córce aktualnej żony, którą dostał w pakiecie z żoną).

Nie zauważacie też innego mechanizmu, który nazywa się "sandwich generation". Polska "klasa z sukcesem" ma dziś około 50-lat. Jeśli wyszła z szarej d... komunizmu z niczym, to ma na utrzymaniu również swoich rodziców, bo ich emerytury są zwykle małe. Utrzymanie siebie, dzieci i rodziców razem to już całkiem potężne koszty w każdym miesiącu.
-
2018/04/05 11:14:32
@a.stanczak

"Polska "klasa z sukcesem" ma dziś około 50-lat. Jeśli wyszła z szarej d... komunizmu z niczym, to ma na utrzymaniu również swoich rodziców, bo ich emerytury są zwykle małe."

Tak, oczywiście. Mówiąc o konsumentach steków Kobe miałem przed oczyma bardziej szczyty zachodniej klasy menadżerskiej... U polskich odpowiedników nieproporcjonalnie rozrośniętym "centrum kosztów" są, jak piszesz, rodziny, zwłaszcza dzieci, które - odpowiednio wyedukowane i ulokowane - mają kiedyś wejść na ten globalny level
-
wo
2018/04/05 17:22:13
@tpiat
"a co będzie za dwa lata, gdy okaże się, że Twoi koledzy zamiast luksusowego mieszkania na miarę mmc mają już wille na hektarach, a ci najbardziej obrotni własne jachty pełnomorskie?"

Na mnie to nie działa. Serio. Jest pewna optymalna powierzchnia mieszkalna, powyżej której dodatkowe metry kwadratowe są już tylko utrapieniem (bo np. dalej trzeba iść po piwo). Są też różne badania naukowe pokazujące, że pieniądze dają szczęście tylko do pewnego progu. To ogromna różnica, czy zarabiasz 4k czy 5k, ale marginalna, czy 10k czy 12k. Po prostu wino za dwie stówy dych nie jest dziesięć razy lepsze od takiego za dwie dychy, w ślepej próbie może być nawet odwrotnie.

Ale oczywiście trzeba dobić do jakiejś granicy, żeby w ogóle pić za dwie dychy za nie za sześć zeta. I w Polsce to są właśnie chyba okolice 10k (zakładając, że nie masz kredytów, itd.).
-
wo
2018/04/05 17:32:54
@awal
" "Ekskluzywność" wielu tych doświadczeń wyraża się nie w tym, że są zupełnie niedostępne dla podrzędnego ludu, tylko w tym że sprzedaje się je korpobogom w sposób wzmacniający ich własne poczucie niezwykłości, stąpania pół metra ponad ziemią, nie tykania palcem spraw praktycznych. "

To zresztą widać było przy okazji sprawy ośmiorniczek. Moi znajomi z MMC od razu zaczęli się przerzucać tym, gdzie w Warszawie podają świetne ośmiorniczki w dobrych cenach oraz za ile są w lidlu i jakie mają przepisy.

Z punktu widzenia MMC, utrwalone na nagraniach u Sowy zachowania UC/UMC są bez sensu. Oni, zdaje się, popijali te ośmiorniczki czerwonym winem, a potem to czerwone wino wódką (!), zapewne paląc przy tym papierosy i rozmawiając o interesach. To nie jest moja wizja idealnego wieczoru!

Tylko że dla nich zapewne decydowała klasyczna veblenowska "konsumpcja ostentacyjna" - że stać ich na drogie wino, którego w ogóle nie mają jak degustować, a do tego biorą to na koszt podatnika. W ogóle więc tego wieczoru nie zaznają rozkoszy węchu/podniebienia.

Z kolei my w MMC uwielbiamy cmokać, smakować, patrzeć pod światło, podziwiać bukiet i często zapewne przy tym przesadzamy. Tylko że my szukamy czegoś innego. Dla mnie szczyt marzeń gastronomicznych, to odkryć gdzieś w Lizbonie albo i w Oklahomie niepozorną knajpę, oferującą Niebiańskie Żeberka albo Genialnego Dorsza. Ideałem jest oczywiście knajpa nieopisana w żadnym przewodniku, niepolecana przez żadnego celebryckiego gastroguru, gdzie jednak jest Boskie Żarcie.

Oni, odwrotnie, muszą mieć knajpę z gwiazdką od Michelina i zapamiętaną z jakiegoś debilnego programu w telewizji. Bo tylko wtedy czują, że są uprzywilejowani.
-
2018/04/05 18:15:22
Snob effect. Pewne dobra są kupowane tylko dlatego, że są drogie, a przez to niedostępne dla "plebsu". W niektórych sytuacjach taka "cena zaporowa" ma nawet pewno uzasadnienie, przykładowo w szkołach prywatnych jest przesiew społeczny uczniów, przez co dziecko ma kontakt tylko z pewnym wycinkiem społeczeństwa (pożądanym przez rodziców, co może być ważniejsze, niż jakość nauczania). Ale dla typowego snoba z UC świadomość, że garnitur <tu wstawić jakąś markę> jest sprzedawany w Primarku, H&M lub innym Orsay'u i jest dostępny dla podległego mu pracownika jest już kryterium wykluczającym, nawet niezależnie od jakości produktu.
-
2018/04/05 18:58:17
@ wo

W US ten punkt był różnie lokowany - od 75K do 160K USD rocznie - więc szerokość jest znaczna. I różni się od miejsca zamieszkania. Keeping with The Joneses jest ciągle żywe i jak trzech obok będzie miało Teslę, to jest szansa, że czwarty będzie czuł się nieszczęśliwy.

Stoickie postawy w stylu cieszyć się tym, co się ma są w kolizji z marketingiem, który ma wypracowane metody zachęcania. Dziś większość rzeczy, których ludzie chcą ma za chwilę update i wczoraj rzecz nowa już jutro staje się stara i Smith czy Kowalski czuje się stary. Nowy iPhone, nowy model SUV-a, moda - wszystko utrzymuje ludzi w biegu i w niespełnieniu, więc zwyczajnie "muszą" gonić albo muszą się wyłączyć z obiegu.

Faktycznie ludzie są dziś permanentnie niespełnieni konsumpcyjnie, bo tak działa stary schemat wywoływania potrzeb i obietnicy ich zaspokojenia przez kupowanie. Mimo tego, że większość ma za dużo spodni żyje pod presją "you are naked without it".

Sam dług jest ważny dla poczucia szczęścia, ale na pewnych polach pozwala kupić ludziom lepsze życie. Łatwo sobie wytłumaczyć, że "mam hipotekę, ale bez tego ciągle mieszkałbym w rodzicami" lub "tak mam kredyt, ale dziecko ma swój pokój i życie wszystkich jest wygodniejsze". Naprawdę może być wygodniejsze. Dług to ciężki temat, ale oswojony i jak jest pod kontrolą (spada, a nie rośnie), to nie zabija szczęścia.

Pozytywny wpływ mają dopiero oszczędności. Co zrozumiałe, gdy uwzględni się, że elementem fundamentalnym dla poczucia szczęścia jest bezpieczeństwo. Oszczędności dają bufor, którego spora część ludzi nie ma, bo nie ma żadnych oszczędności. Stąd rosnąca popularność marzenia o "F... you money".
-
wo
2018/04/05 19:32:50

@bert
"Snob effect. Pewne dobra są kupowane tylko dlatego, że są drogie, a przez to niedostępne dla "plebsu""

(to właśnie jest "veblenowska ostentacyjna konsumpcja")

@astanczak
"Nowy iPhone, nowy model SUV-a, moda"

Mi trochę pomaga moja ogólna niemodność plus technofobia - rzadko się zdarza, żeby nowy model czegokolwiek budził we mnie odruchowe "chcę to". Postęp w technologii gadżetów się moim zdaniem zatrzymał jakieś 10 lat temu. Nowy model czegokolwiek by Apple kupuję zazwyczaj jak ten poprzedni mi się sypie i np. wymiana baterii i tak wyszłaby zaporowo drogo, a i wtedy poluję na "wyprzedaż starego modelu". Podobnie mam z samochodami, tylko wymiana oczywiście nieco rzadsza. Im nowsze, tym więcej bezsensownych wodotrysków, które dają więcej problemów niż realnych korzyści (że "wszystkim można sterować ze smartfona", no super, ale to także znaczy, że hacker może przechwycić sterowanie; poza tym wszystko co cyfrowe się od czasu do czasu wiesza). Wcale mi na przykład nie jest śpieszno do tego, żeby stracić gniazdko aux in, a w nowych modelach samochodów zaczyna zanikać, śledzę to jako wypożyczający.

Ale z drugiej strony nie uważam siebie za stoika, bo jednak chcę, żeby to było Apple i jestem zły, jak mi w wypożyczalni wcisną forda albo (gasp!) citroena.
-
2018/04/05 20:15:09
@ WO

Głównym gadżetem ostatnich lat jest jednak smartphone, który dotarł jakoś do granic rozwoju. Większy zaczyna być mało poręczny, a mniejszy za mało wygodny. Punkt równowagi lokuje się - nie wiem nawet - pewnie gdzieś w okolicach 5,5 cala. Walka o spadek wagi, baterię, finalną formę i większą wydajność jest znana z tego, co było z laptopami, które - w formie - też już właściwie się wyczerpały, więc dla ludzi, którzy mają Apple od blisko 10 lat poczucie końca jest w pełni zrozumiałe. Będzie szybciej, lżej, cieniej i ładniej, ale o radykalnie inaczej będzie już trudno.

Musi pojawić się coś nowego. Może gdzieś czai się jakaś rewolucja w rozszerzonej rzeczywistości i za chwilę będziemy mieli swojego własnego HUD-a dzięki hologramom towarzyszącym jak jakaś aura. Może będziemy jak Hawking sterowali tym bez rąk. Może głosowo. Wówczas nie będzie kwestii chcę, tylko znów muszę, żeby być w obiegu.
-
2018/04/06 08:01:42
@wo
"Jest pewna optymalna powierzchnia mieszkalna, powyżej której dodatkowe metry kwadratowe są już tylko utrapieniem (bo np. dalej trzeba iść po piwo)."

Tak, ale kiedy stać Cię na tę willę na hektarach, to już niedaleko do "Janie, niech Jan przyniesie piwo". Oraz, coś się uroczo pokićkało w cenach porównywanych win, ale tak brzmi nawet lepiej :)
-
wo
2018/04/06 11:16:41
@tpiat
"Tak, ale kiedy stać Cię na tę willę na hektarach, to już niedaleko do "Janie, niech Jan przyniesie piwo"."

Właśnie, ale tolerowanie pod własnym dachem obcych ludzi 24/7 też dla mnie - z mojego drobnomieszczańskiego punktu widzenia - jest raczej problemem niż czymś, o czym bym marzył.
-
2018/04/06 14:23:15
@wo
"tolerowane pod dachem obcych ludzi [służby] jest raczej problemem..."

...dla Ciebie, bo nie aspirujesz do UC. Ale jak senior Carlos Garcia czy inny tam Wołodia Bryncałow już się w końcu dorobią tych 80 pokoi z trzystuosobową służbą (najlepiej z Gwatemali czy innej Mołdawii), najprawdopodobniej stopniowo przestaną postrzegać ich jako 'ludzi', a zaczną jako sprzęty domowe - coś w rodzaju nieco bardziej zaawansowanych robotów do odkurzania czy przynoszenia piwa. Stąd też ich ciągła obecność w domu przestaje denerwować (szczególnie jeśli się nie odzywają nie pytani). W starożytnym Rzymie przebywanie 'mówiących narzędzi' w tym samym pokoju nie krepowało ich właścicieli nawet podczas najbardziej intymnych czynności.

Poza tym jak masz pałac z 80 pokojami, to liczna służba po prostu jest niezbędna. A przecież nie będziesz mieszkać jak dziad, bo to wstyd w środowisku; jak państwo Abramowicz wpadną z wizytą, to co - sam im podasz herbatę?
-
wo
2018/04/06 15:10:46
@bamberas
"A przecież nie będziesz mieszkać jak dziad, bo to wstyd w środowisku; jak państwo Abramowicz wpadną z wizytą, to co - sam im podasz herbatę?"

No właśnie to jest veblenowska "konsumpcja ostentacyjna" - to, co się robi nie dla przyjemności, tylko z musu (dla podtrzymywania statusu klasowego). Jajako MMC kieruję się konsumpcją czysto hedonistyczną - szukam jak najlepszego parametru "przyjemność versus cena". Dlatego wolę ośmiorniczki z Lidla i wino z Biedronki od jakichś knajp prowadzonych przez celebrytów. I raczej nie mam pokus typu "ach, dołączyć do nich".
-
2018/04/06 16:57:02
Problemem jest to, że ktoś, kto odniósł Prawdziwy Sukces, taki właściciel 80 pozłacanych komnat, czuje się upoważniony do zabierania głosu we wszelkich sprawach - od globalnego ocieplenia do wykroju majtek, zużywa więcej zasobów niż ma to sens, i mniej lub bardziej oficjalnie stara się utrzymać korzystny dla siebie kurs (polityczny, ekonomiczny etc.). Wpływa więc na wszystkich silniej, niżby sobie ci inni tego życzyli. Nie jestem zainteresowany Kulczykami czy Czartoryskimi, ale oni nie dają o sobie zapomnieć.
-
2018/04/06 17:55:29
Zgoda, tylko jedna uwaga: wspomniany powyżej 'snob effect' (ostentacyjna konsumpcja na zasadzie 'nie lubię whiskaczy, ale pijam Blue Label żeby się odróżnić od plebsu'), to wymóg głównie nuworuszów (czyli, powiedzmy to sobie wprost, chamstwa na dorobku). Jeśli ktoś znalazł się w UC z racji urodzenia, to może mieć ciastko i zjeść ciastko, rezygnując z tych wszystkich przedstawień. Mogą mu zęby gnić, może się w ogóle nie myć, nie sprzątać i sam sobie gotować (bo szkoda mu pieniędzy na kucharza i sprzataczkę), ba, może nawet kupować w Biedrze (!) - a statusu klasowego i tak nie utraci (no chyba, że przegrałby rodzinny majątek w pokera, ale z takim statusem i znajomościami zawsze się znajdzie jakaś trampolina).

Więc może w ten sposób? Dziedziczysz majątek, a służbę możesz zwolnić. Wszystko robisz dla przyjemności, nic z musu, a statusu klasowego i tak nie utracisz ('Kto tam kupuje gacie na promocji? Och, przebóg, toż to sam Badziwiłł, klękajcie narody!').

Czysta konsumpcja hedonistyczna, przypuszczanie rodowych majątków w karty, oszczędność czasu i wody (higiena niekonieczna), brylantem na salonach i jeszcze podziw wśród maluczkich w pakiecie. W następnym wcieleniu - biorę w ciemno!
-
2018/04/07 00:45:26
@antonio.bamberas

Zgoda, tak to działa w UK, gdzie UC ma tytuły przyznane przeważnie tuż zaraz po bitwie pod Hastings, ale u nas? Z pięć pokoleń minimum potrzeba by nasze kulczyki przestały czuć przemożny mus by zachowywać się jak wspomniane chamstwo na dorobku. Nawet jak nic nie muszą to oni po prostu inaczej nie potrafią.
-
2018/04/07 21:06:48
W temacie konsumpcji na pokaz:
Wydaje się występować też w moich okolicach społecznych, czyli na średnim dole. Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli opinie innych ludzi decydują o być albo nie być w sensie niemal biologicznym (np. przedłużenie umowy-zlecenia przy braku oszczędności), posiadanie/konsumowanie tego, co wypada, jest ważniejsze, niż w przypadku Radziwiłłów-Kulczyków. Nie ośmiorniczki, SUV i willa, tylko np. obowiązkowy samochód w każdej rodzinie (choćby niebezpieczny rzęch, choćby zupełnie zbędny był, ale jak nie ma, to patologia). Wszystkie te idiotyzmy ze szkoły "zastaw się a postaw się". Wygląda inaczej i ze społecznej góry jest mało widoczny, ale wciąż jest to mechanizm okazywania przynależności.
-
2018/04/08 09:43:08
@ alejomeeijn
'Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli opinie innych ludzi decydują o być albo nie być w sensie niemal biologicznym (np. przedłużenie umowy-zlecenia przy braku oszczędności), posiadanie/konsumowanie tego, co wypada, jest ważniejsze, niż w przypadku Radziwiłłów-Kulczyków. '

Przypomina się 'Klaudiusz i Mesalina' Gravesa. Mądry i cyniczny Herod Agryppa jest goły jak święty turecki, to co mu zostało inwestuje... nie w oszczędności ale w to aby godnie wyglądać podczas Rozmowy Ostatniej Szansy.
-
2018/04/08 12:48:51
@aljomeeijn
"[w LMC] obowiązkowy samochód w każdej rodzinie, choćby był zupełnie zbędny"

Jesteś pewien, że to konsumpcja na pokaz, czy konieczność, wynikającą z niedostatku infrastruktury? Ten 'obowiązkowy rzęch' to niestety w większości konieczność, choćby był uruchamiany od święta. Może Ty poruszasz się ścieżkami rowerowymi po centrum Warszawy, ale nie każdy ma taki komfort. Posiadanie złomu 'byle się toczył' pozwala oszczędzić czas, gdy masz sto różnych rzeczy do załatwienia, sczególnie w sytuacji awaryjnej, gdy mieszkasz na zadupiu.

Ostentacją byłoby kupienie nie jakiegoś bitego sztrucla używanego do wycieczek do Tesco, tylko wzięcie chwilówki w celu nabycia jakiegoś bieda-wypasu, 'żeby sąsiadom gul skoczył'.
-
wo
2018/04/08 14:33:48
@alejo
"Wydaje się występować też w moich okolicach społecznych, czyli na średnim dole."

Na pewno masz rację, o czym świadczy choćby stadność preferencji klasy średniej. Nasze konsumenckie mody są podejrzanie synchroniczne - nagle wszyscy przerzucają się z cavy na prosecco albo z latte na flat white. Inna sprawa, że...

"Wszystkie te idiotyzmy ze szkoły "zastaw się a postaw się". "

...klasa średnia jest skazana na wieczne życie w kredycie. To jeden z mechanizmów, którymi klasa wyższa trzyma nas w ryzach. Od czasów starożytnych (pisze Graeber) kredyt służy raczej kontroli spolecznej niż inżynierii finansowej.
-
2018/04/08 22:57:32
@wo

"to właśnie jest "veblenowska ostentacyjna konsumpcja" "

Nie zgodziłbym się, bo to znowu tylko część efektu, uzasadniona racjonalnie. Podobnie jak z tą szkołą prywatną. Snob effect obejmuje jednak też element irracjonalny, w którym dyskomfort psychiczny snoba jest tylko w jego głowie, bez jakichkolwiek rzeczywistych korzyści. Trochę podobny efekt, jak kiedy dwie kobiety na przyjęciu mają tę samą kreację.

"Od czasów starożytnych (pisze Graeber) kredyt służy raczej kontroli spolecznej niż inżynierii finansowej."

"Dług"? Wreszcie coś, co czytałem. I, przyznaję, parę liberalnych paradygmatów mi zlansowało. Nie powinno być w "lekturach obowiązkowych" bloga?

I tak na marginesie: Jak ten zadeklarowany stoicyzm ma się na polu, nazwijmy to, sprzętu do gier? Ja sobie parę dekad temu odpusciłem, tak komputery jak i konsole są chyba z ostatniego millenium. Mogę się spytać, na ile na tym polu starasz się być na bieżąco? Nawet, jeżeli można to jeszcze uzasadnić działalnością zawodową, to przecież musi zżerać kasę.
-
2018/04/09 07:33:55
@WO

"Oni, zdaje się, popijali te ośmiorniczki czerwonym winem, a potem to czerwone wino wódką"

Przy czym treść tych nagranych rozmów była równie marna jak posiłków. Sprowadzała się do treści owego SMS-a Halbera sprzed lat, choć jakimś novum był poziom serwilizmu okazywanego przez osoby niższe w hierarchii wyższym (np. przez Krawca Sikorskiemu). Tym nielicznym z nagranych, których warto było słuchać dla treści merytorycznych np. Belce, brakowało równorzędnych rozmówców (Belka intelektualnie głaskał po głowie Sienkiewicza, żadnej autentycznej dyskusji z nim nie podjął). Prawdziwe polityczne "taśmy prawdy" to obecnie audycje Sroczyńskiego na tok.fm.

@vito-slav

"Nie jestem zainteresowany Kulczykami czy Czartoryskimi, ale oni nie dają o sobie zapomnieć."

Owszem, jest taki segment upper classowy, który realizuje się w celebracji aury rodowego nazwiska, i potrafi nawet niekiedy metodą "na wnuczka" przygarnąć małą fortunkę z budżetu środkowoeuropejskiego kraju.

Jednak wydaje mi się że większość zasiedziałej UC, owszem, pozwala o sobie zapomnieć, stara się wtopić w tło. Miałem w życiu okazję poznać osoby, które można byłoby określić jako "arystokrację pracującą" - potomków rodów z wysokimi herbowymi koligacjami np. wspomnianą tu już kiedyś francuską dziennikarkę, której prababka, z arystokratycznej hugonockiej rodziny osiadłej w Anglii, była jedną ze słynnych piękności epoki wiktoriańskiej, portretowaną przez Sargenta. Albo pewnego hiszpańskiego oficera lotnictwa, później aktywnego w branży prawniczej, z rodziny bliskiej Bourbonom. Albo pewnego niemieckiego doradcę inwestycyjnego, w kręgu towarzyskim zwanego żartobliwie "Markizem von O.", przez podobieństwo inicjałów do bohaterki noweli Kleista. Wszystkie te osoby, pomimo posiadania majątków pozwalających na życie rentiera, przechodziły w miarę standardową karierę zawodową, co wydaje mi się było motywowane instynktowną ucieczką od odchyłów, do jakich takie rentierskie życie prowadzi. Nie znaczy to, że pochodzenie nie odgrywało żadnej roli w ich karierze. Owszem, odgrywało, choć raczej nie pod postacią oczywistych ułatwień i synekur, co raczej pewnego luzu i swobody w działaniu, wyrażającej się w niekonwencjonalnych zainteresowaniach i projektach. Markiz był przykładowo jednym z pierwszych, który sprowadzał na europejskie giełdy chińskie spółki mid-cap, co robił opierając się o kontakty nabyte na zagranicznych studiach. Wspólną cechą osób z tego kręgu był też światopoglądowy liberalizm, jak najbardziej zgodny z ich klasowym interesem. Rodziny takiej "pracującej arystokracji" mogą optymalnie wyzyskiwać swój kapitał kulturowy w dużych otwartych gospodarkach, których motorem jest silna klasa średnia i względnie zadowolona klasa ludowa. Nieprzypadkowo osoby z tej grupy są wśród najszczerszych promotorów UE, w Polsce najgłośniejszą (choć może nie najwybitniejszą) ich reprezentantką jest Róża Thun.
-
2018/04/09 11:43:33
@ale.sobie.konto.wymyslilem:
Gorzej, jeśli Rozmowa Ostatniej Szansy jest rozłożona na raty i odbywasz ją codziennie.

@antonio.bamberas:
" Może Ty poruszasz się ścieżkami rowerowymi po centrum Warszawy"
- Mój awans cywilizacyjno-społeczny przebiegał z wiochy, której nie znajdziesz na google maps, do małej mieściny, wciąż w Polsce wschodniej. Wykład, kiedy sztrucel jest niezbędny, nie jest mi potrzebny, gdyż sam musiałem jeździć samochodem starszym od siebie (aż dowód rejestracyjny zatrzymali; sam widzisz że nie jest to success story). Wiem też, że np. w środowisku robotników stałe dojeżdżanie do roboty rowerem przez kogoś po +/- dwudziestce rodzi podejrzenie, że a) prawko zabrali za prowadzenie po kielichu bądź; b) samochód komornik zabrał za alimenty lub; c) ten koleś jest wariatem. Serio, posiadanie samochodu jest w klasie niższej postrzegane jako granica pomiędzy staniem w przedpokoju do klasy średniej a byciem prawie-że-marginesem-społecznym.

@wo:
...klasa średnia jest skazana na wieczne życie w kredycie. To jeden z mechanizmów, którymi klasa wyższa trzyma nas w ryzach.
- Wyszło, że nieprecyzyjnie napisałem, żadnych "nas". Was trzyma. Jestem w tych okolicach finansowych, gdzie posiadanie zdolności kredytowej jest cichym marzeniem a podstawowymi metodami nabywania kawalerki w gomułkowskim bloku jest jej odziedziczenie bądź fizyczne tyranie gdzieś w cywilizowanym kraju przez dłuższy czas. Ale wieczne życie nad krawędzią finansowej przepaści występuje i tutaj, trzymanie w ryzach też. Tylko przepaść głębsza a tymi bezpośrednio trzymającymi w ryzach jest najśredniejsza klasa średnia (jasne, że robi to w interesie samej góry, ale też nie robi tego za darmo).
Także, wrażenia po przeczytaniu notki mam jak Froz w pierwszym komentarzu, minus element "trochę zabawnie".
-
wo
2018/04/09 14:13:14
@bert
"I tak na marginesie: Jak ten zadeklarowany stoicyzm ma się na polu, nazwijmy to, sprzętu do gier? "

Przecież nie deklaruję stoicyzmu, ba: odrzucam go jednoznacznie, używając jako jednego z przykładów właśnie cyfrowych gadżetów. Znowu przypisujesz rozmówcy jakieś własne projekcje i chcesz z nimi dyskutować.
-
wo
2018/04/09 14:17:15
@alejo
" Wyszło, że nieprecyzyjnie napisałem, żadnych "nas". Was trzyma. Jestem w tych okolicach finansowych, gdzie posiadanie zdolności kredytowej jest cichym marzeniem"

Nie wierzę, żebyś mógł żyć bez kredytu. Stratyfikacja klasowa działa tutaj dużo okrutniej. W klasie średniej bierzesz go stosunkowo tanio, ba, jeśli regularnie spłacasz kartę, możesz go mieć na miesiąc bez odsetek (!). W klasie niższej bierzesz go po bandyckich odsetkach, w ramach kary za bycie biednym.

Tutaj zabawnie działają dwa skojarzenia z brandem "Kruk". Dla nas w MMC to jest marka biżuterii, na którą zazwyczaj mamy taką czy inną zniżkę, związaną z płaceniem taką czy inną kartą (a więc: na bezodsetkowy lub przynajmniej bardzo tani kredyt). Dla klasy ludowej to złowroga nazwa, kojarzona z kredytami na bandyckie procenty.

Wszyscy więc dyndamy na sznurku kredytu, tylko że my na jedwabnym, a ludowa na poliestrowym (bo tanszy od konopnego).
-
2018/04/10 08:55:35
@wo
"Nie wierzę, żebyś mógł żyć bez kredytu"
- Jeśli chodziło o rzeczy typu pożyczka-chwilówka na 1000zł w szemranej instytucji (co technicznie nie jest kredytem), jest to możliwe, choć mało prawdopodobne. Rezygnacja z posiadania dzieci (na zawsze, nie "przed 30") plus rezygnacja z konsumpcji na pokaz (znacznie łatwiejsze bez dzieci) plus relatywnie dobry stan zdrowia. Rodzice umierający względnie wcześnie i nagle, też zwiększają szanse (brzmi okrutnie, wiem), podobnie brak w najbliższym otoczeniu kogoś, kogo trzeba by było zostawić na pastwę losu. Nie jest to ścieżka którą może się poruszać wielu ludzi. Ale podobnie jest z twoją "porażką" opisaną w notce.
Oczywiście jeśli trzymać się rozróżnienia kredyt/pożyczka, to bez kredytu żyje niesamowicie dużo ludzi.

Rozszerzając metaforę sznurkową, zawsze warto podkreślać: doły (w tym i ja) na drugim końcu swoich postronków zawsze widzą szarpiącą klasę średnią, etatowych poganiaczy niewolników.
-
2018/04/10 09:45:19
@wo
"Nie wierzę, żebyś mógł żyć bez kredytu"

Moje obserwacje pokrywają się z tymi, jakie klarownie przedstawił kolega alejomeeijn. W tej chwili na moim podwórku urzęduje dwóch 30-letnich dżentelmenów obsługujących przywiezioną przez siebie piłę tarczową. Tną na własny użytek drewno opałowe pochodzące z małej wycinki zrobionej przez gminę - nabyli je "okazyjnie", co oznacza: po cenie rynkowej, lecz z elementem "insider trading". Zwieźli do mnie na wspomniane podwórko, gdyż jest to dostępna powierzchnia składowa jaką im użyczam w ramach sąsiedzkiej życzliwości, czyli mówiąc bardziej socjologicznie: systemu usług wzajemnych odłożonych w czasie. Dżentelmeni są braćmi, mieszkają z rodzicami, pracują w okolicznym przemyśle (z przerwami), jeden ma też papiery kierowcy ciężarówki. Poruszają się wozami w tej okolicy uznawanymi za klasę średnią a nawet wyższą (tuning), które są zapewne ich głównym comiesięcznym kosztem. Wydatków na dzieci nie mają, choć jeden z nich jest ojcem - mama dziecka jednak mieszka z innym mężczyzną, osiągającym efektowne dochody z, jak się wydaje, "działalności nierejestrowanej". Obaj dżentelmeni są popularni w społeczności jako zaradni i uczynni ludzie, jeden z nich znany jest z poświęcenia w wyjazdach na akcje OSP (wypadki drogowe, zalania, wichury). Żyją bez kredytów i chwilówek, kiedyś pewnie z etapu mieszkania u rodziców przejdą do etapu wspólnego gospodarstwa domowego w odziedziczonym domu. Z rozmów wiem, że doskonale dostrzegają postronki i po prostu kierują życiem tak, aby mieć je raczej luźno zawiązane na łydce niż zadzierzgnięte na szyi. Notabene powinni być modelowym elektoratem, a może nawet aktywistami "Razem", gdyby ono tutaj dotarło.
-
wo
2018/04/10 12:47:01
@alejo
"Rozszerzając metaforę sznurkową, zawsze warto podkreślać: doły (w tym i ja) na drugim końcu swoich postronków zawsze widzą szarpiącą klasę średnią, etatowych poganiaczy niewolników"

Metafora jest więc naprawdę udana, bo przecież to jest nasze najważniejsze zadanie, jako średniej - być buforem między wyższą a niższą (być sprawnym egzekutorem ich poleceń). No i oni nas pociągają za jedwab, no bo sami nie chcą dotykać niczego poza jedwabiem. A my jako średnia musimy znać się na różnych sznurkach i różnych węzłach, niczym żeglarz z piosenki "gdzie te wszystkie sznurki do tych szmat".

Przez to wszyscy oglądamy zupełnie inne kapitalizmy. Wyższa wyłącznie jedwabny, niższa wyłącznie plastikowy. To mnie fascynuje w kontekście tego, że gdy słuchamy Marka Zuckerberga mówiącego o Facebooku i jego "misji", oraz jakiegoś szeregowego programisty, to jakby mówili o dwóch różnych firmach. To samo będzie z prezesem Agory i drugorzędnym felietonistą.

A z kolei dla ukraińskiego ogrodnika, który przycina trawę raz Zuckerbergowi, inny raz jego programiście - obaj są odin xui.
-
2018/04/10 15:05:43
@alejomeejin
"Wiem też, że np. w środowisku robotników stałe dojeżdżanie do roboty rowerem przez kogoś po +/- dwudziestce rodzi podejrzenie, że a) prawko zabrali za prowadzenie po kielichu bądź; b) samochód komornik zabrał za alimenty lub; c) ten koleś jest wariatem."
To jest fakt. Nawet w miejscach gdzie zbiorkom dobrze funkcjonuje, ktoś kto nie chce mieć samochodu/prawa jazdy jest w takim środowisku uważany za szaleńca.
-
2018/04/17 09:37:05
@WO
"nagle wszyscy przerzucają się ... z latte na flat white..."

Zachęcam do lektury zbioru esejów: "Coffee: A Comprehensive Guide to the Bean, the Beverage, and the Industry". Jednym z wniosków jest, że dodawnaie mleka do kawy to zazwyczaj rodzaj chwytu marketingowego, żeby z napoju zrobić "usługę premium". Z doświadczenia wiem, iż spróbowawszy dobrze wypalonej etiopskiej arabiki, żadnych mlecznych dolewek już nie tkniesz...

"jakby ktoś miał jakąś ofertę, I'm your man"

W Polsce mógłbys zacząć tu, filmik trochę stary, ale zawiera wszystkie słowa kluczowe; przy czym to po PiSie, teraz trwa tam akcja kamuflażu pt. "My? Dział techniczny. Aca nada."

media.kdpw.pl/files/20lat/Film_korporacyjny_Grupy_KDPW_2014_PL.mp4
-
2018/05/03 06:27:07
Wojtku, w obsadzie GGR nie Alan Alda - tylko Alan Arkin. Dodałbym też Pryce'a jako perłę w koronie. Nawiasem mówiąc, problem z tym filmem (i chyba też dramatem) wydaje się taki, że nigdy nie został należycie przetłumaczony. Możliwe, że w '92 nie istniało jeszcze w polszczyźnie odpowiednie słownictwo, żeby wyrazić te wszystkie "leads are for closers only" itp.
-
wo
2018/05/03 10:37:47
"nie Alan Alda - tylko Alan Arkin."

Cholera! Jeden z moich najbardziej nieuchronnych błędów. Obu bardzo lubię, a na dodatek przeważnie identyfikuję się z postaciami granymi przez Arkina (jak on się pięknie starzeje!), a mimo to zawsze w końcu pomylę nazwiska.