Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Dziadzio Spielberg

UWAGA: notka będzie zawierała umiarkowane spojlery do filmu i książki „[Ready] Player One”. Jeśli ci to przeszkadza, wracaj do lat 90., złotej dekady spojlerofobii.

Jak książką byłem zachwycony - tak film przyniósł mi rozczarowanie. Spielberg wywalił metaforę współczesnego kapitalizmu, wrzucił za to walki w CGI, wtórne i płaskie w porównaniu choćby do stareńkiego „Avatara”.

Drobny przykład - w książce pojawia się motyw odpracowywania długu wobec korporacji. W filmie przerobiono go tak gruntownie, że ginie cała metafora.

W książce ta praca przymusowa polega na zatrudnieniu w call-center. To dobrze rezonuje z lękami współczesnego korpoludka, który najbardziej się boi nie tyle deklasacji do klasy niższej/ludowej, co do najniższego segmentu klasy średniej.

Książkowe call-center działa w VR, ale zachowuje upiorność pracy w tym zawodzie. Trzeba ciągle prowadzić te same rozmowy, z nadzorcą sprawdzającym, czy trzymamy się korporacyjnych standardów uprzejmości.

W filmie to jest przymusowa praca fizyczna W WIRTUALU! Czy kogoś z czytających te słowa ta wizja jest w stanie przestraszyć?

Ostatnie dwie dekady w popkulturze przyniosły wysyp dystopii, thrillerów i dystopijnych thrillerów o świecie korporacji - w których nie ma osobowego villaina, bo jest nim korporacja jako taka. „Paranoja” Findera, „Siły rynku” Morgana, „Supersmutna, ale prawdziwa historia miłosna” Shteyngarta, „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” Mitchella, plus oczywiście filmy i seriale - „Margin Call”, „Avatar”, „Black Mirror”...

Spielberg to wszystko po prostu przegapił. Wyrzucił książkowe wątki, sprowadzając wszystko do jednego karykaturalnego korpovillaina, który jest bardziej śmieszny niż straszny (Ben Mendelsohn).

Całe zło korporacji OASIS w filmie sprowadzone jest do dawnej kłótni między założycielami. Happy end - chyba to nie jest spojler, że film Spielberga skończy się obrzydliwie przesłodzonym happy endem? - polega na tym, że bohaterowi udaje się po latach zakończyć tę kłótnię i zrealizować testament charyzmatycznego założyciela korporacji, Jamesa Hallidaya (Mark Rylance, ucharakteryzowany nie do poznania).

Powieściowy Halliday wydawał mi się inkarnacją stereotypu „villaina przekonanego że czyni dobro”, jak Rorschach, Dwie Twarze czy religijnie motywowani seryjni zabójcy. My w generacji X dobrze wiemy, że „charyzmatyczni przywódcy” nieuchronnie podążają trajektorią Harveya Denta, „albo zginiesz jako bohater, albo zmienisz się w łotra”.

Filmowy Halliday jest dobrotliwym nerdem, który chciał po prostu dać wszystkim darmową grę, ale wbrew jego intencjom zamieniło się to w korporację. Jest kimś takim, kim Mark Zuckerberg kiedyś wydawał się Jasiowi Kapeli.

Nie kupuję filmowego happy endu. Korporacyjnego zła nie wyeliminujemy przez samą tylko zmianę zarządu (a mniej więcej tak to wygląda w filmie, ze odkąd na czele OASIS staną sympatyczni idealiści, wszystko będzie spoko).

W istocie to jest właśnie opowieść mojego pokolenia, że grupa sympatycznych rebeliantów zakłada w garażu startupa albo nielegalną organizację, wypowiadają walkę opresorom, obalają ich i po przejęciu władzy sami stają się opresorami. To przecież historia Apple’a, Microsoftu, Google’a, Facebooka, Wolnego Oprogramowania i „Solidarności”.

My już wiemy, że postęp musi się wiązać z upodmiotowianiem obywateli, a więc z kontrolą społeczną, a więc z regulacjami. Tymczasem dla pokolenia Spielberga wszelkie regulacje nadal są złe, niczego się nie nauczyli, dalej toczą te same walki co 50 lat temu, z niedobrymi rodzicami, którzy im nie pozwalali palić skrętów.

Wyciąwszy składową antykorporacyjną, Spielberg zapełnił lukę banalną lekcję dziadków z pokolenia baby-boomersów, że „dzieciaki, nie siedźcie tak dużo w sieci”. To przesłanie wraca w filmie kilkakrotnie, w tym w happy endzie.

Tymczasem w książce oni siedzą w OASIS, bo nie mają innego wyboru. Bo OASIS zmonopolizowało edukację (do szkoły można chodzić tylko albo tam, albo wcale), płatności, media, telekomunikację...

W filmie ktoś mówi do kogoś „zapomnieliśmy, jak fajnie jest na świeżym powietrzu”. W powieści narrator mówi, że pod wpływem dewastacji środowiska na zewnątrz nie jest fajnie. Kwestii monopolistycznego przymusu w filmie nie ma.

Cóż, z artystami bywa czasem tak jak z Harveyem Dentem. Albo umrzesz jako geniusz, albo będziesz żył dość długo, żeby stać się starym nudziarzem.

sobota, 07 kwietnia 2018, wo

Polecane wpisy

  • Heros korpoludków

    Zmęczony dysputą teologiczną, znów napiszę coś o popkulturze. Tym razem o Jo Nesbo, bo odczuwam niedosyt pisania o nim zawodowo. Postaram się nie spojlerować, b

  • Kler (uwaga, spojlery)

    Niniejsza notka przeznaczona jest tylko dla osób, które albo już widziały „Kler”, albo nie zamierzają oglądać. To złożony thriller, w którym kolejne

  • Amerykański sen w Albuquerque

    Dawno nie było na blogu nic o popkulturze, bo fejs to świetny format do bieżących rozmów o serialach, grach, muzyce, książkach itd. I tylko o polityce wolę tuta

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/04/07 16:38:43
chyba dawno nie widziałeś starego filmu spielberga
-
2018/04/07 16:57:44
Spielberg jest po prostu za stary, dla niego zawsze korporacje będą co do zasady dobre nawet jeśli chwilowo rządzi nimi villain. Ale na koniec zawsze będzie happy end bo korporacje są co do zasady dobre. W Polsce nazwalibyśmy go dzieckiem Balcerowicza. Nie do wyleczenia, musi umrzeć. Takze nie dziwne że to spieprzył (książka była ok, filmu nie planuję oglądać)

"W filmie to jest przymusowa praca fizyczna W WIRTUALU! Czy kogoś z czytających te słowa ta wizja jest w stanie przestraszyć?"

Znaczy jak to? Jak można pracować fizycznie w wirtualu? Czegoś nie ogarniam.
-
2018/04/07 17:00:58
"Znaczy jak to? Jak można pracować fizycznie w wirtualu? Czegoś nie ogarniam."

Normalnie, jak nie masz mózgozłączki, to wszystko co robisz w wirtualu robisz fizycznie; pograj sobie w jakąś grę z kontrolerami ruchu, to się zwyczajnie zmęczysz.
-
wo
2018/04/07 18:30:57
@mk
"chyba dawno nie widziałeś starego filmu spielberga"

No wiem wiem, sam mam sentyment do "1941" i jego zakończenia - ale potem wyciągnął wnioski z porażki kasowej i same tylko "powiedz mi, że miałem dobre życie" na tle faken łopoczącej flagi.

-
2018/04/07 20:12:30
chodziło mi raczej o to, że te stare filmy też już są stare, widziany rok temu 1941 mocno bolał, ready player one to raczej e.t., niż 1941, e.t. też trochę bolało

ale jak liczyłeś na cline'a, to miałeś słabo, jak dostałeś tylko spielberga

-
2018/04/08 08:00:27
@wo

Oczywiście że słitaśny happy end był trochę zbyt słitaśny, ale to film dla nastolatków, więc miłość, przyjaźń, ideały.

Co do korpo będącego za mało evil to myślę że Halliday wie dobrze, że
selekcja naturalna w każdym korpo wypycha na szczyt pewien specyficzny typ człowieka, jakoś tam podobnego do naszego filmowego villaina i nie ma opcji żeby to zmienić. Jedynym sposobem na to, żeby na czele korpo stanął ktoś obdarzony empatią i pozbawiony cynizmu to stworzenie konkursu na następcę, który to konkurs będzie odsiewał właśnie takie jednostki. I dlatego Halliday wstawia parę pułapek na pazernych na samym końcu.
Korpo jest evil z założenia, więc dajmy młodzieńcowi o czystym sercu dostęp do głównego wyłącznika bo inaczej od razu wskoczy na jego miejsce jakiś cyniczny błazen od optymalizacji kosztów.
Może gość jest naiwnym poczciwym nerdem, który nie ma już złudzeń co do korpo, ale nie potrafi też zniszczyć dzieła swojego życia, więc robi ten konkurs żeby uspokoić sumienie? Przynajmniej minie trochę czasu zanim Wade stanie się tym Dentem.

Przypominam jeszcze raz że ten film to bajka dla widzów od lat 13tu. Żywię też nadzieję że sporo ludzi jednak sięgnie po książkę jeżeli spodoba im się film. Ja na pewno to zrobię, bo mam to na liście odkąd pierwszy raz pojawiła się na tym blogu.

I mały offtop: Co do karykaturalnych czarnych charakterów to i tak filmowy Sorrento jest mniej przerysowany od tego typa z nowego Blade Runnera, który będąc szefem korpo robiącego replikantów nie sprawi sobie wypasionych gałek ocznych, tylko snuje się ze stadem dronów, macha skalpelem i wygłasza pseudofilozoficzne tyrady. Sorrento to dobry villain do filmu PG13.
-
2018/04/08 14:01:18
@wo
"wyciągnął wnioski z porażki kasowej"

Zabrzmiało jakby to była jego autonomiczna decyzja. O takich rzeczach jak zakończenie w blockbusterach decyduje się na korpo zebraniach. Ktoś referuje badania fokusowe, ktoś pokazuje na przykładzie kasowych sukcesów z ostatnich kilku projektów filmowych, że muszą być takie i takie elementy w scenariuszu. Wszystko jak w najgorszych filmach o korpo, łącznie z wbijaniem noży w plecy, tak to sobie czasem wyobrażam w trakcie seansu, gdy nie mogę nadziwić się nad wtórnością bądź głupotą scenariusza.

Reżyser to rzemieślnik, który robi im na bardzo szczegółowe zamowienie produkt, który ma zwrócić setki milionów inwestycji z zyskiem. Nikt choćby genialnemu reżyserowi nie powierzyłby takiej kwoty, również z uzasadnionych powodów. Wystarczy popatrzyć jak powstają seriale, reżyser zmienia się z odcinka na odcinek i nawet tego nie da się zauważyć. A znane nazwisko to chyba głównie marketingowy asset. Choć biznesowe i towarzyskie powiązania też odgrywają tu swoją rolę na pewno.

Jeszcze trochę będziemy musieli poczekać na wizualizację ostatecznego krachu systemu korporacji ze wszystkimi komputerowymi wodotryskami.
-
wo
2018/04/08 14:37:12
@havermeyer
"Co do korpo będącego za mało evil to myślę że Halliday wie dobrze, że
selekcja naturalna w każdym korpo wypycha na szczyt pewien specyficzny typ człowieka, jakoś tam podobnego do naszego filmowego villaina i nie ma opcji żeby to zmienić. "

Jest opcja. Mógł przekazać firmę w spadku SPOŁECZEŃSTWU - na przykład państwu albo jakiejś instytucji non-profit. "Guardian" jest taką dobrą gazetą m.in. dlatego, że nie wydaje go nastawiona na zysk korporacja, tylko fundusz powierniczy założony w 1936 przez niejakiego Johna Scotta. To samo *mógłby* zrobić Halliday (gdyby nie był takim kawałem ch...a).

"nie potrafi też zniszczyć dzieła swojego życia, więc robi ten konkurs żeby uspokoić sumienie?"

Czy gdyby OASIS przekazano państwu / fundacji, byłoby "zniszczone"?
-
2018/04/08 16:00:43
@wo

Ok. Oczywiście masz rację, tylko że nie bardzo widzę w tym potencjał na dobry film akcji dla nastolatków, a Spielberg tylko takie umie robić. Twoje rozwiązanie mogłoby chyba tylko pojawić się na końcu, jako pomysł Wade'a co dalej z tym zrobić. Gdyby Halliday oddał Oasis funduszowi powierniczemu to mielibyśmy raczej jakiś thriller sądowy pt. 'evil korpo robi wszystko żeby podważyć testament Hallidaya'.

Co do zniszczenia dzieła życia to chodziło mi raczej o to że mógł nacisnąć czerwony guzik ale wolał oddać komuś udziały. Tylko że jakby nawet zaorał zupełnie kod i wysadził w powietrze backupy to i tak zaraz ktoś wskoczyłby na jego miejsce z oasis 2.0.

No i Spielberg nie zrobi nigdy naprawdę mrocznego i dystopijnego filmu o czym już wspominali w komciach powyżej. Ja na przykład wolę żeby robił takie odgrzewki Goonies niż psuł mi nostalgię kolejnym gniotem w stylu Indiany Jonesa 4.
-
2018/04/08 16:51:10
@havermayer

"Spielberg nie zrobi nigdy naprawdę mrocznego i dystopijnego filmu"

Jednak Monachium jest przygnębiające potwornie, nie jest to dystopia, ale pokazuje, że Spielberg umie i tak. Raczej bym szedł tropem bantusowych korpo-decyzji. I dzięki za recenzje, skutecznie mnie od oglądania filmu odstraszyła, jeśli nic z książki nie zostało.

-
wo
2018/04/08 22:42:48
@havermeyer
"Twoje rozwiązanie mogłoby chyba tylko pojawić się na końcu, jako pomysł Wade'a co dalej z tym zrobić."

No właśnie - w finale zamiast "sprawdzałem cię, czy będziesz dobrym następcą na tronie Wrednego Monopolu", mogłoby być "sprawdzałem cię, czy będziesz dobrym pierwszym szefem fundacji non-profit". To byłyby w sumie drobne korekty w dialogach, ale nie pomyślał o tym Cline, a Spielberg jeszcze bardziej przesunął w stronę neoliberalnego ideolo.

@wojtekr
"jeśli nic z książki nie zostało. "

Coś tam zostało... ale niewiele. Ogólna idea "opowieści o graczu VR".
-
2018/04/10 22:31:45
> Nie kupuję filmowego happy endu. Korporacyjnego zła nie wyeliminujemy przez samą tylko zmianę zarządu

Ale czy książkowy happy end jakoś szczególnie się różni?
-
2018/04/11 08:58:10
Chciałam wiedzieć czy mam to czytać,czy tak sobie ominąć.Dalej nie wiem.Co komentarz to inna opinia.
-
wo
2018/04/11 13:57:54
@kosmaty
"Ale czy książkowy happy end jakoś szczególnie się różni?"

Jest trochę więcej goryczy, bo np. trochę mniej osób dożywa tego happy endu, wątek "wspólnej paczki przyjaciół" jest jakby inaczej rozegrany, no i zupełnie nie ma najbardziej dla mnie żenującego motywu, "dzieciaki, nie siedźcie tyle w sieci".

@gregoria
"Chciałam wiedzieć czy mam to czytać,czy tak sobie ominąć.Dalej nie wiem.Co komentarz to inna opinia"

To jeszcze nic, najgorsze to jak ktoś zapyta "jak żyć"!
-
2018/04/11 15:16:12
@gregoria
Jak się za dużo czyta opinii, to się ma potem problemy decyzyjne. A można było poprzestać na pierwszym zdaniu notki...
-
2018/04/11 15:41:37
@gregoria
Czytać można, ale jak to często w SF bywa, bardziej dla idei niż wykonania. Dialogi często drewniane, zachowania nierealistyczne, itp.
Dla mnie najlepsze SF o grach komputerowych to "Constellation Games" Leonarda Richardsona, też z 2011
-
2018/04/11 16:28:17
@no i zupełnie nie ma najbardziej dla mnie żenującego motywu, "dzieciaki, nie siedźcie tyle w sieci".

Trochę jest -- monolog Zuckerjobsa i ostatnie zdanie:

I created the OASIS because I never felt at home in the real world. I didnt know how to connect with the people there. I was afraid, for all of my life. Right up until I knew it was ending. That was when I realized, as terrifying and painful as reality can be, its also the only place where you can find true happiness. Because reality is real. Do you understand?
Yes, I said. I think I do.
Good, he said, giving me a wink. Dont make the same mistake I did. Dont hide in here forever.

(...)

Some time later, she leaned over and kissed me. It felt just like all those songs and poems had promised it would. It felt wonderful. Like being struck by lightning.
It occurred to me then that for the first time in as long as I could remember, I had absolutely no desire to log back into the OASIS.
-
2018/04/11 22:57:07
Ok, przeczytałem książkę i w sumie nie do końca rozumiem zniesmaczenie Gospodarza ekranizacją.
W zasadzie wszystko w książce jest, tylko bardziej. Książkowy Wade to klasyczny shoeshine millionaire, w filmie tego aż tak nie widać, bo od razu buja się DeLoreanem, w książce jest na samym dole drabiny społecznej.

Książkowe IOI też jest opresyjnym molochem, ale jakimś cudem bez problemu daje się ograć jednemu dzieciakowi nieznającemu życia poza wirtualem. Zresztą to mnie najbardziej uderzyło - w książce rzeczywistość wygląda jak jakiś level z DeusExa, który można łatwo klepnąć jak tylko ma się rozwinięte skillsy hakerskie i parę właściwych itemów w ekwipunku.

Opis świata zewnętrznego był może trochę bogatszy niż w filmie, ale nie zauważyłem jakieś ujmującej trafnością metafory współczesności - ot, kolejny wariant cyberpunkowej dystopii minus wszczepy.

W książce Oasis jest dalej osobne od IOI, które jest tylko providerem, nie tworzy kontentu. Cała potęga IOI bierze się z tego że kontroluje dostęp do symulacji, może tu jest trochę podobieństwa do tego jak potężny jest google i fb jako narzędzia dostępu do treści i czym to może grozić. Odniosłem jednak wrażenie że setting książki to efekt raczej globalnego ocieplenia i kryzysu energetycznego spowodowanego kończącymi sie paliwami kopalnymi a nie rozpędzonym turbokapitalizmem. Przynajmniej tak czytam intencje autora. Wszystko się rozpada bo niedobory energii i żywności powodują wzrost cen i wypychają mnóstwo ludzi w stefę skrajnego ubóstwa, państwo nie daje sobie rady z tą sytuacją, bo biedni nie płacą podatków, tylko wymagają wsparcia (kartki żywnościowe). Kiedy państwo staje się niewydolne z powodu ograniczonych środków megakorpy zaczynają się panoszyć bo te środki mają, a państwo nie jest w stanie ich kontrolować niedoinwestowanymi służbami podatnymi na korupcję. (Przy czym na końcu pojawia się nawet FBI, więc ten rozpad chyba jeszcze nie jest ostateczny).

Tyle w kwestii 'wydajemisie'.

W kwestii notki zaś mam parę sprostowań po świeżej lekturze książki (uwaga SPOJLERY):

1. Oasis nie zmonopolizowało edukacji - Wade mógł wrócić do szkoły w realu, ale napawa go to przerażeniem, bo niedoinwestowane szkoły publiczne są pełne przemocy, a w oasis nikt nie może go skrzywdzić bo Ludus to no PvP zone.

2. Odpracowywanie długu jest w książce na zasadzie spłacania długu mafii, to fakt, ale Wade dostaje się na helpdesk tylko dlatego, że spreparował dane swojej fałszywej osobowości i odpowiednio rozwiązał testy, inaczej pewnie dostałby jeszcze gorszą robotę jako dzieciak bez szkoły i dośwadczenia. Więc to nie tak że degradacja na słuchawkę dla każdego.

3. Z tą degradacją środowiska to też nie do końca tak, bo jak już w finale wychodzą z domu to są zachwyceni. Środowisko jest ok, raczej problem w tym że jak mieszkasz w faveli to nie masz czasu na zachwycanie się widokami bo walczysz o przetrwanie.

Tyle. Dobrze się bawiłem podczas lektury i nie żałuję tych paru $$ zostawionych u Bezosa.
-
2018/04/12 14:26:19
@havermeyer
"Odniosłem jednak wrażenie że setting książki to efekt raczej globalnego ocieplenia i kryzysu energetycznego spowodowanego kończącymi sie paliwami kopalnymi a nie rozpędzonym turbokapitalizmem."

Czy to aż trzeba pokazywać palcem, że zmiany klimatyczne i kryzys energetyczny to skutki zdychającego turbokapitalizmu? To paradoksalne, że już to u schyłku PRL-u przeżywałem: gospodarkę niedoboru, katastrofy ekologicznej, braku wody zdatnej do picia. Nikt wtedy nie pokusił się o wnioski jakie to będzie mieć dla gospodarki światowej.
-
2018/04/12 15:00:25
@maciek_r10

Wnioski są przecież doskonale znane wszystkim zainteresowanym, napisano o nich pierdyliard prac naukowych, drugie tyle książek, głośno mówią o nich nawet takie bastiony kapitalizmu jak MFW czy Bank Światowy.

Po prostu globalny system ekonomiczno-polityczny ma generalnie te wnioski gdzieś, co się nie zmieni, dopóki realna władza będzie skupiona wokół garści jednostek i organizacji nastawionyc na krótkoterminowy zysk. Czyli w praktyce wcale.

Jak nie jestem fanem paradoksu Fermiego i całego tego gadania o wielkich filtrach, to akurat to jest całkiem zgrabny filtr (może i wielki, czemu nie) o który nasz gatunek przywali czołowo jak pijany kierowca w betonową ścianę.
-
wo
2018/04/12 16:21:56
@havermeyer
" Oasis nie zmonopolizowało edukacji - Wade mógł wrócić do szkoły w realu, ale napawa go to przerażeniem, bo niedoinwestowane szkoły publiczne są pełne przemocy, a w oasis nikt nie może go skrzywdzić bo Ludus to no PvP zone."

No ale tak samo działają dzisiejsze monopole. Teoretycznie możesz nie być na fejsie i nie używać google'a ani internetu, ale twoje życie będzie wtedy wyglądało dziwnie i prawdopodobnie sporo za to dopłacisz. Wade prawdopodobnie ma realne powody, by jednak unikać niedoinwestowanych szkół publicznych, jeśli alternatywą jest "x albo wpierdol", nie można mówić, że x jest dobrowolny.

Pozostałe uwagi Twoje i MRW przyjmuję z pokorą, czytałem to jednak parę lat temu.
-
2018/04/12 21:50:09
Ja się filmem nie zawiodłem i jarałem się jak dzieciak. Do tego polecam obejrzeć w 4D. Tak jak te "fotelowe wodotryski" jakoś nigdy mi nie pasowały do normalnych filmów, tak do filmu który jest w 90% grą komputerową pasują idealnie.

@bantus
Miałem bardzo podobne przemyślenia co do korpo-narad ustalających scenariusz. Bardzo chciałbym zobaczyć jak przebiegał proces przerabiania tej strasznie "geekowskiej" książki na coś co da się sprzedać w kinie szerszemu gronu odbiorców. Czy były jakieś kłótnie/emocje czy po prostu stwierdzili "ok, trzeba zagadkę z Dungeons and Dragons i grę na starym automacie w Jousta na coś przerobić... propozycje... niemożliwy wyścig? kingkong? podoba mi się". Podobno sam Cline brał udział w tych spotkaniach i jest kredytowany jako współautor scenariusza, więc nie można chyba zbytnio mówić o odebraniu działa autorowi. Czytałem jakiś wywiad w którym się cieszył, że np. film pozwolił mu rozbudować inne postacie (np. Artemis) gdy w książce pisanej całkowicie z punktu widzenia Wade'a nie mógł sobie na to pozwolić.

Nie wiem też czy przypisywanie książce Cline'a jakiegoś wybitnie ambitnego anty-korporacyjnego przesłania ma sens. Jak sam autor komentował, to dzieło przede wszystkim nostalgii. Jako spory geek, żałuję że tak dużo odniesień (Monty Python, DnD, Gry Wojenne) wycięto ze scenariusza, ale wystarczająco dużo zostało (a nawet zostało dorzucone) żebym się bawił przednie.

Dodam jeszcze, że bardzo podobał mi się zabieg pokazania Halliday'a jako aspergerowca/lekkiego autystyka albo przynajmniej mega-introwertyka, który nie potrafił wyrażać swoich emocji, ale udało mu się tak zaprojektować konkurs, że trzeba było te emocje poznać i zrozumieć żeby wygrać. Jakoś w książce tego aż tak nie odczułem, a w filmie wyszło bardzo fajnie, jak taka "psychoterapia zza grobu" (a może nie zza grobu, bo w końcu jest dość mocna sugestia tego, że Halliday się "uploadował").
-
2018/04/13 06:42:02
Jeśli "geekowi" do szczęścia wystarczy że gostek w książce napisze, że bohater "wsiadł do deloreana", to jesteśmy zgubieni jako kultura i cywilizacja (ale o tym pisałem jeszcze w 2011).
-
wo
2018/04/13 12:04:30
@bx
" Bardzo chciałbym zobaczyć jak przebiegał proces przerabiania tej strasznie "geekowskiej" książki na coś co da się sprzedać w kinie szerszemu gronu odbiorców."

Prawdopodobnie decydował najprostszy czynnik - do czego mamy (albo tanio je możemy uzyskać) prawa. To chyba jednak nie jest przypadek, że te najintensywniej cytowane filmy pochodzą ze stajni Warnera.
-
2018/04/13 12:23:51
Z tego co czytałem to cała sekwencja z Lśnienia pojawiła się tylko dlatego że Blade Runner 2049 był w produkcji, więc nie mogli odwołać się do BR jak książce. Jak dla mnie nie było szans żeby zrobić film 1:1 jak w książce bo ilość różnych podmiotów trzymających prawa do każdego filmu/anime/gry/komiksu szła pewnie w dziesiątki.
Podejrzewam tak jak WO, że przy pisaniu tego scenariusza zadziałało właśnie takie pragmatyczne podejście. Na papierze można wszystko, ale w kinie nikt nie będzie ryzykował procesu z właścicielem praw do jakiegoś robota z japońskiego serialu sprzed 30 lat, który mignie na ekranie przez 5 sekund.
-
2018/04/13 17:01:36
@bx82
"Bardzo chciałbym zobaczyć jak przebiegał proces przerabiania tej strasznie "geekowskiej" książki na coś co da się sprzedać w kinie szerszemu gronu odbiorców."

Przebiegał tak [1] i tak [2].

@havermeyer
"ale w kinie nikt nie będzie ryzykował procesu z właścicielem praw do jakiegoś robota z japońskiego serialu..."

Rzecz w tym, że podczas produkcji filmu nie było jasne, komu przysługują prawa do robota [3].


[1] www.indiewire.com/2018/03/ready-player-one-spielberg-movie-zak-penn-ernest-cline-1201944285/

[2] www.latimes.com/entertainment/movies/la-et-mn-ready-player-one-references-20180401-story.html

[3] ultra.wikia.com/wiki/Ultra_Series/Licensing_Disputes

-
2018/04/13 22:39:45
Czy możemy się szanować i nie nazywać Ultramana "jakimś robotem"?
-
2018/04/14 08:02:26
@mrw
Ja myślałem raczej o Leopardonie, tylko go niechcący odmłodziłem o dekadę.
-
2018/04/14 19:37:52
@wo
"Jest trochę więcej goryczy, bo np. trochę mniej osób dożywa tego happy endu"
Hmm, czytałem już parę lat temu, ale nie pamiętam żeby w książce ktoś zginą "na prawdę". A w grze to zginęli również w filmie.
-
2018/04/14 20:06:59
"ale nie pamiętam żeby w książce ktoś zginą "na prawdę".

Ja też czytałem dawno, ale pamiętam, że zaczęło się od bomby, potem ktoś wypadł z okna a bohater infiltrując korpo zdobywał dowody, że to nie był wypadek.