Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Hard rock w czasach #metoo

Miałem niedawno kilka spotkań autorskich w UK (jakie to jednak zabawne, że Ziemkiewicz - przy całym tym swoim hajsie, jednak nie może tego o sobie powiedzieć)! Przy ich okazji przeprowadziłem tradycyjnye rajdy po księgarniach.

Wpadła mi tam w ręce książka, którą polecam PT blogonautom: „Under My Thumb. Songs That Hate Women and the Women Who Love Them” (praca zbiorowa).

To zbiór feministycznych esejów, poświęconych seksistowskim, mizogynicznym i obiektyfikującym kobiety piosenkom z klasyki muzyki pop. Czego tu nie ma! Pulp, Bob Dylan, country, folk, hip-hop, metal...

Eseje pisane są przez feministki, z feministycznego punktu widzenia... ale jak sam tytuł zdradza, nie są to eseje nawołujące do cenzurowania popkultury. Gdzie byłby hiphop bez seksizmu, gdzie byłby blues bez „bo to zła kobieta była...”!

Szczególnie spodobał mi się esej „Dirty Deeds: Mischef, Misogyny and Why Mother Knows Best” Fiony Sturges. Jako i ja, autorka owa nie może się powstrzymać przed wyrzutami sumienia, słuchając AC/DC - ale nie może się też powstrzymać przed słuchaniem.

Znaczna część eseju poświęcona jest piosence „Whole Lotta Rosie” z albumu „Let There Be Rock” (1977). Piosenka opowiada o kobiecie, która „nie jest przesadnie ładna, ani przesadnie szczupła” (waży 120 kg), za to „jeśli chodzi o kochanie, kradnie show”.

Na pierwszy rzut oka mamy tu więc wszystkie najgorsze elementy seksizmu w popkulturze: body-shaming, slut-shaming, obiektyfikacja. Na dodatek na koncertach towarszyszy temu pokaz słynnej, gigantycznej, dmuchanej lali.

Poza tym jednak jest to świetny kawałek ze świetnej płyty. Co robić, jak żyć?

Fiona Sturges broni tej płyty na kilka sposobów. Po pierwsze, jak wynika z wielu wywiadów, muzycy AC/DC nigdy nie traktowali tekstów piosenek przesadnie serio, pisano je na kolanie. Na wokal należy patrzeć jak na jeszcze jeden instrument muzyczny.

Ten argument mnie akurat niespecjalnie przekonuje. Od strony czysto poetyckiej - oceniając jakość rymu i metafor - powiedziałbym, że teksty AC/DC są starannie dopracowane. Lepiej, niż niejednego zespołu progresywnego, co to jest och-ach, ale rymuje „fire” i „desire”.

To dotyczy zwłaszcza tekstów na „Let There Be Rock”, pełnych aluzyjnych nawiązań do historii rockandrolla, często całkiem zgrabnych literacko. Skoro więc autorzy (tradycyjnie podpisani jako trójka, Young/Young/Scott) włożyli trochę wysiłku w zabawę literacką „jak zacytować Chucka Berry”, to trudno uznać, że cała reszta wyszła im ot tak sobie.

Drugi interesujący argument Fiony Sturges jest taki, że w tej piosence (podobnie jak w innych tekstach AC/DC) to właśnie kobieta jest podmiotem, a mężczyzna przedmiotem. W odróżnieniu od innych klasyków rocka, opisujących w swoich tekstach gwałt czy zdradę, seks w tekstach AC/DC jest konsensualny i zwykle kobieta jest stroną inicjującą.

Kimkolwiek jest Rosie (Bon Scott twierdził, że to o prawdziwej kobiecie, ale jestem sceptyczny wobec oralnej historii erotycznych podbojów gwiazd rocka), tekst nie zostawia wątpliwości, że to ona zainicjowała zbliżenie. Podmiot liryczny ewidentnie uważa też, że to do niej należy decyzja, czy i kiedy się zakończy (najbardziej mu się podoba oczywiście to, że „to [his] surprise, Rosie never stops”).

Trzeci argument, pośrednio związany z tym drugim jest taki, że w życiu prywatnym większość muzyków AC/DC prowadziła stateczne, mieszczańskie życie. Wyjątkiem oczywiście byli dwaj autodestrukcyjni „źli chłopcy”, Bon Scott i Phil Rudd.

Rudd jednak za to wyleciał z zespołu, a Scott... no wszyscy wiemy. W każdym razie, Fiona Sturges argumentuje, że AC/DC nadają się nawet na Rozmowy Wychowawcze Z Córką.

Byłem na koncercie AC/DC na Bemowie, widziałem jak Angus Young i Brian Johnson biegają po scenie, równocześnie grając i śpiewając. To ciężko pracujący ludzie, którzy po prostu nie mogą sobie pozwolić na zarwanie nocy na rokendrolowe orgie. Jutro przecież grają kolejny koncert.

W czasach #metoo spoglądamy na dawne hity popkultury innym okiem, ale AC/DC generalnie dobrze znosi próbę czasu. Nawet w ich najbardziej sprośnych piosenkach pojawiają się kluczowe „let me...”, „she wanted...”, „...anything you want...”.

Jesteśmy na antypodach klasycznie seksistowskiego „czerwony jak cegła, muszę ją mieć”. Dla podmiotu lirycznego piosenek AC/DC decydujące jednak jest to, czego chce partnerka.

Będzie mi się teraz słuchało raźniej, skoro Prawdziwa Feministka W Prawdziwej Książce Co To Ją Przeczytałem W Foyles Na Krzywe Ryło, daje okejkę.

piątek, 23 lutego 2018, wo

Polecane wpisy

  • Dobre choć polskie

    Przeważnie nie lubię polskiej muzyki rozrywkowej - denerwują mnie słabi wokaliści i kiepskie teksty. Reszta przeważnie jest spoko, ale chciałbym, żeby wywalili

  • Now Playing (173)

    Wpadła mi w ucho piosenka Jurija Wizbora (w Polsce szerzej znanego jako Martin Bormann z „Siedemnastu mgnień wiosny”) zatytułowana „Opowieść t

  • Now Playing (172)

    Obejrzałem właśnie z zachwytem trzy pierwsze odcinki nowego serialu HBO „Vinyl” (więcej na razie dziennikarzom nie udostępnili). Moje skojarzenia są

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/02/23 23:35:11
Nie wiem czy chciałbym przeczytać taką książkę o rodzimym hr #odszedłeśbobyłeśsłaby. Problem z dobrymi muzykami, wokaliści included, polega na tym że talent muzyczny nie zawsze idzie w parze z mistrzostwem słowa. Niestety etos muzyki rockowej wymaga od wykonawców bycia kompozytorami oraz autorami tekstów, w końcu mieli być jednak jakoś tam probierzami młodzieńczej autentyczności.

Ciężko pracujący panowie, żeby codziennie dać na scenie szoł na poziomie i nikt nie domagał się zwrotu za bilety... Rozumiem że jazzmani, ale rock to zdecydowanie prehistoria.
-
2018/02/24 00:48:03
@"czerwony jak cegła, muszę ją mieć

Haha. No, ale trzeba przyznać, że "love hungry man", "make a meal outta you" oraz "Don't want no conversation I need sweet sensation" to tylko odrobinę zgrabniejsze zwroty ujmujące podobny problem i raczej nie wpisują się już w zasadę "Girls got rhythm" czy "one of those nights when you turn off the lights... o rany, sorki, że tak w ramach jednego albumu się kręcę.

Na plus oczywiście, że nie ma tutaj zwrotów "nie wiem, jak mam to zrobić, ona zawstydza mnie" ani "no, pokaż skarbie, co już umiesz" (historie chłopców z Radomia, nawiasem przepraszam Radom, bywają jednak bardziej komiczne niż tych z Sydney).
-
2018/02/24 09:56:05
A u nas za to ja zawsze wkurwiam się gdy słyszę "z autobusem Arabów zdradziła go".
-
2018/02/24 10:02:29
@doc.hunter

"Na czekoladę poczułem chęć" jest jeszcze straszniejsze...
-
2018/02/24 11:08:01
@muszę ją mieć

Będę bronił Ryśka, chociaż jego muzyki nie znoszę.
Wers "muszę ją mieć" jest raczej głosem prawiczka przygniecionego narzuconym przez kulturę ciężarem pierwszego razu. Nie może wypaść z roli, musi stać się mężczyzną itd. Stąd też to "muszę", ale jest to "muszę" człowieka w sytuacji, której musi podołać, tak jak musi się zdać egzamin, zrobić prawo jazdy itd.
-
2018/02/24 11:18:23
@mkwa Tam dalej jest jeszcze "bardzo nieletnia". #kydrybear, a dodatkowo jeszcze zgrzyta gramatycznie.
-
wo
2018/02/24 11:41:03
@martin
"to tylko odrobinę zgrabniejsze zwroty ujmujące podobny problem"

No właśnie nie, bo nawet w tych najgłupszych piosenkach masz podmiot liryczny zwracający się do kobiety o wyrażenie informed consent.

@markowicz
"Wers "muszę ją mieć" jest raczej głosem prawiczka przygniecionego narzuconym przez kulturę ciężarem pierwszego razu."

Ale ja się zgadzam, że to jest skutek polskiej kultury seksizmu (i kultu alimenciarza z kucykiem). Niemniej jednak, dla podmiotu lirycznego piosenek Dżemu (Perfektu, itd.) satysfakcja / szczęście / przyzwolenie kobiety zdaje się nie mieć znaczenia. Jak jej się coś nie podoba, to "Idź precz do mamusi, do kołtuństwa".
-
2018/02/24 12:15:27
@wo
"No właśnie nie, bo nawet w tych najgłupszych piosenkach masz podmiot liryczny zwracający się do kobiety o wyrażenie informed consent."

Hm. No właśnie w tym, który tak trochę na siłę wybrałem, bo też od razu mi się skojarzył, raczej jest w kółko to przedstawianie przez podmiot liryczny "co bym najchętniej ci zrobił" oraz "jak to mają mężczyźni, kiedy muszą", ale jestem w stanie się od biedy zgodzić, że to oczekiwanie świadomej zgody występuje niejako implicite, bo piosenka tu ma przecież za zadanie ciągle kumulować i nie rozwiązywać napięcia (cokolwiek tam się dzieje w prostej warstwie harmonicznej). U Ryśka Riedla też by się dało, ale... no właśnie - jest: "muszę mieć", a to wskazuje tylko, że "gdyby nie Alpy...", bo podmiot liryczny zwraca się co najwyżej do reszty samców w otoczeniu lub mdlejących fanek. Dobra, niech będzie, ustępuję.

Już u Artura Gadowskiego wygląda to odrobinę lepiej, ale nad tymi fantazjami raczej należałoby spuścić zasłonę milczenia lub uznać, że no, fajnie chłopaki pożartowali sobie, jak zresztą stoi na Wiki.
-
2018/02/24 12:40:49
Mam wrażenie zresztą, że u nas podmiot liryczny bezpośrednio zwracający się do kobiety to częściej u diskopolowców niż rockmanów. Oczywiście teksty z kategorii "quench my desire, give it when I want it" się zdarzają, czasem przybierając formę "dobrze wiesz i ja to wiem, że kochasz, kochasz, ale boisz się", ale ogólnie mam wrażenie, że u nas teksty w drugiej osobie w tym konkretnym temacie to śliski grunt, prowadzący często w rejony poetyki diskopolowej.
-
wo
2018/02/24 15:14:03
@martin
"Mam wrażenie zresztą, że u nas podmiot liryczny bezpośrednio zwracający się do kobiety to częściej u diskopolowców niż rockmanów. "

Żeby to było takie proste! Już przytaczałem przykład piosenki w drugiej osobie, w której podmiot liryczny obwinia kobietę o to, że jest takim złamasem ("Idź precz!"). Takich przykladów jest więcej ("to chyba nasz ostatni taniec"). Szczególnie w tekstach Olewicza podmiot liryczny jest jakimś egoistycznym kutafonem, który oczekuje, że cały świat będzie się kręcić wokół niego ("odkręciła gaz, nie zapukał nikt na czas, znów jak pies byłem sam" - I TO JEST W TEJ SPRAWIE NAJWAŻNIEJSZE, ŻE ZNÓW BYŁEŚ SAM, BUCU? HELOU?).

Kiedy Bon Scott śpiewa o byciu Złym Mężczyzną (TM), jest pierwszym, by potępić samego siebie za rozpad związku ("Aint too young to admit it / And I'm not too old to lie / I'm just another empty head").
-
2018/02/24 15:24:43
Nie no, jasne. W szerszym, emocjonalnym kontekście są przykłady i zasadniczo zgoda co do meritum. Chodziło mi bardziej o ten stricte seksualny wymiar (ja się oczywiście zgadzam, że on się łączy z innymi, typu: "ja czekam trzeci dzień, patrzę na drzwi" itd., ale bardziej miałem na myśli ten spod znaku "ty w mojej klasie uczysz, języka angielskiego..."). Tutaj już jest niebezpieczny grunt, bo za chwilę zbliżamy się do "pod bluzeczką dwa jabłuszka masz, jak poproszę, to mi jedno dasz". Ale też się nie upieram, bo może po prostu teraz mi nie przychodzi nic innego do głowy poza Kazimierzem Staszewskim czy, o zgrozo, jakąś "Jolką" Defektu. Punk rock to zresztą trochę inna historia.
-
2018/02/24 19:54:47
Dobry wieczór,

Pomyślałem sobie, że skoro wpis i zamieszczone pod nim komentarze są - w dużej mierze - o pierwszych razach to i ja, z pewną, że tak powiem nieśmiałością pozwolę sobie na pierwszy raz, czyli pierwszy tutaj komentarz. Tym bardziej, że wiele osób, z którymi można prowadzić ciekawe dyskusje tu i ówdzie, wymagają ukończenia co najmniej dwóch semestrów na "wojtkologii". Mam nadzieję, że dobrze trafiłem (?) Od razu zapytam na marginesie: czy wystarczy tu do Pana przychodzić na zajęcia, słuchać i nie przeszkadzać, żeby dostać zalkę, czy też konieczny jest czynny udział w zajęciach albo nie daj boziu zdać jakiś egzamin (?)

Mając na celu zaznaczenie swojej obecności na dzisiejszych ćwiczeniach, chciałbym zwrócić uwagę na niezwykle interesujący i nie wiem dlaczego dotychczas nieprzytoczony, tekst piosenki "W domach z betonu". A jak już chciałbym zwrócić uwagę na tekst, to tak, chciałbym również zwrócić uwagę na muzykę do tejże piosenki, bo piosenka składa się z wersów, znaczy tekstu i z muzyki, wiadomo... pogubiłem się, przepraszam... Ma ktoś może wodę na sali (?)

No więc ten tekst, ta ładna piosenka, co jej autorem jest przedstawicielka płci pięknej, leci tak: "(...) najpierw zdjęłam koszule potem trochę tańczyłam i przez chwile się czułam jak dziewczyny w "świerszczykach" (...) Ten z przeciwka (...) stał (...) jak skała pomyślałam "to dla ciebie ta rewia rusz się, przecież nie będę tak stała" (...) i potem: "(...) po południu zobaczyłam go w sklepie patrzył we mnie jak w jakiś obrazek (...) wieczór spędzimy znów razem (...)".

Myślę, że dopuszczalna jest interpretacja powyższego utworu jako odpowiedzi podmiotu lirycznego na te wszystkie dziecinne "no dalej weź mnie" i AC piorun DC itd., ukazuje w moim przekonaniu, jak drewniani są faceci i jednocześnie jak betonowe - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - muszą być kobiety, aby z nimi wytrzymać. Dowodzi, że w świecie zdominowanym przez prostackich idiotów, poezję mogą ocalić jedynie dziewczyny. Tutaj dochodzimy do wiersza (powinienem powiedzieć "wierszu"?) Leśmiana "Dziewczyna", który jest o tym, że dwunastu braci chciałby być jak dziewczyna, ale nie mogą przebić muru. Ale już i tak za dużo powiedziałem, nie chciałbym zabierać głosu innym...
-
2018/02/25 00:16:17
Ciekawsze jest co dziś hard rock w czasach metoo ma do powiedzenia. Bo co tam dziadki z czasów Nixona i Breżniewa?
-
wo
2018/02/25 11:20:47
@stanislaw
"Od razu zapytam na marginesie: czy wystarczy tu do Pana przychodzić na zajęcia, słuchać i nie przeszkadzać, żeby dostać zalkę, czy też konieczny jest czynny udział w zajęciach albo nie daj boziu zdać jakiś egzamin (?) "

Ta druga metafora jest o tyle trafna, że to działa trochę jak z rekrutacją na co lepszych polskich uczelniach. Próg wejścia jest stosunkowo niski, tylko trudno przetrwać pierwszy rok. Ja po prostu programowo nie wierzę w Wolność Słowa w Internecie (skoro jej nie ma Tak W Ogóle, to niby dlaczego mam utrzymywać jej iluzję na swoim blogasku), za to jestem przekonany, że niemoderowana dyskusja staje się szambem (patrz Twitter).

"No więc ten tekst, ta ładna piosenka, co jej autorem jest przedstawicielka płci pięknej"

Zdaje się, że przedstawicielka wykonuje, ale tekst napisał jej mąż (ale w sumie masz rację, zwłaszcza jeśli chodzi o polską muzykę).

@martin
"Tutaj już jest niebezpieczny grunt, bo za chwilę zbliżamy się do "pod bluzeczką dwa jabłuszka masz, jak poproszę, to mi jedno dasz". "

Bo to chyba w ogóle jest tak, że muzyka taneczna z natury rzeczy chętnie opisuje podryw, a więc wynika z tego, że podmiot liryczny nie może być pokazany jako totalny buc. Blues i rock chętnie opisują rozstania (albo nieudane związki) i tu jest właśnie moment, w którym autor (podmiot liryczny) odsłaniają karty. Zazwyczaj pokazują siebie jako niezdolnych do empatii egocentryków (typowa sytuacja w polskim bluesrocku), albo jednak potrafią przyznać, "to ja zawaliłem sprawę" ("Ride On" AC/DC), ew. szukać przyczyn w innych zjawiskach, np. różnicy klasowej ("You'll never live like common people").

-
2018/02/25 12:09:34
@wo

Tak. Ma Pan rację, tekst napisał mąż, a zatem ten piękny utwór jest rezultatem, jakby to powiedzieć, zdrowej i naturalnej współpracy międzypłciowej, atmosfery wzajemnego zrozumienia pomiędzy zmiennikami (tu nawiązuje do piosenki Gintrowskiego z serialu), ręka w rękę. Dodam, że znakomite efekty przynosi także tego rodzaju wpółpraca w filmie (Szumowska i Kościukiewicz, dzieła małżeństwa Krauze). Przyszłość we wzajemnym szacunku i współpracy, przy wiodącej chyba jednak roli kobiet.
-
2018/02/26 10:59:58
@wo

"Trzeci argument, pośrednio związany z tym drugim jest taki, że w życiu prywatnym większość muzyków AC/DC prowadziła stateczne, mieszczańskie życie.
(...)
Byłem na koncercie AC/DC na Bemowie, widziałem jak Angus Young i Brian Johnson biegają po scenie, równocześnie grając i śpiewając. To ciężko pracujący ludzie, którzy po prostu nie mogą sobie pozwolić na zarwanie nocy na rokendrolowe orgie. Jutro przecież grają kolejny koncert."

Tak samo jak ocena hard rocka w czasach metoo tak samo ocena tekstów AC/DC z czasów lat 70 na podstawie ich zachowania na scenie w roku about 2010 trąci trochę ahistorycznością. Borysewicz dziś też jest żonaty, dzieciaty, już nie pokazuje (chyba?) różnych części ciała na scenach i też musi się oszczędzać na koncertach. Ale należy do grupy muzyków, którzy odcinają kupony od dawnej świetności i prezentuje stare znane hity - obok paru nowych. Ale i publiczność, wiekowo zbliżona do muzyków, poszukuje bardziej nostalgii niż buntu, sama mając lata szaleństw za sobą a prowadząc w miarę ustatkowane życie. W którym po koncercie trzeba na trzeźwo dojechać do domu i zapłacić babysitterce za opiekę nad dziećmi.

I być może tu jest cała tajemnica za tym filozoficznym rozkładaniem mizoginizmu w tekstach sprzed lat na części pierwsze i pozornym przeciwieństwem do pozytywnego stosunku emocjonalnego do nich. Kto pamięta, jakim cielęciem za młodu był, jakie głupie teksty czasem rzucał o kobietach i wobec kobiet (lub może z drugiej strony, jak takich tekstów wysłuchiwała) traktuje je z przymrużeniem oka, historie sprzed lat, głupoty, z których się wyrasta.

A przynajmniej - powinno wyrosnąć. Metoo pokazało, że jednak nie wszyscy, nie we wszystkich branżach. A i Decapitated musieli stwierdzić ostatnio, że groupies dziś to już nie to samo co kiedyś.
-
2018/02/26 13:19:27
@piotr.markowicz1988
"Będę bronił Ryśka, chociaż jego muzyki nie znoszę. "

Autorem tekstu do rzeczonej piosenki nie jest wspominany Ryszard.
-
2018/02/26 13:23:29
@bantus
"etos muzyki rockowej wymaga od wykonawców bycia kompozytorami oraz autorami tekstów, w końcu mieli być jednak jakoś tam probierzami młodzieńczej autentyczności."

Ale przecież nie dotyczy ani "autobusu arabów" ani "na czekolade poczułem chęć" ani nawet "muszę ja mieć" z "Czerwony jak cegła".

-
2018/02/26 13:33:33
Podzielę się pewną praktyką, którą stosuję od jakiegoś czasu, gdy szukam ciekawej muzyki. Zaglądając na kanał YT radia KEXP z Seattle, gdzie publikowane są zapisy żywych występów zespołów przychodzących na wywiad do radia, wybieram zespoły z kobietami w składzie. Nie gwarantuje to niczego, ale odnoszę wrażenie, że przeciętnie takie składy grają ciekawiej niż męskie (a zwłaszcza męsko-gitarowo-rockowe, które mniej lub bardziej świadomie próbują być kolejnym AC/|/DC, G'n'R lub Metallicą).
-
2018/02/26 13:39:00
@azdzisio

"Autorem tekstu do rzeczonej piosenki nie jest wspominany Ryszard."

Co nie zmienia faktu, że Ryszard dokonywał autoryzacji przed nagraniem.
I cóż, niestety nie pamiętam już w którym dokumencie o Dżemie, ale padło zdanie, że Ryszard zawsze odrzucał wszelkie teksty zahaczające o przemoc (jakże przecież zakorzenione w bluesie, od "bring me my shotgun" po "Jak ładnie ci w tej sukni"). I akurat to daje się obronić, Ryszard właściwie zawsze w tekstach, które śpiewał, występował z pozycji "Beniamina".

@wo

"Niemniej jednak, dla podmiotu lirycznego piosenek Dżemu (Perfektu, itd.) satysfakcja / szczęście / przyzwolenie kobiety zdaje się nie mieć znaczenia"

Bo "Czerwony jak Cegła" zaczyna się już po przyzwoleniu - "Nie wiem jak mam to zrobić, ona zawstydza mnie".
Oczywiście bucuwy polskiego rocka nie mam zamiaru bronić, jednym z najobrzydliwszych tekstów nagranych kiedykolwiek jest "nigdy nie wierz kobiecie".
-
2018/02/26 13:56:42
@steelman
"Zaglądając na kanał YT radia KEXP z Seattle, gdzie publikowane są zapisy żywych występów zespołów przychodzących na wywiad do radia, wybieram zespoły z kobietami w składzie"

Książka Kim Gordon z SY ("Dziewczyna z zespołu") dowodzi, że to absolutnie niczego nie gwarantuje.
-
2018/02/26 14:08:19
@steelman
"odnoszę wrażenie, że przeciętnie takie składy grają ciekawiej niż męskie (a zwłaszcza męsko-gitarowo-rockowe, które mniej lub bardziej świadomie próbują być kolejnym AC/|/DC, G'n'R lub Metallicą"

Na KEXP? No bez jaj. Kogo ty tam wyczaiłeś? Thee Oh Sees? The War on drugs? Bo że nie Helado Negro, to jestem w stanie załapać. Nie że nie rozumiem słuchania namiętnie nagrań live KEXP babskich bandów od Warpaint po Chastity Belt, ale nie mogę niczego takiego aspirującego do wymienionych przez Ciebie bandów skojarzyć z tą stacją radiową. Poza tym pełno jest przecież jeszcze mieszanych składów jak np. Yo La Tengo. Co prawda gdy już człowiek wyrośnie trochę, to już nie będą go kręcić te nowe nagrania jak, dajmy na to, pierwsza płyta Drugstore, ale... sporo fajnych wciąż jest.
-
2018/02/26 14:29:01
@martin.slenderlink

"Nie że nie rozumiem słuchania namiętnie nagrań live KEXP babskich bandów od Warpaint po Chastity Belt, ale nie mogę niczego takiego aspirującego do wymienionych przez Ciebie bandów skojarzyć z tą stacją radiową. Poza tym pełno jest przecież jeszcze mieszanych składów jak np. Yo La Tengo."

Um... czy ja wymieniałem jakieś bandy? I wcale nie wykluczyłem tych mieszanych. Zespoły z kobietami w składzie to przede wszystkim takie i jest ich ostatnio zauważalnie więcej (przez co metoda przestaje działać).
-
2018/02/26 14:45:05
@steelman

Ale ja pytam o te męskie, co to niby mniej lub bardziej świadomie...
-
2018/02/26 15:33:29
@bert04
"Kto pamięta, jakim cielęciem za młodu był, jakie głupie teksty czasem rzucał o kobietach i wobec kobiet (lub może z drugiej strony, jak takich tekstów wysłuchiwała) traktuje je z przymrużeniem oka, historie sprzed lat, głupoty, z których się wyrasta. "
Zawsze w tym temacie przypomina mi się jak Andy Partridge (skądinąd tekściarz raczej dobry) odżegnywał się od lyricsów "Sgt. Rock (Is Going To Help Me)": Right, I'm standing up here and now, and saying this song embarrasses the shit out of me. Of all the tunes that I've written, that made it to tape, this makes me cringe the worse. It's not the music, that's solid enough. All the instruments in the track mesh nicely enough, but the lyrical sentiment, oh dear. It was supposed to be ironic, you know, nerdy comic fan imagines two dimensional hero can help him with his unsuccessful chat up technique. It did not work. It just came out limply crap. Virgin insisted it be included in this set, otherwise I'd gladly erase it from our history. We all make mistakes.
-
2018/02/26 15:35:40
@martin.slenderlink

To ja przepraszam.

Zatem trzy trafione: Black Pistol Fire, King Gizzard and the Lizard Wizard, Strand Of Oaks. Starałem się wybrać (względnie) młodsze składy, których wtórność jest bardziej ewidentna. Starsi, którzy grają od 20-30 lat, swoją porcję innowacji zaliczyli (albo nie) i teraz odcinają (wyszarpują czasami) kupony.

Żeby była jasność, doceniam dobre rzemiosło. Dobry stolarz jest dobry nie dlatego, że robi krzesła innowacyjne, tylko dlatego, że jego krzesła są wygodne i nie rozpadają się.
-
2018/02/26 17:16:16
@steelman

Węszę przesadę. Może ten drugi band dryfuje od niedawna w okolice klasycznego hard'n'heavy (muzycznie), ale ten pierwszy? Jakoś nie mogę się dopatrzeć takich aspiracji. Przecież to taki energetyczny duet, jak Royal Blood, z tą różnicą, że tam jest przesterowany bas, a tutaj go nie ma. Może te riffy nie są szczytem innowacyjności, ale niekiedy im bliżej już do kawałków Joe Cockera w trybie przyspieszonym (puls, drive i takie tam, nie chodzi mi o "brud" z wiosła) niż klimatów z "Highway to hell" lub innego "Use your illusion" (może to jest tak, że każdy słyszy, co chce w tym przypadku). Przesłuchałem nawet ich (BPF) set z KEXP i ciężko mi sobie wyobrazić, żeby Slash z Duffem opowiadali, jak to poznali się w przedszkolu i wciąż niezbyt się lubią. Nie wiem, czy nie woleliby o groupies pogadać.
-
2018/02/26 17:33:44
A Timothy Showalter to mi się zdaje bliższy być w manierze wokalnej panu Vedderowi niż panu Rose, niektóre utwory na słynnej koncertówce Pearl Jam z 92 roku mogłyby się śmiało zmieścić. W ogóle gdyby jakieś Temple of the Dog nagrało utwór o "braniu kwasa i rozmowie z bratem" (np. z jakimś Cornellem na wokalu), mniej bym się zdziwił tym faktem niż gdyby to uczynił GNR. Może to wszystko mało innowacyjne, ale z tezą o aspiracjach się zupełnie nie zgadzam. Nie da się w tych klasycznych gatunkach transowo wydłużać utworów bez trzech wejść z solówką (jak np. w jakimś Estranged). Nie te reguły gry. Nawet na gigu przy pełnym stadionie.
-
2018/02/26 19:06:04
@bert04
"Decapitated musieli stwierdzić ostatnio, że groupies dziś to już nie to samo co kiedyś."

Jeszcze ktoś sobie wyobrazi niszowy koncert metalowy jak jakiś Beatlesów. Może niektórzy muzycy lubią się chwalić co to nie oni, ale 90% publiki to są kolesie, średnio. A jak wyjdziesz spod sceny bez siniaków to znaczy, że coś poszło nie tak.

No i tutaj to też goście, którzy mają żony i dzieci. Znani raczej z zasuwania w robocie niż dzikiego imprezowania a'la AC/DC w swoim czasie. Żeby wypaść z limuzyny i puścić pawia na czerwony dywan w drodze na event musi cię być stać na to limo i całą resztę. Czasy rokenrolla na tym odcinku już dawno się skończyły.

@azdzisio
Podobno pożyczanie tekstów w PL skończyło się w '89, gdy okazało się, że za bycie autorem też jest kaska.
-
wo
2018/02/27 12:46:11
@bantus
"Podobno pożyczanie tekstów w PL skończyło się w '89, gdy okazało się, że za bycie autorem też jest kaska"

Chyba odwrotnie, w PRL właśnie lepiej był traktowany autor niż wykonawca.
-
2018/02/27 16:38:55
@wo

Taką opinię muzyka kiedyś przeczytałem, nie jestem w stanie zweryfikować jak to wyglądało w rzeczywistości. Zresztą pewnie różnie w różnych okresach. Ale ponoć dopiero w IIIRP tantiemy za własne teksty stały się mocnym bodźcem do rzeźbienia samemu.
-
2018/02/27 19:07:27
@bantus

...ponoć dopiero w IIIRP tantiemy za własne teksty stały się mocnym bodźcem do rzeźbienia samemu...

Ponoć bieda daje kopa by tworzyć, jak jest się prawdziwym artystą. Forsa tworzy tłuste koty i rozleniwia. A może to kwestia wieku?
No ale nie jestem twórcą. To tylko taka dygresyjka, bez prawa do osądu.
-
2018/02/27 20:51:22
@martin.slenderlink

Być może zbyt oszczędnie gospodarowałem dokładnością mej wypowiedzi, ale kolega dał radę wyczuć.

"Nie te reguły gry."

Wynajdując praktykę nie miałem i do dziś nie mam pojęcia, dlaczego składy mieszane lub kobiece grają ciekawiej (według mnie). Być może to kwestia jakichś "reguł gry", które częściej przyjmują składy męskie. Reguł, które czynią ich twórczość co najmniej mało inspirującą mnie. Idą w rzemiosło, nierzadko wysokiej klasy, jak Jon Spencer Blues Explosion, którego Bellbottoms otwierające Baby Driver jest mistrzostwem świata.
-
2018/02/27 22:35:40
@steelman

W ogóle mam wrażenie, że we wszelkim indie rocku tych reguł nie ma zbyt wiele, bo przecież nawet lo-fi nie jest regułą. Że coś robił Pavement, nie znaczy, że ktoś też tak musi - może tylko tekst nie powinien być bardzo zły. Co innego u takiej supergrupy, gdzie pan Rose musi wyśpiewać "How could you say that I never needed you when you took everything, said you took everything from me..." a potem musi być Slash grający solo na wodzie, które to solo prowadzi do końcowych taktów utworu, kiedy już nurkującego wcześniej z delfinami/rekinami frontmana zabrać może helikopter. A u takiego Timothego solówki nie muszą być na pierwszym planie, transowo się mogą wydłużać na koncertach i jak kto woli. O to mi z grubsza chodziło. Nie jest to oczywiście innowacyjne, bo jakiś McCready też tak robił ponad dwadzieścia lat temu. Jest to dobre albo złe, ciekawe lub nudne, zależy od numeru.

Dla mnie jakoś nie ma żadnej reguły - babskie/męskie/mieszane - to jest wspólny świat, grasz ciekawie, masz coś do powiedzenia, jesteś inspiracją. Nie byłoby Frippa i Byrne'a, nie byłoby St. Vincent, albo by była to inna pani Clark. Po prostu kiedyś był pewien deficyt kobiet w określonych gatunkach, teraz mam wrażenie, że we w miarę rozwiniętych krajach takiego nie ma. Nie tylko w "indie". Możesz dla przykładu iść sobie na Matsa Gustafssona lub na Mette Rasmussen i dostaniesz podobną porcją czadu po uszach. Zakończę w tym miejscu, bo nie chce mi się swojego blogaska zakładać.
-
2018/02/28 20:27:02
Rzadko się tu udzielam, ale temat zainspirował mnie to napisania kilku spostrzeżeń.

@tekściarze z prl

Dorastałem w latach 90, teksty Dutkiewicza, Olewicza, czy Mogielnickiego nigdy nie były dla mnie czymś "kultowym" jak np. dla pokolenia moich rodziców. Raczej uważałem je za dobre rzemiosło. W końcu ci goście umieli sobie poradzić z największą zmorą rocka śpiewanego po polsku, czyli męskimi rymami. W języku angielskim to jest naturalne, w polskim wymaga nie lada akrobacji. Współcześni wykonawcy sobie z tym nie radzą, co i rusz słyszę piosenki z nienaturalnym przenoszeniem akcentu na ostatnią sylabę, a od tego bolą uszy. Po tej dyskusji stwierdzam jednak, że dobre rzemiosło to nie wszystko.

@teksty za młodu

W czasach licealnych, na popijawach przy tanim winie śpiewało się Purpurowe gody Kata. Przy tym wymiękają wszelkie seksistowskie głupoty śpiewane przez Dżemy, Perfekty i inne Lady Panki.

@polska vs reszta świata

Z drugiej strony, przesiąknięte seksizmem (tudzież głupotą) teksty nie były specyficzne tylko dla polskich wykonawców. Za młodu słuchaliśmy również zespołów pokroju Manowar. To była wręcz esencja seksistowskiego heavy metalu. Mieli nawet piosenkę "Pleasure Slave" inspirowaną cyklem Gor. Notabene ostatnio znowu było głośno o Manowarze z powodu buceriady jaką odwalili w stosunku do kobiecego cover bandu o nazwie Womanowar.

@metal wczoraj i dziś

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie, nieco odwrotne. Chyba każdy kiedyś w internecie spotkał się z męskimi zwężanymi spodniami jako symbolem "niemęskości". Odświeżałem sobie niedawno stare teledyski Iron Maiden i zdziwiłem się widząc ówczesną metalową modą. Np. w obrazie do "The Trooper" Dickinson biega w legginsach w kolorowe romby, a Harris w legginsach w zebrę. W dzisiejszych czasach żaden poważny zespół rockowy, ani metalowy, nie wyszedłby tak na scenę. Tak mogliby zrobić co najwyżej jajcarze parodiujący estetykę glamrockową. To by świadczyło o tym, że memiczny "facet w rurkach" to dość świeży wynalazek. Jeśli to prawda, znaczy, że pod tym względem jest gorzej niż było kiedyś.
-
2018/02/28 21:19:32
@unierad

Heavy metal to w ogóle inna historia. Niestety większość tekstów jest durna (są oczywiście wyjątki), a w takim np. folk metalu często ociera się o nacjonalizm/rasizm. Czasem lepiej słuchać po fińsku, węgiersku albo farere.

Jeśli chodzi o tekściarzy z późnego PRL, to moim zdaniem w różnym czasie, ale zawsze w latach 90, zatracili umiejętność pisania. Może to ten przypadek, gdy cenzura, nie pozwalając powiedzieć czegoś wprost, zmuszała autora do wymyślania metafor (a niektórym zostało z rozpędu jeszcze na kilka lat)? Np. Lady Pank miał w latach 80 znakomite teksty. Kazik miewał dobre jeszcze pod koniec wieku, potem popadł w korwinizm, a później w bełkot. Nawet Muniek miał nieżenujące.
-
2018/02/28 23:51:28
@doc.hunter
"A u nas za to ja zawsze wkurwiam się gdy słyszę "z autobusem Arabów zdradziła go"."

O, dzięki, właśnie się zastanawiałam, czy w ramach cyklicznego napierdalania się z klisz PRL w cyklu "o czym jest ta piosenka" dokonać krytycznego rozbioru "Tańcz głupia tańcz", czy może "Jolki" (Organek się na mnie obraził, kiedy spytałam, czemu pęczniejący organek w chinosach kojarzy mu się z morderstwami na tle rasowym w USA, więc tę piosneczkę przeanalizuję znacznie później).

Lata 70. ze swoim dosyć niewyrafinowanym podejściem do seksu (od przemysłu porno po teksty piosenek) zastąpiły lata 80. wkręcające erotykę na poziom ostrej perwersji. Na rodzimym rynku takim mejnstrimowym, a przecież perwersyjnym kawałkiem była Śmierć w bikini, gdzie mamy jakiś element bolesnej dla podmiotu lirycznego konstatacji, że jest uzależniony od femdomu.

Na przeciwnym biegunie, z kobietą raczej mocno niepełnoletnią i całkowicie bezwolną pogrywają sobie w Question of Time Depesze - przecież ten kawałek po przetłumaczeniu nie miałby szans ukazać się w Polskim Radiu ani wtedy, ani dziś:
"Well now you're only fifteen
And you look good
I'll take you under my wing
Somebody should (...)
I can see them now
Hanging around
To mess you up
To strip you down
And have their fun
With my little one

Jedyny kawałek z lat 70. brzmiący mi tak perwersyjną erotyką, jakby był z 80., to Roxanne The Police (a jeszcze bardziej w wersji El Tango De Roxanne z Moulin Rouge, ale to już kawonaławizm). Wspominany tu "czerwony jak cegła, nagrzany jak piec" to przecież uswojszczony Marvin Gaye z Sexual Healing z bodaj 1981: Baby I'm hot just like an oven, I need some lovin'

Ale u Stranglersów w Peaches, a jeszcze bardziej w European Female jednak czuć ten respekt, to poddańcze podejście, tu nie ma miejsca hardrockowe bzykanko, tu jest dystans i pożądanie bez wielkiej nadziei na finał:
I knew she was a feline
She moved with ease and grace
Her green eyes, they held mystery
No emotion on her face

Trochę jak w Little Face the Cult, gdzie
Princess, but no virgin
A butterfly burnt by flame
znowu jakaś wredna ona z sercem owiniętym przez barbed wire zrobi z niego sekaninę, a on będzie cierpieć z mi-ości.

Tak, lata 80. to był ciekawy lirycznie czas, wygląda, że wyrachowanych zimnych suk (czasem w bikini), i cierpiących z pożądania facetów, albo naiwnych lolitek w łapach obleśnych satyrów, bez tego rachuciachu, że szi łąts ju, je je je.

PS. Przepraszam Gospodarza za swobodny flow wspomnień obok głównego wątku, już zmykam.
-
2018/03/01 00:26:57
@Stranglers

Jeśli o nich chodzi, to w kontekście notki na pierwszy plan (w celu "analizy") wysuwa się chyba "Bring on the nubiles" z drugiego albumu.
-
2018/03/01 08:53:46
@ johanna_haase

Interpretacja W bikini śmierć wymaga chyba jednak szerszego kontekstu. Ciechowski pisał ten teks głęboko w latach 80, kiedy wojna atomowa, próby jądrowe były stałym kontekstem. Dlatego ten tekst jest tak fajny, bo - jakbyśmy powiedzieli językiem lat 90 - podwójnie zakodowany. Słowo Bikini, z podwójnym znaczeniem jest naprawdę fantastyczne użyte. Muzycznie tego nie da się słuchać, ale słowa wysokiej klasy.

Dodatkowym kontekstem Bikini jest powrót Ciechowskiego do tematu w tekście Ratuj tylko mnie dla Lady Pank na płytę Tacy sami (jeśli dobrze pamiętam rok 1988), gdzie znów mamy kobietę w bieli rozdającą w pocałunkach nagłą śmierć i nasz hero prosi, żeby ratowała tylko mnie. To są w sumie dwa takie same tematy, już na granicy obsesji. Paradoks polega na tym, że Ciechowski spotkał nieco przedwcześnie Panią w Bieli, ale wszyscy spotkamy.

@ all

Na tym blogu to pewnie będzie bluźnierstwo, ale prawda jest bolesna dla kobiet - rock to jest męski sport, ukształtowany przez męską estetykę i męskie światy. Kobiety w rocku dokonały naprawdę niewiele. Musiały szukać raczej w alternatywie (np. Patti Smith) lub art rocku (np. Kate Bush), ale to już nie jest rock, tylko pochodne. Wzrost obecności kobiet w muzyce jest związany raczej ze śmiercią rocka (koniec lat 70) i wzrostem popu, pop-hip hopu, elektroniki i pop-soulu. Tylko przyjęcie bardzo szerokiej definicji rocka pozwala umieszczać kobiety jako znaczące postaci w historii rocka.

Przez chwilę zastanówmy roboczo na tezą - zdaje się Nalepy - że Led Zeppelin zaczęli i skończyli rocka. Jak posłucha się tekstów typu Whole lotta love, to właściwie mamy gotowca na wszystkie teksty, które tak wzburzają komentatorów WO i feminizujących fanów rocka. Historia wizualnej estetyki rocka jest historią spoconych facetów w obcisłych gaciach z falusami w dłoniach. Mikrofony i gitary to samograje dla tych zabaw. Patrz teledysk The Cult She sells sanctuary(?) i wygibasy z gitarami - główka gitary Fender Stratocaster bardzo wdzięczna do takich zabaw.

Oczywiście panowie czasami bywali mniej męscy (ślepa uliczka glam rocka, mniej pudel metalu, choć Dude looks like lady Aerosmith pokazuje, że rock się śmiał z estetyki pudel metalu), a czasami bardziej, ale generalnie pierwiastkom kobiecym przypadła rola muz, a nie poetów. Naprawdę rockowi szkodzą te wszystkie analizy feministyczne, jak zaszkodziło MTV z teledyskami, gdzie karierę gwiazd rocka mogli robić słodcy panowie z Duran Duran (ich boczne projekty, jak Power Station pokazują, że sami byli zakładnikami estetyki MTV). W tym nurcie pojawia się też Bowie, który próbował wyrwać się w stronę rocka w Tin Machine razem ze swoim gitarzystą (Reeves Gabrels).

PS. Analiza grafomaństwa polskich tekstów po 1990 wymaga analizy przepływów pieniężnych na linii media-ZAIKS-autorzy. Prosty zabieg follow the money. Warto przeczytać też wywiady Mogielnickiego.

PS2. "autobus Arabów" i "mahoniowy gość" z tekstu Lady Pank są znów głęboko osadzone w latach 80, kiedy na polskich uczelniach pojawili się studenci z krajów - jak dziś się mówi - arabskich. W Łodzi był cały akademik, który miał piękną nazwę Wieża Babel. Kto nie był w klubie Maxim w połowie lat 80 i nie spotykał tam swoich znajomych ze szkoły kupujących "kolorowe slajdy", zwyczajnie powinien ostrożnie podchodzić do nadmiernej krytyki tych tekstów w oderwaniu od kontekstu.
-
2018/03/01 09:19:43
@a.stanczak
"Tylko przyjęcie bardzo szerokiej definicji rocka pozwala umieszczać kobiety jako znaczące postaci w historii rocka."

Rock jest właśnie szeroki z definicji. Dopiero zawężając do odmian rocka - cięższych lżejszych, klasycznych, nowych, można cokolwiek pisać. No chyba, że skończymy na Led Zeppelin czy Sabbath, bo przecież ci ostatni, choć oparli się na ciężkiej ociosanej wersji bluesa, to byli już protometalami, czy po prostu pionierami heavy metalu.

Ale rock to też lata 90, punk rock czy grunge to odmiany rocka jednak. Indie rock to też rock. Już nie bądźmy takimi purystami, bo wszystkie drogi poprowadzą nas do tiszertów z napisem "I've been whipped by Rob Halford". A przecież nawet "Songs of faith and devotion" to w dużej części rock, co mogło się nie spodobać niektórym fanom tańczącym "kraula" na densflorze pod koniec ejtisów przy "Just Can't Get Enough". Ale przede wszystkim, dla mnie osobiście, Breeders to rock, Hole to rock, Babes in Toyland i Katastrophy Wife to rock, Throwing Muses (o, muzy nawet są, Matt Bellamy będzie później) też, a nawet Skunk Anansie, żeby już nie było, że wchodzę w jakieś nisze. Inaczej puśćmy sobie Kravitza i słuchajmy, że rock'n'roll is dead. Jazz też umarł wraz z tym, jak bebopowcy nie mieli już bigbandów do tańca, a Bird siepał Donna Lee czy inne Ornithology? Ewolucja to normalna rzecz.
-
2018/03/01 10:23:31
@ martin.slenderlink

Naprawdę trzeba zrobić bardzo duży szpagat, żeby sporą część muzyki zapisać jako rocka. Można to robić, ale to jak z klasyczną definicją człowieka łysego - człowiek bez włosów jest łysy. Jak określić człowieka z jednym włosem?

Dla mnie Depeche Mode nie jest zespołem rockowym. Wydawało mi się, że płytą Ultra mogli otrzeć się o coś ważnego, ale ta płyta była ważna tylko w dyskografii Depeche Mode. Dla rocka jest nieistotna.

Przy okazji - wyczuwam polską perspektywę (znajduję ją u siebie). W Polsce postrzegamy nurty w rocku jako znacznie późniejsze niż były w rzeczywistości. Korzenie punka to są lata 70, a w 80 już punk już się zmienia w postpunka, by w połowie lat 80 uczynić "największym" zespołem świata U2 (dwie płyty wyprodukowane przez Daniela Lanoisa - pierwszą jest The Unforgettable Fire z 1984 roku). Korzenie metalu lat 80, ze sposobem grania tappingiem przez Van Halena łapiemy dopiero w połowie lat 80, kiedy Van Halen gra już swoje pod koniec lat 70).

W przypadku USA trudno nawet mówić o klasycznym punku, który dotarłby do mainstreamu, jak brytyjski, który wywrócił estetykę. Mainstreamową "quasipunkową zmianą" w USA staje się dopiero grunge, który jednym cięciem kończy karierę pudel metalu (muzycznie i image'owo). Kilka karier zostało przez to złamanych - przykładem jest zespół Mister Big (z fantastycznymi muzykami i ikoną gitary Paulem Gilbertem), który pojawia się na scenie w estetyce pudel, gdy właśnie nadciąga pociąg z Nirvaną i ich zmiata.

-
2018/03/01 10:48:37
@a.stanczak
" Patrz teledysk The Cult She sells sanctuary(?) i wygibasy z gitarami - główka gitary Fender Stratocaster bardzo wdzięczna do takich zabaw. "

Mozesz jakoś podkecic jasność wypowiedzi? O jakie konkretnie wygibasy ci chodzi oraz, last but not least, (tak wiem - rapiery) napewno chodzi ci o ten teledysk co w nim wystepuje jedna jedyna gitara którą naprawde trudno pomylić ze Stratocasterem bo to Gretsch White Falcon?
-
2018/03/01 11:24:53
@ azdzisio

Nie wiem, co to znaczy "podkecic", ale wyjaśniam - reszta zdania odnosiła się to innych gitarzystów niż Bill Duffy. Przeklejałem tekst z worda, co zawsze wymaga później edycji znaków, bo blox gubi przecinki, myślniki i podobne. Przy edycji zdanie się jakoś źle ułożyło. Pewnie był jakiś przecinek lub myślnik.
-
2018/03/01 11:30:35
@a.stanczak

Po pierwsze - ja nie twierdzę, że kobiety tworzyły podwaliny rocka, a tym bardziej rocka ciężkiego. Po prostu od jakiegoś tam czasu są już w nim obecne. Może jeszcze nie w zadowalającej liczbie, ale jednak.

"Naprawdę trzeba zrobić bardzo duży szpagat, żeby sporą część muzyki zapisać jako rocka. Można to robić, ale to jak z klasyczną definicją człowieka łysego - człowiek bez włosów jest łysy. Jak określić człowieka z jednym włosem? "

Ale że co, że nie ma ani krzty ekspresji rockowej w Songs of faith and devotion? Ja ten przykład podałem tylko po to, żeby uzmysłowić, jak szerokie są wpływy rocka i jak się on mutuje i wchodzi wszędzie, co też w sprzężeniu zwrotnym stanowi o jego ewolucji. Poza tym możesz robić sobie dowolny szpagat, ale coś, co pozwolę sobie rozkosznie nazwać "clit-rockiem", już istnieje. Nazwij to niszą, bimajgest.

" W Polsce postrzegamy nurty w rocku jako znacznie późniejsze niż były w rzeczywistości. Korzenie punka to są lata 70, a w 80 już punk już się zmienia w postpunka"

Już w drugiej połowie lat 70. zaczął się postpunk. Czy ja gdzieś napisałem, że np. Stranglers grało to samo co Sex Pistols i się identyfikowało z nurtem? Na serio chcesz okroić szufladę rockową purystycznie do jakiegoś świętego i do tego (pardon) fallusowego korzenia, a następnie nieśmiało rzucasz kategorią post-punk? To dopiero "czysty" nurt i to nawet już pal sześć te stare rzeczy od Sasa do Lasa (już same dźwięki biorąc pod uwagę) z ejtisów, ale zacznijmy teraz zestawiać jakieś Piano Magic z The Prids, to dopiero będzie. Nie, ja podziękuję. To że istnieje post-punk jako kategoria, nie znaczy, że część z tych rzeczy nie może pozostawać w obrębie rocka, a część nie może dryfować w kierunku jakiegoś indie/ambient popu.

"W przypadku USA trudno nawet mówić o klasycznym punku, który dotarłby do mainstreamu, jak brytyjski, który wywrócił estetykę."

Kiedyś Biafra dostał pytanie: "Clash czy Ramones?". Zgadnij, co odpowiedział. OK, OK, ja wiem, że w USA pewne rzeczy działy się później, inne za to wcześniej, ale co to ma do rzeczy? Polska perspektywa, jasneee. O MC5 nie słyszałem nigdy w życiu.

Tak ogólnie. Przez wątek Stranglersów wczorajszy zacząłem sobie szukać wywiadów z nimi. Znalazłem jeden (dla mnie) przezabawny z Burnelem.
Wspomina tam o paradoksie bogatych przedmieść londyńskich i białym... bluesie. I co teraz, biały blues to nie blues?

"Korzenie metalu lat 80, ze sposobem grania tappingiem przez Van Halena łapiemy dopiero w połowie lat 80, kiedy Van Halen gra już swoje pod koniec lat 70)."

To sobie łapcie.
-
2018/03/01 11:56:50
@ martin.slenderlink

Przyzwyczajony jestem do modelu, w którym dyskusje blogowe idą obok siebie i najłatwiej walnąć argumentem ad personam. Pominę zatem wątki personalne. Mnie nie interesuje czyjś gust i okrawanie z własnych przekonań. Jak ktoś uznaje Depeche Mode za zespół rockowy, to nie moja sprawa w sumie.

Nie mam monopolu na to, co jest rockiem, ale czasami potrzeba lustra, które pozwoli inaczej spojrzeć na własne przekonania. Sam fakt, że pojawiły się takie pojęcia, jak post rock czy retro rock wskazują, że nie jestem osobny w przekonaniu, że pojęcie rocka było jednak za szeroko używane przez część osób.

Jeśli ktoś nie słyszał takiego zespołu, jak The Rival Sons, to polecam - poczuje się zarazem, jak w domu i jak w wehikule czasu. Nowinka w postaci Greeta Van Fleet też jest dobrym punktem odniesienia do oceny tego, co ma w sobie jądro rocka i to, co dla rocka fundamentalne. Nie trzeba być Ozzym, żeby dziś nagrywać płyty, które kwalifikuje się bez problemu jako rockowe.

Nowa płyta BLS (Z. Wylde) jest 100-procentowo rockowa. Starczy posłuchać po niej Depeche Mode (przepraszam za powtarzanie cały czas tej samego przykładu, ale pojawił się wcześniej i dobrze pasuje), żeby nie mieć wątpliwości, co jest rockiem, a co nie jest.

-
2018/03/01 12:01:08
@a.stanczak
"Przyzwyczajony jestem do modelu, w którym dyskusje blogowe idą obok siebie i najłatwiej walnąć argumentem ad personam."

Ale co było ad personam, na litość boską? Z góry przepraszam, jeśli coś tak zabrzmiało. Szczerze, jakem łoś anonim. Dobra, przerwa na razie od prokrastyny. Nawiasem - to jest cudowne miejsce dla niej, dopóki nie sypią się plonki.
-
2018/03/01 12:44:05
@a.stanczak i #czymjestrock i nie znam sie to się wypowiem
Ten depeszowy przykład mnie trochę (trochę) intryguje. Czy jak E. Clapton (gitarzysta rockowy?) zagra z W. Marsalisem (trębacz jazzowy) płytę bluesową (niech się roboczo nazywa E. Clapton & W. Marsalis Play the Blues), to ta płyta nie będzie bluesowa tylko rockowo-jazzowa? Nie to, że uważam DM za zespół stricte rockowy, ale chyba ktoś kto całe życie grał muzykę elektroniczną może nagrać płytę rockową, czy jednak nie?
-
2018/03/01 12:58:37
@a.stanczak
"Sam fakt, że pojawiły się takie pojęcia, jak post rock czy retro rock wskazują, że nie jestem osobny w przekonaniu, że pojęcie rocka było jednak za szeroko używane przez część osób."
Czy tylko ja jestem osobny w przekonaniu myśląc, że taka argumentacja jest z tyłka?
-
2018/03/01 13:03:25
Skoro "Jolka Jolka" i jej mąż istnieli naprawdę, to tych Arabów z autobusu też zapewne Dutkiewicz nie wymyślił. Zresztą stereotyp Araba w 1983 i 2018 różnią się drastycznie, a autora trudno obwiniać za to, że trzydzieści lat później Polska zrobiła się radykalnie islamofobiczna.
-
2018/03/01 13:44:16
@czerwony jak cegła, muszę ją mieć

To ja, biała lilia, wychodzę z męskiej szafy: dla mnie czerwony jak cegła, a i nagrzany, oznaczało zawsze wcześniej: zawstydzony. Tak, tak, jako gnojek w wieku podstawówkowym sam się czerwieniłem przy dziewczynach.

I za przenicowywanie własnego mózgu uwielbiam tego blogaska. Czerwony jak cegła oznacza drapieżnika. Fakmi2. Dziękuję.
-
2018/03/01 13:52:32
dżizas, człowiek wychowywał się w latach 80. na kapelach z 4AD (tudzież Siouxsie & the banshees i, nieco później, The Fall) i było dla niego rzeczą naturalną jak powietrze, że w kapelach grają homosapiensy płci obojga. a się okazuje, że to nie do końca tak było, że emancypacja dopiero wtedy przychodziła i w ogóle.

przyznaję się bez bicia, nie wiem co to ten "kolorowy slajd" - niech mi ktoś wytłumaczy, pretty please.
-
2018/03/01 13:55:53
aha, mam teorię dlaczego w polskich kapelach w tych samych latach 80. było tak mało dziewczyn: otóż granie na ówczesnych polskich gitarach było bardzo męczące fizycznie. (na perkusji nie, czego żywym dowodem jest piszący te słowa, ale, he he, nikt o tym nie wiedział)
-
2018/03/01 14:27:11
@czerwony jak cegła drapieżnik
z całym szacunkiem, ale twierdzić, że ten tekst ma coś wspólnego z seksualną drapieżnością można chyba tylko nie znając zwrotek. To jest tekst o pierwszym razie i przedwczesnym wytrysku, że tak to bezceremonialnie napiszę, a kończy sie slowami "może kiedyś da mi szansę spróbować jeszcze raz". No faktycznie, predator.
-
2018/03/01 14:29:31
@darek
The Fall bym tutaj nie wrzucał, bo Mark to jednak był taki autokrata, który wyrzucał, kiedy chciał i nikt za bardzo poza nim się nie liczył, inna sprawa, że to był taki "contrarian" bardziej, który raczej gardził stylem rockowego renegata, "groupies on the road" itd. Kiedyś ochrzanił typa z zespołu, bo tańczył do złej muzyki w klubie, już zapomniałem, co to było, ale chyba coś z rockowego "mainstreamu". Hehe, a czasem miał erekcję na trzy stopy i był zbyt zajęty, żeby zrobić z tego użytek. A tak w ogóle to chlip, mimo wszystko, za wcześnie w tym styczniu.

"otóż granie na ówczesnych polskich gitarach było bardzo męczące fizycznie"

Nawet na czeskiej Jolanie Iris (posiadałem już w najntisach). Ups, rapiery.

@a.stanczak

Dobra. Biorę to lustro, patrzę... Jest słynny plakat na ścianie z nekrologiem (1967-1994), z radiomagnetu leci raz "Violet" (Hole), innym razem Method of Groove (tłuste przesterowane riffy i pan Keith z rzewnym wokalem, który obecnie ma na imię Mina). W sumie możesz mieć rację. Nie mogę być obiektywny z takimi "korzeniami". Tylko nijak mnie nie przekonujesz do swojego zawężania. Chyba bardziej preferuję rozszerzanie. Najbardziej za nastolatka się uśmiałem, kiedy poszliśmy z kolegami na dyskę do technikum i grał tam jeden didżej, który zdegustowany zachowaniem chłopaków z LO, którzy co chwila mu wciskali jakieś numery (w sumie nie tylko pure rock, był jakiś Kazik chyba - Tata Dilera, Cypress Hill też), stwierdził: "u was to, jak widzę, bardziej rockowcy, u nas w większości technorapperzy".
-
wo
2018/03/01 15:55:43
@a.stanczak
"Na tym blogu to pewnie będzie bluźnierstwo, ale prawda jest bolesna dla kobiet - rock to jest męski sport, ukształtowany przez męską estetykę i męskie światy. "

Nie jest! Bóg też chłopem jest, tak jak blues i rock i jazz, jak śpiewała Renata Przemyk.

@naturalucka
"Czerwony jak cegła oznacza drapieżnika. "

To nie jest moja teza! Zauważam tylko, że podmiot liryczny nie umie rozumować w kategorii jej przyjemności (albo chociaż wspólnej przyjemności). Nie myśli "będzie fajna randka, co powinienem zrobić, żebyśmy się oboje dobrze bawili" (pozytywny kontrprzykład z klasyki polskiej popkultury: "Umówiłem się z nią na dziewiątą"). Myśli "muszę ją mieć".

Obliczem polskiego seksizmu schyłkowego PRL jest nie tyle "ja jestem maczo, kobiety mi wybaczą", co taki złamas-nieudacznik, co to znowu w życiu mu nie wyszło, aż mu siebie jest żal, znów jak pies został sam, choć nie raz odwracał głowę, by nie być świadkiem rzeczy złych. Nie tyle predator, co pasywny agresor, znakomicie sparodiowany przez Więckiewicza w skądinąd słabym (ale rola Więckiewicza jest boska!) filmie "Ile waży koń trojański".
-
wo
2018/03/01 15:57:46
@a.stanczak
"Dla mnie Depeche Mode nie jest zespołem rockowym."

Dla mnie też nie jest, klasyfikowałbym ich jako synthpop. W wielu porządnych sklepach płytowych to jest osobna półka.
-
2018/03/01 16:30:14
@ darek.przyzwoitosc

W 4AD można było słuchać Dead Can Dance i C-Twins (które trudno nazwać zespołami rockowymi). Już nie pamiętam, czy 4AD wydawało też Birthday Party, ale można było też słuchać wtedy Birthday Party. Dla jasności - słuchałem wtedy The Cure, C-Twins i wszystkiego, co było w pewnym sensie pokoleniowe i alternatywne, bo muzyka jest jednak pokoleniowym doświadczeniem. I jeszcze bardziej była w przeszłości niż dzisiaj.

> "kolorowy slajd" tekst z Tańcz, głupia tańcz Mogielnickiego.


"Stoczenie się" w klasycznego rocka wymaga jednak kroku w tył i posłuchania muzyki poprzedniego pokolenia. Kiedy moje pokolenie słuchało nowej fali, to - że zacytuję Mogielnickiego z Kryzysowej narzeczonej - święte riffy gitarowe już prostytuowały się w reklamach i filmach. W latach 90, w epoce sampli były już całkowite poniżone różnymi zapożyczeniami (patrz Kashmir Puff Dady do Godzili czy Ain't talkin bout love przez Apollo 440).

@ Clapton i spółki.

Nie ma znaczenia, jak nazwiemy płytę - ważne, czy będzie dobra. Flirty rocka z jazzem wychodziły jednak bardzo nierówne, co nie znaczy, że muzycy rockowi, blues-rockowi czy jazzowi nie mogą grać dobrze w innych gatunkach. Dobrym przykładem z współczesności jest Joe Bonamassa w składzie Rock Candy Funk Party, gdzie z tym samym perkusistą, z którym grał doskonałe autorskie koncerty blues-rockowe (w sensie białego blues/rocka angielskiego z lat 60), potrafi grać absolutnie fantastycznie, ale nie rockowo.

@ wo Nie jest!

Skoro nie jest, to nie jest. Właściwie po dyskusji. Ale chętnie przyjmę kilka przykładów kobiet w historii rocka, które osiągnęły pozycję całej masy Męskich Szowinistycznych Wieprzy, których wyliczenie będzie zwyczajnie banalne. Douczę się, odrobię lekcję i wrócę z pokorą i podziękowaniem, za poszerzenie wąskiego horyzontu.








-
2018/03/01 16:49:16
4AD jeszcze wydawało XMal Deutschland, Throwing Muses, Xymox, Pixies, a to tylko lata 80
Co do the Fall to rozmawiasz z samozwanczym ekspertem od tego zespołu :) w jego 40letniej historii zawsze grała tam jakaś kobieta, a jak nie grała to menedżerowała, Mark miał dużo sióstr i w ogóle kobiet w rodzinie i traktował je z szacunkiem (tak mówił nawet ktoś jemu niechętny)
-
2018/03/01 16:57:07
a.stanczak
"Douczę się, odrobię lekcję i wrócę z pokorą i podziękowaniem, za poszerzenie wąskiego horyzontu."

Oj, że nie osiągnęły tyle co faceci, to jest raczej pochodna konstrukcji społeczeństwa, jego modeli, ról i takie tam. To nie jest przecież tak, że płeć musi determinować np. ostrość riffu. Taka Wata z niejakiego Boris potrafi nieźle dać po uszach. Poza tym rok 1990 był prawie 30 lat temu. Od tamtego czasu już się coś zmieniło, a i dawniej była jakaś Patti Smith (całkiem wyraźna postać) np. - ona też nie mieści się w rockowych brzmieniowych ramach? Estetyce rockowej? L7 to też już profanacja rockowej estetyki, czy też baby grają po męsku po prostu? Dla mnie gatunek ewoluuje. Inaczej zdycha.

"Flirty rocka z jazzem wychodziły jednak bardzo nierówne".

89% racji. Fusion nie jest zbyt udaną sprawą na ogół, podpisuję się obiema rękami - 11% daję flirtom tych bardziej "free" jazzmanów z rockmanami. A gdy McLaughlin z Santaną grają temat love supreme, to mnie raczej muli.

@Dead can dance
Pierwszy album coś tam z rocka ma. Reszta praktycznie nic, bardzo mało, jeśli cokolwiek.

@wo
DM= synthpop

Pewnie najwięcej tego u nich. Ja tylko chciałem podkreślić, że elementy rockowe potrafią przenikać w różne miejsca a "Songs of faith and devotion" czy nawet "Ultra" mają sporo z rockowej ekspresji. Depesze są osobni bez dwóch zdań - jasne. Sorki w ogóle za ten offtop. Chwilowo mnie poniosło.
-
2018/03/01 17:26:51
@unierad
"seksistowskie głupoty śpiewane przez Dżemy, Perfekty i inne Lady Panki"

Męskie spojrzenie ("male gaze") było dawniej w tekstach polskich piosenek rzeczą oczywistą i przezroczystą - nie tylko w rocku czy muzyce popowej, ale również w poezji śpiewanej aż po Przyborę czy tłumaczenia Anny Achmatowej ("Tak ptaki głaszcze się lub koty, Tak patrzy się na woltyżerki."). Owszem, spojrzenie to reprezentowały również piszące kobiety, osobliwie Osiecka, artystka doskonale zespolona z oczekiwaniami publiczności, której opisy "kobiet po przejściach" wpisywały się w obraz świata stłamszonego PRL-owskiego inteligenta ("nieudacznika" anonsowanego powyżej przez WO). Autentyczne przedstawienie kobiecego spojrzenia to były rzadkie perły np. tekst "On nie kochał nas" Ewy Żylińskiej, wyśpiewany przez Jeżowską i Prońko - niezależnie czy stanowi on odniesienie do faktycznej relacji obu pań z Januszem Komanem, czy też abstrakcyjną historię, drugiej takiej próżno szukać w zachodnim popie, wśród zalewu tekstów o tej jedynej, którą kochało wielu. Podobnie udała się sztuka przyjęcia kobiecej perspektywy Jarosławowi Abramowowi-Newerlemu, w jego "Przepraszam pana, jestem Tatiana", piosence znanej obecnie z aktorskiego wykonania Doroty Stalińskiej (notabene: rymy męskie w tekstach Abramowa - patrzcie i uczcie się).

Oczywiście wraz z nastaniem tekściarek-wokalistek: najpierw Kory i Kozidrak, a potem Nosowskiej, Lipnickiej itd. sytuacja zmieniła się radykalnie. Już teraz, jak wskazuje dyskusja powyżej, świat męskiego spojrzenia staje się anachronicznym skansenem, którego szczegółowe konteksty ulegają zatarciu. Słusznie bowiem notuje a.stanczak, iż "autobus Arabów" (Dutkiewicz) odnosił się do PRL-owskich gości dewizowych, dysponujących niebotyczną w oczach tubylców siłą nabywczą. Był w tej frazie rasizm i seksizm, ale i skarga klasowa, można rzec, podobnie jak w "Sama tego chciałaś /Pewnie coś był wart/ zapłacony ciałem/ kolorowy slajd" (Mogielnicki).

Jak już kiedyś wspominałem, jest rzeczą fascynującą obserwować, jak znajomy świat patriarchalnej dominacji w pop kulturze XX wieku jest re-interpretowany przez badaczki młodego pokolenia, które bezwiednie, zdaje się, wygumkowują mężczyzn ze swojego pola widzenia. Agata Pyzik opisując w swojej książce muzyczne fenomeny Izabeli Trojanowskiej oraz Urszuli kompletnie obywa się bez wspominania o Mogielnickim, Dutkiewiczu i Lipko, tak jakby te utalentowane wokalistki były dzieworódczym potomstwem Siouxsie Sioux zakwitłym w orientalistycznie opisywanej szarzyźnie PRL-u, a nie uczestniczkami rozwiniętej sceny muzycznej, na którą wprowadzili je wspomniani panowie [1]. Trzeba się przyzwyczaić do takich reinterpretacji i wygumkowań. Kiedy w 2014 r. pisałem tu na blogu WO, iż spodziewam się "przenicowania" społeczeństw, po którym konglomerat poglądów o korzeniach feministycznych gwałtownie wyłoni się jako "new normal", spotykałem się z drwiącym niedowierzaniem, a jednak to właśnie obserwujemy.

[1] thequietus.com/articles/14876-poor-but-sexy-agata-pyzik-extract-polish-80s-futurism
-
2018/03/01 18:42:23
@airborel

...autora trudno obwiniać za to, że trzydzieści lat później Polska zrobiła się radykalnie islamofobiczna...

O to, to. Arab w latach 80 to zupełnie inna bajka. Inny czas, inna ocena. Irakijczyk czy Jordańczyk na polskiej uczelni to sybaryta i król życia. Żaden terrorysta tylko dobra partia do ożenku. Potem bywało różnie, ale to raczej kwestia różnic kulturowych na poziomie rodzin , a nie ideologia.
Ja bym spojrzał na inny tekst z tego czasu. Irek Dudek i:
"Ja wiem, że nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak."
Rechot z wioskowej zabawy. Dziewczyna upodmiotowiona do granic.
Jak to odczytać?
Tylko że wtedyv to było rzeczywiście śmieszne. Dudek szowinistą? Znowu inny czas inna ocena.
Chyba nie powinniśmy oceniać i porównywać.
-
2018/03/01 19:20:28
@ @ darek.przyzwoitosc #Fusion

Jaka zawsze w rocku znajdzie się ten jeden Mt Everest, który zaprzeczy każdej tezie - Jeff Beck jest gościem, który właściwie każdym działaniem napluje w twarz ideą, że się nie da grać porywającego fusion.

BTW - ostatnia płyta Jeffa Becka - studyjna, Loud Hailer - powinna spodobać się wszystkim. Doskonałe połączenie magii gitarowej Becka i dwóch kobiet.
-
2018/03/01 21:57:42
@wo
"Obliczem polskiego seksizmu schyłkowego PRL jest nie tyle "ja jestem maczo, kobiety mi wybaczą", co taki złamas-nieudacznik, co to znowu w życiu mu nie wyszło, aż mu siebie jest żal, znów jak pies został sam"

Tylko dla porządku odnotowuję, że jak się ma naście lat, czerwieni przy dziewczynach, kocha na całe życie tą jedną jedyną i jest skrajnie nieszczęśliwym jeśli ona nie, to, chwilowo, właśnie z nas idealny PRLowski całkiem dorosły złamas-nieudacznik. Jest, albo może być, taki moment w życiu młodego człowieka, kiedy przechodzi pierwsze odrzucenie, pocenie, chcenie itp. I wtedy "czerwony jak cegła", czyli zawstydzony, powoduje, że "muszę ją mieć" jest takim nieinwazyjnym chceniem sobie. Pobożnym życzeniem, ale bez dawki agresji.

Dlaczego rock and roll, angielski i zagraniczny polski, działał i działa przede wszystkim na młodą młodzież, a dorosły w tym samym tekście widzi totalną bucerę? Czasy, oczywiście, konwenanse, kultura się zmieniają i mają znaczenie - też. Ale i odpowiedni moment do trafienia w zgłupły i uproszczony okres formowania się człowieka. Stare zespoły rockowe z nowymi młodymi fanami są jak Korwin z kolejną falą partyjnej młodzieżówki i nie bez powodu.

O kim w liceum były "Cierpienia młodego Wertera", ten wie o czym bajka burzą brzmi.
-
2018/03/01 23:28:27
jeszcze w temacie Izy Trojanowskiej, Agaty Pyzik i wygumkowanych mężczyzn, to albo ja mam lekką paranoję, albo część z tego, co Pyzik pisała o Trojanowskiej, to czytałem kiedyś u pewnego mało znanego autora, który, trzeba trafu, pisywał do samego co ona miesięcznika
przyzwoitosc.wordpress.com/2018/03/02/trojanowskiej-zawsze-malo-lampa-nie-pamietam-ktory-numer-2012/
-
2018/03/02 00:36:00
"Zresztą stereotyp Araba w 1983 i 2018 różnią się drastycznie,"

To nie tylko stereotyp! Do PRL-u przyjeżdżali przecież przede wszystkim towarzysze (a raczej ich dzieci) z ramienia jakiejś partii Baas albo przynajmniej zaprzyjaźnieni bojownicy organizacji wyzwolenia tego czy owego (a raczej również ich rodziny). To nie byli ludzie nadmiernie religijni, raczej wręcz przeciwnie. Tamtych Arabów nie sposób było kojarzyć z islamem bo oni byli kompletnie "zeświecczeni". I interesowały ich głównie balety - szczególnie że na polskie ceny nie mieli problemu by robić za królów przedmieścia. Kompletnie nieporównywalna sytuacja do dzisiejszej.
-
2018/03/02 05:47:42
@"To nie byli ludzie nadmiernie religijni, raczej wręcz przeciwnie."

Ale w Gdańsku w latach 80 wybudowali jednak meczet
-
wo
2018/03/02 10:00:39
@awal
"stłamszonego PRL-owskiego inteligenta ("nieudacznika" anonsowanego powyżej przez WO)"

To niekoniecznie inteligent. Więckiewicz w "Koniu trojańskim" nie gra inteligenta. "Dżem" nie był dla inteligentów. To akurat ponadklasowa wspólnota nieudaczników.

@naturalucka
" Pobożnym życzeniem, ale bez dawki agresji. "

Ty ciągle o agresji, a ja ciągle o seksizmie. Wylecą dalsze komcie, w których będziesz to mylić.

@mw
"Dudek szowinistą? Znowu inny czas inna ocena. "

Nie lubiłem go wtedy, nie lubię go dzisiaj.
-
2018/03/02 10:17:09
@darek.przyzwoitosc

"jeszcze w temacie Izy Trojanowskiej, Agaty Pyzik i wygumkowanych mężczyzn..."

No tak, ale w Twoim cytacie jest zarys pierwszych kroków Trojanowskiej z perspektywy klasycznej "male gaze". Dziewczyna śpiewała na Sacrosongach i w Studiu Gama, odkrył ją Lipko, skomponował repertuar w duchu nowej dekady, zatrybił prowokacyjny tekst Mogielnickiego, Opole 80, sukces, ikona seksu czasu przełomu! Pyzik opisuje to samo z perspektywy "herstory" - po świecie hulał duch prowokacyjnej kobiecości w stylu Siouxie Sioux, Debbie Harry i Chrissie Hynde, duch ten wiał kędy chciał, w szarej Polsce przysiadł na Izie, na betonie rozkwitł kwiat. Wygumkowani z tego opisu są nie tyle mężczyźni w ogóle (autorka w tym samym tekście opisuje fenomeny Kontroli W i Kapitana Nemo), co męska infrastruktura kontroli i władzy. Może nie całkiem wygumkowana, co relegowana do głębokiego tła - Budka Suflera, Lipko i cały system festiwalowo-telewizyjny, jaki przecież funkcjonował w PRL i, patrząc z męskiej perspektywy, był kanałem przekazu zachodnich trendów - przemyka w tekście Pyzik we wzmiance "Her composers dwelled on the earlier synthesized disco" (gdy mowa jest o Urszuli). "Her composers" - oto duch natchnął kolejną protagonistkę, a wtedy poszedł za nią orszak: kompozytorów, tekściarzy, usługiwaczy kapłanki ducha. Używam metaforyki religijnej bo w ten sposób, ułomnie niewątpliwie, staram się sobie wytłumaczyć to widzenie świata i pogodzić się z jego nadchodzącą dominacją. Tak jak ewangeliści opisując błahe wydarzenia w marginalnej prowincji cesarstwa - przelotną karierę wiejskiego kaznodziei - potrafili całkowicie odwrócić perspektywę: kaznodzieja staje się centrum historii, a potężny Rzym przygodnym tłem, tak zredefiniowana w duchu feministycznym będzie historia popkultury i historia w ogóle. Poczet męskich władców, odkrywców i artystów okaże się usługowym orszakiem przechodzącym w tle tryumfów kolejnych inkarnacji kobiecości: od Wenus z Willendorf, nagiej tancerki z Mohendżo Daro i Nefertiti po współczesność.
-
2018/03/02 10:46:41
> Shakin Dudi

Polska muzyka zawsze miała w sobie element kabaretowy. Shakin Dudi to był po części projekt Darka Duszy ze Śmierci Klinicznej, który napisał właśnie Ziutę, ale popełnił kilka udanych zdań ("jestem ziarnkiem piasku, depczą mnie biuciory"). Nawet w Shakin Dudi widać ślad jego punkowej duszy w zdaniach "ty grasz r&r od 20 lat, inni na oszustwie zbudowali świat".

Ziuta wpisuje się w serię innych tego typu wydarzeń "artystycznych" - kolejnym przykładem jest tekst o nożowniku z piosenki Oh Ela (czy jak się ten koszmar nazywał) Chłopców z Placu Broni. W sumie to są wszystko idealni kandydaci na piosenki weselne i część mocno ociera się o disco-polo.

Co jakiś czas w Polsce pojawią się takie mnie lub bardziej dosadne mrugnięcia okiem - Mydełko Fa czy cały projekt Franka Kimono.

-
wo
2018/03/02 10:57:40
@stanczak
"Shakin Dudi to był po części projekt Darka Duszy ze Śmierci Klinicznej,"

Też zresztą nigdy nie przepadałem, to było takie punko-polo. Dobrali się w korcu maku, dats for siur.
-
2018/03/02 11:22:04
@ wo

Też nie byłem fanem polskiego punka.

Uwaga na boku - w Polsce wszystko jest something-polo. Jednym z problemów polskiej sceny jest temat imitacji mieszanej z jakąś taką muzyczną głuchotą. W sumie z większości rzeczy wychodzą tu jakieś bigosy i pierogi. Nie mamy dobrego, klasycznego bluesa - tylko "śluński blus".

W sumie to nie wiem, czy te wszystkie wodewilowe kierunki (typu gore metal i jak się tam jeszcze to dzieli) nie wychodzą nam najlepiej. Ale to muzyka tak konserwatywna, sekciarska i toporna w sumie, że można traktować tylko w kategoriach ciekawostki.
-
2018/03/02 11:35:26
@a.stanczak
"święte riffy gitarowe już prostytuowały się w reklamach i filmach"

Dżizas, przez chwilę poczułem się jakbym czytał profil "Wychowanego Na Trójce".
-
2018/03/02 11:51:32
@a.stanczak
"Też nie byłem fanem polskiego punka.

Uwaga na boku - w Polsce wszystko jest something-polo. Jednym z problemów polskiej sceny jest temat imitacji mieszanej z jakąś taką muzyczną głuchotą."

Wiem, że to drugie to uwaga ogólna i nie mam zamiaru wyrywać z kontekstu. Natomiast u polskich punkowców długo było słychać przede wszystkim głuchotę na tekst, przekaz, bo brak wyrafinowania muzycznego można w tym nurcie wybaczyć, nie każdy band mógł mieć np. perkusistę jak w Dead Kennedys. Nie wiem, na ile to wina ówczesnej (ejtisowej/wczesnoprzełomowej) siermięgi systemowej (swoją drogą wszyscy go tylko j...li i olewali), ale wspominałem wyżej kawałek w zasadzie czołowego zespołu mieszczącego się niemal idealnie w nurcie punko-polo jako przykład negatywny, pasujący zresztą do tematu notki. Gdzieś któremuś w głowie pewnie zaświtało, że "no wiesz... punki są w opozycji do głupich hipisów, nie, to napisałem tekst, Jolka, Jolka, nabijam się w nim z wolnej miłości, he, he. no i fajne nawiązanie do Perfectu, nie?". Chociaż nie chcę się wypowiadać w kwestii całości nurtu, bo niektóre teksty Dezertera były przecież mocno w punkt i również te z młodości. Na ogół polski punk kojarzy mi się bardziej z uniformizacją niż ze świadomym buntem (trzeba było się ubrać jadąc na Woodstock w latach 90., wczesnych Jarocinów akurat nie pamiętam z racji wieku, i tyle styknęło).

Poza tym to u nas jest nagminne odnośnie innych nurtów również. Kto z nas nie ma kolegi, który jara się post-punkiem, a nie rozumie 1/4 tekstów, co w zasadzie może tylko zadziwiać. Tak jakby takiego surowego the Fall słuchało się dla samej "abrasive music", jak to nazwał sam Smith. Nie twierdzę, że każdy musi śmigać w obcym języku, chodzi mi o pewien trud, który należy sobie zadać, by czegoś słuchać świadomie.
-
2018/03/02 11:58:52
*nawiązanie do Budki Suflera, hehe, sorry.
-
2018/03/02 12:35:50
Sorki za trzy posty z rzędu. Staram się hamować swoją dzisiejszą prokrastynację, jak tylko mogę.

@darek
"Co do the Fall to rozmawiasz z samozwanczym ekspertem od tego zespołu :) w jego 40letniej historii zawsze grała tam jakaś kobieta, a jak nie grała to menedżerowała, Mark miał dużo sióstr i w ogóle kobiet w rodzinie i traktował je z szacunkiem (tak mówił nawet ktoś jemu niechętny)"

To przepraszam, bo to pewnie do mnie musiała być skierowana ta uwaga, nie do kolegi stanczaka. Nie mogę się oczywiście określić ekspertem od the Fall i najpewniej mi ten fakt umknął. Korzystając z okazji (gospodarzu, nie zauważaj, pomiń, nie banuj, proszę, to na pewno ostatni raz), mam pytanie z innej beczki - wiesz może, skąd ta dziwna akcja z Albinim ("50 year old man"). Tzn. ja wiem, że Steve do kogoś rzucił tekst, że chciałby/pragnąłby wyprodukować (wyinżynierować?) album the Fall, ale skąd takie obruszenie u Smitha? Ktoś mu to jakoś przekręcił, podał w formie: "Albini chce to zrobić, bo uważa, że kichowato brzmicie" (a przecież nigdy nie był zwolennikiem ingerencji w brzmienia), czy jeszcze inaczej?
-
2018/03/02 15:04:33
@punko polo

W żaden sposób nie jestem fanem (w ogóle jakoś nie zdarzyło mi się być fanem niczego polskiego od czasu ejtisowego manaamu, przyłączam się do tezy o narodowej epidemii głuchoty), ale pretensja do polskiego punka że jest punko polo to trochę pretensja do garbatego że ma proste dzieci. Toż tak gdzieś po 85 roku (a dokładnie to po Bad Religion) cały nurt globalnie wyewoluował w kierunku czegoś co można by nazwać punko polo. To nie jest polska specyfika, te wszystkie Green Daye, Blinki 182 itp. Hardcorowy punk w stylu Dead Kennedys czy wczesnego Bad Brains po prostu gdzieś tam kiedyś umarł i zostały tylko takie skoczne umpapa luźno nawiązujace do poprzedników. A że w nie każdy jest zdolny osiągnąć poziom wspomnianego Bad Religion czy Offspringa i połączyć skoczność i melodyjność z wysokim poziomem ogólnym to przeważnie wychodzi z takich prób czysta żenada. Jak powiedział Jello Biafra około wspomnianego 85 roku: punk's not dead, it just deserves to die as it became another stale cartoon (piszę z pamięci, napewno przekręcam, zresztą cały tekst tego kawałka możnaby zacytować zamiast tego posta)
-
wo
2018/03/02 15:30:41
@stanczak
"Uwaga na boku - w Polsce wszystko jest something-polo."

Bez przesady z tą oikofobią. Mamy wielkie tradycje jazzu - i w nich zresztą upatruję słabości polskiego bluesa. Po prostu jazz zasysał utalentowanych muzyków.
-
2018/03/02 22:03:06
@martin.slenderlink
Nie, nie wiem co z tym Albinim, zwłaszcza że tam jeszcze Virgin Trains spiskowali razem czyhając na życie Marka (tylko w piosence, uspokajam niezorientowanych) podejrzewam osobiście że to ex-członkowie chcieli coś z nim nagrać, oni jakieś demo (bez Albiniego) nagrali którego Mark nie zaakceptował i może to miało być to. To byli ci trzej co odeszli bez słowa w trakcie trasy po USA :)
-
2018/03/03 21:19:42
@ wo

Po miłość do jazzu ciągle stoję do Pana Boga w kolejce, ale moje próby poszukiwania w tym nurcie nigdy nie kończyły się w "polskiej tradycji jazzu", a jakiekolwiek spotkania wypadały raczej słabo. Szczerze wchodzi mi tylko Stańko w amerykańskim składzie, ale to zdanie mocno przekracza moje rozumienie gatunku, więc proszę nie wymagać zbyt wiele od mojej znajomości jazzu.

@ antonio.bamberas

Może przeczytaj Kryzysową narzeczona Mogielnickiego, to zrozumiesz skąd ten cytat.

@ martin.slenderlink

Ogólna uwaga - ja mam problem z amerykańskim punkiem, bo dla mnie to muzyka, o której fajnie się czyta legendy*, ale jak się słucha, to czegoś mi tam brakuje. W kwestii pop-punku, to klasyczny przykład amerykańskiego systemu, gdzie idealnie łączy się main stream z alternatywą, robiąc z niej mainstream. Jeśli chodzi o perkusistę z tego nurtu. W Blink 182 grał naprawdę utalentowany gość - Travis Baker. Do dzisiaj, kiedy moja córka podsłuchuje Blink 182, największą przyjemność sprawia mi słuchanie właśnie perkusisty. Reszta staje się dla mnie przezroczysta - słucham tylko Bakera.

* uwielbiam zwłaszcza jedną - atak na Dead Kennedy's przez ruch amerykańskich mamuś, kiedy naprawdę cały szum zaczął się od piosenki Prince'a Darling Nikki z Purple Rain, która wzburzyła "waszyngtońskie żony", włącznie z żoną progresywnego Al Gore'a (niedoszłego prezydenta i nadziei oraz gwiazdy wielu lewicowych fantazji). BTW - ciekawe, jak w kontekście notki gospodarza prezentuje się ten tekst Prince'a.
-
2018/03/04 22:35:13
Hard rock w czasach metoo? Ja się zastanawiam, jak obecne ruchy lewicowe oceniałyby hippisów z ich wolną miłością, prezentując tak skrajny konserwatyzm jak ma to miejsce dziś.

Feministki wystawiające piosenkom sprzed lat certyfikaty akceptowalności obyczajowej, usprawiedliwiające swoją "guilty pleasure" przed wyznawaną ideolo, to jakieś zupełne kuriozum.

Kiedyś przecież te kawałki nie podobały się przede wszystkim środowiskom kościelnym, uznającym je za demoralizujące, uderzające w fundamenty moralności. Jasną sprawą było to, że rock był muzyką buntu, czasem uderzającego na ślepo i z przekory.

Dziś miejsce księży i zmartwionych rodziców (takich rodem z "Warning: Parental Advisory", walczących o nalepki z ostrzeżeniami przed nieprawomyślnymi tekstami) zajmują zakonnice feminizmu. Czekać tylko na nową edycję "Filthy Fifteen", tym razem tropiącą zakamuflowaną mizoginię.

Szkoda tylko, że nie ma już F. Zappy, który byłby w stanie cały ten fenomen dosadnie i zgryźliwie skomentować. Każdy ma taką moralną panikę, na jaką zasługuje, ale moralna panika w wykonaniu millenialsów jest wyjątkowo żałosna.
-
2018/03/05 10:21:06
@ neoplatonik

"Hard rock w czasach metoo? Ja się zastanawiam, jak obecne ruchy lewicowe oceniałyby hippisów z ich wolną miłością, prezentując tak skrajny konserwatyzm jak ma to miejsce dziś. "

Nie wiem jak feministki, ale ja oceniam ich jako bandę złamasów. Dużo gadania o równouprawnieniu i wspólnocie, ale jak przyszło do sprzątania kibli, robienia kanapek i opieki nad dziećmi, to jakoś dziwnie często chłopcy musieli akurat być w delegacji astralnej.

"Feministki wystawiające piosenkom sprzed lat certyfikaty akceptowalności obyczajowej, usprawiedliwiające swoją "guilty pleasure" przed wyznawaną ideolo, to jakieś zupełne kuriozum. "


Mam nadzieję, że siedzisz, bo to może być spora nowość: kawałki kultury sprzed lat można reinterpretować. To nie jest kuriozum, tylko normalna praktyka przetwarzania kultury.

"Każdy ma taką moralną panikę, na jaką zasługuje, ale moralna panika w wykonaniu millenialsów jest wyjątkowo żałosna."

Poczytaj o terminach socjo zanim zaczniesz je przeklejać z prawackich felietonów.

-
2018/03/05 17:22:53
@neoplatonik

Wydaje mi się, że kolega uderza w jakiegoś własnego chochoła lewicy, milenialsów i feminizmu. Być może, jak twierdzi redezi, powszechnego na portalozie prawicowej. Niemniej, sam będąc czymś w rodzaju post-prawicowca na tym forum, proponuję wyrwanie się z grajdołka własnych stereotypów. Ani długie włosy i wolna miłość nie czynią z nikogo lewicowca. Tak samo jak latanie z gołymi cyckami po cerkwiach nie robi z kobiety feministki. Równie dobrze można by z różnych Natankowców czy Rydzykowców robić sobie stereotyp typowego chrześcijanina. A z miłośnika leśnych pochodów z pochodniami i tortów z dziwnymi wzorami z wafelków - typowego prawicowca.

Jeżeli w czymś przyznałbym rację, to też ciężko mi jakoś ująć cały ten fenomen #metoo. Zwłaszcza na tym blogu, gdzie jeszcze całkiem niedawno popularne było hasło "Każdemu jego porno". A teraz wygląda na to, że jednak nie każdemu i nie każde, no bo mizoginizm to jednak nie ten, nie za bardzo. A przynajmniej trzeba szukać na siłę jakiegoś usprawiedliwienia, że ci goście to jednak tylko tak dla picu, bo to porządni ojcowie i mężowie są... Trochę śmieszne, trochę smutne, a w całości - dziwne.
-
2018/03/06 00:04:36
@redezi
"Mam nadzieję, że siedzisz, bo to może być spora nowość: kawałki kultury sprzed lat można reinterpretować. To nie jest kuriozum, tylko normalna praktyka przetwarzania kultury."

Tu nie ma mowy o żadnej reinterpretacji; mamy do czynienia raczej z przystawianiem współczesnej ideologicznej linijki do dzieł czasów minionych i wybrzydzanie, że nie spełniają oczekiwań ludzi z ową linijką. Reinterpretacje bywają twórcze i interesujące - o mierzeniu słuszności przesłania przez jakąś feministyczną inkwizycje tego samego nie można powiedzieć. Ale rozumiem już konkluzję: hard rock to sztuka zdegenerowana, tak jak w latach trzydziestych kubizm, dadaizm, abstrakcjonizm.

@bert04
"Jeżeli w czymś przyznałbym rację, to też ciężko mi jakoś ująć cały ten fenomen #metoo. Zwłaszcza na tym blogu, gdzie jeszcze całkiem niedawno popularne było hasło "Każdemu jego porno". A teraz wygląda na to, że jednak nie każdemu i nie każde, no bo mizoginizm to jednak nie ten, nie za bardzo. A przynajmniej trzeba szukać na siłę jakiegoś usprawiedliwienia, że ci goście to jednak tylko tak dla picu, bo to porządni ojcowie i mężowie są... Trochę śmieszne, trochę smutne, a w całości - dziwne."

Myślę, że Catherine Deneuve najlepiej skomentowała całe to #metoo: uznała, iż mamy po prostu do czynienia z nową falą purytanizmu. Stąd właśnie napisałem o zajęciu przez feministki miejsca okupowanego dawniej przez duchownych. Świętoszkowatość aż wali po oczach...

Świadczy to o tym, że dziś lewica ma już dominującą pozycję w kulturze, w żadnym wypadku nie jest kontrkulturową, jaką była za czasów Woodstocku. Teraz to ona chce dyktować obowiązujące normy społeczne i nie toleruje żadnego sprzeciwu. Co zabawne, podważa tym samym również wartość wysiłków lewicy sprzed lat, oceniając je według dzisiejszej miary. W sumie, całkowicie bezsensownie, gdyby się nad tym zastanowić.

Co się tyczy millenialsów: mnie irytuje ich krytyczne ocenianie dokonań kulturotwórczych swych ojców i dziadków, zwłaszcza w momencie, kiedy oni sami nie podjęli żadnego wysiłku twórczego, ani nie stworzyli niczego, co mogłoby poprzez sztukę dać im głos.

Myślę, że jest ta indolencja jest spowodowana głównie wychowaniem. Te najmłodsze pokolenia wychowywane były pod kloszem, kloszem którego pluszowych granic niespecjalnie podejmowali się przesuwać czy przekraczać, w związku z czym cierpią na ustawiczny niedobór doświadczeń życiowych, czyli czegoś, co w sztuce jest nieodzowne. Późne usamodzielnianie się, wyprowadzanie się z domu, wszystko to powoduje, że najlepszy okres na wyrażanie buntu jest w ich przypadku przegapiony. Dlatego millenialsi będą raczej niemym pokoleniem, po którym zbytnio nie ma się co spodziewać rozumienia poetyki rockowej piosenki, ani tym bardziej oczekiwać napisania takowej. I z tego względu, irytuje mnie ocenianie doświadczeń pokoleń wcześniejszych, które czegoś próbowały na własną rękę w takich a nie innych warunkach obyczajowych i dzięki temu mamy kupę nieśmiertelnych kawałków.

W formie metaforycznej ja ich widzę jako taką panienkę z dobrego domu, co to zawsze w obawie przed utratą wpływów u swoich rodziców, nigdy nie poważyła się na jakieś ekstrawagancje, późne balangi i podważanie autorytetu, wychodząc na tym stratnie, znając życie jedynie z pośrednich źródeł.

Dlatego takiego millenialsa trzeba niańczyć, chronić przed światem jak dziecko, opisać wszystkie niebezpieczne poglądy, które mogłyby urazić jego uczucia a najlepiej wprowadzić do tego cenzurę, aby się na takie przypadkowo nie natknął. Oni są przez te internety wychowani tak, aby siedzieć w swojej bańce i nie ruszać się poza nią, więc nie gromadzą żadnych ciekawych doświadczeń, zatem nie bardzo mają też o czym pisać, tworzyć. Ani tym bardziej zainteresować kogoś, spoza ich pokolenia. Ot, taka dramaturgia kalectwa życiowego, nie będącego inspirującym punktem dla żadnego porywającego konfliktu.
-
2018/03/06 06:54:12
@neoplatonik

"Tu nie ma mowy o żadnej reinterpretacji; mamy do czynienia raczej z przystawianiem współczesnej ideologicznej linijki do dzieł czasów minionych i wybrzydzanie, że nie spełniają oczekiwań ludzi z ową linijką. "

Kiedys blackface był zupełnie normalną techniką sceniczną to absurdalne, że oceniamy tamte produkcje według dzisiejszej miary, co nie?
-
2018/03/06 09:51:27
@azdzisio

#blackface mógł być tak rasistowski jak i być normalną techniką sceniczną z braku aktorów ciemnej karnacji. Od dawnych przedstawień Otella aż po Alternatywy 4. Natomiast, choć rzadko bywam w teatrach czy operach, obserwowałem już zjawisko przeciwne do whitewashingu, czyli aktorów dosyć wyraźnie japońskich , koreańskich i innych w rolach typowo białych. Największy dysonans miałem, jak w dziecięcej sztuce o kopciuszku tytułową rolę grała murzynka (świetnie grała, na marginesie).

@neoplatonik

Obserwowałem już a moim życiu kilka panik moralnych i ich efektów pobocznych, w których granica między szukaniem zwyrodnialców a polowaniem na czarownice, między pomocą pokrzywdzonym a żerowaniem na ich cierpieniu była płynna. W przypadku #metoo moje obawy dotychczas się nie sprawdziły, chyba same kobiety do końca nie wiedzą, jak się do tego odnieść. Z mojego męskiego szowinistycznego punktu widzenia oceniam to jako kryzys feminizmu i jego tożsamości, w którym męscy troglodyci są tłem, czymś w rodzaju drapieżników w dżungli. A część kobiet, być może, nie chce rezygnować z pewnych, nazwijmy to, korzyści, jakie mogły uzyskać w dotychczasowym świecie. Ale takie kobiety zawsze były. Na naszym polskim grajdółku to raczej frakcja moherowa będzie, ot różnica cywilizacyjna.

Nie zgodzę się też z Twoją oceną millenialsów. Bunt lat 70-tych to nie jakaś norma, jakiś przymus naturalnego rozwoju nastolatków. Był to opóźniony efekt Drugiej Wojny Swiatowej i ogólnego załamania się systemów moralnych. Polecam książkę Pinkera "Przemoc", która zajmuje się tytułowym fenomenem na przestrzeni wieków. To, że dziś konserwatyzm moralny jest znowu w cenie, wynika w prostej zależności z tego, że żyjemy w świecie pokoju i stabilności. Jeżeli ktoś żywi się z owoców lasu i śpi pod gołym niebem to nie dlatego, że mu sąsiedzi dom spalili a obcy żołnierze rodziców zabili, ale dlatego, że idzie do jakiegoś harcerstwa albo innego survivalu. Więc jeżeli następnym razem będziesz marudził na brak doświadczeń młodego pokolenia, przypomnij sobie chińskie przekleństwo: "Obyś żył w ciekawych czasach".
-
2018/03/06 13:17:49
@ neoplatonik

"Tu nie ma mowy o żadnej reinterpretacji; mamy do czynienia raczej z przystawianiem współczesnej ideologicznej linijki do dzieł czasów minionych i wybrzydzanie, że nie spełniają oczekiwań ludzi z ową linijką. "

No i co z tego? Krytyka dawnej kultury to norma, tak samo stronniczy był renesans wobec średniowiecza i pozytywizm wobec romantyzmu. Normalna kolej kultury.

"Myślę, że jest ta indolencja jest spowodowana głównie wychowaniem. Te najmłodsze pokolenia wychowywane były pod kloszem, kloszem którego pluszowych granic niespecjalnie podejmowali się przesuwać czy przekraczać, w związku z czym cierpią na ustawiczny niedobór doświadczeń życiowych, czyli czegoś, co w sztuce jest nieodzowne. Późne usamodzielnianie się, wyprowadzanie się z domu, wszystko to powoduje, że najlepszy okres na wyrażanie buntu jest w ich przypadku przegapiony. Dlatego millenialsi będą raczej niemym pokoleniem, po którym zbytnio nie ma się co spodziewać rozumienia poetyki rockowej piosenki, ani tym bardziej oczekiwać napisania takowej. I z tego względu, irytuje mnie ocenianie doświadczeń pokoleń wcześniejszych, które czegoś próbowały na własną rękę w takich a nie innych warunkach obyczajowych i dzięki temu mamy kupę nieśmiertelnych kawałków. "

1. Dług studencki. Rzucenie studiów w USA w tym momencie oznacza, że startujesz z gorszej pozycji niż buntownik z lat 60. O ile w 68 roku mogłeś na lajcie żyć jako stolarz czy człowiek od prac doraźnych, o tyle w 2018 mieszkania w dużych miastach stały się zabójczo drogie.

I to są rzeczy mierzalne, a nie smuteczki o milenialsach

2. Reszta w noci WO: wo.blox.pl/2017/05/Liberalne-sniezynki.html
-
2018/03/06 15:45:00
@bert04
Rzecz w tym, że to przytoczone chińskie przysłowie wraz ze wspomnieniem przyczyn buntu z lat '70 wskazuje choć drogą okrężną, przez negację, że dzisiejsza młodzież nie ma podobnych inspiracji, jakie miała młodzież wówczas - przekłada się to na brak bodźców twórczych, tak czy owak.

Ja marudzę nie tyle na brak doświadczeń młodego pokolenia per se, co raczej na jego perorowanie o doświadczeniach pokoleń starszych z pozycji krytyka. Inna sprawa, że pęczniejący konflikt amerykańsko-chiński może sprawić, że rzeczywiście przyjdzie im żyć w ciekawych czasach i wtedy wreszcie zrobią coś prawdziwie swojego. Na razie są z tymi swoimi pasywno-agresywnymi pretensjami po prostu nieznośni.

@redezi
"No i co z tego? Krytyka dawnej kultury to norma, tak samo stronniczy był renesans wobec średniowiecza i pozytywizm wobec romantyzmu. Normalna kolej kultury."
Ale po renesansie zostało coś więcej niż tylko narzekania na spuściznę średniowiecza. Gdyby nie zostało, to kogo by w sumie obchodziło, że kilkaset lat temu żyli jacyś ludkowie, którym to się nie podobało, co robili ich antecesorzy? Renesans nie ograniczył się wyłącznie do krytyki społecznej czasów wobec siebie minionych, ale pokazał, jak coś można zrobić inaczej i po swojemu.

Jeśli po obecnych młodych pozostaną wyłącznie książki krytykujące mizoginię rockowych piosenek, to nie będzie to specjalnie ważki wkład w kulturę. Tylko na tyle ich stać?

Długi studenckie długami studenckimi, a wytworzenie świadomości pokoleniowej, jakaś pozytywna identyfikacja i zabranie głosu przez twórczość to druga para kaloszy.
-
2018/03/06 19:18:54
@bert04
"#blackface mógł być tak rasistowski jak i być normalną techniką sceniczną z braku aktorów ciemnej karnacji."

Tak czy inaczej obecnie jest kompletnie nieakceptowalny. No i? Ciagle nie wiem co złego w tym przykładaniu współczesnej linijki?
-
2018/03/07 10:19:05
@neoplatonik
"zakonnice feminizmu"

Jakkolwiek w zamierzeniu miał to być środek stylistyczny pozwalający zgrabnie (czy humorystycznie) wytknąć nową opresyjną "religię" w postaci feminizmu, to nijak mi ten oksymoron nie chce wejść do głowy. Bez przerwy mi zgrzyta, jako że wszystkie znane mi (w tym osobiście) feministki uwielbiają seks - blessed relief (o, Zappa, cholera, tylko instrumentalny). A zakonnice z definicji uprawiać go nie mogą/nie powinny? za bardzo (mniejsza nawet z lubieniem), chyba że opętane, robiące to w sceneriach mniej więcej z tych starszych klipów śp. Petera Steele'a (Ratajczyka). Lubienie seksu i jednocześnie krytykowanie mizoginii w tekstach jest aż takie śmieszne w połączeniu? I to w ogóle jest jakaś "krucjata" prowadząca wprost do cenzury mizoginistycznych piosenek?

Poza tym autor notki cały czas tutaj wałkuje temat konsensualności, świadomej zgody i takie tam - jako sprawę całkowicie nadrzędną, a przynajmniej ja takie wrażenie odnoszę. Jeżeli to ma być jakiś nowy mieszczański purytanizm, to mamy chyba spore zamieszanie semantyczne. O co Ci właściwie chodziło? Że feministki to hipokrytki i najbardziej lubią, gdy jakiś typ niekonsensualnie mówi: "niunia, zrób mi dobrze", a w wersji lajt: "ładne masz cycki, dlatego tu pracujesz", tylko obłuda nie pozwala im tego przyznać? Deneuve ktoś tak podrywał? Lubienie seksu = umiłowanie specyficznego podrywu?

@bert04
"Jeżeli w czymś przyznałbym rację, to też ciężko mi jakoś ująć cały ten fenomen #metoo. Zwłaszcza na tym blogu, gdzie jeszcze całkiem niedawno popularne było hasło "Każdemu jego porno". A teraz wygląda na to, że jednak nie każdemu i nie każde, no bo mizoginizm to jednak nie ten, nie za bardzo."

Świat poszedł do przodu, mizoginizm to po prostu niekonsensualne sadomaso.
-
2018/03/07 11:16:01
@martin.slenderlink

"Świat poszedł do przodu, mizoginizm to po prostu niekonsensualne sadomaso."

Za moich czasów mawiano "Nie bądź taki do przodu, bo Ci tyłu zabraknie". A chwilowo jesteśmy tak z przodu, że mruganie okiem do posłanki staje się niekonsensualnym sadomaso. Niezależnie od oceny posła mrugającego czy posłanki oburzonej, mnie stawianie znaku równości między tymi dwoma zjawiskami zgrzyta.

Bajdzyłej, wśród różnych opinii serwowanych dookoła metoo, jedna zapadła mi w pamięć, bo odbiegała od reszty. Pani psycholog (nawet nie pamiętam, czy z Polski, czy nie) twierdziła, że mężczyźni i kobiety stosują przemoc seksualną, tyle że u kobiet ta przemoc przejawia się przez odmawianie seksu. Nie, nie zapisałem sobie linka ani autorki tego tekstu. Zadziwił mnie, bo kontestował to, co wydaje się "źrenicą wolności" obecnej wojny płci. Czyli prawo kobiety, że w każdej sytuacji i nawet w "ostatniej chwili" może powiedzieć "Nie". A facet, niezależnie od ubioru, gry wstępnej czy nawet dalszego zaawansowania, musi zapanować nad sobą.

Denial jako niekonsensualne sadomaso... nawet nie wiem, czy to progres czy już regres.
-
2018/03/07 11:29:40
@bert04
"mnie stawianie znaku równości między tymi dwoma zjawiskami zgrzyta"

Mizoginizm jest szerszy, wiadomo. No ale skoro już sprowadzamy wszystko do metaforycznego ujęcia "każdemu jego porno" i odnosimy się do tego, że coś kiedyś tu obowiązywało, a teraz nie obowiązuje, napisałem to powyższe. Bo mam wrażenie, że niekonsensualne SM nigdy tu nie obowiązywało. Tylko tyle.

"Za moich czasów mawiano "Nie bądź taki do przodu, bo Ci tyłu zabraknie".

To nie jest dla mnie prehistoria.

"Denial jako niekonsensualne sadomaso... nawet nie wiem, czy to progres czy już regres."

Raczej regres. Gdy się nie dogadują, to powinni dać sobie spokój. No ale to się sprawdza wcześniej i generalnie w związku też się coś kiedyś może popsuć. Nie ma recepty na idealne.

"A facet, niezależnie od ubioru, gry wstępnej czy nawet dalszego zaawansowania, musi zapanować nad sobą."

Cóż. Według mnie ipsacja w sytuacji "dalszego zaawansowania" nie byłaby czymś szczególnie obscenicznym, ale to chyba nie jest już miejsce na takie rozważania.
-
2018/03/07 17:58:10
Ja bym powiedział, że z lewicą główny problem jest taki, że nie ma żadnego stałego ideału społecznego, bo sama wartość egalitaryzmu, do którego należy dążyć nie zapewnia żadnej ciągłości obyczajowej między pokoleniami. Widać to nawet na omawianym przypadku.

Jeżeli nierówność można pokonywać wyłącznie środkami politycznymi i na takich wszyscy się fiksują, nieuchronnie musi to doprowadzić do całych serii konfliktów społecznych, wzajemnej antagonizacji w populacji i wytwarzania niechęci pośród walczących o swoje interesy stron. A ponieważ nie ma żadnych ustanowionych reguł współżycia czy innych jednoczących ideałów, którym powinien podlegać każdy, wszystko dopuszczane jest do negocjacji; swoją pozycję można poprawić lub pogorszyć w społecznej walce, ale nie za bardzo jest jak ją utrzymać, bo nikt jej nie zagwarantuje.

Przez to, że aprobuje się sytuację, w której nie ma sfer życia wolnych od polityki, gdzie by nikt niczego nie podważał i nie starał się renegocjować na swoją korzyść, doszukując się wymierzonej w siebie niesprawiedliwości, pojawia się to nieustanne wzajemne podmywanie wartości i w końcu nihilizm.

To już lepiej jechać w Bieszczady.

@martin.slenderlink

"Poza tym autor notki cały czas tutaj wałkuje temat konsensualności, świadomej zgody i takie tam - jako sprawę całkowicie nadrzędną, a przynajmniej ja takie wrażenie odnoszę. Jeżeli to ma być jakiś nowy mieszczański purytanizm, to mamy chyba spore zamieszanie semantyczne."

Nikt normalny nie ma raczej problemów z konsensualnością, bo ludzie generalnie przejawiają taką dziwną tendencję, że chcą uprawiać seks z tymi, co ich akurat pożądają, przydając im w ten sposób wartości i mile łechcząc ego, tak poza łechtaniem innych części ciała.

Co innego jednak, gdy pojawiają się pomysły, aby na przykład ta świadoma zgoda była poświadczana pisemnie, jak na przykład dzieje się to na amerykańskich kampusach. Jasne, wszystko można usprawiedliwiać troską (czasem wręcz specjalną), aby nikt nikogo nie wykorzystał, ale powiedzmy sobie to jasno - jest to biurokratyzacja ludzkiej intymności, burzenie całej naturalności interakcji, typowy power play.

Jeżeli w praktyce ktoś nie widzi związanego z tym nadużycia, to zapewne nie zorientuje się też, gdy padnie ofiarą strajku włoskiego. Przecież w tym wypadku też będą go obsługiwać tak bardzo dokładnie, aby przypadkiem nie był stratny i wszystko odbyło się konsensualnie, więc o co chodzi?

A chodzi o to, że wprowadzając takie sztuczne bariery i dziwactwa w obyczajowości, które niby mają przydawać większej kontroli słabszej stronie, skończy się tylko na tym, że wygeneruje się więcej fobii społecznych, nerwic i samotności, potencjalnie penalizując nieudany podryw.

Jeśli w Stanach chcą sobie hodować więcej starych panien i piwniczaków, co to, ani be, ani me do obcej płci nie wypowiedzą, bo aż strach, to w sumie ich sprawa. Co nas to?

Zawsze można wrócić do dawnych konwenansów, listownego informowania o swoim zainteresowaniu i chodzeniu z przyzwoitkami, które będą pilnować, czy konsens nie został naruszony. Okazuje się, że epoka wiktoriańska była najbardziej progresywna.
-
2018/03/08 09:50:51
@martin.slenderlink

Być może wyraziłem się niejasno, albo nie umiałem ująć myśli. Nie rozmawiamy (chyba) w tym temacie o mizoginii w realu. Ale o mizoginii w dziełach popkultury. Konkretnie w kontekście, czy feminstka - oraz nasz szanowny gospodarz tego bloga - może się kontentować słuchaniem pewnej znanej piosenki zespołu AC/DC. Tu na margines stacza się, czy to było consensual, tutaj jest szukanie usprawiedliwienia. Jakby od słuchania feministki identyfikowały się z żeńskim podmiotem lirycznym, a mężczyźni - z męskim "przedmiotem" lirycznym. Już nie złe zachowanie, już złe myślenie staje się "myślozbrodnią", a przynajmniej musi się bronić od tego zarzutu. Broń B-że, żeby piosenkarze śpiewali na serio, uchowaj N-jświętsza P-nienko, żeby kobieta była "przedmiotem lirycznym". Temu się dziwię, to mnie zastanawia, zwłaszcza w kontekście tekstu o pornografii.

Dla porównania, to, że swego czasu oglądałem sporo filmów typu Rambo/MiA/Platoon nie oznacza, że automatycznie chcę rozwalać czachy i wypruwać flaki. Ba, niczego większego od muchy w życiu świadomie nie skrzywdziłem. Owszem, po podrośnięciu zdaję sobie lepiej sprawę, że to też był rodzaj "pornografii przemocy". I w ten sposób traktuję. Natomiast nie będę czuł się winny, że ciągle z pewnym sentymentem oglądam, jeżeli powtarzają co nie które lepsze kawałki w TV. I tego życzę tropicielom mizoginii w popkulturze, wyluzowania nieco.

@neoplatonik

Egalitaryzm był i jest ideałem lewicy, choć jego definicja się zmienia z czasem (Majakowski już nie jest aktualny). Także konflikt społeczny, kiedyś zwany walką klas, czasem nawet rewolucją, należy do "ich" repertuaru. Krytykujesz więc lewicę za to, że jest tym czym jest. I że nie jest prawicą ("stałły ideałł społłeczny", mój dhhogi hhhabio, to bahhdzo waszna sphhawa). Zapomniałeś jeszcze skrytykować braku wiary w Boga i odwieczne wartości, przypominam dla porządku.
-
2018/04/09 12:12:18
@dochunter
"Czerwony jak Cegła" zaczyna się już po przyzwoleniu

Ba, kończy się tym, że podmiot liryczny liczy na ponowne przyzwolenie w przyszłości: "może kiedyś da mi szansę spróbować jeszcze raz".

@dochunter
A u nas za to ja zawsze wkurwiam się gdy słyszę "z autobusem Arabów zdradziła go".

"Jolka" jest historią opartą na faktach. Ów mąż podobno dumny był bardzo, że napisano o nim piosenkę, chwaląc się tym faktem prostował jednak, że chodziło nie o autobus, tylko taki mikrobus.

@mkwa
"Na czekoladę poczułem chęć" jest jeszcze straszniejsze...

Ale zwrotkę wcześniej mamy: "Spytałem skromnie: czy pójdziesz do mnie? Kiwnęła głową zgadzając się".

@piotr.markowicz1988
jednym z najobrzydliwszych tekstów nagranych kiedykolwiek jest "nigdy nie wierz kobiecie"

To akurat tekst o seryjnym mordercy kobiet. Równie dobrze można byłoby oburzać się, że sformułowania typu "mogła mówić nie widziałam kto, zmarnowała chłopcom siedem lat" padają w piosence o gwałcie zbiorowym na Magdzie K. Napisanym zresztą również przez Andrzeja Mogielnickiego - oryginalnie dla zespołu 2+1, który nigdy tego utworu nie nagrał.

@wo
Chyba odwrotnie, w PRL właśnie lepiej był traktowany autor niż wykonawca.

Tak było. I chociaż dzisiaj rozpoznawalność autorów i kompozytorów jest znacznie mniejsza, to jednak ZAiKS bardzo mocno pilnuje ich kasy. Stąd też pęd młodych gwiazd estrady do pisania własnych tekstów - nie da się ukryć, że jeden dobry hit potrafi zapewniać niewielkie, ale stałe środki wystarczające do przeżycia. Jak się tych hitów uzbiera więcej, to można sobie wyjechać na Dominikanę i zajmować się nicnierobieniem do końca życia.

@wo
Po prostu jazz zasysał utalentowanych muzyków.

W klimacie jazzującym skojarzyło mi się właśnie "Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia" Hanny Banaszek z tekstem Wojciecha Młynarskiego: "przeżyj ze mną czarujący epizodzik".

@awa1111
Izabeli Trojanowskiej [...] bez wspominania o Mogielnickim, Dutkiewiczu i Lipko

Trojanowska to chyba w ogóle najbardziej paradoksalny przypadek. Z jednej strony wizerunek silnej, wyemancypowanej kobiety. W drugiej - wizerunek wykreowany w całości przez mężczyzn, od tekstów piosenek po fryzurę. Wizerunek nadany młodej, skromnej dziewczynie wyciągniętej z Sacrosongu, śpiewającej o prawie do orgazmu ("Wszystko czego dziś chcę"), a przekonanej wówczas, że o miłości - jak obecnie mówi.
-
wo
2018/04/09 14:05:36
@toor
"Ba, kończy się tym, że podmiot liryczny liczy na ponowne przyzwolenie w przyszłości: "może kiedyś da mi szansę spróbować jeszcze raz".

To już było omawiane; chodzi mi bardziej o to, że ma postawę "musi mi się udać", a nie postawę "jak to zrobić, żebyśmy OBOJE się dobrze bawili" (paradoksalnie, gdyby zmienił punkt widzenia, może i by się wreszcie udało).

-
wo
2018/04/09 14:09:17
@neoplatonik
"Co innego jednak, gdy pojawiają się pomysły, aby na przykład ta świadoma zgoda była poświadczana pisemnie, jak na przykład dzieje się to na amerykańskich kampusach. "

Pierwsze słyszę o czymś takim. Konkretne przykłady - na jakich kampusach, jak to jest egzekwowane?

Na razie prawicowa krytyka #metoo polega na straszeniu urojonymi zagrożeniami ("to straszne, niszczą kariery na podstawie anonimowych oskarżeń" i bagatelizowaniu zagrożeń realnych (prawdziwy gwałt, prawdziwe wykorzystanie w stanie nietrzeźwym, itd.).
-
2018/04/09 16:17:57
@wo
jak to zrobić, żebyśmy OBOJE się dobrze bawili

"Czerwony jak cegła" to nie jest wbrew pozorom tekst inspirowany życiem, tylko filmem "Benjamin, czyli pamiętnik cnotliwego młodzieńca" (wprost zresztą przytoczonym w tekście). Rzecz dzieje się w XVIII wieku, a głównym bohaterem jest młody człowiek pod ostrzałem zalotów kobiet. Dzisiaj pewnie powiedzielibyśmy, że był przez nie molestowany, więc z tą obustronną satysfakcją mógłby być pewien problem.
-
2018/04/18 21:12:52
@wo
Parę lat temu sprawa była głośna, bo zrywali z zasadą domniemania niewinności. Nie pamiętam, na czym ostatecznie stanęło, czy to prawo przeszło, działa czy pozostało martwe. Tak czy owak, była próba prawnego uregulowania tego w podobny sposób.

www.laweekly.com/news/verbal-or-written-permission-could-be-required-for-college-sex-4764878
www.insidehighered.com/news/2014/10/17/colleges-across-country-adopting-affirmative-consent-sexual-assault-policies
time.com/3211938/campus-sexual-assault-consent-california/
newrepublic.com/article/119459/californias-campus-consent-laws-every-sex-act-potential-crime
www.telegraph.co.uk/women/sex/11738202/Sex-consent-contracts-for-university-students-Would-you-sign.html


Na takie dictum, to mi się włącza tryb kontrariański; schodzę do podziemia jeść smażone szczury, słuchać zakazanych rock'n'rollowych piosenek i w żadnym wypadku nie będę płacić tego jednego cholernego kredytu kary za wykroczenie przeciw statutowi werbalnej moralności.

Wypchajcie się ze swoimi lewackimi trzema muszelkami.

Prawica trumpowa zresztą sprytnie wykorzystuje nastroje ludzi z klasy robotniczej, którzy mają dość wtranżalania się elit w ich obyczajowość i rzeczy, które zdążyli polubić. Ale należy zauważyć, że lewica sobie w ten sposób sama strzela samobója.

www.youtube.com/watch?v=7Xh-Y9xuGao

Gdy sobie czytam wpis o hard rocku w czasach #metoo, i zauważam, że wkrótce podobna moda na obrzydzanie przeszłości zostanie przeszczepiana na nasz grunt, to się przestaję dziwić, że lewica nie jest dla ludzi atrakcyjna.

Autorytet kapłanów siedzących w wieżach z kości słoniowej srogo podupadł a nikomu specjalnie nie spieszy się, aby na to miejsce wynosić tym razem postępowych moralistów.
-
wo
2018/04/22 10:38:04
@neoplatonik
"Parę lat temu sprawa była głośna, bo zrywali z zasadą domniemania niewinności. "

Nikt nie "zrywa z zasadą domniemania niewinności", po prostu niektórzy ludzie nie wiedzą, jak ona działa i kiedy obowiązuje (nie zawsze, np. konduktor nie będzie np. domniemywać niewinności, że masz bilet na to intercity, ale go po prostu zgubiłeś).

Wyjaśnię ci to łopatologicznie. Tak w Stanach jak w Europie, uczelnia ponosi odpowiedzialność karną i cywilną za bezpieczeństwo studentów na jej terenie. To ten sam mechanizm, co odpowiedzialność pracodawcy za bezpieczeństwo pracowników - w końcu nie przychodzisz tutaj dla przyjemności.

W razie molestowania seksualnego uczelnia (tak jak pracodawca) będzie ponosić odpowiedzialność, jeśli doszło do tego na campusie. I tak powinno być, podobnie zresztą ponosi odpowiedzialność np. za schody, na których można złamać nogę. Tylko że do niedawna ofiary molestowania milczały, w odróżnieniu od ofiar schodów, bo bycie ofiarą gwałtu czy molestowania wiąże się ze stygmatyzacją.

Ten stygmat działa coraz słabiej, m.in. dzięki akcjom takim jak #metoo, stąd ustalanie reguł. To wszystko.
-
2018/04/22 21:09:14
@wo
"Nikt nie "zrywa z zasadą domniemania niewinności", po prostu niektórzy ludzie nie wiedzą, jak ona działa i kiedy obowiązuje (nie zawsze, np. konduktor nie będzie np. domniemywać niewinności, że masz bilet na to intercity, ale go po prostu zgubiłeś)."

Skoro nie wiedzą, to może im wyjaśnijmy, że dotyczy procesów prawnych, a nie każdej innej sfery życia, czy usług. Konduktor w pociągu czy pani kasjerka w kinie nie pełnią roli sędziów a ich praca nijak się ma do spraw karnych, jako tacy nie stanowią też prawa, (ale może przegapiłem moment, w którym otrzymali jakąś jurysprudencję), więc po co im ta zasada domniemania niewinności w codziennej pracy nie za bardzo rozumiem.

Zestawianie takich przykładów wraz z faktycznymi zmianami prawnymi, w USA, które mają lub mogą mieć przełożenie na orzecznictwo to jest jakiś non sequitur, zamydlający pogląd na sprawę. Z tego, że akurat w pracy konduktora zasada domniemania niewinności nie znajduje użyteczności, nie można wnioskować o jej użyteczności w sferze, z której oryginalnie pochodzi i w jakiej powinna pozostać nienaruszoną.

"Wyjaśnię ci to łopatologicznie. Tak w Stanach jak w Europie, uczelnia ponosi odpowiedzialność karną i cywilną za bezpieczeństwo studentów na jej terenie. To ten sam mechanizm, co odpowiedzialność pracodawcy za bezpieczeństwo pracowników - w końcu nie przychodzisz tutaj dla przyjemności.

W razie molestowania seksualnego uczelnia (tak jak pracodawca) będzie ponosić odpowiedzialność, jeśli doszło do tego na campusie."

A to jest już inna część problemu - ludzie przestają reprezentować się sami we własnych sprawach i stają się przedmiotami dla innych instytucji, które zaczynają ponosić odpowiedzialność za nich. W efekcie tego następnie prawo tworzone jest tak, aby wygodniej było tym instytucjom, a nie ludziom. Instytucje więc stają się podmiotami prawa, a ludzie to tylko taki żywy inwentarz, który czasem komuś wchodzi w szkodę.

Kiedy mnie ktoś zgwałci, to będę się sądził ze sprawcą, bo to on naruszył moje dobra - a nie rektor czy uniwerek. Nie liczę na to, że instytucja będzie mi zapewniała jakiekolwiek dodatkowe bezpieczeństwo, tym bardziej za cenę utraty prawnej suwerenności.

"W razie molestowania seksualnego uczelnia (tak jak pracodawca) będzie ponosić odpowiedzialność, jeśli doszło do tego na campusie."

No i to jest właśnie chore. Nie powinno tak być. Między innymi właśnie dlatego ludzie tracą kontakt z rzeczywistością, gubią podstawową odpowiedzialność za swoje i cudze czyny, przenoszą ją na wyimaginowane fikcje i dają sobą kierować każdemu, kto im obieca, że nie będą musieli sobie czymś głowy zawracać.

To zdaje się nazywamy ucieczką od wolności i nawet Erich Fromm miał o tym książkę.
-
wo
2018/04/23 11:01:02
@neoplatonik
"Skoro nie wiedzą, to może im wyjaśnijmy, że dotyczy procesów prawnych"

Też nie wszystkich - wyłącznie postępowania karnego, już np. cywilnego nie.

"Zestawianie takich przykładów wraz z faktycznymi zmianami prawnymi"

Nie ma "faktycznych zmian prawnych" "zrywających z zasadą domniemania niewinności". Nie wiem, czy kłamiesz w złej woli czy fantazjujesz z niewiedzy, ale nie rób tego na moim blogu.

"A to jest już inna część problemu - ludzie przestają reprezentować się sami we własnych sprawach i stają się przedmiotami dla innych instytucji, które zaczynają ponosić odpowiedzialność za nich"

Nie "przestają", tylko zawsze tak było. Stąd w ogóle takie zjawiska, jak BHP czy sanepid. Zaczynając pracę (albo naukę) masz prawo oczekiwać, że administracja uczelni albo pracodawca pilnują tu bezpieczeństwa i nie grozi ci na przykład to, że dachówka ci zleci na łeb. A jak zleci - to ich wina, a nie twoja, że nie uważałeś. Z molestowaniem seksualnym obowiązuje ta sama zasada.

"Nie liczę na to, że instytucja będzie mi zapewniała jakiekolwiek dodatkowe bezpieczeństwo, tym bardziej za cenę utraty prawnej suwerenności. "

Przemawia przez ciebie głupota - zapewne masz za mało inteligencji i/lub wyobrazić sobie, jakim piekłem byłby świat, w którym np. uczelnia nie ponosi żadnej odpowiedzialności za napady rabunkowe na jej studentów, przecież od razu pojawiłaby się jakaś banda, która by eksploatowała tę lukę. Twoja głupota to twoja sprawa, nie kłam jednak, że to są jakieś nowe zjawiska, będące jakimś współczesnym ograniczaniem czegokolwiek (a już zwłaszcza "domniemania niewinności"). Co do zasady podobnie było w latach 50. (tylko że wtedy rozwiązywano problem molestowania prościej - zakaz wstępu dla mężczyzn do żeńskiego akademika, i odwrotnie).

"To zdaje się nazywamy ucieczką od wolności i nawet Erich Fromm miał o tym książkę"

Nigdy jej oczywiście nie czytałeś, gdzieś tam usłyszałeś tytuł (Fromm to marksista, on tam akurat oskażał kapitalizm).
-
2018/04/23 14:32:42
@wo
"Nie ma "faktycznych zmian prawnych" "zrywających z zasadą domniemania niewinności". Nie wiem, czy kłamiesz w złej woli czy fantazjujesz z niewiedzy, ale nie rób tego na moim blogu. "

Jaki jest więc status prawny tamtych przepisów? Obowiązują czy nie?


"Nie "przestają", tylko zawsze tak było. Stąd w ogóle takie zjawiska, jak BHP czy sanepid."

Zawsze tak było? O tak, jestem przekonany, że BHP i sanepid sięgają samych korzeni prawa rzymskiego i wywodzą się ze starożytności.

"Zaczynając pracę (albo naukę) masz prawo oczekiwać, że administracja uczelni albo pracodawca pilnują tu bezpieczeństwa i nie grozi ci na przykład to, że dachówka ci zleci na łeb. A jak zleci - to ich wina, a nie twoja, że nie uważałeś. Z molestowaniem seksualnym obowiązuje ta sama zasada. "

Dachówka albo krwiożercze ruchome schody są częścią czyjejś infrastruktury, materią nieożywioną bez zdolności do podejmowania działań, tym bardziej intencjonalnych. Nie mogą odpowiadać za siebie, podobnie jak nie odpowiada za siebie śnieg leżący na dachu i sople, które wypadałoby skuć, aby nie wbiły się randomowo w czerep kogoś przechodzącego pod nimi. Są zdane na wolę konserwatorów, zarządców, posiadaczy czy właścicieli, albo generalnie użytkowników konkretnego mienia.

W przypadku molestowań i gwałtów sprawcami są intencjonalnie działający ludzie. Jeśli nie ubezwłasnowolnieni, to domyślnie odpowiadający za swoje czyny, tak moralnie jak i prawnie. Jak można ich równać do dachówek pod względem odpowiedzialności? Nie dość, że jest to totalnie demoralizujące, bo pozwala tę odpowiedzialność przerzucać, to jeszcze jest nie fair z powodów godnościowych.

Serio, nie gryzie ci się równanie ludzi do cudzej materii nieożywionej? Wcale, a wcale? Bo dla mnie to by było obraźliwe, gdyby ktoś nie uznał mojej podmiotowości i załatwiał z kimś innym sprawy moich posunięć.

"Przemawia przez ciebie głupota - zapewne masz za mało inteligencji i/lub wyobrazić sobie, jakim piekłem byłby świat, w którym np. uczelnia nie ponosi żadnej odpowiedzialności za napady rabunkowe na jej studentów, przecież od razu pojawiłaby się jakaś banda, która by eksploatowała tę lukę. "

Wyborne! Czyli co, zwyczajna prawna ochrona własności osób indywidualnych już nie działa i jest czystą fikcją? Straszne, panie! Lepiej wszyscy, jak tu stoimy, zapiszmy się na jakieś uczelnie, nieważne już na jakie kierunki, bo kto nas obroni z całym naszym dobytkiem? Przecież od razu pojawią się jakieś bandy, wszystko rozkradno i piekło będzie!

Jeżeli już uczelnia chce być jakoś pomocna, to niech sobie będzie. Ale nie powinno odbywać się to z automatu kosztem indywidualnej podmiotowości. Jeśli jakaś instytucja chce ponosić część odpowiedzialności za mnie, w sumie bez znaczenia, czy gdy jestem ofiarą czy sprawcą, to musi się ładnie zapytać, czy ja chcę po hobbesowsku zbywać i cedować na nią jakieś swoje uprawnienia, aby występowała ona w moim imieniu czy gdzieś mnie reprezentowała albo ponosiła koszta moich wybryków.

Można by się jeszcze zastanowić nad sytuacją, kiedy ktoś kieruje tłumem, gdzie poszczególne osoby nie mają pełnej wiedzy i nie zdają sobie do końca sprawy z konsekwencji tego, co robią lub gdzie są prowadzone (tak jak było na Hillsborough w 1989r.).

Tak czy siak, molestowania i gwałty nie należą do tej kategorii działań. Są w pełni intencjonalne a poza przypadkami chorób psychicznych i innych niepoczytalności nie ma powodu, by pełnej odpowiedzialności nie przypisywać ich sprawcom.

Sądzenie się z uczelnią, za to, że nie zapobiegła jakiemuś zdarzeniu jest dokładaniem cegiełki w budowie prewencyjnego panoptykonu, w którym wszyscy jesteśmy dobytkiem takich czy innych instytucji, działających aby to im było wygodnie, a nie nam było dobrze.
-
2018/04/23 14:52:02
@neoplatonik
Ale rozumiesz, że podpadnięcie pod przepisy Kodeksu Karnego (gwałt) nie wykluczają powództwa w ramach Kodeksu np. Cywilnego?
Rozróżniasz w ogóle te dwa byty?

Czyli jeśli jakiś bandyta pobije dziecko na terenie szkoły to pójdzie siedzieć z tytułu odpowiedzialności osobistej w KK, a szkoła/dyrekcja/samorząd może być pociągnięta z tytułu np. KC.
Rozumiem, że najchętniej pozbył byś się odpowiedzialności instytucji?
-
2018/04/23 15:28:18
"Co do zasady podobnie było w latach 50. (tylko że wtedy rozwiązywano problem molestowania prościej - zakaz wstępu dla mężczyzn do żeńskiego akademika, i odwrotnie)."

Dlatego się śmieję z konserwatyzmu dzisiejszej młodej lewicy, obyczajowo bardziej pasującej do epoki wiktoriańskiej. Brak koedukacji i przyzwoitka na każdej randce w XIX wieku to były wyżyny zabezpieczenia przed jakimiś brzydkimi czynami. Proszę, jak się kiedyś przejmowano, aby żadna kobieta nie została zmolestowana.

Ostatecznie jednak te kobiety i tak za siebie nie odpowiadały, a ich honor był dobrem rodzinnym, o jakie musieli się troszczyć ich ojcowie czy bracia, bo jeśli nie dopilnowali, to również uderzało w ich reputację.

Teraz z akcją #metoo zmierzamy do sytuacji lustrzanej, w której rolę ojców i braci zajmie państwo i jego różne biurokratyczne instytucje. Wtedy należało to do porządku prywatnego, a teraz publicznego. Wow, naprawdę fajna emancypacja!

"Nigdy jej oczywiście nie czytałeś, gdzieś tam usłyszałeś tytuł (Fromm to marksista, on tam akurat oskażał kapitalizm)."

Mógł sobie oskarżać kapitalizm, ale generalnie jego opis mechanizmów odpowiadających za powstawanie autorytaryzmu pasuje szerzej do całej nowoczesności. To, że sobie zwalczysz leseferyzm i zastąpisz wszystko państwem opiekuńczym niewiele w tym zmieni. W zasadzie tylko przyspieszysz infantylizację społeczeństw i pogłębisz ich zależność od mądrego przywódcy, ojca narodu, który wszystko zorganizuje i zapewni, a oni tylko będą mu posłuszni.

Bo jak ktoś nie umie grać w przedsiębiorczość, dbanie o swój partykularny interes, wolny rynek i te inne wyśmiewane korwinizmy, to prędzej czy później i tak będzie zdany na posługę u biurokratów i władzy, która mu dokładnie powie, co i jak, żeby się nie musiał zastanawiać. Z niesamodzielnością rozpowszechnioną w społeczeństwie o wiele łatwiej tworzy się tyranię porządku publicznego, bo ten prywatny wraz ze swymi instytucjami wymaga już pewnej dozy samodzielności i zainteresowania tym, co się dzieje w najbliższym otoczeniu. A po co, skoro można nigdy nie dorastać?

Na tym w zasadzie polega cały konflikt dawnego konserwatyzmu z lewica. O to, który porządek ma pozostać dominującym w życiu społecznym. Albo wszystko robimy prywatnie, oddolnie, zdając się na różne nieformalne instytucje, ostracyzmy i samoregulujące się mechanizmy. Albo wszystko robimy publicznie, odgórnie, zdając się na rozdętą biurokrację i rozkazy państwa dyktującego normy, najlepiej w każdej dziedzinie życia.

Lewica wygrywa właśnie dzięki mocnej karcie państwa opiekuńczego, którym bardzo łatwo kupuje ludzi, bo tym nie chce się specjalnie zabiegać o swoje środkami wyłącznie pozapolitycznymi, ponosząc pełnię odpowiedzialności za siebie, więc postanawiają się wspomóc przez taką czy inną redystrybucję, gubiąc część samodzielności i oczekując, że władza im w czymś pomoże.

Tak czy owak, mechanizm ucieczki od wolności jest w nowoczesności wszechobecny, bo zawsze atrakcyjną alternatywą jest obarczanie kogoś innego, tym czego się samemu nie chce robić. A, że został dogłębnie poznany i wykorzystany, aby centralizować władzę i przesuwać frukty od osób prywatnych do państwowych instytucji, to już inna sprawa.

Ja w każdym razie nigdy nie wierzę, gdy lewicowcy mi mówią, że chcą reprezentować jakieś klasy pracujące, proletariuszy czy kogokolwiek innego o słabej pozycji społecznej. Tak naprawdę to oni reprezentują jedynie zwolenników dominacji porządku publicznego nad prywatnym, którzy wykorzystują tę marną pozycję zdesperowanych ludzi, aby podbudować swą własną i uzyskać odpowiedni wpływ polityczny, jadąc na karkach potrzebujących. Krótko mówiąc reprezentują interesy biurokracji i urzędów. Żadnymi reformami i tak nie zmienią faktu, że zawsze ktoś będzie niezadowolony ze swojego położenia a równość jest tylko ideałem nieosiągalnym w realu. Ważne, że jest ideałem użytecznym do zdobywania władzy, bo zawsze można zwerbować kogoś, komu się nie podoba jego status społeczny, kto będzie chciał go zmienić, nawet przez kolejne naruszenie porządku prywatnego, bo co go to w ogóle...
-
wo
2018/04/23 15:44:37
@neoplatonik
"Jaki jest więc status prawny tamtych przepisów? Obowiązują czy nie?"

Jakich "tamtych"? Nie podawałeś przykładów zmian prawa. Podawałeś pomysły zmian wewnętrznych regulaminów obowiązujących na terenie instytucji - a to działa na tej samej zasadzie, na jakiej kontrola biletów. Rzecz jasna, ani kontroler biletów, ani dziekan uczelni nie "pełnią roli sędziów a ich praca nijak się ma do spraw karnych, jako tacy nie stanowią też prawa".

"Zawsze tak było? O tak, jestem przekonany, że BHP i sanepid sięgają samych korzeni prawa rzymskiego i wywodzą się ze starożytności"

Co do ogólnej zasady - jasne że tak. Nigdy nie było tak, że każdy sobie może urządzić karczmę czy szkołę i działać na podstawie swojego widzimisię. W czasach feudalizmu potrzebował do tego zgody (przywileju) od lokalnego księcia, grododzierżcy, rady miejskiej (itd.), a co za tym idzie, musiał się stosować do ich wytycznych co do tego, jak traktować gości. Najstarsze ograniczenia typu sanepid to na przykład przepisy dotyczące składu piwa, jakie może być serwowane na terenie danego miasta.

"Dachówka albo krwiożercze ruchome schody są częścią czyjejś infrastruktury, materią nieożywioną bez zdolności do podejmowania działań, tym bardziej intencjonalnych. "

Ale ktoś je montował/serwisował, więc teoretycznie można tak samo powiedzieć, że to wyłączna odpowiedzialność montera/serwisanta.

"W przypadku molestowań i gwałtów sprawcami są intencjonalnie działający ludzie. Jeśli nie ubezwłasnowolnieni, to domyślnie odpowiadający za swoje czyny, tak moralnie jak i prawnie. Jak można ich równać do dachówek pod względem odpowiedzialności?"

Nie do "dachówek", tylko do montującego/serwisującego dachówkę.

"Wyborne! Czyli co, zwyczajna prawna ochrona własności osób indywidualnych już nie działa i jest czystą fikcją? "

Zazwyczaj to po prostu za mało - stąd wewnętrzne regulaminy, obowiązujące w różnych instytucjach. Z kolei to dopiero byłoby bez sensu, że takie same zasady mają obowiązywać na ulicy, a takie same na kampusie uczelnianym.

"Ale nie powinno odbywać się to z automatu kosztem indywidualnej podmiotowości."

Zasady typu "nie wolno wnosić szklanych naczyń na salę kinową" nie ograniczają "indywidualnej podmiotowości". Różne instytucje mogą stanowić różne regulaminy, obowiązujące na ich terenie.

"Dlatego się śmieję z konserwatyzmu dzisiejszej młodej lewicy, obyczajowo bardziej pasującej do epoki wiktoriańskiej."

To nie jest konserwatyzm, to zasada "świadomego przyzwolenia".

"Proszę, jak się kiedyś przejmowano, aby żadna kobieta nie została zmolestowana. "

Właśnie wcale się nie przejmowano - pokojówki, kelnerki, wychowawczynie w sierocińcach (itd) w ogóle nie były chronione.

"Mógł sobie oskarżać kapitalizm, ale generalnie jego opis mechanizmów odpowiadających za powstawanie autorytaryzmu pasuje szerzej do całej nowoczesności."

Nie wiesz tego, bo nie czytałeś tej książki. Pewnie nawet nie wiesz, że Fromm to właśnie jest ten "marksizm kulturowy", którym prawica straszy małe dzieci.

"Albo wszystko robimy prywatnie, oddolnie, zdając się na różne nieformalne instytucje, ostracyzmy i samoregulujące się mechanizmy. "

Tylko głupiec wierzy w "nieformalne instytucje, ostracyzmy i samoregulujące się mechanizmy". Człowiek mądry wie, że to nie działa.
-
2018/04/23 15:50:44
"Albo wszystko robimy prywatnie, oddolnie, zdając się na różne nieformalne instytucje, ostracyzmy i samoregulujące się mechanizmy. Albo wszystko robimy publicznie, odgórnie, zdając się na rozdętą biurokrację i rozkazy państwa dyktującego normy, najlepiej w każdej dziedzinie życia."

Już dawno nic tak głupiego nie czytałem.
-
2018/04/23 17:50:27
@wo
"Jakich "tamtych"? Nie podawałeś przykładów zmian prawa. Podawałeś pomysły zmian wewnętrznych regulaminów obowiązujących na terenie instytucji - a to działa na tej samej zasadzie, na jakiej kontrola biletów."

www.insidehighered.com/quicktakes/2014/09/29/california-governor-signs-bill-affirmative-consent

To jest przykład wewnętrznego, czysto uczelnianego zmieniania regulaminów obowiązujących na terenie instytucji? No chyba jednak nie.

"Ale ktoś je montował/serwisował, więc teoretycznie można tak samo powiedzieć, że to wyłączna odpowiedzialność montera/serwisanta."

No i w pewnych sytuacjach, kiedy laik nie wie, co robi wynajęty specjalista i nie ma za bardzo możliwości, aby sprawdzić, czy jest to zgodne ze sztuką, czy nie, można tak powiedzieć. Jeśli płacę za wzniesienie budynku wg. planu architektonicznego, a ekipa sobie to olewa i robi po swojemu, doprowadzając w ostateczności do katastrofy, to kto ma za to odpowiadać? Jeśli nie ma mojego udziału w zaniedbywaniu nadzoru i utrudniania mu działania, to za co mam być odpowiedzialny? Zresztą podział odpowiedzialności można załatwić już na pozimie umowy i tyle. Dodatkowo sytuację pod tym względem mogą modyfikować umowy z ubezpieczycielami, stawiającymi swoje warunki.

"Nie do "dachówek", tylko do montującego/serwisującego dachówkę."

To już lepiej.

"Zazwyczaj to po prostu za mało - stąd wewnętrzne regulaminy, obowiązujące w różnych instytucjach. Z kolei to dopiero byłoby bez sensu, że takie same zasady mają obowiązywać na ulicy, a takie same na kampusie uczelnianym."

Bo w ogóle najfajniej by było, gdyby istniały wyłącznie wewnętrzne regulaminy, to znaczy prywatne prawodawstwo, egzekwowane własnym sumptem lub przez kogoś, kto odpłatnie wziąłby to na siebie, a sfera publiczna jako taka była nieistniejąca. Przynajmniej w tej części, w której za prawo odpowiada polityka, bo obyczajowo i symbolicznie sfery publicznej i tak nie da się unicestwić, więc nie warto tego robić.

"Zasady typu "nie wolno wnosić szklanych naczyń na salę kinową" nie ograniczają "indywidualnej podmiotowości". Różne instytucje mogą stanowić różne regulaminy, obowiązujące na ich terenie."

Włącznie z takimi regulaminami, które przenoszą część odpowiedzialności z bezpośrednich sprawców na tych, co jedynie ich nie upilnowali. A przeciwko takim instytucjom i ich regulaminom można urządzić bojkot i podnieść larum, właśnie z powodów etycznych [albo pryncypialnie, albo w określonych kontekstach, kiedy się uważa, że to zgubne].
-
wo
2018/04/23 17:55:51
@neoplatonik
"To jest przykład wewnętrznego, czysto uczelnianego zmieniania regulaminów obowiązujących na terenie instytucji? No chyba jednak nie"

To jest przykład ich standaryzacji - podobnie jak np. standaryzacja regulaminów przewoźników. Nadal nie czyni to ani z kontrolera biletów, ani z dziekana "sędziów".

"Jeśli płacę za wzniesienie budynku wg. planu architektonicznego, a ekipa sobie to olewa i robi po swojemu, doprowadzając w ostateczności do katastrofy, to kto ma za to odpowiadać?"

Nadzór budowlany, który nie powinien był na to pozwolić ani Tobie, ani ekipie. Nie można mówić, że "to moja sprawa, co ja sobie buduję", bo w katastrofie Twojego budynku mogą zginąć inne osoby.

"Bo w ogóle najfajniej by było, gdyby istniały wyłącznie wewnętrzne regulaminy"

Bzdura.

" to znaczy prywatne prawodawstwo"

Przepraszam, bzdury o "prywatnym prawodawstwie" snuj sobie w jakimś miejscu dla idiotów. Sprostowaliśmy Twoje kłamstwa, jakoby gdzieś podważano domniemanie niewinności albo jakoby wewnętrzne regulaminy uczelni były jakimś nowym zjawiskiem. Fantazje o nieprzetestowanych utopiach ustrojowych snuj sobie z sobie podobnymi, my jesteśmy z lewicy, my się trzymamy tego co realne.

Wyleci każdy Twój dalszy komentarz, zawierający fantazje tego typu.
-
2018/04/23 18:27:00
@wo
"To nie jest konserwatyzm, to zasada "świadomego przyzwolenia"."

Powoli ta różnica zaczyna się zacierać. Dlatego mamy występy Deneuve narzekającej na nową falę purytanizmu.

"Właśnie wcale się nie przejmowano - pokojówki, kelnerki, wychowawczynie w sierocińcach (itd) w ogóle nie były chronione. "

Nie przejmowano się ludźmi z nizin społecznych, a często i oni sami się tym nie przejmowali, uznając rygory klasy wyższych za zwykły snobizm i uciążliwość krępującą swojską obyczajowość i luz. Jeśli generalnie mówimy o ludziach, których system honorowy najbardziej też dotyczył i dotykał, to była to w pierwszej kolejności arystokracja. I ona jakoś sobie potrafiła egzekwować swoje obyczajowe ograniczenia we własnym gronie. Część z tego mogło nawet być przyjmowane w klasie średniej, u tych co aspirowali do dalszego awansu społecznego.

Ale tak, brak systemu honorowego spajającego całe społeczeństwo, mógł być jak najbardziej jedną z tych godnościowych przyczyn, dla których ład tradycyjny nie przetrwał.

"Nie wiesz tego, bo nie czytałeś tej książki. Pewnie nawet nie wiesz, że Fromm to właśnie jest ten "marksizm kulturowy", którym prawica straszy małe dzieci."

A co to, trzeba być marksistą, aby czytać marksistów i się z nimi nie zgadzać albo odnosić ich koncepcje do ładu, który sami wytworzyli? Niestety, znam frankfurtczyków, bo na kursie z socjologii mnie kiedyś na studiach nimi katowano. Czytałem i killjoya Adorno, narzekającego z jednej strony na Wagnera, a z drugiej na popkulturę, czy Horkheimera ględzącego o niedostatkach instrumentalnego rozumu. Fromm i tak był z nich wszystkich najbardziej przystępny, pewnie też najbardziej znany i rozpowszechniony.

Ja w sumie nie mam oporów, aby używać marksistowskich określeń w innym kontekście przeciw pewnym przejawom nowoczesności. Bo też mniejszym problemem jest dla mnie alienacja w kapitalistycznych stosunkach pracy, niż na przykład alienacja w kontaktach z aparatem państwowym, który ma teraz największy wpływ na stosunki międzyludzkie, no i gdy kultura jest zasadniczo antykapitalistyczna od paru stuleci i w żaden sposób nie ułatwia adoptowania się w realnym kapitalizmie, tylko zachęca do walki z nim.

Co w sumie jest bez sensu, bo to tak jakby walczyć o wyłączenie systemu podtrzymywania życia na statku kosmicznym, a czymś takim jest dla naszego współczesnego świata kapitalizm. Więc nawet jeśli to niepopularne w kręgach inteligenckich, to ja wolę zajmować się jego konserwacją, lać wkoło leseferystyczny smar, aby cały mechanizm usprawnić, nawet wbrew samobójczym zapędom postępowców, sądzących, że fajnie by dopiero było, gdyby to wyłączyć, a energię przekierować na jakieś egalitarne systemy dobrej zabawy. Jak ktoś chce sobie z kraju robić USCSS Nostromo, to Wenezuela wita.

Najbardziej alienująca jest dziś nie praca, a sztuka i ogólnie obyczajowość, która nie potrafi i nie chce nadać kapitalistycznej pracy większego celu i sensu w postaci wielkiego mitu czy jakiegoś spektakularnego metafizycznego przełożenia, dzięki któremu panuje harmonia w sferach niebieskich. A skoro się ma ten kapitalizm i z niego żyje, to wypadałoby go wreszcie polubić i docenić, zamiast żyć w rzeczywistości patologizującej normę (może i to wpływ teorii krytycznej).

Zresztą ta kultura istnieje też tylko dlatego, że inteligencja nie ma żadnego innego konkretnego centrum, któremu mogłaby służyć - na placu boju została tylko władza państwa i to jest ostateczny mecenas, któremu należy się podlizywać i dlatego zabiegać o dalsze uspołecznianie czegokolwiek, więcej instytucji kontroli [tak jakbyśmy sami nie mogli się kontrolować].

Ech, trzeba założyć nową religię i tyle...
-
wo
2018/04/23 19:00:47
@neoplatonik
"Dlatego mamy występy Deneuve narzekającej na nową falę purytanizmu. "

Dla mnie to żaden autorytet.

"Ale tak, brak systemu honorowego spajającego całe społeczeństwo,"

Z definicji nie może być takiego systemu - każdy "system honorowy" zakłada stawianie części społeczeństwa poza nawiasem "zdolności honorowej".

"A co to, trzeba być marksistą, aby czytać marksistów i się z nimi nie zgadzać albo odnosić ich koncepcje do ładu, który sami wytworzyli? "

O tyle powinieneś, że bezmyślnie posługujesz się pojęciem np. alienacji, ewidentnie go nie rozumiejąc, tzn. rozumiesz je inaczej niż marksiści. Nie mów więc, że "posługujesz się pojęciami marksistowskimi" albo "odnosisz ich koncepcje", bo nie znasz tych pojęć ani tych koncepcji.

Idź se gdzie indziej, "zakładać nową religię" i fantazjować o "prywatnym prawodawstwie".
-
wo
2018/04/24 11:04:24
Wszystko wyleciało - zgodnie z ostrzeżeniem. Chciałem zweryfikować i sprostować Twoje tezy o "zmianie prawa", "likwidacji domniemania niewinności" i "konserwatyzmie lewicy". Okazały się kłamstwem, normalka, prawdomówny prawicowiec to dwurogi jednorożec. Ale niesłusznie potraktowałeś to jako zaproszenie do snucia odczapistycznych wizji swojej porypanej utopii "prywatyzacji prawa". Snuj je gdzie indziej.