Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Małe FAQ o książce

Pewne pytania ciągle wracają w wywiadach, recenzjach i na spotkaniach, stąd blogonotka z FAQ związanym z moją książką.

Skąd pomysł? Uwielbiam to pytanie, choć go nie rozumiem.

Przecież to nie jest tak, że najpierw się wpada na pomysł, potem się pisze, a na końcu szuka wydawcy. Może tak jest w jakiejś dziennikarskiej ekstraklasie, ale taki średniaczek-szaraczek jak ja po prostu pisze to, co u niego zamówiono. Wszystkie moje książki wymyślił (i zamówił) ktoś inny.

W tym przypadku jest to Łukasz Najder z wydawnictwa Czarne, za co bardzo mu dziękuję. Sam bym w życiu nie pomyślał, że jest rynkowe zapotrzebowanie na taką książkę.

Dlaczego tak dużo o Holokauście? Na warszawskiej premierze doszło nawet do sporu między współpanelistami, Maciejem Maleńczukiem i Agnieszką Gajewską. Ten pierwszy pomniejszał znaczenie tożsamości żydowskiej Lema, ta druga dowodziła, że to klucz do interpretacji wielu jego książek.

Jak słowo daję, sam bym bardzo chciał przyznać rację Maleńczukowi. Jeszcze z pięć lat temu sam to sobie wyobrażałem mniej więcej tak, że rodzina Lemów spolonizowała się ze dwa pokolenia wcześniej, od początku mieli mocne aryjskie papiery i Holokaust ich bezpośrednio nie dotknął.

Jednak dotknął. Owszem, przeżyli, ale też przeżyli piekło. Te doświadczenia ukształtowały Lema nie tylko jako pisarza, ale także jako człowieka.

Pomijanie tego przy interpretacji jego utworów wydaje mi się teraz nieodpowiedzialne. Sam tak kiedyś robiłem - zgoda. Ale to jedna z tych sytuacji, w których risercz zmusza do porzucenia początkowych założeń (dlatego właśnie nie wolno pisać książek na zasadzie „Wszyscy Pamiętamy Jak Było”).

Dlaczego nie opisałem wszystkich znanych mi dokumentów? Powiedziałem to w kilku wywiadach, wywołując komentarze typu „skandal, dziennikarz ma obowiązek ujawnić wszystko co wie”.

To postulat o tyle bezsensowny, że gdyby książkę napisać na zasadzie „core dump” - wyrzucamy wszystkie posiadane informacje! - byłaby bardzo gruba i bardzo nudna. Proces pisania tak jak każdy proces twórczy, polega głównie na selekcji.

Na razie nikt (chyba) nie ma dość informacji, żeby dokładnie odtworzyć kalendarium Stanisława Lema z lat 1941-1944. Za dużo białych plam.

Pojedyncze dokumenty rzucają snop światła na kilka wyrywkowych faktów. To za mało, żeby na tej podstawie zrekonstruować całość, ale jednocześnie to światło ujawnia nam osoby trzecie, które z różnych powodów wolały zachować anonimowość.

Etyka nakazuje mi to uszanować - o ile nie zachodziłyby jakieś wyższe racje. Moim zdaniem, w tym przypadku nie zachodzą (i chętnie wrócę do tej dyskusji, jeśli kiedyś te wszystkie dokumenty wyjdą na jaw).

To nie są wielkie sekrety. Przykładem jest pomoc, jaki Lemom okazała rodzina Kołodziejów. Przez wiele lat o tym nie mówiono, choć mogliby napisać międzynarodowy bestseller pt. „Jak uratowaliśmy Lemom życie”. Gdybym od ich wnuka usłyszał, że on też sobie nie życzy pisania o tych sprawach - oczywiście bym to uszanował i ukrywał się za ogólnikami, jak w innych kwestiach.

Dlaczego nie napisałem o Lemie tak bezkompromisowo, jak Domosławski o Kapuścińskim? To zarzut sformułowany przez Marka Oramusa w „Rzeczpospolitej”, ale od innych osób też słyszałem, że mam „zbyt fanowskie podejście”.

Guilty as charged - no pewnie, że mam. I sam się zastanawiałem, co zrobię, jak podczas riserczu odkryję jakiś straszny grzech Lema.

Znalazłem (i opisałem) tylko drobne grzeszki - że przeklinał, że pochopnie oceniał ludzi, że był nerwusem i awanturnikiem. Kto jest wolny od tych grzechów i może pierwszy rzucić kamieniem? Może Oramus, ale na pewno nie ja.

Kapuściński pogrążył się tym, że regularnie występował w roli dziennikarskiego autorytetu. Z tej pozycji wygłaszał uwagi w rodzaju „reporterom nie wolno zmyślać”. Prawdopodobnie była to strategia obrony przez ucieczkę do przodu - chciał stworzyć sytuację, w której dyskusja o jego zmyśleniach byłaby niemożliwa.

Lem nigdy nie wypowiadał się jako autorytet od science-fiction. Myślę, że stąd zresztą właśnie niechęć do niego w pokoleniu Oramusa.

Pielgrzymowali do niego jak w filmach kung-fu młody pasikonik do sensei. A tu mistrz nie tylko nie chciał ich trenować, tylko wręcz mówił, że kung-fu nie ma sensu, dla samoobrony lepiej kupić rewolwer, wtedy przynajmniej się ma szansę na Nagrodę Colta.

„Robienie Domosławskiego” byłoby wyważaniem otwartych drzwi. Kapuściński lubił odgrywać rolę nieomylnego geniusza reportażu, a Lem sam „Powrotowi z gwiazd” zarzucał „gówniarstwo”, a „Niezwyciężonego” nazywał „banialuką napisaną na szybko dla pieniędzy”.

Co tu demaskować?

niedziela, 10 września 2017, wo

Polecane wpisy

  • Jaki dresiarz

    W języku, jakim mówimy o polskich podziałach społecznych („beneficjenci transformacji” kontra „ci którym nie wyszło”, „klasa ludow

  • Opozycjo, terrain ahead!

    Jest takie amerykańskie powiedzonko, „gdy tkwisz po szyję w błocie - przestań kopać”. Radziłbym je przemyśleć opozycyjnym mediom i politykom, w kont

  • Propaganda sukcesu

    Niniejszym ogłaszam, że nowe książki Wosia („To nie jest kraj dla pracowników”) i Fejfera („Zawód”) są na tym blogu de rigueur. Wypada z

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2017/09/10 12:40:25
Nie wiem komu dziękować, ale dziękuję za równoczesne wydanie ebooka, do tego w niższej cenie od papieru (co nie zawsze jest oczywiste).
Na głownej stronie wydawnictwa książka figurje w sekcji "Bestsellery", tak więc gratulacje dla autora.


Link: czarne.com.pl/katalog/ksiazki/lem
-
2017/09/10 13:21:50
"Na głownej stronie wydawnictwa książka figurje w sekcji "Bestsellery""

W Empiku w podupadłej nowej Aleksandrii jest na 28 miejscu wśród (papierowych?) bestsellerów. Podwójne gratki: za Empik i za historię, bo czytało mi się o Lemie przednio.
-
wo
2017/09/10 17:30:33
@naturalucka
"W Empiku w podupadłej nowej Aleksandrii jest na 28 miejscu wśród (papierowych?) bestsellerów"

Do wyżyn sprzedażowych książek typu "Z Masą o Lewandowskim" nigdy nie doszlusuję, ale faktycznie, jest zaskakująco dobrze. W każdym razie, ja jestem zaskoczony.
-
jsw
2017/09/10 17:35:13
"a Lem sam Powrotowi z gwiazd zarzucał gówniarstwo, a Niezwyciężonego nazywał banialuką napisaną na szybko dla pieniędzy."

Znam kogoś, kto w czasach deficytu wszystkiego, aby mieć swojego "Niezwyciężonego", przepisał go sobie ręcznie. Co prawda miał wtedy pewnie naście lat, ale nazwać tę powieść banialuką, na to mógł pozwolić sobie tylko autor.

Fun fact - to może być jedyny istniejący rękopis Lema
-
2017/09/11 02:41:30
@WO

"Dlaczego nie napisałem o Lemie tak bezkompromisowo, jak Domosławski o Kapuścińskim?"

Ależ napisałeś. Wykonana przez Ciebie praca reporterska pozwala kwestionować przyporządkowanie Lema do literatury polskiej, i to bynajmniej nie ze względu na wątki żydowskie. Jak to szczegółowo obrazujesz, Lem uwił sobie w PRL egzystencję maksymalnie wydzieloną i odrębną: dom na uboczu, zachodni samochód, zachodnie honoraria, praktyczna rzeczywistość filtrowana przez żonę, kontakty ograniczone do wyżyn intelektualnej elity. Widzimy jak żyjący w ten sposób autor przetwarza w swojej twórczości wątki z zachodniej fantastyki, międzynarodowych czasopism naukowych i "The International Herald Tribune", kamuflując jednocześnie swoje zakorzenienie w historii środkowej Europy i w polskiej tradycji literackiej. Owszem, stylizacja na język staropolski w "Cyberiadzie", pastisz-cytat ze "Świtezianki" w "Dziennikach gwiazdowych" czy wszechobecne zabawy słowotwórcze, te wszystkie bemby i chronocykle, dowodzą swobodnego operowania przez pisarza różnymi rejestrami polszczyzny. Cóż, gdy jest to operowanie "przezroczyste" w tłumaczeniach, prowadzone w taki sposób, aby zachodni czytelnik nie zauważył że jest konfrontowany z obcą mu tradycją literacką. Czytelnik taki mógł czytać - i czytał - tłumaczonego na zachodnie języki Lema jak kogoś kto używa sztafażu sf dla wypowiedzi utrzymanych we włąsnej osobnej poetyce, jednak bez łączenia tych wypowiedzi z konkretną kulturą narodową. Wystarczy porównać Lema chociażby z Miłoszem czy Gombrowiczem (pomimo, iż ci tworzyli na emigracji), aby skonkludować, że był Lem nie tyle pisarzem polskim, co anglosaskim, kimś w rodzaju Conrada drugiej połowy XX wieku. Obaj, Conrad i Lem, uprawiali gatunki wyrosłe z anglosaskiej literatury popularnej (marynistyka, fantastyka), wprowadzając do tej tradycji swoje pesymistyczne globalne analizy polityczne i społeczne, a jednocześnie maskując związki z szczególną polską historią i kulturą. Tu też leżało źródło napięć Lema z jego polskimi fanami. Byli oni dla niego swego rodzaju czytelniczym mięsem armatnim (choć on sam pewnie nie ująłby tego w tak drastyczny sposób): ich niegasnące zainteresowanie pozwalało na wydawanie książek w Polsce jako wstępnego kroku do wydań zagranicznych, dla Lema ważniejszych. Gdybyś chciał postawić kropkę nad "i" przy swoich ustaleniach (a przy okazji skłócić się z rodziną i miłośnikami pisarza), taką właśnie konkluzję wybiłbyś w książce.
-
2017/09/11 08:53:37
@awal111
Trudno mi się nie zgodzić z Twoimi wnioskami. Te związki pomiędzy Lemem a Conradem już na tym blogu kiedyś sygnalizowałem, że to nie tylko Lord Jim->Rozprawa, ale ponieważ ostatniej biografii Lema "pióra" Gospodarza nie czytałem to nie chciałbym niechcący spojlować jego pracy. Wydaje mi się, że już wcześniej tutaj powiedziałem za dużo o Lemie w nieodpowiednim momencie, za co Gospodarza przepraszam. Dodam tylko jeszcze, że te związki są b. subtelne (bywa, że jest to dosłownie jedno zdanie wzięte z Conrada, czasem jest to tylko podobny styl opowiadania) i że twórczość Lema jest i tak całkowicie oryginalna, że tak sobie tu polecę Kapitanem O'Czywistym.
-
2017/09/11 10:05:43
@sprzedaż
Sprzedaje się dobrze, bo jest dobrze zrobione. Ja swój egzemplarz pochłonąłem na raz (albo dwa, już nie pamiętam). Opis przeżyć Lema w latach 39-45 wgniata w fotel. I nie ma też przegięcia w drugą stronę (makabry). Mam nadzieję że sukces sprzedaży przekłada się jakoś na honorarium autora!

Swoją drogą ja się teraz dość głupio czuję: "Eden" czytałem mniej więcej w tym samym czasie, co "Przenicowany Świat" Strugackich. Bez problemu rozumiałem o czym piszą Strugaccy, a Lema z Holocaustem nie skojarzyłem.

@szczegóły i czepianie się
Skądinąd kojarzę że Lem prowadził jakieś wykłady na UJ, chyba w pierwsze połowie lat 70-tych. Rozumiem że to nie trafiło do książki jako nieistotny szczegół?
-
2017/09/11 11:46:01
@wo
"Wszystkie moje książki wymyślił (i zamówił) ktoś inny."

Ależ to jest smutne i deprymujące, really.
-
2017/09/11 12:06:33
@vinidion

...Ależ to jest smutne i deprymujące, really...

Mistrz Leonardo żył od zlecenia do zlecenia. Jego ikoniczne arcydzieła to, według tego toku myślenia, to chałtury. To co robił na boku, jakieś genialne, nigdy niezrealizowane projekty, świadczą o jego geniuszu, ale jeść mu nie dały.
-
2017/09/11 12:22:11
"Do wyżyn sprzedażowych książek typu "Z Masą o Lewandowskim" nigdy nie doszlusuję, ale faktycznie, jest zaskakująco dobrze. W każdym razie, ja jestem zaskoczony."

Znaczy Łukasz Najder miał rację. Gratulacje!
-
2017/09/11 12:44:45
@awal
Czy powyżej ktoś aby nie przesadza z wyciąganiem wniosku o "anglosaskości" Lema na podstawie śladów jego inspiracji Conradem? To tak na serio, czy to taki trolling w stylu: "pomyślmy jak polski prawicowiec (moczarowiec?) i przyjrzyjmy się, czy Stanisław Lem to tak naprawdę polski pisarz"? Przy czym bazując na tej konkretnej pozycji biograficznej, to łatwiej by mu było już zarzucić, że jest "sługą Ruska i Niemca" - a już pacjent z niezłą korbką szybko by dorobił "syndrom sztokholmski" i wariactwo - przecież raz zaśpiewał hymn hitlerowski! Ale serio: to raczej radzieckie i niemieckie wojaże są tu wskazywane jako konstytutywne dla jego pisarskiego bytu i to one były furtką do bycia pisarzem światowym. Fakt, że chrupał Herald Tribune razem z ciastkami z hotelu Cracovia, żeby być na bieżąco ze światem, czy dążył do bycia na bieżąco z nauką poprzez anglojęzyczne teksty, o niczym jeszcze nie świadczy. Spotykał się z astronautami radzieckimi, nie amerykańskimi. A na starość do tej Ameryki mu się nie chciało latać nawet. No i tej "wojny na dole" typowej dla bloku wschodniego też ponoć dużo w jego dziełach. Taki on anglosaski jak i wschodnioeuropejski, a nawet mniej. Ja znawcą nie jestem, ale skoro bazujemy na tej samej pozycji biograficznej... to nie ma tu żadnego "maskowania związków".
-
wo
2017/09/11 12:52:57
@vinidion
"Ależ to jest smutne i deprymujące, really"

Tell me about it! Gdyby praca była czymś fajnym, to by za nią nie płacili.

@cb
"Skądinąd kojarzę że Lem prowadził jakieś wykłady na UJ, chyba w pierwsze połowie lat 70-tych. Rozumiem że to nie trafiło do książki jako nieistotny szczegół?"

No niestety, tak to zakwalifikowałem. Dziękuję za komplementy! Żeby książka się lekko czytała, trzeba w kompozycji nadać jej tak zwany żargonowo flow. To zazwyczaj oznacza, że wypadają rzeczy, które do niczego nie pasują - o ile nie są naprawdę ważne dla tej historii (to mi się akurat nie wydawało dostatecznie ważne, te wykłady pojawiły się w życiu Lema za późno, żeby mu dać szansę na stworzenie "katedry lemologii").
-
wo
2017/09/11 12:54:31
@awal
"Gdybyś chciał postawić kropkę nad "i" przy swoich ustaleniach (a przy okazji skłócić się z rodziną i miłośnikami pisarza), taką właśnie konkluzję wybiłbyś w książce. "

Inaczej to intepretuję - a w Twojej wypowiedzi za dużo jest ogólników i zastrzeżeń typu "swego rodzaju", żeby merytorycznie polemizować. Wszystko jest swego rodzaju wszystkim.
-
2017/09/11 12:59:11
"Te związki pomiędzy Lemem a Conradem już na tym blogu kiedyś sygnalizowałem"

Conradolodzy i lemolodzy zajmowali się tymi związkami, badając jak Lem czytał Conrada i jak do niego nawiązywał. Ja piszę o zjawisku trochę innym, nazwijmy go ramową strategią autorską Lema, a wcześniej Conrada. Obaj autorzy, wyrastając z prowincjonalnego języka weszli do języka globalnego bocznymi drzwiami literatury popularnej, gdzie starali się zaistnieć z zaawansowaną krytyką społeczną i polityczną. Żaden z nich nie miał szans na insiderskie pisanie o relacjach międzyludzkich w brytyjskiej względnie amerykańskiej klasie średniej/ wyższej, tak jak robił to Dickens czy Irwing. Podjęli więc tematy bardziej dostępne outsiderom - nie przypadkiem obaj autorzy za alter ego przyjmują kapitanów statków (Marlow, Pirx), co daje okazję krytycznego oglądu rzeczywistości z zewnątrz, a gdzie indziej "infiltrują" kręgi terrorystów burzących ustalony porządek ("The Secret Agent", "Kongres Futurologiczny"). Przy czym Conrad pisał w czasach, gdy czytelnik "masowy" to był wciąż dobrze wykształcony przedstawiciel klasy średniej - warstwa socjo-krytyczna w dziełach Conrada trafiała na podatny grunt i utrwaliła jego pozycję jako moralisty. Krytyką społeczną Lema interesowały się natomiast już znacznie węższe kręgi czytelnicze na Zachodzie, masowego czytelnika tam nigdy nie zdobył, choć miał takie ambicje (co innego w ZSRR). Książka WO pokazuje w jak wielkim stopniu tryb życia Lema i dyscyplina jego pracy pisarskiej były podporządkowane utrzymaniu się w zachodnim obiegu wydawniczym i czytelniczym. Dawało mu to szansę na poruszanie tematów ogólnoludzkich, w których uważał że ma światu coś do przekazania i uciekanie o od tematyki prowincjonalno-polskiej (nie tylko od dosłownie potraktowanej wojny i Zagłady, lecz i od życia w autorytaryzmie na modłę sowiecką). Paradoksalnie, gdyby Lem wyemigrował na Zachód w 1945 lub 1968 r. i pisał po angielsku gdzieś ze wschodniego wybrzeża USA, być może na marginesie nie-pisarskiej kariery zawodowej, zapewne dałby nam dużo bardziej szczere rozliczenie czasów wojennych i powojennych (kazus "Wartime Lies" Louisa Begleya, którego wczesna biografia jest jakby alternatywną wersją Lemowej - urodzony jako Ludwik Begleiter w zasymilowanej rodzinie w Stryju, przeżył wojnę we Lwowie i Warszawie, w 1945 r. trafił do Krakowa, skąd wyemigrował do USA).
-
2017/09/11 13:18:52
@awal
"Książka WO pokazuje w jak wielkim stopniu tryb życia Lema i dyscyplina jego pracy pisarskiej były podporządkowane utrzymaniu się w zachodnim obiegu wydawniczym i czytelniczym."

Teraz piszesz ciut precyzyjniej ("anglosaskość" mi kompletnie nie pasowała), ale o wschodni obieg też dbał. Po prostu wynika to wszystko zwyczajnie z ambicji pisarskiej - nie chciał utknąć w jednym "bloku". Książka moim zdaniem pokazuje bardziej wpływ osobistych wątków i ambicji filozoficznych na konkretną twórczość niż "podporządkowanie utrzymaniu się" gdziekolwiek. A pod koniec jego życia to Polska już przestała być peryferyjna, bo znalazła się w innej sytuacji geopolitycznej? Przecież tym bardziej wówczas było na topie podkreślanie związków z zachodem, a Lemowi jakby przestało zależeć (zdrowie zdrowiem) na autopromocji w Stanach.

"zapewne dałby nam dużo bardziej szczere rozliczenie czasów wojennych i powojennych"

Być może. Być może też od tych wspomnień nie cierpiałby na bezsenność, bo jakiś lepszy specjalista by się tym zajął. Być może.
-
wo
2017/09/11 13:21:02
@awal
"masowego czytelnika tam nigdy nie zdobył, choć miał takie ambicje"

No właśnie nie widać tych ambicji. Nie umiesz tego niczym zilustrować. Zdobywanie "masowego czytelnika" na Zachodzie wymaga autopromocji - występowania w mediach, pokazywania się na konwentach (gdy mowa o czytelniku sf-f). Lem odrzucał wszystkie zaproszenia do USA, odrzucał też zaproszenia na Eurocon i Worldcon. Francuskie tłumaczenie "Solaris" ukazało się dzięki osobistym staraniom Błońskiego, Lem nie kiwnął palcem, a nawet stawiał bierny opór. Spór Lema z Rottensteinerem oznaczał przekreślenie szans na zdobywanie masowego czytelnika, a jednak Lem wolał je przekreślić niż ustąpić, więc na pewno nie ma już tych ambicji w latach 80. To kiedy właściwie je miał? Kiedy odrzucał zaproszenia na Eurocon (lata 70.) czy kiedy nie chciał odpisywać zachodnim wydawcom na listy (lata 60.)?
-
2017/09/11 13:39:52
@wo

...Zdobywanie "masowego czytelnika" na Zachodzie wymaga autopromocji...

Wystarczyło w odpowiednim czasie, za pomocą rzutkiego agenta, podkręcić Dick'owskie fobie.
Samograj na lata.
-
wo
2017/09/11 13:43:32
@mw
"Wystarczyło w odpowiednim czasie, za pomocą rzutkiego agenta, podkręcić Dick'owskie fobie"

No właśnie też nie, z tych fobii Lem nie miał żadnych wymiernych korzyści, raczej kłopoty (acz niewielkie, bo to honorowe członkostwo, które mu za sprawą Dicka odebrano, miało marginalne znaczenie promocyjne, jeśli w ogóle jakieś). "Donos do FBI" to raczej lokalna, polska sensacja, biografowie Dicka albo o tym nie piszą, albo piszą o innych donosach (np. na Disha) - a w dodatku wszystko wyszło na jaw dopiero w latach 90.
-
2017/09/11 13:54:31
Nie polemizując już z nikim, napiszę od siebie. To, co mnie najbardziej uderzyło, poza drugim rozdziałem, w zaprezentowanych materiałach źródłowych i w opisie, to właśnie kwestia ambicji pisarskich, filozoficznych, naukowych, ambicji zaistnienia "głębszego". I to u całego towarzystwa znajomych, które czytało sobie wzajemnie rękopisy, krytykowało je, a w ostateczności na dodatek zgadzało się bardzo często z takim krytycznym osądem i zwieszało wręcz z tego powodu nos na kwintę, różnie też odreagowując. To ich wszystkich (Lema, Mrożka, Szczepańskiego, Błońskiego), jak wynika z przedstawienia przez WO, najbardziej napędzało. I to też odbijało się tymi zdumiewającymi "jękami" autorów w "złotym wieku kultury". Może to też jest odbierane jako "fanowskie podejście", nie wiem. Co to zresztą za zarzut, skoro to wszystko jest w listach?

Jasne, że pojawiał się wątek niedocenienia, bycia w złym miejscu i czasie, zbyt późnego, zbędnego już uznania, ale to było związane z inną ambicją niż "masowy odbiorca".
-
2017/09/11 14:44:43
@wo

...z tych fobii Lem nie miał żadnych wymiernych korzyści...

Nie miał, ale czy nie mógł mieć gdyby przy tym się zakręcił?
Fakt. To trochę myślenie FB, ale gdyby chciał, jak pewnie nie jeden zachodni, nie tylko pulpowy literacki wyżeracz z tego czasu, coś takiego by nie przepuścił.
Rany. Przecież to darmowy materiał na cały marketingowy pic czyli forsa.
Co go powstrzymywało? Nieznajomość realiów rynku na zachodzie? Może poczucie, że tak nie uchodzi? A może jeszcze coś innego?


-
2017/09/11 15:27:50
Ha. Teraz przyszło mi na myśl.
Pirxowska poczciwość.
Sam pisałeś, że to jego wymarzony portret.
-
2017/09/11 16:23:56
@Lem jako pisarz/filozof nieznany
Lem się wpisywał w pewien nurt intelektualny najmocniej bijący na Zachodzie i jakoś tam został przecież dostrzeżony, trochę może jak jakiś dr Dońda, ale zaistniał tam. Wydaje mi się jednak, że należałoby jakoś porządniej uzasadnić tezę, że gdyby on tam wyemigrował to byłby Nobel i zrobiły jakąś wielką karierę. Mnie się wydaje, że funkcjonowanie po tej stronie Żelaznej Kurtyny dawało Lemowi unikalne możliwości, których może by nie miał będąc z drugiej strony. Owszem, nie użerałby się tam z żadnymi Polmozbytami ale na jaki, taki standard życia musiałby ciężko pracować, pisząc może rzeczy o lżejszym ciężarze gatunkowym. Nie bardzo go sobie wyobrażam produkującego literacką konfekcję. Myślę też, że on dość szybko zdał sobie z tego zresztą sprawę.

@czytelnik Lema
Nie wydaje mi się, żeby Lem pisał cokolwiek pod oczekiwania bazy fanowskiej, on wręcz gdzieś powiedział, że pisze dla siebie a nie z myślą o czytelniku.
-
2017/09/11 16:46:55
@-maciek


...Mnie się wydaje, że funkcjonowanie po tej stronie Żelaznej Kurtyny dawało Lemowi unikalne możliwości, których może by nie miał będąc z drugiej strony...

A Miłosz? Mrożek? Gombrowicz?
Czy to nie uszlachetnianie naszej bidy na siłę?
-
2017/09/11 17:34:33
@mw.61
"Czy to nie uszlachetnianie naszej bidy na siłę?"

Bynajmniej. Czy jednak przesyfonowanie Prawdziwych Pieniędzy do PRL-owskiej rzeczywistości nie dawało jakichś forów łagodzących wiele aspektów bytowania w tamtej siermiężnej rzeczywistości?
Tak się składa zresztą, że i Lem był emigrantem i nawet tworzył na emigracji. Naturalnie, nie da się tego sensownie wymierzyć, ale uważam i "Fiasko" i "Pokój na Ziemi" za zatrzymanie się Lema w miejscu, jeśli nawet nie krok do tyłu. To są jednak i tak świetne rzeczy; wielki twórca ma się dokąd cofnąć.
Trudno tu też o porównania i, z całym szacunkiem w ogóle dla Tytanów Polskiej Literatury, ale Lem to jest jednak byt osobny. Przyjmę jednak zarzut, że jestem w sprawie jego twórczości stronniczy.
-
2017/09/11 22:53:26
@maciek_r10
"Lem i kariera na Zachodzie"

W Niemczech Lem był bardzo znany i popularny, przecież w latach dziewięćdziesiątych jak jakiś kanał telewizji publicznej robił program o (na przykład) robotach, to zawsze ekipa jechała do Polski, do Lema, żeby nagrać chociaż parę zdań.

Myślę, że w Niemczech Lem nie miałby problemu z robieniem kariery.
-
2017/09/12 01:11:56
@martin.slenderlink

"kwestia ambicji pisarskich, filozoficznych, naukowych, ambicji zaistnienia "głębszego""

W przypadku Lema zaistnieć głębiej znaczyło sięgać ponad polsko-żydowską lokalność, on nie chciał pisać "Trans-Atlantyków" o narodowych obsesjach czy "Mszy za miasto Arras" o sytuacji intelektualisty w systemie autorytarnym.

@WO

"No właśnie nie widać tych ambicji. Nie umiesz tego niczym zilustrować. Zdobywanie "masowego czytelnika" na Zachodzie wymaga autopromocji - występowania w mediach, pokazywania się na konwentach (gdy mowa o czytelniku sf-f). Lem odrzucał wszystkie zaproszenia do USA, odrzucał też zaproszenia na Eurocon i Worldcon. . To kiedy właściwie je miał? Kiedy odrzucał zaproszenia na Eurocon (lata 70.) czy kiedy nie chciał odpisywać zachodnim wydawcom na listy (lata 60.)? "

W latach 60-tych wykłady Lema w Sowietach zapełniały aule. Był u szczytu sił twórczych, widział się jako autora ważkich syntez. Jak wielu twórców, nawet zachowując dystans i ironię wobec swego dzieła, nie umiał wyzbyć się przekonania o swojej wyjątkowości. Pisał, wcielając się w jednego z bohaterów Cyberiady:

"- Przyjdzie jeszcze czas mój! Nie może to być, aby ktoś jak groch sypał prawdy ostateczne dniem i nocą, aż blask Poznania od nich bucha Ultymatywnego i nic! Przyjdzie rozgłos, przyjdzie sława, tron z kości słoniowej, tytuł Myślęgi Pierwszego, miłość ludów, ukojenie w ciszy sadu, własna szkoła, uczniowie kochający i wiwatujący tłum!" [1]

Kiedy zaś w latach 70-tych za sprawą tłumaczeń Kandla jego książki pojawiły się w obiegu amerykańskim, liczył na potraktowanie podobne jak w Sowietach: jako fetowany przez akademię mędrzec. Tymczasem przychodziły zaproszenia na zloty autorów pulpy (jak widział amerykańską sf-f). Jak wiesz, pogardzał tą literaturą, pisał że w kontakcie z nią czuje się jak wciągany do burdelu. Dlatego ignorował te zaproszenia. Co nie znaczy, że odrzucał myśl o przyjeździe do USA jako autor z wyższej ligi, gorzki prorok kryzysów cywilizacyjnych, polski Alvin Toffler. Zacytujmy, co pisał do Kandla o swoim możliwym przyjeździe [2]:

"wolałbym, przybywając, nie być osobą w pełni anonimową, żeby choć kilka moich książek pierwej wyszło w Stanach. Gdyż dobrze wiem, jak w gruncie rzeczy (i Mann wiele o tym pisał, choć Olimpijczykiem był) komiczną, niepoważną postacią jest literat, a już literat anonimowy, o którym się nie wie nic, bo nawet się o jego książkach nie słyszało, staje się postacią w stylu autoparodystycznym."

Ta korespondencja z Kandlem, niezwykle intensywna do 1980 r. - listy co 2-3
tygodnie - pełna jest uwag znamionujących zapobiegliwość wydawniczo-promocyjną, choć jednocześnie Lem asekuruje się stwierdzeniami o tym, że jako pisarz "trudny nie jest prosty do sprzedania. Znasz tę korespondencję na pewno, lecz koleżeństwu komcionautom dajmy próbki :

"Seabury jaki jest, taki jest, ale nie najgorszy, proszę Pana, wiem to choćby po doświadczeniu z ACE BOOKS, nie mówiąc o innych. To, że wydawca chce robić interesy, sprzedając na pniu prawa (np. na pockety, klubom książki, telewizyjne, filmowe itd.) - znana rzecz. "

"Książka o mnie? A pewno Mógłby Pan taką książkę sprzedać i poza Stanami, w
Niemczech, bo mój wydawca (Unseld) łasy na coś takiego"

"Jednym słowem, chcę powiedzieć, że moim zdaniem powinien by Pan pomyśleć o tłumaczeniu takiej mojej książki jako następnej, która mi może sławy Otchłannej Głębi Filozoficznej NIE przysporzy, ale która będzie się za to dobrze sprzedawała i zrobi, jak się u nas to mówi, Kasę."

-
2017/09/12 01:13:12
c.d.

Oczywiście, że - jak piszesz - było to wszystko dość amatorskie, Lemowi brakowało po prostu w USA takiego wydawcy jakiego znalazł w Unseldzie w Niemczech. Jednakże otchłań energii jaką poświęcał na "zaistnienie" na Zachodzie wydaje mi się potwierdzać diagnozę: od pewnego momentu nie czuł się pisarzem "krajowym", obsługującym polskie tematy, tradycje i czytelników. Chciał startować w mistrzostwach świata, a konieczność pisania i wydawania po polsku traktował jako barierę. To właśnie napięcie jest w wypadku Lema ową skrywaną tajemnicą, jaką należałoby uwypuklić.

[1] "Bajka o trzech maszynach opowiadających króla Genialona"

[2] Cytaty z listów Lema do Kandla za zbiorem wydanym przez Jarzębskiego w 2016 r. w WL
-
2017/09/12 09:23:55
Książkę przeczytałem z przyjemnością, jedno co pozwolę sobie skrytykować, to tytuł: w jakim sensie to życie było nie z tej ziemi? To co odsłaniasz: żydowskość i losy wojenne - były bardzo-bardzo z tej ziemi, przaśna PRL-owskość, okres emigracji też wyglądają dość pospolicie. Nie z tej ziemi, to była co najwyżej twórczość... Bardziej by mi pasowało coś w sensie: Lem nieznany
-
2017/09/12 09:42:34
@kuba_wu
"w jakim sensie to życie było nie z tej ziemi?"

Bo miał umrzeć podczas okupacji a nie umarł?

@awal
"Książka WO pokazuje w jak wielkim stopniu tryb życia Lema i dyscyplina jego pracy pisarskiej były podporządkowane utrzymaniu się w zachodnim obiegu wydawniczym i czytelniczym. "

Dawno nie przeczytałem czegoś z czym tak bardzo się nie zgadzam. Nawet jeśli Lem tajemniczo i wewnętrznie się czemuś podporządkowywał, to na pewno książka WO tego nie pokazuje. Twój argument, że wskazuje na to czytanie przez Lema zachodnich czasopism w hotelu, jest nieprzystający. Nie znasz ludzi, którzy po prostu chcą konsumować życie i dokonania innych ludzi (ze świata! nie tylko z gminy!) z przyziemnej ciekawości?
-
wo
2017/09/12 10:48:16
@mw
"Nie miał, ale czy nie mógł mieć gdyby przy tym się zakręcił?"

Nie mógłby. Dick zarzucał Lemowi, że go okradł. Lem nie mógł się bronić. Jak się przy tym kręcić, żeby to wyszło na dobre?

@cmosmos
"Myślę, że w Niemczech Lem nie miałby problemu z robieniem kariery"

Po 1968 - pewnie już tak. Wcześniej za mało go znali (w latach 60. kojarzono go na Zachodzie głównie jako ciekawostkę, że na wschodzie też piszą pulp sfi-fi a la "Niezwyciężony"). No ale wtedy miał małe dziecko, a jak dziecko podrosło, to zawiodło zdrowie (1976).

@kubawu
" to tytuł: w jakim sensie to życie było nie z tej ziemi"

Tytułu oczywiście nie wymyśliłem ("Sepulek" też nie). Ja bym dawał takie zwyczajne tytuły, "Leksykon lemologiczny" albo "Stanisław Lem: biografia".
-
wo
2017/09/12 10:53:45
@awal
"Kiedy zaś w latach 70-tych za sprawą tłumaczeń Kandla jego książki pojawiły się w obiegu amerykańskim, liczył na potraktowanie podobne jak w Sowietach: jako fetowany przez akademię mędrzec. Tymczasem przychodziły zaproszenia na zloty autorów pulpy"

W książce cytuję list, w którym Lem odrzuca zaproszenie na stypendialny pobyt na Harvardzie.

"Ta korespondencja z Kandlem, niezwykle intensywna do 1980 r. "

No i zauważ, że się urywa. Poróżnił się z Kandlem. Tam skąd pochodzę, o ambicji mówimy, jeśli ktoś jest skłonny coś poświęcić dla danej sprawy. Ja na przykład istotnie mam ambicję utrzymania się możliwie jak najdłużej i jak najwyżej na liście bestsellerów, więc udzielam wywiadów i jeżdżę na spotkania. Lem nie był skłonny choćby kiwnąć palcem (ani nawet zrezygnować z kłócenia się o drobiazgi).

" To właśnie napięcie jest w wypadku Lema ową skrywaną tajemnicą, jaką należałoby uwypuklić. "

Nie przekonałeś mnie, że w ogóle jest jakaś taka tajemnica. Proste wyjaśnienie: nie zależało mu (przynajmniej nie na tyle, żeby nie zrywać relacji z Kandlem).
-
2017/09/12 11:00:03
@naturalucka

Jeżeli wolisz, ujmijmy to tak: "w jak wielkim stopniu tryb życia Lema i dyscyplina jego pracy pisarskiej były ukierunkowane na utrzymanie się w zachodnim obiegu wydawniczym i czytelniczym"

Przy czym jednak oryginalne sformułowanie ("podporządkowane") lepiej oddaje istotę sprawy. Lem dokonał rzeczy unikalnej: pisząc po polsku za żelazną kurtyną wszedł ze swoją często niełatwą twórczością w popularny obieg czytelniczy na Zachodzie. Wymagało to zorganizowania całego życia wokół określonej dyscypliny twórczej, w której brali też udział jego bliscy. On nie czytał zachodniej prasy okazjonalnie dla przyjemności, lecz jako niezbędny regularny wkład intelektualny dla swoich syntez cywilizacyjnych, które uważał za najważniejsze swe dzieło. Cały jego tryb dobowy, zaczynający się - jak to pokazuje WO - od rozpalania pieca o 4 rano, podporządkowany był tej pracy, wszystko inne - budowa domu z miejscem na bibliotekę, wyjazdy do "Astorii" chroniące przed atakami astmy, itd. były konsekwentnie nakierowane na tworzenie warunków do tej specyficznej twórczości: czerpiącej z bieżących prądów Zachodu, choć tworzonej na odciętym rozmaitymi barierami Wschodzie. Czego wydaje mi się brakuje u WO to mocniejszego zaakcentowania pozytywnej roli Siegfrieda Unselda i Michaela Kandla jako kluczowych sojuszników Lema w tej misji na terenie odpowiednio Niemiec i USA. Korespondencja z Kandlem jest wręcz moim zdaniem najlepszym bezpośrednim źródłem do poznania dojrzałego Lema. Daleko wykraczająca poza tematykę tłumaczeniową, są te listy czymś na kształt bezpośrednich transmisji z głowy pisarza, który np. jak w liście z 21 kwietnia 1975 r. potrafi płynnie przejść z uwag o tłumaczeniu "Cyberiady" do swojego credo artystycznego, a gdzie indziej streszcza swoje nowe projekty, interpretuje stare, donosi o odbytych spotkaniach, dzieli obserwacjami o rynku wydawniczym, peroruje, polemizuje i poucza. Jest w tym sporo stylizacji, jednak to taka "stylizacja a vista", nie wystudiowana jak w listach do "równego sobie" Mrożka. Lem po prostu nie mógł sobie odmówić tych sylwicznych wynurzeń przed jednoosobową publicznością swojego inteligentnego i wyrozumiałego tłumacza (znoszącego też Lemowe krytyki i wybuchy o finanse). Chwała Kandlowi i Jarzębskiemu, że to opublikowali.
-
2017/09/12 11:14:15
@awal
"on nie chciał pisać "Trans-Atlantyków" o narodowych obsesjach"

Tyle, że przecież Gombrowicz akurat też miał cel zaistnienia jako pisarz, który ma się wymknąć bezwzględnemu podporządkowaniu kontekstowi polskiemu i też w tym sensie wychodził ponad lokalną tożsamość, jak i Lem. A Transatlantyk był tylko etapem w jego karierze pisarskiej. Historia biegła mu pod nogami niczym chodnik - odtąd ludzie przestali się dla niego dzielić na zwolenników i przeciwników status quo, bo być w zgodzie ze status quo równało się po prostu byciu w zgodzie z biegnącą historią. Nie za bardzo rozumiem w tym kontekście jakieś poważne kontrastowanie tych dwóch pisarzy, poza tym, że mogli mieć różne obsesje.

To zresztą naturalne, chcąc zaistnieć w literaturze szerzej - patrzysz na literaturę światową. Kafka wychodził poza swoją żydowsko-niemiecko-czeską (tego ostatniego komponentu było pewnie najmniej) tożsamość, a nawet tożsamość urzędniczą, przenosząc ból osobisty w wymiar języka czy literatury. Tu są raczej podobieństwa, a nie jakieś wielkie różnice. Co do światowości, Milan Kundera w eseju "Zasłona" zauważył, że "prowincjonalizm" dotyczy zarówno tych "małych", jak i tych "wielkich" nacji, wskazując np. na ten francuski - inne rzeczy się podziwia i uznaje za ważne w kontekście francuskim, inne w sensie ogólnym, światowym. Wskazuje m.in. na deprecjację Rabelais, który przecież obok Cervantesa jest kimś na kształt założyciela gatunku.

A Lem, skoro nie chciał jeździć na "zloty autorów pulpy" był zainteresowany zaistnieniem, o którym wyżej wspominałem, a czy to się stanie poprzez ten język, czy inny, chyba mu było przecież wszystko jedno. Dlatego głównie się czepiłem tej "anglosaskości". A przede wszystkim tego, że książka tu omawiana nie przedstawia tego w świetle, o którym piszesz. Tylko tyle.
-
2017/09/12 11:41:20
@awal
No i zawsze jakoś inaczej czytałem "Trans-Atlantyk". Ręka kelnera na statku, chwilowo przywracająca ostrość umysłu, zdawała mi się być motywem bardziej centralnym od zdań w stylu: "ja na kolana padłem".
-
2017/09/12 11:45:14
@WO
"No i zauważ, że się urywa. Poróżnił się z Kandlem."

Korespondencja w latach 70-tych to jedna z głównych regularnych aktywności Lema, owszem po roku 1980 staje się rzadsza (lecz się nie urywa) z przyczyn, wśród których najważniejsza to zbyt bezpośrednia Lemowa krytyka przesłanego mu (po wielu namowach samego Lema) maszynopisu powieści Kandla.

"Tam skąd pochodzę, o ambicji mówimy, jeśli ktoś jest skłonny coś poświęcić dla danej sprawy"

Lem nie tyle poświęcał coś z "normalnego" życia dla twórczości, co organizował sobie i sowim bliskim (dość samolubnie) kompletny mikro-świat zogniskowany wokół swoich celów (pasji) twórczych. Robił tak też zresztą Kapuściński, który hasło "stwórz swój świat" zapisał sobie jako motto przewodnie. Twoja książka dokładnie to pokazuje, jej zaletą, gdy chodzi o okres powojenny są właśnie technikalia o domach, samochodach, hotelowych recepcjach i generatorze prądu z silnika okrętowego. Jednakże był Lem w tym wszystkim samoukiem-amatorem: improwizował, działał po omacku, podejmował kroki impulsywnie, dawał swojej naturze pisarskiej brać górę nad naturą menadżerską (bo był swoim własnym menadżerem) - stąd fochy i odmowy takie jak z Harvardem czy Rottensteinerem. Unseld potrafił tę Lemową ekspansywną osobowość opanować, wziął go pod włos, poprowadził za rękę na rynku niemieckim (w swoim własnym finansowym interesie) tak potraktowany, Lem potrafił zgodnie współpracować. Pamiętajmy jednak, że Unseld nie był przeciętnym wydawcą, lecz postacią formatu Axela Springera, współtwórcą intelektualnego klimatu RFN. W USA zabrakło wokół Lema postaci o takim statusie.

Jeszcze raz dziękuję za Twoją tak potrzebną książkę. Na użytek ewentualnych przyszłych wydań pozwoliłbym sobie uniżenie na taką oto radę: nie porównuj tak mocno dojrzałego okresu Lema do swoich własnych strategii pisarskich. Tu trzeba porównań z innymi nieokiełznanymi omnivorami twórczymi np. biografia Goethego pióra Safranskiego (wydana też po angielsku jako " Life as a Work of Art") może być ciekawą lekturą porównawczą. Czołobitne ukłony!
-
2017/09/12 12:03:58
@martin.slenderlink

Anglosaskość - piszę o niej w sensie źródła i kontekstu tego co Lem uznawał za swoje najlepsze dzieła. Inna sprawa, że wg krytki najelpiej wyszło mu ożywienie gawędy sarmackiej (Cyberiada).

O Gombrowiczu może innym razem (jak WO da). Podejrzewam też, że lepiej z tym poczekać na wychodzącą na dniach jego biografię autorstwa Klementyny Suchanow. Lem uważał "Kongres Futurologiczny" za czerpiący m.in. z Gombrowicza. Łatwo jednak zauważyć, że książka Lema nie wymaga wiedzy o narodowej kulturze autora dla jej czytelnego odbioru, a "Trans-Atlantyk" czy "Pornografia" jednak tej wiedzy jako kontekstu raczej wymagają, choć - istnotnie - przerastają go i kwestionują.
-
wo
2017/09/12 12:52:31
@awal
"On nie czytał zachodniej prasy okazjonalnie dla przyjemności"

Bzdura. Znów, brak choćby cienia dowodu.

"Czego wydaje mi się brakuje u WO to mocniejszego zaakcentowania pozytywnej roli Siegfrieda Unselda i Michaela Kandla jako kluczowych sojuszników Lema w tej misji na terenie odpowiednio Niemiec i USA. "

Bzdura. Kluczowy w takiej sytuacji zawsze jest agent (w tym przypadku: odpowiednio Thadewald i Rottensteiner).

"Korespondencja z Kandlem jest wręcz moim zdaniem najlepszym bezpośrednim źródłem "

Bo jedynym, jakie znasz. Ja znam inne.

"Korespondencja w latach 70-tych to jedna z głównych regularnych aktywności Lema, owszem po roku 1980 staje się rzadsza (lecz się nie urywa) z przyczyn, wśród których najważniejsza to zbyt bezpośrednia Lemowa krytyka przesłanego mu (po wielu namowach samego Lema) maszynopisu powieści Kandla. "

Ty znasz tylko to, co opublikowano - wygląda na to, że nic nie wiesz o konflikcie (i o przyczynach urwania). Nawet nie znasz pełnej wersji korespondencji z Kandlem, nie mówiąc już o jego ówczesnej korespondencji z innymi adresatami. Zdumiewa mnie bezczelność kogoś, kto mając mniej wiedzy, polemizuje z kimś, to ma jej więcej. Nie rób tego więcej. Mam już dość Twoich palcossawek.

"Na użytek ewentualnych przyszłych wydań pozwoliłbym sobie uniżenie na taką oto radę:"

Dziękuję za cenne uwagi. Moja asystentka, mgr Łot Ewa, przekaże je na ręce mojego sekretarza, Łajdefaka Szudajgiwedamna.
-
2017/09/12 13:13:29
@wo

...Dziękuję za cenne uwagi. Moja asystentka...

Habet, na rzymskiej arenie trafiony.
To samo w formie przypuszczającej nie byłoby arogancją, a może wycisnąłbyś z naszego gospodarza coś, czego nie ma w książce.


-
2017/09/12 13:48:44
Nie wycisnąłbyś, a wycisnąłby (awal) z naszego gospodarza.
-
2017/09/12 14:59:50
@mw
"może wycisnąłbyś z naszego gospodarza coś, czego nie ma w książce"
@WO
"bezczelność kogoś, kto mając mniej wiedzy..."

Czego nie ma w książce to będzie w kolejnej książce - WO lub kogoś innego. Moje sugestie nie wynikają w każdym razie z ssania palca, lecz też z wiedzy i doświadczeń, jakkolwiek innego rodzaju niż lektury niepublikowanych listów.

Kto ciekaw, może zajrzeć do poniższego wspomnienia Rottensteinera - jak wiadomo łączyła ich z Lemem skomplikowana relacja, co się tu ujawnia, jednak jest to świadectwo godne uwagi (Lem pisał o ich relacji w jednym z listów do Kandla, jeśli ktoś chce poznać głos drugiej strony). Pojawiają się tu m.in. wątek Unselda i lektora w jego wydawnictwie Wernera Berthela, oraz Lema lektur naukowych.

Dziękuję za dyskusję, do widzenia!

www.vice.com/de/article/yve755/der-mann-der-den-schatten-scheuerte-0000298-v8n9
-
2017/09/12 15:10:16
@awal

...Moje sugestie nie wynikają w każdym razie z ssania palca, lecz też z wiedzy i doświadczeń, jakkolwiek innego rodzaju niż lektury niepublikowanych listów...

To może czas na własną publikację pod nazwiskiem. Może zaszczytny termin naczelnego lemologa, jest w niewłaściwych rekach?
-
wo
2017/09/12 15:58:50
@awal
"Moje sugestie nie wynikają w każdym razie z ssania palca, lecz też z wiedzy i doświadczeń, jakkolwiek innego rodzaju niż lektury niepublikowanych listów. "

Może ze ssania innej części ciała - niestety, nie podałeś nam źródeł, więc musimy zgadywać, jakiej. Zacząłem od palca, ale kto wie, kto wie...

"Kto ciekaw, może zajrzeć do poniższego wspomnienia Rottensteinera -"

Rottensteiner nie przedstawia tego sporu rzetelnie (czemu miałby tak robić? jest stroną sporu). Ja prześledziłem ich korespondencję od tych pierwszych listów czytelnika zachwyconego "Niezwyciężonym", aż po ten ostatni, "dalszą korespondencję proszę prowadzić z moim pełnomocnikiem". Twoje palce są wprawdzie niewatpliwie wspaniałe, ale powiedziałbym, że ta korespondencja to dobra ilustracja sporu (korespondencyjnego wszak).
-
2017/09/12 16:14:52
@wo

...ta korespondencja to dobra ilustracja sporu...

Czyli?
Wyjaśnij maluczkim.
-
2017/09/12 17:41:01
@WO

Akurat spór z Rottensteinerem (sądowy wszak) znam z obu wyroków sądowych (z grudnia 1998 r. i w drugiej instancji z kwietnia 1999 r.), ale nie o to chodziło mi w przywoływanym wspomnieniu o Lemie. Ono jest sumarycznym obrazem Lema w oczach zafascynowanego a następnie rozczarowanego nim "człowieka Zachodu" - pokazuje wobec jakich przeciwności stawał Lem ze swoim pochodzeniem, osobowością i obyczajami ruszając na tamten rynek. Doceniam ssący cię głód szczegółów, lecz na tym poprzestanę, Safranski o Goethem - naprawdę warto.
-
wo
2017/09/12 23:03:36
@awal
"Akurat spór z Rottensteinerem (sądowy wszak) znam z obu wyroków sądowych (z grudnia 1998 r. i w drugiej instancji z kwietnia 1999 r.),"

Znajomość _wyroku_ nie daje Ci znajomości źródeł sporu ani jego narastania (i wszystkich konsekwencji). W szczególności nie daje Ci podstaw do daleko idących tez, które tu wysuwałeś (czytanie zachodniej prasy nie sprawiało mu przyjemności, jego największą ambicją było zaistnienie na rynku anglojęzycznym, itd.).
-
2017/09/13 10:58:15
@ wo
Kupiłem. Przeczytałem. W kilku aspektach książka bardzo mi się podobała, w kilku nie za bardzo (a nawet lekko mnie zdenerwowała). Natomiast brawo za napisanie książki, którą się czyta jednym tchem. To pierwsza od dwóch albo trzech lat książka, którą przeczytałem w ciągu: od rana do wieczora. Zareklamowałem w rodzinie i kilku znajomym (którzy na dźwięk słowa "Gazeta Wyborcza" reagują oględnie mówiąc źle).

Natomiast miałbym pytanie na marginesie powyższej dyskusji o tym, dlaczego Lem nie pojechał promować się w USA.
Otóż, czy jedna z przyczyn niechęci wyjazdu do Stanów Zjednoczonych nie mogła mieć charakteru językowego (z istotną komponentą zdrowotną)? To znaczy Lem nie miał raczej problemu z wyjazdami do ZSRR i Niemiec/Austrii. Wielokrotnie wyjeżdżał, rozmawiał, spotykał się z ludźmi. Innymi słowy nie miał problemów komunikacyjnych. Sprawa jest dość oczywista: niemieckiego i rosyjskiego musiał nauczyć się bardzo dobrze w czasie wojny - od tego po części mogło zależeć przeżycie. Natomiast jego angielski - jak rozumiem - był przede wszystkim angielskim czytanym i pisanym. Szlifowanym przez dorosłego już Lema w trakcie prac u Choynowskiego. Mówiąc po rosyjsku czy niemiecku czuł się swobodnie, a w USA zapewne byłby potrzebny tłumacz/asystent. Przynajmniej w trakcie spotkań publicznych - co byłoby jeszcze wzmocnione przez czynnik zdrowotny (problemy ze słuchem).
Innymi słowy, czy ta niechęć nie była częściowo związana z dyskomfortem, który tu się pojawiał: potencjalne problemy komunikacyjne, konieczność zapewnienia asystenta, ale też daleki wyjazd itp.? Nie twierdzę, że to był czynnik decydujący, ale ten ten brak zainteresowania wyjazdem na sympozjum w Harvardzie dziwi.

Czytając książkę przypomniałem sobie wywiad (ze Sfinksa z lat '90) z Wiktorem Bukato, który opowiadał m.in. o wizycie na konwencie w Brighton braci Strugackich i problemach językowych, które mieli (mimo, że jeden z nich tłumaczył coś z angielskiego). W tym samym wywiadzie była świetnie opowiedziana sprawa honorariów w złotówkach dla autorów zagranicznych. Zdaje się, że najciekawsze rzeczy zaczynały się dziać, kiedy ci autorzy przyjeżdżali...
Wersja elektroniczna tutaj:
www.sedenko.pl/2011/01/06/wywiad-z-wiktorem-bukato-1995/
-
wo
2017/09/13 10:59:45
@awal
"Na drugiej stronie swojej książki piszesz o Lemie: "Są jeszcze dwa powody, dla których Stanisław Lem chętnie bierze na siebie rolę palacza centralnego ogrzewania we własnym domu. Po pierwsze, jest czterdziestolatkiem. W tym wieku mężczyzna chętnie chwyta się "męskich" zadań w przeczuciu, że to ostatnia dekada w życiu, kiedy jeszcze wolno mu to robić". Żartobliwie można zapytać: czy masz dowód na tę daleko idącą tezę?"

Oczywiście, że nie mam - i zaraz potem przyznaję, że to wszystko było żartem, a teraz już będzie na serio. A więc te twoje bredotki o ambicjach Lema też były takim żartem? Jeśli tak, to mam dla ciebie poradę - żartu nie można ciągnać zbyt długo, bo sie to robi nudne. Ty już ten moment masz dawno za sobą. Pomogę ci i zakończę go już teraz. Wszystko odtąd wyleci (chyba że wrócisz z dowodami, etc.).
-
wo
2017/09/13 11:07:28
@konduktor
"W kilku aspektach książka bardzo mi się podobała, w kilku nie za bardzo (a nawet lekko mnie zdenerwowała). Natomiast brawo za napisanie książki, którą się czyta jednym tchem."

Nie krępuj się, z tymi momentami! Najbardziej lubię pochwały takie, jak ta Horubały z "Do Rzeczy" - że nienawidzi Wyborczej, nie lubi Lema, nie podobało mu się to i tamto, ale przyzna, że czytał jednym tchem. "Żeby się dobrze czytało", to mój priorytet i główna przyczyna kompromisów typu "dlaczego tak dużo o X, a tak mało o Y".

"Otóż, czy jedna z przyczyn niechęci wyjazdu do Stanów Zjednoczonych nie mogła mieć charakteru językowego (z istotną komponentą zdrowotną)?"

Na pewno też, ale to za mało tłumaczy. Jak sam potem pokazujesz, nie wszystkim literatom to przeszkadzało. Poza tym Lema trzeba było za uszy ciągnąc także do Francji (tu wprawdzie uległ namowom Błońskiego i małżonki, ale czysto turystycznie, na wykład też by go nie zaciągnęli). Odrzucał też zaproszenia na Eurocon, nawet gdy było blisko i w kraju bliskim mu językowo.
-
2017/09/13 22:53:31
@wo
Przytłaczająca większość momentów wnerwienia, wynikała z faktu, że chciałbym biografię Lema napisaną pod siebie (miłośnika Lema i fantastyki). Pewne rzeczy były dla mnie zbędne, a inne były ledwie zarysowane bądź pominięte. Tymczasem - po zastanowieniu na zimno - widzę, że napisanie tej biografii to musiał być szereg wyborów - bez jednego dobrego rozwiązania. Nie wydaje mi się możliwe napisanie biografii, która zadowoliłaby dość różne potencjalne zbiorowości czytelników: zaawansowanych znawców Lema i osób, które chcą po prostu przeczytać biografię znanego pisarza (który był fantastą i pisał, że przybysze są zieloni jak ciasto kiwi); osób dobrze pamiętających PRL i takich, które urodziły się np. po 1989 roku; osób dla których Lem jest przede wszystkim pisarzem i takich, którzy czytają biografie, żeby pogrzebać w życiu osobistym. I tak dalej.
Przykładowo, gdybym nie znał twórczości Lema, to po lekturze "Życia nie z tej ziemi" na pewno rzuciłbym się do lektury "Edukacji Cyfrania". Natomiast dla kogoś, kto dobrze zna twórczość Lema i pamięta PRL szczegółowy opis tego opowiadania (z kontekstem i aluzjami) jest zbędny.
Jak rozumiem wygrała opcja: każdy powinien móc znaleźć coś dla siebie (a dodatkowo rzecz powinna mieć potencjał przetłumaczenia na rosyjski i niemiecki). I to jest dla mnie zrozumiałe.
Natomiast widzę w tej biografii pewien brak źródłowy, który być może jest świadomy. (Jeśli ktoś zwrócił na to uwagę w jakiejś z recenzji to od razu powiem, że nie czytałem żadnej, poza recenzją Oramusa wzmiankowaną powyżej. Btw. jakiś student filologii polskiej spokojnie mógłby napisać pracę magisterską "Kompleks Lema u Oramusa").
Otóż w pewnym momencie zostaje przytoczony znany od dawna anegdotyczny opis wizyty Franciszka Szlachcica u Lema. I w trakcie wizyty tenże Szlachcic, czyli człowiek będący emanacją policji politycznej PRL, daje do zrozumienia, że Lemowi w jakiś sposób szkodzono.
Moim zdaniem, pierwszą rzeczą, którą autor biografii pisanej współcześnie powinien zrobić, to pójście do IPN i zrobienie kwerendy dokumentów dotyczących Lema. Już wgląd w akta paszportowe pozwoliłby na stwierdzenie, czy rzeczywiście Lemowi przeszkadzano (i czy był pod jakimś specjalnym nadzorem).
Rozumiem niechęć autora Wyborczej do IPN, ale to jest akurat rzecz, którą po prostu należało odfajkować.
Tym bardziej, że od końca lat '70 Lem angażuje się w działalność opozycyjną: współpraca z PPN i regularne publikacje w "Kulturze" (w sumie tylko wzmiankowane w biografii). I od razu pojawiają się kolejne pytania: czy Lem był wówczas inwigilowany? A może nie pojawił się na radarze służb PRL? Czy władze PRL-u interesowała kwestia możliwej emigracji znanego i popularnego pisarza w latach '80? Jeszcze raz: nie chodzi mi o napisanie biografii Lema w oparciu o materiały SB. Ale należałoby tam przynajmniej zajrzeć. I albo wykorzystać albo napisać, że nic ciekawego nie ma.
-
wo
2017/09/14 09:59:18
@konduktor
"Natomiast widzę w tej biografii pewien brak źródłowy, który być może jest świadomy. (Jeśli ktoś zwrócił na to uwagę w jakiejś z recenzji to od razu powiem, że nie czytałem żadnej, poza recenzją Oramusa wzmiankowaną powyżej. Btw. jakiś student filologii polskiej spokojnie mógłby napisać pracę magisterską "Kompleks Lema u Oramusa")"

Na to akurat nie, ale masz 100% racji. Faktycznie, wygrał mój stosunek do IPN (w skrócie - #zaorać). Bałem się, co by było, gdyby się okazało, że Lem był TW - wtedy bym prawdopodobnie zrezygnował z pisania. Między innymi to miałem na myśli pisząc o "wielkich grzechach". Kwerendę w IPN zrobiła Agnieszka Gajewska, od niej się dowiedziałem, że nie był TW, ma teczkę osoby inwigilowanej. Wtedy straciłem zainteresowanie tematem. Nie mogę się doczekać jej książki, już ściśle naukowej. I tam zapewne znajdzie się odpowiedź na Twoje pytanie.

Co do "przeszkadzania" - Szlachcic dokładnie wiedział, komu jak utrudniano życie w 1968, bo poniekąd sam za to odpowiadał. Lem był wśród pisarzy, którym zaczęto komponować teczkę taką, jak w "Człowieku z żelaza" (z kompromitującymi materiałami). Agnieszka Gajewska na spotkaniu mówiła, że widziała tę teczkę i zawierała tylko bibliografię pisarza. Widocznie nic ciekawego nie znaleźli, a może po prostu akurat kompromitowanie fantasty uznali za mniej istotne od kompromitowania np. Andrzejewskiego.

Jeszcze kiedy pisałem "Sepulki" zauważyłem natomiast, że "Głos Pana" miał niewiele recenzji. Nieproporcjonalnie mało, powiedziałbym (więcej miało wydane w 1970 wznowienie "Astronautów"). Bo też i wydanie w 1968 (!) książki, która czytelną aluzją szydzi z czołowego politruka do spraw kultury, a w dodatku jeden z bohaterów nazywa się Rappaport (!!), było ze strony Lema czymś w rodzaju machnięcia środkowym palcem w ogólnym kierunku gmachu KC i pobliskiej cenzury.
-
wo
2017/09/14 10:01:28
@konduktor
" I od razu pojawiają się kolejne pytania: czy Lem był wówczas inwigilowany?"

O tym w pewnym sensie piszę, acz istotnie pokrętnie (bo to już ustalenia Agnieszki Gajewskiej, byłoby z mojej strony nieeleganckie kraść je do swojej książki przed publikacją jej książki). Piszę coś w stylu "przypuszczał, nie bez powodu, że jego listy są czytane nie tylko przez adresata".
-
2017/09/14 13:29:26
@wo
"Odrzucał też zaproszenia na Eurocon, nawet gdy było blisko i w kraju bliskim mu językowo."

Nie wiem, czy o ten konkretny ci chodzi, ale bliższego (językowo i na dystans) nie było. Chodzi mi o Eurocon w Krakowie (1991), gdzie Lem dostał nagrodę tegoż Euroconu, Nie zjawił się, choć naprawdę wystarczyło, żeby przyszedł i pomachał. Pamiętam, wtedy odczuliśmy to jako lekceważenie na granicy obrazy. Teraz, kiedy o tym myślę, mam wrażenie, że to był już okres, kiedy fantastyka zaczynała mu ciążyć. Chciał być doceniany jako myśliciel, filozof, erudyta, a cały czas (przynajmniej w Polsce) uważano, że owszem, znany, wybitny, no ale wiesz pan, ta fantastyka, trochę wstyd... Pogłoski o Noblu też nie pomagały (może by dostał, ale za sf?)

Pod koniec życia te sf-fobie nawet się nasiliły, aż do niemal pełnego wyparcia. WO pamięta pewnie panel w Barcelonie, gdzie Sapkowski nawiązał do tego wyparcia (mówiąc coś w stylu, że Lem mógł sobie gadać co chciał, my i tak wiemy, że pisał sf).

Oczywiście, trochę racji miał. Podejrzewam, że jest to jeden z powodów takiej "sensacji" wokół reinterpretacji tekstów Lema - znaczy, że to wszystko traumy po wojnie, holokauście, zbrodniach itp. Kluczowe jest "wszystko". Traumy i odreagowania, nawiązania i wspomnienia są jasne i widoczne - zawsze były, choć ujawnienie (odkrycie) pewnych faktów z życia Lema czyni je... jakby to powiedzieć... mocniejszymi. Głośniejszymi. Ale czy nie masz wrażenia, że mainstreamowa krytyka rzuciła się na te interpretacje, bo nareszcie niewątpliwie wybitne dzieła wybitnego pisarza może analizować w oderwaniu od fantastyki. Wojenna trauma to temat szacowny, uświęcony tradycją. Godny zainteresowania.

Jeszcze słowo o Głosie Pana. czytałem go jako wczesny nastolatek i oczywiście te polityczne nawiązania, analogie i portrety w ogóle do mnie nie docierały. To jest fenomenalna książka również poza tym wszystkim. Dlaczego nie miała tylu recenzji? Podejrzewam, że recenzenci zwyczajnie nie rozumieli, o co chodzi, a jeśli nie mogli pisać o przedstawieniu politruków i wydziału literatury w KC (tak się nazywał?), to nie wiedzieli, o czym jeszcze by mogli.

Zanim zrobi to gospodarz, sam chętnie przyznam, że nie mam na poparcie swoich hm... sugestii nic poza własnym paluchem. Oraz bardzo wieloma latami bycia fanem i kontaktów z mainstreamową krytyką.

PWC


-
wo
2017/09/14 14:51:29
@pwc
"Nie wiem, czy o ten konkretny ci chodzi, ale bliższego (językowo i na dystans) nie było. Chodzi mi o Eurocon w Krakowie (1991), "

Lem był zaproszony (i odrzucił) już na ten pierwszy, w Trieście (1972). Potem się bardzo martwił, że nie uda mu się wykręcić z tego w Poznaniu (1976), na szczęście miał solidne zwolnienie lekarskie, ze szpitala. Przy tym w Krakowie Lem miał więc już sporą kolekcję odrzuconych, a były i takie w krajach, których językami władał.
-
2017/09/14 16:29:25
@konduktor_motor

"czy rzeczywiście Lemowi przeszkadzano"

Lem był wśród twórców uważanych przez władzę za niekłopotliwych, inwigilacja nie wychodziła ponad standardowe minimum stosowane wobec prominentnych ludzi kultury a na jego dzieła nie było zapisu w cenzurze (zapis taki nie był równoznaczny z zakazem publikacji, lecz oznaczał upokarzające korowody przy każdej książce lub choćby wzmiance o niej; w drugiej połowie lat 70-tych dotyczyło to m.in. Szczepańskiego). Stąd Lemowe symboliczne gesty protestu w rodzaju znaczących nazwisk bohaterów nie kosztowały tak wiele. Z drugiej strony, Lem nie tworzył ex post wokół tych gestów kombatanckich wspomnień (jak np. Łysiak wokół swojego zakamuflowania nazwy "Katyń" w jednym z rozdziałów "Muzeum Wyobraźni"). Książka WO oddaje bardzo dobrze całą tę sferę relacji z władzą: status Lema jako gwiazdy w krakowskim wydawnictwie stanowiącym oczko w głowie lokalnego szefa partii, ale też frustracje z powodu szykan dotykających ludzi z Lemowego otoczenia. Wydaje się, że Lem ze swoim doświadczeniem okupacyjnym jeszcze na początku lat 70-tych uznawał system za znośny i jakoś "proporcjonalny" do geopolitycznego położenia Polski. Dopiero postępująca systemowa niewydolność pod koniec dekady, w powiązaniu ze świadomością uciekającego, znanego naocznie Zachodu, zradykalizowała jego spojrzenie (co widać m.in. w listach pisanych do zagranicznych adresatów z Niemiec, poza zasięgiem cenzury).

@pewuc

"Teraz, kiedy o tym myślę, mam wrażenie, że to był już okres, kiedy fantastyka zaczynała mu ciążyć. Chciał być doceniany jako myśliciel, filozof, erudyta, a cały czas (przynajmniej w Polsce) uważano, że owszem, znany, wybitny, no ale wiesz pan, ta fantastyka, trochę wstyd..."

Zachęcam do lektury pracy habilitacyjnej Jacka Rzeszotnika z Uniwersytetu Wrocławskiego [1], poświęconej recepcji Lema w Niemczech. Świetnie udokumentowana praca pokazuje Lema traktowanego jako filozofa i komentatora współczesności, który przy okazji zabawia się w pisanie bajek robotów. Taki Kołakowski bis ze swoją blaszaną Lailonią. Było to zbieżne z Lema widzeniem samego siebie i dlatego też zaproszeniom i honorom z Niemiec nie odmawiał.

[1] "Ein zerebraler Schriftsteller und Philosoph namens Lem: Zur Rekonstruktion von Stanislaw Lems Autoren- und Werkbild im deutschen Sprachraum anhand von Fallbeispielen" www.abebooks.com/9788322923788/zerebraler-Schriftsteller-Philosoph-namens-Lem-8322923783/plp
-
2017/09/15 20:25:19
Skoro już tak wszyscy, to i ja Ci laurkę napiszę, bo zasłużyłeś. Co prawda pisałem już na goodreadsach, ale niech tu będzie rozwleklej i kupa mięci:

Spowodowałeś jednodniowe nanoskopijne tąpnięcie w produkcji niemieckiego i szwajcarskiego pekabu. Czyli przeczytałem na raz, z ebooka, w biurze, w ramach prokrasty.

Co prawda część młodzieńczo-wojenna nie była dla mnie w zasadzie żadnym zaskoczeniem, bo wcześniej przeczytałem książkę Agnieszki Gajewskiej, ale znam różnicę pomiędzy biografią a literaturoznawczą analizą jednego motywu w twórczości pisarza (nie wiem jak się fachowo ten rodzaj ksiązki nazywa), więc to nie jest zarzut.

I bardzo fajnie było powstawanie tej książki podpatrywać, nawet jeśli moja mikrocegiełka się ostatecznie do niczego nie przydała ;-)
-
2017/09/17 18:06:13
@awal

Dla nieczytających po niemiecku, Rzeszotnik pisze o tym też po polsku w swoim tekście w książce "Lem i tłumacze" (której był współredaktorem): "Rekonstrukcja portretu dialektycznego mędrca z Krakowa. Stanisław Lem w zwierciadle niemieckojęzycznych źródeł".
-
2017/09/22 14:29:32
Dobra, to tak na marginesie niemieckich fascynacji Lemem: czy wspomnienie o przerobieniu "Dzienników Gwiezdnych" przez ZDF na serial telewizyjny w stylu retro-trash-comedy jest tu niemile widziane? Ciocia wiki wspominała, że GW współuczestniczyła w polskim wydaniu na DVD. Ale to nie musi wiele znaczyć w tym kąciku znawców i miłośników. Z drugiej strony - być może to coś znaczy w kwestii odbioru Lema za granicą? Ze jednak bardziej dostrzegano jego fantazję i humor, a mniej - filozofię?

Cóż, dużo pytań. Lepiej już nie przyznam się, że serial lubiłem mimo tego... swobodnego podejścia do pierwowzoru.
-
wo
2017/09/22 16:25:31
@bert04
"Ciocia wiki wspominała, że GW współuczestniczyła w polskim wydaniu na DVD"

To był mój pomysł - podobało mi się!
-
2017/09/25 13:37:17
Dołączam się do gratulacji, książka ma, jak i inne książki Autora, ten flow, który owocuje jej połknięciem w ciągu dnia (no, dnia z kawałkiem). To się bardzo dobrze czyta. Spotkałem się z zarzutem, że książka "zawiera WO", ale nie poczytuję tego jako wadę, dla mnie osobisty stosunek Autora do bohatera powoduje, że praca nie przeradza się w suchy, akademicki wykład.

Natomiast jedna rzecz ciągle mnie frapuje, której ta opowieść mi do końca nie rozjaśniła, nie jest to zarzut, bo to książka o Lemie, a nie o historii lemowych przyjaźni. Jestem też po lekturze korespondencji Lema i Mrożka, która, poza drobnym ożywieniem w końca lat siedemdziesiątych, wygasa w 69 roku. I tu kwestia, na którą Autor być może mógłby rzucić trochę światła: czy to prostu zmęczenie materiału (wiadomo, że to nie był łatwy czas do obu panów), czy narodził się tam jakiś konflikt, którego zainteresowane strony nie chciały ujawniać, czy zwyczajnie dalsza część się nie zachowała lub została z innych powodów (np. jest jeszcze zbyt wcześnie na ujawnianie tej części) pominięta?
-
wo
2017/09/26 11:39:56
@jesus
"I tu kwestia, na którą Autor być może mógłby rzucić trochę światła:"

W ogólnych słowach piszę, że Lem miał konfliktowy charakter (jak ja!), łatwo wpadał w gniew i zrywał znajomość. Czasem się to kończyło polubownie - ale to wymagało woli obu stron, nie zawsze taka była. Wolałem opisywać fenomen "listów rozwodowych" w ogólnych kategoriach, a szczegółowo opisać "list przepraszający". Ktoś inny by pewnie zrobił odwrotnie (i ja też czekam na książkę Kogoś Innego).
-
2017/09/30 20:47:54
Dziękuję Autorowi i gratuluję! Sprawdziłem swoje zbiory lemowskie, a wśród nich trochę pierwszych wydań. Najbardziej ulubioną "pierwszyzną" są "Bajki Robotów" z 1964 roku, ilustrowane przez Szymona Kobylińskiego i z autografem Mistrza, zdobytym po wręczeniu Mu doktoratu honoris causa Politechniki Wrocławskiej 30 maja 1981 roku. Ta uroczystość to było moje jedyne spotkanie ze Stanisławem Lemem...
-
wo
2017/10/01 15:27:41
@jotesz
Panie Popiołek, pan żyje!
-
2017/11/20 08:21:17
@wo
W artykule o Marku Dyjaku pojawia się ciekawosta lemologiczna:
"W Krakowie zamieszkałem z jednym gościem - taki mały, łysy staruszek. Nie spędzaliśmy ze sobą czasu, ponieważ on ciągle zajęty był swoimi sprawami. A ja wtedy głównie piłem. Któregoś dnia, będąc w teatrze Stu, gdzie od czasu do czasu występowałem, ktoś powiedział mi, że ten człowiek to... Stanisław Lem. Nie zrobiło to na mnie wtedy żadnego wrażenia, nie wiedziałem nawet, kto to jest. O jego twórczości usłyszałem już dużo później."

wyborcza.pl/1,75410,15289912,Marek_Dyjak_umieral_dwa_razy___Wrocilem_z_piekla_.html

Dyjak urodził sie w 1975, opisana sytuacja mogła mieć miejsce najwcześniej 1994/95. Czy to w ogóle mogło się zdarzyć?
Wynikałoby z tego, że siedemdziesięcioparoletni zajmował się wynajmem stancji dużo mocno pijącym studentom...