Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Punkt bez powrotu

Nie ustają dyskusje na temat „Idy”, pozwolę sobie więc wrzucić swoje trzy eurocenty. Przeczytałem krytyczne recenzje, w których filmowi zarzuca się cechy, za sprawą których mi się podobał. Jestem wdzięczny Pawlikowskiemu, że zamiast zaspokajać potrzeby różnych nudziarzy, nakręcił coś dla mnie.

Oczekuję po filmie rozrywki. Odrzuca mnie od kina, które składa (z założenia moim zdaniem fałszywą) obietnicę Borykania Się z Najważniejszymi Faken Problemami Świata.

Borykać się na serio to można najwyżej próbować w eseju. Film fabularny się do tego nie nadaje.
Pełnometrażowy film musi przede wszystkim zmieścić się w określonym formacie. Scenariusz musi być podzielony na akty, role pierwszoplanowe oddzielone od drugoplanowych, fabuła musi być rozpięta na łuku „story arc”.

Tarantino może się wydawać realistyczny bo ma wartkie dialogi i wybuchowe efekty, ale to wszystko sztuczne jak teatr antyczny. Nie widzimy masek i koturnów, bo od małego Disney z Dreamworksem przyzwyczajają nas do tej konwencji.

Zarzuty najczęściej sprowadzają się więc do tego, że „Ida” nie podejmuje na serio tematu o Złożonych Relacjach Polsko Żydowskich, jest pozbawiona duchowości, postacie są stereotypowe i brakuje wyraźnego zajęcia stanowiska. Zgadzam się z tym i dlatego właśnie mi się podobało!

Z „Idą” miałem tak jak z „Rewersem”. Wołami trzeba było mnie zaciągać, bo na poziomie streszczenia mnie wszystko odrzucało. Agata Buzek dręczona przez ubeckich oprawców, Krystyna Janda w roli matki Polki cierpiętnicy, no po prostu zadzieram kiecę i lecę.

„Rewers” wzbudził mój zachwyt tym, że stalinizm jest w nim tylko stereotypowym tłem do zupełnie innej fabuły, zaczerpniętej z klasyki popkultury. To przeniesiona w polskie lata 50. historia opowiadana przedtem wielokrotnie przez najlepszych (najwięcej sentymentu mam do wersji z Peterem Lorre, by tak rzecz bezspojlerowo).

„Ida” na początku sugeruje, że fabuła pójdzie w stronę klasycznego polsko-rosyjskiego snuja metafizycznego, ale szybko okazuje się być stylowym road movie. I jak w klasycznym road movie, prawdziwym celem podróży okazuje się poznanie siebie samego, a nie pokonanie drogi z punktu A do punktu B.

Podróż Idy przypomina mi podróż Anduli z „Miłości blondynki” Formana (bo też i w ogóle cały film ma więcej wspólnego z czeską Nową Falą niż polskim kinem religianckim). Obie dziewczyny stoją na progu dorosłości i obie wyruszają w największą podróż swojego dotychczasowego (i zapewne także przyszłego) życia.

I obie - przepraszam za spojler, ale poprzedni recenzenci się nie obcyndalali, to i ja nie muszę - w finale podejmują taką samą decyzję. O powrocie z punktu B do punktu A prim. Jedna wraca do zakonu, druga do fabryki butów.

Ten zakon jest metaforą, tak samo jak ta fabryka. Oczekiwanie po „Idzie” prawd duchowych jest dla mnie równie meszuge, jak oczekiwanie od Formana prawd obuwniczych.

Wejście w dorosłość polega na odrzucenie dziecinnych marzeń. Wszyscy mamy w życiu taki Punkt Bez Powrotu, w którym dostajemy nieodwołalny wyrok od Tiary Przydziału: ten do korpo, ta do zakonu, ten do biznesu, ta do fabryki butów.

Nie można się przygotować na ten moment, bo przychodzi nagle, jak w „Przypadku” Kieślowskiego. Jedno jest pewne, po latach te nasze infantylne wyobrażenia o dorosłym życiu, które snuliśmy przed Punktem Bez Powrotu, będziemy wspominać już tylko dla beki, jak narrator „I twoją matkę też” Cuarona (filmu drogi o podobnym przesłaniu).

Chcemy pokazać uspriawiedliwienie, coś pościemniać (na tym mniej więcej polegają Centralne Fantazje hipsterów). W szkole to działało!

Ale Tiara Przydziału ma gdzieś nasze zaświadczenia o dysleksji i zwolnienia z wuefu. Ugramy tym najwyżej jeszcze gorszy wyrok, tyle że parę lat później.

Tak, ja też wiem, że według Paolo Coelho i Beaty Pawlikowskiej nigdy nie jest za późno i wystarczy chcieć. Cóż, oni akurat od Tiary Przydziału dostali monetyzację pocieszycielskich pierdoletów.

O tym jest dla mnie właśnie „Ida”. O tym, że Wielkie Wydarzenia Historii nie dotyczą nas bezpośrednio, bo to nie my w nich bierzemy udział, tylko wszyscy ci Wałęsowie i Mazowieccy.

Ale za ich sprawą lądujemy w korpo, w zakonie albo w fabryce butów. Bez prawa do powrotu.

niedziela, 28 grudnia 2014, wo

Polecane wpisy

  • Kontrowersyjny spektakl

    Jest sobie taki kontrowersyjny spektakl, który dzieli moich znajomych na zwolenników i przeciwników. Jestem w obozie entuzjastów, wypowiem się więc w jego obron

  • Kalifat w Bawarii

    Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowi

  • Casteilcorbon nie istnieje

    W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą u

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/12/28 16:10:15
Ojej. Ludzie uważają filmy Tarantino za realistyczne? Bez sur-?
-
2014/12/28 20:11:58
Mój ulubiony demaskator umownych filmowych konwencji to "Szósty zmysł". Film leci sobie normalnie, nie zauważamy nic odmiennego od normalnej filmowej narracji. Aż w pewnym momencie okazuje się, że Bruce Willis jest podziurawiony jak sito, co on sam i widzowie przyjmują z dużym zaskoczeniem.
Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że od początku filmu Bruce nie zamienił ani słowa z nikim, oprócz dzieciaka.
Ale dla nas widzów to norma do której zostaliśmy przyzwyczajeni - rzeczywistość i ilość wątków jest maksymalnie uproszczona, a często postacie pierwszoplanowe rozmawiają tylko we własnym gronie.
Mam wrażenie, że reżyser chciał powiedzieć: "widzicie - z jaką łatwością zrobiłem was w balona? ale to dlatego że od zawsze w fimach robią was w balona".

Zupełne przeciwieństwo - to "Get Carter", ten pierwszy z lat 60-tych. Mocno nasycony wątkami i postaciami drugo i trzecioplanowymi. Po jego obejrzeniu miałem wrażenie że zobaczyłem coś zupełnie odmiennego od wszystkiego co widziałem wcześniej.
Tak jakby reżyser nie przeczytał książki "Jak pisać scenariusz filmowy", albo zlekceważył zawarte w niej zasady.
-
2014/12/28 22:07:00
punktem bez powrotu jest wyjście z łona matki; albo i samo poczęcie. to złudzenie, że do jakiegoś momentu coś możemy, a potem już nie. jest raczej tak, że do jakiegoś momentu myślimy, że możemy, a potem już tak nie myślimy. nic nie zamarza, to tylko nasz wewnętrzny Narrator zmienia opowieść.
-
2014/12/28 22:50:12
Korekta obywatelska: "uspriawiedliwienie" -> "usprawiedliwienie"
-
2014/12/28 23:56:14
W wieku 35 lat, kiedy już wszystko mogę i nic nie muszę, dziękuję wszystkim zainteresowanym, że nie zostałem polskim muzykiem rockowym, tylko oram pańsczyznę korporacyjną. W świetle tego, że ani genialnych płyt Pudelsów, ani Homo Twista nie można nigdzie kupić nie tylko w mp3, ale i w CDku w Empiku, a strona ich agencja zaprasza uroczo tekstem "Strona w budowie. Zapraszamy 30 lutego.", wylądowałem na puchowej poduszce.

I co se teraz podłubię bez stresu przy wybasionym basie na pasie kupionym za śmierdzące korpomanyj, tak będę chwalił Punkt Bez Powrotu do pieprzonego końca włosów.
-
wo
2014/12/29 00:22:54
@fksiegowy
Przepraszam, ale "Szósty zmysł" budzi we mnie natychmiastowe skojarzenie z tą piosenką:

www.youtube.com/watch?v=VLnWf1sQkjY
-
2014/12/29 12:10:56
Dyskusja wg Idy mimo wszystko jest ciekawym pretekstem do zastanowienia się, jakiego poziomu "uczciwości intelektualnej" wymagam od filmu. Argumenty z obu strony są oczywiście absurdalne, bo sprowadzają się do tego, że film nie jest o tym, o czym krytycy z prawa/lewa, by chcieli żeby był (to zresztą typowe i dla środowiska KP, i dla prawicowej prasy). Nie jest jednak do końca tak, że mogę obejrzeć film, który jest osadzony w jakimś kontekście, w totalnym oderwaniu od tego kontekstu. Choćby najlepszy film o Polakach ratujących Żydów podczas IIWŚ nie przejdzie mojego testu "uczciwości intelektualnej" jeżeli choćby nie zaznaczy w którymś momencie, że nie wszyscy Polacy bohatersko ratowali Żydów. Tak samo byłoby w odwrotnym przypadku.
Tym bardziej jednak zaskakuje i w gruncie rzeczy żenuje próba wciągnięcia Idy w debatę antypolski-antysemicki. Mamy historię o jakimś tam stopniu prawdopodobieństwa zaistnienia w historii, mamy zaznaczenie różnych postaw wobec problemu (byli Polacy Żydów ratujący, byli Żydów mordujący), słowem uczciwie odmalowane tło dla historii mocno osadzonej w konkretnym kontekście historycznym, ale właśnie, i tu się zgadzam z WO, tło pozostaje tylko tłem dla dobrej historii opowiedzianej w atrakcyjny sposób. Co prawda końcówka jest z kategorii dzielącej widzów na zadowolonych z możliwości interpretacji wg swojego uznania (do tej grupy, jak rozumiem, zaliczka się Gospodarz) i tych, którzy uznają, że autor jednak nie do końca wiedział, co chce tą historią opowiedzieć, wydaje mu się, że jest ona głęboka i mądra, ale nie do końca wie czemu. I ja się skłaniam jednak ku tej drugiej, lekko sceptycznej grupy. Ładny, dobry film, ale do arcydzieła moim zdaniem daleko.
-
2014/12/30 10:59:02
@wo
"Punkt Bez Powrotu"

Ja to sobie wyobrażam nie jako pojedynczy moment, tylko jako ich ciąg, a raczej drzewo możliwych przyszłości, które stopniowo, wraz z wyrokami losu oraz mniej lub bardziej świadomymi wyborami kolapsuje do konkretnego konara, gałązki, aż do ostatniego zwiędłego listka. Czasem da się trochę cofnąć czy przeskoczyć obok, ale to kosztuje.

"Wejście w dorosłość polega na odrzucenie dziecinnych marzeń. Wszyscy mamy w życiu taki Punkt Bez Powrotu, w którym dostajemy nieodwołalny wyrok od Tiary Przydziału [...]

Nie można się przygotować na ten moment, bo przychodzi nagle, jak w Przypadku Kieślowskiego. Jedno jest pewne, po latach te nasze infantylne wyobrażenia o dorosłym życiu, które snuliśmy przed Punktem Bez Powrotu, będziemy wspominać już tylko dla beki"

Wszyscy? Pewne? Ciężko mi pogodzić taki fatalizm z anegdatą. Od wieku 12-13 lat wiedziałem mniej-więcej co lubię i chcę robić. Wybór profilu szkoły, studiów, oraz pierwszej pracy był tylko konsekwencją zainteresowań. Więc u mnie nie było żadnego PBP, zwłaszcza nieprzewidywalnego i nagłego (no chyba, że w wieku tych 12 lat); a infantylne wyobrażenia o przyszłości okazały się całkiem trafne. Wejście w dorosłość nie wiązało się z odrzucaniem marzeń, lecz z podjęciem odpowiedzialności, głównie - za bliskich, i nie było to specjalnym zaskoczeniem.
Może jestem szczęśliwcem, wyjątkiem od reguły. A jednak widzę wokół siebie trochę więcej takich wyjątków (nie żeby większość, ale jednak sporo). Pewnie też sporo zależy od tego, jak bardzo księżycowe ktoś miał dziecięce marzenia.

"wystarczy chcieć"

Jasne że nie, ale za to brak chcenia daje praktycznie pewność, że się nie uda.
-
2014/12/30 13:09:36
Ja też sie podłącze pod poprzednika - dorosłość mam taką jak zaplanowałem, żadnego PBP nie zauważylem po drodze.

Wydaje mi sie że to zalezy od punktu startowego. Jeśli zaczynasz od niskiego poziomu, to masz realne oczekiwania od życia - wybierajac sobie przyszlosc myslisz na zasadzie "co z tego co lubie da w przyszłości dobrze płatną pracę".
Ale jeśli wychowujesz sie w dobrych warunkach i twój dylemat to "historia sztuki czy orientalistyka" - to spodziewaj się twardego lądowania.
Oczywiście może sie okazać odwrotnie - ze zostaniesz ministrem kultury, albo twoj teoretycznie popłatny zawód właśnie zanika.
-
2014/12/30 14:48:17
To co kuba_wu nazywa kolapsem drzewa, ja opisałem kiedyś "nie pożądaj rzeczy spoza swojego stożka świetlnego".

Moje 12-letnie marzenia i plany się nie spełniły - chciałem być naukowcem, na szczęście dużo później, kiedy już miałem zmarnować sobie życie idąc na studia doktoranckie, zadzwonił znajomy znajomego i powiedział "przyjeżdżaj do Warszawy zarabiać pieniądze". Więc wiem z doświadczenia że całkowite przerzucenie zwrotnicy życia jest możliwe.
-
2014/12/30 16:54:47
Człowiek idzie na chemię, a potem i tak zostaje dziennikarzem, a potem i tak pisze oprogramowanie dla chemików:-)

Różnie bywa z tymi Punktami.

Raczej tak, że rozmaite wybory coś tam odcinają (nie zostaniesz już zawodowym sportowcem, matematykiem, żołnierzem,...), ale w ramach drzewa to już można się poruszać i coś tam przeskakiwać, trochę z konara na konar. I pewnie to trochę kosztuje, ale czasem też po bocznej nitce można szybciej.
-
wo
2014/12/30 22:24:40
@weirdnik
"Moje 12-letnie marzenia i plany się nie spełniły - chciałem być naukowcem, na szczęście dużo później, kiedy już miałem zmarnować sobie życie idąc na studia doktoranckie, zadzwonił znajomy znajomego i powiedział "przyjeżdżaj do Warszawy zarabiać pieniądze". Więc wiem z doświadczenia że całkowite przerzucenie zwrotnicy życia jest możliwe"

Ale ja też przerzucilem! Tylko że jak szedłem do "Gazety", to pamiętam to jak dziś - myślałem, że to tylko kolejna praca na rok, dwa. Gdzieś koło 1997 bylem więc przekonany (PRZEKONANY) że dziennikarstwo to tylko chwilowa fucha. A gdzieś koło 2004 już wiedziałem, że za późno na zmianę.
-
2014/12/30 23:03:03
@wo
Nigdy nie jest za późno.
-
2014/12/31 02:03:11
Wejście w dorosłość polega na odrzucenie dziecinnych marzeń. Wszyscy mamy w życiu taki Punkt Bez Powrotu, w którym dostajemy nieodwołalny wyrok od Tiary Przydziału: ten do korpo, ta do zakonu, ten do biznesu, ta do fabryki butów.

Bzdura.

A przynajmniej bzdura w obecnych warunkach ekonomicznych. Żyję z osobą, która zdążyła już takich "nieodwołalnych wyroków" przeżyć ze trzy - budowała kapitalizm w korpo w Warszawie, budowała trzeci sektor w Łodzi, teraz buduje miasto od wewnątrz w samorządzie. Ja sam podobnie - zdołałem już przewinąć się przez korpo, odejść, wymyślić się na nowo i robić NGOsy, teraz robię miasto, co będę robił za kilka lat? Pojęcia nie mam, ale wiem, że nie mogę spokojnie osiąść na laurach, tylko muszę być czujny i spodziewać się kolejnej zmiany w każdym momencie.

Luksus pracy w jednym miejscu od końca lat 90tych, albo wręcz w ten sam sposób przez ostatnie 15 lat jest przywilejem i czymś, co spotyka coraz mniejszą ilość osób. Twoje założenie może miało sens kiedyś, przed 1989, może jeszcze do roku 1998, ale teraz już nie. Moje pokolenie nie ma i już nie będzie miało tej stałości, nie ma też w większości żadnego zabezpieczenia, bo nasi rodzice również znajdują się na tych ruchomych piaskach i nieraz w wieku 50 lat muszą się wymyślać na nowo, bez gwarancji, że się uda i że nie trzeba się będzie bardzo cofnąć.

Tiara przydziału mogła działać, gdy istniał jakiś system, w którym można było przyjąć, że jest jakiś sposób życia, który gwarantuje przetrwanie i utrzymanie rodziny i że jest on trwały (lifetime), więc najdalej koło trzydziestki należy się ogarnąć i już wiadomo, że będzie się w korpo, fabryce czy gdziebądź. Teraz już tak nie ma, bo nie ma tej gwarancji, a pieniądze (i przeżycie) leżą tam, gdzie akurat przypadkowo otworzy się jakaś nisza, w którą można się wcisnąć i kilka lat przetrwać. A czy to będzie handel jakimś towarem, układanie płytek, robienie w reklamie czy praca w call center to już czysty przypadek i umiejętność wskakiwania do pociągu za pięć dwunasta, zanim ten poprzedni się wykolei.

-
2014/12/31 02:09:22
O tym jest dla mnie właśnie Ida. O tym, że Wielkie Wydarzenia Historii nie dotyczą nas bezpośrednio, bo to nie my w nich bierzemy udział, tylko wszyscy ci Wałęsowie i Mazowieccy.

Gdyby Wałęsowie i Mazowieccy kierowali się Twoim założeniem, nigdy nie staliby się Wałęsami i Mazowieckimi.

Nie, nie każdy będzie Wałęsą, nie każdy będzie Mazowieckim. Ale też nie jest wcale tak, że to jest jakiś odległy i nieosiągalny świat i przebicie się do momentu, kiedy ma się naprawdę bardzo dużo do powiedzenia na różnych poziomach wcale nie jest aż tak nieosiągalne. Kuroń mówił o tworzeniu własnych komitetów, ale dziś trzeba je nie tylko tworzyć, ale też przejmować i palić inne.

Ale za ich sprawą lądujemy w korpo, w zakonie albo w fabryce butów. Bez prawa do powrotu.

Nie. Dużo bardziej za sprawą takich fatalistycznych tekstów, które już na starcie ci mówią, że nie masz szans i płyń z prądem.
-
2014/12/31 09:25:39
"Wydaje mi sie że to zalezy od punktu startowego. "

No, i jeśli się jest dzieckiem wychowanym przez zakonnice na zakonnicę, to się zostaje zakonnicą.
-
2014/12/31 15:37:08
@wo,
"Ale ja też przerzucilem! Tylko że jak szedłem do "Gazety", to pamiętam to jak dziś - myślałem, że to tylko kolejna praca na rok, dwa. Gdzieś koło 1997 bylem więc przekonany (PRZEKONANY) że dziennikarstwo to tylko chwilowa fucha. A gdzieś koło 2004 już wiedziałem, że za późno na zmianę."

I wszyscy cieszymy się Twoim szczęściem i mamy nadzieję że będzie tak dalej.

Jednak sporo dziennikarzy z Twojego pokolenia, musiało jednak odkryć że tak naprawdę to mogą znależć świetną pracę ich marzeń np w PR.
-
wo
2014/12/31 19:59:30
@red.grzeg
"Jednak sporo dziennikarzy z Twojego pokolenia, musiało jednak odkryć że tak naprawdę to mogą znależć świetną pracę ich marzeń np w PR"

I możliwe, że mnie czeka coś w tym stylu, ale to będzie przecież jak zmiana zakonu z sióstr cośtamek na siostry śmośtamki. Horyzontalny manewr w ramach middle middle class.

@gothmucha
"Ale też nie jest wcale tak, że to jest jakiś odległy i nieosiągalny świat i przebicie się do momentu, kiedy ma się naprawdę bardzo dużo do powiedzenia na różnych poziomach wcale nie jest aż tak nieosiągalne"

To jak wygrana na loterii. Jasne, że jednej osobie na milion się udaje wygrać główną nagrodę, ale to nie będę ja, to nie będziesz Ty.

" Ja sam podobnie - zdołałem już przewinąć się przez korpo, odejść, wymyślić się na nowo i robić NGOsy, teraz robię miasto, co będę robił za kilka lat?"

Zapewne coś bardzo podobnego. Różnica między biurową pracą w korpo, biurową pracą w NGOsach czy biurową pracą w urzędzie miejskim to jak różnica między zakonem braci cośtamów a zakonem braci śmośtamów.

"Luksus pracy w jednym miejscu od końca lat 90tych, albo wręcz w ten sam sposób przez ostatnie 15 lat jest przywilejem i czymś, co spotyka coraz mniejszą ilość osób."

Ale mi nie chodzi o "w jednym miejscu", chodzi mi o to, że naprawdę radykalna zmiana typu "wyjechać na wyspy na Pacyfiku" jest już wykluczona, na pewno w moim przypadku i prawdopodobnie w Twoim też. A jeszcze na studiach wszystkie te opcje były na stole. Zmiana typu "z Agory do Springera" też jest w moim przypadku (mam nadzieję) możliwa, a tak klasyfikuję Twoje "z NGO do urzędu".
-
2015/01/01 21:05:51
@kay_84
"Ładny, dobry film, ale do arcydzieła moim zdaniem daleko."

Tak.
"Ida" to IMHO film lepszy niż "Fałszerze", a gorszy niż "Ziemia niczyja" (bo Akademicy raczej nagrodzą). A KP z oskarżeniami o antysemityzm "Idy" mocno odleciała.
-
2015/01/01 21:56:27
@"zmiana typu wyjazd na Hawaje jest wykluczona"

Niby czemu, dzieci odchowane, można sprzedać nieruchomości i ruchomości i pojechać Gdzieś Daleko. Jak mi inne opcje życiowe nie wyjdą, to mam taki plan na emeryturę. Albo model amerykański, kupić kampera i w drogę. Europa jest spora.
-
wo
2015/01/02 13:00:07
@weirdnik
Ale to nadal nie jest zmiana typu "zupełnie zmienić życie", tylko po prostu jeden z wielu pomysłów na emeryturę. Nie wiem, w jakim zakonie jest Ida (traktuję ten zakon jako wizualną metaforę), ale tam pewnie też mają jakieś reguły traktowania mniszek w wieku postprodukcyjnym (czymkolwiek jest ich produkcja). Otóż "kamperem w podróż" to jest jeden z wielu typowych sposobów na emeryturę dla MMC.
-
2015/01/02 13:31:19
@wo, zmiana

Nie zmieniasz drastycznie życia, bo się da jakoś ciągnąć to co jest - i starcza do pierwszego. Zmiana zawsze jest możliwa, ale jest bardzo kosztowna - spadasz na niższy level w innej branży i pomału ciągniesz w górę (oby). Albo w innym kraju, na jeszcze niższy level.
Ale gdyby nastąpił totalny upadek branży, to wtedy nie byłoby wyjścia.
W latach 30-tych weszło kino dźwiękowe, i w krótkim czasie tysiące (a może dziesiątki tysięcy) pianistów kinowych zostało bez pracy.
Prawdziwy armagedon w branży która funkcjonowała stabilnie przez 30 lat. Ci ludzie nie mieli wyjścia, musieli zacząć na nowo.

Czego nikomu z czytelników tego bloga absolutnie w nowym roku nie życze.
-
wo
2015/01/02 16:04:58
No przecież ten zawód się nazywa "akompaniator" i wcale nie zniknął. Jak umiesz ładnie grać na pianinie i jeszcze improwizować, dostosując się do rytmu na bieżąco, poradzisz sobie. Dziś grasz w kinie, jutro w kabarecie. To nadal jest zmiana jak przejście z jednego zakonu do drugiego. Totalna zmiana to dla mnie byłoby coś jak - prowadzić sklepik na Tahiti (nie mające totalnie nic wspólnego z dziennikarstwem). TERAZ już ta ścieżka dla mnie jest zamknięta, ale spokojnie mogłem coś takiego zrealizować 25 lat temu, gdybym nie minął swojego punktu bez powrotu.
-
2015/01/02 17:02:02
@sklepik na Tahiti
Ta ścieżka być może jest chwilowo dla ciebie zamknięta, ale przecież jak dzieci będą odchowane mógłbyś spokojnie sprzedać dom i ruchomości w PL (albo tylko wynająć) i wyjechać na Tahiti z wagonem paciorków, lub czego tam innego potrzeba, założyć sklepik i kompletnie zmienić życie.
Alternatywnie mógłbyś kupić pięć hektarów ziemi gdzieś w Dolnośląskim i założyć winnicę - do tego nawet nie musiałbyś czekać na wylot dzieci z gniazda - tam też są jakieś szkoły.
Ograniczenie jest wyłącznie w tobie - dobrze ci w swojej roli i chcesz robić to co robić, a nie prowadzić sklepik na Tahiti.
-
2015/01/02 17:03:08
Zgoda, zawód "akompaniator" zostaje, ale jeśli 90% miejsc pracy w zawodzie znika (liczba wzięta z sufitu oczywiście) to nie zmienia wiele.

Teza "mam X lat i nie ma alternatywy dla moich wyborów" jest mało przekonywująca, raczej powiedziałbym tak: "mam X lat i mogę zmienic wszystko, ale po pierwsze mi się nie chce a po drugie będzie to wiązało się z degradacją finansową i niższą pozycją społeczną. Chyba że naprawde już nie będzie innego wyjścia".

Żeby daleko nie szukac przykładów - zatrudnienie w górnictwie spadło chyba do 20% poziomu sprzed 1990 roku. Ci ludzie jakoś znaleźli sobie nowy sposób na życie i nie jest to praca pod ziemią. Podobno jako grupa zawodowa - całkiem nieźle, w przeciwieństwie do pracowników byłych PGR.
-
wo
2015/01/02 17:51:02
@pohjois
"Ograniczenie jest wyłącznie w tobie - dobrze ci w swojej roli i chcesz robić to co robić, a nie prowadzić sklepik na Tahiti"

Jasne, tak samo w Idzie czy w Anduli. Też przecież TEORETYCZNIE nie muszą wracać do zakonu czy do fabryki butów.
-
2015/01/03 14:22:54
"Ida" została nakręcona przez polskiego reżysera pracującego w UK i jest filmem, którego cała konstrukcja - scenariusz, zdjęcia, muzyka, prowadzenie aktorów - skierowany jest do zachodniego czy też globalnego odbiorcy. Ten film nie miał być głosem w naszej narodowej debacie o Zagładzie jak Pokłosie Pasikowskiego czy nawet próbą (z góry skazaną na niepowodzenie) wytłumaczenia polsko-żydowskich dramatów Zachodowi jak filmy Agnieszki Holland (Europa, Europa, W ciemności). Dla Pawlikowskiego Zagłada i Polska po Zagładzie to rodzaj rekwizytorium wątków i nastrojów, z których mógł skomponować tło dla kameralnej uniwersalnej fabuły, satysfakcjonującej emocjonalnie zachodniego odbiorcę. Odwołując się do znanych temu odbiorcy tropów, nie frapując jednak szczegółem nie do zniesienia, estetyzując i uwodząc dość prostymi zaskoczeniami typu zakonnica w komunizmie, jazzman w plebejskiej Polsce. Zamysł ten świetnie się powiódł, jak dowodzą recenzje np. w New Yorkerze czy Slate.

Serce mówi mi nie dla tych w istocie instrumentalnych zabiegów reżysera, dla wykorzystania mojej historii (naszej bo każdy z nas w Polsce jest jakoś uwikłany po którejś stronie dramatu) w komponowaniu powierzchownego efektu skalkulowanego na sukces u widowni nie mającej osobistego stosunku do sprawy. Rozum mówi jednak tak: Pawlikowski opiera się na insiderskim, krajowym rozumieniu rzeczy i pokazuje obraz stosunków polsko-żydowskich, który nazwałbym dwuparagrafowym. Gdyby chcieć oddać na piśmie naturę tych stosunków jaka ukazana jest w filmie potrzeba do tego jednego-dwóch mądrze napisanych paragrafów np. takich jak w recenzji Kingi Dunin). To ogromy postęp, gdyż zachodnie kino do tej pory obywało się dwoma krótkimi linijkami: Żydzi-bierne ofiary, Polacy-prymitywni antysemici. Ten obraz dominował przez całe dekady w Hollywood, z krzywdą zarówno dla Żydów jak i dla Polaków. W filmach takich jak Wybór Zofii, Lista Schindlera i w wielu podobnych produkcjach niższej rangi posiadanie osobowości, złożonych charakterów, indywidualnych charakterystyk jest zarezerwowane dla ludzi Zachodu: Niemców, Amerykanów, względnie wymyślonych nierealnych postaci takich jak Polka grana przez Meryl Streep w Wyborze Zofii. Żydzi i Polacy to był generalnie tłum statystów podzielony na ofiary i współsprawców, gdzie obie grupy są równie dla widza anonimowe i odstręczające. Przez lata PRL-owskiej izolacji ignorowaliśmy ten stworzony na Zachodzie obraz i kultywowaliśmy własny, naiwnie heroiczny (np. Korczak). Publikacje ostatnich lat oraz inicjatywy takie jak Muzeum Historii Żydów Polskich - projekt uparcie ciągnięty przez lata przez Mariana Turskiego, obecnie mający wielu ojców na lewicy i prawicy - pozwoliły nam w kraju dojrzeć do głębszego spojrzenia na historię polsko-żydowskiego współżycia i na jego tragiczny koniec. Ida wykonuje podobną pracę, chcący czy niechcący, na użytek zachodniego odbiorcy i taki z niej widzę główny pożytek.

Na temat punktu bez powrotu i wysp Pacyfiku może dopiszę za dzień-dwa.
-
2015/01/03 14:29:47
P.S.
Powyżej oczywiście "Wybór Zofii", "Lista Schindlera", "Korczak"

Blox ma nowy interfejs podglądu pokazujący cudzysłowy, nawet te skośne jak ktoś akurat takich przypadkiem użyje (zgodnie z zasadami ortograficznymi polszczyzny), jednak na ich pojawianie się w opublikowanym wpisie musimy jeszcze trochę poczekać... Nie wszystko na raz!
-
2015/01/03 15:23:36
Ach! WO. Daj coś o drodze na blogasku.
-
2015/01/03 17:39:58
@WO
Jasne, tak samo w Idzie czy w Anduli. Też przecież TEORETYCZNIE nie muszą wracać do zakonu czy do fabryki butów.

No właśnie. A punkt bez powrotu to konstrukt zupełnie nieteoretyczny. To jest punkt, po którego przekroczeniu nie masz fizycznie możliwości powrotu - bo ci nie starczy paliwa, albo ciąg wypadków jest deterministyczny. Czyli co nieco dramatyzujesz.
Owszem, jak jeden z przedpiśców zauważył drzewo dostępnych opcji się zawężyło znacznie. Nigdy już nie zostaniesz baletmistrzem (o tym zadecydowali Twoi rodzice, nie posyłając Cię do szkoły baletowej) i nie dostaniesz Medalu Fieldsa. Ale sklepik na wyspach Pacyfiku nadal jest w twoim horyzoncie możliwych zdarzeń. Jakbyś bardzo zapragnął to pewnie mógłbyś się przebranżowić na naukowca (ludzie robią doktoraty po czterdziestce) lub w wiele innych alternatywnych postaci. Nie ma żadnej tiary przydziału, ale wiele możliwości, które prowadzą cię czasami bardzo dziwną drogą.
Mam znajomego, który zupełnym przypadkiem wyemigrował do Ameryki grubo po czterdziestce - bo tak mu się akurat poukładało. I zawodowo i życiowo miał stabilną pozycję, człowiek bardzo rodzinny. Dostał propozycję wyjazdu na dwa lata i pobyt z dwuletniego przedłużył mu się do lat 15. A już się wydawało, że tiara przydziału dawno już schowana a przyszłość jasna i oczywista.
-
2015/01/03 18:37:51
Szczerze mówiąc o Dalekim Wschodzie miałem bardziej na myśli kupowanie baru ze striptizem w Bangkoku niż surferski sklepik na Tahiti.

Skomentuję to jeszcze z punktu widzenia kogoś kto przerzucił zwrotnicę a potem w zasadzie wrócił, odszedłem na cztery lata z domyślnej branży, i gdyby nie splot pewnych zewnętrznych okoliczności to bym został, powrót był zaś całkowitym przypadkiem, pewien wspólny mój i gospodarza znajomy podrzuca "zadzwoń do X, bo oni teraz fajne rzeczy robią", no i faktycznie. Gdyby nie ta rozmowa to jednym z planów na rok który się właśnie skończył było właśnie sprzedanie wszystkiego i Daleki Wschód (ale nie bar w Bangkoku).
-
wo
2015/01/03 20:00:15
@pohjois
"No właśnie. A punkt bez powrotu to konstrukt zupełnie nieteoretyczny. To jest punkt, po którego przekroczeniu nie masz fizycznie możliwości powrotu - bo ci nie starczy paliwa, albo ciąg wypadków jest deterministyczny. Czyli co nieco dramatyzujesz. "

Użyłem tzw. "metafory".
-
2015/01/04 11:29:57
@awal111

"Serce mówi mi nie dla tych w istocie instrumentalnych zabiegów reżysera, dla wykorzystania mojej historii (naszej bo każdy z nas w Polsce jest jakoś uwikłany po którejś stronie dramatu) w komponowaniu powierzchownego efektu skalkulowanego na sukces u widowni nie mającej osobistego stosunku do sprawy."

Jak to nie ma? Przeciez zydowska diaspora w USA czy UK nie wziela sie z powietrza, tylko na ogol sa to potomkowie Zydow ktorzy uciekli z m.in. Polski. Oczywiscie, ze maja osobisty stosunek do sprawy (Zydzi maja dluga pamiec historyczna, so to speak).

Drugim aspektem tej historii na ktory ludzie na Zachodzie zareaguja pewnie wrecz mocniej niz w Polsce jest to, ze ta dziewczyna to zakonnica. Zas jak na Zachodzie widzi sie teraz zakony i Kosciol Katolicki pokazuja takie filmy jak "Tajemnica Filomeny" czy "Calvary" (ten drugi film chyba nie mial polskiej dystrybucji, a szkoda). Wiec ten aspekt "wyrwania sie z zakonu" jest pewnie bardziej widoczny dla nich niz dla Polakow (ktorzy maja wdrukowane w glowy, ze zakony jest pieknym miejscem).

Nawiasem mowiac, ktos powinien sprawdzic, czy ci ksieza polscy ratujacy zydowskie dzieci nie molestowali ich seksualnie. Historie z Irlandii wskazuja na to, ze jest to calkiem prawdopodobne.
-
2015/01/04 11:41:51
@WO metafora
Słyszałem już kiedyś takie słowo.
Zapewne i pozostali dyskutanci też. Chyba wszyscy mamy wrażenie, że metafora była nie do końca trafiona - zbyt ostateczna. Życie to jednak nie jest jednokierunkowa droga bez rozwidleń. Owszem niektóre drogi masz już zamknięte, ale cały czas pojawiają się rozwidlenia oraz mniej lub bardziej błotniste i wyboiste dukty w bok.
-
2015/01/05 00:26:34
@ramone
Polska diaspora żydowska w USA ma swój własny odrębny obieg wspomnieniowy np. książki takie jak "Wartime Lies" Louisa Begley'a (historia w duchu "Malowanego Ptaka" Kosińskiego ale bez przejaskrawień, co czyni ją tym bardziej przejmującą) czy "Three Minutes in Poland" Glenna Kurtza (autor odnajduje bohaterów 3-minutowej filmowej taśmy na której zarejestrowano żydowską ludność Nasielska z 1938 r.). Hollywoodzkiej adaptacji doczekała się Defiance Nechamy Tec (o żydowskiej partyzantce na braci Bielskich na Białorusi) - wspomnienia wojenne tej autorki pt. "Suche łzy" to jedno z wnikliwszych spojrzeń na temat ocalenia, obowiązku, ofiarności, winy tu więcej). "Ida" to estetyzująca opowiastka, odległa do tego poziomu konkretu i raczej dla diaspory obojętna, choć gdyby zdarzył się Oskar to oczywiście wywoła i w niej dyskusje.
-
wo
2015/01/05 11:08:10
@pohjois
"Chyba wszyscy mamy wrażenie, że metafora była nie do końca trafiona - zbyt ostateczna. Życie to jednak nie jest jednokierunkowa droga bez rozwidleń. Owszem niektóre drogi masz już zamknięte, ale cały czas pojawiają się rozwidlenia oraz mniej lub bardziej błotniste i wyboiste dukty w bok"

Przywołałem przykład Wałęsy i Mazowieckiego nie dlatego, że uważam, że nie istnieją (hm, ciekawy pomysł na ksiażkę...) tylko dlatego, że wszyscy znamy legendy o kimś, kto odszedł z zakonu i nie wrócił. Ale to nie będę ja, to nie będziesz ty.
-
2015/01/05 12:49:40
WO, Twój problem to jednak fundamentalnie przynależność "do braci cośtamów a nie barci śmośtamów". Konkretnie przystąpiłeś kiedyś do zakonu Kreatywów Bosych i opisujesz nam tu kryzys wiary charakterystyczny dla tego zakonu - polega on na tym, że przychodzi moment, w którym Twój potencjał zdolności i ambicji nie jest już zaspokajany samym faktem publikowania i życia z tego, chciałoby się mieć więcej oddechu i czasowego i finansowego aby dać światu większe rzeczy, których jednak nie wykrztusisz przy presji terminów na drobnostki, zleceń na sumki, i ograniczeń tego typu że piszesz po polsku w kraju w którym ogólnie się mało czyta i w którym czołowa gazeta nie zafunduje Ci - jak sam pisałeś - biletu lotniczego celem spotkania się z kimś znaczącym w Twej dziedzinie, boś nie jest Magdaleną Żakowską przeprowadzającą słodko-słodki wywiad promocyjny z Meryl Streep. To czego potrzebujesz to nie rojenia o zamierzchłych wyjazdach na Pacyfik (i cobyś tam robił, pisał backpackerski banalny blożek?) ale solidnego partnera, który pozwoli Ci napisać owo opus magnum, nie wiem, wielki ekskluzywny album o pop-kulturze czy coś takiego.

Droga, która rzeczywiście jest dla Ciebie zamknięta to przystąpienie do Zakonu Ojców Służebników Kasy Większej Domu Polskiego. Mówię o karierze w tych zawodach "niekreatywnych" gdzie wynagrodzenie od pewnego momentu to prywatna odnóżka jednego z głównych rurociągów, którymi przelewa się kasa w zglobalizowanym świecie (a nie jak w Twoim przypadku, kranik w korporacyjnym wodociągu). Zawody te też mają swój dotkliwy kryzys wiary - przychodzi on do ludzi wrażliwych bardzo wcześnie i polega na patrzeniu w noc przez okno biurowca z myślą: więc to tak, całe życie będę obsługiwał "deale" polegające na tym że jedna sieć supermarketów sprzedaje drugiej piętnaście punktów w kieleckim? Kto jednak przejdzie ten kryzys i pozostanie w zakonie ma szansę znaleźć w nim niszę gdzie będzie robić rzeczy ciekawe, i gdzie spotka ludzi o podobnej wrażliwości. Oznacza to możliwość oglądania świata od ziarnistej, pozornie nieciekawej ale w istocie bardziej autentycznej, strony, sieć globalnych kontaktów wprowadzających w różne kultury i miejsca trochę mniej uczęszczanymi drzwiami oraz - owszem - kasę może nie największą, ale pozwalającą autonomicznie organizować sobie świat i lepiej go rozumieć dzięki szerszej gamie kontekstów. Na tą drogę nie tyle jednak nie masz powrotu co nigdy nie miałeś na nią wstępu - owszem, gdybyś na nią wszedł poradziłbyś sobie, lecz wepchnąć mógłby Cię na nią tylko bezalternatywny social climbing, presja aby nie musieć wracać tam gdzie nie uświadczyć ani kreacji ani kasy. Nie miałeś tej presji, poszedłeś do Kreatywów i opisujesz swój kryzys kreatywnej wiary.
-
wo
2015/01/05 20:22:39
@awal
"WO, Twój problem to jednak fundamentalnie przynależność "do braci cośtamów a nie barci śmośtamów". Konkretnie przystąpiłeś kiedyś do zakonu Kreatywów Bosych i opisujesz nam tu kryzys wiary charakterystyczny dla tego zakonu"

Ale jaki problem, jaki kryzys? Mimo wszystko, nie jest mi tu źle i dobrowolnie nie odejdę. Tu już mam wszystko rozkminione, wiem gdzie w refektarzu są schowane konfitury. Dlatego nie odbieram "Idy" jako smutny film.
-
2015/01/06 13:14:35
To świetnie, cieszę się że konfitury smakują.

Jeszcze słowo o tych Wałęsach i Mazowieckich - często jest tak, że ich działalność sprzed pojawienia się w publicznej świadomości jest słabiej udokumentowana więc może powstać wrażenie jakoby oni wygrywali jakiś los. Faktycznie jednak, gdy jest możliwość aby się jej drobiazgowo przyjrzeć, widać lata systematycznego zbierania doświadczeń, nabierania sił, kapitalizowania wiedzy wyniesionej ze środowiska rodzinnego. Świetna lektura: Ramachandra Guha "Ghandi Before India", zwłaszcza gdy chodzi o lata pracy Ghandiego jako adwokata społeczności hinduskiej w Południowej Afryce.
-
2015/01/08 12:26:14
@awal

W ogóle kwestia dziedziczenia memetycznego (kapitału kulturowego wyniesionego z domu) jest bardzo słabo zbadana.
-
2015/01/08 17:00:43
@weirdnik

No wlasnie. Jezeli ten kapital jest taki wazny, to nielogiczne i niesprawiedliwe jest opodatkowanie dziedziczenia kapitalu pienieznego, ale nie kulturowego. Jak mozna by wycenic ten drugi w celach podatkowych?
-
2015/01/09 16:36:51
W granicach kwoty wolnej od podatku.