|
Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Now playing (17)
Powiedzmy sobie szczerze, podróże to koszmar. Samochód męczy, podroż lotnicza wiąże się z coraz bardziej upokarzającymi procedurami bezpieczeństwa, pociąg śmierdzi a na piechotkę męczą się nóżki. Ale to wszystko pikuś w porównaniu z tym, jak syfiasty może się okazać hotel. Nawet przy pieprzonych czterech czy pięciu gwiazdkach może się okazać, że minibar pracuje hałaśliwie a szampon w tych małych buteleczkach ma jakiś wkurzający aromat.
Oczywiście, wszystko to jest tylko głupim marudzeniem bo tak naprawdę, to zawsze mi się zaświecą oczy z radości gdy pojawi się pretekst do wyskoczenia gdzieś choćby na parę dni. Chociaż tego nienawidzę. Ten fascynujący paradoks podróżniczego sadomasochizmu najlepiej opisuje piosenka Louie Austena „One Night In Rio”, której od pewnego czasu zawsze w podróży słucham przynajmniej raz. Bohater zaczyna od typowego marudzenia na drobiazgi. Najpierw nie podoba mu się marka samochodu, który zawozi go na nowojorskie lotnisko („a mit-su-bi-shi!”). Wkurza go też to, że leci klasą ekonomiczną z trzema płaczącymi niemowlętami a po czterech drinkach odmówili mu podawania następnych. Na bohatera spadają kolejne ciosy. Linia lotnicza zgubiła mu bagaż a w dodatku okazuje się, że sprawa, dla której w ogóle leciał z Nowego Jorku do Berlina, stała się nieaktualna. W drodze powrotnej bohater chce pokazać sąsiadowi („friendly guy from Morocco or somewhere”) zdjęcie swojego jachtu i odkrywa, że zostawił w Berlinie portfel. „Nie mam gotówki, nie mam kart kredytowych, mam na sobie ten sam garnitur od czterech dni!”. Jakby tego było za mało, facet z Maroka czy skądś tam nagle wyskakuje z pistoletem i żąda, by pilot leciał do tytułowego Rio de Janeiro! Wszystko to opowiada w tej piosence Louie Austen, austriacki piosenkarz, którego życiową pasją jest udawanie mistrzów muzyki do kotleta z Las Vegas, czyli tak zwanych fachowo croonerów. Najbardziej znanym polskim croonerem dla ubogich jest jak wiadomo Krzysztof Krawczyk, ale porównanie klasy obu artystów prowadzi do ponurego wniosku, że każdy kraj ma takiego Krawczyka na jakiego zasługuje. czwartek, 11 stycznia 2007, wo
TrackBack
Komentarze
Olgierdr
2007/01/11 20:14:54
Musisz chyba być w bardzo kiepskim nastroju, skoro zamiast napawać się rewelacyjnymi rewelacjami myślisz o Krawczyku Krzysztofie... ;-)
2007/01/11 20:54:46
wo, gdzie ty wynajdujesz takich muzykantow?
Rzucilem okiem do Wikipedii i tylko w niwmieckiej wersji znalazlem: "Louie Austen (* 19. September 1946 in Wien; geboren als Luis Alois) ist ein österreichischer Pianist, Akkordeonspieler, Gitarrist und Jazzkünstler." Pewnie ten akordeon cie tak urzekl :) 2007/01/11 20:59:12
@olgierd
"Musisz chyba być w bardzo kiepskim nastroju, skoro zamiast napawać się rewelacyjnymi rewelacjami myślisz o Krawczyku Krzysztofie..." A w jakim mam być nastroju w poczekalni na lotnisku, czekając trzy godziny na przesiadkę... @miss.take Austena poznałem w Austrii. Stałem w jakimś koszmarnym korku na autostradowej obwodnicy Wiednia i akurat tę piosenkę puszczało wiedeńskie radio fm4.at. Od razu humor z rozgoryczono-wściekłego zmienił mi się na radośnie-anielski, bo w końcu przypomniałem sobie, że tak naprawdę to ja zawsze marzyłem o tym żeby chociaż trochę pomieszkać w mieście, w którym można stać w koszmarnym korku na autostradowej obwodnicy :-) 2007/01/12 11:45:44
Louie Austen to przezabawny gość z klasą. Zresztą można go spotkać na koncertach i u nas w Bolandzie. Był już kilka razy a zapewne nie raz jeszcze nas odwiedzi. Niesamowite jak taki starszy pan w gajerku wyśpiewuje zabawne tekstu w takt "rozerytowazenego disco" jak to napisał jeden z krytyków.
2007/01/12 11:47:53
Oczywiście miało być "rozerotyzowanego disco" a nie to coś co misie napisało.
2007/01/12 11:59:28
Fakt, byl w Polsce. tu jest dowod.
Niestety nie gra na akordeonie :( 2007/01/17 17:52:57
A dlaczego "zapomnialeś" opisać co sie działo w Rio... To całkiem optymistyczny moment tej podróży...
2007/01/17 20:30:27
No bo nie chciałem już wjeżdżać w takie freudyzmy, ale puenta piosenki faktycznie sugeruje taką interpretację, że w gruncie rzeczy głównego bohatera drażniło przede wszystkim niezaspokojone libido, które sublimował na "three crying babies" i "it was raining. of course". I wystarczyła mu "one night in Rio", żeby bagaż się odnalazł i świat z powrotem stał się przyjemny :-).
|
|