Ekskursje w dyskursie
Kategorie: Wszystkie | PCP/IP | Plejlista | Polityka | Pop | Potpourri | Psych Watch
RSS
czwartek, 19 listopada 2009
Teraz odtwarzane (97)

Wpadła mi w ucho polska piosenka, co jest zdarzeniem tak rzadkim, że absolutnie zasługującym na blogonotkę. Jako malkontent zacznę od narzekania, że - jak zwykle w polskiej muzyce rozrywkowej - piosenka ma fatalnego wokalistę. Przynajmniej nie fałszuje, to zawsze już coś, ale głosik ma cienki i nieciekawy.
Nie wykluczam, że po odpowiednim wyszkoleniu ktoś by z niego zrobił Jarvisa albo Elvisa. Ale wyszkolenia jeszcze nie było, więc mamy tutaj typowy polski wokalny odpowiednik grania jednym paluszkiem na fortepianie.
Ale te minusy nie przesłaniają mi plusów, do których należy sympatycznie pastiszowa melodia i surrealistyczny tekst o powodzi niszczącej Hollywood.
Radosna dezynwoltura tekściarza ratuje niedociągnięcia wokalisty (nie wiem, czy to ta sama osoba). Tekst zbudowany jest na prostych rymach, jakie da się wymyślić do „Hollywood” w kontekście kataklizmu („nurkowie mają pracy w bród” itd.), co skojarzyło mi się z równie uroczo bezsensownym tekstem Agnieszki Osieckiej dla Maryli Rodowicz do „Ballady wagonowej”, jednego z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa.
Osiecka pisała o trzech pasażerach, których pociąg wiózł od Cheetaway do Syracuse. Chciałem nawet zaliczyć tę trasę podczas swojej wielkiej amerykańskiej wyprawy, ale o ile mniej więcej wiadomo, gdzie jest Syracuse, NY - to Google Maps i Garmin NuVi brzęczały sobie na moje nieśmiałe pytania o miejscowość Cheetaway.
Jest „Cheetah Way”, ale cholernie daleko, więc to raczej nie to. Skąd Osiecka wzięła tę nazwę? Według samej Rodowicz, autorka jechała pociągiem na takiej właśnie trasie. W co nie wierzę, ale piosenka rzeczywiście robi wrażenie swobodnej gry skojarzeń związanych z dwiema realnymi miejscowościami.
Aż tak mi nie zależało, więc szerokim łukiem I-95 ominąłem w końcu i Syracuse, i (widmowe) Cheetaway. Moja wyprawa zresztą silniej związana była z globalnymi snami o Hollywood, niż lokalnymi saskokępowymi snami o romantycznej miłości.
Śnij globalnie, śpiewaj lokalnie, tak bym złośliwie podsumował piosenkę Dick4Dick. Piosenka jest fajna i zapewne łatwa do przełożenia na angielski (ileż się da wymyślić równie prostych rymów - dude, stood, should?), ale póki zespół sobie nie znajdzie lepszego wokalisty, lub wokalista trenera, nie wróżę mu kariery na zachód od Odry i Nysy.
Believe me guys, your really should/To conquer Hollywood/I’m telling truth, oh why I would/lie like in Hollywood?/After all, I’m a nice dude/And I love Hollywood. Ta piosenka naprawdę uzależnia...
wtorek, 17 listopada 2009
Migalski w obronie krzyża
Moralnym obowiązkiem nieprzyjaciela PiS jest nagłaśnianie wypowiedzi Marka Migalskiego. Im więcej Migalskiego w mediach, tym mniejsza groźba reelekcji Kaczyńskiego.
Wybitny pisowski politolog poparł protest swojego prezydenta przeciwko wyrokowi ECHR proponując, by „poważnie rozważyć opuszczenie przez nasz kraj Rady Europy”. Bo lepiej z krzyżem w Azji niż bez krzyża w Europie. Poseł jest świadom tego, że taka propozycja grozi kompromitacją wizerunkową, ale „woli ją, niz katastrofę cywilizacyjną...”.
Zanim zajmiemy się tym, jak prawica rozumie wyrok ECHR, najpierw wyjaśnijmy, jak to wygląda naprawdę. Naprawdę wygląda to tak, że obecność krzyży w włoskich szkołach jest obowiązkowa i wynika z przepisów prawnych pochodzących z lat 20., które wprowadził jeszcze Mussolini.
EHCR uznał, że OBOWIĄZKOWE wieszanie krzyży w szkołach (ja wprawdzie z francuskiego jestem taki sobie, ale tak rozumiem słowo „obligatoire” w oryginalnym uzasadnieniu; w angielskim skrócie jest „compulsory”) łamie zapisy o wolności religijnej w europejskiej konwencji praw człowieka.
Być może czytają tego bloga osoby o poglądach prawicowych, więc na wszelki wypadek napiszę jeszcze raz, ale powoli: OBOWIĄZKOWE.
Przełożenie tego wyroku na polskie realia jest więc właściwie żadne. U nas takiego obowiązku PiS nie zdążył wprowadzić, więc nie potrzebujemy EHCR, żeby go unieważniać. Krzyże w polskich szkołach wiszą na tej samej prawnej podstawie, na jakiej wisi tam tablica czy zasłony w oknach - na mocy decyzji dyrekcji.
Decyzji dyrekcji do Strasburga zaskarżyć nie można, bo ECHR rozpatruje wyłącznie skargi przeciwko państwom członkowskim. Ewentualny wojujący ateista musiałby więc najpierw wyczerpać lokalną drogę prawną. Odmowną decyzję dyrekcji zaskarżyć w kuratorium, odmowną decyzję kuratorium do sądu administracyjnego i tak dalej.
Na mojego czuja ECHR go spławi, bo jest subtelna różnica między skargą na NAKAZ a skargą na BRAK ZAKAZU.
Ludzie inteligentni przeważnie rozumieją takie subtelne różnice, a teraz przejdźmy do tego, jak to rozumie polska prawica. Sądząc po wypowiedziach Kaczyńskiego, Migalskiego i najrozmaitszych Eminencji i Ekscelencji, zrozumienie tej różnicy ich przerasta.
Przykład pierwszy z brzegu - przemówienie prezydenta w dzień niepodległości. „Nikt nie będzie w Polsce przyjmował do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży”. Tyle prezydent z tego zrozumiał, że „nie wolno wieszać”. Zamiast poprawnie: „nie wolno zmuszać do wieszania”.
To jest jednak interesujące, że ci ludzie krzyczą „dyskryminacja!” od razu, kiedy tracą możliwość dyskryminowania innych.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Kataryna opuszcza Psychiatryk
Z tytułowej okazji kolejną blogonotkę poświęcę naszej ulubionej prawicowej platformie blogowej.
Kataryna odkryła ją w październiku 2006, czym chwaliła się na swoim agorowym blogu. „Dzisiaj odkryłam nowe miejsce gdzie blogują m.in. Paweł Wroński (a ten dlaczego nie na bloxie?), Kazimiera Szczuka, Janusz Rolicki, Krzysztof Leski i Jan Pospieszalski. I właśnie u tego ostatniego znalazłam historyjkę stawiającą Andrzeja Morozowskiego w bardzo nieciekawym świetle”.
Jak widać, przyciągnęły ją do Psychiatryka dwie rzeczy. Po pierwsze, kłamstwo Pospieszalskiego. Zainspirowało ją do wymyślenia serii odlecianych teorii spiskowych, co na prawicy nazywa się „blogerstwem śledczym vel analitycznym”. Po drugie - że można tam pogadać ze Znanymi Publicystami.
Po trzech latach Pospieszalski na polecenie sądu kłamstwo musiał odszczekać. W tym celu reanimował martwego od pół roku bloga, wrzucił przeprosiny, po 10 minutach skasował, a potem jeszcze dla pewności napisał na kolanie protest przeciwko oglądaniu w dzień niepodległości „Dnia Niepodległości”.
A co ze znanymi publicystami, których rzekomo można spotkać w salonie? Z powyższej listy w Psychiatryku został już tylko Krzysztof Leski, klasyczna drama queen regularnie opisująca, jak ciągle ktoś obraża i jak bardzo już ma tego dość i zaraz się chyba obrazi.
Lista Kataryny dobrze ilustruje fiasko idei założycielskiej Salonu24 - Janke i Krawczyk wymyślili to sobie jako miejsce spotkania publicystów zawodowych z publicystami „obywatelskimi”. Zamiast tego wyszło kłębowisko prawicowych świrów, przelicytowujących się nawzajem w radykalności (czymże są teorie spiskowe Kataryny wobec spisku masonów i trockistów z bloga Scios-WS-Media!).
Fiasko niechcący dobrze podsumował Andrzej Tadeusz Kijowski, który od pewnego czasu opisuje w Psychiatryku, jak to go wszyscy kolejno w życiu krzywdzili (w tym Michnik, stąd popularność bloga wśród pacjentów). Ogłosił on apel internautów w obronie Mariusza Kamińskiego - i zebrał przez tydzień „już blisko 2,5 tysiąca”.
Zważywszy, że psychiatryczna prawica lubi podpisywać takie apele metodą Toyaha, wpisując całą rodzinę bez jej wiedzy - to pokazuje jak tych ludzi jest mało. Nic dziwnego, że Kataryna woli bloga na Agorze - tu przynajmniej czyta ją ktoś spoza garstki prawicowych fanatyków.
Po drugie, tutaj człowiek się nie boi administracji. Rozczulił mnie głos kolejnego michnikożercy, który w Psychiatryku opisywał, jak dobrze mu było na forum Agory:
Nigdy, przenigdy nie zastanwiałem się czy moje pisanie przejdzie, czy nie, i co mi za nie grozi. NEVER! Jeśli cenzor uznał, że przekroczyłem regulamin to kasował mi watek (i na oślą) lub post i tyle. Nic więcej. Mailowa dyskusja dot. ingerencji cenzora odbywała się w przyjaznym, najczęściej żartobliwym tonie”.
W Psychiatryku tymczasem sami właściciele moderują swój serwis tak, jakby podkradali pacjentom psychotropy. Długo tolerują najbardziej wariackie zachowania („Nicpoń, ty łobuziaczku”), a potem znienacka kasują całe blogi nie dając szans nawet na zarchiwizowanie notek. Rozmowa na temat ingerencji nie jest „mailowa” ani w „żartobliwym tonie”, to potrafi być publicznie ogłoszone „Won!”
To ostatnie łatwo wyjaśnić. Z punktu widzenia blogera, blog jest prezentem dawanym platformie hostingowej. Nie mam oporu przed dawaniem prezentów Agorze, ale mam świadomość, kto tu komu robi łaskę.
Salon24 jest przedsięwzięciem skazanym na permanentny deficyt. Mogę tylko zgadywać, że jego właściciele trzy lata temu liczyli na to, że kiedyś im się to rozrośnie i zacznie na siebie zarabiać. Te nadzieje już chyba jednak stracili, więc z ich punktu widzenia, to oni na własny koszt robią łaskę blogerom.
To sytuacja konfliktogenna. Wojowniczy forumowicz dla administratorów Agory jest jak Rokita dla stewardessy. Awanturniczy pasażer to dla personelu rzecz przykra, ale to jednak nic osobistego, to część etatowych obowiązków. Wzywa się policję i auf wiedersehen.
Dla właścicieli Salonu24 awanturujący się bloger jest jak gość, który przyszedł na imprezę, upił się na koszt gospodarza - a potem mu zaczął ubliżać. To jest osobiste, to prowokuje do odpyskowania i do gromkiego „Won!”.
Tylko że w rezultacie mamy imprezę, którą już dawno opuścili Szczuka, Rolicki i Wroński. I tacy ludzie już tam raczej nie wrócą. Zostanie drama queen szlochająca, jak jej tu źle. I echo kompromitacji Pospieszalskiego.
czwartek, 12 listopada 2009
Co oni mogą zrobić?

Mam w pracy kolegę, który gorąco sympatyzuje z poglądami Jarosława Lipszyca na prawo autorskie. Zresztą, mam ich w pracy więcej, dlatego te poglądy regularnie są nagłaśniane. Ale ten konkretny do którego piję mówił mi niedawno o swoim wielkim odkryciu, jakim jest programik do obchodzenia zabezpieczeń Google Books - zabezpieczenia pozwalają na przeczytanie tylko fragmentu książki, ale programik sprytnie udaje osobnych użytkowników i ściąga całość.
„Co oni mogą zrobić, żeby to zablokować?” - pytał ów kolega, a mi dreszcze przechodziły z wrażenia, bo jajakomarksista generalnie spoglądam na kapitalizm tak, że z góry zakładam, że oni tak w skrócie to mogą wszystko. Powinniśmy się zawsze cieszyć, że ludzki koncern nie zabił, a miał brzytwę.
Więc gdy ktoś zadaje pytanie „co oni mogą zrobić”, boję się, że oni zaraz udzielą odpowiedzi, tyleż precyzyjnej co bolesnej.
W tym przypadku odpowiedzią jest ekranik, który się pojawia, gdy ktoś u mnie w pracy chce skorzystać z Google Books. Nie wiem jaki będzie dalszy ciąg, ale każdy scenariusz będzie dla zwykłego użytkownika przykry. Albo Google Books nigdy tu nie będzie działać (bo co nas zdejmą z czarnej listy, to ktoś znowu zapuści sprytny programik). Albo administratorzy użyją jakichś brutalnych metod zaradczych. Albo w ogóle skasują publiczne WiFi.
Tak czy siak, znowu filozofia „co oni mogą zrobić?” doprowadziła do nieszczęścia.
Przy okazji zamknięcia serwisu „odsiebie”, Jarosław Lipszyc ponownie wyłożył w „Gazecie” swoje credo - że większość internautów chce łamać prawo autorskie i nie zamierza z tego rezygnować, więc „biznes, dopóki tego nie zrozumie, wciąż będzie na kursie kolizyjnym z użytkownikami kultury”.
Biznes to rozumie od początku, nie rozumieją tego jeszcze wszyscy politycy. Im dokładniej Lipszyc im wyjaśni, że wybór jest prosty, albo swoboda internautów albo interesy koncernów - tym gorzej dla swobody internautów.
Prawdopodobnie rzeczywiście wygląda na to, że bez brutalnego odcinania od poszczególnych usług, a w ostateczności w ogóle od Internetu, interesów przemysłu medialno-rozrywkowego nie da się zabezpieczyć. Kto wierzy, że politycy się powstrzymają przed wprowadzeniem takich przepisów, ten jest osobą tak naiwną, że mam jej do zaoferowania wysoką kolumnę w centrum Warszawy, na szczycie której stoi pomnik jakiegoś kolesia. Naprawdę tanio sprzedam, Jarku.
wtorek, 10 listopada 2009
Informacja prasowa

Dawno nie odgrzewałem cyklu „pijarowe fakapy”. Jako dziennikarz stykam się często z tak nieskutecznymi formami działania public relations, że macki opadają z wrażenia. Chciałbym to piętnować w naiwnej nadziei, że może ktoś na przyszłość wyciągnie wnioski.
Podstawowy schemat pijarowego fakapa to email, którego temat nic nie zapowiada - zwykle jest to ogólnikowe „INFORMACJA PRASOWA” - którego cała treść wyrażona jest w załączniku. Naiwny pijarowiec jest przekonany, że dziennikarze o niczym innym nie marzą, jak o klikaniu na załączniki do „INFORMACJI PRASOWEJ”.
Drodzy pijarowcy, ja jako dziennikarz takie maile odbieram na dwa sposoby. Sposób pierwszy: odbieram go na służbowym komputerze, którym jest agorowy Thinkpad Lenovo. Taki szajs, że wolę za własne pieniądze kupić sobie Macbooka.
Otóż na tym laptopie obserwowanie, jak Windowsy próbują uruchomić Adobe Acrobat, to pasjonujące zajęcie, można by przez ten czas zejść do saloniku kawowo-prasowego na parterze, zamówić dużą latte z tartą truskawkową, leniwie to spożyć i wrócić, by z zadowoleniem odkryć, że procedura uruchamiania Adobe Acrobat (TM) na Lenovo Thinkpad (TM) zaawansowana jest już aż w 73%.
Bottom line: w życiu nie kliknę na załącznik na służbowym Thinkpad Lenovo, o ile nie będzie to kwestia, nie wiem, wypełnienia wniosku o bardzo atrakcyjne stypendium. Na pewno nie kliknę z ciekawości.
A co z moim ślicznym piętnastocalowym makbukiem unibody? Tutaj oczywiście nie potrzebuję Adobe Acrobat, pedeefy błyskawicznie pojawiają się na ekranie mocą systemowego Preview.
W czym więc problem? Problem w tym, że to mój prywatny laptop. Korporacja w trosce o bezpieczeństwo już dawno zablokowała możliwość obsługiwania poczty służbowej po ludzku, przez POP3 lub IMAP (podejrzewam, że to miało coś wspólnego z klikaniem w windowsowe załączniki).
Na własnym laptopie pocztę służbową sprawdzam więc przez toporną bramkę WWW. Bardzo tego nie lubię, więc agorową skrzynkę sprawdzam parę razy na dobę, zwykle celem dokonania hurtowego wywalenia do kosza wszystkiego, co uznaję za spam.
Puste maile z załącznikami oczywiście lecą w pierwszej kolejności. A nawet jak na taki kliknę, to pojawi mi się okienko „GroupWise prevented images on this page from displaying. Click here to display images”.
Otóż - drodzy pijarowcy - dziennikarz prędzej napisze o tym złośliwą blogonotkę, niż kliknie na „display images” tylko by się dowiedzieć, o czym jest dana „INFORMACJA PRASOWA”.
Musicie mieć świadomość tego, że służbowy komputer dziennikarza prawdopodobnie nie jest demonem szybkości. Nie jestem jedynym, który w związku z tym zainwestował w sprzęt prywatny. Prywatny zaś z kolei będzie miał jakieś ograniczenia w dostępie do korporacyjnej skrzynki. Też nie jestem przecież jedynym, który służbowej poczty nie może ściągać klientem POP3/IMAP.
Że już nie wspomnę o osobnym temacie, jakim są dziennikarze czytający pocztę przy pomocy iPhone lub innego Nokia Javlakrap. Ci będą już szczególnie zachwyceni otrzymaniem trzech identycznych ośmioipółmegowych emaili takich, jakie dziś wysyłała agencja pijarownia.pl. Nie wiem o czym były, bo nie kliknąłem na „display images”, wyciąłem tylko jeden image, który się displejnął sam z siebie.
Dlatego, drodzy pijarowcy, nie kombinujcie nad tym, żeby Wasza informacja prasowa tańczyła i śpiewała (na ilustracji tego nie widać, ale zadbali o to, żeby wykrzyknik podskakiwał!). Kombinujcie nad tym, żeby dziennikarzowi chciało się ją przeczytać.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Warto odszczekiwać
Redaktor Pospieszalski pobił kolejny rekord żenady usiłując tak przeprosić Andrzeja Morozowskiego, żeby go jednak nie przeprosić. W trosce o podnoszenie poziomu przeprosin za łgarstwa - jakże istotnego elementu prawicowej publicystyki -  postanowiłem przygotować mały poradnik. Tak przystępny, że nawet basista orkiestry weselnej powinien zajarzyć.
Prawicowy publicysto, to zrozumiałe, że musisz kłamać - bez tego nie mógłbyś wykonywać swojego zawodu. Prawo III RP daje Ci wbrew pozorom spore możliwości: możesz sobie kłamać do woli, byle nie na szkodę konkretnej osoby.
Weź przykład z Rafała Aleksandra Ziemkiewicza. Prawdopodobnie wyciągnął on wnioski ze swojej sądowej porażki, gdy musiał odszczekiwać łgarstwa na temat Michnika i od tego czasu stara się kłamać bezosobowo.
Prawo nie zabrania nikomu napisać, na przykład, że „identyczną lustrację dziennikarzy, jaką planował w Polsce poseł Mularczyk, przeprowadzono w Niemczech”. To wprawdzie kłamstwo, ale prawo nie może zabraniać świadomego pisania nieprawdy. Inaczej zabroniłoby temu samemu Ziemkiewiczowi pisania fantastyki, a tego przecież nikt nie chce.
Problem pojawia się tylko wtedy, gdy kłamstwo godzi w interesy konkretnej osoby. Jan Pospieszalski na swoim blogu nie ograniczył się do fantazjowania na tematy ogólno-odleciane. Nie wiadomo po co, wymyślił sobie fabularną historyjkę o Morozowskim i Siemiątkowskim.
Bohaterowie takich historyjek mają prawo do obrony swojego dobrego imienia w sądzie, ten zaś w takiej sytuacji orzeknie zapewne wyrównanie szkód. Co logiczne, takim wyrównaniem jest żądanie sprostowania kłamstw w podobnej formie, w jakim je wygłoszono.
To jest bardzo ważny element, z którego prawicowi publicyści i politycy często chyba nie zdają sobie sprawy. Kiedy reprezentujący ich Układ trzyma łapę na większości mediów, to jest bardzo kuszące, żeby zniesławić kogoś na konferencji prasowej, którą zretransmituje państwowa TV, a podczepione pod Układ gazety dadzą to na pierwszej stronie.
Jakże rzadko w tym momencie pojawia się w głowie taka myśl: „Chwilunia, a jeśli za trzy lata mój Układ już nie będzie przy korycie? Jak facet mnie poda do sądu, a sąd nakaże przeprosiny: czy wtedy dostanę czas antenowy i powierzchnię w prasie za friko?”. I stąd potem żena idzie nosem, gdy się słucha szlochów ministra Ziobro, że przeprosiny doktora G. będą go kosztowały fortunę.
Pospieszalski na szczęście kłamał na blogu, to i przepraszać musiał na blogu. Mały sprytek chciał to zrobić tak, że przeprosiny zgodnie z nakazem sądu wrzuci - a zaraz potem skasuje, żeby nikt nie zauważył.
Drogi panie redaktorze, to się nazywa cache google’a. Gugiel trzyma w swoich kazamatach również poprzednie wersje stron internetowych, więc metody Winstona Smitha w dzisiejszej cywilizacji są nieskuteczne. Nie bądź bezpieczny, kesz gugla pamięta. Spisane będą czyny i przeprosiny.
niedziela, 08 listopada 2009
Jezus, komuch i homar
Bliskie sercu każdego chyba bywalca tego bloga słowo „rock” ma w języku angielskim podwójną etymologię. W jednym znaczeniu, „kamień” lub „skała”, pochodzi z średniowiecznej łaciny. Słowo to słychać w naszym narodowym eposie, w którym jeden z bohaterów wspomina przygodę przeżytą w cieniu skały, którą „Sycylyjanie zwą Birbante Rokko”.
Drugie znaczenie związane jest z etymologią nordycką i nawiązuje do słowa „rykkja” oznaczającego gwałtowny ruch. W angielskim przeszło to do czasownika „rock” w sensie „kołysać”. W roku 1951 czarna grupa The Dominoes nagrała przebój „Sixty Minute Man”, w którym w ramach erotycznego innuendo mowa jest o kołysaniu i obracaniu pięknych pań.
Tak powstał nowy rzeczownik, za sprawą którego właśnie słowo „rock” jest tak bliskie naszym sercom. Jednak wciąż istnieje też starszy rzeczownik oznaczający kamień lub skałę. Pozwala to na semantyczny chaos zwany poezją. Listopadowy ranking poświęcę piosenkom odwołującym się do tej gry w sposób być może nie dla każdego oczywisty.


Na dobre sto lat przed Elvisem osadnicy jadący na zachód po szlaku Orgeonu ochrzcili dwie dziwne formacje skalne „Skałą Sądu” i „Skałą Więzienia”. Podobno „Skała Sądu” przypominała budynek sądu w St Louis.
Nie wiem w jaki dokładnie sposób nazwa sąsiedniej skały zainspirowała scenarzystę Nedricka Younga do napisania historii o więźniach. Aczkolwiek zważywszy, że autor był lewicowcem wpisanym na czarną listę w czasach maccartyzmu (dostał Oscara, ale nie mógł go odebrać, bo oficjalnie nie istniał), skojarzenia wydają się naturalne.


Dwa tysiące lat temu pewien żydowski architekt odkrył, że pałace należy stawiać na skale będącej opoką, w żadnym wypadku zaś nie na piasku. To odkrycie, utrwalone przez Mateusza i Łukasza, weszło do kanonu literackiego.
Jakże uboga tekstowo jest polska piosenka na ten temat w porównaniu z grą słów Marka Knopflera. Podmiot liryczny jego piosenki chce się zastosować do porad żydowskiego architekta, ale kusi go też swobodnego życie rokendrolowca.
„Gonna live on solid rock” - deklaruje, ale z kontekstu wynika na zmianę, że chodzi albo o ustatkowane życie na bardzo konkretnej opoce, albo o solidne rokendrolowanie, zupełnie jak u bohatera piosenki „Sixty Minute Man”.


Na koniec piosenka, którą za sprawą swoich wybitnie porypanych gustów uważam za jeden z najfajniejszych tanecznych hitów evah. Piosenka opowiada o homarze skalnym, zwierzątku naprawdę występującym u wybrzeży Australii.
Uwielbiam zwłaszcza ten moment, w którym Fred Schneider wymienia różne morskie i plażowe stworzenia (jak np. „bikini whale”), a Cindy Wilson i Kate Pierson imitują ich odgłosy.
Honorejbl menszyn przyznaję piosence „Hard As A Rock” grupy AC/DC. W podmiocie lirycznym zły sposób prowadzenia pewnej kobiety - niewątpliwie budującej swe zamki na wyjątkowo sypkim piasku - wywołuje erekcję. Solidną jak twarda, mocna opoka, której wichry ni burze, etc.
wtorek, 03 listopada 2009
Gdzie te autostrady?
Oskarżenia rządu PO o porażkę w budowie autostrad to dobra ilustracja powodów, dla których politykom nie opłaca się budować autostrad. W naszym klimacie budowa autostrady wymaga pełnych dwóch sezonów budowlanych (gdy porównujemy się do Chorwatów, podkreślamy ich trudniejszy teren, ale pomijamy błogosławioną możliwość lania betonu w styczniu).
Od podjęcia przez polityka decyzji typu „zbudujmy autostradę Stąd Dotąd”, minimum trzy lata zajmuje papierkologia (DŚU - decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach, wykup działek), rok przetarg, dwa lata budowa. Czyli najwcześniej za pięć lat następny rząd przetnie wstęgę.
Przez te pięć lat politycy ponoszą same niedogodności. Procedura DŚU antagonizuje lokalne społeczności, pojawiają się dziesiątki komitetów typu „Nie damy rozjechać Pierdziszewa”. Bo wszyscy są za budową autostrad, ale takich przez Saharę.
Oczywiście, z wyjątkiem Koła Wielbicieli Nietkniętego Piękna Saharyjskiego Pejzażu.
A procedura przetargowa? Ileż wtedy oskarżeń że „za drogo”. Łatwiej zyskać popularność tanim chwytem w stylu ministra Polaczka: walnąć pięścią w stół i zaryczeć „Kulczykowi nie dam zarobić!”, niż po prostu rzetelnie przeprowadzić procedurę od początku do udanego końca.
A może chociaż jak już ruszy budowa jest z tego jakaś korzyść polityczna? Raczej nie. W tej chwili w Polsce trwa budowa równo 400 kilometrów autostrad (155 km A1, 218 km A2 i 27 km A8), pomijam specyficzny przypadek A18.
To tyle, ile w latach 1936-2001 wybudowały wszystkie rządy działające w tej branży na polskim terytorium razem wzięte, od rządu kanclerza Hitlera przez rząd premiera Jaroszewicza aż po rząd premiera Buzka. Dodajmy do tego trzysta parędziesiąt kilometrów ekspresówek w budowie i mamy już nie najgorszy obraz sieci drogowej pod koniec 2012.
Ale czy Tusk ma z tego jakąś polityczną korzyść? Żadnej, bo kto o tym w ogóle wie? Tylko maniacy infrastruktury, którzy specjalnie nadkładają drogi, żeby się pogapić na budowę S69 albo A8.
Ze względu na cykl zarysowany powyżej, wszystkie drogi oddawane w tej chwili do ruchu zbudował de facto jeszcze rząd PiS, wliczając w to udostępniony niedawno tymczasowo do ruchu nowy odcinek A4. Ba, w tej puli 400 km, 30 km zawdzięczami PiS-owi (dwa niepołączone odcinki A1).
Równocześnie oznacza to jednak, że w tym roku NIE są oddawane do ruchu te autostrady, które PiS zablokował z powodów politycznych. Odpowiednie odcinki A1 i A2 były gotowe do rozpoczęcia budowy jeszcze w 2006. Gdyby nie bezsensowna wojna Polaczka z Kulczykiem, śmigałby po nich dziś żywy prof. Geremek.
PiS w ciagu dwóch lat rządzenia zainicjował budowę 110 km, a storpedował budowę 169 km. Rząd PO w ciągu dwóch lat zainicjował budowę 370 km, co czyni go najlepszym rządem w tej branży od czasów rządów Belki i Millera (269 km w cztery lata).
Ale to widzą tylko ludzie, którzy się interesują infrastrukturą. Ciemny lud jak zwykle kupi brednie prawicowych publicystów, że „gdzie te autostrady”.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Now Playing (96)

Wściekle stukam w klawisze, żeby zdążyć z dedlajnem mojego amerykańskiego projektu, dręczony już wizją komornika egzekwującego zwrot zaliczki i tym podobnymi. Usiłując sobie przypomnieć, jak się w to w ogóle wpakowałem, przypomniałem sobie tę piosenkę.
To był ostatni przebój duetu Eurythmics, który tak silnie wpisał się w muzyczny krajobraz lat 80., że po prostu nie mógł przetrwać upadku muru berlińskiego. Nie ogłoszono nigdy formalnego zakończenia działalności, ale w 1990 roku Dave Stewart i Annie Lennox zaczęli się angażować już głównie w działalność solową.
Odeszli w pięknym stylu. Przedostatnia płyta z 1989 „We Too Are One” była na pierwszym miejscu (a nawet nostalgiczno-reviwalowe „Peace” z 1999 nie było totalnym obciachem, choć oczywiście lepiej niż Al Pacino uświadamiało, że „eighties are over”).
Moja ulubiona piosenka z tej płyty to „King and Queen of America”. Jej teledysk 20 lat temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jak patrzę na konspekt tego amerykańskiego projektu, to po prostu jest zbiór przypisów i komentarzy.
Podobno gniewne telefony od słuchaczy sprawiły, że piosenki nie chcieli puszczać w amerykańskim radiu. Istotnie, jej tekst to złośliwa kpina z Amerykańskiego Stylu Życia.
Podmiotem lirycznym narracji jest para władców Ameryki. Tekst nie precyzuje tego, kim są - w teledysku Dave Stewart i Annie Lennox pokazani są m.in. jako Elvis i Marylin, Ronald i Nancy, Sportowiec i Czirliderka, Playboy i Króliczek a nawet Wojciech Pijanowski i Magda „Pocałuj Pana”.
Wytęż wzrok i zauważ parę, która nie pasuje do tego zestawu. Oczywiście, są to Przeciętny Amerykanin i Przeciętna Amerykanka - pokazani akurat w momencie, w którym Przeciętnemu Amerykanowi odpala pikawa od przepracowania utrzymywaniem tego całego domu wariatów.
To są właśnie ci frajerzy, o których zbiorowy podmiot liryczny mówi w tej pięknej linijce, „we’re the all-time winners in the all-time losers game”.
Kiedy oglądałem to po raz pierwszy 20 lat temu, byłem młodym idealistycznym lewicowcem i wydawło mi się to gorzką lecz bardzo przenikliwą metaforą kapitalizmu, ustroju który właśnie w pocie czoła zaczęła wykuwać moja ojczyzna. Po 20 latach spędzonych na tym wykuwaniu w roli stachanowca fedrującego na przodku, uważam dokładnie tak samo.
Na Ajfona pojawiła się gra „Bailout Wars”, będąca klonem „Tower Defense” - polega na napindalaniu w bankierów, prezesów i maklerów. Podatniku: zastrzel ich, zanim ukradną twoją kasę. Po kryzysie subprime punkt widzenia przyjęty w piosence Eurythmics już chyba nie wywołałby gniewnych reakcji radiosłuchaczy?
sobota, 31 października 2009
Żelazny kanclerz zardzewiał
Wszystkim, którzy pałają do Jarosława Kaczyńskiego równie gorącą sympatią jak ja, serdecznie polecam wywiad, który z nim przeprowadzili Karnowski z Zarembą dla Polska-The-Times. Nawet niedawny wielbiciel „żelaznego kanclerza” nie jest już w stanie wykrzesać z siebie tego dawnego entuzjazmu.
Bo i jak można z entuzjazmem kibicować komuś, kto zaczyna wywiad od płaczliwej skargi na media? Ja się okazuje, już nawet „Rzeczpospolita” nie lubi prezesa. Niewdzięczne kierownictwo zapomniało, komu zawdzięcza wysokopłatne synekury.
To jest wywiad polityka przegranego, który nie próbuje zarazić swoich wyznawców nadzieją na sukces, bo sam już jej nie ma. Wyznawcy usłyszą od niego wyłącznie usprawiedliwienia porażki. To jak polska reprezentacja piłkarska, która znowu dostała łomot i to znowu nie jest ich wina. Po prostu przeciwnicy zbyt szybko biegali po boisku.
Afery, które miały obalić rząd, sprowadzają się do tego, że znowu na stenogramach ktoś mówi Brzydkie Wyrazy („ten język” - podkreśla prezes, bezskutecznie licząc na pociągnięcie tego jakże fascynującego tematu przez dziennikarzy, którzy przecież jak wiadomo nigdy przenigdy, k..., nie przeklinają).
Oczywiście, jeśli uwierzymy na słowo Kamińskiemu, to Tusk kłamie. Ale dlaczego mamy wierzyć na słowo Kamińskiemu? Ja mu nie wierzę. Ja w ogóle nie wierzę zawodowym politykom na słowo, moja dewiza to: pokaż gościu kwity albo na drzewo.
Genialny strateg sam sobie strzelił w stopę, forsując na takie stanowisko czynnego partyjnego polityka, trzykrotnego posła, który pro forma zdał legitymację partyjną dopiero w dniu nominacji na szefa CBA.
Kiedy amerykańscy politycy starają się przekonać całą opinię publiczną - a nie tylko swoich wyborców - starają się o tak zwane „bipartisanship”, czyli poparcie obu głównych partii. Afera nagłośniona wyłącznie przez polityka partii demokratycznej będzie wyśmiana przez zwolenników partii republikańskiej - i odwrotnie.
Kamińskiemu na słowo wierzą wyborcy PiS i raczej nikt poza nimi. Nawet najbardziej propisowsko nastawiony dziennikarz nie ukręci więc z niedawnych afer czegoś, co mogłoby przekonać antypisowską większość społeczeństwa.
Już nie ma pytania o szanse Lecha Kaczyńskiego na reelekcję, jest pytanie o jego szanse na awans do drugiej tury. Obaj bracia w wyborach będą się teraz wykazywać negatywną synergią. Brat prezes swoim zachowaniem pogrążać będzie brata prezydenta, a rok później brat eksprezydent kojarzony z niedawną porażką zatopi i partię brata prezesa.
Kto czyta tego bloga od 2006 ten wie, że ja zachowywałem optymizm nawet w najczarniejszych miesiącach IV RP. Ale nawet ja nie przewidywałem, że to się skończy tak szybko i tak żałośnie. Gdzie jest teraz Rokita? Gdzie Ziobro? Gdzie Michalski Cezary? Gdzie za rok będzie eksprezydent Kaczyński? W ponure jesienne dni ileż pociechy daje śledzenie agonii tego Układu...
piątek, 30 października 2009
Maka tanio sprzedam
Bliska mi jest anegdota o dwóch bankierach, którzy widzą studolarowy banknot leżący na ulicy. Młodszy się schyla, starszy powstrzymuje go i mówi - gdyby to był naprawdę banknot studolarowy, to ktoś by go już podniósł.
Anegdota przypomniała mi się, gdy dotarła do mnie afera zataczająca coraz szersze echa w polskim światku makówkarskim. Afera polegała na tym, że na forum myapple.pl - zawsze pierwszym, by oskarżać kiedyś Sad, teraz iSource, że jego ceny są bandyckie, złodziejskie i paskarskie, bo są większe o cło i VAT od przemytu ze Stanów - przez dłuższy czas działał niejaki Cizu, sprzedający o jakieś 2000 taniej od najtańszej oferty sklepowej.
Ja mam taki charakter, że kiedy widzę taką ofertę, to wolałbym się od niej trzymać możliwie jak najdalej. Wyprzedaż poprzedniego modelu, to rozumiem, sam z takich promocji lubię skorzystać. Ale jeśli jakiś dziwny koleś z forum sprzedaje tak tanio, musi za tym stać jakiś grubszy szwindel. Polak ma jednak taki charakter, że wyda ostatnie pieniądze na iluzję oszczędności.
Okazało się, że forumowicze kupowali sprzęt od cwaniaka podrabiającego numery kart kredytowych. W Polsce nabrało się na to sporo osób, plotka podaje liczbę 240.
Do tych osób teraz stuka - puk puk! - policja, która przejęła od Cizu listę jego klientów razem z ich danymi personalnymi. I zabezpiecza ich makówki kupione supertanio i szalenie okazyjnie, żeby się nie dać okradać złodziejskiemu iSource. A ludzie, którzy wyrzucili kilka tysięcy w błoto lamentują po czatach i forach.
Czy lamentują nad swoją głupotą? Ależ oczywiście że nie. Lamentują nad tym socjalistycznym, eurokołchozowym państwem, które rzuca kłody pod nogi obywatelowi, który kupił coś „w dobrej wierze”. I rzecz jasna nad tym złodziejskim iSource, które zlewa ciepłym parabolicznym ich prośby, żeby im teraz za darmo porozdawać laptopy, skoro przedtem w „dobrej wierze” kupili kradzione.
A na kolejnym forum kolejna superokazja - fabrycznie nowe Macbooki z „fakturą 0% VAT, tak zwaną unijną”. Tak jak tamte, te superokazyjne laptopy też mają włoską klawiaturę. Sprzedawca na forum tłumaczy, że sprzedaje tanio, bo „Ten kto bierze dużo dostaje tanio - bez dwóch zdań tak jest w każdej branży. Ja mam kilku wysoko postawionych ludzi którzy mają możliwość wpłynięcia znacznie na cenę danych produktów”.
A włoska klawiatura? „Może trafiły się kiedyś jakieś trefne lapki z Włoch (nie podważam tego). Z każdego kraju może coś wypłynąć” - wyjasnia sprzedawca.
Guglając po śladach tej afery trafiłem na bloga sympatycznego studenta, który mało co nie kupił kradzionego - ale w końcu zmądrzał. Bardzo mi się podoba blogowy opis jego drogi rozumowania - jeśli tacy studenci mają być przyszłością Rzeczpospolitej, warto inwestować w obligacje długoterminowe.
środa, 28 października 2009
Sprawiedliwość reprodukcyjna

Z okazji feministycznej imprezy postanowiłem napisać blogonotkę o aborcji. Sorki, to nie jest temat atrakcyjny dla stałego grona komentatorów, ale milczenie strony laickiej (w tym oczywiście także moje i różnych moich kolegów i koleżanek, nie wypieram się współwiny) doprowadziło w końcu do sytuacji, w której strona przeciwna zgarnęła całą pulę.
I jak pokazały sprawy Agaty i Alicji Tysiąc, oni już nawet nie zamierzają udawać zamiaru przestrzegania tak zwanego „kompromisu”, którzy sami nam narzucili. W takim razie to my powinniśmy przygotować się do narzucenia im własnego - pewnie  nie w tych wyborach i może nie w następnych, ale wierzę, że jeszcze dożyję laickiego parlamentu.
Pozornie w aborcyjnym sporze o kompromisie nie ma mowy. Jedna strona uważa, że istota ludzka zaczyna się od zmitologizowanej „chwili poczęcia”. Druga, że o istocie ludzkiej można mówić wtedy, gdy mamy do czynienia z wyższymi funkcjami mózgowymi. Nie można tego rozstrzygnąć drogą racjonalnego sporu.
Dajmy więc sobie z tym spokój i spójrzmy na problem z innego punktu widzenia. Jest coś, co łączy i Wandę Nowicką i biskupa Pieronka - jest to wspólne pragnienie życia w społeczeństwie, w którym w ogóle nie ma aborcji, bo nie ma niepożądanych ciąży.
Ani biskup feministki nigdy nie przekona, że istota ludzka zaczyna się „od poczęcia”, ani feministka biskupa, że jednak morula raczej świadomości nie ma. Zostawmy więc takie spory i skupmy się na kwestii czysto pragmatycznej - szukania skutecznych środków zaradczych.
Czy jest nim obecna ustawa? Nie, bo wobec względnej łatwości zrobienia tego całkowicie legalnie u naszych cywilizowanych sąsiadów - plus powszechnym dostępie do niby-podziemia - ustawowe zakazy są bezskuteczne.
Czy zaostrzenie kar plus wyrywkowe kontrole ginekologiczne na lotniskach rozwiążą problem? Też nie, bo z drugiej strony, decyzja o aborcji zawsze dla kobiety jest decyzją dramatyczną. Wizja frywolnych aborcji, robionych niemalże dla przyjemności, to częsty motyw prawicowej fantastyki - i oni tak się w tym zaczytali, że chyba naprawdę w to wierzą.
Panowie, sprawdźcie w realu jak to z grubsza wygląda - nawet z pełnym znieczuleniem i w komfortowej klinice. I potem się zastanówcie, czy robilibyście sobie frywolnie i bez poważnych powodów drastyczną przemebelkę między prostatą a siusiakiem.
Kobieta, która się na to decyduje, po prostu ma swoje powody. Można próbować je enumeratywnie wymienić w ustawie, ale w praktyce lepiej zostawić to jej ocenie.
Bo skądinąd - z tragicznych doświadczeń Polski przed rokiem 1956, Rumunii przed rokiem 1990, Wielkiej Brytanii przed 1967 - wiemy, że zdesperowanej kobiety po prostu nic nie powstrzyma. Jaką karą chciałbyś nastraszyć kogoś, kto jest gotów poddać się zabiegowi u Very Drake?
Zamiast wymyślania kar dla morderców życia niepoczętego, lepiej po prostu zastanowić się nad źródłami owej desperacji. Tak cywilizowane kraje zakończyły ten spór - znosząc kary, za to starając się eliminować przyczyny problemu. Kiedyś do nich dołączymy.
poniedziałek, 26 października 2009
Agenci i potwory
Serial „Z Archiwum X”, wśród wielu innych zalet, miał szczęście do castingu. Kreacje stworzone tylko na jeden odcinek zapadały mocno w pamięć. Często dobra rola w „XF” była schodkiem w karierze aktora, który wybijał się od niej do pięknej kariery.
Na samym początku serialu w epizodzie 1x1 „Deep Throat” pojawił się Seth Green - jako nastolatek, który widział coś, co Oni (znaczy się, My) chcą zatuszować. Takim sytuacjom poświęcę październikowy ranking od czapy.

Bezdyskusyjnym liderem jest odcinek 3x03 „DPO”, którego początkową ideę scenarzyści streszczali jako „Beavis i Butt-head wobec zjawisk paranormalnych”. W rolach przygłupiastych nastolatków wystąpiło dwóch aktorów, których kariery za parę lat poszybują ku gwiazdom: Giovanni Ribisi i Jack Black.
Zaczynając ranking w ten sposób, oddam symboliczny hołd Nieznanemu Potworowi Tygodnia - „Z Archiwum X” słynie z głównego nurtu spiskowo-lustracyjnego, ale gdy spytać prawdziwych wielbicieli o ulubione odcinki, przeważnie wymieniają odcinki typu MOTW lub parodystyczne (dla mnie najlepszym ever jest 3x20 „Jose Chung’s ‘From Outer Space’”).

Ostatnim Potworem Tygodnia był osobnik tak bardzo rozmiłowany w serialu „Brady Bunch”, że aż wywołującym zjawiska paranormalne dość wyraziste, by agenci wreszcie zdobyli namacalne, niezbite dowody. „To by znaczyło, że nigdy nas nie skasują, Z Archiwum X będzie trwać wiecznie” - cieszy się Skinner w metanarracyjnym żarcie.
I w pewnym sensie miał rację, bo ostatniego MOTWa w 9ABX18 „Sunshine Days” grał Michael Emerson - aktor wtedy jeszcze mało znany, dziś gwiazda „Lost”. A ja osobiście ten serial traktuję trochę jako formę życia pozagrobowego „Z Archiwum X”.

Trzecie miejsce w rankingu przyznaję epizodowi 3x19 „Hell Money” - głównie dlatego, że nie byłbym sobą pomijając Lucy Liu w rankingu na w zasadzie cokolwiek. Znów: było to na tyle przed „Aniołkami Charliego”, że nie miała jeszcze utrwalonego emploi kopiącej tyłki wojowniczki, w „Z Archiwum X” zagrała więc kruche dziewczątko.
Dziewczątko umiera czekając na przeszczep, więc zrozpaczony ojciec bierze udział w makabrycznym pomyśle scenarzystów: „piramida finansowa, ale z organami do przeszczepu”. Potwora Tygodnia tym razem gra James Hong, etatowy Starszy Chińczyk amerykańskiego kina.
W ramach honorejbl menszyns: inni aktorzy u progu kariery. Tony Shalhoub w 2x23 „Soft Light”, jako naukowiec, który padł ofiarą eksperymentu i teraz zabija światłem. Brad Dourif w 1x12 „Beyond The Sea”, jako morderca czekający na egzekucję, dysponujący zarazem zagadkową wiedzą o ojcu agentki Scully (pierwsze odwrócenie ról: sceptyczny Mulder i zaniepokojona Scully). Shia LaBeouf chyba w swojej ostatniej dziecięcej roli, 7ABX06 „Goldberg Variation”.
I wreszcie Fredric Lehne, którego twarz dzisiaj kojarzymy też głównie z „Lostem” (agent aresztujący Kate), ale który błysnął świetną kreacją agenta FBI, zakładającego Archiwum X w czasach maccartyzmu (5x15 „Travelers”). W cokolwiek parodystycznym 6ABX19 „The Unnatural” prowadził natomiast dochodzenie w sprawie podejrzanie dobrego sportowca z Roswell.
I już poza rankingiem: aktorzy znani skądinąd. CCH Pounder, wszędzie grająca twardą policjantkę, wystąpiła w tej roli w mitologicznym 2x5 „Duane Barry”. Z tej samej serii w 8ABX3 „Redrum” pojawia się Danny Trejo.
John Savage - Claude Hooper Bukowski z „Hair” - gra norweskiego marynarza w 2x19 „Dod Kalm”. R. Lee Ermey, sierżant z „Full Metal Jacket”, pojawia się jako duchowny w 3x11 „Revelations”.
Gdybym tutaj miał układać jakiś ranking, to na pewno wyróżniłbym Bruce’a Campbella - gwiazdę „Evil Dead”, tutaj jako demoniczny małżonek w 6ABX7 „Terms of Endearment”, a pierwsze miejsce zająłby Michael McKean  - lider filmowej grupy Spinal Tap - za rolę sfrustrowanego Faceta W Czerni w parodystycznym 6ABX4 „Dreamland” oraz w 9X15 „Jump the Shark”, który zaczyna się jak farsa a kończy jak tragedia.
niedziela, 25 października 2009
Nieprzekupni u władzy
Mój redaktor naczelny napisał fascynujący esej o rewolucji francuskiej - więc zgodnie z najlepszymi tradycjami michnikowszczyzny uzupełnię go blogonotką.
Esej kończy się przywołaniem postaci Marie Jean Antoine Nicolasa de Caritat, markiza Condorcet. Przypadkiem niedawno pojawił się niedawno na tym blogu, nie w notce tylko w dyskusji pod notką, w której jeden z dyskutantów odwołał się do bardzo naiwnego rozumienia demokracji jako władzy większości.
Od roku 1785 - w którym Condorcet opublikował „Esej o zastosowaniu rachunku prawdopodobieństwa do analizy decyzji podejmowanych większością głosów” - wiemy, że wola większości to jedno, a wynik głosowania to drugie. I nawet niekoniecznie tu musi chodzić o oszustwo czy manipulację, tylko o zwykłą matematykę.
Problem nazywany do dzisiaj paradoksem Condorceta wyraźnie obserwujemy w kolejnych wyborach prezydenckich: zawsze pojawia się kandydat, który prawdopodobnie wygrałby z dowolnym kontrkandydatem, gdyby tylko dostał się do drugiej tury. Ale się do niej nie dostaje, bo...
Och, różnie bywa. Bo na przykład pułkownik Miodowicz w kabaretowej speckomisji sprytnie zamacha jakąś śmierdziuchą i ludzie na chwilę uwierzą, że kandydat zamieszany w tak straszne afery, jak zainwestowanie pieniędzy córki na swoim rachunku maklerskim nie ma moralnego prawa kandydować. Albo ludzie nie będą głosować na kandydata zwycięskiego w sensie Condorceta, ulegając samosprawdzającej się przepowiedni, że nie przejdzie on do drugiej tury (tak bardzo będzie ich przerażała wizja Tymińskiego w drugiej turze, że w końcu wprowadzą go do drugiej tury). I tak dalej.
Żal po Cimoszewiczu osładza mi przynajmniej Schadenfreude, z jaką patrzę na prawicowych zwycięzców w sensie Condorceta. W drugiej turze ewidentnie duże szanse mieliby Ziobro lub Kamiński - no ale już w tym głowa prezesa Kaczyńskiego, żeby zamiast nich kandydował jego brat, o którym ostatnio z sympatią myślę jako o cementowym obuwiu, które zatopi polską prawicę na ładnych parę kadencji. Miłego bulgotania, chłopaki.
Intelektualna uczciwość zabiła markiza. Jako matematyk wiedział, że jakobiński projekt konstytucji przewiduje ustrój tak szaleńczo demokratyczny, że nie mogący funkcjonować w praktyce (jakobini w końcu ją przeforsowali, ale z zastrzeżeniem, że jej funkcjonowanie będzie zawieszone aż do zaprowadzenia pokoju - nigdy nie weszła w życie, po dwóch latach zastąpiona przez autorytarną konstytucję termidorian).
Condorcet nie ukrywał swoich zastrzeżeń do jakobińskiego projektu, w związku z czym aresztowano go za zdradę. Zmarł około 29 marca 1794 w areszcie - nie wiadomo, czy przyczyną była choroba, samobójstwo czy morderstwo. Nie wiadomo też co się stało ze zwłokami myśliciela, trumna złożona w Panteonie jest pusta.
Tak to bywa, gdy do władzy dorwą się ci bezkompromisowi i nieprzekupni.
piątek, 23 października 2009
Upadek szkolnictwa wyzszego

Dorzucę kolejny przykład do gazetowej serii o kryzysie szkolnictwa wyższego. Doszło już do tego, że wykłady na jednej z prywatnych uczelni zacznie wygłaszać ktoś taki jak Jors Truli, legitymujący się zaledwie tytułem magistra, w dodatku od zupełnie czego innego.
Niewczesny coming out zrobiła mi tu jakiś czas temu Krystyna Ch. w komentarzach. Niewczesny, bo wtedy sprawa była pod wielkim znakiem zapytania - studentom przedstawiono taką propozycję, ale to już od nich zależało, czy się będą na tak niekompetentne zajęcia zapisywali.
W usiech dopadła mnie nowina, że się jednak zapisali. Wkrótce potem na drzwiach zakładu reklamującego się jako najstarsza cukiernia w USA („Ye Olde Companie Since 1806”) cyknąłem powyższą tabliczkę. Mogę tylko zgadywać, że odnosi się ona do powszechnego wśród studentów zwyczaju przesiadywania w kawiarniach bez zamówienia.
Wykładać będę o tym, co mnie paranaukowo kręci od dawna, czyli o stereotypach w popkulturze. Uważam, że to jest temat bardzo ważny, ale wciąż zaniedbywany. Przeciętny stereotypowy inteligent o stereotypach ma do powiedzenia tylko tyle, że jest ponad nie.
Poklep się z tej okazji po plecach, drogi stereotypowy inteligencie, ale Twoja szlachetna deklaracja nie rozwiązuje problemu. Ty może i jesteś ponad, ale Twoi sąsiedzi już nie (że tak odlegle strawestuję Majakowskiego). Tymczasem powszechne podzielanie jakiegoś stereotypu przez Twoich sąsiadów samo w sobie stanowi ważny fakt społeczny, wpływający na przykład na decyzje podejmowane przez wybieranych przez was polityków.
Uważam więc, że zanim zaczniemy deklarować, że jesteśmy ponad stereotypy, powinniśmy je najpierw próbować zrozumieć. Co one nam mówią? Skąd się biorą? Dlaczego ich potrzebujemy? Dlaczego tak dużo ich w popkulturze?
Na to ostatnie pytanie akurat odpowiedź jest prosta: stereotyp oszczędza czas. Gdy ktoś pisze bardzo grubą powieść, może sobie pozwolić na wnikliwą charakterystykę każdej postaci. Nie ma dla niej miejsca w scenariuszu pojedynczego odcinka serialu. Scharakteryzowanie kogoś jako „stereotypowego nowojorczyka” oszczędza nam więc czas na wyjaśnianie, że chodzi o znerwicowanego aroganta.
Rozmawiać o tym będę ze studentami Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej - uczelni, której podejście do popkultury ogólnie budzi moją sympatię. Dość wspomnieć, że uczelniany chór wykona muzyczki z gier komputerowych na warszawskim koncercie Video Games Live. A to coś tak bliskiego memu sercu, jak zielone literki na czarnym tle...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44