|
Ekskursje w dyskursie
poniedziałek, 08 lutego 2010
Aborcyjne kompromisy
![]() Zakaz aborcji w Polsce wszedł w życie na początku 1993. Nim to nastąpiło, trwały długie sejmowe debaty, przy akompaniamencie dobrze zorganizowanych pikiet prawicy i bardzo słabiutkiej odpowiedzi lewicy. To wtedy właśnie strona laicka poniosła całkowitą porażkę, którą strona klerykalna - to add insult to injury - kazała nam nazywać „kompromisem”. Przeleciałem archiwum „GW” pod kątem słowa kluczowego „aborcja” i wyskoczył mi tekst „Kompromis możliwy” 17 grudnia 1992 (Agata Nowakowska, Wojciech Załuska), a tam takie słowa: „Zwolennicy kompromisu gotowi są poszerzyć listę przypadków, w których aborcja byłaby dozwolona. Zdaniem Lecha Mażewskiego z klubu Polski Program Liberalny można ją dopuścić, gdy ciąża zagraża życiu matki lub jest wynikiem przestępstwa” Ludzkie panisko, ten Lech Mażewski. Oczywiście, wtedy nie można było przewidzieć tego, że w praktyce ten kompromis okaże się fikcją, bo trudno żądać od zrozpaczonej kobiety latania od Annasza do Kajfasza i załatwiania papiurków pozwalających przekonać lekarza, że ma prawo do ustawowego wyjątku. Tym bardziej, że w maju 1992 Dominika Wielowieyska napisała artykuł o wszystko mówiącym tytule: „Nie ma go - ale obowiązuje”. Zakazu jeszcze wtedy formalnie nie było, ale lekarze właśnie przyjęli swój Kodeks Etyki, nie przewidujący jakichkolwiek wyjątków. Zanim jeszcze przyjeto zakaz w Sejmie, publiczna służba zdrowia już odmawiała przerywania ciąży, gwałt nie gwałt, zagrożenie nie zagrożenie. Jeszcze trudniej było przewidzieć, że lekarze skorzystają z dowolnego pretekstu, żeby zasłaniać się „etyką” przed zrobieniem za darmo czegoś, za co mogą skasować zacną sumkę w prywatnym gabinecie! Po wejściu ustawy - jeszcze zacniejszą, bo co nielegalne to bardziej opłacalne. Byłem wtedy idealistycznym młodym człowiekiem latającym na różne manifestacje. Dzięki uprzejmości fotoedytora, który wyczaił moje zdjęcie w archiwach „GW”, mogę dokonać aborcyjnego #samoblipa (copyright by Sławek Kamiński). Jak widać, pikietuję Sejm w szeregach (kilkuosobowych, he he) stowarzyszenia „Neutrum”. Uważałem, że środowiska laickie powinny się zjednoczyć, żeby reprezentowało nas jakieś kontrlobby wobec doskonale zorganizowanego lobby klerykalnego. Próby tej organizacji były żałośnie anemiczne, co pokazuje powyższe zdjątko. Ale i tak jestem dumny, że nie działałem w Unii Demokratycznej z jej „kompromisami”. Poznałem Wandę Nowicką, co poczytuję sobie za zaszczyt, a także Stanisława Remuszko i Annę Mieszczanek, dziś blogerkę w Psychiatryku. Gdy przeglądałem archiwum „GW”, wśród różnych tekstów o kompromisie zadziwił mnie „Aborcyjny kompromis” Andrzeja Kaniewskiego z 16 maja 1992. Pierwsze zdanie „Kobieta sama zadecyduje, czy w ciagu pierwszych dwunastu tygodni usunie ciążę” zdeczka mnie zaskoczyło - takie kompromisy to ja rozumiem! Dopiero potem zauważyłem dopisek: „Korespondencja z Kolonii”. Jestem dziś zupełnie innym człowiekiem niż w roku 1992 (uważna obserwacja demonstruje rzadkie, ale jednak włosy), ale jedno się nie zmieniło. Nadal chcę, żeby w moim kraju obowiązywały podobne przepisy jak w cywilizowanych krajach Zachodu - i nadal to hasło w Polsce brzmi niebywale radykalnie, sytuuje mnie tutaj na skrajnym skrzydle politycznego spektrum. Podczas gdy w Niemczech, Szwecji czy Hiszpanii byłbym zwolennikiem „kompromisu” pozwalającego przepchnąć gejowskie małżeństwa czy prawo kobiety do wyboru.
piątek, 05 lutego 2010
Kocham pana, panie Jacku!
Żeby polski film mi się tak naprawdę, uczciwie i po prostu spodobał, bez zastrzeżeń typu „jak na garbatego to całkiem prosty”, to mi się zdarza tak rzadko, że aż uczczę „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha blogonotką. Sucho opiszę w punktach, czym ten film się w moich oczach różni od wszystkich innych, za sprawą których „polski film” to dla mnie coś w stylu reklamy Seata „hiszpańska precyzja, niemiecki temperament”. 1. Aktorzy wyglądają jak normalni ludzie, a nie jak aktorzy. Przyzwyczajony do wylaszczonych, uwizażystkowanych i przebotoksowanych buziaczków już w ogóle zapomniałem, że polski film może pokazywać, kinda, like, Polaków. 2. Dialogi są bliskie temu, jak ludzie normalnie rozmawiają ze sobą. Nie ma tu debilowatej zgrywy duety Konecki-Saramonowicz, telenowelizacji Ilony Łepkowskiej, Barbary Cartland piszącej u nas pod pseudonimem Katarzyna Grochola ani nawet żadnego twardziela o ksywce Gebels czy Metyl, a więc nigdy to nawet nie leżało na tej samej półce co filmowe projekty „Patryka Vegi”. 3. PRL wygląda jak PRL. Ani to straszliwe piekło jakie wyłania się z filmów rozliczeniowych, ani też podkręcona prawie-że-normalność jak u Kieślowskiego czy Machulskiego. 4. Ważne Historyczne Wyzwania Polaków pokazane są tu bardzo prosto, bez załgania kina moralnego niepokoju. Wszystko sprowadza się do konfrontacji między Człowiekiem Prawym granym przez Chyrę a Obleśnym Oportunistą granym przez Marka Kalitę. Co prowadzi do punktu... 5. Że Chyra gra genialnie to jakby normalka, ale reżyser otoczył go gronem aktorów, których nazwiska - przyznam to szczerze - musiałem sprawdzać w bazie filmopolski.pl. A jednak dotrzymują mu kroku i nie ma takiego wrażenia, że osobowość Chyry przyćmiewa całą resztę. Mamy tu kilka fajnych konfrontacyjnych dialogów. Chyra-nauczycielka (Ewa Kolasińska), Chyra-żona (Anna Radwan), Chyra-synowie (Banasiuk & Kościukiwiecz) i oczywiście Chyra-Malanowicz. Brawo ci państwo! 6. Konfrontacja zabawna, bo dokonująca się już tylko w libido głównego bohatera, między pięknem kobiety, która jeszcze nie jest do końca świadoma swojej urody, więc nie umie jej eksponować - i kobiety, której uroda już więdnie, ale zręcznie ją eksponując, potrafi zachować jej resztki. Olga Frycz & Katarzyna Herman, osobne oklaski. 7. Onelinery, które mógłbym jeść łyżkami. „Dlaczego mają wjeżdżać, już tu są”. „Większość lektur szkolnych jest mniej więcej o tym samym”. „Sokołowski jest tylko kapitanem Najwyraźniej nie tylko”. 8. Na koniec, podsumowanie mojego prywatnego spojrzenia na PRL. Odrzucam wizję szlachetnych solidaruchów walczących ze złymi komuchami. Ojciec Basi jako solidaruch robi wrażenie wrednego typka. Ojciec Janka jest partyjny, ale jest OK. Za to Sokołowski założę się, że trafił do PiS. Każdy ustrój ma swoich Obleśnych Oportunistów. W dużoformatowym wywiadzie z twórcami filmu pada strasznie fajna kwestia. Ojciec Jacka Borcucha, pierwowzór postaci granej przez Chyrę, na ślub kościelny zaprosił tylko dwóch najbliższych przyjaciół-oficerów. A i tak dowódca się dowiedział. Kto doniósł? Ksiądz. Dziwnym nie jest.
środa, 03 lutego 2010
Zakaz smrodzenia
Nie wiem kto jest fotoedytorem portalu, ale domyślam się, że to osoba paląca, bo jakoś dziwnym trafem materiały o zakazie palenia zawsze są ilustrowane zdjęciem wyglądającym jak reklama papierosów. Wolałbym nieco bardziej realistyczną prezentację typowej palaczki.
wtorek, 02 lutego 2010
Sie hören (101)
Napisałem kiedyś popkulturowy esej „Ze lengvidge”, w którym analizowałem stereotyp fikcyjnego języka niemieckiego przedstawionego jako angielski z przesadzonym akcentem. Po poddaniu go dobrowolnemu peer review nie jestem z niego do końca zadowolony, więc wciąż jeszcze go nigdzie nie publikowałem.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Globalne ocieplenie to oszustwo!!!!!!
Zbieranie szczęki z podłogi po blogonotce na Doskonale Szarym niestety utrudniały mi ważkie wydarzenia bieżące - stąd dramatycznie nieaktualna notka. Damn you, Steve Jobs. Okazuje się, że profesor Zbigniew Jaworowski, czołowy polski denialista klimatyczny opisany przez TVN24 jako „ekspert”, opublikował swoją pracę w piśmie wydawanym przez Lyndona LaRouche. Po raz pierwszy usłyszałem o Lyndonie LaRouche w czasach mojej aktywnej działalności w PPS. Do Polski przyjechali wtedy emisariusze tzw. Instytutu Schillera, szukając zwolenników w partiach politycznych, które postrzegali jako dostatecznie ekstremistyczne. Ze wstydem przyznaję, że byłem na jednym spotkaniu. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że to był rok 1992, nie można było po prostu wyjąć z kieszeni Ajfona i sprawdzić w Wikipedii, z kim się rozmawia. Dostałem w prezencie książkę LaRouche’a „Railroad”, w której autor rzekomo obnaża wszystkie potężne spiski, za sprawą których wylądował za kratkami za malwersacje finansowe. Po przeczytaniu książki upewniłem się, że to wariat i/lub oszust. Jak zwykle z paranoicznymi wykładami teorii spiskowych, autor wciąż obiecuje, że zaraz ujawni jakieś niezbite dowody - ale zamiast tego wciąż kluczy i kluczy zmieniając temat i skarżąc się na prześladowania. Na lewicy chyba nikogo nie udało im się wtedy zwerbować, namówili natomiast do podpisania apelu poparcia dla LaRouche’a prałata Jankowskiego, profesora Andrzeja Zajączkowskiego z Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego i profesora Stefana Kurowskiego z Porozumienia Centrum. Te podpisy ukazały się w płatnym ogłoszeniu wykupionym przez zwolenników LaRouche'a w „New York Times”. Na łamach „Gazety Wyborczej” sprawę zdemaskowali Piotr Amsterdamski i Jacek Kalabiński. Z tej trójki tylko prałat Jankowski zareagował honorowo: przysłał list do redakcji „GW” w którym przyznał, że wprowadzono go w błąd i wycofuje swój podpis. Profesor Zajączkowski przysłał mętny list, w którym wyjaśniał, że jego podpis oznaczał tylko postulat wydania na LaRouche’a sprawiedliwego wyroku a nie poparcie dla jego działalności. „Od dawna interesują mnie różne ruchy o orientacji chrześcijańskiej. Jednym z takich ruchów jest Instytut Schillera (...) podpisałem go tylko jako Andrzej Zajączkowski, nie jako członek ZChN” - pisał. W archiwum brak śladów o reakcji współautora programu gospodarczego Porozumienia Centrum. Zapewne Układ je usunął. Piotr Amsterdamski pisał, że LaRouche’a „w USA mało kto określa inaczej niż jako prawicowego lunatyka”. No właśnie to nie jest takie proste, bo na spotkaniu z PPS działacze Instytutu Schillera przedstawiali go z kolei jako lewicowego pogromcę korporacji i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. LaRouche zaczął swoją działalność jako trockista, w 1967 przeszedł na maoizm, dopiero około 1972 roku zaczął swoich zwolenników organizować w paranoiczną sektę (muszą zrezygnować z działalności zawodowej, poddaje się ich praniu mózgów zwanemu „ego stripping”, ludziom odchodzącym od sekty zdarzają się tragiczne wypadki). LaRouche ma coś miłego dla każdego radykała. Dla lewicowca: walkę z korporacjami i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Dla prawicowca: antysemityzm. Dla ufologa: ufologię. Dla denialisty globalnego ocieplenia - publikacje na łamach pisma „21st Century Science & Technology”. Na ile dobrze rozumiem główne ideologiczne przesłanie tego ruchu, chodzi w nim przede wszystkim o walkę z brytyjskim imperializmem. LaRouche w zasadzie wszystko potrafi zinterpretować jako próbę opanowania świata przez Wielką Brytanię, ostatnio tak interpretuje zwycięstwo Obamy. Bitelsów według niego stworzył wydział wojny psychologicznej wywiadu brytyjskiego, by uczynić amerykańską młodzież bardziej podatną na narkotyki - które sprzedaje jej międzynarodowa organizacja przestępcza kierowana osobiście przez królową Elżbietę. I’m shitting you not. Drogi kolego Macieju Tomaszewski z TVN24, który organ LaRouche’a zaliczyłeś do „renomowanych pism specjalistycznych”. Prałat Jankowski wyszedł na rozsądniejszą osobę od Ciebie.
sobota, 30 stycznia 2010
iPod przegra z Nomadem
Znalazłem dziś linka za sprawą którego poczułem, że byłem jednak niesprawiedliwy dla kolegów z portalu. Oto Slashdot - serwis, po którym człowiek mógłby się spodziewać jakiegoś poziomu. Hej, oni wynaleźli Galbę i Katarynę zanim jeszcze oboje zaczęli blogować! Komentarz do premiery pierwszego iPoda (autorstwa CmdrTaco): „No wireless. Less space than a nomad. Lame”. Dyskusja pod tekstem też fajna: „Raise your hand if you have iTunes ... Raise your hand if you have a FireWire port ... Raise your hand if you have both ... Raise your hand if you have $400 to spend on a cute Apple device ... There is Apple's market. Pretty slim, eh? I don't see many sales in the future of iPod”. (to z kolei komentator LoudMusic). A tu jeszcze ktoś w stylu Fotogenii wypowiada się jako zatroskany wielbiciel Apple: „I am very sad that Apple seems to be repeating the same mistake they made with the Cube - great, nifty product that anyone would love to own, except that it's burdened by an unbelievably poor price/performance ratio (...) All I can say is, as an Apple "fan", I'm sad”. iPod rzeczywiście okazał się taką samą wielką porażką jak iPhone. Triumf Nomada, a potem triumf Nokii Kret. Skrót., zapowiada niewątpliwy sukces dla wszystkich iMitacji iPada.
piątek, 29 stycznia 2010
Duch Technobloga nie ginie w portalu!
Nie ma takiej dyskusji, której nie można poprawić linkiem do Moronaila. Jakiś czas temu ukazał się tam komiks porównujący granie na pececie z graniem na konsoli. Jak widać po pierwszym kadrze, dowcip polega głównie na tym, że granie na konsoli wiąże się z różnymi uciążliwościami, które zaczynają się już na etapie kupowania gry. A na pececie wszystko wygląda tak: „click”. Ostatni obrazek przynosi puentę. Nie lubię tłumaczyć puent, ale inspiracją do tej blogonotki są teksty z portalu, których autorzy może tu zerkną, a więc trzeba przykroić pod ich percepcję. ![]() Dowcip, drodzy koledzy portalowcy, polega na tym, że z jednej strony na konsoli kupienie gry to przeważnie nie jest jedno „klik”. Z drugiej strony, konsolowy multiplejer to jedyna w swoim rodzaju rozrywka towarzyska. Na czym polega nowość iPada? Na tym, że giercowanie na nim łączy wszystkie zalety peceta - i wszystkie zalety konsoli. ![]() To jest konsola, na którą gry się kupuje przez jedno „click”. Mówiąc ściślej, domyślnie to są dwa kliknięcia - jednym wybieramy, drugim potwierdzamy. Można wyłączyć i ja nawet na początku wyłączyłem, ale potem przez pomyłkę zamiast piosenki „To Lose My Life” White Lies kupiłem cały album. Więc teraz zawsze na wszelki wypadek czytam treść okienka przed kliknięciem na potwierdzenie. Kolega Cieślak wyższość imitacji iPada - których niewątpliwie zobaczymy teraz cały wysyp - widzi w tym, że tam nie ma jednego sklepu z aplikacjami, w którym zakupy się robi przez jedno „click”. „Bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się wizja świata, w którym ktoś odgórnie decyduje, jakie aplikacje mogą być instalowane, a jakie nie” - pisze. A mi się podoba wizja świata, w którym w elektronicznym gadżecie najważniejsza jest wygoda obsługi, a nie ideologia Free Software. Przy tekście kolegi Koryszewskiego miałem jeszcze więcej ubawu, bo pokazał on, że duch ś.p. Technobloga jest wciąż żywy w portalu. Gdy wyszedł iPhone, technoblog uznał go za „porażkę”. Z iPadem przecież nie może być inaczej! Kolega Koryszewski rozważa możliwośc giercowania na iPadzie, ale demaskatorsko pyta: „Pozostają więc gry z iPhone'a, tylko że skoro można je mieć na iPhone'a, to po co kupować iPada?”. Wyjaśnię: niektóre gry, które wyszły już teraz, wyraźnie proszą o większy ekran („Sim City”). Znacznie mocniejszy procek będzie z pewnością kusić deweloperów do wypuszczania gier w wersjach wyłącznie na iPada, tak jak już teraz są ekskluziwy dostępne wyłącznie na Ajfona. Zasadniczy błąd takich tekstów leży oczywiście w podejściu autorów, którzy spodziewali się tabletu mogącego zastąpić komputer. Nie będę sprzedawać Macbooka po to, żeby kupić iPada. Nadal mój główny komputer będzie miał fizyczną klawiaturę, aluminiową obudowę i piętnaście cali ekranu. I niestety dwa kilo z okładem. Dlatego ucieszę się z możliwości by np. na prezentację zabrać iPada, a nie Macbooka. Takoż na krótki wyjazd, podczas którego wystarczy mi okrojony komputer jako internetowy komunikator i narzędzie do przenośnej rozrywki.
środa, 27 stycznia 2010
Althusserowska analiza „Ecrits” Lacana
A więc przepowiednia z „The Onion” się sprawdziła - Apple istotnie wypuści na rynek „a revolutionary new laptop with no keyboard”. Uwielbiam humor dowcipów w tle, których nie da się docenić bez stopklatki, radzę więc zwrócić uwagi co Macbook Wheel wyświetla jako dokończenie zdania, gdy bohater napisał „a”.
sobota, 23 stycznia 2010
Dunin o Michalskim, Michalski o Dunin
„Pierwszy raz zajęłam się Cezarym Michalskim w połowie lat 90., pisząc o „brulionie”. Wówczas prawie nikt jeszcze nie wiedział, kto zacz ten Michalski” - tak swoją obronę Michalskiego zaczyna Kinga Dunin. Ja w połowie lat 90. już wiedziałem kto to, bo moja pogarda wobec polskich prawicowych publicystów bierze się z wnikliwej obserwacji prawicowych czasopism, przede wszystkim „Frondy”. W której, tak się składa, właśnie w połowie lat 90. Michalski pisał o Kindze Dunin. Numer „wiosna/lato 1995” to cenny egzemplarz dla każdego kolekcjonera prawicowych kur(w)iozów. Wśród autorów publikujących w tym numerze jest generał Pinochet (fragment wspomnień), z innymi członkami junty ukazały się szalenie zakłamane wywiady. Przeprowadza je m.in. Jan Wróbel. Pytanie: „czy można sobie wyobrazić modernizację Chile bez dyktatury?”, odpowiedź: „Myślę, że w Chile nie było klasycznej dyktatury...”. Bezkompromisowy prawicowy poszukiwacz prawdy drąży dalej: „Ale niektóre gazety były kontrolowane?”, odpowiedź: „Oczywiście, i to było złe (...) Chodziło jednak tylko o niektóre komunistyczne pisma (...) w Chile zawsze była zachowana wolność słowa”. Ekipę #ttdkn powinien zafascynować „ekskluzywny wywiad” z „czeskimi znanymi uzdrowicielami i jasnowidzami”. Pytania brzmią mniej więcej tak: „Czy chodzi o tę kombinację mentalnej energii z siłą pęknięć tektonicznych na Filipinach, która tamtejszym lekarzom naturalnym pomaga w leczeniu”? „Tak, jest to właśnie ta kombinacja energii najwyższych supramentalnych struktur” - odpowiada jasnowidz i demaskuje to, jak za pomocą Kaszpirowskiego jakieś mroczne postkomunistyczne siły z Rosji opanowują supramelntalnie Polskę, Czechy a zaraz i Amerykę podbiją („obecność Kaszpirowskiego w tym kraju to wstęp do psychotronicznej wojny!”). Autor o pseudonimie Robertas Mazurkas, dziwnie podobnym do kolesia uważanego na prawicy za dowcipnego, prezentuje autorski „Przegląd prasy skinowskiej”. Przyszły polityk PiS Konrad Szymański protestuje przeciwko wpisaniu do projektu konstytucji zakazu dyskryminacji mniejszości seksualnych - po czym powołując się na badania starego dobrego doktora Camerona wdaje się w typowe dla prawicowej publicystyki wątki fistingu i jedzenia kału. A jednak to nie powyższe teksty uważam za najdebilniejszy punkt numeru. Niejaki Marcin Dominik Zdort w tekście „O podatek degresywny” pisze, że nawet podatek liniowy go nie zadowoli, bo powoduje on „wzrost obciążeń obywateli wobec państwa wraz ze wzrostem dochodów, choć znacznie mniej drastyczny, niż przy podatku progresywnym”. Marcin Dominik Zdort zamiast liniowego proponuje więc podatek degresywny, w którym po przekroczeniu kolejnych progów obniżane będą stawki. Proponuje dolną stawkę 30%, a potem kolejne: 15, 5, i wreszcie 1%. Ludzie, którzy matematykę znają choćby na poziomie wymaganym od absolwenta podstawówki, zapewne już rozumieją, gdzie autor zrobił błąd i dlaczego jego tekst mnie tak bardzo rozśmieszył. Prawicowcy pewnie nie zrozumieją. No trudno, niech znajdą jakiegoś cierpliwego lewaka, który im wyjaśni. Na tle Zdorta, Wróbla, Mazurkasa i czeskich jasnowidzów faktycznie zamieszczony w tym numerze tekst Michalskiego „Gdzie nie ma prawdy” nie jest jeszcze rekordowo głupi (proszę - gdy mogę o nim napisać coś ciepłego, to napiszę). Michalski zaczyna od przywołania swoich ulubionych filozofów: Ryszarda Legutki, Platona i Arystotelesa, by po typowym dla siebie rozwlekłym wstępie przejść do Kingi Dunin. Jako zwolenniczka political correctness (zdemaskowanej przez Michalskiego jako „marksistowska”), Dunin obiektywnie prowadzi nas do totalitaryzmu, twierdzi Michalski. „Co z tego, że po zwycięstwie political correctness na poziomie konstytucji i kodeksu karnego Kinga Dunin nie będzie chciała skazywać księży, rodziców i prawicowych felietonistów?” - pyta Michalski - „Ona będzie musiała to robić, tak jak musiały to robić jej sowieckie, hiszpańskie albo berlińskie poprzedniczki. Taka będzie bowiem logika języka zawłaszczonego przez ideologię”. Michalski niestety nie proponuje praktycznego sposobu na uwolnienie języka od ideologii, kończy swój esej powołując się na Wojciecha Cejrowskiego i jego maksymę „ciemnogród powinien się nauczyć właściwie czytać”. Kinga Dunin apeluje o „odpieprzenie się od Michalskiego”. Droga pani Kingo, robiłem sobie z tych ludzi jaja w 1995, będę je sobie robić nadal w 2010. Nie dam się zastraszyć ani pani osobiście, ani pani „sowieckim i berlińskim poprzedniczkom”! Edelweisspiraten gegen Feminazisten!
piątek, 22 stycznia 2010
Walka karnawału z postem
Burzliwe wydarzenia nie pozwoliły mi na uczczenie we właściwym momencie setnej pozycji w cyklu plejlistowym styczniowym rankingiem od czapy. Co czyni go tylko jeszcze bardziej od czapy, a więc jadziem. ![]() Zgodnie z tezą, że mój blog się nieustannie stacza od pierwszej notki (wyjaśniającej, dlaczego jest zielono na czarnym), na pierwszym miejscu wymienię pierwszą piosenkę. Cykl otworzył 4 sierpnia 2006 remiks „Radio #1” Air w wykonaniu Senora Coconuta. Nie wrzuciłem wtedy linka do jutubki - i teraz też go nie wrzucę, bo albo źle guglam, albo nie ma. Chętnym do poznania tego znakomitego remiksu pozostaje więc fragment w iTunes albo serwisy typu rapidshare (nikogo oczywiście do niczego nie namawiam, etc.). Bloga zaczynałem u szczytu kaczyzmu, wiedziałem więc, że tak czy siak, polityka będzie ważnym tematem. Nie chciałem jednak dopuścić do tego, żeby tak jak kaczyści stać tam, gdzie stoi teh drama. Chciałem, żeby mój blog stał tam, gdzie stoją teh lulz. Dlatego otwierając go założyłem, że będę miał stały cykl o muzyce, której aktualnie słucham, plus co miesiąc „ranking od czapy”. Wiedziałem, że jeśli damy się kaczystom wpuścić w poważną debatę typu „co z tą Polską”, to oni i tak wygrają. Z kaczyzmem chciałem walczyć w imię 3RP rozumianej jako kraju, w którym odkrycie fajnego remiksu jest ważniejsze od wyliczania Niemcom strat za Powstanie. Przez sto odcinków cykl służył mi więc jako moralna busola: „teh lulz, stupid!”.
Na drugim miejscu: floor filler z imprezy promującej moją książkę. Już choćby to wystarczy, żebym zapamiętał ten utwór na zawsze. A do tego jeszcze jest dla mnie czymś, co powinien mieć każdy Prawdziwy Polak, czyli Moim Wspomnieniem Śmierci Papieża. No i cóż się nadaje lepiej na kamień milowy wskazujący drogę od teh drama do teh lulz, od połączenia Bee Gees i „Pink Floyd The Wall”? Piosenka Pulpu „Common People” jest chyba pierwszym (?) przypadkiem czegoś, co po raz drugi ląduje w rankingu od czapy. Coż, z biegiem blogolat to nieuniknione. Nie mogę jej jednak teraz pominąć, bo to naprawdę jedna z moich najukochańszych piosenek ever. Z honorejbl menszyns: AC/DC (przyjeżdżają! już kupiłem bilet!), Dead 60’s, Yazoo i floor filler z dyskoteki w Tel Awiwie: jak widać, oni tam konsekwentnie stoją na gruncie teh drama. Dziwnym nie jest...
czwartek, 21 stycznia 2010
Genialny strateg lewicy
Środowisko „Krytyki Politycznej” obserwowałem dotąd z dystansem, ale i z sympatią. Za sprawą nowego stałego współpracownika sympatia zniknęła. Nie piszę tego w nadziei, że się tym jakoś specjalnie przejmą. Po prostu od tego jest osobisty blog, żeby dawać wyraz sympatiom i antypatiom - zespół Muse czy koncern Microsoft też nie mają powodu by się przejmować moimi opiniami na swój temat, a przecież wyrażać je będę jeszcze wielokrotnie. Problem z Cezarym Michalskim polega nie tylko na tym, że to jeszcze jeden z całej rzeszy prawicowych publicystów, których musieliśmy utrzymywać z naszych podatków i abonamentu. Jako skrajny relatywista cenię sobie kryterium oceny danej jednostki na tle ogółu populacji - same z siebie słowa takie jak „bogaty” czy „mądry” znaczą niewiele, ale już coś mówi usytuowanie danej osoby w dolnym czy górnym kwantylu. Słynny wywiad z Michałem Cichym pozwala na precyzyjne usytuowanie Michalskiego na etycznej osi polskich mediów. Spektakularne kłopoty Cichego trwały od kilku lat. Kiedy piszę „spektakularne”, mam na myśli właśnie ich widowiskowość: z czysto plotkarskiego punktu widzenia sprawa jest fascynująca, bo rozmaitymi rykoszetami sięga bardzo znanych osób. Michalskiemu chodziło tylko o to, o co mu zawsze chodzi, czyli o oplucie Michnika. Gdyby jednak ten wywiad prowadził jakiś dziennikarz „Faktu” czy „Superekspressu”, usłyszałby od Cichego jeszcze bardziej sensacyjne rewelacje na temat prawdziwych celebrytów. Dlaczego na miejscu Michalskiego nie było żadnego specjalisty od wieloryba Lolka? Michał Cichy miał dużo wolnego czasu i - z racji swojej wieloletniej pracy w dziale kultury - namiary na każdą znaną osobę, jaką chciał wciągnąć w wir swoich spraw. Więc dzwonił, dzwonił i dzwonił, aż już w końcu każdy w medialnej Warszawce albo sam odebrał jakiś dziwny telefon, albo przynajmniej odebrał go znajomy jego znajomego. Gdy o tym myślę, odczuwam sympatię do ludzi, do ktorych rzadko czuję sympatię: do prawicowych publicystów i dziennikarzy tabloidów. Sprawa kłopotów Cichego musiała być dla nich ogromną pokusą - bete noire od Powstania Warszawskiego łączy się w niej z takimi celebrytami, jacy dobrze wypadliby na okładce „Vivy” czy „Gali”. Temat samograj, lepszy od Piesiewicza. A do tego smakowity bonus: dokopanie konkurencyjnemu medium plus oplucie Michnika, co kusi przecież nie tylko Michalskiego. A jednak wszyscy przez kilka lat powstrzymywali pokusę, co dobrze świadczy o Warszawce: jest pełna ludzi, którzy usłyszeli o tej historii, ale nie skorzystali z łatwej okazj. Pojawienie się człowieka, który nie będzie miał takich skrupułów, było tylko kwestią czasu. To, że okazał się nim być Cezary Michalski, bardzo dużo o nim mówi. To, że Sławomirowi Sierakowskiemu to nie przeszkadza - też niestety dużo mówi o Sierakowskim. Nie mam pojęcia, co chce tym posunięciem osiągnąć genialny strateg lewicy polskiej. Wiem, co już osiągnął. Przeciętny członek redakcji tego do niedawna szacownego pisma statystycznie rzecz biorąc jest teraz szują.
sobota, 16 stycznia 2010
Pomnik Zaradnego Polaka
Redakcja „Stołka” miała niesamowity pomysł by uczcić swoje dwudzieste urodziny: reprint pierwszego numeru z 12 stycznia 1990, który składał się niemal wyłącznie z ogłoszeń drobnych. Ach, ta poezja „ogłoszeń drobnych” z lat 90. i ich "aaaaby fachowca!". Kompletnie absurdalne na dzisiejsze zwyczaje jest ogłoszenie podpisane przez czworo dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, którzy swoich wiernych czytelników (filuterny dopisek „o ile tacy istnieją”) zawiadamiają, że z powodu wyjazdu nie będą pisać przez dwa miesiące. Podpisano: „Olena Skwiecińska, Krzysztof Leski, Paweł Ławiński, Paweł Smoleński”. Ławiński i Smoleński są w „Gazecie” do dzisiaj, Leski to teraz czołowe pióro kaczystowskiego internetowego serwisu rzekomo informacyjnego a szybki gugiel odnalazł Olenę Skwiecińską będącą „Business Promotion Specialist” w ambasadzie Kataru. To dopiero kariera! Jednego można pozazdrościć Polakom ze stycznia 1990: repertuaru kin. For krain’ aut laud, w Atlantiku grali wtedy „Szklaną pułapkę”, w Bajce „Rybkę zwaną Wandą”, w kinie W-Z „Dzień szakala”, w Syrenie „Wirujący seks” i „Elektronicznego mordercę”, w Relaksie „Emmanuelle”, w Sawie „Emmanuelle 2”, a w Wiśle „Śmiertelnie mroźną zimę” (thriller cokolwiek zapomniany, ale wspominam go bardzo ciepło). Jakbym się cofnął wehikułem czasu, to bym latał od kina do kina - tym bardziej, że mam ogromny sentyment do tych kin, których już w większości nie ma. Karol Karski, czerwononosy renifer w styczniu 1990 reprezentujący pezetpeerowski PRON, a w styczniu 2010 reprezentujący antykomunistyczny PiS, przymierzał się właśnie wtedy do zamordowania kina „Tęcza”, które grało akurat głupawy polski film „Kung Fu”. Kino moralnego niepokoju, „fu” indeed. Nieźle wygląda też repertuar teatrów - „Brel” w Ateneum, „Tango” w Popularnym, „Muzykoterapia” w Rampie. Reszta ogłoszeń jednak dobitnie pokazuje, o ile uboższe było życie ówczesnych warszawiaków w wymiarze materialnym. Ogłoszenie motoryzacyjne to wtedy nie była całokolumnowa reklama promocji zeszłego rocznika u dealerów Suzuki czy Mitsubishi. Największe ogłoszenie w numerze zachwala „Błotniki wysokoudarowe, kompozyty poliestrowo-szklane Auto-Plast (R), do Volkswagena, Audi, BMW, Fiatów włoskich, Fordów...”. Wtedy drobnej blacharki nie robiło się w ASO z polisy, człowiek kombinował jak koń pod górkę z plastikową imitacją oryginalnej części. Ponadto w drobniejszych ogłoszeniach kupić było można „Dacię 1300 po generalnym remoncie”, „Zastawę po blacharce” albo „Syrenę R20, piec gazowy CO” (w jednym ogłoszeniu). Największym ogłoszeniodawcą numeru - który wykupił reklamę na pół strony - jest przedsiębiorstwo „Medicat Ltd” oferujące „elektroniczne wagi laboratoryjne” (a także: „pehametry, miliwoltomierze, elektrody pehametryczne i jonoselektywne”). Dlaczego akurat taka firma? Reklama konsumencka jeszcze wtedy praktycznie nie istniała. Pepsi-Cola nie musiała rywalizować o nasze portfele z Coca-Colą, tym bardziej nie Suzuki z Mitsubishi. Pojedynczy przedsiębiorczy ludzie zakładali jednak pierwsze firmy zakładając, że Balcerowicz nie Balcerowicz, zawsze tu będą istnieć jakieś szpitale i jakieś uniwersytety, więc ktoś te wagi analityczne kupi. Ogłoszenia turystyczne są cztery, w tym jedno wymiarowe. Biuro podróży Voytour oferuje „Bilety lotnicze. Wizy”. Prawda, przecież jak ktoś miał wtedy kaprys pofrunięcia sobie do Londynu na premierę na West Endzie, to nie wystarczał bilet, nie wystarczał dowód osobisty, trzeba było mieć wizę. Bez wizy wpuszczano nas tylko do Berlina Zachodniego ze względu na jego specyficzny status prawny. I oto w ogłoszeniu drobnym Biuro Turystyki, Wczasów i Wypoczynku „Dekadencja” sp. z o. o. Wwa ul. Ciasna 3a m 46 zaprasza na „Atrakcyjne, 3 dniowe wycieczki do Berlina Zachodniego jedynie za 110 tys. zł”. Oj, nie dla wczasów i wypoczynku się tam wtedy jechało, choć dekadencja może i jakaś się przy okazji wywiązała. Poza tym tylko dwa ogłoszenia w dziale „urlopy, podróże” naprawdę dotyczą wypoczynku. Brzmią one „Przyjmę dziecko na zimowisko” i „Wczasy narciarskie, mgr Buła”. Przyznam, że zawsze gdy oglądam stare gazety z początku lat 90., odczuwam ogromną dumę i sympatię gdy myślę o projekcie ustrojowym III Rzeczpospolitej. Taki skok cywilizacyjny w ciągu 20 lat nie dokonał się nigdy w historii tego kraju. Wiele firm ogłaszających się w pierwszym „Stołku” ma adresy ewidentnie w prywatnych mieszkaniach (np. „Naprawa PC/XT/AT/386 INITEL SERWIS Daniłowiczowska 18 m. 42”). Ci wszyscy ludzie zakładający te bieda-biznesiki powinni się kiedyś doczekać Pomnika Zaradnego Polaka - i ten pomnik powinien być tak wielki, żeby przyćmić wszystkie pomniki ofiar. Dosłownych i przenośnych.
wtorek, 12 stycznia 2010
A tocar (100)
Z wszystkich języków, których nie znam, najbardziej denerwuje mnie portugalski. „A tocar”? Co to ma wspólnego z francuskim „En lecture” czy włoskim „In riproduzione”? Nawet hiszpańskie „Ahora suena” brzmi jakoś mniej egzotycznie. Moja nieznajomość chińskiego czy japońskiego mniej mnie drażni, no bo wiadomo - inna kultura, zamiast starożytnych Rzymian mieli mnichów kung-fu, zamiast Zbyszka z Bogdańca mieli wiatry kamikaze, zamiast Jezusa Chrystusa objawiła im się Hello Kitty i tak dalej. Przyzwyczaiłem się, że moja byle jaka znajomość francuskiego (taka, żeby komiks przeczytać i zapytać „parlewuzangle?”), pozwala mi jako tako rozumieć inne języki z grupy romańskiej. Przynajmniej żeby w metrze zrozumieć napis „sprzedaż biletów”, a w piosence wiedzieć, czy jest o miłości czy o polityce. Ale z portugalskim? Nada, senior. Na słuch słyszę wyłącznie szeleszczenie, nie umiem nawet zacząć zgadywać, jak te słowa powinny być zapisane. Jak już znajdę tekst, dalej jestem bezradny. Tekst z angielskim komentarzem powinien mnie uratować, ale niestety jak u Dana Browna (#fail: on zupełnie szczerze wierzy w paranauki!), rozwiązaniem zagadki jest inna zagadka. Antonio Carlos Jobim własnoręcznie przetłumaczył swoją prześliczną piosenka „Águas de Março” na angielski, ale angielski tekst różni się od brazylijskiego na pierwszy rzut oka długością. Na drugi: sensem. W Brazylii marcowe wody to oznaka jesieni, u nas - wiosny. Tekst angielski prowadzi tytułową metaforę w kierunku wiosennych roztopów, portugalski raczej w kierunku „listopadowej ulewy”. Kontekst klimatyczny ułatwia zrozumienie początkowych słów - „patyk, kamień, koniec drogi”. Listopadowa deprecha jak w mordę strzelił (Brazylijczycy przeżywają ją w marcu? czy to im nie rzutuje na ten cały karnawał?). Do tej interpretacji nie pasuje mi jednak to, że w wersji, która mi wpadła w ucho (według Wiki, to wersja „definitive”, w duecie z Elis Reginą) wykonawcy są podejrzanie uchachani, pod koniec już otwarcie lolując. Brzmi to bardzo przyjemnie i podnosząco na duchu, ale jak to się na litość boską ma do tekstu? Z czym to się kojarzy komuś, kto rozumie ten szeleszczący język: z pastiszem? Z oksymoronem? Z jakąś metaforą, za którą nie nadążam? Dając wyraz swojej bezradności, przekleję interpretację od cioci Wiki: In both the Portuguese and English versions of the lyrics, "it" is a stick, a stone, a sliver of glass, a scratch, a cliff, a knot in the wood, a fish, a pin, the end of the road," and many other things, although some specific references to Brazilian culture (festa da cumeeira, garrafa de cana), flora (peroba do campo) and folklore (Matita Pereira) were intentionally omitted from the English version, perhaps with the goal of providing a more universal perspective. Muczos faking gracias, dalej nic nie rozumiem...
czwartek, 07 stycznia 2010
Rewolucja socjalistyczna w USA
Niniejsza skandalicznie długa notka jest zainspirowana stosownym rozdziałem z książki „What-Ifs? of American History”; kudosy dla autorki. Czytelników zaś zapraszam do zabawy: czy bez sprawdzania odgadniecie, gdzie tu następuje punkt rozłączenia, czyli odejście od historii rzeczywistej do alternatywnej? ![]() W swoje setne urodziny amerykańska demokracja sięga dna. W niesławie odchodzi rekordowo skorumpowana administracja Ulissesa Granta. Kolejowi magnaci, którzy swój majątek zawdzięczają rządowi - dał im w prezencie ziemię i wciąż składa lukratywne zamówienia - przechodzą do jawnej grabieży. Właściciele Erie Railroad Jay Gould i James Fisk, po skorumpowaniu otoczenia prezydenta, proponują udział w przekręcie nawet jemu. Gdy Grant jedzie należącym do nich pociągiem, w jednej z najpiękniejszych scen z historii kapitalizmu zaczepiają go mówiąc, że jest interes do zrobienia. Interes polega na spekulacji złotem przy pomocy banku-wydmuszki. Prezydent z oburzeniem odrzuca zaproszenie, ale nie robi nic by powstrzymać jej działania aferzystów. W efekcie Gould i Fisk wzbogacają się jeszcze bardziej, jak zwykle w kapitalizmie kosztem zrujnowania drobnych ciułaczy. Krach na giełdzie przyśpiesza ujawnienie kolejnej afery. Kongres płacił za budowę połączenia transkontynentalnego firmie, która zlecała to kolejnej firmie, która należała do tych samych osób. Zapętlenie obiegu pieniędzy pozwalało aferzystom zajumać połowę z tego, co na budowę Union Pacific wydali podatnicy. W aferze brało udział kilkudziesięciu kongresmenów i członkowie administracji, dzięki czemu wszystko w końcu zatuszowano. Wybory w głosowaniu powszechnym wygrywa Samuel Tilden, ale 20 głosów elektorskich pozostaje nieobsadzone. Pochodzą m.in. ze stanów południowych, w których nadal tli się zbrojna irredenta. Kolegium elektorskie nie może się zebrać. Parlament powołuje grotestkową komisję by ustalić, kto w ogóle te wybory wygrał. Po czteromiesięcznym klinczu Thomas Alexander Scott, prezes Pennsylvania Railroad - wówczas największej korporacji świata - proponuje południowcom deal: poprą republikanina Rutherforda Haysa. W zamian za to Hayes wycofa wojska federalne z Południa (de facto dając wolną rękę Ku-Klux-Klanowi) a magnaci kolejowi wybudują połączenie Południa z Pacyfikiem. Deal przechodzi: po raz pierwszy w historii USA prezydentem zostaje kandydat, który dostał mniej głosów od rywala. Oligarchowie odbierają to jako sygnał: kupiliśmy Biały Dom! Jesteśmy bardziej bezkarni niż za Granta! Już 1 czerwca 1877 Scott ogłasza redukcję zarobków w Pennsylvania Railroad o 10%. Za nim idą inni kolejowi magnaci. W tym samym czasie jeden z nich - Leland Stanford - buduje sobie baśniową rezydencję w San Francisco. W czerwcu 1877 w Pensylwanii ma miejsce egzekucja 10 górniczych związkowców (tzw. Molly Maguires), którym nie udowodniono niczego poza wygłaszaniem przy piwie pogróżek pod adresem pracodawców. Inni górnicy próbują ich uwolnić, ale miejsce straceń skutecznie chronione jest przez prywatną policję przemysłową, tzw. Coal and Iron Police. 17 lipca iskra wpada w beczkę prochu. Zdesperowani obniżką kolejarze blokują stację węzłową w Martinsburgu. Blokada wywołuje reakcję łańcuchową w całej sieci. Gubernator wzywa Gwardię Narodową, ale gwardziści - sami będący często sąsiadami czy przyjaciółmi strajkujących - przyłączają się do nich. Inaczej to wygląda 20 lipca w Baltimore, gdzie dwa pułki Gwardii przypuściły szturm na strajkujących. Ginie 10 kolejarzy, 25 jest ciężko rannych, ale to pyrrusowe zwycięstwo dla oligarchów: dworzec staje w płomieniach, ruchu na kolei nie można przywrócić. Jeszcze brutalniej przebiega odbijanie dworca w Pittsburgu. Tutaj zginie około 40 strajkujących, ale ci przejdą do kontrataku - gdy Gwaria Narodowa zabarykaduje się parowozowni, zniszczą ją rozpędzając płonące wagony towarowe. W toku walk stacja ulegnie kompletnemu zniszczeniu. 24 lipca fala strajków dociera do Chicago. Tutaj staje już cały przemysł. Uliczne bitwy nie toczą się już o kontrolę nad konkretnymi budynkami ale w rejonie całego miasta. Zginie około stu osób. Względny spokój utrzyma się w Saint Louis, ale tylko dzięki temu, że pozwolono komitetowi robotniczemu de facto objąć władzę nad miastem. Zachodnim wybrzeżem władają oligarchowie: San Francisco jest sterroryzowane przez ich prywatną bojówkę. Strajkujący w Saint Louis powiązani są z Robotniczą Partią Stanów Zjednoczonych (WPUS) - pierwszą marksistowską partią w USA i drugą na świecie (po niemieckiej SPD). Karol Marks obserwuje amerykańskie wydarzenia z perspektywy Londynu; jako tradycyjny pesymista spodziewa się triumfu oligarchii, ale w liście do Engelsa pisze 25 lipca, że „całkiem smaczny sos tam mieszają”. Świeżo zaprzysiężony prezydent Hayes gdzie może, wysyła wojska federalne. Ale niewiele może. USA ma w tej chwili 25.000 żołnierzy, większość zaangażowaną na Pograniczu. Rok wcześniej Siedzący Byk zanihilował pułk kawalerii. Bez stałej obecności kawalerii grozi więc utrata kontroli nad terytoriami indiańskimi. T.A. Scott wie, że dla niego to walka o wszystko. Żąda od prezydenta wprowadzenia stanu wyjątkowego i udzielenia pełnomocnictw pozwalających jego bojówkarzom rozprawić się z komunistycznymi wichrzycielami w całym kraju. Ma dwa nieodparte argumenty: po pierwsze, w Kalifornii to zadziałało. Po drugie, niech pan nie zapomina, panie prezydencie, kto panu kupił to stanowisko. 28 lipca prezydent ulega. Komitet Przywrócenia Ładu Publicznego (ORC), na czele którego stoi Scott, dostaje nieograniczone uprawnienia. Jawne pogwałcenie konstytucji sprawia, że posłuszeństwo Hayesowi wypowiadają jednak gubernatorzy stanów zdominowanych przez demokratów. Pojawia się hasło impeachmentu, ale Kongres nie może się zebrać. Lojalna wobec ORC armia złożona z najemników Pinkertona i dwóch pułków kawalerii próbuje opanować Saint Louis, ale gwardia narodowa w Missouri przeszła na stronę strajkujących. Oddziały ORC tracą kilkudziesięciu ludzi i tracą wsparcie kawalerzystów - pułkownik Merritt ogłasza, że dekret Hayesa jest niekonstytucyjny i odmawia wykonywania rozkazów póki nie wyłoni się legalny rząd. Ale skąd ma się wziąć? Hayes oddał realną władzę Scottowi, Kongres nie może się zebrać, coraz więcej miast opanowują komitety robotnicze. 3 sierpnia w Atlancie spotykają się gubernatorzy pięciu stanów południowych, z których właśnie wycofano wojska federalne. Ogłaszają odtworzenie Konfederacji wobec de facto rozpadu Unii. W ciągu tygodnia przyłączają się do nich kolejne trzy stany. W odpowiedzi WPUS proklamuje radę robotniczą, na czele której staje związkowy przywódca Daniel DeLeon. Związkowcy przywracają łączność na liniach kolejowych, które są pod ich wyłączną kontrolą. Lojalność wobec WPUS deklarują kolejne oddziały Gwardii Narodowej i wojsk federalnych. Tylko w Nowej Anglii dochodzi do starć w Bostonie. Secesję ogłaszają stany, którym udało się uniknać zamieszek: Texas, Vermont, New Hampshire i Maine. Rdzenni Amerykanie po zniknięciu wojsk federalnych proklamują z kolei w Oklahoma City państwo Sequoyah. O kontrolę nad pogranicznymi terytoriami Kolorado i Utah będą z nimi zaciekle walczyć siły lojalne wobec ORC. W roku 1879 na terenie dawnych USA mamy więc serię nowych państw: skupioną na Zachodnim wybrzeżu oligarchiczną republikę, której pierwszym tymczasowym prezydentem zostaje T.A. Scott. Środek zajmuje państwo Sequoyah plus niepodległy Teksas. Potem mamy UWSA, czyli United Worker States of America z De Leonem jako Przewodniczącym Federacyjnej Rady Robotniczej i CSA na południu, plus niepodległe stany Nowej Anglii. W nowojorskim porcie przewodniczący DeLeon i rozentuzjazmowane tłumy witają Karola Marksa, który wraz z Jenny von Westphalen chce ostatnie lata życia spędzić w pierwszym wyzwolonym państwie świata. Na ich cześć lokalna rada robotnicza zmienia nazwę Martinsburga - w którym zaczęła się rewolucja - na Karl-Marx-City, West Virginia.
wtorek, 05 stycznia 2010
Szukając Absolutu (2)
Wybitnie nie chce mi się pisać notek na aktualne tematy. Wrócę więc do cyklu o poszukiwaniu Absolutu (może być Finlandia), w którym definiować będę swoje światopoglądowe podstawy, od czasu do czasu wyłążące w dyskusjach na inne tematy. Podstawą mojego światopoglądu jest świecki humanizm. To nie znaczy, że nie umiem całkować, chociaż pewnie z braku praktyki bym musiał teraz sprawdzać podstawowe wzory w tablicach (chyba że chodzi o oznaczoną podaną analitycznie, to bym trzasnął prostą numeryczną aproksymację). To znaczy, że uważam siebie za dalekiego spadkobiercę oświeceniowego humanizmu, który podstawy etyki przeformułował z „nie wolno czynić zła bo Panbóg zabronił” na „nie wolno krzywdzić ludzi - bo nie”. Humanista uważa, że wszystkim ludziom należy się pewien podstawowy zespół praw po prostu dlatego, że są ludźmi - nie muszą sobie na te prawa w żaden sposób zasłużyć czy zapracować, automatycznie nieważny jest też akt prawny, który by je im odbierał. Filozoficznie rzecz biorąc, świecki humanizm nie jest bardzo daleki od chrześcijańskiego personalizmu, który w centrum umieszcza ludzką osobę, obdarzoną podmiotowością przez Boga. Ja jednak jako świecki humanista powtórzę za moim oświeceniowym praprzodkiem jego rewelacyjny greps o „zbędnej hipotezie”. Jeśli ktoś do bycia uczciwym potrzebuje stworów nadprzyrodzonych (bo gdyby nie obawa przed karą, od razu zacząłby kraść, gwałcić i mordować), to ja od tego kogoś wolałbym nie kupować używanego samochodu. Człowiek prawdziwie uczciwy wybiera dobro dlatego że jest dobrem, a nie dlatego, że się boi piekła. W praktyce jednak humanizm i personalizm rozmijają się przy zagadnieniu „występków bez ofiary”. Humanista będzie bardziej otwarty np. na zezwolenie ludziom na świadome robienie sobie krzywdy bez krzywdzenia innych, na przykład w postaci palenia marihuany w wyspecjalizowanym lokalu. Zaznaczam „bardziej otwarty”, bo nie posuwam się aż do utylitaryzmu. Nie wierzę w sens definiowania etyki przez bilansowanie przyjemności i cierpienia, bo uznaję występki takie, jak desekracja zwłok czy przymusowe wynarodowienie. Stosunek do humanistycznego dziedzictwa zawsze dzielił lewicę, szczególnie w tradycji marksistowskiej (może mam po prostu mózg zlasowany przez Laskowskiego, Ryszkę i Grynberga, ale z ich książek wyłania się obraz anarchizmu jako lewicowego nurtu konsekwentnie humanistycznego). W tradycji marksistowskiej zetknąłem się z dwoma rodzajami argumentów przeciw humanizmowi. Po pierwsze, „jednostka ludzka” to pojęcie ulotne. Nawet o tym, że jesteśmy „jednostkami ludzkimi” dowiadujemy się od społeczeństwa dorastając. Bez społeczeństwa (a więc m.in. rodziny) jednostka ludzka ma niewielkie szanse na biologiczne przetrwanie, a jeśli nawet dożyje pełnoletności, to będzie to jakaś przerażająca historia w rodzaju Kaspara Hausera. Dlatego dyskurs humanistyczny jest w najlepszym wypadku ładnym pustosłowiem (tak to widział chyba sam Marks), bo skoro społeczeństwo określa jednostkę, wyzwolenie jednostki może nastąpić tylko przez wyzwolenie całego społeczeństwa. Jeśli dyskurs humanistyczny przeszkadza w rewolucji - do diabła z nim. Odrzucam ten argument, bo nie jestem ani zawodowym filozofem ani zawodowym rewolucjonistą. Nie przeszkadza mi to, że między „jednostką” a „społeczeństwem” zachodzi uwikładnie typu „kura-czy-jajko”, bo nie buduję systemu, który ma być spójny i przejść czyjś peer-review. Nie interesuje mnie też to, co przeszkadza rewolucjonistom w ich obowiązkach - oni nie będą za mnie odwalać moich. Drugi argument to argument z relatywizmu historycznego: humanizm w obecnym znaczeniu ma najwyżej dwa-trzy stulecia. Przyszłe pokolenia nieuchronnie w końcu przejdą coś nowego, na przykład - jak sugeruje Peter Singer - odrzucą nasz szowinizm gatunkowy i przyjmą jakąś optykę trans- czy posthumanistyczną. Odrzucam go kontrargumentem pochodzącym z tego samego relatywizmu: jeśli ktoś przemawia z punktu widzenia przyszłych pokoleń, to niech daje przyszłoroczne notowania WGPW, albo niech się szadafakapnie. Jestem człowiekiem swojej epoki, swojego kręgu kulturowego, swojej klasy społecznej wreszcie - nie zamierzam więc udawać islamisty, chłoporobotnika albo człowieka innej epoki. To prawda więc, że świecki humanizm to filozofia współczesnej euroamerykańskiej klasy średniej, ale co z tego? |