Zapraszam do kupowania - nie trzeba mieć iPada, wystarczy być jedną z tych osób, które deklarowały, że chętnie by wniosły mikropłatność za czytanie bloga, gdyby była taka możliwość. No więc już jest :-). W wersji demo obiecywałem promocję drinkową dla tych, którzy wcześniej kupili papierową książkę. Oto jej zasady:
1. Cała promocja ma charakter żartu towarzyskiego. Nie stanowi oferty w rozumieniu prawa cywilnego ani prawa gospodarczego. Przepisami regulującymi promocję będą niepisane reguły grzecznościowe dotyczące okoliczności, w jakich jedna dorosła osoba może inną dorosłą osobę poprosić o postawienie drinka oraz ogólne zasady współżycia społecznego.
2. Z zastrzeżeniami wspomnianymi w punkcie (1), Promocja dotyczy Autora książki „Co to są sepulki? Wszystko o Lemie” (zwanej dalej Książką) oraz aplikacji „Lemologia” (zwanej dalej Aplikacją), którego to Autora nazywamy dalej - jakżeby inaczej - Autorem, oraz Czytelnika, który jedno i drugie kupił za pieniądze. Osoba, która książkę lub aplikację zajumała z internetu, wyklucza siebie z udziału w Promocji i - quite frankly - z grona osób, z którymi Autorowi w ogóle chciałoby wspólnie wypić cokolwiek.
3. Autor zastrzega sobie prawo do sprawdzenia oryginalności Aplikacji na sprzęcie okazanym przez Czytelnika oraz do weryfikacji faktu nabycia Książki przez Czytelnika (najprościej przez jej okazanie). Autor odmawia uznawania dowodu w postaci ustnej deklaracji. Inne dowody takie jak faktura VAT albo poświadczone notarialnie zeznania dwóch świadków, mogą być uznawane na zasadzie dyskrecjonalnej decyzji Autora (z zastrzeżeniami wspomnianymi w punkcie (1)).
4. Czytelnik godzi się z tym, że Autor w okazanej mu książce zostawi pamiątkową dedykację, która to dedykacja - bądźmy szczerzy - ma też służyć kontrolowaniu zasady „jedna książka - - jeden drink”. Jeśli zostaną dopuszczone dowody zakupu opisane w punkcie (3), dedykacja musi się znaleźć na nich.
5. Drink nie musi być napojem alkoholowym, ale musi być standardowym napojem z oferty lokalu gastronomicznego, w którym doszło do spotkania Autora i Czytelnika. Przez „standardowy” rozumiemy to, że zamówienie do kelnera, barmana lub inną osobę odpowiedzialną w tym lokalu za obsługę klienta, formułujemy z użyciem słów takich, jak „kubek”, „szklanka”, „lampka” lub „kieliszek”.
6. Promocja nie dotyczy napojów, które w ofercie lokalu gastronomicznego opisane są z użyciem słów takich jak „dzbanek”, „butelka”, „karafka”, „pitcher”.
7. Promocja nie dotyczy terytorium następujących państw: Szwecja, Norwegia, Finlandia, Monaco.
8. Autor zobowiązuje się w miarę możliwości towarzyszyć Czytelnikowi podczas picia, ale Czytelnik musi (w ramach niepisanych reguł towarzyskich wspomnianych w punkcie (1)) zrozumieć to, że Autor może być w innym towarzystwie, może się gdzieś śpieszyć, może mieć ciężki dzień. A co gorsza, może być w pracy lub być samochodem, więc do towarzystwa popijać będzie soczek albo latte (Autor uprzedza, że może przy tym rzucać kwachami typu „#jakiemojezyciejestnudne”, jak to ma niestety w zwyczaju).
9. Czytelnik korzystający z Promocji akceptuje to, że niepisane reguły towarzyskie wspomniane w punkcie (1) na wstępie wykluczają pewną grupę ludzi z grona osób, mogących poprosić Autora o postawienie drinka. Kryterium wykluczenia może być stan nietrzeźwy (według arbitralnej oceny Autora), bycie prawicowym publicystą lub inne czynniki tego typu. Komu brak instynktownego zrozumienia, w jakich okolicznościach propozycja wspólnego drinka jest niestosowna - ten wyklucza się ipso facto. Stosowność podlega arbitralnej ocenie Autora.
10. Regulamin promocji może się zmieniać, o czym autor powiadamiać będzie na blogu. Autor z pewnością będzie miał przy sobie takie czy inne urządzenie ze ślicznym jabłuszkiem na obudowie, na którym będzie można sprawdzić wersję bieżącą; decyduje wersja okazana przez Autora.
11. Powyższe brzmi, jakby Autor się chciał wykręcać, ale to nie jest jego intencją. Autor bardzo lubi Czytelników zdefiniowanych tak, jak w punkcie (2). Regulamin służy, jeśli w ogóle, chronieniu przed natręctwem osób opisanych w punkcie (9).
W papierowej „Świątecznej” ukazał się dwugłos mój i Witolda Gadomskiego o Margaret Thatcher, w którym mi przypadła rola jej demonizacji, Witkowi zaś: angelizacji. Obaj chyba z przyjemnością wcieliliśmy się w prokuratora i obrońcę pani premier, a ja wkrótce miałem okazję się jeszcze bardziej utwierdzić w swoim potępieniu jej polityki. Wichry żurnalizmu zaniosły mnie na Wyspy Brytyjskie, gdzie na pierwszych stronach gazet - od Financial Times do śniadania po Standarda otrzymanego w metrze - wciąż widziałem nagłówki sprowadzające się do „Wielka Brytania walczy z dziedzictwem Thatcher”. Oczywiście, nie dosłownie takim. Ale o co innego chodzi w otwarciu z weekendowego „Financial Times”, ogłaszającego, że „Cameron wzywa do rozejmu w sprawie premii dla bankowców”? To dalszy ciąg sporów, które parę miesięcy temu prof. Ha-Joon Chang przytoczył w rozmowie ze mną jako przykład tego, ze wiatr zaczyna wiać w dobrym kierunku. Bob Diamond, prezes banku Barclays, któremu wymknęła się głupowata odpowiedź, że „czasy przepraszających bankierów się skończyły”, przyciągnął zainteresowanie opinii publicznej na swoje skandalicznie wysokie zarobki. Klienci ogłosili przenoszenie swoich kont do konkurencji w ramach kampanii „Move your money”, a politycy prześcigać w pomysłach na instytucjonalne ograniczenie zarobków w City. W tym: politycy rządu liberalno-konserwatywnego. „Rozejm” ogłoszony przez Camerona nie oznacza rozejmu między wrogami i przyjaciółmi Boba Diamonda, oznacza rozejm między ministrami Camerona. Wymknięcie się prezesowskich zarobków spod kontroli publicznej to właśnie dziedzictwo Thatcher. W 1995 roku Will Hutton w książce „The State We’re In” przytaczał pierwsze szokujące przykłady tej niegospodarności, np. 3,2 miliona funtów, które David Dworkin dostał za półroczne prezesowanie BHS. Gdy czytałem tę książkę, Thatcher odwiedziła Polskę i polscy dziennikarze dosłownie nie wiedzieli, w jaką jeszcze część ciała mają ją pocałować. Obserwowałem to z obrzydzeniem i już niestety z bliska (stawiałem właśnie pierwsze kroki w zawodzie jako ogólne popychadło w „Sztandarze Młodych”). Gdy przytaczałem dane z tej książki, koledzy dziennikarze odpowiadali klasycznym neoliberalnym ideolo, że jeśli prezes tyle dostaje - to widocznie jest tyle wart (rynek z definicji nie moze się mylić). Dziś tak nie rozumuje nawet Financial Times. Obok: miliarder Nat Rothschild przegrał proces o zniesławienie wytoczony „Daily Mail” za złośliwą relację z jego dziwnej wycieczki dla Lorda Mandelsona, ówczesnego komisarza handlu. Wyjazd miał nie do końca jasny charakter, częściowo turystyczny, a częściowo oficjalny (na podkreśleniu tego drugiego zależało oligarsze Olegowi Deripasce). Sędzia oddalił pozew, kazał Rotschildowi zapłacić 200.000 funtów za koszty postępowania i dodatkowo potępił za „niewłaściwe na wiele sposobów” zachowanie, narażające Lorda Mandelsona na oskarżenie o konflikt interesów. „Od osoby zajmującej publiczne stanowisko (...) wymagane jest jasne rozgraniczanie życia publicznego i prywatnego”. A to nowina. Gdzie się podział torysowski „kapitalizm dżentelmenów”, gdy lord dawał baronowi łapówkę, sędzia hrabia ich uniewinniał, po czym wszyscy trzej szli do klubu dżentelmenów? Podstawą thatcheryzmu było przemieszanie życia publicznego i prywatnego, co można choćby ze zgrozą śledzić teraz, gdy skandal podsłuchowy pozwala zrozumieć zasady funkcjonowania imperium Murdocha. Myślałem, że chociaż w jednej kwestii dziedzictwo Thatcher się broni - że Anglia przestała być, jak w latach 70., krajem ludzi marznących zimą w ciemnych mieszkaniach, bo związki znów zgasiły światło. Ale gdzie tam. Czołówka z „The Independent”: „Skończyć z energetycznym zdzierstwem”. 5,5 miliona gospodarstw domowych jest niedogrzanych, bo mieszkańcy muszą wybierać między ogrzewaniem a jedzeniem. Powoduje to szacunkowo trzy tysiące zgonów rocznie. Tymczasem energetyczna wielka szóstka ma rekordowe zyski, a prezesi wypłacają sobie krociowe zarobki. „Independent” drukuje zdjęcia tych uroczych misiaczków z konkretnymi sumami: Sam Laidlaw z Centrica - przeszło dwa miliony rocznie, Ian Marchant z SSE, skromy milionik i ćwiarteczka na pociechę. Komentarz redakcyjny: „W ciężkich czasach nie można tolerować nieposkromionej chciwości Wielkiej Szóstki”. Cóż, natura nie znosi próżni. Kiedyś Anglia nie chciała tolerować chciwości związkowców, to teraz musi tolerować chciwość prezesów. Z dwojga złego ja bym już wolał tolerować Scargilla niż Diamonda z Laidlawem.
Poodrzucałem ostatnio sporo zaproszeń na różne debaty o ACTA, bo aż tak bardzo ten temat mnie wbrew pozorom nie kręci. Za to kiedy portal zadał pytanie o najlepszy utwór z płyty „Unknown Pleasures” - jestem gotów rzucić wszystko i udzielić odpowiedzi z uzasadnieniem. „Shadowplay”, oczywiście. Gdyby kogoś poprosić o zanucenie tego utworu, zanuci linię basu - co nie jest typowe dla muzyki rockowej, ale jest częste w przypadku Joy Division. „Shadowplay” basem stoi. Szóstka oczywiście parokrotnie się odzywa i zgodnie z regułami gatunku daje nawet solo, jak Chuck Berry przykazał, ale wyobraźmy sobie taką sytuację, że na źle przygotowanym koncercie w jakimś obleśnym klubie gitarzyście wypada kabel i na chwilę instrument milknie. Gdyby wypadł Bernardowi Sumnerowi, zespół mógłby kontynuować udając nawet, że to tak specjalnie (jak to się zdarzało na wczesnych koncertach Kultu). Szóstka i tak w tym utworze pojawia się i znika, jedno zniknięcie więcej zmusiłoby do jakiejś elastycznej reakcji, ale nie zaburzyłoby to konstrukcji utworu. Gdyby kabel wypadł Peterowi Hookowi - koniec. Nie ma piosenki. To jego bas przeprowadza nas przez tę opowieść od pierwszego dźwięku do ostatniego. No właśnie, opowieść. Przejdźmy już do tekstu, bo nim właśnie ta piosenka zadaje coup de grace malkontentom. Pierwsze zdanie „To the centre of the city where all roads meet” zawiera ładną, realistyczną metaforę. Ciągle mi się przypomina, gdy sam jadę samochodem - „centrum miasta jako miejsce, w którym spotykają się wszystkie drogi”. Zdarza mi się zanucić linię basu ze Shadowplay, gdy ustawiam samochodową nawigację na przecięcie drogi numer fafnaście z drogą numer fafdziesiąt. Dopiero niedawno odwiedziłem Manchester i mogłem zobaczyć centrum tego miasta i pierwsze miejsce pracy Iana Curtisa - absolutnie przerażający modernistyczny wieżowiec w najgorszym stylu beton brut. Kiedy pracował tam Curtis, budynek był w stanie upadku, dopiero w latach 90. poddano go remontowi kapitalnemu. Po którym nadal jest parszywy. Drugie zdanie „To the depths of the ocean where all hopes sank” buduje metaforę podobną, ale w odróżnieniu od poprzedniej - już oderwaną od realizmu. To sygnał, że w tej opowieści będziemy poruszać się między metaforami opisującymi rzeczywistość, a metaforami opisującymi senny koszmar i depresyjne stany uczuciowe. No i z tym sygnałem wchodzimy w zwrotkę o tytułowej grze cieni. Co tu się dzieje? Czy obserwujemy coś, co miało miejsce w jakimś prawdziwym pokoju w centrum miasta, czy ten pokój też jest metaforą? Kto jest adresatem wciąż powracającym w frazach „waiting/searching for you”? „Your guess is as good as mine”, że zacytuję inny zespół, który Joy Division bardzo dużo zawdzięcza. Ale opowiedzenie takiej historii z zachowaniem takiej wieloznaczności i metafor jednocześnie klarownych i wymykających się łatwej interpretacji: to jest tekściarskie mistrzostwo świata. Z moim poczuciem sprawiedliwości to nie jest nijak sprzeczne, że Deborah Curtis i jej spadkobiercy będą na tym mogli zarabiać do 1 stycznia 2050. Za to, co ta kobieta przeszła „na dnie oceanu, gdzie zatonęła wszelka nadzieja”...
Jak prawie wszyscy dziennikarze, serdecznie kocham Centrum Cyfrowe Projekt Polska, będące częścią Fundacji Projekt Polska. Trudno ich nie lubić, skoro to bardzo sympatyczni ludzie, od Jarosława Lipszyca po Szymona Gutkowskiego. Mam jednak nieprzyjemne wrażenie, że żurnalistom z entuzjazmem reagującym na badania i raporty ogłaszane przez CCPP nie chciało się czytać wyjściowych materiałów i po prostu wierzą przedstawicielom CCPP na słowo, gdy ci ogłaszają, że jakieś ich badanie coś potwierdziło albo udowodniło. Ja niestety jestem urodzonym niedowiarkiem. „Protest w sprawie ACTA to walka młodych o wolność w internecie – potwierdzają wyniki badań” - głosi CCPP. A Jarosław Lipszyc sekunduje na fejsie, że to „nie-sa-mo-wite badanie”. O RLY? Zacznijmy od najważniejszego: „badanie sondażowe zostało przeprowadzone przez instytut MillwardBrown SMG/KRC w dniach 28 – 29.01 na reprezentatywnej próbie 1003 Polaków”. Tysiąc osób to minimum, schodzenie poniżej którego daje wyniki pozbawione sensu. Wiadomości typu „dana partia traci/zyskuje poparcie wśród młodzieży” to typowe portalowe śmieciowe newsy. Jeśli populacja tych młodych w próbce to np. 128 osób (a tak mamy w tym przypadku), to podawanie danych procentowych jest zbrodnią na szlachetnej sztuce statystycznej obróbki danych. Tymczasem w owym „nie-sa-mo-wi-tym badaniu” to zbrodnia popełniana seryjnie. „Takiego zdania jest tylko 12 % młodych ankietowanych”, „Aż 13% młodych Polaków jest osobiście zaangażowanych w protest”, „aż o 15% mniej niż wśród młodych Polaków” to dosłowne przeklejki z badania. 100% autorów bloga „Ekskursje w dyskursie” uważa, że te wyniki są statystycznie nieistotne. A w jaki sposób „wyniki badań potwierdzają, że protest o ACTA to walka młodych o wolność w internecie”? W taki, że w niewielkiej grupce najmłodszych uczestników badania 43% wybrało opcję „chodzi o wolność”, a 57% inne opcje. Opcje w sumie były cztery. Nawet gdyby próbka była dość duża, żeby te procenty można było potraktować serio (a nie jest i nie można), to też by nie potwierdzało tytułowej tezy. Szkoda, że szanowne CCPP nie widzi różnicy między „badania pokazują popularność tezy A” a „badania potwierdzają tezę A”. Dużo zastrzeżeń mam też co do raportu Hofmokl, Filiciaka i Tarkowskiego, rozreklamowanego m.in wywiadem w „Gazecie Wyborczej” zatytułowanym „My, piraci, elita”. Podstawową tezę tego raportu sprowadzoną do „piraci najwięcej wydają na kulturę” musiał już usłyszeć każdy, bo ostatnio strach lodówkę otworzyć. Szereg zastrzeżeń przedstawiłem w felietonie w „Dużym Formacie”. CCPP deklaruje „to nie jest raport o piractwie”. Autorzy używają określenia „nieformalny obieg kultury” uzasadniając to tym, że „piractwo” stygmatyzuje, a to nie służy budowaniu dialogu. Mętne pojęcia o niejasnej definicji szkodzą dialogowi jeszcze bardziej. O ile piractwo to pojęcie stosunkowo klarowne (chodzi o naruszanie własności intelektualnej), czym u licha jest „nieformalny obieg kultury”? Czy to dokładnie to samo co piractwo, czy jednak są jakieś różnice i można być pirackim, ale formalnym albo nieformalnym, ale niepirackim? Autorzy nigdy tego nie definiują wprost. Najbliższe definicji jest zdanie na dole strony piątej - „W sferze nieformalnej, rozumianej jako wymiana książek, muzyki i filmów w postaci cyfrowej za pośrednictwem internetu, bierze udział co trzeci Polak”. To fajnie, że autorzy na piątej stronie zauważyłi, że już od pewnego czasu używają niezdefiniowanego pojęcia, więc warto by w końcu wyjaśnić, jak je rozumieją. Tylko że oczywiście rozumienie ze strony piątej ma zakres znaczeniowy nieporównanie szerszy od pojęcia „piractwa”. Legalne kupienie czegoś w iTunes czy Amazonie spełnia definicję ze strony piątej. Ja ją oczywiście także spełniam, ale wtedy wychodzi na to, że autorzy dobrali definicję tak, żeby spełniał ją po prostu każdy internauta. O to chodziło? Co do tego, ile kto wydaje na kulturę - autorzy raportu wierzą na słowo ankietowanym. To tak, jakby w ramach raportu o polskich kierowcach zamówić w SMG-KRC pytanie „jakim jesteś kierowcą”, a potem ogłosić, że 99% jest powyżej przeciętnej. O mojej sympatii do CCPP(bczFPP) niech świadczy to, jak mało złośliwie jest napisana ta notka. Wyobraźcie sobie mój komentarz do raportu konserwatywnego think tanku, któremu by wyszło, że homoseksualizm jest szkodliwy dla młodzieży (bo tak uważałoby 43% ze 128 osób...)
Obejrzałem sobie na #TVN Tolkiena według Jacksona, po raz kolejny zdumiony tym, jakie to dobre filmy są jednak. Do Tolkiena, jak dawałem temu wielokrotnie wyraz, stosunek mam raczej ambiwalentny - doceniam jego rolę jako twórcy gatunku, ale wolę późniejsze ironiczne odczytania fantasy w wydaniu Pratchetta czy Sapkowskiego. Jackson zmodyfikował fabułę nie robiąc jej krzywdy, za to zaspokajając potrzebę marudnych czytelników takich jak ja - którzy woleliby np., żeby romans Aragorna z Arweną nie brzmiał jak bajeczka o królewnie i królewiczu. Zmiany zaakceptowała chyba większość umiarkowanych tolkienistów. Aragorn, Gimli i Legolas czytani dzisiaj nie są przecież już po prostu krasnoludem, elfem i człowiekiem - jak pół wieku temu - tylko chodzącymi archetypami popkulturowymi. Wymyślone przez Tolkiena wątki ewoluowały przez mnóstwo rolplejów, komiksów i pastiszów, za sprawą których mniej więcej „wiemy”, w jaki sposób krasnolud powinien pić piwo a elf dobywać łuku. To dobrze, że Jackson poprowadził swoich aktorów tak, żeby ci byli z jednej strony świadomi tego, że grają klisze - a z drugiej potrafili je wypełnić lekko tylko ironizującym wypełnieniem. Bloom, Rhys-Davies i Mortensen chwilami grają tak, jakby kosplejowali na konwencie, ale dzięki temu łatwiej mi uwierzyć w ich postacie, niż gdyby na sztywno deklamowali tolkienowskie frazy. Osobny temat do pochwały to muzyka Howarda Shore’a. I tak okrężną drogą dochodzimy do tego, co leci z mojego iPoda. Na zakończenie drugiej części pieśń Golluma śpiewa pani Emiliana Torrini, z której lodowato-mrożącym głosem zetknąłem się po raz pierwszy właśnie w kinie, na pokazie prasowym „Dwóch wież”. TVN niestety nie byłby sobą, gdyby tego nie zepsuł lektorem. Jak wiedzą blogobywalcy, oryginalny kobiecy głos to dla mnie skarb, pod wpływem emisji „Dwóch wież” zacząłem więc buszować w ajtjunszach w poszukiwaniu fajnych remiksów „Me and Armini”, tytułowego utworu z jej ostatniej płyty. No i tym, który polecam szczególnie gorąco jest akurat taki, którego nie ma w Youtube - „Simone Lombardi Mix”. Ale wszystkie są fajne.
Jak wiedzą o tym blogobywalcy, do mediów portalowych odnoszę się bez entuzjazmu - mówiąc bardzo łagodnie. Oryginalne jakościowe materiały pojawiają się w nich głównie dzięki umowom pozwalającym im pobierać kontent (lub chociaż autorów) z mediów tradycyjnych - to, co produkują własnymi siłami, jest przeważnie poniżej krytyki. „Faktoida” obserwuję jednak z sympatią. To jest w tej chwili moje ulubione źródło satyry na absurdy życia codziennego. Klasyczną satyrę i kabaret trochę za bardzo zeżarła konieczność opowiedzenia się „czy jesteś za Smoleńskiem”. „Faktoid” tymczasem znalazł formułę bycia jednocześnie przeciw wszystkim (bo z wszystkich robi jaja) i za wszystkimi (bo robi je ciepło i z gracją). „Faktoid” kpi z mniej więcej tego samego, co Wojewódzki w rubryce „Mea pulpa” - ale ileż więcej ma klasy. Dla wroga portalozy jest ciekawym kontrprzykładem, bo „Faktoid” to twór czysto portalowy. Można sobie oczywiście wyobrazić jego druk w jakimś ilustrowanym tygodniku, ale to byłoby chyba równie bezensowne, jak „rickrolling w realu”. Pewne rzeczy mają sens tylko w internecie (a inne tylko na papierze, a jeszcze inne tylko w radiu, itd.). Od dłuższego czasu zastanawiam się, kto to właściwie robi - a w koncu postanowiłem to wyjaśnić od początku do konca. Zapraszam do wywiadu, dzięki któremu sam się dowiedziałem, kim jest mój ulubiony satyryk!
Ekskursje w Dyskursie: Jestem fanem Faktoidu i od paru miesięcy zastanawiam się, kim jest jego twórca. Zaspokoisz moją ciekawość? Filip Połoska: Mam 24 lata, odkąd pamiętam fascynują mnie nowe media, prawdopodobnie dlatego, że rozwijały się razem ze mną. Pamiętam jak miałem 13 lat i pierwszy komputer a z nim kartkę A4 z kilkunastoma „ciekawymi adresami” stron www. Gdy byłem na pierwszym roku studiów, nie było jeszcze YouTube ani Facebooka... Na czwartym roku wziąłem udział w konkursie deseru.pl na okładkę tabloidu. Zrobiłem pracę „Poszedł do sklepu i zapomniał masła”. Niestety nie wygrałem - zająłem drugie miejsce, ale moja praca stała się bardzo popularna na różnych portalach. Gdy rok później zobaczyłem, że deser organizuje druga edycję konkursu postanowiłem, że tym razem muszę wygrać. Wysłałem maksymalną dopuszczalną ilość prac (3) i udało się. Po wygranej dostałem propozycję współpracy i stąd „Faktoid”. Jestem autorem tekstów oraz grafiki. Do dzisiaj powstało ok 70 numerów (wraz z numerami specjalnymi), w ciągu roku na Facebooku udało się zdobyć grupę 17.000 aktywnych fanów.
EwD: Skąd bierzesz pomysły? FP: Oczywiście z tabloidów. Jestem w pewnym sensie ich fanem i doceniam to co robią ich redaktorzy. Po prostu produkt, na który jest popyt. Grunt, to rozumieć konwencję i nie wierzyć w każde słowo w prasie brukowej. Z konieczności zaglądam również na serwisy plotkarskie, których nie znoszę - jestem dumny ze swojej ignorancji jeżeli chodzi o polskie i zagraniczne gwiazdeczki. Ale głównym źródłem inspiracji dla mnie jest... cały internet. Spędzam w sieci po kilkanaście godzin dziennie. Zawsze czytam komentarze internautów. Pomiędzy setkami śmieci można znaleźć prawdziwe, przesycone sarkazmem perełki. Często więc inspiruję się tym komentarzami, viralami i popularnymi śmiesznymi obrazkami. Czytelnicy Faktoidu to społeczność internetowa, więc staram się w każdym numerze poukrywać różne smaczki, które odczytać umieją tylko koneserzy.
EwD: Świetnie parodiujesz język stabloidyzowanych mediów - ale nie masz wrażenia, że w portalu to trochę autoparodia? FP: Szczerze mówiąc, nigdy się nie zwróciłem na to uwagi. Faktoid jest parodią sposobu przekazywania informacji i ogólnie mediów. Często faktycznie śmiejemy się z celebrytów inspirując się sposobem, w jaki formułowane są newsy na portalach plotkarskich. Autoironia świadczy o dystansie do siebie i jest pozytywną cechą. Nigdy nie odniosłem wrażenia, że jest to parodiowania portalu, którego jestem częścią...
Wyjątkowo nie chce mi się rozmawiać o ACTA na blogu, bo nie podoba mi się sama idea zajmowania się za darmo międzynarodową umową o ochronie własności intelektualnej. Z tego powodu odrzuciłem też wszystkie zaproszenia o tym, żeby o ACTA mówić do kamery lub do mikrofonu. Kapitulując przed falą komcionautów, którzy koniecznie bardzo chcą coś o tym tutaj napisać, tworzę jednak specjalną blogonotkę. Zamierzam się przy jej napisaniu napracować dokładnie tyle, ile drodzy komcionauci zapłacili za jej przeczytanie. Swój stosunek do ACTA wyłożyłem już dwoma tekstami do „Gazety”. W pierwszym wyrażałem żal, że tak kontrowersyjnych kwestii nie poddano konsultacjom społecznym. W drugim zakpiłem z Jacka Żakowskiego, któremu się wydaje, że piractwo w ogóle nie jest żadnym problemem, bo między artystą a odbiorcą nie powinna stać chciwa korporacja. Oczywiście, sam też strasznie chciałbym pochodzić z bogatej rodziny i móc tworzyć całkowicie za darmo. Ale nie pochodzę, więc nie mogę. Dlatego bardzo mi przykro, ale moim największym zawodowym marzeniem jest podpisanie z jakąś chciwą korporacją umowy, która pozwalałaby mi wziąć zaliczkę w zamian za napisanie fajnej książki. Albo i niefajnej, o ile zaliczka będzie odpowiednio wysoka (drogie chciwe korporacje - jakby co, to wiecie gdzie mnie znaleźć). Co do ACTA, bardzo ciekawe wydają mi się zastrzeżenia opisane na tym blogu. Nie podoba mi się „niezwykle szerokie określenie kręgu osób, co do których posiadacz praw może żądać udzielenia informacji” oraz odejście „od zasady wprowadzonej przez art. 122 prawa autorskiego, który uzależniał działanie organów ścigania – w większości przypadków – od wniosku pokrzywdzonego”. Być może autor tego bloga ściemnia, być może nadinterpretuje - nie wiem. Ale nie wyrażę swojego poparcia dla ACTA, dopóki nie usłyszę od rządu przekonującego wyjaśnienia tych wątpliwości. Wyjaśnianie takich kwestii służą konsultacje społeczne - które tutaj olano ciepłym parabolicznym (co nie podoba mi się z przyczyn ogólnych, już nawet nie wnikając w to, kto ma rację). Chociaż nie popieram ACTA, nie chcę jednak stać w jednym rzędzie z obrońcami serwisów typu napisy czy chomikuj. Piractwo trzeba zwalczać, problemem jest tylko wyważenie tego z obroną naszych praw obywatelskich. W negocjacjach nad ACTA wysłuchano tylko jednej strony sporu, zapominając o prawach obywatelskich - to mi się nie podoba. Ale nie sama idea walki z piractwem czy podróbkami produktów markowych.
Styczniowy ranking od czapy chciałbym wreszcie poświęcić jakiejś poważnej kwestii. Liejdisy i dżientielmieny, oto najpiękniejsze piosenki o pieniądzach!
Pominąć w takim rankingu Pink Floyd to jak pominąć Deus Ex w rankingu o grach wideo. „Money” z „Ciemnej strony” rządzi na tak wielu poziomach, że samo suche wyliczenie wystarczyłoby na notkę. Pozwolę więc sobie tylko wrzasnąć LINIA BASU! Lubię też tekst ze względu na jego niejednoznaczność. To nie jest „goody good bullshit” w stylu biblijnego „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (Tm 6:10). Oczywiście, te słowa padają jako cytat, ale z zaznaczeniem dystansu: „Money, so they say, is the root of all evil today”. Czy zgadza się z tym podmiot liryczny? Trudno powiedzieć, unika jednoznacznego stanowiska. Zgadywałbym, że piosenka to autoironiczne podejście przez Rogera Watersa do awansu do klasy wyższej, który - jak słusznie podejrzewał - miała mu przynieść nagrywana właśnie płyta. Jak bardzo odmieni go osiągnięcie takiego bogactwa, w którym już można sobie kupić drużynę piłkarską albo prywatny odrzutowiec?
Generalny zamiąch, jaki przeżywali w sprawach finansowych Bitelsi wskazuje, że niestety nie zadawali sobie tego pytania - w każdym razie, nie w okresie, w którym coverowali „Money” dla pijanych Niemców w obskurnych hamburskich spelunach. Świadczy o tym choćby późniejsze zdziwienie George’a Harrisona że jak to tak, podatki od tego trzeba płacić? Estetyka przesterowanej gitary bliska jest memu sercu, w rankingu umieszczam więc współczesny cover w wykonaniu zespołu zgromadzonego ad hoc na potrzeby znakomitego filmu „Backbeat”. Pierwotne wykonanie Barretta Stronga dla Tamla Motown też jednak daje radę. Ponury cynizm tekstu tej piosenki, razem z genialnym rymem „Your love is such a thrill / but your love won’t pay my bills” to miód na moje serce. Gdybym był Robertą Flack powiedziałbym, że pan Strong łagodnie zabija mnie swoją piosenką, opowiadając całe moje życie w swoich słowach.
Trzecią pozycją nie będzie ani Abba ani AC/DC ani Lisa Minelli ani nawet Patti Smith. Propozycja będzie trochę od czapy, no ale jak mawiają Francuzi, noweź obliż. Piosenka „Up On The Catwalk” Simple Minds nie ma w tytule słowa „pieniądze”, ale za to pada w niej nazwa nieistniejącej już waluty, do której wszyscy chyba czujemy nostalgię. Ou sont les deutschmarks d’antan? Jak to u Simple Minds, tekst jest mętny i balansuje między poezją a grafomanią w sposób wymagający sporej dawki dobrej woli by uwierzyć, że jest jeszcze po tej dobrej stronie. Zespoły z lat 80. budzą we mnie jednak sporo dobrej woli. Metaforycznym wybiegiem z tekstu tej piosenki jest - jak hipotetyzuję - sława, która niebawem czeka pana Jima Kerra. Finansowo wprawdzie nigdy się nie obłowił tak jak Roger Waters, ale można zaryzykować, że muzyka pozwoliła mu przewędrować z dolnych do górnych zakresów klasy średniej. Tyż piknie. W piosence opisuje jednak chyba mniej więcej to samo co Waters - obawy i nadzieje związane z tym, że wkrótce znajdzie się na wybiegu, po którym biegają celebryci i policy, a wielkie koło młyńskie mieli dolary i dojczmarki. Ale, jak sam przyznaje, na razie niewiele wie o tym, co go tam czeka... Hiphop to nie jest moja filiżanka herbaty, ale jako honorejbl menszyn wymienię „Paid In Full” Erika B i Rakima. Urok tej rymowanki („so I start my mission - leave my residence / thinkin’ how could I get some dead presidents”) podbije serce każdego. Nawet zdeklarowanego fana rockowych rytmów. Komcionautom serdecznie życzę w roku 2012 dobrych pomysłów na zdobywanie papierków z portretami martwych królów. Albo i prezydentów, w końcu mamy globalizację...
Jak zabić śmiechem Europejczyka w Stanach? Pokazać mu najstarszy budynek w Los Angeles. Jak zabić śmiechem użytkownika Ajfona? Pokazać mu zapowiedź przywitanej z entuzjazmem przez środowisko użytkowników Androida pierwszej „stacji dokującej” na ich telefony. Stacji jeszcze nie ma w sprzedaży, ale Cory Doctorow już się cieszy jak dziecko („This is pretty much my bedside holy grail. I'm going to try to get hold of one and review it”). Za chwilę będę opisywał właściwości tej stacji - użytkownicy sprzętu z jabłuszkiem proszeni są o przybranie pozycji, w której ewentualne zglebienie przyniesie im minimalne obrażenia. W stacji telefon ładuje się przez USB, a dźwięk pobierany jest przez gniazdko słuchawkowe. Te dwie wtyczki dają łatwość obsługi, którą producent określa jako „plug-and-play”, choć to raczej „wyciągnij jeden kabel, wyciągnij drugi kabel, podłącz jeden kabel, podłącz drugi kabel, zamocuj urządzenie w stelażu, schowaj nadmiar kabla i doistaluj aplikację”. Aplikację? No tak. To, co w świecie jabłuszka jest tak bardzo zelbstfersztendlyś, że się nad tym nawet niespecjalnie zastanawiamy - po prostu wkładamy nasze iCośtam w najrozmaitsze stacje dokujące i od razu użytkujemy - wynika po prostu z tego, że system operacyjny projektowali mądrzy ludzie i przewidzieli odpowiednie funkcje. Tutaj zaś musimy sięgnąć po „beta technology from Sonr” (aaa!), w której dane przekazywane są po wtyczce słuchawkowej (AAA!) i modlić się, że zadziała. Nawet dla Doctorowa największą zaletą tego rozwiązania wydaje się jego zbędność - „no app necessary if you’re content controlling the device from the touch screen”. Android to fascynujący przykład tego, jak w kapitalizmie realnie wygląda wolność wyboru. Użytkownicy iPodów, iPhonów i iPadów mają do wyboru nieprawdopodobnie bogatą kolekcję najrozmaitszych stacji dokujących - tutaj mamy listę „top 15” takich w miarę normalnych, ale poza tym kto chce, może mieć stację w kształcie Hello Kitty, w kształcie ducha z Pacmana, wreszcie specjalną do kibla. I wszystkie są naprawdę plug-and-play rozumianym po makówkarsku, że wkładasz i działa. Do licha, coraz więcej hoteli oferuje gościom budzik ze stacją dokującą, żebyś mógł się obudzić od ulubionej piosenki! To bogactwo wyboru zawdzięczamy opracowanemu przez Apple własnemu standardowi wtyczki, tzw. dock connector. Idzie po nim zasilanie, audio, wideo, dane i sygnały sterujące. Dock jednocześnie sam w sobie ma zaczepy sprawiające, że dalsze mocowanie już nie jest konieczne. Oczywiście, najlepiej byłoby dla mnie tak, że analogiczny standard opracuje komisja powołana przez Ludowy Komisariat Technologii Cyfrowych w Socjalistycznej Federacji Europejskiej. Ale jako rozwiązanie „najlepsze z realistycznych” wolę takie, w którym megakorp po prostu narzuci „standard de facto” drobnym producentom. Taka sytuacja to win-win dla wszystkich: dla konsumentów, bo mają wybór - i dla drobnych producentów, bo im się po prostu opłaca robić takie gadżety, skoro na dzień dobry wiedzą, że mają miliony nabywców z kompatybilnym urządzeniem. A stacja dokująca na Androida ma działać na „większości urządzeń”, ale pewnie nikt nie potrafi opracować konkretnej listy kompatybilnych i niekompatybilnych. Android ma tę zasadniczą zaletę, że telefony z nim są dostępne już za złotówkę w promocji. I OK, szanuję tę zaletę, ale jakbym miał już brać telefon za złotówkę, to wolałbym dumbfona bez wodotrysków. Jeśli ktoś chce wykorzystywać smartfona w pełni - a więc oglądać na nim filmy, słuchać z niego muzyki, używać komercyjnych aplikacji, wpada w Androidzie w piekło, które entuzjaści tej platformy nazywają „wolnością”, a cała reszta „bajzlem”. Nie podłączysz do telewizora - bo do tego modelu nie ma kabelka. Nie zaktualizujesz systemu - bo ten model zatrzymał się na Froyo. Nie będziesz sterował z klawiszy w kierownicy samochodu - bo takie coś to tylko na ajfonie. Nie włożysz do hotelowego docka - bo tam jest applowska wtyczka. To ja od tak rozumianej wolności zdecydowanie wolę przemyślany iStandard.
W 1957 asyriolog Stanley Noah Kramer opublikował na łamach miesięcznika „Crime & Delinquency” bardzo ważny tekst, którego przekaz w jakiejś formie dotarł zapewne do wielu tutejszych blogobywalców. Jest równie fajny jak legenda miejska o Eskimosach mających kilkadziesiąt/kilkaset słów na określenie różnych rodzajów śniegu - tyle, że prawdziwy. Kramer przetłumaczył starożytne zapisy pismem klinowym na tabliczkach odnalezionych przez Sir Leonarda Woolleya w Ur. Tabliczki dawały wgląd w codzienne życie Sumerów, były więc bezcennym źródłem wiedzy o wczesnej epoce brązu. Największą karierę a w XX wieku naszej ery zyskał dokument, który był popularny także w XX wieku przed naszą erą (wnioskując z tego, że zachował się w 57 kopiach). Zatytułowany „Skryba i jego zepsuty syn” jest najstarszą znaną ludzkości tyradą na „dzisiejszą młodzież”. Skrybowie pełnili w Ur rolę z grubsza przypominającą dzisiejszą klasę średnią. Żyło im się oczywiście lepiej niż niewolnikom fizycznie zasuwającym w polu, ale zawodowo zależni byli od możnych, którzy ich zatrudniali. Jednocześnie jako pierwsi odkryli przyjemność pisania dla samego pisania, stąd kilka tekstów o codziennym życiu skryby, o szkoleniu na skrybę i łapówkach, które trzeba zapłacić, żeby nauczyciel przestał się czepiać. Słowem, XXI pne, XXI ne, same shit. „Skryba i jego zepsuty syn” zaczyna się jak dialog, w którym ojciec pyta syna: „dokąd idziesz”. Odpowiedź „donikąd” wywołuje u ojca ranta, zaczynającego się od słów „to czemu się lenisz?”. Rant prowadzi go do monologu, z którego fragmenty przytoczę na podstawie Marvin E. Wolfgang, „Youth and Crime: Sumer and Later” (courtesy of Google Books). „Nie snuj się po publicznych placach czy po bulwarach. Bądź pokorny i okazuj szacunek swojemu nauczycielowi. Jeśli pokażesz strach, nauczyciel cię polubi. Wy, którzy snujecie się po placach, czy odniesiecie sukces?” W swojej tyradzie skryba odlatuje potem w ponadczasowe „twoi rówieśnicy mają gorzej”: „Czy kazałem ci zbierać trzcinę? Młodzież i dzieci wszędzie to robią, ty nigdy nie musiałeś. Nigdy nie wysłałem cię, żebyś pracował na moim polu. Nigdy nie powiedziałem - idź, pracuj, utrzymuj mnie. A teraz dzień i noc cierpię przez ciebie, a ty dzień i noc marnujesz na przyjemności...” Mimo tych narzekań (a może właśnie w związku z tym) widać, że skryba kocha leniwego syna, bo kończy diatrybę błogosławieństwami. Wśród nich jest urocze „stań się jednym z najlepszych wśród uczonych twego miasta, żeby twoje miasto, to piękne miejsce, wypowiadało twoje imię ku chwale!”. W wyrzutach ojca pojawiało się słowo widniejące w tytule tej notki. Według Kramera „namlulu” należy czytać tak: nam- to przedrostek oznaczający rzeczowniki abstrakcyjne. „Lu” to „człowiek”, powtórzenie to liczba mnoga. „Namlulu” po sumeryjsku oznacza więc „człowieczeństwo”. Ojciec narzeka na to, że leniwy syn nigdy nie uzyska „namlulu”, czyli człowieczeństwa definiowanego jako znośna pozycja na rynku pracy. Dopiero przyzwoite „namlulu” sprawi, że miasto Ur zacznie wypowiadać imię syna w chwale. Dla marksisty to jest bardzo ciekawy przyczynek do rozważań o alienacji pracy i definiowania człowieczeństwa przez relację społeczną. Pisanie samo dla siebie jest przyjemnością, o czym świadczy samo powstawanie tego typu dokumentów - ale jednocześnie skryba musi pisać dla kasy, bo bez tego nie ma namlulu. Dla konserwatysty ten tekst w ogóle nie powinien zaś istnieć, bo rozwala on fundamentalną naiwność konserwatywnego założenia, że kiedyś istniała jakaś „złota era”, kiedy uczniowie okazywali szacunek nauczycielom a synowie powielali system wartości ojców. Skoro taki klasyczny konserwatywny rant znajdujemy już w Sumerze cztery tysiące lat temu to znaczy, że także do współczesnych rantów tego typu należy podchodzić ze sceptycyzmem. Czy rzeczywiście dzisiejsza młodzież jest wyjątkowo rozpasana i „pani kochana, za moich czasów to byłoby nie do pomyślenia”, czy po prostu idealizowanie przeszłości jest nieodłączną cechą namlulu? Choć rozumiem racje stojące w tym dokumencie za starym skrybą, cieszę się jednak, że przez ostatnie cztery tysiące lat nie wszyscy synowie skrybów dokładnie powielali system wartości swoich ojców. Dzięki temu przyjemności czytania i pisania nie realizujemy dziś glinianymi tabliczkami.
A na froncie drogowym - zaczyna się właśnie rok, w którym oddanych będzie najwięcej nowych odcinków autostrad i dróg ekspresowych w historii. Nigdy tak dużo się nie budowało i już nigdy tak dużo się nie będzie budować, bo ukończenie najważniejszych projektów to perspektywa najbliższych paru lat. Gdy zaczynałem pisać tego bloga, nie można było nawet podawać orientacyjnych dat, w których doczekamy się w Polsce np. pierwszego skrzyżowania autostrad. Skrzyżowania już mamy, a rzutem na taśmę w ostatnim roku załatwiono już ostatnie DŚU, czyli teraz wszędzie w *najgorszym razie* mamy już za sobą najtrudniejszą fazę papierkologii. Schematyczna mapka (zrobiona w pośpiechu, bez próby oddania detali takich, jak zakrętasy śląskiego precla A1) pokazuje obecny stan. Najsłabsze zaawansowanie to odcinki narysowane na zielono - tam mamy dopiero zapalenie zielonego światła do rozpoczęcia budowy przez pola, na których na razie jeszcze pastuszki grają na fujarcie w cieniu rosochatej wierzby. Kolor czerwony to budowa: w większości wypadków na tyle zaawansowana, że zakończy się w tym roku. Niekoniecznie na te jakieś mistrzostwa mundialu, co to media się nimi ekscytują ale wielokrotnie już sygnalizowałem, że to nie jest blog o piłce nożnej. Razem z połączeniem Torunia ze Strykowem (powinno mieć miejsce do końca roku), wyłoni się północny zalążek autostradowej sieci złożonej z A1 i A2, która za rok powinna łączyć już Gdańsk, Toruń, Poznań, Łódź i Warszawę - z niemiecką siecią autostrad. Niestety, połączenie tej północnej sieci z gierkówką to dopiero 2013. Przez jakiś rok kierowca jadący z Gdańska do Dubrownika będzie musiał przejechać przez centrum Łodzi. Dopiero w 2013 ominie ją A1, którą będzie stanowić wschodni element pierścienia łódzkiego (złożonego z istniejącego już fragmentu A2, budowanej S8 i planowanej S14, która na koniec domknie to od zachodu). Dalej ów kierowca przejedzie kawałek substandardowego odcinka A1 zbudowanego w ostatnich latach PRL, a potem już będzie jechał gierkówką - oznaczoną jasnoszaro jako droga, która już ma dwie jezdnie, ale do autostrady jej daleko. Potem zielony fragment zachodniego obejścia Częstochowy, którego jeszcze nie ma nawet w budowie - i wpadamy w południową sieć, którą już teraz tworzy A4 z przyległościami. A4 to pierwsza z „dużych” autostrad, która zostanie ukończona w całości. Niestety, tutaj poślizgi są już takie, że to nastąpi dopiero na początku 2013, ale pod koniec 2012 już powinien istnieć spory kawałek od Tarnowa po ukraińską granicę. Od zachodu A4 już jest połączona z niemiecką siecią autostrad i to na dwa sposoby - dobrą drogą na Drezno i kiepską na Berlin, oznaczoną na szaro, bo tak jak gierkówka, autostradą jeszcze nie jest. Pełne zakończenie budowy autostrad w Polsce wymaga już tylko przedłużenia A2 od Warszawy do granicy białoruskiej. Papiery są wreszcie gotowe, ale kiedy będzie w tej sprawie jakiś przetarg - nie wiadomo, różne niespodzianki może nam robić kryzys (na szczęście w obie strony - kasy ubywa, ale ceny lecą w dół). Podobnie z przetargami na centralny odcinek A1. Do końca kadencji jednak ten rząd ma szanse rozpocząć budowę. Co sprawiałoby, że ja osobiście gotów byłbym Tuskowi naprawdę sporo wybaczyć - jako temu, kto dokończył polskie autostrady. Mapkę rysowałem na kolanie, nie miałem więc zdrowia do dróg ekspresowych. A to już wiadomo na pewno, że to dzięki nim dokona się scalenie sieci północnej i południowej w spójną sieć ogólnopolską. Cała S8 od Wrocławia po Łódź jest już w budowie. Takoż S3 od Gorzowa Wielkopolskiego po Zieloną Górę. To znaczy, że w 2014 będzie można już poruszać się między Gdańskiem, Wrocławiem, Szecinem, Katowicami, Rzeszowem i Warszawą bez opuszczania autostrad i ekspresówek. Oczywiście, na trasach typu Rzeszów - Warszawa to byłoby piramidalne nadkładanie drogi, ale i tak nowe drogi wymuszą na nas zmianę dotychczasowych przywyczajeń. Wiele tras, które teraz rozpoczynamy podwarszawskimi korkami przez Raszyn czy Łomianki, nagle przejdzie do historii - bo na Gdańsk, Szczecin, Wrocław i Katowice będzie się opłacało wyjechać A2. Mindblowing!
„Ready Player One” to już lektura obowiązkowa dla drogich blogobywalców - obojętnie czy należą do entuzjastów bezkrytycznych (jak ja), czy do kręcących nosem, że owszem, może i fajne, ale jednak fochu-fochu-fochu, jak MRW. Po prostu wypada już mieć swoje zdanie. Swoje lakonicznie wyraziłem w felietonie na koniec roku. Kiedyś pewnie napiszę o tym większy tekst, jak się ukaże polski przekład (o ile jeszcze będzie istniała prasa papierowa). Foching MRW (przepraszam, nie mogę się uwolnić od prześladującego mnie ostatnio określenia „serwis parentingowy”) wynika z tego, że skupił się on na wątku popkultury lat 80. Ja ją w tej książce traktuję jako MacGuffina. To mógł być kryminał, to mogła być opera - nieważne. Dla mnie ta powieść traktuje przede wszystkim o przyszłości kapitalizmu. To ciekawa ekstrapolacja tendencji, które być może będą się rzeczywiście nasilać. Może ten kryzys będzie się naprawdę ciągnąć dekadami? Może towarzyszyć mu będzie (jak w proroctwach Marksa) nieodwracalny zanik klasy średniej? Któremu nie będzie (wbrew proroctwom Marksa) towarzyszyć rewolucja ani żadna próba oddolnej organizacji wywłaszczonych i wydziedziczonych? W dystopii Cline’a nieproporcjonalnie dużą rolę odgrywa jedna ponadnarodowa korporacja, nadzorująca tytułową grą, która wchłonęła w siebie praktycznie wszystkie kanały łączności - także to, co dzisiaj nazywamy „internetem”. Ta korporacja ucieleśnia system wartości współczesnego stereotypowego nerda-korwinisty. Z jednej strony: sędziwy Cory Doctorow czuwa nad regulaminem gry tak, żeby zachować jedyne wolności, jakie mogą go interesować. Dystopia, w której ktoś w rodzaju Stallmana czy Raymonda dysponowałby absolutną władzą, byłaby przerażającym światem - bo mielibyśmy zagwarantowane prawo do grzebania w kodzie (które większości zwisa i powiewa), ale stracilibyśmy wszystkie inne. Korwinizm to fenomen zatrzymania się w emocjonalnym rozwoju na poziomie gimnazjum. Kimś takim ewidentnie był powieściowy James Halliday, który na poziomie gimnazjum był akurat w latach 80., więc tę dekadę utrwalił w swojej grze - ale to mogła być dowolna dekada albo inny przedmiot jego obesji. Ważniejsze jest to, że ta obsesja przesłoniła mu cały świat i jego problemy. Czy czeka nas totalna gimnazjalizacja? Mam nadzieję, że nie, ale są procesy społeczne, które na krótką metę można tak interpretować. Portalizacja mediów i kult mema już teraz zatruwają sferę publiczną, utrudniając merytoryczny dyskurs (jeden ładny lolkotek zawsze może sprawić, że „your argument is invalid, LOL”). Otwarte zakończenie powieści można, bez spojlowania, interpretować jako pytanie, czy bohater umie przejść do następnego poziomu gry - czyli życia poza grą. Halliday nie znalazł do tego poziomu walkthrough więc odpadł na pojedynku z bossem, mówiąc metaforycznie. Czy Wade sobie poradzi? Ba!
Film „Margin Call” jest na tyle niszowy, że gdy zacząłem guglać ciekawostki na jego temat, wśród wyników wyszukiwania dominowały strony, w których słowo „margin call” pojawiało się jako element finansowego żargonu. Najpierw o żargonowym znaczeniu: „margin call” to sytuacja, w której instytucja finansowa doszła do kresu możliwości lewarowania - czyli braniu realnego miliona i ubijania z niego piany o nominalnej wartości miliarda. W takiej sytuacji trzeba albo sprzedać to, czego się ma za dużo (albo dokupić to, czego jest za mało). Piana opada i światu ukazuje się kryjący pod nią brzydko pachnący balasek. Guglanie podziałało jak wehikuł czasu. Ponad wynikami dotyczącymi filmu znalazłem dwa odnośniki z czasów przedkryzysowych. Na samej górze był artykuł z inwestorskiego serwisu portfolio.com. Serwis portfolio.com zamieścił 29 lipca 2007 (paręnaście miesięcy przed upadkiem Lehman Brothers!) artykuł zatytułowany „Why Margin Calls Need Not Destroy the CDO Market”, czyli z grubsza „Dlaczego sytuacje typu Margin Call nie muszą zniszczyć rynku instrumentów pochodnych kreowanych przez bicie piany z kredytów hipotecznych”. Autor, finansowy dziennikarz Felix Salmon, odnosi się do swojego polemisty, który zarzucił Salmonowi przesadny optymistyzm i zauważył, że cała konstrukcja CDO’s może się wykopyrtnąć od jednego „margin call”. Co się zresztą wydarzyło. Felix Salmon jednak w lipcu 2007 odpowiedział, że niekoniecznie musi tak być i podał cztery przyczyny. Pierwszą było to, że Bear Stearns uniknął bankructwa, kiedy doszło do margin call w czerwcu. „We still don't know the endgame to that story, but we do know that $7 billion of leverage got brought down pretty painlessly to $1.2 billion in leverage without any fire sales and without any bailout from Bear itself. Clearly, there are non-fire-sale solutions to these kind of problems”. Cóż, my już znamy „endgame to that story”. Będzie nim przejęcie Bear Stearns po śmieciowych cenach przez JPMorgan w marcu 2008. Plus kilka procesów, z których niestety złodziejom udało się wykręcić bezkarnie (zero koma zero na moim zdziwieniometrze). Argumentem drugim jest zasadnicza różnica między CDO a CDS, której nie rozumieją laicy. Tutaj Felix Salmon miał rację: te pierwsze waliły się w 2008 robiąc „pieeeerdut!”, a te drugie „je-budu!”. Argumentem trzecim jest możliwa dalsza ewolucja tych narzędzi. Znów miał rację: nie ma ewolucji bez ekstynkcji. Argument czwarty znów przekleję: „Finally, I wonder whether banks are quite as rule-bound as the epicurean dealmaker imagines”. Racja: actually, they are not. We have learned that the hard way, thank you very much. Jak wynika z jego hasła w wiki, Felix Salmon w roku 2010 dostał nagrodę za „the highest standards of scientific reporting”. Teraz pracuje dla Reutersa. Jego artykuł to piękne narzędzie dekonstrukcji publicystyki finansowej. Trochę przemądrzałości („wiem, czym się rożnią CDO od CDS”), trochę pustosłowia („nie wiadomo, jak to będzie ewoluować”), trochę non sequiturów („fundusz hedgingowy Bear Stearns zlatuje z czterdziestego piętra, nie znamy jeszcze endgame to that story, ale na wysokości piątego piętra jest pretty painlessly”) - i wychodzi nam tekst dla inwestorów. Dekonstrukcję tego rodzaju publicystyki uprawia (anty)ekonomiczny blog nakedcapitalism, który - quelle surprise! - w guglu wylądował zaraz za Felixem Salmonem. Susan Webber, ukrywająca się pod pseudonimem Yves Smith, od lat ośmiesza tam brednie, które ludziom są wciskane jako „nauka zwana ekonomią”. 22 czerwca 2007 Yves Smith pisał mniej więcej o tym samym, co Salmon - o cuchnącym balasie w Bear Stearns. Zauważył, że „Financial Times” i „Bloomberg” przynajmniej już dostrzegają powagę sytuacji, podczas gdy „Wall Street Journal” ciągle nie chce dać tego na pierwszą stronę. Zamiast tego „WSJ” dał optymistyczny artykuł o ludziach, którzy chętnie kupują papiery (bez)wartościowe Bear Stearns, widząc w tym okazję. „“There’s an opportunity out there to buy these loans at a discount,” says Lou Morrell, vice president for investments and treasurer at Wake Forest University”. Rok później tenże sam Lou Morrell będzie się tłumaczyć z 24-procentowego spadku wartości uniwersyteckiego funduszu: „That’s about what Harvard and Yale have done with their huge portfolios,” he said. “We always pride ourselves on having returns similar to theirs.” Jakie to piękne - sprzedajni ekonomiści tworzą bzdurne teorie sprzyjające ich sponsorom. W te teorie wierzą kwestorzy ich uczelni, którzy inwestują w MBS-y na rok przed ich załamaniem. A potem ich główne usprawiedliwienie jest takie, że inne uczelnie wtopiły tak samo...
„Congratulations” MGMT to oficjalnie najbardziej niedoceniana płyta, jaką kupiłem sobie w 2011. Kupiłem trochę z rozpędu pod wpływem zachwytu „Kids”, ale podejrzewałem, że to będzie grupa jednego przeboju. Jakże błędnie! W miarę słuchania poszczególne piosenki awansowały u mnie w ajtjunsach z trzech na cztery, a wreszcie na pięć gwiazdek i teraz „Kids” do „Congratulations” mają się dla mnie mniej więcej jak „Arnold Layne” do „Wish You Were Here”. Ciekawe ilu komcionautów mam dostatecznie starych, żeby zrozumieć tę metaforę? Dla mnie znaczna część zauroczenia „Congratulations” płynie z nostalgii za dziedzictwem psychodelicznego rocka - które z kolei dla odpowiedzialnych za MGMT panów Goldwassera i VanWyngardena, urodzonych gdy to dziedzictwo konało w wymęczonym „Final Cut”, było przeszłością zamierzchłą jak dla mnie Frank Sinatra. Panowie MGMT mają jednak gusta wyrafinowane i eklektyczne, o czym świadczy choćby ich miks w cyklu „Late Night Tales”, z Suicide, Velvet Underground i Durutti Column oraz ich coverem Bauhaus. No aż mi się czasy wymieniania winylami z tow. Zgliczyńskim przypomniały. Może po prostu wydają płyty dla ludzi w moim wieku bo wiedzą, że już tylko my kupujemy płyty - a może ja naprawdę przypadkowo spędziłem młodość w wyjątkowo inspirującej dekadzie? Najwięcej słucham ostatnio otwierającego płytę „It’s Working”, ale polecam serdecznie całość - to nie będą zmarnowane pieniądze. Najwyżej uznacie je za wyjątkowo nieatrakcyjny kurs wymiany za pieniążek w plastikowej kopercie, ukryty wewnątrz płyty. Można nim zdrapać okładkę, żeby była inna - oczywiście, nigdy tego nie zrobię, tak jak nie zdrapałem nalepek na okładkach „Pink Floyd”.
W polskim liberalizmie zawsze fascynowało mnie to, że to filozofia ludzi unikających czytania książek. Oczywiście, wiem że nie można tego uogólniać na cały liberalizm jako taki, Isaiah Berlin parę książek w swoim życiu przeczytał - ale weźmy typowe egzemplum liberała po polsku, pana Krzysztofa Kolany z serwisu bankier.pl. Pan Krzysztof twierdzi, że „Jezus Chrystus był liberałem” i uzasadnia to następująco: „Jednym z moich ulubionych fragmentów Ewangelii jest przypowieść o talentach (Mt 25, 14-30), w której właściciel kapitału powierza go swoim trzem sługom”. I z powierzchownej interpretacji tej przypowieści wysnuwa tezę, jakoby była to pochwała mnożenia kapitału na wolnym rynku. Panie Krzysiu, pan se weźmie jakąś Biblię - w tym kraju egzemplarz zawsze się znajdzie pod ręką - i Pan ją otworzy na tej przypowieści. Proszę spojrzeć na margines. Co pan tam widzi? Ano tak, tajemnicze literki i cyferki, Łk 19,12-27. Co one oznaczają? Ewangelie Marka, Mateusza i Łukasza nazywamy „ewangeliami synoptycznymi”. W odrożnieniu od Ewangelii Jana, opisują one mniej więcej te same wydarzenia, ale z różnych punktów widzenia. W biblistyce to się nazywa fachowo „problemem synoptycznym” i bibliści od setek lat się spierają, jak go ugryźć - prawdopodobnie najstarsza jest ewangelia Marka, ale Łukasz i Mateusz uzupełnili ją o inne źródła (albo źródło). Nie wnikajmy tutaj w liczenie ewangelistów na końcu szpilki, powiedzmy po prostu, że interpretowanie dowolnej przypowieści w jednej z ewangelii synoptycznych bez sprawdzenia tego, jak ją przedstawił inny synoptyk - to coś mniej więcej równie głupiego jak, nie wiem, wzięcie kredytu bez sprawdzenia oprocentowania. No i co na ten temat pisze drugi synoptyk, Łukasz? W podanej przez Pana internetowej wersji Biblii Tysiąclecia mamy łopatologiczny link. Klikamy... i czytamy: «Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: "Zarabiajcie nimi, aż wrócę". Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: "Nie chcemy, żeby ten królował nad nami". Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. Stawił się więc pierwszy i rzekł: "Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min". Odpowiedział mu: "Dobrze, sługo dobry; ponieważ w drobnej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami!" Także drugi przyszedł i rzekł: "Panie, twoja mina przyniosła pięć min". Temu też powiedział: "I ty miej władzę nad pięciu miastami!" Następny przyszedł i rzekł: "Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: chcesz brać, czegoś nie położył, i żąć, czegoś nie posiał". Odpowiedział mu: "Według słów twoich sądzę cię, zły sługo! Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: chcę brać, gdzie nie położyłem, i żąć, gdziem nie posiał. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał". Do obecnych zaś rzekł: "Odbierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min". Odpowiedzieli mu: "Panie, ma już dziesięć min". "Powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Tych zaś przeciwników moich, którzy nie chcieli, żebym panował nad nimi, przyprowadźcie tu i pościnajcie w moich oczach. W wersji Łukasza to już nie jest przypowieść o sprawiedliwym władcy, który nagrodził obrotnego liberała. Wersja Łukasza jest taka, jakby ją napisał sam Karol Marks - to opowieść o władcy niesprawiedliwym i znienawidzonym przez swoich poddanych. Kimś w rodzaju prezesa korporacji w oczach marksisty. Kim jest dla marksisty pracodawca? Kimś, kto chce „brać, gdzie nie położył i żąć, gdzie nie posiał”. Może tak robić, bo panuje niesprawiedliwy system, w którym bogaci są coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi - czyli, według Łukasza, „Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”. Kto podskakuje - ten się spotka z aparatem królewskiej przemocy. Oczywiście, nie zamierzam dowodzić, że Jezus był marksistą. Jako marksista lubię czytać książki, a więc znam tę podstawową zasadę biblistyki: „jedenaste: porównaj innego synoptyka”. W kazaniu na górze Jezus według Łukasza mówi, że Krolestwo Niebieskie przypadnie „ubogim”. U Mateusza mówi, że przypadnie „ubogim duchem”. Nic dziwnego, że polscy liberałowie wolą Mateusza...