Ekskursje w dyskursie
Blog > Komentarze do wpisu
Najgorsze polskie filmy z lat 80.
Moja licealno-studencka młodość przypadła na ponure lata 80., więc zamiast oddawać się wszystkim tym rozrywkom dzisiejszej młodzieży takich jak larpy czy klabing robiłem z nudów różne desperackie rzeczy, w tym regularne chodzenie do kina na polskie filmy. W efekcie widziałem rzeczy, w które wy ludzie byście nie uwierzyli. Nie mam teraz na myśli typowych żelaznych pozycji rankingów najgorszych filmów polskich - dzieł Marka Piestraka, Romana Wionczka czy łże-musicalu „Miłość z listy przebojów” (choć na tym też byłem!). Mam na myśli filmy bardzo ambitne, z wielkim zadęciem i przytupem, popadające przez to jednak w nieświadomą autoparodię.

„Przyśpieszenie” Zbigniewa Rebzdy (1984) to klasyka gatunku. Czterdziestoparoletni filmowiec nakręcił film o czterdziestoparoletnim filmowcu (Kolberger), który nie ma pomysłu na film, więc ucieka na planie w fantazje - głównie erotyczne, najczęściej na temat swojej żony (Tyszkiewicz), ale też na temat grających w jego filmach aktorek (w tym Szapołowskiej), z którymi łączą go romanse (a może to też tylko fantazje?). Na koniec próbuje popełnić samobójstwo, ale to też mu się nie udaje. A wszystko przez to, że prześladuje go komuna. Tylko patrzeć, jak TVPiS to wznowi.

Dziwnie często w telewizji natykam się na „Maskaradę” Janusza Kijowskiego (1986), straszliwie pretensjonalny film o grupie młodych aktorów teatralnych, którzy buntują się nie bardzo właściwie wiadomo przeciw czemu, ale za to są bardzo młodzi i bardzo zbuntowani. To dobrze pokazuje jaką ślepą uliczką było kino moralnego niepokoju, zbudowane z aluzji typu „no bo tak naprawdę to tu o bunt przeciwko komunie chodzi, wink wink nudge nudge”.
No fajosko, ale w efekcie zamiast sympatyzować z młodymi zbuntowanymi aktorami odbierałem ich jako zgraję nadętych buców, którym nie wiadomo o co chodzi. Bardzo długo po tym filmie miałem uraz do Adrianny Biedrzyńskiej. Głównego nadętego buca grał zaś w tym filmie nie kto inny tylko sam Bogusław Linda, co świetnie korespondowało później z jego rolą w „Krollu” - gdzie fantastycznie zagrał cynicznego eks-idealistę stając się idolem cynicznej Trzeciej Rzplitej.

Idolem PRL według zatytułowanego tak filmu Feliksa Falka (1984) miał zaś być Piotr Korton, pisarz-alkoholik wzorowany na Marku Hłasce. Jego życie i śmierć chce zrekonstruować młody idealistyczny dziennikarz (Pieczyński). Próbuje mu tego zakazać jego redaktor naczelny, który mętnie tłumaczy, że to niebezpieczny temat i odmawia drukowania tekstu. Ach, ten moralny niepokój i jego wink wink nudge nudge - w latach 80. Hłasko nie był już żadnym „niebezpiecznym tematem”, wychodziły właśnie jego dzieła wybrane w charakterystycznych szmatławych okładkach.
Idealistyczny dziennikarz poznaje meneli, którzy pili z Kortonem i pod ich wpływem sam się w niego zaczyna przekształcać - nosi jego ciuchy (oblechowe, ofkors), pisze opowiadania i czyta im na głos po pijaku. Falk zwykle przedstawia w swoich filmach psycho- i socjopatów (czy żaden recenzent nie zauważył, że Chyra w „Komorniku” gra typowy przypadek bipolar disorder?). Co fajnie wypadło w „Wodzireju”, ale w „Idolu” katastrofalnie - Pieczyński w kożuchu i okularach Kortona wyglądał przede wszystkim komicznie.
Tradycyjnie moje rankingi mają tylko trzy pozycje więc na tym poprzestanę, jako dishonorable mentions wspominając tylko o „Jestem przeciw” Andrzeja Trzosa-Rastawickiego (1985), nadętym filmie o narkomanach mówiących jakimś niby-to-slangiem (rzecz jasna, nikt tu nie rzuca przekleństw mocniejszych od „motyla noga”) oraz o „Przeznaczeniu” (1983) Jacka Koprowicza, znów bardzo poważnym a przez to niezmiernie śmiesznym filmie o Kazimierzu Przerwie-Tetmajerze (Mariusz Benoit).
piątek, 03 listopada 2006, wo

Polecane wpisy

  • Kontrowersyjny spektakl

    Jest sobie taki kontrowersyjny spektakl, który dzieli moich znajomych na zwolenników i przeciwników. Jestem w obozie entuzjastów, wypowiem się więc w jego obron

  • Kalifat w Bawarii

    Tymczasem: obejrzałem niegłupią komedię na ważne tematy bieżące. Jak widać po załączonym trailerze, komedia nazywa się „Witamy u Hartmannów” i opowi

  • Casteilcorbon nie istnieje

    W ramach kryzysu wieku średniego często ostatnio wracam do dziecinnych fascynacji. Zeszłoroczne wakacje przypomniały mi powieść czytaną w dzieciństwie, którą u

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2006/11/03 16:06:09
Ech czar tamtejszych kin. Kino "Jutrzenka" w Białej Rawskiej - gdzie pani w połowie filmu zaczęła dorzucać węgla do pieców kaflowych, które ogrzewały tamtejszą sale kinową. Czy oglądane po raz pierwszy Gwiezdne Wojny w jakiejś obskurnej sali w Łańcucie. Albo "Wielka draka w Chińskiej Dzielnicy" oglądana w Poroninie - w kinie na terenie Muzeum Lenina. Akurat byłem w takim wieku, że o tym czy film jest dobry czy nie decydowały tzw. "momenty". Przeważnie chodziło o kawałek gołego cycka ;-). Największym koszmarem był jednak "Hubal". Całe klasy spędzane na ponad dwugodzinny film, nudny jak lektura ksiązki telefonicznej. Choć o ile pamiętam to jakiś goły tyłek i tam przemknął przez ekran.
-
wo
2006/11/03 17:36:02
W Warszawie też były wtedy sympatyczne małe kina, które potem szlag trafił - lubiłem na przykład takie malutkie coś (jak to się nazywało?) przy placu Inwalidów na Żoliborzu. A co do gołych cycków to faktycznie polskie kino lat 80. miało się całkiem nieźle. W "Nad Niemnem" kompletnie od czapy umieszczono scenę, w której główna bohaterka się kąpie i przy okazji pokazuje do kamery wszystkie swoje atuty. Pewnie dali tę scenę po to, żeby obudzić przysypiającego licealistę, który zaliczył ten sziteks dla uniknięcia czytania książki. Faktycznie obudziłem się, ale jakby mnie teraz ktoś zapytał o czym jest "Nad Niemnem" to powiem, że o kąpiącej się gołej babie i grobie powstańca, ale co to za intryga z tym grobem była, to już za Chiny. Filmy, które wymieniam w tym rankingu, też były niezłe - w "Przeznaczeniu" była na przykład absolutnie fantastyczna goła Anna Dymna a w "Przyśpieszeniu" Szapołowska.

No ale jeśli o tym mowa to trzeba wspomnieć, że to w tej dekadzie właśnie mrok stanu wojennego rozjaśniały przenajwspanialesze krzywe stożkowe Katarzyny Figury. W latach 80. nie było jeszcze tej epidemii dechowatej szkieletozy co teraz...
-
2006/11/03 18:35:55
Krzywe stożkowe Figury. Jak ja cholera chciałem być krasnoludkiem. Zniósłbym nawet dyktature nadszyszkownika Kilkujadka.
-
2006/11/03 18:45:00
Przyjmuje się, że nurt kina moralnego niepokoju istniał mniej więcej od połowy lat 70 do stanu wojennego. Z tego okresu pochodzi Wodzirej (który był niezły, jak zrozumiałem z lektury), ale opisane w tekście filmy już się w te ramy nie łapią więc obrażanie minionego nurtu są nieco niezrozumiałe.
-
wo
2006/11/03 18:58:30
Punk rock też teoretycznie umarł razem z "The Great Rock'N'Roll Swindle", a jednak do dzisiaj ktoś to gra. Właśnie cały problem z omawianymi filmami polega na tym, że wobec braku pomysłów na to jak ma wyglądać kino lat 80., jechali dalej w formule, która miała rację bytu w poprzedniej dekadzie, ale teraz była już od czapy.
-
2006/11/03 23:09:03
Vanitas vanitatum, et omnia vanitas.
-
2006/11/04 09:01:16
Gołe baby występowały w filmach lat 80. rzeczywiście od czapy. Ot tak dodane w połowie filmu, żeby można było odfajkować: goła baba jest. W dodatku ukazane wyjątkowo czerstwo i przaśnie. Mnie się z tej stylistyki przypomina "Wierna rzeka". Też lektura. Faktycznie to chyba było robione na przebudzenie licealistów.

Odkryjmy Białoruś!
-
2006/11/04 09:21:54
Polecam film "Śmierć Johna L." o niedolach życia polskiego rokendrolowca, rokendrolowo nazywającego się Zbyszek Gąsior (lidera zespołu "Zbyszek Gąsior", jakby się kto pytał). Wszyscy bardzo przeżywają i cierpią, a najbardziej (no, może nie licząc widza) - nastoletni Grzegorz Turnau, którego postać dla mamony porzuca sztukę i upadla się, zostając gitarzystą elektrycznym w zespole "Zbyszek Gąsior". Jakieś cycki pewnie są, ale widocznie słabe, bo nie zapamiętałem. (Z kolei pod tym względem chciałbym polecić słynny "Łuk Erosa" z wyeksponowaną rolą słynnej artystki Graży T.)
-
2006/11/04 12:32:04
Zabawne, że nikt nie podchwycił narzekania autorki na nicość protestu przeciwko komunie w filmach lat 80-tych. No cóż, po tym jak Geriatrzy.pl w badaniach opinii publicznej mieli około 0.5% popularności, "wrócili do domu" i połączyli się z postkomuną.
-
2006/11/04 13:24:12
w latach 80. byłem poza krajem i mój kontakt z polskim kinem rozluźnił się. Teraz kiedy po latach oglądam te filmy, ogarnia mnie irytacja. Jak to możliwe, że to kino było takie mdłe?

Tego nie sposób oglądać. Straszna była ta epoka Bromskich, Kijowskich, Łazarkiewiczów i Bajonów. To natrętne puszczanie oka do widza, patrzcie, my też walczymy z komuną. Kino zdominowały beztalencia. Złe scenariusze, zła reżyseria, wspominane już tutaj gołe cycki i niemal zawsze ten sam głupawy podkład muzyczny z syntetyzatora. Do tego marni aktorzy, wszystko pełne pretensji, kulawe i nieudane.

Oczywiście były wyjątki. Dobrze zapowiadał się Gliński, ale nic z tego nie wyszło. Honor ratował Kieślowski, który po prostu wiedział, o co mu chodziło. Inni tego nie wiedzieli. Choć nie byłem jego fanem, potem zmieniłem zdanie. Nie tracił energii na to to, żeby się komuś przypodobać.

Krytykowanego przez Ciebie "Idola" oglądałem na Berlinale w towarzystwie Jerzego Bossaka, który zmarł parę lat później. Był gościem honorowym festiwalu, na którym leciał półtoragodzinny hommage o nim i Richardzie Leacocku. Do dzisiaj pamiętam, jak zniszczył film Falka w paru wyważonych zdaniach. Rozdarł go jak mistrz cechu krawieckiego, który pokazuje swoim czeladnikom, że źle skroili kamizelkę. Wszystkie nitki popękały.

A teraz pytanie za 50 zł. Co dobrego można dzisiaj powiedzieć o polskim kinie lat 70.? Albo 90.?

Nie tak dawno wdziałem w telewizji kablowej parę starych filmów Hasa, Różewicza albo Haupego z lat 60.

Dla mnie to były prawdziwe odkrycia.

-
2006/11/04 15:59:06
Świetny pomysł z opisaniem tych filmów! Z chęcią przeczytałbym też o Koncercie Życzeń. Wspominam te drewniane uśmiechy prowadzących i PRL-owskie "teledyski" jako jedną z największych udręk dzieciństwa w późnym PRL.
-
2006/11/04 16:20:20
"To tylko rock"!!! Kto widział ten wie :-)
-
2006/11/04 18:45:26
Panie Wojciechu-mam do pana apel-czy nie dałoby się zmienić design, wygląd tego bloga?
W obecnej formie jest praktycznie nie do przeczytania-daje tak po oczach, że po kilku minutach, człowiek musi zakrapiać oczy .
Zielona czcionka na czarnym tle-nie da się wytrwać w takiej kolorystyce dłużej niż minuty bez uszkodzenia wzroku-a szkoda bo teksty są wyśmienite.
Pozdrawiam.
-
wo
2006/11/04 19:21:09
Co do designu - nie wykluczam, że jeszcze kiedyś będę coś zmieniał, ale ogólnie triada "monospace + zielono + na czarnym (lub przynajmniej bardzo ciemnym)" zostanie na zawsze. Po pierwsze dlatego, że podoba mi się ze względu na cyberpunkowe skojarzenia. Po drugie dlatego, że - mam wrażenie - ma to coś wspólnego z tym, że praktycznie w ogóle na moim blogu nie pojawia się całe to chamstwo z blogów moich kolegów i koleżanek z pracy. Przypuszczam, że taką typową mendę internetową ((c) by RAZ) po prostu na dzień dobry odrzuca taka estetyka, a jest za glupia by zastosować poradę Pawła Wimmera:

poradnikwebmastera.blox.pl/2006/08/Sposob-na-Orlinskiego.html

Pozdrawiam!

PS. Ha ha! Na "To tylko rock" też byłem! "Śmierć Johna L." sobie odpuściłem, bo wystarczała mi piosenka zespołu Uniwers z tekstem "aż pięć cię dosięgło kul by zadać śmiertelny ból".
-
2006/11/04 19:53:09
moja najwieksza trauma a dziecinstwa byl film dokumentujacy trase koncertowa mannamu. do dzis mam uraz do tego zespolu.
i tak, zakladam, ze byc moze bylam za mloda, ale to byla taka trauma (powtarzam sie), ze nie mam zamiaru ogladac tego po latach.
no i pewnie ten uraz to tez dlatego, ze bylam pewna, ze zobacze film z ulubionego wtedy przeze mnie gatunku - produkcji kopanej z Hongkongu.
tak mi sie zebralo na wspomnienia.
-
wo
2006/11/04 20:19:22
Co za ulga, wreszcie się mogę z Tobą w czymś nie zgodzić! Jeśli chodzi o film "Czuję się świetnie" Szarka to mi się akurat bardzo podobał. W liceum uwielbiałem Maanam, do dzisiaj dla mnie jedynym pytaniem jest to, czy najlepsza polska płyta rockowa ever to "Nocny patrol" Maanamu czy czarny album Brygady Kryzys. Nie mogłem się doczekać filmu Szarka, chodziły jakieś dziwne plotki że nie może wejść na ekrany z powodu jakichś kłopotów z cenzurą (podobno komuś ważnemu symulowana scena duszenia kablem od mikrofonu skojarzyła się ze śmiercią Popiełuszki - ale słyszałem to na zasadzie urban legend na korytarzu liceum). Jak tylko wszedł to pognalem do kina.
-
2006/11/04 20:28:33
do wo

Twój argument dot. zielonej czcionki na czarnym tle jest trochę nieprzemyślany. W ten sposób do odwiedzania blogu zniechęcasz nie tylko tych, których nie lubisz.

Bragiel ma rację. Kwas wżera się w oczy. Tego rzeczywiście nie da się czytać.
-
2006/11/04 22:10:18
poniewaz mam wieczór na marudzenie - nie lubie literowek, a jeszcze bardziej nie lubie ich sama robic.
pozwole sobie pozostac przy swoim - jak dla mnie to trauma, ale z zastrzezeniem - mialam wtedy moze z siedem, osiem lat, wiec moje reakcja jest/ byla latwa do przewidzenia (za to o jacku i placku z piosenkami lady punk nie powiem zlego slowa :D).

a swoja droga, ile ja filmow obejrzalam, bo mojemu ojcu sie seanse pomylily! szliśmy na karatekow z kanionu, a ogladalismy na przyklad purpurowa roze z kairu. nie ma to jak edukacja maloletnich.

-
wo
2006/11/04 22:39:28
@mpaulk:
No, różnica wieku wyjaśnia wszystko. Ocena Maanamu musiała być inna w wieku 7-8 lat, a dramatycznie inna w wieku 15-16 lat. Ja w wieku 7-8 lat to ubóstwiałem Goombay Dance Band :-)

@wartburg:
No bo ja to traktuję jako analogię z knajpą. Blog to taki jakby lokal, w którym przyjmuję gości. Są lokale otwarte dla wszystkich a są takie z jakimś dress-code (tylko pod krawatem, tylko w stylu goth, tylko po skutecznym sforsowaniu door selection). Mi zależy na tym, żeby w tym lokalu panowała atmosfera emulująca klimat piwnicy PDI na Nowogrodzkiej circa 1996. To nie chodzi o to, że kogoś lubię czy nie, ale po prostu chcę ten nastrój zachować. Tym, którym to przeszkadza pozostają zawsze tricki takie jak podmiana własnego CSS w Operze.
-
2006/11/04 22:52:46
headdesk, headdesk, headdesk, headdesk,
nie-na-widze siebie za idiotyczne bledy (i hate myself and want to die), 100 razy napisze, jak sie pisze nazwy zespolow, 100 razy napisze i moze sie naucze.
-
2006/11/05 14:56:27
Witam,
>wartburg4
Jeśli masz liska, to kliknij po prostu ignoruj style w widoku :)ale nie polecam, bo to takie bez charakteru. Tak uważam, mimo że siedzę z nosem na monitorze ;)

W filmach z lat osiemdziesiątych dobijaja mnie najbardziej wątki o zbuntowanej młodzieży, grane z kijem w gardle.
Uwielbiam natomiast filmy Hasa, ale te wcześniejsze : pożegnania, pętlę, jak być kochaną.
-
2006/11/05 17:14:11
1. Co do czcionki - pragnę przypomnieć, że w epoce Zielonych Liter na Czarnych Tle standartem było 24 linii po 80 znaków.
Litery więc były słusznych rozmiarów, natomiast toto tutaj ma do tego literki malutkie.
2. A film 'Yesterday'? Podobał się tym, co go oglądali we właściwym czasie?
-
wo
2006/11/05 17:29:45
Misię podobał BARDZO. A rozmiar czcionki faktycznie zapewne zmienię w pierwszej kolejności...
-
2006/11/05 18:03:32
Sposrod polskich filmow lat 80 nie bylbym w stanie wymienic 10 tytulow, ale jam czlowiek prosty i zawodowo filmem sie nie interesuje.
Jest jednak jeden, ktory byl zrobiony wedlug recepty tamtego czasu (problem moralny glownego bohatera + gola baba), a ktory do dzisiaj pamietam.
Ten film to "Karate po polsku". Pamietam go z powodu komentarzy widzow wychodzacych z kina, jeden z nich brzmial mniej wiecej tak:"K....a, ci polscy aktorzy, to sie na karate w ogole nie znaja. Taki karacista jakby wszedl do wioski, toby wszystkich rozp......ł."
Do filmu mialem tez sentyment z tego powodu, ze w jakis sposob nawiazywal do publikowanego w "Relaxie" komiksu o Konusie - judoce kierujacym sie samurajskim kodeksem.

Co do disajnu bloga to jest OK. Kojarzy mi sie z pierwszym terminalem unixowym z dostepem do internetu, z ktorego korzystalem w budynku W. Matematyki UMK w Toruniu, ach gdyby tak jeszcze moj laptop smierdzial ebonitem...
Fakt, ze troche meczy mala czcionka (uzywam rozdzelczosci 1900x1280) ale Firefox ma taka fajna kombinacje klawiszy Ctrl + + i od razu latwiej czytac.
-
wo
2006/11/05 18:15:15
Kochani, no to eksperymentalnie zwiększyłem fonta z 12 na 14. Reakcje?

Piwnica PDI też miała uniksowe terminale - mój pierwszy kontakt z internetem to pine i lynx. Był też terminal z Windowsam, ale droższy więc wolałem korzystać z tekstowych wychodząc z bardzo słusznego założenia, że na cholerę komu grafika w Internecie :-)

-
2006/11/05 18:39:02
To jeszcze wrócę do 'Yesterday'.
Wspomniana w wątku goła baba była tam pokazana całkiem fajnie i wymyślnie - Ania - już rozebrana - początkowo osłaniała się rękami, w których trzymała końce anteny radiowej. Gdy okazało się, że w jakimś zagranicznym radiu lecą Beatlesi, dla lepszego odbioru musiała szeroko rozłożyć ręce, odsłaniając tym samym wdzięki...
A przypominam to, gdyz podobny gag widziałem w jednym z odcinków 'Jasia Fasoli' - tam chodziło o telewizor w hotelu.
Pomysł niezależny, czy ktoś od kogoś zapożyczył?
-
2006/11/05 18:46:02
Może być, choć trochę przytłaczająco( i jak tu wszystkim dogodzić?) :)ale w razie czego wcisnij ctrl - i wszystko wróci do normy :))
A pamietacie Siekierezadę z Żentarą?
A jeszcze mi się przypomniał taki aktor- Bukowski, imienia nie pomnę, ale to był początek lat 90-tych.Pamietam go z filmu: nad rzeką, której nie ma ( grał tam też fajnie Baka i Trzepiecinska)i z pozegnania z Marią.Bardzo go lubiłam, nie wiem gdzie zginął.No tak, ale nie na temat, jak zwykle u mnie...
-
2006/11/05 19:32:55
Mi się wydaje, że "inwazja gołych bab" w polskich filmach lat 80-tych miała coś wspólnego z szarzyzną tego okresu. Byłem wtedy tylko bardzo młodym szczylem, ale pamiętam tę atmosferę co-nieco.
-
2006/11/05 19:45:22
Nie, kochani, to nie ten Bukowski. Juz znalazłam, to był Marek!!
-
2006/11/05 21:02:26
smila 5

Nie jestem zbyt mocny w technice komputerowej i słowo "lisek" nic mi nie mówi :)

Widziałem niedawno "Szyfry" Hasa i aż mnie zatkało, takie to było dobre, wysmakowane kino... Polecam też "Wspólny pokój" Hasa wg. Uniłowskiego. Duża rzecz.

W ogóle to coraz bardziej podoba mi się kino tamtego okresu. Różewicz, który jest stanowczo niedoceniany. Kanał Kultura pokazywał tydzień temu "Ubranie prawie nowe" Włodzimierza Haupego z muzyką Komedy. Aż się wierzyć nie chce, że to kino tak dobrze się miało.

Coraz bardziej skłaniam się ku opinii, że lata 60. były najlepsze w historii kina. I to nie tylko w Polsce. Że wspomnę tylko o Anglikach albo Czechach. "Miłość blondynki", "Powiększenie", "Clockwork Orange" albo "2001" nie zestarzały się ani trochę. To były filmy robione na wieczność. Nie było jeszcze tej bylejakości, która zaczęła się panoszyć w latach 70.

No i był jazz, a nie nostalgia za nim.

-
2006/11/05 23:18:45
wartburg4

Chodziło mi o firefoxa :)
Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Czasem zastanawiam się skąd to wynika, że np. nawet nie zawsze udane komedie polskie z lat 60-tych są o niebo lepsze od wspołczesnych. Czy to kwestia aktorstwa, reżyserii, czy po prostu urok czarno-białego obrazu?
-
wo
2006/11/06 09:04:01
A to ja sobie pozwolę się nie zgodzić dla odmiany. Dotąd tak bardzo zgadzałem się z estetycznymi sądami Wartburga, że nie widziałem potrzeby odpowiedzi, ale tutaj już się wreszcie rozmijamy (i dobrze). Zgoda co do kina polskiego i czechosłowackiego, ale nie zgodzę się co do kina światowego. Dla mnie takie trzy wielkie filmy-objawienia, od których zacząłem w ogóle lubić chodzić do kina (jako bardzo młody człowiek) to "Gwiezdne wojny", "Poszukiwacze zaginionej Arki" i "Czas Apokalipsy". Polskie kino nie umiało zareagować na przełom związany z tymi filmami - zamiast tego jakby tylko jeszcze cofało się w rozwoju, produkując jeszcze bardziej hardkorowe i jeszcze bardziej niestrawne warianty "moralnego niepokoju". Dlatego zresztą tak jak wielu widzów z mojego pokolenia przyjąłem jak objawienie "Krolla" i "Psy" Pasikowskiego.

Za jazzem, prawdę mówiąc, nie przepadam - nie moje porno. In the immortal words of Lennon & McCartney, there's gotta be some rock'n'roll music if you wanna dance with me.
-
2006/11/06 09:10:34
"Piwnica PDI też miała uniksowe terminale - mój pierwszy kontakt z internetem to pine i lynx."

Ale ze mnie skamielina... w pracy do tej pory używam pine.

Wracając do designu bloga: Courier bardzo słabo udaje czcionkę Unixowego terminala. Przede wszystkim, ma za dużo szczegółów i zbyt cienkie kreski. Drogą eksperymentu ustaliłem, że bliższa prawdzie jest wersja Courier Bold.
-
wo
2006/11/06 09:34:19
Stary, przecież na tym polega linuksiarstwo - żeby emulować nie tylko estetykę komputera sprzed ćwierć wieku, ale i jego niewygodę :-)

A z tym Courierem to (chyba) zmieniłem już w CSS pole opisu czcionki na po prostu monospace, więc każdemu pokazuje się takie monospace jakie ma ustawione w preferencjach przeglądarki. U mnie na makowym Safari jest to na ten przykład Monaco. Monaco to w ogóle mój ulubiony monospace - czy jest jakiś sposób, żeby CSS go wymuszał na wszystkich przeglądarkach? Ale czy pecety go w ogóle mają?
-
2006/11/06 10:02:07
bloody rabbit
wo
Panowie, a o czym wy właściwie mówicie?:)
-
wo
2006/11/06 10:17:06
Pine & lynx - archaiczne programy do obsługi odpowiednio maila i www. Bez jakiejkolwiek grafiki, do pracy na terminalu znakowym. Kiedyś faktycznie trzeba było tego używać z braku alternatywy; dziś to już tylko cybermasochizm, typowy objaw uboczny tzw. linuksiarstwa (przygotowuję na użytek tego bloga słowniczek wylansowanych przeze mnie neologizmów używanych na opisywanie linuksiarstwa takich jak WUPW czy aptowanie geptów, bo to się rozmemiło już po internecie, ale otem potem).

Monospace - czcionka, w której każda literka ma tę samą szerokość co pozostałe (w odróżnieniu od proporcjonalnych). Courier - najpopularniejsza z tychże, na 99,9% ustawiona jako domyślne monospace w Twojej przeglądarce. Monaco - inna tego typu i bardzo fajna.

Dyskusje na temat linuksiarstwa, w których ja byłem zdecydowanie przeciw a bloody_rabbit zdecydowanie za, toczyliśmy jakiś czas temu w Usenecie. Aczkolwiek bloody_rabbit występował wtedy pod inną ksywką więc nie jestem pewien czy go dobrze kojarzę (czy dobrze zgaduję, że w Usenecie występowałeś pod imieniem i nazwiskiem, przy czym imię było wspólne z jednym z obecnych wicepremierów?).
-
2006/11/06 11:20:21
No to proponuje licytacje.
Ja uzywalem do czytania poczty elm, to byl dopiero koszmar!
Przejscie na Pine bylo jak przesiadka do mercedesa (co prawda nie wiem jak sie jezdzi mercedesem, bo mam saaba).

A kto pamieta taka usluge co sie nazywala gopher ?
-
2006/11/06 12:09:15
wo: mamy >1 wicepremiera ;-)

Co do pine i linuksiarstwa: mam do wyboru pine , interfejs przez przeglądarkę WWW albo klienta POP3. Klnę się na Boga, to nie jest jakiś mój masochizm, pine z tych trzech opcji (nie znalazłem jeszcze wygodnego klienta POP3, ale może nie miałem czasu szukać) po prostu jest dla mnie najwygodniejszy. Gdyby moja instytucja dała mi interfejs WWW do poczty jakości gmaila, przeniósłbym się na niego bez chwili wahania (prywatnie używam gmaila i uważam że jest THE BEST). A tak siedzę w pine i nie jest źle.

"Monaco to w ogóle mój ulubiony monospace - czy jest jakiś sposób, żeby CSS go wymuszał na wszystkich przeglądarkach?"

Możesz wpisać nazwę Monaco jako pierwszą na liście fontów w arkuszu stylów, ale wymuszanie jej (w sensie: Monaco albo śmierć) to IMHO kiepski pomysł.

Zwróć uwagę na to, że pecetowe Monaco nie musi być równe Macowemu Monaco. Ty masz pewnie jakąś profesjonalną czcionkę od Adobe, a ja na PC-ie mogę mieć jakiegoś Monaco - freeware który będzie wyglądał paskudnie.
-
2006/11/06 16:40:11
Ja tam miło wspominam wagarowanie w krakowskim kinie Pasaż albo Wanda na takich dziełach jak "Mewy" albo "Smażalnia Story" :))))

A w TV pamiętam serial "Popielec" czy jakoś tak... na trzeźwo to się nie dało oglądać - był gorszy niż "Dyrektorzy" albo "Życie na gorąco" :)))

pzdr
Franz
franz.blox.pl
-
wo
2006/11/06 18:16:36
No stary, jeszcze chemicy nie wyprodukowali relanium lepszego od tandemu Wiesław Myśliwski + Ryszard Ber!
-
2006/11/06 22:49:22
wo

Czym byłby "Nóż w wodzie" bez jazzu?

Lata 60. były złotym wiekiem anarchii w kinie i nie tylko. Zaczęły się od "A bout de souffle" Godarda i "Les quatre cents coups" Truffaut, od "Lolity" Kubricka, "Zazie dans le metro" Malle'a, "The Hill" Lumeta, filmów Schlesingera, Reisza, Richardsona, Andersona, Lestera i Pohlanda.

Wtedy w kinie działo się coś prawdziwego, co nie zestarzało się tak szybko jak to, przyszło potem.
-
wo
2006/11/07 00:24:03
No zupełnie się z tym nie zgadzam. Kino lat 60. zestarzało się totalnie w takim sensie, że ogląda się je dzisiaj jak filmy z lat 30. - to już opowieści z innej epoki, opowiadane innym językiem, przyjemność z ich oglądania staje się już przyjemnością obcowania z zabytkiem ("jakie wtedy były fajne marynarki" "ojejku jaki młodziutki Łapicki" etc.). Natomiast już filmy z lat 70. ogląda się nawet dzisiaj jak współczesne - "Gwiezdne wojny Ep. 4", "Czas apokalipsy", "Brudny Harry" itd.
-
2006/11/07 12:43:14
Przyznaj się, że nie znasz kina, o którym piszę, a w takim razie naprawdę nie mamy o czym rozmawiać... Jak można zachwycać się "Brudnym Harrym"? Albo "Gwiezdnymi wojnami", które są ucieleśnieniem tandety? Zawsze wywoływały u mnie reakcje zwrotne.

Kino, w którym reżyserem są pieniądze, jest zawsze złe. Im większe pieniądze, tym gorzej dla kina.

Aha, teraz dopiero widzę, że piszesz o części 4., której prawie nie znam, tzn. zanm jedynie pokazywane kiedyś tam w ramach kampanii reklamowych "zatykające dech w piersi" wybrane kawałki:)))

Do kina nigdy bym się na to nie wybrał. Nic się tak szybko nie starzeje, jak efekty specjalne i młodzież szkolna, która daje się na nie nabrać. Na jakim świecie żyjesz? Właśnie teraz takie "kino" przechodzi największy kryzys. Te czasy się skończyły dzięki Bogu.

Co drugi odcinek "Rodziny Soprano" "bije Gwiezdne wojny" na głowę.
-
wo
2006/11/07 12:51:42
Znam pojedyncze tytuly - "Lolite" i "Do utraty tchu". "Gwiezdnych wojen" jestem zaprzysiężonym fanem od dziecka do dzisiaj. Pisałem zresztą już w tych komentarzach, że trzy filmy od których zacząłem się interesować kinem to "Gwiezdne wojny", "Poszukiwacze zaginionej Arki" i "Czas Apokalipsy" (epizod czwarty "Gwiezdnych wojen" to wbrew pozorom ten pierwszy film z 1977 od którego wszystko się zaczęło). Na wszystkie filmy z cyklu "GW" wybierałem się do kina wielokrotnie.

"Rodzinę Soprano" też zresztą lubię, ale w niczym nie przypomina mi filmów z lat 60. - by zacząć choćby od kwestii swobody obyczajowej czy realizmu pokazywania przemocy.
-
2006/11/08 09:22:13
> W liceum uwielbiałem Maanam

A dla mnie Maanam to zawsze była słaba orkiestra pretensjonalna.

> czy najlepsza polska płyta rockowa ever
> to "Nocny patrol" Maanamu czy czarny
> album Brygady Kryzys.

???
Klaus Mitffoch by Klaus Mitffoch lub Historia Podwodna by Lech Janerka. Nie widze inaczy.
:)
-
2006/11/08 11:44:09
wo

Zdaje się, że klasyka filmowa nie jest Twoją mocną stroną. Widziałeś "Touch of Evil" Orsona Wellsa? Jeśli nie, to polecam. Ten film z Marleną Dietrich powstał jeszcze przed latami 60. - w 1958 roku. Co nie zmienia faktu, że jest antycypacją poetyki i filozofii, której hołduje serial "Rodzina Soprano".

Nawet jazdy kamerą uwydatniające brzydotę grubego cielska Wellsa do złudzenia przypominają ujęcia Gandolfiniego z "Rodziny Soprano". Mówiąc inaczej - od razu wiadomo, na czym wzorował się David Chase.

To są najlepsze wzory.
-
wo
2006/11/10 11:16:36
Zdaje się, że współczesne kino nie jest Twoją mocną stroną. Widziałeś jakiś film akcji z Hong-Kongu, na którym realistycznie pokazano jak wygląda mordowanie czlowieka, z drgawkami i rzężeniem ofiary? Do złudzenia przypominają ujęcia, w których Gandolfini ma wykonać jakąś brudną robotę. Mówiąc inaczej - od razu wiadomo, na czym wzorował się David Chase.
-
2006/11/10 11:49:37
wo

Bądź poważniejszy. Używasz śmiesznych argumentów, którymi, podejrzewam, próbujesz zatrzeć wrażenie własnej ignorancji. Serial "Rodzina Soprano" jest robiony m.in. przy współudziale takich erudytów i znawców historii kina jak Scorsese albo Bogdanovich. Dlaczego akurat oni mieliby wzorować się na "drgawkach z Hong Kongu", kiedy mają znacznie bliższych im Wellsa, Coppolę z "Ojcem chrzestnym" albo Peckinpaha, którego twórczość znają na pamięć?

A poza tym zwróć uwagę, że siłą "Rodziny Soprano" nie są drgawki, tylko z pozoru karykaturalny i przerysowany obraz pewnej społeczności, który w gruncie rzeczy jest bardzo, bardzo realistyczny.
-
wo
2006/11/10 16:10:45
Ależ niczego nie zacieram! Pewnie, że nie znam wszystkich starych filmów, przyznaję się bez bicia. To nie moje porno. Z wymienianych przez Ciebie znam mniej więcej co drugi. I owszem, uważam że bardzo się zestarzały, zwłaszcza w kwestiach obyczajowych czy w sposobie pokazywania przemocy - w końcu kręcono je jeszcze za ś.p. kodeksu Haysa. I drgawki przekładają się częściowo na siłę "Sopranos" - bez nich ten serial byłby już po prostu komedią, musimy zobaczyć co jakiś czas agonalne męczarnie lub przynajmniej zmasakrowanego trupa żeby pamiętać, że to nie jest tylko komedia z cyklu "Depresja gangstera". Kultura jest zjawiskiem, w którym panuje wieczne zadłużenie wobec przeszłości i wierzycielstwo wobec przyszłości, więc nie musisz mnie zbytnio przekonywać, że w Sopranos da się wskazać mniej lub bardziej pośrednie elementy spadku po latach 60., 50., 40., 30., 20. czy wręcz po Szekspirze. Ale ma też sporo do zawdzięczania filmom współczesnym. Również takim, o których snoby mówiłyby "ech, te współczesne kopaniny, ostatni dobry film to nakręcono w roku 1953".
-
2006/11/13 19:29:55
Tak na marginesie. Obejrzałem właśnie (bawiąc się przednio) "Klątwę doliny wężów" niejakiego Marka Piestraka. Kot uznał go w zeszłym tygodniu w "Kinie Kota" za najgorszy film lat 80.

I rzeczywiście - film jest tak monstrualnie nieudolny, że w tej nieudolności niemal wybitny...

Co pragnę podkreślić, "Klątwa" miała wzory. Powstała z niewątpliwie szczerej miłości i fascynacji "Gwiezdnymi wojnami" oraz produkcjami z gatunku "Indiana Jones".

Jestem przekonany, że Piestrak w kręgu swoich bliskich uchodzi za polskiego Spielberga, a to, że jego film nie spodobał się krytykom, to wina... skromnego budżetu.
-
wo
2006/11/13 22:41:16
To nie ulega wątpliwości, że Piestrak wyobrażał sobie siebie jako polskiego Spielberga - a bardzo ambitni polscy filmowcy, z których jaja sobie robię w niniejszej notce blogowej uważali siebie z kolei za polskich Fellinich jeśli nie wręcz Bergmanów. Ten gościu od filmu o filmowcu, który nie ma pomysłów na filmy, zrzynał na przykład od Felliniego zupełnie na chama. Morał jest taki, że nie ma w sztuce rzeczy aż tak fajnej, żeby nie dało jej się glupio zerżnąć.
-
2007/01/08 20:02:25
WO:
"W Warszawie też były wtedy sympatyczne małe kina, które potem szlag trafił - lubiłem na przykład takie malutkie coś (jak to się nazywało?) przy placu Inwalidów na Żoliborzu".

Nazywało się Światowid.
-
2007/03/16 08:07:20
przeciez jest tez glosny film "alabama", niepokorni mlodzi medycy, heroina, te rzeczy; lubie scene, w ktorej bohaterka a/wlacza magnetofon, b/puszcza kawalek "malinowego krola", c/wylacza, oto i scena.